Rozdział
3
Kiedy pojawiła się ciemność
Spokojne, późnowiosenne krajobrazy szybko
rozwijającego się kraju migały za oknem pociągu jak w kalejdoskopie. Droga
prowadziła przez pola i wsie, pozwalając na cichą nadzieję w sercu, że poza
zgiełkiem ogromnych miast, takich jak Kioto, czy szarych, podupadających
mieścinek, jak jego rodzinne miasteczko istnieją malownicze zakątki, które chce
nazywać się domem. Że może istnieje gdzieś dla niego miejsce.
Fumiya oparł czoło o szybę, mrużąc trochę oczy –
wycieczka zakończyła się już późnym popołudniem, a po opóźnieniach związanych z
problemami technicznymi, wrócą dopiero wieczorem. Tym razem siedział z Sue na
końcu przedziału, a przed nim Satoshi i Kai usiłowali zaprzyjaźnić się z
jakimiś dziewczynami, czasem rzucając jakimś tekstem do niego. Fumiya jednak uśmiechał
się tylko, widząc w ich wzroku nieme błaganie. Stary jesteś wysoki i tajemniczy. Laski na takich lecą.
- Nie wiedziałam, że senność należy do choroby
lokomotywnej. – zaczęła w pewnym momencie Sue, tućkając go łokciem w ramię.
Spojrzał na nią kątem oka.
- Lokomocyjnej. – poprawił ją z automatu. Po chwili
przetrawił jej słowa i poczuł się niepewnie. Przełknął ślinę i uśmiechnął się
do siostry. – Nie spałem zbyt dobrze. To chyba przez te emocje. – zaśmiał się.
– A tobie jak się spało? Dałaś sobie radę?
- Hmm? A tak, tak… - przytaknęła, przerzucając wzrok
na swoje stopy. Zamachała krótkimi nóżkami kilka razy. – Nikt mi nie dokuczał.
A ja udawałam niewidzialną. Idealny układ. – powiedziała, nadymając policzki.
- Ej. – dźgnął ją w buzię, powodując, że wydała
krótkie „pyk”, zaczynając się z tego śmiać. – Musisz czasem gadać z innymi
ludźmi.
- Ale z tobą rozmawiam. I z mamą. – zauważyła,
marszcząc brwi. Czarne włosy luźno opadały na jej czoło, bo Fumiya nie mógł
jakoś związać z nich warkocza.
- Ale życie to nie tylko ja i mama. Zamykanie się od
wszystkich jest złe.
- Nawet jeśli ludzie są głupi? – przekrzywiła głowę.
- Nawet jeśli ludzie są głupi. – przytaknął,
parskając. – Nie chciałabyś mieć przyjaciółki w swoim wieku?
- Pewnie, że… Ej! – Sue podskoczyła w pewnym
momencie na fotelu, przypominając sobie coś. – Zmieniłeś temat! Chciałam się o
coś innego zapytać.
- To pytaj, pytaj. – uśmiechnął się do niej
szelmowsko.
Siostra posłała mu najbardziej dezaprobujące
spojrzenie na jakie jej dziecięca mimika mogła się zdobyć i odetchnęła głęboko,
rozglądając się czujnie. Fumiya uniósł brwi do góry, ale nie przerywał jej
teatralnego wywodu. Sue nachyliła się do niego konspiracyjnie.
- Gdzie poszedłeś wczoraj w nocy? – spytała szeptem.
Fumiya zamarł.
Praktycznie zapomniał o swojej nocnej wyprawie.
Oczywiście pamiętał jej każdy moment, ale nie zajmowała jego teraźniejszych
myśli. Miał jedynie widmo swojego nowego „przyjaciela” Araty i tę niesmaczną
myśl, że białowłosy był póki co najładniejszą dziewczyną, z którą miał okazję
porozmawiać. Gdyby nie wyczekujące, zirytowane spojrzenie siostry, parsknął, by
śmiechem na tę myśl.
- Po pierwsze: nigdzie nie byłem. – odparł, po czym
sam konspiracyjnie się nachylił, upewniając, że nikt go nie słyszy. – Po
drugie: skąd ty niby to wiesz?
- Obudziłam się w środku nocy, bo nie mogłam spać w
tak zatłoczonym pokoju. I stwierdziłam, że zobaczę co robisz. A ciebie nie
było. – odparła, wzruszając spokojnie ramionami, jakby to była najnormalniejsza
rzecz na świecie.
Fumiya zamarł jeszcze bardziej, o ile jest to
możliwe. Sue roześmiała się, widząc jego przerażenie.
- Spokojnie. Satoshi i Kai spali jak susły.
Siedziałam godzinę na twoim łóżku, a potem zrobiłam się śpiąca i wróciłam do
siebie. A ci dwaj nawet nie drgnęli. No, oprócz chrapania.
Fumiya poczuł jak zbawienne powietrze znów wypełnia
mu płuca. Owszem, gdy wemknął się do hotelowego pokoju, wszyscy spali – zarówno
jego koledzy jak i nauczyciele, więc pozwolił sobie myśleć, że udało mu się
pozostać niezauważonym. Nie licząc obsługi.
- To gdzie byłeś? – spytała Sue ponownie, lekko się
niecierpliwiąc.
Fumiya palnął pierwszą rzecz, która przyszła mu do
głowy, wiedząc, że gdy zawaha się z odpowiedzią, bystry szósty zmysł Sue to
wyczuje.
- Na randce. – nie wierzył, że te słowa przeszły mu
przez gardło.
Siostra wytrzeszczyła oczy, jakby sama nie mogła w
to uwierzyć. Zamrugała kilka razy oczami, po czym spojrzała na niego z ukosa.
Fumiya nie miał pojęcia jak się zachować, czując, że czubki uszu robią mu się
czerwone. To żeś palnął, jełopie, pomyślał. Już lepiej byś wyszedł, jakbyś
powiedział, że ratowałeś zabójcę na zlecenie.
- A ładna jest chociaż? – spytała w końcu siostra.
- Ładna, ładna… - przytaknął, opierając łokieć na
parapecie i odwracając wzrok od Sue. Zmusił się, by utkwić go gdzieś daleko w
mijających go za szybą polach, choć od razu poczuł, jak wszystko co miał w
żołądku mu zawirowało.
Sue roześmiała się typowym chytrym śmiechem małej
dziewczynki, a brat doskonale wiedział, że teraz nie da mu spokoju w tej
kwestii. Jej czarne jak węgle oczy były
wbite w niego, świecąc się radośnie. Nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Miał gdzieś, że kumple będą mu dokazywać, że ma
jakiś kompleks starszego brata. Chwile, w których był w stanie zapewnić Sue
naturalny, dziecięcy uśmiech były tak nieliczne. Sam czuł, że jego nastrój jest
lepszy niż zazwyczaj. Zupełnie jakby pierwszy raz w życiu mógł odpocząć.
Wyciszyć się od problemów tego przeklętego życia, zapomnieć na chwilę o palącym
poczuciu winy, że zostawił matkę samą, choć powtarzał sobie, że jeśli on raz
odpocznie, to kobiecie nic się nie stanie.
Znajomość ze
mną przynosi jedynie nieszczęście. Po plecach Fumiyi przebiegł niespokojny dreszcz, gdy
słowa Araty ponownie rozdzwoniły w jego głowie. Jakby białowłosy wyczuł jakieś
zbliżające się nieszczęście. Jednak Fumiya zlekceważył ostrzeżenia poddawane mu
przez instynkt, mając nadzieję, że to tylko złudne przeczucia.
Nadzieja nie zawiodła go tak bardzo jeszcze nigdy.
***
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy w końcu w
piątek po południu wracał z Sue do domu. Po tym jak dojechali do ich
miasteczka, wychowawczyni przeliczyła ich ostatni raz i zaczęła puszczać
dzieciaki w ramiona rodziców. Zatrzymała swoje czujne oko nauczycielki na Sue,
która pustym wzrokiem patrzyła na rodziców biorących pociechy w objęcia. Fumiya,
pożegnawszy się z kumplami, wyłonił się z tłumu, uśmiechając się do
nauczycielki prosząco. Kobieta spuściła wzrok na ziemię i zrozumiałym gestem
odprawiła rodzeństwo.
- Jak myślisz, mamuś ugotowała coś na nasz powrót? –
spytała Sue, podskakując jak zajączek. Dziewczynka dawno nie była tak
pozytywnie nastawiona i żwawa.
- Nie było nas raptem dwa dni. – westchnął Fumiya,
niosąc ich obie torby. – To jeszcze nie święto, by mama coś ugotowała.
- Myślisz, że jest zła, że nas nie było? – Sue
okręciła się wokół własnej osi, zanosząc się śmiechem mimo wszystko. – Chociaż
powiedziała mi, że się cieszy, że w końcu jadę gdzieś coś zobaczyć!
- Mama nigdy się na ciebie nie gniewa, Sue. – odparł
czarnowłosy, rozglądając się po ulicy.
Byli już w bliskiej odległości od ich rozklekotanego
domku, a chłopak nie chciał wracać do szarej codzienności od lewego sierpowego,
jakiego zapewne dostałby na powitanie od ojca. Zmarszczył czoło, napinając od
razu mięśnie w gotowości. Dziewczynka też jakby wyczuła poważniejszy nastrój, bo
przestała gadać głośno i nucić jakieś piosenki.
W pewnym momencie rodzeństwo usłyszało trzask drzwi.
Fumiya od razu chwycił siostrę pod ramię i ukrył się za pobliskim kontenerem na
śmieci. Wychylił się ostrożnie – Sue też to uczyniła, chociaż usiłował ją ukryć
za sobą. Obserwowali uważnie, jak ojciec, wyraźnie pijany zatacza się, nie
mogąc wyjść poza bramkę. Szedł dużo wolniej i z większym wysiłkiem niż
wcześniej, jakby był bardzo chory. Fumiya doskonale wiedział z jakiego powodu.
I upewnił się, gdy dostrzegł, w którą uliczkę skręca ojciec, zataczając się
dalej.
- Co jemu jest? – spytała Sue, patrząc się z lekkim
strachem.
- Jest… głodny. – Fumiya ujął to tak delikatnie jak
mógł, chcąc potrzymać ją w nieświadomości tak długo, jak mógł. – Jak dorośniesz
to ci powiem.
- Zawsze tak mówisz! – jęknęła z oburzeniem. Fumiya
zaśmiał się cicho.
- Wiem, wiem. A teraz chodź. – wyszedł bezszelestnie
z ich kryjówki. – Przemknijmy do domu, póki nas nie widzi.
Sue przytaknęła mu i pobiegła pierwsza. Chłopak
dotaszczył się z ich plecakami chwilę później i zrzucił je na ziemię w
przedpokoju. Nie mógł się opanować od wzięcia głębokiego oddechu – do jego płuc
dotarł zapach alkoholu, dymu, kurzu i stęchlizny. Nie mógł powstrzymać
ironicznego uśmieszku.
- Home, sweet
home. – mruknął, rozsznurowując buty.
Sue wyjrzała zza kuchennej framugi, lekko
zawiedziona.
- Mama nawet nie zrobiła kanapek. – mruknęła.
- Mamusia pewnie jest zmęczona. Jak chcesz to ja ci
mogę zrobić kanapki.
- Kiedy ja nie chcę kanapek. – stwierdziła dziewczynka
odwieszając bluzę do szafy. Fumiya mimo wszystko wszedł do kuchni, która
wyglądała teraz dość obco. Panele zaskrzypiały mu pod nogami. Było cicho.
Niepokojąco cicho, mimo, że Sue cały czas coś mówiła. Otworzył lodówkę i
niepokój ogarnął cały jego umysł. Sałatka, którą zostawił matce, była nie
ruszona.
Cofnął się gwałtownie, rozglądając wokół.
- Mamo? – zawołał cicho.
Sue posłała mu pytające spojrzenie, ale widząc
niepewność w oczach brata, również zawołała Azawę.
- Mamo, jesteś tam!? – Fumiya postawił już pierwszy
krok na schodach, nasłuchując. Z sypialni matki nie dobiegło nawet najmniejsze
poruszenie. – Mamuś!? – zawołał ponownie, wchodząc po schodach.
- Braciszku, co się…? – dziewczynka stała
przestraszona w przedpokoju, trzymając dłonie blisko serca i wodząc ze strachem
oczami wokół.
Nie mógł wydobyć z siebie głosu. Nie było ich raptem
dwa dni. Dwa, pierdolone dni. Co mogło się stać przez tak krótki okres czasu.
Otworzył gwałtownie drzwi do sypialni matki i zastał jedynie otwarte na oścież
okno, naprzeciwko którego zawsze stało krzesło. Mebel zniknął. Wypadł z
sypialni, wpadając na siostrę.
- U nas też nie ma mamy. – powiedziała drżącym
głosem. – Fumiya… Ja się boję… - chlipnęła, pozwalając by łzy spłynęły jej po
policzkach.
Chłopak nie miał siły, by udawać spokojnego.
Niezliczone czarne myśli kłębiły mu się w głowie, ale wszystko wracało do tego,
jak Azawa pożegnała swoje dzieci, gdy wychodziły z samego rana na pociąg. Nie
było to „Bawcie się dobrze”, nie było
to „Uważajcie na siebie, będę tęsknić”.
Rozumiał, że w obecnym stanie psychicznym matki, nie powinien się czegoś
takiego spodziewać.
Spojrzał w kierunku strychu. Klapa nie była
domknięta. Poczuł jak oblewa go zimny pot. Zdał sobie sprawę, że matka nie powiedziała
też, tego co odebrała Sue. To nie było „Cieszę
się, że w końcu będziecie mogli coś zobaczyć”.
Wchodząc po schodkach na strych, spojrzał przez
ramię na siostrę.
- Sue… - zaczął pustym bezbarwnym głosem. –
Przyrzeknij mi, że nie wejdziesz na górę, jeśli cię nie zawołałam.
- Ale co się…?
- Przyrzeknij mi.
- Przyrzekam, ale…
Musiał zignorować jej płaczliwy głos, wiedząc, że
jeśli nie pójdzie sprawdzić na samą górę teraz, później nie znajdzie w sobie
wystarczającej ilości siły. Zakręciło mu się w głowie od odoru panującego na
poddaszu i w tym samym momencie przypomniał sobie dokładnie co powiedziała jego
matka.
Cieszę się, że
w końcu was nie będzie.
Stanął na górze na równych nogach, tylko po to, by
upaść na kolana chwilę później, zniszczony całkowicie. Zrównany z ziemią. Jak
mógł być tak głupi i to zignorować. Zabił ją. Zabił własną matkę.
Padał na niego cień wątłej kobiety, wiszącej pod
sufitem. Pod jej stopami leżało przewrócone krzesło – to samo, które zniknęło z
jej sypialni.
Fumiya nawet nie wiedział co czuł w tamtej chwili.
Nie był nawet w stanie zdać sobie sprawy z opętańczego krzyku, który z siebie
wydobył, zdzierając sobie gardło i łez, które popłynęły wzdłuż jego policzków.
Nie zdał sobie sprawy z tego szaleństwa, w które popadł, dopóki nie stracił
głosu, a później przytomności.
A Sue wciąż stała na dole, mogąc jedynie słuchać
bezsilnego wrzasku brata, przełykając łzy strachu.
***
Sue milczała
już drugi dzień. Poprzedniego, zamilkła, gdy ojciec w końcu wrócił do domu,
niezmiernie wściekły, że dzieci wróciły, a wszystkiego dopełniły krzyki jego
syna, których dziewczynka nie znała powodu. Chciała pomóc bratu, zawsze chciała
mu pomóc – ale on zawsze twierdził, że da radę sam i pomoc oferował jej. A
teraz jeszcze obiecała mu, że nie wejdzie na górę.
Więc stała na szczycie schodów, słuchając jak jej
brat traci głos od opętańczego wrzasku, sama płacząc ze strachu, czekając, aż
ojciec wtaszczy się po schodach.
- Co tu się kurwa dzieje, gówniarze zasrane… -
wybełkotał, podnosząc głos na końcach wyrazów.
Tego wieczoru
oberwała od niego bardzo mocno, prawie jak nigdy wcześniej. Fumiya, który w
pewnym momencie urwał krzyk i upadł na ziemię – słyszała głuchy odgłos upadku –
nie przybiegł jej z pomocą, więc dziewczynka musiała przeczekać furię ojca.
Okładał ją pięściami przez ponad godzinę, dopóki nie przestała się ruszać,
błagając myślach by w końcu ją zostawił w spokoju.
- Skończona suka… - splunął na dziewczynkę, kopnął
ją, gdy wstawał i na reszcie stracił nią zainteresowanie.
Sue leżała jak szmaciana lalka na ziemi, bojąc się
ruszyć. Po policzku ściekała jej pojedyncza strużka krwi, niczym łza, na które
również bała się zdobyć.
- Gdzie ten zasrany szczyl… Jak ja go znajdę… -
Akino zatoczył się na schody, po czym spojrzał niewidomym wzrokiem na górę. –
Tam jesteś, tchórzu! Złaź, kurwa, albo was zabiję. Zajebię was wszystkich! –
ojciec zaczął swój zwyczajowy koncert obelg, przy których Sue nauczyła się
nawet zasypiać. Były jej znienawidzoną kołysanką, chociaż umiała również
kompletnie ich nie słuchać.
Czarnowłosa dziewczynka podniosła się chwiejnie na
wątłych ramionach, czując że nie ma siły. Zacisnęła jednak zęby, zdając sobie
sprawę, że Fumiya musiał przez to przechodzić dzień w dzień, nie mając nawet
możliwości na bronienie się, byleby tylko ojciec wyładował się tylko na nim.
Zaczęła posuwać się powoli w stronę ich pokoju, chcąc się gdzieś schować.
Schować, zasnąć i nie obudzić.
Ludzie są źli, pomyślała. Nie lubię ludzi.
Skuliła się w kącie, starając się nie słuchać. Ale i
tak słyszała.
***
Fumiya nawet nie wiedział ile leżał na tej podłodze.
Nie wiedział, czy zemdlał, wiedział tylko, że ma zdarte gardło i jedynie na co
może się zdobyć to patrzenie na ciało wisielca, oświetlone ostatnimi
promieniami słońca. Chłopak miał wrażenie, że słońce już nigdy więcej nie
wzejdzie na niebo.
Leżał dalej, pozwalając, by łzy ściekały mu po
twarzy.
Beznadzieja.
Uśmiechnął się pusto.
Idealniejsze słowo nie istniało.
Opanował go taki bezruch, taka pustka, że nie
reagował na płacz siostry, na śmierć matki. Mógł się tylko patrzeć, lecz nawet
nie widzieć. Nie drgnął, gdy ojciec wrócił, nie drgnął, gdy słyszał, jak ten
potwór bije jego jedyną siostrzyczkę.
To był pierwszy moment w jego życiu, w którym się
poddał. W którym jedyne, czego chciał to śmierć.
Dlatego też uśmiechnął się, gdy jego ojciec wszedł w
końcu na strych.
Nawet Akino cofnął się krok do tyłu, na widok
martwego ciała swojej żony.
- Co kurwa!? – wykrzyknął, spluwając i rozglądając
się. Wyglądał, jakby gwałtownie wytrzeźwiał. Powiódł wzrokiem po zakurzonym
poddaszu, widząc jedynie syna na ziemi i roześmiał się okrutnie. – Zabiła się
suka! ZABIŁA SIĘ! AHAAHAHAHAH! – Fumiya poczuł jak ten dźwięk przenika go aż do
szpiku kości i pojedyncze nerwy znów każą mu się poruszyć. – Powiesiła się,
skończona dziwka. W końcu! W końcu jestem wolny od tych pierdolonych leków! W
KOŃCU! AHAHAHAAHAH!
Fumiya patrzył kątem oka na szaleństwo ojca. Patrzył
i nie dostrzegł już potwora, którego tak się bał. Akino był już jego wzrostu,
chudszy, o zapadniętych oczach, organizmie wyniszczonym przez najgorsze z
nałogów. I po raz pierwszy, Fumiya zdał sobie sprawę, że ma szansę na walkę.
Obiecał sobie jedną rzecz, zanim jego marne życie
się skończy. Że przed tym, pośle ojca do piekła.
Akino ani trochę nie spodziewał się, że jego syn
uderzy go prawym sierpowym ze zdwojoną siłą w szczękę. Fumiya został lekko
zbity z tropu, gdy mężczyzna huknął o ziemię, jakby sam nie wierzył, że ma tyle
siły. Zawahanie potrwało tylko chwilę. Ojciec na tyle znieczulał go przez
ostatnie miesiące, że czarnowłosy rzucił się na niego z pięściami.
Nie masz oczu,
kogoś, kto nigdy nie chciał nikogo zabić.
Żebyś wiedział, Arata. Żebyś wiedział.
Jednak mimo zaciętej walki, instynkt, który Akino
miał wypracowany przez lata spędzone na treningu boksu, był o wiele cenniejszy
niż młode, wytrzymałe ciało Fumiyi. Nim chłopak się zorientował, był na
przegranej pozycji i choć pierwszy raz w życiu zdecydował się na obronę, nadal
ojciec tłukł go jak worek treningowy.
- Zabiję cię, kurwa. – wycedził czarnowłosy, między
otrzymywanymi ciosami. – Doczekasz się dnia, gdy będę stał nad twoim
wykrwawiającym się ciałem, skończony chuju!
- Ty. Niewdzięczny. Szczylu! – Fumiya dostał trzy
potężne ciosy w twarz, czując jak świadomość powoli go opuszcza.
Chłopak utrzymywał jeszcze przytomność umysłu,
dopóki przez przypadek ojciec nie zatoczył się na zmartwiałe, chłodne ciało
matki, które upadło na ziemię, a sznur został przywiązany do belek sufitowych.
Akino dopiero wtedy się opamiętał, jakby zdał sobie sprawę, że trzeba coś
zrobić z ciałem Azawy. Fumiya, leżąc na ziemi wpół przytomny, wyciągnął z
trudem dłoń w stronę matki, usiłując chociaż ją dotknąć.
- Mamuś… - wyjęczał ostatkiem sił, muskając jej
zimne jak lód dłonie. Kobieta leżała nienaturalnie wygięta na ziemi.
Fumiya zdążył tylko raz spojrzeć na jej
przedśmiertną twarz, nim ojciec wyrzucił go ze strychu. Chłopak huknął głucho o
ziemię, poddając się. Leżał na podłodze przez dłuższą chwilę, mając twarz matki
przed oczami. A później pozwolił sobie pogrążyć się we śnie, choć wiedział, że
będzie to najgorszy koszmar.
Chociaż nic nie mogło, być gorsze od tego co
przeżywał.
***
Ostatnie dni nie zatarły śladu w pamięci Fumiyi.
Wstawał rano, robił Sue śniadanie, a oboje zostawali w domu, nie będąc w stanie
psychicznym na powrót do klasy. W takim małym miasteczku wiadomości roznosiły
się błyskawicznie. Chłopak wiedział, że nie zniósłby wzroku sąsiadek, albo
kolegów. Wszyscy wiedzieli. Wszyscy gadali. Dlatego rodzeństwo siedziało w
domu, zamknięte za drzwiami swojego pokoju, nawet ze sobą nie rozmawiając. Sue
rysowała coś całymi dniami, Fumiya próbował sam uczyć się materiału ze szkoły.
Ich ojciec nawet nie miał zamiaru urządzić pogrzebu,
który należał się ich matce. Jedyne na co się zgodził to kamienny nagrobek. I
tak uważał, że wydał na to zbyt wiele pieniędzy. Fumiya potarł tył głowy.
Puściły mu znowu nerwy, gdy usłyszał, co Akino chce zrobić z ciałem ich matki.
Chłopak próbował się bronić i choć było lepiej niż ostatnio, skończyło się jak
zwykle.
Zamknął oczy, walcząc z falą nienawiści.
Nie masz oczu
kogoś, kto nigdy nie chciał nikogo zabić.
Słowa Araty cały czas obijały mu się o czaszkę,
brzmiąc trochę jak szyderczy chichot jego pamięci. Bo zdawał sobie sprawę, że
gdyby miał wystarczająco siły – zabiłby ojca. Przerażało go to.
I przepełniało wściekłą nienawiścią jeszcze
bardziej.
- Dzisiaj mają pochować mamę, prawda? – Sue
przerwała w pewnym momencie rysowanie, a jej głos wypełnił nienaturalnie ciszę.
Dziewczynka musiała odetchnąć głęboko, jakby zbierała się do tego pytania dość
długo.
Fumiya, leżąc na łóżku i wpatrując się w sufit,
mruknął coś potakująco. Sue obróciła się na fotelu, spoglądając na niego
krótko. Dużo łatwiej było teraz wlepić wzrok w podłogę, niż w drugą osobę. Z
oczu można wyczytać zbyt wiele. A żadne z nich nie miało teraz sił na tyle, by
wspierać drugą osobę.
- Dlaczego nie ma normalnego pogrzebu? – spytała
jeszcze.
- Nie wiem, Sue. – odparł bezgłośnie Fumiya. – Nie
wiem.
Dziewczynka posmutniała jeszcze bardziej, a jej
czarne oczy przeszkliły się, gdy ponownie odetchnęła głęboko.
- Pójdziemy tam dzisiaj?
Czarnowłosy podniósł na nią swoje zmęczone oczy, w
których rozbłysnęła iskierka zdziwienia. Przekrzywił lekko głowę, jakby nie
wierząc, o co prosi siostra. Spojrzał jej w oczy, zastanawiając się przez
chwilę, po czym przytaknął.
- Wieczorem,
kiedy ojciec wyjdzie z domu.
***
Rodzeństwo zamarło w bezruchu nad nagrobkiem matki.
Skromna, kamienna płyta nakrywała świeżą jeszcze
ziemię, a w górnym rogu wyryte zostało imię i daty urodzin oraz śmierci. Nic
więcej. Żadnego epitafium, żadnego znicza, kwiatów, oznak, że zmarła była
kiedykolwiek dla kogoś kimś ważnym.
Porywisty wiatr zawiewał deszczowe chmury nad
niewielki, opustoszały cmentarz, powodując, że włosy Fumiyi zostały zawiane na
jego twarz. Sięgały już ramion i chłopak nie myślał nawet o ich ścięciu. Zbyt
wiele się stało. Sue odgarnęła swoje kosmyki z twarzy, praktycznie identyczne
jak starszego brata i postawiła samotny wkład do znicza na nagrobku. Nie zdołali
znaleźć drobnych na więcej. Ojciec wziął wszystko ze sobą, by przepić w
lokalnym barze.
Fumiya poczuł kolejną falę nienawiści, gdy drżącymi
rękoma usiłował zapalić zapałkę i podtrzymać płomień na wietrze. Zaklął cicho
pod nosem i odstawił pudełeczko zapałek obok świeczki, rezygnując. Podniósł się
ciężko z klęczków i stanął obok siostry.
Dziewczyna stała zgarbiona i wpatrywała się
smutnymi, zrezygnowanymi oczami w grób, ale ku jego zaskoczeniu nie płakała.
Chociaż nie dziwił jej się. Sam nie czuł do tego potrzeby. Czarna rozpacz
wypalała jego wnętrze, był rozwścieczony i nie miał pojęcia co teraz zrobić,
ale nie płakał. Jakby fale nienawiści, które przepływały przez jego ciało
tamowały wszystko inne.
Wiele myśli zdążyło przepłynąć przez jego umysł. Od
skrajnie okrutnych do skrajnie rozpaczliwych. Myślał o każdym drobnym szczególe
w zachowaniu matki, którego nie zdążył wychwycić, wypominał to sobie przy
każdym kolejnym kroku, zastanawiał się co teraz zrobią, jak Sue sobie z tym
poradzi, jak on sobie z tym poradzi. Późną nocą zastanawiał się nawet czy decyzja
podjęta przez matkę nie byłaby też odpowiednia dla niego, a o świcie, po nieprzespanej
nocy zdawał sobie sprawę, że tak jest lepiej, że w końcu matka zniknęła i teraz
będzie im łatwiej. Nikt nie będzie im wadził, nie będzie musiał przypominać
tamtemu wrakowi człowieka o wszystkich czynnościach życiowych.
A gdy porankiem, gdy szedł do łazienki, spoglądał na
swoje odbicie w lustrze, ogarniał go paniczny strach i wewnętrzny ból, niepozwalający
oddychać, gdy docierało do niego jakim potworem się staje. I że wiele nie różni
się od ojca.
I tak każdego kolejnego dnia. W kółko i w kółko.
Sue chwyciła delikatnie brata za dłoń i ścisnęła ją
lekko. Fumiya, wyrwany z rozmyślań, zamrugał kilkakrotnie po czym odwzajemnił
uścisk.
- Ej, Fumiya… - dziewczynka przerwała ciszę, a jej
głos rozbrzmiał nienaturalnie na opustoszałym cmentarzu. – Mama zawsze była taka…
taka… nieobecna? – spytała cicho, drżącym od emocji głosem.
Chłopak zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią.
Nie chciał użyć zbyt prawdziwych słów, choć zdawał sobie sprawę, że czy tego
chce czy nie, Sue dojrzewa szybciej niż powinna i nie zdoła utrzymać jej w
błogiej niewiedzy już dłużej.
- Nie, nie zawsze… - odparł z dozą ostrożności. –
Jak byłem dość mały, kiedy nie było ciebie, mama… mama po prostu żyła
zachowując się jak każda, dobra mamusia. Nawet ojciec nie wydawał się być taki
zły… Dopiero później… Później, z biegiem czasu zaczęło brakować jej sił i
poddała się…
- A musiała nas zostawiać?
Fumiya spojrzał na siostrę kątem oka, lekko
zdumiony.
- Mama nas nie zostawiła, ona zawsze będzie…
- W naszym sercu, tak wiem. Mówili mi już takie
formułki. – burknęła dziewczynka. – Tylko to nie prawda. Mama sama dokonała
wyboru. I zostawiła nas samych. – w jej głos zakradła się złość, choć po
policzkach spłynęły łzy. – Całkowicie samych…
Fumiya zacisnął zęby, zamykając oczy, po czym
pogłaskał siostrzyczkę po włosach i przyciągnął jej głowę do swojej klatki.
Nic, oprócz tego banalnego gestu, nie mogło mu przyjść do głowy, ale Sue trochę
się uspokoiła.
- Wiesz, mama, jeszcze przed tym wszystkim była
nauczycielką muzyki w podstawówce. Zabawne, co? – zaczął znikąd czarnowłosy. –
Umiała grać na gitarze, pewnie jeszcze gdzieś się zachowała na strychu…
Pamiętasz jak uczyła nas śpiewać jej ulubioną piosenkę? W końcu przyjęła się
jako kołysanka… - chłopak uśmiechnął się lekko.
- Umiesz grać na gitarze?
- Pewnie bym coś zabrzdąkał…
Siostra prychnęła cicho, przecierając oczy wierzchem
dłoni. Spojrzała jeszcze ukradkiem na nagrobek mamy, wyszeptała pożegnanie i
bez słowa ruszyła ku wyjściu. Fumiya westchnął jeszcze głęboko, nie mając
pojęcia, jak ich historia potoczy się dalej i przypomniał sobie jak matka
kiedyś zaszczepiała w nim jej religię. Zamknął oczy, odzywając się do Boga
pierwszy raz po kilku latach, prosząc o błogosławieństwo dla Azawy i o trochę
więcej światła w ich życiu.
Nawet nie wiedział, że mrok miał dopiero nadejść.
_________________________________________________________________
Rozdział wyszedł krótszy niż planowałam, ale chciałam go skończyć jeszcze przed świętami (choć nie ma w nim nic z nimi związanego) i pożyczyć wszystkim czytającym wesołych świąt i zapomnienia o wszelkich problemach chociaż na te kilka dni.
Dziękuję za te kilka zostawionych komentarzy, które dla osoby postronnej są raptem kilkoma zdaniami, a dla mnie zostały najlepszym wsparciem jakie do tej pory miałam w pisaniu. Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie i (mam nadzieję) do kolejnego rozdziału!