17 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 22 ~ W otchłani melancholii

                               

 Rozdział 22                                

W otchłani melancholii

       Dzień do kolejnej wieczornej narady specjalnie się nie dłużył. Po spotkaniu z Fumiyą wróciłam trenować. W końcu Tokaji mnie z niej ściągnął, twierdząc, że tabletki przestaną za niedługo działać.
      I tak oto siedzę tutaj, na starej sali gimnastycznej, obrośniętej zewsząd winoroślami i mchami, od środka zabitej dechami i zwisającymi z sufitu żarówkami.   Opieram się plecami o okno, a nogi mam podkulone. Siedzę z Ayako na parapecie, obok nas o ścianę opiera się Taki. Tokaji stwierdził, że jak mu się zechce to przyjdzie.
       Przyjaciółka była dziwnie milcząca. Wiem, że zapewne jest na mnie zła za decyzję, którą podjęłam, ale zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia. Taki zdawał się dużo bardziej rozumieć moje postępowanie. Nim jednak zdążyłam zapytać Ayako czy wszystko gra, tłum ucichł, rozstępując się.
       Środkiem sali szło pięć dostojnych osób. Na samym czele szedł dowódca ze swoją zastępczynią, za nimi Hiroki i Mikuru, niosący kilka teczek z dokumentami, a cały pochód zamykał doradca, kroczący wyprostowany na samym końcu.   Ich buty stukały nienaturalnie głośno, a wzrok wszystkich bacznie spoczywał na Fumiyi. Biła od nich niesamowita pewność siebie i coś co było wyczuwalne zawsze.     Niebezpieczeństwo.
       Na samą myśl o ich aurze, przeszedł mnie dreszcz.
       Weszli razem na podwyższenie. Hiroki z Mikuru zajęli się rozkładaniem papierów, Fumiya wystąpił trochę bardziej naprzód, a Omitsu z Daikim stanęli po jego prawej i lewej. Czarnowłosy odchrząknął, podniósł lewą dłoń i energicznie zasalutował. Sala powtórzyła ten gest, z niecierpliwością oczekując przemowy.
        - Zatem witajcie! – rozpoczął donośnie Fumiya. – Jak widzicie dopiero teraz mogę pokazać się wam w całości, mimo że wróciłem wczoraj. – wyszczerzył się do ludzi.      Odpowiedziały mu gwizdy i kilka ciepłych okrzyków.
      - Niestety okoliczności nie są zbyt przyjemne. – podjął ponownie, zmieniając całkowicie barwę głosu. – Jak już to Adachi wam przekazała, została wypowiedziana wojna z Jishin. Wiecie, że nasze stosunki od ostatnich… 6 lat są dość napięte. Zwłaszcza po ich masowym ataku 3 lata temu. – jego czarne oczy gwałtownie pociemniały z gniewu, gdy wspominał o ostatniej wojnie. – Mają ponad 2,5 krotną przewagę liczebną, nie wspominając o prawdopodobnym zawarciu sojuszu z kimś jeszcze. Dlatego prosiłbym o chwilę wyjątkowego skupienia. Strategię mamy już przemyślaną.
       Jestem naprawdę zdziwiona sposobem jakim przemawia Fumiya. Jego głos jest teraz pewny siebie, mocny i głośny. Nie waha się ani na sekundę, a emocje w nim zawarte przechodzą na tłum. Teraz jest dowódcą, a z codziennego, charyzmatycznego mężczyzny nie pozostał żaden ślad. Rozumiem już dlaczego akurat on pełni tą funkcję. Nie ze względu na siłę, tylko przez charakter przywódcy.
       Obok Fumiyi staje Mikuru, odchrząkując. Otwiera obszerną teczkę, zaczynając rzeczowym głosem.
        - Punkty ze wczoraj zostają bez zmian. Czyli dla przypomnienia:  poruszamy się w składach 4-osobowych, które powinniście już znać, jest kategoryczny zakaz wstępowania na teren Jishin, a misje przydzielamy teraz my. Na okres walki nie macie wolnej ręki, musicie się nas słuchać. – ciągnęła Mikuru, mimo iż większość osób jęczała pod nosem, niezbyt zadowolona.
       Hiroki wystąpił o krok do przodu, a tłum momentalnie ucichł. Kiwnął ostrzegawczo głową i ich kierunku, wracając na miejsce.
       - Będziemy dawali wam misje tylko w naszym okręgu, które mogą w jakiś sposób nam pomóc lub nie są niebezpieczne. Co najmniej 70% musi stacjonować tutaj. – podjęła kobieta, ale na kolejne jęki zamilkła i posłała proszące spojrzenie blondynowi.
      - Cisza! – zawołał, co wystarczyło. Echo poniosło się po sali, a mężczyzna wykorzystując siłę swojego głosu postanowił pomóc strategiczce, która nikła delikatną przemową pośród tłumu.       – Nie możemy pozwolić sobie na atak na nich, bo mają miażdżącą przewagę. A w Shibuyi oni zyskają jeszcze przewagę terenu. Musimy być przygotowani na obronę w każdej chwili!
       - Dlatego też wprowadzone zostaną patrole. Wywiesiłam je przy archiwum. Radzę poświęcaj więcej czasu na trening. Każda nowa umiejętność może wam się przydać. – wtrąciła Omitsu. – A teraz macie milczeć, bo Mikuru wyjaśni plan na bitwę jeśli do niej dojdzie.
       - Spokojnie, Omitsu… - szepnął do niej dowódca, pokazując jednocześnie Mikuru by wystąpiła.
       - Jeśli nas zaatakują plan jest następujący. Poruszacie się w grupach. Nie atakujecie większych grup od siebie, chyba, że nie macie wyboru. Nie atakujecie dowódców Jishin bez naszego rozkazu. Chronicie za wszelką cenę skrzydło szpitalne. Nie zostawiacie magazynu z bronią bez nikogo. I starajcie nie dać się zabić. – dodała na koniec, kiwając nam głową i ustąpiła miejsca Omitsu.
       - Jak już jesteśmy przy broni, to każdy powinien upewnić się, że ma najlepszą jaką tylko może mieć. Kontaktowałam się już z naszym dilerem, ma nam dostarczyć miecze w przeciągu jakichś 4 dni. Ryutaro ma cały czas uzupełniony po brzegi gabinet, w chwili kryzysu skorzystamy z zasobów na czarną godzinę.
       Kaminari wyraźnie się uspokoiło, choć niektórzy nadal mieli skwaszone miny. Wojna, nie dość, że niosła ze sobą niebezpieczeństwo, to jeszcze liczne ograniczenia. Ayako dźgnęła mnie łokciem.
        - Omitsu chyba już lepiej się czuje… - szepnęła. Posłałam jej pytające spojrzenie. – Wczoraj wygłaszała bardzo… składne słowa. Teraz mówi jak zwykle – czyli konkretnie i na temat.
        - Czyli oddała gadanie Sotomurze – wtrącił Taki, kręcąc z dezaprobatą głową. Zaśmiałyśmy się pod nosem, ponownie skupiając się na naradzie.
        - Tak przedstawiałaby się nasza strategia. Liczę, że każdy będzie cały czas w gotowości. – podjął ponownie Fumiya. – Musicie zrozumieć zagrożenie jakie jest ze strony bitwy. To nie tak, że nie wierzę w wasze umiejętności. Jesteście jednymi z najlepszych skrytobójców w całym Tokio, jak nie w Japonii. – uśmiechnął się pewnie, prostując się dumnie. Jego czarne oczy lśniły morderczym błyskiem. – Nie atakujcie Jishin gdy to nie potrzebne. Oszczędzajcie siły na większe starcie. A wtedy… - przerwał na moment, wodząc wzrokiem po Kaminari. Dowództwo również uśmiechnęło się. – A wtedy nie okazujcie żadnej litości. Pokażcie im dlaczego nie lekceważy się Kaminari. Sprawcie by już nigdy nikt nie usłyszał o Jishin!
       Odpowiedziały mu bitewne okrzyki. Spojrzeliśmy po sobie przez ułamek sekundy, po chwili zrywając się i przyłączając do wrzawy. Moja pięść była wysoko w górze, zlewała się z tłumem innych.
Zadziwiające, że Sotomura zagrzał nas do walki w zaledwie kilku zdaniach.
       Popatrzyłam się na szefa, na chwilę cichnąc, a krzyki otoczyły mnie nagle, wprawiając w lekkie oszołomienie. Adrenalina mimowolnie mi podskoczyła, oczy zalśniły jakbym nie mogła doczekać się walki. Przyłapałam się na okrutnym uśmiechu i potrząsnęłam gwałtownie głową.
       Nie, nie, nie.
       Spojrzałam jeszcze raz na niego. Stał nadal na środku, uśmiechając się przywódczo. Emanował siłą, którą podzielił się ze wszystkimi. Zrównali się z nim inni. Omitsu, która wyglądała na potężną jak nigdy dotąd; Mikuru stała dumnie i z drobnej strategiczki wyglądała na groźną zabójczynię; Hiroki, który z długą na całą twarz szramą roztaczał aurę niebezpieczeństwa i Daiki, który rzadko cokolwiek mówił, co sprawiło, że otaczała go złudna łagodność i tajemniczość.
     I za niedługo będzie dane mi zobaczyć ich w walce.
     Fumiya usiłował przebić się przez gwar, ale w końcu tylko zaśmiał się, a Omitsu położyła mu dłoń na ramieniu. Mężczyzna uśmiechnął się do niej, po czym wszyscy zasalutowani lewą dłonią, następnie prawą bijąc się w serce.
     Narada zakończyła się.
***
     Leżałam na łóżku wgapiając się w sufit. Poznaczony licznymi pęknięciami, zaciekami, odrywał się w kilku miejscach, a czasami sypał się z niego tynk.
      Westchnęłam.
      Nadal byłam w stroju bojowym, a miecz leżał w pochwie obok mnie. Nawet nie ściągnęłam butów, tylko jak weszłam tak się położyłam. Mama byłaby zła.
      Przerzuciłam wzrok z jednego nacieku na drugi.
      Narada minęła nadzwyczaj szybko. Nie przypuszczałam, że Fumiya postawi sytuację tak konkretnie. Wszyscy wydawali się być tacy opanowani, jakby po prostu informował ich o zmienionym rozkładzie dnia. Kaminari wydawało się pewne siebie, mające wszystko pod kontrolą. Jakby za niedługo nie miało rozegrać się mordobicie.
Szkoda, że ich udawanie jest takie kruche.
      Spuszczone oczy, beznamiętne okrzyki. Wszyscy są przerażeni wizją nadchodzącej bitwy. Wiedzą, że nie dałoby się jej ominąć, że i tak by nadeszła, ale i tak jej nie chcą.     Przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o większej walce.
      Przecież skoro na co dzień przyjmujemy okrutne zlecenia, jak straszna musi być walka między organizacjami?
      Przewracam się na bok, zaciskając dłonie tuż przed oczami. Mój oddech staje się cięższy, a serce przyśpiesza. Nakazuję sobie zachować spokój, ale nie czuję łez pod powiekami. Najwyraźniej powoli godzę się z miejscem, w którym teraz żyję. Którego jestem częścią.
      I które muszę bronić.
      Właśnie.
      Bronić.
      Mijają mi roześmiane twarze przyjaciół. Zamykam oczy na chwilę, otwierając je z zdeterminowanym wzrokiem. Dłoń zwijam w pięść.
     - Będę ich bronić. Za wszelką cenę. – mówię pewnie.
      Nie pozwolę by zabrano mi nowy dom. Kolejną rodzinę. Nigdy więcej. Nigdy.
      Zrzucam ze stóp buty i przykrywam się kołdrą.
      Niestety najgorsze w tym wszystkim są noce. Za dnia nie myślisz o tym wszystkim, lecz kiedy zasypiasz w samotności prawda otacza cię powoli, niszcząc od środka póki nie zaśniesz i nie zaczniesz ponownie okłamywać się za dnia.
***
      Zerwałam się nagle. Przed oczami nadal miałam las z mojego snu i Yo Ito. Mara urwała się na momencie, w którym przeszywa mnie czyjś sztylet. Cała oblana potem, przecieram dłonią twarz, zauważając, że jestem w normalnych ciuchach.
       Chwytam jakieś rzeczy na zmianę i ponuro wlokę się do łazienki. Głowa mnie boli, rany zaczynają pulsować, a koszmarem zmęczona jestem bardziej niż wczorajszym treningiem. Gdy woda obmywa szwy na boku, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam zęby, oddając się na chwilę zapomnieniu o tym wszystkim.
      Niestety gdy tylko zamknę oczy pojawia się wizja kałuży krwi.
      W samotności nigdy nie uda się niczego zapomnieć.
      Wychodząc z łazienki zauważam na stoliku karteczkę i trochę tabletek.
     ,,To leki dla ciebie. Bierz 2 tabletki dziennie przed śniadaniem. Ryu. PS. Nic ci nie jest po tych wczorajszych lekach? Nie jestem pewien czy Tokaji nie znalazł jakiś narkotyków.’’
      Świetnie. Nie dość, że jestem zabójczynią to jeszcze, dzięki temu idiocie, zostanę narkomanką.     Świetnie, po prostu idealnie.
       Staram się to odrzucić od siebie, popijając tabletki wodą. Wracam do pokoju po broń i wychodzę, gotowa na kolejny, stresujący dzień. Nie ma siły się uśmiechnąć do siebie lecz kiedy widzę Ayako, rozpromieniam się mimowolnie, pozwalając by instynkt uciszył sumienie.
***
       I tak mijały kolejne dni. Nieustanne patrole, stan gotowości na najwyższym poziomie, całodzienne treningi, drobne misje.       Wstawałam rano, budząc się zlana potem, dręczona cały czas jednym uniwersum tego samego koszmaru i szłam na całodniowy trening. W międzyczasie coś jadłam lub rozmawiałam przelotnie z innymi. A potem usiłowałam zasnąć, starając się nie myśleć o ponurym obrocie spraw.
       Nim się obejrzeliśmy minął listopad i zaczął się grudzień, a ze strony Jishinu nie dobiegały żadne podejrzane znaki. Sotomura jednak trzymał nas cały czas w gotowości. ‘’Chcą uśpić naszą czujność. Chyba mają mnie za idiotę.’’
       W końcu dostaliśmy inną misję niż patrolowanie terenu. Pod wodzą Tokajiego wyruszyliśmy w czwórkę na drugą stronę naszego okręgu: Ja, on, Ayako i Taki. Standardowe zlecenie w stylu: ,,Pozbądźcie się ich, bo…”
        I tak staliśmy we czwórkę przed niedużym sklepikiem, prowadzonym przez grupkę studentów. Ich piekarnia całkowicie miażdżyła domowy interes z naprzeciwka, a biedni uczniowie chcieli tylko trochę zarobić na spłatę czynszu. Niestety właściciele starszego sklepu nie mogli pozwolić sobie na spadek zarobku, a nie było możliwości by konkurenci zmienili lokal.
      - Nienawidzę takich zleceń – powiedział Taki, czytając po raz setny logo.
      - Misja to misja. Płacą, to płacą, nie mieszamy się w szczegóły. – rzucił chłodno Tokaji, opierając luźno dłoń na rękojeści miecza. Jeden z kącików jego ust uniósł się do góry w okrutnym uśmiechu.
      - Jak zawsze musi chodzić o pieniądze… - mruknęła cicho Ayako, nie wiadomo czy chcąc odnieść te słowa do piekarzy czy do nas.
        Zamilkliśmy ponownie. Staliśmy obok siebie przed wejściem od jakiś 10 minut.   Wszyscy ubrani w przylegające, rozciągliwe spodnie w moro, szarych koszulkach na ramiączkach i skórzanych, czarnych kurtkach. Z przewieszoną bronią wyglądaliśmy jak yakuza.
       - Wypadałoby się w końcu ruszyć. – mówię. Ayako posyła mi zmartwione spojrzenie, ale je ignoruje. Wiem, że nie powinnam tego mówić. To do mnie niepodobne.
       Ale szczerze, już nie wiem co jest do mnie podobne. Nic nie zostało takie same, nawet ja.
       - To co, gramy kto więcej? – rzuca wyzywająco Tokaji, ale nim zdążę odpowiedzieć, czuję przerażony wzrok przyjaciół na plecach. Biorę głęboki oddech.
       I precyzyjnym kopniakiem wyważam drzwi.  

10 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 21 - Taki no Monogatari

Rozdział 21

 Taki no Monogatari

       Gdy zastanawiam się nad swoją przeszłością, widzę pewny paradoks. Gdy miałem wszystko byłem nieszczęśliwy. Nie mając nic odczuwam radość.
        A mówiąc ‘wszystko’ nie odbiegam wcale od dzisiejszej definicji. Oboje moich rodziców żyje w szczęśliwym związku od lat, mam młodszego brata, mieszkam na ogromnej posesji ze służbą, chodzę do renomowanej szkoły i na masę zajęć dodatkowych, a pieniądze zawsze są. Normalnie życie jak z okładki.
        Tylko, że za tą piękną okładką kryje paskudna prawda.
        Nazywam się Taki Hideyoshi. Pierworodny syn dwójki bardzo znanych biznesmenów w Japonii. 1,5m wzrostu, 45kg, lat 13. Blond włosy i szare oczy. Duża wada wzroku.
        A teraz wyobraźcie sobie, że macie młodszego brata w wieku 10 lat. I że wszystko robi od was lepiej. Zawsze.
        Mój brat Shou jest idealnym przykładem genialnego dziecka. Fotograficzna pamięć, talent do sportu, charyzmatyczny, a gdy urośnie na pewno będzie przystojny. A ja mimo iż jestem starszy, zostanę w jego cieniu. Tak jak teraz.
         Całe życie od kiedy Shou nauczył się mówić słyszę: Dlaczego nie możesz być taki tak Shou? Dlaczego musisz być taki beznadziejny?
         Albo: Shou jest takim geniuszem! Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Shou!
        Chciałbym kiedyś usłyszeć coś takiego z ust rodziców.
        Daiki i Mei Hideyoshi są bardzo wymagającymi rodzicami. Od zawsze chcieli by ich dzieci były utalentowane we wszystkim. I niestety nie trafiło na mnie. Choć trenowałem wszystko do utraty tchu, mojemu bratu wystarczało tylko kilka godzin by opanować to czego uczyłem się tydzień.
         Dla moich rodziców nie ważne było to, że siedziałem nad lekcjami wiele godzin. Że ćwiczyłem kendo każdego wieczoru. Że potem biegałem kilka kilometrów. Że starałem się grać na skrzypcach.   Że poświęcałem każdą wolną chwilę by być najlepszym. By choć trochę się do tego przybliżyć. Ale dla nich nie liczyła się droga. Dla nich liczył się efekt.
        I tak właśnie skończyłem jako czarna owca.
       Swojego brata znienawidziłem. Shou choć nie bardzo rozumiał stosunki międzyludzkie, wiedział i widział, że jest ode mnie lepszy, więc zawsze mi coś dogadywał. A ja musiałem zawsze milczeć by potem nie oberwać.
        Chodziliśmy na te same zajęcia, więc cały czas się nim opiekowałem. Cały czas musiałem być przy mojej ulepszonej, małej wersji, która była idealna we wszystkim. Musiałem patrzeć na niego całymi godzinami, tylko utwierdzając się w fakcie, że jestem beznadziejny. Że nikt mnie nie chce. Jednak parłem do przodu, usilnie próbując choć na chwilę przykuć uwagę rodziców. Krótkie spojrzenie by wystarczyło.   Chciałem tylko usłyszeć 3 słowa:   Jesteśmy dumni, Taki. Tylko tyle.
       Ale gdy rok temu zacząłem gimnazjum, wszystko się zmieniło.
       - Patrzcie na niego, jaki kujon!
       - Ale przegryw!
       - Myśli, że jest lepszy, bo jego rodzice są dziani!
      O moje czoło obiła się zmięta kartka, lądując między stronami podręcznika z historii. Nie popatrzywszy się nawet na ludzi mnie otaczających, rzuciłem papier do kosza na śmieci, ruszając ponownie w stronę wyjścia.
       Mam 10min. by dojść do podstawówki mojego brata i zabrać go na zajęcia z kendo. Wychodzę w milczeniu ze szkoły, nadal się ucząc, choć moje myśli są rozproszone.
       Jeśli teraz mam 1,5h treningu, zostanę jeszcze pół godziny, potem wrócę i będę się do wieczora uczyć, a potem pogram godzinę na skrzypcach i…
        Potknąłem się na podstawionej mi nodze. Przeskoczyłem kilka kroków, odzyskując równowagę i idąc niewzruszenie dalej.  Za plecami słyszę oszczerstwa, ale z kamienną miną poruszam się na przód. Krok po kroku.
         Ze względu na ilość zajęć i poświęcanego im czasu, nigdy nie miałem czasu by zawiązać jakieś znajomości czy przyjaźnie.   Rozmowa z innymi ludźmi przychodzi mi z wielką trudnością, nie wspominając o przyczepionej do mnie metce kujona.
       To wszystko jest do bani.
***
       Siedzimy w czwórkę przy stole, a lokaje stawiają przed nami talerze ciepłej zupy. Shou siedzi obok mnie, posyłając mi wredne uśmieszki. Nadal ze spokojem sączę swoją zupę, ignorując go.
       - Shou, jak w szkole? – zagaja mama.
       - Dostałem piątkę z matmy! – chwali się, rzucając mi wyniosłe spojrzenie.
       - Wiedziałem, że sobie poradzisz, synu! – tata dumnie wypiął pierś do przodu. – Taki powinien brać z ciebie przykład.
      - Jakbym brał z matmy to co on, też miałbym same piątki – mruknąłem pod nosem. Mama posłała mi oburzone spojrzenie.
       - Jak ty się wyrażasz!? Nie, czemu ty w ogóle się odzywasz niepytany!?
      - Przepraszam. – mruczę, garbiąc się i kończąc talerz zupy.
      - A tak w ogóle, mamusiu, mogę dzisiaj iść do kolegi? – rzucił Shou.
      - Oczywiście, kochanie. – odpowiedzieli jednocześnie rodzice. – Brat cię zaprowadzi. Dotarło? – rzucił ostro w moim kierunku ojciec. Kiwnąłem tylko głową. Jego spojrzenie zostało na mnie dłużej, jednak wypełnione było politowaniem. I wyczuwalnym wyrzutem ‘dlaczego nie możesz być jak Shou?’.
       Mama odchrząknęła.
       - Jak już jesteśmy przy tobie, Taki… - na dźwięk swojego gwałtownie podniosłem swoją głowę. Czułem, że w swoich szarych oczach błysnął płomyk nadziei. Lekko uniosłem kąciki ust do góry.
       - Dziewięć. – szepnąłem. Ojciec trzasnął dłonią w stół.
      - Nie przerywaj matce! – warknął, a ja się skuliłem, kończąc w myślach. Przez 9 dni nie wypowiedzieli mojego imienia.
       - A zatem… Razem z waszym ojcem zadecydowaliśmy co do dziedziczności firmy…
         Zastygłem w bezruchu, całkowicie przerażony.
         Dotychczas zawsze gdy miałem załamanie psychiczne, przy trzeźwości umysłu trzymała mnie informacja o firmie. Jako starszy powinienem ją odziedziczyć.   Zawsze powtarzałem, że pokażę wtedy na co mnie stać.
       - Stwierdziliśmy, że świat idzie do przodu, a tradycja, że najstarszy dostaje wszystko jest niesprawiedliwa, zwłaszcza gdy młodszy ma do tego predyspozycje…
       Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie…
       - Tak więc przepisaliśmy firmę na ciebie, Shou. – zakończyła z uśmiechem.
       - Hurra! – Shou uniósł ręce do góry.
      Chwilę potem o ziemię rozbił się talerz.
      Cała rodzina spojrzała gwałtownie w moją stronę, a ja jak głupi wpatrywałem się w swoją dłoń. Miałem wrażenie, że obraz mi się dwoi i troi.
      Przepisali firmę.
      Na Shou.
      Shou odziedziczy firmę.
       Lodowata dłoń zacisnęła mi się na gardle, nie pozwalając oddychać. Matka milczała, uśmiechając się do mojego brata, który z kolei posyłał mi triumfujące spojrzenia. Ojciec patrzył się z politowaniem.
         Powietrze z coraz większym trudem lądowało w moich płucach. Zacisnąłem dłoń w pięśc, powoli ją opuszczając. Wstałem ostrożnie omijając rozbite szkło. Czułem na sobie ciężkie spojrzenia ludzi. Mojej rodziny.
       Muszę stąd wyjść.
       - Pozwólcie, że nie zjem z wami. Nie jestem głodny – powiedziałem cicho, starając się by głos nie był urywany i drżący. Nim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć oddaliłem się.
       Każdy krok na schodach był dla mnie mordęgą. Byłem pewien, że dostanę hiperwentylacji. Obraz to na chwilę zasnuwał się mgłą, to podwajał się.
       Spokojnie, Taki. Nic po sobie nie pokazuj. Tylko dojdź do pokoju.
       Otworzyłem drzwi i zatrzasnąłem za sobą. Przekręciłem kluczyk, by nikt nie wszedł. Spojrzałem po pokoju. Łóżko wysokiej jakości, drogie meble, nowoczesne oświetlenie i elektronika. Wszystko drogie i ekskluzywne.
        Stawiając ciężkie kroki, zasłoniłem zamaszyście okno, po czym rzuciłem się na łóżko. Jedyne na co było mnie teraz stać to wgapianie się w sufit i usilne łapanie powietrza.
        Jestem do bani.
        Jestem beznadziejny.
         Słaby. Głupi. Do niczego.      Beztalencie.
         Zacisnąłem dłoń na koszulce, usilnie wpompowując tlen w swoje płuca.
        Dlaczego nikt nie chce zobaczyć jak bardzo się staram?
       Dlaczego rodzice mnie nie cierpią?
       Dlaczego to Shou jest tym kochanym?
       Po moim policzku ścieka pojedyncza łza. Serce powoli zwalnia, a oddech stopniowo robi się głębszy i spokojniejszy.
       Dlaczego Shou się urodził?
       Nienawidzę go. Nienawidzę. Nienawidzę.
        - Nienawidzę. – mówię do siebie, chowając twarz w poduszce.        I tak leżę nawet nie wiem jak długo.
***
       Mój brat idzie obok mnie wyprostowany i uśmiechnięty. Ja wyglądam z kolei jak jedno wielkie nieszczęście. Potargane blond włosy opadają na szkła, przysłaniając zaczerwienione, szare oczy. Zmięta bluza założona jest na przygarbione ramiona, a przetarte jeasny lekko spadają z moich bioder.
       - W sumie wiedziałem, że zapiszą tą firmę mnie.
       Milczę, nawet nie podnosząc głowy. Od lat przyzwyczaiłem się do dokuczania mojego brata i znosiłem to naprawdę dobrze.   Prowadzę go właśnie do jego kolegi. Mam go też odebrać. Jakby nie mogli posłać jakiejś opiekunki.
       - W końcu jestem dużo lepszy od ciebie.
      Moje milczenie wyprowadza go lekko z równowagi, ale jesteśmy przed domem jego przyjaciela.   Mówię mu, o której przyjdę, a on nim pójdzie do środka, uśmiecha się najokrutniejszym z uśmiechów.
        - Nie dziwię się, że rodzice cię nie chcą.
       Trzask.
       Nawet nie wiedziałem kiedy moja dłoń powędrowała do góry, ale z dość dużym rozmachem trzasnęła w twarz młodszego brata. Patrzył się na mnie z nienawiścią w oczach. W moich kryła się tylko pustka i równa mu niechęć.
       - Rodzice o wszystkim się dowiedzą! – warknął  i pobiegł ze słodkim uśmieszkiem do kolegi. Ja natomiast ruszyłem wściekły w   przeciwnym kierunku.
       Po raz pierwszy zareagowałem tak agresywnie. Zawsze starałem się nie rozpoczynać wojny, ale teraz… teraz przegrałem ją nim w ogóle się zaczęła.
      Opadam ciężko na krawężnik, chowając twarz w dłoniach. Serce mocno mi bije, a po plecach przebiegają dreszcze, tylko przypominając mi o mojej głupocie.        Jeśli chcę by rodzice mnie zauważyli, muszę zrobić coś pozytywnego dla Shou. Nawet gdyby miało mnie to zabić, muszę im pokazać, że do czegoś się nadaję. Choćby mój honor miał przez to zginąć. 
***    
       Zerkając na zegarek, kieruję się w stronę posesji kolegi Shou.   Stawiam ze znużeniem każdy kolejny krok, czując, że rodzice mnie zabiją gdy wrócimy. Choć i tak jestem dla nich jak jakieś obce dziecko.
         Staję na progu i pukam. Otwiera mi sympatyczna kobieta, wyraźnie zdziwiona. Mam dziwne przeczucie.
         - O, to ty, Taki-kun. Shou czegoś zapomniał?
        - Nie… Ja po niego… - wykrztuszam. Coś jest nie tak.
        - Ale on już wyszedł. Myślałam, że wiesz, że przysyłają po niego opiekuna.
        - Opiekuna? – powtarzam. Pierwsze słyszę. Nigdy nie było nikogo takiego. Nigdy… O nie. – Jak wyglądał?
        - Słucham?
        - Ten mężczyzna. Jak wyglądał?
***
        Przebiegam kolejny zakręt, rozglądając się w panice na boki. Sprawdzam na szybko każdą uliczkę, mając nadzieję, że wspomniany wcześniej ‘opiekun’ nie miał zaparkowanego gdzieś dalej auta.
       Dysząc ciężko, skręcając w prawo. Mijam kilka uliczek, gwałtownie zatrzymując się za jakąś trzecią, cofając się szybko.     Wysoki chłopak w granatowej bluzie i dobrze ubrany blondynek.   To oni.
       - Stać! – podnoszę swój głos, stając kilka metrów za nimi w bojowej pozie. Facet się obraca, a Shou po raz pierwszy w życiu patrzy się na mnie z błaganiem w oczach. – Puszczaj mojego brata!
         - Chyba śnisz! – odkrzykuje mężczyzna. Zaciska uścisk na nadgarstku mojego brata, potrząsając jego dłonią. – Wiesz ile dostanę za niego okupu!
         - Jak oddasz po dobroci, nie wezwę policji! – nie wiem za bardzo co robić. Wybiegłem w epickiej scenie na ratunek, ale nadal mam tylko 13 lat. A tamten wcale nie musi być sam. – No już! – poganiam go niepewnie.
         Mężczyzna prycha i zaczyna biec. Chwyta Shou pod pachę i wbrew jego woli ciągnie ze sobą.   Blondynek wyciąga w moją stronę dłoń.
      - Taki!
      No tak.
      Jak chcę być zauważony, nie mogę go tak zostawić.
      Ale tak bardzo chcę.
      Zaciskając zęby, chwytam jakiś kij, leżący pomiędzy workami na śmieci, zrywając się do biegu.   Doganiam ich po kilkunastu sekundach. Nie wiedząc co mam zrobić, biorę szeroki zamach.   Waham się jednak przez chwilę.
      Przecież nie rąbnę człowieka kijem w głowę.
       Ta chwila zastanowienia dała mężczyźnie wystarczająco dużo czasu na reakcję. Odrzuca od siebie dziecko jakby nie ważyło zupełnie nic i wyciąga sztylet z kieszeni, szarżując prosto na mnie.
        Z mojego gardła wydobywa się okrzyk. Nieumiejętnie uderzam w jego dłoń, odskakując z paniką od broni. Co robić. Co robić. Co robić.   Jasna cholera.
        Kątem oka widzę jak mój brat podnosi się z ziemi i biegnie na główną ulicę. Zostawia mnie.   Walczę by mu ratować życie, a ona mnie zostawia. Tak po prostu.     Zginę tutaj. Nienawidzę go.
        Wiedząc, że jestem na przegranej pozycji cofam się tylko. W pewnym momencie braknie mi sił na trzymanie czegokolwiek, a kij z trzaskiem uderza o ziemię. Nogi uginają się pode mną, świat wiruje.         Nie czuję gdy spadam na lewy bok. Głowa uderza o chodnik, a ja mam wrażenie, że moja bluza staje się mokra.
        Co się dzieje?
        Kątem oka zauważam, że facet przygląda mi się przez chwilę, po czym zrywa się do pościgu za moim bratem. Ostatkiem determinacji usiłuję się podnieść, jednak coś blokuje moje ruchy.   Wędruję dłonią w stronę ograniczonego obszaru czując na palcach coś lepkiego i ciepłego. W końcu chwytam za coś drewnianego.
      Za sztylet.   
       Wodna tafla, pod którą się znajdowałem błyskawicznie znika, pozostawiając po sobie oszołomienie. Otaczające mnie dźwięki stały się kilka razy głośniejsze, ale nie to jest najgorsze. To ten palący ból, unieruchamiający każdy centymetr mojego ciała po kolei i zabijający bardzo, bardzo powoli.
       Ja nie chcę tak ginąć.
       Usiłuję się podnieść, ale jedyne na co mnie stać to wyprostowanie rąk. Reszta ciała strajkuje, poddając się bólowi. Po kilku piekielnie długich sekundach opadam na ziemię. Szorstki beton pod policzkiem wydaje się taki przyjemny. Mój ostatni widok nim zamknę oczy to dalekie światło na głównej ulicy.
         Przed oczami migają mi wspomnienia. Dzień robienia rodzinnego zdjęcia. Obiady, kolacje. Książki. Gnębienie. Trening. Shou. Trening. Książki. Gnębienie. Samotność. Rodzice. Shou. Książki. Trening.
       Ostatkiem sił próbuję się zaśmiać, choć wychodzi z tego jakiś jęk.
        - Moje życie było do bani… - śmieję się, nadal leżąc, nie próbując nawet drgnąć. Coraz więcej krwi upływa z ugodzonego boku, a ja wiem, że za chwilę stracę całkowicie przytomność. – Całkowita porażka… - śmiech przechodzi w cichy szloch, a po policzkach spływa pojedyncza łza, mieszająca się z brudem i potem.     Pochłania mnie lodowata ciemność.
      To koniec.
      W oddali słyszę krzyk Shou.
       - Jestem taka wdzięczna, że uratowałeś Shou! Taki, ty bohaterze!
      - Jestem z ciebie dumny, synu.
      - Wybacz nam. Kochamy cię.
      To moi rodzice. Słyszę ich.
       Kurde. Mam już omamy słuchowe. Ale one są tak realne…
       Dlaczego muszę sobie to wyobrażać przed samą śmiercią?
       Znowu krzyk Shou.
       To było takie wyraźne…
       Tak bardzo chcę to usłyszeć.
        Nawet nie wiem dlaczego chwytam za drewniany uchwyt sztyletu. Zaciskam na nim drżącą dłoń i zatykam usta pięścią. Jeden płynny ruch i ostrze opuszcza moje ciało, a ja z wielkim trudem tłumię wrzask. Nawet gdy otwieram oczy widzę ciemnośc.
        Biorę dwa głębokie wdechy, mocno ściskając broń. Podnoszę się ostatkiem sił, przytrzymując głęboką ranę dłonią. Przez palce przecieka mi krew. Patrzę się z determinacją przed siebie, poprawiając okulary. Lewe szkło jest pęknięte.
        Muszę usłyszeć to z ust rodziców. MUSZĘ.
        Zrywam się do biegu. Nie wiem po co biegnę, dlaczego biegnę ani jakim cudem biegnę. Po prostu stawiam szybko nogi do przodu, choć ból mroczy mnie całkowicie.   Zataczam się o ścianę, biorąc zakręt, oślepiony światłem latarni.
       Nie wiem czy to prawda czy tylko halucynacja, ale zaledwie kilkanaście metrów ode mnie Shou szarpie się z wielkim mężczyzną.   Poprawiam chwyt na rękojeści, lewą dłonią cały czas przytrzymując ranę. Krew sączy się niespiesznie.
        Wiem, że w ogóle nie myślę trzeźwo. Nie powinienem był tego robić. Nigdy.
        Najpierw stawiam kroki powoli, z każdym metrem coraz szybciej i szybciej. Nieubłaganie zbliżam się do jego pleców, a on nawet nie wie, że jestem w pobliżu.
         Wstrzymuję oddech. Krew pulsuje w żyłach, a serce wali jak oszalałe. Czuję, że oszalałem. Zwariowałem całkowicie. Chcę go zabić. Muszę go zabić. Zabić.
        Nim zdążę nawet pomyśleć, że trafię za to do więzienia, po prostu widzę nóż wbity w plecy. Cofam drżącą dłoń i podstawiam pod oczy, patrząc się na nią przez moment.   Szare oczy rozszerzają się z przerażenia, wracam spojrzeniem do faceta. Obraca się ze zdziwieniem w moją stronę, otwierając usta. Nie wydobywa się z nich żadne słowo, jedynie pluje krwią, upadając martwy na ziemię.
       Odetchnąłem wtedy z ulgą, że to koniec. Jesteśmy bezpieczni.
       Tylko to był początek. I na pewno daleki od bezpieczeństwa.
        Shou powoli podnosi się z ziemi, nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie wiem jak dzieciak zareaguje, więc uśmiecham się najcieplej jak w tej chwili potrafię, wyciągając okrwawioną dłoń w jego stronę.
       - Pora wracać do domu.
       - Tak. – Shou posyła mi uśmiech, w którym jest coś bardzo niepokojącego. Staram się to jednak zignorować, wiedząc, że muszę wykorzystać resztki adrenaliny jakie mi pozostały.       Chwytam jego małą dłoń i ciągnę w kierunku naszego domu.
***
       Wchodzę z trudem po schodkach, pragnąc tylko dotrzeć do drzwi. Zatrzymuję się metr od nich, pochylając się i ciężko sapiąc.         I to było przedsionkiem piekła.
        Shou mija mnie z płaczem, waląc w drzwi.
        - Mamo! Tato!
        Słyszę śpieszne kroki i dźwięk otwieranego zamka.
        Czyżby Shou naprawdę się o mnie zmartwił? Niemożliwe.
        Czy naprawdę jest szansa, że rodzice powiedzą to czego tak bardzo pragnę?
         Otwiera nam ojciec. Na początku patrzy się to na Shou, to na mnie. Z każdą chwilą coraz bardziej blednie. Woła naszą matkę, a sam pada przed Shou na kolana, obejmując go troskliwie. Dziecko odwzajemnia uścisk.
         - Shou, kochanie ty moje, nie jesteś ranny?
        - Jestem cały, tatusiu…
        - Co się… SHOU! – mama nagle pojawiła się w drzwiach i opadła obok swojego męża, też tuląc syna.
        Moje serce zamieniło się w bryłę lodu.
        Tulą tak go przez kilka chwil. Potem blondynek odsuwa ich od siebie, patrząc poważnie w oczy.   Przez ułamek sekundy posyła mi nienawistne spojrzenie. Na moim lodowym sercu pojawiła się rysa.
        - To nie moja krew, papo. Tylko Takiego.
       Rodzice patrzą się teraz na mnie, ale nic nie mówią.
       Rysa się powiększa.
        - On jest mordercą, mamo. On kogoś zabił.
        I wtedy właśnie lodowe serce pęka.
        Daiki i Mei Hideyoshi zrywają się na równe nogi, zakrywając własnym ciałem swojego syna.   Mama chwyta go za ramię i ciągnie do środka, a tato usiłuje zamknąć drzwi. Rzucam się z paniką do przodu, ale tracę równowagę i puszczam swoją ranę, opierając dłoń o okno przy drzwiach.
         - Czekaj, proszę… Jestem przecież… waszym synem… - mówię, a z moich policzków kapią rzewne łzy. Nie zrobią tego. Nie zrobią. Jestem ich dzieckiem.     Jestem ranny. Nie mogą. Nie. Nie. Nie!
         - Ja już nie mam syna. Nie wracaj tu więcej. – stwierdza chłodno, patrząc się na mnie z obrzydzeniem i zatrzaskuje drzwi przed moją twarzą.
        A serce roztrzaskuje się na tysiące kawałków.
***
         Stawiam powoli stopy przed siebie, posuwając się z każdą chwilą coraz dalej. I dalej. I dalej.     Jedną ręką trzymam na głębokiej ranie, wokół której krew zaczynała powoli krzepnąc, a druga zwisa bezwładnie wzdłuż ciała, bo nie mam siły na nic innego.
        Będzie dobrze.
        Nie ważne ile razy powtórzę te 2 słowa, nie nabiorą one sensu ani nie dadzą mi nadziei. Z moich szarych oczu płyną strużkiem łzy, których nie umiem powstrzymać.   Cały czas drży mi broda, ale nie pozwalam sobie na szloch, choć nie umiem powiedzieć dlaczego. I tak to wszystko nie ma już sensu.     To całe staranie się, walka, udawanie silnego… nic z tych rzeczy nie ma sensu.
        Całe życie byłem przekonany, że każdy już ma wytyczoną drogę. Nie ważne jak pójdziemy, jakie decyzje podejmiemy i tak trafimy w przeznaczone nam miejsce.   Ścieżka zawsze była dla mnie jasna, ludzie po prostu nie chcą się z nią pogodzić, usiłując ją obejść lub zmienić. Ale nawet jak ją zmienią, dotrą na ten sam przeznaczony im koniec.
         Teraz wiem jak bardzo daleki byłem od rzeczywistości.
         Tracąc wszystko, nie mając dokąd pójść, mam przed sobą  pustą przestrzeń. Jednak z każdym kolejnym krokiem, tworzy się tam ścieżka, którą podążam tak jak chcę. Dopiero jak się odwrócę, widzę drogę jaką przeszedłem, ale nie mogę wrócić. Zostało mi uporczywe tworzenie tej ścieżki, dopóki mam siłę. Dopóki żyję.
        Z każdą minutą robi mi się coraz zimniej. Wiem, że powinienem poprosić o pomoc kogokolwiek, ale nikogo wokół nie ma. Jestem sam. Tak jak zwykle.
       Nie dziwię się, gdy nogi się pode mną załamują kilkaset metrów dalej. Znajduję się w jakieś ciemnej uliczce, całkowicie wymarłej. Nie ma nawet siły drgnąć, tylko czekam, błagając by nastąpiło to jak najszybciej. Jestem skończony.
       Moje łzy się kończą, a oczy powoli zamykają. Świat staje się nie wyraźny, okulary zjechały mi z nosa. Ogarnia mnie kołderka ze śniegu, a po plecach przechodzą ostatnie dreszcze. Wspomnienia ponownie migają mi przed oczyma, a kiedy zatrzymują się na obecnym miejscu, staram się uśmiechnąć.
       Przynajmniej niech wyglądam na szczęśliwego.
       - Ej, Ryu tam ktoś leży!
       - Zdaje ci… Ej, faktycznie!
       - Co się…? Kto tam jest!?
       - Hiroki, leć po jakieś auto, jest ciężko ranny!
      - Ale kto to…?
      - Nie ważne, szybko! Jest jeszcze szansa!
       Słysząc te głosy, nie mogłem ich zrozumieć. Wydawały mi się takie odległe, słowa takie rozmyte, a sens nieskierowany do mnie.
      Okazało się, że ci przysłowiowi ‘zabójcy’, ‘bandyci’ i ‘kryminaliści’ postanowili ratować życie jakieś nieznajomego im chłopaka pchniętego nożem. Choć wcale oto nie prosił, nawet nie chciał. Pragnął zamknąć oczy i nie obudzić się więcej.
       Naprawdę wtedy chciałem umrzeć.
       Chciałem umrzeć gdy się ocknąłem w ich siedzibie.
       I jeszcze wiele, wiele razy chciałem po prostu zniknąć.
       Ale teraz, jestem im wdzięczny za to, że mnie nie skreślili.
       I pewnie nigdy im tego nie powiem, ale… Po prostu…
       Dziękuję.
***
       - Dzień dobry? – niska dziewczyna w warkoczu weszła do mojego pokoju, z pytającym tonem.         Skinąłem jej posępnie głową, na co wparowała do środka z szerokim uśmiechem. Nadal nie mogłem zrozumieć jak ci ‘mordercy’ mogą być tacy szczęśliwi. Czy to tylko dlatego, że są psychiczni?
       - Nazywam się Ayako Kasahara. A ty? – wyciągnęła do mnie dłoń na powitanie. Powoli podniosłem wzrok i martwymi, szarymi oczami spojrzałem na jej twarz. Nie zareagowałem od razu.
       - Psst, Ayako! Mówiłem ci, żeby dać mu trochę…
       - Oj cicho, Tsuneari! – odwróciła głowę w stronę drzwi, od razu ją odwracając w moją stronę. Kiedy spostrzegła, że cały czas się na nią patrzę, wyszczerzyła się jeszcze szerzej.
        Nie była ładna. Miała długiego warkocza sięgającego do połowy brzucha, a splecione ciemnoczekoladowe włosy były jak strąki – sztywne i szorstkie, co dało się stwierdzić od razu. Oczy miała szarozielone, szeroko rozstawione, a między nimi był krzywy nos i drobne usta. Ostro zarysowana szczęka nadawała jej takiego… zadziornego charakteru.
        Kiedy nie reagowałem, dziewczyna pochyliła się i wzięła moją dłoń. Potrząsnęła nią kilka razy, a ja popatrzyłem się na nią trochę bardziej zrozumiałym wzrokiem.
        - Taki Hideyoshi.
        Rozciągnęła usta w najszczerszym uśmiechu jakie było mi dane zobaczyć.
        - Miło mi poznać!
        Kiwnąłem powoli głową, popadając po raz kolejny w stan melancholii, licząc, że w końcu mnie zostawią i dadzą zniknąć.     Choć wcześniej był tu długowłosy mężczyzna, który oznajmił mi dobrotliwie, że teraz jestem częścią Kaminari i że mam dać sobie tyle czasu ile potrzebuję, nadal nie rozumiem jak tak szybko się dowiedzieli o wszystkim. Mają przerażające znajomości.
         Dziewczyna nie puszcza mojej dłoni, kucając przy moim łóżku.   Uśmiecha się tak ciepło, że serce zabija mi mocniej. Mrugam parę razy, bo oczy zachodzą mi mgłą.
         - Słyszałam już to imię, wiesz? Chodziłeś do Megiguraoki, prawda? Miałeś świetne wyniki. – nawiązała ze mną kontakt wzrokowy.       Otwieram usta w niemym zdumieniu. – Życie jest strasznie niesprawiedliwe, nieprawdaż? Szkoda takiego geniusza jak ty, Taki-kun. Świat jeszcze nie wie ile stracił. – śmieje się uroczo, a w moich szarych oczach stają łzy.
       Po raz pierwszy od kilku tygodni cokolwiek poczułem.
       - Nie musisz się martwić. Każdy z nas przez to przechodził. Ale obiecuję ci, wyciągnę cię z tego. W końcu teraz jesteś w Kaminari. Jesteś jednym z nas.
         Wyglądała dla mnie teraz jak anioł. Mimo tych wszystkich niedoskonałości, została moim aniołem stróżem. Serce powoli się uspokajało, a ona pomachała mi i wyszła z pokoju.
         A ja zostałem sam. Ale odczuwałem już mniejszą samotność, a w moi sercu jeszcze tliła się nadzieja, która teraz rozgorzała na nowo.

6 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 20

Rozdział 20

     Wiem, że nie powinna w ogóle tu być.   Wiem, że powinna odpoczywać i regenerować siły. Wiem to, ale…
      Ruch pozwala mi się uspokoić. Kiedy już weszłam w trans, powtarzając do znudzenia sekwencję ruchów, a do bólu się przyzwyczaiłam, myśli zaczynały powoli się oczyszczać. Kawałek po kawałku, mogłam w końcu wszystko przemyśleć na spokojnie. Bez wybuchów emocji czy pod wpływem stresu.
     Odniosłam w sumie 3 obrażenia – stłuczony prawy bok, rozcięte lewe ramię i średnio płytkie cięcie przez cały brzuch. Miałam fart, że nie naruszono narządów wewnętrznych.
      Nawet gdy myślę o tym na spokojnie, powinnam wytrzymać dłużej, pomimo ich przewagi nad większością aspektów.   Gdyby nie Meiji i chłopaki, mój heroiczny gest spaliłby na panewce i, i ja, i Ayako skończyłybyśmy z mieczem w brzuchu.
       Ayako.
      Jeśli miałabym taką sytuację przeżywać jeszcze raz, nie jestem pewna na co bym się zdecydowała. Wczoraj zdecydowałam się ratować Ayako pod wpływem chwili, wcześniej byłam pewna, że to ja powinnam przeżyć. Jestem perfidna. Nie mam prawo być uważana przez nią za przyjaciółkę.
       Chociaż… W końcu, mimo tego… wszystkiego… nie żałuję swojej decyzji.   Dzięki niej chyba mogłam się podnieść po raz kolejny. Nie załamać się całkowicie.
       Właśnie. Muszę się tylko z tym pogodzić. Teraz nic z tym nie zrobię. Po prostu się przystosuję. I zemszczę. Za rodziców. Za to wszystko. Zamorduję…
       - Orientuj się! – usłyszałam za plecami, obracając się na pięcie. Krzyk wyrwał mnie z głębokich przemyśleń, które powoli schodziły na mroczne tory. Instynktownie odchyliłam się lekko w lewo, a koło prawego policzka coś świsnęło. Chwilę potem usłyszałam brzęk upadającego sztyletu za sobą.
         - Całkiem nieźle! – usłyszałam ponownie ten sam krzyk. Poprawiłam chwyt na mieczu, mrużąc oczy.
          - Czy ciebie całkowicie pogięło, Tokaji!? – wydarłam się na niego. – Gdybym się nie odchyliła, straciłabym oko!
         - Ale się odchyliłaś – zauważył szyderczo chłopak. Zacisnęłam dłonie mocniej na rękojeści.  Zabiję go zaraz.
        - Co. To. Miało. Być? – rzucam, starając się by mój głos nie drżał ze złości. Chłopak patrzy się prosto na mnie, uśmiechając się nieodgadnienie.
        - Trening – mruczy lekko niepokojąco. Cofam się o krok, obserwując go uważnie. Napinam mięśnie, gotowa na wszystko.
        Czarnowłosy jak zwykle ma na sobie jakieś przetarte czarne spodnie i jedną ze zwykłych szarych koszulek. W uchu pobłyskuje srebrny kolczyk, a przez ramię przewieszona jest pochwa z jednym mieczem.
         Ściąga ją bez entuzjazmu, wręcz ze znudzeniem wyciągając swoje ostrze. Tak jest zawsze. Kiedy tylko chłopak kończy naśmiewanie się z innych, na jego twarz wraca ten sam wyraz – wiecznego znudzenia, a w czarnych oczach wieje pustka.
          Przyglądam mu się z coraz większym spokojem. Prostuję się bardziej, miecz kieruję ku podłodze. Tylko, że on na to czekał. Ruszył tak gwałtownie, że gdy tylko podniosłam ostrze, rozległ się szczęk naszych ostrzy.         Zrobiłam mimowolnie krok do tyłu, przygotowując się do ciosu. Tokaji jednak wyprowadził go dużo szybciej.   Wprowadził w niego dużo więcej siły niż przypuszczałam, więc mój nadgarstek odskoczył na bok, dając mu idealną szansę by ciąć z góry. Odskoczyłam na bok, starając się zmusić mózg do pracy.
      Tokaji nie dał mi nawet sekundy. Zadał jeszcze jakieś 4 pchnięcia, a przy piątym miecz wypadł mi z dłoni. Powiodłam za nim przerażonym spojrzeniem, klnąc na siebie w myślach, że odwróciłam od chłopaka wzrok. Nim jednak napotkałam jego twarz, zobaczyłam sufit, po chwili upadając na ziemię. Podciął  mnie. Ależ to była wymagająca walka.
       Już widzę ten jego chytry uśmieszek, a riposta wręcz pobrzmiewa w moich ustach. Zamiast tego, czarnowłosy stawia stopę na moim brzuchu, mocno go przyciskając. Wydaję z siebie zduszone tchnienie, pełne bólu.
        Czy on oszalał?
        Nawet na niego nie patrząc, chwytam go na nogę i usiłuję zrzucić. Po kilku sekundach, w miarę mi się to udaje, choć czuję, że sam odpuścił. Z kaszlem przewracam się na bok. Posyłam mu mordercze spojrzenie, które jednak łagodnieje i przechodzi w nieme zdziwienie.
         Chłopak kuca przy mnie, z całkowicie obojętną twarzą i pustką w oczach. Zero kpin, zero szyderczości. Jest taki sam jak zwykle. Jakby… beznamiętny.
          - Pamiętaj, że atak może nadejść w każdej chwili. Musisz od razu się na nim skupić. Nawet jeśli to byłbym ja, Ayako czy Tsu… masz być gotowa nas zabić. – patrzy się prosto na mnie, mówiąc spokojnie, bez grama emocji. – I pamiętaj, że oni zawsze będą wiedzieli gdzie uderzyć, żeby cię zranić.
       Patrzę się na niego, lekko zdezorientowana. Akurat tej strony Tokajiego bym się nie spodziewała.   Chociaż aż dziw, że potraktował nauczanie poważnie. Choć nie narzekałabym na inne metody.
       - A teraz wstawaj, Ichigo. Jeszcze raz.
***
~ Ryutaro ~
       Wchodzę cicho do pokoju, starając się nie przeszkadzać dowództwu. Chociaż widok tym bardziej zmusza mnie do zachowywania się bezszelestnie.
       Daiki leży na kanapie w kącie pokoju, zasypany papierami i puszkami. Niedaleko niego, na stole leży Hiroki, pochrapując cicho. Przed nim stoi laptop, z nadal otwartymi dokumentami, a jego dłonie spoczywają na klawiaturze. Obok stoi rozbita szklanka.
        Dobra, nie będę wnikać.
Naprzeciwko na stole śpi Fumiya. Jego oddech jest głęboki i spokojny, choć on sam wydaje się wycieńczony nawet przez sen. Omitsu zasnęła z notatnikiem i długopisem w dłoni, na wpół siedząc, na wpół opierając się o parapet.
         Jedynie Mikuru nie śpi, siedząc na swoim starym miejscu, skrobiąc coś apatycznie na papierze, mamrocząc niezrozumiałe słowa pod nosem. Nawet nie zwróciła na mnie uwagi, nadal mając przymknięte oczy. Jej głowa z każdą sekundą opada coraz bardziej w dół.
        Uśmiecham się pod nosem. Chociaż w pokoju unosi się drażniący zapach alkoholu, miesza się on z kawą i energetykami. Wszędzie są dokumentacje, kartki, plany…
        Przynajmniej w końcu wzięli coś na poważnie.
        Chyba, że sytuacja jest aż tak poważna.
        Kręcę gwałtownie głową, przywracając się do porządku.   Spoglądam na dokończoną przed chwilą książką zdrowotną całej organizacji i na Omitsu. Kobieta ma lekko rozchylone usta, a w promieniach wschodzącego słońca wygląda na dużo młodszą.
Kładę delikatnie obok niej papiery, nie chcąc nikogo budzić. Powinni chociaż chwilę się zdrzemnąć. Wypoczętym lepiej się myśli.
      Gdy jestem przy drzwiach, cichy szept mnie zatrzymuje.
       - Ryu? To ty? – odwracam się w stronę okna.
      Omitsu trze oczy, przeciągając się. Po chwili jej ciemnobrązowe oczy nabierają zrozumienia, a ona staje na równe nogi. Patrząc na zegar, na jej twarzy maluje się zgroza.
      - O szlag, zaspałam! – mówi dość głośno.
      - Shhhh! – przytykam jeden palec do ust, nakazując jej ciszę. – Jak chwilę będziecie spali to nic się nie stanie.
       - Ale…
       - Nikt was nie skrytykuje za chwilę snu. – ucinam. Czasem zachowuję się jakbym był od nich starszy. Omitsu jednak nie mam mi tego za złe, opadając ponownie na parapet. Kartkuje szybko książkę zdrowotną.
        - Dzięki – mówi, odkładając ją na stół. Macham ręką.
        - E tam. I tak musiałbym to zrobić. – mówię lekceważąco. Po chwili poważnieję. – Czemu tak się męczycie? Sytuacja jest aż tak zła?
        Omitsu milczy, unikając mojego wzroku. Przygryza dolną wargę, widocznie bijąc się z myślami. Krzyżuję ręce na piersi, wpatrując się w nią uporczywie.
         - Nie tyle co zła, tylko… - zaczyna dość niechętnie, wodząc wzrokiem po pokoju, jakby szukała od kogoś pomocy.
         - Tylko co?
         Kobieta nabiera powietrza.
         - Ich przewaga liczebna daje im możliwość zaatakowania nas od razu, z gwarancją 75% na zwycięstwo. – Omitsu wpatruje się w jakiś odległy punkt za oknem. – Mają lepszych dilerów broni, duże zapasy dopalaczy, kilku medyków i ludzi z wypranymi umysłami… - kiedy zaczyna wyliczać, tym swoim bezbarwnym głosem, zaciskam dłonie. Na jej ustach błądzi smutny uśmieszek, pokazujący w pewien sposób, że pogodziła się z porażką, przegraną. Śmiercią.
        - I co z tego? – nieświadomie podnoszę swój głos. Omitsu spogląda na mnie flegmatycznie. – Przecież na pozycji dowódcy nadal jest Yasuaki Igarashi. A w czołówce są praktycznie te same osoby. Mamy wystarczającą dokumentację by w miarę dokładnie nakreślić ich poziom, a z przeciętnymi damy sobie spokojnie radę.
         - Niby tak, ale… Kijuro Harada nie jest głupi. Ma dużo dłuższe doświadczenie jako strateg niż Mikuru i wcześniej planował już walki z nami. – Omitsu wzdycha. – Musimy wydać masę kasy na broń i poświęcić się treningom tak szybko jak tylko się da. Mogą uderzyć w każdej chwili. To ich styl walki. Szybko i efektownie.
        - Ale mamy informacje o ich głównych siłach: Kijuro, Toshiyuki, Shigeo, Hisaki, Takahiro, Takahide – zacząłem wyliczać głównych członków Jishin, jednak zamilkłem gdy poczułem jej wzrok. Te pogodzone z sytuacją, smutne ciemnobrązowe oczy i blady uśmiech. Rozszerzam szeroko oczy, opuszczając lekko głowę. – Przecież nie może być, aż tak źle…
      Wiem, że dalsze argumenty są zbędne. Nie ważne jak bardzo racjonalne one będą, prawda jest zbyt wyraźna.   Nawet jeśli mamy informacje o najsilniejszej dziesiątce, co z pozostałymi 90-cioma zabójcami? Mogą zaatakować w każdej chwili. Nawet teraz mogą być już w drodze…
       Poczułem drobne, lecz umięśnione ramię na plecach przyciągające mnie do swego barku. Mała dłoń spoczęła na mojej głowie, przeczesując z czułością orzechowe włosy. Wstrzymałem na początku oddech, ale teraz wypuszczam ciężko powietrze, chowając twarz w jej ramieniu. I stoję tak, przygarbiony lekko, z opuszczonymi bezwiednie rękoma, czując, że zaraz pęknę.
         Teraz to wiem. Nie ważne ile bitew, wojen przeżyjesz, każda kolejna jest równie przerażająca. A gdy stoisz w progu, patrząc na oddalające się plecy twoich przyjaciół, idących na pole walki, wiedząc, że możesz tylko czekać, aż przyniosą ich rannych, liczących na twoją pomoc. Możesz tylko patrzeć jak cierpią, krwawią. Jak umierają.
         - Ryutaro… - Omitsu wypowiada cicho moje imię, obejmując mnie drugą ręką, ale cały czas głaskając mnie po głowie. – Naprawdę przestań udawać dorosłego. Nadal jesteś tylko dzieckiem. To my jesteśmy dorośli, i naprawdę sobie poradzimy.
         - Ale jestem głównym medykiem… jedynym medykiem…
        - I co z tego? Zawsze byłeś dla nas   podporą, służyłeś radą, ale ciebie nie miał kto wysłuchać. Ja wiem, że dla dzieciaków jesteś jak starszy, silny brat, tylko… Proszę, nie tłamś w sobie tylu emocji. Uwierz, to nie pomoże.
       - Omitsu, posłuchaj… - zaczynam jeszcze spokojnie, odsuwając się lekko od Omitsu. Kobieta jednak nie pozwala wyrwać mi się z uścisku.
       - Jeśli chce ci się płakać, płacz. Jeśli jesteś smutny, smuć się. Jeśli się boisz, bój się. To nic złego. Musisz czasem to okazać, bo inaczej kiedyś się całkowicie załamiesz. – zaciskam mocno oczy, nie pozwalając dopłynąć łzom, ale moje ręce same wędrują, by ją objąć. – Spójrz na mnie. Nie ważne ile lat tu jestem, cały czas się smucę, boję czy płaczę. Ale też są momenty szczęśliwe. Najważniejsze by człowiek okazywał emocje. Z naturą nie wolno walczyć.
       Pojedyncza łza kapie z mojej brody.   Zacieśniam mocniej uścisk, a Omitsu go odwzajemnia. Nadal przeczesuje moje włosy w matczynym geście. Pachnie dymem i alkoholem, z lekką wonią kawy. Jest praktycznie mojego wzrostu, ale jest drobniejsza.
         - Wiesz, Omitsu… - zaczynam, powoli dławiąc się słowami. – Panicznie się boję. Ich przewaga jest miażdżąca. Nie chce by powtórzyła się historia z Akumu, gdy prawie połowa nie wróciła. Nie dam rady…
        -  I dlatego właśnie, my, dowództwo, ciężko pracujemy, chcąc poświęcić  każdą chwilę na planowanie i przygotowania.
        - Ale jaki jest sens w poświęcaniu zdrowia? – odsuwam się od niej, patrząc prosto w ciepłe ciemnobrązowe oczy. Wiem, że moje są zaczerwienione, ale nie zwracam na to uwagi, wpatrując się w nią pewnym wzrokiem. – Macie być naszą główną podporą w bitwie. Musicie chociaż jeść i spać.
         Omitsu rozburza moje włosy, szczerząc się pod nosem.
         - I znowu robisz to samo… - jej uśmiech lekko gaśnie. - To samo dotyczy się ciebie, Ryu.
         - Oj, już mi tak nie matkuj.  – śmieję się. – Nie żartowałem z tym spaniem. Mikuru wygląda jakby miała za chwilę zejść.
         - I kto tu komu matkuje. – prycha Omitsu, ale przyznaje mi rację. – Zmuszę Mikuru do snu, a Fumiyę przeciągnę do jego pokoju.
         - Dasz radę?
         - A myślisz, że co ja robiłam, nim powstało Kaminari, co? Mam kilkuletnią wprawę. – mruczy pod nosem. – Idź już, na pewno masz masę zajęć. – pogania mnie ręką.
         Kręcę tylko głową, kierując się cicho w stronę drzwi. Jednak coś każe mi się zatrzymać i odwrócić. Brązowowłosa spogląda na mnie pytająco.
        - Wiesz… Zawsze byłaś dla mnie jak matka…
       - Już mnie tak nie postarzaj! – śmieje się tylko w odpowiedzi.
       Patrzę na nią wyczekująco ale chyba nic więcej się nie doczekam. Wychodzę, zamykając cicho drzwi, by nikogo nie obudzić. Jednak nim całkiem się oddalę, do moich uszy dobiega ledwo słyszalne:
         - A ty byłeś dla mnie jak syn.
~ Omitsu ~
       Gdy Ryu wyszedł zrobiło się pustawo i cicho. Popatrzyłam się na członków dowództwa, uśmiechając się ciepło.
        Na Hirokiego narzuciłam sweter, zabierając przy okazji rozbitą filiżankę. Daikiemu poprawiłam poduszkę na kanapie. Gdy chciałam wyrwać Mikuru z transu, okazało się, że kobieta od dawna śpi, pisząc jakieś wyrwane z kontekstu słowa przez sen.
        - Mikuru, obudź się i idź spać w bardziej ludzkim miejscu – szepczę do jej ucha, gdy wodzi nieprzytomnym wzrokiem po sali.
        - Ale strategia… - zaczyna niemrawo.
        - Dokończysz później. Meiji przejrzy to co mamy. – ucinam, ciągnąc ją w stronę dmuchanego fotela. Zielonooka opada na niego ciężko, moszcząc się w wygodnej pozycji. Wzdycha z zadowolenia, od razu zapadając w sen.   Narzucam na nią swoją skórzaną kurtkę.
        Z Fumiyą pójdzie trochę gorzej. Od co najmniej 3 dób jest na nogach, a gdy wrócił wypił sporo by odreagować ostatnie wydarzenia. Może to nie jest jego najgorszy przypadek pijaństwa, ale bywały lepsze.
        Od samego początku telepię nim z całej siły, jednak jedyne co wskórałam to uciszenie chrapania. Wznoszę oczy do nieba (sufitu), biorąc go pod pachy i ściągając z fotela.
          Ma farta, że ma mieszkanie niedaleko.
          Przeciągam go tam najciszej jak tylko się da. A Fumiya nawet nie drgnął przez całą operację.
          W mieszkaniu wtaczam go na łóżko, przykrywając kołdrą. Do moich uszu znów dobiega chrapanie. Mimowolnie kąciki moich ust wędrują do góry. Śpiąc, wygląda tak niewinnie.
           Co nie zmienia faktu, że nawet nie porozmawiałam z nim w cztery oczy od czasu jego powrotu. Pomijając lewego sierpowego na dzień dobry.
           - Jak wstaniesz, to się na ciebie wydrę. – ziewnęłam. Spojrzałam na czarnowłosego. Przynajmniej teraz wyglądał na uspokojonego. – Skończony idioto – mruczę, odgarniając długie pasma włosów z jego twarzy i składając długi pocałunek na jego czole.
          Mężczyzna mruknął coś przez sen, ale nie obudził się. Opadłam na kolana, opierając ręce o materac. Czuję jak głowa sama mi opada, a oczy się zamykają. Zdążyłam jeszcze zapamiętać, że ułożyłam ją na ramionach, gdy obmywa mnie ciemność i zapadam w sen.
***
~ Ichigo ~
       Po jakiś 2 godzinach zaczęłam czuć, że leki przeciwbólowe jakie otrzymałam w kroplówkach Ryu przestały działać.   Moje ruchy tym samym zaczęły być bardziej ociężałe, jakby samo zmęczenie miało nie wystarczyć. Prawie przy każdym skrzyżowaniu ostrzy, krzywiłam się, dobitnie odczuwając przecięcie na lewym ramieniu.
         Tokaji jednak zdawał się tego nie zauważać, a sama za bardzo nie paliłam się do zaprzestania treningu. Przy tym cholernym idiocie, okazywanie słabości nie wychodzi najlepiej. Zwłaszcza, że wolę nie zduszać w sobie determinacji.
          - Dobra, jeszcze raz. – rzucił Tokaji, odchodząc ode mnie na kilka metrów.   Oboje przyjęliśmy pozycje bojowe.   Oddychałam coraz ciężej, spocona, z potarganymi włosami. Ale czarnowłosy jakiś cudem wyglądał jakby przebiegł 2 kółka na stadionie.
           Zaatakował pierwszy. Gwałtownie zahamowałam jego cios od góry, blokując kolejno ciosy z prawej i lewej. Jego miecz odbił się wystarczająco daleko by zadać kontratak. Wzięłam szeroki zamach, ale czując rozdzierający ból, skrzywiłam się, zamykając oczy i zmniejszając tym samym impet uderzenia. Tokaji odparował je z łatwością, przystępując do ataku.
         Pracuj nogami, powtarzam to sobie od samego początku, prawie słysząc głos Mako w głowie. Jednak przestaję widzieć w tym zdaniu jakikolwiek sens, skupiając się tylko na tym by zignorować ból.
         Oczy zachodzą mi mgłą, a głowa tępo pulsuje, opóźniając moje reakcje, przez co ledwo zdążam umocnić uchwyt na rękojeści, gdy ostrze Tokajiego ze zgrzytem spotyka się z moim. Choć staram się to sparować, mój miecz wypada mi z dłoni i wbija się w podłogę jakieś 2 metry dalej.
           Nim chłopak zareaguje, zmuszam się by napiąć mięśnie i przejść do walki wręcz. Jednak gdy tylko usiłuję zrobić pierwszy krok, przeszywa mnie tak dogłębny ból, że osuwam się na kolana.
        No jasny szlag, miało być bez słabości.
       Tokaji nie przejmuje się mną, wyciągając lekkim gestem ostrze z posadzki. Chowa je do mojej pochwy, po czym gdy przerzuca je przez ramię, podchodzi do mnie. Jestem na kolanach, oparta na dłoniach i usiłując złapać choć trochę tlenu, potęguję ból ran na brzuchu. Chłopak klęka koło mnie.
         - Na teraz wystarczy. Dobra robota. – rzuca poważnie, kładąc mi dłoń na ramieniu. Nie jestem w stanie wydusić żadnego słowa, więc tylko kiwam głową.
- Dobra, a teraz czas na resztki ze śniadania. – oznajmia kpiącym tonem.   Czyli stary Tokaji wrócił. Skierował się luźnym krokiem do wyjścia, więc stwierdziłam, że czas się podnieść.
       Chwiejnie stanęłam na nogach, mając wrażenie, że świat się kręci. Zamrugałam kilka razy, starając się pozbyć mroczków, jednak tylko je spotęgowałam. Nim zdążyłam poczuć, że lecę, chłopak złapał mnie za przegub i postawił do pionu.
        - Upierdliwa jesteś. – mruknął, ciągnąc mnie w stronę wyjścia.
       - A ty wredny – prycham.
       - I głodny. – zaznacza. – A teraz zamiast iść jeść trzeba cię dowlec po kolejną porcję leków przeciwbólowych. Ja nie mogę, co ten Ryutaro robi, że nie mówi o tak ważnych rzeczach, do jasnej cholery…
       - Pragnę zauważyć, że nie prosiłam o pomoc. – warczę, posyłając mu buntownicze spojrzenie, choć praktycznie nie mam na nie sił.
       - A ja cię dwa razy uratowałem od gleby. I trenuję. Więc zamknij się i idź.
***
       Niestety, gdy Tokaji w końcu dowlókł mnie do gabinetu Ryu, nie zastaliśmy tam nikogo.  Czarnowłosy jęknął, przewracając oczami i kazał mi usiąść. Z radością spełniłam to polecenie, pozwalając odpocząć mięśniom. Gdy nic nie muszę robić, rany stają się mniej uciążliwe.
        - Ryu! - krzyknął Tokaji w pokoju, a odczekawszy kilka sekund, wystawił głowę przez drzwi. – RYU!!! Zgłoś się! – wrzasnął jeszcze głośniej, jednak nie doczekał się odpowiedzi. – Ja pitole, co za człowiek.
        - Zostaw go, zajęty jest – rzuciłam w obronie przyjaciela. Chłopak cofnął się do środka, lustrując mnie wiecznie kpiącymi, bezdennymi, czarnymi oczami. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, zmrużyłam swoje, rzucając nieprzyjazne spojrzenie.   Chłopak uśmiechnął się na to krzywo, przetrzymując przez chwilę kontakt, po czym westchnął i włożył ręce w kieszeń.
         - Co mnie, że zajęty. Jestem głodny. – prychnął, zaczynając krążyć po pokoju.
        - Drzwi otwarte – powiedziałam z wyczuwalną nienawiścią. Chłopak uniósł jeden kącik ust.
        - Czyli co, psiapsiółkujemy się tylko na treningu? – rzucił sarkastycznie.
        - Jeśli to na treningu to dla ciebie psiapsiółkowanie się, to jesteś niedorozwiniętym głąbem. – syknęłam.
        - Oho, widzę, że twoje słownictwo jest bardziej rozszerzone niż ‘idiota’.
        - A ja widzę, że jesteś głodny. Idź. – ostatnie słowo powiedziałam nikczemnie.         Czarnowłosy zatrzymał się przed drzwiami, jakby się nad czymś zastanawiał, przechylając lekko głowę do tyłu. – Na serio. Dam sobie radę, poczekam na Ryu.
       - Nie zostawię cię samej. Wyglądasz jak kefir z cytryną. Blada i skrzywiona.
       - Jesteś idiotą.
       Chłopak zbył mnie milczeniem podchodząc do wielkiej szafy z szufladkami. Zaczął je otwierać, wyraźnie czegoś szukając. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, jednak zignorował to. Przy 8 szafeczce zatrzymał się i wyciągnął jakieś obszerne opakowanie tabletek.
        - Co ty robisz? – zapytałam, gdy rzucił na mnie przelotnie wzrokiem.
       - Znalazłem leki przeciwbólowe. – odparł. – Chyba.
       - Chyba?
       - Pisze tu, że możesz wziąć do 5 na dzień. – rzucił, wysypując na dłoń 5 tabletek. – Trzymaj.
       - Ty naprawdę zdurniałeś. 5 na dzień, a nie na raz. – prychnęłam, patrząc na niego z politowaniem. 
      - Zaufaj mi, nic ci nie będzie. – powiedział z chytrym uśmiechem.
      - Zaufać tobie? – zapytałam z powątpiewaniem, jednak sięgnęłam po lekarstwa. Rzuciłam podejrzliwe spojrzenie tabletkom. Nieduże i okrągłe. Połknęłam je na raz, krzywiąc się. Nie cierpię leków.
      - No nieźle. – prychnął Tokaji. – A teraz chodźmy coś zjeść.
      - Wiesz, że to nie zadziała od razu?
      - Wiem. Ale to twój problem, nie mój. W końcu to ja dałem ci te tabletki.
***
       Nim doszliśmy na ‘stołówkę’ zaczynałam odczuwać przyćmienie bólu. Albo to dobrze tabletki, albo to ich ilość.
       W kącie obszernej sali, która kiedyś była zapewne obiektem szkolnym, stoi kilka lodówek, blatów i innych cudów kuchennych zastawionych jedzeniem.   Rzadko trafiało mi się po nie iść, zazwyczaj szły starsze osoby, ewentualnie dowozili nam zaprzyjaźnieni klienci.
        Podeszłam do stołu, patrząc co jest. Ślinka pociekła mi na widok jedzenia. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że od doby nic nie jadłam i jestem w cholerę głodna. Pakuję na tackę drożdżówkę z kokosem i wielką babeczkę truskawkową.
          - To nie kanibalizm? – rzucił mi przez ramię Tokaji, z tym swoim wnerwiającym uśmiechem. Jezu, ile wersji uśmiechów może mieć jeden człowiek. Zbyłam go, podchodząc do kuchenki. Mam wyraźną ochotę na jajecznicę. Po kilku minutach na talerzu, obok słodyczy ląduje jajecznica z grzybami i bułka.
           Przy jednym ze stolików zauważam Ayako i Takiego. Staram się ruszyć raźnym krokiem w ich stronę, jednak lekko się chwieję. Przyjaciele uśmiechają się na mój widok, jednak coś w uśmiechu dziewczyny mnie nie pokoi.
         - Czy ciebie całkowicie popieprzyło żeby trenować z Tokajim, Ichi? – rzuciła na dzień dobry. Taki tylko zakrył twarz dłonią i mruknął mi ‘cześć’. Kiwnęłam mu głową, siadając na jednym z krzeseł.
          - Ciebie też miło widzieć, Ayako. Tak, czuję się świetnie, dzięki za troskę. – mówię sarkastycznie. – I nie, moja psychika jest w jednym z lepszych stanów.
          - Oj już się tak nie złość. Ale poważnie, Tokaji? – mówi brązowowłosa.
          - Poważnie. Nic mi nie będzie. – odparłam, rzuciwszy się na jajecznicę.
         - Ayako, już ci to tłumaczyłem. Tokaji jest silny. – wzdycha Taki.
         - Tak, ale jeden Tokaji to aż nadto. Jego żeńskiej wersji nie potrzebujemy. Nie dość że wygląda podobnie to jeszcze jakby miała się podobnie zachowywać… - tu dziewczyna się wzdrygnęła. – Brrr… w życiu.
          - Nadal tu jestem. – wtrącam, przełykając wielki kęs bułki.
          - Przepraszam, Ichigo-san. – wtrąca Taki. – Jednak w tym jest trochę racji. Nie chcemy byś zaczęła…
         - Spokojnie. Jak się zacznę tak zachowywać to sobie prędzej żyły podetnę niż zaakceptuję. – zbywam to ręką.
          - W ogóle to widzę, że iście japońskie śniadanie. – żartuje dziewczyna.
         - No a jak. – śmieję się. – Jakoś kuchni narodowej nie umiem. Wolę europejską. – dodaję, pochłaniając wypieki.
         Czas miło upływa nam na gadkach-szmatkach, choć w powietrzu wisi jeden, mało przyjemny temat. Wojna. Ryu streścił mi większość informacji, jednak sama nie jestem pewna czy ktokolwiek może zrozumieć wojnę. Jej powody, ambicje, strategię – owszem. Ale samej wojny – nigdy.
           Jedyną osobą, która chyba cieszy się z tej wojny jest Tokaji. Mówi o niej się szyderczym uśmiechem, choć mimo to chcę wierzyć, że to tylko maska. Niestety, zbyt dobrze go poznałam.
          Wszyscy są przybici i flegmatyczni, choć cały czas panuje tu ruch i zamieszanie, a prawie każdy stara się pomóc na tyle na ile da radę. Masa osób przechodzi interwałowe treningi, inni patrolują okolicę. I nawet gdy widzę, że się wygłupiają i śmieją robią to jakoś… bez życia. Jakby już polegli na tej wojnie.
         Kątem oka dostrzegam sunącą postać w naszym kierunku. Zza burzy jasno- brązowych włosów rozpoznaję Mikuru. Strategiczka ma podkrążone oczy, wodzące nieprzytomnie po sali. Ogólnie jest zgarbiona, zmęczona i wygląda jak duch. Jej przygaszone zielone oczy zatrzymują się na mnie.
        - Ichigo.
        - Konichiwa, Uetake-san – witamy się wszyscy.
        - Cieszę się, że żyjesz – kobieta stara się uśmiechnąć jednak wychodzi jej tylko grymas. Po chwili przybiera oficjalny wyraz twarzy. – Jak zjadłaś, to idź do Sotomury. Coś od ciebie chce.
         - Dobrze… A co?
         - Nie wiem. – ziewa. – Jakbyście gdzieś widzieli Omitsu, to powiedzcie, że ją szukam. A teraz wybaczcie. – nim zdążyliśmy zareagować, Mikuru powlekła się w stronę ekspresu do kawy.   Rzuciliśmy sobie zdziwione spojrzenia.   Ayako zagwizdała.
         - Widzę, że ostro pracują. – stwierdza blondyn. – Trafisz do Sotomury?
         - Powinnam dać radę. Dzięki. – mówię, odnosząc tackę do zmywarki. – Do zobaczenia na sali treningowej. – rzucam na odchodnym, machając im dłonią.
          - Trzymaj się! – woła Ayako, nim całkowicie się oddalę.
***
      Pukam dwa razy w drzwi, po czym otwieram je pewnym ruchem. Wchodzę raźnie do środka, przyglądając się uważnie pomieszczeniu. Pierwszy raz przychodziłam do dowódcy, zazwyczaj wszyscy gromadzili się w Sejmie, ale teraz każdy zajmował się czymś innym.
      Mieszkanie ułożone było dość dziwnie. Na początku wchodziło się do dużego pomieszczenia, służącego jako salon i gabinet. Na samym wejściu stał odrapany z lekka komplet skórzanych mebli – kanapa i dwa fotele, a przy nich szklany stolik z dużym pęknięciem. Za nimi stały regały z niesamowitą ilością nieposegregowanych papierów oraz zawieszony na ścianie komplet mieczy.   W lewym rogu, na podwyższeniu stało masywne, mahoniowe biurko, zawalone teczkami, tak samo jak półki je otaczające. Wszystko wieczorami oświetlała stara stojąca lampa, dająca pożółkłe, ciepłe światło.
      Za biurkiem siedział Fumiya. Pisał coś, podpierając głowę ręką. Jego matowo-czarne oczy przeskakiwały z kartki do kartki, śledząc w skupieniu każde słowo. Czarne włosy, sięgające do łopatek, związał w luźnego kucyka, opadającego teraz przez lewe ramię.   Kiedy podeszłam bliżej, już z mniejszą pewnością, podniósł głowę, uśmiechając się życzliwie.
      - Dobry, Ichigo. – rzucił, kończąc coś zapisywać. Stanęłam na baczność.
      - Dzień dobry, Sotomura-sama. – powiedziałam poważnie. – Cieszę się, że pan jest cały.
      - Spokojnie, spokojnie – zaśmiał się krótko. Uśmiechał się przyjacielsko. – Darujmy sobie te uprzejmości. I tak zachowujemy je tylko w poważnych sytuacjach. – wyjaśnił, pochmurniejąc na chwilę. – No, w trochę poważniejszych niż ta.
        - Dobrze. – rozluźniłam się. Nadal nie mogłam pozbyć się wrażenia z pierwszych dni. Gdy byłam pewna, że dowódca będzie stary i przerażający. A jest dość młody, pogodny i przystojny. Nawet bardzo. – Więc o co chodzi?
       - O widzę, że konkretna z ciebie osóbka. – rozszerzył uśmiech, ukazując zęby. Opowiedziałam tym samym, podchodząc już do samego biurka. – Ale nim zaczniemy, chciałbym powiedzieć, że też się cieszę, że wyszliście z tego z drobnymi obrażeniami. Widzę, że już stanęłaś na nogi.
        - A to z pomocą tabletek. – wyjaśniłam. – Tokaji znalazł mi jakieś mocne.
        - Tokaji? – jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. – To aby na pewno bezpieczne? – zmartwił się.
        - Na razie żyję.
        Fumiya przewrócił oczami, schylając się do jednej z szafek i przerzucając znajdujące się w niej dokumenty.
        Czasami naprawdę sprawiał wrażenie starszego brata, albo młodego wujka, którego wszyscy lubią. Często nie było widać różnicy w posadzie czy zachowaniu. Traktował wszystkich równo. Co było dziwne, zważając na zawód w jakim się obracamy. Jednak zawsze jego aura była inna od wszystkich. Tak samo jak Omitsu. Biła od nich… moc. Potężna moc.
         - O w końcu. – mruknął do siebie, rzucając spięty plik dokumentów na biurko. Spojrzałam na to ciekawskim spojrzeniem. – Trzymaj, Ichigo. – wręczył mi to do rąk. Popatrzyłam się na to nierozumnym wzrokiem. – Akt własności.
        Papiery prawie wypadły mi z rąk. Od razu jednak zacisnęłam na nich dłonie, starając się nie dać po sobie niczego poznać. No tak. Rodzice już dawno spisali wszystko na mnie.
       - Musisz tylko podpisać. Resztą zajmą się moi znajomi. Nikt się nie będzie oto rzucał. – wyjaśnił, dając mi długopis. Otworzył plik na miejscu podpisu, a ja schyliłam się, kreśląc ostrożnie znaki drżącą ręką. – Może ci się jeszcze kiedyś przydać.
       - Możliwe – wzruszyłam ramionami, patrząc na niego wyczekująco. – Czy coś jeszcze?
       - A? Nie, już nic. Chyba, że ty chcesz coś ode mnie.
       - Chyba nie. Muszę iść trenować.
       - Spokojnie, Ichigo. Jak na tak krótki czas treningu rozwijasz się w szybkim tempie. – uśmiechnął się do mnie w sposób w jaki uśmiechają się rodzice, gdy chwalą swoje dzieci. Sama wyszczerzyłam się na to porównanie, choć ból ścisnął moje serce.
         Rodzice.
         - W przeraźliwie szybkim tempie. – usłyszałam cichy szept, którego nie zrozumiałam. Przekrzywiłam lekko głowę.
          - Mówiłeś coś, Fumiya-san?
          - Nie, nic. To co, masz jakąś sprawę? Jak już pracuję na pełnych obrotach, to może coś znajdę.
         - Mikuru-san szukała Omitsu. – rzuciłam, choć to nie było to o co chciałam zapytać. Fumiya westchnął głęboko, trąc dłonią kark.
         - Śpi w sypialni. Jak dasz radę to ją dobudź.
          Skierowałam kroki do drugiego pomieszczenia, uchylając niepewnie drzwi.
          W dużym łóżku spała kobieta. Krótkie kasztanowe włosy okalały jej twarz, schowaną w połowie pod kołdrą. Z zamkniętymi oczami i spokojnym oddechem, wydawała się taka drobna.
      Podeszłam do Omitsu, lekko szturchając ją za ramię. Nic.
      Wiedziałam, że Omitsu i Fumiyę łączą głębokie więzy, jednak nie za bardzo jakie. Nie są razem, choć siebie kochają. Ale to raczej inny rodzaj miłości. Z tego co wiem to ukochaną szefa była jej starsza siostra… Shuuko? Chyba tak.   Jednak to tak drażliwy temat, że nie miałam okazji go poznać.
       Nim zdążyłam się zorientować, tarmosiłam kobietą z całej siły co jednak nie dawało żadnego efektu.
       - To nic nie da – zaśmiał się Fumiya, wchodząc do pokoju. Popatrzyłam się na niego z prośbą w oczach. Poklepał mnie dwa razy po głowie i stanął przed łóżkiem. – Kiedy się obudziłem, byłem już w łóżku, a ona spała na podłodze obok mnie. Musiała mnie tu przytaszczyć. – w jego głosie ukryta była tak głęboka czułość, że aż zrobiło mi się cieplej na sercu. – Jednak sen ma twardy. Tak bardzo różni się od swojej siostry. – szepnął cicho, a jego oczy zasnuły się mgłą.
        Nastała niezręczna cisza, a ja wodziłam bezwiednie wzrokiem po sypialni. Zatrzymałam się jednak dłużej na zdjęciu Omitsu i Fumiyi. Minęłam je bez większego zastanowienia, znów patrząc na dowódcę. Otworzył oczy, biorąc się w garść, i bez ceremonialnie zdarł kołdrę z kobiety, zrzucając ją przy tym z łóżka. Omitsu od razu skoczyła na równe nogi, gotowa do ataku. Gdy nas rozpoznała rozluźniła się.
         - A to tylko wy. – rzuciła na powitanie. – Chwila, czy ty mnie właśnie zrzuciłeś z łóżka!?
        - Tak?
        - Czy ciebie całkowicie popierniczyło!?
        - Nie?
        Patrząc się na nich, automatycznie się uśmiechnęłam. Nim jednak całkowicie się wyszczerzyłam, zbladłam, uświadamiając sobie coś. Powędrowałam wzrokiem do fotografii.     Tam wcale nie była Omitsu. To była jej siostra. W dniu wykonania zdjęcia miała taką samą fryzurę jak Omitsu, takie same ciemnobrązowe oczy, jednak różniły się budową. Przy umięśnionej sylwetce Fumiyi, Shuuko była drobna i kobieca, z odpowiednimi krągłościami, o pełnych ustach i prostym nosie. Omitsu natomiast jest bardziej chłopczycowata, o widocznych mięśniach i małych ustach oraz lekko zakrzywionym nosie.
       Jak oni do siebie pasują, myślę patrząc na zdjęcie.
       - Więc czemu mnie zbudziłeś? – ubolewający ton głosu Omitsu wyrwał mnie z zadumy.
       - Mikuru-san cię szukała. – powiedziałam. Kobieta rzuciła wzrokiem na zegarek, po chwili zrywając się do biegu. Nie minęła sekunda, kiedy usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi. – To było szybkie.
        - Tsaa… Ja chyba też muszę wracać do roboty – westchnął ze zmęczeniem. – Coś jeszcze? – zapytał mimo to.
       Spoważniałam, rzucając mu opanowane spojrzenie granatowych oczu. Przygotowywałam się długo by spokojnie zadać to pytanie. Coraz bardziej przyzwyczajałam się do prawdy.
       - Moi rodzice… Czy jest jakiś trop?
       Fumiya wbił wzrok w okno.
       - Na razie nic. – powiedział ze zrezygnowaniem. Spuściłam głowę, oddychając głęboko, choć ręce drżały mi z emocji. Mężczyzna ścisnął z otuchą moje ramię. – Kiedyś coś znajdziemy. Nie martw się. A teraz jeśli to wszystko to…
        - Jasne, jasne, już się zmywam. – staram się by to zabrzmiało naturalnie i ruszam do drzwi. Kiedy jednak chwytam za klamkę, czuję, że muszę zapytać o jeszcze jedną rzecz. Nie wiem dlaczego akurat o to i po co mi to wiedzieć, ale po prostu muszę.
       - Czy…
       - Hym? – Fumiya podnosi głowę z nad papierów.
      - Czy z Tsu wszystko w porządku? – przygryzam dolną wargę, wgapiając się w drzwi. Już stąd czuję zdziwienie malujące się na jego twarzy. Nie tego się spodziewał.
      - Tak, powinien być przed świętami. – opowiada. – Dziś o 18 jest kolejna narada.
      - Dobrze, dziękuję. – mówię cicho, wychodząc.
        Dlaczego czuję taką ulgę?
***
        - Dlaczego ona nie widzi, że Tokaji to taki idiota!? – warczy Ayako, rzucając się na Takiego z mieczem. Chłopak bez problemu wytrąca jej broń z dłoni.
         - Skup się – jęknął po raz setny, już znudzony prawie bezowocnym treningiem z przyjaciółką.
        - Tak, tak – przytaknęła dziewczyna, sięgając po broń. – No ale on jej zrobi pranie mózgu! – warknęła znowu, atakując blondyna. Sytuacja sprzed chwili powtórzyła się.
         - Skup się wreszcie! – zwrócił się uwagę szarooki, lekko już podirytowany.   Wziął jeden oddech i zaczął już spokojniej. – Ja uważam, że to nawet dobry pomysł. Tokaji jest silny, a Ichigo jest w najgorszej pozycji do walki. Choć jej szermierka zaczyna być już zaskakująco dobra.
           - A ty nie mógłbyś jej trenować? Albo Tsu?
          - Ja mam inny typ miecza. Ona ma lekki, jednoręczny, a ja ciężki i oburęczny. A gdy Tsu wróci, może być już po wszystkim – zakończył dość ponuro.
          - No ale…
          - W końcu rozgrywa się o jej życie, Ayako.
          - No wiem to! Ale dlaczego akurat on!? – dziewczyna wzięła silny zamach. – Boję się, że on ją zmieni, bo… - tu się zacięła, przygryzając wargę.
          - Bo są podobni? – dopowiedział Taki, a na zdziwione spojrzenie brązowowłosej uśmiechnął się z przekąsem. – W końcu łączy ich ta dziwna chęć zemsty. Tego się boisz. Że tak jak Tsu stracił Tokajiego, tak ty stracisz Ichigo.
          Ayako spuściła głowę, chowając miecz do pochwy. Trenowali jakąś godzinę. Dziewczyna postanowiła poznać chociaż podstawy do szermierki. Żeby nie pozwolić by sytuacja ze wczoraj się powtórzyła.
          Taki podszedł do niej i nieśmiało ją objął. Dziewczyna westchnęła w jego pierś. Blondyn pogładził ją po głowie.
           - Jakby się zastanowić to my też jesteśmy podobni. Jesteśmy tu ze względu na naszą rodzinę – rzuciła dziewczyna.
           - No tak… Tylko, że ty robisz wszystko dla ich dobra. A ja nie miałem wyboru. – szare oczy chłopaka jeszcze bardziej zblakły. Wyraźnie zanurzył się w odmętach przeszłości.  – Mnie się wyrzekli.