Rozdział 19
W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób wyłączyłam myślenie, powodując tym samym dreszczyk adrenaliny na myśl o zbliżającej się walce. Poruszam się teraz za pomocą silnej woli i instynktu, a nie rozsądku.
Zdecydowanie nie rozsądku. Kto normalny z takimi ranami tak gwałtownie się porusza na drugi dzień? Nie, kto normalny idzie prosić o trening tego czarnowłosego emosa?
Niestety muszę przyznać, że Tokaji będzie najodpowiedniejszą osobą na nauczyciela pod względem sposobu walki. Teraz potrzeba mi ostrego, skutecznego i bezwzględnego treningu. Muszę stać się silniejsza w dość krótkim czasie żeby w ogóle myśleć o przeżyciu jakiegoś starcia. Wczorajsza potyczka dała mi dużo do myślenia. Może nie jestem słaba, ale niedoświadczona, nawet patrząc przez pryzmat nierównej walki. Powinnam wytrzymać dłużej. Gdyby nie chłopaki, Ayako nie zdążyłaby nawet odbiec 200 metrów.
Na myśl o własnej słabości narasta we mnie złość, dodając jakoś siły. Przyśpieszam na schodach, choć czuję, że coraz ciężej stawia mi się kroki. Zamiast zwolnic, tylko przyśpieszam, czując jak nogi zmieniają mi się w watę. Przeklinam w myślach swoją zawziętość, mając mroczki przed oczami i jednocześnie czując jak pochylam się do tyłu. Jeśli teraz zlecę ze schodów, Ryu mnie zamorduje.
- Szlag… - mruczę już zamykając oczy i szykując się na spotkanie z podłogą, kiedy czuję pewny chwyt w tali.
- Weź nie odlatuj, Ichigo – rzucił Tokaji, sprawnym ruchem stawiając mnie w pionie. Przytomniejąc lekko, obrzucam go w miarę rozumnym spojrzeniem.
- Dzięki – mówię trochę zdziwiona. W ogóle nie słyszałam jego kroków. Kurde, nad tym też muszę popracować. Obrzucam czarnowłosego baczniejszym spojrzeniem, wyczuwając podstęp. Pomocny Tokaji jest podejrzany.
- Zgrywanie twardzielki ci nie wyszło – zaszydził, od razu rozwiewając moje podejrzenia. Przewracam oczami, nie mając ochoty na rozpoczynanie sprzeczki, zwłaszcza, że potrzebuję od niego przysługi. – Co chciałaś? Ryu mówił, że poszłaś mnie szukać.
- A właśnie. – przyglądam się mu uważnie. Skąd on w ogóle to wiedział? Nie chcąc jednak zbaczać z tematu, kontynuuję. – Miałabym do ciebie prośbę.
- Oho. – zagwizdał, przybierając szyderczy wyraz twarzy. – Może być ciężko.
No tak. Czego innego mogłam spodziewać się po Tokajim. Opieram się ciężko o ścianę, czując, że zawroty głowy wracają. Nie mogę dać po sobie tego poznać, bo szanse, że się zgodzi spadną do zera.
- Potrzebuję nauczyciela. – oznajmiam prosto z mostu.
- Aha.
- I ty masz nim zostać. – dorzucam, mordując go granatowymi oczami.
- Aha.
- A może by tak coś bardziej kreatywnego, co Tokaji?
- Dobra.
Rozszerzam ze zdziwienia oczy, nie wierząc własnym uszom. Chłopak na moją minę wybucha kpiącym śmiechem, po chwili jednak przybierając potworny wyraz twarzy.
- To będzie rzeź nie trening, Ichigo. Widzę, że polepszyło ci się trochę psychicznie po wczorajszym, ale radzę ci się bardziej przygotować jeśli chodzi o misje. Zobaczysz dlaczego nikt nie chce ze mną walczyć w pojedynkę. – rzucił jak gdyby była to gadka o dzisiejszej pogodzie i zostawił mnie na środku klatki schodowej, pełną mieszanych uczuć.
- No to się wpakowałam. – mruknęłam pod nosem, kierując kroki w stronę swojego pokoju.
***
W biurze znajdującym się na 16 piętrze powoli gromadzą się osoby. Szef Jishinu siedzi przy biurku, podpierając głowę na ręce, wgapiając się w zbite okno naprzeciwko niego. Z otworu zieje chłodnym listopadowym powietrzem.
Do pomieszczenia wpada ostatnia wezwana osoba. Dziewczyna trzyma plik zmiętych kartek i patrzy się przepraszająco na przełożonego. Yasuaki ledwo zauważa jej przybycie i zbywa ją machnięciem dłoni. Dziewczyna lekko się kłania i podbiega do starszego brata.
Dziewięć osób wpatruje się uważnie w Żywą Śmierć. Niebieskowłosy wodzi znudzonym spojrzeniem po zebranych, po chwili uśmiechając się tak, że parę osób się wzdryga. Wstaje ze swojego ukochanego fotela, mija podwładnych sprawiając tym samym, że zastygają w bezruchu, wyprostowani jak struny. Yasuaki staje przed wybitym oknem, krzyżując ręce i spoglądając w dół.
Nigdy nie przypuszczałby, że Fumiya skoczy z takiej wysokości. I że to przeżyje.
Kręci z zrezygnowaniem głową, przywracając swoje myśli do porządku. Musi się skupić na opracowywaniu planu czy czegoś tam na wojnę, a nie na nienawiści do czarnowłosego dowódcy Kaminari. Przeciąga się i obraca do zebranych ludzi. Uśmiecha się chytrze widząc, że są napięci jak struny, a w ich oczach kryje się respekt i strach przed jego osobą.
Najbliżej niego stoi Shigeo Taichi. Jego zastępca i współzałożyciel. 25 lat, 190cm wzrostu, umięśniony. Posiadający tlenione włosy ułożone dość niechlujnie oraz bezlitosne błękitne oczy będące ucieleśnieniem jego duszy. Tak. Słowem ‘bezlitosny’ idealnie można podsumować jego osobę.
Obok zastępcy stoją bliźniacy Takahide i Takahiro Kase. 30 lat, wysocy i umięśnieni. Razem działają jak jeden organizm o podwójnej sile. Praktycznie nie do rozróżnienia, z wyjątkiem fryzury. Hide ma wygolony lewy bok, a Hiro prawy. Zyskali przydomek ‘Bliźniaków Weasley’ ze względu na podobieństwo jak i rude włosy i zielone oczy.
Dalej stoi Kijuro Harada - strateg. 23 lata, 187cm, bordowa szopa włosów i piwne oczy. Siedzi w zawodzie praktycznie od urodzenia. Wywodzi się z rodziny zabójców z Hokkaido. Obok niego stoi jego narzeczona – Toshiyuki Karube. 21 lat, 167cm. Pofarbowane na fioletowo włosy sięgające do łopatek oraz błękitne oczy. Zdecydowanie najniebezpieczniejsza kobieta w całej organizacji.
Niedaleko nich stoi Hisaki Ushiba. 27 lat, 175cm. Miodowe włosy zaczesane na żel i przeszywające turkusowe oczy uwydatniające naturalną bladość. Z nim trzyma się rodzeństwo Martinez – Camilo i Carmen. Camilo to 20-letni chłopak z czarnymi oczami i fryzurą na jeża. Jego 4 lata młodsza siostra ma te same tęczówki, jedynie długością włosów nadrabia za dwóch. Brązowe kudły sięgają praktycznie do jej kolan. Jest najmłodsza w całej organizacji i pełni rolę medyka.
A w kącie pokoju stoi w miarę wysoki chłopak o niepozornej budowie. Czarne włosy przysłaniają mu twarz, zakrywając złote oczy i kolczyk w wardze. 17-latek nie jest w ogóle zainteresowany spotkaniem. Ryuji Kuno.
- Zgaduję, że doskonale wiecie po co was tu zwołałem. – Yasuaki odchrząkuje. – Jakbyście jeszcze nie skojarzyli została nam wypowiedziana wojna z Kaminari.
Po pokoju przeszedł szmer zadowolenia. Yasuaki uśmiechnął się szerzej.
- Tak myślałem, że wiecie. Nasz… Gość… dość widowiskowo… hym… wyszedł. Ale nie oto mi chodzi. – mężczyzna opiera się swobodnie o okno, kilka centymetrów od wyrwy. – Jesteście jednymi z najsilniejszych członków tej organizacji. To wy najczęściej jesteście liderami i zaskarbiliście sobie dość ciekawe opinie w Tokio.
- Przejdź w końcu do sedna, Igarashi – warczy Hisaki Ushiba. – Nie wezwałeś nas by prawic komplementy.
- Jak zwykle niecierpliwy, Hisaki-san. – mruczy pod nosem Kijuro. Toshiyuki mu przytakuje, spoglądając ukradkiem na szefa. Mężczyzna dość długo zna się z Hisakim więc przyzwyczajony jest do kąśliwych uwag i niecierpliwości. Jednak tylko u niego.
- Spokojnie, moi mili – jego słowa ociekają kwasem. – Od teraz będziecie mieli nowe zadania. Już nie dostaniecie żadnego zespołu pod opiekę.
- CO? – po pokoju przebiegł szybki szmer wyrażający niepochlebną opinię. Niebieskowłosy podniósł dłoń w uciszającym geście. Choć twarz wyrażała opanowanie, nie podobało mu się, że strach się ulotnił.
- Stworzę z was oddział specjalny. – rzucił jakby od niechcenia. Wszyscy ucichli, wbijając spojrzenia w szefa i czekając na kontynuację. – Oczywiście bez ciebie, Carmen-chan. Ty musisz być tylko w okolicy jako najbardziej uzdolniony medyk. – na te słowa dziewczyna wypuszcza z ulgą powietrze z płuc. – Z bólem to mówię, ale liderem całości zostanie Hisaki Ushiba.
- Jak to!? – wykrzykuje Shigeo. – Dlaczego on!?
- Taichi, cisza.
- Jestem od niego bardziej doświadczony!
- Taichi.
- Ktoś tak niecierpliwy i egoistyczny nie powinien dowodzić. Lider musi być bezwględny!
- STUL PYSK. – głos szefa był cichy i stanowczy. Shigeo posłał mu mordercze spojrzenie, ale nic więcej nie powiedział. Carmen ścisnęła rękaw brata, a jasnowłosy posłał jej krzepiące spojrzenie. – Jak już mówiłem, liderem zostanie Hisaki. Jasne?
- Jak słońce. – mruczy wspomniany. – Mam dowodzić 8 ludzi. Czy to nie trochę za dużo? Trudno porusza się taką ilością.
- Owszem. Ale ten zestaw będzie tylko na większe bitwy. Normalnie podzielę was na mniejsze grupy. Pod twoją władzą cały czas będą Kijuro Harada, Toshiyuki Karube i Camilo Martinez. A ty, Taichi – w nazwisku przeciąga złowieszczo sylaby, ale Shigeo nie daje po sobie niczego poznać. Nawet nie drgnęła mu powieka, chociaż kipi ze złości, że to nie on jest głównym dowódcą. – Ty dostajesz bliźniaków.
- Tak jest. – przewraca błękitnymi oczami, siląc się na poważny ton. Szef jednak zauważa niesubordynację i morduje go czarnymi oczami. Shigeo zaciska zęby i lekko się kłania. Yasuaki uznawszy, że lepiej nie robić awantury na dość ważnym spotkaniu odwraca od niego wzrok i kieruje go na chłopaka stojącego w kącie. Ich wzrok się krzyżuje, a Ryuji jakby recytuje to co Yasuaki chce usłyszeć.
- A co ze mną? – jego głos jest znudzony, tak samo jak oczy wlepione w sufit.
- Jakbyś potrzebował drużyny. I tak robisz to co ci się żywnie podoba, Kuno. – syknął Shigeo. Chłopak odwrócił głowę w jego stronę, uśmiechając się z politowaniem.
- Ułatwiam nam tylko życie, Shigeo-san. – rzuca chłopak, a w jego złotych oczach błyska iskierka. Przygotowuje się na potyczkę słowną.
- Masz się do mnie zwracać Taichi-danna, Ryuji – głos Shigeo ocieka jadem. Chłopak tylko prycha, nic nie mówiąc. Czeka na reakcję tłumu.
- A niby z jakiej racji, co? – rzuca Toshiyuki. – Możesz tego wymagać tylko kiedy jest pod twoimi rozkazami. Shigeo. – specjalnie kładzie duży nacisk na imię jasnowłosego pozbawionego jakichkolwiek grzecznościowych form.
- Spokój.
Na dźwięk tego jednego słowa wszyscy cichną, kierując spojrzenia w stronę niebieskowłosego. Na jego twarzy maluje się irytacja. Skrzyżował ręce na piersi i cmoka językiem z zażenowaniem. Carmen przełyka ślinę, chowając się mimowolnie za bratem. Camilo napina mięśnie, choć wie, że to nie jego dosięgnie gniew Śmierci.
- Naprawdę chcecie wyprowadzić mnie z równowagi, prawda?
Odpowiada mu milczenie.
- To miało być poważne spotkanie a nie potyczka słowna.
Na te słowa Ryuji wzrusza ramionami i opuszcza ponownie głowę. Toshiyuki odwraca wzrok, a Shigeo wlepia wściekłe ślepia w niebieskowłosego.
- Gdybyś nie był ważny to dawno leżałbyś w kałuży krwi. – syczy Yasuaki z zamkniętymi oczami. – Taichi.
- Gdybym nie był ważny, nie pozwalałbym sobie, Igarashi.
Niebieskowłosy w przeciągu sekundy znalazł się przy Shigeo i mimo, że ten był wyższy i cięższy bez problemu zacisnął pięść na jego koszuli i uniósł do góry. Błękitnooki nawet nie zorientował się kiedy zabrakło mu powietrza. Reszta zebranych zrobiła krok do tyłu, czekając w napięciu na dalszy ciąg zdarzeń.
- Nie masz prawa się tak do mnie zwracać, Shigeo. – głos szefa jest stoicko spokojny ale zakorzenia niewyjaśniony strach głęboko w sercu, powodując unieruchomienie. – Igarashi-sama. Powtórz.
- I… gara.. shi… sama… - wydusza posłusznie Shigeo.
- Właśnie. I nie zapominaj kto tu rządzi. – mężczyzna cisnął nim jakby był szmacianą lalką. – Jasne?
- Tak jest, Igarashi-sama! – wszyscy obecni stanęli na baczność, salutując. Widząc i czując ich strach i niepewność, Yasuaki uśmiechnął się z błogością.
Nie bez powodu dostał tytuł Żywej Śmierci. Niesamowita siła i szybkośc czyniła go strasznym ale to co tak naprawdę się liczyło to zachowanie. Jego głos przybierał taką barwę, że mroziło krew w żyłach, a czarne niczym otchłań oczy paraliżowały doszczętnie. Człowiek nawet nie wiedział kiedy go zabijano.
- Ale takie pytanie, szefie… - Kijuro niepewnie zaczął, a kiedy szef obdarzył go ‘ciepłym’ uśmiechem, ciągnął dalej. – Powiedział pan ‘na większe bitwy’ więc zastanawiam jaką strategię obierzemy.
- Widzę, że choć jedna osoba tutaj myśli. – Yasuaki zaklaskał krótko. – Będziemy atakowali pojedyncze osoby. Powoli, z dnia na dzień. Żeby nigdy nie wiedzieli kiedy zaatakujemy. Żeby zawsze czekali.
- Tylko po co? – Kijuro zmrużył swoje piwne oczy, nie rozumiejąc strategii. – Nie lepiej od razu ich zmiażdżyć?
- Tak, tak! – Toshiyuki podskoczyła. – Zmiażdżyć, rozgnieść, poturbować, posiekać, poćwiartować. ZABIĆ. – w jej błękitnych oczach zabłysły iskry, a usta wygięły się w okrutnym uśmiechu. Yasuaki posłał jej wielbiące spojrzenie. Uwielbiał ten stan.
- Toshiyuki! – ton głosu Kijuro był stanowczy, a kobieta momentalnie się ocknęła i zakrywając dłonią usta, zarumieniła się.
- Przepraszam kochanie. – mruknęła.
- Nic nie szkodzi, Karube-chan. – szef do nie mrugnął. Ale wracając, ta taktyka ma trochę inny cel. Ktoś się domyśla? – rzucił pytanie jak nauczyciel w klasie.
- Żeby sami się zniszczyli – rzucił donośnie Ryuji.
- Bingo! – wykrzyknął Yasuaki.
- Że co? – Takahiro przekrzywił głowę.
- Nie jarzę jakoś. – mruknął Takahide.
- Ale to jasne. – powiedział cicho Camilo. Wszyscy na niego spojrzeli, w tym siostra, która błagała go spojrzeniem by milczał. – Nie mogą nas zaatakować, bo byłoby to równoznaczne z samobójstwem. Muszą być cały czas gotowi na atak, więc ich psychika się zmęczy. A wtedy my uderzymy.
- No nieźle – Kijuro zagwizdał. – Może być z ciebie dobry strateg.
- Dziękuje – chłopak opuścił głowę. Carmen spojrzała wyzywająco na szefa.
- Wzięłam… Wzięłam dokumentację zdrowotną ważniejszych osób. Może… Może ci się… przydać. – powiedziała, lekko się jąkając. Yasuaki wziął plik kartek i poklepał ją po głowie.
- Dobra robota, Carmen-chan. – rzucił, prostując się. – Dobra, jesteście wolni. Oprócz ciebie, Ryuji. Ty zostajesz.
- Jak zwykle. – mruknął czarnowłosy.
- Coś mówiłeś? – głos niebieskowłosego był przeszywający.
- Ależ nic, Igarashi-sama – w jego ton zakradła się kpiąca nutka, ale szef albo tego nie zauważył, albo zignorował. Zebrani natomiast zaczęli pośpiesznie wychodzić.
- Takahiro, Takahide. Weźcie stąd Taichiego. Niech na razie nie pokazuje mi się na oczy.
- Tak jest. – bliźniacy zasalutowali i wzięli jasnowłosego pod ramię, wyciągając z pokoju. Shigeo stęknął z bólu po trzaśnięciu o ścianę, posyłając mordercze spojrzenie szefowi. Yasuaki pokazał mu język.
***
- Boże, dlaczego to było takie długie? – jęknęła Carmen za drzwiami. Brat objął ją ramieniem. Dziewczyna trzęsła się. – I dlaczego on zatrzymał Ryuji-kuna? Przecież on nic nie zrobił!
- Carmen, spokojnie… - zaczął delikatnie Camilo.
- Co spokojnie? W ogóle dlaczego on mnie wezwał? Że niby ja jestem najlepszym medykiem? Wolne sobie! Jestem tu ledwo kilka miesięcy i już jestem najlepsza? A poza tym on mówił, że wezwał najlepszych. Dlaczego ciebie też? Jakoś nie sądzę, że chodziło o umiejętność gotowania czy czegoś tam! – Carmen mówiła szybko, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Chcę do domu, Camilo! – jęknęła.
- Carmen… - chłopak za bardzo nie wiedział co powiedzieć panikującej siostrze. Kątem oka dostrzegł fioletowe włosy za plecami siostry, ale nim zdążył dać jej jakikolwiek znak, Toshiyuki zarzuciła ramię na szyję Carmen. Dziewczyna na początku zdezorientowana, tylko spojrzała na natręta, ale gdy rozpoznała błękitne oczy, napięła się jak struna, stojąc w praktycznym bezruchu. Toshiyuki zdawała się tego nie zauważyć.
- Nie znam hiszpańskiego, więc nie wiem o czym tak szczebioczecie, ale spokojnie, cukiereczku! – głos błękitnookiej był przesłodzony i praktycznie czuły, choć to tylko pozory. Każdy kto poznał trochę bliżej tą kobietę wiedział, że nie powinien nigdy uważać go za prawdę. – Tak długo jak tu jestem, nic ci się nie stanie! Hihihihi! – zachichotała, a Carmen modliła się by kobieta nie poczuła jej dreszczy. Objęła ją mocniej, trąc przyjacielsko policzkiem o jej policzek. Zachowywała się jak dziecko. Po części dlatego, że myślała jak dziecko. Jak psychopatyczne dziecko. – A tak w ogóle, cukierku, masz moje tabletki?
- T-t-tak… Bę-będą wie-czorem… - dziewczyna trochę się zająknęła.
- To świetnie, hihihih! – kobieta ją puściła, idąc z kierunkiem tłumu. Carmen wzięła głęboki wdech, uświadamiając sobie, że praktycznie nie oddychała. Brat położył jej rękę na ramieniu. Nakryła ją swoją dłonią, wzdychając ciężko. Zaczynała się rozluźniać, gdy usłyszała swoje imię.
- Carmen-san… Przepraszam za nią. – rzucił lekceważąco Kijuro, patrząc za kobietą, która podskakiwała, mrucząc jakąś wyliczankę. Brązowowłosa uśmiechnęła się przepraszająco. Nie chciała zachowywać się nietaktownie w stosunku do Toshiyuki. – Na pewno chciała dodać ci otuchy, tylko zrobiła to na swój sposób. Wiemy, że ani Shigeo, ani Igarashi-sama nie są zbyt… przyjaźni. Ale choć to dwie najsilniejsze osoby w tej organizacji, ty możesz mieć ich w garści. – mrugnął do niej porozumiewawczo, zniżając głos. Dziewczyna przekrzywiła głowę, a strateg szepnął jej do ucha: - Jeśli zostaną ranni, będą zdani na twoją łaskę i niełaskę. – odsunął się od niej, posyłając krzepiący uśmiech, choć wyglądał on fałszywie. Jak wszystkie emocje w Jishin. – I jeszcze jedno. Nie musisz się tak spinać przy Toshiyuki. Ona cię lubi, a dla przyjaciół jest… nieszkodliwa. – mimo, że powiedział to luźno, wypowiedzenie ostatniego słowa przyniosło mu ból. Odwrócił się i pobiegł za kobietą.
Rodzeństwo popatrzyło się po sobie, wzruszając synchronicznie ramionami. Znaleźli się tu przypadkiem kilka miesięcy temu, więc nie wiedzieli wielu rzeczy o członkach Jishinu. Jedną z najciekawszych rzeczy była relacja Toshiyuki i Kijuro. Nigdy by nie przypuszczali, że w takim ‘zawodzie’ jest miejsce na coś takiego jak miłość, a tym bardziej zaręczyny. I jakby choroba psychiczna Toshiyuki nie przekreślała jej całkowicie. Widać jednak było, że jest ważna dla Kijuro.
Camilo uważał to za największą słabość stratega. Tak, właśnie widział Toshiyuki – jako słabość. I tak samo spoglądał na własną siostrę – jako swoją wadę. Jednak nie mógł przestać jej kochać. Nie potrafił. Kilka razy próbował, ale kiedy tylko zobaczył siebie w jej czarnych, przerażonych oczach, zrezygnował.
- Jak myślisz, Camilo… Jak to wszystko się rozwinie? – zapytała z nutą melancholii w głosie. Chłopak zastanowił się przez chwilę.
- Na pewno nie dobrze… Ale to przeżyjemy i wrócimy do domu. – oznajmił pewnie. Siostra uśmiechnęła się szeroko, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Widząc wyraz jej twarzy Camilo też się rozchmurzył.
Właśnie. Przetrwają i wrócą. Razem.
***
Taki stał przed pokojem szpitalnym z dwiema puszkami kawy i tabliczką czekolady. Wahał się od kilku sekund czy powinien przekroczyć próg tak wcześnie. W końcu pokręcił głową i wziął głęboki wdech z nadzieją, że nie obudzi rannej koleżanki.
Miał ją odwiedzać już wczoraj, ale Ayako go wyprzedziła, a gdy po godzinie zajrzał do sali obie spały, więc sobie darował. Teraz przynajmniej nie przychodzi z pustymi rękami.
Zaśmiał się pod nosem. Nieważne jak długo będzie obracał się w tym towarzystwie, wychowanie zawsze zostanie mu we krwi.
Nie odzywaj się nie pytany. Ucz się pilnie. Nie przychodź z wizytą z pustymi rękami. Nie obrażaj innych. Nie płacz. Odżywiaj się właściwie. Bierz przykład z brata.
Blondyn pokręcił głową, odpędzając pesymistyczne myśli. To nie czas na roztrząsanie przeszłości. Otworzył cicho drzwi, wstawiając głowę do pokoju. Gdy zobaczył zmiętą pościel tam gdzie wczoraj spała Ichigo, postawił donośny krok. Rozejrzał się po pokoju. Zobaczył tylko lekarza, który przyglądał się mu z zaciekawieniem na twarzy oraz Ayako przeciągającą się na kozetce obok.
- Gdzie Ichigo-san? – zapytał, podejrzliwie patrząc na Ryutaro. Ayako zastygła i popatrzyła na łóżko, potem na lekarza, z dozą niedowierzania na twarzy.
- Wyszła kilka minut temu. – chłopak potarł dłonią swoje brązowe oczy dłonią. Westchnął głośno. – Myślałem, że się rozminiecie. Kurde, ale ona popyla. – zaśmiał się pod nosem, bez cienia wesołości.
- Jakim cudem? – wydusił Taki.
- No właśnie! Przecież ona miała rozcięte lewe ramię, zraniony prawy bok i cięcie przez praktycznie cały brzuch!
- Ayako nie krzycz tak. – Ryu pomachał uspokajająco rękami. – Chyba przesadziłem z siłą lekarstw. Nie spodziewałem się, że jej organizm będzie się tak szybko regenerował…
- Czyli naćpałeś ją prochami i wypuściłeś, tak doktorku? – głos Ayako ociekał sarkazmem. Blondyn posłał jej ganiące spojrzenie.
- Ej, Ayako-chan, to trochę niegrzeczne….
- Spoko, Taki, po 2 latach da się przyzwyczaić. – lekarz podparł głowę na dłoni. – Nic jej nie będzie. Rany niebyły jakoś wyjątkowo paraliżujące, straciła jedynie trochę krwi. Ichigo jest silna. I chyba wzięła się w garść.
- No to fajnie… - dziewczyna nie była jakoś przekonana, ale tylko wzruszyła ramionami. – Co tam masz, Taki?
- Miało być dla Ichigo-san, ale, że jej nie ma… - chłopak podrapał się w tył głowy, trochę się rumieniąc. – Łap. – polecił nieśmiało i cicho, rzucając jej puszkę z kawą. – Czekolada zostaje dla Ichigo-san. – dodał, widząc łakomy wzrok przyjaciółki.
- Tak, tak… - przytaknęła automatycznie dziewczyna, otwierając puszkę. – To my lecimy, Ryutaro. – pomachała na do widzenia chłopakowi, który tylko machnął poganiająco ręką.
- No w końcu. I na przyszłość śpij we własnym łóżku. – zaśmiał się Ryu. Ayako prychnęła i wyszła. Taki spojrzał za nią, po czym przeniósł wzrok na sufit. Lekarz uśmiechnął się pod nosem. – Goń ją. – rzucił, udając, że jest zaaferowany papierami. Blondyn ukłonił się lekko i wybiegł za koleżanką, poprawiając okulary. – Uważajcie na siebie. – mruknął Ryu, choć nikt już go nie słyszał.
Taki dogonił koleżankę dopiero w innym skrzydle. Martwił się, że będzie zła, ale w ogóle nie przejęła się uszczypliwą uwagą Ryu. Z resztą tak jak zwykle. Po prostu martwienie weszło mu w nawyk.
- Sorka, że na ciebie nie poczekałam. – powiedziała dopijając kawę. – Byłeś już na śniadaniu?
- Jeszcze nie. – rzucił, kierując kroki ku jadalni.
- Co on chciał?
- Słucham?
- No Tokaji. Wczoraj.
- No tak… - Taki odwrócił wzrok. Wolał powiedzieć jej to w bardziej sprzyjających okolicznościach. Popatrzył się na jej wesołą twarz i westchnął. Zaczął streszczać wczorajszą rozmowę.
- ŻE CO? – wybuchła dziewczyna od razu po zakończeniu opowieści. – Jak mogłeś się zgodzić? Przecież ja z nim nie wytrzymam dłużej niż 5 minut!
- Chyba będziesz musiała… - usłyszeli za sobą męski głos.
Czarnowłosy jak zwykle pojawiał się tak samo niespodziewanie jak znikał. Uśmiechał się zwycięsko na widok miny Ayako. Ubóstwiał drażnienie dziewczyny. Obdarzyła go wściekłym spojrzeniem, a okularnik tylko westchnął.
- Zwłaszcza, że to ja będę liderem. – dodał, a jego głos ociekał jadem.
- Po moim trupie. – dłonie dziewczyny zacisnęły się w pięści, a ona usiłowała wyglądać wyzywająco. Jednak prawie 30-centymetrowa różnica w wzroście skutecznie to niwelowała.
- Z wielką chęcią, kurduplu.
- Tokaji-kun! – Taki stanął obrończo przed dziewczyną. Dwójka zdawała się go w ogóle nie zauważyć. Teraz bardziej zatęsknił za Tsunearim, który w tej chwili powinien odciągnąć czarnowłosego.
- A poza tym kto bardziej nadaje się na dowódcę niż ja? Tchórzliwy łucznik, niedoświadczona samobójczyni czy nieśmiały okularnik, co?
- Tokaji! – blondyn podniósł głos, mierząc towarzysza groźnym wzrokiem znad okularów. Czarnowłosy mierzył się chwilę zdziwiony z jego szarymi oczami, po czym odpuścił.
- Fiu, fiu – zagwizdał kpiąco. Wsadził ręce do kieszeni, ruszając we własnym kierunku. – A tak na marginesie, zostałem senseiem Ichigo. To na razie! – zniknął zostawiając dwójkę przyjaciół w osłupieniu.
Taki tylko głęboko westchnął, pozbywając się złości. Miał nadzieję, że Ichigo wie co robi. Ayako natomiast kipiała ze wściekłości.
- Co. Za. Skończony. Idiota. – Brązowowłosa cedziła słowa przez zaciśnięte zęby, praktycznie się trzęsąc. – Grrrrr! – zawarczała i kopnęła z całej siły w ścianę. Z sufitu poleciała nieznaczna ilość tynku.
Blondyn wzdrygnął się, zastanawiając się jak uspokoić koleżankę, jednak dziewczyna wyprostowała się i odwróciła z uśmiechem.
- To jak? Idziemy na to śniadanie czy nie?
***
Stoję przed lustrem usiłując się jakoś uczesać. Mimo iż nałożyłam tonę odżywek czarne kudły i tak są napuszone i przez to jeszcze bardziej gęste.
Wznoszę oczy do nieba, gdy po raz piąty z mojego koka wychodzą pojedyncze pasma włosów. Poddaję się w końcu, zostawiając na głowie artystyczny nieład.
Przeglądam się w lustrze. Założyłam fioletową bluzę i granatowe, przetarte jeansy. Nad butami i tak się nie zastanawiam, bo mam tylko kilka par adidasów. Wzdycham. Kiedyś w szafie miałam masę bardziej dziewczęcych ciuchów. W sumie brakuje mi tego, ale sukienki raczej na pewno nie będą wygodne w walce. No i nie mają kieszeni. Niech żyją jeasny.
Ale jakby się zastanowić, to ostatnio kiedy tak długo stałam przed lustrem to ten pamiętny poranek, w którym uciekłam. Przywołuję w pamięci swój obraz, chcąc porównać go z obecnym. W myślach widzę rozczochrane włosy, bladą twarz, niechlujne sportowe ubranie, dłonie pokryte zeschniętą krwią oraz duże, przerażone oczy w kolorze nocnego nieba.
Teraz moje włosy są minimalnie bardziej ogarnięte. I dłuższe. Sięgają już za ramiona. Twarz nadal mam bladą, a strój jest podobny do tego co wtedy. Na dłoniach mam krew, tyle tylko, że nie widoczną. Jedynie moje oczy się widocznie zmieniły. Wtedy były pełne strachu, a teraz pustka została przykryta złudną pewnością siebie. Niewiele zmian.
Pewnie gdybym zastanowiła się nad tym trochę dłużej zauważyłabym delikatnie rysujące się mięśnie oraz jakieś 2cm do wzrostu.
Łapię pochwę z mieczem. Ignorując rany, zmierzam do sali treningowej. Muszę stać się silniejsza. Muszę zemścić. Zwłaszcza, że w końcu mam jakiś trop.
Shigeo Taichi.
***
Czwórka przyjaciół siedzi na ziemi, popijając jakiś napój gazowany. Mimo iż Jun i Koichi dowiedzieli się szczegółów, jakoś nie poszli. Mako tak czy siak nie miała nic lepszego do roboty więc siedzieli na poduszkach i grali w karty i wspominali stare czasy.
Mieszkanie Meijiego było iście proste. Ściany były niepomalowane, a panele wszędzie były takie same. W każdym pokoju była jedynie swobodnie zwisająca żarówka, dająca marne źródło światła. W salonie znajdował się tylko nieduży regał z książkami i innymi rzeczami na które nie było miejsca, stolik, a wokół niego kilka poduszek do siedzenia. W sypialni stało stare, trzeszczące łóżko i komoda z ciuchami. I to w sumie na tyle. Czarnowłosy nalegał, że nie potrzebuje dużo miejsca, więc przydzielono mu jeden z najmniejszych pokoi. Jego towarzysze wzięli z niego przykład, biorąc identyczne mieszkania, jednak urządzili je bardziej przytulnie.
Meiji rzucił ostatnią kartę na stosik, z idealnym poker face’m mówiąc:
- Po makale.
- Niech cię, Meiji! – zawył Koichi, ciągnąc kolejną kartę. Zebrani uśmiechnęli się pod nosem. Wszyscy oprócz Mako, która od kilku lat zachowywała lodowatą powagę.
- Nie uważacie tego za ironiczne? – rzucił luźno Meiji. Założył ręce za kark i opadł na ziemię. – Zbliża nam się bitwa, a my zamiast trenować to gramy w karty.
- Jak tak ci się pali do trenowania to drzwi stoją otworem – rzuciła Mako.
- Pragnę zauważyć, że to moje mieszkanie.
- Czy ja coś mówię?
- Żądam szóstek – wtrącił Jun. Mako spojrzała przelotnie na swoje karty. Położyła jedną. – Makao. – i drugą. – Po makale.
- Nie w ogóle, cały czas milczysz. – mruknął Meiji.
Koichi zawył i pociągnął jedną kartę, a Jun też skończył partię. Brązowowłosy cisnął kartami o stół, prychając jak wściekły kotek. Zdecydowanie nie umiał przegrywać.
- W sumie to miałeś rację, Meiji – stwierdziła Mako. – Z tymi kartami.
- Ja zawsze mam rację. – odparł dumnie mężczyzna.
- Tylko czasami. – zgasiła go rudowłosa. Popatrzyli na siebie przeciągle, mierząc się zielonymi i piwnymi oczami. Jun i Koichi spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Mimo, że Mako nie wyrażała żadnych uczuć, a Meiji lekko się uśmiechał wiedzieli swoje. Przeżyli ze sobą wystarczająco by po prostu wyczuwać takie rzeczy.
Koichi spojrzał na starszego przyjaciela. W takich naturalnych chwilach przypominało mu się wspólne dzieciństwo. Jednak w te miłe wspomnienia zakradła się śmierć. Brązowooki posmutniał minimalnie, po chwili drgając. Spojrzeli na niego z zaciekawieniem.
- Ja pierdole, ale ze mnie idiota – powiedział słabym głosem, a w jego oczach było przerażenie. – Na śmierć zapomniałem.
- Koichi? – na twarzy Juna malowało się zatroskanie.
- Miałem wam powiedzieć o tym co działo się jak pobiegliście przodem ratować dziewczyny. – wyjaśnił mężczyzna. Meiji zerwał się na równe nogi. Mako rozszerzyła swoje oczy, wyciągając uspokajająco dłoń w jego stronę.
- Meiji….
- To tam, do jasnej cholery, się coś działo, idioto!? Dlaczego od razu tego nie mówiłeś!? – wrzasnął czarnowłosy.
Koichi na początku wzdrygnął się, wiedząc, że Meiji ma rację, jednak jego charakter nie pozwolił mu zachować spokoju. Też zerwał się na równe nogi, mierząc się wzrokiem z inteligentnymi, piwnymi oczami przyjaciela.
- Zainteresowałem się trochę innymi rzeczami. Jak na przykład ratowaniem Ichigo albo wojną! – w ton jego głosu zakradła się irytacja. – A ty mogłeś się zapytać!
- Czy ja ci wyglądam na twoją matkę, że się będą o wszystko wypytywać? Jak nic nie mówiłeś uznałem, że nic ważnego się nie stało! Myśl ty czasem!
- Cisza. – spokojny głos Mako sprawił, że umilkli. Kobieta znała charaktery całej trójki na wylot. Niestety spokój umiał zachować tylko Jun, który jako najmłodszy przyzwyczaił się, że złość to nie sposób na wygranie niekończących się sprzeczek. – Koichi. Co się stało?
Brązowowłosy zaczął streszczać rozmowę. Z początku niechętnie, potem z dużo większą ilością szczegółów. Meiji słuchał tego w milczeniu, powoli wszystko analizując. Kiedy Koichi skończył, cała trójka wbiła spojrzenia w czarnowłosego. Mężczyzna tylko potarł skroń i westchnął.
- Z tego wynika, że Matsuki Daishi ma u niego jakiś dług, że tak szybko zrezygnował. A ten… Jak mu tam?
- Ryuji Kuno – powtórzył Koichi.
- No właśnie. Pierwsze słyszę. I jakby to nie było wystarczająco podejrzane to jeszcze jest w ciula silny, więc nie jest w tym od wczoraj. Dlaczego nikt o nim nie słyszał? – Meiji mówił spokojnym, analitycznym tonem. – A najdziwniejsze jest to, że nie siedzi w nim psychopatyczny-morderca-wszystkiego-co-się-rusza. – Meiji użył obraźliwego określenia, pasującego do większości członków Jishin. – I za chował się tak jakby chciał nam pomóc. A nic mi nie wiadomo o żadnym szpiegu.
- To nie ma sensu. – mruknęła Mako.
- A co tu w ogóle ma sens? – westchnął Jun, podnosząc się. – Idę trenować. Wam też radzę się tym zająć. Jakoś nie uspokaja mnie myśl, że ktoś na luziku sparował cios Koichiego.
- A niby z jakiej racji, co? – rzuca Toshiyuki. – Możesz tego wymagać tylko kiedy jest pod twoimi rozkazami. Shigeo. – specjalnie kładzie duży nacisk na imię jasnowłosego pozbawionego jakichkolwiek grzecznościowych form.
- Spokój.
Na dźwięk tego jednego słowa wszyscy cichną, kierując spojrzenia w stronę niebieskowłosego. Na jego twarzy maluje się irytacja. Skrzyżował ręce na piersi i cmoka językiem z zażenowaniem. Carmen przełyka ślinę, chowając się mimowolnie za bratem. Camilo napina mięśnie, choć wie, że to nie jego dosięgnie gniew Śmierci.
- Naprawdę chcecie wyprowadzić mnie z równowagi, prawda?
Odpowiada mu milczenie.
- To miało być poważne spotkanie a nie potyczka słowna.
Na te słowa Ryuji wzrusza ramionami i opuszcza ponownie głowę. Toshiyuki odwraca wzrok, a Shigeo wlepia wściekłe ślepia w niebieskowłosego.
- Gdybyś nie był ważny to dawno leżałbyś w kałuży krwi. – syczy Yasuaki z zamkniętymi oczami. – Taichi.
- Gdybym nie był ważny, nie pozwalałbym sobie, Igarashi.
Niebieskowłosy w przeciągu sekundy znalazł się przy Shigeo i mimo, że ten był wyższy i cięższy bez problemu zacisnął pięść na jego koszuli i uniósł do góry. Błękitnooki nawet nie zorientował się kiedy zabrakło mu powietrza. Reszta zebranych zrobiła krok do tyłu, czekając w napięciu na dalszy ciąg zdarzeń.
- Nie masz prawa się tak do mnie zwracać, Shigeo. – głos szefa jest stoicko spokojny ale zakorzenia niewyjaśniony strach głęboko w sercu, powodując unieruchomienie. – Igarashi-sama. Powtórz.
- I… gara.. shi… sama… - wydusza posłusznie Shigeo.
- Właśnie. I nie zapominaj kto tu rządzi. – mężczyzna cisnął nim jakby był szmacianą lalką. – Jasne?
- Tak jest, Igarashi-sama! – wszyscy obecni stanęli na baczność, salutując. Widząc i czując ich strach i niepewność, Yasuaki uśmiechnął się z błogością.
Nie bez powodu dostał tytuł Żywej Śmierci. Niesamowita siła i szybkośc czyniła go strasznym ale to co tak naprawdę się liczyło to zachowanie. Jego głos przybierał taką barwę, że mroziło krew w żyłach, a czarne niczym otchłań oczy paraliżowały doszczętnie. Człowiek nawet nie wiedział kiedy go zabijano.
- Ale takie pytanie, szefie… - Kijuro niepewnie zaczął, a kiedy szef obdarzył go ‘ciepłym’ uśmiechem, ciągnął dalej. – Powiedział pan ‘na większe bitwy’ więc zastanawiam jaką strategię obierzemy.
- Widzę, że choć jedna osoba tutaj myśli. – Yasuaki zaklaskał krótko. – Będziemy atakowali pojedyncze osoby. Powoli, z dnia na dzień. Żeby nigdy nie wiedzieli kiedy zaatakujemy. Żeby zawsze czekali.
- Tylko po co? – Kijuro zmrużył swoje piwne oczy, nie rozumiejąc strategii. – Nie lepiej od razu ich zmiażdżyć?
- Tak, tak! – Toshiyuki podskoczyła. – Zmiażdżyć, rozgnieść, poturbować, posiekać, poćwiartować. ZABIĆ. – w jej błękitnych oczach zabłysły iskry, a usta wygięły się w okrutnym uśmiechu. Yasuaki posłał jej wielbiące spojrzenie. Uwielbiał ten stan.
- Toshiyuki! – ton głosu Kijuro był stanowczy, a kobieta momentalnie się ocknęła i zakrywając dłonią usta, zarumieniła się.
- Przepraszam kochanie. – mruknęła.
- Nic nie szkodzi, Karube-chan. – szef do nie mrugnął. Ale wracając, ta taktyka ma trochę inny cel. Ktoś się domyśla? – rzucił pytanie jak nauczyciel w klasie.
- Żeby sami się zniszczyli – rzucił donośnie Ryuji.
- Bingo! – wykrzyknął Yasuaki.
- Że co? – Takahiro przekrzywił głowę.
- Nie jarzę jakoś. – mruknął Takahide.
- Ale to jasne. – powiedział cicho Camilo. Wszyscy na niego spojrzeli, w tym siostra, która błagała go spojrzeniem by milczał. – Nie mogą nas zaatakować, bo byłoby to równoznaczne z samobójstwem. Muszą być cały czas gotowi na atak, więc ich psychika się zmęczy. A wtedy my uderzymy.
- No nieźle – Kijuro zagwizdał. – Może być z ciebie dobry strateg.
- Dziękuje – chłopak opuścił głowę. Carmen spojrzała wyzywająco na szefa.
- Wzięłam… Wzięłam dokumentację zdrowotną ważniejszych osób. Może… Może ci się… przydać. – powiedziała, lekko się jąkając. Yasuaki wziął plik kartek i poklepał ją po głowie.
- Dobra robota, Carmen-chan. – rzucił, prostując się. – Dobra, jesteście wolni. Oprócz ciebie, Ryuji. Ty zostajesz.
- Jak zwykle. – mruknął czarnowłosy.
- Coś mówiłeś? – głos niebieskowłosego był przeszywający.
- Ależ nic, Igarashi-sama – w jego ton zakradła się kpiąca nutka, ale szef albo tego nie zauważył, albo zignorował. Zebrani natomiast zaczęli pośpiesznie wychodzić.
- Takahiro, Takahide. Weźcie stąd Taichiego. Niech na razie nie pokazuje mi się na oczy.
- Tak jest. – bliźniacy zasalutowali i wzięli jasnowłosego pod ramię, wyciągając z pokoju. Shigeo stęknął z bólu po trzaśnięciu o ścianę, posyłając mordercze spojrzenie szefowi. Yasuaki pokazał mu język.
***
- Boże, dlaczego to było takie długie? – jęknęła Carmen za drzwiami. Brat objął ją ramieniem. Dziewczyna trzęsła się. – I dlaczego on zatrzymał Ryuji-kuna? Przecież on nic nie zrobił!
- Carmen, spokojnie… - zaczął delikatnie Camilo.
- Co spokojnie? W ogóle dlaczego on mnie wezwał? Że niby ja jestem najlepszym medykiem? Wolne sobie! Jestem tu ledwo kilka miesięcy i już jestem najlepsza? A poza tym on mówił, że wezwał najlepszych. Dlaczego ciebie też? Jakoś nie sądzę, że chodziło o umiejętność gotowania czy czegoś tam! – Carmen mówiła szybko, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Chcę do domu, Camilo! – jęknęła.
- Carmen… - chłopak za bardzo nie wiedział co powiedzieć panikującej siostrze. Kątem oka dostrzegł fioletowe włosy za plecami siostry, ale nim zdążył dać jej jakikolwiek znak, Toshiyuki zarzuciła ramię na szyję Carmen. Dziewczyna na początku zdezorientowana, tylko spojrzała na natręta, ale gdy rozpoznała błękitne oczy, napięła się jak struna, stojąc w praktycznym bezruchu. Toshiyuki zdawała się tego nie zauważyć.
- Nie znam hiszpańskiego, więc nie wiem o czym tak szczebioczecie, ale spokojnie, cukiereczku! – głos błękitnookiej był przesłodzony i praktycznie czuły, choć to tylko pozory. Każdy kto poznał trochę bliżej tą kobietę wiedział, że nie powinien nigdy uważać go za prawdę. – Tak długo jak tu jestem, nic ci się nie stanie! Hihihihi! – zachichotała, a Carmen modliła się by kobieta nie poczuła jej dreszczy. Objęła ją mocniej, trąc przyjacielsko policzkiem o jej policzek. Zachowywała się jak dziecko. Po części dlatego, że myślała jak dziecko. Jak psychopatyczne dziecko. – A tak w ogóle, cukierku, masz moje tabletki?
- T-t-tak… Bę-będą wie-czorem… - dziewczyna trochę się zająknęła.
- To świetnie, hihihih! – kobieta ją puściła, idąc z kierunkiem tłumu. Carmen wzięła głęboki wdech, uświadamiając sobie, że praktycznie nie oddychała. Brat położył jej rękę na ramieniu. Nakryła ją swoją dłonią, wzdychając ciężko. Zaczynała się rozluźniać, gdy usłyszała swoje imię.
- Carmen-san… Przepraszam za nią. – rzucił lekceważąco Kijuro, patrząc za kobietą, która podskakiwała, mrucząc jakąś wyliczankę. Brązowowłosa uśmiechnęła się przepraszająco. Nie chciała zachowywać się nietaktownie w stosunku do Toshiyuki. – Na pewno chciała dodać ci otuchy, tylko zrobiła to na swój sposób. Wiemy, że ani Shigeo, ani Igarashi-sama nie są zbyt… przyjaźni. Ale choć to dwie najsilniejsze osoby w tej organizacji, ty możesz mieć ich w garści. – mrugnął do niej porozumiewawczo, zniżając głos. Dziewczyna przekrzywiła głowę, a strateg szepnął jej do ucha: - Jeśli zostaną ranni, będą zdani na twoją łaskę i niełaskę. – odsunął się od niej, posyłając krzepiący uśmiech, choć wyglądał on fałszywie. Jak wszystkie emocje w Jishin. – I jeszcze jedno. Nie musisz się tak spinać przy Toshiyuki. Ona cię lubi, a dla przyjaciół jest… nieszkodliwa. – mimo, że powiedział to luźno, wypowiedzenie ostatniego słowa przyniosło mu ból. Odwrócił się i pobiegł za kobietą.
Rodzeństwo popatrzyło się po sobie, wzruszając synchronicznie ramionami. Znaleźli się tu przypadkiem kilka miesięcy temu, więc nie wiedzieli wielu rzeczy o członkach Jishinu. Jedną z najciekawszych rzeczy była relacja Toshiyuki i Kijuro. Nigdy by nie przypuszczali, że w takim ‘zawodzie’ jest miejsce na coś takiego jak miłość, a tym bardziej zaręczyny. I jakby choroba psychiczna Toshiyuki nie przekreślała jej całkowicie. Widać jednak było, że jest ważna dla Kijuro.
Camilo uważał to za największą słabość stratega. Tak, właśnie widział Toshiyuki – jako słabość. I tak samo spoglądał na własną siostrę – jako swoją wadę. Jednak nie mógł przestać jej kochać. Nie potrafił. Kilka razy próbował, ale kiedy tylko zobaczył siebie w jej czarnych, przerażonych oczach, zrezygnował.
- Jak myślisz, Camilo… Jak to wszystko się rozwinie? – zapytała z nutą melancholii w głosie. Chłopak zastanowił się przez chwilę.
- Na pewno nie dobrze… Ale to przeżyjemy i wrócimy do domu. – oznajmił pewnie. Siostra uśmiechnęła się szeroko, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Widząc wyraz jej twarzy Camilo też się rozchmurzył.
Właśnie. Przetrwają i wrócą. Razem.
***
Taki stał przed pokojem szpitalnym z dwiema puszkami kawy i tabliczką czekolady. Wahał się od kilku sekund czy powinien przekroczyć próg tak wcześnie. W końcu pokręcił głową i wziął głęboki wdech z nadzieją, że nie obudzi rannej koleżanki.
Miał ją odwiedzać już wczoraj, ale Ayako go wyprzedziła, a gdy po godzinie zajrzał do sali obie spały, więc sobie darował. Teraz przynajmniej nie przychodzi z pustymi rękami.
Zaśmiał się pod nosem. Nieważne jak długo będzie obracał się w tym towarzystwie, wychowanie zawsze zostanie mu we krwi.
Nie odzywaj się nie pytany. Ucz się pilnie. Nie przychodź z wizytą z pustymi rękami. Nie obrażaj innych. Nie płacz. Odżywiaj się właściwie. Bierz przykład z brata.
Blondyn pokręcił głową, odpędzając pesymistyczne myśli. To nie czas na roztrząsanie przeszłości. Otworzył cicho drzwi, wstawiając głowę do pokoju. Gdy zobaczył zmiętą pościel tam gdzie wczoraj spała Ichigo, postawił donośny krok. Rozejrzał się po pokoju. Zobaczył tylko lekarza, który przyglądał się mu z zaciekawieniem na twarzy oraz Ayako przeciągającą się na kozetce obok.
- Gdzie Ichigo-san? – zapytał, podejrzliwie patrząc na Ryutaro. Ayako zastygła i popatrzyła na łóżko, potem na lekarza, z dozą niedowierzania na twarzy.
- Wyszła kilka minut temu. – chłopak potarł dłonią swoje brązowe oczy dłonią. Westchnął głośno. – Myślałem, że się rozminiecie. Kurde, ale ona popyla. – zaśmiał się pod nosem, bez cienia wesołości.
- Jakim cudem? – wydusił Taki.
- No właśnie! Przecież ona miała rozcięte lewe ramię, zraniony prawy bok i cięcie przez praktycznie cały brzuch!
- Ayako nie krzycz tak. – Ryu pomachał uspokajająco rękami. – Chyba przesadziłem z siłą lekarstw. Nie spodziewałem się, że jej organizm będzie się tak szybko regenerował…
- Czyli naćpałeś ją prochami i wypuściłeś, tak doktorku? – głos Ayako ociekał sarkazmem. Blondyn posłał jej ganiące spojrzenie.
- Ej, Ayako-chan, to trochę niegrzeczne….
- Spoko, Taki, po 2 latach da się przyzwyczaić. – lekarz podparł głowę na dłoni. – Nic jej nie będzie. Rany niebyły jakoś wyjątkowo paraliżujące, straciła jedynie trochę krwi. Ichigo jest silna. I chyba wzięła się w garść.
- No to fajnie… - dziewczyna nie była jakoś przekonana, ale tylko wzruszyła ramionami. – Co tam masz, Taki?
- Miało być dla Ichigo-san, ale, że jej nie ma… - chłopak podrapał się w tył głowy, trochę się rumieniąc. – Łap. – polecił nieśmiało i cicho, rzucając jej puszkę z kawą. – Czekolada zostaje dla Ichigo-san. – dodał, widząc łakomy wzrok przyjaciółki.
- Tak, tak… - przytaknęła automatycznie dziewczyna, otwierając puszkę. – To my lecimy, Ryutaro. – pomachała na do widzenia chłopakowi, który tylko machnął poganiająco ręką.
- No w końcu. I na przyszłość śpij we własnym łóżku. – zaśmiał się Ryu. Ayako prychnęła i wyszła. Taki spojrzał za nią, po czym przeniósł wzrok na sufit. Lekarz uśmiechnął się pod nosem. – Goń ją. – rzucił, udając, że jest zaaferowany papierami. Blondyn ukłonił się lekko i wybiegł za koleżanką, poprawiając okulary. – Uważajcie na siebie. – mruknął Ryu, choć nikt już go nie słyszał.
Taki dogonił koleżankę dopiero w innym skrzydle. Martwił się, że będzie zła, ale w ogóle nie przejęła się uszczypliwą uwagą Ryu. Z resztą tak jak zwykle. Po prostu martwienie weszło mu w nawyk.
- Sorka, że na ciebie nie poczekałam. – powiedziała dopijając kawę. – Byłeś już na śniadaniu?
- Jeszcze nie. – rzucił, kierując kroki ku jadalni.
- Co on chciał?
- Słucham?
- No Tokaji. Wczoraj.
- No tak… - Taki odwrócił wzrok. Wolał powiedzieć jej to w bardziej sprzyjających okolicznościach. Popatrzył się na jej wesołą twarz i westchnął. Zaczął streszczać wczorajszą rozmowę.
- ŻE CO? – wybuchła dziewczyna od razu po zakończeniu opowieści. – Jak mogłeś się zgodzić? Przecież ja z nim nie wytrzymam dłużej niż 5 minut!
- Chyba będziesz musiała… - usłyszeli za sobą męski głos.
Czarnowłosy jak zwykle pojawiał się tak samo niespodziewanie jak znikał. Uśmiechał się zwycięsko na widok miny Ayako. Ubóstwiał drażnienie dziewczyny. Obdarzyła go wściekłym spojrzeniem, a okularnik tylko westchnął.
- Zwłaszcza, że to ja będę liderem. – dodał, a jego głos ociekał jadem.
- Po moim trupie. – dłonie dziewczyny zacisnęły się w pięści, a ona usiłowała wyglądać wyzywająco. Jednak prawie 30-centymetrowa różnica w wzroście skutecznie to niwelowała.
- Z wielką chęcią, kurduplu.
- Tokaji-kun! – Taki stanął obrończo przed dziewczyną. Dwójka zdawała się go w ogóle nie zauważyć. Teraz bardziej zatęsknił za Tsunearim, który w tej chwili powinien odciągnąć czarnowłosego.
- A poza tym kto bardziej nadaje się na dowódcę niż ja? Tchórzliwy łucznik, niedoświadczona samobójczyni czy nieśmiały okularnik, co?
- Tokaji! – blondyn podniósł głos, mierząc towarzysza groźnym wzrokiem znad okularów. Czarnowłosy mierzył się chwilę zdziwiony z jego szarymi oczami, po czym odpuścił.
- Fiu, fiu – zagwizdał kpiąco. Wsadził ręce do kieszeni, ruszając we własnym kierunku. – A tak na marginesie, zostałem senseiem Ichigo. To na razie! – zniknął zostawiając dwójkę przyjaciół w osłupieniu.
Taki tylko głęboko westchnął, pozbywając się złości. Miał nadzieję, że Ichigo wie co robi. Ayako natomiast kipiała ze wściekłości.
- Co. Za. Skończony. Idiota. – Brązowowłosa cedziła słowa przez zaciśnięte zęby, praktycznie się trzęsąc. – Grrrrr! – zawarczała i kopnęła z całej siły w ścianę. Z sufitu poleciała nieznaczna ilość tynku.
Blondyn wzdrygnął się, zastanawiając się jak uspokoić koleżankę, jednak dziewczyna wyprostowała się i odwróciła z uśmiechem.
- To jak? Idziemy na to śniadanie czy nie?
***
Stoję przed lustrem usiłując się jakoś uczesać. Mimo iż nałożyłam tonę odżywek czarne kudły i tak są napuszone i przez to jeszcze bardziej gęste.
Wznoszę oczy do nieba, gdy po raz piąty z mojego koka wychodzą pojedyncze pasma włosów. Poddaję się w końcu, zostawiając na głowie artystyczny nieład.
Przeglądam się w lustrze. Założyłam fioletową bluzę i granatowe, przetarte jeansy. Nad butami i tak się nie zastanawiam, bo mam tylko kilka par adidasów. Wzdycham. Kiedyś w szafie miałam masę bardziej dziewczęcych ciuchów. W sumie brakuje mi tego, ale sukienki raczej na pewno nie będą wygodne w walce. No i nie mają kieszeni. Niech żyją jeasny.
Ale jakby się zastanowić, to ostatnio kiedy tak długo stałam przed lustrem to ten pamiętny poranek, w którym uciekłam. Przywołuję w pamięci swój obraz, chcąc porównać go z obecnym. W myślach widzę rozczochrane włosy, bladą twarz, niechlujne sportowe ubranie, dłonie pokryte zeschniętą krwią oraz duże, przerażone oczy w kolorze nocnego nieba.
Teraz moje włosy są minimalnie bardziej ogarnięte. I dłuższe. Sięgają już za ramiona. Twarz nadal mam bladą, a strój jest podobny do tego co wtedy. Na dłoniach mam krew, tyle tylko, że nie widoczną. Jedynie moje oczy się widocznie zmieniły. Wtedy były pełne strachu, a teraz pustka została przykryta złudną pewnością siebie. Niewiele zmian.
Pewnie gdybym zastanowiła się nad tym trochę dłużej zauważyłabym delikatnie rysujące się mięśnie oraz jakieś 2cm do wzrostu.
Łapię pochwę z mieczem. Ignorując rany, zmierzam do sali treningowej. Muszę stać się silniejsza. Muszę zemścić. Zwłaszcza, że w końcu mam jakiś trop.
Shigeo Taichi.
***
Czwórka przyjaciół siedzi na ziemi, popijając jakiś napój gazowany. Mimo iż Jun i Koichi dowiedzieli się szczegółów, jakoś nie poszli. Mako tak czy siak nie miała nic lepszego do roboty więc siedzieli na poduszkach i grali w karty i wspominali stare czasy.
Mieszkanie Meijiego było iście proste. Ściany były niepomalowane, a panele wszędzie były takie same. W każdym pokoju była jedynie swobodnie zwisająca żarówka, dająca marne źródło światła. W salonie znajdował się tylko nieduży regał z książkami i innymi rzeczami na które nie było miejsca, stolik, a wokół niego kilka poduszek do siedzenia. W sypialni stało stare, trzeszczące łóżko i komoda z ciuchami. I to w sumie na tyle. Czarnowłosy nalegał, że nie potrzebuje dużo miejsca, więc przydzielono mu jeden z najmniejszych pokoi. Jego towarzysze wzięli z niego przykład, biorąc identyczne mieszkania, jednak urządzili je bardziej przytulnie.
Meiji rzucił ostatnią kartę na stosik, z idealnym poker face’m mówiąc:
- Po makale.
- Niech cię, Meiji! – zawył Koichi, ciągnąc kolejną kartę. Zebrani uśmiechnęli się pod nosem. Wszyscy oprócz Mako, która od kilku lat zachowywała lodowatą powagę.
- Nie uważacie tego za ironiczne? – rzucił luźno Meiji. Założył ręce za kark i opadł na ziemię. – Zbliża nam się bitwa, a my zamiast trenować to gramy w karty.
- Jak tak ci się pali do trenowania to drzwi stoją otworem – rzuciła Mako.
- Pragnę zauważyć, że to moje mieszkanie.
- Czy ja coś mówię?
- Żądam szóstek – wtrącił Jun. Mako spojrzała przelotnie na swoje karty. Położyła jedną. – Makao. – i drugą. – Po makale.
- Nie w ogóle, cały czas milczysz. – mruknął Meiji.
Koichi zawył i pociągnął jedną kartę, a Jun też skończył partię. Brązowowłosy cisnął kartami o stół, prychając jak wściekły kotek. Zdecydowanie nie umiał przegrywać.
- W sumie to miałeś rację, Meiji – stwierdziła Mako. – Z tymi kartami.
- Ja zawsze mam rację. – odparł dumnie mężczyzna.
- Tylko czasami. – zgasiła go rudowłosa. Popatrzyli na siebie przeciągle, mierząc się zielonymi i piwnymi oczami. Jun i Koichi spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Mimo, że Mako nie wyrażała żadnych uczuć, a Meiji lekko się uśmiechał wiedzieli swoje. Przeżyli ze sobą wystarczająco by po prostu wyczuwać takie rzeczy.
Koichi spojrzał na starszego przyjaciela. W takich naturalnych chwilach przypominało mu się wspólne dzieciństwo. Jednak w te miłe wspomnienia zakradła się śmierć. Brązowooki posmutniał minimalnie, po chwili drgając. Spojrzeli na niego z zaciekawieniem.
- Ja pierdole, ale ze mnie idiota – powiedział słabym głosem, a w jego oczach było przerażenie. – Na śmierć zapomniałem.
- Koichi? – na twarzy Juna malowało się zatroskanie.
- Miałem wam powiedzieć o tym co działo się jak pobiegliście przodem ratować dziewczyny. – wyjaśnił mężczyzna. Meiji zerwał się na równe nogi. Mako rozszerzyła swoje oczy, wyciągając uspokajająco dłoń w jego stronę.
- Meiji….
- To tam, do jasnej cholery, się coś działo, idioto!? Dlaczego od razu tego nie mówiłeś!? – wrzasnął czarnowłosy.
Koichi na początku wzdrygnął się, wiedząc, że Meiji ma rację, jednak jego charakter nie pozwolił mu zachować spokoju. Też zerwał się na równe nogi, mierząc się wzrokiem z inteligentnymi, piwnymi oczami przyjaciela.
- Zainteresowałem się trochę innymi rzeczami. Jak na przykład ratowaniem Ichigo albo wojną! – w ton jego głosu zakradła się irytacja. – A ty mogłeś się zapytać!
- Czy ja ci wyglądam na twoją matkę, że się będą o wszystko wypytywać? Jak nic nie mówiłeś uznałem, że nic ważnego się nie stało! Myśl ty czasem!
- Cisza. – spokojny głos Mako sprawił, że umilkli. Kobieta znała charaktery całej trójki na wylot. Niestety spokój umiał zachować tylko Jun, który jako najmłodszy przyzwyczaił się, że złość to nie sposób na wygranie niekończących się sprzeczek. – Koichi. Co się stało?
Brązowowłosy zaczął streszczać rozmowę. Z początku niechętnie, potem z dużo większą ilością szczegółów. Meiji słuchał tego w milczeniu, powoli wszystko analizując. Kiedy Koichi skończył, cała trójka wbiła spojrzenia w czarnowłosego. Mężczyzna tylko potarł skroń i westchnął.
- Z tego wynika, że Matsuki Daishi ma u niego jakiś dług, że tak szybko zrezygnował. A ten… Jak mu tam?
- Ryuji Kuno – powtórzył Koichi.
- No właśnie. Pierwsze słyszę. I jakby to nie było wystarczająco podejrzane to jeszcze jest w ciula silny, więc nie jest w tym od wczoraj. Dlaczego nikt o nim nie słyszał? – Meiji mówił spokojnym, analitycznym tonem. – A najdziwniejsze jest to, że nie siedzi w nim psychopatyczny-morderca-wszystkiego-co-się-rusza. – Meiji użył obraźliwego określenia, pasującego do większości członków Jishin. – I za chował się tak jakby chciał nam pomóc. A nic mi nie wiadomo o żadnym szpiegu.
- To nie ma sensu. – mruknęła Mako.
- A co tu w ogóle ma sens? – westchnął Jun, podnosząc się. – Idę trenować. Wam też radzę się tym zająć. Jakoś nie uspokaja mnie myśl, że ktoś na luziku sparował cios Koichiego.