30 lipca 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 4 ~ Życie to kręta droga prowadząca nas na około

Rozdział 4

Życie to droga, prowadząca nas na około
- Mam ich po dziurki w nosie! – mruknęła na koniec Constanza, obchodząc jeszcze raz swój motor, licząc że w ten sposób znajdzie jakieś ukryte uszczerbki.
Westchnęłam ponownie i założyłam kask na głowę.
- Mówisz to chyba 10 raz.
- Bo oni już się o to wykłócają 10 dni! – wybuchła w końcu. – Ja na serio nie wiem o co chodzi Riccardo. Przecież Sergio naprawdę zachowuje się normalnie.
- A wiesz, że ja go rozumiem? – wzruszyłam ramionami. – Patrzysz się na to inaczej, bo ci się podoba. A że masz decydujący głos praktycznie zawsze, dziewczyny stwierdziły, że skoro nawet ty dajesz mu drugą szansę to nie będą gorsze. A Riccardo… cóż, męski honor i te sprawy.
- Znaczy… - zawahała się, przeczesując włosy. – Znaczy, wiem dlaczego Ricc tak reaguje na niego, tylko… No… Jezu jakie to głupie! Po prostu cieszę się, że ze mną rozmawia i tyle!
- Jak chcesz zasugeruje to delikatnie Riccowi, żeby przecierpiał te przerwy dla twojego dobra, albo z nim gdzieś pójdę. – westchnęłam. – Dobra, możemy już jechać? Według moich obliczeń powinnyśmy być od 30 minut w trasie, a założyłam co najwyżej godzinny poślizg.
- Spokojna twoja rozczochrana. – głos Constanzy został zniekształcony przez kask. – Masz przed sobą maestro motorów.
- I to martwi mnie najbardziej. – rzuciłam sarkastycznie, ale usiadłam za przyjaciółką na motorze.
Gdy złapałam za uchwyt na tyle, Constanza odpaliła silnik i wprawnym ruchem zaryczała silnikiem. W następnym ułamku sekundy wystartowała, rozpędzając się do niewiarygodnej prędkości w tak krótkim czasie. Mimowolnie zacisnęłam mocniej palce.
Jednak prędkość nie sprawiała Constanzie żadnych kłopotów. Nie przekraczała przepisów na uczęszczanych drogach, choć zawsze jechała na granicy. Mimo wszystko i tak mój żołądek był ściśnięty.
Prawdziwa jazda rozpoczęła się, gdy wjechałyśmy na autostradę.
- No to jedziemy, ile fabryka dała! – rzuciła przez ramię Constanza, przekrzykując pęd wiatru.
- CO? – wydusiłam tylko, nawet nie zdążając zaprotestować. W następnej sekundzie serce przyśpieszyło, czując narastającą prędkość. Zamknęłam oczy, a palce posiniały mi z zaciśniętego uścisku.
Jednak po kilku minutach przyzwyczaiłam się do świstu wiatru i mijanych aut. Przywykłam do szybkości i rozmazanych obrazów wokół. Wyprostowałam się i wpatrywałam się w Constanzę.
Była całkowicie skupiona na jeździe. Nie, to złe słowo. Pochłonięta jazdą. Chłonęła każdą sekundę, każdy warknięcie silnika, każdy powiew wiatru. Mogłabym przysiąc, że jej brązowe oczy jarzyły się złotem, pełne ekscytacji, a usta rozciągnięte były w nieopanowanym uśmiechu. Dostrzegłam, że panuje nad wszystkim. Że jest w stanie to okiełznać.
I że kocha to całym sercem.
- Uzależnienie od adrenaliny… - mruknęłam pod nosem, uśmiechając się. W tym tempie mi również się ono udzieli.
- Co mówisz? – Przyjaciółka wyprostowała się bardziej, drąc mordę jak najgłośniej, by przekrzyczeć siłę pędu.
- Że możesz przyśpieszyć! – zażartowałam, a gdy Constanza zaczęła zwiększać prędkość, zbliżając się do górnej granicy obowiązującej prędkości, roześmiałam się.
Może z tym motorem nie będzie aż tak źle.
***
  Constanza zahamowała gwałtownie, ostatkiem sił sprawiając, że utrzymała się na motorze, a nie wylądowała w pobliskim rowie. Zatrzymałam stoper i podbiegłam do niej, ale gdy dziewczyna ściągnęła kask i cisnęła nim o ziemię, wzniosłam oczy ku niebu.
- Ile razy mam ci, do jasnej cholery, powtarzać, że lepiej przyjechać tą trasę wolniej, ale w całości, niż za każdym razem sprawdzać, czy przy następnym upadku nie połamiesz się lub nie zabijesz? – wycedziłam.
- Nie wiem, kurna mać! – warknęła, kopiąc w oponę. – Co za skończony złom! – ponowiła kopnięcie.
- Constanza! – podniosłam głos, a gdy przyjaciółka łypnęła na mnie wściekle, wyraz mojej twarzy złagodniał. – Na dzisiaj starczy. Wracamy, za chwilę zacznie lać.
- Jeszcze jeden raz.
- Nie mam zamiaru zdrapywać cię z ziemi, bo zrobi się mokro i ślisko.
Constanza zwinęła dłonie w pięści, ale po chwili westchnęła i podniosła kask.
- W tym tempie nigdy nie wyrobię się do tych zawodów… - mruknęła tylko.
- Nikt od razu nie został mistrzem. – powtórzyłam po raz tysięczny. – A tak na serio, radziłabym ci się zastanowić czy nie lepiej iść w wyścigi. Przynajmniej dopóki nie masz crossa.
- Nie chcę się ścigać tak po prostu. – powiedziała cicho. – Doskonale wiesz, że jazda wyczynowa to moje marzenie, ale tu tak bardzo nie ma warunków.
- Mamy w ogóle farta, że pozwolili ci ćwiczyć na tej zapomnianej szutrówce. Inaczej w ogóle byś nie trenowała. – wzruszyłam ramionami, ale gdy Constanza milczała, uderzyłam ją lekko w ramię. – Wiesz co nam dobrze zrobi? Szybki wyścig na deskach.
Dziewczyna lekko się uśmiechnęła.
- I tak przegrasz.
- Phi. – udałam, że się obruszam. – Mam ci przypomnieć kiedy ostatnio byłaś na deskorolce?
- Czy to jest wyzwanie? – Constanza rozszerzyła usta w uśmiechu.
- A jeśli jest, to co? – również uśmiechnęłam się szelmowsko.
Patrzyłyśmy jeszcze przez chwilę po sobie, aż w końcu przybiłyśmy naszą piąteczkę i ruszyłyśmy po nas stary, ulubiony środek transportu.
***
Siedziałam od kilkunastu minut pod gabinetem dyrektora, przeklinając w myślach każdego, kto zdążył zaleźć mi za skórę. Wstałam, przeszłam wzdłuż korytarza, po czym znów usiadłam praktycznie pod drzwiami.
Nawet mój oddech wydawał się być głośny. Wybiła 16 i gimnazjum stało się praktycznie wymarłe. A drzwi od gabinetu wydawały się tłumić każdy dźwięk. Zabębniłam palcami po kolanie, przygryzając wargę ze zdenerwowania. Długo ją tam trzymali. A im dłużej na ciebie wrzeszczą, tym twoja sytuacja jest gorsza.
Nie chciałam być złym prorokiem, ale czułam w kościach, że Constanza tym razem bardzo mocno oberwie.
Przeszły mnie ciarki, gdy przed oczami stanęło mi szaleństwo  jakie opętało jej oczy raptem półgodziny wcześniej. Wyszłyśmy w czwórkę, naszą paczką dziewczyn, na zewnątrz, gotowe na nasz piątkowy wypad, gdy Constanza gwałtownie się zatrzymała.
- Zajebię sukę. – wycedziła z lodowatym spokojem i ruszyła przed siebie powoli.
Nawet nie zdążyłam chwycić jej za ramię, gdy Cristina zakryła twarz dłonią, klnąc siarczyście pod nosem. A gdy ona klnie, to już naprawdę dzieje się źle.
- Oż cholera, coś czuję, że na wyzwiskach się nie skończy. – stwierdziła Nicola, a ja powędrowałam wzrokiem w stronę, w którą zmierzała Constanza i od razu we mnie zawrzało.
Przyjaciółka przyśpieszała coraz bardziej, a jej dłonie, zwinięte w pięści, drżały z wściekłości. O jej motor opierała się Giovanna, uśmiechając się szelmowsko, a jej demoniczny śmiech przeszył mnie do szpiku kości, ale nie ze strachu przed nią tylko przed Constanzą. Felicia i Enrica zawtórowały swojej przywódczyni.
Oceniłam szybko straty. Te idiotki przebiły Constanzie obie opony, a na boku widniała długa rysa. Gdy zobaczyły, że właścicielka się zbliża, Giovanna, niby przez przypadek popchnęła biodrem motor, który dodatkowo uderzył o ziemię.
A Constanza, jakby tego nie zauważyła, jakby zignorowała ich szyderstwa i zatrzymując się gwałtownie przed Giovanną, wzięła potężny zamach i wbiła prawego sierpowego w twarz dziewczyny.
- CONSTA! – wrzasnęłam, bardziej z szoku niż z wściekłości i rzuciłam się w ich stronę najszybciej jak umiałam. Nawet nie zauważyłam, że koleżanki, po chwili wahania również za mną podążyły.
Giovanna tym czasem upadła na ziemię jak długa, a adrenalina sprawiła, że zaczęła się od razu podnosić. Constanza, jakby opętana, uderzyła ją jeszcze raz. I jeszcze raz. Felicia i Enrica jakby się ocknęły, zaczęły piszczeć, a nawet próbując ściągnąć Constanzę z Giovanny. Dobiegłam do nich, również się wydzierając.
- Natychmiast się uspokójcie, do jasnej cholery!
Constanza okładała Giovannę pięściami, choć sama obrywała. Miała haratniętą twarz w jednym miejscu przez długie paznokcie dziewczyny. Przyjaciółka znów zyskała przewagę, gdy Felicia i Enrica błyskawicznie się zmyły. Mój umysł ledwo rejestrował co się dzieje, i choć był to piękny widok, chwyciłam Constanzę za fraki i pociągnęłam z całej siły.
- Kurwa mać, opanuj się! – wrzasnęłam.
Constanza zdawała się mnie nie słyszeć i nawet nie obeszło jej moje wkroczenie. Cedziła cały czas pod nosem oszczerstwa i wypluwała całą nienawiść na dziewczynę.
- Czemu to zawsze musisz być ty. – urwała na moment, gdy znów ją pociągnęłam. – Zawsze ty. A ja ci nawet, kurwa, nic nie zrobiłam. Dziwko.
- Constanza! – usłyszałam za sobą Cristinę.
Wzięłam głęboki oddech i wkładając w to całą siłę, odciągnęłam przyjaciółkę od naszego wspólnego wroga. Włożyłam w to cały swój ciężar, więc w końcu upadłyśmy na ziemię, a ja resztką sił utrzymałam Constaznę. Giovanna tymczasem podniosła się z ziemi i ocierała usta z krwi.
- Jesteś szurnięta. – warknęła, ale po chwili rozciągnęła usta w zwycięskim, demonicznym uśmiechu. – A teraz radzę ci odpieprzyć się od Sergia, to może nie złożę sprawy do sądu. Znaj swoje miejsce, szmato.
- TY SKOŃCZONA KURWO! – Constanza odepchnęła mnie, zrywając się na równe nogi i nim Cristina oraz Nicola chwyciły ją, zdążyła wycelować ostatni cios w twarz dziewczyny.
Dlaczego ostatni? Odwróciłam się i dostrzegłam nadbiegających nauczycieli, a za nimi Felicię i Enricę. Reszta historii jest już jasna.
Minęły kolejne minuty, aż Constanza otworzyła drzwi na oścież i wycedziła pożegnanie. Spojrzała na mnie krótko, ruszając do wyjścia. Poszłam za nią spokojnie, wiedząc, że teraz będzie jedynie gorzej. Podałam jej plecak, który przyczepiła do motoru i ruszyłyśmy pieszo do domu. Constanza nadal się nie odzywała.
Wybitnie daleko nie miałyśmy, raptem 2 kilometry. W takie jesienne popołudnie to wręcz przyjemność, zwłaszcza, że było jeszcze ciepło. Jednak gdy wchodziłyśmy pod niewielkie wzniesienie, musiałam pomóc przyjaciółce prowadzić motor. Jego przebite opony klekotały, jakby kpiły sobie z nas.
- Kurwa, mogłam mocniej ją uderzyć.
Spojrzałam na nią przeciągle. To były pierwsze słowa jakie powiedziała, stale ogarnięta przejmującym gniewem.
- Jak dla mnie, oberwała wyjątkowo mocno. – wzruszyłam ramionami. – Nie sądzę, że wcześniej miała chociaż złamany paznokieć.
Constanza przejechała palcem po ranie jakie zostawiły paznokcie Giovanny na jej policzku.
- Teraz na pewno coś jej się złamało. – spróbowała zażartować, ale wyszło z tego tylko wściekłe warknięcie. – Czemu mnie powstrzymywałaś? Jak już zaczęłam ją tłuc, mogłam dokończyć.
- To była najtrudniejsza decyzja w całym moim życiu i jednocześnie najpiękniejszy widok. – uśmiechnęłam się do niej ponuro, a przyjaciółka w odpowiedzi prychnęła, rozluźniając się lekko.
- A jeśli chodzi o szkołę, to… nie wyrzucą mnie, ale wzorowego na koniec mieć nie będę. Kiedy moi rodzice wrócą do domu, będzie jakaś pogadanka, ale prawdopodobnie nawet mnie nie zawieszą. Głównie dlatego, że Giovanna zniszczyła mi motor.
- Przynajmniej tyle. Szkoda tylko, że ta frajerka jest „poszkodowaną”.
Constanza wręcz zawarczała.
- Ale, tak na serio… Co jej odbiło, by czepiać się mojego motoru? Mogła po prostu powiedzieć, że chodzi o chłopaka. – Constanza wzruszyła ramionami. – Coś w stylu „jestem od ciebie lepsza”, „nie masz szans” czy tam „Sergio jest mój”. Wredna suka.
Pokręciłam tylko głową, a na końcu ulicy dostrzegłam już dom Constanzy, a pod nim Cristinę i Nicolę z torbami. Przyśpieszyłyśmy kroku i dostrzegłyśmy szelmowskie uśmiechy koleżanek.
- Nim zaczniesz się wydzierać, bo masz zły humor. – Nicola odchrząknęła. – Robimy piżama party, póki jeszcze nie uziemili cię do osiemnastki.
- A tylko ty dzisiaj masz wolną chatę. – Cristina wyszczerzyła się szeroko, pokazując nam kusząco wyglądające reklamówki z jedzeniem.
Spojrzałyśmy po sobie z Constanzą w tym samym momencie i zaniosłyśmy się szczerym śmiechem, pozwalając by negatywne emocje nas opuściły.
***
Był środek nocy, a pokoju słyszałam tylko oddechy przyjaciółek obok na ziemi, w śpiworach i kocach. Poddasze Constanzy należało tylko do nas i wyglądało jak po przejściu tornada i powodzi. Obróciłam się na plecy, zastanawiając się co przebudziło mnie koło świtu.
- Psst. – usłyszałam, gdy znowu przysypiałam. – Psst, Blanca.
- Co? – szepnęłam w ciemność.
- Nie śpisz, co nie? – odszepnęła Constanza.
- Jakbyś nie zauważyła. – przewróciłam oczami, choć dziewczyna nie mogła tego zobaczyć. – Psst, Nic. Cristi.
Odpowiedziała nam cisza zakłócana tylko przez ich spokojne oddechy.
- Śpią. – stwierdziła Constanza. – Może nawet i lepiej.
- Śniły ci się koszmary? – spytałam cicho, wyczuwając strach w jej głosie. 
- Tak trochę… - westchnęła smutno. – Cały czas mam wrażanie, że mam na sobie jej krew. – mogłam przysiąc, że urwała, bo po jej plecach przebiegł dreszcz. – Ej, Blanca…
- No?
- Dziękuje, że mnie powstrzymałaś. – szepnęła ledwo dosłyszalnie. – Gdyby nie ty, nie wiem co bym… do czego byłabym w stanie… się posunąć.
Zamknęłam oczy, licząc uderzenia serca. Przypomniałam sobie moją wewnętrzną panikę, gdy widziałam rozszalałą przyjaciółkę.
- Nie ma sprawy. – szepnęłam, uśmiechając się. – Od tego ma się przyjaciół.
Zapanowała chwilowa cisza.
- No i, przepraszam. – dodała drżącym głosem.
- Też nie masz za co. – szepnęłam zdecydowanym głosem. – I nie wiem co tam teraz sobie myślisz, ale ja nadal widzę cię jako starą, dobrą Constanzę.
Usłyszałam jedynie westchnienie pełne ulgi.
- Dziękuje. – powtórzyła jedynie, a ja zamknęłam oczy i ponownie zmorzył mnie sen.
***
Minął praktycznie miesiąc od czasu tej nieszczęsnej bójki, a nasza klasa znów wyraźnie się podzieliła, lecz tym razem większość trzymała stronę Giovanny. Tak więc wręcz wyizolowaliśmy się od nich, wiedząc, że po jakiejś dłużej przerwie wszystko wróci do normy.
Siedziałyśmy przy naszych ławkach, bo zrobiło się na tyle zimno, że nie dało się wysiedzieć na zewnątrz. Nicola właśnie opowiadała o konkursie pianistycznym i niesprawiedliwych sędziach. Ot co. Zwykła rozmowa, zwykła atmosfera. Czekałyśmy ze wszystkimi „nowościami” na Riccardo, który zagubił się na jakimś spotkaniu dla samorządu.
Kątem oka obserwowałam naszych „najlepszych przyjaciół”, którzy najwyraźniej zbierali się, by gdzieś pójść w trakcie tej długiej przerwy. Dostrzegłam wśród nich Sergia i od razu podniosło mi się ciśnienie. Od czasu tej bójki nie przysiadywał się do nas i znów nas ignorował. Spojrzałam na Constanzę. Nadal miałam wrażenie, że jej tego brakuje.
Tego idioty.
Spojrzałam na nich po raz ostatni i moje spojrzenia skrzyżowały się z wzrokiem chłopaka. Od razu odwróciłam głowę w stronę koleżanek, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że gapił się tylko na mnie. Ale uczucie szybko mnie opuściło, ustępując obrzydzeniu, gdy Giovanna znów zaczęła się do niego przystawiać.
Dobrze, że po kilku sekundach do klasy wpadł Riccardo, bo zwymiotowałabym.
- Dobre wieści ludzie! – zawołał na przywitanie, wskakując na blat. – Będziemy mieli dyskotekę!
Constanza wzięła głęboki łyk z kubka termicznego, patrząc się na niego bez entuzjazmu.
- A puszczą mnie na nią? – spytała, nie licząc na cud.
- Oczywiście. – Riccardo spojrzał na nią, marszcząc czoło. Gdy dziewczyna wykonała gest zwycięstwa, nie mógł się jednak powstrzymać od sarkazmu. – Oczywiście jeśli obiecasz, że na nikogo się nie rzucisz.
- Hahaha. – Constanza przewróciła oczami. – Nieśmieszne.
- Ja nie mówię, że to śmieszne. Twierdzę jedynie, że kariera boksera stoi przed tobą otworem.
Zakrztusiłam się herbatką, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Reszta paczki też do mnie dołączyła, ignorując Constanzę mamroczącą coś pod nosem, w stylu „z kim ja żyję…”.
- Ale wracając do tematu, kiedy ta dyskoteka? – spytałam. Chłopak spojrzał na karteczkę z notatkami.
- 6 grudnia, taka mikołajkowa czy coś. No i składka po piątaku.
- Grudzień? – zdziwiła się Cristina. – Coś szybko to planują. Dopiero listopad się zaczął.
- Jakąś fajną pewnie chcą odwalić, ale im nie wyjdzie. Jak zwykle.
- Hmm… Mam zawody siódmego… - westchnęła Constanza.
Spojrzałam po niej podejrzliwie.
- A czy one przypadkiem nie były pod koniec grudnia?
- To inne. – odparła zdawkowo, ale widząc, że wszyscy wokół wręcz napinają mięśnie by wyperswadować jej to dla jej dobra, uniosła dłonie do góry w uspokajającym geście. – Ale spokojnie. Wybrałam łatwiejsze. No i to tylko wyścig, a nie skakanie z ramp i te sprawy.
- „Tylko wyścig”… - powtórzył Riccardo, praktycznie dusząc się z irracjonalnego śmiechu. Constanza obrzuciła go podirytowanym spojrzeniem.
- Powiedziała uzależniona od prędkości. – dopowiedziałam, cmokając z niezadowoleniem.
- Naprawdę Blanca? Nawet ty będziesz mnie powstrzymywać? – jęknęła, a w jej głosie usłyszałam taką nieznośną pretensję. Uśmiechnęłam się groźnie.
- Nawet ja będę cię powstrzymywać. – podkreśliłam. – A wiesz czemu? Bo z tobą trenuję i wiem najlepiej, że nie jesteś jeszcze przygotowana! A ja nie będę cię zdrapywać z asfaltu! – w miarę jak mówiłam, Constanza coraz bardziej mnie ignorowała, a ja podnosiłam głos.
W odpowiedzi dostałam tylko zdawkowe prychnięcie i zacięty, zdeterminowany wzrok przyjaciółki.
***
Owszem, nawet ja nie byłam w stanie jej powstrzymać.
Dlatego stałam pod sekretariatem, znudzona i czekałam aż Constanza w końcu z niego wyjdzie. Składała papiery, zapisy i Bóg wie co jeszcze, by to szkoła zatwierdziła jej udział w wyścigu i by mogła reprezentować Manarolę. Skubałam skórki przy paznokciach, nie wiedząc co ze sobą począć, aż w końcu oderwałam się od ściany i ruszyłam wzdłuż korytarza, zostawiając nasze plecaki w polu widzenia.
Szczęście długo się do mnie nie uśmiechało, ale z kolei przede mną stanął żywy przykład Prawa Murphiego – im bardziej czegoś nie chcesz, tym pewniejsze, że to się stanie. Praktycznie wpadłam na Giovannę i jej przyjaciółeczki. Na szczęście bez obstawy w postaci chłopaków.
- Uważaj jak leziesz, idiotko. – syknęła zjadliwie, a Felicia i Enrica dopowiedziały coś jeszcze.
Przewróciłam oczami, ignorując je. Udałam zafascynowanie jedną z historycznych tablic wiszących na korytarzu. Coś o fundatorach szkoły, ważnych absolwentach czy inne pierdoły, które nikogo nie interesują.
Po kilku minutach w końcu usłyszałam kliknięcie klamki i obróciłam się w stronę drzwi, wypatrując z utęsknieniem Constanzy. Przyjaciółka przybrała przepraszającą minę i kucnęła przy swoim plecaku.
- Sorki, jeszcze chwila. Gdzieś zapodziałam jeden z formularzy… - zaczęła, przetrząsając książki. – Za chwilę go znajdę.
- Znowu, sklerotyku? Pewnie jakiś najważniejszy i zejdzie ci tam dwa razy dłużej. – prychnęłam, ale nachyliłam się nad jej ramieniem.
- Kurde, nie ma. – syknęła z irytacją i zaczęła sprawdzać jeszcze raz.
- Ej, koleżanki… - zawołała przesłodzonym głosikiem Felicia.
Inteligencja niektórych osób mnie przeraża. Czy raczej jej brak.
Felicia machała nam z końca korytarza formularzem, a gdy dostrzegła rozwścieczony wzrok Constanzy, błyskawicznie schowała się za ścianą.
- Czy one na serio…? – spytałam, przekrzywiając głowę z niedowierzaniem.
- Tak. – przytaknęła mi Constanza i zajrzała do sekretariatu, uśmiechając się naturalnie i spokojnie. – Przepraszam, ale chyba zostawiłam to w którejś z klas.
- Normalnie jak dzieci. – mruknęłam pod nosem, idąc w stronę Felicii.
- Gorzej. – warknęła Constanza w bojowym nastroju. – To jest pojedynczy formularz. Drugiego mi już nie dadzą.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Miłe jesienne popołudnia szybko zmieniały się na te, niemiłe, deszczowe. Nawet nie zdziwiłam się, gdy dostrzegłam Giovannę, która poczytywała owy formularz, a po obu jej stronach sterczą te hieny. Na nasz widok, wyszczerzyła usta w diabolicznym uśmiechu.
- Cześć, Blanca. Cześć, Constanza. – wręcz opluła nas jadem.
- Tak, tak, cześć, cześć. – warknęła Constanza, nie zatrzymując się. Wyciągnęła dłoń we władczym geście. – Oddawaj to.
Giovanna zabrała jej to sprzed nosa kilka razy, widocznie mając z tego świetną zabawę. Wtórowały jej śmiechy koleżanek. Constanza po kilku sekundach, zwinęła dłonie w pięści (prawdopodobnie by nie rzucić się na naszą koleżaneczkę) i zmroziła ich wzrokiem.
- Nie mam zamiaru ci tego wydzierać i podrzeć. – wycedziła. – Albo oddasz po dobroci, albo tak ci przyjebię…
- Constanza. – położyłam kojąco dłoń na jej ramieniu. – Daruj sobie.
Spojrzała na mnie wściekle, a grupka roześmiała się.
- Właśnie. Daruj sobie. – powiedziała z wyższością Enrica.
Przewróciłam oczami ze znudzonym jękiem.
- Wy też sobie darujcie. – powiedziałam, zachowując spokój. – Zachowujecie się taaak dojrzale. Zabraliście jej kartkę, niesamowite, ale to zabawne. – udałam entuzjazm, po czym spojrzałam na nie spod zmarszczonych brwi. – Na serio? Na więcej was nie stać?
- Czy to jest wypowiedzenie wojny? – Giovanna aż skrzyżowała ręce.
- Nie. To jest, kurwa, delikatna sugestia, że masz mi to, do cholery jasnej oddać! – warknęła Constanza. Zacisnęłam palce na jej ramieniu.
- Ta kartka jest taka cenna? – Giovanna uśmiechnęła się złowieszczo. – Szkoda by było gdyby wpadła w błoto.
Lekko pobladłam, ale po chwili ogarnął mnie gniew.
- Nie odważysz się.
Giovanna spojrzała na nas wyzywająco, nadstawiając kartkę nad kałużę.
- Założymy się?
Constanza była czerwona z wściekłości, a ja naprawdę zastanawiałam się, czy nie pozwolić jej roznieść te idiotki na strzępy. Niestety wygrał zdrowy rozsądek.
- Nie zrobisz tego.
- Niby dlaczego nie? – jej uśmiech był coraz szerszy.
- Bo to żałosne.
Obróciłyśmy się w tym samym momencie. Przewróciłam oczami. Ten to lubił   dramatyczne wejścia.
- Sergio! – tym razem to Giovanna pobladła. – Co ty tu…?
- Chodzę tu do szkoły. – uciął i stanął obok Constanzy. Jak dla mnie trochę zbyt blisko jej przestrzeni osobistej. – A teraz oddawaj jej ten formularz i nie zgrywaj wrednej suki.
- Jak śmiesz… - zapowietrzyła się, ale urwała gwałtownie i agresywnym ruchem wepchnęła kartkę w dłonie Constanzy. Kiwnęła głową na przyjaciółki i odeszły szybkim krokiem od nas.
- Pierwszy raz widzę jak braknie jej słów. – mruknęła pod nosem Constanza. – Dobra, idę to zanieść. – rzuciła i pobiegła do sekretariatu.
Zostawiając mnie samego z nim.
Sergio włożył dłonie do kieszeni, nie bardzo wiedząc jak się zachować. Ja wbiłam wzrok w ziemię, unikając jakiejkolwiek sposobności do rozmowy. Ale w końcu i tak musiałam przełamać ciszę.
- Dzięki, że wstawiłeś się za Constanzą. – mruknęłam, posyłając mu niepewny uśmiech.
- Ta, wstawiłem się za Constanzą… - mruknął ledwo dosłyszalnie.
- Słucham?
- Nie, nic-nic – uśmiechnął się. – Co to za dokumenty, tak w ogóle?
- Constanza zgłasza się do takiego wyścigu i formularz był jej potrzebny.
- Czyli coraz lepiej jeździ na tym swoim motorze. No to fajno.
- Jeśli można to tak określić. – wzruszyłam ramionami. – A ty co? Czekasz na swoich kolegów?
- Tak szczerze, to… - zaciął się, unikając mojego wzroku. – Zastanawiałem się, czy nie…
Zadzwonił mi telefon i z automatu go odebrałam, od razu przeprosiłam Sergia. Miałam w zwyczaju zawsze odbierać albo oddzwaniać jak najszybciej. Nigdy nie wiadomo czy nie chodzi o coś dużo ważniejszego niż to czym się teraz zajmuję. Ale o dziwo to był tylko Riccardo, który chciał tylko pogadać. Rozłączyliśmy się dopiero, gdy Constanza wyszła ze szkoły, niosąc nasze plecaki.
- Trzeba było go ode mnie pozdrowić. – rzucił trochę zjadliwie Sergio.
Przewróciłam oczami, biorąc plecak od Constanzy.
- O, Sergio. Sądziłam, że już poszedłeś do domu. – uśmiechnęła się do niego dziewczęco. – W ogóle, dziękuję za wcześniej. Uratowałeś mi skórę.
- Nie ma za co. Przyjemność po mojej stronie.
Od tych ich uśmiechów zrobiło mi się nie dobrze. Taka Constanza zdecydowanie była zbyt przesłodzoną wersją siebie.
W jakiś dziwny sposób zaczęliśmy wracać we trójkę, a ja usilnie się nie odzywałam, tak by Constanza i Sergio mogli gadać, ale on oczywiście musiał cały czas się o coś pytać i nie pozwalał mi opuścić konwersacji. Nawet raz użyłam sygnału, że się zmywam, a Constanza mi to potwierdziła. Tylko, że chłopak zatrzymał mnie ze słowami, typu „weź zostań, w grupie raźniej”.  Tak więc trzymałam się w większej odległości niż oni i starałam się zachowywać jak profesjonalna swatka.
Szkoda tylko, że chłopcy to idioci.
I na dodatek ślepcy.
***
Pod koniec tygodnia, gdy po popołudniu passa złej pogody się przerwała, w moich progach zawitała Constanza. Otworzyłam jej ze zdziwieniem. W piątki zazwyczaj albo robiłyśmy wieczorki filmowe, albo siedziałyśmy u siebie nawzajem do późnej nocy. W lecie było ciekawiej, ale obecny, przenikliwy wiatr nie zachęcał do sportowego wypoczynku. Spojrzałam dodatkowo na zegarek – minęła raptem czwarta po południu co zdecydowanie nie można było nazwać wieczorem.
- Zegarki ci się przestawiły? – spytałam ze śmiechem, trzymając kubek z gorącą herbatką. Oparłam się luźno o framugę.
Constanza nim odpowiedziała obrzuciła mnie krytycznym spojrzeniem.
- Czemu siedzisz już w szlafroku i grubych skarpetach? – spytała retorycznie, po czym tylko pokręciła głową. – Ubieraj się.
- Po kiego? – spojrzałam podejrzliwie na chmury.
- Zabieram cię na przejażdżkę.
Zamrugałam kilka razy, nie bardzo rozumiejąc tok jej rozumowania. Spojrzałam jeszcze raz na pogodę. W sumie nie było aż tak źle. No i był piątek. Dopiłam herbatkę jednym haustem, po czym machnęłam na przyjaciółkę dłonią.
- Właź do środka. – rzuciłam przez ramię. – Ubiorę się i możemy ruszać.
***
Przejażdżka była przyjemna.
Ale tak zawsze jest. Możemy planować coś nawet miesiącami, a na końcu i tak opatrzność uweźmie się na nas i zacznie psuć wszystko od pogody po sam nasz nastrój. A takie spontaniczne wyjścia zawsze się udają.
Powinnam częściej dziękować losowi, że mam z kim wychodzić.
Zatrzymałyśmy się tylko raz, na jednej z polan wokół całkowitej pustki. Okolica wydawała się pusta, pozbawiona ingerencji człowieka, oprócz śladów kół motoru Constanzy. Zsiadłam rozbawiona z machiny i przeciągnęłam się, rzucając okiem na niebo. Akurat w tym miejscu świerki i sosny nie zasłaniały nieba, a jedynie okalały wokół linii horyzontu niczym korona.
- Czemu wywiozłaś mnie do lasu? Masz jakieś niecne zamiary? – zaśmiałam się.
Dostrzegłam po Constanzie, że choć ma coś ze mną do obgadania nie może powstrzymać rozbawionego uśmiechu. Upewniła się, że pojazd utrzyma pion, po czym obróciła się w moją stronę z „niecnym” uśmieszkiem.
- Ależ oczywiście. Z taką milusią dziewczynką jak ty… Muahahaha… - zaśmiała się złowieszczo, wyciągając ramiona w moim kierunku.
Odtrąciłam je z udawanym przestrachem.
- Zostaw mnie, ty oblechu! – zapiszczałam jak rasowa blondynka w horrorach.
- Pragnę twego ciała! – ryknęła Constanza i powaliła mnie na ziemię.
Przez krótką chwilę brakowało mi tlenu, by zaraz potem wybuchnąć śmiechem. Otarłam łzy, turlając się kilka metrów dalej od przyjaciółki, która po swoim diabelskim ataku wylądowała twarzą w trawie.
- A teraz gadaj o co ci na serio chodzi.
- Mi? O nic ważnego. Po prostu chodziło o to by nie marnować naszej młodości na piątkowe popołudnia spędzane w domu. – wymruczała, po czym podniosła się i wypluła trawę z ust. – Tutaj nikt nie usłyszy o czym gadamy.
- W moim domu też, no ale niech ci będzie… - wtrąciłam sarkastycznie.
Constanza spojrzała na mnie spode łba, ale nie mogła długo powstrzymać uśmiechu. A gdy ona uśmiecha się po moich sarkastycznych tekstach, temat który chciała poruszyć, musiał dotyczyć zapewne osobnika płci męskiej.
- Zaczynam sądzić, że Sergio mi się podoba. Ale wiesz… Tak serio-serio.
Spojrzałam na nią uważnie.
Owszem chłopak znowu cały czas się z nami zadawał, przynajmniej od kiedy wstawił się z tym formularzem. Coraz bardziej zakumplowywał się z Constanzą i ogólnie z całą paczką, lecz coraz bardziej kwitła nienawiść pomiędzy nim, a Riccardo. Faceci. Ale pomijając to wszystko, przestałam Sergia „nie trawić”. Teraz przeszło to na „tolerancja” bądź „akceptacja”.
- Akurat to już wiem, bo ślinisz się jak go widzisz.
- Nie ślinię się!
- Mam cię nagrać?
- Ale ja się nie ślinię! – burknęła Constanza. – Cicho siedź, ty sieroto. Ja tu usiłuję poruszyć poważny temat, a ty tu wyskakujesz z jakimś ślinieniem się!
- Nie wiem, czy gimnazjalną miłość można nazwać „poważną” – odparłam. – Ale słucham ja ciebie.
- Nie masz nic przeciwko?
- Przeciwko czemu? – zmarszczyłam brwi.
- Ogólnie. Jeśli czysto teoretycznie, wyszłoby coś z tego z Sergiem… Wszystko byłoby między nami okej? – spytała niepewnie.
Ja w odpowiedzi roześmiałam się.
- Oczywiście, głupia. A niby czemu miałoby być inaczej?
Uniknęła mojego wzorku, a czubki jej uszy zaczerwieniły się.
- A sama nie wiem.
***
Pomachałam Constanzie na pożegnanie i pognałam do domu po sprzęt astronomiczny. Zapowiadała się bezchmurna noc, w dodatku jedna z cieplejszych z tych jesiennych. Wybrałam bliższy punkt obserwacyjny niż plaża i pognałam na niego pieszo.
Już dawno wzeszły pierwsze gwiazdy.
Wskoczyłam na barierkę, wpatrując się w ciemniejące niebo, a dziesiątki gwiazd odbijały się i lśniły w moich zielonych oczach. Poczułam jak w żołądku podrywają się motyle. Wszechświat stawał przede mną otworem, pozwalając zanurzyć się w bezkres swoich tajemnic i sekretów, jak w mętną toń oceanu.
Gdy niebo stało się czarnym płótnem zabrałam się do poważniejszych obserwacji. Uwielbiałam to robić, choć zawsze miałam wrażenie, że minuty prześlizgują się między moimi palcami jak woda.
- Znowu straciłaś poczucie czasu?
Wzdrygnęłam się i powoli odwróciłam się do przybysza.
- Ciebie też miło widzieć, Sergio.
Chłopak uśmiechnął się czarująco, wpatrując w moje roziskrzone tęczówki. Nie spuszczałam jednej dłoni z teleskopu, jakby było to co najmniej moje niemowlę, a w drugiej ściskałam notes pokryty rozmaitymi szkicami i zapiskami.
- Jak patrzę się w twoje oczy, zaczynam rozumieć, że teraz dla ciebie czas nie istnieje. – powiedział cicho i podszedł do barierki.
Nie wiedziałam jak się zachować. Zignorować go i dalej zająć się swoimi sprawami? Niegrzecznie. Podejść do niego? Wzruszyłam ramionami i podeszłam lekkim krokiem w stronę barierki, stając jakiś metr od chłopaka.
- Co tutaj robisz? – spytałam cicho, znów tonąc w migoczących gwiazdach.
- Sam nie wiem. – szepnął jeszcze ciszej. – Poczułem, że muszę wyjść i trafiłem tutaj. Nogi same mnie poniosły.
- Może zaczynasz wariować. – mruknęłam, uśmiechając się kpiąco pod nosem. Kątem oka dostrzegłam, że wbił we mnie spojrzenie, ale ja nie zaszczyciłam go swoim. Sama nie wiem czemu. Może dlatego, że coś wydawało się być nie tak. A może dlatego, że krew dudniła mi w uszach.
- Może. – przyznał, uśmiechając się w ten irytująco słodki sposób, który sprawiał, że stawał się przystojniejszy niż jest. – I chyba nawet wiem dlaczego.
Jego ton był zaczepny, a ja sama nie mogłam się powstrzymać, by obrócić głowę w jego stronę i posłać mu tak samo zaczepny uśmieszek.
- No, dlaczego? – uniosłam brwi, szczerząc się głupowato.
- Przez ciebie.
Nie wiem czy dreszcz przeszył mnie od jego słów, czy od tego, że tknął swoimi ciepłymi palcami moją dłoń. Zastygłam, nie słysząc nic innego niż bicie własnego serca. Chłopak przejechał palcami po grzbiecie mojej ręki, wywołując mrowienie, po czym ujął ją delikatnie.
O nie, nie, nie, nie, nie, nie.
To idzie w bardzo złym kierunku.
Mój umysł huczał od ostrzeżeń, ale ja byłam jak zaklęta. Jednocześnie zbyt przestraszona, by cokolwiek zrobić oraz oczarowana chłopakiem. Gdy odciągnął mnie lekko od balustrady i objął zaborczo w talii, przez mgłę moje umysłu przebił się ryk. Zatrzymaj się.
- Blanca… - wyszeptał moje imię, nachylając się w moją stronę. – Usiłuję ci to powiedzieć od dawna…
- Zatrzymaj się.
Zastygł gwałtownie, a ja wysunęłam się z jego objęć, mając wrażenie, że ściągam z siebie pajęczynę. Serce waliło mi strasznie szybko, a zabiło boleśniej, gdy dostrzegłam rozczarowanie w jego ciemnych oczach. Nawet jeśli to Sergio, zasługiwał na bardziej „taktowne odrzucenie”.
- Przepraszam. – powiedział cicho, wpychając ręce do kieszeni. – Sądziłem, że…
- Nie mogę. – wydukałam, czując jak twarz oblewa się czerwienią. – Po prostu… Nie mogę.
Spojrzał na mnie przeciągle, jakby szukając czegokolwiek na mojej twarzy. Jakiejś sprzeczności. Czegoś co pozwoliłoby mu bezboleśnie to zrozumieć. Ale nie dostrzegł żadnych szans. Moja twarz była bezlitośnie poważna, choć serce pędziło szybciej niż powinno do chłopaka, do którego nic nie czuję.
Nie wiem.
Unikając jego wzroku chwyciłam teleskop i odeszłam w stronę domu powoli. Sergio nie zaoferował się, by mnie odprowadzić. Za zakrętem puściłam się biegiem.


28 lipca 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 3 ~ Pierwsza ścieżka została wydeptana

Rozdział 3

Pierwsza ścieżka została wydeptana
Wszystko kiedyś się kończy, więc koniec lata skomentowałam tylko przeciągłym westchnięciem, gdy w końcu musiałam spakować książki do szkoły. Z ubraniami nadal nie było problemu, tak jak Constanza wyciągałam pierwszą koszulkę z brzegu i pierwsze spodnie. Jednak tym razem zawahałam się, przypominając sobie jej słowa o ‘zachowywaniu się jak dziewczyna’.
No, to chyba do mnie nie było.
Zaśmiałam się w duchu, wyciągając jakąś koszulkę na oślep. Nim jednak wygrzebałam spodnie, wyświetlacz mojego telefonu podświetlił się i wydał z siebie pierwsze nuty Maroon 5 Harder to Breathe. Muszę szybko zmienić ten utwór, bo przestanę odbierać telefon, tylko by go posłuchać.
- No cześć, Constans – przywitałam, przytrzymując telefon ramieniem, przy okazji wyciągając resztę potrzebnych mi ciuchów. Przyjaciółka zaczęła nadawać na cały głośnik, a ja rozumiałam piąte przez dziewiąte, więc gdy w końcu zaczęłam chwytać sens rozmowy, przerwałam jej. – Czyli, jutro po szkole wpadamy do ciebie, bo masz jakąś niespodziankę?
- I to nie jakąś! – ryknęła do słuchawki. – Pamiętasz jak mówiłam o próbowaniu nowych rzeczy? Szczena ci opadnie!
I po tych słowach, dramatycznie się rozłączyła. Wzniosłam oczy ku niebu (sufitowi) i zapatrzyłam się. W połowie wakacji w końcu przyczepiłyśmy z Constanzą realną mapę nieba, podświetlaną w ciemności. To przypomniało mi, że zapowiadali bezchmurne niebo. Sięgnęłam jeszcze do szafy po jakąś bluzę.
W między czasie przyszedł mi SMS od Constanzy. Dobranoc.
Uśmiechnęłam się pod nosem, kręcąc głową i chwyciłam swój stary teleskop. Przemknęłam między rodzicami, choć oni i tak wiedzieli, że „wymykam” się z domu na obserwacje i póki co, nie zgłaszali skarg. Zapięłam bardziej bluzę, gdy chłodnawe powietrze smagnęło mnie po klatce i kopnęłam deskorolkę, by się ruszyła. Nim zaczęłam jechać na ulubiony punkt, przyszedł mi jeszcze jeden SMS.
Nie zasiedź się na tych swoich obserwacjach, bo to już nie wakacje.
Pokręciłam głową raz jeszcze i wprawnym ruchem odepchnęłam się od ziemi nabierając prędkości. Była raptem 20, a końcem sierpnia praktycznie panowała względna jasność. Miasteczko pogrążało się w ciemnościach nocy, choć latarnie zaczynały świecić. Tu i ówdzie zauważałam jeszcze turystów, którzy korzystali z ostatnich dni urlopu. Uśmiechnęłam się pod nosem. Minęłam starego ogrodnika, pana listonosza, nawet latarnika, a cała Manarola wydawała się być taka znana i ciepła, zwłaszcza, gdy miejscowi uśmiechali się na mój widok.
Teraz też jestem miejscowa.
Oczywiście uśmiech mi zszedł z twarzy, gdy przy jedynym ‘klubie’ w miasteczku zobaczyłam moje ulubione towarzystwo, z którym będę musiała męczyć się jeszcze jakieś 6 lat. Giovanna, Enrica, Felicia, Sergio, Marco, Carlos i Gulio. Zmroziłam ich nienawistnym spojrzeniem z daleka, dalej pamiętając to co odstawiali przez całą podstawówkę. Prychnęłam pod nosem. Przez to lato się zmienią, wolne sobie, Constanza. Niestety stali w najgorszym możliwym miejscu, w którym oczywiście musiałam skręcić.
O losie, ty zgubna istoto.
Sergio dostrzegł mnie pierwszy i  nawet podniósł dłoń w geście przywitania, ale szybko ją schował, gdy jego kochani przyjaciele zaczęli mnie wygwizdywać. Enrica oczywiście ani myślała, by zejść swoim cielskiem choć trochę z drogi, więc potrąciłam ją ramieniem. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy posłali za mną przekleństwa. Mimo, że praktycznie byłam pewna, że akurat Sergio nic nie wołał, również zaliczyłam go do tej grupy. Jakby chciał, nie zadawałby się z nimi.
Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu dojechałam do opuszczonej części zatoki z wysokim, płaskim falochronem. Podjechałam jak najdalej jak się dało, a potem musiałam zejść. W oddali dostrzegłam sylwetkę niskiej postaci i uśmiechnęłam się pod nosem. Chłopak krzątał się, wyraźnie się śpiesząc.
- Witam pana. – rzuciłam, nachylając się mu nad ramieniem.
Riccardo odskoczył jak oparzony, po czym obrzucił mnie miłym spojrzeniem.
- A, to tylko ty, Blanca. – odetchnął z ulgą.
- To aż ja, Ricc. – zaśmiałam się i przybiłam z nim żółwika. - Widzę, że ty też usłyszałeś o pozytywnych prognozach pogody. – wskazałam brodą na czyste niebo z jaśniejącym coraz bardziej księżycem.
Przytaknął, spoglądając pojawiające się powoli gwiazdy.
- Ano. Tylko szkoda, że zawsze musimy się wyminąć. – westchnął.
- No bo wiesz… Gwiazdy są tylko w nocy.
- Haha, nieśmieszne.
- Dobra, dobra. Wiem, rodzice cię cisną mocno.
- Tsa… „mocno” – podkreślił ironicznie, zapakowując do końca swoją podręczną lunetę. – Powinienem być od 5 minut w domu.
Zrzuciłam z pleców teleskop i przeciągnęłam się.
- No to ja cię nie zatrzymuję.
- Oszalałaś? – Riccardo wytrzeszczył na mnie oczy zza swoich okrągłych szkieł. – Może mi się śpieszy, ale… ale… Już wiem. Nie mogę zostawić dziewczyny samej z takim ciężkim sprzętem.
Zachichotałam.
- Nie używaj mnie jako wymówki.
- Ja? Ta gdzie, jam po prostu dżentelmen. – ukłonił się wytwornie i zaczął wprawie pomagać mi rozłożyć teleskop. Po udzielonej pomocy, pożegnał się i pomknął na rowerze w stronę domu.
Westchnęłam, nadal uśmiechając się pod nosem. Riccardo był śmieszkiem, ale mało kto dostrzegał to spod kurtyny bardzo dobrych ocen. Spojrzałam kątem oka na zegarek. Za kwadrans dziewiąta. Miałam tylko trochę ponad godzinkę, nim wybije godzina ciszy nocnej i trzeba będzie wracać.
Czas upłynął błyskawicznie.
Westchnęłam ponownie, okręcając się wokół własnej osi, spoglądając przy tym w rozgwieżdżone niebo. Cały wszechświat zawirował wraz ze mną. Po czym wróciłam na ziemię, zapakowałam się szybko i pojechałam deskorolką wzdłuż falochronu.
Aby dojść do głównej, oświetlonej drogi trzeba było pokonać odcinek starą, zapuszczoną plażą. Mogłoby się wydawać, że jechanie po piasku jest trudne na rowerze, ale dla mnie było to wykonalne nawet na deskorolce. Oczywiście poszło mozolnie. Kątem oka obserwowałam iskrzące się od księżyca morze. Westchnęłam z błogością, wiedząc że w tych ciemnościach nikt na mnie nie patrzy. Nikt mnie nie widzi.
Z lekka zziajana, dowlekłam się do końca plaży i zaczęłam wchodzić po kamiennych schodkach w górę, kryjąc się w mroku drzew. Musiałam odczekać chwilę nim oczy przyzwyczaiły się do mroku.
- To niebezpieczne, gdy dziewczyny chodzą same w nocy.
Ugryzłam się w język, by nie wrzasnąć. Wystarczyło jedno szybsze uderzenie serca, by mój instynkt zaczął działać (albo wystarczyła znajomość z Constanzą). Wprawnym ruchem nogi podrzuciłam deskorolkę do góry i łapiąc je w obie dłonie, rzuciłam się z nią w stronę, z której dobiegał głos.
Wszystko rozegrało się w mniej niż sekundę. Zadrżałam, gdy kółeczka od deski wpiły się w czyjś brzuch.
- AŁĆ, BLANCA, CZEKAJ! – głos tym razem wydał mi się bardziej znajomy. Przycisnęłam deskę do siebie, mrużąc oczy w ciemności.
- Chwila… Sergio? – zdziwiłam się.
Jeszcze tylko jego tu brakowało.
- Ale ty jesteś szybka… - urwał na moment, by zakaszleć. – Tego o niebezpieczeństwie nie cofnę. To TY stwarzasz zagrożenie.
Położyłam deskę na ziemi, stawiając na niej jedną stopę. Mierzyłam Sergia uważnym, wrogim spojrzeniem, nie miałam najmniejszego powodu, by zachowywać się sympatycznie, zwłaszcza do niego. A jego postępowanie było bardzo dziwne.
- Czemu mnie śledzisz? – spytałam chłodno.
Ciemnowłosy spojrzał na mnie dłużej niż powinien, bo aż cofnęłam się o krok. Dopiero wtedy dotarł do niego jego błąd.
- Co? Nie! – wzdrygnął się. – Czemu w ogóle myślisz o takich rzeczach? Serio masz mnie za takiego zboka? – obruszył się.
- Czajenie się na dziewczynę w ciemnościach daje wiele do myślenia. – prychnęłam. – Zwłaszcza, że nigdy nie dałeś mi powodu do zaufania.
Dostrzegłam, że doskonale wie, o co mi chodzi. To nawet już nie ta ustawka. To całe 3 lata ciągłego dokuczania i wzajemnej niechęci.
- Tak na serio, to… - zaciął się na moment, wplatając palce w czekoladowe włosy. – Dopiero teraz wracałem od… no wiesz. – zaintonował to co najmniej jakby się ich… wstydził? – Zobaczyłem, że się zbierasz i pomyślałem, że… no… dziewczyna nie powinna wracać sama o tej porze…
Uniosłam jedną brew, za bardzo nie wierząc w to co słyszę.
- Przed chwilą powiedziałeś, że to ja stanowię zagrożenie.
- Blanca! – jęknął, a jego ramiona opadły.
Uśmiechnęłam się chytrze, czując, że tym razem nie muszę się obawiać wyzwisk czy większej przemocy. Mogłam spokojnie mu podokuczać.
- No już, dobra, dobra. – mruknęłam w końcu, odpychając się jedną nogą od ziemi i zaczynając jechać. Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ale uniosłam dłoń do góry, by pomachać koledze. W końcu jestem skazana na niego przez kilka kolejnych lat.
Kolejny zawał przeżyłam, gdy po kilku sekundach chłopak zrównał się ze mną, jadąc na rowerze. Tym razem jednak nie wzdrygnęłam się widocznie, tylko posłałam mu przeciągłe spojrzenie.
- Wiesz, Sergio… Sądziłam, że załapiesz aluzję. – zachichotałam pod nosem. – Mogłeś spokojnie jechać do domu.
- No nie mogłem. – zaśmiał się, myśląc że żartuję z nim, a nie z niego. Na swój sposób było to… słodkie? – Już się zaoferowałem, to dotrzymam obietnicy.
Super, teraz się ode mnie nie odczepi.
- Mieszkasz na przeciwnym krańcu miasta. – zauważyłam, przyśpieszając lekko, by mógł jechać normalnym, rowerowym tempem.
- Blanca, przecież to nie jest Nowy York. 10 minut i będę z powrotem.
Kolejne metry przejechaliśmy w milczeniu, a mnie korciło, by trochę mu powygarniać. No może to złe słowo. Delikatnie zasugerować, że ani się z nim nie koleguję, ani nawet nie mam zamiaru. Już widzę miny Giovanny i spółki. O nie, nie. Nie widzi mi się wracanie do ciągłego stanu wojny. Zawieszenie broni jest fajne. Pasuje mi.
- Wiesz, Sergio, tu nie chodzi o to, że nie doceniam na jakich to dżentelmenów rośnie nasze pokolenie, tylko… No wiesz. My się za bardzo nie kolegujemy.
Chłopak milczał, trawiąc moje słowa.
- No to zaczniemy.
Spojrzałam na niego, ale w ciemności błysnęły tylko jego zęby, odsłonięte w szerokim uśmiechu. Pokręciłam głową. Chłopaki to idioci. Miałam już powiedzieć coś ostrzej, by odczepił się raz na zawsze, on i jego równie mądrzy koledzy, ale Sergio zaczął pogawędkę na jakiś przyjemny temat. Z czystej ciekawości odpowiedziałam i w jakiś naturalny sposób wywiązała się z tego żartobliwa rozmowa.
I  w sumie dobrze. Teraz żałowałabym, jakbym go spławiła.
- No dobra. – zahamowałam. – Ja tutaj. – wskazałam głową swój dom.
Sergio również się zatrzymał i czekał na coś. Sama nie wiem na co. Rozglądnęłam się nerwowo, nie wiedząc co powiedzieć. Tak po prostu się pożegnać? Westchnęłam, czując że zacznę paplać co mi ślina na język przyniesie.
- Wiesz, co Sergio? – nabrałam pewności w głosie. – Pomimo twoich przyjaciół i ogólnie tego ‘wszystkiego’… Jesteś równym gościem.
Jego usta rozciągnęły się w rozbawionym, zawadiackim uśmieszku, a czarne oczy zwęziły się w wąskie szparki, upodobniając go do Azjaty. Również się uśmiechnęłam, sama nie wiem czemu.
- Dzięki, Blanca. – wyszczerzył się, zawracając rower. – To do jutra. – Ledwo skończył mówić, a już pędził w stronę swojego domu. Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Do jutra.
Przemknęłam szybko do swojego pokoju, nie budząc rodziców. Czyżby Constanza miała rację z tym całym „zmienianiem się przez wakacje”? Byłam pewna, że w co najmniej w tym tygodniu już nic mnie tak nie zaskoczy.
Oczywiście myliłam się.
***
- No pośpiesz się! – krzyknęła na mnie Constanza, chyba piąty raz z rzędu.
Przewróciłam oczami, ale w końcu posłuchałam przyjaciółki i odepchnęłam się parę razy od ziemi, a deskorolka przyśpieszyła. Patrzyłam na plecy przyjaciółki, która i tak, i tak oddalała się coraz bardziej. Prychnęłam, gdy Constanza nie zwolniła przy ostrym zakręcie i prawie rozbiła się o grupkę dzieci. Adrenalina znowu uderzyła jej do łba.
Minął pierwszy tydzień szkoły. Nadzieje wszystkich na wielki szkolny debiut szybko się rozmyły. W miasteczkach takich jak Manarola, gdzie jest jedna podstawówka, jedne gimnazjum i jeden ogólniak trudno o nowe znajomości. Zarząd szkół nawet nie bawił się w selekcję – moja klasa była taka sama jak w podstawówce. Pani Galante prychnęła zirytowanym śmiechem, gdy zobaczyła nasze miny na rozpoczęciu roku.
- Widzę, że też cieszycie się, że siebie widzicie.
O, tak. BARDZO. Razem z Constanzą posłałyśmy zjadliwe uśmiechy do Giovanny i jej koleżaneczek.
Zwolniłam przy zakręcie, ale dzieciaki, już przestraszone, szybko zbiegły mi z drogi. Uśmiechnęłam się pod nosem, rozbawiona, ale i tak przyhamowałam. U mnie działa jeszcze coś takiego jak zdrowy rozsądek.
- Czemu ty się tak wleczesz!? – Constanza zjechała już na główną drogę i była jakieś 300 metrów przede mną.
Uniosłam oczy ku niebu, ale rozpędziłam się i w kilkanaście sekund ją dogoniłam. Tutaj bez obaw można było się rozpędzić – prosta droga z szerokim poboczem. Jednak Constanza starała się przyśpieszyć coraz bardziej i bardziej, aż jej deska zaczęła się trzęść, a kółeczka złowróżbnie skrzypieć. Znów zostawałam z tyłu.
- No co z tobą, Blanca? – jęknęła Constanza, w końcu zwalniając. – Źle się czujesz? – zmartwiła się.
- Nie, po prostu nie jestem uzależniona od szybkości.
- Ta, dzięki. – prychnęła z oburzeniem, ale o dziwo, nie była w stanie powstrzymać lekko szalonego uśmiechu, który nie schodził jej z twarzy od kiedy zaczęłyśmy jechać.
Westchnęłam tylko, na co Constanza wybuchła śmiechem i pacnęła mnie w ramię. Do teraz zastanawiam się jak przy takiej prędkości mogła się tak naturalnie poruszać.
- No to ścigamy się do mojego domu! – krzyknęła, a nim skończyła zdanie, zaczęła przyśpieszać.
- Jak tam chcesz! – odpowiedziałam, wkładając wszystkie swoje umiejętności w jazdę. Czułam przepełniającą mnie chęć rywalizacji. Choć i tak Constanza zawsze wygrywała akurat wyścigi.
Wiatr świszczał mi w uszach, a mijające mnie samochody wydawały się być tylko plamami. Krew dudniła w moich żyłach, domagając się więcej. Dopiero w takich chwilach zaczynałam rozumieć dlaczego Constanza tak kocha szybkość. Jednak zdrowy rozum był u mnie silniejszy przy większości sytuacji.
- Widzisz? Wystarczyło wyzwać cię na wyścig, byś przyśpieszyła! – zaśmiała się Constanza, próbując przekrzyczeć wiatr.
- Oż, ty! Godzisz w mój honor! – zachichotałam, zbliżając się coraz bardziej.
Aż w pewnym momencie, Constanza zwolniła. Nie było tego widać z perspektywy przechodniów  (sąsiedzi dalej kręcili głowami na nasz widok), ale ja to dostrzegłam. Wyminęłam ją ze świstem, ale blondynka nawet na mnie krzywo nie spojrzała. Patrzyła gdzieś dalej. Nim całkowicie minęłyśmy to miejsce, spróbowałam dostrzec to co ona. Ale stał tam tylko ten gang z bożej łaski. Zdołałam wychwycić dwie rzeczy: nienawistny wzrok Giovanny (no przecież) i wzrok Sergia, ale akurat nie byłam pewna, czy patrzył się na mnie czy na Constanzę.
Przeklęłam w myślach. W sumie nie powiedziałam jej o moim spotkaniu z Sergiem, ale nie celowo. Po prostu tak wyszło, a z każdym kolejnym dniem, miałam większe wątpliwości by w ogóle jej to mówić.
Usłyszałam trzeszczące kółka za sobą i dotarło do mnie, że wyścig nadal trwa, a Constanza i tak nie odpuści. Rozpędziłam się ze wszystkich sił, a zahamowałam dopiero przed domem przyjaciółki. Ona oczywiście nie zna pojęcia „zwolnić” i zawaliła o próg przy otwartej furtce, przelatując kilka metrów na przód.
Przewróciłam oczami. Po tylu latach byłam pewna, że nic jej nie jest. Ciężko dysząc podeszłam do niej. Constanza leżała na ziemi, szczerząc się z rozbawieniem. Podałam jej dłoń, podciągając do pozycji stojącej. Dziewczyna również dyszała, czerwona z wysiłku.
- Uznajmy, że był remis. – rzekła i przybiłyśmy swoją piąteczkę. – Dobra, a teraz nadchodzi najlepsze! – zawołała, szczęśliwa jak małe dziecko.
Rzuciłyśmy plecaki do salonu i Constanza wręcz pobiegła do garażu. Zatrzymała się przed samymi drzwiami, podskakując. Odwróciła się do mnie, a jej brązowe oczy zalśniły jasnym światłem.
- Uwaga, uwaga. Nie uwierzysz własnym oczom! Wbije cię w podłogę! Zaniemówisz…
- Otwórz wreszcie te drzwi! – mi również udzielił się jej entuzjazm.
- A, fakt, już-już. – wzięła głęboki oddech i zamaszyście otworzyła drzwi. Od razu podbiegła do niespodzianki, śmiejąc się.
A mnie zatrzymało w progu i dalej nie byłam w stanie się ruszyć. Constanza wybuchła śmiechem, głaszcząc nowiuteńki motor z czułością. Dopiero po chwili mój mózg znowu zaczął działać i oczy również się zaświeciły.
- Ja nie mogę – wydusiłam tylko.
- A nie mówiłam? – Constanza wyprężyła się dumnie. – To yamaha, model r1. Mój wujek to załatwił, pracuje w firmie.
Przypatrywałam się ścigaczowi z rozdziawioną gębą.
- Ile to coś wyciąga? – spytałam tylko.
- Zgadnij.
Popatrzyłam się po desce rozdzielczej, ale cały sprzęt niewiele mi mówił o sobie. Skrzywiłam się, myśląc logicznie. Kiedyś uczyłam się fizyki na własną rękę, ale poszłam pod kątem astronomii i kij strzeliły podstawy o szybkości. Nim kalkulator w mojej głowie zaczął działać, strzeliłam.
- Tak ze 100 na godzinę?
- Ha! – Constanza uśmiechnęła się szelmowsko. – Chciałabyś! Piszą, że 200km/h, ale sądzę, że ja wyciągnę z tej bestii więcej!
Nadal stałam i patrzyłam się to na nią, to na ściągacza. Constanza zaczęła swój motorowy bełkot, a ja tylko przytakiwałam z uznaniem. Nawet na mnie wszystkie parametry robiły wrażenie. Tylko martwiło mnie jedno. Owszem, nie było przeciwskazań by gimnazjaliści jeździli na motorach, ale dawanie ścigacza z taką mocą akurat Constanzie było ryzykowne.
***
Leżałyśmy na dachu garażu Constanzy, od wakacji naszego ulubionego miejsca, przysłoniętego przez drzewa rosnące w ogrodzie i poza posesją. Dochodziła 17, więc moi rodzice powinni powoli kończyć pracę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Był początek roku, więc cała nagonka z nauką jeszcze nie stała nad nami jak kat.
Wyciągnęłam rękę po kolejną kanapkę, nasz tradycyjny obiad. Constazna ziewnęła, przeciągnęła się, po czym ponownie skrzyżowała ręce za karkiem.  
- To kiedy będziesz mogła na nim jeździć? – spytałam z ciekawości.
- Teorię mam zdaną, za tydzień mam praktyczny. A potem szaleństwo!
- Czyli co, deskorolka idzie w odstawkę?
- Na deskorolce nie wyciągnę 200 na godzinę!
- W Manaroli raczej też nie. – prychnęłam z rozbawieniem.
- No, ale nie patrz na to tak pesymistycznie! Świat stanie przed nami otworem. – zatoczyła szeroki krąg ręką. – Do Mediolanu mamy jakieś 3 godziny, a do Florencji raptem dwie! Mogłybyśmy urwać się z lekcji, obrobić wszystko, wrócić wieczorem i nikt nawet by się nie zorientował.
- „My”? – uniosłam wysoko brwi. – Potrzebujesz wspólnika w zbrodni?
- Potrzebuję przyjaciółki. – podkreśliła, pokazując mi język.
- A ja sądzę, że jednak kogoś, kto nie zaprzepaści twojej edukacji. Nic nie mam przeciwko wyprawom, ale w czasie wolnym. I skonfiskuję ci motor, jak będziesz mieć jakieś zagrożenia na półrocze.
- Przez całą podstawówkę, żadnych nie miałam! – obruszyła się.
- Przez całą podstawówkę nie było fizyki, chemii, biologii, wyższej matematyki, geografii…
- O gegrę ty się nie martw. Ją poznam znakomicie! – uśmiechnęła się chytrze.
- Włochy to nie cały świat. – znów pokazała mi język.
Zaśmiałam się pod nosem, a Constanza dołączyła do mnie po kilku sekundach boczenia się. Przeciągnęłam się, czując promienie słońca na swojej skórze. W końcu wzięłam głęboki wdech, wiedząc, że muszę w końcu poruszyć ten temat.
- W ogóle, Constanza… - zaczęłam niewinnie. – Zwolniłaś jak mijaliśmy ten gang gimbusów. Nie patrzyłaś się przypadkiem na…? – przeniosłam na nią wzrok i urwałam.
Constanza di Carlo – postrach dróg, kaskaderka, największa zawadiaka i najzajebistsza dziewczyna „z jajami” – zrobiła się cała czerwona, bynajmniej ze słońca. Zakrztusiłam się śliną, gdy spojrzała na mnie przez palce, swoimi ciemnobrązowymi oczami.
- A jednak…
- CICHO BĄDŹ! – nawet jej uszy były czerwone.
Zachichotałam pod nosem, a w głębi duszy odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że nie wspomniałam o tym, że spotkałam Sergia. Zdecydowanie zepsułoby jej to humor na dobrych kilka godzin. Dalej chichocząc pod nosem, spojrzałam na przyjaciółkę.
- Czemu w ogóle Sergio? – spytałam, po czym odsunęłam się nim przyjaciółka zrzuciła mnie z dachu.
- No cicho bądź. – burknęła, chowając twarz w dłoniach. – To głupie. Nie, ja jestem głupia.
- To, że podobają ci się chłopcy nie jest głupie. Ja bym powiedziała, że to dobrze, że wolisz płeć przeciwną. W tych czasach to nic nie wiadomo. – powiedziałam z całkowitą powagą.
Constanza jęknęła.
- No przestań! – burknęła. – To nie jest zabawne! To.. żenujące…
- Ale ty masz problemy. – zaśmiałam się. – To powiesz mi czemu Sergio?
- Nie powiem.
- Nie strzelaj focha. W końcu i tak bym się domyśliła.
- Nie powiem.
- To nie mów.
Zapadła cisza, którą raptem po kilku chwilach przerwała Constanza. Blondynka powoli nabierała normalnych barw na twarzy i uspokajała oddech.
- No dobra. – westchnęła. – Mogłam powiedzieć ci to szybciej. – zapatrzyła się przed siebie i w końcu potarmosiła swoje krótkie włosy. – Sama nie wiem. Po prostu mi się podoba, tylko…
- Tylko jest idiotą? – podsunęłam, przypominając sobie jak on i jego koledzy zawiesili nam plecaki na drzewie.
Constanza zmroziła mnie spojrzeniem.
- Tylko, no wiesz. Trzyma się z nimi i zdecydowanie podoba się Giovannie. A Giovanna to Giovanna. – podparła brodę na dłoni.
- Myślisz, że podobają mu się chude suki?
- Niee… - przeciągnęła końcówki. – No ale spójrz ty na mnie.
- Cały czas się patrzę i nie widzę problemów. – powiedziałam całkowicie poważnie, bo wiedziałam do czego zmierza przyjaciółka.
- No, ale tak jak chłopak na dziewczynę! Moja fryzura wygląda jak hełm, moje włosy mają kolor siana, mam usta jak murzyn, ubieram się jak chłopak, gadam jak chłopak i mam okropny charakter!
Spojrzałam na nią przeciągle i zastanawiałam się skąd ona bierze te problemy. Ja widziałam blond włosy, które zawsze układały się w jedną fryzurę, pełne usta, jeansowe szorty i jakąś męską koszulę. Ale wiedziałam też, że nie ważne jakich słów użyję i tak to do niej nie dotrze. Mogłabym tylko powiedzieć, że ‘trudny charakter’ to nie ‘okropny’, ale zaczęłybyśmy się kłócić i nic by to nie dało, a jedynie podkreśliło jej tezę.
- Uważasz, że Giovanna jest lepsza od ciebie?
Spojrzała na mnie jakbym co najmniej oszalała.
- Powaliło cię? Ja, gorsza od tej suki? – przybrała wyzywający wyraz twarzy.
Uśmiechnęłam się pod nosem, znowu opadając na dach garażu, a zaczęłam się śmiać, gdy Constanza, zdezorientowana moim niezrozumiałym zachowaniem, tupnęła nogą i fuknęła.
- Co z tobą jest nie tak? – burknęła, siadając obok.
- Jak dla mnie problem jest rozwiązany. – rzuciłam tylko z zupełnie innej beczki, ale przyjaciółka zrozumiała o co mi chodzi. Nie odezwała się ani słowem. – Nie mam nic przeciwko obiektom twoim westchnień, ale… uważaj dobra? Z tego Sergia to takie nie wiadomo co.
Constanza spróbowała zepchnąć mnie z dachu, na co obie zareagowałyśmy śmiechem.
***
Była akurat połowa września. Wszystko zmierzało wielkimi krokami ku jesieni, a zimne powiewy wiatru były tylko wierzchołkiem góry lodowej. Na nauczycieli przestaną działać wymówki, że słońce świeci i wszyscy byli na zewnątrz.
Westchnęłam i ugryzłam swoją kanapkę, wyłączając się na chwilę z coraz to entuzjastyczniejszej rozmowy moich kolegów. Spoglądałam zamyślonym wzrokiem na Constanzę i jej nowe siniaki. Oczywiście zdała prawko na motor, ale zbyt długo było spokojnie, a jej bezmyślne zachowanie dało osobie znać. To, że maszyna wyciąga 200 na godzinę nie oznaczało, że nadaje się do jazdy wyczynowej. Od kiedy wyrżnęła w ziemię minął tydzień i na razie ćwiczy jazdę samą dla siebie.
- Co nie, Blanca? – przyjaciółka skierowała na mnie naglące spojrzenie, a ja wzdrygnęłam się, nie mając pojęcia o czym gadali.
- Oczywiście. – przytaknęłam z wymuszonym entuzjazmem, by jakoś ratować nieznaną mi sytuację. Riccardo jedynie prychnął, przewracając oczami i zwinął mi ciastko śniadaniowe.
- Od razu widać, że nie masz zielonego pojęcia co ona mówiła. – mruknął z dezaprobatą, połykając wypiek w całości.
- Oż ty żydzie! Ostatni raz siedzę obok ciebie jak coś jem! – krzyknęłam, na wpół się śmiejąc.
- Ale wracając do wcześniejszego tematu… - Nicola odchrząknęła i spojrzała spode łba na Constaznę. – Nie ma szans byś zdążyła się przygotować do tego konkursu w tak krótkim czasie.
Constanza przewróciła oczami, krzyżując ramiona. W końcu dotarło do mnie dlaczego nasza rozmowa przeradzała się powoli w kłótnię. Najwyraźniej ktoś wymienił nazwę jednego z okolicznych wyścigów crossów, a Constanza zaczęła swoje.
Świetnie. A przerwa śniadaniowa dopiero się zaczęła. Ugryzłam kanapkę, licząc, że dam radę to przemilczeć. Siedzieliśmy naszą paczką przy jednym ze stolików na placu szkolnym – ja, Constanza, Cristina, Nicola i Riccardo. Niech oni wybiją jej ten pomysł z głowy, bo mnie i tak nie posłucha.
- Ale Constanza, tu nie chodzi o to, że… - zaczęła grzecznie Cristina, ale Constanza na nią fuknęła.
- A wiesz o co chodzi? O to, że nie wierzycie, że dam radę. A wiecie co? Jeszcze tak wszystkich wykoszę na tym konkursie, że wszystkim jadaczka nie będzie chciała się zamknąć!
- A ja sądziłem, że to chłopaki wyrywają dziewczyny na motor i tak dalej, a nie na odwrót. – rzucił Riccardo.
Cudownie, teraz poruszyli tę stronę Constanzy, która jest głodna rywalizacji. W tym tempie to se pojedzie jeszcze szybciej na wyścig bez całkowitego przygotowania. Dlaczego akurat ja muszę rozprawiać o decydujących kwestiach? Nim Constanza zdążyła rzucić się na niego z pięściami, westchnęłam.
- Consta, daj już spokój. – rzuciłam, ale nie dałam sobie wejść w słowo. – Nico ma trochę racji. Masz motor bardziej pod wyścigi, ale nawet nie równa się z tymi co mają inne młodziki, a ty chcesz na crossa jechać tym gratem. – spojrzałam na nią z naganą i przetrzymałam spojrzenie.
- To nie jest grat. – powiedziała z naciskiem. – A crossa wujek będzie miał na zbyciu w połowie grudnia.
- A konkurs jest po świętach. – zauważył sarkastycznie Riccardo.
- Właśnie. – poparła go Nicola. – Nie dasz rady ćwiczyć tego na swoim motorze, a potem nagle siąść na crossa i myśleć, że doćwiczysz w kilka tygodni. To tak jakbyś…
- Jakbyś przygotowywała się do turnieju łyżwiarskiego, jeżdżąc tylko na rolakach. – dopowiedziała na sam koniec Cristina, akcentując w swoisty sposób, że to koniec dyskusji.
Constanza prychnęła i od razu widziałam, że ma jeszcze wiele do powiedzenia na ten temat, ale nim obrzuciła nas podirytowanym wzrokiem, jej spojrzenie zawisło na kimś, kto akurat kręcił się na zewnątrz. Dyskretnie powędrowałam za jej wzrokiem i zmarszczyłam lekko czoło. Znowu Sergio.
Nie poruszałyśmy tematu pierwszych miłostek od tamtego czasu, ale od kiedy Constanza przyznała się do tego, no można powiedzieć, że otwarcie miałam coraz to mniej kolorowe odczucia. Jakby kłopoty wisiały w powietrzu. Zwłaszcza, że dziwnym trafem Sergio, po tym jak odprowadził mnie do domu tamtego wieczoru, coraz częściej na mnie wpadał, a ja coraz bardziej starałam się go unikać.
Zmarszczki na moim czole pogłębiły się bardziej, gdy Sergio przestał podejrzanie się kręcić po okolicy i jawnie skręcił w naszą stronę. Constanza zaczęła popadać w wewnętrzną panikę, co zauważyłam jedynie po zwężonych do granic możliwości źrenicach. Rzuciłyśmy sobie pytające spojrzenia. Nicola i Christina również spowolniły tempo rozmowy i obrzuciły niedowierzającym wzrokiem Sergia. Jedynie Riccardo pomyślał przez chwilę i dalej gadał coś bez sensu.
- Ogólnie to wypatrzyłem sobie nowy teleskop, ale jak zwykle nie mam na niego kasy. – powiedział nienaturalnie głośno. Jakby mądre gadki miały odstraszyć naszego „kolegę”. Chciało mi się śmiać. Ricc zawsze powtarzał tę samą kwestię, gdy atmosfera zaczynała robić się napięta.
- No to tradycja. Mój grat praktycznie się rozlatuje, ale cały czas liczę, że znajdę jakąś normalną promocję. – odparłam.
Constanza powinna w tej chwili roześmiać się, nabijając się z naszego utartego schematu rozmowy awaryjnej. Teraz jednak nie miała pojęcia gdzie zaczepić wzrok i w końcu zaczęła kontemplować swoje nadgryzione jabłko.
- W ogóle, to załatwiłem sobie mega szkło powiększające na tą zbliżającą się… - ciągnął Riccardo, ale nawet mu zabrakło słów, gdy Sergio jak gdyby nigdy nic siadł obok mnie.
- Cześć wszystkim. – rzucił, uśmiechając się niepewnie. – Jak leci?
Spojrzeliśmy po sobie, a ja mimowolnie spojrzałam w kierunku bandy Giovanny. Nie było ich w zasięgu wzroku, więc albo on czuł się samotny, albo przegrał zakład. Nicola oprzytomniała najpierw, obrzucając Constanzę naglącym spojrzeniem. To w końcu ona była od szybkich reakcji i ciętych odzywek. Dziewczyna jednak praktycznie ignorowała chłopaka.
- A nawet dobrze. – odparła Nicola, nie pewna co powinna powiedzieć.
Po jej słowach zapadła niezręczna cisza. Przez coraz dłuższy okres czasu nikt się nie odzywał. Widać było, że cała ta otoczka jest wymuszona. Spojrzałam z niedowierzaniem po przyjaciołach – Nicola wydawała się być całkowicie zadowolona ze swojej „rozmowy”, Cristina i tak nie odezwałaby się pierwsza, a Riccardo… No cóż byłam wręcz pewna, że obaj obrzucają się nienawistnymi spojrzeniami. Moim ostatnim ratunkiem była Constanza.
Która patrzyła się na mnie nagląco i wręcz z niemym błaganiem.
Co za zdrajcy.
- Co się do nas sprowadza, tak w ogóle? – spytałam, a wewnętrznie wręcz widziałam jak mój głos roztrzaskuje milczenie.
Sergio wzruszył ramionami, trącając mnie przy tym przez przypadek. Chyba jako jedyny zachowywał się normalnie, a z jego mimiki nie dało się wyczytać, czy jest tak bardzo skonsternowany co my.
- A tak przyszedłem. – zaśmiał się krótko, a gdy dziewczyny uśmiechnęły się do niego lekko, wyprostował się bardziej i rozluźnił.
A ja miałam ochotę walnąć łeb o stół, lecz musiałam walnąć Riccardo pięścią pod stolikiem, nim powiedział „To możesz sobie iść”. Chłopak spojrzał na mnie z irytacją, ale przymknął się i powrócił do mordowania Sergia wzrokiem. Z kolei on kontynuował.
- Pomyślałem, że przysiądę i zintegruję się ze swoją klasą. – wyszczerzył się do nas szeroko, jakby liczył, że odpowiemy tym samym. Zgadnijcie kto uśmiechnął się jako pierwszy. Constanza. Najwyraźniej zaczynała znów rozumować i kontaktować ze światem.
- Znasz nas od 7 lat i jakoś wcześniej nie chciało ci się z nami gadać. – syknął Ricc, mimo kolejnego ciosu pięścią w kolano.
Wręcz poczułam jak między spojrzeniem, które wymienili ze sobą przelatują iskry. Wzięłam głęboki oddech, zastanawiając się jak tępym trzeba być, by osiągnąć poziom Sergia.
- To nie tak, że nie chciałem. – rzucił w końcu. – Po prostu… Nasze zainteresowania były trochę różne w podstawówce.
- Wiesz, że większość osób aż tak nie zmienia się po wakacjach? – Nicola spojrzała na niego uważnie, unosząc brwi kpiąco do góry.
- Ja tam dalej czytam książki i wątpię, że akurat ty zacząłeś. – mruknęła Cristina, nie patrząc się na niego.
- Ja nie mogę, ale wy wszystko utrudniacie. Ale ciągnąć ten temat, to Consta znalazła sobie nowe zajęcie. – posłał jej uśmiech, a ja ledwo opanowałam wybuch śmiechu na widok jej miny. – Fajny ten twój motor.
- Dziękuję. – wymamrotała, a chwilę później przybrała spokojną minę. – Gdzie ty w ogóle mnie widziałeś?
- Wszędzie. – prychnął za niego Riccardo.
- W sumie kolega ma trochę racji. – widziałam jak Ricc przewraca oczami. – W Manaroli mało osób ma motory, więc pokojarzyłem fakty.
I tak szczerze ku mojemu zdziwieniu, pomiędzy nim a Constanzą rozpoczęła się swobodna konwersacja, do której po chwili dołączyła Nicola i Cristina. Ja, mimo że wiedziałam, że Sergio umie zachować się normalnie, wolałam nie zdradzić Ricca i też zbytnio nie bratać się z wrogiem. Tylko on najwyraźniej nie widział tych sceptycznych spojrzeń, którymi odpowiadała na jego urywkowe.
- A to chyba ty wiesz, prawda, Blanca? – Sergio usiłował włączyć mnie do rozmowy, któryś raz i tym razem w końcu nie miałam wyboru i się poddałam.
- Pokaż to. – mruknęłam, biorąc od niego zeszyt. – Przecież to jest łatwizna. Podstawiasz do wzoru na prędkość i przekształcasz. – oddałam mu zadanie z dezaprobatą.
- Dzięki wielkie. – znów się uśmiechnął. – Całe szczęście, że jesteś taka mądra, Blanca, bo byłoby po mnie. Nasz fizyk by mnie zjadł.
- Taa… Ona jest mądra, ale ja jestem kujonem. – wymamrotał pod nosem Ricc, zaciskając dłonie w pięści.
- Oj daj spokój. Nadal jesteś zły o tamto?
- Nie. – chłopak uśmiechnął się do Sergia zjadliwie. – Jestem zły o wszystko.
Wzięłam głęboki oddech, wiedząc do czego to zmierza.
- Dobra, stop. – wystarałam się o uśmiech. – Jak to Sergio ujął, ma być to pokojowa integracja.
- Bo w końcu jesteśmy godni jego uwagi.
- Ricc! – Constanza na niego fuknęła, ale nie dodała nic więcej.
- No i czemu go bronisz? – oburzył się chłopak. – Najpierw zaczął, że się pozmienialiśmy, a potem i tak sam gadał. I założę się, jak znajdzie swoich kochanych koleżków, będzie nas miał głęboko gdzieś.
- No dzięki. – skwitował spokojnie Sergio. – Ogólnie to chodziło mi, że to ja się zmieniłem i jest ogólnie lepiej.
- Aha, już rozumiem. – Ricc pokiwał głową ze zrozumieniem. – Po prostu Giovanna wyrzuciła cię z grupy i nie wiesz z kim się trzymać.
- Stary, daruj sobie. – syknął Sergio, mrużąc oczy.
- Szkoda, że ty nie darowałeś sobie ostatnich 6 lat.
Wstali praktycznie w tym samym momencie, a dziewczyny z naprzeciwka aż się wzdrygnęły gwałtownością tego ruchu. Ja, pozwolę sobie przypomnieć, siedziałam między nimi, a teraz miałam zareagować znów spokojnie, gdy Constanza odzyskała język w gębie.
Blondynka również zerwała się na równe nogi i trzasnęła otwartą dłonią w stolik, zmuszając chłopców by na nią spojrzeli.
- Dosyć tego! – huknęła na nich. – Nie mam zamiaru słuchać dłużej tych durnot! Albo będzie żyć w zgodzie, albo w ogóle!
- Co ciebie opętało, Consta? – warknął Ricc, mordując Sergia wzrokiem.
- To pytanie powinieneś skierować do siebie. – syknęła blondynka.
- Ja nie zaprzyjaźniam się z pierwszą lepszą osobą.
- Ale wrogów też sobie z takich osób nie robisz!
- Akurat do niego to mam wiele powodów!
- Ej, ludzie, uspokójcie się. – mruknęłam, ciągnąć mocno Ricca za rękaw. Chłopak usiadł na ławce. Constanzę pociągnęła w dół Nicola, której nawet nie potrzebne było porozumiewawcze spojrzenie.
Sergio tym czasem wziął swój plecak i zarzucił go na ramię.
- Ja chyba będę się zbierał. Muszę spisać jeszcze kilka zadań. – rzucił na odchodnym. – Miło się gadało.
Przy naszym stoliku znowu zapanowała cisza, którą w końcu przerwała Constanza. Jej twarz była zaczerwieniona, lecz nie z zauroczenia tylko złości. Mordowała Riccardo spojrzeniem.
- Zadowolony?
- Bardzo.
-  Jaki ty jesteś tępy! – podniosła lekko głos.
- Powiedziała co wiedziała. – prychnął. – Jakbyś sądziła, że on na serio chciał się zakumplować. Ja już znam takich jak oni.
- Co nie zmienia faktu, że nie musisz się zachowywać tak samo. – wtrąciła Cristina.
- Nie zachowuję się tak. Po prostu wiem, że Falcone nie przyszedłby tutaj bezinteresownie. Albo przegrał zakład, albo nikt z jego paczki nie przyszedł do szkoły. – mruknął Ricc.
- Ale nadal zachowałeś się jak ostatni idiota! Co on ci takiego niby zrobił!?
Riccardo zmroził ją gniewnym spojrzeniem.
- Serio, Constanza? – zmrużył oczy. – Mam ci na serio mówić, dlaczego akurat jego i całej reszty nienawidzę? Bo najwyraźniej zapomniałyście wszystkie jaki był w podstawówce.

Miałam coś jeszcze wtrącić, ale nim zdążyłam coś powiedzieć zadzwonił dzwonek. Zamknęłam usta i skinęłam zachęcająco głową w stronę klas, biorąc przy okazji Constanzę pod rękę, by trochę się rozruszała. Przez resztę lekcji mało ze sobą gadaliśmy.