Rozdział
6
- Ja pierdolę, znowu ty? – jęknęłam, krzyżując
ramiona. Wbiłam w niego zirytowany wzrok, pragnąc by nie odczytał mojego
zaniepokojenia. Śledziłam bacznie każdy jego ruch.
- Ciebie też miło widzieć. – roześmiał się,
rozkładając ręce w nieokreślonym geście. – Co wy robicie w takim obskurnym
miejscu jak to? – przestał opierać się nonszalancko o framugę i zrobił krok w
moją stronę.
Syknęłam bezgłośnie, ostrożnie sięgając za siebie.
- Mogłabym zapytać ciebie o to samo. – uśmiechnęłam
się półgębkiem. Po chwili z mojej twarzy zniknęła pewność siebie. Nie mogłam
nigdzie wyczuć jakiejkolwiek broni.
- Tego szukasz? – roześmiał się, obracając w dłoni
mój sztylet.
Dobra, pierdolić udawanie opanowanej.
Zwinęłam dłonie w pięści, napinając mięśnie. Ryuji
jedynie przeczesał wolną dłonią czarne, przydługie włosy, obrzucając mnie
rozbawionym spojrzeniem.
- Jestem na zbyt wysokim poziomie jak dla ciebie. –
prychnął chłodno, a jego złote tęczówki sprawiły, że po plecach przebiegł mi
dreszcz. – A wracając do naszej wcześniejszej rozmowy, od dwóch miesięcy, w
świetle prawa większości krajów, jestem pełnoletni. Mogę szlajać się gdzie
chcę.
- Bardzo mnie to cieszy. – uśmiechnęłam się
sztucznie. – Tak długo jak jesteś z daleka ode mnie.
Minka mu zrzedła. Chłopak zacmokał z
niezadowoleniem, kręcąc głową.
- Ty na serio nigdy się tego nie nauczysz. –
westchnął. – Nie masz broni i jeszcze gadasz jakbyś mogła mnie w każdej chwili
pokonać.
- A chcesz sprawdzić?
- Ichigo, z naszej dwójki to ja kieruję tą sytuacją.
Nawet jeśli kradniesz mi rolę tego od „fajnych tekstów”. – przewrócił oczami.
Wzięłam głęboki wdech, gryząc się w język. Możliwe,
że jeśli przemilczę pewną część rozmowy, Ryuji powie coś więcej. I możliwe, że
mnie nie zaatakuje. Mimowolnie wodziłam wzrokiem po otoczeniu, szukając
możliwości ucieczki czy prowizorycznej broni.
- Nie musisz się kryć z tym, że wiesz. – powiedział
ze zdziwieniem. – Znając ciebie ciśnie ci się na usta grad pytań, a udajesz, że
nie wiesz, że współpracuję z Katherine.
Uniosłam jedną brew. Czyli z tym stwierdzeniem
akurat trafiłam.
Następnie zmroziło mnie, a na twarz wpełzła
nienawiść, przemieszana z obrzydzeniem. Ryujiemi zaświeciły się oczy i
zaklaskał, jak małe dziecko, które dostało nową zabawkę.
- A zastanawiałem się, kiedy w końcu zobaczę ten
wyraz twarzy. – ucieszył się. – Aaaa, szkoda, że wszyscy zabójcy nie mają
takiego wzroku, jak ty.
Byłam gotowa rzucić się na niego z pięściami, ale
jakiś głos w głowie (prawdopodobnie zdrowy rozum) przekonywał mnie, że bez
czegokolwiek ostrego nie ma sensu. Tak więc stałam, licząc, że czarnowłosy
powie o co mu chodzi.
Akurat to też zbiło go tropu.
- Łał. – mruknął z uznaniem. – Co te trzy miesiące
potrafią zrobić z człowiekiem.
- Gadaj co chcesz, albo mnie zostaw w spokoju.
- Ranisz mnie, wiesz? – rzucił melodramatycznie, a
mnie mimowolnie przeszły dreszcze. Mimo całej tej otoczki, było w nim coś
niebezpiecznego. Ta cała kontrola… przytłaczała mnie. – Ale no dobra. W sumie
właśnie po to przyszedłem.
Skrzyżowałam ramiona, wbijając w niego uważne
spojrzenie. W moich granatowych oczach pozostawały raptem resztki nienawiści.
- Skoro wiecie już, że z współpracuję z Katherine
Zayan, to wiecie też że macie szpiega. – wyprostowałam się. – Nie ekscytuj się.
Nawet ja ci nie powiem, kto nim jest. – uśmiechnął się szelmowsko. – Ale mogę
zaproponować ci coś równie ważnego.
- Jak na przykład? – spytałam lekceważąco.
- Jak na przykład antidotum.
Nim zdążyłam się powstrzymać, rozszerzyłam szeroko
oczy, zachłystując się powietrzem. Ryuji podrzucił w dłoni niewielką fiolkę,
uśmiechając się przy tym zwycięsko.
- Na serio tak cię to dziwi? Nie sprowadzałbym
żadnej trucizny, gdybym nie miał odtrutki.
- Lubisz ryzyko. – stwierdziłam, śledząc wzrokiem
buteleczkę.
- Ale nie aż tak. – wzruszył ramionami. – A więc,
nawet nie pytam, czy chcesz to, bo widzę, że tak.
Zmrużyłam oczy, otrząsając się ze zdumienia.
Doskonale wiedziałam, że tak po prostu mi tego nie da, a haczyk będzie zbyt
niebezpieczny, by się oto pokusić.
- Zgaduję, że chcesz mnie zaciągnąć do tej twojej
nowej organizacji, prawda? – prychnęłam z zniecierpliwieniem. – Nie jestem na
sprzedaż. – warknęłam, popychając go mocno.
Pozwolił mi na to i usunął się z drzwi. Jednak gdy
obrzuciłam wzrokiem korytarz, minka mi zrzedła. Nadal było pusto. Słysząc jego
zrezygnowane westchnienie, w które powoli wkradał się gniew, ruszyłam na przód.
Ryuji nie drgnął, ale zapytał:
- Skoro nie chcesz pieniędzy, to czego?
- Zemsty. – odparłam krótko, przyśpieszając.
- A gdybym do odtrutki dorzucił nazwiska morderców
twoich rodziców?
Zatrzymałam się gwałtownie, wbrew sobie.
Ryuji roześmiał się głośno. Zacisnęłam zęby i
ruszyłam przed siebie. Przepełniała mnie wściekłość. Nadal utwierdzałam go w
przekonaniu, że właśnie to jest moją słabością. Wzięłam głęboki oddech.
A gdyby tak…
Nie.
Opanuj się.
- Już ci mówiłam, że nie jest na sprzedaż. –
powiedziałam po chwili z lodowatym spokojem, znów ruszając do przodu.
- Naprawdę mnie intrygujesz, Kanegawa. – odparł
tajemniczo. – Najwyraźniej jeszcze nie zdajesz sobie sprawy, że ta twoja
„zemsta” odchodzi w zapomnienie. – urwał na moment, ale nim zdążyłam go
spławić, podjął ponownie. – Radziłbym ci poszukać sobie w tym wszystkim innego
celu.
- Ryuji. – wypowiedziałam jego imię oschle,
ignorując jego słowa. – Co ty we mnie takiego widzisz?
- Siłę. – odparł krótko, wbijając mi w plecy swoje
złote oczy. – Ichigo zrozum w końcu. Nie jestem w tej branży nowy – wiem o
wszystkim i o wszystkich. Niektórzy trenują latami, by osiągnąć poziom jaki ty
osiągnęłaś w pół roku. – słysząc tylko powagę w jego głosie, po plecach
przebiegł mi dreszcz. – Widzę w twoich oczach, coś czym nie każdy może się
poszczycić. Instynkt mordercy. – gdy mówił to, miałam wrażenie, że jego złote
tęczówki lśnią tak, jakby był drapieżnikiem. - Może zabrzmi to dość
przereklamowanie, ale to, że skończyłaś jako płatny zabójca nie jest tylko
przypadkiem.
Rozluźniłam mięśnie, a moje palce swobodnie opadły
wzdłuż ciała.
- W większości się nie mylisz, Ryuji. – przytaknęłam
mu, nie mogąc powstrzymać szyderczego uśmiechu. – Tylko, że ja nie skończyłam.
Ja dopiero zaczynam. – rzuciłam mu ostatnie spojrzenie i zwinęłam się z
bocznego korytarza.
***
Od razu skierowałam się biegiem do naszego stolika.
Chłopaki zażarcie o czymś dyskutowali, a Ayako siedziała obok znudzona, z
założonymi rękoma. Gdy mnie dostrzegła, uśmiechnęła się z ulgą i pacnęła
Tsuneariego w ramię. Kątem oka zerknęłam na zegar. Najwyraźniej zaczynali się niepokoić.
Odpowiedziałam uśmiechem, nie zdradzając się.
Obrzucałam pobieżnie bar wzrokiem, sprawdzając czy nie przyszedł ktoś nowy.
Przyjaciele rozluźnili się, ale ja odczułam to inaczej. Pojawianie się Ryujiego
zwiastowało tylko jedną rzecz. Zerknęłam na drzwi z niepokojem.
- Coś ty tak…? – zaczęła Ayako, gdy przysiadłam się
do stolika.
- Musimy iść szybko po broń. – szepnęłam ledwo
dosłyszalnie. – Szybko.
Tokaji wymienił krótkie spojrzenie z Tsunearim.
Skinęli ledwo dostrzegalnie głową.
- Dooobra, a teraz się tłumacz. – mruknęła cicho
dziewczyna.
Zbyłam ją dłonią. Nie było czasu na tłumaczenia.
Akurat znajdę go trochę, gdy będę trzymać w dłoni swój miecz. Ayako przewróciła
oczami, ale przytaknęła. Obrzuciłam towarzyszy porozumiewawczym spojrzeniem.
Wstaliśmy od stołu.
A drzwi wejściowe otworzyły się na oścież.
- Cholera, na serio akurat teraz? – warknął Tokaji.
Tsuneari nawet nie spojrzawszy na przybyłych
wyciągnął sztylety i stanął ramię w ramię, obok czarnowłosego.
- Zatrzymamy ich, a wy lećcie po normalną broń. –
rzucił jeszcze przez ramię, nim przybyli namierzyli cel i rzucili się na nich.
Ayako pociągnęła mnie za ramię, wyrywając z szoku.
Pobiegłyśmy pędem w stronę zaplecza. Dziewczyna mnie wyprzedziła, nim zdążyłam
ją powstrzymać. Jeśli stoi tam Ryuji, będziemy miały kłopoty. Jednak gdy
przyjaciółka wbiegła w korytarz, nie usłyszałam nic oprócz stukotu jej butów,
więc bez rozglądania się podążyłam za nią.
- Chcę tylko nadmienić, że to nie moi ludzie. –
usłyszałam za plecami.
Zahamowałam gwałtownie. Chłopak nadal sterczał w
korytarzu.
Zignorowałam go. Powtarzałam sobie, jak mantrę, że
nie warto rozpoczynać z nim walki, dopóki sam nie zaatakuje. Wbiegłam do pokoju
dla personelu, prawie rozbijając się o Ayako. Brązowowłosa syknęła ze złością i
wcisnęła mi do rąk ostrza Tsu i moje.
- Wolniej się nie dało? – burknęła, wymijając mnie w
drzwiach.
Bez zbędnych kłótni wybiegłam za nią, czując jak
adrenalina zaczyna krążyć w moich żyłach. Ayako obrzuciła Ryujiego krótkim
spojrzeniem, ignorując go zupełnie.
- Ogólnie to powodzenia. Są dobrzy. – zasalutował
krótko. – A jak wspominałem, wiem wszystko.
Syknęłam ze złością. To był idealny moment, żeby z
nim zawalczyć. Idealny moment, by w końcu się czegoś dowiedzieć.
Bez większych oporów, wyminęłam go, wypadając na
salę. Ayako spojrzała na mnie ze zdziwieniem, a w jej oczach coraz szybciej
malowało się przerażenie. Zbita z tropu, rozdziawiła usta.
- Czy to właśnie był…?
- Był. – ucięłam, biegnąc w stronę Tsuneariego. –
Ale teraz są ważniejsze sprawy. TSU! – wydarłam się, rzucając miecz w stronę
chłopaka.
Na dźwięk swojego imienia drgnął, uniknął zwinnie
ciosu, wybił się do góry z okolicznego stołu i chwycił w powietrzu za rękojeść.
Następnie opadł na przeciwnika, wykorzystując pęd. Miecz rozciął głęboko ciało
faceta.
- To było niezłe. – zagwizdał Tokaji, chwytając
miecze od Ayako.
Obrzuciłam wzrokiem salę. Zwykli ludzi kryli się po
kątach lub próbowali zwinąć się z baru. Naszych przeciwników, nie licząc tego
rannego, było czterech. Byli dość zróżnicowani na pierwszy rzut oka, jeśli mogę
to tak określić.
- Wyrównana walka jak widzę. – zaśmiał się Ryuji.
Obróciłam się mimowolnie. Podświadomie
zarejestrowałam, że zabójcy wypadli z rytmu, przestając na chwilę walczyć.
Czarnowłosy morderca stał nonszalancko na długim blacie, obserwując nas z
rozbawieniem. Przewróciłam oczami. Jego zamiłowanie do tanich zagrywek z
marnych filmów akcji zaczynało mnie męczyć.
- Jeszcze jego tu, kurwa, tylko brakowało. – jęknął
Tokaji.
Ryuji go zignorował, przypatrując się twarzom
naszych wrogów. Dopiero gdy ich rozpoznał, uśmiechnął się. Jakby nienawiść i
obrzydzenie wymalowane na ich twarzach nie dały mu jasno do zrozumienia skąd
są.
- Czyli Jishin i Kaminari nadal bawią się w kotka i
myszkę.
- Ty skończony… - zaczął wrzeszczeć jeden z nich,
ale chłopak go zignorował i skacząc po stolikach w stronę wyjścia.
Walka rozgorzała na nowo.
- Ichigo, Ayako, nie pomagajcie! – warknął Tokaji.
- Lećcie za tym idiotą, jak z nimi skończymy to was
znajdziemy! – dodał Tsuneari, wymieniając serię ciosów z przeciwnikiem.
Dziewczyna chciała zaoponować, ale pociągnęłam ją za
sobą. Ja nie potrzebowałam żadnych więcej powodów, by rzucić się w pogoń za tą
wstrętną, małą fretką o zbieżnych oczkach.
***
Wypadłyśmy gwałtownie na ulicę, potrącając
praworządnych obywateli, którzy akurat się napatoczyli. Będąc w szoku, nawet
nie zarejestrowałam wyzwisk lecących w naszym kierunku. Ayako zachwiała się,
gdy w końcu ją puściłam.
- Jesteś pewna, że to…? – zaczęła z wahaniem, ale
przerwałam jej.
- Tam jest! – wykrzyknęłam, rzucając się przed
siebie, by nie zgubić Ryujiego.
Po krótkiej chwili usłyszałam równomierne tętno
biegu. Przyjaciółka za mną podążyła. Uniosłam jeden kącik ust do góry. Ayako
nie potrafiła mnie po prostu zostawić.
- Zabijesz nas kiedyś obie. – mruknęła, równając ze
mną bieg.
Roześmiałam się głośno, przepychając ludzi bez
skrupułów. Adrenalina robiła swoje. Może Ryuji faktycznie miał rację co do
mojego instynktu. Serce ciągnęło mnie do kłopotów. Ayako tylko pokręciła głową,
odsłaniając zęby w uśmiechu.
Ryuji utrzymywał stałą odległość od nas i wyglądało
na to, że wcale się nie męczy tym zabójczym tempem. Ja również nie odczuwałam
zmęczenia – najwyraźniej zawyżony poziom adrenaliny tłumił ogień w mięśniach.
Nie mogłam przestać się uśmiechać. W byciu gonionym był pewien dreszczyk, ale
gdy to przed tobą uciekają… Muszę częściej to robić.
Ayako, sapiąc ze zmęczenia, dostrzegała więcej zza
zasłony żądzy krwi niż ja. Dlatego, gdy Ryuji zmienił lekko ruchy, od razu
zrozumiała co planuje.
- Ej, Ichigo… - urwała na moment, by pokręcić głową
na mój przerażający entuzjazm, ale sama długo nie wytrzymała i jej zielone oczy
zabłysły. – Szukaj jakiegoś transportu. Ryuji za chwilę się stąd zwinie.
Rozejrzałam się za czymkolwiek. Kątem oka
dostrzegłam, że chłopak skręcił z szczwanym uśmiechem w stronę ścigacza. Ale
większa część mojej uwagi dostrzegła nastolatka odpalającego inny motor.
Uśmiechnęłam się chytrze, skręcając gwałtownie.
- Ayako, bierz go! – wykrzyknęłam.
Dziewczyna zaśmiała się zwycięsko, kierując się
wprost na niego. Biedaczek nawet nie przypuszczał, że zmierzamy na niego. Ayako
wyprzedziła mnie i rzuciła się na niego, spychając go brutalnie z motoru. Oboje
przelecieli przez siedzenie – chłopak upadł na chodnik, wywracając przechodniów,
ale Ayako zahamowała, przytrzymując się opuszkami dłoni ziemi. Zagwizdałam z
podziwem, siadając za kierownicą. Nie patrząc się nawet na nią, przekręciłam
kluczyk w stacyjce i ruszyłam najszybciej jak się dało.
Po kilku sekundach, ktoś chwycił mnie za ramię.
- Dzięki, zdrajco! – zaśmiała się Ayako,
przeskakując zwinnie na tył „naszego” ścigacza.
- Zawsze do usług – pokazałam jej język, rozwijając
maksymalną prędkość. – Dobra. Teraz ty go wypatruj i mnie kieruj, a ja zajmę
się wymijaniem wszystkiego na naszej drodze.
- Przyjęłam. – jej głos zadrgał z entuzjazmu.
Zabębniłam opuszkami palców o kierownicę. Takie
akcje niesamowicie mnie nakręcały – szybkie i ryzykowne. Nie zdążyło upłynąć
nawet 5 minut od początku pościgu, a już byłyśmy kilometry od baru. Pęd
powietrza rozwiewał mi włosy i świszczał w uszach. Mimo ekscytacji, zmusiłam
się do rozsądnej jazdy – jeśli tak to można nazwać.
Przynajmniej motorem umiałam kierować. Auta to nadal
czarna magia.
- Widzę go! – wykrzyknęła po chwili Ayako. – Skręca
w stronę Nakano!
- Jasne! – zawołałam, przyśpieszając.
Mina Ryujiego była bezcenna, gdy praktycznie
zrównałyśmy się z nim.
Ogromne autostrady na kilka pasów w jednym kierunku
były w tym momencie jednocześnie błogosławieństwem jak i największym problemem.
Od zabójcy dzieliło nas dwa pasy. Co chwilę ktoś trąbił czy hamował, ale nawet
ja nie ryzykowałabym wpakowania się pod koła jakiejś ciężarówki.
- Dasz radę strzelić z tej odległości? – spytałam,
próbując zrównać się z Ryujim, przynajmniej tak na oko. Chłopak stale
przyśpieszał lub zwalniał, a teraz spojrzał wprost na nas i pokazał język.
- Oczywiście, że tak! – odpowiedziała ze sztucznym
entuzjazmem. – Tylko bez łuku trudno strzelać! – rzuciła sarkastycznie.
- Co ty pierdolisz?
- Mam miecz, ty ślepa dzido! - wrzasnęła ze złością.
- Skąd ty masz miecz?
- AKURAT TO jest tym o co powinnaś się teraz pytaa…
AAAA! – wyzwiska Ayako przerwała ciężarówka, która właśnie wjechała na nasz pas
ruchu.
Dołączyłam się do wrzasku, skręcając gwałtownie w
lewo. Światła auta również mnie nie uspokoiły, zwłaszcza z połączeniem z
klaksonem. Zmieniłam bieg i wykonując obrót, przejechałyśmy przez jeszcze jeden
pas, lądując na poboczu. Nawet nie zahamowałam i uderzyłyśmy o barierkę.
Krew dudniła mi w uszach, więc nawet nie spojrzałam
na zatrzymujące się auta i kierowcę, który szedł w naszym kierunku. Odpaliłam
ponownie motor i ruszyłam za Ryujim, dociskając gaz do dechy.
- Łał. – mruknęła tylko Ayako, wyrywając się z
szoku.
- Brawa zostawiamy na później. Ten idiota zaczyna
obmyślać jakiś plan i wcale mi się to nie podoba. – prychnęłam, patrząc się na
otoczenie. Zjeżdżał w jakieś boczne uliczki. – Znasz ten teren?
- To, że jestem płatnym mordercą nie znaczy od razu,
że mam Google Maps w głowie. – mruknęła z niezadowoleniem. – Kiepsko będzie,
ale na razie jest dobrze. Widzimy go.
- To nie jest jakiś teren kogoś czy coś? – upewniłam
się.
- Najwyżej miejscowego gangu. Nikt kto by nam
zagrażał.
- Przynajmniej tyle. – odetchnęłam z ulgą.
- Po kiego my go w ogóle ścigamy? – spytała po
chwili dziewczyna, nie odrywając wzroku od ścigacza Ryujiego, który co chwila
znikał za zakrętami.
- Współpracował z Katherine od dłuższego czasu, więc
można będzie z niego dużo wyciągnąć. Plus ma antidotum. – odpowiedziałam.
Dojeżdżałyśmy do skrzyżowania. – Gdzie teraz.
- W prawo.
Po jeszcze kilku minutach pościgu, zorientowałyśmy
się, że krążymy w kółko.
- ŚWIETNIE KURWA! – krzyknęła Ayako, kopiąc w oponę
motoru. – To wszystko moja wina. Musiałam pokręcić te wszystkie skręty i…
- Oj zamknij się. Zacznijmy od tego, że żadna z nas
nie zna Nakano. – ugryzłam się w język nim wspomniałam Takiego, który znał
świetnie tą okolicę. – A poza tym Ryuji to Ryuji. Z nim jak z Igarashim –
dorwiesz go tylko wtedy, gdy on tego chce.
Ayako spuściła wzrok, wzdychając głośno.
- JASNA CHOLERA! – wrzasnęła gwałtownie, a ja
przytkałam jej dłoń do ust.
- Powaliło cię? Za chwilę obudzisz pół dzielnicy! –
syknęłam.
- Oj daj mi się wyżyć. Może Ryuji pomyśli, że jego
‘’obiektom badawczym’’ się coś dzieje i zawróci? – praktycznie wypluła z siebie
te słowa. – A poza tym patrz: normalne dzieciaki już idą do szkoły… - zaczęła
pewnym siebie tonem, wskazując dłonią na jakąś grupkę młodzieży, wyglądającą
jeszcze na 6 klasę.
Spojrzałam na nich, wzdychając. Powinnam być teraz w
2 gimnazjum… Dosłyszałam wahanie w głosie Ayako. Dziewczyna spojrzała na
chłopaków i w jej oczach pojawiła się rozpacz. Przeniosłam gwałtownie wzrok na
młodzież i zrozumiałam o co jej chodziło. O miodowowłosego chłopaka, noszącego
oprawki, które kryły szare oczy.
- Taki. – wydusiła z niedowierzaniem. – TAKI! –
wrzasnęła, rzucając się przed siebie.
***
Tsuneari westchnął głęboko, rozglądając się po
wnętrzu baru.
- Fumiya nas zabije jak się dowie, prawda? – spytał
ze znużeniem Tokajiego.
Czarnowłosy strzepnął dłonią odłamki szkła z
parapetu.
- Prawda. – przytaknął niechętnie.
Bar wyglądał zupełnie inaczej. Już na samym początku
walki zdemolowali większą część lokalu, ale teraz wyglądało tu jak po
bombardowaniu – porozrzucane stoły, zbite okna, menele kulący się w kątach i
cztery zmasakrowane ciała morderców z Jishinu leżące w kałuży krwi. Przyjaciele
spojrzeli po sobie.
- Czy to zawsze musi być Jishin? – mruknął Tokaji,
przyglądając się martwym twarzom ze stoickim spokojem.
- Najwyraźniej musi. – prychnął Tsuneari,
przestawiając jeden ze stołów blokujących przejście. – Panie kierowniku!!! –
zawył zaglądając w jedno z pomieszczeń służbowych.
Właściciel wychylił się ostrożnie zza baru, a w jego
zbieżnych oczkach kryło się przerażenie. Tsuneari usłyszał jego ruch i obrócił
się z szerokim uśmiechem.
- O, tu pan jest! – rzucił wesoło. – Czy to byli ci
goście, co się panu narzucali?
- N-nie… ale… po czymś… takim raczej nikt nie będzie
się… narzucał…. – wydusił mężczyzna, wolno wymawiając słowa. Wpatrywał się w
zwłoki jak zaklęty.
- Kurde. – mruknął Tokaji. – W takim razie co tu
robił Jishin?
- Może nas wyśledzili i znowu chcą się uprzykrzyć?
Miałem nadzieję, że to ludzie od Katherine czy Ryujiego, a teraz dochodzi
jeszcze możliwość, że handlują informacjami o naszych misjach.
- A może to po prostu zbieg okoliczności, a Jishin
ma odgórny nakaz wybijania nas od stycznia? – rzucił sarkastycznie Tokaji. –
Nie zdziwiłbym się, że ta ich „Żywa Śmierć” poluje na naszą drogą koleżankę.
- Sądzisz, że Ichigo się tak dla nich liczy? – w
głos Tsu zakradł się niepokój.
- Hmmm, pomyślmy… miała starcie z Shigeo,
bliźniakami i Ryujim, walczyła z panią wariatką i Kijuro, podczas wojny
współpracowała z ich zdrajcą i tłukła się z Igarashim….
- Dobra, dobra. Widzę. Zalazła im za skórę. –
prychnął ze znużeniem Tsu. – Jasny gwint, jakim cudem ona zrobiła sobie wroga z
całej organizacji tak szybko?
- A mam ci naszych wrogów wymienić? – rzucił z
rozbawieniem Tokaji.
- Podziękuję. I nie śmiej się, to nie jest zabawne.
- No to sam się nie śmiej.
Parsknęli krótkim śmiechem, kręcąc głową i przybili
krótkiego żółwika. Czarnowłosy spojrzał na właściciela, który przyglądał się im
uważnie, mamrocząc coś pod nosem.
- Pan nam nie musi płacić. – rzucił. – Uznaj pan, to
za odszkodowanie.
Przytaknął ze zdumieniem.
- Widzę, że cię wzięło na jakieś akty miłosierdzia.
– Tsuneari zagwizdał krótko.
- E tam. Nie potrzeba mi kasy, a tak może Fumiya się
nie dowie. – prychnął czarnowłosy.
Tsu przewrócił oczami.
- Dobra, czas się zbierać. Nie możemy zostawić
Ryujiego samego dziewczynom. – wyłamał sobie sprawnym ruchem palce u dłoni. –
Dzwonić do nich?
- Mam lepszy pomysł. – odparł Tokaji, podchodząc do
radia. Pomajstrował przy nim przez sekundę, ustawiając na jakąś miejscową
rozgłośnię. – Znając je, zdążyły już wywołać skandal.
Radio szumiało przez kilka sekund, po czym rozległ
się trochę zniekształcony głos: na
głównej ulicy naszego okręgu jest bardzo duży korek spowodowany przez…
kszksksz… obie kobiety uciekły na skradzionym motorze… kszszsz… w stronę
Nakano…
- Tyle wystarczy. – Tokaji
skinął z uznaniem głową, wyłączając radio. – Czyli Nakano.
- Czemu mnie to nie dziwi – prychnął Tsuneari,
kręcąc głową. – Kobiety. A i tak powiedzą, że to faceci mają nie po kolei we
łbie. – mruknął pod nosem, wychodząc z baru. – Do widzenia, panie kierowniku!
Wpadniemy kiedyś na drinka!
- Rusz dupę i nie pieprz głupot. – westchnął Tokaji,
ruszając przed siebie. – Jak te dwie skubane feministki cię usłyszą to
oberwiesz.
***
Nie zdążyłam nawet ją zawołać, a co dopiero
powstrzymać.
Ayako podbiegła do grupki uczniów. Wspomniany
blondyn przystanął na chwilę, patrząc się na nią w szoku, gdy reszta jego
znajomych wyśmiała dziewczynę i poszła dalej przed siebie. Ruszyłam powoli
przed siebie z ciężkim sercem.
Ona tak bardzo chciała go jeszcze raz zobaczyć.
Ayako wodziła wzrokiem po jasnowłosym chłopaku,
jakby szukając w nim Takiego, ale z każdą sekundą na jej twarz wstępowała coraz
większa rozpacz.
- Nie… - wyszeptała, kręcąc głową. Dopiero po chwili
zdała sobie sprawę, że blondyn nadal się w nią wpatruje. Uśmiechnęła się
boleśnie. – Przepraszam, musiałam cię z kimś… - zaczęła mamrotać, odwracając
się od niego.
Wyciągnęłam w jej stronę dłoń, nie mówiąc ani słowa.
- Ej ty, poczekaj! – zawołał po chwili wahania. –
Znasz mojego brata?
Zastygłyśmy. Ayako zatrzymała się przygarbiona,
wypowiadając bezgłośnie jedno słowo. „Niemożliwe”. Moja wyciągnięta dłoń
zwinęła się w pięść, a ja zaciskając zęby, wyminęłam przyjaciółkę i stanęłam naprzeciwko
chłopaka. Był tylko trochę ode mnie wyższy. Tak samo jak Taki.
- Nazwisko. – warknęłam, krzyżując ramiona.
Chłopak został wyraźnie zbity z tropu. Zmarszczył
czoło, spoglądając na nas z wyższością. Jakby czuł się lepszy od nas. Wzięłam
głębszy oddech. To niemożliwe.
- Nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie. –
powiedział pewnym głosem.
Prychnęłam, sięgając za siebie. W mojej dłoni
błysnął sztylet, którym obróciłam kilka razy. W jego szarych oczach pojawił się
strach. Spojrzałam na niego nienawistnie.
- Słuchaj, bo najwyraźniej jeszcze nie rozumiesz co
tu się wyrabia. Jeden fałszywy ruch, jedna fałszywa odpowiedź i jesteś martwy. –
powiedziałam ze stoickim spokojem.
- Zazwyczaj żeby zabić trzeba mieć dobry motyw.
- Tu byś się zdziwił, naiwny dzieciaku. – zaśmiałam mu
się w twarz, bawiąc sztyletem. Ledwo powstrzymał się od cofnięcia do tyłu. –
Ale jeśli chcesz motywu, to ona ma ich wystarczająco. – wskazałam na stojącą za
mną Ayako. – A teraz powtarzam to po raz ostatni. Nazwisko.
- Shou Hideyoshi.
- Wiedziałam. – syknęłam nienawistnie.
Usłyszałam za sobą ruch. Ayako stanęła na równej
linii ze mną, ale nie odezwała się. W dłoni ściskała miecz, opuszczony ostrzem
do ziemi. Gdy Shou to spostrzegł, cofnął się o krok, blednąc. Po chwili jednak
znów przybrał pewną siebie minę, zwijając dłonie w pięści.
- A teraz wy gadajcie. Znacie mojego brata?
- Co z nim zrobimy? – zignorowałam go, spoglądając
na Ayako. Dziewczyna biła się z myślami, zaciskając palce na rękojeści.
- Słuchaj co do ciebie mówię! – warknął na mnie,
chwytając za koszulkę. – Jesteś tylko słabą dziew…
Odskoczył ode mnie jak oparzony, gdy z policzka
pociekła mu stróżka krwi. Dotknął jej i spojrzał na mnie oszołomiony, jakby sądził,
że naprawdę blefuję. Uśmiechnęłam się niebezpiecznie.
- Mógłbyś powtórzyć? Niedosłyszałam. – powiedziałam przymilnym głosem, obracając w dłoni nóż. –
Słaba dziewczynka? – spytałam, wykrzywiając usta w okrutnym uśmiechu. Shou
cofał się, trzymając ręce przed sobą. – Jesteś idiotą, Shou. Sam sobie wydałeś
taki wyrok…
- Stój.
Zastygłam w bezruchu i spojrzałam na przyjaciółkę.
Dziewczyna wodziła po nas wzrokiem przez chwilę, po czym westchnęła i z
charakterystycznym zgrzytem schowała miecz do kabury. Shou wziął głęboki
oddech, ale gdy poczuł na sobie wzrok Ayako, zdrętwiał. Uśmiechnęłam się lekko.
Dawno nie widziałam jej aż tak poważnej.
- Muszę coś zrobić. – zwróciła się do mnie krótko,
podchodząc za ten czas do brata Takiego.
- A rób co chcesz. – odparłam. Obie pilnowałyśmy, by
nie wymienić swoich imion w rozmowie.
- Słuchaj, Hideyoshi. – brązowowłosa wbiła paznokcia
w jego pierś. – Teraz grzecznie zaprowadzisz nas do twojego domu i po drodze
odpowiesz na nasze pytania, a damy żyć tobie i twoim rodzicom. Jasne?
Przełknął ślinę i powoli skinął głową.
- Idź przodem. – rozkazała.
Uniosłam jedną brew, zastanawiając się co ona ma
zamiar zrobić. Zrównałam się z nią krokiem, obserwując kątem oka. Mimo chłodnej
maski, ból rozrywał ją od środka. Nim zdążyłam wymyśleć jakieś sensowne
pytanie, warknęła.
- Idź normalnie, Hideyoshi. Myślisz, że nie wiem
gdzie znajdę twoich rodziców? Daiki i Mei Hideyoshi. – chłopak słysząc to,
zwinął dłonie w pięści i dalej prowadził już prawdziwą drogą.
- Co ty wyrabiasz? – szepnęłam.
- Kończę pewien rozdział. – odparła. – Hideyoshi. –
powiedziała już głośniej. – Odpowiadając na twoje pytanie: tak, znam go.
- Wiedziałem. – mruknął z wyższością. – Czyli rodzice
się nie mylili, że został wyrzutkiem z podziemia.
Musiałam pamiętać, by nie udusić tego małego
skurwiela i powstrzymywać od tego przyjaciółkę. Ayako zmusiła się tylko do
zwinięcia dłoni w pięści.
- Skąd wiesz? – spytała racjonalnie.
- Od kiedy go wyrzucili, podali policji, że zaginął.
Po kilku tygodniach zobaczyli go z bronią w dłoni i stwierdzili, że
najrozsądniej będzie podać opinii publicznej, że nie żyje. – opowiedział racjonalnym
tonem. Jakby nie mówił, że jego właśni rodzice woleli jego brata martwego niż
żywego. – To było potem zabawne – udawać, że jest martwy, ale wiedzieć, że jest
żywy…
- Uważaj co mówisz, skurwielu. – wysyczałam, a włosy
na jego ciele się zjeżyły. – Czasem naprawdę zastanawiam się, dlaczego na waszą
rodzinę nie było jeszcze żadnego zlecenia…
- Po co… - zaczęła cicho Ayako. – Nie…Dlaczego
zachowują się tak… bezlitośnie?
- Cóż… Jesteśmy rodziną zwycięzców. Nie ma tu
miejsca na słabych. – powiedział spokojnie, stając przed domem.
- Twoi rodzice są w domu? – spytała Ayako.
- Tak, akurat wyjeżdżają na konferencję o dwunastej…
- odpowiedział z coraz większym wahaniem. – To teraz mnie zostawicie, tak?
Roześmiałyśmy się jednocześnie. Pokazałam gestem
dłoni, by prowadził nas do drzwi. Widać było, że szybko się uczył – przestał
stawiać opór. Spojrzałam kątem oka na Ayako, zastanawiając się nad jej
poczynaniami i wtedy dostrzegłam sylwetki dwóch postaci w cieniu uliczki.
Westchnęłam krótko i ruszyłam do drzwi.
Shou, gdy zapukał, rzucał nam urywane spojrzenia.
Drzwi otworzyła nam jego matka, której czerwone usta wykrzywiły się w geście
zdziwienia. Nawet nie zaszczyciła nas spojrzeniem, tylko położyła dłoń na biodrze,
mierząc syna spojrzeniem.
- Młody
człowieku, mógłbyś mi łaskawie wytłumaczyć co ty robisz tutaj, a nie w szkole? –
spytała protekcjonalnym tonem, ignorując nas całkowicie.
- Mamo, posłuchaj… - zaczął Shou, przestępując z
nogi na nogę. Urwał gwałtownie, gdy przepchnęłam się do środka, a Ayako
wepchnęła go za mną.
- Co to ma być za zachowanie? – oburzyła się matka. –
Shou, z kim ty się zadajesz?!
- Mogła by się pani łaskawie uspokoić na chwilę? –
spytałam ze znużeniem.
- Jeśli to możliwe, chciałabym by pan Hideyoshi
również tu przyszedł. – dodała Ayako spokojnie.
- Cóż za bezczelność! Kto was…? – Mei podniosła
głos, nim jej syn zdążył ją uspokoić.
Pchnęłam ją na ścianę, wbijając sztylet obok jej
głowy. Zastygła w bezruchu.
- Słuchaj paniusiu – albo pani bezwartościowy mąż tu
przyjdzie, albo…
- Mei, skarbie? – głowa mężczyzny wychyliła się z
jednego z pokoi. Zbledł gwałtownie.
- Szybko poszło. – kiwnęłam z uznaniem głową,
wyrywając ostrze ze ściany.
Daiki Hideyoshi podszedł do nas w szoku i
przyciągnął rodzinę do siebie. Spojrzałam na Ayako, dając jej do zrozumienia,
że teraz ona może przejąć inicjatywę. W oczach dziewczyny błysnęło zawahanie.
Zastanawiałam się, czy w ogóle ma zamiar się odezwać. Jej palce zawadziły o
rękojeść, a ojciec Takiego odzyskał język w tej parszywej gębie.
- Wiem kim jesteście! – warknął. Podniosłyśmy na
niego wzrok. – Skończone kurwy z podziemia. Znacie się z nim? On was na nas
nasłał? – naskoczył na nas.
W ułamku sekundy wyciągnęłam miecz i skierowałam
ostrze tuż pod jego brodę. Roznosiło mnie od środka, jakbym nie mogła pogodzić
się, że rodzina mojego przyjaciela jest taka okropna. Gdzieś w głębi duszy
bawiło mnie to. Przez ostatnie miesiące miałam styczność tylko z takimi
bezdusznymi ludźmi. Sama stałam się bezduszna, ale…
Taki po prostu nie zasługiwał na taką „rodzinę”.
Nie nasz dobry, ciepły Taki.
- Stul pysk… - warknęłam, ale Ayako położyła mi dłoń
na ramieniu. Spuściłam miecz, zastanawiając się przez chwilę skąd bierze tyle
opanowania. Tylko przez chwilę. Jej zielone oczy błyszczały ze wściekłości.
- Nazwij go po imieniu. – wycedziła. – Taki jest
twoim synem. – dostrzegłam, że drżała. Nie… Ją skręcało z obrzydzenia.
- On nigdy nie był godny bycia moim dzieckiem. –
mężczyzna zdobył się na opór.
W ostatniej chwili zdążyłam chwycić Ayako za ramię,
by nie zabiła ich wszystkich w przypływie emocji.
- Mylisz się, ty skończona kurwo! – podniosła głos. –
To wy nie byliście godni nazywania się jego rodziną!
Wzdrygnęli się. Matka chwyciła syna za dłoń i już
miała coś powiedzieć, ale Ayako wyrwała się z mojego uścisku.
- Stul mordę, dziwko! – warknęła tak nienawistnie,
że nawet ja drgnęłam. – Jeśli chodzi o to „nasyłanie” macie rację! Mogę
powiedzieć, że to on nas nasłał. – wyciągnęła z kieszeni coś czarnego. – Miałam
wam wiele do powiedzenia, na początku. Od kilku miesięcy układałam w głowie co
wam powiem. Ale, gdy ten mały śmieć powiedział, że wygodniej było uznać syna za
martwego… Że wygodniej było zmusić go do stanięcia się płatnym mordercą… - usłyszałam
chrzęst, gdy zacisnęła palce na przedmiocie. – Wiecie co? PIEPRZCIE SIĘ!
Cisnęła w nich tym co trzymała i dopiero wtedy do
mnie dotarło co to jest.
Połamane, czarne oprawki Takiego.
Zacisnęłam zęby, by powstrzymać łzy.
Ayako obróciła się od nich, nim zorientowali się co
leży przed nimi na ziemi. Wyszła na zewnątrz, nie mając nic więcej do
powiedzenia. Dostrzegłam, że ktoś czeka przed drzwiami, więc również ruszyłam
do wyjścia.
- Czekaj. Co to za śmieć? – wyrzuciła z siebie
kobieta. – Po to był ten cały…
- Ten śmieć to
jedyne co zostało z waszego syna. –
wycedziłam.
- Już mówiłem, że on nie jest… - zaczął ponownie
mężczyzna, ale urwał gwałtownie, gdy stanęłam nad nim.
Wszyscy wbili wzrok w moje oczy, w odcieniu nocnego
nieba, które teraz jarzyły się żądzą mordu. Nienawidziłam siebie wewnątrz. To
była największa oznaka bezsilności jaką mogłam teraz okazać. Ale instynkt i tak
kazał mi to zrobić. Poprawiłam chwyt, spoglądając na nich z wyższością.
Dopóki ktoś nie dotknął delikatnie mojego ramienia.
- Ichi, chodź. Dla takich jak oni śmierć to byłaby
nagroda. – obróciłam głowę, uśmiechając się pusto. Rozpoznałam ten głos.
Widząc Tsuneariego, opuściłam ramiona i schowałam
miecz do pokrowca, z zrezygnowaniem. Skierowałam się do drzwi. Tsuneari jeszcze
tylko ukłonił się sarkastycznie ku Hideyoshim, uśmiechając się sztucznie.
- My już pójdziemy. I radziłbym się zastanowić,
przed zawiadomieniem policji, kto będzie tu szybciej – my czy oni. – posłał im
mordercze spojrzenie i wyszedł na zewnątrz, zostawiając otwarte drzwi.
Tokaji spojrzał po nas wszystkich ze zdziwieniem i
krzywym uśmiechem.
- Na serio chcecie darować sobie taką idealną
okazję? – spytał retorycznie, strzykając kostkami. – Bo ja nie.
Nawet nie próbowaliśmy go powstrzymać, gdy wbił
pięść w twarz ojca Takiego, a spod jego palców wyciekła krew. Następnie tylko
strzepnął ją na matkę i trzasnął za sobą drzwiami.
- Teraz czuję się spełniony.
***
- W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo mamy
przejebane jak wrócimy do Kaminari? – spytałam Tsuneariego.
- Jedenaście. – odparł z przekąsem. – Gadali o
waszym pościgu w radiu.
- Oż cholera.
- No właśnie.
Przejechałam dłonią po włosach i spojrzałam na nas z
ukosa. Nadal byliśmy ubrani jak „typowi gangsterzy”. Westchnęłam, nie pewna co
dalej. Ayako na razie grała spokojną, jakby nic się nie stało. Obecnie wyzywała
się o coś z Tokajim. Ta dwójka nie mogła darować sobie codziennej tradycji kłócenia
się.
- Ej, mamy jakiś plan? – rzucił Tsu do ogółu.
- A co nam zostało do roboty? – Tokaji na moment dał
sobie spokój z walki na wyzwiska. – Chyba wszystko się spieprzyło.
- Akcja w barze – zwalone. Pościg Ryujiego –
zwalone. Dotarcie do tego cholernego parkingu – zwalone. Zdobycie odtrutki –
zwalone. – Ayako zaczęła wyliczać na palcach.
- Skąd ci się tam wzięła odtrutka?
- A no tak, wy nie wiecie. Ryuji ją ma. –
westchnęłam.
- No to chyba wiem co będziemy teraz robić. –
stwierdził Tsuneari. – Ale chwila, moment. Po cholerę on wam to mówił?
- Nadal pieprzy coś o zakładaniu nowej organizacji i
szuka sposobu, by zwerbować sobie tych najsilniejszych. – odparłam wymijająco. –
Mniejsza z tym. Mnie zastanawia skąd on tę odtrutkę wytrzasnął.
- Skoro odtrutkę to i truciznę… - Tokaji potarł w
zamyśleniu oczy. – Przecież musi być ktoś w Tokio, kto będzie wiedział choć
trochę o tym… - w trakcie mówienia odsunął dłoń od twarzy, jakby w geście
gwałtownego olśnienia. – No przecież.
Tsuneari się wzdrygnął.
- Chyba nie myślisz o…
- To takie oczywiste.
Spojrzałyśmy krótko po sobie z Ayako nic nie
rozumiejąc.
- O nie. – Tsuneari zakrył twarz dłonią.
- O tak. – czarnowłosy uśmiechnął się chytrze.
- Błagam, nie, Tokaji. Zrób to ze względu na naszą
wieloletnią przyjaźń.
- Zamknij się, Tsu.
- Ktoś mi raczy powiedzieć do kogo idziemy? –
wtrąciłam.
- Niespodzianka. Chodźcie za mną. – Tokaji machnął
na nas ręką, uśmiechając się szelmowsko.
Tsuneari jęknął, wyciągając ręce w stronę niebios.
- Za jakie grzechy muszę iść do tej skończonej
wariatki?
Uśmiechnęłam się pod nosem, domyślając się do kogo
zmierzamy.