Rozdział 14
Licząc
gwiazdy
Nie rozmawiałam praktycznie z Sergiem od
tamtego wyjścia do kina. Po kilku dniach postanowiłam do niego zadzwonić, ale
odrzucił moje połączenie i nawet nie miał zamiaru oddzwonić. Dlatego wzięłam
kilka głębokich oddechów i spojrzałam na sprawę racjonalnie. Nie miałam czasu
na użeranie się z jego humorami. Mam własny honor i własne życie.
Wzięłam głęboki oddech, gdy obraz
chłopaka znów pojawił się w mojej głowie. Zaklęłam cicho pod nosem. Nie mam
zamiaru przepraszać go za jego pomyłki. Przeciągnęłam się, przecierając sennie
oczy. Wybił ostatni kwadrans mojej zmiany na recepcji, więc dochodziła 22.
Im bliżej byłam powrotu, tym czułam
większy stres.
Dzisiaj rano otrzymałam kilka odpowiedzi
z uniwersytetów. Chciałam bez większych ceregieli otworzyć je przed wyjściem do
pracy, ale Constanza wyrwała mi koperty z dłoni i powiedziała, że zaczekamy do
odpowiedniejszej chwili. Nie wiem, czy noc jest dla niej odpowiednią porą na
takie sprawy, ale przytaknęłam niechętnie, głownie dlatego, że byłam
praktycznie spóźniona.
Wybrałam okrężną drogę do domu.
Wszystko miało się teraz rozwiązać.
Miało mi udowodnić, że jestem w stanie osiągnąć to czego chcę. Na razie
wszystkie uniwersytety są w zasięgu mojej ręki, ale po otwarciu kopert…
Możliwe, że nie dostanę się do żadnego.
Pokręciłam zawzięcie głową, nie chcąc
dopuszczać tej myśli do siebie. Zawróciłam i poszłam skrótem do domu. Wieszając
bluzę na wieszaku, zajrzałam do salonu i zmarszczyłam brwi.
- Wy naprawdę szukacie pretekstów do
picia szampana. – stwierdziłam sarkastycznie, widząc mojego tatę i Constanzę z
dwiema butelkami szampana.
Dziewczyna roześmiała się głośno.
- To nie jest pretekst, tylko bardzo
dobry powód! – machnęła na mnie ręką, zapraszając do własnego salonu. – Chodź
szybciej, czekałam na to cały dzień.
- Mam wrażenie, że ekscytujecie się
bardziej niż ja. – mruknęłam, choć nie była to prawda. Ręce drżały mi tak
bardzo, że miałabym problem z napisaniem własnego imienia. By to ukryć włożyłam
dłonie do tylnych kieszeni spodenek.
- Cały dzień chodzę jak na szpilkach,
gwiazdeczko. – rzuciła moja mama, stawiając zawczasu 4 kieliszki. – Więc proszę
cię, nie męcz swojej rodzicielki dłużej i pośpiesz się.
- Przypominam, że chciałam otwierać to
już rano, ale ktoś mi przeszkodził. – spojrzałam na Constanzę kątem oka.
- I dobrze! – tato pacnął dłonią w
kolano. – Każdy pretekst do świętowania jest dobry!
- Powód. – skorygowała konspiracyjnie
Constanza, zanosząc się udawanym kaszlem. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem,
zduszając w piersi śmiech.
- Każdy powód do świętowania jest dobry!
– powtórzył tato z zachowaną poprawnością polityczną.
Roześmiałam się, rozluźniając się lekko.
Miałam wrażenie, że rodzice spojrzeli po sobie z delikatnymi uśmiechami.
Opadłam na skraj sofy, a Constanza wręczyła mi uroczyście koperty.
Tykanie zegara naraz stało się
uciążliwe.
Przekładałam cztery koperty tak powoli
jak się dało, jakbym zastanawiała się od czego mam zacząć. Wiedziałam od dawna,
co otworzę jako pierwsze. Mój wzrok zatrzymał się na kopercie z adresem
Waszyngtonu. Na chwilę zapomniałam jak się oddycha. Wszystko rozegra się raptem
w dwóch czy trzech słowach. Cała moja przyszłość zawarta jest w raptem kilku
atramentowych słowach. Dostała się/Nie dostała się.
Constanza położyła dłoń na moim
ramieniu, nie podnosząc jednak na mnie wzroku. Przygryzając dolną wargę,
rozdarłam papier i rozłożyłam dokument. Rodzice nie zaglądali mi przez ramię,
czekając w cichym napięciu na moją reakcję. Constanza zachowywała się podobnie.
Przebiegłam wzrokiem po pierwszych
linijkach tekstu i rzeczywistość stała się tak ciemna jak atramentowe słowa,
zarówno proste jak i bezwzględne. Zdałam sobie sprawę, że tkwię w bezruchu z
kartką w dłoni, a moi najbliżsi wpatrują się we mnie z wyczekiwaniem.
Uśmiechnęłam się lekko, na co oblicza
wszystkich pojaśniały.
- Nie dostałam się.
Rodzice zastygli z niewiadomym wyrazem
twarzy, nie wiedząc jak się zachować. Constanza spojrzała po mnie z
niedowierzaniem, jakby sądziła, że nie umiem czytać. Ale słowa były aż nazbyt
wyraźnie widoczne. W umyśle znów pojawił się Sergio, razem ze zdaniem, które
wypowiedział. Trzeba spojrzeć na życie realistycznie.
Spuściłam lekko głowę. Przecież nie
mogło być cały czas prosto, prawda?
- Ej, Blanca, nie łam się! – Constanza
pofatygowała się o entuzjastyczny ton. – Zostały nam jeszcze trzy koperty!
Podniosłam na nią wzrok i nie mogłam się
nie uśmiechnąć, widząc determinację w jej oczach. Właśnie. Nie stracę zapału na
pierwszej przeszkodzie.
- Co ma być, to będzie. – powiedziałam
cicho, sięgając po kolejną kopertę z uśmiechem. Jeden z uniwersytetów w
Detroit.
Mój uśmiech został starty dużo szybciej
niż oczekiwałam.
Nic nie mówiąc sięgnęłam po trzecią
kopertę. Uniwerytet Karoliński. Rozdarłam ją z narastającym zdenerwowaniem,
próbując ukryć swoją panikę. Jednak przerażenie na stałe zagościło w moich
oczach, gdy po raz trzeci stwierdzono, że nie jestem wystarczająco dobra, by
uczęszczać do renomowanego uniwersytetu.
Chciałam sięgnąć po ostatnią kopertę,
ale moje dłonie drżały tak bardzo, że nie byłam w stanie nawet zbliżyć dłoni do
stołu.
- Córeczko… - zaczęła mama zduszonym
głosem, ale urwała gdy moje dłonie zwinęły się w pięści.
To się nie dzieje naprawdę. Nie mogę
przegrać na samym starcie. Nie po tym wszystkim co mówiłam o podbijaniu świata.
Nie po tych wszystkich latach budowania stabilnych fundamentów.
Nie po śmianiu się w twarz tym
wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli.
Zagryzłam dolną wargę prawie do krwi,
gdy Constanza podsunęła mi pod nos ostatnią kopertę. Nie odezwałyśmy się do
siebie ani słowem, ale tyle mi wystarczyło. Ten jeden gest. Odnalazłam w sobie
resztki nadziei, biorąc kopertę do rąk. Miałam ochotę roześmiać się śmiechem
pozbawionym wesołości. Jeśli nie dostałam się nawet do Detroit nie było szans
na Nowy York.
Prześledziłam martwym wzrokiem tekst.
A następnie zerwałam się na równe nogi,
zdzierając sobie gardło na szaleńczym wrzasku. Rodzice na początku spojrzeli na
mnie z niepokojem, zwłaszcza, że dostrzegli łzy na moich policzkach. Jednak ja
skakałam jak szalona po całym salonie, po czym zanosząc się już śmiechem a nie
wrzaskiem, podciągnęłam moich rodziców i objęłam ich mocno.
Rozległ się dźwięk otwieranego szampana.
- Potraktuję to jako „tak, dostałam
się”. – Constanza wyszczerzyła się do mnie, rozlewając szampan do kieliszków.
Nie byłam wstanie sklecić nic
logicznego, łykając łzy szczęścia, więc tylko zdusiłam ją w uścisku pełnym
ulgi. Uśmiechnęłam się.
Nadal jestem w grze.
***
Rozpoczął się ostatni tydzień lipca, a
każde tyknięcie zegara przyprawiało mnie o dreszcze. Moje plany stawały się
rzeczywiste.
Zaczynałam zamykać wszystkie sprawy
jakie pozostały mi w Manaroli. Zgromadzona przeze mnie suma pieniędzy była
żałośnie mała, ale powinna wystarczyć na przeżycie, dopóki nie znajdę sobie
jakiejś pracy w Nowym Yorku.
Zaczerpnęłam powietrza, rozkoszując się
tym jak pięknie to wszystko brzmiało. W Nowym Yorku.
Na moich ustach zakwitł uśmiech
zwycięzcy, choć jeszcze niczego nie osiągnęłam.
Będę studiować w Nowym Yorku.
Ja, szara dziewczyna z małej mieściny we
Włoszech.
Ja, Blanca Coletti.
Oparłam się murek za mną, wpatrując się
w niebo. Był środek dnia, a na niebie świeciło jedynie słońce, samotne, bez
żadnych chmur. Uśmiechnęłam się. W końcu słońce też było gwiazdą.
Mój telefon rozebrzmiał tym samym
dzwonkiem, który ustawiłam przed laty, a ja sięgnęłam po niego, będąc pewna, że
Sergio jednak nie ma zamiaru się pojawić i dzwoni powiadomić, że mnie wystawia.
Uniosłam jedną brew do góry, gdy wyświetlacz pokazał imię Riccardo.
Przyjaciel zazwyczaj trzymał się granic
przyzwoitości i nie dzwonił do mnie, gdy byłam na randkach.
Chociaż. To w sumie nawet nie jest
randka, tylko próba pogodzenia się.
- Cześć, Ricc. – rzuciłam do słuchawki.
- Cześć, Blanca. Sorki, że dzwonię,
kiedy jesteś z Sergiem, wiem że tego nie lubisz, ale akurat to muszę ci
przekazać od zaraz. – jego głos był podekscytowany. – Spokojnie, postaram się
to streścić.
- Luz, Ricc. Sergio nie raczył się
jeszcze pojawić. – starałam się zabrzmieć nonszalancko. – Możesz nawet
opowiedzieć wersję rozszerzoną.
- No dobra. – chłopak przytaknął, lekko
zmieszany. – Pamiętasz mojego kuzyna Alessandra?
- No tak. Woził nas wszędzie z
Constanzą, jak jeszcze był w kraju.
- Dokładnie ten. Studiuje jeszcze w
Ameryce, niestety jakieś 2tys kilometrów od Nowego Yorku…
- Przerabialiśmy to niedawno, Ricc.
- Ale – ale! Uwaga, teraz zrobi się
ciekawiej. – urwał na chwilę. – Otóż jego dziewczyna zmieniła uczelnię na jedną
w Nowym Yorku. I ona miała tam taką jedną koleżankę, której brat, już dorosły,
pracuje w spółce z nieruchomościami. I nie zgadniesz. Masz załatwiony
apartamencik jakieś 3 kilometry od kampusu.
- Niee.
- Tak.
- Nie wierzę.
- To uwierz!
Dziękowałam wszystkim bogom, że
prowadzimy tę rozmowę przez telefon i przyzwoitość powstrzymuje mnie od
szaleńczego wrzasku, podobnego do tego, który podniosłam, gdy dostałam się na
uniwersytet.
- Riccardo, nie wierzę. Jakim cudem…
Jak… Ty…. Ty jesteś niemożliwy!
- Ma się te znajomości. – roześmiał się
chłopak.
Pociągnęłam nosem nawet nie wiedząc,
kiedy zdołałam się tak wzruszyć.
- Ej, Blanca, weź nie płacz. – rzucił
już z większą troską Riccardo. – Ej, to serio nie jest powód do płaczu. Blanca,
proszę… Weź przestań, bo sam zacznę ryczeć…
Uśmiechnęłam się pod nosem, żałując, że
chłopak nie widzi uśmiechu jakim chcę go obdarzyć. Pociągnęłam nosem.
- Brakuje mi słów, by powiedzieć, jak
bardzo wdzięczna jestem, Ricc. – powiedziałam cicho. – Tacy przyjaciele jak ty
to prawdziwy skarb.
Coś ukłuło mnie w klatce piersiowej,
jakby słowo „przyjaciel” nie pasowało. Jakbym wolała powiedzieć coś innego.
Zacisnęłam dłoń przy sercu, marszcząc brwi.
- Takie dziewczyny jak ty to skarb. –
powiedział po dłuższej chwili Riccardo.
- Ricc?
- Nie będę już ci przeszkadzał, Blanca.
– słyszałam, że mówi te słowa z uśmiechem. – Baw się dobrze i pamiętaj, nie
pozdrawiaj ode mnie Sergia.
Roześmiałam się i przytaknęłam.
Chłopak rozłączył się, a ja spojrzałam
zdezorientowana na telefon, nie mogąc zrozumieć sama siebie. Starłam łzy
szczęścia wierzchem dłoni, zdając sobie sprawę, że od dawna nie czułam się tak
zagubiona.
Musiałam jednak odsunąć to od siebie,
gdy dostrzegłam chłopaka idącego w moją stronę. Uśmiechnęłam się mimowolnie
widząc go. Brakowało mi jego obecności w przeszłych dniach, zupełnie jakbym
została bez ręki. Albo bez części duszy.
Byłam taka słaba. Miałam być twarda i
miało mnie to nie obejść. Ale pokochałam Sergia zbyt mocno, by tak szybko być w
stanie odrzucić to uczucie.
- Cześć. – bąknął na powitanie,
zatrzymując się kilka kroków ode mnie.
- Cześć. – przywitałam się, patrząc się
na niego ostrożnie.
W następnej chwili chłopak nachylił się
i złożył delikatny pocałunek na moim czole, a ja pomyślałam, że wszystko znów
będzie w porządku.
Owszem, Sergio uśmiechnął się do mnie
rozbrajająco, ujął moją dłoń i zachowywał się tak jak normalny chłopak na
randce ze swoją dziewczyną . Mimo, że nie sprawił ani razu, że uśmiech zszedł z
mojej twarzy, odniosłam nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak. Że coś się
zmieniło.
I patrząc na to teraz, z perspektywy
czasu, nie wiem, czy podświadomie nie pasował mi fakt, że chłopak nawet nie
próbował przeprosić, czy jego skrzętne omijanie tematów ważnych dla mnie w
tamtym momencie.
***
Było ciepłe popołudnie, a ja akurat
wracałam z drobnych zakupów, gdy usłyszałam jak Constanza wykrzykuje moje imię.
Obróciłam się w stronę jej głosu, ściągając od razu słuchawki z uszu.
Przyjaciółka machała mi, stojąc po drugiej stronie razem z panem Lotario, jej
rehabilitantem i opiekunem.
Rozejrzałam się, czy nic nie jedzie i
przebiegłam na ich stronę ulicy, pozdrawiając ich uniesieniem dłoni.
- Hej Consta! – wyszczerzyłam się,
przybijając naszą piąteczkę, a następnie przeniosłam wzrok na rehabilitanta. –
Dobry, panie Lotario.
- Dobry dobry, Blanca. – mężczyzna
uśmiechnął się. Mijały już trzy lata od kiedy zaczął pracować z Constanzą i
dostrzegałam różnice w jego wyglądzie. Jego czarne włosy poprzetykane były już
siwizną, a on sam wydawał się starzeć coraz szybciej. Gdy zaczynał współpracę
był już po pięćdziesiątce, ale jakby dopiero teraz sidła wieku zaczynały
odznaczać na nim swe piętno. – Widzę, że jak zwykle jesteś w dobrym humorze.
- Ano. – posłałam rehabilantowi uśmiech
i przeniosłam wzrok na Constanzę. – Czemuś żesz się tak wydzierała przez pół
ulicy?
- Mam do ciebie sprawę. I w sumie
prezent. – odparła luźno.
- Wiesz, urodziny mam w styczniu. –
rzuciłam sarkastycznie.
Przyjaciółka spojrzała na mnie, unosząc
jedną brew do góry, a ja uśmiechnęłam się chytrze i położyłam dłoń na biodrze.
- Dobra, wiem, wiem. Mam dać sobie na
wstrzymanie z tym sarkazmem.
- No w końcu na to wpadłaś, Einsteinie. Jeszcze
posłucham trochę tego twojego sarkazmu i oszaleję. – prychnęła, po czym
obróciła wózek w stronę Lotaria. – Obstawiam, że Blanca nie zostawi mnie w
jakimś rowie, więc raczej ma pan wolne resztę wieczoru.
- Jesteś pewna, Constanza? – mężczyzna
spojrzał na mnie, jakby martwił się, czy zbytnio mnie nie przeforsuje. –
Pilnowanie ciebie jest dość męczące.
- Spokojnie, nawet gdyby to i tak nie
daje mi żadnego wyboru. – wyszczerzyłam się do mężczyzny, gdy Constanza wbiła
mi łokieć w brzuch.
- Skoro twierdzicie, że dacie sobie
radę… - rzekł, wyzbywając się szybko swoich obaw. – Cóż, w końcu wolność. –
przeciągnął się jakby dopiero co wstał i pożegnawszy się z nami, poszedł w
swoim kierunku.
- No więc… - zaczęłam, gdy rehabilitant
zniknął z pola widzenia. – Co masz zamiar teraz robić? – spojrzałam na
Constanzę.
Blondynka skrzyżowała ręce na piersi, po
czym zabębniła palcami o bezwładne kolana.
- Większość naszych miejscówek odpada,
bo jestem kaleką, ale…
- Nie ma rzeczy niemożliwych.
- Jak masz pomysł jak mnie wtaszczyć na
dach garażu, to z chęcią wysłucham propozycji. – rzuciła sarkastycznie, ale gdy
tylko otworzyłam usta, spojrzała na mnie krytycznie. – I nim cokolwiek powiesz,
zastanów się jak mnie stamtąd ściągniesz.
Zamknęłam usta.
- Ale wracając. Powiedziałam, że
„większość”, a nie „wszystkie…
Uśmiechnęłam się szelmowsko, w tym samym
momencie co Constanza.
- Chyba myślimy o tym samym. – rzuciłam.
- Opuszczona kawiarenka na Via di
Corniglia?
- Dokładnie.
***
- Nie wierzę, że to zarosło tak bardzo!
– rzuciła Constanza, przedzierając się dzielnie swoim wózkiem przez krzaki. –
Nie byłyśmy tu wieki!
- Coś od podstawówki, prawda? –
mruknęłam do siebie, patrząc się na ruiny patia i bluszcz porastający ściany. –
Chyba od kiedy to zamknęli.
- Gdzieś tak. – przytaknęła Constanza,
rozglądając się jak małe dziecko. – Chociaż muszę przyznać, że taki wystrój
jest swojego rodzaju… magiczny.
Uśmiechnęłam się, przyglądając się
tarasowi nieczynnej od lat kawiarenki. Tarasik był zawsze zadaszony ażurowanymi
plecionkami, po których leniwie pięły się winorośla, obecnie zmienione na
bluszcz, który pochłaniał większą część ściany i murka wokół parceli. Niegdyś
zadbany ogródek porósł chwastami i krzakami, a białe krzesełka poszarzały,
farba odprysnęła w wielu miejscach, a przeszklone stoliki były pokruszone w
wielu miejscach. Jednak Constanza miała rację. Coś w tym wszystkim było
magicznego.
- Szkoda, że właściciel zwinął biznes. –
westchnęłam przechadzając się po tarasie. Deski trzeszczały ostrzegawczo, ale
zdawałam się tego nie dostrzegać. – Mieli najlepsze ciastka w Manaroli.
- Zdecydowanie. Ach, te wuzetki… -
Constanza podjechała pod sam murek i wzięła w palce wiotką gałązkę bluszczu.
Obróciła roślinkę w zamyśleniu, uśmiechając się delikatnie, z nutą nostalgii,
zalana przez tony wspomnień.
Obróciłam się w jej stronę, przyglądając
się przyjaciółce. Gdy gałązka zgrabnie ześlizgnęła się z jej dłoni, a
dziewczyna spojrzała ponad murkiem, podeszłam do niej, a każdemu mojemu krokowi
towarzyszyło ciche trzaśnięcie. Constanza oderwała na chwilę wzrok od widoku,
przenosząc go na mnie.
- Pamiętasz jak Nicola zawsze siadała
obok szafy grającej i podkręcała głośność, bo to trzeszczenie jej
przeszkadzało? – wspomniała z uśmiechem.
- Pamiętam. – przytaknęłam, szczerząc
się. – Za każdym razem jak stali klienci ją widzieli, przesiadali się najdalej
od tej machiny. – posłałam krótkie spojrzenie w puste miejsce, z którego
dobiegała kiedyś muzyka.
- Brakuje mi tutaj muzyki… - westchnęła
dziewczyna, odwracając się z powrotem ku widokom. Kawiarenka usytuowana była
przy jednym z wysokich klifów, na których położona była Manarola. Słońce,
wędrujące powoli ku horyzontowi mieniło się w zmarszczonej tafli morza.
- Nawet jeśli grali tu tylko utwory
jazzowe?
- Nawet jeśli. – przytaknęła z
przekonaniem, po czym parsknęła pod nosem. – Boże, Riccardo zawsze tak zawodził
jak go ciągałyśmy tutaj po szkole.
Zachichotałam, gdy w pamięci zamigotał
mi obraz niskiego chłopaka w okularach ciągniętego przez dwie dziewczyny w
stronę kawiarenki za oba ramiona.
- I ta Cristina, która zawsze chciała
załagodzić sytuację. Spokojnie Riccardo,
przecież nie musisz słuchać tej muzyki jeśli nie musisz! – starałam się
naśladować delikatny głosik przyjaciółki, ale nie mogłam zawrzeć w nim
wystarczająco dużo troski i delikatności.
- Jeśli
znowu usiądziemy pod samym głośnikiem, to owszem, będę musiał! – Constanza
z równym niepowodzeniem naśladowała naszego przyjaciela. – I Nicola, która
zawsze patrzyła się na ten teatrzyk z odległości 5m, a potem po prostu szła kupić
wuzetkę. – dodała blondynka, kręcąc głową.
- Zawsze mnie to zastanawiało – Riccardo
za każdym razem powtarzał, że nie rozumie po jaką cholerę my go tam ciągniemy,
a jednak cały czas się z nami trzymał.
- Cóż, załóżmy, że już jako dzieciak był
cwany i wiedział, że kiedyś chłopaki pozazdroszczą mu znajomości z takimi
cudownymi kobietami, jakimi stałyśmy się obecne. – rzuciła wyniośle, kładąc
dłoń na piersi.
- Taa, wmawiaj sobie. – parsknęłam.
Szturchnęła mnie łokciem, śmiejąc się
cicho.
Jednak po chwili ucichła, a jej oblicze
skryło się za mglistym cieniem nostalgii. Nie powiedziałam nic, jedynie oparłam
się o murek, wpatrując się w bezkres wody przed nami.
Wiedziałam o czym myśli dziewczyna.
Dopiero teraz zdałyśmy sobie sprawę, że niegdyś taka błaha, niknąca w pamięci
przelotnych klientów kawiarenka, kryje w sobie tyle wspomnień. A te wspomnienia
dla większości ludzi wydadzą się bezwartościowe, choć dla nas są jednymi z
cenniejszych. Uśmiechnęłam się lekko. Kawiarenka została zamknięta, kiedy byłam
jeszcze dzieciakiem, więc żadne z naszej paczki nie przejęło się jej
zamknięciem. Po prostu zmieniliśmy miejsce i tyle. Dopiero teraz, po
praktycznie 10 latach, zaczynam odczuwać smutek i nostalgię, wiedząc, że te
czasy nie wrócą.
A myśl, że nawet to co mam teraz, będę
musiała wkrótce zostawić daleko za sobą, ukłuła mnie w sercu. I choć jest to
coś, czego pragnę najbardziej na świecie, nie mogę pogodzić się z tym, co
trzeba odtrącić, by osiągnąć cel.
- Trzymaj.
Wzdrygnęłam się, wyrwana gwałtownie z
rozmyślań. Spojrzałam kątem oka na Constanzę, a potem na jej wyciągnięte ramię
w moją stroną. Dostrzegłam malutką kopertę między jej palcami.
- Co to jest? – spytałam, przyglądając
się jej z nieufnością.
- Prezent. – odparła Constanza, choć w
jej głosie zabrzmiała niepewność.
Zmrużyłam oczy, patrząc się na
przyjaciółkę. Dziewczyna fuknęła na mnie, podnosząc wzrok. Uniosłam jedną brew
pytająco, a ona przekrzywiła głowę z niedowierzaniem.
- Po prostu to weź.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć na
temat jej podejrzanego zachowania, ale w końcu zacisnęłam je w wąską kreskę i
sięgnęłam po kopertę. Nie musiałam spoglądać na przyjaciółkę ponownie, by
wiedzieć, że mam otworzyć to teraz.
Powstrzymałam się od sarkastycznych
uwag. Constanza wyglądała na… przybitą. Jakby zdecydowała, że przegra walkę.
Otworzyłam kopertę, nie mając pojęcia co
mogę tam zastać. Zastygłam w bezruchu, gdy w mojej dłoni wylądował bilet na
samolot. Zamrugałam kilkakrotnie, po czym spojrzałam szeroko otwartymi,
zielonymi oczami na przyjaciółkę. Dziewczyna nadęła policzki widząc moją minę i
żachnęła się, krzyżując ramiona.
Przekrzywiłam głowę, nie wiedząc jak mam
zareagować.
- Nie myślałam, że chcesz się mnie
pozbyć tak szybko. – rzuciłam po dłuższej chwili, gdy do głowy nie przyszło mi
nic innego niż sarkazm.
Constanza spojrzała na mnie z
niedowierzaniem.
- Wiem, wiem. – westchnęłam. –
Wyczerpałam pokłady sarkazmu na dzisiaj.
Po tych słowach trwałyśmy w milczeniu
przez dłuższą chwilę, a ja wpatrywałam się w bilet. Gdy zobaczyłam datę, poczułam jak wielki
ciężar zalega na moich barkach, wyciskając powietrze z płuc i zostawiając
wszędzie swoisty ból, świadczący o zbliżającym się końcu. Wiedziałam od dawna,
że będę musiała to wszystko zostawić. Wiedziałam. Jestem już dorosła, muszę
ruszyć do przodu. Nabrałam drżąco powietrze, choć moje płuca nadal zaciskały
się i zapadały coraz boleśniej, i odezwałam się spokojnie.
- Dlaczego dajesz mi akurat bilet? –
spytałam cicho. – Przecież to kosztuje fortunę…
Urwałam gwałtownie, spostrzegając, że po
policzkach Constanzy ściekają łzy. Dziewczyna spojrzała na mnie kątem oka, po
czym gwałtownie przetarła oczy wierzchem dłoni. Spuściłam wzrok, wpatrując się
w moje dłonie, trzymające bilet, mający być moim pierwszym krokiem. Zamknęłam
oczy, zmagając się z wspomnieniami z całego życia, po czym powiedziałam słowa,
które powinnam powiedzieć już długi czas temu.
- Nie wiem, czy to dobra decyzja.
Constanza wyprostowała się gwałtownie,
po czym obróciła się w moją stronę, chwytając za ręce. Nim zdążyła cokolwiek
powiedzieć, dostrzegłam w jej oczach niedowierzanie i determinację. Jednak gdy
zaczęła mówić, ujrzałam coś jeszcze. Głęboko ukryty ból, który został skrzętnie
ukryty, a teraz został odsłonięty, bo całą swoją siłę musiała włożyć w
wypowiedzenie tych słów.
- Blanca, nie możesz teraz się wahać! –
wykrzyknęła, a jej głos załamał się z nadmiaru emocji. – Nie teraz, gdy jesteś
tak blisko. Tak blisko! – zacisnęła palce na moich dłoniach. – Blanca, nie
możesz zmarnować tak wielkiej szansy.
- Constanza, ja…
- Posłuchaj mnie… - skrzywiła się,
próbując się uśmiechnąć. – Nie pozwolę ci zaprzepaścić tego wszystkiego. Chcesz
żeby te tysiące zarwanych nocy, tony przeczytanych ksiąg, setki godzin
poświęconych nauce przepadły i zostały zapomniane na kartkach historii? Naprawdę
chcesz odsunąć od siebie wszystkie marzenia, tylko dlatego, że boisz się
postawić następny krok?
- Nie boję się… - rzekłam, ale mój
roztrzęsiony głos mnie zdradził, więc urwałam zdanie w połowie, nie znając
dalszych słów, które powinnam powiedzieć.
- Boisz się, widzę to! – Constanza
jeszcze mocniej zacisnęła palce na moich dłoniach. – Boisz się zaczynać
wszystko początku, zupełnie sama. Boisz się, że polegniesz. Przeraża cię myśl,
że wszystko co osiągnęłaś do teraz, osiągnęłaś przez szczęście, a nie umiejętności.
Boisz się, że stracisz przez to Sergia. – zaczerpnęła powietrza, a jej dłonie
powoli zsunęły się z moich. Dziewczyna podniosła na mnie wzrok, uśmiechając się
rozdzierająco przez łzy, które po chwili ściekały również po moich policzkach.
– Boisz, się nas zostawić.
No tak.
Przejrzała mnie na wylot.
Spróbowałam przetrzeć płaczące oczy, ale
mimo największych starań łzy dalej płynęły, a płuca szarpały w mojej klatce
piersiowej, pragnąc uwolnić skrywany resztką sił szloch.
- Nie chcę cię zostawiać… - wyszeptałam,
zaciskając dłoń przy sercu. – Chcę by czas się zatrzymał. Byśmy zawsze mogli
pozostać wszyscy razem i żeby znowu wszystko było w porządku…
Constanza podjechała trochę bliżej mnie
i objęła mnie w pasie, chowając twarz w mojej bluzce, by choć trochę ukryć łzy
lecące po jej policzkach.
- Też nie chcę żebyś wyjeżdżała. –
wyszeptała cicho. – Ale znienawidzę siebie, jeśli cię zatrzymam. Nie mogę cię
zatrzymać. – wyłkała. – Manarola jest dla ciebie klatką, Blanca.
Przycisnęłam się do niej mocniej, chcąc
znaleźć choć trochę siły. Tylko troszkę, by być w stanie zatrzymać czas. Cofnąć
czas.
Nie znalazłam nic.
- Dlatego… - Constanza sięgnęła po bilet
i wepchnęła mi go do kieszeni. – Dlatego daję ci ten bilet. Bo teraz nie będzie
już odwrotu. Masz już otwartą, szeroką drogę, Blanca. I powinnaś nią podążyć,
nieważne co.
- Nawet jeśli mam nią iść bez was? Bez
ciebie, bez Riccardo, bez Sergia? Bez wszystkich, którzy zrobili dla mnie tak
wiele?
- Nawet jeśli. – spróbowała przełknąć
łzy i uśmiechnąć się. – Ale… Ale po prostu nie zapomnij. Bo ja nie mam zamiaru
zapominać. Nigdy. – jej broda znów zaczęła drżeć. – Zrobiłaś dla mnie tak
wiele, Blanca. Tak wiele. Nawet nie wiem co mam powiedzieć. Jak podziękować.
Gdyby nie ty… Gdyby nie ty, nawet nie wiem, czym byłabym teraz. „Czy” byłabym
teraz. Zawsze będę dla ciebie wsparciem, nawet jeśli będziemy daleko od siebie.
- I ja też. – obiecałam, nie mając
wystarczająco siły by w końcu puścić ją z uścisku. – Nie mam zamiaru zapomnieć
niczego. – wzięłam głęboki oddech, w którym w końcu poczułam powietrze. –
Niczego.
Trwając tak jeszcze przez kilka chwil,
trzymając w ramionach jedną z najważniejszych osób w całym moim życiu miałam
wszystko, milczałyśmy. Nasza cisza była świadkiem huraganu pustoszącego nasze
serca, siejącego wszędzie ból rozstania, ale zarówno kojącego deszczu,
przynoszącego wzajemne zrozumienie i spokój.
- Wyśmieję wszystkich, którzy powiedzą,
że prawdziwa przyjaźń nie istnieje. – wyszeptałam jeszcze, gdy odsunęłyśmy się
od siebie po uścisku.
Dziewczyna zaśmiała się krótko i
wyciągnęła ku mnie mały palec.
- Na zawsze?
Zahaczyłam swój palec o jej.
- Na zawsze.
Więcej słów nie było nam potrzebnych.
***
Od naszej rozmowy minął tydzień, a ja od
tamtej chwili budziłam się i spoglądałam ze strachem na kalendarz. Poczułam
uścisk w klatce, gdy cyfry wywrzeszczały mi w twarz, że zostało mi raptem 5 dni
do wyjazdu. Wysunęłam nogi spod kołdry i przetarłam oczy. Nawet jeśli nie byłam
w stanie skupić się na żadnej naukowej rzeczy, po prostu siadałam i wpatrywałam
się w księżyc. Sunąc jak cień po pokoju zahaczyłam o walizkę i rozrzucone wokół
rzecz. Mój wzrok zawisł na nich dłuższą chwilę. Od kilku dni usiłowałam
zdecydować, co zabrać ze sobą jako „najpotrzebniejsze rzeczy” i najgorsze w tym
wszystkim było to, że każdy przedmiot zdawał się na mnie patrzeć i uświadamiać
mnie, jak wiele wspomnień jest w nim zawartych.
W jakiś sposób, to wszystko wydawało mi
się strasznie smutne.
Zostawiłam walizkę w spokoju, licząc, że
gdy skończę się pakować, zamknę wraz z wiekiem wszystkie trapiące mnie
wątpliwości.
Jednak nim wyszłam z pokoju, spojrzałam
przelotnie na bilet, licząc, że data zmieni się. Stale był to 8 sierpnia.
Westchnęłam, kręcąc głową. Byłam
rozdarta.
Byłam rozdarta i obie drogi
rozpościerające się przede mną skręcały ostro w zupełnie innych kierunkach.
Spojrzałam jeszcze po swoim pokoju, po
czym zacisnęłam oczy i skierowałam się do kuchni. Zwinęłam dłonie w pięści,
widząc na stole swoją ukochaną jajecznicę. Mama od kiedy zobaczyła bilet,
przygotowała wszystkie moje ulubione dania, a tata, gdy myślał, że go nie
widzę, zastygał w bezruchu z fotografiami w dłoniach.
Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam jeść,
czując, że muszę wykorzystać te ostatnie dni najlepiej jak umiem.
***
- Nie sądzicie, że no nie wiem… Jesteśmy
trochę za starzy na takie rzeczy? – spytałam ze zmieszaniem i
zdezorientowaniem, trzymając szeroko otwarte drzwi. Nawet nie przeszło mi przez
myśl, żeby zaprosić przyjaciół do środka. Mrugałam gwałtownie, patrząc się na
nich.
Constanza siedziała na wózku między
nimi, trzymając na kolanach cały zapas śmieciowego jedzenia, szczerząc się do
mnie przebiegle i nie pozostawiając mi żadnych wątpliwości, kto był
pomysłodawcą. Po jej prawej stała Cristina, ze swoim najjaśniejszym uśmiechem,
a jej pyzate policzki były czerwone z podekscytowania. Ramionami obejmowała
koce i kilka uroczych pluszaków. Po lewej stronie Constanzy stała Nicola, ze
swoim pokerowym wyrazem twarzy, ale dzielnie dzierżyła swoje kolce i śpiwór. Za
nimi stał Riccardo, który zdecydowanie nie wyglądał, jakby zaciągnął się tutaj
z nimi z własnego wyboru. Obłożony był toną reklamówek i wszystkich
najpotrzebniejszych rzeczy, a dziewczyny założyły mu opaskę z kocimi uszkami na
głowę.
Złapałam z nim na sekundę kontakt
wzrokowy i jedyne co odczytałam z jego oczu to „Błagam, ratuj”.
- Wiek to tylko stan umysłu! –
zarządziła Constanza, praktycznie taranując mnie w wejściu.
Odskoczyłam, patrząc na przyjaciół z
pogłębiającym się zaskoczeniem.
- Przepraszamy za najście… - zawołała
cicho Nicola, wchodząc do środka za dziewczynami. Skinęła głową mojemu tacie,
który wychylił się z salonu i taksował ten teatrzyk ciekawskim spojrzeniem.
Riccardo wtoczył się ostatni do
przedpokoju i zrzucił wszystkie bagaże ze zduszonym sapnięciem pełnym irytacji.
- Przypomnijcie mi, jakim cudem mnie do
tego namówiłyście? – sapnął, masując się po krzyżach. Przybrał swoją ofuczoną
minę, choć wszystkie doskonale wiedziałyśmy, że to tylko marna gra aktorska.
Nie miałam pojęcia jak przekonały
chłopaka do tego, ale i tak odpowiedziałam z przyjaciółkami w tym samym
momencie:
- Perswazja.
Spojrzałyśmy po sobie i zaniosłyśmy się
śmiechem, zagłuszając Riccardo, który jęknął ze zmęczenia i przewrócił
demonstracyjnie oczami. Kątem oka dostrzegłam, że jeden kącik ust chłopaka powędrował
do góry, kiedy śmiałyśmy się. Nicola uspokoiła się jako pierwsza i spojrzała na
przyjaciela z pokerową twarzą.
- Ale wiesz, że musisz nam to zanieść na
piętro, prawda?
Chłopak szybko przybrał skwaszoną minę,
a mięsień na jego twarzy zadrgał.
- Nawet o tym nie myśl. – mruknął. – Ja
się zwijam.
- Nie chcesz zostać na piżama party? –
Cristina przekrzywiła głowę pytająco, a jej dredy opadły na ramiona.
- Jakie niby „piżama party”? –
wtrąciłam, ale moje słowa odbiły się od ich uszu jak groch od ściany.
- Myślałam, że niechciany samiec będzie
ślinił się na samą myśl o spędzeniu wieczorku z dziewczynami w piżamach. –
Constanza posłała mu konspiracyjne spojrzenie, trącając ramieniem.
Przytknęłam pięść do ust by nie
parsknąć. Riccardo wydawał się być niewzruszony. Wpatrywał się przed siebie, w
jakiś odległy punkt, który tylko on był w stanie dostrzec, prawdopodobnie
światełko w tunelu.
- Nie, dziękuję. – powiedział. – Widzę
was w piżamach od 10 roku życia, wystarczy mi. – odwrócił się ku drzwiom.
- Oj Riccaaaardoooo… - jęknęły
dziewczyny, a ja Bóg wie dlaczego, dołączyłam się do nich.
Chłopak nim cokolwiek więcej powiedział,
obrzucił mnie spojrzeniem, które mogło znaczyć tylko jedno. „Zdrajczyni”.
- Nie niszczcie mi bardziej życia. –
rzekł zmęczonym głosem. – Przeraża mnie fakt, że byłem na większej ilości
babskich wieczorków niż na męskich.
- A byłeś w ogóle na jakimkolwiek
męskim? – spytała Nicola, ze szczerym zdziwieniem w głosie.
- Mogłaś sobie to darować. – Riccardo
posłał jej zabójcze spojrzenie.
- Kiedy ja się pytam na serio. – Nicola
wzruszyła ramionami.
– Nie wiedziałam, że miałeś… - zaczęła
Constanza, ale ugryzła się w język widząc spojrzenie Riccardo. - Znaczy… że
kumplowałeś się z innymi na tyle, by… - podjęła ponownie, z wahaniem w głosie.
Chłopak dramatycznie chwycił się za
serce.
- Nie kończ, Consta. – odparł zbolałym
głosem, aktorzyny ze spalonego teatru. – I tak wiem, że chciałaś powiedzieć „że
miałem przyjaciół”.
Resztką sił zdusiłam kolejne parsknięcie
i sięgnęłam po ramię przyjaciela z uśmieszkiem błądzącym po moich ustach.
- No dawaj, chodź z nami, nasz Rodzynku.
– pociągnęłam go w głąb domu, a chłopak, o dziwo, od razu ustąpił. Dziewczyny
zawiwatowały cicho i podążyły za nami. Chłopak automatycznie sięgnął po wózek
Constanzy, pomagając jej podjechać po prowizorycznym podjeździe, mimo że dawno
przekroczył swój niski limit ciężaru.
- Ale wiesz Riccardo, nie musisz się
martwić, że przyjaźnisz się tylko z dziewczynami! Na pierwszy rzut oka nawet
wygląda jakbyś miał powodzeniu wśród kobiet… - Cristina dotknęła jego ramienia
delikatnie, uśmiechając się ciepło. Ricc spojrzał na nią, niezdolny do kłócenia
się z jej troskliwą naturą.
- Cristina, proszę. Przestań. – wystękał
tylko.
Zatrzymałam się gwałtownie przed swoim
pokojem i spojrzałam po nich podejrzliwie.
- Chwila, właściwie jakie piżama party?
Niestety mieli nade mną przewagę
liczebną, więc wiele nie mogłam zdziałać, gdy wepchnęli mnie do pokoju. Nicola
obrzuciła Riccardo spokojnym spojrzeniem.
- Ty zdajesz sobie sprawę, że idziesz po
te rzeczy, prawda?
Riccardo tylko zmrużył oczy, ale wrócił
się po bagaże, mamrocząc coś pod nosem.
- Czy ktoś mi powie, co w to jest, czy
mam was posądzić o nękanie? – spojrzałam po przyjaciółkach, które uśmiechnęły
się do siebie chytrze.
Constanza uroczyście odkaszlnęła.
- Jako iż opuszczasz naszą kochaną
rodzimą ojczyzną już za dwa dni, postanowiłyśmy zorganizować przyjęcie
pożegnalne. – rzekła uroczyście.
Rozciągnęłam usta w uśmiechu,
przekrzywiając głowę.
- I robicie mi piżama party? – zaśmiałam
się mówiąc to.
- A i owszem! – Constanza wyrzuciła
pięść do góry wojowniczo.
Wybuchłam śmiechem.
- Ale pomyśl o tym pozytywniej! Kiedy
będziesz wspominać to swoim dzieciom, będzie to oryginalne! No bo, kto miał
kiedykolwiek piżama party jako przyjęcie…
- JASNY GWINT. – dwa słowa wyprzedziły
ogromny huk i kolejny stek przekleństw.
-…pożegnalne. – dokończyła Constanza,
wytrzeszczając oczy i marszcząc brwi jednocześnie. Spojrzała w osłupieniu na
drzwi, co zresztą zrobiłam również ja i Cristina.
- Ricc nie żyje. – wymamrotałam,
wybiegając pierwsza z pokoju i zaglądając przez barierkę na dół schodów.
Chłopak leżał na plecach, z rozłożonymi
ramionami i zdezorientowaną miną, a wokół niego i głównie na nim leżało
wszystko co wzięły dziewczyny. Zaśmiał się bez cienia wesołości, patrząc się w
sufit z niedowierzaniem.
- Ricc żyjesz? – spytałam, schodząc
kilka schodków w dół. Usłyszałam jak Constanza podjeżdża za nami do szczytu
schodów.
- Wiesz… Nie kazałam brać ci wszystkiego
naraz. – rzekła tylko Nicola.
- Sadystka. – syknął chłopak, podnosząc
się i trąc po obtłuczonych mięśniach.
- Na pewno wszystko gra? – spytałam,
patrząc się na niego z zatroskaniem. Chłopak spojrzał mi przez sekundę w oczy,
po czym od razu odwrócił wzrok i wymamrotał pod nosem, że nie umiera. – Może
pomogę ci to zanieść. W końcu to moja impreza, nawet jeśli nie wiedziałam o
niej kwadrans wcześniej.
Chłopak sięgnął po kilka koców i
reklamówek.
- Spokojnie, dam radę. – uśmiechnął się,
choć wszystkie doskonale wiedziałyśmy, że chłopak nie miał żadnych mięśni po
latach spędzonych na statycznych zajęciach pokroju zatapiania się w lekturze i
grania w gry wideo. – W końcu jestem facetem.
Jęknęłam ze zrezygnowaniem.
- Tylko nie potknij się znowu. –
rzuciłam.
- A jak masz zamiar się potknąć, to daj
ostrzeżenie. Drugi raz nie mogę tego przegapić. – Constanza wyszczerzyła się do
niego szelmowsko. Chłopak spojrzał na nią spode łba, ale jeden kącik jego ust
uniesiony był do góry.
- W twoich snach… - wystękał, wytężając
wszystkie nieistniejące mięśnie.
- Jak dobrze, że faceci mają tą swoją
nielogiczną dumę, dzięki której kobiety nie muszą niczego taszczyć. –
westchnęła Nicola, kręcąc głową, lecz mimo tego przytrzymała drzwi od pokoju
przyjacielowi.
Mój pokój zamienił się największe zbiorowisko
koców, poduszek, śpiworów i mieszanek wszelkiego rodzaju chrupek jakie widziała
Manarola. Zanosiliśmy się śmiechem w nowo-wybudowanym bunkrze z poduszek, który
co chwila zawalał się nasze głowy. Ktoś puścił starą płytę z przebojami, więc
co rusz urywaliśmy rozmowę, by zawyć jeden z hitów naszego dzieciństwa. Po
podłodze walały się puszki po napojach gazowanych i papierki po chrupkach,
ciastkach i innych kalorycznych rzeczach, które pochłanialiśmy w niezalecanie
dużych ilościach. Przyjaciele, mimo iż uwielbiali alkohol, specjalnie dla mnie,
wiedząc że mnie to brzydzi, nie przynieśli ani kropelki.
- Ej, a pamiętacie jak raz nocowaliśmy
na mojej działce i znaleźliśmy projektor? – Cristina spojrzała po nas, leżąc i
podpierając głowę na dłoniach.
- Pamiętam! – zaśmiała się Constanza,
siedząca obok mnie praktycznie nieruchomo. – Stwierdziliśmy, że zrobimy noc
filmową i rozwiesiliśmy prześcieradło na ścianie, które w końcu zerwało karnisz
i zwaliło się na nas.
- W gwoli ścisłości… - odchrząknął
Riccardo, praktycznie zadławiając się chrupkami serowymi, którymi opychał się
od początku i wyglądał jak przekarmiony chomik. – To JA zostałem zmuszony do
zawieszenia tego i to na MNIE zwalił się karnisz, zaraz po tym jak zleciałem z
drabiny.
- Od zawsze wiedziałam, że masz
upodobanie w spadaniu z różnego rodzaju schodów. – stwierdziła Nicola,
dopijając 10 puszkę coli.
- Ej, robimy tak jeszcze raz? –
Constanza ożywiła się, próbując podświadomie zerwać się do góry. Przez jej
twarz przemknął cień, ale szybko zamaskowała go cichym chichotem.
- NIE. – odparłam natychmiast, dokładnie
w tym samym momencie co Ricc.
Nasza synchronizacja wywołała kolejną
salwę śmiechu.
W pewnym momencie, gdy zegar
niespodziewanie wybił północ i oznajmił mi dobitnie, że został mi ostatni dzień,
spojrzałam po upitych głupawką przyjaciołach i zapragnęłam zatrzymać czas. Po
prostu w tym momencie, gdy wszyscy zdają się być pozbawieni własnych problemów
i po prostu szczęśliwi. Kiedy wszyscy, których kocham są blisko mnie.
Lodowata dłoń zacisnęła mi się na sercu.
Nie było tu Sergia. Rozszerzyłam gwałtownie oczy, zdając sobie sprawę z jeszcze
jednej przerażającej rzeczy. Uczucie, które towarzyszyło tej myśli to nie
tęsknota, tylko… akceptacja.
Kiedy to wszystko… kiedy „my” tak bardzo
wykruszyliśmy się, że zostało praktycznie tylko „ja i on”?
Od dłuższego czasu spotykaliśmy się
rzadziej, a nasze randki wydawały mi się być wymuszone i nienaturalne, a prawdę
moje stwierdzenia podkreślał fakt, że z każdą chwilą chłopak coraz rzadziej
pojawiał się w moich myślach, choć uporczywie próbowałam zachować go w bliskiej
pamięci, tak jak kiedyś przychodziło mi to tak łatwo, że nawet nie zdawałam
sobie z tego sprawy. Jednak po tym jak przekazałam mu, kiedy wylatuję,
praktycznie nie rozmawialiśmy.
- Ej, Constanza złaź ze mnie! – mruknął
Riccardo, gdy dziewczyna zaczęła się na niego osuwać.
- Ojej. Grawitacja działa na mnie
mocnej… - powiedziała teatralnie, przygwożdżając chłopaka bardziej do ziemi.
- Serio, rusz się! Ważysz chyba z tonę!
- Moje nogi nagle odmówiły
posłuszeństwa… - dodała nadal teatralnym głosem, przyduszając biedaka do ziemi.
- Ratujcie, kobieta mnie bije…
Cristina wybuchła salwą śmiechu, ale jej
troskliwa natura wygrała i zainteresowała się tym, że Ricc również potrzebuje
tlenu do życia. Constanza posłała chłopakowi szelmowskie spojrzenie, szczerząc
się, gdy dziewczyny podciągały ją z powrotem na miejsce, gdy nagle poduszki
znów spadły nam na głowę.
A ja patrzyłam się na nich, czując w
sercu ciepło, widząc ich tak beztroskich jak jednak chłód, gdy zdałam sobie
sprawę, że za kilkadziesiąt godzin nie będą już w moim zasięgu. To samo czułam,
patrząc się na nocne niebo – ciepło na myśl, że jestem na dobrej drodze do
spełnienia marzeń, jak również chłód, na myśl, że nie osiągnę niczego i do końca
życia będę wpatrywać się w ten nieuchwytny bezkres.
Zamrugałam kilkakrotnie, czując jak moje
wewnętrzne rozdarcie dochodzi do epicentrum.
- Blanca? – Constanza przerwała burzę
śmiechu, trzaskania się poduszkami i owijania Riccardo w prześcieradło jak mumię,
gdy zdała sobie sprawę, że w niej nie uczestniczę. – Coś się stało?
Przyjaciele uciszyli się trochę i
posłali mi zaniepokojone spojrzenia. Zdałam sobie sprawę, że od dłuższej chwili
siedzę z kolanami pod brodą, obejmując je ramionami i wpatrując się w pustkę,
pogrążona w rozmyślaniach. Spojrzałam po nich, lekko zdezorientowana i
uśmiechnęłam się słabo.
- Zastanawia mnie, dlaczego przyszliście
2 dni wcześniej. – powiedziałam, nie kłamiąc zbytnio, bo faktycznie
zastanawiałam się nad tym wcześniej, choć nie była to rzecz, o której myślałam
obecnie. A raczej „osoba”. – Przyjęcia pożegnalne są zazwyczaj na dzień przed
wyjazdem.
Kogo ty oszukujesz, Blanca. Sergio nadal
jest w twojej pamięci, tylko nie tak jak ty tego chcesz. Nie jest twoim
upragnionym fundamentem, tylko kolejnym powodem rozdarcia, pchającym cię w
zupełnie innym kierunku.
- Wyszłam z tym na rękę Sergiowi. –
odparła Constanza. – Obstawiam, że będziecie się chcieli mieć jutro - w sumie
to już dzisiaj – tylko dla siebie, więc…
Urwała, więc najwyraźniej nie ukryłam
emocji w moich oczach.
- W sumie faktycznie… Nie pomyślałam o
tym. – przyznałam szybko, zbyt szybko. Constanza odwróciła ode mnie wzrok,
jakby było jej wstyd za tą decyzję.
- Byłam pewna, że coś zaplanowaliście. –
powiedziała cicho, pochmurniejąc lekko.
- Nie rozmawialiśmy ostatnio zbyt dużo…
- przyznałam cicho, uśmiechając się bez cienia radości. – Najwyraźniej nie może
pogodzić się z tym, że wylatuję. Znaczy… próbowałam z nim rozmawiać, ale…
- Nie marnuj swoich słów na ludzi, którzy
zasługują tylko na milczenie.
Spokojny, ale zarówno chłodny głos
Nicoli przeszył powietrze jak ostrze. Po jej słowach zapadła napięta cisza,
jakby każdy interpretował to samodzielnie. Jednak do mnie te słowa dotarły od
razu. Nicola nie zawierała w nich ostrzenia, czy zwykłej życiowej rady,
sformułowanej w specyficzny dla niej sposób. Nie. Wyraziła tym całą swoją
pogardę, którą kierowała do Sergia.
Bolało mnie, ale już nie wiedziałam
dlaczego.
- Nicola, o co…
- Przepraszam, że mówię to teraz i psuję
nastrój ale… - dziewczyna bawiła się palcami. – Ale jeśli nie powiedziałabym
tego dzisiaj, nie powiedziałabym tego nigdy. A źle bym się z tym czuła. –
spojrzała na nas poważnie. – Blanca, wybacz, że mówię to teraz, gdy pewnie
jesteś zagubiona, ale Sergio zachowuje się dla mnie dziwnie. Nie podoba mi się
to jak cię traktuje, od… od tej imprezy u Ameriga. Nie chcę by jego
egoistycznie i szowinistyczne pobudki ostatecznie spowolniły cię, czy w
najgorszym wypadku nawet zatrzymały. – spuściła wzrok i westchnęła. – Wiem, że
to mogę brzmieć jak hipokrytka, zwłaszcza, że sekretnie swatałam was od
gimnazjum. – uśmiechnęła się słabo. – Ale wiecie, nie zrozumcie mnie źle. To
nie tak, że go nienawidzę, czy coś, bo w sumie wcieleniem zła to on nie jest…
- Ja tam go nienawidzę i wcale nie
ratuje go fakt, że „nie jest wcieleniem zła”. – prychnął Riccardo i widziałam
po nim, że chce powiedzieć wiele więcej, ale spotykając się ze mną spojrzeniem,
rezygnuje.
- Ty zawsze miałeś z nim jakieś
wyimaginowane problemy. – wtrąciła Constanza.
- A ty zawsze musisz go brać w obronę. –
syknął chłopak ze znużeniem. – Nawet po tylu latach i po tych wszystkich
głupstwach, które odstawiał.
- To że ktoś popełnia błędy nie znaczy,
że jest złym człowiekiem. – powiedziała cicho Constanza, obrzucając Ricca
złowrogim spojrzeniem.
- A to, że ktoś postępuje dobrze, nie
znaczy, że jest tym dobrym. – odparował chłopak, choć wcale nie zabrzmiało to
jak riposta. Raczej jak… rodzaj głębokie rozżalenia.
- No ej, darujcie sobie. – parsknęła
Cristina, siadając ostentacyjnie między nimi i mrugnęła do mnie konspiracyjnie.
A ja nadal siedziałam jak siedziałam,
przeklinając siebie w duchu za to, że nigdy nie mogę znaleźć odpowiednich słów
w odpowiednim czasie. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy na krótką chwilę.
Miałam wrażenie, że dostałam dwie długo poszukiwane fragmenty układanki – jeden
od Constanzy, a drugi od Ricca.
Uśmiechnęłam się.
- Ale mimo wszystko… Dziękuję, że
przyszliście. Nawet nie wiecie ile to dla mnie… znaczy… - zająknęłam się pod
koniec, czując, że za chwilę zacznę płakać.
- Nie, błagam, Blanca nie zaczynaj się
wzruszać, bo reszta też zacznie ryczeć. A ja zacznę ryczeć z wami, a chcę
pozostawić choć cząstkę mego męstwa, zszarganego babskim wieczorkiem.
Zaśmiałam się, ocierając pojawiające się
łzy wierzchem dłoni. Obdarzyłam Riccardo wdzięcznym uśmiechem, na co chłopak
odpowiedział tym samym, przekrzywiając lekko głowę. Po chwili przeciągnął się i
spojrzał na zegarek.
- Będę musiał się zbierać. – stwierdził.
– Matka mnie wydziedziczy, a potem ukatrupi jeśli będę spał z czwórką biednych
niewiast w jednym pokoju. Znowu.
Po pokoju przetoczył się chichot,
przeradzający się w odprężony śmiech.
Chłopak spojrzał na Constanzę.
- Przepraszam, za… no wiesz.
- No wiem. – przytaknęła, patrząc się na
niego kątem oka. – Ja też.
- Dobranoc, moje niewiasty. – rzucił jeszcze,
po czym zniknął w odmętach mojego domu. Podniosłam się nieśpiesznie, strzepując
okruszki z dresowych spodni piżamy.
- Pójdę za nim zamknąć. – powiedziałam i
podążyłam za przyjacielem.
Zastałam go już zakładającego buty.
Słysząc moje kroki, uśmiechnął się szelmowsko.
- Co tam, Blanca? Czyżbyś bała się nie
trafię do wyjścia.
- Bałam się, że spadłeś ze schodów.
Rozszerzył uśmiech, choć było w nim trochę
melancholii. Otworzył nawet usta by coś powiedzieć, ale w końcu zamknął je i
uśmiechnął się do siebie, uśmiechem przegranego. W pewnym momencie spojrzał
prosto w moje oczy, jakby spoglądał w przeczytaną wielokrotnie księgę.
- Pamiętasz, co kiedyś ci powiedziałem? –
spytał cicho. – Żebyś nigdy nie zmuszała się do niczego.
Przyjrzałam się mu uważnie, czując gulę
w gardle.
- Pamiętam. – przytaknęłam.
Chłopak znów się uśmiechnął.
- W takim razie dobrze. – powiedział, po
czym przytulił mnie. – Dobranoc, Blanca.
W pierwszej chwili byłam tak zdezorientowana,
że zapomniałam odwzajemnić uścisk. Chłopak tak rzadko bawił się w takie
ceregiele jak całusy w policzek czy uścisku, że dopiero po chwili przyciągnęłam
go do siebie i schowałam twarz w zagłębieniu jego ramienia. Poczułam jak znowu
łzy wzruszenia kręcą mi się w oczach.
Będzie mi go tak brakować.
- Dobranoc, Ricc. – powiedziałam cicho,
chcąc go puścić, jednak chłopak przytrzymał mnie chwilę dłużej.
- To jeszcze nie jest nasze ostatecznie
pożegnanie. – szepnął mi do ucha, po czym odsunął się powoli, uśmiechając się,
choć oczy miał smutne. – Pamiętaj.
Uśmiechnęłam się nostalgicznie,
przekrzywiając głowę, po czym zamknęłam za nim drzwi, gdy zniknął w mroku
krętych uliczek.
- Pamiętam.
***
Leżałam otulona promykami wschodzącego
słońca, nie mogąc zmusić się do snu. Nasze piżama party przeciągnęło się do 4
i, gdy Nicola zobaczyła, że niebo rozjaśnia się, momentalnie zasnęła, a
Cristina chwilę później poszła w jej ślady. Słyszałam ich ciche pochrapywanie,
gdy co rusz przepychały się przez sen w śpiworach.
Westchnęłam głęboko, czując kłucie w
piersi.
Czas nie był bezlitosny. Biegł tak samo
jak wcześniej. Tylko mi się zdawało, że przyśpieszył.
- Nie śpisz, prawda? – szept Constanzy
zabrzmiał jak krzyk, ale mimo to Nicola i Cristina nie poruszyły się.
- Trudno by było. – przyznałam.
- Stresujesz się?
- Podciągnęłabym to pod ekscytację… -
mruknęłam. Constanza parsknęła i z wysiłkiem obróciła się w moją stronę.
- Już widzę. Blanca i ekscytacja. Tak
samo jak ty i trema oraz rozmyślanie o problemach egzystencjalnych.
Szturchnęłam ją w ramię, na co
zachichotała.
Leżała nieruchomo, co wydawało się być
jedyną istotną rzeczą, która zmieniła się od kiedy ostatnio nocowałyśmy razem.
Przyjaciółka spuściła wzrok, uśmiechając
się delikatnie, ale i tak dostrzegłam jak wiele emocji przelało się przez jej
brązowe oczy w tamtej chwili.
- Pamiętaj… - szepnęła cicho. –
Pamiętaj, że ostateczna decyzja zawsze należy do ciebie. – sięgnęła po moją
dłoń i ścisnęła ją, tak jak robiłyśmy to, gdy byłyśmy małymi dziewczynkami.
Odwzajemniłam uścisk.
- Do ciebie też. – odpowiedziałam,
licząc, że Constanza zrozumie co chcę jej tym przekazać.
Byłam pewna, że zrozumiała, gdy
uśmiechnęła się demonicznie, jakby znów miała zamiar zawojować światem, a
chwilę później zasnęła, nadal trzymając moją dłoń.
Ja natomiast leżałam, trwając w
bezsenności dopóki wszystkie na nowo się nie zbudziły i liczyłam sekundy do
startu samolotu.
Gdzieś w tym całym chaosie zaczynałam
widzieć ład.
Ład, który nie koniecznie był tym
wymarzonym, ale po prostu był.