27 listopada 2016

Krwawa Truskawka ~ Los nie wybrany przez nikogo ~ Rozdział 1 ~ Kiedy spoglądał na światło

Rozdział 1

Kiedy spoglądał na światło
Początek zawsze jest najtrudniejszy. Ciężko o nim myśleć bez strachu, jeszcze ciężej nawet określić, kiedy się zaczyna. W tej historii pojawia się ten sam problem – więc zacznie się ona od punktu zwrotnego.
Azawa była dobrą osobą – może czasem zbyt emocjonalną, zbyt naiwną, może trochę zagubioną, ale w ogólnym rozrachunku nie można było nazwać ją okrutną. W przeciwieństwie do jej męża. Obietnice Akino o cudownej zmianie duchowej jaka miała niby nadejść po ślubie rozmyły się z czasem, a Azawa została uwikłana w nieszczęśliwy związek przez wcześniej wypomnianą naiwność, bez żadnego wsparcia ze strony rodziców, czy rzekomych przyjaciół. I tak trafili razem do niszczejącego domku w niewielkim, podupadającym miasteczku na południu kraju. Trafili tam razem i oboje musieli udawać szczęśliwą rodzinkę noszącą nazwisko Sotomura.
Oboje znaleźli pracę i jakoś im się wiodło, a wybuchy złości i szowinizm Akino dawało się zazwyczaj znieść. Przez pierwsze lata małżeństwa Azawa była dość samotna, zbyt przerażona by nawet wspomnieć o dziecku. W końcu widziała jak jej mąż spoglądał na dzieci sąsiadów. Jak na… śmiecie. Wolałaby być sama do końca życia, męcząc się z okropnym mężem, niż pozwolić dziecku dorastać z takim ojcem.
Ale to życzenie nigdy się nie spełniło. Zaledwie rok po tym na świat przyszedł ich syn. Akino nawet nie kwapił się o dobór imienia, więc Azawa sama je wybrała. Kartkując książeczkę z imionami, natknęła się na jedno, w którym dostrzegła swoje ulubione kanji, oznaczające historię. Z uśmiechem pomyślała, że może jej syn stworzy własną dziedzinę historii i nie zniknie wśród szarych mas. I z takim zamysłem od tamtej pory po świecie chodzi Fumiya Sotomura.
Był zwyczajnym dzieckiem. Może trochę bardziej wysportowanym niż reszta, może trochę bardziej przerażonym, dzięki swojemu ojcu, ale mimo wszystko nie odstawał od reszty. Obawy Azawy nie sprawdziły się tak jak oczekiwała – ojciec nie stronił miłością do syna, ale też nie wyżywał się na nim. Po prostu go tolerował. 
I kobieta pozwoliła sobie pomyśleć, że może bez przygód uda jej się wychować ukochanego syna. Może nie w bogactwie, ale beznadziejnie liczyła, że przynajmniej nauczy go kochać tak mocno, jak ona kochała jego i nie pozwoli popełnić mu tych samych błędów. Marzenia te okazały się tak śmiesznie kruche, gdy dwa wydarzenia zwaliły się na dom rodzinny Sotomurów.
Pierwsze, niby weselsze – 5-letni Fumiya dostał w ramiona swoją nową siostrzyczkę, to drugie dolało oliwy do ognia. Akino, szczerze nienawidzący dzieci, nie mógł znieść, że jego córka urodziła się w ten sam dzień, w którym wyrzucono go z pracy. Był też to pierwszy dzień, kiedy podniósł rękę na swoją żonę.
Pierwszy dzień wieloletniego piekła.
Młody Fumiya ukrywał się w pokoju wraz z Sue, przeklinając się w myślach, wiedząc, że nie może nic zrobić, gdy słyszał krzyki i płacz mamy. Ale był tylko bezsilnym dzieciakiem. Znów oberwałby. A mama prosiła go, by uspokajał Sue. Więc robił to – zamknięty w małym, ciemnym pokoju pod kluczem, modląc się o pomoc.
Bóg, o którym uczyła go mama najwyraźniej był zbyt zajęty, by go usłyszeć.
I tak mijały lata. Z każdym rokiem był coraz silniejszy, ale wciąż zbyt słaby by móc bronić zarówno Sue i mamy. Obiecywał sobie, że musi poczekać i dopiero wtedy będzie mógł walczyć. Powtarzał to mamie, gdy kładła ich spać i głaskała ich po głowie drżącą spuchniętą dłonią. Uśmiechała się wtedy ciepło, jakby patrzyła na cały swój świat. Czasami, kiedy Sue jeszcze nie spała i mama była mniej zmęczona po całym dniu pracy i po kłótniach z mężem, siadała przy dzieciach na łóżku i zaczynała śpiewać im kołysankę.
Najsłodszą piosenkę, śpiewaną przez najcudowniejszy głos.
You are my sunshine, my only sunshine
You make me happy when skies are gray
Fumiya uwielbiał zasypiać przy dźwięku głosu mamy, który koił i dodawał mu siły. Pozwalał myśleć, że za niedługo będzie wystarczająco silny, by je obie obronić.
You'll never know dear, how much I love you
Tak bardzo kochał te krótkie cudowne chwile, że zasypiał nim zdołał usłyszeć jak mama drżącym, płaczliwym głosem dośpiewuje Please don't take my sunshine away.
Niestety jego matka nigdy nie doczekała momentu, gdy jej syn dorośnie i będzie w stanie ją obronić przed mężem. Fumiya kiedyś przeczytał, że Większość ludzi umiera w wieku 25 lat, ale czekają z pochówkiem aż do siedemdziesiątki. – są to słowa Benjamina Franklina. Nie mógł ich zrozumieć, dopóki nie zobaczył tego na własne oczy. Dopóki nie poczuł okrutnego ciosu w sam żołądek, gdy zdał sobie sprawę, że nawet nie zauważył momentu, w którym matka od nich odeszła. W którym pustka tak bardzo ją pochłonęła, że wstanie z łóżka była okropną codzienną bitwą.
Nieważne jak się starał, nie mógł znaleźć sposobu by ją z niej wyciągnąć, czując się jednocześnie winny i nie czując ponownie nic, gdy widział nieruchomą skorupę, wyglądającą przez okno szarymi oczami.
I tak właśnie można określić początek historii Fumiyi Sotomury, który w wieku raptem 14 lat poczuł się całkowicie sam wraz z despotycznym alkoholikiem w roli „ojca”, cienia dawnej kochającej matki i drobnej siostrzyczki, która nie mogła znaleźć swojego miejsca. Ale żył z dnia na dzień, robiąc to o co poprosiła go wiele lat temu mama – bronił Sue.
***
Fumiya siedział na lekcji matematyki wpatrując się w liczby jak zaklęty, chcąc dostrzec w tym tyle logiki i sensu ile nauczyciel. W pewnym momencie dostał papierową kulką w głowę. Obrócił się ofuczały, szukając wzrokiem sprawcy, ale przewrócił oczami, gdy dostrzegł zachęcający gest dłonią swojego dobrego kumpla. Nachylił się do niego konspiracyjnie, nie odrywając wzroku od nauczyciela.
- Co chcesz znowu, Satoshi? – szepnął.
- Idziemy z chłopakami po matmie na miasto, idziesz z nami? – wyszczerzył się do niego szeroko.
Fumiya, choć nie ważne jak bardzo by chciał, poczuł jak puste kieszenie obciążają jego plecy i doskonale wiedział, że jeśli pójdzie, nikt nie odbierze Sue ze szkoły i nikt nie dopilnuje, by ojciec choć na trochę wyszedł na zewnątrz, zostawiając udręczony dom w spokoju.
- Dzisiaj spasuję. – odpowiedział tylko z najlepszym fałszywym uśmiechem jaki był  w stanie z siebie wykrzesać na matematyce. 
- Weź, zawsze pasujesz! – jęknął jeszcze inny kolega.
- Fumiya, sztywniaku! – zaśmiał się Satoshi, ale machnął dłonią. – A rób co chcesz.
Fumiya zdążył tylko pokręcić głową z dezaprobatą, by napotkać karcący wzrok nauczyciela. Postarał się uśmiechnąć przepraszająco, ale matematyk i tak spojrzał na niego gniewnie.
- Sotomura, zostań chwilę po lekcji.
Czarnowłosy przeklął w myślach, ale potulnie przytaknął.
***
- Czy moje lekcje cię nudzą?
- Oczywiście, że nie profesorze. – unikał wzroku nauczyciela, wyprostowany jak struna. Spojrzał z przestrachem na zegar. Cholera, Sue już skończyła lekcje.
- Uważasz, że matematyka ci się nie przyda w dalszym życiu?
- Oczywiście, że nie profesorze. – przytaknął ponownie.
- Więc w takim razie dlaczego rozmawiasz na moich lekcjach? Lekceważysz mnie?
Chłopak zacisnął pięści.
- Oczywiście, że nie profesorze.
Doskonale wiedział, że nie tylko on zawinił. Ale życie z takim a nie innym ojcem pokazało mu, że nie liczy się czy masz rację, tylko czy masz władzę. Wystarczy się pokajać i potem pójść.
- Sotomura, masz już 15 lat. Co ty zamierzasz robić potem?
- Iść do liceum? – spytał niepewnie chłopak.
- Oczywiście. A potem? – nauczyciel spojrzał na niego chłodno. – Nie masz zbyt dobrych ocen, nie dostaniesz się na dobre studia. I co? Skończysz jak swój ojciec?
- Mam nadzieję, że nie, panie profesorze. – wycedził czarnowłosy.
Nauczyciel posłał mu jeszcze jedno wyniosłe spojrzenie, po czym kazał wyjść.
Fumiya wybiegł ze szkoły i skierował się szybko w stronę podstawówki. Sue już dawno skończyła lekcje. Cholera. Ach ci kochani dorośli. Od przedszkola powtarzają dziecku by mówić im o problemach, ale nawet gdy wiedzą, nie robią absolutnie nic.
***
Sue garbiła się jak najmocniej, prosząc w myślach, by mogła być tak samo niezauważona jak przez resztę dnia. Wiązała buty w kącie – przynajmniej próbowała – cała zgraja dzieciaków z podstawówki hucznie i ze śmiechem przetaczała się przez korytarze, a ona trzęsła się ze strachu.
Od zawsze nienawidziła tłocznych, ciasnych miejsc. Nienawidziła ludzi – nie wszystkich, ale każdą nowo spotkaną osobę. Byli podejrzani. Zawsze coś chcieli. Niczego nie dawali w zamian. Nie ufała im. Nie ufała nikomu. No, może z wyjątkiem bratu.
Dziewczynka podniosła swoje czarne oczy na zegar wiszący na ścianie w szatni. Fumiya się spóźniał. Naciągnęła szalik na nos, licząc, że uda jej się ukryć choć jeszcze na troszkę. Wskoczyła na ławeczkę i kurczowo ściskała swój plecak, zaczynając się kiwotać w przód i w tył. Zaszczękały jej zęby, ale powtórzyła sobie, że musi być silna.
Musi nie panikować.
Inaczej znowu braciszek będzie smutny.
A ona najbardziej na świecie nie chciała, żeby Fumiya smucił się jeszcze bardziej.
- Haha, jaka sierota! – nie zdołała zareagować, gdy któryś z chłopaków z jej klasy wyrwał jej plecak z rąk i pobiegł przed siebie, otoczony po chwilę grupką kolegów.
Sue nawet nie dała rady krzyknąć. Zeskoczyła z ławki i dużymi, przestraszonymi oczami powiodła wzrokiem po otoczeniu – jej koleżanki z klasy zachichotały pod nosem, ignorując to nieme błaganie po pomoc. Dziewczynka rozejrzała się z paniką po szatni, czując uścisk w płucach, a po kilku nieudanych zrywach wybiegła na dwór.
- Od… Oddawajcie to! – wykrzyknęła niepewnie, widząc, że chłopcy wysypują po kolei zawartość jej torby. – To moje!
Napotkała się jedynie z rozbawionym rykiem, gdy prawie poślizgnęła się na śniegu. Nie cierpiała zimna i zimy, a w tym roku była dość sroga, nawet jeśli było to południe kraju.
- Oddawaj to! – krzyknęła cicho, próbując złapać torbę. – Oddawaj!
Bezskutecznie sięgała rękoma do góry. Nawet gdy skakała, w całkowitej desperacji była od nich niższa. Zawsze była najniższa. Może to była dopiero 4 klasa, ale nadal wszyscy zaczynali przerastać ją o głowę. Sue, bliska płaczu, pociągnęła nosem i drżącą ręką sięgnęła po jeden z zeszytów, zamakających w śniegu. Któryś z chłopców kopnął go gdzieś dalej.
- Ej! – obruszyła się, ale nim się odwróciła dostrzegła uniesione ramię i jaskrawe wspomnienia, nawet z wczoraj przemknęły jej przed oczami, przywołując ból na policzku. Zasłoniła się od razu rękami, czując łzy w oczach.
- Fajtłapa! – roześmiał się ktoś, inny ją popchnął.
- Sierota! – krzyknął chłopak. – Sierota Sue!
Zaczęli zasypywać ją śniegiem, gdy nieudolnie próbowała wstać. Była na granicy histerii – okrutne wspomnienia z każdego dnia, wieczora lawirowały jej w głowie, odnajdując podobieństwa w gestach wykonywanych przez jej kolegów. Właśnie dlatego tak nienawidziła ludzi.
Wszyscy byli tacy sami.
- Wy bachory!
 Oprócz jej brata.
Sue nie odsłaniała nadal oczu, choć wygrzebała się ze śniegu i stanęła na nogi o własnych siłach. Słyszała gniew jakim ciskał w nich Fumiya – chłopak powstrzymywał się od szarpania się z nimi, ale sam jego głos przyprawiał chłopców o zawał. Nim Sue się obejrzała, jej oprawcy zbierali jej rzeczy prawie płacząc. Gdy Fumiya uznał, że to już koniec, pozwolił im odejść. Dzieci rozbiegły się w panice.
Sue nadal nie odkrywała oczu.
Jej brat kucnął przy niej i odsunął czule czapkę z jej oczu.
- Co tam księżniczko? – uśmiechnął się do niej promiennie. – Przepraszam za spóźnienie.
Nie mówiąc nic zarzuciła mu ramiona na szyję i czekała aż brat pogłaska ją po plecach i powie że wszystko będzie dobrze. Nie odrywała się od jego ramienia przez dłuższą chwilę, dopiero gdy uspokoiła oddech spojrzała na łagodną twarz czarnookiego i spróbowała się uśmiechnąć.
- Tak trzymaj. – rzucił pociesznie brat, widząc jej starania. Zarzucił fioletową torbę na jej plecy i kiwnął zachęcająco głową. – A teraz chodź. W domu jest niespodzianka!
- Niespodzianka? – spytała, wychylając się trochę bardziej zza ciepłej warstwy szalika. – Jaka?
- Jak ci powiem to już to nie będzie niespodzianka.
- Fumiyaaaaa…
- No nie jęcz mi tutaj, księżniczko, albo nigdy nie dojdziemy do domu! – zaśmiał się wesoło, zaczynając truchtać, a ona podążyła za nim na swoich krótkich nóżkach.
Zwolniła dopiero, gdy usłyszała szepty i szydercze okrzyki.
- Beksa!
- Sierota Sue!
- Sadako! (japońska zjawa, zresztą sami sobie zobaczcie)
Poczuła, że znów zaczyna panikować.
Fumiya jedynie naciągnął jej czapkę na oczy, tym swoim czułym, braterskim gestem i powiedział.
- Nie słuchaj ich.
A ona przytaknęła i przestała ich słyszeć. Chwyciła jego dużą, ciepłą dłoń i ścisnęła ją słabo.
- Po niespodziance pobawimy się trochę, co ty na to?
Uśmiechnęła się pod nosem, mrużąc oczy.
 - Uhm. – przytaknęła, czując ciepełko w środku.
Jej brat szedł z podniesioną głową, trzymając ją za rękę i uśmiechając się.
***
Było raptem po południe a on już nie miał siły udawać. Jednak wiedział, że musi. Zbyt dużo obiecał Sue by teraz zapaść się pod ziemię i szukać sposobu na zregenerowanie sił.
Trochę ich przybyło, gdy Sue roześmiała się głośno, wbiegając w głąb domu.
- Mamo, mamo! – jego siostra najwyraźniej też nie wierzyła własnym oczom. – Mamo, mamusiu, ty gotujesz!
I choć beznamiętność i pustka w oczach rodzicielki przerażała Fumiyę do granic, to jednak Sue zarzuciła mamie ręce na szyję i wyściskała ją z całej siły. Czarnowłosy uważnie obserwował ruchy matki, jakby bojąc się, że coś zrobi albo sobie, albo Sue. Napięcie lekko z niego zeszło, gdy Azawa pogłaskała córkę mechanicznie po głowie i wróciła do gotowania.
I tak była to największa ekspresja od miesiąca. Fumiya bał się, że trzeba będzie zaoszczędzić na lepsze leki „na uśmiech”, jak to nazywał lekarz. Nikt nie wiedział co dokładnie może jej pomóc. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że to załamanie psychiczne, zobojętnienie i dodali jeszcze kilka innych specyficznych terminów, które w niczym nie pomagały. Chłopak robił co mógł, by matka dostawała leki regularnie choć w najmniejszej dawce, ale i tak Azawa rzadko kiedy z własnej woli wychodziła z łóżka, a nawet jeśli musiał wmuszać w nią jedzenie. Przytakiwała mu, gdy wychodził do szkoły i prosił by spróbowała coś zrobić, ale i tak znajdywał ją siedzącą na krześle i patrzącą przez okno.
Sue pociągnęła nosem.
- Mamo, mamusiu, czy to naleśniki!? – wykrzyknęła zdumiona, po czym gwałtownie zakryła usta, kuląc się. Fumiya, który zdążył za ten czas poodwieszać zimowe kurtki, spojrzał na siostrę z przestrachem, ale szybko zdał sobie sprawę z powodu jej paniki.
- Spokojnie, ojciec wyszedł.
- Ojca nie ma? – spytała Sue podejrzliwie. – I nie wróci?
- Wrócić wróci. – syknął Fumiya, nie mogąc zneutralizować nienawiści. – Ale póki co mamy calutki dom dla siebie! – dodał szczerząc się.
- Calutki? – powtórzyła siostra, a jej oczy zaświeciły się.
- Calusieńki! – wykrzyknął, biorąc dziewczynkę pod ramiona i kręcąc się z nią w powietrzu. Sue roześmiała się perlistym, niewinnym śmiechem.
Fumiya uśmiechnął się z bólem. Warto było się męczyć dla jej śmiechu.
- Proszę… kochanie… - wydukała słabo matka, stawiając przed córką talerz naleśników. – Twoje ulubione… - dodała szeptem, po czym zaniosła się kaszlem. Fumiya doskoczył do niej od razu, ale kobieta pogłaskała go tylko po ramieniu, pokazując, że będzie w porządku.
Czarnowłosy jednak delikatnie posadził matkę przy stole, a sam przysunął sobie stołek. Słuchał opowieści Sue, o jakiś wróżkach z którymi ostatnio się zaprzyjaźniła, a w międzyczasie ścisnął dłoń matki pod stołem, starając się jej pokazać jak bardzo szczęśliwy jest, że zrobiła cokolwiek. Że odezwała się. Praktycznie rozpłakał się, gdy mama delikatnie odwzajemniła uścisk.
Musisz być pełnoletni, Fumiya, powtórzył sobie w duchu, potem znajdziesz jakąkolwiek robotę i zabierzesz je od tego potwora.
***
 Popołudnie mijało nadzwyczajnie przyjemnie i pogodnie. Słońce delikatnie wdzierało się do odrapanej kuchni, w której siedziała cała rodzina. On, Sue i jego matka. „Ojca”, a raczej jego marnej karykatury nigdy do niej nie zaliczał. Matka usiłowała coś posprzątać, zaszyć jakąś starą koszulkę – mimo wszystko nadal nie ocknęła się z letargu i czasami zaczynała mamrotać tylko do siebie niezrozumiałe słowa. Ale i tak jest lepiej, powtarzał sobie Fumiya.
I tak jest lepiej.
Przewrócił stronę w podręczniku od fizyki i spojrzał kątem oka na rysuneczek rysowany przez Sue. Na chwilę oderwał się od nauki i zapatrzył się ze smutkiem na przybory dziewczynki – pisaki ledwie zostawiały jakieś kolory na kartce, a kredki zaczynały być krótsze nawet od palców siostry. Nie odrywał wzroku od wprawnych, dziecięcych pociągnięć na kartce. Nie był w stanie nawet zaoszczędzić na najtańsze kredki dla siostry.
- Nie podoba ci się? – spytała się Sue z przestrachem, przestając rysować w pewnym momencie. Fumiya ocknął się z zamyślenia, patrząc się ze zdziwieniem na siostrę i mrugając kilkakrotnie. – Posmutniałeś.
- Ja? Smutny? Gdzie tam! – roześmiał się. – Ślicznie rysujesz, Sue.
Siostra popatrzyła się na niego lekko spode łba, jakby do końca nie kupiła kłamstwa. Nie był tylko pewny w którą część nie uwierzyła – w tą o rysunku, czy o szczęściu. Gdy dziewczynka powróciła do tworzenia, pstryknął ją w głowę, na co nadęła policzki, a on zaśmiał się cicho.
Jego cichy, teraz niczym niewymuszony śmiech przerwał drżący głos matki.
- Fumiya…
Chłopak zerwał się z krzesła jak oparzony i podbiegł do Azawy. Kobieta tylko pokręciła głową, gdy chciał ją podtrzymać, jakoś pomóc i skinęła lekko głową przez okno. Chłopak zaklął bezgłośnie pod nosem, widząc ojca daleko na ścieżce wiodącej do domu.
Mężczyzna wyglądał na mocno zdenerwowanego (czyli jak zawsze), ale czasami coś wykrzykiwał, czasami tracił równowagę i zataczał się.
Fumiya syknął jeszcze raz, po czym obrócił się do siostry i uśmiechnął się ciepło.
- No to co, Sue? – kucnął przed nią i położył swoje dłonie na jej ramionach. – Robimy sobie przerwę i idziemy się pobawić? – siostra delikatnie przytaknęła głową, patrząc się z narastającym strachem w stronę okna. – Zuch dziewczynka. Pójdziesz teraz z mamusią do naszego pokoju i jestem pewien, że mamusia z chęcią pobawi się z tobą w zamek. Prawda, mamo?
Kobieta patrzyła się z na niego z uporem.
- Zostanę i pogadam z mężem.
- Mamo, proszę… - Fumiya nadal silił się na spokojny głos, widząc oczyma wyobraźni jak ojciec wchodzi do domu i zastaje ich w trójkę nic nie robiących.
- Jestem twoją matką, Fumiya. – odchrząknęła Azawa. – Więc dam sobie z nim radę. A poza tym… - przejechała czule po jego głowie. – Chyba ty obiecałeś Sue, że się z nią pobawisz?
- Mamo… - Fumiya obrócił się jeszcze z prośbą w oczach, ale Sue pociągnęła go za rękaw, posłała mu spojrzenie jej dużych, czarnych jak węgiel oczu i musiał się zgodzić. – No dobrze. Ale jakby co wołaj mnie od razu.
Matka już nic więcej nie powiedziała, a on zaciągnął siostrę do ich wspólnego pokoju. Jego koledzy od zawsze wyśmiewali go, że musi dzielić go z młodszą siostrą, ale dla niego było to błogosławieństwo. Zwariowałby, gdyby podczas bezsennych nocy nie miał słyszeć kogoś innego w pokoju.
Gdyby podczas leżenia w ciemności był kompletnie sam.
Uśmiechnął się, kiedy Sue wyciągnęła spod łóżka swój plastikowy diadem. Klęknął przed nią dostojnie i ukłonił się.
- Czy księżniczka pozwoli? – spytał i włożył jej we włosy koronę.
Siostra już zaczynała się uśmiechać, gdy nagle spochmurniała, zastanawiając się nad czymś.
- Dlaczego skoro ja zawsze jestem księżniczką, ty jesteś rycerzem? Nie powinieneś być księciem jako mój brat? – przekrzywiła głowę.
Fumiya zaśmiał się.
- A na co takiej małej, uroczej księżniczce brat-książę? – poczochrał ją po włosach. – Nie lepiej mieć takiego przystojnego, dostojnego rycerza, który zawsze cię będzie bronił? – spytał teatralnym głosem.
- Nie jesteś przystojny.
- Uch, godzisz proste w serce me, księżniczko. – jęknął z bólu, osuwając się na ziemię.
Siostra zaczęła nim szturchać, ale uparcie udawał martwego, dopóki nie zaczęła go łaskotać. Po kilku sekundach walki, roześmiał się.
- Dobra, Sue, już, przestań. Sue… Przestań! – roześmiał się w glos, wraz z siostrą-sadystką, która ani myślała, by się nad nim zlitować.
Urwała swój wesoły śmiech dopiero, gdy drzwi od domu trzasnęły i rozległ się donośny baryton ojca. Skuliła się od razu, ale Fumiya poderwał się i usiłował oderwać jej uwagę od obelg jakimi zaczął raczyć matkę na powitanie. Jednak nie ważne jak bardzo wczuwał się w rolę, głos mężczyzny był zbyt głośny by go nie słyszeć, a oni zbyt bali się, by roześmiać choć trochę głośniej.
- Widzę, że wstałaś w końcu z tego popierdolonego krzesła, leniwa kurwo!
Sue skuliła się po raz kolejny, tym razem na trochę dłużej. Fumiya spojrzał na nią z troską, ale nim zdążył ją dźgnąć, by rozluźniła się ponownie, ojciec znów zaczął wrzeszczeć.
- Jesteś chodzącą porażką! Powinnaś płaszczyć się przede mną jak przed panem, że w ogóle chciałem za ciebie wyjść, suko! Ty pasożycie!
Oboje zamknęli oczy, gdy usłyszeli tępy huk ciała upadającego na podłogę. Sue nie zdusiła szlochu i zakryła się rękoma. Fumiya nasłuchiwał czy ojciec skończy na tym, czy będzie musiał spróbować interweniować. Przez lata nauczył się, że im więcej osób napatoczy się ojcu pod nogi, tym gorzej ich wszystkich zleje na koniec.
- Cicho tam być, wy małe gówniarze! – ryknął w stronę schodów, na co Sue zakryła usta pięścią, byleby tylko nie płakać w głos. Fumiya momentalnie zamknął ją w klatce swoich ramion i zaczął kołysać w przód i w tył.
- Boję się… - wyszeptała zduszonym głosem.
- Jestem tu, jestem tu… - powtórzył, trzymając jej głowę pod brodą.
- Tak bardzo się boję… - przez jej drobne ciało przeszła kolejna fala szlochu, a on wciąż nie był w stanie zrobić nic, poza zapewnieniem jej, że tu jest.
- Dlaczego tata zawsze krzyczy na mamę? To nie jej wina… - mamrotała dalej pod nosem. – To nie jej wina… - powtórzyła cicho.
- Już cicho… Już spokojnie…
- Co to chore gówno!? Rysunki!? Co za strata czasu! CHOLERA JASNA!
Fumiya sam musiał zamknąć oczy, gdy usłyszał dźwięk dartego papieru. Przeklinał własną głupotę. Jak mógł zostawić to w tak widocznym miejscu. Idealnie, by ojciec znalazł kolejny powód, by wyładować się na nich wszystkich. Kiedy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła, zerwał się na równe nogi.
- Fumiya… - wymamrotała błagalnie Sue, a brat chwycił ją jeszcze za ramiona, spoglądając w jej duże, przestraszone oczy.
- Wiem, Sue, wiem. Nic mi nie będzie.
- Ale Fumiya…
- Schowaj się tam gdzie zawsze dobra? Bawimy się w chowanego. Znajdę cię jak będzie po wszystkim, dobra? Albo lepiej – mama cię znajdzie.
- Ale…
- No już. Zaczynam liczyć! – uśmiechnął się do siostry i jeszcze zdążył mruknąć pod nosem „dobra dziewczynka”, gdy Sue zaczynała się wdrapywać na górę szafy.
Wybiegł cicho z pokoju, niesiony niepokojem i adrenaliną. Znów przestał myśleć o tym, że był chudym piętnastolatkiem, a jego ojciec potężnym, byłym zawodowym bokserem. Przełknął ślinę, czując, że tym razem nie uda im się umknąć wszystkim przed ojcem i przeczekać jego agresji.
Podziękował niebiosom, gdy zobaczył matkę, podkulającą nogi w bardzo odległym kącie. Była przytomna, choć od razu dostrzegł, że pustka powróciła do jej oczu. Nawet na niego nie spojrzała, gdy chwycił ją zdecydowanym gestem za ramię.
Przez całe jego ciało przebiegł niepochamowany dreszcz nienawiści płynącej w stronę ojca, ale zdobył się na delikatny, kojący głos.
- Mamo, błagam idź do Sue. Po prostu tam idź i nie wychodźcie z pokoju, dobra?
Poderwał matkę do góry. Azawa była od niego od dawna niższa i lżejsza, więc bez problemu postawił ją na nogi. Usłyszał jakieś przekleństwa w sąsiednim pokoju i popchał matkę na schody. Kobieta zatrzymała się i nie ruszyła ani kroku dalej, będąc pochłonięta całkowicie szokiem.
- Błagam cię, nie rób tego dla mnie albo dla siebie. Dla Sue.
Odetchnął z ulgą, gdy matka weszła powoli po schodach, znikając za drzwiami pokoju w tym samym momencie, w którym ojciec wyszedł z salonu. Fumiya wstrzymał oddech, ale mężczyzna od razu zrozumiał co on zrobił.
- Ty mały, przebrzydły… - podnosił głos z każdym momentem, a chłopak automatycznie cofał się w stronę kuchni. – Zakłamany pasożycie! – ojciec huknął w niego, powalając go od razu na ziemię.
Fumiya był przyzwyczajony do tych ciosów. Mógł w każdej sekundzie podnieść się, uciec albo próbować walczyć. Ale nie miał wyboru. Za każdym razem, gdy tego próbował ojciec albo prawie łamał mu kości, doprowadzając do nieprzytomności i szedł spożytkować energię na matkę i Sue. Jeśli nie będzie robił nic poza jęczeniem, skupi się tylko na nim.
- Jak śmiesz się tak zachowywać, gówniarzu! – uderzył go jeszcze raz. – Skurwysyństwo z ciebie wyrasta! – od ciosu w twarz Fumiya stracił na chwilę kontakt ze światem. – Nie patrz się tak na mnie! – zdążył tylko zamrugać kilkakrotnie, nim znowu oberwał.
I znowu.
I znowu.
Przestał liczyć sekundy katorgi, gdy ojciec zaczął go okładać pięściami bez przerwy, przygważdżając do ziemi. Uśmiechał się w duchu, wiedząc, że facet za chwilę zmęczy się dostatecznie i albo wyjdzie z domu, albo znów zacznie chlać. Za każdym uderzeniem cieszył się coraz bardziej.
Zostawi matkę i Sue w spokoju.
Zawył z bólu, na co ojciec roześmiał się histerycznie.
Nienawidził siebie za to, że nie walczy.
Sue będzie bezpieczna.
Tak bardzo chciał go zranić.
Mama jest bezpieczna.
Tak bardzo, że byłby w stanie go zabić.
Ale póki co był zbyt słaby.
Mama i Sue były bezpieczne.
Zacisnął zęby mocniej. Jeśli leżenie na ziemi i pozwalanie się katować, miało je na ten czas ochronić – był w stanie to jeszcze znosić. Zawył ponownie, ale powtórzył w myślach. Zostawi matkę i Sue w spokoju.
Zostawi matkę i Sue w spokoju.
Zostawi je w spokoju.
Stracił kontakt z rzeczywistością.
***
 Fumiya podniósł się na drżących ramionach, rozglądając niewidzącym wzrokiem. Leżał na podłodze w kuchni. Zakasłał, podnosząc się chwiejnie i nasłuchiwał. W domu panowała cisza. Ojciec najwyraźniej wyszedł.
Podziękował w myślach, że przynajmniej dzisiaj nie tknął Sue.
Przeszył go dreszcz na wspomnienie ostatniego razu. Wtedy po raz kolejny puściły mu nerwy i zamiast udawać nieprzytomnego, rzucił się na ojca, wiedziony przez brawurę i adrenalinę. Skończyło się tylko na dwa razy gorszych siniakach, skręconej kostce i bezsilnym patrzeniu jak ten potwór znęca się nad jego matką i siostrą.
Nie było żadnego sposobu by z nim wygrać. Na razie.
Wtoczył się po schodach do łazienki i ledwo powstrzymał się od przekleństwa. Nie spoglądając dłużej na siebie w lustrze, odkręcił lodowatą wodę i wstawił głowę pod kran, choć trochę usiłując zahamować rozrastanie się siniaków.
Znowu nie będzie mógł się pokazać w szkole.
Fumiya zrezygnował nawet z frustracji.
***
Tygodnie mijały, a nie zmieniało się kompletnie nic. Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym dniem Fumiya miał wrażenie, że jest coraz gorzej. Ojciec znalazł sobie „przyjaciół” i teraz albo przesiadywali całe dnie w jakimś tanim barze, albo u nich w domu. Z jednego potwora, zrobiło się kilka.
Chłopak przewrócił kolejną stronę w podręczniku, choć tak naprawdę słowa zawarte w nim wydawały mu się być obojętne.
Ojciec kilka dni wcześniej wyrzucił ostatnie leki matki, a nie miał pieniędzy by kupić ich więcej. Ołówek, który trzymał w dłoni złamał się na pół. Nie miał pojęcia jak matka poradzi sobie przez co najmniej 3 tygodnie bez czegokolwiek. Raptem po dwóch dniach zaczęła tracić siły i pogrążać się w bezdennym chaosie, w jakim zamknęła swój umysł. Spojrzał na kalendarz, klnąc w myślach. Termin wizyty u psychiatry minął już dawno.
„Skończysz jak swój ojciec”.
Ponownie przeszył go dreszcz, na wspomnienie tych słów. Nie pamiętał nawet kiedy i w jakiej sytuacji nauczyciel do niego to powiedział. Jedyne co utkwiło w jego pamięci to ta odraza na twarzy mężczyzny. Uniósł powoli swoje dłonie, patrząc się na nie beznamiętnie.
Czy będę taki jak ojciec?
Spojrzał kątem oka na Sue, która już spała. Robiło mu się niedobrze na samą myśl o tym, że byłby w stanie zrobić krzywdę komukolwiek, ale jednak dzień w dzień chciał zabić ojca. Powtarzał sobie, że to co innego, ale okłamywał sam siebie. Wiedział, że prawdopodobnie zdobyłby się na gorsze rzeczy niż obecnie ojciec. Nie skrzywdziłby by Sue, ani matki, ale… innych tak. Inni nie obchodzili go.
Jedyne czego pragnął, to wyciągnąć te dwie niewinne osoby z tego piekła.
W pewnym momencie usłyszał przeraźliwy wrzask. Zerwał się jak oparzony z krzesła i wypadł z pokoju. Podświadomie wiedział, gdzie pobiec. Wpadł do pokoju matki, przypadł do łóżka i starał się ją uspokoić.
- On tutaj idzie!!! – wrzeszczała.
- Zostaw mnie!!!
- Puść mnie!
- Zabijcie mnie, błagam, błagam, błagam…
Te napady paniki, strachu, obłędu przerażały go to szpiku kości. W końcu nadal, przez cały ten czas był dzieckiem, które widzi swoją matkę u kresu szaleństwa. Jednak musiał coś zrobić. Chwycił mamę za ramiona i zaczął nią potrząsać.
- Mamo, mamuś, mamusiu…
Kobieta patrzyła przez niego w jakiś odległy punkt, szepcząc coś niezrozumiałego.
- Mamo to tylko zły sen.
- Błagam, błagam, błagam…
- Mamo, proszę, posłuchaj…
- ZABIJ MNIE!!!
- Mamo! Mamo, proszę!
Jej wrzaski przeszły w kolejne fazy bezładnego, nieopanowanego wrzasku. Tym razem nie ważne jak długo siedział przy matce, kobieta nawet na chwilę nie odzyskała świadomości. Jej wrzaski przedzierały się przez każdy zakamarek domu. Fumiya dziękował w myślach, że ojciec wyszedł gdzieś wieczorem. Przynajmniej obędzie się bez batów.
- Nienawidzę cię! Nienawidzę was wszystkich! Wszystkich! WSZYSTKICH!!! Aaaaaaaaaa…. – jej wrzaski w pewnym momencie przeszły w charkot, a kobieta ucichła i opadła z sił. Najwyraźniej tym razem jej gardło nie wytrzymało. Zasnęła błyskawicznie.
Fumiya z ulgą wypuścił jej nadgarstki z uchwytu i delikatnie położył ją z powrotem do łóżka. Otarł z czoła kropelki potu. Kiedyś, nim psychiatra przypisał matce te tabletki, ten koszmar powtarzał się co noc. Fumiya był młodszy i słabszy, a przytrzymywanie jej rąk było jedną wielką szarpaniną. Teraz przynajmniej miał sił na tyle, by kobieta nie zrobiła sobie krzywdy sama sobie.
Chłopak zamknął za sobą drzwi do sypialni, opierając się ze zmęczeniem o ścianę. Nie miał pojęcia jak matka wytrzyma do momentu, aż znajdzie jakieś pieniądze na leki. Nie miał nawet pojęcia, czy tabletki zadziałają znowu, jeśli raptem kilkudniowa przerwa cofnęła matkę do czasów sprzed kuracji. Wszedł po drodze do łazienki, by przemyć twarz zimną wodą.
Sue leżała cała nakryta kołdrą, trzęsąc się, gdy Fumiya wrócił do ich pokoju. Rozejrzał się beznamiętnie po pokoju, choć serce pękało mu na kawałki. Zapalił lampkę na biurku i usiadł obok siostry.
- Sue, Sue… - potarmosił nią lekko. Siostra nakryła się jeszcze bardziej pociągając nosem. Brat chwycił ją delikatnie za ramię. – Sue, słoneczko, posłuchaj… Obiecuję ci… Jeszcze nie wiem kiedy, ale obiecuję ci… - zniżył glos do szeptu. – Że was stąd wyciągnę. Was obie. I ciebie, i mamę. Wyjedziemy gdzieś daleko, bardzo daleko…
- Nie kłam.
Dwa niewyraźnie słowa, które wydobyły się spod kołdry zamroziły go zupełnie. Sue przełknęła łzy i dodała jeszcze jedno zdanie, które sprawiło, że zabrakło mu tchu.
- Mamy już nie ma.
Puścił siostrę, nie wiedząc nawet jak zareagować na falę płaczu, która nadeszła po tym. I patrząc się przed siebie, szeroko otwartymi oczami, prosto w pustkę, zdał sobie sprawę z ich sytuacji.
Nie wiedział nawet, kiedy zaczął nucić ulubioną kołysankę ich mamy, ale przestał, gdy Sue ponownie zasnęła.
***
Sue siedziała w szkolnej ławce, spoglądając gdzieś daleko poza okno. W pewnym momencie odruchowo naciągnęła rękawy koszulki, by przykryć blaknące już siniaki. Weszło jej to w nawyk i nawet nie szukała luźniejszych koszulek.
- Nie jest ci w tym za gorąco? – pytali czasem koledzy z klasy, gdy akurat nie mieli zamiaru jej wyśmiewać, czy szydzić.
- W porządku. – rzucała tylko, uśmiechając się.
Nauczyła się tego od brata.
Nawet jeśli Fumiya był dobrym aktorem, udając przez całe życie, że wszystko w porządku, to nadal był jej bratem i doskonale wiedziała, że okłamuje ją.
Mogła być sobie małą dziewczynką, ale nie musiała być głupia.
Wyłączyła się z dalszej części godziny wychowawczej. Nauczycielka i tak rozprawiała o zakończeniu roku i tym podobnych sprawach, więc nie musiała się martwić. I tak pójdzie tutaj do kolejnej, piątej już klasy. Zastanawiała się co zrobi jej brat, który powinien myśleć nad wyborem liceum, a od paru miesięcy notorycznie opuszczał lekcje, nie mogąc pokazywać się z tymi wszystkimi siniakami, z jakimi kończył po codziennych spotkaniach z ojcem.
Ostatnio robiło się to coraz gorsze. Nie ważne nawet czy Fumiya oponował, czy nie, ojciec zawsze resztki sił wyładowywał na niej.
Sue wzdrygnęła się, zamykając oczy.
Wszystko szło jeszcze gorzej. Szczególnie jeśli chodziło o mamę. Fumiya nie wiadomo skąd wytrzasnął odpowiednią sumę pieniędzy na leki dla matki, ale nawet po kilku tygodniach ze zwiększoną dawką oraz wizytami u psychiatry, nic nie dawało. Sue nie do końca rozumiała co dzieje się z Azawą. Po prostu kuliła się w kącie za każdym razem, gdy mama zaczynała wrzeszczeć.
- Jeśli chodzi o wycieczkę, to tak jak wspomniałam, nasz projekt wygrał, więc cała klasa ma wszystko opłacone, wystarczy tylko złożyć się na autokar. Przekażcie rodzicom, żeby do końca tego tygodnia dali wam po 950¥ (ok. 35zł).
Sue ocknęła się gwałtownie słysząc sumę. Zerknęła kątem oka na kalendarz i lekko posmutniała, zdając sobie sprawę, że nie ma szans na jakiekolwiek drobne pod koniec maja. Hardo postanowiła nawet o tym nie wspominać. Podrobi jak zwykle zwolnienie z wycieczki i zaszyje się gdzieś w parku na cały dzień. Może Fumiya znowu nie zorientuje się przedwcześnie.
- Jeśli macie starsze rodzeństwo dajcie znać, mamy kilka wolnych miejsc.
Dziewczynka od razu pomyślała o bracie, choć to była tylko przejściowa myśl. Nie wyłuskaliby odpowiedniej ilości pieniędzy na nią samą, co dopiero na dwójkę osób. Spojrzała jeszcze na tablicę. Wycieczka na dwa dni do Kioto. Westchnęła ciężko.
Mimo wszystko chciałaby pojechać. Zobaczyć coś więcej niż to ciasne miasteczko. Coś, co chociaż powierzchownie dałoby nadzieję.
Nawet nie wiedziała, kiedy zdecydowanie podniosła rękę do góry. Wychowawczyni wpisała na listę ją i jej brata.
***
Fumiya podniósł się ociężale z łóżka około 16, po kolejnej drzemce. Słyszał jak matka znowu miała atak, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Ojciec doskonale wiedział, w które miejsca uderzać, by odczuł to jak najdotkliwiej, a jednocześnie sińce będą łatwe do ukrycia pod warstwą ubrań.
Gdy w końcu stanął chwiejnie na nogach, a mroczki zaczęły mu przechodzić, opętańcze wrzaski Azawy ucichły pod wpływem głośnego trzasku. Chłopak zmusił się do zrywu i o resztach szybko uchodzących sił wpadł do pokoju matki. Fala obrzydzenia i bólu przepłynęła przez niego, gdy zobaczył kobietę płaczącą panicznie na ziemi, a nad nią bezlitosnego potwora. Fumiya dopadł do matki, obejmując ją ramionami i delikatnie kołysząc, powtarzając jedyne zdanie jakie miało sens w tej chwili.
Jestem tutaj, jestem tutaj.
Nienawidził faktu, że nie jest w stanie zrobić nic więcej niż być.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy… - warknął ojciec, spluwając na ziemię obok niego. Fumiya zastygł na chwilę, czujnie słuchając mężczyzny. Akino jakoś inaczej formułował zdania. Chłopak zastygł w bezruchu. – I co sterczysz jak ten idiota!? – warknął ponownie mężczyzna, podrywając go za kar do góry.
Fumiya rozszerzył oczy, gdy nie wyczuł od niego alkoholu. Nie mógł w to uwierzyć. Ojciec przyszedł do domu trzeźwy.
- Nie zachowuj się jak niedojebane dziecko! – mruknął na niego, ciskając nim o ścianę. Chłopak ugryzł się w język i wydał tylko zduszone westchnienie. Nim nawet zdążył odzyskać równowagę, ojciec znów chwycił go i zamknął jego szyję w uścisku.
- A-akino… - wydukała matka, spoglądając na niego z przerażeniem.
- Mamo… - Fumiya spróbował coś powiedzieć, ale uścisk na jego szyi tylko się zwiększył.
- Akino, proszę… cię… - Azawa dukała słowa po kolei, ale widać było, że choć na chwilę odzyskała świadomość tego kim jest i gdzie jest.
- STUL PYSK, STARA KURWO! – jej mąż kopnął ją ponownie, podnosząc głos. Gdy kobieta ponownie skuliła się ze strachu, zawodząc, kopnął ją drugi raz i już zamierzał się do trzeciego, gdy Fumiya z całej siły wbił mu piętę w stopę.
- TY MAŁY KURWIU…. – zaczął tubalnym głosem, ale po chwili uśmiechnął się złośliwie. – A no tak… Prawie bym zapomniał z tobą porozmawiać, gówniarzu.
Akino najzwyczajniej świecie odwrócił się od znieważonej kobiety, która zakrywała się rękoma, drżąc w nieokreślonych drgawkach i odciągnął od niej syna, jak szmacianą lalkę.
Fumiya ledwo złapał oddech, gdy ojciec ponownie cisnął go na ziemię, tym razem w salonie. Nabrał łapczywie powietrza, podczas gdy ojciec zaczął wyciągać alkohol. Chłopak nie podnosił się z ziemi, śledząc bacznie ruchy ojca, jak upolowana zwierzyna, która nie miała szans na ucieczkę. Akino roześmiał się szyderczo, siadając ciężko na rozwalającą się kanapę.
Fumiya od razu zerwał się na nogi, ignorując wszystkie bóle, które rozeszły się ze zdwojoną siłą, przy gwałtownym ruchu, i zmierzył ojca nienawistnym pogardliwym spojrzeniem.
- Chciałeś gadać. – warknął.
- Kurwa, będę z tobą rozmawiać, kiedy mi będzie pasowało, dotarło, kurwiu? – ojciec splunął w jego kierunku, po czym odkorkował wino i wziął duży łyk. Wino ściekało mu kątem ust. – Słuchaj mnie, gnoju. Jestem twoim zasranym ojcem, więc przychodzę do ciebie z interesem.
- Pierdol się.
Fumiya ledwo uchylił się od kieliszka lecącego w jego stronę. Szkło rozbryzgnęło się na wszystkie strony, roztrzaskując o ścianę.
- Zachowuj się. – wycedził ojciec. – Znalazłem ci robotę.
- Czy nie ty powinieneś być żywicielem rodziny? – spytał ironicznie Fumiya, jednak z większą dozą ostrożności. Pijany ojciec był straszny, ale trzeźwy jeszcze gorszy. Człowiek o zdrowych zmysłach jest najbardziej niebezpieczny.
- Kurwa mać! – Akino trzasnął pięścią o stół, tak że Fumiya się wzdrygnął. Mężczyzna uśmiechnął się władczo, widząc strach w oczach syna, po czym rzucił zmiętą kartkę na stół.
- Co to jest?
- Twoja robota.
Fumiya przeczytał pobieżnie informacje na kartce, po czym przeniósł wzrok na ojca. Nawet nie wiedział co czuł. Strach, niedowierzanie, obrzydzenie, nienawiść. Wszystko zlało się w jedno uczucie, które powstrzymywał resztką sił. Gdyby ich brakło, nie byłby pewien, czy nie rzuciłby się na ojca z czymś ostrym w dłoni.
- Chyba popierdoliło cię do reszty!
Ojciec nie odpowiadał, pijąc wino jak zachłanne prosię. Czarnowłosy obserwował go. Jego czarne, tłuste włosy, brodę i przekrwione oczy.
Robiło mu się nie dobrze.
- Idź po to. Teraz.
- A kasę z niby skąd na to masz?
- KURWA, powiedziałem, że masz iść!
- Matka nie ma pieniędzy na leki, a ja mam…
Ojciec zerwał się gwałtownie, uderzając go pięścią w brzuch.
- Spróbuj coś przekręcić, a obedrę twoją matkę ze skóry. – wysyczał.
- Spróbowałbyś. – wydusił z równą nienawiścią, podnosząc się. Ojciec uderzył go znów, choć tym razem chłopak zablokował cios na tyle, by nie upaść.
Akino posłał mu wyniosłe spojrzenie i jedyne co mógł zrobić chłopak to wziąć pieniądze od ojca i wyjść. Doskonale wiedział, że mężczyzna zrobiłby to. To i o wiele gorsze rzeczy. Fumiya trzasnął drzwiami.
Jego bezsilność go porażała. Jego strach go brzydził, za każdym razem, gdy nie wiedział co zrobić, gdy widział jak ojciec znęca się nad matką. Brzydził się sobą, gdy w środku nocy dochodził do wniosku, że lepiej byłoby wyciągnąć stąd tylko Sue.
Zacisnął zęby, biegnąc przed siebie.
Nienawidził siebie tak bardzo, gdy zdawał sobie sprawę, że matka dokłada mu tylko kolejne ciężary. Leki, zerwane noce, kolejne powody, by ojciec ich tłukł. Obłęd jaki panował w tym domu wykańczał go.
W pewnym momencie zahamował, zwolnił bieg. Przejazd kolejowy przed nim był zamknięty, a pociąg spokojnie przetaczał się po szynach, mknąc gdzieś daleko stąd, Fumiya mógł myśleć tylko o sumie pieniędzy ciążących mu w kieszeni i o ucieczce gdzieś daleko.
Ale to były tylko myśli.
***
Zastanawiał się, czy tak teraz będzie wyglądać jego życie.
Starał się nie rozglądać, choć nie mógł powstrzymać się od rzucania ukradkowych spojrzeń, każdemu, kto go mijał. Nie spodziewał się, że w ich małej mieścinie czarny handel będzie kwitł tak samo dobrze jak w stolicy. Fumiya miał ochotę splunąć na to wszystko, ale zacisnął zęby i sprawdził jeszcze raz adres.
Cała zacieniona uliczka cuchnęła alkoholem, szczynami i krwią, chłopak ledwo powstrzymywał się od zwymiotowania. Gdzieniegdzie leżeli upici, może martwi ludzie, przemycony towar  przechodził błyskawicznie z rąk do rąk. Fumiya miał wrażenie, że pewna grupka młodych, nabitych mężczyzn ma dłonie ubrudzone krwią, a przy boku przyczepione miecze.
Serce zabiło mu mocniej.
Oczywiście, że zdawał sobie sprawę, że płatni zabójcy stają się tak samo popularni jak jeszcze przed wojną, wszyscy plotkowali o tym w szkole, jakby temat nie obracał się wśród czystej rzeźni tylko nowej kolekcji ciuchów, ale nie przypuszczał, że natknie się na nich nawet tutaj.
Nagle poczuł się strasznie słaby, ze swoją cherlawą budową, zapadniętymi oczami i przydługimi włosami, które wpadały mu do oczu.
Ułamek sekundy później, ktoś wciągnął go do klatki schodowej pobliskiego domku. Chłopak automatycznie wyrwał się, ale najwyraźniej facet, którego szukał znalazł go sam.
- Masz hajs? – wycharczał, ściskając czarnowłosego za przedramię. Chłopak warknął wyrywając rękę.
- Najpierw towar.
Facet roześmiał się i cisnął mu w twarz foliową saszetkę z kilkoma gramami zioła. Fumiya spojrzał na to z odrazą i wcisnął w najgłębszą kieszeń, po czym rzucił facetowi zmięty banknot.
- Widzę, że nie jesteś w ciemię bity, Sotomura.
Chłopak zignorował go i zaczął wycofywać się w uliczkę, ciągle jeszcze zwrócony ku dilerze, cały czas gotowy do bronienia się. Facet najwyraźniej dostrzegł jego napięte mięśnie i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Po co te nerwy, młody. – roześmiał się tubalnym basem. – Ojczulek wysłał cię tu pierwszy raz, co?
- Proszę nie nazywać tego gnoja moim ojcem. – wysyczał. – A teraz wynoszę się stąd. Nie spędzę tu ani jednej sekundy więcej niż trzeba. – już stawiał pierwszy krok na ziemię, ale facet znów wciągnął go do klatki schodowej ponownie, jednak nie zdążył się nawet odezwać.
Fumiya wyprowadził cios nim w ogóle pomyślał, a jego pięść chybiła tylko dlatego, że zorientował się, że mężczyzna mu nie zagraża. Wyprostował się, korzystając ze swojego jedynego atutu – wzrostu – i odepchnął faceta ramieniem.
- Czego jeszcze chcesz. Kasa się zgadza. – splunął na ziemię, przybierając morderczy wzrok.
- Widzę, że umiesz się bić. Szkoła tatusia, co? – znów roześmiał się, ale ucichł pod nienawistnym spojrzeniem czarnych oczu chłopaka. – Nie miałbyś ochotę wykonać dla mnie jednej roboty? Mojego starego „pomocnika” przymknęli ostatnio.
- Daruj pan sobie. – warknął Fumiya, wychodząc.
- Zapłacę ci za to 5000¥ ( ok. 185zł.)
Chłopak zatrzymał się gwałtownie. To nawet więcej niż potrzebował na leki matki. Już miał się odwrócić, gdy dotarło do niego, że da się jedynie zmanipulować. Nie miał zamiaru dać wciągnąć się w takie życie. Łatwo do niego wpaść, ale nie sposób wydostać.
Czarne pieniądze nie uratują nikogo.
- Za takie marne pieniądze się nie sprzedam. – wycedził przez zęby, posyłając dilerowi mordercze spojrzenie. Ten jedynie roześmiał się któryś raz z kolei.
- Przypominasz ojca, młody. I jeszcze tu wrócisz. – zawołał za nim, ale czarnowłosy przyśpieszył, ignorując go.
Brzydził się sobą, gdy niewielka suma pieniędzy nadal mamiła go słodkimi kłamstwami w myślach.
***
Fumiya wracając, zaszedł do parku. Sue ostatnimi czasu lubiła spędzać tam czas do wieczora, usiłując zaszyć się z dala od domu tak długo jak mogła. Chłopak widział, że dziewczynka zaczęła dojrzewać psychicznie szybciej niż oczekiwał i w jej oczach pojawiało się zrozumienie, gdy matka znów popadała w obłęd.
Bał się tylko, że w końcu żadne z nich nie da rady sobie z tym ciężarem.
Znalazł dziewczynkę przy jednej z ławek, skrobała coś na skrawku papieru, choć jej oczy były gdzieś daleko poza rysunkiem, skupione na przyszłości, którą chciała widzieć.
- Chodź Sue. – powiedział cicho, stając za nią. – Wracajmy do domu.
- Nie chcę. – odparła dziewczynka cicho. – To nie jest dom.
Fumiya usiadł obok niej na ławce.
- Póki co jeszcze jest. Ale uciekniemy z niego już niedługo.
- Kiedy? – spytała, podnosząc na niego duże, czarne oczy.
- Kiedy stuknie mi 18-stka. Braciszek będzie dorosły i coś wymyśli. – uśmiechnął się do niej, głaskając siostrę po włosach.
Dziewczynka nadęła policzki, po czym wcisnęła rysunek do tornistra i wstała. Chłopak również podniósł się ociężale i rodzeństwo zaczęło powoli iść naprzód. Zawsze naprzód.
Fumiya nigdy nie umiał docenić piękna ich miasteczka. Czasem docierało to do niego, gdy zachodzące słońce zostawiało żarzącą się czerwień na ciemniejącym niebie, oświetlając reszkami sił malownicze uliczki, ale zazwyczaj podziwianie jego malowniczości wydawało mu się niewłaściwe. Myślenie o tym jak „ładnie jest” było nie w porządku, gdy zaraz po powrocie do domu, wszyscy znów byli pogrążani w strachu przez ojca. Ostatnimi czasy też przez matkę.
- Fumiya! – Sue pociągnęła brata ze zniecierpliwieniem za rękaw koszulki.
- Słucham, księżniczko. – uśmiechnął się do niej przepraszająco, gdy pokazała mu język. – Wybacz, zamyśliłem się.
Dziewczynka spoglądała na niego bacznie przez chwilę, ale potem puściła jego nadgarstek, wpatrując się w brukową kostkę.
- Organizują u mnie wycieczkę klasową. – odparła cicho, nie wierząc, że to mówi.
Fumiya poczuł jak kolejny odłamek szkła wbija się w jego serce. Kalkulował wydatki jak mógł, czując jak czas na danie odpowiedzi kurczy się, ale nie mógł znaleźć sił by przytaknąć. Spojrzał na siostrzyczkę z bólem w oczach – dziewczynka na całe szczęście nadal wpatrywała się w chodnik.
- Sue, posłuchaj… - zaczął załamującym się głosem.
- Ja wiem. Wiem! – przytaknęła ze złością, kopiąc kamyk. – Nie mamy na to pieniędzy. Nigdy nie ma pieniędzy… - dodała ze smutkiem. – Ale powiedzieli, że można zapisać starsze rodzeństwo… I to tylko raptem 950¥
Fumiya poczuł smutek, gdy przypomniał sobie pustki w lodówce. Nie mieli nawet czasem możliwości zrobić śniadania do szkoły czy zjeść 3 konkretnych posiłków dziennie, a wycieczki… Jednak nie mógł znaleźć słów jak odmówić siostrze.
Tak bardzo chciał zapewnić siostrze dobrobyt, sprawić by mogła chodzić cały czas roześmiana. Tak bardzo pragnął kupić jej te durne kredki, że prawie płakał nad swoją bezsilnością.
- Pomyślałam, że przyda ci się chociaż jeden dzień odpoczynku… - wymamrotała jeszcze, chowając brodę w kołnierzu.
Chłopak zatrzymał się gwałtownie, jakby uderzony obuchem i milczał. Jego siostra po kilku krokach odwróciła się, spoglądając z troską na starszego brata. Jej niepewność przeszła w dziecięce zdumienie, gdy zobaczyła, że Fumiya się uśmiecha. Uśmiecha się szczerze i pewnie.
- Braciszku..?
- Jedziemy na tę wycieczkę, Sue. – odparł krótko. – Masz rację. Zasługujemy na dzień wolnego od rzeczywistości. – roześmiał się.
Dziewczynka zamrugała gwałtownie oczami, przekrzywiając głowę.
Fumiya jednak roześmiał się jeszcze głośniej podrywając wątłą dziewczynkę do góry, okręcając się z nią o 360 stopni, po czym posadził ją sobie na ramiona. Sue od razu chwyciła go w panice za czoło.
- Braciszku?
- You are my sunshine, my only sunshine… - chłopak wydawał się jej nie słyszeć, ogarnięty nagłą radością. Chwycił siostrę na nogi, upewniając się, że nie spadnie.
- Coś się stało? Jesteś pewien?
- You make me happy when skies are gray… - chłopak przytaknął, nie przerywanie nucąc ulubioną piosenkę ich matki.
Sue w końcu uwierzyła mu, uśmiechając się ciepłym, dziecięcym uśmiechem, gdy po pustoszejących ulicach poniosły się kolejne wersy piosenki.
You'll never know dear, how much I love you
Please don't take my sunshine away.
***
Dochodziła północ i stary diler odprawił ostatniego klienta na dzisiaj. Musiał szybko się zwijać. Doskonale zdawał sobie, że po ilości przekrętów jakie wykonał w całym swoim życiu, grupka morderców, która przybyła do miasta, z chęcią załatwiłaby go za dogodną sumkę.
Przeliczał akurat zwitek pieniędzy, gdy zza zakrętu wyszedł jakiś młody chłopak. Szedł pewnym krokiem jakby chodził po takich miejscach przez całe swoje życie, ale gdy na jego twarz padło światło latarni, diler zdał sobie sprawę, że 15-latek jest tu dopiero drugi raz.
Nie mylił się. Chłopak pasował tu czy tego chciał czy nie.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy. – uśmiechnął się szyderczo.
Czarnowłosy stanął przed nim wyprostowany, śledząc go uważnie wzrokiem.
- Ta robota za 5000¥… - w oczach Fumiyi pojawiła się czysta rezygnacja ze wszystkiego. – Biorę ją.



4 listopada 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 16 ~ Czarna dziura

Rozdział 16

Czarna dziura
Wracałam do domu pociągiem. Nawet nie zastanowiłam się, gdy dostrzegłam go na stacji i wskoczyłam do losowego wagonu na chwilę przed odjazdem. Nie miałam biletu, nie miałam pewności, czy jadę w dobrym kierunku, nie miałam nawet pojęcia gdzie jest mój dom. Miałam wszystko gdzieś.
Jesteś moim najgorszym wyborem.
Nabrałam z trudem powietrza i stanęłam przy otwartym oknie. Oparłam czoło o szybę i skrzywiłam się lekko. Szkło nagrzało się przez cały słoneczny dzień, więc nie przyniosło mi upragnionego ochłodzenia. Jednak mimo to, nie zmieniłam pozycji i spróbowałam skupić wzrok za oknem. Po chwili zamknęłam oczy, chcąc pogrążyć się w ciemności.  
Zachowujesz się jak pieprzona egoistka.
Zagryzłam dolną wargę, z całych sił usiłując powstrzymać drżenie brody. Uspokój się, uspokój się, uspokój się, uspokój się, uspokój się, uspokój się. 
Jesteś tylko kobietą.
Otworzyłam oczy, czując jak przepełniają się łzami. W ustach miałam smak krwi, a metaliczny posmak sprawił tylko, że byłam coraz bliższa zwrócenia wszystkiego co miałam w żołądku. Spojrzałam za okno, wysoko, wysoko w niebo.
Słońce zbliżało się ku zachodowi, a gwiazd nadal nie było. Nie znalazłam tam nic w czym choć na sekundę znalazłabym ukojenie. Z każdą sekundą czułam jak coraz bardziej się rozpadam. Jakby moje płuca zapadały się, jakbym nagle oślepła, jakbym była głęboko pod wodą i nie mogła usłyszeć nic. Jakbym była samiutka w tym wielkim, bezkresnym świecie.
Świecie, który właśnie zwalił się w jednej chwili,  wszystkie jego filary zaczęły pękać, poddając w zwątpienie swoją prawdziwość, a ja miałam tylko dwie ręce by to wszystko utrzymać.
Sergio wiedział co powiedzieć, by zranić mnie jak najgłębiej.
Boli.
Tak bardzo boli.
Zakryłam twarz ramieniem, licząc że ludzie siedzący w tym samym wagonie w końcu odwrócą ode mnie swoje zaciekawione spojrzenia. Poczułam jak rękaw zaczął nasiąkać łzami. Cholera. Zaczerpnęłam łapczywie powietrza. Boli tak bardzo, że nie mogę oddychać.
Kocham go tak bardzo, że nie mogę znieść myśli, że to już koniec.
Kocham go mimo wszystko.
Kocham go mimo, że tak bardzo się za to nienawidzę.
Może wszystkie moje decyzje to jedno wielkie nieporozumienie. Gdybym tylko inaczej postąpiła, może… może z Sergiem poszłoby inaczej, może dostrzegłabym to co czuje Ricc, może Nico nie byłaby sama ze swoim problemem, może… może Constanza nie byłaby przykuta do wózka.
Może jestem tylko porażką.
Pociąg zatrzymał się ze zgrzytem na jakiejś stacji, a gdy zamglonymi oczami dostrzegłam znajome otoczenie, oderwałam się gwałtownie od szyby, zmierzając w stronę wyjścia. Ludzie spojrzeli po mnie, jakby widzieli wariatkę. Jakaś kobieta odsunęła ode mnie swojego syna. Ktoś inny zaproponował mi chusteczkę.
Przetarłam oczy, wzięłam głęboki oddech, mimo, że odłamki szkła wbijały mi się w zapadnięte płuca i poszłam przed siebie. Po prostu przed siebie.
Jakbym wcale nie była złamana.
Podniosłam głowę. Pozostałe mi godziny tutaj można zliczyć na palcach. Zostało zbyt mało czasu, by coś jeszcze zostało zmiecione w pył. Muszę… Muszę dać radę. Dam sobie radę.
Jednak życie chciało mi pokazać, że droga nigdy nie jest prosta. Że nigdy nie będzie łatwo. Że zawsze wszystko zostanie zniszczone, gdy będę tak blisko końca. Że nawet gdy pomyślę, że jestem zniszczona, ono zgniecie mnie, zdusi i rozmiecie w pył, pozwalając by wiatr poniósł mnie w nieznanym kierunku.
Nie wiedziałam, czy to zrządzenie od losu, czy zaplanowana akcja, ale wychodząc zza zakrętu, z pustką wymalowaną na twarzy, obojętnością, która miała mi pomóc po prostu dotrwać i dotrzeć do jakiegoś odludnego miejsca, wpadłam na ostatnią osobę, którą chciałabym teraz widzieć.
Giovanna zaklęła pod nosem, gdy zderzyłyśmy się ze sobą ramionami.
Sam jej widok sprawił, że poczułam się przytłumiona jeszcze bardziej. Wcale nie musiała się odzywać.
- Proszę, proszę. – posłała mi swoje najbardziej jadowite spojrzenie, uśmiechając się przebiegle. – A kogo my tu mamy?  - skrzyżowała ręce na piersi przyglądając mi się z rozbawieniem i obrzydzeniem równocześnie.
- Nie brzmisz na zdziwioną, suko. Nie mam czasu na rozmowę z tobą. – warknęłam, choć mój głos był beznamiętny i bezbrzeżnie zmęczony. Zaklęłam w głębi duszy, gdy wyminęłam ją. Uśmiechnęła się jak drapieżnik, który znalazł idealną ofiarę.
- Ależ, Blanca, Blanca, Blanca. – zacmokała z niezadowoleniem, doganiając mnie. – Jak to nie masz czasu dla swojej starej, dobrej przyjaciółki Giovanny? – zastąpiła mi drogę, rozkładając ramiona. – Wyglądasz na przybitą. Czy coś się stało? – spytała wyćwiczonym, słodziutkim głosem.
Obdarzyłam ją najbardziej nienawistnym spojrzeniem jakie mogło ukryć się z podpuchniętych, czerwonych oczach przepełnionych bezbrzeżnym bólem i błaganiem, by zostawić mnie w spokoju.
- Pokłóciliście się z Sergiem? – w jej głosie radość poniosła się echem, gdy położyła mi dłoń na ramieniu, jak dobra koleżanka.
Strąciłam ją gwałtownym szarpnięciem.
- Już ci powiedziałam, że nie mam zamiaru z tobą gadać.
- Ale ja sądzę, że powinnaś. – zarzuciła mi ramię na szyję i przyciągnęła do siebie jak siostrę. – Zwłaszcza, że mam ci do powiedzenia coś baaardzo ważnego. – zniżyła złowrogo głos.
- Puszczaj mnie.
Odsunęła się ode mnie z podłym uśmieszkiem, a w jej oczach błysnęły iskierki, gdy dostrzegła, że mimo wszystko zostałam.
- Mam dla ciebie bardzo dobrą radę. – zaczęła, wzruszając nonszalancko ramionami. Przewróciłam oczami i ruszyłam przed siebie. – Nie masz zamiaru mnie posłuchać?
- A ty miałabyś zamiar słuchać osoby, która obiecała zrujnować ci życie, nawet jeśli wychodziło jej to z marnym skutkiem? – prychnęłam szyderczo, nawet się nie odwracając.
Ale to co Giovanna powiedziała potem, zatrzymało mnie w pół kroku.
- Dobre plany są długoterminowe.
Odwróciłam się powoli, choć powinnam iść cały czas naprzód.
- Co masz przez to na myśli? – spytałam cicho, nie spuszczając z niej wzroku.
Giovanna uśmiechnęła się podle, widząc że ma moje zainteresowanie.
- Wiele spraw. – rzuciła na sam początek. – Oj Blanca, Blanca. Zepsułaś trochę mój finał, ale tak chyba jest jeszcze lepiej, patrząc jakim chaosem emocjonalnym teraz jesteś. Chociaż patrzenie jak po powiedzeniu finalnego tak, dowiadujesz się, że…
- Skąd wiesz, że Sergio mi się oświadczył? – przerwałam jej gwałtownie, postępując krok w jej stronę, choć znów zabrakło mi powietrza. – Skąd wiesz, że się nie zgodziłam? – podniosłam lekko głos.
- Oj, kochana. Ja wiem wszystko. – zaśmiała się, gdy dostrzegła przerażenie wpełzające na moją twarz. - Faceci są tacy prości. Wystarczy podejść do nich w odpowiednim momencie i już są owinięci wokół twojego palca. Zwłaszcza Sergio. – oblizała usta, a w jej oczach był tylko i wyłącznie jad.
- Sergio nigdy by nie… - zaczęłam słabo, gdy dotarło do mnie to co mówiła żmija. Dziewczyna wybuchła śmiechem w głos.
- Nigdy by cię nie zdradził? Zabawne! – otarła łzy śmiechu. – Kochana, wystarczyło poczekać do waszej kłótni. Z początku miałam zamiar tylko go pocieszyć, ale poszło łatwiej niż sądziłam. – rozszerzyła uśmiech widząc ból malujący się na mojej twarzy. – Zważywszy na to jaka „cnotliwa” jesteś, pewnie pieprzyłam się z nim dużo częściej niż ty.
- Od kiedy… - zaczęłam zduszonym głosem, ale ta chwila i każda kolejna należała tylko i wyłącznie do Giovanny.
- Od waszej kłótni na tym ognisku. Biedaczek, był tak załamany, że nawet nie pomyślał, żeby cię przeprosić. Gdy do niego przyszłam, po prostu się na mnie rzucił. – udała, że przecina uwodząco powietrze paznokciami. – Jednak zawsze potem wybudzał się z tego snu i wracał do ciebie. Szkoda tylko, że faceci to takie proste stworzenia. Wiesz, że pisał do mnie za każdym razem, gdy się pokłóciliście lub gdy po prostu nie chciałaś się z nim przespać?
Roześmiała się, gdy przez moją twarz przemknęła kolejna fala bólu.
- Widzę, że obie wiemy, że tego było dużo. – jej śmiech ucichł po chwili, a w oczach błysnęła nienawiść. – Jednak zawsze było w tobie coś, czego nie miałam ja. Zawsze chciał do ciebie wrócić. Chociaż teraz… Po tym jak mu odmówiłaś, będzie tylko i wyłącznie mój. W sumie i tak byłby mój, gdybyś wyjechała…
- Nie wierzę ci. – powiedziałam cicho, w ostatnim geście obrony. Obie wiedziałyśmy, że każde wypowiedziane przez nią słowo było prawdą.
- Mam pokazać ci zdjęcia? – zaszydziła, wyciągając telefon z kieszeni. Wzdrygnęłam się, gdy komórka zabrzęczała, oznajmiając, że przyszła wiadomość. Giovanna uśmiechnęła się chytrze. – Czy może SMS’y?
Zamachała mi ekranem przed nosem, ale mimo tego, że z całych sił chciałam nie dostrzec nic, pojedyncze słowa mi wystarczyły.
Słońce zbliżało się ku zachodowi, a po centrum naszego miasteczka spacerowali miejscowi i turyści, żyjąc własnym, spokojnym życiem, niezdający sobie sprawy, że właśnie kilka kroków od nich, jakaś młoda dziewczyna została zniszczona do cna, nie mogąca oddychać, nie mogąca myśleć, nie chcąca istnieć.
Pobiegłam przed siebie, nie zważając na nic i na nikogo.
***
Rodzice nadal byli w pracy, gdy wpadłam do domu. Przywitała mnie cisza, której potrzebowałam tak bardzo jeszcze jadąc w pociągu. Teraz roznoszący mnie chaos, potrzebował ujścia. Cisnęłam torebką o ziemię, odłożyłam telefon  na jakąś półkę i wbiłam stopy w adidasy.
Wszystkiemu towarzyszyła cisza w domu, nierównomierne bicie serca i niespokojny oddech. Tykanie zegara nadawało wszystkiemu rytm. Ciskałam się po domu, nie wiedząc co ze sobą począć.
Wiedziałam, że muszę gdzieś iść.
Nie wiedziałam gdzie.
Ważne żeby było daleko.
Bardzo, bardzo daleko.
Związałam niedbale włosy, idąc przez dom, zahaczając łokciami o kanty ścian, ale nie czułam bólu fizycznego. Ból psychiczny przepełniał mnie po koniuszki palców. Nie wiedziałam czemu poszłam do garażu. Jednak od razu dostrzegłam odpowiedź na wszystko.
Podniosłam lekko bramę, tak bym mogła się pod nią przecisnąć, po czym wzięłam rozbieg, nawet nie oglądając się, czy brama zaczęła już sama opadać. Wskoczyłam niezgrabnym ruchem na małą, zniszczoną deskorolkę i wypadłam na chodnik, praktycznie rozbijając się o niedomkniętą bramkę.
Przez te lata wyszłam z wprawy, więc zjechałam z chodnika, wpadając na jezdnię. Zadrobiłam trochę, ale odbiłam się kilka razy mocniej, nabierając prędkości. Skręciłam w boczną uliczkę, prowadzącą  w dół, za miasto i zamknęłam oczy, pozwalając by wiatr i pęd powietrza rozwiał moje łzy. 
Zostawiałam wszystko za sobą, tak jak bardzo tego chciałam. Ruszyłam przed siebie bez niczego. Bez telefonu. Bez kluczy. Bez pieniędzy. Bez jakichkolwiek dokumentów. Zostawiając za sobą jedynie otwartą na oścież bramkę.
Przyśpieszyłam jeszcze bardziej, nie zważając na kierowców, usiłujących mnie wyminąć na wąskiej drodze.
Ledwo trzymałam się deski, czując jakby moje stopy miały się odkleić od w pewnym momencie przez coraz bardziej zwiększającą się prędkość. Kółeczka skrzypiały złowróżbnie, ale lata praktyki sprawiły swoje. Moja równowaga była idealnie zachowana, nawet jeśli nie chodziło o moje wnętrze. Nie jeździłam na desce od kiedy Constanza zaczęła jeździć na motorze.
Nabrałam powietrza w płuca, usiłując dostrzec coś przez załzawione oczy.
Mój żołądek ścisnął się, gdy deskorolka podskoczyła pod koniec górki, tracąc na chwilę stabilizacje. Kierowca przyhamował za mną gwałtownie, a ludzie idący boczną uliczką obejrzeli się za mną. Uśmiechnęłam się, mimo wszystko. Brakowało mi tego. Brakowało mi w tym wszystkim wolności.
Nawet jeśli jestem porażką.
Nawet jeśli jestem tylko kobietą.
Nawet jeśli jestem jego najgorszym błędem.
Załkałam, przeklinając wszystko w myślach. Nienawidzę go. Nadal go kocham. Nienawidzę, że go kocham.
Gdybym tylko była inna, wszystko byłoby prostsze. Gdybym tylko wiedziała co powiedzieć w odpowiedniej chwili, może byłoby by dobrze. Wszystko to moja wina. Wszystko, wszystko, wszystko.
Spróbowałam przyśpieszyć jeszcze bardziej.
Constanza nie wylądowałaby na wózku. Dostrzegłabym co czuje Riccardo. Jak czuje się Nicola. Jak bardzo Cristina potrzebuje wsparcia. Jak Sergio jest zagubiony. Miałabym szansę im pomóc. Sergio ma rację. Jestem tylko pieprzoną egoistką. Oczekiwałam pomocy od moich przyjaciół i dostałam ją, nawet nie zauważając ich problemów. Czy ja kiedykolwiek cokolwiek dla nich zrobiłam? Czy ja naprawdę zasługuję na to wszystko?
Cholera. Cholera. Cholera.
Skręciłam gwałtownie, nawet nie patrząc się, czy jedzie jakieś auto. Nie zareagowałam na pisk opon, klakson, na światła reflektorów skierowanych prosto w moje oczy. Przechodnie zaczęli krzyczeć, gdy przejechałam między nimi, niewzruszona tym, że prawie spowodowałam wypadek.
- Blanca? – usłyszałam zdziwiony, racjonalny głos. – Blanca! – rozpoznałam w tym krzyku Nicolę. – Blanca, czekaj!
Jedynie przyśpieszyłam, jadąc coraz szybciej ku pustce, a stukot butów przyjaciółki szybko zniknął za moimi plecami.
 ***
Skręciłam w jedną z bocznych uliczek, jednej z tych, które prowadzą daleko poza miasteczka. Jedną z tych, które są ściśle związane z przygodami z dzieciństwa. Tą ścieżkę, na której znalazłam się pierwszego dnia szkoły, zagubiona. Ta sama, na której pierwszy raz spotkałam Constanzę.
Nabrałam głęboko powietrza w płuca, ale wydałam z siebie tylko urywany świst, przeplatający się z dławieniem się od łez. Serce waliło mi boleśnie w piersi, uderzając arytmicznie o żebra. W środku mnie szalała burza, której nikt nie mógł zobaczyć, usłyszeć. Nikt nie widział ciskających się grzmotów myśli, niszczących mnie z każdą sekundą.
Asfalt skończył się gwałtownie, a kółka zaskrzypiały na szutrówce. Średniowieczna, malownicza Manarola przeobraziła się raptem w sekundzie w zbiorowisko upraw, pól i wzgórz, z drogą prowadzącą do jednego z urwistych zboczy. Jednego z tych miejsc, w których jako dzieciaki mieliśmy bazę. Jednego z tych, z którego najlepiej było patrzeć w niebo. Jednego z tych, do którego ucieka się za każdym razem przed wszystkimi, choć wypełnione jest wspomnieniami. 
Wspomnienia.
Przeklinałam Manarolę za jej niewielkość. Nieważne jak bardzo usiłowałabym nie spoglądać wokół siebie, nawet każdy występ, wybój na drodze, był zdolny przywrócić ulotne chwile. Błahe momenty, rozmowy, które wydawałyby się nic nie znaczyć. Ale tak samo jak kropla wody wydaje się być niepotrzebna w oceanie, to jednak ocean potrzebuje każdej kropli. Tak samo jest z nami. Małoznaczące, beztroskie rozmowy stawały się niczym przy fundamentach więzi, tak w rzeczywistości były ich ścianami.
Bolało tak bardzo, że byłam pewna, że umrę.
Widziałam cienie. Wszędzie były cienie. Widziałam siebie z Constanzą, jadące na desce. Widziałam jak całą szóstką idziemy do bazy. Widziałam cienie każdego z nas. Drobne, nic nieznaczące. Będące tylko ulotnym kwiatem w ogrodzie pamięci, a jednak teraz przyprawiały mnie o kłucie w sercu.
Wznosiłam się coraz wyżej i wyżej, nawet nie zdając sobie sprawy, w którym miejscu droga stała się nieprzejezdna, a ja zeskoczyłam z deskorolki i pozwoliłam by nogi niosły mnie dalej przed siebie. Daleko, daleko, daleko.
Te wszystkie czasy nie wrócą. Constanza nigdy więcej nie stanie na nogach. Sergio nigdy nie wróci do mojego życia, a Riccardo dalej będzie tkwił w miejscu, nie mogąc ruszyć do przodu. Nicola na zawsze utknie w swoim aktorstwie, a Cristina nigdy nie przestanie patrzeć na siebie krytycznie, mimo, że przez tyle czasu tryskała dobrocią i czułością. Nigdy.
Dlaczego dostrzegłam wszystko, gdy muszę odejść? Gdy nie mam już czasu? Powinnam dostrzec to szybciej. Rzucić wszystko i im pomóc. Cały czas oczekiwałam od nich wsparcia. Dostałam je. Dostałam go więcej niż potrzebowałam. Więcej, niż zasługiwałam. Dali mi coś o wiele cenniejszego niż prosiłam. Miłość. Po prostu miłość. W tej najczystszej postaci.
Dostałam to wszystko, a nie dałam nic w zamian.
Czy ja kiedykolwiek im pomogłam…? Czy kiedykolwiek nawet dostrzegłam czyjeś problemy, nim było za późno…?
Czy kiedykolwiek nie zepsułam czegoś ważnego…?
Sergio ma racje. Wszystko co powiedział to prawda.
Jestem żałosną istotą, nic nieznaczącą w tym świecie. Nie zasłużyłam by znaleźć tylu cennych, cudownych ludzi. Nie zasłużyłam nawet na jedną osobę.
Przepraszam Sergio, za to że nie byłam w stanie poświęcić ci tyle czasu i uwagi, na ile potrzebowałeś. Przepraszam Riccardo, że wykorzystywałam cię przez te wszystkie lata. Przepraszam Cristina, za każdą przemilczaną drobną sugestię. Przepraszam Nicola, za odsuwanie od siebie prawdy, za unikanie rozmowy, której tak bardzo potrzebowałaś. Przepraszam, Consta, za to, że nie potrafiłam cię powstrzymać. Przepraszam, mamo, tato, że zostawiam was samych, gnając jak ślepa za marzeniami.
Przepraszam.
Słońce tonęło w odmętach morza, malującego się w jego zachodzących barwach. Bezkresna toń kreśliła horyzont, który wydawał się być coraz większy i większy, z czasem do którego się do niego zbliżałam, gnając przed siebie.
Tak bardzo was przepraszam.
Woda błyszczała w tysiącu miejscach. Niczym jakby odbijała w swojej tafli nocne niebo z tysiącem gwiazd. Poczułam jak wszystko usuwa mi się spod nóg, jakby chciało doprowadzić mnie do mojego wiecznego przyjaciela.
Leciałam bezwładnie w dół, zduszona przez własne emocje.
Póki czyjeś dłonie nie chwyciły mnie mocno za ramiona, ciągnąć w przeciwnym kierunku, ku sobie z całej siły, bym mogła wpaść na czyjąś ciepłą pierś, zamknięta w drżącym uścisku.
Przez kilka bolesnych uderzeń serca nie poruszyłam się, z początku ogarnięta wewnętrznym bólem, po chwili zdezorientowana, aż w końcu zrobiło mi się słabo na myśl, jak mogłabym skończyć, gdyby nie… gdyby nie…
- Ricc? – wyszeptałam cicho, zachrypniętym głosem, gdy chłopak nie wypuszczał mnie z objęć, drżąc coraz bardziej. Nie miałam nawet siły zastanowić się skąd się tutaj wziął. – Ricc? – powtórzyłam jego imię słabym głosem.
Chłopak przyciągnął mnie tylko bardziej do siebie, jakby bał się, że nie będzie w stanie mnie utrzymać, i zagłębił głowę w moim ramieniu. Jego nieustające dreszcze spływały na mnie.
- Myślałem… - zaczął, ale głos mu się załamał. – Myślałem, że nie zdążę. – powiedział cicho, a ja poczułam jak moja koszulka staje się mokra od jego łez. – Byłem pewien, że nie zdążę… Nawet nie wiesz co poczułem, gdy zobaczyłem jak ślepo biegniesz przed siebie, nie słysząc mojego głosu… Myślałem, że… że…
Przycisnęłam się do niego, zduszając jego kościste żebra ramionami i zaczęłam płakać. Riccardo nadal trzymał mnie w objęciach, płacząc ze mną, ale po pewnym czasie zaczął kołysać mną w ramionach, usiłując znaleźć cokolwiek co mogłoby mnie uspokoić.
Ale ja nie przestawałam płakać, a on nie przestawał być tuż obok mnie.
Nie przestawał po prostu być.
- Skąd ty tu się wziąłeś? – spytałam drżącym głosem, nadal mając twarz schowaną w jego ramieniu, po czym spróbowałam wziąć kilka głębokich wdechów, by choć trochę uspokoić spazmatyczny oddech.
- Nicola do mnie zadzwoniła, że zwariowałaś. – odparł cicho, a ja mimowolnie prychnęłam. – Powiedziała, że wyglądałaś na roztrzęsioną, a nie odbierałaś, więc kazała mi pobiec cię szukać.
- I tak po prostu ją posłuchałeś? – uśmiechnęłam się blado, nadal nie zwracając się do niego twarzą. – Zazwyczaj nie odnosisz się tak zgodnie do jej próśb.
- Coś w tonie jej głosu sprawiło, że po prostu zacząłem biec tam gdzie stałem. I całe szczęście. – wyszeptał cicho. Przytuliłam się do niego mocniej, a on pogładził moje włosy delikatnie. – Spojrzysz na mnie? – spytał cicho, delikatnie.
Pokręciłam głową.
- Wyglądam gorzej niż siedem nieszczęść. – powiedziałam cicho.
- Nikt komu życie zwaliło się głowę nie wygląda po prostu dobrze. – powiedział cicho, chwytając roztrzęsionymi dłońmi mój podbródek i zwrócił moją w twarz w jego stronę. Spojrzałam na niego smutno, a on tylko uśmiechnął się lekko, rozjaśniając twarz.
Spróbowałam również odwdzięczyć się tym samym, ale skończyło się na przygryzieniu dolnej wargi i napływowi kolejnych łez do oczu. W oczach Riccardo błysnęła troska i chłopak pokręcił głową szybko.
- Ciiii, ciii… - przyciągnął mnie do siebie, znów chowając przed światem w swoich ramionach. – No już, spokojnie, Blanca… - znów zaczął mnie kołysać, uspokajając jak dziecko. Jak małą, kruchą istotkę.
- Skąd wiesz, że życie mi się zwaliło? – spytałam, pociągając nosem.
- Nie zachowywałaś się racjonalnie. Zazwyczaj nie dajesz góry emocjom i kalkulujesz na chłodno. – odsunął mnie od siebie za ramiona, by spojrzeć w moje oczy. – Już ci to mówiłem, gwiazdo, zapomniałaś? Mogę czytać w tobie jak w otwartej księdze.
Uśmiechnęłam się do niego przez łzy, czując w końcu powietrze w płucach.
- Powiesz mi, co się stało? – spytał cicho, drżącym głosem od zmartwienia, jakby sam miał z powrotem wrócić do płakania. Zwilżyłam językiem wargi i pokiwałam delikatnie głową.
I opowiedziałam wszystko.
Każdą najmniejszą rzecz, która mnie dzisiaj zraniła. Przy każdym słowie płakałam coraz bardziej, moja historia stała się bełkotliwa i ledwo zrozumiana, przerywana co chwila na szloch, ale Riccardo słuchał. Siedział na trawie, blisko mnie, tak że nasze kolana stykały się lekko, a on trzymał mnie za dłoń, gładząc co jakiś czas moje kłykcie, zupełnie jakby chciał powiedzieć jestem tu cały czas.
I to wystarczało, by dodać mi siły do powiedzenia kolejnego słowa i kolejnego.
Riccardo słuchał mnie. Zapamiętywał każde słowo, jakby mógł tym odebrać mi choć trochę tego przeszywającego bólu, ale nie reagował na żadną część historii. W jego ciemnych oczach błysnęło tylko coś groźnego, gdy przeszłam do spotkania z Giovanną.
Musiałam przełknąć gorycz, gdy już skończyłam opowiadać i nim się obejrzałam, wszystkie moje myśli  
- To wszystko moja wina… - powiedziałam cicho. – I nie mówię tylko o dzisiejszym dniu. Gdybym tylko dostrzegła to wszystko szybciej, gdybym zareagowała, gdybym powiedziała choć jedno, właściwe słowo… Gdybym tylko…
- Blanca. – wypowiedział moje imię z taką miłością, że w moich zapuchniętych oczach pojawiły się kolejne łzy.
- Gdybym tylko… Gdybym tylko… - zagubiłam się jeszcze bardziej, bojąc się że znów popadnę w histerię. – Gdybym…
- Blanca. – powtórzył w ten sam sposób, a jego palce ścisnęły moją dłoń. – Błagam cię, przestań, bo pęknie mi serce. – jego słowa były zduszone, jakby nie mógł nabrać powietrza. – Nie obwiniaj się tak. Nie rozumiem… Nie rozumiem, czemu czujesz tak wiele. I czemu wszyscy tak bardzo chcą cię przez to zranić, tylko dlatego, że… że oddajesz wszystkiemu i wszystkim swoje serce i duszę.
- Ricc… - poczułam jak łzy spływają po moich policzkach. – Ricc, ja przepraszam…
- Nie przepraszaj mnie za to, że cię pokochałem. – spojrzał na mnie zamglonymi oczami. – Nie przepraszaj, że wybrałem najlepszą kobietę jaką mogłem wybrać, by umieścić ją w swoim sercu.
- Ricc, ja…
- Nic nie mów. Nie musisz. Nie mogę cię zmusić do tego, ani wykorzystać, że twoje serce jest w kawałkach. – powiedział, przytulając mnie do siebie ponownie, a ja zatopiłam się w jego ramionach. – Po prostu chcę być dla ciebie wsparciem. Chcę, żebyś wiedziała, że kiedy słońce jest za chmurami, ja zawsze będę by odsłonić niebo. Chcę… Chcę po prostu być blisko ciebie. Być twoim wsparciem, podporą. Iść z tobą ramię w ramię, patrzeć w przyszłość. Jakby nic się nie zmieniło. Nic nie musi się zmieniać, bo nie ważne co będzie, i tak będę…
- Ricc, proszę… Proszę… - szepnęłam. – Proszę, nie mów jakbyś nic dla mnie nie znaczył… Proszę… Ja… Ja nie wiem. Nie wiem. Nie wiem… - pokręciłam głową w roztrzęsieniu. Dolna warga mi drżała. – Wylatuję na drugi koniec świata zupełnie sama i zostawiam was wszystkich. Wszystkich. Nie będzie mnie tutaj by pomóc wam, a gdy będę miała paskudny dzień, żadne z was mnie nie przytuli. Ja… Ja nie wiem… Ja nie wiem jak ja mogę zostawić ciebie i Constanzę…
- Blanca. – chłopak odetchnął głęboko. – Blanca, posłuchaj mnie. – podniosłam na niego spojrzenie. – Czy choć przez chwilę pomyślałaś o tym, żeby podrzeć ten bilet i zostać tutaj? Czy myślałaś tylko o tych, których nie możesz wziąć ze sobą? – wpatrywałam się w niego swoimi zielonymi oczami z zaufaniem. – Wiem, że dobrą odpowiedzią jest ta druga. A wiesz czemu? – nachylił się do mnie. – Bo w twoich oczach są wszystkie odpowiedzi. – wyszeptał. – Po prostu wszyscy musimy ruszyć do przodu. Bo czas płynie, a nikt z nas nie jest w stanie go zatrzymać.
- Obiecasz, że jeszcze kiedyś się spotkamy? – wyszeptałam drżącym głosem.
- Blanca, gdybyś miała nie wrócić, poszedłbym na drugi koniec świata cię szukać.
Znów wybuchłam płaczem, zarzucając mu ramiona na szyję.
- Świat nie jest aż tak wielki, by nasze ścieżki nie miały skrzyżować się znowu.
W oddali zamajaczyła mi się jasnowłosa postać, wykrzykująca moje imię. Napięłam mięśnie, a Ricc wysunął mnie ze swoich objęć, wyczuwając zmianę mojego nastroju. Odsunęliśmy się od siebie, widząc kolejne postacie. Constanza zamachała do mnie energicznie i rzuciła coś przez ramię do Nicoli, która niestrudzenie pchała jej wózek przez chaszcze. Dziewczyny, w sumie już kobiety, wyglądały na wycieńczone, ale gdy podniosły na mnie swój wzrok dostrzegłam tylko troskę.
Wypuściłam ze świstem powietrze ze swoich płuc, tylko po to, by sekundę później wybuchnąć płaczem ponownie, biorąc przyjaciółki w ramiona. Dziewczyny, nie pytając o nic wzięły mnie w swoje ramiona, przyciskając do siebie. Riccardo stanął obok mnie i położył kojąco dłoń na moim ramieniu.
- To koniec… - wymamrotałam tylko, jakby to wszystko miało wyjaśnić.
Może i wyjaśniło. Może i zrozumiały.
Odsunęłam się od nich powoli, czując, że niewielka cząstka ich siły spłynęła na mnie. Zmusiłam się, by nabrać powietrze do płuc. Constanza trzymała moje dłonie, ściskając je. Miała strwożoną minę, unikała moje wzroku, a jej oczy były utkwione gdzieś nisko, patrząc się przez szkło. Zagryzła dolną wargę, szukając słów, ale zacisnęła oczy i ścisnęła moje dłonie trochę mocniej.
- Tak strasznie mi przykro.
Spuściłam głowę, próbując się do nich uśmiechnąć.
- Przepraszam was tak bardzo. – powiedziałam cicho, oddychając ciężko. Przez moje ciało przeszły dreszcze. – Za wszystko. Za wszystkie błędy. – Constanza spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, przepełnionymi po prostu emocjami. – Za to, że byłam taka ślepa…
- Blanca… - szepnął Riccardo, zaciskając dłoń na moim ramieniu. Ale ja posłałam mu tylko ponury, przegrany uśmiech i spojrzałam na Nicolę.
Od razu dostrzegłam, że zrozumiała o co mi chodzi. Przez jej oblicze przemknęła panika, ale szybko skryła ją za spokojną maską.
- Blanca, nie…
- Przepraszam, że tak długo nie reagowałam. – uśmiechnęłam się do niej. – Widziałam to tak długo, a jednak cały czas, cały czas… Cały czas odrzucałam to od siebie. Przepraszam…
- Blanca, przestań. – głos Nicoli był spokojny, ale ja wiedziałam, że ten mur, utrzymywany ostatkiem sił pęka. – Po prostu przestań.
- Nic nie pomoże duszenie tego. – powiedziałam ostrzej. Nicola zwinęła dłonie w pięści, krzywiąc się. – Przynajmniej przed samą sobą się przyznaj.
Spojrzała na mnie gwałtownie, jakby coś się w niej zawaliło. Jakby jakiś wielki huk przetoczył się przez jej myśli i serce. A w tych szarych oczach dostrzegłam bezbrzeżną rozpacz.
- Ej, wszyscy!!! – usłyszałam w oddali krzyk Cristiny. Biegła w naszą stronę. Za nią dostrzegłam jeszcze Amerigo, który spoglądał na nas z konsternacją i zmartwieniem.
Nicola obróciła się tylko na krótką sekundę, by upewnić się, że to ona, a nasze spojrzenia spotkały się tylko na jedną krótką chwilę. Rozłożyłam ramiona, a szarooka wybuchła płaczem, przytulając się do mnie. Constanza spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja zagryzłam wargi kręcąc głową. Czułam na sobie pytające spojrzenia.
- Przepraszam, że tak późno… - mruknęłam, zaczynając znowu płakać. Nicola wbiła paznokcie w moje plecy, płacząc rzewnymi łzami.
Kiedy Cristina praktycznie dobiegła do nas, ogarnięta zdezorientowaniem i paniką, przyjaciółka wyszeptała mi do ucha jedno zdanie.
- Nie waż się nawet odezwać.
Odsunęła się ode mnie, z trudem przyjmując tę chłodną maskę, którą miała przez całe życie i uśmiechnęła się szaro. Skrzywiłam się, płacząc, ale nie mogłam powstrzymać się od rozdzierającego uśmiechu, gdy Cristina wpadła na blondynkę z całym impetem. Spojrzały na siebie, a z ich oczu pociekły łzy.
Amerigo został z tyłu, jakby wiedział, że ta chwila należy tylko do nas.
Constanza podjechała do mnie i chwyciła mnie za rękę. Kątem oka dostrzegłam, jak zagryza wargę do krwi, próbując nie płakać. Riccardo cicho stanął obok mnie, chwytając mnie za wolną dłoń.
- Już mi lepiej. – powiedziałam cicho, nawet w to nie wierząc. – Naprawdę.
- Kłamca. – powiedziała cicho Constanza.
- Wszystko będzie dobrze. – powtórzyłam cicho.
Tym razem powiedzieli oboje w tym samym momencie, równie cicho.
„Kłamca”.  
Cristina spojrzała na mnie swoimi zapłakanymi czarnymi oczami i podeszła do mnie, przyciągając mnie do siebie. Sięgała mi raptem pod brodę.
- Wszystko będzie dobrze. – zgodziła się ze mną gardłowym głosem.
Przyjaciele zamknęli mnie w uścisku, oddychając ciężko i powtórzyli ostatni raz, niektórzy wierząc, a niektórzy kłamiąc sobie w żywe oczy.
- Wszystko będzie dobrze.
Ja byłam bardzo daleko za obiema granicami.
***
Kiedy przyjaciele w końcu zabrali mnie do domu, zaczynało się ściemniać.
Moi rodzice otworzyli uśmiechnięci drzwi, ale mina im szybko zrzedła, gdy przetoczyłam się przez próg jak pijana i bez słowa wyjaśnienia powlokłam się po schodach do swojego pokoju. Wyczułam, jak moja mama patrzy się z konsternacją i matczyną troską na wszystko i zachęca ich wszystkich do wejścia. Wręcz czuję jak tato podejrzliwym wzrokiem nie wychwytuje tego, który powinien wejść jako pierwszy.
Padłam na łóżko jak martwa i czekałam.
Nie wiem na co, na kogo.
Po prostu chciałam czekać.
Liczyć upływające sekundy.
Liczyć czas, pozwolić by mój umysł zanurzył się w tej parszywej agonii upływających minut, pozwolić sobie na pustą, nic nie znaczącą świadomość, że nic się nie zmieni.
Że i tak za kilka godzin będę gdzieś bardzo, bardzo daleko.
Sama.
- Blanca? – pierwsza do pokoju weszła Nicola, za nią zaraz weszła Cristina, wychylając się zza ramienia przyjaciółki. – Możemy wejść.
Nie drgnęłam. Dziewczyny po prostu siadły obok mnie na łóżku i podkuliły nogi. Zamknęłam oczy. Chcę spać.
Chcę ominąć tą spiralę czucia wszystkiego, rozdzierania siebie od środka oraz wszechogarniającej pustki. Chcę wykreślić ten dzień z życia.
Gdy znów ogarnia mnie nicość, słyszę jak Constanza przyciszonym głosem nakreśla sytuację moim rodzicom. Słowa, których używa są delikatne, czasem jedynie stają się ostrzejsze, gdy Riccardo mruknie coś pod nosem. Słyszę oburzony głos mojej mamy, gniewny krzyk mojego ojca.
A potem nie słyszę nic.
Chyba zasnęłam.
Moja mama wchodzi cicho do pokoju, ale zdradza ją zgrzyt kółek od wózka Constanzy, który roztacza się po całym domu jak impuls. Czuję jak Nicola i Cristina drgają, patrząc się na moją mamę.
- Blanca, gwiazdko… - zaczyna ta ciepła kobieta. – Wejdź pod prysznic, dobrze ci zrobi. – mówi tylko, a ten matczyny głos hipnotyzuje mnie na tyle, że wlokę się do łazienki.
Znów nie słyszę nic.
Stoję pod prysznicem, pozwalając by wrząca woda zostawiała mokre smugi na moim ciele. Patrzę się w przestrzeń. Patrzę się i usiłuję dostrzec cokolwiek.
Ale straciłam wzrok.
Reaguję na wrzącą wodę dopiero, gdy moja skóra zaczyna robić się czerwona.
Wracam mechanicznie do pokoju, ignorując wszystkich i kładę się do łóżka. Zalewa mnie ciemność. Chyba zaczynam coś mówić. Znowu płaczę. Mama wpycha mi kubek z ciepłą kawą do dłoni. Wszyscy przysiadają się bliżej. Constanza, Nicola, Cristina i przede wszystkim moja mama. Mówię coś cały czas.
Nie wiem co.
Chyba wyrzucam z siebie wszystko to, czego nie chcę pamiętać.
Nie słyszę co do mnie mówią, ale odpowiadam.
Trwam w tej nicości bez jakkolwiek emocji, zagrzebując w pamięci obraz. Jego obraz. Zagrzebując nas.
Na dole rozlega się dzwonek do drzwi. Słyszę jak mój tato mówi coś podniesionym głosem, słyszę Amerigo. A potem słyszę jego. Słyszę go bardzo wyraźnie. Zrzucam nogi na podłogę, ale mama kładzie mi dłoń na ramieniu, czułym gestem powstrzymując mnie. Constanza nie odzywa się ani słowem, ale z jej oczu wyczytuję tylko dwa słowa. Nie idź.
Więc nie idę.
Ale słyszę.
- Proszę mnie przepuścić. Muszę z nią porozmawiać!
- Synu, ty najpierw porozmawiasz sobie ze mną.
- Pan nie zrozumie, proszę mnie…
- Ty mała cholero, jak ja bym cię…
- Panie Coletti, proszę! – głos Amerigo wcina się między nich.
Nie słyszę Riccardo.
- Jak śmiesz się w ogóle pokazywać w tym domu!? Jak śmiesz, ty niewychowana gnido!? – głos mojego ojca rozlega się w całym domu. Moja mama zasłania usta, uciekając gdzieś wzrokiem, rozmyślając nad czymś. Gdy oszczerstwa nie milkną, wstaje powoli i idzie w kierunku drzwi. Chcę pójść za nią, ale ktoś znów ciągnie mnie na łóżko.
Więc słucham dalej.
- Muszę to jeszcze naprawić! – jego głos dudni echem w mojej głowie.
Uśmiecham się pusto.
Nie ma co naprawiać. Co najwyżej stworzyć coś nowego.
Ale ludzie tego nie umieją.
Potrafią tylko niszczyć.
Tylko niszczyć.
- Już wystarczająco zrobiłeś. – jad w głosie Riccardo dociera aż tutaj.
- Odsuń się, idioto. Stoisz mi na drodze.
- Będziesz musiał przejść po moim martwym ciele. – warczy nienawistnie.
- Z wielką chęcią. – słyszę głuche zderzenie. – Odsuń się, do cholery! Co tobie do naszych spraw, co!?
- Wypierdalaj. Po prostu spierniczaj mi z oczu.
- Słuchaj…
- Zejdź mi z oczu, albo cię zabiję.
Zapada martwa cisza, w której on mówi coś jeszcze, a nim Riccardo zdąży mu coś odpowiedzieć, słyszę szarpaninę. Mój tato coś krzyczy, Amerigo też.
Nim zdążają mnie zatrzymać, wychodzę gwałtownie za drzwi i staję na szczycie schodów. Oboje mężczyzn, teraz zaciskających sobie dłonie na gardłach, spogląda na mnie, a ich chwyty powoli stają się lżejsze.
- Nie waż się go tknąć.
Mój głos jest mocny.
Ocieka gniewem. On, choć z początku się uśmiechał, teraz odsunął się od Riccardo dalej. Nie spuszczałam z niego wzroku.
- Zejdź mi z oczu.
- Bla…
- Nie waż się tutaj wracać. – nie spuszczam z niego wzroku, wiedząc, że nie dam rady wypowiedzieć jego imienia. Że moje gardło spłonie, nim to jedno słowo zabrzmi w moich ustach. – To koniec.
Mężczyzna spogląda na mnie nie określonym wzrokiem, po czym odwraca się zamaszyście i wychodzi.
Wyszedł, zabierając ze sobą cały mój świat.
***
Po tym przypływie emocji, pustka na razie schowała się gdzieś na samym dnie, czekając na lepszy moment. Teraz przepełniał mnie gniew.
Gniew, ponieważ on odwraca uwagę od wszechogarniającego smutku.
Przyjaciele nie zostali długo.
Nie był to ani dobry moment, by ze mną być, ani też by mnie zostawić.
Pamiętałam jak przez mgłę, że powiedziałam, że muszę się spakować. Że potrzebuję się wyspać. Że zobaczymy się jutro rano.
Pierwsza wyszła Cristina, a Amerigo uścisnął mi mocno dłoń, po czym skłonił się nisko i mrużąc swoje skośne oczy, życzył mi powodzenia. Przyjechaliśmy jego furgonetką, więc wziął ze sobą także Riccardo. Chłopak po prostu odgarnął moje włosy z czoła i złożył na nim długi pocałunek. Nie powiedział nic, oprócz To nie jest jeszcze pożegnanie.
Przytaknęłam.
Constanza powiedziała, że jeszcze chwilę zostanie.
Nicolę poprosiłam ja.
Wraz z zamknięciem drzwi, Constanza stwierdziła, że musi coś sprawdzić i zniknęła w moim pokoju. Pociągnęłam Nicolę za rękaw i obie poszłyśmy bez słowa na taras.
Gwiazdy iskrzyły nad nami, a nim jakkolwiek udało mi się zacząć rozmowę, po policzkach Nicoli już ściekały łzy. Spojrzałam na nią przeciągle, starając zawrzeć w tym spojrzeniu tyle empatii ile chciałam od siebie dać. Dziewczyna spojrzała na mnie i wystarała się o cień uśmiechu, po czym obróciła się do barierki, przewieszając przez nią ramiona. Wbiła wzrok w gwiazdy.
Cichym krokiem usiadłam na kanapie w rogu tarasu, czekając na jakąś reakcję ze strony przyjaciółki.
Po dłuższej chwili westchnęła, odsuwając się od balustrady na długość ramion.
- Jestem chorym człowiekiem… - powiedziała cicho.
- Nicola… - przerwałam jej ostro, wiedząc do czego zaraz zacznie to zmierzać. Sama urwałam, gdy posłała mi spokojne spojrzenie.
- Nie ważne jak na to nie spojrzysz, to nie jest normalne. I nie próbuj mówić mi, że tak nie jest. – nie zdążyłam nawet otworzyć ust. Nicola dostrzegła moje zdziwienie, uśmiechnęła się pod nosem, po czym znów zwróciła twarz, ku nocnemu niebu.
- Dzisiaj nie ma ani jednej chmurki. Dobre niebo do obserwacji. – powiedziałam cicho, stając obok niej.
- Chyba wiem, dlaczego tak bardzo to lubisz. – powiedziała cicho dziewczyna. – W jakiś sposób… to kojący widok. – blondynka znów uśmiechnęła się ponuro pod nosem. – Wiesz, do teraz usiłuję cię rozgryźć.
- Słucham?
- Nigdy nie przypuszczałabym, że pozbierasz się tak szybko, by ze mną porozmawiać, zwłaszcza… teraz. – uciekła wzrokiem gdzieś daleko, tylko po to by poprawić jedną sprawę ze smutkiem. – Chociaż nie. „Pozbierać się” to złe stwierdzenie. Może nie jesteś w kawałeczkach, ale jesteś pęknięta. W wielu, wielu miejscach.
Zgarbiłam się lekko, ale mój głos nie zadrżał.
- To jeszcze nigdy nikomu nie przeszkodziło w wysłuchaniu drugiej osoby.
Nicola prychnęła cicho pod nosem, pozwalając, by zapadła cisza. Stałyśmy na zewnątrz we dwie, a przed naszymi oczami rozciągał się widok na koniec wzgórz Manaroli oraz na gwiazdy iskrzące się w morskiej toni. Przyjaciółka zamknęła oczy, wsłuchując się w świerszcze.
- Rozmawiałaś o tym z…? – zaczęłam, ale dziewczyna od razu otworzyła oczy, prostując się jak struna.
- Jeśli chodzi ci o moją matkę, to sama się domyśliła. – zabębniła palcami o barierkę, a w jej oczach błysnęła pogarda. – Wzięła mnie na kilkanaście sesji do psychologa i psychiatry, a ja sądziłam, że zdurnieję, więc zaczęłam udawać… że mi przeszło. Pamiętasz te dziwne konkursy pianistyczne? Wtedy brała mnie na te durne „sesje”.
- Ale czemu niby…
- Powiedziałam to już. Jestem chora.
Spojrzałam na nią smutno, czując uścisk w sercu, gdy ta chuda, wysoka dziewczyna wydawała się dużo niższa i bardziej przeźroczysta niż nigdy dotąd. Jakby dopiero teraz pozwoliła sobie odkryć tę stronę siebie.
- Najgorsze w tym wszystkim było to, że matka zabrała mi pianino. Po tym wszystkim powiedziała, że pozwoli mi wrócić do gry, ale… wiesz jaka ona jest. Nigdy nie zaufała tej diagnozie, że znów ze mną wszystko w porządku, a w pewnym momencie… kazała mi wybrać.
Jej palce zacisnęły się mocno na barierce, a zęby wtopiły w dolną wargę, walcząc z nieprzyjaznymi wspomnieniami.
- Ale wracając, jeśli chodzi o Cristinę, to nie, do niej nie odezwałam się o tym słowem. I niech tak pozostanie. – odetchnęła głęboko.
Nie odrywałam wzroku od gwiazd, licząc, że gdzieś tam odnajdę właściwe słowa.
- To nie jest najlepsze rozwiązanie, Nico.
- Wiem.
- Więc czemu to robisz? – spytałam cicho, krzywiąc się.
Unikała odpowiedzi przez pewien czas.
- Przynajmniej nikogo nie ranię. Nic nie psuję…
- Siebie psujesz do cholery! – podniosłam głos. Jasnowłosa obrzuciła mnie ostrym spojrzeniem.
- A jak ty to sobie wyobrażasz, Blanca!? Że niby co? Cześć wam wszystkim, jestem lesbijką!? – uderzyła pięścią o balustradę. – To tak nie działa! – krzyknęła. – To tak nie działa… - powtórzyła, jakby była u kresu sił, po czym przełknęła szloch, ukrywając dłonie we włosach.
- Pamiętasz, kiedyś na jednej lekcji WOS-u, wysunął się temat „postępu społeczeństwa”. Ta durna nauczycielka kazała nam wymieniać plusy. Wszyscy tyle mówili, widzieli same pozytywy… - prychnęła kpiąco pod nosem. – Wolne sobie. Jaka tolerancja? Jaki pokój? Jaka miłość, jakie bezpieczeństwo? – uderzała zaciśniętą pięścią w balustradę z każdym słowem. Miała mocno zaciśnięte zęby, walcząc z emocjami. Jej głos, zwykle spokojny i chłodny, przepełniony był gniewem i falami załamywany przez gorycz. – Jaka wolność? - urwała na moment, jakby tracąc głos. Brała urywane oddechy.
Wspomnienie tego dnia nadeszło do mnie niewyraźnie, jak promienie słońca, usiłujące przebić się przez poranną szarówkę mgły. Siedzieliśmy w najdalszym rogu klasy, ja od okna, Constanza zaraz obok mnie, a przed nami Nico i Cristina. Riccardo siedział trochę dalej. Staraliśmy się pisać coś, przynajmniej udając, że nie jesteśmy ospali. Wypisywałam skrótami plusy, widząc pewien brak. Pani zapomniała o drugiej stronie medalu, popełniając tym samym bardzo ludzki błąd.
Każde z nas chce zapomnieć o tych ciemnych stronach. I działa to, dopóki te jasne przeważają. A zwykle, nie dzieje się tak dość długo.
Padały heroiczne słowa, których młodzież, którą ówcześnie byliśmy nie mogła w pełni pojąć. Pokój, bezpieczeństwo, sprawiedliwość, równość, tolerancja.
Nicola roześmiała się wtedy pod nosem, gdy padło słowo „wolność”. Widziałam już tylko zamazany obraz, jak Cristina pyta się z troską, czy coś się stało, a blondynka w odpowiedzi kręci głową, uśmiechając się trochę bez życia.
- Co to za wolność, gdzie nawet nie pozwalają mi być tym, kim chcę. Co to za wolność, gdzie muszę kochać kogoś innego, bo tak wypada. Bo co pomyślą inni. Bo „zniszczę sobie życie”. Co to za wolność, gdzie ludzie nadali miłości ostre, czarne granice. – w zdaniach wypowiadanych przez Nicolę nie było wydźwięku pytania. Mówiła po prostu suche fakty, których same we dwie nie zmienimy.
Położyłam jej dłoń na ramieniu, gładząc ją czule.
- Przepraszam, że nie zorientowałam się szybciej… - szepnęłam tylko, prawie bezgłośnie. Nicola nawet nie drgnęła.
- Tak miało być. Mieliście nie wiedzieć.
- Oszukując siebie, niczego nie osiągniesz. Jedynie co zrobisz to wyniszczysz siebie. Długo i powoli, w ciemnocie i zakłamaniu. – mruknęłam. – W zupełnym przeciwieństwie „wolności”.
- Blanca, ty nie rozumiesz… To nie jest tak samo jak… jak z chłopakiem. To nie jest do zaakceptowania. Nie zniosłabym tych spojrzeń…. Tych spojrzeń obrzydzenia, pogardy… Nie zniosłabym myśli, że zepsułam całą naszą znajomość…
- Nico. – zacisnęłam palce na jej ramieniu. – Spójrz na mnie. Czy ty widzisz cokolwiek, co można byłoby nazwać pogardą albo obrzydzeniem?
Podniosła na mnie zaczerwienione oczy.
- Blanca, ja…
- I jeśli chodzi ci o coś innego, to zapewniam cię – nie boję się, że rzucisz się na mnie z łapami. – powiedziałam z pewnością siebie.
Nicola parsknęła w głos.
- Nie uważam, że to zła… sprawa. – ciągnęłam dalej, ostrożnie dobierając słowa. – Uderzyło to mnie jak obuchem, gdy się zorientowałam, ale… raptem tyle. To twój wybór, twoja dusza, twoje serce. Masz prawo kochać kogo chcesz. Ale też nie umartwiać się przy tym. Nie w tym droga.  
Przekrzywiła głowę, pozwalając by jasne pasma przykryły jej twarz.
- Nawet gdyby… - zachłystnęła się powietrzem, nie mogąc znaleźć w sobie odpowiedniej siły. – Nawet gdyby… I tak wiem, że mnie nie wybierze. Mogę ją kochać do śmierci, a i tak będę wiedzieć, że będzie szczęśliwsza z kimś innym. – zamknęła oczy, przełykając łzy, uśmiechając się przez nie. – Cieszę się, że Cristina znalazła kogoś takiego jak Amerigo. Wbrew pozorom… Naprawdę się cieszę.
Dotknęłam niepewnie jej dłoni, a ona od razu odwzajemniła gest, zaciskając ją mocno, szukając w niej oparcia. Stałyśmy tak przez chwilę, ale nie musiałam długo czekać na kolejne pęknięcie na moim sercu, gdy jej łzy zaczęły skapywać z brody. Krzywiąc się z powstrzymywanych emocji, przyciągnęłam ją do siebie. Dziewczyna odwzajemniła uścisk bez słów, chowając twarz w moim ramieniu.
Nadal przytulałam ją jak przyjaciółka przyjaciółkę.
Siostra siostrę.
Musiałam zagryźć wargę, gdy koszulka przesiąkła mi jej łzami.
Tak bardzo chciałam jej pomóc.
Tak bardzo.
Znaleźć rozwiązanie. Dobrą drogę.
Ale obie świetnie zdawałyśmy sobie sprawę, że takiej nie ma. 
Nicola szybko zebrała się w garść, odsuwając się ode mnie i ocierając oczy wierzchem dłoni. Zawsze zazdrościłam jej tego w jaki sposób płakała – cicho, wręcz bezgłośnie, bez zbędnych szlochów i łkania, umiała wylać z siebie niepotrzebne, ciążące emocje tylko w dwóch strumykach łez, przecinających jej policzki.
Przy niej zawsze wyglądałam jak półtora nieszczęścia, z zapuchniętymi oczami, czerwonym nosem i potokiem łez, za każdym razem.
Widziałam, że Nicola chce zbierać się do wyjścia. Robiło się naprawdę późno, a nawet gdyby – to nie jest rozmowa na jeden raz. Dziewczyna już kładła dłoń na klamce, gdy zwróciła się jeszcze do mnie ostatni raz.
- Naprawdę sądzisz, że jestem zdrowa? – spytała cicho, z nutką desperacji.
Zamknęłam oczy.
- Nie. Jesteś przeraźliwie chora. – powiedziałam trochę pusto, wiedząc jak bardzo to co mam zamiar powiedzieć, odnosi się do mnie. – Miłość to jedna z najgorszych chorób na jakie można zapaść. – dostrzegłam cień uśmiechu na jej ustach. – Spójrz ty na mnie. Czy ja ci wyglądam na zdrową osobę?
Nicola parsknęła, a ja sama uśmiechnęłam się, opierając dłoń na biodrze. Fizycznie nie wyglądałam najgorzej, ale przyjaciółka nie patrzyła się na ubiór. Spojrzała tylko w moje zmęczone, puste oczy. Postarałam uśmiechnąć się szerzej. Dziewczyna rzucała spojrzenia przez chwilę na taras, po czym przytuliła mnie mocno, wręcz dusząc.
Teraz uśmiechnęłam się jak najbardziej zgodnie ze swoją wolą.
- Dziękuję.
- Jakby co to dzwoń. – powiedziałam, odprowadzając ją do drzwi. – Mam do ciebie jeszcze wiele pytań.
- Jak na przykład? – spytała, wiążąc buty.
- Dlaczego Cristina?
Nicola spojrzała na mnie swoimi dużymi, szarymi oczami, ale nim zdobyła się na jakąkolwiek odpowiedź, w kieszeni jej kurtki rozbrzmiała krótka muzyka. SMS. Dziewczyna szybko go przeczytała, uśmiechając się do siebie pokrzepiająco.
- Dlatego. – powiedziała tylko, pokazując mi treść wiadomości.
Również się uśmiechnęłam, nie zatrzymując ją dłużej.
Wszystko w porządku, Nico? Nie pali się u ciebie światło. Na pewno wróciłaś bezpiecznie? Daj znać jak coś.
Wchodziłam po schodach, gdy akurat moja mama wyszły z Constanzą z mojego pokoju. Constanza trzymała na kolanach tackę z kubkami. Moja rodzicielka podeszła do mnie, czułym gestem głaszcząc moje włosy i uśmiechnęła się pokrzepiająco.
- Co powiecie na dorobienie ciepłej herbatki?
***
Swój pokój lubiłam za wiele rzeczy. Był ważną częścią mnie, elementem, który dopełniał mnie w trudnych momentach. Tworzony przez lata, zmieniał się wraz z tym jak dorastałam i jak dorastali inni. Patrząc się po rzeczach, nie byłam nawet w stanie powiedzieć, że wszystko jest tutaj tylko z mojej woli. Każdy najmniejszy przedmiot wydawał się mieć swoją własną historię, a teraz jakby emanował wspomnieniami. Westchnęłam głęboko, wskakując na łóżko i podciągając nogi pod brodę.
Było tu tyle rzeczy, które kochałam, ale nic nie mogło równać się z oknami dachowymi. Nic nie mogło się równać z otwartymi drzwiami na świat, który poznałam jako bardzo mała dziewczynka, a widziałam go tak samo jako osoba wkraczająca w dorosłość. I tak teraz spojrzałam do góry, pozwalając by nikła poświata księżyca rozlała się po mojej twarzy, a we mnie znów zapanował nikły spokój.
Przytłaczający ogrom wszechświata rozpościerający się nad głowami nic nieświadomych ludzi był kojącym widokiem.
- Przyniosłam herbatę. – Constanza wjechała do mojego pokoju, trzymając na kolanach tackę z czterema kubkami ciepłego napoju. Uśmiechnęłam się do niej słabo, gdy przyjaciółka podjechała obok mnie, wręczając mi bez zbędnych słów herbatę.
Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, taki, który przechodzi,  gdy ciało po dłuższym okresie chłodu zazna ciepła. Mój uśmiech rozszerzył się.
- Wyglądasz na weselszą niż przypuszczałam. – mruknęła Constanza, dmuchając nosem na wrzątek. – Jesteś pewna, że…
- Wiesz, Consta… Jestem wszystkim niezmiernie wdzięczna, że bez żadnych słów przyjęli moje załamanie. Że pozwoliłam sobie na chwilę słabości, że wy też mi na to pozwoliliście. – spojrzałam na nią kątem oka, posyłając jej jeden z tych znaczących uśmiechów, które są niczym ważnym dla mijających nas na co dzień ludzi, a są tak wielkim gestem dla nas. – Ale to była tylko chwila. Może nadal jest. Ale teraz pozwolę sobie być sobie silna.
Constanza nie opuszczała kubka od ust, jednak nie piła herbaty. Po chwili namysłu, oparła herbatę o kolano i uśmiechnęła się kpiąco do siebie.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobił.
- Ludzie też nie wierzyli, że Ziemia jest okrągła. A jednak.
Blondynka spojrzała na mnie z sarkastycznym uśmieszkiem, a ja odpowiedziałam pewnym siebie spojrzeniem. Jak za dawnych czasów. Dopiero po jakimś czasie znów spochmurniałyśmy, pozwalając by ten promyczek został pochłonięty przez chmury.
- Szczerze to czuję się teraz prawie tak samo okropnie jak ty. – prychnęła kpiąco Constanza, przeczesując gwałtownym ruchem włosy. – Mam wyrzuty sumienia, że pozwoliłam ci być z takim gnojem.
- Cóż, najwyraźniej obie mamy okropny gust do facetów. – zaśmiałam się ponuro, po czym odchyliłam głowę do tyłu, pozwalając zalać się falą wspomnień. – Wiesz, już od pierwszego dnia dotarło do mnie, że nie zawsze będziemy razem. Myśl o rozstaniu dręczyła mnie od początku, zabawne co? Nie powinno tak być. – westchnęłam. – Wiedziałam, że to się stanie. Wiedziałam od początku. Jednak nie liczyłam, że skończy się tak.
- Nawet nie dawałam mu zerowego prawdopodobieństwa, że odstawi taki numer. Wydaje się być taki… - przyjaciółka urwała gwałtownie, popijając herbatkę. – Nie, wydawał się być. Byłyśmy zaślepione przez zdurniałą miłostkę. Riccardo nigdy się co do niego nie mylił. – jęknęła. – Trzeba było się go słuchać, a nie.
- Chciałabym coś powiedzieć, ale… - nie dokończyłam. – Wiesz, może jestem aż nieludzko spokojna, a tak naprawdę roznosi mnie od środka. Gniew, pogarda i niedowierzanie. – pokręciłam głową. – Jak głupim trzeba być, by nie zauważyć, że chłopak cię zdradza przez dwa lata? 
Constanza pogłaskała mnie czule po ramieniu.
- Nie jesteś głupia. Ludzie chcą po prostu wierzyć. A to jest zgubne.
- Marny ze mnie Sherlock, Watsonie. Mogłam coś podejrzewać, po tym jak Giovanna oznajmiła, że mnie zniszczy, a potem cudownie wszystkie zgrzyty ucichły. – zacisnęłam zęby, przypominając sobie jej triumfalny uśmieszek.
– Wredna zdzira, czekała do ostatniego momentu.
- Nie rozumiem tylko, dlaczego zrobił to wszystko akurat dzisiaj? – przejechałam dłonią po włosach. – Było tyle różnych okazji. Byłoby jeszcze więcej. Nie mógł wybrać mniej stresującego terminu?
- Pamiętaj, że on chce przejąć biznes po ojcu. Doskonale wie, kiedy manipulować ludzi. – odparła Consta rzeczowo, krzywiąc się jednocześnie. – Chociaż, powinnaś się po części cieszyć. Pomyśl co by było, gdybyś tego nie wiedziała. Zgodziłabyś się, prawdopodobnie rzuciła wszystko, a potem dowiedziała. I co wtedy?
- Wtedy to bym siedziała w kryminale.
Constanza parsknęła.
- Szkoda, że nie walisz taką ironią w bardziej kluczowych momentach.
- Wiem, wiem… - westchnęłam ciężko. – Wszyscy wiemy, że lubię płakać… Zbyt daję się ponieść emocjom. Będę musiała popracować nad tym i stłamsić.
- Nie tłamś ich, Blanca, tylko naucz się kontrolować. – powiedziała spokojnie dziewczyna, odstawiając herbatę na tackę. – Emocje są dobre. Dzięki nim ludzie są w stanie się dogadać. Szkoda tylko, że tak mało osób to rozumie.
Spojrzałam na nią kątem oka, uśmiechając się i zapisując sobie to zdanie w pamięci. Zamknęłam oczy i bez słowa chwyciłam jej dłoń. Przyjaciółka odwzajemniła ten prosty gest.  Siostry na zawsze.  
Telefon Constanzy rozbłysnął, informując, że pani Maria DiCarlo przyjechała już po córkę. Westchnęłyśmy równocześnie, a sekundę potem posłałyśmy sobie znaczący uśmiech. Przynajmniej to jedno się nigdy nie zmieni.
Constanza wyjeżdżając z mojego pokoju, prawdopodobnie po raz ostatni przez najbliższy czas, spojrzała przelotnie na wielką antyramę z tysiącem zdjęć, kronikujących naszą historię. Moją historię. Uśmiechnęła się melancholijnie.
- Będzie tu pusto bez ciebie. Bez was wszystkich. – powiedziała spokojnie. – Manarola wyda się jeszcze mniejsza niż teraz.
Nie spojrzałam na nią, szukając jakichkolwiek odpowiednich słów, ale milczałam, mając wrażenie, że to pożegnanie. Constanza zagwizdała cicho, przykuwając moją uwagę swoim głupawym uśmieszkiem.
- Dobrej nocy, Blanca.
- Jakbym miała spać. – odparłam chytrze, po chwili posyłając przyjaciółce ciepły uśmiech. – Ty też śpij dobrze.
Wraz z zamkniętymi drzwiami, musiałam też zamknąć wszystkie emocje. Wiedziałam, że będę wahać się do ostatnich chwil. Ale wiedziałam też, że nie zmienię decyzji.
Z zadumy wyrwał mnie niepewny głos mojego taty. Nachylił się nade mną z talerzem słodyczy.
- Upiekliśmy z mamą ciasteczka. – rzekł tylko. Spojrzałam na niego, mrugając oczami, po czym roześmiałam się, pozwalając by namiar łez spłynął po moich policzkach.
- Przecież one są jeszcze w pudełku, tato. – powiedziałam, śmiejąc się przez łzy. Tatuś tylko spojrzał na mnie jak na najcenniejszy skarb na ziemi i rozłożył ramiona, a ja, jakbym nadal była małą dziewczynką przytuliłam się do niego, szukając ostoi. Mama pojawiła się jak zwykle znikąd, głaszcząc mnie czule po głowie.
Czułam, że mimo wszystko, żadne z nas nie zaśnie, bo za niedługo będę musiała wyjeżdżać na lotnisko. Że za niedługo wzejdzie słońce.
A czas wciąż mijał.   


 ***
Powrót po dłuższym czasie. Jeśli ktokolwiek czekał, to przepraszam. Nie jest to bynajmniej spowodowane nauką. Raczej genezą powstawania tej historii. Przez ostatnie miesiące traciłam kogoś, coś co znaczyło dla mnie niesamowicie wiele, i nie miałam siły by zabrać się do czegokolwiek, gdy ostatni płomyk nadziei zniknął, zabierając ze sobą pewien barwny okres mojego życia. 
Było mi po prostu zbyt ciężko, by napisać tę historię, w której tak wiele jest zaczerpnięte z tego przemijającego okresu. Ale teraz powoli stawiam nowe fundamenty - akurat tutaj to się zgrało z książką. 
Jakoś jest to zabawne. 
Do przeczytania ponownie, mam nadzieję niedługo, moi wyimaginowani czytelnicy.