13 grudnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 36

Rozdział 36


- Dobra, stop – zarządził Ryuji. – To tutaj.
Zatrzymaliśmy się wedle rozkazu. Spojrzałam krytycznie na niepozorną studzienkę, która najwyraźniej miała okazać się zejściem do podziemi. Coraz bardziej przeczuwałam, że te ‘podziemia’ okażą się zapomnianymi ściekami.
- Wiesz, Ryuji ten plan jakoś do mnie nie przemawia… - mruknął Matsuki, podnosząc z obrzydzeniem klapę studzienki. – Jesteś pewien, że to zadziała?
- Na stówę – chłopak wzruszył ramionami. – I nie uważasz, że jest trochę późno na zgłaszanie sprzeciwów? – spojrzał na niego wymownie.
Matsuki spojrzał na zegarek i tylko westchnął.
- I jeszcze tak na przypomnienie. – dodał Ryuji. – Schodzicie we dwójkę do podziemi i na umówionych stanowiskach czekacie na oddział Jishin. Mylicie ich i wyprowadzacie na powierzchnię. Wtedy Suzuko i Satoru ‘blokują’ przejście i…
- To trochę mija się z celem… - przerwałam mu. – Skoro i tak masz zamiar wysadzić, czy co tam jeszcze, tunele, nie opłaca się bardziej z przeciwnikami w środku? 
- Okrutna jesteś, wiesz? – zaśmiał się krótko. – To mimo wszystko nadal są moi ludzie, a ja w ogóle bawię się w tę misję tylko, by uniknąć masowego mordu. – wytłumaczył, ale nasze niepewne miny sprawiły, że tylko pokręcił głową ze zrezygnowaniem. – No dobra. Niedaleko jest oczyszczalnia ścieków i wlejemy jakiś kwas stamtąd do wody. A jak myślę, nie chcielibyście mieć jakiegoś 80% ryzyka, że nie zdążycie się ulotnić przed tym?
Westchnęliśmy głośno.
- Wiedziałam, że to będą ścieki. – mruknęłam tylko i skoczyłam do studzienki.
Matsuki chciał pójść w moje ślady, ale Ryuji zatrzymał go na chwilę i wyszeptał coś do ucha. Chłopak spojrzał na niego z powątpiewaniem, ale kiwnął potakująco głową i do mnie dołączył.
Brnęliśmy przez stare, zapomniane tunele. Brudna woda nie była głęboka, sięgała zaledwie kostek, ale niestety śmierdziała. Poruszaliśmy się głównie po omacku, woląc nie ryzykować wykrycia przez światło naszych latarek. Teraz zrozumiałam, dlaczego Ryuji nie chciał z nimi walczyć tutaj.
Matsuki po kilku minutach zatrzymał się, szeleszcząc mapą. Oświetlił plan komórką, po czym przeniósł światło na jedną ze ścian. Przypatrzyłam się na ciąg cyfr i liter, które nic mi nie mówiły, jednak chłopak spojrzał jeszcze raz na mapę i kiwnął potakująco do siebie.
- To tutaj. – powiedział, gasząc wyświetlacz. – Zajmij miejsce. Mamy jeszcze jakieś 7 minut. – dodał zdawkowo, siadając na jednym z wylotów rur.
Przysiadłam, chowając się za rogiem. Przez kilka chwil panowała niezręczna cisza, a ja starałam przyzwyczaić wzrok do panujących ciemności. W moim sercu za to rozkwitało coraz większe zwątpienie w ten plan.
Przyjrzałam się w ciemnościach Matsukiemu. Chłopak był milczący od kiedy zeszliśmy do podziemi, choć wcześniej zdawał się mi najbardziej godną zaufania osobą spośród reszty. Może to przez napięcie?
- Ej, Matsuki-san… - zaczęłam niepewnie. – Nie uważasz, że to jest zbyt proste? – spytałam.
Odpowiedziała mi cisza. Miałam nadzieję, że chłopak nie po prostu czeka na moją kontynuację, a nie przyznaje mi milcząco rację. Poczułam jak adrenalina zaczyna przyśpieszać.
- Sądzisz, że oni tak po prostu tu punktualnie wbiegną i dadzą się wywieść w pole? Przecież rozpoznają cię.
- Ciemno jest. – wymamrotał w odpowiedzi.
- Nadal mi coś w tym planie nie gra. – westchnęłam.
- W całym Ryujim coś nie gra. – prychnął brązowowłosy. – A teraz siedź cicho. Jeżeli on na serio nie zastawia na nas jakiejś pułapki, to za chwilę powinniśmy ich usłyszeć.
Znów zapadła cisza, a ja nie odważyłam się już wypowiedzieć żadnego słowa Matsuki bił się jednak z myślami, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie wiedział czy powinien. Jego oddech był niepewny, lecz nic nie mówiłam, nasłuchując w skupieniu.
- Mądra jesteś, Ichigo. Miejmy nadzieję, że nadrobisz tym braki w umiejętnościach. – powiedział tajemniczo.
Jego słowa lekko mnie zaniepokoiły. Wolałam, jednak nie rozpoczynać ponownie dyskusji i po prostu zebrać myśli i skupić się stuprocentowo.
Niestety nie zostało mi na to dane dużo czasu. Zaledwie po kilku sekundach usłyszałam ciche, odległe chlupotanie kilkudziesięciu stóp. Chwyciłam mocniej rękojeść miecza, nie ośmielając się nawet oddychać.
Zaczyna się.

Omitsu prowadziła ich przez boczne uliczki, więc Hiroki nie orientował się z początku gdzie dokładnie biegną. Mijanych sklepów, szyldów mogło być tysiące  jak i nie więcej na terenie całego okręgu, jednak w końcu coś zaczynało nie grać. Mężczyzna wiedział, że cała walka nie może toczyć się jakoś specjalnie daleko od ich organizacji, bo krótkofalówki nie miały aż tak potężnego zasięgu.
Jego obawy potwierdziły się, gdy ujrzał w oddali zgliszcza świątyni Tensou.
- Omitsu… - zaczął w miarę spokojnie, zduszając przekleństwo w gardle. – Czy nasze oddziały nie są przypadkiem w innym kierunku? – burknął.
- Owszem. – potwierdziła tylko, nawet się na niego nie obejrzawszy.
Blondyn poczuł jak żyłka zaczyna mu wyskakiwać na czole. Zacisnął zęby i starając się zachować grzeczny ton, wycedził:
- Więc gdzie ty, do jasnej cholery, biegniesz?
- Nie przydamy się tam.
Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie. Omitsu zatrzymała się kilka metrów dalej, obracając się w jego stronę. Na jej twarzy igrała powaga, przemieszana ze smutkiem, a w jej oczach wręcz lśniła pewność siebie. Hiroki nadal jednak nie mógł zrozumieć rozumowania zabójczyni.
- Słucham!? – warknął. – Twierdzisz, że dwójka morderców z pierwszej dziesiątki im się nie przyda!? – jego głos przepełniała złość.
- Jesteś jeszcze w pierwszej dziesiątce? – zdziwiła się kobieta, uśmiechając się krzywo.
- Nie zmieniaj tematu! – krzyknął.
Omitsu westchnęła, krzyżując ramiona.
- Mam zamiar zniszczyć korzenie, a nie gałęzie. – odparła.
Hiroki spojrzał na nią jak na idiotkę. Już otwierał usta, by rzucić jakąś obelgą, lecz zamarł w bezruchu. Przeanalizował jeszcze raz jej słowa i dostrzegł jej niepokojący uśmiech. Wtedy zbledł.
- Ty chyba nie… - wydusił ledwo.
Omitsu domyśliła się jego myśli, więc uśmiechnęła się trochę zadziorniej i znów pognała przed siebie. Hiroki zaczął się śmiać, przeczesując palcami włosy i odsłaniając przy tym paskudną bliznę przecinającą jego oko. Spoważniał po kilku sekundach i zaczął biec.
- Wiedziałem, że coś knujesz, ale żeby TO – burknął, gdy już ją dogonił. – Przecież szukanie Igarashiego to szaleństwo. Jak ty niby masz zamiar z nim walczyć?
- Mieczem. – odparła. – I jakbyś nie pamiętał jestem 3 w rankingu.
- A on, po zabiciu Araty, nadal jest na pierwszym, do cholery!
- Nie chciałeś przypadkiem zemścić się za swoje oko? – kobieta spojrzała na niego poważnie.
Mężczyzna przysłonił twarz włosami, uśmiechając się lekko.
- Cieszę się, że o mnie pamiętasz, ale nie jestem najlepszym towarzyszem do walki. Zwłaszcza z kimś tak silnym. – popatrzył na nią ze smutkiem. – Nie lepiej było brać jeszcze Fumiyę?
- Bo on by się zgodził. – prychnęła Omitsu.
Hiroki roześmiał się ponuro.
- Myślisz, że go znajdziemy ot tak?
- Nie, nie, nie… - zaprzeczyła od razu, uśmiechając się buntowniczo pod nosem. – My go nie znajdziemy. – na ton jej głosu, po plecach blondyna mimowolnie przebiegły dreszcze. – To on znajdzie nas.

Chlupot stawał się coraz głośniejszy, a ja zdawałam już sobie sprawę, że jeśli odpowiednio wcześnie nie wyjdę im naprzeciw, cały plan weźmie w łeb. Poprawiłam po raz ostatni wiązania przy pasku, zauważając przy tym, że moja dłoń lekko drży. Zacisnęłam ze złością zęby, biorąc głęboki oddech.
Czas na moje pierwsze i ostatnie, aktorskie 5 minut.
Gdy ruszyłam przed siebie, wychodząc zza zakrętu, kątem oka dostrzegłam jeszcze krzepiące kiwnięcie głową, które posłał mi Matsuki. Uśmiechnęłam się krzywo do siebie, starając się przybrać znudzoną minę. Miałam sprawiać wrażenie zmęczona czekaniem w tych tunelach, nie oczekując na żaden atak, a gdy ich dostrzegę, udać przerażenie i uciekać, krzycząc jakieś ostrzeżenia do ‘’moich ludzi’’ (czyli tylko Matsukiego), zmuszając by Jishin pobiegł za mną.
Kaszka z mleczkiem.
Stanęłam po środku tunelu, opierając nonszalancko dłoń na biodrze. Ścieki były bardzo słabo oświetlone i poprzecinane licznymi skrętami, więc mogli wybiec z każdej strony. Zmrużyłam oczy, starając się namierzyć skąd dochodzi chlupotanie. I wtedy z prawej strony wybiegły pierwsze osoby.
Nawet nie musiałam udawać strachu.
Wzdrygnęłam się tak bardzo, że prawie odskoczyłam do tyłu. Rozszerzyłam oczy z oszołomienia, a z mojej twarzy odpłynęła krew. Nie mogłam się ruszyć, jedynie patrzyłam na pierwszą linię oddziału.
Takahiro i Takahide, rudych bliźniaków, którzy swoją drogą prawie mnie zabili 2 miesiące temu, rozpoznałam od razu. Mieli zdeterminowany wzrok, ale nie to wprawiło mnie w taki popłoch. Pomiędzy nimi biegł mężczyzna, na oko bardzo młody. Brązowe włosy miał ścięte ‘na jeża’, ale to jego oczy tak na mnie podziałały. Czarne jak węgiel i równie mroczne.
Gdy zbliżyli się już niebezpiecznie blisko, odzyskałam zdolność jasnego myślenia. Zawróciłam gwałtownie, wrzeszcząc ile sił w płucach:
- NADCHODZĄ!!! Wszyscy na miejsca!!!
Mój głos niósł się jeszcze echem, gdy prawie wpadłam na Matsukiego. Odskoczyłam od niego jak oparzona, ale chłopak myślał bardziej niż ja. Chwycił mnie za nadgarstek, od razu zmuszając do biegu.
- Wolniej się nie dało? – syknął, trochę zdenerwowany.
- Odczep się. Tak jakby… - zawahałam się, nie wiedząc jak ująć to uczucie. – Zła aura ich otacza. Taka sama jak u Ryujiego.
Brązowowłosy pokręcił głową, skręcając w lewą odnogę ścieków, w tym samym momencie, w którym oddział Jishin wbiegł we wcześniejszą uliczkę. Wysłał krótką wiadomość i przyśpieszył.
Uspokoiliśmy się trochę, gdy wrogowie byli dalej niż przypuszczaliśmy. Plan jak na razie szedł bez zarzutu, a my nawet nie musieliśmy wyciągać broni.
Tylko, że po kilku minutach już tak różowo nie było.
Skręciliśmy kilkunasty raz z rzędu, a Matsuki mruknął jakieś przekleństwo pod nosem. Intuicja szepnęła mi, że to nie jest dobry znak. Raczej bardzo, ale to bardzo zły. Spojrzałam na niego z ukosa, przygryzając wargę ze zdenerwowania. Przeczuwałam co się stało, ale wolałam nie denerwować bardziej chłopaka.
W pewnym momencie gwałtownie stanął i spojrzał z obawą za nas. Zmarnował kilka cennych sekund, bijąc się z myślami, po czym znów pociągnął mnie za ramię, zawracając w inną uliczkę. Wzięłam głęboki oddech.
- Zgubiliśmy się, prawda? – wyszeptałam.
Zabójca nie odpowiedział.
- Prawda? – powtórzyłam z naciskiem.
- Cholera jasna! – jęknął tylko, co potwierdziło moje obawy.
Obejrzałam się mimowolnie za siebie. Na razie nie było tak źle. Mieliśmy jeszcze kilka minut nim chemikalia rozprowadzą się po tym odcinku ścieków, a Jishin znajdował się w znacznej odległości od nas. Możemy ich jeszcze zwodzić przez odpowiedni czas i plan zakończy się sukcesem.
Gorzej z naszą przyszłością. Czy raczej jej brakiem.
- Rozdzielmy się. – powiedziałam zdecydowanie.
Matsuki aż się zatrzymał i spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Też patrzyłam się na te tunele, więc w miarę wiem, jak idzie ich układ.
- Nie mamy zielonego pojęcia, gdzie jesteśmy! – warknął na mnie.
- Jeśli pobiegną za mną, będziesz miał czas na ogarnięcie mapy.
- A jeśli nie? – zauważył ponuro.
- Będzie to lepsze niż błądzenie bez planu. – wzruszyłam ramionami.
Matsuki pokręcił głową, zamyślając się na chwilę. Czekałam w ciszy, nie ośmielając się nawet poruszyć. Chłopak spojrzał na mnie z cieniem przekonania, choć na mojej twarzy była konsternacja. Coś mi nie pasowało.
- No dobra, Ichigo… Tylko dopiero jak dotrzemy do głównego… - zaczął, ale przyjrzał mi się dokładnie. – O co chodzi?
- Słyszysz? – zapytałam, czując jak moje serce zamiera. Spojrzałam na niego z paniką w oczach, ale on nie wiedział o co mi chodzi.
- Ale niby co? Przecież jest… - ucichł mimowolnie.
- Cicho… - dokończyłam, przełykając głośno ślinę.
Zerwaliśmy się w tej samej sekundzie, biegnąc na oślep przed siebie. Instynkt nie podpowiadał mi, że oni nas zgubili – wręcz przeciwnie, byłam pewna, że my zgubiliśmy ich.
Po kilku zakrętach dostrzegłam znikome oświetlenie. Główny tunel.
- Nadal się rozdzielamy. – przypomniałam mu cicho. Kiwnął z niechęcią głową, ale spojrzałam na niego pewnie. Przynajmniej próbowałam.
Znaleźliśmy się po kostki w wodzie, która na całe szczęście nie cuchnęła bardziej niż zwykle. Może kwasy mnie nie zeżrą. Przebiegliśmy trochę, a ja zastanawiałam się, który tunel na ich miejscu bym wybrała.
I wtedy poczułam to.
Uczucie, na które nie ma nazwy. Może to i lepiej. Gdyby miało nazwę, stałoby się… pospolitsze. Ten rodzaj emocji, które odczuwa się w najgorszej sytuacji. Czujesz podświadomie tę gwałtowność, żądzę krwi, ale wiesz, że musisz walczyć, nie mając nawet najmniejszej szansy. Choć mimo to pozostajesz spokojny.
Cały oddział zatrzymał się, gdy nas zobaczył. Na twarzy tego mężczyzny – teraz widziałam, że nie był Japończykiem – widniało ogromne zdziwienie, ale szybko zebrał myśli i roześmiał się głośno.
- Panie i panowie, nabrali nas! – obejrzał się po tłumie. – Matsuki, weź ty mi, chłopie, powiedz, co ty wyrabiasz? – jego głos był niski, zakradł się w nim cień znudzenia i jakby zrezygnowania.
- Oddycham, Camilo-san. – prychnął brązowowłosy, rozglądając się w kontrolowanej panice po tunelu. – A ciebie co sprowadza? Szukasz może oddziału Kaminari? Bo pobiegł w tamtą stronę. – rzucił całkowicie poważnie, wskazując na jakiś tunel. Gdyby sytuacja nie była tak zła, roześmiałabym się.
- Nie jestem, aż takim idiotą – zaśmiał się Camilo, jakby urażony.
Popatrzyłam na niego ze znudzeniem. Czy każdy z Jishin lubi tak gadać?
Złapałam kątem oka wzrok Matsukiego. Kiwnął niezauważalnie głową i zrobił coś totalnie bezsensownego – rzucił się na wrogów. A ja od razu do niego dołączyłam.

Gdy zabójcy z Kaminari w końcu opuścili płonący budynek, za nimi posypały się sklepienia w środku. Obejrzeli się za siebie, a na ich ustach pojawiły się zdenerwowane, ale również cwane uśmieszki.
Suzuki jako jedyny to zignorował, rozglądając się po ulicy, coraz bardziej marszcząc brwi.
- Ejo… - zaczął z wahaniem. – A gdzie się podział Jishin?
Natsu drgnął i rozejrzał się gwałtownie, zatrzymując wzrok na dłużej tylko przy ludziach. Ktoś leżał w rogu, ktoś przy nim klękał. W oddali kręciły się jeszcze 3 osoby. I w sumie to tyle. Ulica wymarła.
- Jasny gwint. – burknął. – To wszystko nasi.
- Jakoś mam do tego złe przeczucia. – stwierdziła Ayako. – Może się wycofują na jakiś czas? W końcu mają duże straty w ludziach…
Taki spojrzał na nią z obawą. Zbyt dobrze znał jej wrażliwą naturę, by całkowicie zaufać spokojowi jej głosu i skupienia w szaro-zielonych oczach. Z zaskoczeniem też stwierdził, że cały czas trzyma jej dłoń.
- Może… Ale i tak to źle dla nas. – przytaknął jej Natsu. – To jedna z największych ulic, a nikogo tu nie ma. Ktoś w ogóle widzi gdzieś naszych liderów?
Pokręcili przecząco głowami.
Natsu westchnął głęboko i kazał im odpocząć gdzieś w okolicy. Sam objął dowodzenie nad ich ‘’zespołem’’. Podbiegł do dwójki najbliżej znajdujących się osób i pomógł przenieść ich bliżej nich. Ranny mężczyzna miał rozległe, cięte rany i prowizoryczne bandaże z koszuli ledwo dawały sobie radę z krwotokiem.
- Trzeba zanieść go do Ryutaro – skwitował od razu Suzuki, kładąc towarzysza na ławeczce. – I to szybko.
- Wiem, Suzuki. Tylko muszę się oddelegować, a Koichi gdzieś zniknął. – powiedział Gou, siadając ze stęknięciem na ziemi. Był cały we krwi i siniakach.
- To wiemy. – przytaknął Taki. – Ruszył z Junem na odsiecz drugiego oddziału strzelniczego. A komu przekazał tymczasowe dowodzenie?
- Chyba Kotaro Hondzie, ale nie jestem pewny. – Gou zamyślił się na chwilę.
Natsu tylko wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer mężczyzny. Kotaro odebrał po kilku sygnałach.
- Kotaro, masz może teraz oddział Koichiego pod dowodzeniem? – rzucił na powitanie. Zamilkł od razu, słuchając szybkiego wywodu mężczyzny. – Masz przy sobie 7 osób? Dobra, przy mnie jest reszta. Gdzie jesteście? – spytał, a gdy usłyszał nazwę ulicy, uśmiechnął się ulgą. – Dobra, to niedaleko. Zgrupujmy się tutaj. Najwyraźniej się trochę uspokoiło. – dodał na koniec i rozłączył się.
Oddział siedmiu osób wybiegł  zza odległego zakrętu po kilkunastu minutach. Ayako mimowolnie odetchnęła z ulgą. Na razie straty były trudne do ocenienia, ale nie prezentowały się tragicznie. Cały oddział Koichiego żył, tylko jedna osoba jest ciężej ranna. Z jej oddziału zginął Kato. Choć było to okropne i tak cieszyła się, że widzi znajome twarze – mimo, że wszyscy byli okrwawieni i brudni, to i tak na ich ustach błąkały się kpiące uśmieszki, charakterystyczne dla tego typu sytuacji.
Taki spojrzał na nią bardziej przeciągle i odciągnął po chwili od reszty. Natsu zaczął dyskutować o czymś z Kotaro, a Suzuki od czasu do czasu coś wtrącał, więc nie widział sensu by przeszkadzać im w dalszych ustaleniach.
- Wszystko gra? – spytał się jej.
Ayako przekrzywiła pytająco głowę, a jej długie, brązowe włosy, splecione w warkocza, opadły na jedno ramię. Pod wpływem intensywnego spojrzenia jego szarych oczu, spuściła na chwilę wzrok, a po jej twarzy przemknął cień. Zapanowało napięte milczenie, które w końcu przerwała Ayako. Brązowowłosa uniosła pewnie głowę, uśmiechając się troskliwie do blondyna.
- Taki. – wypowiedziała cicho jego imię. – Jestem silna. Naprawdę silna. I wiem, że jesteś ode mnie silniejszy, ale dam sobie radę… - widząc wahanie w jego oczach, chwyciła jego dłonie. – Przetrwam to. W końcu obiecałam. – spojrzała mu głęboko w oczy, zmuszając by potraktował to co mówi poważniej. – Oboje obiecaliśmy.
Mierzyła go jeszcze przez chwilę zdeterminowanymi, zielonymi oczami, z których na chwilę zniknęła szarość. Taki miał wrażenie, że lśnią tak samo jak w te wszystkie wcześniejsze dni, które posiadały dozę beztroski. Dlatego, gdy Ayako traci swoją powagę i wyszczerza się do niego optymistycznie, chłopak poczuł ukłucie w sercu. 
Jednak usłyszał swoje imię, tak wielokrotnie wypowiadane przez dziewczynę, z różnymi emocjami, w różnych sytuacjach, w różnych miejscach, że spojrzał na to z trochę innej strony. Po prostu dodał to wspomnienie do setki innych i uśmiechnął się swoim delikatnym uśmiechem, nadal posiadającym część wcześniejszej nieśmiałości.
Wschodzące słońce przedzierało się przez wysokie budynki, nadając wszystkiemu cieplejszych barw. Taki pozwolił pomyśleć sobie, że to wszystko zakończy się dobrze, a on będzie miał możliwość widzieć towarzyszów w takim samym składzie. Że wszystko wróci do normalnego biegu.
Uśmiechnął się do niej zaczepnie, spoglądając znad oprawek okularów.
- Ale nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.
Ayako przyjęła wyzwanie, szturchając go mocno w pierś. Chciała nawet rzucić jakąś błyskotliwą ripostę, ale Suzuki coś wykrzyknął wymachując rękoma. Oboje drgnęli, przeczuwając najgorsze. Dziewczyna, mając lepszy wzrok, szybciej ich rozpoznała. Odetchnęła  ulgą.
- To Jun i Koichi. – wytłumaczyła, uśmiechając się pod nosem. – Chodźmy. – zarządziła, ciągnąc go za rękaw.
Podeszli do swoich towarzyszy, którzy klepali się po plecach i przybijali piątki, widząc przyjaciół z oddziału Juna. Teraz na niewielkim placu gromadziło się ponad 25 osób, a wokół panowała typowo przyjacielska atmosfera.
Jednak Ayako od razu wyczuła gorszy humor liderów, którzy owszem witali się, ale z mniejszą ekspresywnością, która może i pasowała w miarę do Juna, tak Koichi wyglądał na kogoś z depresją.
Dziewczyna przeciągnęła Takiego przez tłum i stanęła przy zabójcach, patrząc się na nich wyczekująco. Rozmawiali oni o czymś z Natsu szeptem, a gdy ich zobaczyli umilkli. Ayako zmarszczyła czoło, łypiąc to na Koichiego, to na Juna. Mężczyźni bardzo skrupulatnie unikali kontaktu wzrokowego, jakby smutniejąc. Jedynie Natsu podjął się wyzwania rozmowy.
- Ayako… - zaczął delikatnie, ale szybko stracił wątek i zamilkł, spuszczając wzrok. Dziewczyna przekrzywiła głowę, ale szybko zrozumiała o co chodzi.
- Nie… - szepnęła tylko, blednąc mimowolnie.
- Co się… - zaczął Taki, patrząc się pytająco po przyjaciołach.
Ayako rozejrzała się gwałtownie po ludziach, rozpaczliwie usiłując kogoś dojrzeć. W końcu tylko spojrzała ze zrozumieniem i smutkiem na Koichiego, oczekując jakichś wyjaśnień. Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi i westchnął smutno.
- Byli już martwi jak dotarliśmy. Zaatakowali ich 3-krotkną przewagą liczebną. – powiedział tylko, a dziewczyna kiwnęła flegmatycznie głową.
Zapadła na chwilę cisza, ale Jun szybko ją przerwał.
- Nie chcę być nie czuły… Nie mamy za bardzo czasu. – spojrzał na Koichiego. – Jishin całkowicie wycofał się z Zachodniej części, a Mako nie odpowiada.
- Coś mi tu nie gra. – warknął Koichi. – Cholera jasna! Bez mózgu Meijiego nic nie zrobimy! – jęknął, zatapiając dłonie we włosach. – Jak pomyślę o ilości rozwiązań tej sytuacji czacha mi dymi!
- Nigdy nie byłeś zbyt błyskotliwy… - zauważył cicho Jun, a kpiący uśmieszek wpełzł na jego usta. Brązowowłosy puścił docinkę mimo uszu.
- Próbowałeś kontaktować się z Meijim?
- Tak. – Jun westchnął. – Powiedział, że powinniśmy się zebrać i przegrupować. Nie uważa, że Jishin chce nas zmylić – stracili swoje ‘’mięso armatnie’’ w pierwszej bitwie, więc zostali mordercy z prawdziwego zdarzenia. Kazał nie podejmować żadnych kroków bez rozkazów dowództwa.
- Cholera jasna. Nie było innych chętnych do szukania ich strategów? – mruknął pod nosem Koichi. – Dobra, łącz się z Mikuru. O ile te stare gruchoty im jeszcze działają.
Blondyn wyciągnął z kieszeni odbiornik i ustawił na odpowiednią stację. Przez dłuższy okres czasu słyszeli jedynie szum.
- Jeśli to przeżyjemy… - burknął Natsu. – To osobiście zorganizuję akcję oddawania kasy za misje na sprzęt.

Cięłam od góry, zamierzając się na jednego z mężczyzn. Od razu zdałam sobie sprawę, że sparuje mój cios, więc gdy ostrze uderzyło o jego miecz, przeniosłam ciężar na lewą nogę, a drugą uniosłam w powietrze. Kopnęłam z całej siły w przeciwnika stojącego za mną. Zaskoczyłam go, a wysoko uniesiona katana opadła z brzękiem na ziemię.
- Dobra. – pochwalił się, gdy facet zakrztusił się od uderzenia i zaczął się odczołgiwać ode mnie.
Chwyciłam klingę obiema rękami i zarysowałam duży łuk, obracając się do innych przeciwników. Naddarłam komuś kurtkę, wcześniejszy zabójca ponownie sparował cios. Ustawił odpowiednio miecz, tak że musiałam się z nim chwilę posiłować.
Spojrzałam kątem oka w stronę Matsukiego. Mako zawsze powtarzała mi, że rozglądanie się to najgorsza rzecz jaką robię podczas sparingu, ale niepokoiła mnie myśl, że chłopak zginie i zostanę tu sama.
Odskoczyłam od faceta, gdy dostrzegłam, że napina mięśnie, gotowy do pchnięcia. Jego ostrze trafiło w pustkę, a ja wykorzystałam to. Przeszyłam go błyskawicznie mieczem, od razu wyciągając ostrze, gdy rozpaczliwie usiłował odzyskać równowagę. W ułamku sekundy wytrąciłam mu broń z dłoni i kopnęłam z pierś, posyłając go na innych ludzi. Zachwiali się i, oszołomieni martwym towarzyszem, przewrócili się na ziemię.
Szczerze, miałam nadzieję, że pozwoli to na zbliżenie się do Matsukiego, ale ludzie mnie zalewali. Nie atakowali wszyscy na raz, bojąc się, że sami siebie pozabijają, ale gdy obezwładniłam na chwilę jednego, drugi i trzeci od razu atakował.
Oddział nas rozdzielił – walczyłam w tłumie, ale to Matsuki miał gorzej. Dostrzegłam, że nadal jest w całości, choć z wysiłkiem utrzymuje tempo Camilo. Co jakiś czas musiał parować cios kogoś innego, przez co serce zamierało mi na ułamki sekundy, gdy rozproszony o włos omijał miecz Camilo.
Dziwiło mnie tylko to, że nie widzę Takahiro i Takahide. Jeśli oni oddalili się by powiadomić o naszym podstępie, to koniec.
Dostrzegłam szasnę na kolejną ofiarę. Młoda kobieta, nie zbyt zaprzyjaźniona z walką, mierzyła się na mnie z krzykiem. Cięła z góry, ale jej ruchy były niezgrabne. Zbliżyłam się błyskawicznie, tnąc od dołu, prawie kucając. Zawahała się ze swoim ciosem, widząc moje  puste oczy. Trafiłam ją idealnie, rozcinając brzuch, a ona z wrzaskiem padła na ziemię.
Ludzie wokół mnie ponownie zamarli, a ja szybko starłam krew z twarzy, wiedząc, że nie mam czasu na cackanie się z tym. Byłam cała we krwi, a ostrze lśniło czerwienią. Rozejrzałam się póki mogłam i mignęła mi ruda czupryna.
- Są. – mruknęłam.
Wykorzystałam chwilowe rozkojarzenie, mimo, że przeciwnicy znów zaczęli nacierać. Przebijając się przez ścianę ludzi, rozcięłam do kości ramię facetowi, a krew rozbryzgała się wokół.
Bezszelestnie stanęłam za Takahiro <ewentualnie Takahide> i robiąc krok do tyłu,  zamierzyłam się do ciosu. Uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że nie okaże się, że rudy ma za szósty zmysł niezwykłą szybkość.
- PLECY!!! – wydarł się ktoś, co dało mu wystarczająco dużo czasu, by obrócił się i odsunąć się o te kilka cennych centymetrów.
Poczułam narastającą panikę, jeszcze przed zakończeniem wyprowadzania ciosu. Siła jaką wprowadziłam w uderzenie, pociągnęła mnie za nim, ale mężczyzna nie rozpoznaje mnie od razu. Miałam wystarczająco czasu by wyhamować i obrócić się.
- Dobry. Dawno się nie widzieliśmy. – uśmiecham się szelmowsko.
Zabójca unosi wysoko brwi do góry, po chwili odpowiada tym samym uśmiechem. Wyciąga z kabury miecz.
- Widzę, że przeżyłaś, Kanegawa-chan. – dodał tylko.
Spojrzałam wilkiem za przeciwników gromadzących się za jego plecami. Rudy najwyraźniej wiedział o co mi chodzi i dał im znak by trzymali się z dala od nas. Przeszedł mnie dreszcz, na myśl o walce jeden na jednego.
Szkoda, że nie wiedziałam, który to bliźniak.
Cięłam od dołu, ale facet od razu sparował uderzenie. Przejął inicjatywę i zaczął wyprowadzać szybkie ciosy z lewej i prawej. Syczałam przy każdym odparowaniu, bo bliźniacy słynęli ze swojej zapaśniczej siły. I wcale się nie dziwię.
Dostrzegłam okazję w strumieniu ciosów. Wyprowadziłam ostatni typ pchnięcia, który zdążyła mi pokazać Mako. Ostrze przecięło płasko powietrze, a miecz faceta odbił się od niego z brzękiem. Przyciągnął go szybko do siebie, parując cios przed wbiciem się w jego brzuch. Skrzywił się przy tym z bólu, garbiąc nieznacznie.
I wtedy dotarło do mnie o co chodziło w tej tajemniczej gadce Matsukiego, o mojej rzekomej mądrości i gorszych umiejętnościach. Jakby, kurwa, nie mógł od razu o obserwowaniu przeciwnika powiedzieć.
Zaatakowałam trochę spokojniej, chcąc się czegoś upewnić. Sparował od niechcenia kilka ciosów, a gdy zaatakowałam z całą swoją siłą, kierując uderzenie na jego pierś, skrzywił się znowu.
 Ledwo powstrzymałam chytry uśmieszek.
Miałam do czynienia z Takahide. 2 miesiące temu rozcięłam mu lekko brzuch, a tam rany goją się wyjątkowo długo i niefajnie. Sama do teraz odczuwam ból i to nie tylko w tych okolicach. To wyjaśnia grymasy bólu na twarzy zabójcy.
Zaryzykowałam i zrobiłam coś nieoczekiwanego. Prześlizgnęłam się pod jego nogami, zrywając się od razu na nogi. Ociekałam wodą, a cały trik nie był wykonany błyskawicznie – ale oto chodziło. Takahide zdążył się obrócić, lecz od razu spotkał się z moją nogą.
Czas na chwilę zwolnił. Widziałam jak wyskakuję w powietrze, układam stopę do kopnięcia. Dostrzegłam nawet zmieniający się wyraz twarzy Takahide. Szybkość wróciła gdy trafiłam go w brzuch, odrzucając na kilka metrów.
- To było niezłe, Ichigo. – mruknęłam do siebie, lądując gładko.
Skoczyłam na ciało faceta, który nie mógł zaczerpnąć powietrza z bólu. Przyłożyłam mu ostrze do gardła, uśmiechając się. Choć wiedziałam, że nie mam za dużo czasu.
- No, Takahide-san… - rzucił przymilnym głosem, po chwili posyłając mu mordercze spojrzenie. – Gdzie jest twój brat?
- Jeśli chcesz zapobiec przecieku informacji to za późno. – uśmiechnął się z trudem, kierując wzrok w bok.
I wtedy popełniłam ten błąd co zwykle.
Powędrowałam wzrokiem za jego spojrzeniem i dostrzegłam dobiegającego do Matsukiego Takahiro. Jeśli brązowowłosy ‘’radził’’ sobie z Camilo, tak z kolejnym silnym przeciwnikiem nie da sobie rady. A wśród tego najgorsze jest to, że Igarashi już wie i zapewne przegrupuje całkowicie swoje oddziały – choć nie rozumiem dlaczego, jestem tego pewna. Zarejestrowałam te informacje w zaledwie 2 sekundy, ale to wystarczyło.
- Arg!!! – z głośnym warknięciem Takahide zrzucił mnie z siebie, ale miesiące treningu pozwoliły mi zachować równowagę.
Ścisnęłam mocniej rękojeść, analizując sytuację.
Jeśli teraz go zaatakuję, reszta do niego dołączy. Matsuki zapewne zginie i wtedy ja… Chwila. Rozszerzyłam szerzej oczy. Śmierdzi. Powąchałam bardziej i z trudem zachowałam tą samą zdeterminowaną minę co wcześniej. Chemikalia zaczynały już docierać.
Uśmiechnęłam się do niego krótko i rzuciłam się w stronę Matsukiego.
Brązowowłosy był zrezygnowany. Parował z pustką w oczach ciosy Camilo, wiedząc, że za chwilę otrzyma ostateczne uderzenie w plecy i tym samym, że jeśli się odwróci to Camilo go zabije.
Impet z jakim wpadłam na Takahiro zaskoczył go. Mężczyzna przebiegł bokiem kilka kroków, a potem upadł z pluskiem na ziemię, szczerze zdziwiony. Dwójka walczących również zamarła na chwilę, nie dowierzając własnym oczom.
Nie dziwię się im.
Stałam tam pochylona, ciężko dysząc. Moje rozpuszczone, czarne włosy były mokre od wody w kanałach i pozlepiane częściowo krwią. Czerwień splamiła całkowicie moje dłonie i porozmazywała się na twarzy. Ubrania nawet nie nadawały się do odratowania. Wyglądałam na psychopatkę.
Spojrzałam w żądzą mordu na Camilo.
- Teraz, Matsuki! – krzyknęłam, rzucając się na Camilo.
Zabójca sparował mój cios, mrucząc coś w obcym języku pod nosem. Nie zrozumiałam ani słowa, ale to na pewno były przekleństwa. Gdy zrozumiałam, że go zdenerwowałam, uśmiechnęłam się przebiegle, z zadowoleniem.
- Ty mała… - warknął już po japońsku.
- Ichigo Kanegawa, mi również miło… - uśmiechnęłam się. Moje ruchy mogły być spowalniane przez mokre ciuchy, ale Matsuki widział szansę na ucieczkę. Zaszedł go błyskawicznie od tyłu i od razu podciął.
- Kurwa!!! – wykrzyknął, gdy runął na ziemię.
Zamierzałam się już by go zabić, ale Matsuki chwycił mnie za ramię, zmuszając do biegu. Spojrzałam na niego z pretensjami, ale on nawet na mnie nie patrzył.
- Nie teraz. Wykorzystujemy zamieszanie! – rzucił przez ramię.
W sumie miał rację. Ludzie dopiero teraz zdali sobie sprawę z obrotu sytuacji. Wszystko odegrało się w zaledwie kilka sekund. A Matsuki najwyraźniej rozpoznał miejsce, w którym byliśmy. Biegliśmy bardzo szybko, nie zważając na głośność naszej ucieczki.
Gdy zobaczyłam drabinkę, ciężar spadł z mojego serca, mimo że nadal sytuacja nie przedstawiała się zbyt wesoło. Chłopak chwycił mnie w pasie i praktycznie postawił w połowie szczebelków.
- Kobiety przodem. – rzucił tylko. – Pośpiesz się.
Zaśmiałam się i zaczęłam się wspinać.

Meiji, Miyako i Miyoko zatrzymali się gwałtownie. Mężczyzna od dłuższego czasu kontaktował się z przez odbiorniki, ale nic nie mówił między przerwami, więc dziewczyny niezbyt ogarniały sytuację.
- Cholera jasna. – skwitował Meiji, gdy skończył rozmowę. – Musimy wracać.
- Co się dzieje?
- Jishin wycofał się z Zachodniej części miasta. A tam, najwyraźniej są same tumany, które nie potrafią nic wymyślić. Mikuru ma się jeszcze odezwać, gdy uda się jej skontaktować z Mako, ale i tak musimy wracać! – wyrzucił wściekle dłonie w powietrze. – A jesteśmy o krok od nich! Czuję to!
Siostry spojrzały po sobie i wybuchły ponurym śmiechem. Czarnowłosy zmroził ich spojrzeniem, ale po chwili zastygł w bezruchu i rzucił się do przodu. Zabójczynie wzdrygnęły się, ale Meiji kucnął przy jakiejś zwiniętej kartce i zaczął klnąc jak szewc.
Może to był tylko zbieg okoliczności albo zdolność obserwacji zabójcy, ale ta kulka papieru okazała się niezwykle ważna. Meiji przeczytał ją szybko, po czym, z kamienną twarzą, stanął na nogi i podał ją dziewczynom.
- Czytajcie. – mruknął tylko, chowając twarz w dłonie i chichotając psychicznie pod nosem.
- Czy to jest… - zaczęła spokojnie Miyako, ale gwałtownie urwała. – NO NIE!
- Meiji… Powiedz, że nie…
- Ahahahahahahaha!!! – wybuchł niepochamowanym śmiechem. – Cały czas byli o krok przed nami! Obserwowali nas z drapaczy chmur i mieli wystarczająco czasu, by przenieść się do kolejnego, gdy zbytnio się zbliżyliśmy. – wytłumaczył, a z każdym kolejnym słowem wkradała się coraz większa wściekłość.
- Nie mamy pewności, że akurat byli w wieżowcach… - zaczęła Miyako, ale Meiji machnął na nią dłonią, pochmurniejąc. Wskazał palcem na szkice.
- Są robione z perspektywy, a tylko Kijuro umie rysować. Widzisz, rzuty są jakby z góry… - westchnął głęboko. – No dobra. Wracamy.
Mężczyzna obrócił się i skierował w stronę organizacji. Siostry spojrzały po sobie niepewnie.
- Ale skoro mamy jakiś trop, to czy nie lepiej… nie wiem, poszukać ich? – spytała Miyako. – Szkoda byłoby ich zgubić…
Meiji zatrzymał się na chwilę, jakby zastanawiając się nad czymś. Po chwili tylko obrócił się w ich stronę i posłał przebiegły uśmiech.
- Spokojnie. Mam już plan jak ich znajdę ponownie. – znów ruszył przed siebie, ale tym razem dziewczyny do niego dołączyły. – Tylko będę potrzebował transportu.

Rudowłosa skrzyżowała kolejny raz ostrze z dowódcą oddziału Jishin. Hisaki Ushiba kręcił się po całej ulicy, nigdy nie pragnąc zakończyć sporu. Przyjmował raczej taktykę partyzancką. Z Mako walczył najdłużej, ale to dlatego, że  była zaciętą przeciwniczką. Tak to pomagał swoim ludziom w walce, atakując zabójców z Kaminari od tyłu, dopóki znów nie zaatakowała go kobieta.
- Uparta jesteś, wiesz? – jęknął mężczyzna, odrzucając miodowe włosy do tyłu. Błysnął na nią turkusowymi oczami, w których kryła się irytacja.
Mako nie odpowiedziała. Zaczęła wyprowadzać swoją zabójczo szybką kombinację ciosów, ale Hisaki był wytrawnym szermierzem. Parował każdy cios, choć powoli zaczynał zwalniać.
Kobieta dostrzegała to, cały czas powtarzając sobie, że ona nie może się zmęczyć. Stracili już 3 ludzi, nie licząc oddziału strzelniczego. Mogła i dziesiątkować wrogi oddział, ale reszta nie była w stanie sprostać takiej przewadze. Zwłaszcza, że przypadało po 3 osoby na głowę.
Hisaki spróbował się wymknąć, ale zastąpiła mu drogę, tnąc od razu od dołu. Mężczyzna odepchnął uderzenie, choć na usta cisnęły mu się przekleństwa. Mako była ostatnią osobą, z którą chciano walczyć w pojedynkę. Szybka, zwinna i bezlitosna.
Znalazła się przy nim w ułamku sekundy. Uderzyła w jego ramię z wykopu, ale facet zdążył unieść ręce do bloku. Siła i precyzja uderzenia sprawiły, że przewrócił się i przejechał ramieniem po asfalcie kilka metrów, zostawiając za sobą krwawe ślady.
Mako nie czekała nawet sekundy. Wybiła się wysoko w powietrze, trzymając nad sobą miecz. Wycelowała idealnie w serce wroga, ale Hisaki zdążył się przeturlać obok. Rudowłosa od razu wyciągnęła klingę z ziemi, atakując podnoszącego się mężczyznę.
- Cholera! – warknął, odpierając cios. Siła przewróciła go z klęczek, znów na plecy, a nim zdążył wziąć oddech, kolano kobiety go przydusiło. Rudowłosa przyłożyła mu ostrze do gardła.
- Dobranoc. – powiedziała beznamiętnie i już miała poderżnąć mu gardło, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
Wybiło ich to oboje z rytmu, a Hisaki wykorzystał to by zawołać podwładnych. Nim Mako znów ułożyła odpowiednio miecz, musiała wstać i walczyć z szarymi ludźmi. Widać było, że nie są ani trochę pewni, że to przeżyją.
Hisaki tym czasem podniósł się na nogi i upewnił się, że nikt go nie zaatakuje. Mako z chłodną irytacją też to zauważyła. Wszyscy najsilniejsi z jej oddziału walczyli z kilkoma przeciwnikami na raz. Zauważyła kątem oka, że jasnowłosy odbiera telefon i dostrzegła tu swoją szansę.
Zakręciła mieczem kilka kół w powietrzy, sprawiając, że wrogowie odsunęli się od niej na kilka metrów. Mogła załatwić ich w kilka sekund, ale byli jeszcze jej potrzebni. Wbiła zielone oczy w Hisakiego, starając się czytać z ruchu warg.
- Słucham szefie… - rzucił na powitanie, ale od razu skrzywił się, słysząc głos Igarashiego. – A czemu mamy się wycofać?
Zabójcy z Jishinu najwyraźniej zdenerwowali się ignorancją Mako, ale kobieta nadal postrzegała ich jak natrętne owady, krążące wokół niej. Zdołała jeszcze usłyszeć coś o zatrzymaniu 2 innych oddziałów i przegrupowaniu. Informacje jednak były niejasne. Jeden oddział był opóźniany przez Tokajiego, ale gdzie miałby być ten kolejny?
Hisaki skończył rozmowę i spojrzał kpiąco na Mako. W jego turkusowych oczach kryła się litość, na widok wciąż walczącej kobiety. Rudowłosa poczuła nagły przypływ nienawiści – jednego z niewielu uczuć, które nauczona została odczuwać.
Czas spowolnił. Zamknęła oczy, widząc oczyma duszy trzech przeciwników wokół siebie. Ustawiła ostrze poziomo, biorąc głęboki wdech i otworzyła puste, zielone oczy, pozwalając by instynkt mordercy poprowadził jej ruchy.
Ruszyła na tego naprzeciw jej. Wbiła w sekundzie miecz w jego serce, a wyciągając ostrze, cisnęła jego ciałem o ziemię. Obróciła się w prawo, tnąc gwałtownie i wysoko. Miecz prześlizgnął się po szyi kobiety, która nie zdążyła nawet zareagować, gdy jej głowa opadła na ziemię. Następnie rudowłosa podskoczyła i z półobrotu uderzyła w twarz ostatniego przeciwnika, który nawet nie próbował walczyć. Huknął głową o ziemię, tracąc przytomność, a chwilę później został przeszyty ostrzem.
Hisaki wypuścił telefon z dłoni. Mako podniosła na niego wzrok, w którym nie było widać cienia złości, czy nienawiści. Choć nosiła te uczucia teraz w sercu, nic nie było po niej widać. Lodowata pusta i obojętność.
Kobieta spojrzała na swoje ostrze, splamione krwią.
Znów to samo.
Mroczne wspomnienia pojawiały się, gdy zamykała powieki. Zignorowała to jednak, tak jak uczyła ją matka i spojrzała na Hisakiego.
- MAKO!!! – usłyszała wrzask Shiori Sandy, jednej z weteranek. – NA PIĄTEJ!!!
Kobieta, słysząc przerażenie i desperację w jej głosie, darowała sobie atak Hisakiego, obracając się gwałtownie. Myślała, że nie da się już niczym zaskoczyć, ale teraz stanęła jak wryta.
- CHOLERA!!!! – to był krzyk Keizo Iwasakiego. – KEI, ZWIEWAMY!!!
Mako patrzyła się na biegnące 2 oddziały Jishinu, które zapewne walczyły w zachodniej części. Rudowłosą zabolało serce.
Czy to znaczy, że nasi przegrali?
Obejrzała się na Hisakiego, który zaczął biec w przeciwnym kierunku. Krzyczał coś do swoich ludzi, którzy ze zdziwieniem kończyli starcia z zabójcami z Kaminari i biegli za swoim liderem. Mako drgnęła, a jej umysł się rozjaśnił.
- Wszyscy z drogi!!! Chować się po uliczkach!!! – wrzasnęła, choć jej głos nie należał do mocnych. Część osób spojrzało na nią, jak na wariatkę, więc dodała pewnie: - To rozkaz! WYKONAC!
Schowała się w przedsionku jakiegoś sklepu, a zabójcy nie widząc innego wyjścia uczynili podobnie, schodząc z drogi Jishinowi. Dwa oddziały, z widocznym uszczerbkiem minęły ich, posyłając wrogie spojrzenia. Minęli ich, nie nastawieni na walkę, choć bardzo by chcieli.
Kaminari wyszło dopiero po kilku minutach, nie wierząc własnym oczom. Mako spojrzała po tych, którzy przeżyli to starcie: Keizo i Kei Iwasaki, Shiori Sanda, Masazumi Murasaki, Yutaka Okano, Itaru Noda i Takabe Takeo.
Oprócz Takeo to sami weterani… Młodzi poginęli…
- Cholera jasna, co to kurna było…? – wydusił w końcu Keizo, swoim tęgim basem. Starł pięścią krew z czoła.
- Najwyraźniej się wycofali. – Mako spojrzała w kierunku, w którym pobiegli. – Tylko czemu?
- Najpewniej całe ich mięso armatnie się skończyło, no i oni też nie mają niewyczerpanych sił. – Masazumi wzruszył ramionami. – W ogóle, to jestem głodny.
- Ja też. – mruknął Itaru.
Mako puściła skargi mimo uszu i zadzwoniła do dowództwa. Przedstawiła sytuację i po kilku minutach rozmowy, rozłączyła się. Spojrzała po towarzyszach, którzy nie mogli doczekać się wyjaśnień, ale rzuciła tylko:
- Zbieramy się. Za mną.

- Niech to szlag! – jęknęła Mikuru, okręcając się na fotelu.
- Co znowu? – spytał Fumiya, podnosząc wzrok znad kartki papieru. Mężczyzna rozpisywał strategię następnego ataku, kreśląc cały czas zielone, czerwone i niebieskie linie.
- Ten cholerny komputer się przegrzał i siadły kamery przy punktach strategicznych… - burknęła kobieta, wstając i zawieszając na ścianę jakąś mapę. Zaznaczyła szybko kilka punktów. – Tu, tu i tu.
Dowódca oparł głowę na dłoni, wzdychając ciężko.
- A co ja, biuro pomocy elektronicznej?
Mikuru spiorunowała go wzrokiem, sięgając po kolejną puszkę energetyka. Fumiya spojrzał na nią krótko i również napił się swojego. Uśmiechnął się cierpko, czując jak stymulowana energia rozchodzi się po jego ciele, ale szybko zdusił uśmiech, czując wściekłe spojrzenie Mikuru.
- Wiesz, chodziło mi raczej o naszych… - rzucił niepewnie.
Kobieta warknęła, kopiąc w biurko. Czarnowłosy podskoczył.
- Tak samo jak wcześniej. – powiedziała spokojnie. – Meiji wraca, Jun i Koichi wracają, Mako również. Mamy pewność, że się wycofują, przynajmniej na 2 godziny. Tokaji jakimś cudem jeszcze ich utrzymuje, ale napisał, że światło się poprawia i jego bidon zaczyna przypominać bidon.
- Hym, hym… - westchnął Fumiya i wcisnął 2 przełączniki. – Daiki, Ryutaro. Zacznijcie wydzielać porcje żywności. Za jakieś pół godziny wrócą nasi. Bez odbioru. – rozkazał krótko, po czym przeciągnął się na krześle. – Ten brak walki mnie nudzi. Podziwiam cię, Mikuru, że przesiadujesz tu każdą walkę i wszystkim dowodzisz.
- Usiłujesz mi tym uwłaszczyć? – kobieta zmrużyła oczy.
- Nie, nie, nie, broń Boże. Bez ciebie bylibyśmy martwi. – zaśmiał się ponuro.
- Bylibyśmy bardziej żywi z lepszym sprzętem. – podsunęła kobieta.
- Wiem, wiem… - westchnął Fumiya. – Obiecałem nowy sprzęt już Daikiemu… Tylko, że nigdy nie ma pieniędzy…
- Nie MA PIENIĘDZY? – ryknęła Mikuru. – Wiesz ile kasy zbieramy miesięcznie? Grube setki tysięcy, przy dobrych obrotach!
Czarnowłosy wyprostował się, mierząc ją protekcjonalnym spojrzeniem. Przetarł oczy, wzdychając.
- Widać, że to Hiroki zajmuje się sprawami księgowymi nie ty… - mruknął na początku, a gdy oczy kobiety błysnęły złością, zaczął gestykulować uspokajająco rękoma. – Spokojnie, to ty rozdzielasz misje, piszesz kartoteki, sprawdzasz wiarygodność i w ogóle, ale finanse należą do Hirokiego i po części do Daikiego.
- No więc?  
- Czasem zastanawiam się dlaczego jesteś taka mądra… - zaśmiał się Fumiya, ale szybko spoważniał. – Bierzemy czasami 80% zysku od misji, a i tak ledwo wyrabiamy z kasą. – uniósł pięść do góry i zaczął odchylać palce, wyliczając kolejne wydatki. – Ogrzewanie, światło, woda, leki, jedzenie, sprzęt, odszkodowania, łapówki dla służb… Jak myślisz ile to wychodzi?
Mikuru opadła ze zrezygnowaniem na fotel, odchylając głowę do tyłu.
- Oj zamknij się. – mruknęła tylko, na co czarnowłosy wybuchł śmiechem.

- Czy wy nie umiecie nic zrobić dobrze? – jęknął Ryuji, biegnąc za zawał na samym początku. – Przecież prostszego zadania nie mogłem wam dać!
- Zamknij się! – odkrzyknęliśmy razem z Matsukim.
- Dlaczego nie możemy po prostu z nimi walczyć!? – zakrzyknął bojowo Satoru, a jego siostra mu zawtórowała.
- TUMANY! – ryknął Ryuji, ale to mnie tylko rozbawiło. – Po pierwsze to moja organizacja, a mamy to robić incognito. Po drugie kojarzą was, a nie zabiję wszystkich by was oczyścić!
Uciekaliśmy przed wściekłym oddziałem złożonym z 20 osób – ja załatwiłam dwie, a Matsuki trzy osoby – już od kilkunastu minut. Ryuji cały czas naciągał kaptur, by nikt go nie rozpoznał. Teraz widać było minusy elementów charakterystycznych – i wcale nie chodzi mi tutaj o kolczyka w wardze.
Ryuji kierował nas w przeciwnym kierunku niż jest Kaminari, więc to pozwoliło mi choć na chwilę uspokoić instynkt, który od początku wrzeszczał, że nie powinnam mu ufać.
Spojrzałam na niego – nie widać było napięcia jego plecach, mimo iż gnaliśmy przed siebie, utrzymywał stałe tempo, praktycznie się nie męcząc. Przeszył mnie dreszcz, gdy pomyślałam o jego sile. Kiedyś się z nim zmierzę. Gdy to wszystko się skończy i znów będę mogła go bez skrupułów uważać za wroga.
Tak jak z resztą wszystkich wokół.
Kichnęłam.
No tak. W podziemiach zmoczyłam się całkowicie i cienka warstwa ubrań przykleiła się do ciała. Przeciwdeszczowa kurtka, bluza i moro to zdecydowanie nie ubranie do biegania na mokro. O butach nie wspomnę – przy każdym kroku czułam jak woda przelewa się z lewej na prawą część.
- Masz. – Suzuko wyciągnęła w moją stronę szalik. – Jesteś cała morka, przeziębisz się. – powiedziała, gdy zobaczyła moją zdziwioną minę.
- Dzięki… - przyjęłam podarunek ze zmieszaniem.
Dziwne były te wszystkie gesty, gdy przypominało się sobie, że za kilka dni, jak nie godzin znów będziecie się chcieli pozabijać. Choć w moim przypadku chcę ich zabić od samego początku.
- Ej… Ja też jestem mokry… - burknął Matsuki, równając się z nami. Wszyscy sapaliśmy ze zmęczenia.
- Trzymaj, kurde. – mruknęła, ciskając w niego swoją czapką.
- Na serio sądzicie, że szalik i czapka ochronią was od zapalenia płuc? – jęknął Satoru, biegnąc na tyle.
Zaśmialiśmy się w odpowiedzi, przyśpieszając. Ryuji pokręcił głową i skręcił w jakąś uliczkę, najwyraźniej próbując zmylić pościg. Skręciliśmy za nim na długą ulicę, jedną z głównych.
- Cholera! – wrzasnął wściekle, zatrzymując się.
Wpadliśmy na niego, ale zobaczywszy błysk klingi również chwyciliśmy swoje miecze. Przed nami stało jakieś 10 osób, a w ich oczach kryła się żądza mordu. Zwłaszcza w jednych – rozpoznałam oczy Camilo. Obróciłam się szybko.
- No nie… - mruknęłam, widząc kolejną dziesiątkę za nami. Nie zorientowaliśmy się nawet kiedy się rozdzielili.
- Rozsypcie się. Trudniej będzie nas trafić. – szepnął Ryuji, zasłaniając twarz mieczem, tak bardzo jak tylko mógł.
Odsunęliśmy się od siebie. Stałam razem na linii z Ryujim, jakieś 3 metry od siebie i skierowałam ostrze naprzeciw Camilo. Za nami jakieś 2 metry, stanął Satoru, a po jego prawej i lewej rozstawili się Suzuko i Matsuki. Od wrogich oddziałów dzieliło nas kilkadziesiąt metrów.
Najwyraźniej do tej walki musiało w końcu dojść. Poprawiłam chwyt na mieczu, przygotowując umysł na rzeź. Gdy udało mi się uspokoić bicie serca i oddech, poczułam coś.
Obróciłam się, widząc zdziwienie w oczach Camilo. Nie patrzył się na nas, tylko na kogoś za nami. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
Ciemna postać skoczyła z pobliskiego dachu i wymierzyła kopniaka w głowę Satoru. Chłopak opadł na ziemię spokojnie, roztrzaskując szatyna o ziemię. Miecz na plecach przybysza zabrzęczał złowrogo, gdy jego rozpięta kurtka opadła, a brązowe włosy zakryły twarz.
Rozpoznałam go od razu.
Akurat jego nie dałoby się nie rozpoznać.
Chłopak nie podniósł wzroku z ziemi ani nie zszedł z Satoru.
- Czy ktoś mi powie co tu się dzieje, do cholery? – głos Tsuneariego był spokojny, ale emanował nienawiścią i gniewem, prawie tak samo jak przy naszym pierwszym spotkaniu.
Słowa choć wypowiedziane cicho, dotarły do wszystkich wokół i sprawiły że zabójcy zamarli w oszołomieniu, nie wiedząc co powinni zrobić.

A ja się uśmiechnęłam.

4 grudnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 35

Rozdział 35

~Tokaji~
    Wychyliłem się zza rogu, obrzucając wrogi oddział krótkim spojrzeniem. Schowałem się od razu z powrotem, woląc nie kusić losu.
    Taaa… Jakbym już go nie kusił.
     Położyłem dłoń na rękojeści miecza, starając zmusić się do myślenia. Nie miałem zegarka, ale i tak wiedziałem, że piąta się zbliża. Może i  namierzyłem trzeci oddział Jishin - tylko stałem naprzeciwko niego całkiem sam. Sam, z dwoma głupimi mieczami przeciwko trzydziestce morderców z Tateyamy, na czele z Shigeo.
    Może być ciężko.
     Przejechałem dłonią po włosach, zamyślając się coraz bardziej. Ufałem swoim umiejętnościom, ale walka z taką przewagą liczebną przeciwnika była troszeczkę niepokojąca. Zwłaszcza gdy cały oddział jest na poziomie psychicznym Toshiyuki.
    Chyba jednak postawię na dywersję.
     Gdy w odległym kościele zadzwoniły dzwony, zakląłem pod nosem. Dywersja, dywersja, dywersja… Nic. Miałem pustkę w głowie. Tokaji, pogadaj z nim, zagadaj, cokolwiek zrób.
     Usłyszałem krzątaninę i szczęk mieczy za rogiem.
     Ja pierdolę.
     Włączyłem odbiornik, chowając go w tylnej kieszeni spodni. Miałem szczerą nadzieję, że Hiroki tego nie zignoruje. Wyciągnąłem z kieszeni kurtki nieduży, okrągły bidon w ciemnozielonym odcieniu, modląc się by ciemność i odległość zniekształciły wygląd przedmiotu.
     I wybiegłem zza rogu, zatrzymując się naprzeciwko biegnącej trzydziestki osób. Gdy zobaczyłem, że Shigeo uśmiecha się kpiąco na mój widok, posłałem mu słodki uśmieszek numer 4. Stanąłem nonszalancko, opierając jedną dłoń na rękojeści, a drugą wyciągnąłem przed siebie.
     - Stop. – powiedziałem wystarczająco głośno, by zabójca mnie usłyszał.
    On w odpowiedzi tylko się zaśmiał, wyciągając miecz z pochwy i pośpieszając swoich ludzi. Spojrzałem na niego groźnie, wyciągając do góry dłoń z bidonem, modląc się, by okazali się po prostu ślepi. Albo głupi.
    - Nie radzę. – prychnąłem, błyskając przy tym niebezpiecznie zębami.
    Shigeo najpierw uniósł brwi w konsternacji, po czym przypatrzył się przedmiotowi. Zbladł i zatrzymał się gwałtownie, tak samo jak reszta zabójców. Nakazał im spokój i czekał na mój ruch.
    A ja myślałem, że uduszę się ze śmiechu, który bardzo nieudolnie powstrzymywałem.
    Otaczają mnie idioci.
    - Siemka, Shigeo Taichi. – zawołałem, podrzucając bidon w dłoni. – Jak tam? Bo u mnie bombowo. – zaśmiałem się szyderczo.
     Co ja, kurwa, robię?
     - Tokaji Kosai. – wysyczał to, jak najgorsze przekleństwo. W sumie mu się nie dziwię. – Czego ty chcesz?
     - Ja? – wskazałem z uśmiechem na siebie, tonem małego dziecka. – Zatrzymać was. No i może trochę pogadać. Wiesz, mi też czasem nudzi się walka, jak są prostsze sposoby…
     - Stul się. – warknął błękitnooki, stawiając dwa kroki do przodu i celując we mnie czubkiem miecza.
     Zmrużyłem oczy, zaciskając dłoń na ‘granacie’.
     - Jeszcze jeden krok dalej, a wylecisz ze swoimi koleżkami w powietrze. – powiedziałem chłodno. – Myślisz, że jak z tej odległości trafię, to coś z ciebie zostanie?
     Mężczyzna zatrzymał się, chowając broń z powrotem. Po chwili jednak skrzyżował ramiona na piersi, posyłając mi wyzywające spojrzenie. Uniosłem wysoko brwi, zastanawiając się czy już się domyślił.
     Szlag, szlag, szlag.
     Kląłem w myślach jak najęty, ale z mojej twarzy nie schodził poker face. Nadal uśmiechałem się szyderczo, podrzucając w dłoni ciemnozielony bidon, dzięki któremu jakoś opóźniam ich atak.
Tylko opóźniam. Jeśli butelką z herbatą ich zatrzymam, to chcę Nobla w dziedzinie polityki.
- Blefujesz. – zaśmiał się, patrząc się mi prosto w oczy. Między moimi, czarnymi jak otchłań, i jego – jasnymi, jak lód przeskoczyła iskra. Iskra, która mogła wywołać pożar. Ale została zgaszona. Przez herbatę.
- Chcesz się przekonać? No dobra.
Cofnąłem się kilka kroków i przybrałem jak najlepszą pozycję do rzutu. Udałem, że chwytam zawleczkę (której nie było) i celuję idealnie w nich. A w głębi serca czułem, że to ja jestem martwy.
Błagam, każ mi przestać. Błagam, wrzaśnij coś.
Wiesz, co Tokaji? Trzeba było pierdolić tą dywersję.
Gdy już czułem jak wypuszczam ‘’granat’’ wraz z moimi ostatnimi sekundami życia, Shigeo wrzasnął coś. Nie wiem co to było, ale i tak powstrzymałem rzut, chwytając bidon w ostatniej sekundzie. Zachwiałem się by go złapać, a gdy włosy zakryły mi twarz, ułożyłem usta w nieme ‘’Dziękuję’’.
Wyprostowałem się, posyłając im szelmowski uśmieszek, który jeszcze bardziej się rozszerzył, gdy zobaczyłem minę Shigeo. Był jednocześnie blady z przerażenia, jak wściekły z bezsilności.
- Więc o czym ty chcesz rozmawiać, co? – warknął na mnie.
Udałem, że się zamyślam. Chciałem tylko, jak najbardziej przeciągnąć to spotkanie. Nasi i tak nie mają szans z przewagą liczebną samego Jishinu. I wtedy przyszło mi coś do głowy.
- W sumie to nie lubię twojego głosu. Możesz się zamknąć. – stwierdziłem, wzruszając ramionami. – Szybko was nie wypuszczę. Możecie sobie tak postać i popatrzeć na architekturę XYZ – postarałem się by wypowiedzieć nazwę ulicy tak wyraźnie jak tylko się dało.    
Shigeo warknął i założył ręce na piersi, nie spuszczając ze mnie wzroku. Poczułem jak moja komórka wibruje krótko. Byłem prawie pewny, że to SMS z podziękowaniami od dowództwa. Uśmiechnąłem się do siebie i usiadłem nonszalancko na środku ulicy, szczerząc się kpiąco do wrogów.

Omitsu, po wysłaniu wiadomości, odłożyła delikatnie komórkę na biurko, ale to ciche stuknięcie wydało się wyjątkowo głośne. Od kiedy tylko przełączyli odbiorniki na kanał Tokajiego milczeli, starając się usłyszeć jak najwięcej.
Teraz jednak cisza wynikała ze zdezorientowania.
- On jest geniuszem. – powiedział w końcu Fumiya, kręcąc głową i uśmiechając się pod nosem. Prychnął krótko, po czym roześmiał się w głos, okręcając się fotelu. – Pieprzonym geniuszem!
W odpowiedzi na to stwierdzenie, reszta dowództwa pozwoliła sobie jedynie na niepewne uśmiechy, które przepełniała ulga. Każda najmniejsza informacja na temat wroga była teraz jak złoto, a ta… Mogła całkowicie odwrócić bieg walki.
- Może i geniuszem, ale też i wariatem… - mruknął Hiroki, choć również się uśmiechał. – Kto o zdrowych zmysłach odstawiłby taką akcję? – pokręcił głową.
- I ku ironii, to akurat Tokaji… Szczerze to jestem mocno… wstrząśnięta. – stwierdziła Omitsu. Skrzyżowała ręce i posłała podejrzliwe spojrzenie Mikuru. – Ty wiedziałaś, prawda?
Znów zapadła cisza, a spojrzenia mężczyzn również spoczęły na strategiczce. Kobieta tylko poprawiła spadające na nos okulary i popatrzyła się na nich poważnie.
- On się… trochę zmienił. – odparła na początku. – A obserwować to ja akurat umiem wyśmienicie. – dodała tylko, smutniejąc na chwilę, gdy ciężar przeszłości ją przygniótł.
Omitsu uśmiechnęła się lekko i położyła z czułością dłoń na ramieniu przyjaciółki, starając się dodać jej trochę otuchy. Po chwili podniosła wzrok na resztę i zmrużyła oczy.
- Tokaji Tokajim, ale… Co robimy teraz? On nie powstrzyma ich na długo.
- Na pewno nie możemy ściągnąć nikogo z miasta, bo Jishin i tak ma nad nami wystarczającą przewagę liczebną… A Meiji by mnie potem zabił, gdybym mu teraz ludzi zabrał… - westchnął czarnowłosy. – Mikuru, jest ktoś wolny?
Kobieta otworzyła segregator i zaczęła szybko coś kartkować. Cały czas kręciła głową, cmokając z rosnącym niezadowoleniem i zdenerwowaniem. W końcu zatrzymała się prawie na końcu, krzywiąc się lekko.
- Teraz jedynie Tsuneari jest z dala od walki… - rzuciła niepewnie. – Ale szuka Ichigo gdzieś koło świątyni Tensou…
Fumiya spuścił wzrok, przygryzając wargę. Zamyślił się przez chwilę, przykładając pięść do ust. W końcu jedynie zamknął swoje matowe, czarne oczy i z wielkim bólem powiedział:
- Ściągnij go.
Omitsu najpierw rozszerzyła oczy ze zdziwienia, po czym trzasnęła dłonią o biurko. Hiroki uniósł jedną brew do góry. Jedynie Mikuru zachowała smutną powagę, patrząc się na dowódcę.
- Fumiya. – warknęła brązowowłosa. – Nie możesz zostawiać naszych tak po prostu na pastwę losu… Przecież, ona jest jeszcze… - w słowach Omitsu słychać było coraz większy smutek.
- Dzieckiem? – dokończył pusto Fumiya, przysiadając na biurku. – Teraz jest żołnierzem, Omitsu. A ja nic nie mogę na to poradzić…
- Właśnie, że możesz! Zostawiłbyś tak Ryutaro? Albo mnie? – wyszeptała ze złością, ale on tylko pokręcił ze zrezygnowaniem głową, patrząc się na nią, jak na dziecko.
- Omitsu…
- A zostawiłbyś tak Shuuko!? – wrzasnęła na niego, zaciskając dłonie w pięści.
- Omitsu! – mężczyzna również zerwał się na równe nogi, mierząc ją gniewnym spojrzeniem. Kobieta skrzyżowała swoje czekoladowe oczy z jego, przybierając wyzywającą minę.
- Nie pozwolę ci kogoś poświęcić! – mówiła podniesionym głosem. – Ona jest częścią Kaminari! Nie pamiętasz już co mówił Arata? – przy imieniu mężczyzny jej głos się załamał, ale szybko przywróciła się do porządku. – Nie mam zamiaru nikogo poświęcać i na to nie pozwolę. Wolę stracić siebie niż towarzyszy… A kto, kurwa, się z nim zgodził jako pierwszy!?
- Cholera, Omitsu! Nie rozumiesz, że jestem dowódcą i nie mogę kierować się uczuciami!? Nie rozumiesz, że muszę wybrać jedną śmierć, naprzeciw rzezi reszty!? – warknął wściekle w odpowiedzi, ale w jego oczach krył się smutek. – Nie rozumiesz, że też mi ciężko podejmować takie decyzje…?
Omitsu była już gotowa na jakąś ciętą odpowiedź, ale Mikuru zamknęła z trzaskiem segregator. Kłócący się przyjaciele spojrzeli na nią, na chwilę wyrywając się z amoku kłótni.
- No już, już. Uspokójcie się. – powiedziała chłodno. Spojrzała na nich przenikliwie swoimi zielonymi oczami. – Nikt nikogo nie zostawi. On i tak by nie wrócił bez niej.
Dowódcy spojrzeli po sobie z początku ostro, ale w miarę upływu chwili ich oczy złagodniały, a na usta wpełzł pojednawczy uśmiech. Byli przyzwyczajeni do ciągłych kłótni, które istniały od samego początku ich relacji.
Hiroki westchnął.
- Świetnie, ale… nadal nie wiemy kogo tam posłać. – przypomniał ponuro blondyn. – A Tokaji nie da rady powstrzymywać ich wiecznie.
Fumiya zamyślił się, ale Omitsu jedynie uśmiechnęła się groźnie.
- Hiroki, nie zechciałbyś się trochę rozerwać?

~Ichigo~
Mijały kolejne niezwykle długie i nudne minuty. Zdawało się, że chłopaki przepadły w tym biurze na dobre. Suzuko w końcu zaczęła coraz częściej ziewać i położyła się na sofie, próbując choć trochę zdrzemnąć. Nim zdążyła zasnąć, usiłowała mnie również przekonać do krótkiego snu, by choć trochę zregenerować siły przed walką. Pokręciłam tylko głową, wiedząc, że sen przyniesie tylko kolejny koszmar.
Gapiłam się na swoje poparzone i odrapane dłonie, licząc powolne uderzenia mojego serca. Myśli błądziły po różnych tematach, ale moje ciśnienie ani trochę nie wzrastało, nie ważne o czym pomyślałam.
Westchnęłam cicho.
Najwyraźniej przyzwyczaiłam się do wszystkiego.
Nie ważne o czym pomyślałam, kończyło się to poczuciem winy, uderzającym we mnie obuchem. Bolało mnie od tego serce, a widok spokojnie śpiącej dziewczyny z Harikenu wcale tego nie polepszał. Musieliśmy sobie całkowicie zaufać i… udało się to. Suzuko nawet nie pomyślałaby, że przejdzie mi przez myśl zabicie jej we śnie.
A owszem, myślałam o tym.
Czułam, że jak oni wrócą, ostatnia szansa by się z tego wycofać i wrócić do przyjaciół zniknie bezpowrotnie, a ja mogę nawet po śmierci być traktowana jak zdrajczyni.
Albo bohaterka.
Nie, nie, nie.
Powinnam być na polu bitwy, walcząc z innymi. Jestem jedynie szarą zabójczynią, bez żadnych specjalnych umiejętności, a nie heroiną, która może zmieniać biegi historii.
Nie ważne co on powiedział, kłamał.
Zakryłam uszy dłońmi, starając się by to jedno głupie zdanie zniknęło w końcu z mojej głowy i pozwoliło mi myśleć trzeźwo.
Nie mogę pozwolić, by ten gniew mną zawładnął. Nie mam na to teraz czasu.
Nie byłoby cię tutaj.
Zamknij się, Ichigo. Po prostu o tym nie myśl.
Nie musiałabyś tu być.
Cicho, cicho, cicho, cicho, cicho, cicho!
Oni by tego chcieli.
Chwyciłam za rękojeść miecza, zrywając się bezszelestnie z fotela. Stanęłam nad śpiącą dziewczyną, niczego nie świadomą. Uniosłam broń wysoko, celując ostrzem prosto w jej serce. Dłonie nawet mi nie drgnęły, choć w oczach krył się ocean emocji.
Ale się zawahałam.
Po prostu zastygłam w bezruchu, z szeroko otwartymi oczami. Chwytałam łapczywie powietrze, a moje wzniesione ku górze ramiona opadły bezsilnie. Zamknęłam oczy, czekając. Z całkowitą pustką w myślach.
Po kilku minutach… a może sekundach…? Usłyszałam ‘ding’. Winda ruszyła w dół, więc szybko schowałam miecz do pochwy i nic po sobie nie pokazując, zbudziłam Suzuko. Dziewczyna rzuciła coś niepochlebnego o przerywaniu snu, ale skierowane to było raczej w stronę chłopaków, a nie mnie.
Gdy drzwi windy się otworzyły, trójka zabójców wyszła dumnie, z Ryujim na czele. Trzymał dość pokaźny segregator, wypchany licznymi kartkami i mapami.
Gdy spojrzał na mnie, w jego złotych oczach błysnęło zdziwienie. Jakby przeczuwał, że zniknę.
Przeszył mnie dreszcz.
- Dobra, nie ma czasu do stracenia. – rzucił jednak na przywitanie, od razu rozkładając papiery na stole i przydzielając każdemu po kilka kartek.
Usiadłam obok niego, rozkładając mapy, pokreślone licznymi czerwonymi, zielonymi i niebieskimi liniami, a niektóre miejsca wzięte były w kółka. Spojrzałam od razu na wzgórze świątynne i wzdrygnęłam się. Zakreślone było na czerwono, a przy nim stała jedynka.
Wyczuwając spojrzenie Ryujiego, przyjrzałam się mu kątem oka. Skrzyżowaliśmy wzrok i wtedy upewniłam się, że jego wstępny plan zakładał, że zabiję Suzuko i ucieknę. Nie rozumiem tylko co by mu to dało.
Odwróciłam wzrok, gdy w jego złotych oczach błysnęło coś na kształt zaintrygowania i… uznania?
Spędziliśmy nad tymi papierami jakieś półgodziny nim Ryuji uznał, że wiemy to co teraz powinniśmy. Patrzył się uważnie, porównywał i kreślił coś ołówkiem na mapach. W końcu spojrzał na to krytycznie, krzyżując ramiona na piersi.
- Dobra. – kiwnął głową. – Mam w miarę nasz plan.
- Świetnie. – przytaknął Satoru sarkastycznie. Tak jak ja, również myślał, że czarnowłosy będzie to przedłużać w nieskończoność.
Ryuji jednak od razu podjął się tłumaczenia strategii.
- Widzicie te ulice zakreślone na niebiesko? – spytał na początku. – To podziemia. I zgadnij co, Ichigo…
- Łączą się z Kaminari… - wyszeptałam, czując że robi mi się gorąco.
- Dokładnie – przytaknął, niewzruszony. – Mają zamiar posłać tędy resztę ludzi, z Camilo Martinezem i Weasley’ami na czele. A raczej obecna tam piątka… albo nawet mniej, sobie z nimi nie poradzi.
- Bo my sobie poradzimy… - mruknął Matsuki.
Satoru, słysząc to stwierdzenie, prychnął.
- Łaskawie mi nie przerywaj, Matsuki. – powiedział chłodno Ryuji. – Cała nasza piątka jest wysoko wykwalifikowanymi zabójcami, na równym poziomie z tym oddziałem…
- Dobra, a ile ten ‘oddział’ liczy, że akurat my sobie z nim poradzimy, a nie moje dowództwo? – spytałam.
- Ale ja nie zamierzam z nimi walczyć wręcz. – roześmiał się. – Zdurnieliście? Nawet ja się nie odważę bić się w tych zakamarkach przeciwko 25 osobom. Mam zamiar wziąć ich bardziej… psychicznym sposobem.
- Nie podoba mi się to… - stwierdziła Suzuko, przygryzając wargę. – A jak twój sposób nie zadziała? Nie lepiej to najpierw trochę dłużej przemyśleć?
Ryuji w odpowiedzi wyciągnął jakąś kartkę i postukał palcem w jedno miejsce. Spojrzałam tam i poczułam jak moje serce staje. Zerknęłam na zegar. Godzina 5.50. A na kartce widniała godzina 6.15.
- Bo za bardzo nie mamy na to czasu? – Ryuji posłał nam szelmowski uśmieszek i wyprostował się. – To jak, ruszamy?
- Nadal mi się to nie podoba. – mruknęła dziewczyna.
- Musicie mi po prostu zaufać. – zaśmiał się chłopak i wybiegł z budynku.
Westchnęliśmy razem.
- I tu właśnie jest problem… - mruknęłam pod nosem, na co mordercy z Harikenu zareagowali śmiechem i wybiegliśmy za czarnowłosym.

~Tokaji~
- Ja wiem, że jestem piękny, ale na serio nie musisz się na mnie cały czas gapić. – mruknąłem do Shigeo, który od godziny nie spuszczał mnie z oczu. – Wiesz, ręka mnie świerzbi… - ziewnąłem, biorąc zamach.
Cały oddział Jishin cofnął się w panice do tyłu. Uśmiechnąłem się kpiąco. Jakoś polubiłem tą dywersję. Strach na ich twarzach, gdy widzieli granat jakoś podnosił mnie na duchu.
No, mimo iż to nie był granat.
Shigeo najszybciej się ogarnął i wrócił do mierzenia mnie wzrokiem. Zmarszczyłem lekko brwi. W jego oczach zatlił się cień zrozumienia, jakby zaczął podejrzewać, że jednak blefuję.
Cholera.
Zerknąłem ze znudzeniem na wyświetlacz telefonu. Minęła już szósta rano, a ja sterczałem tu z nimi od prawie godziny. Przeczytałem szybko SMS’a by nie domyślili się, że mam stały kontakt. Dwa krótkie słowa od Omitsu: ,,Dobra robota”.
- Nie nudzi się wam? – westchnąłem, krzyżując ręce.
Błękitnooki zmrużył jeszcze bardziej oczy, patrząc się na mnie podejrzliwie. Również spojrzałem na niego z ukosa, z totalnym znudzeniem na twarzy, choć czułem jak powoli robi mi się gorąco.
Przecież on się skapnie, że to blef.
- Od kiedy zrobiłeś się taki rozmowny? – syknął w odpowiedzi, po dłuższym czasie Shigeo. Wzruszyłem ramionami.
- Po prostu ciekawi mnie to, że wasz szef nie zainteresował się gdzie jesteście… - uśmiechnąłem się do niego kpiąco.
Mężczyzna zacisnął zęby.
- Informacje do niego najwyraźniej wolniej docierają. Bo ktoś zabił naszego szpiega – wycedził, pokrzywiając się.
Na słowo ‘szpieg’ drgnąłem, czując narastający niepokój. Shigeo najwyraźniej zauważył moje zmieszanie, bo szeroko uniósł brwi, sam zdziwiony reakcją.
- Nie mieliście żadnego szpiega? – spytał zabójca.
- Chyba bym, kurwa, wiedział… - warknąłem, wyciągając telefon. Jeśli mieliśmy tam gdzieś szpiega, sytuacja nie przedstawiałaby się zbyt… kolorowo.
- Ale przepływ informacji jest zbyt wolny… - Shigeo potarł brodę w zamyśleniu. – Z Ryujim przecież informacja dotarłaby w 2 minuty… - mruknął jeszcze, nim jego telefon rozdzwonił się.
Popatrzyliśmy się po sobie, a ja ostrzegawczo podrzuciłem ‘’granat’’ w powietrze. Mężczyzna westchnął i uniósł dłonie do góry na znak, że nie ma zamiaru odebrać telefonu. Dzwonek komórki ucichł, po czym rozbrzmiał na nowo.
Westchnąłem, wyciągając miecz z pochwy i celując jego ostrzem na Shigeo.
- Odbieraj. – rozkazałem. – Tylko bez żadnych podstępów.
- Tak, tak… - mruknął, sięgając do kieszeni.
- A i jeszcze jedno. Daj na głośnik.
Mężczyzna zawahał się na sekundę, ale tylko machnął na swój oddział by milczeli i odebrał telefon.
- Dobry szefie… - przywitał się.
- Kurwa, gdzie ty jesteś? – krzyknął na niego Yasuaki. – Miałeś od godziny być w Południowej części Senkawy!
- Wie szef, tak jakby nie mam zbytniej możliwości odpowiadać na te pytanie.
- Kurwa mac… Mam nadzieję, że masz na to dobre wytłumaczenie. – warknął.
- Ależ to jest świetne wytłumaczenie. – zaśmiał się mężczyzna. – Tokaji Kosai właśnie usiłuje nas wysadzić w powietrze, szefie.
Po drugiej stronie słuchawki nastała przeciągła cisza. Nie spuszczałem z niego wzroku, utrzymując z trudem poważną minę. Yasuaki Igarashi był dość specyficzną osobą. Bardzo agresywny, ale jednocześnie spokojny i bezlitosny.
- Co kurwa? – mruknął po chwili. – Kpisz sobie ze mnie?
- Nie.  Szef posłucha. – Shigeo popatrzył się na mnie wyczekująco.
- Siemka Igarashi – zawołałem.
- Kpisz sobie ze mnie, Taichi. – powiedział chłodno Yasuaki. – Jeśli sądzisz, że jeden granat powstrzyma cały oddział, to jesteś idiotą. Może zabić 5-10 osób. Ale nie cały oddział. – dodał spokojnie. – Mam nadzieję, że to było wystarczająco jasne. Jeśli nie pojawisz się za pół godziny na polu bitwy, nie radziłbym wracać do organizacji. – warknął jeszcze na koniec. – Bez odbioru.
Nastała cisza, a Shigeo schował z westchnieniem telefon do kieszeni.
- Milutki – zauważyłem sarkastycznie.
Mężczyzna tylko się na mnie popatrzył, jakby oceniając szanse na przeżycie. W jego oczach błysnęło zrozumienie, jak może poświęcić swój oddział by on sam mógł przeżyć. Jednak nic nie zrobił, oprócz skrzyżowania rąk.
 Poświęcanie towarzyszy nigdy nie robiło na mnie wielkiego znaczenia. Zawsze chodzi tylko o to by misja się powiodła. Lub by po prostu przeżyć. Jednak teraz poczułem obrzydzenie na samą myśl o tym, skierowaną na błękitnookiego mężczyznę.
Ale w głównej mierze również na mnie.
Zamknąłem oczy, usiłując przerwać napływające twarze ludzi, których zostawiłem na pewną śmierć. Oczy ze straconą nadzieją. Pokręciłem głową, starając się przerwać te wspomnienia. Wspomnienia, których nie było końca.
- Nad czym tak rozmyślasz, co? – rzuciłem w stronę zabójcy.
- Zastanawiam się, czy mi się to opłaca. – odparł tylko.
Uśmiechnąłem się szelmowsko w jego stronę, ale miałem wrażenie, że kącik ust drgnął mi ze zdenerwowania.
Oj opłaca ci się, kurwa. Opłaca, pomyślałem ponuro.

Meiji biegł przez boczne ulice, a bliźniaczki ledwo za nim nadążały. Mężczyzna przyśpieszał coraz bardziej, choć tylko biegli i biegli. Czuł narastającą złość, wiedząc że czas im ucieka.
- Ejo, Meiji – mruknęła Miyako, usiłując rozpocząć rozmowę. – Kogo my szukamy, tak dokładniej?
- Ich strategów. – odpowiedział krótko. – Kijuro Harada z Toshiyuki Karube. Są gdzieś na obrzeżach pola bitwy, obserwując wszystko dokładnie i dopasowując taktykę w zależności od rozwoju sytuacji.
- Jesteś pewien? – wtrąciła z powątpiewaniem Miyoko.
- To najbardziej prawdopodobna hipoteza. – odparł. – Obmyślaliśmy ją z Mikuru przez kilka godzin. Yasuaki w życiu nie usiedziałby w miejscu, na pewno włóczy się po okolicy i wydaje luźne rozkazy, słuchając tylko raportów z odbiorników…
- Czyli możemy na niego wpaść?
- Tylko wtedy, gdy to on tego zechce.

Walka trwała nieprzerwanie od ponad godziny.
Taki przystanął na chwilę, próbując złapać oddech jednocześnie nie tracąc koncentracji. Otaczał go tylko szczęk ostrzy i szaleńcze krzyki. Zamrugał w oszołomieniu.
Nie wiedział nawet czy jest w całości. Mógł bez problemu się ruszać, choć mogła to być tylko sprawka adrenaliny. Rozejrzał się szybko po polu bitwy. Nie był w stanie rozpoznać kto z jego towarzyszy leży pośród trupów.
Walczący rozprzestrzenili się na kilka ulic, mieszając się z oddziałem Mako. Ona, Jun i Koichi, z resztą z wielką wściekłością, wydali jeden krótki rozkaz: walczyć póki żyjemy. Przewaga Jishin była miażdżąca, ale na razie wytrzymywali. Na razie.
Zabójcy zmuszali Kaminari do cofania się coraz bardziej w głąb dzielnicy, całkowicie mieszając szeregi. Jednak to ich nie powstrzymywało.
- Cholera by was!!! – blondyn usłyszał przeraźliwy wrzask Suzukiego, który biegł z determinowaniem przez całą ulicę.
Ranna grupka z Jishin obejrzała się ze strachem na niego. Widać było, że zamierzali się trochę na chłopaka, ale woleli nie walczyć z Suzukim. Czarnowłosy przemknął szybko, dobiegając do nich w kilka sekund. Zatrzymał się gwałtownie, tnąc od dołu. Ktoś sparował cios, ktoś go wyprowadził. Chłopak sparował je szybko, cały czas wyprowadzając szaleńcze cięcia, tak że wokół niego słychać było tylko świst.
Taki chwycił mocniej miecz, wiedząc, że to nie pora na odpoczynek. W głębi serca nie pochwalał atakowania rannych, ale podbiegł to towarzysza, który dawał sobie radę z dwójką innych zabójców. Niestety nie zauważył, że trzeci zachodzi go od tyłu.
Wbiegł między nich, parując cios.
- O, dzięki stary! – zawołał Suzuki, napierając na mężczyznę.
- Nie ma za co! – odkrzyknął, napierając z całej siły na przeciwnika.
Mężczyzna był najciężej ranny – z jego nogi wisiał solidny kawał mięśnia, więc w jego oczach pojawiła się jednocześnie wściekłość, jak i strach. Ciął od dołu i z lewej, aż nadarzyła się okazja, by go podciąć. Zabójca huknął o ziemię, a Taki nie czekając ani sekundy stanął nad nim, unosząc wysoko miecz.
Może i zabijanie rannych jest złe. Ale oni mają przewagę liczebną.
Popatrzył się mu prosto w oczy, a on skrzywił się widząc pewność i bezlitosności na twarzy chłopaka. Taki opuścił szybko ramiona, jednak ktoś go popchnął i ostrze ześlizgnęło się z celu – zamiast trafić w głowę lub serce, wbiło się w udo. Mężczyzna wrzasnął przeraźliwie.
- Taki, uważaj! – usłyszał, łapiąc równowagę. Instynktownie się uchylił.
Usłyszał świst tuż nad głową i zobaczył jednego z chłopaków, z którym walczył przed chwilą Suzuki. Chwycił w panice za ramiona swojego rannego towarzysza, a Taki przytrzymał rękojeść. Mężczyzna wydarł się jeszcze przeraźliwiej, gdy jego towarzysz odciągnął go, zrywając ostatnie połączenia nogi z ciałem. Bez kilkunastu kilo, spanikowany chłopak pociągnął go szybciej, uciekając jak najdalej od Kaminari.
Taki spojrzał na swój miecz, a na widok nogi, poczuł jak żółć podchodzi mu do gardła. Suzuki podszedł do niego, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Dobra robota, Czterooki – powiedział. – Dorwiemy ich następnym razem.
Następnie ruszył przed siebie, machając dłonią na Takiego, by poszedł razem z nim. Blondyn spojrzał jeszcze pusto na tą nogę i wyciągnął ostrze, doganiając przyjaciela.
- Wiadomo już coś? – spytał.
- Tyle co nic. – westchnął czarnowłosy. Kręcone kosmyki przykleiły się do jego czoła na krwi i pocie. – Mamy po prostu walczyć tak długo, aż nadarzy się do czegokolwiek okazja. – pokręcił głową. – Czyli albo ktoś rozwali ich strategów, albo ich dowódców.
- No to jesteśmy w dupie. – mruknął Taki.
- Więcej wiary, Czterooki. – zaśmiał się ponuro Suzuki. – Więcej wiary. – powtórzył szeptem, zatrzymując się gwałtownie.
Stanął tuż za zakrętem, więc chłopak na niego wpadł, klnąc pod nosem.
- Suzuki, co… - zaczął podirytowany Taki, ale ucichł, gdy zobaczył, że dwa biurowce stoją w płomieniach.
I owszem, nic by wielkiego się nie stało, gdyby nie to, że w środku nich znajdował się ich oddział strzelniczy. Chłopak poczuł jak jego serce staje.
- Cholera… - wydusił w końcu Suzuki. – Taki, za mną! – krzyknął, doprowadzając się do porządku.
Taki pobiegł za nim. Przebiegli przez prawie całą ulicę, widząc na końcu walczącego Koichiego. Mężczyzna został otoczony przez piątkę osób, ale po kilku wprawnych ruchach i cięciach, kopnął jedną kobietę z półobrotu i wyminął szybko resztę przeciwników.
- Biegnijcie! – wrzasnął na nich.
Dogonił zabójców po kilku sekundach i zrównał z nimi tempo.
- Ja pitole… - wysapał na powitanie. – Dobrze, że jesteście. Potrzebowałem kilku łebskich. Musimy wyciągnąć naszych z tego budynku.
- Mamy jakiś plan? – spytał Suzuki. – Jak w ogóle sytuacja?
- Nie wiem jakie straty, ale wszyscy zaczęli się tutaj koncentrować. Chyba odnieśli za dużo obrażeń od łuczników. – wysapał Koichi. – Potrzebujemy wsparcia, ale siadła mi bateria w odbiorniku. Ma któryś telefon?
- Trzymaj – Taki podał mu szybko komórkę.
Brązowowłosy wystukał szybko numer.
- Ja wiem, że nie masz za bardzo czasu, by gadać, Jun, ale mamy problem. – wrzasnął do słuchawki. – Biurowce się fajczą, a wokół jest jakieś 40% ludzi z Jishinu. Zbieraj naszych i chodź tu… Mam gdzieś, że nie macie czasu! Masz być za góra 10 minut! – wykrzyknął ze złością. Dobiegali powoli do palących się budynków. – Zaczynam akcję ratunkową. Bez odbioru!
Zatrzymali się po środku ulicy. Koichi spojrzał na jeden biurowiec, potem na drugi, którego szczyt majaczył się w oddali, i wykrzyczał przekleństwo w stronę nieba. Zawahał się tylko przez sekundę, po czym spojrzał poważnie na swoich podwładnych.
- Biorę ten na południu. Wy idziecie do tego po prawej. – powiedział tylko, a gdy Taki otwierał usta, by wyrazić sprzeciw, zmroził go wzrokiem. – To nie czas na dyskusje! RUCHY!
Po czym po prostu obrócił się i pobiegł do budynku. Suzuki i Taki spojrzeli po sobie, kiwając zdecydowanie głową, również wbiegając do budynku.
Dym sprawił, że zakrztusili się od razu. Taki nie miał pojęcia dokąd biec, więc pozwolił, by to Suzuki ich kierował, choć sam czarnowłosy zdawał się głównie na instynkt. Gdy znaleźli się na 4 piętrze, Taki spojrzał na jedne z drzwi. Poczuł, że to musi być tam.
- Suzuki, tam! – zawołał zdawkowo, ciągnąc przyjaciela za rękaw. Nakierowali się od razu na ten pokój.
Taki wybił drzwi z wykopu, mając nadzieję, że da im to przynajmniej przewagę zaskoczenia. Owszem, wszyscy znajdujący się w pokoju spojrzeli od razu na nich.
Chłopak przystanął na sekundę, usiłując rozeznać się w sytuacji. W pomieszczeniu znajdowała się czwórka osób z Jishin – 3 mężczyzn i jedna kobieta – oraz 3 ich łuczników: Natsu, Kato i Ayako.
Taki poczuł jakby coś bardzo ciężkiego zostało zdjętego z jego serca.
Żyła.
Suzuki jednak był bardziej nieobliczalny – po prostu wpadł do środka, rzucając się na pierwszego mężczyznę z brzegu, który siłował się z Natsu. Powalił go na ziemię i zaczął okładać pięściami. Taki szybko się ogarnął, podbiegając do dziewczyny.
- Ani kroku dalej – zawarczał, zasłaniając dziewczynę własnym ciałem.
- Taki… - wydusiła z wielką ulgą. Trzymała przed sobą łuk, usiłując nim jakkolwiek walczyć.
- Cofnij się – polecił krótko chłopak, atakując wroga.
Suzuki musiał opanować swój gniew, bo rzucił się na niego drugi facet. Natsu w porę go odciągnął, rzucając jakimś segregatorem w twarz zabójcy. Przybił mu krótko żółwika.
- I co tam, stary druhu? – rzucił, uśmiechając się szelmowsko.
- Nie gadaj, tylko walcz – burknął Natsu w odpowiedzi. – Uważaj!
Jednak Suzuki spokojnie odparł kolejny atak. Zaczął walczyć z facetem, który zbytnio nie radził sobie z walką w bliskim kontakcie.
- Natsu. Tylna kieszeń. Sztylet. – rzucił ogólnikami Suzuki, gdy jego przeciwnik zaczął się rozkręcać.
Jego starszy kolega pokręcił głową, ale chwycił małą broń. Od razu spróbował okrążyć przeciwnika, choć musiał poczekać jeszcze chwilę, by zadać cios.
Niestety ich dwójka to było zbyt mało, by zająć czymś wszystkich. Kato został bez wsparcia. Na początku radził sobie bardzo dobrze, udało mu się nawet usidlić kobietę – przyduszał ją swoim łukiem, z zerwaną cięciwą. Ale gdy zaciągał ją ku rozbitemu oknu, z ziemi poderwał się facet, którego wcześniej Suzuki okładał pięściami.
- Suzuki! – wrzasnął Taki. Skrzywił się chwilę później, gdy ostrze przeciwnika niebezpiecznie ześlizgnęło się z jego miecza. – Kato! – wyjaśnił krótko, gdy czarnowłosy na niego spojrzał.
Kato spostrzegł kolejnego przeciwnika w samą porę. W krzykiem bojowym odtrącił od siebie kobietę, rzucając nią w odłamki szkła na ziemi. Ułamek sekundy później zatrzymał górne cięcie swoim łukiem. Mężczyzna przytrzymywał drzewiec obiema rękoma, ale i tak z trudem utrzymywał ostrze z dala od swojej głowy. Zabójca z Jishin natarł mocniej. Drewno zatrzeszczało złowrogo, nadłamując się trochę.
Suzuki napiął mięśnie, usiłując poruszać się jeszcze szybciej. Ciął z góry, z dołu, z góry, z dołu i tak w kółko, licząc, że facet w końcu nie wytrzyma naporu ciosów. Natsu patrzył się na niego porozumiewawczo. Musiał tylko odsłonić trochę swój bok.
Mężczyzna zadał decydujący cios, w tym samym momencie, gdy Ayako wrzasnęła coś przeraźliwie.
- NIE!!! – wykrzyknął po chwili Taki.
Kato wypuścił drzewiec z rąk, a z jego klatki piersiowej sterczał miecz. Kobieta z Jishin wyciągnęła go wprawnym ruchem, choć przepełnionym bólem. Całe jej ręce pokiereszowane były odłamkami szkła.
- Aaaaargh!!! – zawarczał Suzuki, rzucając się ponownie na mężczyznę. Udało  mu się go zaskoczyć i zepchnąć przez okno.
- Taki! – krzyknął ostrzegawczo Natsu.
Blondyn cofnął się gwałtownie do tyłu, a miecz przeciwnika trafił w pustkę. Chwilę później z ręki zabójcy sterczał sztylet Natsu. Taki skorzystał z okazji i odciągnął od niego Ayako, która od razu rzuciła się do konającego towarzysza.
Suzuki zignorował kobietę z Jishin, gdy Kato opadł bezsilnie na kolana, zalewając się krwią. Ayako przyklękła przy nim, nie zważając na szkło. W jej oczach zalśniły łzy.
- Kato… - szepnęła, kręcąc głową. – Kato… - powtórzyła.
Mężczyzna krótko się uśmiechnął, po czym opadł z kolan na ziemię. Nikt nawet nie próbował go łapać, wiedząc, że nie ma najmniejszej nadziei. Taki ścisnął ramię Ayako, przygryzając dolną wargę.
Suzuki wpatrywał się pusto w dziurę w plecach swojego kolegi. Nadal sączyła się z niej krew. Natsu podszedł do nich, wzdychając bardzo, bardzo ciężko. Przykucnął obok nich i obrócił ciało Kato na plecy. Ayako zaszlochała cicho, widząc uśmieszek  i puste oczy, a Taki odwrócił wzrok, gdy Natsu opuścił powieki zmarłego i skrzyżował mu dłonie na piersi, wkładając w nie miecz.
- Dobra, dzieciaki… - powiedział smutno. – Musimy iść. – rzucił, wstając. – Później nadejdzie czas na żegnanie naszych przyjaciół. Teraz nie możemy pozwolić by więcej z nich zginęło.
Suzuki podniósł się jako pierwszy, zasalutował krótko ku Kato i stanął obok.
- Reszta nam uciekła. – stwierdził ponuro.
Ayako pokiwała głową, ale Taki nie wiedział do kogo to skierowała. Zagryzła wargę i stanęła chwiejnie na nogi. Chłopak objął ją ramieniem i przytulił ją krótko, ale mocno.
Dziewczyna najwyraźniej znalazła w tym geście siłę. Przetarła szybko oczy, podnosząc z ziemi miecz kogoś z Jishin. Spojrzała po chłopakach z zimną wściekłością.
- Czy mi się zdaje, czy nasi nie potrzebują czasem wsparcia?
Na te słowa cała ich czwórka się uśmiechnęła i bez zbędnych słów, skierowali się ku wyjściu, póki pożar nie rozprzestrzenił się na dobre.