17 stycznia 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 39

Rozdział 39


Chłopak schodził po schodach jak najdelikatniej, starając się za bardzo nie trzęść dziewczyną. Kiedy potknął się i prawie spadł, spojrzał z przestrachem na Ayako. Dziewczyna nawet nie drgnęła, wpatrując się pustym wzrokiem przed siebie. Tsuneari wziął głęboki wdech i poniósł ją dalej. Czuł, że jedyne co teraz może pomóc Ayako to czas.
Drzwi do gabinetu lekarza były uchylone, więc Tsuneari otworzył je stopą, zaglądając ze spokojnym zaciekawieniem do środka. Ryutaro biegał w te i we w te, rozczochrany i wyraźnie zestresowany. Rzucił się w kierunku regału zawalonego różnymi papierami i tylko w sobie wiadomy sposób chwycił od razu jakiś segregator, przekartkował go szybko. Kiwnął do siebie głową, podbiegł do zawalonego biurka i naskrobał coś na kartce, po czym zaczął otwierać po kolei kilka szuflad. Nim jednak znalazł czego szukał, spojrzał gwałtownie w stronę drzwi i wzdrygnął się.
- Jasny gwint, dostanę kiedyś przez ciebie zawału… - jęknął, przyglądając się chłopakowi, szukając automatycznie jakichś obrażeń. Po sekundzie przeniósł wzrok na Ayako i gwałtownie zbladł. – O nie.
Tsuneari spojrzał mu krótko w oczy i posadził dziewczynę na klozetce. Ayako nawet nie drgnęła, zostając we wcześniejszej pozycji. Chłopak otworzył usta, ale z jego gardła nie wydobyło się żadne słowo. Zacisnął mocno zęby i odciągnął Ryutaro w przeciwległy kąt pokoju.
- O mój Boże, o mój Boże… - powtarzał w szoku medyk. – Słyszałem wybuch, ale Fumiya powiedział, że mam zostać na wypadek, gdyby potrzeba było lekarza. – wytłumaczył szybko, wplatając palce we włosy. – O mój Boże… Błagam powiedz, że to nie on…
W odpowiedzi Tsuneari zwinął dłonie w pięści, odwracając wzrok.
Ryutaro tak dobrze znając przyjaciela zrozumiał od razu. Jego dłoń wypuściła orzechowe włosy i zakryła na chwilę oczy. Lekarz przygryzał przez moment wargę, ale po chwili uśmiechnął się smutno i odsłonił twarz.
- Tsuneari. – powiedział kojąco, kładąc chłopakowi dłoń na ramieniu. – Uspokój się. Wszystko jakoś się ułoży. – potrząsnął nim lekko.
Brązowowłosy spojrzał na niego z powątpiewaniem, ale skinął delikatnie głową. Posyłał zmartwione spojrzenia w kierunku Ayako, która siedziała w bezruchu, wpatrując się w przestrzeń. Ryutaro pobiegł wzrokiem w jej kierunku i poczuł ukłucie w sercu. Widzieć tą żywą i wygadaną dziewczynę w takim stanie było bolesne.
Widząc milczące rozdarcie Tsuneariego, położył drugą dłoń na jego ramieniu, obracając chłopaka do siebie, zmuszając by ten w końcu na niego spojrzał.
- Nic jej się nie stanie, Tsuneari. – powiedział powoli Ryutaro. – Zostanie tutaj, nie pozwolę jej w takim stanie walczyć. Jasne? Wszystko będzie dobrze…
- Nie będzie. – przerwał mu szorstko, odzywając się po raz pierwszy od wejścia do gabinetu.
- Tsuneari… - zaczął lekarz jeszcze raz, ale urwał i spojrzał na przyjaciela pytająco. – A gdzie Ichigo?
Tsuneari drgnął słysząc jej imię i spojrzał ze zdziwieniem na Ryutaro.
- Poszła walczyć. Zaraz do niej idę. – odpowiedział krótko.
Nastała martwa cisza.
- Dokładnie tak powiedziała? – spytał po chwili milczenia.
- Tak… Ale, Ryu, o co ci…
- Myślisz, że ona tam jest? Że walczy gdzieś między naszymi? – lekarz spojrzał na niego zatroskanym wzrokiem, starając się by chłopak sam to zrozumiał. – Że zostawiłaby teraz Ayako samą, gdyby nie zamierzała zrobić czegoś naprawdę szalonego…?
- Przecież Ichi nie… - wtrącił Tsu z irytacją, ale słysząc ostatnie pytanie zastygł w bezruchu, a przed oczami stanęła mu Ichigo z tym zimnym opanowaniem. Nie, nie opanowaniem. Z zimną nienawiścią. – O nie. Nie, nie, nie. A nawet gdyby to Żywa Śmierć. Jego nie da się tak po prostu zaleźć…
- Naprawdę tak sądzisz? – Ryu uniósł jedną brew do góry. – Szczerze, kto jak kto, ale to właśnie ‘’świeży umysł’’ by go znalazł. A szczególnie Ichigo.
Tsuneari spojrzał ze zrozumieniem na Ryutaro. Chłopcy przez chwilę porozumiewali się bez słów, aż w końcu Tsu kiwnął głową i odwrócił się w stronę drzwi.
- Powiadomię o tym Fumiyę. – powiedział jeszcze przed wyjściem, ale głos Ryu zatrzymało go w progu.
- Tsuneari… Ktoś jeszcze… - lekarz się zaciął, niezdolny do wypowiedzenia tego okrutnego słowa.
- Daiki. – powiadomił pustym głosem. – Idę, Ryu. Trzymaj się Ayako. – rzucił przez ramię i zniknął za drzwiami.
                                                         ***
- Jeszcze Daiki, co…? – mruknął do siebie lekarz, gdy Tsuneari wybiegł. Czuł jak bolesny smutek oplata go powoli swoimi pnączami. – Żegnaj, staruszku. – szepnął jeszcze, czując, że za napływ negatywnych emocji go przytłamsi.
Odwrócił się z ciepłym uśmiechem do siedzącej w bezruchu dziewczyny, która zdawała się nie zwracać na niego uwagi, odcięta od rzeczywistości. Ryutaro podszedł do dziewczyny i kucnął przed nią, chwytając ją delikatnie za dłonie. Jej poszarzałe oczy patrzyły się w punkt gdzie teraz kucał, ale chłopak zrozumiał, że ona nadal go nie widzi.
- Ayako. – powiedział troskliwie, ściskając jej dłonie. – Ayako, obiecuję, że ta cała pustka kiedyś minie. Zaufaj mi, dobrze? – potrząsnął nią leciutko, ale dziewczyna była nieobecna.
Ryutaro spuścił na chwilę wzrok, ale raptem po sekundzie znów na nią spojrzał z czułym uśmiechem.
- Wiesz, Daiki był dla mnie jak ojciec od prawie 11 lat, od kiedy mój prawdziwy tato zginął. – wyznał spokojnie. – Szczerze miałem mu to wtedy za złe, że mnie w to wszystko wplątał i potem zostawił, zwłaszcza, że przestał zachowywać się jak przykładny rodzic po śmierci mojej matki. – zaśmiał się krótko, a ten przepełniony bólem dźwięk został pochłonięty przez ciszę.
Ayako zdawała się być w innym świecie.
- Jeśli chodzi o Ichigo, to nie gniewaj się na nią za to, że cię teraz zostawiła, dobrze? – uśmiechnął się do niej. – Wiesz, ona ma zamiar zrobić coś… Nawet nie wiem jak to określić. Ma zamiar sprawić by Taki mógł spoczywać w pokoju. Znasz ją. Ma świetną tendencję do przyciągania kłopotów. Normalnie jak Omitsu… - parsknął krótko. – A, i Tsu pobiegł za nią, więc się nie martw.
Ryutaro poczuł ukłucie w sercu, widząc, że próbuje rozmawiać z posągiem. Podniósł się powoli, słysząc krzyki na zewnątrz. Podszedł szybko do okna i spostrzegł oddalające się dwie sylwetki – Tsuneariego i najprawdopodobniej Fumiyi. Pokręcił głową, zdając sobie sprawę, że tak skomplikowanej sytuacji nie było od dawna.
Czuł, że musi stąd wyjść. Wiedział, że logiczniej byłoby tutaj zostać, jako stały punkt medyczny, ale Kaminari nie mogło pozwolić sobie na donoszenie tutaj rannych. Efektywniej będzie znajdować się na granicach pola bitwy.
Ryutaro chwycił swoją ogromną torbę, pełniącą funkcję apteczki i spojrzał jeszcze raz na Ayako. Podszedł do dziewczyny i poczochrał z czułością jej włosy.
- Wiesz Ayako, muszę teraz wyjść i pomóc naszym. – wytłumaczył. – Zostaniesz tutaj i poczekasz aż to wszystko się uspokoi, dobrze? Dobra dziewczynka. – poklepał ją po głowie, po czym opuścił bezpieczny gabinet, zmierzając w sam środek rzezi, bez żadnego przygotowania.
***
Zabójcy z Harikenu podążali za Ryujim w milczeniu. Czarnowłosy, wyraźnie z siebie zadowolony biegł cały czas przed siebie, w tylko sobie znanym kierunku. Matsuki patrzył się z wrogością na chłopaka od czasu, gdy w oddali rozległ się huk wybuchu. Zwłaszcza, że wybuchnął wtedy śmiechem.
Matsuki wziął głęboki oddech i zatrzymał się nagle. Rodzeństwo spojrzało krótko na niego, zatrzymując się obok przyjaciela. Ryuji przebiegł jeszcze kilka metrów i odwrócił się do nich ze zdziwieniem.
- O co wam chodzi? Szkoda czasu. – prychnął z irytacją.
Suzuko zwinęła dłonie w pięści i ruszyła twardym krokiem przed siebie. Matsuki chwycił ją szybko za nadgarstek, odciągając za siebie. Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem, ale po chwili przeniosła wściekłe spojrzenie na Ryujiego.
Czarnowłosy skrzyżował ramiona, przyglądając się im z szelmowskim uśmiechem.
- A teraz gadaj. – powiedział Matsuki, siląc się na spokój. – Twój plan mnie irytuje. Najpierw znikąd zjawiasz się i mówisz, że trzeba współpracować z Kaminari. Potem twierdzisz, że chcesz uniknąć rzezi. A teraz zdradzasz ich i zabijasz. – zmrużył groźnie oczy.
Ryuji parsknął śmiechem. Suzuko syknęła z wściekłością i ponownie ruszyła w kierunku zabójcy z mordem w oczach. Matsuki powstrzymał ją, blokując jej drogę swoim ramieniem. Nie spuszczał wzroku z czarnowłosego.
-  Gadaj. – powtórzył tylko. – I radzę ci mieć jakieś dobre wyjaśnienie, bo nie mam zamiaru dłużej powstrzymywać Suzuko. – dodał, widząc że rozbawienie nie schodzi z twarzy Kuno.
- Nie boję się kobiet. A tym bardziej dziewczyn. – prychnął lekceważąco.
- Akurat jej radziłbym się bać. – mruknął do siebie Satoru, ale siostra i tak posłała mu buntownicze spojrzenie, na które tylko się do niej wyszczerzył.
Gdy Ryuji ponownie wybuchnął śmiechem, cała trójka spojrzała na niego z nienawiścią.
- Jak ja kocham jak ludzie wiszą mi przysługi… - uspokajał swój śmiech powoli. – Na serio tego nie widzicie? Teraz nie ma szans, by Hariken nie dowiedział się o waszym udziale. W sumie nie było szans od początku, no ale… - czarnowłosy wzruszył nonszalancko ramionami.
- Że co? – warknął krótko Satoru, ale Ryuji kontynuował dalej.
- Od początku chodziło tylko o to by zamordować Igarashiego Yasuaki. Gdy Ichigo tak po prostu od nas odeszła, zobaczyłem w tym szansę, by ktoś inny wykonał za nas brudną robotę. – dokończył, patrząc się na zabójców uważnie.
Matsuki lekko zbladł, Satoru patrzył się wściekle na Ryujiego, a jedynie Suzuko zacisnęła mocniej pięści i wystąpiła kilka kroków do przodu, patrząc się martwym wzrokiem na czarnowłosego.
- A teraz powiedz mi Ryuji, dlaczego nadal mamy za tobą iść?
Chłopak uniósł wysoko brwi, całkowicie zbity z tropu – jej przyjaciele również spojrzeli na nią z zaciekawieniem.
- Skoro i tak w Harikenie nie ma dla nas przyszłości… Co zyskamy na pomaganiu tobie?
Ryuji spojrzał na nią wyniośle, szybko odzyskując werwę.
- Cóż… Jeśli pozbędę się szefa, powitam was z szeroko otwartymi ramionami. – rzekł z szelmowskim uśmiechem. – A teraz ruszcie się. Jak znam Yasuakiego, będzie kręcił się gdzieś, o ironio, w okolicy ruin świątyni Tensou. To niedaleko. – rzucił przez ramię i pobiegł przed siebie.
Pozostała trójka spojrzała po sobie z nagłym zrozumieniem, ale również cieniem przestrachu. Matsuki westchnął głęboko i dał znak rodzeństwu. Ruszyli za Ryujim.
- Nie sądziłem, że on chce zrobić coś tak szalonego jak przejęcie władzy – mruknął cicho Satoru. – Co on zrobi z tymi, którym się to nie spodoba? Pozabija? – prychnął z irytacją.
Matsuki pokręcił głową.
- To nie jest Hariken czy Kaminari, tylko Jishin, Satoru. – odparł, jakby to wszystko wyjaśniało. – U nas wszyscy baliby się przejąć władzę, akurat do Mistrzyni nauczyli nas od razu lojalności. Dopóki ona sama kogoś nie wybierze nikt nie spróbuję nawet tknąć władzy. Kaminari z kolei działa jak jeden organizm. Wśród siebie zabiliby tylko zdrajców.
- Czyli co? On twierdzi, że jak zabijemy Igarashiego, założyciela Jishin, to resztę będzie to walić i nagle zaczną być posłuszni nastolatkowi? – Satoru spojrzał na przyjaciela z powątpiewaniem.
- Tylko, że to nie będzie Jishin… - powiedziała cicho Suzuko, mrużąc groźnie oczy. Chłopaki spojrzeli na nią z przestrachem. Taka opanowana złość była u niej zdecydowanie niebezpieczniejsza niż nagły wybuch agresji.
Matsuki analizował przez chwilę to co powiedziała dziewczyna, bo Satoru pokiwał głową z mądrą miną, nie wiele z tego rozumiejąc. Chłopak już otwierał usta, by się o coś zapytać, ale Ryuji machnął na nich nagląco, każąc natychmiast się uciszyć.
Brązowowłosy tylko westchnął i stanął obok czarnowłosego. Rodzeństwo zatrzymało się w milczeniu w cieniu budynku. Ryuji dał krótki sygnał i Matsuki wychylił się lekko zza rogu z nim, rozglądając się z zaciekawieniem. Czarnowłosy skinął głową w kierunku zgliszczy na wzgórzu. Matsuki zmrużył oczy i dostrzegł sylwetkę mężczyzny, po czym pokręcił głową z niedowierzaniem. Ryuji wbił mu łokieć w żebro, by ponownie zwrócić jego uwagę. Brązowowłosy syknął z irytacją, ale podążył za wzrokiem złotookiego i poczuł jak krew odpływa mu z twarzy.
Wśród dogasającego ognia dziewczyna była ledwo widoczna, zdołał dojrzeć ją tylko na kilka sekund nim znowu stracił ją z oczu. Mimo iż z tej odległości trudno było kogokolwiek rozpoznać, rozpoznał charakterystyczne ruchy dziewczyny, które wyraźnie odznaczały się podczas walki. Ichigo.
Ryuji schował się ponownie za róg, Matsuki uczynił to samo, ale z pewnym ociąganiem. Rodzeństwo patrzyło na nich wyczekująco.
- Nie wierzę… - skwitował Ryuji, ale na jego ustach igrał uśmieszek. – Ona jest interesująca. Tak cholernie interesująca!
- Co ty pierdolisz? – warknęła na niego Suzuko, ogarniając z twarzy turkusowe włosy. – Chwila, ona? Matsuki, o co mu do cholery chodzi?
Ryuji zaniósł się śmiechem, gdy brązowowłosy ważył słowa na sensowną odpowiedź. Położył po chwili dłoń na ramieniu chłopaka, uśmiechając się do niego chytrze, a w jego złotych oczach błyskały iskierki podniecenia.
- Jak już załapią co się dzieje, dołączcie do mnie. Będę na górze. – odwrócił się i podszedł do tylnego wejścia. – Uhuhu! Muszę to wszystko zobaczyć! – zaśmiał się z ekscytacji i zniknął we wnętrzu budynku.
Rodzeństwo przeniosło na Matsukiego swoje wyczekujące, bursztynowe oczy. Zabójca przewrócił oczami.
- Ryuji miał rację jeśli chodzi o Igarashiego. Jest tam, na wzgórzu.
- Jakoś trudno się go nie szukało, jeśli chodzi o plotki. – Suzuko uniosła kpiąco brwi.
- Jak się nie szuka, to się nie znajduje. – skwitował jej brat. Rodzeństwo posłało sobie porozumiewawcze spojrzenia i uśmieszki.
- I ktoś się do niego skrada. – dodał Matsuki, a widząc miny rodzeństwa powiedział jeszcze szybko. – To Ichigo. I tak, jest sama.
Suzuko całkowicie opadła szczęka.
- Że co!? – wykrzyknęła, ale brat szybko zatkał jej usta. Odepchnęła go ze złością i spojrzała ze zdziwieniem na Matsukiego. – Jesteś pewien? Sama? Przecież to szaleństwo. Szaleństwo!
-  Czemu się tak o nią martwisz? – spytał ze zdziwieniem Satoru. – Przecież ona i tak nas zostawiła…
- A ty, w jej sytuacji nie zostawiłbyś nas? – odcięła się siostra. Spojrzała z powagą na Matsukiego. – Domyślasz się czemu ona…?
- Zakładam, że ktoś z jej przyjaciół miał bombowy koniec. – wtrącił Satoru, a siostra walnęła go w głowę z irytacją.
- Satoru, zamknij się!
- Nie, Suzuko… Też tak myślę. – powiedział pusto. – Nie wiem jak wy, ale idę do Ryujiego. Nie mam zamiaru się w to wszystko mieszać. – stwierdził ze znużeniem i podszedł do tylnych drzwi.
Siostra spojrzała jeszcze z niepewnością na brata, ale gdy ten również dołączył do przyjaciela, spojrzała krótko w stronę zgliszcz świątyni i dołączyła do reszty.
***
Takeda Serizawa stanął przed drzwiami biura Mistrzyni, uniósł pięść by zapukać, ale zawahał się. Wpatrywał się w nie jeszcze przez chwilę, ale w końcu odwrócił się, by odejść. Zatrzymał go jednak jej głos.
- Serizawa, nie stercz jak dureń pod moimi drzwiami, tylko wejdź.
Wzdrygnął się i uśmiechnął krzywo do siebie. Wszedł do pokoju – wyglądał tak samo jak zawsze – nieduży, wszystkie ściany zastawione pełnymi książek regałami oraz jedyne okno naprzeciw drzwi, przy którym stało biurko oraz stary fotel.
Minęła chwila nim mężczyzna przyzwyczaił się do zapalonej lampki i okolicznego półmroku. Przez okno - ze względu na zimę – wpadały dopiero pierwsze promyki słońca, które i tak powoli zasnuwały chmury.
- Słucham, Serizawa. – powiedziała Mistrzyni, nie odwracając się do niego.
- Mistrzyni. – ukłonił się nisko, przełykając ciężko ślinę.
- Chodzi o Satoru i Suzuko Ashidę oraz Matsukiego Daishi? – spytała z niecierpliwością. – Zdążyli mnie już o tym powiadomić. – westchnęła ze znużeniem.
Takeda drgnął, ale nim zdążył powiedzieć coś niegrzecznego ugryzł się w język. Wziął głęboki oddech i odezwał się spokojnie:
- Więc co mamy z nimi zrobić?
Mistrzyni na chwilę przestała pisać.
- A co chcesz z nimi zrobić? – spytała retorycznie. – Oczywiście nie powinni już tu wracać. A nawet jeśli to i tak nie wyjdą stąd żywi. Daję im wolną ręką, choć teraz są zdrajcami.
- Ależ Mistrzyni…
- Chcesz tam teraz iść, Takeda? Naprawdę chcesz się pchać w sam środek bitwy? – westchnęła. – Serizawa, wybrałam cię na mojego zastępcę, bo zobaczyłam w tobie pokłady na dowódcę. Ale na rozważnego dowódcę. Dlatego łaskawie mnie nie zawiedź.
Takeda zamilkł, przełykając z narastającą złością jej spokojne słowa.
- Coś jeszcze? – spytała Mistrzyni, wracając do pisania.
- Nie, to wszystko. – ukłonił się sztywno. – Proszę wybaczyć. – powiedział i wyszedł z pokoju.
***
Czułam przebiegające po moich plecach ciarki, za każdą ułamaną gałązką. Zastygałam wtedy w bezruchu, modląc się by nie dosłyszał. By nie odwrócił się. Będąc bardzo blisko zacisnęłam oczy i skrzywiłam się, jakby rozlegający się trzask był dźwiękiem łamiących się kości. Po kilku sekundach robiłam kolejny krok w jego stronę, powtarzając sobie jedną rzecz w myślach.
Zwariowałam.
Oczywiście walka sam na sam z Żywą Śmiercią była szaleństwem. Byłam już tak blisko, że usłyszałby najcichszy szept. Wstrzymałam oddech, wbijając w niego uważny wzrok, niczym polujący w swoją ofiarę. Sięgnęłam drżącą ręką za siebie, zaklinając by klinga miecza nie szczęknęła, gdy chwycę rękojeść.
Byłam niczym główny bohater książki, idący sam na sam na pojedynek nie do zwyciężenia. Choć zawsze kończyło się to zwycięstwem. Przełknęłam ślinę. Może w moim przypadku będzie tak samo. Może udowodnię sobie, że te wszystkie postaci nie były zwyczajnie głupie, a te wszystkie pęta nienawiści po prostu mnie puszczą.
A może po prostu zginę.
Zamknęłam oczy na tę myśl, szybko odpędzając wizję sprzed oczu.
Wzięłam jeszcze jeden głęboki oddech – Igarashi lekko drgnął – i poczułam jak wszystkie zmysły się wyostrzają. Chwyciłam za rękojeść, otworzyłam szeroko oczy i ruszyłam na niego.
Przebiegłam w ułamku sekundy dzielący nas dystans, ale i tak widziałam jak mężczyzna odwraca się powoli w moim kierunku. Po jego twarzy przemknęło zdziwienie, ale chwilę później usta zaczęły rozciągać się w okrutnym uśmiechu. Ścisnęłam rękojeść i wycelowałam prosto w serce.
Poczułam jak moje ostrze odskakuje ze szczękiem od jego broni i mimowolnie zachłystnęłam się powietrzem. Odskoczyłam trochę do tyłu, nadal trzymając pewnie miecz. Igarashi spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
Przełknęłam ciężko ślinę. Nawet się nie poruszył.
- Myślałem, że przyjdzie kto inny – powiedział na przywitanie, przeczesując niebieskie włosy. Zadrżałam słysząc barwę jego głosu, a wątpliwości, dlaczego zyskał akurat taki przydomek, zostały rozwiane.
Napięłam mięśnie i znowu przyskoczyłam do ataku. Na kilkanaście centymetrów przed przeciwnikiem odskoczyłam w bok i obracając się w powietrzu, tnąc od razu z lewej, wkładając w to całą siłę.
Zablokował ponownie.
- Nie kojarzę cię, wiesz? – spojrzał na mnie przeszywającymi, czarnymi oczami. – A szkoda. Myślałem, że raczej będziesz chciała to przeciągnąć, rozwijając rozmowę, ale… - szczęk metalu znów przerwał naszą rozmowę.
Posłałam mu mordercze spojrzenie, ale dostrzegłam, że opuszcza gardę, jakby myślał, że ponownie odskoczę. Kącik ust mi drgnął i wyprowadziłam szybką, serię ciosów, których kiedyś nauczyła mnie Mako.
Mężczyzna odpierał grad moich ataków z łatwością. Po kilkunastu sekundach zagwizdał, a po jeszcze kilku uśmiech powoli schodził z jego twarzy. Napiął już mięśnie i skupił wzrok na mojej broni.
Przetrzymując atak jak najdłużej, zaczekałam aż Igarashi przygotuje się na cios najbardziej z prawej. Cofnęłam gwałtownie ramię, a on rozszerzył oczy, gdy jego broń trafiła w pustkę. Przeniosłam środek ciężkości i kopnęłam go z całej siły w bok.
Owszem syknął z bólu. Ale więcej to nie dało. Chwyciłam lepiej miecz, mając jeszcze cień szansy by go trafić, choć wiedziałam jak posyła mi mordercze spojrzenie.
Odepchnął mnie, a gdy odzyskiwałam równowagę, najzwyczajniej w świecie kopnął mnie w pierś. Cios był tak silny, że odrzuciło mnie na kilka metrów dalej, wyciskając z płuc resztki tlenu. Uderzyłam o ziemię głową, ale nadal trzymałam zawzięcie miecz.
- Szkoda mi było się ciebie pozbywać tak od razu… - westchnął z rozbawieniem, ale ucichł po chwili.
Podniosłam się na ramionach, walcząc z pulsującym bólem głowy. Stanęłam chwiejnie na dwóch nogach i od razu rzuciłam na Igarashiego. Wkładałam w każdy cios całą moją siłę, podsycaną gniewem i nienawiścią. Z góry, z dołu, z lewej, z dołu, z góry, zablokowanie, z góry, zablokowanie. Sekwencja ciosów była całkowicie losowa, a ja czekałam na jakikolwiek łut szczęścia, mając nadzieję, że zabójca ma jakiś słaby punkt.
Jeśli to wyglądało na walkę, to tylko przez ten krótki okres. Igarashi w pewnym momencie nie sparował pchnięcia tylko się uchylił, a jego lewy sierpowy odrzucił moją głowę na bok.
Zrobiłam kilka chwiejnych kroków do tyłu, pochylając głowę. Czarne włosy zasłoniły mi twarz. Napięłam mięśnie, gotowa do dalszej walki, ale czułam na sobie jedynie zaintrygowany wzrok zabójcy.
- Co sprawiło, że Anzai nauczyła cię swoich zabójczo-szybkich ciosów? – spytał, celując we mnie ostrzem miecza. – To było całkiem niezłe. A mówię to ja… - przyjrzał mi się uważniej, czekając na jakąkolwiek reakcję z mojej strony.
Wbiłam w niego moje granatowe oczy, przelewając w nie całą nienawiść. Igarashi uniósł brwi i uśmiechnął się chytrze, z zadowoleniem.
- Zainteresowałaś mnie dziewczynko. Nie możesz być długo w tej „branży”, a widać w twoich oczach mordercę. – skrzyżował ramiona. – Kim jesteś?
Wyprostowałam się dumnie, przecierając grzbietem dłoni zakrwawiony policzek. Skierowałam swoje ostrze w jego stronę, także teraz oboje w siebie celowaliśmy.
- Kanegawa Ichigo.
Drgnął. Może to było spowodowane czymś innym, ale instynkt sam ruszył mną do przodu. Wzięłam błyskawiczny zamach na niego, a Igarashi syknął ze złością. Zatrzymał mój cios przed klatką – był zbyt wysoki, bym mogła celować w jego głowę – i zaczął się ze mną siłować. Możliwe, że przyjęłam dobrą pozycję, czy to nagła wściekłość dała mi sił, ale byłam w stanie przetrzymać sparing, by wycedzić przez zaciśnięte zęby:
- Ty coś wiesz.
Odbił mój miecz z zadowoleniem, rozciągając usta w okrutnym uśmiechu.
- Moi rodzice. – wycedziłam. – Wiesz coś.
- Może i wiem. – powiedział wyniośle. – A może i nie wiem. – dokończył prowokująco.
Walka rozpoczęła się na nowo. Dotrzymywałam mu kroku zaledwie przez kilka minut – potem granica między umiejętnościami zaczęła się odznaczać wyrazistą linią. W gniewie wiele nie myślałam. Było mi wszystko jedno. Jeśli on chociaż odezwał się słowem w sprawie zabójstwa moich rodziców, jeśli to przez niego skończyłam tutaj… Zginie bardzo, bardzo powoli.
Smugi stali kreśliły jasne smugi w powietrzu, ale w pewnym momencie ustały, a nasze ostrza spotkały się blisko twarzy. Na jego twarzy błądził protekcjonalny uśmieszek, lecz w martwych, czarnych oczach błyskał iskierka zadowolenia z walki.
- Żałowałem, że nie znaleźli mnie jacyś starzy znajomi. – mruknął nisko. – Ale teraz widzę, że będzie z tobą jeszcze trochę zabawy.
Nie pozwoliłam mu na dalszą rozmowę, atakując ponownie.
- Gadaj. – warknęłam ponownie. – Twoje pieprzenie mało mnie interesuje. – rzuciłam prowokująco.
Zmrużył oczy i prawie wytrącił mi miecz z dłoni.
- Interesująca. – powtórzył. – Dawno nie walczyłem na poważnie z nikim, kto nie chciałby dowiedzieć się czegoś ważniejszego podczas starcia.
- Zabiłeś ich? – warknęłam, a w moich żyłach krążyła tylko chłodna nienawiść. – Potrzebuję jednego słowa. Tylko jednego.
- Sądzisz, że dasz radę mnie zabić. – zauważył z nagłym rozbawieniem. – Wiesz, tutaj nie chodzi o  wiek, czy pochodzenie… Ale i tak. Jeśli zamierzałaś zrobić to od początku… - tutaj urwał, uchylił się od płaskiego cięcia i wbił pięść w mój brzuch. Zachłystnęłam się śliną, a nogi się pode mną ugięły. – To jesteś zabawna, Kanegawa.
Spróbowałam się podnieść, ale trzasnął mnie w drugi policzek. Ciemne kształty zatańczyły pod moimi powiekami.
- Zaczynasz mi przeszkadzać. – powiedział cicho i posłał kopniakiem na plecy. – Jesteś obiecująca. Szkoda, że trafiłaś akurat do Kaminari. Przyjąłbym cię z otwartymi ramionami. – uśmiechnął się kpiąco.
- I miałabym oglądać gębę Shigeo każdego dnia? Podziękuję. – zdobyłam się na sarkazm, ale jęknęłam z bólu, gdy wbił mi piętę w nadgarstek.
Walczyłam przez chwilę, ale gdy kości zaczęły coraz bardziej trzaskać zwolniłam uścisk, a miecz upadł ze szczękiem na ziemię. Igarashi odkopnął go, a gdy syknęłam ze złości, nastąpił na moje gardło. Walcząc z narastającą paniką sytuacji bez wyjścia, posłałam mu buntownicze spojrzenie.
- Czekaj, czekaj… Ty byłaś jedną z tych dziewczynek co walczyły w Setagayi? – spytał retorycznie, kiwając do siebie głową ze zrozumieniem. – To wiele wyjaśnia. Ale wiesz, teraz nikt cię nie uratuje. Nie przybędą Sanmittai. Nie przybędzie dowództwo, nie twoja nauczycielka, Anzai. Zostałaś sama Kanegawa. – jego głos rozchodził się bólem po każdej mojej kości. – Od czego mam zacząć? – spytał po chwili, nadstawiając mi czubek miecza tuż nad tęczówkę. Patrzyłam na niego uporczywie, ze stoickim spokojem. – Co powiesz na przedśmiertną bliznę na lewym oku, taką jaką ma twój towarzysz, hę?
Drgnęłam minimalnie, rozumiejąc co ma na myśli. Hiroki.
To uczucie, które na mnie spłynęło było inne niż wszystkie. Nie była to zwykła żądza krwi, która ogarniała mnie przy każdej walce. To było coś dziwniejszego. Mocniejszego.
Niebezpieczniejszego.
Chwyciłam lewą dłonią ostrze Igarashiego i gwałtownym ruchem odepchnęłam jego broń od siebie. Nawet nie poczułam jak metal rozcina mi dłoń, jedynie jasnoczerwona krew brudząca teraz klingę świadczyła o ranie. Zabójca odskoczył ode mnie, bardziej ze zdumieniem, niż ze strachem, ale tyle mi wystarczyło.
- Mam cię dość. – powiedziałam chłodno. – Może i nie znałam ich wszystkich… Może cała ta popierdolona historia ma dla mnie niewiadome fragmenty… - ciągnęłam, podnosząc się z trudem na nogi. – Ale pomszczę ich wszystkich. Każdego z osobna. – spojrzałam na niego oczami w odcieniu pustego, nocnego nieba. – Zginiesz.
W przeciągu sekundy byłam przy nim. Teraz widziałam wszystko dokładniej – nawet nie oczekiwał mądrego ataku, patrząc się krótko na miecz leżący kilka metrów dalej. Nie pozwoliłam sobie na zdradziecki uśmiech i wzięłam gwałtowny zamach.
Odskoczyłam od niego i pobiegłam w stronę swoje broni, gotowa do natychmiastowej kontry. Napięłam z niepokojem mięśnie, gdy Igarashi wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem, a z długiej rany, ciągnącej się od kącika prawego oka do nosa, skapywała świeża krew. Niebieskie kosmyki opadające na twarz zabarwiły się na bordowy odcień.
Sekundy były wiecznością.
Igarashi podniósł powoli rękę do góry. Przełknęłam ślinę, skupiając się na każdym  najdrobniejszym ruchu. Zabójca przejechał kciukiem po ranie, zbierając z niej krew i zlizał ją powoli, trawiąc to co przed chwilą się stało. Po czym spojrzał na mnie zupełnie inaczej niż dotychczas. Po plecach przebiegł mi dreszcz, jakbym patrzyła w oczy śmierci.
Igarashi uśmiechnął się z dozą szaleństwa.
A mnie po raz pierwszy od początku walki ogarnął paniczny strach.
***
Meiji wyciągnął z kieszeni pomięty szkic i rozprostował jedną ręką na desce rozdzielczej, wymijając przy tym o włos pozostawiona na środku ulicy auto. Wziął głęboki oddech i ściągnął nogę z gazu, przyglądając się kartce, z coraz większą konsternacją.
Kiedy samochód w końcu się zatrzymał, potarł kąciki oczu, wysilając swój umysł do maksimum. Namierzył od razu z jakiego budynku najprawdopodobniej pochodziłby ten widok. Próbował brać pod uwagę jeszcze czas, jaki minął od znalezienia kartki oraz fakt, że mogli poruszać się w dwie strony. Co ani trochę nie polepszyło jego sytuacji.
- Cholera jasna! – warknął do siebie, mnąc w irytacji rysunek. – Jasna cholera! – powtórzył jeszcze i spojrzał w lusterka.
Pojechał w tym bardziej prawdopodobnym miejscu pobytu strategów Jishin. Teraz nie był tego taki pewien. Spojrzał z irytacją w lusterka, licząc, że dopatrzy się w nich czegokolwiek pożytecznego. Wiedział, że nie ma czasu na pomyłki i zastanowienia.
Kiedy już odwracał z irytacją wzrok, zastygł na sekundę i spojrzał jeszcze raz w tylne lusterko. Wytężył słuch i patrzył się przez chwilę, po czym rozciągnął usta w szeroki, chytry uśmiech.
Dostrzegł połyskujące odłamki szkła spadające ze znacznej wysokości, a potem jakby odległy dźwięk kruszonego okna.
Przewiesił kaburę z mieczem przez ramię i wysiadł z samochodu, trzaskając głośno drzwiami. Spojrzał w domniemanym kierunku i gdy dostrzegł na kilkunastym piętrze wybite okno osłupiał na krótką chwilę. To Toshiyuki, wytłumaczył sobie od razu i ruszył w kierunku budynku.
Zawahał się przez chwilę nie będąc pewnym, czy stratedzy nie pójdą dalej, więc wszedł do wieżowca najciszej jak umiał i rozejrzał się po wnętrzu. Nie różniło się niczym od zwykłej klatki schodowej z windą. Czyli zwykłe mieszkania. Rozejrzał się ponownie, bijąc się z myślami. Jeśli chciałby pokierować się intuicją, wbiegłby na sam szczyt budynku, ale rozum kazał postąpić mu bardziej strategicznie.
W końcu to teoretycznie jestem strategiem, powtórzył sobie w myślach, zmuszając się do wyjścia z klatki schodowej. Stanął przy samej ścianie i przemknął szybko do budynku obok, modląc się by w jakiś dziwny sposób go nie zauważono. Wbiegając schodami na samą górę, powtarzał sobie w myślach, że zasadzka będzie efektywniejsza. A efekty są ważniejsze od czasu. Są ważniejsze, podkreślił jeszcze, odpędzając czarne wizje sprzed oczu.
Dotarł na strych i wyjrzał na sam dach. Wokół otaczały go tylko złudne, śliskie dachówki, więc wolał nie ryzykować, choć od dziecka czuł się na wysokościach dużo lepiej niż na ziemi. Zimowy wiatr rozwiał mu włosy, a on uśmiechnął się z przyjemnością.
Od razu jednak pokręcił głową, chowając się do środka i wchodząc do najbliższego, opuszczonego mieszkania. Kryjąc się w cieniu i posuwając się nisko przy ścianie, stanął w rogu salonu, wychylając się ostrożnie, by spojrzeć przez okno.
Meiji znajdował się na tym samym piętrze, na które dostali się do budynku obok. We wcześniejszym wieżowcu również byli na tym samym, a czarnowłosy miał szczerą nadzieję, że jest to z czymś związane, oprócz czystego przypadku.
Po kilku minutach dostrzegł ruch w oknie i schował się w cieniu mieszkania, mając duszę na ramieniu. Odczekał chwilę i wychylił się minimalnie, a gdy w przestronnych oknach błysnęły mu fioletowe włosy, ukrył się w głębi pokoju, rozciągając usta w chytrym uśmieszku.
Teraz wystarczyło być cierpliwym.
***
- Sądzisz, że takim bieganiem znajdziemy Igarashiego? – spytał po kilkunastu minutach Fumiya, gdy Tsuneari zaczął skręcać w boczniejsze uliczki, rozglądając się co chwilę z uwagą. Dowódca podążał za nim z powątpiewaniem. Żaden z nich nie miał nawet pomysłu gdzie szukać szefa Jishin.
- Igarashiego nie znajdziemy. – odparł tajemniczo Tsuneari. – Ale ja znajdę Ichigo. – dodał i przyśpieszył trochę.
Fumiya, który dotrzymywał mu tempa bez problemu, spojrzał z zaciekawieniem na chłopaka, równając się z nim. Gdy dowódca nie spuszczał z niego oczu, Tsu spojrzał na niego buntowniczo.
- Niech po prostu szef mi zaufa. – burknął tylko.
- Ufam. – potwierdził zabójca, uśmiechając się krótko.
Po kolejnych kilku minutach, oddalili się od pola walki tak daleko, że nawet najmniejsze pogłos nie dochodził do ich uszu. Fumiya westchnął, nadal mając przed oczami niedowierzająco-wściekłe spojrzenie Mikuru, gdy powiedział, że teraz ona dowodzi. Strategiczka zerwała się wtedy bezsilnie z miejsca, doskonale wiedząc, że szef nie odpuści mając okazję do zabicia Igarashiego.
 - A i takie pytanie, Sotomura… - Tsu odwrócił głowę w jego stronę. – Co mamy zrobić z Igarashim jak go już znajdziemy?
- Jak to co mamy zrobić? – Fumiya zmarszczył brwi. – W ogóle, to widzę, że w tobie coś dużo optymizmu. – dodał zgryźliwie.
- Chodzi mi o to, czy będziemy go chcieli żywego czy martwego…
- Zdecydowanie martwego. – przytaknął od razu mężczyzna, a w jego głosie pojawił się cień nienawiści. – Nie będę zniżał się do jego poziomu i torturował dowódców… - prawie wypluł to stwierdzenie.
Tsuneari chciał jeszcze coś dorzucić, ale nim zdołał telefon czarnowłosego zadzwonił. Fumiya zawahał się widząc obcy numer na wyświetlaczu, ale odebrał ze stoickim spokojem, choć nie był to czas na rozmowy.
- Halo? – rzucił z lekkim zdenerwowaniem do telefonu.
- Czy mam przyjemność z Fumiyą Sotomurą?
- A kto mówi? – Fumiya lekko zwolnił, a Tsuneari spojrzał na niego wyczekująco. Mężczyzna machnął na niego dłonią, a chłopak zatrzymał się, wpatrując się uporczywie w dowódcę.
- Oficer Akaike. – czarnowłosy słysząc imię, zachłystnął się powietrzem, ale policjant mimo to kontynuował. – Wiem, że jeszcze nie mieliśmy okazji się spotkać, Sotomura-san, ale również w moim interesie leży wasze zwycięstwo. Zwłaszcza, że Jishin jest zbyt upierdliwy…
- Panie oficerze. Proszę wybacz, ale za bardzo nie ma czasu na przyjacielskie rozmowy, więc gdyby się pan streścił, byłbym wdzięczny – odparł mężczyzna typowo urzędowym tonem.
Tsuneari czując, że zanosi się na jeszcze kilka minut rozmowy przewrócił oczami, odwrócił się i odbiegł. Fumiya wyciągnął za nim rękę, ale w końcu zwinął ją z irytacji w pięść i starał się nie zasyczeć ze złości.
- Dostałem rozkaz z centrali, że jeśli walka nie zakończy się w przeciągu pół godziny siły zbrojne mają wkroczyć na teren Senkawy, a wtedy będzie dla was nieciekawie. To przez te wybuchy.
- Bardzo dziękuję za informację. – wydusił zabójca, starając się analizować wyjście z sytuacji. Zamilknął na chwilę po czym spytał: - Nie miał pan może do czynienia z Sakiko Hashimoto bądź Ukyo Inabą?
- Kojarzę obojga. Mam ich powiadomić i wezwać?
- Byłbym wdzięczny. A teraz proszę wybaczyć. Według tego co pan powiedział mamy jakieś 30 minut by to wszystko rozstrzygnąć. – zakończył z dozą zdezorientowania w głosie i rozejrzał się na boki. – Niech cię, Tsuneari. – syknął, kierując się w tą samą stronę co brązowowłosy.
***
Tsuneari doskonale wiedział, że jest w gorącej wodzie kąpany i powinien spokojnie poczekać aż dowódca skończy ten niespodziewany telefon, ale po prostu nie mógł. Wściekłość rozsadzała go od środka na samą myśl o tym, że Ichigo jest sama z Igarashim.
Jego najwcześniejsze spotkanie z szefem Jishinu, było rok przed jego założeniem. Stało się to zupełnie przypadkowo 6 lat temu i ani trochę nie było miłe. Skończyło się na utracie oka przez Hirokiego.
Tsuneari posmutniał, czując ciężar winy przygniatający jego barki, ale pokręcił szybko głową, przywołując się do porządku. Wiedział, że teraz najważniejszy jest spokój.
Chłopak wybiegł zza zakrętu i stanął jak wryty.
W pierwszej chwili dostrzegł jakieś 3 zakrwawione ciała  na ziemi, a jakiś mężczyzna usiłował się podnieść z bardzo wielkim wysiłkiem, ale Tsuneari od razu przeniósł wzrok na walczących. Ich płynne, perfekcyjne ruchy zgrywały się ze sobą, a każdy z nich wiedział jak zaatakować drugiego. Dzieliła ich znaczna różnica wieku, a ten młodszy miał coraz to bardziej niepewne ruchy, na wskutek upływu krwi i ran.
- Tokaji! – wykrzyknął Tsuneari ze zdumieniem, ale od razu się otrząsnął i rzucił się w kierunku przyjaciela, wyciągając miecz.
 Wparował między walczących i odbił cięcie Shigeo, uśmiechając się przy tym chytrze. Tokaji zawahał się przez sekundę, ale ponownie zaatakował, wymieniając się ruchami z brązowowłosym. Przyglądał mu się kątem oka, niedowierzając, że przyjaciel walczy obok niego.
- Co ty tu, do jasnej cholery, robisz? – syknął, blokując cios Shigeo tuż przy swojej twarz. Błękitnooki musiał od razu od niego odskoczyć i odparować cios Tsu.
- Jakbyś nie widział, to ratuję ci skórę! – krzyknął przez ramię. – Słyszałem, że bidon się przydał! – uśmiechnął się do niego szelmowsko.
Zarówno Tokaji jak i Shigeo zmierzyli go wściekłym wzrokiem. Powrócili do walki, a mężczyzna atakował z coraz większą zaciekłością. Czarnowłosy spojrzał na Tsu z niemym pytaniem.
- Wytłumaczyłbyś mi jedną rzecz? – spytał spokojnie, jakby dopiero teraz zdał sobie z czegoś sprawę. – Nie wiesz może co tutaj robiła Ichigo?
Tsuneari zastygł w bezruchu, a Tokaji wskoczył pomiędzy niego a miecz Shigeo, blokując cios w ostatniej chwili. Popatrzył na przyjaciela z naganą, ale Tsu posłał mu roziskrzone spojrzenie.
- Była tu!? – wykrzyknął. – Gdzie pobiegła!?
- W tamtym kierunku… - Tokaji wskazał głową na jedną z uliczek, ale dalsze słowa zostały zduszone przez kopniaka Shigeo. Czarnowłosy upadł na ziemię, łapiąc z trudem powietrze. Był prawie pewny, że ma pęknięte albo złamane żebro.
- Tokaji? – zawołał Tsu, ale chłopak nie miał wyboru i musiał walczyć z Shigeo. Parował ciosy ze skupieniem, woląc nie zaczynać poważniejszej walki, by mężczyzna nie zranił również jego.
Po kilkunastu sekundach Tokaji zaatakował niespodziewanie Shigeo i rozciął mu płytko lewy bok. Zabójca syknął z bólu, a przyjaciele uśmiechnęli się z zadowoleniem do siebie. Tokaji natychmiast spoważniał i korzystając z rozproszenia przeciwnika spojrzał z wyczekiwaniem na brązowowłosego.
- Po tym jak cię wysłali do oddziału z Tateyamy dostałem pozwolenie na szukanie jej. To długa historia, ale znalazłem ją i wróciliśmy, tylko, że… - tutaj chłopak się zaciął i nie mógł wydusić ani słowa więcej.
- Tylko że? – syknął Tokaji. Shigeo znów odzyskiwał werwę.
Mimo starcia, czarnowłosy nagle zbladł, zdając sobie z czegoś sprawę, a Shigeo korzystając z okazji rozciął mu ponownie lewe ramię. Tokaji zdawał się tym nie przejmować i spojrzał z cieniem niepokoju kryjącym się w czarnych oczach na przyjaciela.
- Ona gadała coś o zabijaniu Igarashiego… Czy to prawda? Czy ona naprawdę poszła do niego sama!?
Tsuneari zdziwiony podniesionym tonem głosu czarnowłosego automatycznie przytaknął. Tokaji wbił w niego wściekłe spojrzenie, uchylając się przy tym od ciosu Shigeo.
- Więc co ty tu jeszcze robisz!? – wrzasnął.
- RATUJĘ CI DUPĘ!!! – odwrzasnął Tsu, odciągając Tokajiego od jednego z cięć Shigeo. – Coś z tobą jest nie tak! Nie skupiasz się w ogóle na walce!
- Bo myśl, że ona poszła na pewną śmierć mnie dobija! – warknął, atakując ze wściekłością Shigeo. – Idź do niej! TERAZ!
- Nie pozwolę ci walczyć z tym idiotą samemu! Nie zostawię cię byś dał się zabić! – odkrzyknął Tsu, ale przez jego twarz przemknął niepokój i zawahanie.
- A wolisz żeby to ona zginęła!? Zostaw mnie, do cholery, nic mi nie będzie! – wrzasnął na niego, a ostrze Shigeo niebezpiecznie zjechało po jego broni, prawie raniąc jego nadgarstek.
Tsuneari spojrzał na przyjaciela nadal odczuwając niepewność. Żadne z wyjść tej sytuacji nie było dobre. Na krótką chwilę Tokaji odwrócił wzrok i spojrzał prosto w jego orzechowe oczy, jakby ze smutkiem.
- Błagam, zostaw mnie i ratuj ją. – wyszeptał, a Tsuneari widząc determinację na jego twarzy, zaklął głośno i odbiegł bez słowa, nie naruszając tradycji braku pożegnań.
Tokaji spojrzał jeszcze za znikającym przyjacielem i odczuł pewien rodzaj spokoju. Mimo, że kompletnie nie rozumiał co wydarzyło się przez ten czas, myśl, że przy Ichigo będzie Tsuneari uspokajała go, na samą myśl o tym czuł ból. Wybijał się on nad wszystkie inne rany i wydawał się chłopakowi całkowicie nieuzasadniony – przeszywający serce i zaciskający gardło.
Był już bardzo osłabiony, ale tempo walki nie zwalniało ani na sekundę, mimo, że w końcu udało się zranić Shigeo. Ledwo. Odchylił się w ostatniej chwili, ale i tak czubek ostrza rozciął mu policzek. Widział wynik tej walki w coraz to ciemniejszych barwach.
- Nie myślałem, że cię zostawi. – odezwał się ironicznie Shigeo, po raz pierwszy od dłuższego czasu. – To na pewno twój przyjaciel? – spytał z szelmowskim uśmiechem.
Czarnowłosy doskonale wiedział, że zabójca chce go tylko podłamać i sprowokować, ale nawet nie odczuł  irytacji. Posłał mu szyderczy uśmiech.
- Właśnie dlatego, że poszedł ją ratować jest moim przyjacielem.
Shigeo zaatakował szybką serią ciosów, a chłopak cały czas posuwał się do tyłu. Po wyrazie twarzy błękitnookiego widać było, że obmyśla jakiś plan, a gdy w końcu wpadł na coś, uśmiechnął się okrutnie.
- Wiesz, jak już cię zabiję… - tutaj Tokaji przerwał mu swoim sarkastycznym prychnięciem. – To jej nie odpuszczę. Zemszczę się za ojca. Może i teraz uda się ją ocalić, ale już za kilka dni będzie wykrwawiała się w męczarniach… - powiedział z zadowoleniem, jakby widział tę scenę przed oczami.
Tokaji poczuł jak ogarnia go obrzydzenie i nienawiść. Doskonale wiedział, że Shigeo chce go podburzyć, by wykończył szybciej swoje siły, ale i tak nie mógł powstrzymać nagłe przypływu energii. Zaatakował Shigeo z podwójną siłą.
Walka toczyła się niezmiennie od kilku uciążliwych minut. Tokaji atakował błękitnookiego w nagłych zrywach, a gdy już opuszczały go siły, Shigeo usiłował obejść jego gardę. I tak wciąż w kółko i w kółko.
Tokaji ciął z góry prawą ręką, a gdy jego miecz odbił się od ostrza mężczyzny, wykonał szybki zamach lewą ręką, tnąc płasko. Shigeo rzucił się do tyłu, by uniknąć ostrza. W ułamku sekundy, gdy poczuł, że traci równowagę wykonał salto w tył. Po wylądowaniu rozejrzał się gwałtownie. Miecz Tokajiego dopiero co zakreślił srebrną smugę w powietrzu, a już oba jego ostrza spadały na zabójcę.
- Cholera! – warknął wściekle Shigeo, blokując cios ostrzem, przytrzymując je drugą dłonią. Jeden z mieczy chłopaka ześlizgnął się ze zgrzytem z broni zabójcy i zatopił się w lewym ramieniu.
Tokaji prychnął szyderczo, gdy mężczyzna zdusił w sobie okrzyk bólu. Wyciągnął miecz z jego ciała brutalnym szarpnięciem, rozrywając kolejne mięśnie. Odskoczył na kilka kroków, obserwując czujnie Shigeo. Po latach wiedział, że takie rany zazwyczaj tylko dodają zaciekłości.
- Zabiję cię! – wysapał z wściekłością mężczyzna, chwytając się za krwawiące ramię. Podniósł powoli głowę i wbił w niego lodowate, błękitne oczy. – Zabiję.
Tokaji posłał mu znużone spojrzenie, ale nonszalancka postawa nie trwała długo. Słysząc za sobą zgrzyt metalu, obrócił się gwałtownie, idealnie w momencie gdy ostrze spadało na niego. Zablokował cios bez większego wysiłku.
- O, jeszcze żyjesz. – powiedział zdziwionym głosem do ostatniego niedobitka. – Na twoim miejscu darowałbym sobie honor i spieprzał przy najbliższej okazji. – dodał z wyższością, odpychając go od siebie jednym pchnięciem.
Gdy mężczyzna upadł, spojrzał przez ramię, przeczuwając, że Shigeo mógł się zebrać do ataku. Nim jednak zdążył spostrzec cokolwiek, mężczyzna podniósł się gwałtownie i, choć przez jego twarz przebiegł wyraz niewyobrażalnego bólu, rzucił się w kierunku chłopaka.
Tokaji przygotował się na sparowanie ciosu, ale mężczyzna w ostatniej chwili wypuścił ostrze z dłoni i wyciągnął obie ręce w jego stronę. Chłopak zastygł na ułamek sekundy, a jego ramiona poruszyły się już mimowolnie w stronę faceta. Nim zdążył go dopaść, ostrza ześlizgnęły się po jego brzuchu i ramieniu. Wrzasnął z bólu, zatrzymując się na sekundę.
Tokaji cofnął się o pół kroku, gdy mężczyzna spojrzał na niego z resztką determinacji i wbrew sobie doskoczył do niego, chwytając go z całej siły na przeguby. Czarnowłosy rozszerzył oczy ze zdziwienia, całkowicie osłupiały. Napiął mięśnie, gotowy od razu wyrwać się z uścisku.
I wtedy dopadło go nagłe przeczucie.
Szarpnął się z całej siły, wyrywając ręce z uchwytu i próbując się przy tym od razu odwrócić. Gdy tylko obrócił głowę, dostrzegł błysk metalu i wiedział, że nie zdąży. Zamknął oczy.
Przez całą długość jego pleców przejechało ostrze, zadając mu głęboką ranę.
Wrzasnął, a jego krzyk przeszedł w charkot, gdy krew podeszła mu do gardła.
Gdy poczuł, że upada, zacisnął zęby i mimo otępiającego bólu, spadł na wyciągnięte ręce i od razu przetoczył się w bok. Syknął, gdy lodowaty śnieg dotknął jego rozpalonej rany, ale uśmiechnął się szyderczo, gdy chwilę później Shigeo wbił miecz w ziemię, w miejsce w które miał upaść.
- He, he – zaśmiał się słabo, posyłając mordercy uśmieszek. Odczuł z tego satysfakcję, mimo iż z kącika jego ust pociekła krew.
- Ja bym się nie śmiał, Kosai. – warknął do niego. Wyciągnął ostrze z ziemi, wyłącznie prawą rękę – lewa zwisała bezwiednie obok. – To ty jesteś jedną nogą w grobie, nie ja. – spojrzał na niego z wyższością.
Tokaji spojrzał na niego. Mężczyzna prawdopodobnie nie odzyska czucia w lewej ręce, a cięcie na lewym boku mogło zranić jakiś organ wewnętrzy. Jego twarz była ubrudzona krwią, a na całym ciele miał drobne zadrapania i siniaki. Nie wyglądał dużo lepiej od niego.
Kiedy Shigeo podnosił z ziemi swojego ledwo żyjącego kompana, Tokaji resztką sił stanął na nogach. Błękitnooki spojrzał na niego z rządzą mordu.
- Nadal chcesz walczyć? – spytał głosem ociekającym nienawiścią. – Myślałem, że pozwolisz się szybko dobić.
Tokaji czując przypływ złości, zaatakował mężczyznę. Shigeo najwyraźniej spodziewał się tego i z łatwością odbił cios. Znów zaczęli wymieniać serie błyskawicznych cięć, ale chłopak szybko zaczął zwalniać, a przed jego czarnymi oczami zatańczyły ciemne plamy.
Nie, nie. Jeszcze nie, powtórzył w myślach, potrząsając głową.
Zmienił schemat ciosów – zamiast ciąć z góry, wyprowadził atak z lewej, odsuwając się przy tym trochę w lewo, tak by cios Shigeo mógł go spokojnie minąć. Ostrze świsnęło tuż przy nim, ale Tokaji i tak wiedział, że ten atak należy do niego. Shigeo syknął, gdy ostrze chłopaka rozcięło mu klatkę piersiową. Pod naporem ataku, stracił równowagę, a gdy czarnowłosy odsunął pierwsze ostrze, przygotowując tym samym drugie do ostatecznego cięcia, upadł na ziemię.
- Sayonara. – sine usta Tokajiego rozszerzyły się w okrutnym uśmiechu, gdy jego miecz opadał na mordercę, który sięgał gdzieś w bok.
Gdy ostrze wbiło się w ciało, rozległ się potworny wrzask, urwany dławieniem się krwią. Tokaji zbladł, gdy zobaczył szyderczy uśmiech Shigeo.
- Zasłoniłeś się… ciałem swojego podwładnego… - wydusił z oszołomieniem, patrząc na wijące się w spazmach ciało mężczyzny, które osłaniało Shigeo.
- Nie rób takiej miny… - stwierdził z uśmiechem, odgarniając ciało towarzysza od siebie. Tokaji był w takim szoku, że odskoczył trochę, a bezwładne już ciało ześlizgnęło się z jego miecza. – Ty też zawsze poświęcałeś swoich przyjaciół, nieprawdaż!? – jego ostatnie słowa przerodziły się w wrzask, gdy rzucał się na chłopaka.
Tokaji z początku sparował cios mechanicznie, trawiąc powoli słowa wroga. Ruchy ich obojga były spowolnione i pozbawione płynności, co sprawiło, że walkę zakończy tylko skrajnie osłabienie drugiego.
Chłopak zakaszlał, a na jego dłonie i ostrze spadły krople krwi.
Cholera.
- Daj już sobie spokój, kurwa… - sapnął Shigeo. – Przecież wiesz, że ja wygram. – uśmiechnął się szyderczo.
Tokaji znów zmuszony był zrobić krok do tyłu. Oddychał coraz bardziej spazmatycznie, a krew spływająca z ran wydawała się być wrzątkiem. W czarnych oczach pojawił się cień.
- Jaka to myśl, że się za chwilę umrze, co? – szepnął z zadowoleniem Shigeo, gdy ramiona chłopaka opadły, a on upadł na kolana, niezdolny do zmuszenia się do więcej. – Muszę ci powiedzieć, że byłeś godnym przeciwnikiem… - mężczyzna również ledwo cedził słowa, a z kącików jego ust, również spłynęła krew.
Tokaji spojrzał pusto w jego oczy, poddając się całkowicie. Jedyne co mu teraz świtało w głowie to pragnienie, by umrzeć patrząc cały czas w oczy swojego mordercy.
Tak by na zawsze wyryć w nim ten obraz.
Tak jak robiły to wszystkiego jego ofiary.
Nim Shigeo przeszył go mieczem, nachylił się do jego ucha, rozkoszując się chwilą zwycięstwa. Tokaji spoglądał w dal, myśląc z ironią, że w tym tempie prędzej się wykrwawi do końca niż Shigeo go zabije.
- Nie musisz się martwić, Kanegawa i twój przyjaciel za niedługo do ciebie dołączą… - szepnął do jego ucha z uśmiechem, przygotowując się do zamachu.
I wtedy w oczach Tokajiego na nowo pojawiła się iskra.
Chłopak nie miał pojęcia skąd zebrał w sobie tyle siły, ale odepchnął od siebie mężczyznę, zrywając się na nogi. Oczy zaszły mu ciemnością, lecz zachował przytomność i sięgając do kabury przyczepionej przy biodrze, rzucił się w kierunku oszołomionego faceta. Gdy jego palce spoczęły na rękojeści, uśmiechnął się pusto i biorąc zamach, runął bezwładnie na błękitnookiego.
Najpierw ogarnęła go ciemność. Zanurzył się w niej i pozwolił sobie powoli tonąć w niej, coraz głębiej i głębiej. Jego powieki powoli opadały, lecz wtedy gdzieś daleko na powierzchni rozbłysnęło światło, które brutalnie wyrwało go z odmętów pustki.
Nagle dotarły do niego wszystkie dźwięki, obrazy, zapachy zlewając się w jeden, wielki szum.
Resztką sił podniósł się na jednym ramieniu. Zmrużył brwi nie rozumiejąc co trzyma w drugiej dłoni. Spojrzał na nią niewidomym wzrokiem, a gdy zobaczył rękojeść sztyletu i jego ostrze zatopione w czyjejś piersi, rozszerzył oczy i spojrzał na twarz rannego.
Shigeo był blady jak kartka papieru, a na jego twarzy malowało się przerażenie, przechodzące powoli w zobojętnienie.
- Jak… - szepnął tylko, a jego usta wypełniły się krwią i znieruchomiał.
Tokaji spojrzał jeszcze raz na niego, nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Stoczył się z ciała zabójcy, wypuszczając sztylet z dłoni. Upadł na plecy i zamknął oczy, czując ból. Nie miał nawet siły się skrzywić.
- Wygrałem, Shigeo. – szepnął, patrząc się w jaśniejące niebo. – Wygrałem. – powtórzył, a na jego twarz opadło kilka płatków śniegu. – Nie żyjesz… - wziął głęboki, drżący oddech, który powoli przerodził się śmiech. – Nie żyjesz!!! – zaniósł się szaleńczym śmiechem, ale po chwili zakrztusił się krwią i z charkotem przewrócił się na bok, wypluwając ją na biały śnieg.
Leżał tak przez chwilę, walcząc z ogarniającym go uczuciem senności.
W odmętach jego pamięci pojawiły się postaci.
Podniósł się chwiejnie. Zrobił kilka chwiejnych kroków w stronę muru.
Przeszłość szybko przemknęła przed jego oczami, zadając mu tym psychiczny ból. Wspomnienia, od których tyle lat usiłował się odciąć nagle wróciły.
Zacisnął zęby.
A potem wszystko przeszło płynnie do organizacji. Do Kaminari. Choć w tle widział tylko ciemność i krew, przed oczami miał jakieś głupie chwile, nic nieznaczące kłótnie z Ryutaro i Ayako czy zgryźliwe uwagi, które rzucał w stronę Takiego.
Osunął się na mur, walcząc o każdy oddech. Oparł głowę o zimną ścianę, zamykając przy tym oczy.
Zobaczył jeszcze Tsuneariego, który wiecznie coś gadał. Bezsensowne wspomnienia, jak moment, w którym wślizgnęli się do kina, czy jak chłopak wciskał mu do rąk bidon-granat.
 Prychnął widząc tą scenę przed oczami, choć poczuł smutek.
Chwilę po Tsunearim pojawiła się czarnowłosa dziewczyna o granatowych oczach, w kolorze nocnego nieba. Otworzył oczy, a w czarnych tęczówkach zabłysł płomień.
Zrobił krok z wysiłkiem, a potem kolejny i kolejny.
Ona gdzieś tam jest. Muszę jej pomóc. Muszę ją uratować. Przeprosić.
Stawiał chwiejne kroki, przytrzymując się muru.
Ichigo.

Upadł bezwiednie na ziemię. 

5 stycznia 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 38

Rozdział 38


Nie pamiętałam praktycznie niczego z tego szaleńczego biegu. Stawiałam tylko nogę za nogą, krok za krok, cały czas przed siebie, coraz szybciej i szybciej.
Czułam, że wpatruję się w plecy Ayako, która biegła daleko przede mną.
Ona zawsze była taka szybka? – moje myśli ledwo przebiły się przez szum krwi. Krążyła we mnie przenikliwie, choć byłam pewna, że moje serce stanęło.
Pustka.
Przerażenie.
A potem ból.
Osunęłam się na kolana, zostając w bramach organizacji. Zaczerpnęłam gwałtownie powietrze, ale nie poczułam go w płucach.
Boli. Tak bardzo boli.
Dotknęłam dłonią swojej szyi, nie mogąc zrozumieć skąd wydobywa się źródło cierpienia. Smagnięcie moich palców było niczym dotyk kostki lodu. Wydusiłam stłumione westchnienie, a moja dłoń spoczęła w miejscu serca, zaciskając się powoli i mocno w pięść, mnąc nadaremno kurtkę. Jakby miało to coś zmienić.
Kiedy Tsuneari mnie dogonił, nadal wpatrywałam się w biegnącą daleko przede mną Ayako.
Jeśli ktoś zapytałby się mnie o najboleśniejszą rozpacz jaką widziałam, przywołałabym w pamięci obraz biegnącej Ayako.
Z lewego skrzydła budynku nie zostało praktycznie nic, oprócz wielkiej wyrwy i sterty gruzu przykrywającej dwa zawalone piętra. Oraz dym i przygasający ogień.
- Taki!!! – wrzasnął chłopak i popędził w nagłym zrywie za Ayako.
Czemu krzyczysz, Tsu? Przecież to nic nie da.
Podniosłam się chwiejnie na nogi, nadal patrząc się tępo przed siebie. Postawiłam jeden krok. Potem jeszcze jeden. Szłam bezsensownie w stronę gruzów, a z każdą kolejną sekundą coraz bardziej pragnęłam, by to wszystko okazało się jedynie koszmarem.
Zobaczyłam Tsuneariego stojącego w połowie urwanego korytarza. Jego ręce zwisały bezładnie, a on po prostu wpatrywał się z szczątki budynku. Stanęłam obok niego, również się tylko przyglądając.
- No ruszcie się! – wrzasnęła dziewczyna, odwracając się do nas. Odrzuciła jedną z cegieł. – Szybciej! Musimy ich wyciągnąć! – jej wrzask przeszedł w piskliwy szept, a w kącikach oczy pojawiły się łzy. – Tsuneari! Ichigo! – spojrzała na nas rozpaczliwie.
A myśmy po prostu tam stali. Nie widząc żadnej reakcji po twarzy Ayako przepłynęła panika. Dziewczyna odwróciła się i odrzuciła kolejną cegłę. A potem kolejną i kolejną. Jej ramiona drżały, nie mogąc wytrzymać ciężaru, ale cały czas przekopywała się dalej, jakby to była jedyna rzecz utrzymująca ją przy życiu.
- Ayako… - głos Tsuneariego drżał. Spojrzałam na niego pusto. Widać było, że powstrzymuje płacz, a dłonie zacisnął w pięści. – Przestań… Błagam… Przestań…
Dziewczyna jakby go nie słyszała, pogrążona w rozpaczy. Spojrzałam na nią pusto, chciałam coś do niej powiedzieć, ale z moich ust nie wydobyły się żadne słowa. Może do mnie też nie docierała prawda. Może chciałam by wydarzył się cud.
- Taki! – wykrzyknęła piskliwie, z niedowierzaniem. Odgarnęła resztką sił ogromny kawał ściany i upadła na kolana, cała drżąc. – Taki! – wyciągnęła rękę przed siebie, wpatrując się z radością w punkt przed siebie.
Nie zrozumiałam od razu.
Tsuneari zareagował szybciej. Rzucił się na dziewczynę i mocno przytrzymując w pasie, odciągnął jak najdalej. Ayako po chwili osłupienia, zaczęła się mu wyrywać, okładając jego ramiona pięściami i kopiąc go z całych sił. A on jej nie puszczał, przygarniając ją bliżej siebie.
- Puszczaj mnie! Puszczaj mnie!!! – wrzeszczała w kółko, wyciągając z paniką rękę przed siebie. – Puszczaj mnie!
Dostrzegłam dłoń między gruzami.
Otoczyła mnie ciemność i pustka. Tak bardzo bolesna ciemność i pustka.
Spojrzałam z błaganiem na Tsuneariego. Nie puść jej. Nie ważne co się stanie, nie pozwól jej tam podejść.
- Ayako… Ayako… - powtarzał cicho, a w jego głosie była już tylko panika i strach, choć twarz wykrzywiał smutek. – Już dość. Już wystarczy. – zacisnął mocno oczy, ale i tak po jego policzkach ściekły łzy. – Wystarczy. -  powtórzył rozpaczliwie, tracąc siły.
Dziewczyna się wyszarpnęła i ponownie rzuciła na stertę gruzów. Chwyciła wystającą dłoń i pociągnęła z całej siły, jakby liczyła, że wydostanie przyjaciela całego i zdrowego.
Chwilę później rozległ się rozdzierający i bolesny krzyk, który nie ustawał nawet po chwili. Dziewczyna odsunęła się gwałtownie i upadła, potykając się. Krzyczała nadal i odsuwała się rozpaczliwie coraz dalej i dalej, aż dotknęła plecami ściany. Wtedy zalała się łzami i zasłoniła uszy dłońmi, histerycznie łkając.
Tsuneari spojrzał na mnie, ale kompletnie nie reagowałam. Patrzyłam się bez wyrazu na oderwaną dłoń, leżącą bezwiednie niedaleko gruzów.
Taki. Ten dobry, życzliwy Taki. Taki, który jeszcze kilka minut temu żartował za nami. Który jeszcze przed chwilą żył.
Słyszałam głos Tsuneariego jak zza ściany. Potrząsał mocno dziewczyną za ramiona, ale to nic nie dawało. Nie wiem po jakim czasie usłyszałam nadbiegające kroki.
- JASNA CHOLERA! – wrzasnął Fumiya, zatrzymując się obok mnie. – DAIKI! – wpatrywał się szeroko rozwartymi oczami w pozostałości magazynu. – Jasna cholera! Jasna cholera. Jasna cholera… - zacisnął dłonie w pięści.
Mikuru posmutniała, powstrzymując wybuch emocji, choć na jej twarzy było przerażenie.
- Przecież to niemożliwe… - wyszeptała. – Przecież Arata… On wszystko… Nie… On nie mógł zginąć na marne…
- Zabiję go. – powiedział Fumiya. – Igarashi będzie umierał powolną i bolesną śmiercią. Za Aratę, za Shuuko, za Daikiego… Za wszystkich. – w jego głosie słychać było chłód, a mężczyzna spoglądał morderczo w dal.
Spojrzałam z nagłym zrozumieniem na dowódcę, choć strategiczka chwyciła go rozpaczliwie za rękaw.
- Fumiya, nie możesz! – krzyknęła. – To szaleństwo. Przecież wiesz, że to nic nie da. – powiedziała z naciskiem.
Mężczyzna odepchnął jej dłoń, głuchy na prośby.
- Trzeba było go posłuchać na samym początku… - szepnęła cicho.
Fumiya odwrócił się i wbił w kobietę wściekły wzrok. Poczułam jak po plecach przebiegają mi dreszcze. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak rozwścieczonego.
- Trzeba było go zastrzelić 3 lata temu, a wszyscy by żyli, ty tchórzu! – wrzasnął na Mikuru.
Teraz nawet Tsuneari się odwrócił i wbił niedowierzające spojrzenie w dowódcę, tak samo jak Mikuru. Kobieta zamrugała kilkakrotnie, po czym zalała się łzami.
A ja zdałam sobie sprawę, jak niewiele wiem o nich wszystkich. Wręcz cała przeszłość owiana była dla mnie tajemnicą, której nie powinno wyciągać się na światło dzienne ponownie.
Ale jednego byłam pewna.
Ten, który musi zginąć to Igarashi Yasuaki.
- Przepraszam, Mikuru. – Fumiya spuścił wzrok, kładąc dłoń na ramieniu kobiety. – Przepraszam, poniosło mnie.
Podeszłam do przyjaciółki. Siedziała teraz cicho, wpatrując się bezdennymi oczami w przestrzeń, całkowicie otępiała.
- Nie jest w stanie dalej walczyć. – stwierdziłam tylko, patrząc się bez wyrazu na Tsuneariego. – Musimy zostawić ją u Ryutaro.
Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale w końcu tylko kiwnął głową i wziął dziewczynę na ręce. Spojrzałam jeszcze na niego ostatni raz, po czym skręciłam w innym kierunku. Tsuneari zatrzymał się.
- Gdzie idziesz? – spytał cicho.
- Walczyć. – odpowiedziałam tylko. – Spotkamy się później.
Zawahał się przez moment po czym skinął głową i pozwolił mi odejść.

Tokaji nadal stał w tym samym miejscu co kilka godzin wcześniej, gdy z oddali usłyszał wybuch. Z początku się niepokoił, ale widząc skołowaną twarz Shigeo nie miał pewności, która ze stron użyła ładunku wybuchowego.
Choć miejsce wybuchu było bardzo blisko organizacji.
- Taichi, radzę ci się opanować. – rzucił szorstko, gdy zabójca zaczął się dyskutować coraz bardziej zawzięcie. – Przypominam, że z tego miejsca też może pójść taki sam dym. – dodał, uśmiechając się szyderczo.
Rozmowy gwałtownie ucichły, a pacjenci szpitalu psychiatrycznego w Tateyamie wbili w niego wściekłe, obłąkane spojrzenia. Mimo, że nie myśleli jak normalni ludzie i byli nieobliczalni, dość łatwo pojęli zagrożenie.
Jak przychodzi co do czego, każdy ratuje tylko swoją skórę, pomyślał z obrzydzeniem Tokaji. Aż dziw, że jeszcze się stąd nie zmyłem.
- Wiesz Taichi… - rzucił do mężczyzny. – Myślałem, że będziesz trochę ciekawszym przeciwnikiem.
Shigeo spiorunował go wzrokiem.
- Trochę trudno, bym walczył z granatem. – syknął w odpowiedzi.
- Oj daj spokój. – zaśmiał się Tokaji, podrzucając bidon. – Nie zginiecie od tego wszyscy. – w sumie nikt nie zginie, dodał ironicznie w myślach. – Obiecuję, że w ciebie nie wyceluję. – dodał prowokująco.
- Posłuchaj, ty… - błękitnooki przełknął przekleństwo, ale jego wzrok wyrażał dużo więcej niż czystą nienawiść. – Wiem doskonale jak odnosisz się do tego wszystkiego. – powiedział przymilnie, uśmiechając się pewnie. – Z dość dużą łapówką przeszedłbyś na naszą stronę.
Tokaji uniósł wysoko brwi i zagwizdał.
- Serio masz mnie za zdrajcę? – rzucił chłodno. – Owszem, sam nazwę siebie bezlitosnym mordercą, złodziejem, oszustem, ojcobójcą, chamem, prostakiem… - wyliczał ze znudzeniem na palcach, po czym spojrzał morderczo na mężczyznę. – Mniejsza z tym. Może i jestem najgorszą gnidą, ale nie zdrajcą.
Shigeo wbił w niego swoje błękitne oczy, starając się zawrzeć w tym spojrzeniu wszystkie przekleństwa świata. Tokaji przyjął spojrzenie z satysfakcją, odpowiadając tym samym, choć z cieniem szyderczego uśmiechu na ustach.
Po chwili jednak Shigeo gwałtownie zbladł. Czarnowłosy zmrużył lekko oczy, nie widząc przyczyny takiej reakcji, po czym gwałtownie odwrócił się. Zdążył jedynie dostrzec pięść nim oberwał w szczękę. Siła ciosu odepchnęła go kilka metrów dalej, gdzie upadł na ziemię, mając mroczki przed oczami.
- I czemu  ja się nie dziwię, że akurat ty tu jesteś, Kosai. – prychnął z irytacją Igarashi, schylając się po upuszczony bidon. – I czemu nie dziwię się, że ty, Shigeo, jesteś po prostu głupi.  
- Sz… Szefie! – zawołał niepewnie, acz z udawaną radością zabójca.
- Nie denerwuj mnie bardziej niż jestem. – odparł chłodno Igarashi. Przyjrzał się ‘granatowi’ i wzruszył ramionami. – Łap. – rzucił bidonem w podwładnego, odrywając zawleczkę.
Shigeo mechanicznie złapał granat i już po sekundzie wydarł się z przerażenia, ale jego krzyk został przerwany przez wybuch dymu. Błękitnooki zaczął krztusić się dymem i upuścił bidon na ziemię.
- Oooooo, czyli to drugie dno było tym wypełnione. – Igarashi pokiwał głową ze zrozumieniem. Spojrzał na podnoszącego się chłopaka. – To kolejny mądry gadżecik Sakiko? – spytał jak gdyby nigdy nic.
Tokaji zerwał się na równe nogi, wyciągając oba miecze.
- Ty… - syknął, wpatrując się w zabójcę bezdennymi, czarnymi oczami.
Chłopak analizował wszystko bardzo szybko. Mężczyzna po prostu się za nim pojawił. Jasna cholera, niech on nie robi tak jak Tsu, pomyślał sarkastycznie i rzucił się na przeciwnika.
Igarashi owszem rozszerzył oczy ze zdziwienia, ale w ułamku sekundy wyciągnął broń i wręcz od niechcenia zablokował cios. Stal szczęknęła, a niebiesko-włosy zrobił krok do tyłu.
- Nieźle, nawet poczułem ten cios. – pochwalił ironicznie, a Tokaji syknął z niezadowoleniem.
Igarashi bez zbędnym słów wyprowadził kolejny cios, biorąc błyskawiczny zamach z prawej. Tokaji sparował atak, gotowy to kontrataku, ale Igarashi zdążył już wymierzyć kolejne pchnięcie. Czarnowłosy tylko zobaczył błysk stali i niewiele myśląc odskoczył do tyłu, a czubek miecza rozdarł mu powierzchownie kurtkę.
Dobra, Tokaji, ten gościu jest na innym poziomie. Trzeba iść na całość.
Poprawił błyskawicznie chwyt, gotowy ponownie uderzyć, ale Igarashi ziewnął ze znudzenia i opuścił broń. Spojrzał czarnymi oczami na chłopaka jak na zabawkę.
- Wiesz, Kosai myślałem, że chociaż ty zmądrzejesz i do nas dołączysz. – rzucił beznamiętnie. – Pasujesz do Jishin. Ale skoro nie, to nie chce mi się z tobą walczyć. Od tego ma się podwładnych. – dodał, odwracając się do błękitnookiego. – Prawda, Shigeo?
- Tak jest.
Zabójca położył dłoń na rękojeści miecza i dał znak swojemu oddziałowi. Powietrze przeszył dźwięk wyciąganej broni. Tokaji spojrzał kątem oka na wrogów i westchnął głęboko. Było źle. Bardzo źle.
- Tak więc żegnam na zawsze, Kosai. – pomachał na odchodnym. – Idę zobaczyć kogo od ciebie wysadziłem w powietrze. – zachichotał.
Tokaji poczuł jak ogarnia go chłód. Zerknął w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał szef Jishinu, ale zabójca zniknął w cieniu miejskich uliczek. Nie zdążył zrobić nic więcej nim mordercy rzucili się w jego kierunku.
Nigdy nie myślał, że duma pozwoli mu uciec z pola walki, ale widok rozwścieczonej 30-stki psychopatów nie zachęcał do pozostania między nimi samemu.
Pognał przed siebie, nawet nie myśląc dokąd biegnie.

Wybuch w siedzibie Kaminari zatrzymał na chwilę walkę.
Meiji korzystając z okazji zaprzedał lewego sierpowego jakiemuś facetowi, a kilka metrów dalej dostrzegł Mako przebijającą kogoś mieczem. Kobieta nie robiła sobie nic z wybuchu.
- Jun! Koichi! – zawołał na przyjaciół, którzy wpatrywali się w dym jak zaklęci.
Koichi otrząsnął się jako pierwszy i płynnie się obrócił, zatrzymując cios. Jun stojący obok uderzył z wykopu stojącą w pobliżu kobietę i stając ponownie na dwóch nogach wbił szybko miecz w bok faceta. Zabójca osunął się na kolana, a Koichi uderzył go mocno rękojeścią w skroń.
Meiji kątem oka dostrzegł, że uderzony przed chwilą facet usiłuje się podnieść, więc przydepnął go i spojrzał mu w oczy z politowaniem.
- Lepiej było dla ciebie, byś udawał nieprzytomnego. – rzucił krótko i wbił mu miecz w serce.
W takich punktach zwrotnych wygrywali ci, którzy jako pierwszy otrząsnęli się z szoku. Jishin na nowo odzyskał werwę i szybko zebraną grupą ruszyli na Sanmittai. Meiji machnął krótko na przyjaciół – znali ten gest już od dawna. Stanęli do siebie plecami, kryjąc siebie nawzajem.
- Koichi celuj w ich stopy, Jun w głowy. – rzucił szeptem przez ramię.
Zaatakowało ich jakieś 10 osób na raz. Odpierali ataki z łatwością, a gdy pierwsze ciała opadły na ziemię, formacja Jishin się przełamała.
- Rozproszyć się! – krzyknął Meiji, wybiegając na stojącą przed nim kobietę.
Ciął od dołu, ale morderczyni sparowała atak. Wyprowadził cios z lewej, zbyt późno dostrzegając jeszcze jednego przeciwnika. Miecz smagnął w ramie kobietę, a Meiji gwałtownie zahamował i zwijając lewą dłoń w pięść wycelował w nos mężczyzny. Głowa bezwładnie odskoczyła, a facet upadł z hukiem na ziemię z głęboką raną w plecach.
- Dzięki, Mako, ale dałbym radę. – uśmiechnął się do rudowłosej, która patrzyła beznamiętnie wokół w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika.
- Wiem, że dałbyś radę. – odparła tylko i wyminęła go.
Meiji odwrócił się za nią – wokół nich zrobiło się pusto. Jun i Koichi podbiegli do nich, a kobieta zatrzymała się z westchnieniem. Pod ich stopami leżało jakieś 6 ciał – pozostała czwórka skorzystała z okazji i uciekła. Zabójcy spojrzeli na niebo, złowrogo zabrudzone dymem.
- I tak się kończy, gdy mnie nie słuchają. – syknął po chwili Meiji. – Jadę zabić ich strategów. – powiedział.
- Nie bądź głupi. Jesteśmy potrzebni tutaj. – powiedział z naciskiem Koichi, wbijając wściekły wzrok w przyjaciela.
- Właśnie. Wy jesteście. – odparł tylko czarnowłosy i skierował się w stronę najbliższego auta.
Koichi przeklął i chwycił przyjaciela za ramię. Nim Jun zdążył go powstrzymać brązowowłosy uderzył go w twarz. Meiji spojrzał na niego pusto swoimi piwnymi oczami i westchnął. Mako obserwowała tą scenę ze spokojem.
- Też wolę byś został.
Meiji tylko odrzucił dłoń Koichiego i wybił szybę w oknie auta. Otworzył drzwi od środka i siadł za kierownicą. Brązowowłosy był gotowy ponownie go uderzyć, ale Jun powstrzymał go. Gdy zobaczył zirytowane spojrzenie Koichiego, jedynie pokręcił głową.
- Gdy on się na coś uprze to go nie przekonasz. – westchnął ponuro. – A jakby nie patrzeć to ma dużo sensu.
- Atakowanie tej dwójki w pojedynkę nie ma sensu, nawet biorąc pod uwagę naszą wykruszającą się liczebność. – powiedziała spokojnie Mako, szarpiąc delikatnie za klamkę. – Meiji, otwieraj. Jadę z tobą.
- Czy wy musicie tak wszystko komplikować? Nie mam zamiaru dać się zabić. – warknął mężczyzna. – Walka Jishin posypie się, gdy nikt nie będzie im podpowiadał co mają zrobić. Ja załatwię strategów, ale ktoś musi chronić naszą słabszą część. Na przykład dzieciaki. Albo bliźniaczki.
Zapadła napięta cisza. Meiji odwrócił wzrok od przyjaciół, wpatrując się twardo przed siebie. Mimo własnych słów, wiedział że to co planuje to czysta misja samobójcza. Przerwał ciszę odpalając silnik.
- Meiji. – Mako wypowiedziała jego imię z delikatnym naciskiem.
Czarnowłosy jakby się zawahał przed odjazdem. Spojrzał smutno w jej zielone oczy i uśmiechnął się lekko.
- Kocham cię, Mako. – powiedział cicho i odjechał.
Rudowłosa patrzyła się za odjeżdżającym samochodem dopóki nie zniknął.
- Przecież wiem… - szepnęła do siebie z cieniem smutku i ścisnęła rękojeść miecza. – Jun, Koichi. – podniosła wzrok na towarzyszy, którzy piorunowali się wzrokiem. – Słyszeliście go. Musimy chronić naszych.

- Omitsu, ten wybuch… - wydusił po pewnym czasie Hiroki, ledwo mogąc złapać oddech od biegu.
Kobieta go zignorowała, rozglądając się wściekle wokół i cały czas mamrocząc, że ‘on gdzieś tu był’. Mężczyzna obejrzał się przez ramię na rozrzedzony dym. Nie chciał nawet myśleć o tym, że kod Araty został złamany.
Omitsu gwałtownie się zatrzymała, nasłuchując.
- Jeez, kobieto! – mruknął Hiroki. – Co tym razem…
- Cicho. – syknęła tylko, przymykając oczy.
Blondyn przewrócił oczami, ale umilkł. Po chwili usłyszał równe miarowe dudnienie i szczęk broni. Spojrzał z nagłym zrozumieniem na Omitsu, która mrużąc groźnie oczy skinęła potakująco głową.
- Za mną. – zawołała cicho, kierując się w stronę odgłosów.
Hiroki przewrócił oczami, biegnąc za Omitsu. Tak zazwyczaj kończyły się akcje z zabójczynią – pchała się w najgorsze kłopoty. Czy raczej to one ciągnęły do niej. Mężczyzna westchnął, dotykając swojej blizny ciągnącej się przez lewe oko. Akurat on nie powinien tego komentować.
Gdy wybiegli na jedną z głównych ulic całkowicie osłupiał. Zobaczył tylko kątem oka sporą grupę ludzi i doskonale wiedział, że to Jishin. Schował się od razu za zakrętem, patrząc się z niezrozumieniem na Omitsu, która patrzyła się z niedowierzaniem przed siebie, mrużąc oczy. Nim zdążył ją zaciągnąć do cienia uliczki, przez twarz kobiety przemknęło nagłe zrozumienie.
- Tokaji!? – wykrzyknęła imię chłopaka biegnącego kilkanaście metrów przed Jishinem.
Hiroki pomyślał, że już nic więcej go dzisiaj nie zdziwi.
Czarnowłosy spojrzał na nich z konsternacją. Skręcił w ich uliczkę i szarpnął mocno, zmuszając do biegu. Omitsu od razu załapała tempo i zrównała się Tokajim, posyłając mu pytające spojrzenia.
- Młody, radzę ci to wytłumaczyć. – burknął blondyn, oglądając się przez ramię. – O świetnie, widzę Shigeo. – mruknął jeszcze.
- Kłopoty. – sapnął czarnowłosy. – Skapnęli się, że ich oszukałem i są trochę wściekli. A Yasuaki jak się pojawił tak zniknął.
- To nie ma sensu! – jęknęła Omitsu, patrząc się z irytacją na chłopaka.
- Tokaji Kosai, perfekcyjny opis sytuacji. – rzucił czarnowłosy sarkastycznie.
- To nie czas na żarty! Sami psychopaci może nie stanowią wielkiego problemu…
- Dla kogo nie stanowią, to nie stanowią… - syknęli obaj zabójcy.
- Co zrobimy z Shigeo? Akurat z nim nie da się walczyć, będąc otoczonym przez hordę innych ludzi! – spytał po chwili Hiroki, oglądając się przez ramię. – Cholera, doganiają nas.
Tokaji zamyślił się przez chwilę po czym spojrzał na Omitsu poważnie. Kobieta zmrużyła oczy, a po chwili zrozumiała co chce zrobić chłopak. Westchnęła z rezygnacją i skinęła głową.
Tokaji gwałtownie się zatrzymał i ruszył na Shigeo. Błękitnooki, nieprzygotowany na taki zwrot akcji, sparował ze zdziwieniem cios, ale ostrze ześlizgnęło się na jego ramię. Czarnowłosy korzystając z okazji czmychnął w jedną z uliczek, a rozwścieczony zabójca ruszył za nim, wołając jeszcze kilku zabójców.
A pozostali ruszyli na Omitsu i Hirokiego.
- O nie. – westchnął blondyn, kładąc dłoń na rękojeści. Spojrzał morderczo na zabójców zdrowym, prawym okiem.
- Powodzenia, Tokaji! – zawołała za czarnowłosym z cieniem niepokoju w głosie. Mimo wszystko posyłanie nastoletniego chłopaka na walkę z Shigeo to prawie wyrok śmierci. Sekundę później przeniosła wzrok na zbliżający się tłum i rozciągnęła usta w okrutnym uśmiechu. – Witam państwa z Tateyamy! Stęskniliście się za mną!? – zawołała, rzucając się w wir bitwy.

~Tokaji~
Usłyszałem jeszcze tylko bojowe zawołanie Omitsu nim odbiegłem wystarczająco daleko. Szczerze nie myślałem, że umiem tak szybko biegać.
- Ucieczka nic ci nie da, Kosai! – krzyknął za mną wściekle Shigeo.
Zerknąłem krótko przez ramię. Udało mi się fartem go zranić, ale rana na lewym ramieniu była tylko płytkim nacięciem. Teraz będzie gorzej. Zwłaszcza, że za nim podążały jeszcze jakieś cztery osoby.
Biegłem jakimiś spokojnymi, ośnieżonymi uliczkami, coraz bardziej denerwując się brakiem strategicznego miejsca do walki. A wąska uliczka z szeregiem jednorodzinnych domków nie należała do takich. Jasna cholera, czy nie mogliśmy się znajdować w jakieś ciekawszej dzielnicy?
Dobra, Tokaji, uspokój się i pomyśl.
Biegnie za mną 5 osób. Z psychopatami dam sobie radę, ale nie ze wszystkimi na raz. Muszę ich rozdzielić i pozałatwiać każdego z osobna, a Shigeo po prostu omijać.
Tak. Mikuru zdecydowanie zabiłaby mnie za taką strategię.
Byłem ledwie kilka metrów przed nimi, więc nie miałem szans na dalsze obmyślanie planów. Uspokoiłem oddech i skręciłem gwałtownie w boczną alejkę. Zahamowałem gwałtownie i wskoczyłem na pokrywę kontenera na śmieci, licząc, że jako pierwszy nie wybiegnie Shigeo.
Uśmiechnąłem się szyderczo, gdy pierwsza kobieta wpadła w uliczkę z obłędem w oczach, który po kilku krokach przerodził się w zmieszanie. Zatrzymała się, zastanawiając się gdzie jest cel.
Wybiłem się wysoko, wyciągając w locie miecze i biorąc szeroki zamach zza pleców opadłem na niczego nieświadomą kobietę. Na ułamek sekundy spojrzała na mnie z przerażeniem, ale chwilę później jej oczy zaszły mgłą, a jej ciało upadło na ziemię.
Minęła sekunda nim zdążyłem odwrócić się i spróbować dalszej ucieczki, ale tyle wystarczyło by pozostała czwórka otrząsnęła się z szoku. Jakiś facet rzucił się na mnie, biorąc wprawny zamach. Syknąłem z niezadowolenia, obracając się bokiem i blokując cios jedną ręką. Drugi facet spojrzał na mnie z niedowierzaniem, gdy skierowałem drugie ostrze przeciwko niemu.
Uśmiechnąłem się chytrze, choć wcale nie było mi do śmiechu.
Usłyszałem za sobą kroki. Odchyliłem drugie ostrze lekko do tyłu, a prawą ręką odepchnąłem pierwszego faceta. Biorąc zamach smagnąłem ostrzem nadgarstek drugiego zabójcy, po czym szybko zmieniłem kąt trzymania miecza i z całym impetem wbiłem go w szyję pierwszego przeciwnika.
Nie zdążyłem wyciągnąć broni, wiedząc że pozostała kobieta zaatakuje. Obróciłem się w jej stronę, odchylając się instynktownie lekko do tyłu, a jej stopa śmignęła kilka milimetrów od mojej twarzy. Chwyciłem pozostały miecz drugą dłonią. Po takich wykopach potrzeba było kilku cennych sekund by powrócić do odpowiedniej pozycji.
Kiedy jednak już wyprowadzałem cios, kobieta błyskawicznie się obróciła, a w jej dłoni błysnęła stal.
Cholera.
Moje ostrze sięgnęło jej, rozcinając paskudnie lewą rękę, ale ona sama mnie zraniła. Syknąłem, odskakując choć wiedziałem, że nie mam czasu na odpoczynek. Spojrzałem kątem oka na ranę – miała jakiś centymetr głębokości i przecinała paskudnie prawą pierś.
Nim nawet zaczęła krwawić rzucili się na mnie we dwójkę. Klnąc w myślach na brak drugiego miecza, skoczyłem w stronę kobiety, odpychając ją silnym ruchem, mając nadzieję, że ma przy sobie tylko jeden scyzoryk. Zachwiała się, a ja obróciłem się gwałtownie, zwijając lewą dłoń w pięść. Ból od trafnego uderzenia przeszył z satysfakcją kości. Facet wypuścił z szoku miecz, ale ostrze smagnęło lekko moje ramię.
Błyskawicznie ciąłem z dołu prawą ręką, ale zabójca ochronił się przed raną, zasłaniając się ramieniem. Wrzasnął gdy miecz przeciął mu je do kości. Nie ruszały mnie jego krzyki – podskoczyłem i wycelowałem na ślepo kopniaka w kobietę.
Zdążyła zablokować cios obiema rękoma tuż przy skroni, ale i tak się uśmiechnąłem – rozległ się dźwięk łamanej kości, a z jej nadgarstka wysunął scyzoryk.
Odsunąłem się szybko, ale kobieta wbiła we mnie szaleńcze spojrzenie i po prostu rzuciła się w moim kierunku. Zdziwiony chwyciłem w dłoń jej pięść, ale nie dałem rady uchronić się od kolejnego ciosu. Jej kolano wbiło się w mój brzuch, boleśnie wyduszając powietrze z płuc.
Cholera.
Opadłem na kolana, a gdy próbowałem zerwać się ponownie na nogi, dostrzegłem, że kobieta się nie rusza. Czyli teraz zaatakuje facet.
Padłem na ziemię i przetoczyłem, a zabójca wbił nieporadnie, ale z całej siły miecz w miejsce, w którym byłem przed sekundą. Czyli był praworęczny. Spróbowałem się podnieść ponownie, ale kobieta już do mnie dobiegła, usiłując trafić z zamachu w głowę. Kucnąłem szybko i przekładając ciężar na ręce, odhaczyłem ją i stanąłem płynnie.
Chwyciłem rękojeść oburącz, unosząc ostrze wysoko nad głowę. Miałem ten ruch wyćwiczony do perfekcji. Kobieta spojrzała jeszcze z przerażeniem w moje bezlitosne, czarne oczy po czym wrzasnęła. Krzyk przeszył okolicę, a do lotu poderwały się okoliczne kruki. Wrzask ustał gwałtownie, a zabójczyni znieruchomiała, brudząc śnieg krwią.
Całkowicie nieporuszony obróciłem się w stronę nadbiegającego faceta. Przygotowałem się na jakiś cios lewą, sprawniejszą obecnie ręką, ale zabójca uderzył mnie niespodziewanie prawym sierpowym, wrzeszcząc po chwili z bólu. Huknąłem o ziemię, wywracając oczami.
Nim zdążyłem się podnieść kopnął mnie z bok, a siła ciosu potoczyła mną bezwładnie kilka metrów dalej, pewny, że mam co najmniej jedno żebro złamane. Ściskałem uparcie rękojeść, gdy zerwałem się ponownie do walki. Mężczyzna znów runął na mnie, ale odskoczyłem w bok, do ciała drugiego faceta i wyciągnąłem z niego ostrze.
Biorąc podwójny zamach na przeciwnika, przeszyło mnie nagłe, złe przeczucie, które nazywało się Shigeo.
Nie skończyłem nawet wyprowadzać ciosu na ostatniego faceta, gdy obróciłem się gwałtownie. No chyba tak głupio nie skończę, pomyślałem, widząc nad sobą ostrze i bezlitosne, błękitne oczy.
I wtedy stało się coś bardzo dziwnego.
W głowę Shigeo uderzył kamień, a sam mężczyzna odsunął się gwałtownie, patrząc się w stronę, z której nadleciał kamień. Z przestrogą poprawiłem chwyt na rękojeściach, ale nie zdołałem go zaatakować, dostrzegając kto stoi kilka metrów dalej.
Ichigo.
- Podziękujesz mi później! – krzyknęła do mnie złośliwie. Możliwe, że chciała coś jeszcze dodać nim odbiegnie, ale Shigeo w sekundzie się przy niej znalazł, atakując z góry.
- Zabiję cię! – warknął nienawistnie błękitnooki. – Za mojego ojca! – krzyknął, wyprowadzając serię szybkich ciosów. Czarnowłosa odparowywała ataki.
Poczułem nagły przypływ żądzy mordu.
Rzuciłem się z morderczym wzrokiem w stronę faceta, dostrzegając tym samym, że dziewczyna nawet sobie radzi. Załapała sekwencję ruchów i odbiła ostrze z zamachem. Uśmiechnęła się krzywo, wbijając chłodny wzrok w Shigeo.
Przewróciłem oczami, widząc że tylko blefuje z tą pewnością siebie.
No w sumie ja też.
Nim Shigeo zdążył wyprowadzić cios z góry, wpadłem między nich, blokując atak z góry. Mężczyzna naparł na mnie mocniej, ale spojrzałem wściekle na dziewczynę kątem oka.
- Co ty tu robisz? – syknąłem, odparowując cios i tnąc z dołu. – Nie mów, że walka aż tak się rozprzestrzeniła.
Dziewczyna mnie zignorowała i zaatakowała Shigeo z boku. Cios przeszedłby, gdyby nie jego cel – facet zbyt dobrze znał takie sztuczki. Obrócił się z wściekłością w stronę dziewczyny, atakując ją ponownie.
Ale ona jest nierozważna. Irytujące.
Uderzyłem w niego ramieniem, odpychając z dala od Ichigo. Shigeo chwiał się jedynie przez jakieś dwa kroki, potem natychmiast odzyskał równowagę, gotowy, do następnego ataku.
- Jestem tu sama. – odparła po chwili, stając po mojej lewej.
Odsunąłem ją od siebie ręką, a drugim mieczem odparłem cios mężczyzny. Spojrzała na mnie z oburzeniem, a ja odpowiedziałem jej groźnym spojrzeniem. Shigeo wykorzystał to i jego ostrze ześlizgnęło się po moim. W ostatniej sekundzie odskoczyłem. Jasna cholera, nie mogę się przy nim zapominać.
- Posłuchaj, idiotko. To nie jest zabawa. – warknąłem na nią. – Więc jeśli zamierzasz nic nie robić, to łaskawie zejdź mi z drogi!
 Wyprowadziłem serię błyskawicznych cięć, ale zabójca parował się z łatwością, jakby odbywał po prostu regularne ćwiczenia. Moja irytacja wzrosła, gdy poczułem na sobie nienawistne spojrzenie dziewczyny.
Szlag by to. Przed tą cholerną kłótnią wszystko było w porządku.
- Muszę kogoś znaleźć. – powiedziała powoli, odwracając się. – I zabić.
Nie mogłem się powstrzymać i wbiłem w nią sarkastyczne spojrzenie.
- No co ty? – rzuciłem, blokując cios Shigeo. – A kto niby dostąpi tego zaszczytu? – dodałem kpiąco, widząc kątem oka, że mężczyzna również zaczął się przysłuchiwać, powoli gubiąc rytm walki.
- Igarashi. – odpowiedziała. Jej głos był poważny i spokojny, ale przepełniony zimną nienawiścią. – On musi dzisiaj zginąć. – szepnęła cicho i pobiegła przed siebie.
Razem z Shigeo zastygliśmy w bezruchu w całkowitym osłupieniu. Kiedy facet wybuchnął śmiechem, mnie oblał zimny pot. Przecież ona zginie.
- Przestań, idiotko! Zginiesz!!! – wrzasnąłem, zaczynając biec, ale Shigeo zastąpił mi drogę. – Ichigo! – wydarłem się jeszcze, ale dziewczyna nie zatrzymała się, odbiegając bez słowa więcej.

~Ichigo~
Tokaji tylko potwierdził to co mówił mi umysł, a krzyczał rozsądek.
Mimo tej całej pewności siebie, zimnej krwi i treningu byłam nikim w tym świecie. Drobna dziewczynka z przeciętnymi umiejętnościami. A jednak coś cały czas pchało mnie naprzód i naprzód. W stronę najgroźniejszego mężczyzny wśród płatnych morderców – Igarashi Yasuaki.
Nie jestem głupia. Wiem, że nie zwyciężę. Nawet nie przegram, zginę. Dobrze, może jestem idiotką. Tokaji się wiele nie mylił.
Gdy zobaczyłam ruinę organizacji, wiedząc, że gdzieś między gruzami znajdę swojego przyjaciela pękło mi serce. Nie mogłam o niczym innym myśleć. Czułam taką przepełniającą rozpacz, że gdybym nie pozwoliła przebić się na wierzch nienawiści rozpadłabym się na kawałki.
To co pchało mnie do walki z Igarashim to zemsta.
Niektóre rzeczy można było odpuścić z pamięci tylko czyjąś krwią.
‘’Z mordercą swojego przyjaciela nie będziesz żył pod jednym niebem’’. Przywołałam w pamięci stare chińskie przysłowie, choć trochę zmienione. Uśmiechnęłam się smutno. Przed oczami pojawiła się moja stara nauczycielka, która akurat wspomniała to przy jakieś lekturze. Z koleżankami zaśmiałyśmy się beztrosko, zupełnie tego nie rozumiejąc. Byłam głupia.
Nadal jestem.
Cholera jasna, miałam powiedzieć Tokajiemu, że cofam te słowa z kłótni. Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie, Tokaji. Wcale nie chciałam aż tak mu źle życzyć, ale… On sam się prosi o chłodne uczucia. Zwłaszcza, że teraz też był wściekły, jakby nie mógł znieść myśli, że ratuję mu skórę.
Mniejsza z tym.
Muszę teraz tylko znaleźć szefa Jishinu. Jestem prawie pewna, że gdzieś się tutaj kręci. Wnioskując ze strzępków informacji, które posiadam o nim prawie pewne jest, że kręci się w okolicy.
Jeśli jest podobny do Ryujiego nie przepuściłby okazji do obserwacji wszystkiego z niewielkiej odległości, w tak oczywistym miejscu, że gdy ktoś go znajdzie będzie mógł odczuć satysfakcję z irytacji drugiej osoby. Skąd obserwowałabym walkę jeśli byłabym Igarashim? Jakieś dramatyczne miejsce jak z książki pasowałoby do Ryujiego, ale do kogoś kto ma pseudonim Żywa Śmierć wybrałby…
Zatrzymałam się gwałtownie. Serce zabiło mi mocniej, gdy zerwałam się do biegu, skręcając w uliczkę. Przecież to takie banalne i oczywiste. I jest zdecydowanie zbyt blisko.
Zgliszcza świątyni Teitou.
Minuty biegu upływały jak wieczność. Stanęłam w cieniu budynków, wpatrując się w ruinę niegdyś pięknego wzgórza z historyczną świątynię. Poczułam jednocześnie zadowolenie i niepewność, gdy dostrzegłam delikatnie rysującą się postać stojącą w ruinach budowli.
Ścisnęłam rękojeść miecza, ogarnięta nagłym strachem.
Zacisnęłam mocno oczy, widząc przepływające wspomnienia. Zawsze delikatny i uprzejmy ton głosu, nawyk poprawiania okularów, niepewny uśmieszek oraz te szare oczy, w których ukrywał emocje.
Spojrzałam z czystą nienawiścią na rysującą się w oddali sylwetkę mężczyzny, czując że wątpliwości czy strach zniknęły.
Muszę go zabić.
Za wszelką cenę.
Sama.

Przemknęłam niezauważenie do zrujnowanych schodów i zaczęłam się skradać.