27 sierpnia 2016

"Ostatni List"

Cześć.
Rzadko kiedy odzywam się tutaj jako autorka, używając tego bardziej jako wersji moich opowiadań "online". To opowiadanie jest krótkie, zawiera raptem 8 stron i zostało napisane głównie przez mój nastrój w tym dniu. Jeśli ktokolwiek to czyta, możecie puścić sobie OST, którego słuchałam pisząc to. 
Muzyka
Jest to ścieżka dźwiękowa z jednego z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających rzeczy jakie widziałam. Naprawdę polecam obejrzeć, nawet jeśli nie jesteście zwolennikami anime. 

 Ostatni list


Mężczyzna w końcu wrócił do swojego mieszkania, po najtrudniejszym dniu w całym jego życiu. Od samego początku nie chciał nawet z niego wychodzić, w miarę upływu czasu wracać.
Mimo zmęczenia i pustki niszczącej go od środka, zatrzymał się tuż za drzwiami wejściowymi, rozglądając się. Dom był pusty, nawet jeśli on był w środku. Stał tak dłuższą chwilę, chcąc nigdy więcej nie musieć się ruszać. Jednak czas dalej upływał, świat dalej się kręcił, a jego życie miało trwać dalej.
Teraz już tylko jego życie.
Mężczyzna ściągnął osowiale buty i odwiesił spokojnie marynarkę na wieszak, po czym pozwalając by jego ciało poruszało się rutynowo, ruszył do salonu by przebrać się z garnituru w dres, a następnie skierował swoje kroki do kuchni.
Zatrzymał się w progu, gdy dotarło do niego, że nie ma tam nikogo, kto czekałby na niego z ciepłą kolacją. Choć jego żołądek skurczył się boleśnie, zrezygnował tego wieczoru z jedzenia, sunąc się jak cień do sypialni. Mimo wewnętrznych zakazów spojrzał z ostatnią nadzieją na łóżko, ale w nim również nie było nikogo.
Nim usiadł do biurka, zabierając się na resztki swojej pracy, obrócił wszystkie ramki ze zdjęciami. Włączył laptopa, powtarzając sobie, że musi wykonać swoją pracę. Ekran zaraz po uruchomieniu wskazał włączony, niedokończony dokument, więc zabrał się do pracy. Zaprzestał bezsensownego klikania w litery, gdy zorientował się, że przytrzymywał jeden klawisz, pisząc nieskończony ciąg tego samego znaku. Potarł swoje zmęczone oczy, wykasował to i wyłączył plik.
Z tapety uśmiechała się ona. Zatopił w niej swoje puste oczy i zastygł w bezruchu, pogrążony w obezwładniającym bólu, otoczony tylko ciemnością, rozświetlaną przez ekran komputera. Jego głowa przechyliła się w stronę prawego ramienia, a usta rozwarły lekko, jakby zasnął. Nie spuszczał wzroku z otchłani, rozciągającej się przed nim. Zgarbił się, czując jak opuszczają go wszystkie siły, chociaż przez wiele lat ten uśmiech tylko mu ich dodawał.
Siedział tak, nie dając znaku życia, dopóki maszyna nie wygasiła całkowicie ekranu, a jego zalała najczystsza ciemność.
Nie byli małżeństwem. On był niewierzący, a ona nie chciała wiązać go czymś takim jak obrączka. Wolała by przy sobie trzymały ich uczucia, a nie przedmioty. Bo one są kruche i łatwe do zniszczenia. Nie mieli dzieci, choć ona tak bardzo chciała, ponieważ on nigdy nie czuł się gotowy na rodzicielstwo.
Mijali się na ulicy od dziecka, chociaż on nigdy nie zwrócił na nią uwagi. Rozmawiali ze sobą dopiero w liceum, gdy trafili do tej samej klasy. Na pierwszą randkę zaprosił ją na trzecim roku studiów, nie wiedząc nawet, że to ona i kierując się jedynie wyglądem. Ona, spytana, rozszerzyła szeroko oczy, nie będąc pewną czy aby nie żartuje, po czym roześmiała się, uświadamiając mu kim jest i zgodziła się.
Od tamtej chwili ugrzązł całkowicie w tej ślepej miłości do niej. Od zadania tamtego pytania upłynęło 10 lat.
W między czasie uzbierali na mieszkanie i zaczęli wspólne życie pod koniec studiów. Wraz z upływem czasu wystrój wnętrza zmieniał się, w zależności od tego na ile swobody jej dał. A chciał dać jej całkowitą wolność, jednak z pieniędzmi musiał kierować się zdrowym rozsądkiem. Bolało go, gdy brała do rąk pasującą do kuchni firankę, która w końcu zapełniłaby puste okno, a on musiał odwrócić wzrok i pokręcić głową. Bolało go, gdy uśmiechała się ze zrozumieniem i odkładała ją na miejsce, mówiąc, że kupią ją za miesiąc. Bolało go, że nie mógł dać jej wszystkiego co oferował ten świat.
Jednak ona nigdy nie narzekała, że ich wakacje to raptem kilka dni w lecie, w których jeżdżą po ojczyźnie, nie narzekała, gdy przyjaciele opowiadali o egzotycznych podróżach, uśmiechała się, gdy zwracali jej uwagę, na tanie ubrania i nic nie mówiła, gdy umieli rozmijać się praktycznie przez cały  tydzień, zajęci studiami i pracą. Mężczyzna ciężko padał do łóżka, zmęczony całym dniem i tą pracą, a ona, nie chcąc go męczyć przytulała się do niego bez słowa i tak zasypiali. A on, patrząc się na jej śpiącą twarz rano, powtarzał sobie, że nie ważne jak bardzo nie cierpi tej pracy, nie rzuci jej, bo pozwala zapewnić im choć namiastkę szczęścia i luksusu.
Zaśmiał się bez cienia wesołości, na swoje przemyślenia.
Dopiero teraz zrozumiał, że to nie ta przeklęta praca, z której dostawał te hipnotyzujące zielone papierki , dawała szczęście. Dotarło do niego, że szczęście to nie pieniądze, tylko możliwość bycia zdrowym i życia dalej. Że luksus to posiadanie kogoś takiego jak ona. A teraz został tylko ze znienawidzoną pracą, która mimo wszystkiego nadal będzie dawać mu pieniądze.
A za nie nigdy nie wykupi kilku kolejnych słów, które mógłby do niej powiedzieć. Nie cofnie czasu, do wielu momentów. Dopiero teraz widział przejrzyście ile drobnych rzeczy mógłby zmienić. Mógłby pojechać z nią do schroniska i wrócić z psem, dając mu nowy dom. Mógłby zgodzić się na badania i oddawać krew, tak jak ona. Mógłby przestać brać dodatkowe zmiany, by zarobić więcej i zamiast tego, wrócić szybciej do domu i wyciągnąć ją do kina. Mógłby zaryzykować wszystko i zabrać ją na koniec świata, zamiast kupować lepszy samochód. Mógłby się zgodzić na dzieci. Mógłby zgodzić się na tę głupią firankę do kuchni.
Mógłby mówić jej częściej ile dla niego znaczy i jak bardzo ją kocha.
Mógłby.
Nadal trwał w bezruchu, choć przez jego ciało przechodziły niepowstrzymane fale bólu.
‘’Muszę iść dzisiaj szybciej do pracy.” Powiedziała wczesnym rankiem. Mężczyzna leżał jeszcze w łóżku, mając jeszcze 3 godziny do wyjścia. Przewrócił się na drugi bok, nawet na nią nie spoglądając. ‘’Biorę samochód, bo się spóźnię.”
‘’Mhm.” Mruknął tylko, po czym usłyszał dźwięk zamykanych drzwi i zasnął ponownie, pragnąc by nie musieć wychodzić dzisiaj z łóżka.
Był taki wściekły, gdy wybudził go dźwięk telefonu i stał się jeszcze bardziej zły, gdy zobaczył, że to ona dzwoniła, choć tak dobrze wiedziała, że jest zmęczony do szpiku kości i jeszcze śpi. Już miał na nią warknąć, gdy…
Gdy to nie ona odezwała się po drugiej stronie telefonu. Jego gniew przeobrażał się w strach z każdą sekundą, a po skończonej rozmowie zerwał się z łóżka, ubrał i wypadł z domu. W głowie dźwięczało mu tylko kilka słów z rozmowy.
Wypadek samochodowy.
Ciężarówka uderzyła w osobowy.
Pańska żona nie żyje.
To było niesprawiedliwe. Gdyby wiedział, że to jest jej ostatnia godzina, wyszedłby z łóżka, wycałował ją i wytulił, wyszeptał jak bardzo ją kocha. Pożegnałby się z nią czule, uśmiechając się i zamykając za nią drzwi. Gdyby wiedział, to on pokierowałby tym autem, licząc, że uda mu się ją ocalić. Licząc, że może oboje odejdą razem.
Gdyby wiedział, że tak szybko mu ją zabiorą, spędziłby z nią każdą sekundę tych dziesięciu lat, jakby miałaby być ich ostatnią.
Musiał chwycić się za serce, zdając sobie sprawę, że miał na nią warknąć, gdyby faktycznie to ona do niego zadzwoniła.
Nim udało mu się dotrzeć do szpitala, nic nie było w stanie jej uratować. Żadne leki, żaden respirator. Odeszła od niego. Na zawsze. Odeszła, a on nie mógł sobie wybaczyć, że nie zdążył. Że nie szeptał do niej w ostatnich chwilach, trzymając za rękę, nawet jeśli ona nie zdawałaby sobie z tego sprawy.
Nie mógł sobie wybaczyć.
Pozwolili mu ją zobaczyć, ale gdy tylko ujrzał jej nieruchome ciało pod śnieżnobiałym prześcieradłem, cofnął się i wyszedł. Nie byłby w stanie znieść chłodu bijącego od tej ciepłej kobiety, której uśmiech leczył wszystkie jego rany. Nie mógłby znieść widoku tej zniszczonej skorupy, która została opuszczona przez tą dobrotliwą, łagodną duszę.
Błagał Boga, w którego wierzyła, żeby oddał ją z powrotem.
„Dlaczego wszyscy najlepsi ludzie umierają tak szybko?” – spytał ją kiedyś, gdy jeszcze byli bardzo młodzi i leżeli wśród kwiatów na łące, z dala od wszystkiego i wszystkich.
Podniosła się wtedy, uśmiechając się tkliwie i musnęła swoimi drobnymi dłońmi jeden z kwiatów.
 „A gdy teraz jesteś tutaj, wśród tylu kwiatów, które wybierzesz?” – odpowiedziała pytaniem, a on przekrzywił głowę z zaciekawieniem. 
Obserwował ją jak przeczesuje wzrokiem polanę, zatrzymując spojrzenie na rozkwitniętych, zdrowych kwiatach. Odpowiedź przyszła do niego po chwili namysłu.
„Te najpiękniejsze.”
Urwała najładniejszy kwiat i założyła mu go za ucho.
„Dokładnie”, szepnęła jakby to wszystko wyjaśniało.
I wyjaśniło, dopiero gdy siedział całkowicie sam na szpitalnym korytarzu, obojętny dla wszystkich osób mijających go, a za ścianą za jego plecami, leżał jego najpiękniejszy kwiat, który wybrała sobie dzisiaj śmierć. Zabrała mu ją nim zdążył cokolwiek jej powiedzieć.
Zakrył twarz dłonią, a jego ciałem wstrząsnęły konwulsje. Już zawsze jego ostatnim słowem do niej będzie znużone mruknięcie, a on będzie musiał z tym żyć. Ponieważ rzeczywistość nie zrobi dla niego wyjątku. Nie jest nikim wyjątkowym. Jest po prostu kolejną twarzą, zapominaną po kilku sekundach przez ludzi. Jest tylko kolejnym numerem w nieskończonej bazie danych. Kolejnym istnieniem, które przeminie szybciej niż zaistniało. Bez niej przy boku jest tylko kolejnym mężczyzną, którego porwał restrykcyjny prąd zmodernizowanego świata.
Po jego policzkach pociekły łzy, mimo, że cały dzień udawało mu się je powstrzymać. Powtarzał sobie, że ona nie chciałaby sprawić, by cierpiał przez nią lub z jej powodu. Powtarzał sobie, że jako mężczyzna musi być silny. Powtarzał to sobie, ignorując jej głos w swojej głowie. Nie można dusić w sobie emocji. Powtarzał sobie, że płacz niczego nie zmieni. Trwał przy tym uparcie, gdy musiał dzwonić do jej rodziny. Trwał przy tym, gdy przekazywał złe wieści. Trwał przy tym, gdy ludzie oglądali się za jego martwymi oczami.
Jednak teraz był tylko szarym człowieczkiem, samym w mieszkaniu, mającym znienawidzoną pracę, człowieczkiem, który był tak słaby i tak kruchy, że mógł tylko cicho płakać, wiedząc, że niczego nie zmieni. Nie ważne ile uczuć okaże, jak bardzo będzie cierpieć, jutro znowu będzie nowy dzień. A potem następny. I następny. I każdy kolejny będzie bez niej. A on będzie musiał zdecydować co zrobić z pozostawioną przez nią powłoką.
Pytali się o testament. Jak gdyby ktokolwiek w ich wieku miałby spisywać dokładny testament. Jednak mimo, że powiedział im dokładnie to samo, kazali mu wstrzymać się ze wszystkimi decyzjami chociaż do jutra, gdy porozmawia z  jej rodziną i przyjaciółmi.
„Co to jest?” spytał pewnego razu, gdy wprowadzali się do tego mieszkania. Ona siedziała przy pustym biurku, w pustym pokoju o białych ścianach, otoczona kartonowymi pudłami. „Nie możesz zrobić tego potem? Do jutra nie rozparcelujemy tych klamotów.”
Pokręciła głową zamaszyście, nie odrywając wzroku od kartki, po której śmigało jej pióro. Mężczyzna spojrzał wtedy na nią i na świeczkę, przy której świetle pisała coś na kształt listu. Uśmiechnął się pod nosem, odstawiając pudło.
„Dlaczego piszesz to tak po staroświecku?” spytał, zaglądając jej przez ramię. Ona szybko przycisnęła kartki do piersi, nie chcąc by cokolwiek przeczytał. „Co jest tak ściśle tajne, że nawet ja nie mogę nic zobaczyć?” zaśmiał się ciepło.
Ona uśmiechnęła się pod nosem, a jej policzki i nos pokryły się czerwienią, gdy odbiegała od niego wzrokiem.
„List” odparła tajemniczo. „Do ciebie”
„Więc dlaczego nie mogę go przeczytać? Bo nie jest skończony?”
„Sądzę, że będziesz wiedzieć, kiedy masz go przeczytać.”
„Będę musiał długo czekać?”
„Im dłużej, tym lepiej.”
„W takim razie poczekam.”
Nie wiedzieć czemu mężczyzna podniósł się z fotela i podszedł flegmatycznie do szafy. Uklęknął przed nią, uderzając kolanami o zimną podłogę i wyciągnął obluzowaną, dolną szufladę. Spod niej wyleciała okurzona, pożółkła koperta. Była w tym samym miejscu, w którym ona ukryła ją lata temu.
Uśmiechnął się, wpatrując się pusto w kopertę. Zmienił pozycję, siadając po turecku i rozczytując z trudem słowa napisane na kopercie, oświetlanej tylko słabymi promieniami księżyca.
Do mojego ukochanego
Nie złość się na mnie, to tylko w razie potrzeby
Na kopercie nie było nic więcej. Ani znaczku, ani adresu, jedynie tylko tych kilka słów napisanych blaknącym już atramentem. Chciał już rozerwać kopertę, nie mając żadnego innego wyboru, ale w tej ciemności zdał sobie sprawę z jednej rzeczy.
Podniósł się z trudem, jakby nie wstawał z podłogi we własnym mieszkaniu, tylko miał się odbić zupełnie sam od najgorszego dna.
Znalazł w kuchni zapałki i usiadł z powrotem do biurka, ściągając z niego komputer. Nadal po ciemku, odnalazł spaloną do połowy świeczkę, stojącą w kącie. Ona nigdy nie nauczyła się pisać przy lampce, nawet jeśli narzekał, że całe mieszkanie jest zadymione. Kochała pisać przy świecy, czując ciepło ognia niedaleko swojego policzka i mając możliwość wpatrywania się w płomień, gdy szukała odpowiednich słów. Dlatego mógł wybaczać jej tą jedną niedogodność za każdym razem.
Gdy zapalił zapałkę, miał wrażenie, że nie tylko w pokoju pojawiło się małe światło, ale również w jego duszy pojawiła się ciepła iskierka, do złudzenia przypominająca tą łagodną, tkliwą część jego duszy, która została dzisiaj od niego zabrana. Knot świeczki zapłonął jasnym płomienieniem, roztaczając ciepłe światło.
Jego ręce drżały gdy przedzierał papier, ale powtarzał sobie, że będzie silny. Dla niej. Dla jedynego sensu w życiu jaki dawało mu jej istnienie. Wyjął list z koperty i wygładził kilkakrotnie złożone kartki.
Nim jeszcze zaczął czytać, na kartkę skapnęły pierwsze łzy, ale uśmiechnął się przez nie. W miejscu gdzie powinna być data, ona napisała tylko Im później, tym lepiej. Tak samo jak odpowiedziała mu w ten sam dzień. Obiecał sobie, że przeczyta ten list w całości, od razu, tak jakby to ona sama mu to mówiła. Skupił się na słowach, nawet gdy w uszach dźwięczał mu wdzięczny ton jej głosu.

Do mojego jedynego ukochanego…
Nie napiszę nic, co potwierdzałoby co zrobić z moim majątkiem.
Przedmioty nie są wieczne. Nie są ważne.
Nie napiszę nic o moich uczuciach, bo znasz je od wielu lat. Wielu ludzi,
dużo mądrzejszych ode mnie wylewało rzeki atramentu, by opisać miłość,
więc ja zawrę ją w naszej szarej codzienności.
Nie napiszę tutaj nic, co pocieszyłoby cię po mojej stracie.
Przepraszam.
Ale proszę, po prostu przeczytaj to i mnie posłuchaj.
Nadejdzie dzień, w którym moje ciało będzie leżeć nakryte białym prześcieradłem, starannie ukryte pod jego czterema rogami, na jednej
ze szpitalnych sal. Będąc niegdyś tak zajęte życiem…
Jak teraz umieraniem.
W pewnym momencie doktor stwierdzi, że mój mózg przestał funkcjonować,
że moje serce przestało bić… Mimo wszystkich zamiarów i celów,
moje życie zatrzymało się.
A kiedy to nastąpi… Nie próbuj podtrzymywać mojego życia przez podłączenie mojego ciała do jakiejś maszyny. Nawet jeśli ożywisz moje ciało, dusza zdąży odejść gdzieś bardzo, bardzo daleko…
I nie mów wszystkim, którzy się o mnie zapytają, że umarłam.
Powiedz, że zaczynam nowe życie.
I proszę, pozwól by moje ciało zostało zabrane,
by pomóc innym prowadzić pełniejsze życie.
Oddaj mój wzrok mężczyźnie, który nigdy nie widział wschodu słońca,
dziecięcej buzi czy bezbrzeżnej miłości w oczach kobiety.
Oddaj moje serce osobie, której własne zawodzi
i powoduje tylko niekończące się dni bólu i cierpienia.
Oddaj moją krew jakiemuś nastolatkowi, potrąconemu przez auto, tak, by pewnego dnia mógł zobaczyć swoje wnuki, bawiące się w ogrodzie.
Oddaj moje nerki komuś, kto polega na maszynie, by istnieć.
Weź moje kości, każdy mięsień, każde włókno i każdy nerw w moim ciele i znajdź sposób, by pozwolić kalekiemu dziecku znów chodzić…
Zbadaj każdy zakątek mojego mózgu, jeśli to ma pomóc.
Weź moje komórki, jeśli będą potrzebne i pozwól na nich eksperymentować i rozwijać się, by pewnego dnia niemy chłopiec wykrzyczał coś w złości, a głucha dziewczynka usłyszała deszcz bębniący o parapet za jej oknem.
Spal to, co ze mnie zostało, a moje prochy
rozsyp na wietrze, by pomóc kwiatom rosnąć.
Jeśli musisz coś pogrzebać, niech to będą moje błędy.
Moje słabości i wszystkie uprzedzenia wobec innych ludzi. Moją przedwczesną rezygnację, gdy nie udało mi się namówić ciebie na zostanie lekarzem.
I jeśli, nadal po tym wszystkim, chcesz mnie pamiętać…
to uczcij moje istnienie jakimś dobrym uczynkiem lub słowem
skierowanym do kogoś, kto tego potrzebuje.
Jeśli zrobisz to wszystko, będę żyć wiecznie.

Wraz z ostatnim słowem zapisanym na kartce, mężczyzna zdał sobie sprawę, że miał przy sobie przez tyle lat najcudowniejszą, najczystszą duszę, jaka uchowała się w tym chłodnym świecie. Zdał sobie sprawę, że śmierć wybrała najpiękniejszy kwiat. Po chwili odniósł wrażenie, że dźwięczenie jej głosu w jego uszach stopniowo znika, odchodzi w zapomnienie, a na sam koniec szepce ostatnie pożegnanie. Uśmiechnął się w ten sam sposób, co przed wieloma laty, z tą samą bezbrzeżną wdzięcznością i miłością, jak w momencie, w którym ona wybrała go.
Otarł strumienie łez i odłożył delikatnie list na biurko, czując jak znużenie całego dnia w końcu po niego przychodzi i nim poszedł do łóżka, sprawdził, czy na kopercie nic więcej nie pisze.
Po prostu żyj, proszę.
Znalazł te słowa w środku koperty, napisane drżącym pismem, jakby płakała, gdy to zapisywała. Zamknął oczy, schował list do koperty i wszedł do łóżka. Choć teraz wydawało się zbyt duże jak na jedną osobę, a pościel była zimna, zasnął od razu.
Następnego dnia, gdy promienie słońca wdarły się do jego pokoju, a on otworzył oczy, świadomość i rzeczywistość, że nie ma jej obok niego, zacisnęły lodowatą dłoń na jego sercu. Jednak mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, wstając z łóżka.
Miał zamiar spełnić każdą z jej ostatnich próśb.
Pokazał ten list jej rodzicom i przyjaciołom, po czym oddał go lekarzom i prawnikom, przekazując im każdy centymetr jej ciała, by mogli uratować kogoś innego.
Zapytany przez sąsiadkę, co się z nią stało, powiedział, że zaczęła nowe życie.
Przywitał się z samotną staruszką, mieszkającą na końcu ulicy.  
Rzucił znienawidzoną pracę. Poszedł na studia medyczne.
Przygarnął szczeniaka znalezionego w pudełku w lesie.
Kupił tę firankę, którą chciała zawiesić w kuchni.
Przebadał się i regularnie oddawał krew.  
Gdy wszystkie jej organy zostały oddane innym, rozsypał jej prochy na tej samej łące, oddalonej od wszystkiego i wszystkich, na której niegdyś leżeli razem.
Postawił jej nagrobek, choć był on tylko symboliczny.
Z każdym dniem uczył się jak żyć bez niej, a wciąż dla niej.

Po prostu żył. 

19 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 14 ~ Licząc gwiazdy

Rozdział 14

Licząc gwiazdy
Nie rozmawiałam praktycznie z Sergiem od tamtego wyjścia do kina. Po kilku dniach postanowiłam do niego zadzwonić, ale odrzucił moje połączenie i nawet nie miał zamiaru oddzwonić. Dlatego wzięłam kilka głębokich oddechów i spojrzałam na sprawę racjonalnie. Nie miałam czasu na użeranie się z jego humorami. Mam własny honor i własne życie.
Wzięłam głęboki oddech, gdy obraz chłopaka znów pojawił się w mojej głowie. Zaklęłam cicho pod nosem. Nie mam zamiaru przepraszać go za jego pomyłki. Przeciągnęłam się, przecierając sennie oczy. Wybił ostatni kwadrans mojej zmiany na recepcji, więc dochodziła 22.
Im bliżej byłam powrotu, tym czułam większy stres.
Dzisiaj rano otrzymałam kilka odpowiedzi z uniwersytetów. Chciałam bez większych ceregieli otworzyć je przed wyjściem do pracy, ale Constanza wyrwała mi koperty z dłoni i powiedziała, że zaczekamy do odpowiedniejszej chwili. Nie wiem, czy noc jest dla niej odpowiednią porą na takie sprawy, ale przytaknęłam niechętnie, głownie dlatego, że byłam praktycznie spóźniona.
Wybrałam okrężną drogę do domu.
Wszystko miało się teraz rozwiązać. Miało mi udowodnić, że jestem w stanie osiągnąć to czego chcę. Na razie wszystkie uniwersytety są w zasięgu mojej ręki, ale po otwarciu kopert… Możliwe, że nie dostanę się do żadnego.
Pokręciłam zawzięcie głową, nie chcąc dopuszczać tej myśli do siebie. Zawróciłam i poszłam skrótem do domu. Wieszając bluzę na wieszaku, zajrzałam do salonu i zmarszczyłam brwi.
- Wy naprawdę szukacie pretekstów do picia szampana. – stwierdziłam sarkastycznie, widząc mojego tatę i Constanzę z dwiema butelkami szampana.
Dziewczyna roześmiała się głośno.
- To nie jest pretekst, tylko bardzo dobry powód! – machnęła na mnie ręką, zapraszając do własnego salonu. – Chodź szybciej, czekałam na to cały dzień.
- Mam wrażenie, że ekscytujecie się bardziej niż ja. – mruknęłam, choć nie była to prawda. Ręce drżały mi tak bardzo, że miałabym problem z napisaniem własnego imienia. By to ukryć włożyłam dłonie do tylnych kieszeni spodenek.
- Cały dzień chodzę jak na szpilkach, gwiazdeczko. – rzuciła moja mama, stawiając zawczasu 4 kieliszki. – Więc proszę cię, nie męcz swojej rodzicielki dłużej i pośpiesz się.
- Przypominam, że chciałam otwierać to już rano, ale ktoś mi przeszkodził. – spojrzałam na Constanzę kątem oka.
- I dobrze! – tato pacnął dłonią w kolano. – Każdy pretekst do świętowania jest dobry!
- Powód. – skorygowała konspiracyjnie Constanza, zanosząc się udawanym kaszlem. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem, zduszając w piersi śmiech.
- Każdy powód do świętowania jest dobry! – powtórzył tato z zachowaną poprawnością polityczną.
Roześmiałam się, rozluźniając się lekko. Miałam wrażenie, że rodzice spojrzeli po sobie z delikatnymi uśmiechami. Opadłam na skraj sofy, a Constanza wręczyła mi uroczyście koperty.
Tykanie zegara naraz stało się uciążliwe.
Przekładałam cztery koperty tak powoli jak się dało, jakbym zastanawiała się od czego mam zacząć. Wiedziałam od dawna, co otworzę jako pierwsze. Mój wzrok zatrzymał się na kopercie z adresem Waszyngtonu. Na chwilę zapomniałam jak się oddycha. Wszystko rozegra się raptem w dwóch czy trzech słowach. Cała moja przyszłość zawarta jest w raptem kilku atramentowych słowach. Dostała się/Nie dostała się.
Constanza położyła dłoń na moim ramieniu, nie podnosząc jednak na mnie wzroku. Przygryzając dolną wargę, rozdarłam papier i rozłożyłam dokument. Rodzice nie zaglądali mi przez ramię, czekając w cichym napięciu na moją reakcję. Constanza zachowywała się podobnie.
Przebiegłam wzrokiem po pierwszych linijkach tekstu i rzeczywistość stała się tak ciemna jak atramentowe słowa, zarówno proste jak i bezwzględne. Zdałam sobie sprawę, że tkwię w bezruchu z kartką w dłoni, a moi najbliżsi wpatrują się we mnie z wyczekiwaniem.
Uśmiechnęłam się lekko, na co oblicza wszystkich pojaśniały.
- Nie dostałam się.
Rodzice zastygli z niewiadomym wyrazem twarzy, nie wiedząc jak się zachować. Constanza spojrzała po mnie z niedowierzaniem, jakby sądziła, że nie umiem czytać. Ale słowa były aż nazbyt wyraźnie widoczne. W umyśle znów pojawił się Sergio, razem ze zdaniem, które wypowiedział. Trzeba spojrzeć na życie realistycznie.
Spuściłam lekko głowę. Przecież nie mogło być cały czas prosto, prawda?
- Ej, Blanca, nie łam się! – Constanza pofatygowała się o entuzjastyczny ton. – Zostały nam jeszcze trzy koperty!
Podniosłam na nią wzrok i nie mogłam się nie uśmiechnąć, widząc determinację w jej oczach. Właśnie. Nie stracę zapału na pierwszej przeszkodzie.
- Co ma być, to będzie. – powiedziałam cicho, sięgając po kolejną kopertę z uśmiechem. Jeden z uniwersytetów w Detroit.
Mój uśmiech został starty dużo szybciej niż oczekiwałam.
Nic nie mówiąc sięgnęłam po trzecią kopertę. Uniwerytet Karoliński. Rozdarłam ją z narastającym zdenerwowaniem, próbując ukryć swoją panikę. Jednak przerażenie na stałe zagościło w moich oczach, gdy po raz trzeci stwierdzono, że nie jestem wystarczająco dobra, by uczęszczać do renomowanego uniwersytetu.
Chciałam sięgnąć po ostatnią kopertę, ale moje dłonie drżały tak bardzo, że nie byłam w stanie nawet zbliżyć dłoni do stołu.
- Córeczko… - zaczęła mama zduszonym głosem, ale urwała gdy moje dłonie zwinęły się w pięści.
To się nie dzieje naprawdę. Nie mogę przegrać na samym starcie. Nie po tym wszystkim co mówiłam o podbijaniu świata. Nie po tych wszystkich latach budowania stabilnych fundamentów.
Nie po śmianiu się w twarz tym wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli.
Zagryzłam dolną wargę prawie do krwi, gdy Constanza podsunęła mi pod nos ostatnią kopertę. Nie odezwałyśmy się do siebie ani słowem, ale tyle mi wystarczyło. Ten jeden gest. Odnalazłam w sobie resztki nadziei, biorąc kopertę do rąk. Miałam ochotę roześmiać się śmiechem pozbawionym wesołości. Jeśli nie dostałam się nawet do Detroit nie było szans na Nowy York.
Prześledziłam martwym wzrokiem tekst.
A następnie zerwałam się na równe nogi, zdzierając sobie gardło na szaleńczym wrzasku. Rodzice na początku spojrzeli na mnie z niepokojem, zwłaszcza, że dostrzegli łzy na moich policzkach. Jednak ja skakałam jak szalona po całym salonie, po czym zanosząc się już śmiechem a nie wrzaskiem, podciągnęłam moich rodziców i objęłam ich mocno.
Rozległ się dźwięk otwieranego szampana.
- Potraktuję to jako „tak, dostałam się”. – Constanza wyszczerzyła się do mnie, rozlewając szampan do kieliszków.
Nie byłam wstanie sklecić nic logicznego, łykając łzy szczęścia, więc tylko zdusiłam ją w uścisku pełnym ulgi. Uśmiechnęłam się.
Nadal jestem w grze.
***
Rozpoczął się ostatni tydzień lipca, a każde tyknięcie zegara przyprawiało mnie o dreszcze. Moje plany stawały się rzeczywiste.
Zaczynałam zamykać wszystkie sprawy jakie pozostały mi w Manaroli. Zgromadzona przeze mnie suma pieniędzy była żałośnie mała, ale powinna wystarczyć na przeżycie, dopóki nie znajdę sobie jakiejś pracy w Nowym Yorku.
Zaczerpnęłam powietrza, rozkoszując się tym jak pięknie to wszystko brzmiało. W Nowym Yorku.
Na moich ustach zakwitł uśmiech zwycięzcy, choć jeszcze niczego nie osiągnęłam.
Będę studiować w Nowym Yorku.
Ja, szara dziewczyna z małej mieściny we Włoszech.
Ja, Blanca Coletti.
Oparłam się murek za mną, wpatrując się w niebo. Był środek dnia, a na niebie świeciło jedynie słońce, samotne, bez żadnych chmur. Uśmiechnęłam się. W końcu słońce też było gwiazdą.
Mój telefon rozebrzmiał tym samym dzwonkiem, który ustawiłam przed laty, a ja sięgnęłam po niego, będąc pewna, że Sergio jednak nie ma zamiaru się pojawić i dzwoni powiadomić, że mnie wystawia. Uniosłam jedną brew do góry, gdy wyświetlacz pokazał imię Riccardo.
Przyjaciel zazwyczaj trzymał się granic przyzwoitości i nie dzwonił do mnie, gdy byłam na randkach.
Chociaż. To w sumie nawet nie jest randka, tylko próba pogodzenia się.
- Cześć, Ricc. – rzuciłam do słuchawki.
- Cześć, Blanca. Sorki, że dzwonię, kiedy jesteś z Sergiem, wiem że tego nie lubisz, ale akurat to muszę ci przekazać od zaraz. – jego głos był podekscytowany. – Spokojnie, postaram się to streścić.
- Luz, Ricc. Sergio nie raczył się jeszcze pojawić. – starałam się zabrzmieć nonszalancko. – Możesz nawet opowiedzieć wersję rozszerzoną.
- No dobra. – chłopak przytaknął, lekko zmieszany. – Pamiętasz mojego kuzyna Alessandra?
- No tak. Woził nas wszędzie z Constanzą, jak jeszcze był w kraju.
- Dokładnie ten. Studiuje jeszcze w Ameryce, niestety jakieś 2tys kilometrów od Nowego Yorku…
- Przerabialiśmy to niedawno, Ricc.
- Ale – ale! Uwaga, teraz zrobi się ciekawiej. – urwał na chwilę. – Otóż jego dziewczyna zmieniła uczelnię na jedną w Nowym Yorku. I ona miała tam taką jedną koleżankę, której brat, już dorosły, pracuje w spółce z nieruchomościami. I nie zgadniesz. Masz załatwiony apartamencik jakieś 3 kilometry od kampusu.
- Niee.
- Tak.
- Nie wierzę.
- To uwierz!
Dziękowałam wszystkim bogom, że prowadzimy tę rozmowę przez telefon i przyzwoitość powstrzymuje mnie od szaleńczego wrzasku, podobnego do tego, który podniosłam, gdy dostałam się na uniwersytet.
- Riccardo, nie wierzę. Jakim cudem… Jak… Ty…. Ty jesteś niemożliwy!
- Ma się te znajomości. – roześmiał się chłopak.
Pociągnęłam nosem nawet nie wiedząc, kiedy zdołałam się tak wzruszyć.
- Ej, Blanca, weź nie płacz. – rzucił już z większą troską Riccardo. – Ej, to serio nie jest powód do płaczu. Blanca, proszę… Weź przestań, bo sam zacznę ryczeć…
Uśmiechnęłam się pod nosem, żałując, że chłopak nie widzi uśmiechu jakim chcę go obdarzyć. Pociągnęłam nosem.
- Brakuje mi słów, by powiedzieć, jak bardzo wdzięczna jestem, Ricc. – powiedziałam cicho. – Tacy przyjaciele jak ty to prawdziwy skarb.
Coś ukłuło mnie w klatce piersiowej, jakby słowo „przyjaciel” nie pasowało. Jakbym wolała powiedzieć coś innego. Zacisnęłam dłoń przy sercu, marszcząc brwi.
- Takie dziewczyny jak ty to skarb. – powiedział po dłuższej chwili Riccardo.
- Ricc?
- Nie będę już ci przeszkadzał, Blanca. – słyszałam, że mówi te słowa z uśmiechem. – Baw się dobrze i pamiętaj, nie pozdrawiaj ode mnie Sergia.
Roześmiałam się i przytaknęłam.
Chłopak rozłączył się, a ja spojrzałam zdezorientowana na telefon, nie mogąc zrozumieć sama siebie. Starłam łzy szczęścia wierzchem dłoni, zdając sobie sprawę, że od dawna nie czułam się tak zagubiona.
Musiałam jednak odsunąć to od siebie, gdy dostrzegłam chłopaka idącego w moją stronę. Uśmiechnęłam się mimowolnie widząc go. Brakowało mi jego obecności w przeszłych dniach, zupełnie jakbym została bez ręki. Albo bez części duszy.
Byłam taka słaba. Miałam być twarda i miało mnie to nie obejść. Ale pokochałam Sergia zbyt mocno, by tak szybko być w stanie odrzucić to uczucie.
- Cześć. – bąknął na powitanie, zatrzymując się kilka kroków ode mnie.
- Cześć. – przywitałam się, patrząc się na niego ostrożnie.
W następnej chwili chłopak nachylił się i złożył delikatny pocałunek na moim czole, a ja pomyślałam, że wszystko znów będzie w porządku.
Owszem, Sergio uśmiechnął się do mnie rozbrajająco, ujął moją dłoń i zachowywał się tak jak normalny chłopak na randce ze swoją dziewczyną . Mimo, że nie sprawił ani razu, że uśmiech zszedł z mojej twarzy, odniosłam nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak. Że coś się zmieniło.
I patrząc na to teraz, z perspektywy czasu, nie wiem, czy podświadomie nie pasował mi fakt, że chłopak nawet nie próbował przeprosić, czy jego skrzętne omijanie tematów ważnych dla mnie w tamtym momencie.
***
Było ciepłe popołudnie, a ja akurat wracałam z drobnych zakupów, gdy usłyszałam jak Constanza wykrzykuje moje imię. Obróciłam się w stronę jej głosu, ściągając od razu słuchawki z uszu. Przyjaciółka machała mi, stojąc po drugiej stronie razem z panem Lotario, jej rehabilitantem i opiekunem.
Rozejrzałam się, czy nic nie jedzie i przebiegłam na ich stronę ulicy, pozdrawiając ich uniesieniem dłoni.
- Hej Consta! – wyszczerzyłam się, przybijając naszą piąteczkę, a następnie przeniosłam wzrok na rehabilitanta. – Dobry, panie Lotario.
- Dobry dobry, Blanca. – mężczyzna uśmiechnął się. Mijały już trzy lata od kiedy zaczął pracować z Constanzą i dostrzegałam różnice w jego wyglądzie. Jego czarne włosy poprzetykane były już siwizną, a on sam wydawał się starzeć coraz szybciej. Gdy zaczynał współpracę był już po pięćdziesiątce, ale jakby dopiero teraz sidła wieku zaczynały odznaczać na nim swe piętno. – Widzę, że jak zwykle jesteś w dobrym humorze.
- Ano. – posłałam rehabilantowi uśmiech i przeniosłam wzrok na Constanzę. – Czemuś żesz się tak wydzierała przez pół ulicy?
- Mam do ciebie sprawę. I w sumie prezent. – odparła luźno.
- Wiesz, urodziny mam w styczniu. – rzuciłam sarkastycznie.
Przyjaciółka spojrzała na mnie, unosząc jedną brew do góry, a ja uśmiechnęłam się chytrze i położyłam dłoń na biodrze.
- Dobra, wiem, wiem. Mam dać sobie na wstrzymanie z tym sarkazmem.
- No w końcu na to wpadłaś, Einsteinie. Jeszcze posłucham trochę tego twojego sarkazmu i oszaleję. – prychnęła, po czym obróciła wózek w stronę Lotaria. – Obstawiam, że Blanca nie zostawi mnie w jakimś rowie, więc raczej ma pan wolne resztę wieczoru.
- Jesteś pewna, Constanza? – mężczyzna spojrzał na mnie, jakby martwił się, czy zbytnio mnie nie przeforsuje. – Pilnowanie ciebie jest dość męczące.  
- Spokojnie, nawet gdyby to i tak nie daje mi żadnego wyboru. – wyszczerzyłam się do mężczyzny, gdy Constanza wbiła mi łokieć w brzuch.
- Skoro twierdzicie, że dacie sobie radę… - rzekł, wyzbywając się szybko swoich obaw. – Cóż, w końcu wolność. – przeciągnął się jakby dopiero co wstał i pożegnawszy się z nami, poszedł w swoim kierunku.  
- No więc… - zaczęłam, gdy rehabilitant zniknął z pola widzenia. – Co masz zamiar teraz robić? – spojrzałam na Constanzę.
Blondynka skrzyżowała ręce na piersi, po czym zabębniła palcami o bezwładne kolana.
- Większość naszych miejscówek odpada, bo jestem kaleką, ale…
- Nie ma rzeczy niemożliwych.
- Jak masz pomysł jak mnie wtaszczyć na dach garażu, to z chęcią wysłucham propozycji. – rzuciła sarkastycznie, ale gdy tylko otworzyłam usta, spojrzała na mnie krytycznie. – I nim cokolwiek powiesz, zastanów się jak mnie stamtąd ściągniesz.
Zamknęłam usta.
- Ale wracając. Powiedziałam, że „większość”, a nie „wszystkie…
Uśmiechnęłam się szelmowsko, w tym samym momencie co Constanza.
- Chyba myślimy o tym samym. – rzuciłam.
- Opuszczona kawiarenka na Via di Corniglia?
- Dokładnie.
***
- Nie wierzę, że to zarosło tak bardzo! – rzuciła Constanza, przedzierając się dzielnie swoim wózkiem przez krzaki. – Nie byłyśmy tu wieki!
- Coś od podstawówki, prawda? – mruknęłam do siebie, patrząc się na ruiny patia i bluszcz porastający ściany. – Chyba od kiedy to zamknęli.
- Gdzieś tak. – przytaknęła Constanza, rozglądając się jak małe dziecko. – Chociaż muszę przyznać, że taki wystrój jest swojego rodzaju… magiczny.
Uśmiechnęłam się, przyglądając się tarasowi nieczynnej od lat kawiarenki. Tarasik był zawsze zadaszony ażurowanymi plecionkami, po których leniwie pięły się winorośla, obecnie zmienione na bluszcz, który pochłaniał większą część ściany i murka wokół parceli. Niegdyś zadbany ogródek porósł chwastami i krzakami, a białe krzesełka poszarzały, farba odprysnęła w wielu miejscach, a przeszklone stoliki były pokruszone w wielu miejscach. Jednak Constanza miała rację. Coś w tym wszystkim było magicznego.
- Szkoda, że właściciel zwinął biznes. – westchnęłam przechadzając się po tarasie. Deski trzeszczały ostrzegawczo, ale zdawałam się tego nie dostrzegać. – Mieli najlepsze ciastka w Manaroli.
- Zdecydowanie. Ach, te wuzetki… - Constanza podjechała pod sam murek i wzięła w palce wiotką gałązkę bluszczu. Obróciła roślinkę w zamyśleniu, uśmiechając się delikatnie, z nutą nostalgii, zalana przez tony wspomnień.
Obróciłam się w jej stronę, przyglądając się przyjaciółce. Gdy gałązka zgrabnie ześlizgnęła się z jej dłoni, a dziewczyna spojrzała ponad murkiem, podeszłam do niej, a każdemu mojemu krokowi towarzyszyło ciche trzaśnięcie. Constanza oderwała na chwilę wzrok od widoku, przenosząc go na mnie.
- Pamiętasz jak Nicola zawsze siadała obok szafy grającej i podkręcała głośność, bo to trzeszczenie jej przeszkadzało? – wspomniała z uśmiechem.
- Pamiętam. – przytaknęłam, szczerząc się. – Za każdym razem jak stali klienci ją widzieli, przesiadali się najdalej od tej machiny. – posłałam krótkie spojrzenie w puste miejsce, z którego dobiegała kiedyś muzyka.
- Brakuje mi tutaj muzyki… - westchnęła dziewczyna, odwracając się z powrotem ku widokom. Kawiarenka usytuowana była przy jednym z wysokich klifów, na których położona była Manarola. Słońce, wędrujące powoli ku horyzontowi mieniło się w zmarszczonej tafli morza.
- Nawet jeśli grali tu tylko utwory jazzowe?
- Nawet jeśli. – przytaknęła z przekonaniem, po czym parsknęła pod nosem. – Boże, Riccardo zawsze tak zawodził jak go ciągałyśmy tutaj po szkole.
Zachichotałam, gdy w pamięci zamigotał mi obraz niskiego chłopaka w okularach ciągniętego przez dwie dziewczyny w stronę kawiarenki za oba ramiona.
- I ta Cristina, która zawsze chciała załagodzić sytuację. Spokojnie Riccardo, przecież nie musisz słuchać tej muzyki jeśli nie musisz! – starałam się naśladować delikatny głosik przyjaciółki, ale nie mogłam zawrzeć w nim wystarczająco dużo troski i delikatności.
- Jeśli znowu usiądziemy pod samym głośnikiem, to owszem, będę musiał! – Constanza z równym niepowodzeniem naśladowała naszego przyjaciela. – I Nicola, która zawsze patrzyła się na ten teatrzyk z odległości 5m, a potem po prostu szła kupić wuzetkę. – dodała blondynka, kręcąc głową.
- Zawsze mnie to zastanawiało – Riccardo za każdym razem powtarzał, że nie rozumie po jaką cholerę my go tam ciągniemy, a jednak cały czas się z nami trzymał.
- Cóż, załóżmy, że już jako dzieciak był cwany i wiedział, że kiedyś chłopaki pozazdroszczą mu znajomości z takimi cudownymi kobietami, jakimi stałyśmy się obecne. – rzuciła wyniośle, kładąc dłoń na piersi.
- Taa, wmawiaj sobie. – parsknęłam.
Szturchnęła mnie łokciem, śmiejąc się cicho.
Jednak po chwili ucichła, a jej oblicze skryło się za mglistym cieniem nostalgii. Nie powiedziałam nic, jedynie oparłam się o murek, wpatrując się w bezkres wody przed nami.
Wiedziałam o czym myśli dziewczyna. Dopiero teraz zdałyśmy sobie sprawę, że niegdyś taka błaha, niknąca w pamięci przelotnych klientów kawiarenka, kryje w sobie tyle wspomnień. A te wspomnienia dla większości ludzi wydadzą się bezwartościowe, choć dla nas są jednymi z cenniejszych. Uśmiechnęłam się lekko. Kawiarenka została zamknięta, kiedy byłam jeszcze dzieciakiem, więc żadne z naszej paczki nie przejęło się jej zamknięciem. Po prostu zmieniliśmy miejsce i tyle. Dopiero teraz, po praktycznie 10 latach, zaczynam odczuwać smutek i nostalgię, wiedząc, że te czasy nie wrócą.
A myśl, że nawet to co mam teraz, będę musiała wkrótce zostawić daleko za sobą, ukłuła mnie w sercu. I choć jest to coś, czego pragnę najbardziej na świecie, nie mogę pogodzić się z tym, co trzeba odtrącić, by osiągnąć cel.
- Trzymaj.
Wzdrygnęłam się, wyrwana gwałtownie z rozmyślań. Spojrzałam kątem oka na Constanzę, a potem na jej wyciągnięte ramię w moją stroną. Dostrzegłam malutką kopertę między jej palcami.
- Co to jest? – spytałam, przyglądając się jej z nieufnością.
- Prezent. – odparła Constanza, choć w jej głosie zabrzmiała niepewność.
Zmrużyłam oczy, patrząc się na przyjaciółkę. Dziewczyna fuknęła na mnie, podnosząc wzrok. Uniosłam jedną brew pytająco, a ona przekrzywiła głowę z niedowierzaniem.
- Po prostu to weź.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć na temat jej podejrzanego zachowania, ale w końcu zacisnęłam je w wąską kreskę i sięgnęłam po kopertę. Nie musiałam spoglądać na przyjaciółkę ponownie, by wiedzieć, że mam otworzyć to teraz.
Powstrzymałam się od sarkastycznych uwag. Constanza wyglądała na… przybitą. Jakby zdecydowała, że przegra walkę.
Otworzyłam kopertę, nie mając pojęcia co mogę tam zastać. Zastygłam w bezruchu, gdy w mojej dłoni wylądował bilet na samolot. Zamrugałam kilkakrotnie, po czym spojrzałam szeroko otwartymi, zielonymi oczami na przyjaciółkę. Dziewczyna nadęła policzki widząc moją minę i żachnęła się, krzyżując ramiona.
Przekrzywiłam głowę, nie wiedząc jak mam zareagować.
- Nie myślałam, że chcesz się mnie pozbyć tak szybko. – rzuciłam po dłuższej chwili, gdy do głowy nie przyszło mi nic innego niż sarkazm.
Constanza spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Wiem, wiem. – westchnęłam. – Wyczerpałam pokłady sarkazmu na dzisiaj.
Po tych słowach trwałyśmy w milczeniu przez dłuższą chwilę, a ja wpatrywałam się w bilet.  Gdy zobaczyłam datę, poczułam jak wielki ciężar zalega na moich barkach, wyciskając powietrze z płuc i zostawiając wszędzie swoisty ból, świadczący o zbliżającym się końcu. Wiedziałam od dawna, że będę musiała to wszystko zostawić. Wiedziałam. Jestem już dorosła, muszę ruszyć do przodu. Nabrałam drżąco powietrze, choć moje płuca nadal zaciskały się i zapadały coraz boleśniej, i odezwałam się spokojnie.
- Dlaczego dajesz mi akurat bilet? – spytałam cicho. – Przecież to kosztuje fortunę…
Urwałam gwałtownie, spostrzegając, że po policzkach Constanzy ściekają łzy. Dziewczyna spojrzała na mnie kątem oka, po czym gwałtownie przetarła oczy wierzchem dłoni. Spuściłam wzrok, wpatrując się w moje dłonie, trzymające bilet, mający być moim pierwszym krokiem. Zamknęłam oczy, zmagając się z wspomnieniami z całego życia, po czym powiedziałam słowa, które powinnam powiedzieć już długi czas temu.
- Nie wiem, czy to dobra decyzja.
Constanza wyprostowała się gwałtownie, po czym obróciła się w moją stronę, chwytając za ręce. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, dostrzegłam w jej oczach niedowierzanie i determinację. Jednak gdy zaczęła mówić, ujrzałam coś jeszcze. Głęboko ukryty ból, który został skrzętnie ukryty, a teraz został odsłonięty, bo całą swoją siłę musiała włożyć w wypowiedzenie tych słów.
- Blanca, nie możesz teraz się wahać! – wykrzyknęła, a jej głos załamał się z nadmiaru emocji. – Nie teraz, gdy jesteś tak blisko. Tak blisko! – zacisnęła palce na moich dłoniach. – Blanca, nie możesz zmarnować tak wielkiej szansy.
- Constanza, ja…
- Posłuchaj mnie… - skrzywiła się, próbując się uśmiechnąć. – Nie pozwolę ci zaprzepaścić tego wszystkiego. Chcesz żeby te tysiące zarwanych nocy, tony przeczytanych ksiąg, setki godzin poświęconych nauce przepadły i zostały zapomniane na kartkach historii? Naprawdę chcesz odsunąć od siebie wszystkie marzenia, tylko dlatego, że boisz się postawić następny krok?
- Nie boję się… - rzekłam, ale mój roztrzęsiony głos mnie zdradził, więc urwałam zdanie w połowie, nie znając dalszych słów, które powinnam powiedzieć. 
- Boisz się, widzę to! – Constanza jeszcze mocniej zacisnęła palce na moich dłoniach. – Boisz się zaczynać wszystko początku, zupełnie sama. Boisz się, że polegniesz. Przeraża cię myśl, że wszystko co osiągnęłaś do teraz, osiągnęłaś przez szczęście, a nie umiejętności. Boisz się, że stracisz przez to Sergia. – zaczerpnęła powietrza, a jej dłonie powoli zsunęły się z moich. Dziewczyna podniosła na mnie wzrok, uśmiechając się rozdzierająco przez łzy, które po chwili ściekały również po moich policzkach. – Boisz, się nas zostawić.
No tak.
Przejrzała mnie na wylot.
Spróbowałam przetrzeć płaczące oczy, ale mimo największych starań łzy dalej płynęły, a płuca szarpały w mojej klatce piersiowej, pragnąc uwolnić skrywany resztką sił szloch.
- Nie chcę cię zostawiać… - wyszeptałam, zaciskając dłoń przy sercu. – Chcę by czas się zatrzymał. Byśmy zawsze mogli pozostać wszyscy razem i żeby znowu wszystko było w porządku…
Constanza podjechała trochę bliżej mnie i objęła mnie w pasie, chowając twarz w mojej bluzce, by choć trochę ukryć łzy lecące po jej policzkach.
- Też nie chcę żebyś wyjeżdżała. – wyszeptała cicho. – Ale znienawidzę siebie, jeśli cię zatrzymam. Nie mogę cię zatrzymać. – wyłkała. – Manarola jest dla ciebie klatką, Blanca.
Przycisnęłam się do niej mocniej, chcąc znaleźć choć trochę siły. Tylko troszkę, by być w stanie zatrzymać czas. Cofnąć czas.
Nie znalazłam nic.
- Dlatego… - Constanza sięgnęła po bilet i wepchnęła mi go do kieszeni. – Dlatego daję ci ten bilet. Bo teraz nie będzie już odwrotu. Masz już otwartą, szeroką drogę, Blanca. I powinnaś nią podążyć, nieważne co.
- Nawet jeśli mam nią iść bez was? Bez ciebie, bez Riccardo, bez Sergia? Bez wszystkich, którzy zrobili dla mnie tak wiele?
- Nawet jeśli. – spróbowała przełknąć łzy i uśmiechnąć się. – Ale… Ale po prostu nie zapomnij. Bo ja nie mam zamiaru zapominać. Nigdy. – jej broda znów zaczęła drżeć. – Zrobiłaś dla mnie tak wiele, Blanca. Tak wiele. Nawet nie wiem co mam powiedzieć. Jak podziękować. Gdyby nie ty… Gdyby nie ty, nawet nie wiem, czym byłabym teraz. „Czy” byłabym teraz. Zawsze będę dla ciebie wsparciem, nawet jeśli będziemy daleko od siebie.
- I ja też. – obiecałam, nie mając wystarczająco siły by w końcu puścić ją z uścisku. – Nie mam zamiaru zapomnieć niczego. – wzięłam głęboki oddech, w którym w końcu poczułam powietrze. – Niczego.
Trwając tak jeszcze przez kilka chwil, trzymając w ramionach jedną z najważniejszych osób w całym moim życiu miałam wszystko, milczałyśmy. Nasza cisza była świadkiem huraganu pustoszącego nasze serca, siejącego wszędzie ból rozstania, ale zarówno kojącego deszczu, przynoszącego wzajemne zrozumienie i spokój.
- Wyśmieję wszystkich, którzy powiedzą, że prawdziwa przyjaźń nie istnieje. – wyszeptałam jeszcze, gdy odsunęłyśmy się od siebie po uścisku.
Dziewczyna zaśmiała się krótko i wyciągnęła ku mnie mały palec.
- Na zawsze?
Zahaczyłam swój palec o jej.
- Na zawsze.
Więcej słów nie było nam potrzebnych.
***
Od naszej rozmowy minął tydzień, a ja od tamtej chwili budziłam się i spoglądałam ze strachem na kalendarz. Poczułam uścisk w klatce, gdy cyfry wywrzeszczały mi w twarz, że zostało mi raptem 5 dni do wyjazdu. Wysunęłam nogi spod kołdry i przetarłam oczy. Nawet jeśli nie byłam w stanie skupić się na żadnej naukowej rzeczy, po prostu siadałam i wpatrywałam się w księżyc. Sunąc jak cień po pokoju zahaczyłam o walizkę i rozrzucone wokół rzecz. Mój wzrok zawisł na nich dłuższą chwilę. Od kilku dni usiłowałam zdecydować, co zabrać ze sobą jako „najpotrzebniejsze rzeczy” i najgorsze w tym wszystkim było to, że każdy przedmiot zdawał się na mnie patrzeć i uświadamiać mnie, jak wiele wspomnień jest w nim zawartych.
W jakiś sposób, to wszystko wydawało mi się strasznie smutne.
Zostawiłam walizkę w spokoju, licząc, że gdy skończę się pakować, zamknę wraz z wiekiem wszystkie trapiące mnie wątpliwości.
Jednak nim wyszłam z pokoju, spojrzałam przelotnie na bilet, licząc, że data zmieni się. Stale był to 8 sierpnia.
Westchnęłam, kręcąc głową. Byłam rozdarta.
Byłam rozdarta i obie drogi rozpościerające się przede mną skręcały ostro w zupełnie innych kierunkach.
Spojrzałam jeszcze po swoim pokoju, po czym zacisnęłam oczy i skierowałam się do kuchni. Zwinęłam dłonie w pięści, widząc na stole swoją ukochaną jajecznicę. Mama od kiedy zobaczyła bilet, przygotowała wszystkie moje ulubione dania, a tata, gdy myślał, że go nie widzę, zastygał w bezruchu z fotografiami w dłoniach.
Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam jeść, czując, że muszę wykorzystać te ostatnie dni najlepiej jak umiem.
***
- Nie sądzicie, że no nie wiem… Jesteśmy trochę za starzy na takie rzeczy? – spytałam ze zmieszaniem i zdezorientowaniem, trzymając szeroko otwarte drzwi. Nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby zaprosić przyjaciół do środka. Mrugałam gwałtownie, patrząc się na nich.
Constanza siedziała na wózku między nimi, trzymając na kolanach cały zapas śmieciowego jedzenia, szczerząc się do mnie przebiegle i nie pozostawiając mi żadnych wątpliwości, kto był pomysłodawcą. Po jej prawej stała Cristina, ze swoim najjaśniejszym uśmiechem, a jej pyzate policzki były czerwone z podekscytowania. Ramionami obejmowała koce i kilka uroczych pluszaków. Po lewej stronie Constanzy stała Nicola, ze swoim pokerowym wyrazem twarzy, ale dzielnie dzierżyła swoje kolce i śpiwór. Za nimi stał Riccardo, który zdecydowanie nie wyglądał, jakby zaciągnął się tutaj z nimi z własnego wyboru. Obłożony był toną reklamówek i wszystkich najpotrzebniejszych rzeczy, a dziewczyny założyły mu opaskę z kocimi uszkami na głowę.
Złapałam z nim na sekundę kontakt wzrokowy i jedyne co odczytałam z jego oczu to „Błagam, ratuj”.
- Wiek to tylko stan umysłu! – zarządziła Constanza, praktycznie taranując mnie w wejściu.
Odskoczyłam, patrząc na przyjaciół z pogłębiającym się zaskoczeniem.
- Przepraszamy za najście… - zawołała cicho Nicola, wchodząc do środka za dziewczynami. Skinęła głową mojemu tacie, który wychylił się z salonu i taksował ten teatrzyk ciekawskim spojrzeniem.
Riccardo wtoczył się ostatni do przedpokoju i zrzucił wszystkie bagaże ze zduszonym sapnięciem pełnym irytacji.
- Przypomnijcie mi, jakim cudem mnie do tego namówiłyście? – sapnął, masując się po krzyżach. Przybrał swoją ofuczoną minę, choć wszystkie doskonale wiedziałyśmy, że to tylko marna gra aktorska.
Nie miałam pojęcia jak przekonały chłopaka do tego, ale i tak odpowiedziałam z przyjaciółkami w tym samym momencie:
- Perswazja.
Spojrzałyśmy po sobie i zaniosłyśmy się śmiechem, zagłuszając Riccardo, który jęknął ze zmęczenia i przewrócił demonstracyjnie oczami. Kątem oka dostrzegłam, że jeden kącik ust chłopaka powędrował do góry, kiedy śmiałyśmy się. Nicola uspokoiła się jako pierwsza i spojrzała na przyjaciela z pokerową twarzą.
- Ale wiesz, że musisz nam to zanieść na piętro, prawda?
Chłopak szybko przybrał skwaszoną minę, a mięsień na jego twarzy zadrgał.
- Nawet o tym nie myśl. – mruknął. – Ja się zwijam.
- Nie chcesz zostać na piżama party? – Cristina przekrzywiła głowę pytająco, a jej dredy opadły na ramiona.
- Jakie niby „piżama party”? – wtrąciłam, ale moje słowa odbiły się od ich uszu jak groch od ściany.
- Myślałam, że niechciany samiec będzie ślinił się na samą myśl o spędzeniu wieczorku z dziewczynami w piżamach. – Constanza posłała mu konspiracyjne spojrzenie, trącając ramieniem.
Przytknęłam pięść do ust by nie parsknąć. Riccardo wydawał się być niewzruszony. Wpatrywał się przed siebie, w jakiś odległy punkt, który tylko on był w stanie dostrzec, prawdopodobnie światełko w tunelu.
- Nie, dziękuję. – powiedział. – Widzę was w piżamach od 10 roku życia, wystarczy mi. – odwrócił się ku drzwiom.
- Oj Riccaaaardoooo… - jęknęły dziewczyny, a ja Bóg wie dlaczego, dołączyłam się do nich.
Chłopak nim cokolwiek więcej powiedział, obrzucił mnie spojrzeniem, które mogło znaczyć tylko jedno. „Zdrajczyni”.
- Nie niszczcie mi bardziej życia. – rzekł zmęczonym głosem. – Przeraża mnie fakt, że byłem na większej ilości babskich wieczorków niż na męskich.
- A byłeś w ogóle na jakimkolwiek męskim? – spytała Nicola, ze szczerym zdziwieniem w głosie.
- Mogłaś sobie to darować. – Riccardo posłał jej zabójcze spojrzenie.
- Kiedy ja się pytam na serio. – Nicola wzruszyła ramionami.
– Nie wiedziałam, że miałeś… - zaczęła Constanza, ale ugryzła się w język widząc spojrzenie Riccardo. - Znaczy… że kumplowałeś się z innymi na tyle, by… - podjęła ponownie, z wahaniem w głosie.
Chłopak dramatycznie chwycił się za serce.
- Nie kończ, Consta. – odparł zbolałym głosem, aktorzyny ze spalonego teatru. – I tak wiem, że chciałaś powiedzieć „że miałem przyjaciół”.
Resztką sił zdusiłam kolejne parsknięcie i sięgnęłam po ramię przyjaciela z uśmieszkiem błądzącym po moich ustach.
- No dawaj, chodź z nami, nasz Rodzynku. – pociągnęłam go w głąb domu, a chłopak, o dziwo, od razu ustąpił. Dziewczyny zawiwatowały cicho i podążyły za nami. Chłopak automatycznie sięgnął po wózek Constanzy, pomagając jej podjechać po prowizorycznym podjeździe, mimo że dawno przekroczył swój niski limit ciężaru.
- Ale wiesz Riccardo, nie musisz się martwić, że przyjaźnisz się tylko z dziewczynami! Na pierwszy rzut oka nawet wygląda jakbyś miał powodzeniu wśród kobiet… - Cristina dotknęła jego ramienia delikatnie, uśmiechając się ciepło. Ricc spojrzał na nią, niezdolny do kłócenia się z jej troskliwą naturą.
- Cristina, proszę. Przestań. – wystękał tylko.
Zatrzymałam się gwałtownie przed swoim pokojem i spojrzałam po nich podejrzliwie.
- Chwila, właściwie jakie piżama party?
Niestety mieli nade mną przewagę liczebną, więc wiele nie mogłam zdziałać, gdy wepchnęli mnie do pokoju. Nicola obrzuciła Riccardo spokojnym spojrzeniem.
- Ty zdajesz sobie sprawę, że idziesz po te rzeczy, prawda?
Riccardo tylko zmrużył oczy, ale wrócił się po bagaże, mamrocząc coś pod nosem.
- Czy ktoś mi powie, co w to jest, czy mam was posądzić o nękanie? – spojrzałam po przyjaciółkach, które uśmiechnęły się do siebie chytrze.
Constanza uroczyście odkaszlnęła.
- Jako iż opuszczasz naszą kochaną rodzimą ojczyzną już za dwa dni, postanowiłyśmy zorganizować przyjęcie pożegnalne. – rzekła uroczyście.
Rozciągnęłam usta w uśmiechu, przekrzywiając głowę.
- I robicie mi piżama party? – zaśmiałam się mówiąc to.
- A i owszem! – Constanza wyrzuciła pięść do góry wojowniczo.
Wybuchłam śmiechem.
- Ale pomyśl o tym pozytywniej! Kiedy będziesz wspominać to swoim dzieciom, będzie to oryginalne! No bo, kto miał kiedykolwiek piżama party jako przyjęcie…
- JASNY GWINT. – dwa słowa wyprzedziły ogromny huk i kolejny stek przekleństw.
-…pożegnalne. – dokończyła Constanza, wytrzeszczając oczy i marszcząc brwi jednocześnie. Spojrzała w osłupieniu na drzwi, co zresztą zrobiłam również ja i Cristina.
- Ricc nie żyje. – wymamrotałam, wybiegając pierwsza z pokoju i zaglądając przez barierkę na dół schodów.
Chłopak leżał na plecach, z rozłożonymi ramionami i zdezorientowaną miną, a wokół niego i głównie na nim leżało wszystko co wzięły dziewczyny. Zaśmiał się bez cienia wesołości, patrząc się w sufit z niedowierzaniem.
- Ricc żyjesz? – spytałam, schodząc kilka schodków w dół. Usłyszałam jak Constanza podjeżdża za nami do szczytu schodów.
- Wiesz… Nie kazałam brać ci wszystkiego naraz. – rzekła tylko Nicola.
- Sadystka. – syknął chłopak, podnosząc się i trąc po obtłuczonych mięśniach.
- Na pewno wszystko gra? – spytałam, patrząc się na niego z zatroskaniem. Chłopak spojrzał mi przez sekundę w oczy, po czym od razu odwrócił wzrok i wymamrotał pod nosem, że nie umiera. – Może pomogę ci to zanieść. W końcu to moja impreza, nawet jeśli nie wiedziałam o niej kwadrans wcześniej.
Chłopak sięgnął po kilka koców i reklamówek.
- Spokojnie, dam radę. – uśmiechnął się, choć wszystkie doskonale wiedziałyśmy, że chłopak nie miał żadnych mięśni po latach spędzonych na statycznych zajęciach pokroju zatapiania się w lekturze i grania w gry wideo. – W końcu jestem facetem.
Jęknęłam ze zrezygnowaniem.
- Tylko nie potknij się znowu. – rzuciłam.
- A jak masz zamiar się potknąć, to daj ostrzeżenie. Drugi raz nie mogę tego przegapić. – Constanza wyszczerzyła się do niego szelmowsko. Chłopak spojrzał na nią spode łba, ale jeden kącik jego ust uniesiony był do góry.
- W twoich snach… - wystękał, wytężając wszystkie nieistniejące mięśnie.
- Jak dobrze, że faceci mają tą swoją nielogiczną dumę, dzięki której kobiety nie muszą niczego taszczyć. – westchnęła Nicola, kręcąc głową, lecz mimo tego przytrzymała drzwi od pokoju przyjacielowi.
Mój pokój zamienił się największe zbiorowisko koców, poduszek, śpiworów i mieszanek wszelkiego rodzaju chrupek jakie widziała Manarola. Zanosiliśmy się śmiechem w nowo-wybudowanym bunkrze z poduszek, który co chwila zawalał się nasze głowy. Ktoś puścił starą płytę z przebojami, więc co rusz urywaliśmy rozmowę, by zawyć jeden z hitów naszego dzieciństwa. Po podłodze walały się puszki po napojach gazowanych i papierki po chrupkach, ciastkach i innych kalorycznych rzeczach, które pochłanialiśmy w niezalecanie dużych ilościach. Przyjaciele, mimo iż uwielbiali alkohol, specjalnie dla mnie, wiedząc że mnie to brzydzi, nie przynieśli ani kropelki.
- Ej, a pamiętacie jak raz nocowaliśmy na mojej działce i znaleźliśmy projektor? – Cristina spojrzała po nas, leżąc i podpierając głowę na dłoniach.
- Pamiętam! – zaśmiała się Constanza, siedząca obok mnie praktycznie nieruchomo. – Stwierdziliśmy, że zrobimy noc filmową i rozwiesiliśmy prześcieradło na ścianie, które w końcu zerwało karnisz i zwaliło się na nas.
- W gwoli ścisłości… - odchrząknął Riccardo, praktycznie zadławiając się chrupkami serowymi, którymi opychał się od początku i wyglądał jak przekarmiony chomik. – To JA zostałem zmuszony do zawieszenia tego i to na MNIE zwalił się karnisz, zaraz po tym jak zleciałem z drabiny.
- Od zawsze wiedziałam, że masz upodobanie w spadaniu z różnego rodzaju schodów. – stwierdziła Nicola, dopijając 10 puszkę coli.
- Ej, robimy tak jeszcze raz? – Constanza ożywiła się, próbując podświadomie zerwać się do góry. Przez jej twarz przemknął cień, ale szybko zamaskowała go cichym chichotem.
- NIE. – odparłam natychmiast, dokładnie w tym samym momencie co Ricc.
Nasza synchronizacja wywołała kolejną salwę śmiechu.
W pewnym momencie, gdy zegar niespodziewanie wybił północ i oznajmił mi dobitnie, że został mi ostatni dzień, spojrzałam po upitych głupawką przyjaciołach i zapragnęłam zatrzymać czas. Po prostu w tym momencie, gdy wszyscy zdają się być pozbawieni własnych problemów i po prostu szczęśliwi. Kiedy wszyscy, których kocham są blisko mnie.
Lodowata dłoń zacisnęła mi się na sercu. Nie było tu Sergia. Rozszerzyłam gwałtownie oczy, zdając sobie sprawę z jeszcze jednej przerażającej rzeczy. Uczucie, które towarzyszyło tej myśli to nie tęsknota, tylko… akceptacja.
Kiedy to wszystko… kiedy „my” tak bardzo wykruszyliśmy się, że zostało praktycznie tylko „ja i on”?
Od dłuższego czasu spotykaliśmy się rzadziej, a nasze randki wydawały mi się być wymuszone i nienaturalne, a prawdę moje stwierdzenia podkreślał fakt, że z każdą chwilą chłopak coraz rzadziej pojawiał się w moich myślach, choć uporczywie próbowałam zachować go w bliskiej pamięci, tak jak kiedyś przychodziło mi to tak łatwo, że nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jednak po tym jak przekazałam mu, kiedy wylatuję, praktycznie nie rozmawialiśmy.
- Ej, Constanza złaź ze mnie! – mruknął Riccardo, gdy dziewczyna zaczęła się na niego osuwać.
- Ojej. Grawitacja działa na mnie mocnej… - powiedziała teatralnie, przygwożdżając chłopaka bardziej do ziemi.
- Serio, rusz się! Ważysz chyba z tonę!
- Moje nogi nagle odmówiły posłuszeństwa… - dodała nadal teatralnym głosem, przyduszając biedaka do ziemi.
- Ratujcie, kobieta mnie bije…
Cristina wybuchła salwą śmiechu, ale jej troskliwa natura wygrała i zainteresowała się tym, że Ricc również potrzebuje tlenu do życia. Constanza posłała chłopakowi szelmowskie spojrzenie, szczerząc się, gdy dziewczyny podciągały ją z powrotem na miejsce, gdy nagle poduszki znów spadły nam na głowę.
A ja patrzyłam się na nich, czując w sercu ciepło, widząc ich tak beztroskich jak jednak chłód, gdy zdałam sobie sprawę, że za kilkadziesiąt godzin nie będą już w moim zasięgu. To samo czułam, patrząc się na nocne niebo – ciepło na myśl, że jestem na dobrej drodze do spełnienia marzeń, jak również chłód, na myśl, że nie osiągnę niczego i do końca życia będę wpatrywać się w ten nieuchwytny bezkres.
Zamrugałam kilkakrotnie, czując jak moje wewnętrzne rozdarcie dochodzi do epicentrum.
- Blanca? – Constanza przerwała burzę śmiechu, trzaskania się poduszkami i owijania Riccardo w prześcieradło jak mumię, gdy zdała sobie sprawę, że w niej nie uczestniczę. – Coś się stało?
Przyjaciele uciszyli się trochę i posłali mi zaniepokojone spojrzenia. Zdałam sobie sprawę, że od dłuższej chwili siedzę z kolanami pod brodą, obejmując je ramionami i wpatrując się w pustkę, pogrążona w rozmyślaniach. Spojrzałam po nich, lekko zdezorientowana i uśmiechnęłam się słabo.
- Zastanawia mnie, dlaczego przyszliście 2 dni wcześniej. – powiedziałam, nie kłamiąc zbytnio, bo faktycznie zastanawiałam się nad tym wcześniej, choć nie była to rzecz, o której myślałam obecnie. A raczej „osoba”. – Przyjęcia pożegnalne są zazwyczaj na dzień przed wyjazdem.
Kogo ty oszukujesz, Blanca. Sergio nadal jest w twojej pamięci, tylko nie tak jak ty tego chcesz. Nie jest twoim upragnionym fundamentem, tylko kolejnym powodem rozdarcia, pchającym cię w zupełnie innym kierunku.
- Wyszłam z tym na rękę Sergiowi. – odparła Constanza. – Obstawiam, że będziecie się chcieli mieć jutro - w sumie to już dzisiaj – tylko dla siebie, więc…
Urwała, więc najwyraźniej nie ukryłam emocji w moich oczach.
- W sumie faktycznie… Nie pomyślałam o tym. – przyznałam szybko, zbyt szybko. Constanza odwróciła ode mnie wzrok, jakby było jej wstyd za tą decyzję.
- Byłam pewna, że coś zaplanowaliście. – powiedziała cicho, pochmurniejąc lekko.
- Nie rozmawialiśmy ostatnio zbyt dużo… - przyznałam cicho, uśmiechając się bez cienia radości. – Najwyraźniej nie może pogodzić się z tym, że wylatuję. Znaczy… próbowałam z nim rozmawiać, ale…
- Nie marnuj swoich słów na ludzi, którzy zasługują tylko na milczenie.
Spokojny, ale zarówno chłodny głos Nicoli przeszył powietrze jak ostrze. Po jej słowach zapadła napięta cisza, jakby każdy interpretował to samodzielnie. Jednak do mnie te słowa dotarły od razu. Nicola nie zawierała w nich ostrzenia, czy zwykłej życiowej rady, sformułowanej w specyficzny dla niej sposób. Nie. Wyraziła tym całą swoją pogardę, którą kierowała do Sergia.
Bolało mnie, ale już nie wiedziałam dlaczego.
- Nicola, o co…
- Przepraszam, że mówię to teraz i psuję nastrój ale… - dziewczyna bawiła się palcami. – Ale jeśli nie powiedziałabym tego dzisiaj, nie powiedziałabym tego nigdy. A źle bym się z tym czuła. – spojrzała na nas poważnie. – Blanca, wybacz, że mówię to teraz, gdy pewnie jesteś zagubiona, ale Sergio zachowuje się dla mnie dziwnie. Nie podoba mi się to jak cię traktuje, od… od tej imprezy u Ameriga. Nie chcę by jego egoistycznie i szowinistyczne pobudki ostatecznie spowolniły cię, czy w najgorszym wypadku nawet zatrzymały. – spuściła wzrok i westchnęła. – Wiem, że to mogę brzmieć jak hipokrytka, zwłaszcza, że sekretnie swatałam was od gimnazjum. – uśmiechnęła się słabo. – Ale wiecie, nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że go nienawidzę, czy coś, bo w sumie wcieleniem zła to on nie jest…
- Ja tam go nienawidzę i wcale nie ratuje go fakt, że „nie jest wcieleniem zła”. – prychnął Riccardo i widziałam po nim, że chce powiedzieć wiele więcej, ale spotykając się ze mną spojrzeniem, rezygnuje.
- Ty zawsze miałeś z nim jakieś wyimaginowane problemy. – wtrąciła Constanza.
- A ty zawsze musisz go brać w obronę. – syknął chłopak ze znużeniem. – Nawet po tylu latach i po tych wszystkich głupstwach, które odstawiał.
- To że ktoś popełnia błędy nie znaczy, że jest złym człowiekiem. – powiedziała cicho Constanza, obrzucając Ricca złowrogim spojrzeniem.
- A to, że ktoś postępuje dobrze, nie znaczy, że jest tym dobrym. – odparował chłopak, choć wcale nie zabrzmiało to jak riposta. Raczej jak… rodzaj głębokie rozżalenia.
- No ej, darujcie sobie. – parsknęła Cristina, siadając ostentacyjnie między nimi i mrugnęła do mnie konspiracyjnie.
A ja nadal siedziałam jak siedziałam, przeklinając siebie w duchu za to, że nigdy nie mogę znaleźć odpowiednich słów w odpowiednim czasie. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy na krótką chwilę. Miałam wrażenie, że dostałam dwie długo poszukiwane fragmenty układanki – jeden od Constanzy, a drugi od Ricca.
Uśmiechnęłam się.
- Ale mimo wszystko… Dziękuję, że przyszliście. Nawet nie wiecie ile to dla mnie… znaczy… - zająknęłam się pod koniec, czując, że za chwilę zacznę płakać.
- Nie, błagam, Blanca nie zaczynaj się wzruszać, bo reszta też zacznie ryczeć. A ja zacznę ryczeć z wami, a chcę pozostawić choć cząstkę mego męstwa, zszarganego babskim wieczorkiem.
Zaśmiałam się, ocierając pojawiające się łzy wierzchem dłoni. Obdarzyłam Riccardo wdzięcznym uśmiechem, na co chłopak odpowiedział tym samym, przekrzywiając lekko głowę. Po chwili przeciągnął się i spojrzał na zegarek.
- Będę musiał się zbierać. – stwierdził. – Matka mnie wydziedziczy, a potem ukatrupi jeśli będę spał z czwórką biednych niewiast w jednym pokoju. Znowu.
Po pokoju przetoczył się chichot, przeradzający się w odprężony śmiech.
Chłopak spojrzał na Constanzę.
- Przepraszam, za… no wiesz.
- No wiem. – przytaknęła, patrząc się na niego kątem oka. – Ja też.
- Dobranoc, moje niewiasty. – rzucił jeszcze, po czym zniknął w odmętach mojego domu. Podniosłam się nieśpiesznie, strzepując okruszki z dresowych spodni piżamy.
- Pójdę za nim zamknąć. – powiedziałam i podążyłam za przyjacielem.
Zastałam go już zakładającego buty. Słysząc moje kroki, uśmiechnął się szelmowsko.
- Co tam, Blanca? Czyżbyś bała się nie trafię do wyjścia.
- Bałam się, że spadłeś ze schodów.
Rozszerzył uśmiech, choć było w nim trochę melancholii. Otworzył nawet usta by coś powiedzieć, ale w końcu zamknął je i uśmiechnął się do siebie, uśmiechem przegranego. W pewnym momencie spojrzał prosto w moje oczy, jakby spoglądał w przeczytaną wielokrotnie księgę.
- Pamiętasz, co kiedyś ci powiedziałem? – spytał cicho. – Żebyś nigdy nie zmuszała się do niczego.
Przyjrzałam się mu uważnie, czując gulę w gardle.
- Pamiętam. – przytaknęłam.
Chłopak znów się uśmiechnął.
- W takim razie dobrze. – powiedział, po czym przytulił mnie. – Dobranoc, Blanca.
W pierwszej chwili byłam tak zdezorientowana, że zapomniałam odwzajemnić uścisk. Chłopak tak rzadko bawił się w takie ceregiele jak całusy w policzek czy uścisku, że dopiero po chwili przyciągnęłam go do siebie i schowałam twarz w zagłębieniu jego ramienia. Poczułam jak znowu łzy wzruszenia kręcą mi się w oczach.
Będzie mi go tak brakować.
- Dobranoc, Ricc. – powiedziałam cicho, chcąc go puścić, jednak chłopak przytrzymał mnie chwilę dłużej.
- To jeszcze nie jest nasze ostatecznie pożegnanie. – szepnął mi do ucha, po czym odsunął się powoli, uśmiechając się, choć oczy miał smutne. – Pamiętaj.
Uśmiechnęłam się nostalgicznie, przekrzywiając głowę, po czym zamknęłam za nim drzwi, gdy zniknął w mroku krętych uliczek.
- Pamiętam.
***
Leżałam otulona promykami wschodzącego słońca, nie mogąc zmusić się do snu. Nasze piżama party przeciągnęło się do 4 i, gdy Nicola zobaczyła, że niebo rozjaśnia się, momentalnie zasnęła, a Cristina chwilę później poszła w jej ślady. Słyszałam ich ciche pochrapywanie, gdy co rusz przepychały się przez sen w śpiworach.
Westchnęłam głęboko, czując kłucie w piersi.
Czas nie był bezlitosny. Biegł tak samo jak wcześniej. Tylko mi się zdawało, że przyśpieszył.
- Nie śpisz, prawda? – szept Constanzy zabrzmiał jak krzyk, ale mimo to Nicola i Cristina nie poruszyły się.
- Trudno by było. – przyznałam.
- Stresujesz się?
- Podciągnęłabym to pod ekscytację… - mruknęłam. Constanza parsknęła i z wysiłkiem obróciła się w moją stronę.
- Już widzę. Blanca i ekscytacja. Tak samo jak ty i trema oraz rozmyślanie o problemach egzystencjalnych.
Szturchnęłam ją w ramię, na co zachichotała.
Leżała nieruchomo, co wydawało się być jedyną istotną rzeczą, która zmieniła się od kiedy ostatnio nocowałyśmy razem.
Przyjaciółka spuściła wzrok, uśmiechając się delikatnie, ale i tak dostrzegłam jak wiele emocji przelało się przez jej brązowe oczy w tamtej chwili.
- Pamiętaj… - szepnęła cicho. – Pamiętaj, że ostateczna decyzja zawsze należy do ciebie. – sięgnęła po moją dłoń i ścisnęła ją, tak jak robiłyśmy to, gdy byłyśmy małymi dziewczynkami.
Odwzajemniłam uścisk.
- Do ciebie też. – odpowiedziałam, licząc, że Constanza zrozumie co chcę jej tym przekazać.
Byłam pewna, że zrozumiała, gdy uśmiechnęła się demonicznie, jakby znów miała zamiar zawojować światem, a chwilę później zasnęła, nadal trzymając moją dłoń.
Ja natomiast leżałam, trwając w bezsenności dopóki wszystkie na nowo się nie zbudziły i liczyłam sekundy do startu samolotu.
Gdzieś w tym całym chaosie zaczynałam widzieć ład.

Ład, który nie koniecznie był tym wymarzonym, ale po prostu był.