19 lutego 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 41

Rozdział 41


Czas zatrzymał się. Nie byłam w stanie nawet się podnieść, leżałam na śniegu oddychając spazmatycznie. Igarashi stał obok mnie, ale całą uwagę skupił na chłopaku stojącym kilka metrów przed nami.
Tsuneari stał do nas bokiem, nadal trzymając ramię wyciągnięte przed siebie, jakby dopiero co brał zamach. Opuścił je powoli, kładąc dłoń na rękojeści miecza. Nie spuszczał przy tym oczu z wroga. Chłopak miał napięte wszystkie mięśnie, gotowy do natychmiastowego ataku.
Wszystko zamilkło. Nawet dogasające zgliszcza pobliskiej świątyni wydawały się być martwe. Przełknęłam ciężko ślinę, wbijając spojrzenie w Tsuneariego.
Błagam cię, nie walcz z nim.
- Ohoho… - zawołał po chwili Igarashi, pstrykając palcami. – Tego to się nie spodziewałem. – uśmiechnął się z zadowoleniem.
Tsuneari zacisnął dłoń na rękojeści. Wyczułam, że specjalnie nie przerywa kontaktu wzrokowego z zabójcą, by spojrzeć na mnie. Nie chce, by Igarashi przypomniał sobie o moim istnieniu. Chłopak wyciągnął miecz płynnym ruchem, ale mężczyzna wydawał się tego nie zauważyć.
- Kiedy to się ostatnim razem widzieliśmy, Tsuneari Nakade? – posłał mu kpiący uśmieszek. – Trzy lata temu na wojnie? A nie, przepraszam, wtedy stchórzyłeś. – uniósł wyzywająco podbródek, gdy brązowowłosy zacisnął zęby. – Czyli jakieś 6 lat temu, gdy twój towarzysz stracił oko?
Tsuneari wypuścił ze świstem powietrze. Widziałam, że bije się z myślami, jednak nie miałam pojęcia o co im chodziło. Nie znam ich przeszłości. Chłopak posłał mordercze spojrzenie ciemnobrązowych oczu, w których pojawił się ognik.
- Nie bierz tego do siebie, ale mam cię zabić.
Ruszyli na siebie w gwałtownym zrywie. Moje serce stanęło przy pierwszym brzęku stali, ale Tsu sparował bez problemu cięcie Igarashiego. Z chwilową fascynacją dostrzegłam, że walczą na równi.
Podniosłam się chwieje, starając się nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi i poszłam po mój miecz. Wolałam nie sprawdzać ile czasu Tsu da radę walczyć z Żywą Śmiercią jak równy z równym. Muszę coś wymyślić.
Obejrzałam się z przestrachem przez ramię, gdy usłyszałam zduszony jęk chłopaka. Dostrzegłam tylko jak pada na plecy, a miecz Igarashiego spada na niego w zawrotnym tempie. Błyskawicznie rzuciłam się w ich kierunku, ale Tsu zdążył ponownie stanąć na nogi, nim broń w ogóle zdołała dotrzeć do celu.
- Wiesz, młody, denerwuje mnie tylko jeden fakt… - westchnął Igarashi, parując ciosy. Starał się przybrać znudzony wyraz twarzy, jednak musiał skupić się na cięciach Tsuneariego. – To, że mnie znalazłeś.
- Jakbyś nie zostawał w takich melodramatycznych miejscach, byłoby trudniej… - prychnął Tsu, uśmiechając się szelmowsko. Cofnął się o kilka kroków, by osłabić serię szybkich pchnięć.
Wzięłam głęboki oddech, odpędzając mroczki przed oczami i ból. Ledwo utrzymywałam się na nogach, mimo że nie straciłam dużo krwi. Poprawiłam chwyt na broni, zmuszając się do jeszcze chwili walki. Zrobiłam jeden bezszelestny krok w stronę odwróconego Igarashiego. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden. 
Tsuneari błyskawicznie ugiął jedno kolano, przygotowując się na spadające górne cięcie, ale drgnął, zauważając coś. Wyprostował się, gwałtownie odskakując od zabójcy, lecz ostrze, które pojawiło się w jego drugiej, wolnej ręce błysnęło groźnie.
Spojrzał na mnie z przestrachem. Wiedział, że nie uniknie tego, ale nie bał się o siebie, tylko o mnie.
- Ichigo, uważaj! – krzyknął, po czym zaklął, kiedy drobne ostrze rozorało mu ramię.
- TSU! – wrzasnęłam, tracąc skupienie. Zdążyłam jeszcze dostrzec, że upada na ziemię, kiedy Igarashi obrócił się, celując prosto we mnie.
Jedynie łutem szczęścia sparowałam zabójczy cios. Zabójca syknął z irytacją, atakując raz za razem. Teraz nie były to te wyszukane, wyćwiczone ciosy co wcześniej. W tych liczyła się tylko siła, której nie można było mu odmówić. Krzywiłam się z bólu, przy każdym uderzeniu.
- Nie myślałem, że będziecie tacy głupi, by zachodzić mnie od tyłu!
- A ja myślałam, że w końcu zamkniesz tą gębę. – mruknęłam, odsuwając się z każdym uderzeniem.
- Ty szujo… - warknął, wkładając podwójną siłę w cięcie.
Przeklęłam w myślach własną głupotę. Ktoś tak doświadczony w walkach nie da się sprowokować marnym wyzwiskiem. Pisnęłam cicho, widząc ostrze spadające centralnie na moją twarz. Ostatkiem sił zasłoniłam się.
Udało mi się odepchnąć uderzenie, ale Igarashi kolejnym błyskawicznym i zgrabnym ruchem, posłał mój miecz w powietrze. Zastygłam z niedowierzania, kątem oka patrząc na swoją pustą dłoń.
Nie.
Igarashi zaniósł się śmiechem.
Wbiłam w niego mordercze spojrzenie, przybierając bojową pozę. Zabójca zaczął się śmiać jeszcze głośniej, widząc moje drobne pięści. Syknęłam ze złością, ale nie zaatakowałam. Byłam do bólu świadoma, że nasze szanse są prawie zerowe.
- Dawno się tak nie uśmiałem… - westchnął wesoło Igarashi, ocierając łzy śmiechu wierzchem nadgarstka. Strzepnął dłoń i spojrzał na mnie z nagłym chłodem.
Zrobiłam jeden krok do tyłu.
- I tak już nie uciekniesz, Kanegawa. – jego głos przeszył mnie na wskroś.
Odskoczyłam, gdy jego katana opadała na mnie, tnąc ze świstem powietrze. Zaatakował ponownie z góry, a ja obróciłam się w lewo, przekładając ciężar ciała na lewą nogę. Prawa stopa powędrowała do góry, a ja zaryzykowałam kopnięcie z półobrotu. Igarashi syknął, blokując mój cios ramieniem.
- Cholera. – syknęłam, a on wbił we mnie nienawistne spojrzenie.
Nim zdążyłam się cofnąć, chwycił mnie na kostkę i odepchnął. Łapałam rozpaczliwie równowagę, ale ostrze zmierzające w moim kierunku rozproszyło mnie całkowicie. Kiedy odchylałam się jeszcze bardziej, grunt całkowicie usunął się spod moich stóp, a miecz przejechał po brzuchu, płytko rozcinając mi skórę.
Podparłam się od razu na ramionach, gotowa do podniesienia się na nogi, choć walka była już przesądzona. Gdy Igarashi brał zamach zgięłam kolana, by liczyć na łut szczęścia w unikach, ale czułam, że spóźnię się o ułamek sekundy.
I kiedy ostrze błysnęło stalą tuż przede mną, między nas wpadł Tsuneari, blokując cios. Korzystając z zaskoczenia, zerwałam się na równe nogi, sięgając po broń. Brązowowłosy siłował się z Igarashim, trzymając miecz w jednej ręce, drugą natomiast tamował krwotok z ramienia.
- Łapy przecz od niej. – warknął groźnie, wkładając ostatek sił w odepchnięcie zabójcy.
Igarashi odszedł na kilka kroków, wpatrując się w nas czujnie. Tsuneari stał pół kroku przede mną, zasłaniając mnie własnym ciałem, chociaż trzymałam pewnie broń przed sobą. Wzięłam głęboki wdech i kątem oka spojrzałam na jego ramię. Spomiędzy palców wypływała jaskrawoczerwona krew.
- Trafił akurat w tętnicę. – szepnął Tsu. – Jak to czymś przewiążę, nic mi nie będzie. Ale teraz musimy jeszcze przez chwilę go zająć.
- Jesteś pewien, że dasz radę walczyć? – spytałam.
- We dwójkę na pewno. – posłał mi szelmowski uśmieszek.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam ponownie na Igarashiego. Mężczyzna stał z założonymi rękoma, czekając na nasz ruch. Tsuneari znów bił się z nim spojrzeniami. Po czym skinął mi głową.
Ruszyliśmy w jednym momencie na niego. Mężczyzna zrobił wykrok, nie opuszczając gardy. Przeskakiwał wzrok ze mnie, na Tsu i tak w kółko, starając się odczytać nasze ruchy. Tsuneari nadal trzymał miecz za sobą, ja byłam gotowa do zadania ciosu. Igarashi skupił się na mnie, sądząc, że zaatakuję jako pierwsza.
I wtedy odbiłam na bok, okręcając się w powietrzu, by zajść go od tyłu. Instynktownie obrócił się za mną, a w jego oczach dostrzegłam złość, gdy zdał sobie sprawę z naszego planu. Mój cios sparował mieczem, a cięcie Tsu powstrzymał przedramieniem. Jego ochraniacz pękł, a odłamki wbiły się w ramię.
Zaatakowaliśmy ponownie.
Niestety, nawet walcząc z dwoma przeciwnikami, Igarashi dawał sobie bez problemu radę i nadal wydał się tylko bawić z nami. Wymienialiśmy szybko ciosy, wytrącając go czasem z rytmu, gdy moje, powolniejsze ciosy przerwane zostały szybką serią cięć Tsuneariego. Ale nic więcej.
Zaczynaliśmy się męczyć, a wizja nieuchronnej śmierci miażdżyła nas dodatkowo. W pewnym momencie odeszłam na jeden krok do tyłu, by zrobić Tsu więcej miejsca, gdy Igarashi nagle wypadł do przodu, celując prosto we mnie.
- Ichi… - zdążył krzyknąć chłopak, gdy ostrze rozorało mi lewy bok. Zachłystnęłam się krwią i osunęłam na kolana.
Brązowowłosy rzucił się z gniewem na zabójcę, posyłając go na ziemię. Upadł na niego ze stęknięciem, sięgając za siebie po wygodniejszy sztylet. Gdy ostrze błysnęło w słońcu, Igarashi bezceremonialnie uwolnił jedno ramię i wierzchem pięści walnął Tsuneariego. Chłopak spadł z mężczyzny, ale nie wypuścił sztyletu. Uniósł wysoko dłoń, nadając impetu cięciu. Zabójca chwycił chłopaka za nadgarstek, a sztylet ledwo wbił się na centymetr w jego ciało.
- Ty cholerny… - warknął, zaciskając uścisk na nadgarstku Tsu.
Chłopak syknął, a sztylet wypadł mu z dłoni.
- Zostaw go! – krzyknęłam, usiłując się podnieść. Nogi znów się pode mną załamały.
Igarashi prychnął z rozbawienia i przeniósł okrutny wzrok znów na Tsu, który szukał sposobności do uwolnienia lewej ręki. Mężczyzna jeszcze bardziej zacieśnił uścisk, a ja, będąc kilka metrów dalej, usłyszałam trzask łamanych kości.
Tsuneari jęknął, wbijając paznokcie w przedramię mężczyzny. Igarashi mruknął coś ze znudzeniem, wykręcił lewy nadgarstek brązowowłosego, na co Tsu wydał okrzyk bólu i rzucił nim w moją stronę. Chłopak podniósł się z trudem na prawym ramieniu, starając się zebrać w garści. Lewa dłoń zwisała bez życia.
- Jasna cholera. – syknął, gdy Igarashi skierował się w naszą stronę.
- Daj mi jakiś sztylet, Tsu. – powiedziałam, podnosząc się na kolana. – Jeszcze go nim załatwię, zobaczysz. – mój głos był słaby, a z kącika ust skapnęła krew.
Chłopak mimowolnie wyciągnął ułamany, ostatni sztylecik, ale po chwili wahania nie dał mi go. Spojrzał z nienawiścią w Igarashiego.
- Wybacz, Ichi. Jestem bardziej zdolny do walki niż ty. – mruknął, unikając mojego wściekłego wzroku. Nim zdążyłam zaprzeczyć, szepnął jeszcze: - A poza tym to ja przyszedłem ratować ciebie.
Stanął chwiejnie na nogach, biorąc urywane wdechy.
- Tsu, ty skończony… - powiedziałam łamiącym głosem, usiłując się podnieść. Nadal miałam mroczki z powodu utraty krwi, a moje ramiona nie były wstanie utrzymać mojego ciężaru. Zachłystnęłam się krwią ponownie, opadając na kolana.
- Nic więcej nie mów, Ichigo. – powiedział jeszcze, krzywiąc się na widok mojej krwi. Zacisnął zęby z bezsilności i zasłonił mnie lewym ramieniem, niezdolnym do walki. – Jak będzie sposobność, masz uciekać.
Nim zdążyłam na niego warknąć, Igarashi zaklaskał. Jak na zawołanie oboje wlepiliśmy w niego wściekłe spojrzenia. Mężczyzna obserwował nas z rozbawieniem, stawiając powolne, leniwe kroki w naszym kierunku. Ciągnął miecz po ziemi, wydając przy tym upiorny dźwięk. Rozkoszował się każdą chwilą naszego narastającego strachu.
- Brawo, aż się wzruszyłem… - zakończył swoje klaskanie i skrzyżował ramiona na piersi. – Ale szczerze sądziłem, że dam radę was zabić w walce. Nawet w moich najśmielszych oczekiwaniach nie istniała wizja, że będziecie jedynie czekali na mój ruch, zbyt słabi na atak. – zaśmiał się, po chwili odchrząkując. – No cóż, wasza strata na szybką śmierć.
Skierował w naszą stronę czubek ostrza. Tsuneari napiął mięśnie, gotowy do ostatniego rzucenia się na przeciwnika. Wyciągnęłam drżącą dłoń w jego stronę, ciągnąc go za kurtkę. Chciałam mu powiedzieć, by przestał, ale… I tak nic to nie zmieni.
- Będziecie umierali bardzo, bardzo powoli i boleśnie… - Igarashi rozciągnął usta w uśmiechu, a w jego czarnych oczach dostrzegłam śmierć. – Nie wiem jeszcze od kogo zacznę. Może od ciebie, co, Kanegawa? Pomyśl sobie – mogłaś do mnie dołączyć, a tu proszę jak to się wszystko kończy. – rzucił protekcjonalnym tonem, celując we mnie mieczem.
Tsuneari przysunął się do mnie i zasłonił bardziej.
- A no właśnie, jest jeszcze pan obrońca sprawiedliwości. – prychnął Igarashi, podsuwając mu czubek ostrza pod gardło. – Tobie to od zawsze jest pilno do grobu, nieprawdaż?
- Zostaw go. – warknęłam, podnosząc się chwiejnie na nogi. Mężczyzna zagwizdał i schował miecz z powrotem do pokrowca.
- Ichi. – Tsu nadstawił swoje lewe ramię, gdy zachwiałam się. Przytrzymałam się go najdelikatniej jak potrafiłam, wiedząc, że jest ranny.
- Wiesz, Kanegawa. Chyba to z twoim chłopakiem pobawię się najpierw. – rzucił z sarkazmem. – Jestem mu winny porachunki za zwalenia nam stosunków ze Smile’m i śmierć Gihei’a. A poza tym, jestem ciekawy co zrobisz, gdy będzie umierał bardzo, bardzo…
Tsuneari odtrącił mnie od siebie i rzucił na Igarashiego, który pod wpływem szoku, zachwiał się i cofnął o kilka kroków, by odzyskać równowagę.
- Bierz go, szefie! – wrzasnął Tsu, zacieśniając chwyt na wrogu.
- Ha…? – wściekły okrzyk dowódcy Jishin urwał się w połowie.
Zza gruzów świątyni wyłonił się czarnowłosy mężczyzna. Pojawił się obok nich gwałtownie i wykorzystując impet skoku, zawalił Igarashiemu rękojeścią prosto w twarz. Tsuneari w międzyczasie puścił wroga i podnosił się na nogi. Fumiya chwycił go pod ramię, przypatrując się ranie na ramieniu.
- Żyjecie jeszcze? – rzucił, stawiając chłopaka do pionu.
- Jakoś… Szefie, moja ręka… - stęknął chłopak, a mężczyzna od razu go puścił i skierował spojrzenie na mnie. Lekko zbledł, gdy zobaczył, że śnieg wokół mnie jest czerwony, ale uniosłam dłoń na znak, że jeszcze nie umieram.
- Tsu, ogarnijcie się trochę. Ja go zatrzymam. – rozkazał i skierował się ku leżącemu na ziemi zabójcy.
- A potem co, szefie? – spytał jeszcze Tsuneari, podchodząc do mnie.
- Potem coś wymyślę.
Fumiya skierował się biegiem ku podnoszącemu się Igarashiemu. Mężczyzna splunął krwią, a o ziemię zabrzęczał wyłamany ząb. Otarł usta wierzchem dłoni, uśmiechając się krzywo.
- No to teraz się zacznie.
Fumiya zaatakował jako pierwszy, wyprowadzając potężne cięcie z dołu. Igarashi sparował je z uśmiechem. Ich wymiana ciosów przyprawiła mnie o dreszcze. Ruchy zabójców były wyćwiczone co do ostatniego milimetra. Ostrza mieczy błyskały między nimi, a cięcia wyprowadzane tak błyskawicznie były ledwo widoczne dla moich oczu.
Przełknęłam ślinę, czując ogromny respekt do Fumiyi.
Jak również strach, na myśl o mojej słabości.
Tsuneari przyklęknął obok mnie, mamrocząc o pośpieszeniu się. Sięgnął jedną dłonią do swojej koszulki, by rozpruć ją na paski, ale nakryłam jego dłoń swoją. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale tylko pokręciłam głową i sięgnęłam po swój szalik. Gdy zaczęłam obwiązywać mu lewy nadgarstek, starając się zrobić prowizoryczny temblak, chłopak syknął z bólu, nie odrywając wzroku z walczących.
- Może być złamana. – mruknęłam cicho, przewiązując mu szalik przez szyję. – Pokaż teraz to ramię. – nakazałam, ale spojrzał na mnie z oburzeniem.
- Nie cackaj się ze mną. Obwiąż sobie szybko ten bok i daj mi iść pomóc Fumiyi… - burknął, ale uśmiechnął się do mnie ciepło, gdy przypatrzyłam się jego ranie.
- Nie przesadzaj. Moje jest powierzchowne, a tobie na pewno przeciął tętnicę. – mruknęłam. Krew powoli krzepła, a jej ciśnienie zmniejszyło się. – Może nie będzie…
Nie dokończyłam, bo wtedy rozległ się wrzask Igarashiego.
Obróciliśmy się z Tsu z przerażeniem, ale gdy zobaczyliśmy Fumiyę stojącego nad szefem Jishinu, odetchnęłam z ulgą. Igarashi zasłaniał twarz dłonią, uspokajając własne wrzaski. Z pomiędzy palców pociekła mu krew.
- Ty skończony… - wycedził przez zaciśnięte zęby, ale czarnowłosemu nawet nie drgnęła powieka. Igarashi urwał.
- To dopiero początek, Yasuaki. – powiedział chłodno Fumiya, wbijając w niego pełne okrucieństwa, matowe, czarne oczy. – Twoje oko to zdecydowanie za mało cierpienia za nich wszystkich. – syknął, zbliżając czubek miecza do twarzy Igarashiego. – A teraz sobie wyobraź, że przejdziesz przez gorsze tortury niż te, które zafundowałeś Aracie… 
Igarashi splunął, nie tracąc werwy.
- Nic nie będzie gorsze, od tego co on przechodził… - zaśmiał się szyderczo, wspominając z uśmiechem ostatnie chwile poprzedniego szefa Kaminari.
Zakrztusił się, gdy dostał siarczystego kopniaka w twarz. Huknął o ziemię z głuchym stęknięciem i nic zdążył zarejestrować cokolwiek nowego, Fumiya kopnął go w twarz jeszcze raz. I jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Po czym rozległ się strzał z pistoletu.
Mogłabym przysiąc, że wszystko się zatrzymało, łącznie z moim sercem. Kruki poderwały się do lotu, a szum ich skrzydeł rozbrzmiał nienaturalnie głośno. Fumiya odsunął się z przestrachem, rozglądając się z nieufnością.
Rozległy się kolejne strzały, ale żadne z nas nie było w stanie dostrzec w co celują. Albo w kogo.
Igarashi zerwał się na równe nogi, uciekając jak najdalej od Fumiyi i również rozejrzał się z przestrachem.
Wśród nas, płatnych morderców było wiele niepisanych zasad. A wśród nich prawie na samym szczycie była ta odnośnie walki. Zakaz używania broni palnej.
- Gliny już kroczyły do akcji? – syknął Fumiya, rozglądając się.
- Cholera jasna. – warknął Igarashi, kuląc się gdy kolejne strzały się rozległy.
Mężczyźni zmrozili się wzrokiem, wiedząc, że nie dadzą rady ciągnąć walki, kiedy policja włączy się do akcji. Fumiya zrobił kilka niepewnych kroków w naszą stronę, krzywiąc się przy kolejnym wystrzale.
- Wstawajcie, dzieciaki. – mruknął. – Chyba musimy się stąd zmywać.
- Szlag by to. – warknął Tsuneari, zwijając zdrową dłoń w pięść. 
Rozległ się kolejny strzał, gdy Igarashi wyciągnął racę z kieszeni kurtki i ją podpalił. Flara poszła wysoko w niebo, nim zdążyliśmy zareagować, i rozbiła się na kilka czerwonych pocisków. Wpatrywałam się w nie, nie dowierzając, że oznaczają to, o czym myślę.
- Jeszcze się policzymy, Sotomura. – warknął Igarashi, odchodząc. – Na razie potraktuj to jako remis. – dodał jeszcze nienawistnie i ukrył się w cieniu zgliszczy świątyni.
Fumiya machnął na nas nagląco dłonią, marszcząc czoło. Patrzył się niedowierzająco w miejsce, w którym stał przed chwilą Igarashi. Gdy nie uciekaliśmy, odwrócił się i popchnął nas, biegnąc. Gdy zbiegaliśmy ze wzgórza, odzyskałam choć trochę zdolność logicznego myślenia.
- Wycofali się…? – wydusiłam z niedowierzaniem.
- Jakoś w to nie wierzę, ale tak… - westchnął Fumiya. – Niepokoi mnie tylko interwencja policji. Cholera jasna. – warknął do siebie i podbiegł do pozostawionego samochodu. Wybił szybko okno i otworzył drzwi. – Wsiadajcie.
Gdy tylko zamknęliśmy drzwi, docisnął pedał gazu do dechy. Zarzuciło nami na pierwszym zakrętem, ale Fumiya wydał się tym nie przejmować.
- Do organizacji w inną stronę… - mruknęłam, patrząc przez okno.
- Wiem… Jasna cholera. – warknął mężczyzna, ledwo wyrabiając się na kolejnym zakręcie. – To wszystko zakończyło się zbyt nagle, a ja nawet nie wiem, czy oficer Akaike zadzwonił po odpowiednich ludzi. Cholera. Teraz muszę się jeszcze upewnić, że ta idiotka żyje.
Widząc nasze pytające spojrzenia, westchnął.
- Omitsu z Hirokim ruszyli na tych z psychiatryka z Tateyamy… - wytłumaczył ze zmęczeniem. – Szybciej będzie jak ich weźmiemy ze sobą. Tokaji też gdzieś powinien tam być…
- Strzały ustały.
Tsuneari odezwał się po dłuższym okresie nasłuchiwania.
- Mam nadzieję, że to Akaike coś wykombinował. – mruknął Fumiya, przyśpieszając jeszcze bardziej.
- A ja sądzę, że to byłoby zbyt proste.  
***
Omitsu wzięła głęboki oddech, gdy ujrzała na niebie czerwoną flarę Jishinu. Wycofywali się. Kaminari wygrało. Teraz zabójcy z wrogiej organizacji powinni uciekać od nich. Gdyby jacykolwiek ostali.
- Omitsu? – Hiroki obejrzał się przez ramię, niedowierzając własnym oczom. – Czy mi się zdaje, czy jakimś cudem wygraliśmy?
Kobieta nie odpowiedziała, nadal stojąc wśród ciał ludzi z Tateyamy. Spojrzała na nich pusto, trącając najbliższego z nich stopą. Śnieg zabrudził się jeszcze trochę krwią. Omitsu prychnęła, a z jej dłoni wysunął się miecz.
- Omitsu!
Hiroki rzucił się w jej stronę, gdy zabójczyni osuwała się na ziemię.
- Ej, ej, ej! – jęknął, chwytając ją w ramiona. – Omitsu, co się dzieje? Jesteś ranna? Krwawisz? Co…? – urwał gwałtownie, gdy po jej policzku pociekła pojedyncza łza.
- Przepraszam. – szepnęła kobieta. – Po prostu... – nie dokończyła, patrząc się po zwłokach.
Hiroki zacisnął usta, podnosząc powoli kobietę do pionu. Wiedział doskonale, co tak bardzo przygniotło Omitsu. We dwójkę wybili około 30 ludzi. Którzy tak naprawdę zawinili tylko swoją chorobą.
- Jednak tego się nie zapomina. – mruknęła, spoglądając w swoje oczy, odbijające się w skrwawionym ostrzu miecza. – Nie byłam na takich misjach od 3 lat… Miałam wrażenie, że zamknęłam tą okrutność głęboko w sobie, ale…
- Przestań.
Omitsu spojrzała na niego przeciągle.
- Hiroki…
- Po prostu nic więcej nie mów.
Kobieta patrzyła się na niego jeszcze przez chwilę, po czym spuściła wzrok i schowała miecz do pochwy, milcząc. Zapanowała martwa cisza, przerywana tylko ich oddechami.
Po kilku minutach w oddali rozległo się trąbienie.
***
Mimo że Fumiya zapewniał nas, że Omitsu z Hirokim nie daliby się zabić zwykłym psychopatom, nawet w tak znacznej ilości, poczułam jak głęboko zakorzeniony strach ustaje. Naszym oczom ukazały się dwie, znane sylwetki stojące wśród zakrwawionych ciał.
Szef zatrzymał się z piskiem opon, i jakby nie zauważając poległych, podbiegł do Omitsu. Dostrzegłam przez ułamek minuty jej smutne oczy, ale kobieta błyskawicznie odzyskała werwę. Stanęła w rozkroku, kładąc dłonie na biodrach i roześmiała się szyderczo.
- Widzę, że się martwiłeś, idioto! – zachichotała, puszczając nam oczko. – To ujma na moich umiejętnościach, martwić się o moje marne życie przy takich… - splunęła. – przeciwnikach!
- Co za kobieta. – burknął Hiroki na powitanie. – Boże, widzisz, a nie grzmisz.
Spojrzeliśmy po sobie z Tsuneari i parsknęliśmy śmiechem.
- Walnąłbym cię, ale mam standardy, wiesz? – jęknął Fumiya, przecierając zmęczone oczy dłonią. Po chwili jednak posłał Omitsu szczery uśmiech. – Jednak dobrze cię widzieć w całości. Ciebie też, Hiroki.
Blondyn zasalutował krótko i od niechcenia, unosząc do góry jeden kącik ust. Spojrzał po nas z zadowoleniem, pozdrawiając milczeniem. Omitsu, nadal wyśmiewając się z Fumiyi, objęła mnie i Tsu, przyduszając w uścisku. Trzymała nas tak przez moment, po czym puściła i skrzyżowawszy ramiona, posłała Fumiyi poważne spojrzenie.
 - Sądzę, że to koniec. – mruknął czarnowłosy. Gdy Omitsu uniosła pytająco brew, westchnął głęboko. – Niestety żyje…
- Tak! – kobieta wykonała gest zwycięstwa, wprawiając nas w osłupienie. – No co? Myślicie, że darowałabym sobie, gdyby ten śmieć wykrwawiał się nie z mojej winy?
- Z kim ja pracuję. – burknął Hiroki, parskając, gdy Omitsu wbiła mu  łokieć między żebra.
- Opowiem o tym później, gdy będą z nami… wszyscy. – powiedział Fumiya, pochmurniejąc na sekundę. – Teraz wsiadajcie do auta. Im szybciej się stąd zwiniemy tym lepiej. To też dłuższa historia.
Kobieta pokręciła głową, ale zatrzymała się gwałtownie. Wyczuła na sobie pytające spojrzenie Tsu i zmrużyła oczy.
- O co ci… - zaczęła, po chwili blednąc. – JASNY GWINT, DO CHOLERY! – chwyciła szefa za koszulę, wpatrując mu się w oczy porozumiewawczo. – Fumiya, Tokaji walczył gdzieś tam, jeden na jednego. Z Shigeo…
Zrobiło mi słabo, a widok czarnowłosego przemknął mi przed oczami. Jak śmiałam w ogóle o nim zapomnieć? Rzuciłam przelotne spojrzenie chłopakowi, a gdy skinął mi krótko głową, zerwaliśmy się do biegu we wskazanym kierunku. Wysunęłam się na prowadzenie, nie myśląc o niczym innym.
Dwa zakręty dalej zobaczyłam pierwsze ciała i kącik moich ust drgnął. Wiedziałam, że biegnę w dobrym kierunku. Za kolejnym rogiem dostrzegłam ciało Shigeo. Widok znienawidzonego mężczyzny, który leżał martwy wśród śniegu przyniósł mi okrutną satysfakcję, ale nie zszokował. Przez myśl przeszło mi, że Tokaji wygrał i po prostu sobie odszedł.
A potem zobaczyłam go kilka metrów dalej.
- TOKAJI! – wrzasnęłam, rzucając się w jego kierunku.
Chłopak leżał bez życia na śniegu, który z każdą chwilą barwił się coraz bardziej na czerwono. Zatrzymałam się krok od niego, czując jak opuszcza mnie wszystko – siły, uczucia. Dusza. Opadłam na kolana.
- Kłamstwo. – powiedziałam pusto. – To kłamstwo.
Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, dotykając jego okrwawionego policzka.
Zimny.
Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie!
- Przepraszam, że to powiedziałam, Tokaji. – wydusiłam, przypominając sobie naszą kłótnię. Na śnieg spadły dwie wielkie krople. – Przepraszam, poniosło mnie. – przejechałam bezwiednie dłonią po jego twarzy. – Nie słuchaj mnie…
- NIEEEE! – wrzask Tsu przeszył każdą najmniejszą część mojego ciała. – NIE, Nie, nie… Nie…
Chłopak podbiegł do nas, ale zatrzymał się równie gwałtownie co ja. Opadł ciężko na kolana obok mnie wpatrując się w przyjaciela z zrozpaczonym wyrazem twarzy. Warga mu zadrgała, powstrzymując usilnie płacz, po czym Tsuneari rozciągnął usta w najboleśniejszym uśmiechu jaki widziałam.
- I masz co chciałeś… Umieranie podczas walki… - prychnął, zwijając dłonie w pięści i spuszczając głowę.
Po usłyszeniu tego wybuchłam histerycznym płaczem, przyciągając Tokajiego ku sobie. Tsuneari wzdrygnął się i położył mi delikatnie dłoń na ramieniu, ale ja nawet tego nie poczułam. Coś we mnie umierało bardzo, bardzo boleśnie.
I wtedy wyczułam ruch.
Odsunęłam się gwałtownie od obu chłopaków wbijając spojrzenie w Tokajiego.
Jego martwa twarz zadrgała, a sine powieki zacisnęły się jeszcze bardziej.
Po czym zamrugał gwałtownie, jakby światło go raziło, wbijając we mnie niedowidzące, czarne oczy. Rozchylił usta, a z kącika ust wyciekła mu krew.
- Nie sądziłem, że zasługuję na anioła stróża. – wyszeptał bezbarwnym tonem, usiłując wyciągnąć dłoń w moją stronę. Zawisła w powietrzu, bez sił by mnie tknąć. – Kocham cię, aniele… - wydusił jeszcze cicho, mdlejąc bezwiednie po raz kolejny.
Wyglądał jeszcze bardziej martwo niż wcześniej, ale żył. Klatka piersiowa poruszała się prawie niedostrzegalnie, ale oddychał.
Wzięłam głęboki oddech, uśmiechając się smutno.
- Dziękuję…
- FUMIYA! – wrzasnął Tsu, zrywając się na nogi. Machał ramionami, podskakując. – WCISKAJ GAZ DO DECHY! – dodał głośno, gdy auto zatrzymało się obok nas z piskiem opon.
Chwilę później Fumiya i Hiroki zabrali ode mnie Tokajiego i ułożyli go na tylnym siedzeniu, przypinając pasami. Fumiya usiadł ponownie za kierownicą, obok Omitsu, a my z Hirokim siedliśmy na niewielkiej przyczepce z tyłu. Blondyn mimowolnie przeżegnał się przed startem.
Siedziałam całą drogę jak w transie, mając wrażenie, że nadal gdzieś to wszystko przerodzi się w koszmar. Dopiero gdy dostrzegłam budynek organizacji i ludzi stojących pod nią, dotarła do mnie prawda.
To koniec. 
***
- Wycofali się? – mruknęła pod nosem Mako, odwracając się ku dzielnicy.
Walka toczyła się jeszcze przed kilkoma minutami, nie wskazując na zwycięstwo żadnej ze stron. Rudowłosa wciąż walczyła w nieustającym kręgu przeciwników, mogąc tylko patrzeć kątem oka jak coraz to więcej towarzyszy umiera. Aż w pewnej zwykłej sekundzie, w tym nieustającym koszmarze kruki poderwały się do lotu, oddalając coraz bardziej od zniszczonej świątyni. Ich drogę przecięła wystrzelona, czerwona flara.
A Jishin w jednej chwili uciekł, zostawiając skołowanych zabójców z Kaminari na środku ulicy. Mako obejrzała się wtedy na chłopaków, którzy wytrwale kryli jej plecy i skinęła głową. Wrócili na teren organizacji.
Teraz niewielka garstka ludzi biegała we wszystkie strony, zużywając na coś pożytecznego resztki energii. Ryutaro rozłożył się ze stanowiskiem medycznym jak najbliżej ludzi i pracował na pełnych obrotach. Inni zabierali z zniszczonego budynku najpotrzebniejsze rzeczy, szczególnie akta i dane.
A ci, którym ostało najwięcej sił znosili ciała.
- Podejrzane… - mruknęła jeszcze, po czym podeszła do Mikuru.
Strategiczka została tu jako ostatnia z dowództwa. Operowała każdą akcją zabójców, rozdzielając im robotę i jednocześnie segregowała przynoszone rzeczy oraz zapisywała wszystkie informacje w notatniku. Mako poczuła chęć na zagwizdanie z podziwu.
- Nie dziwne, że to ty jesteś od myślenia. – rzuciła beznamiętnie na powitanie. Mikuru przeczesała dłonią rozwalającego się koka, uśmiechając się cierpko. – Przeliczyłaś już nas?
- A, tak… - westchnęła, spuszczając wzrok. – Na terenie organizacji, łącznie ze mną i tobą jest obecnie… 26 osób. – wypowiedzenie tej liczby przysporzyło jej wiele bólu.
Mako przez krótką chwilę zrobiło się ciemno przed oczami.
- Połowa… - wydusił Koichi, pojawiając się wraz z Junem. Nieśli jakieś pudła, ale odstawili je z hukiem, jakby zasłyszana informacja pozbawiła ich sił.
- Oczywiście nie wykluczam, że niektórzy… jeszcze nie doszli. – strategiczka wzruszyła ramionami, starając zachować spokój. – Nie wrócił nikt z dowództwa,  a nie sądzę, że nasi najsilniejsi ludzie po prostu polegli… Przynajmniej mam głęboką nadzieję. – westchnęła smutno. – W ogóle, weźcie się do roboty. Wystarczy mi, że Suzuki sam się posłał na zwiady. – mruknęła i odgoniła ich ręką.
Trójka przyjaciół odeszła, uśmiechając się równocześnie ponuro i z ulgą, gdy widzieli towarzyszy, jak również brak niektórych. Choć widzieli tyle śmierci, choć zabili tyle osób, nic nie przyzwyczai cię do umierania bliskich. Jedynie Mako zachowywała chłodną maskę obojętności, choć rozglądała się co jakiś czas, usiłując wyłapać kogoś wzrokiem.
- Nie widzę go. – powiedziała w pewnym momencie pustym głosem. – Nie ma go.
- Kogo…? – zaczął Koichi, ale Jun trzepnął go i nakazał wzrokiem milczenie. Powiódł spojrzeniem dookoła i uśmiechnął się smutno, gdy nie dostrzegł nigdzie Meijiego.
- Może to dzięki niemu to wszystko się skończyło… - westchnął tylko Jun, spoglądając w jaśniejące niebo.
Mako podniosła na niego swoje smutne, zielone oczy, lecz nim zdążyła coś powiedzieć, rozległ się wesoły krzyk, a oczy wszystkich powędrowały ku bramie wjazdowej.
- HEJ, LUDZIE! – wydarł się Suzuki, przebiegając raźnie przez bramę i nie hamując ani na moment. Skierował się na grupkę ludzi stojących niedaleko ‘’stanowiska’’ strategiczki. – WYGRALIŚMY! BANZAI! – wrzasnął, wyskakując wysoko.
Kolejne wesołe wrzaski poniosły się echem, po chwili zastąpione śmiechem, gdy Suzuki po prostu wpadł w tłum ludzi. Koichi uśmiechnął się półgębkiem. Mimo, że wokół nich wszystkich wisiała aura śmierci, cieszyli się, że to koniec. Suzuki odsunął od siebie przyjaciół i wskazał z szelmowskim uśmieszkiem na bramę.
- A to jeszcze nie wszystko. Zgadnijcie, kto właśnie tu jedzie? – wyszczerzył się, a po kilku sekundach podjechało do nich duże auto.
***
Wszystko wydawało się dla mnie tak strasznie nierealne. To, że Suzuki, wysłany na zwiady, gdy nas rozpoznał, roześmiał się, pomachał dłonią i popędził do organizacji. To, że dojechaliśmy tam całą szóstką. To, że na nasz widok rozległy się wesołe okrzyki.
Wszystko rozgrywało się jak za bardzo, bardzo grubą szybą.
Zsiadłam z auta i dałam porwać się towarzyszom w objęcia. Gdzieś za sobą usłyszałam śmiech Tsu, którzy zdawał się zapomnieć o złamanym nadgarstku. Zarejestrowałam też to, że Fumiya od razu zawołał Ryutaro do Tokajiego. Poczułam, że lodowata dłoń trochę puściła moje gardło. Pod opieką lekarza na pewno wszystko będzie dobrze.
- No to teraz jest nas trzydzieści-dwoje… - mruknęła z zadowoleniem Mikuru, zapisując sobie to w notatniku. Po chwili podniosła wzrok na towarzyszów z dowództwa i zarzuciła im ręce na szyję. Trójka roześmiała się, gdy Mikuru mamrotała jakieś wyrzuty, ale nawet strategiczka w końcu zareagowała na nie śmiechem.
Uśmiechnęłam się ze zmęczeniem, poprawiając bandaże na swoim ramieniu i brzuchu. Omiotłam wzrokiem organizację, czując narastający smutek. Nie zobaczyłam 20 znanych mi twarzy.
W raptem kilka godzin straciłam dwadzieścia znanych mi osób.
W kilka godzin odebrano mi szansę ponownego spotkania ich kiedykolwiek.
Taki.
Stop.
Przestań.
Wzięłam głęboki oddech, ale nie poczułam impulsu do płaczu. Może tak się odwodniłam, że nie mam łez. Albo nie mam siły na nie.
Wtopiłam się w towarzyszy, starając się pomóc naprawiać to wszystko. Mimo, że cały czas wyczuwałam na sobie uporczywe spojrzenia Tsu, unikałam rozmowy i zawsze znajdowałam coś do roboty. Której akurat nie brakowało.
Po jakimś czasie instynkt kazał spojrzeć mi w stronę bramy. Z początku nie rozpoznałam go, ale po chwili rozciągnęłam usta w uśmiechu. Trzydzieści trzy, poprawiłam w myślach Mikuru, machając do Meijiego.
Mężczyzna zmrużył oczy, zmęczony i zakrwawiony, ale odmachał mi. Następnie zawołał kogoś stojącego najbliżej, wyraźnie rozbawiony nie zauważeniem go. Zachichotałam pod nosem, gdy towarzysze zaczęli się z nim przekrzykiwać. Po chwili rozsunęli się, przepuszczając przodem rozpychającą się rudowłosą. Mako stanęła na przedzie i spojrzała z beznamiętnym wyrazem twarzy na przybyłego mężczyznę. Meiji uśmiechnął się krótko, niepewien jak zareagować.
- Ej, Mako… - zaczął z wahaniem Koichi, gdy Jun położył dłoń na ramieniu kobiety. Zabójczyni strąciła ją delikatnie.
I pobiegła prosto na Meijiego.
- Mako… - wydusił ze zmieszaniem, gdy rudowłosa wpadła na niego z impetem i objęła mocno lekko drżącymi ramionami. Meiji stał tak przez ułamek sekundy, zdezorientowany, po czym przyciągnął ją do siebie i pocałował. Po chwili wahania Mako odwzajemniła pocałunek, przytulając go mocniej.
- Jesteś idiotą. – rzuciła beznamiętnie, gdy go puściła. A Meiji po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się chytrze, pocierając nos.
Jun i Koichi, oczywiście jako najlepsi przyjaciele czarnowłosego, rozpoczęli serię gwizdów i wiwatów.
Mimo całej tej ponurej atmosfery zrobiło mi się cieplej na sercu.
- No w końcu. – Tsuneari wykonał znak zwycięstwa i usiadł obok mnie. Spojrzałam na niego przez chwilę i westchnęłam. – Rozmyślasz nad czymś, prawda? – wbił we mnie spojrzenie.
- Czuję, że to nie policja wtedy do nas strzelała. – mruknęłam. – Oni strzeliliby celnie, a ten ktoś doskonale wiedział co robi. Doskonale wiedział, że zwykły strzał przekona nas do złożenia broni. – zwinęłam dłonie w pięści. – To wszystko wygląda bardzo podejrzanie… A oboje znamy kogoś bardzo podejrzanego, prawda? – dodałam, wpatrując się w dowództwo.
Na podjazd organizacji zajechał radiowóz, ale wysiadło z niego tylko dwóch policjantów, którzy co dziwniejsze uścisnęli dłoń szefowi. Zaraz po nich z samochodu wysiadł pokaźny mężczyzna, ubrany w garny garnitur. Miał dumny wyraz twarzy, a w jednej z dłoni trzymał teczkę, co sprawiało, że przypominał mi stereotypowego biznesmana. Przytrzymał drzwi ostatniemu pasażerowi – drobnej kobiecie, która wyskoczyła raźnie z auta. Z tej odległości dostrzegłam jej ekscentryczność – miała ciemnobrązowe, sterczące włosy, okrągłe okulary, grubą, skórzaną, zimową kurtkę, spod której wystawała dresowa spódniczka, pasiaste rajtuzy, a tego wszystkiego dopełniały pilotki na czole. Miałam ochotę się roześmiać.
- O, oficer Akaike przyjechał. – mruknął na początek Tsu. Po chwili zamarł i przetarł z niedowierzaniem oczy. – Jasny gwint, co z nim robi Ukyo Inaba? I czy to…? Czy to Sakiko Hashimoto? Jasny gwint. – powtórzył i westchnął głęboko. – Mam dość. Nie mam siły się w to wszystko mieszać. – jęknął po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
- Szybko działają, przynajmniej tyle.
Tsuneari spoważniał, rozumiejąc ukryte znaczenie tych słów i z dozą wahania pogładził mnie po głowie.
- Uwierz mi, Ichi. Naprawdę znajdziemy w tym bagnie czas na… godne pożegnanie ich wszystkich. Teraz muszą pozałatwiać wszystkie formalności, a dopiero potem… Potem damy sobie chwilę przerwy. – powiedział cicho.
Skinęłam krótko głową i chciałam wstać, ale chłopak pociągnął mnie za nadgarstek w dół. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, sięgnął do tylnej kieszeni kurtki i włożył w coś w dłonie.
Czarne, nadłamane oprawki.
- Skąd to… - wydusiłam, blednąc.
- Znalazłem… tam. – powiedział cicho. – Stwierdziłem, że po prostu… Nie pozwolę tego wyrzucić. Potem chciałem dać to Ayako, ale… Ale czuję, że to ty powinnaś o tym zdecydować i z nią porozmawiać. Dlatego ci to daję.
Przyciągnęłam do siebie oprawki Takiego, czując, że dziura w moim sercu odzywa się rozpaczliwym jękiem. Jednak nie poczułam łez, a samo serce pracowało swoim powolnym tętnem. Wzięłam głęboki oddech.
- To trochę ironiczne, prawda? – prychnął krótko Tsuneari, podając mi zdrową dłoń i pomagając wstać. – Dlaczego te cholerne okulary przetrwały? – mruknął smutno, odwracając się do mnie plecami. – Dlaczego ten cholerny okularnik nie przetrwał? – doszepnął jeszcze, zwijając dłoń w pięść. – Cholera.
Spuściłam wzrok, nie mogąc znaleźć na to żadnych słów. Omiotłam wzrokiem otaczających nas towarzyszy. Wszyscy chodzili uśmiechnięci, szczęśliwi naszą wygraną. Choć, w głębi resztek duszy, każdy z nas czuł, że to okrutna przegrana. Zwycięstwo nie przywróci Takiego do życia. Ani Daikiego. Ani pozostałych siedemnastu osób. Zwycięstwo nie pocieszy Ayako.
Nie uleczy Tokajiego.
- Chodź, Ichigo. – Tsu posłał mi ciepły uśmiech. – Widzę, że coś ustalają, a ja wolę tam być, by wybić im idioctwa z głowy. – Gdy nie ruszyłam się, chwycił mnie pod ramię i pociągnął do przodu. – Ufasz mi, prawda? Więc uwierz, że to wszystko potoczy się tak jak ma być. Że póki żyjemy damy radę zacząć od początku jeszcze raz. I jeszcze raz.
Wzięłam głęboki oddech.

I dalej podążyłam za nim już o własnych siłach. 

7 lutego 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 40

Rozdział 40


Gdy Meiji zaczynał już się niecierpliwić, okno obok niego zostało rozbite z ogłuszającym trzaskiem. Nie drgnął jedynie przez szok, choć odłamki szkła poleciały również w jego stronę, rozcinając powierzchownie skórę. Zacisnął zęby, kładąc dłoń na rękojeści. Jeszcze kilka sekund. Tylko kilka sekund.
Po chwili do pokoju wpadł mosiężny hak. Upadł z brzękiem na podłogę, a w tle rozległ się okrzyk zwycięstwa. Meiji uśmiechnął się chytrze. Hak zarysował płytki, gdy zabójcy wyciągali linę, po czym zahaczył się o parapet. Lina napięła się.
Meiji wyciągnął bezszelestnie miecz, czując, że jego tętno przyśpiesza, a zmysły wyostrzają się. Nadal nie śmiał wysunąć się z kąta nawet o milimetr i czekał.
Tymczasem Toshiyuki zdążyła przeskoczyć na kolejny budynek i powoli podciągała się na linie. Jej ruchy były płynne i wyćwiczone, a ona sama zdawała się być nieporuszona wysokością. Gdy znalazła się na poziomie okna, okręciła sobie linę wokół nadgarstka i odchyliła trochę do tyłu, balansując ciałem.
- Idiotka! Nie ryzykuj! – wrzasnął Kijuro, kręcąc w dłoni kolejnym hakiem.
- Spokojnie, Kijuro! – zaszczebiotała, przeciągając sylaby niczym mała dziewczynka. Spojrzała jeszcze krytycznie na pozostałości okna i wybiła obcasem kozaków resztki szkła. – Widzisz? – spojrzała w kierunku mężczyzny, pokazując mu język. Nim zdążył coś do niej odkrzyknąć, wskoczyła zwinnie do środka.
Meiji przewidział, że wskoczy niepostrzeżenie, więc wstrzymywał oddech od kiedy usłyszał krzyk Kijuro. Kobieta rozejrzała się po pokoju, wchodząc coraz bardziej w głąb mieszkania. Nie zdawała sobie sprawy, że ktokolwiek jest za nią.
Gdy kolejny hak wpadł do pokoju, zawołała:
- Jak coś to czysto!
- Jesteś pewna? – wyszeptał czarnowłosy pojawiając się tuż za nią i biorąc na nią od razu zamach ostrzem.
Kobieta obróciła się gwałtownie, napinając instynktownie wszystkie mięśnie. Spojrzała łagodnymi, przestraszonymi, błękitnymi oczami na bezlitosny wyraz twarzy zabójcy i mechanicznie sięgnęła ku rękojeści. Zdążyła jeszcze mrugnąć nim ostrze na nią spadło.
Rozległ się szczęk metalu, a cios Meijiego został bezbłędnie odparowany.
Mężczyzna syknął z irytacją, choć od samego początku nie wierzył, że na Toshiyuki podziała zasadzka. Kobieta podniosła na niego wzrok, a on wzdrygnął się. Po tym ciepłym spojrzeniu nie pozostał nawet ślad.
- Wieki minęły, prawda, Mei-ji-kun? – zapytała, a jej głos stał się bardziej psychiczny, tak samo jak oczy – szeroko otwarte i pełne rządzy krwi i mordu.
Kiedy nie reagował, przekrzywiła głowę, nie spuszczając z niego wzroku. Jej usta rozchyliły się lekko, gdy czarnowłosy skierował ostrze w jej stronę.
- Ojoj, nie mów, że chcesz ze mną walczyć… - powiedziała zmartwionym głosem, choć usta wygięły się w krzywy uśmiech.
- Trudno nie zauważyć – prychnął czarnowłosy, uśmiechając się kpiąco.
Kobieta zaatakowała z szybkością dźwięku. Cięła z całej siły od dołu, ale Meiji był na to przygotowany. Walczył z Toshiyuki raptem 3 razy i zawsze zaczynała od tego ciosu. Starał się przywołać te walki w pamięci, ale nic mu to nie dało – zawsze kończyło się zaledwie po kilku ciosach, a żadna ze stron nie była sama i nie chciała ryzykować. A poza tym to Mako zawsze walczyła przeciwko fioletowowłosej.
Toshiyuki wpadła w trans i zaczęła uderzać ze wszystkich stron losowo. Meiji blokował ciosy tak dobrze jak mógł, wspomagając się drugą ręką, ale nie był w stanie pomyśleć o czymś innym niż ostrze świszczące tuż przy jego głowie.
- Toshiyuki! – wrzasnął Kijuro, już bez cienia złości. Zawiązał supeł na końcu liny i pociągnął ją mocno, upewniając się, że nie zerwie się przy skoku.
Meiji dostrzegł drganie liny kątem oka, co prawie przypłacił lewym ramieniem – w ostatniej chwili się odchylił, a ostrze rozdarło skórę tylko powierzchniowo. Spojrzał krótko na kobietę, która wyraźniej spowolniła, rozkoszując się widokiem krwi i wziął głęboki oddech. Zgiął kolana i upadł na plecy, przetaczając się od razu w bok, by Toshiyuki go nie trafiła. Jej miecz wbił się w podłogę.
- Grrr! – warknęła, patrząc z obłędem na mężczyznę, który przekoziołkował prawie do parapetu, a teraz wspierał się na ramieniu. Od razu dostrzegła w tym swoją szansę i wyciągnęła z łatwością miecz z podłogi, kierując się powoli w jego stronę.
Meiji mrugał zawzięcie oczami, by pozbyć się zawrotów, ale gdy zorientował się, że Toshiyuki nie biegnie od razu na niego, uśmiechnął się chytrze, sięgając po omacku za siebie. Kobieta zastygła i instynktownie spojrzała na linę.
- KIJURO NIE IDŹ! – wydarła się przeraźliwie, rzucając w kierunku Meijiego.
On jedynie machnął bezwładnie ramieniem, a sztylet, który trzymał przerwał od razu linę. Ułamek sekundy potem Toshiyuki kopnęła go z całej siły w klatkę piersiową, odrzucając do tyłu. Meiji stanął niepewnie na nogach, ale od razu sparował cios kobiety. Zaczęli się siłować.
Zawroty głowy od razu mu przeszły, gdy spostrzegł, że on trzyma miecz obiema rękoma, a ona tylko jedną. Nawet na niego nie patrzyła – może to i lepiej, zważając na jej psychiczny wzrok – a fioletowe kosmyki opadły na twarz. Meiji wpatrywał się w nią przezornie, niepewien jej dalszych ruchów. Zmarszczył brwi, gdy usłyszał mamrot i rozejrzał się po pokoju, szukając źródła dźwięku. Gdy szemranie stało się głośniejsze, drgnął gwałtownie, odskakując od kobiety.
- Zabiję, zabiję, zabiję, zabiję, zabiję, zabiję, zabiję... – szeptała coraz głośniej, nakręcając swoją żądzę mordu.
- Jasna cholera… - syknął do siebie Meiji, przygotowując się na wybuch kobiety. Właśnie takich momentów wszyscy chcieli uniknąć podczas walki z nią. Może powinienem darować sobie akcję z przecinaniem liny. Prawdopodobnie Kijuro zdążył się cofnąć. 2
Toshiyuki umilkła. Czarnowłosy spojrzał w jej stronę, czując, że jego tętno przyśpieszyło jeszcze bardziej. Kobieta zrobiła chwiejny krok w jego stronę z opuszczonym mieczem, zostawiając w podłodze szramę. Patrzył się na nią, oczekując czegokolwiek.
- Chciałeś go zabić. – powiedziała powoli, jakby ze smutkiem. – Chciałeś zabić Kijuro. – powtórzyła, robiąc krok w jego stronę. Dzieliły ich teraz zaledwie trzy metry. Zatrzymała się i podniosła na niego wzrok, uśmiechając się psychicznie. – Nie daruję.
Wypowiadając ostatnie słowo zaatakowała. Gdyby nie to, że Meiji czekał na atak od dłuższej chwili, nie uniknąłby go. Ledwo dostrzegł ruch jej nadgarstka. Parował ciosy tak szybko jak umiał, ale ostrze i tak smagało go po ramionach, a krew skapywała na ziemię. Jeśli sądził, że tamte serie cięć są szybkie, był w błędzie. Tamto to było nic.
Cofał się pod naporem ciosów, starając się skręcić w stronę drzwi, by nie podparła go do ściany. Patrzył się na nią z uwagą, czekając na jakąkolwiek oznakę zawahania, czy zmęczenia. Nic.
- Uparty jesteś – powiedziała, oblizując wargi. Widząc jego zacięty wzrok, wykrzywiła usta w okrutnym uśmiechu. – Hi, hi, hi.
Meiji spojrzał kątem oka w bok, nasłuchując. Toshiyuki odebrała to jako opadnięcie z sił i włożyła jeszcze więcej siły w ciosy, przypierając mężczyznę do ściany. Czarnowłosy spojrzał na jej uniesione ostrze.
I prychnął. A ona mimowolnie się zawahała.
- Toshi…! – Kijuro wpadł z okrzykiem do środka, otwierając drzwi na oścież. Zdezorientował się na sekundę, gdy zobaczył ich przy ścianie obok, a jego krzyk urwał się, gdy Meiji rzucił się w jego kierunku, unikając zabójczego ciosu kobiety. Ostrze ledwie smagnęło go po plecach.
Obaj mężczyźni stracili równowagę, a Meiji korzystając z osłupienia przeciwnika, wbił mu łokieć z całej siły w brzuch. Upadli ze stęknięciem na ziemię, rozwalając stolik i sofę.
- Kijuro!!! – pisk Toshiyuki przepełniało przerażenie, ale chwilę później warknęła z najgłębszą nienawiścią. – Jak śmiesz!
Zaczęła siłować się z ostrzem, które utknęło w ścianie.
Meiji postanowił grać na czas i wymierzył sierpowego w Kijuro. Głowa mężczyzny odskoczyła, ale od razu chwycił go za ramiona i usiłował z siebie zrzucić. Przetoczyli się, szarpiąc zawzięcie. Meiji wylądował na plecach, trzymając pięści Kijuro z daleka od siebie.
- Miałem cię za mądrego. – stęknął Kijuro, wkładając całą swoją siłę w siłowanie się. Meiji uśmiechnął się z wysiłkiem.
- Ja ciebie też. – odparł, błyskawicznie podciągając pod siebie kolana.
Odepchnął od siebie przeciwnika i zerwał się na równe nogi, sięgając za siebie po kolejny sztylet. Wziął szeroki zamach, krzyżując ostrza z Toshiyuki, która zmierzyła go zdziwionym wzrokiem. Po chwili uśmiechnęła się, mrużąc oczy z zadowoleniem. Meiji obrócił sztylet w dłoni i zaatakował ponownie. Zabójczyni odparowała cios, przygotowując się do kolejnego, ale czarnowłosy prześlizgnął się po ziemi, w stronę drzwi. Tam chwycił swój miecz i obrócił się do przeciwników.
Kijuro podnosił się właśnie z ziemi, a Toshiyuki patrzyła się na niego z zaniepokojeniem. Kiedy jednak mężczyzna stanął pewnie na nogach i przetarł krew z twarzy, obróciła się do czarnowłosego z mordem w oczach. Meiji zmrużył oczy, zaciskając dłonie na rękojeści.
- Nie sądziłem, że zobaczę tutaj akurat ciebie – rzucił nonszalancko Kijuro. – I to jeszcze samego.
- Niespodzianka. – odparł sarkastycznie Meiji, nie spuszczając oczu z Toshiyuki.
- Co tu robisz? – warknęła kobieta, kierując w jego stronę czubek miecza.
- Przeszkadzam wam. – uśmiechnął się.
Kijuro mruknął coś pod nosem i sięgnął po komunikator. Meiji rzucił się w jego kierunku, ale kobieta zastąpiła mu drogę. Mężczyzna znów musiał osłaniać się od szaleńczo-szybkich ciosów. Strateg tym czasem wyminął ich, kierując się w stronę drzwi. Meiji syknął ze złością. Kijuro obrócił się jeszcze w drzwiach.
- Zatrzymaj go, muszę poprowadzić naszych. – polecił, a Toshiyuki skinęła tylko głową, nie spuszczając wzroku z przeciwnika. – Ale nie zabijaj. Wyciągniemy później z niego informacje. – dodał i wyszedł.
- Nie tak szybko! – krzyknął Meiji, kucając. Ostrze kobiety świsnęło mu tuż nad głową, a nim zabójczyni zdążyła w niego ponownie wycelować, podciął ją szybko, obracając się na nadgarstkach, i podniósł się na nogi, wybiegając z pokoju.
Toshiyuki spadając, wygięła się w łuk i zrobiła salto, pomagając sobie jedną ręką. Odzyskała od razu równowagę i westchnęła, przeczesując wolną dłonią fioletowe włosy.
- Tak chcesz się bawić? – szepnęła nienawistnie. – Nie zabijać. – powtórzyła, kierując się powoli w stronę przeciwnika. – Trudno będzie. – uśmiechnęła się okrutnie, przygotowując miecz do ciosu.
Meiji tym czasem walczył z Kijuro, a komunikator leżał nieopodal na ziemi. Mężczyźni uśmiechali się ponuro, jakby czerpiąc przyjemność z ponownego spotkania w walce. Wydawali się nawet gawędzić. Toshiyuki przystanęła, wpatrując się w Kijuro z wyczekiwaniem.
- Całkiem postradałeś zmysły. – rzucił mężczyzna, odgarniając bordowe włosy z oczu wprawnym ruchem głowy.
- Zawsze byłem szalony – zaśmiał się Meiji, atakując z góry. Zaczęli się siłować. – Łaskawie odpuściłbyś już i dał mi rozwalić ten komunikator, co?
- Po moim trupie. – odparł Kijuro, uśmiechając się wyzywająco.
Między nich wpadła Toshiyuki, wytrącając miecz z dłoni wroga. Meiji odskoczył ze zdziwieniem, sięgając po sztylet. Osłonił się od ciosu w ostatniej chwili. Kobieta uspokoiła trochę swój gniew, a jej ruchy stały się bardziej przemyślane i dokładne.
Kijuro zaszedł walczących od tyłu, gotowy włączyć się do walki. Toshiyuki łypnęła na niego groźnie, nie przerywając gradu ciosów. Ramiona mężczyzny zaczynały nie nadążać z parowaniem cięć.
- Kijuro, zostaw go mnie. – powiedziała pewnie. – A ty bierz w końcu ten cholerny komunikator i kieruj naszymi. Straciliśmy wystarczająco dużo czasu.
Zabójca wpatrywał się w nią przez dłużą chwilę, po czym sięgnął po urządzenie i wybiegł z pokoju. Meiji mordował wzrokiem Toshiyuki, która w odpowiedzi coraz szerzej rozciągała usta w uśmiechu. Oboje wiedzieli, że ta walka nie potrwa długo.
- Cholera – syknął mężczyzna.
- Hihihihi – zachichotała Toshiyuki, nie spuszczając z niego swoich lodowatych, błękitnych oczu. Na jej twarz znów wstępował wyraz szaleństwa. Wyprowadziła szerokie, płaskie cięcie, napinając mięśnie gotowa by zaatakować znów i znów.
Meiji jednak się nie odsunął.
Miecz morderczyni wbił się w lewe ramię mężczyzny, a Toshiyuki zastygła całkowicie zdezorientowana. Meiji, choć oczy zaszły mu mgłą z bólu, uniósł kącik ust do góry i ostatkiem sił wbił pięść w brzuch kobiety. Zabójczyni stęknęła cicho i osunęła się na ziemię.
- Jesteś godnym przeciwnikiem… - szepnęła spokojnie, leżąc na ziemi. – Nie pomyślałabym, że dasz się trafić tak niespodziewanie, żeby wyprowadzić mnie z rytmu. – podniosła się na ramionach, rozciągając usta w uśmiechu. – Ale nie zabicie mnie było czystą głupotą! – wykrzyknęła, posyłając mu psychiczne spojrzenie.
- Wiesz, Toshiyuki… - stęknął ciężko Meiji. – Są inne sposoby by wygrać niż zabijanie. – uśmiechnął się chytrze, wypuszczając z dłoni pustą, malutką probówkę.
Kobieta rozszerzyła oczy z przerażenia.
- Kłamiesz. – ramiona się pod nią załamały. – Cholera, to chloroform… - jej głowa opadła na ziemię, a ona sama walczyła by utrzymać oczy otwarte.
- Szpiedzy mają swoje sztuczki. – Meiji schylił się po swój miecz. – A to nawet ciebie uśpi na pewien czas. – posłał jej ostatnie, kpiące spojrzenie nim całkowicie odpłynęła.
Nim jednak pobiegł za Kijuro, wyrzucił miecz Toshiyuki przez okno.
Kijuro siedział na klatce schodowej, zażarcie usiłując się z kimś połączyć. Z początku nawet nie podniósł głowy znad urządzenia, będąc pewnym zwycięstwa Toshiyuki. Kiedy jednak domniemana towarzyska nie odzywała się słowem, zwrócił się do niej:
- Szybko ci poszło, Toshi… - urwał gwałtownie, spostrzegając zakrwawionego zabójcę. Zerwał się na równe nogi, wyciągając zza siebie miecz. Zmierzył Meijiego nienawistnym spojrzeniem. – Co żeś jej zrobił!? – warknął, atakując go z całej siły.
- Żyje. – odparł tylko, wyprowadzając kilka cięć.
- Jesteś martwy! – krzyknął Kijuro, atakując go z góry.
Szczęk metalu niósł się głośnym echem po opuszczonym wieżowcu, a mężczyźni walczyli z całych swoich sił. Nie byli nawet w stanie dostrzec swoich ostrzy, które kreśliły srebrne smugi w powietrzu.
- Kiedy ostatnio walczyliśmy tak zaciekle? – westchnął po pewnym czasie Meiji, czując że musi szybko znaleźć sposobność do rozwalenia komunikatora. Dawka chloroformu jaką podał działa bardzo szybko, ale równie szybko przestawała działać.
- 4 lata temu, podczas naszej pierwszej wojny – odparł Kijuro, mordując go wzrokiem. Sparował cięcie tuż przy swojej twarzy, zaczynając się siłować z przeciwnikiem.
- Nie sądziłem, że tyle przeżyjesz! – rzucił lekceważąco Meiji, tnąc z góry, a w piwnych oczach Kijuro błysnęła panika.
Jednak cios jedynie rozorał ramię mężczyzny, schodząc z pierwotnego celu, przez huk otwieranych drzwi. Obaj zabójcy jakby zapomnieli o toczonej walce i spojrzeli w tym kierunku ze zdziwieniem.
- Już jestem, Kijuro… - mruknęła przesłodzonym głosem Toshiyuki, podpierając się framugi drzwi. – Obiecuję, że teraz… Krwawisz. – jej uśmiech momentalnie zniknął, a ona wpatrzyła się pusto w jego ranę. Po chwili w błękitnych tęczówkach błysnęła żądza mordu, a ona uśmiechnęła się psychicznie na wizję masakry. – Hihihihi!!! – zachichotała, rzucając się na Meijiego z pięściami.
Czarnowłosy był całkowicie zdezorientowany i ocknął się z oszołomienia, dopiero gdy razem z Toshiyuki huknęli o ziemię. Kobieta była jeszcze skołowana po działaniu narkotyku, więc upadek zamglił jej na chwilę umysł. Meiji szybko zrzucił ją z siebie i zerwał się na równe nogi.
Kijuro uśmiechnął się pod nosem, widząc stan Toshiyuki.
Kobieta szybko odzyskała werwę i skoczyła w stronę Meijiego. Przypominała mu rozszalałe, dzikie zwierzę. Odchylił się, a gdy kobieta wyhamowała i wycelowała w niego kopniaka z półobrotu, kucnął i spróbował ją podciąć. Zabójczyni wyskoczyła w górę, złączając pięści. Meiji odskoczył jak najdalej, gdy Toshiyuki opadła na ziemię. Jej uderzenie zostawiło w płytkach rysę.
Mimowolnie zagwizdał pod nosem. Kobieta wydała z siebie przeszywający, wściekły krzyk i rzuciła się ponownie w stronę Meijiego.
W jej ruchach dostrzegał lata treningu, ale pod wpływem złości ataki były chaotyczne. W walkach dawało to kobiecie przewagę, a przeciwnik był zdezorientowany i przerażony. Jedno spojrzenie w błękitne oczy potrafiło zmrozić krew w żyłach.
Meiji zauważył swoją szansę w tym tempie walki. Wyminął Toshiyuki, kierując się na Kijuro, który zerwał się gotowy do ataku, ale fioletowowłosa zastąpiła mu drogę tuż przy schodach. Uśmiechając się psychicznie rzuciła się w jego kierunku.
A wtedy Meiji ruszył na nią.
Zderzyli się z głuchym stęknięciem. Toshiyuki spadła na stojącego na schodach Kijuro, który wypuścił z dłoni komunikator i chwycił ją w ramiona, po czym oboje huknęli o ziemię piętro niżej.
Ułamek sekundy po tym dostrzeli Meijiego i jego ostrze spadające prosto na nich. Kijuro podświadomie odepchnął na bok Toshiyuki, jednak zabójca nie celował w nich. Zdali sobie z tego sprawę za późno.
Miecz Meijiego wbił się w leżący nieopodal komunikator, niszcząc go doszczętnie.
Czarnowłosy oparł katanę o zdrowe ramię, wyraźnie z siebie zadowolony. Odkopnął szczątki urządzenia, posyłając szyderczy uśmieszek, podnoszącym się wrogom.
- Dobra, teraz wystarczy, że tylko zatrzymam was, dopóki nie rozprawią się z wami na froncie. – uśmiechnął się szelmowsko, kierując na nich swoje ostrze. – En garde.
***
- Dziękuję… Ryu… - wydusiła Kei, krztusząc się po chwili krwią.
- Ciii… - szepnął lekarz, wsmarowując maść leczniczą w rany. – Wyliżesz się z tego, tylko na Boga, siedź cicho i się nie ruszaj.
- Przyjęłam. – powiedziała, siląc się na uśmiech.
Gdy Ryutaro obrzucił ją zdenerwowanym spojrzeniem, parsknęła krótko, bez sił do dalszego żartowania z towarzysza. Gdy chłopak opatrywał jej rany, spojrzała na niebo, rozjaśnione już promieniami słońca. Westchnęła ciężko.
Ryutaro przyjrzał się jej twarzy uważnie. Znalazł Kei odpoczywającą w tej uliczce. Bezbronna kobieta mogła liczyć tylko na to, że przyjaciele nie pozwolą się nikomu prześlizgnąć. Chłopak teraz przeklinał się w myślach, że szybciej nie zaryzykował wyjścia na front.
- Kei, nie śpij. – poklepał ją delikatnie w policzek. Kobieta zamrugała gwałtownie i spojrzała na niego zamglonym wzrokiem. – Wybacz, ale to nie jest miejsce do tracenia przytomności.
- Wiem, wiem… - powiedziała słabo. Spojrzała krytycznie na opatrzone rany, po czym skierowała się do lekarza. – Ryu, moja noga…
- Tylko skręcona. – westchnął brązowowłosy. – Kaszlanie krwią zastopują te tabletki, ale nie da to wiele na złamane żebra. – Kei syknęła z irytacją słysząc to. – A jeśli chodzi o rany cięte… Ten, kto ci to zrobił, doskonale wiedział, co robi…
- Camilo Martinez… - wycedziła przez zęby.
- A on nie był na innej ulicy? – Ryutaro rozszerzył szeroko oczy, rozglądając się z niepokojem wokół. – Kei! Miałaś siedzieć cicho! – zganił ranną.
Kobieta westchnęła, a jej głowa powoli opadała. Chłopak zamyślił się, nie wiedząc co robić. Nie miał czasu na czekanie, aż jej się polepszy, ale nie mógł też zostawić jej tu samej. Pogrążony w rozmyślaniach, nie zwrócił uwagi na to, że Kei znowu się ocknęła i wodzi wzrokiem wokół.
W pewnym momencie rozszerzyła swoje błękitne oczy, blednąc jeszcze bardziej. Krzyknęła cicho, wyzbywając się resztek sił.
- Ryu, za tobą!
Medyk drgnął gwałtownie, a w następnej sekundzie zerwał się na równe nogi, obracając się w do mniemanym kierunku. Jemu również odpłynęła krew z twarzy, gdy zobaczył nadbiegającego zabójcę. Przyjął pozycję obronną, przełykając ciężko ślinę. Jego jedyną bronią była strzykawka w tylnej kieszeni fartucha lekarskiego.
Zabójca z Jishin już unosił zwycięsko miecz, biorąc szeroki zamach, gdy zza zakrętu wypadła pokaźna postać, taranując wroga i zwalając go z nóg kilka metrów dalej.
- Wypierdalać od mojej siostry!!! – ryknął Keizo, biorąc zamach zza głowy.
Mężczyzna na ziemi zdążył się osłonić i nawet podnieść na nogi, ale za nim pojawiła się kolejna postać. Zdążył się zorientować o jej obecności i obrócił się w stronę przeciwnika, lecz nie dał rady sparować ciosu Itaru.
Wróg padł trupem nim Ryutaro zdążył zamrugać.
- Iwasaki-san! – wydusił po chwili.
Rosły mężczyzna spojrzał na niego groźnie, ale gdy go poznał, osłupiał. Itaru jedynie zmarszczył brwi, przekrzywiając pytająco głowę. Między nimi zapadła napięta cisza, którą przerwał słaby szept Kei:
- Hejka, bracie…
- Kei! – mężczyzna przyklęknął przy rannej siostrze i spuścił głowę. – Przepraszam, że cię zostawiłem. – obrzucił wzrokiem jej opatrunki i kiwnął głową w stronę lekarza. – Dobra robota, Ryu.
- To w końcu moja praca… - chłopak wzruszył ramionami. – Ale co ważniejsze, nie powinniście być ze swoim zespołem?
- Odłączyliśmy się na chwilę, by sprawdzić co z Kei…
- Mniejsza z nami, co ty do jasnej  cholery tu robisz!? – ryknął Keizo, przerywając towarzyszowi. Zniżył głos, gdy jego siostra jęknęła. – Nie zaprzeczę, że medyk na polu bitwy jest wydajniejszy, ale nie podoba mi się, że hasasz se po uliczkach i koksisz, nie mając nawet scyzoryka!
Ryutaro chciał coś odpowiedzieć, ale jedynie zamknął usta i pokiwał potakująco głową. Keizo zwinął dłoń w pięść, gotowy przywalić chłopakowi. Uśmiechnął się przy tym krzywo.
- To ja lecę dalej! – zawołał Ryu, chwytając teczkę i odbiegając w boczną uliczkę.
- Ryutaro, poczekaj! – krzyknął za nim Itaru, przytrzymując za ramię Keizo, który był gotowy rzucić się za lekarzem.
- Ja już tego gówniarza, rozsądku nauczę! – mruczał groźnie mężczyzna.
- Powtarzasz to od siedmiu lat. – zaśmiała się słabo Kei, stając niepewnie na nogach. Przetarła krew z ust wierzchem dłoni.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią z troską, a gdy zachwiała się, Keizo przytrzymał delikatnie siostrę. Westchnął głęboko i pokręcił głową, spoglądając w kierunku uliczki, w którą wbiegł lekarz i pokierował kobietę w bezpieczniejsze miejsce.
***
Mako sparowała mechanicznie kilka cięć i skierowała puste, zielone oczy na jednego z przeciwników. Skupiła się tylko na nim, masakrując go psychicznie jak i fizycznie serią swoich szybkich ciosów. Te ruchy pochłonęły ją na tyle, że nie zwróciła uwagi na kobietę zachodzącą ją od tyłu.
- Mako, kuźwa, tyły!!! – wrzasnął Koichi, wpadając między nią, a kobietę. Sparował ciosy i zmusił, by zabójczyni powoli się cofała. Wydał z siebie bojowy okrzyk, nacierając ponownie i odbiegł na pewną odległość.
Mako skinęła mu nieznacznie głową, powracając do walki.
Jun zrównał się z nią, kryjąc jej plecy.
- Radziłbym ci otrzeźwieć, Mako. – rzucił przez ramię. – W ogóle nie zwracasz uwagi na otoczenie. – dodał ganiącym tonem blondyn.
- Ciekawe przez kogo. – mruknęła rudowłosa neutralnym tonem.
Gdy Jun spojrzał na nią ze zdziwieniem, zignorowała go. Zadała kolejną serię swoich najszybszych ciosów, a przeciwnik wypuścił miecz z dłoni. Broń zagruchotała o ziemię kilka metrów dalej, a mężczyzna rzucił się do ucieczki. Kobieta, z którą walczył Jun spojrzała ponad jego ramieniem, wykonała unik, po czym zmyłkę i również spróbowała odbiec.
Blondyn od razu chciał rzucić się za nią, ale Mako powstrzymała go. Spojrzał na nią z irytacją, ale widząc, że kobieta patrzy się na nadbiegającego ponownie Koichiego, zmarszczył brwi.
- Czy tylko mi się zdaje… - wysapał Koichi, będąc jeszcze daleko. – Że oni walczą jakoś bezsensownie?
Jun uniósł brwi wysoko.
- Jak już tak o tym wspomniałeś… - potarł kąciki oczu, ziewając przy okazji. – Ale równie dobrze może to być brak snu.
- Nie – Mako pokręciła głową, spoglądając na nich uważnie. Jej zielone oczy wydawały się przewiercać mężczyzn na wylot, ale kobieta nie doczekała się ich reakcji. – Udało mu się.
Zabójcy zrozumieli od razu, i uśmiechając się szeroko, przybili piąteczkę.
- Dobra, czas ich wykończyć! – wykrzyknął bojowo Koichi i pobiegł przed siebie. Jun wyciągnął broń i ruszył za nim.
Mako została na swoim miejscu, obracając się w przeciwnym kierunku.
- Ciekawe, kiedy zorientują się, że pobiegli nie w tą stronę. – mruknęła do siebie pod nosem i pognała za wrogimi zabójcami.
***
Ryutaro przemykał samotnie uliczkami od kilkunastu minut. Jego zapas medykamentów gwałtownie się kurczył po każdym spotkaniu. W tak krótkim okresie czasu zdążył spotkać lub zobaczyć wszyscy pozostałych walczących.
Spochmurniał na tę myśl.
Usłyszał za sobą szczęk stali i nawet nie obejrzawszy się, pognał przed siebie. Jeśli znowu wpadnie na wroga, Keizo go zatłucze jak będzie po wszystkim. O ile ktokolwiek tego momentu doczeka.
Lekarz zaczął sapać, klnąc na siebie w myślach. Tyle czasu spędził już w organizacji, ale nigdy nie zadbał o własną kondycję. Zawsze kończyło się na opatrywaniu drobnych ran po misjach i treningach. Uniósł lekko kącik ust, widząc przed oczami krzywiących się towarzyszy, gdy bandażował im rany. Niektórzy bywali u niego już setki razy. Wspomnienia go lekko rozkojarzyły.
Dlatego gdy na kogoś wpadł, wrzasnął głośno.
Druga osoba pisnęła z przerażeniem. Siła uderzenia sprawiła, że upadła, ale Ryutaro zachował równowagę, zwijając dłonie w pięści. Powiódł wzrokiem po postaci, napinając mięśnie, gotowy do ucieczki.
Kiedy zobaczył brązowowłosą nastolatkę, rozszerzył oczy ze zdziwienia i stanął jak wryty. Nie wyglądała na Japonkę, miała raczej latynoską urodę. Wpatrywała się w niego z takim samym zdziwieniem czarnymi oczami.
Trwali tak przez kilka sekund, nim Ryutaro przypasował jej wygląd do jedynego, znanego mu pasującego nazwiska.
- Carmen Martinez… - mruknął, nadal z cieniem niedowierzania.
Dziewczyna zerwała się gwałtownie na nogi, chwytając torbę. Przerzuciła ją sobie nieporadnie przez ramię drżącymi rękoma, po czym skierowała na niego pięści. Starała się przybrać morderczy wyraz twarzy, ale z przerażenia się trzęsła.
Ryutaro wyciągnął w jej stronę dłoń, stawiając krok naprzód. Był zdezorientowany. Ostatnią osobą jaką się tu spodziewał była medyczka Jishinu.
- Posłu… - wydusił, ale Carmen mu przerwała.
- Ani kroku dalej! – zawołała z hiszpańskim akcentem. – Nie zbliżaj się!
- Poczekaj… - mruknął uspokajająco lekarz, rozglądając się z niepokojem. Miał nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak, a on sam wpadł w jakąś dziwną zasadzkę. – Co ty tu…?
- Nie masz broni… - zauważyła w pewnym momencie, przyglądając się chłopakowi, po czym spojrzała mu w oczy. Mierzyła jego zakłopotany wzrok ostrym spojrzeniem, lecz po chwili rozluźniła się trochę. – Jesteś medykiem. – powiedziała już z mniejszym strachem.
- Tak. Tak jak ty. – potwierdził Ryutaro od razu. - Co ty tutaj robisz? Dla nieuzbrojonej dziewczyny jest tu… - zaczął ostrożnie, ale Carmen analizowała coś i nie zwracała na niego uwagi.
- Skoro nie masz broni i jesteś medykiem… - mruknęła pod nosem i podniosła na niego wzrok. Zmarszczył brwi, niewiele rozumiejąc, po czym wyciągnął rękę w stronę dziewczyny, która uśmiechnęła się przebiegle. – W takim razie... – powiedziała tylko, odwracając się i pognała jak najdalej od niego.
Ryutaro mimowolnie ruszył za nią, ale zniknęła mu z oczu tuż za zakrętem. Zatrzymał się, rozejrzał, aż w końcu pokręcił głową i odetchnął głęboko.
- Ryu…? – rozległ się słaby głos.
- Kei? – chłopak aż podskoczył, gdy dojrzał opierającą się o ścianę kobietę. – Co ty tutaj robisz? – podbiegł do niej, przyglądając się od razu opatrunkom.
- Braciszek mnie tutaj przeniósł, mówiąc, że będzie spokojniej…
- Masz inny opatrunek. – przerwał jej lekarz.
- A, to? – powiedziała cicho. – To było dziwne…
- Co było dziwne? – Ryutaro powiedział to trochę ostrzej niż zamierzał, ale Kei jakoś się tym nie przejęła. Uśmiechnęła się tylko pod nosem.
- Pewnie mi nie uwierzysz, ale… Ale opatrzyła mnie jakaś dziewczyna z Jishinu.
***
Gdy niezliczony raz wgniótł mnie w ziemię, nie zerwałam się chwiejnie na nogi. Pozwoliłam by moja głowa opadła na ziemię, ale ja desperacko walczyłam o oddech. Cenne powietrze dostało się w końcu do płuc blokowanych przez stłuczone (albo co gorsza połamane) żebra.
Dłoń, którą chwyciłam kilka minut temu ostrze Igarashiego, zostawiała na śniegu szkarłatny ślad.
- Żałosne. – Igarashi splunął. – W zabijaniu ciebie nie będzie nic ciekawego. – jego głos był pełen pogardy, gdy powoli kierował czubek ostrza w moją stronę. Nie miał najmniejszej ochoty się z tym pośpieszyć.
Mimowolnie poczułam gniew, zmuszając się do napięcia mięśni.
- Żegnaj. – rzucił nonszalancko, biorąc zamach.
Przetoczyłam się po ziemi, unikając ciosu. Chwyciłam od razu swój miecz i podniosłam się na nogi. Łapałam spazmatycznie powietrze, trzymając broń przed sobą.
Jest źle. Bardzo, bardzo niedobrze.
Czemu zawsze muszę pchać się do walk, których nie wygram?
Powtarzałam sobie w myślach, że muszę się uspokoić, rozłożyć siły, które mi pozostały. Chodziły mi mroczki przed oczami ze zmęczenia, a Igarashi wyglądał jakby nawet nie biegał. Posłałam mu nienawistne spojrzenie.
Mężczyzna zacmokał z niezadowoleniem, gdy wyciągał miecz z ziemi.
- Kanegawa, to się robi już nudne. – jęknął. – Może dla odmiany posłuchałabyś zdrowego rozsądku i spróbowała uciekać. Będzie ciekawiej.
- Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to jestem pozbawiona rozsądku. – warknęłam sarkastycznie.
Mimo wszystko nie mogłam tak po prostu uciec. On coś wiedział o moich rodzicach. On dowodził atakiem. On zabił Takiego i Daikiego. Nie mogę się teraz wycofać. Nie… Nawet nie dam rady uciec.
Dobra, Ichigo to nie czas na czarne myśli. Skup się. Skup się.
Igarashi ponownie zaatakował. Nie dał mi nawet ułamka sekundy na kontratak. Z zaćmionym umysłem byłam w stanie jedynie odskakiwać od jego ataków. To nie potrwa długo.
Od kiedy udało mi się rozciąć mu twarz, w tej walce właśnie to stało się najbardziej denerwujące – że to nawet nie była walka. On po prostu się mną bawił. Najlepiej świadczył to fakt o braku większych ran ciętych. Igarashi był na tyle silny by zabić mnie gołymi rękoma.
Mam co chciałam, do cholery.
- Ale powiem ci jedno. – prychnął w pewnym momencie. – Gdyby wzrokiem dało się zabijać, oddałbym wszystko by mieć twoje oczy. – wzdrygnęłam się, słysząc to.
A wtedy czas się zatrzymał, a ostrze zabójcy spadało na mnie nieubłagalnie celnie. Zrobiłam ostatni, desperacki unik jaki zadziałałby w tej chwili – runęłam jak długa na ziemię. Stęknęłam cicho, gdy niezamortyzowany upadek rozszedł się bólem po wszystkich kościach.
Zmusiłam się do gwałtownego zrywu, myśląc gorączkowo co dalej.
Igarashi pchnął mnie stopą z powrotem na ziemię i przykucnął wpatrując mi się w oczy. Mordowałam go tym samym spojrzeniem, o którym wspominał przed chwilą, ale jego puste, czarne oczy śmierci sprawiły, że prawda do mnie dotarła. Poczułam jakby wylali na mnie kubeł lodowatej wody. Może na twarzy pozostałam nieugięta.
Ale to oczy zdradziły strach.
Chwycił mnie za włosy, zmuszając bym na niego spojrzała. Korzystając z okazji rozejrzałam się, licząc że dostrzegę cokolwiek. Nie widząc nic przydatnego, poczułam bezsilny gniew i wbiłam w Igarashiego mordercze spojrzenie, które wykrzesałam resztką jakichkolwiek sił.
- Widzisz, właśnie o tym mówiłem… - uśmiechnął się szyderczo, wiedząc, że nie mam już najmniejszych szans.
Kolejna kropla nienawiści przelała czarę i splunęłam mu w twarz.
- Szkoda tylko… - wysyczał przez zaciśnięte zęby. Uśmiechnęłam się, widząc, że przynajmniej jest wściekły. Chwycił mnie za szyję, przyduszając, po czym dokończył swoją wypowiedź. – Że wzrokiem jednak nikogo nie zabijesz. – zacisnął palce na mojej krtani.
Zakrztusiłam się, a każdy centymetr mojego ciała zajął się ogniem. Chwyciłam dłońmi jego ramię, ale nie byłam w stanie nic zrobić. Powoli ogarniała mnie ciemność.
Nie tak szybko, Igarashi… Nie myśl sobie, że…
Wściekłe zawzięte myśli powoli zanikały w moje głowie.
Nagle gwałtownie mnie puścił, wręcz odpychając od siebie, a ja złapałam spazmatycznie powietrze. Nade mną świsnął sztylet, ale ledwo to zarejestrowałam. Oddychałam. Żyłam.
Ale gdy rozpoznałam głos chłopaka, serce mi stanęło.
- Nie bierz tego do siebie, ale mam cię zabić. – groźba rozbrzmiała w zapadłej ciszy, a ja błagałam by to były tylko halucynacje. By on naprawdę nie robił czegoś tak głupiego jak ja.

Tsu, idioto.