25 lutego 2017

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 7 ~ Kiedy los wybrał za wszystkich

Rozdział 7

Kiedy los zdecydował za wszystkich
 Minęły dwa dni od kiedy Sue zgadała się z Takedą, a Fumiya rozmawiał z dilerem. Mimo wszystko chłopak poczuł respekt do słów szefa. Nawet jeśli facet był kawałem drania, który zmieniał imię i paszport średnio co miesiąc, to miał doświadczenie i informacje, którymi wcale nie musiał się dzielić. Czarnowłosy zdawał sobie sprawę, że miał szczęście odnośnie pracodawcy. Ilu było mu podobnych, którzy zostaliby sprzedani bez zawahania.
Jego większym problemem stały się teraz pieniądze. Ze wszystkich oszczędności opłacił zaległe rachunki i z kilku miesięcznego odkładania zostały żałosne grosze, które ich ojczym przepił, posyłając wcześniej syna do piachu. Chociaż tym razem, Akino wyszedł z bójki z podbitym okiem.
Przyłożył lód do obitego ramienia, wspominając z uśmiechem swój pięknie wyprowadzony prawy prosty. Jego monotonne powtarzanie podstawowych ciosów zaczynało przynosić efekty. Chłopak starał się nie myśleć, że na długotrwały efekt przyzwyczajenia się do takiego życia, może przekreślić wszystkie plany. Wyciągnął szluga z kieszeni i zapalił go wyczerpującą się już zapalniczką. Po chwili prychnął, wypuszczając dym przez nos. Nabawił się tego nałogu przez dilera.
- Od kiedy ty palisz? – spytała Sue, pojawiając się w drzwiach od kuchni.
Fumiya obrócił się spokojnie, jakby zupełnie nie obchodziło go to, że w zębach trzyma papierosa. Uniósł wysoko brwi.
- A od kiedy ty umiesz się skradać, co? – wyszczerzył się, zaciągając dymem.
Siostra spoglądała na niego z narastającą irytacją. Po chwili zerwała się i jednym ruchem wytrąciła szluga z jego dłoni, przydeptując go ostentacyjnie piętą. Fumiya spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Ej, co się dzieje? – spytał, siląc się na spokój. W jego oczach pojawiło się zatroskanie, gdy położył czule swoją odrapaną dłoń na wątłym ramieniu Sue.
Dziewczynka poczuła wyrzuty sumienia, czując namacalny dowód ciężkiej harówki brata, ale zmarszczyła groźnie brwi i strąciła jego dłoń. Brat spojrzał na nią z dozą zaskoczenia.
- Masz nie palić. Nie zgadzam się! – mruknęła, mierząc się z nim wzrokiem. – To nie zdrowe. – dodała jeszcze, trochę ciszej, tracąc animusz. Podniosła przestraszone oczy na brata, ale ten tylko kopnął resztkę cygara pod szafki kuchenne i pogłaskał siostrę z czułością po głowie.
- Dobra. Trzeba było tak mówić od razu. – uśmiechnął się smutno.
- Tylko tyle? – czarnowłosa wytrzeszczyła oczy na brata.
- Słucham?
- Nie nic, nic. – mruknęła, zakładając tornister na plecy i spostrzegła, że plecak Fumiyi również leży nieopodal. – Idziesz do szkoły? Nie masz roboty, ani nic?
- Nawet czasem taki skończony drań jak ja musi iść do szkoły. – chłopak wzruszył ramionami, wciąż się uśmiechając. – Ostatnio jakoś nic nie ma.
- Nie jesteś skończonym draniem… - szepnęła dziewczynka, pochylając głowę i cicho zakładając buty.
Brat prychnął rozczulająco.
- Sue… - zaczął niepewnie. – Jak masz jakieś problemy w szkole, to wiesz… Jestem dzisiaj wolny, mogę cię… no wiesz, odebrać…
- Nie! – zaprzeczyła szybko dziewczynka. – Znaczy… Dzisiaj jestem zajęta po szkole. – speszyła się jeszcze bardziej, widząc wytrzeszczone oczy brata. – Bo ja… Ja… idę na rolki z przyjacielem. – wypaliła szybko i wypadła z domu.
Fumiya zakrztusił się śliną.
- Od kiedy ty masz przyjaciela? – spytał cicho, mrugając oczami. – Przyjaciela? Czy to jest chłopak? – wykrzyczał za siostrą, wypadając przez drzwi.
Sue zatrzymała się gwałtownie i posłała bratu spojrzenie pełnie dezaprobaty.
- Już tak nie histeryzuj. – pokazała mu język i poszła w stronę szkoły sprężystym krokiem.
Fumiya patrzył się za nią, nie mogąc uwierzyć w to co usłyszał i widział. W końcu jednak uśmiechnął się z ulgą, wracając do środka. Podszedł do zdjęcia matki, dziękując jej w myślach, mając wrażenie, że to dzięki niej Sue znalazła przyjaciela. W końcu.
Wzrok chłopaka rozmył się, a on przestał spoglądać na fotografię, tylko gdzieś w przestrzeń. W domu panowała cisza – ojciec zniknął wczoraj i na razie się nie pojawił. Przynajmniej tyle. Fumiya wyciągnął paczkę tanich cygarów z kieszeni i chwycił jednego w zęby. Chwilę przed zapaleniem zawahał się, pokręcił głową i schował papierosa z powrotem do pudełka, wzdychając.
Zarzucił plecak na plecy i wychodząc do szkoły, cisnął szlugi do najbliższego śmietnika.
***
 Klasa ucichła momentalnie, gdy chłopak przekroczył próg. Fumiya zatrzymał się w progu, unosząc do góry jedną brew w geście zapytania i obrzucił wzorkiem kolegów. Wtedy wszyscy z powrotem rozmawiać, ale czarnowłosy nie mógł pozbyć się wrażenia, że szepty dotyczą jego. Nie mając zbyt wyboru, odetchnął głęboko i usiadł w swojej ławce.
Nie było jeszcze wszystkich – przez wszystkich, miał na myśli tylko Satoshiego i Kai’a. Oni jedyni mogliby z nim pogadać, chociaż zaczynał mieć wątpliwości. Rozumiał, że od początku tego semestru więcej go nie było, niż był, rozumiał też, że przez jego ojca i teraz też przez niego samego potworzyły się jakieś niezrozumiałe plotki, nie mające pokrycia. W większości. Zastanawiał się tylko, czy ci ludzie serio myślą, że zmienił się tak szybko przez ostatni miesiąc nieobecności.
Podparł czoło na dłoni, nawet nie zastanawiając jaki materiał teraz jest przerabiany. I tak zawali ten rok szkolny, więc równie dobrze może się po prostu nie pokazywać wcale.
Może faktycznie się zmienił. Na ramiona opadły mu jego długie, skołtunione, czarne włosy. Był ubrany bardziej niechlujnie niż zwykle, któryś dzień z rzędu nie zmienił koszulki i obstawiał, że jego zapadnięte oczy oraz ciągnący się zapach dymu i alkoholu tylko utwierdzał te plotki.
- Fumiya, to ty? – Satoshi zachłystnął się napojem z puszki, widząc go. Czarnowłosy uniósł dłoń na powitanie, ale kumpel wraz z Kai’em, który przyszedł z nim, nie wyglądali na wesołych. Rozejrzeli się po klasie i nie mając większego wyboru, podeszli do niego.
- Co ty tu robisz? – spytał sceptycznie Kai, wyciągając książki.
- Z tego co wiem, to jeszcze chodzę tu do klasy. – Fumiya uśmiechnął się, nie zważając na to, że Satoshi, który siedział z nim od podstawówki w jednej ławce i ratował mu skórę na wszystkich sprawdzianach, przesiadł się do Kai’a.
- Myślałem, że już cię zdegradowali do repetytowania.
Fumiya zignorował przytyk, chociaż spojrzał na nich z niemym pytaniem. Dlaczego mnie nienawidzicie?
Może kumple dostrzegliby to spojrzenie, gdyby raczyli chociażby na niego spojrzeć. Kuzyni zaczęli ze sobą o czymś dyskutować, odwracając się do niego plecami, nim zdążył jeszcze coś powiedzieć. Więc zignorował ich, rozpierając się nonszalancko o oparcie krzesła i począł bezsensownie bawić się długopisem.
Mógł równie dobrze nie wracać. Zarobiłby trochę kasy, a nie marnował czasu z ludźmi, którzy i tak nie chcieli go widzieć. Westchnął głęboko. Nie miał pojęcia ile czasu zajmie mu jeszcze zebranie odpowiedniej kwoty. Jego plan już okroił się tylko do wyniesienia stąd siostry. Myślał o jakiejś szkole z internatem – to byłby w stanie na bieżąco opłacać.
Bolało go, że nawet tego nie był w stanie jej zapewnić. A nawet gdyby – Sue nie cierpiała ludzi. Prawdopodobnie znienawidziłaby go, jeśli wysłałby ją gdzieś daleko, do obcych. Fumiya nawet nie sądził, że cieszyłaby się z pobytu tam chociaż trochę. Ale nic innego nie mógł wymyślić. Myślał godzinami i nic. Dochodził zawsze do jednego wniosku – że tam byłaby bezpieczniejsza, że miałaby potem lepszy start w dorosłe życie.
Prychnął sam do siebie, próbując odciąć się od wszechobecnych szeptów. Znalazł się w ślepym zaułku, bez nikogo, kto mógłby mu pomóc. Westchnął dużo ciężej, niż ludzie w jego wieku powinni wzdychać.
- Dzień dobry, klaso, dzisiaj kontynuujemy… - nauczyciel wparował szybko do środka, na początku nawet nie spoglądając na uczniów. Dopiero po chwili podniósł wzrok, by sprawdzić obecność, ale zastygł w bezruchu. – O. Pan Sotomura. Jakże miło, że zaszczycił nas Pan swoją jakże bezcenną obecnością. – wysyczał zjadliwie.
Fumiya był zmęczony i bolało go. Nie wiedział konkretnie co, ale po prostu czuł ból.
***
 - Ej! – Fumiya nie chciał przyśpieszać, ale zaczął tracić kumpli z zasięgu wzroku w tłumie reszty uczniów, którzy tak samo jak on zmierzali w nieokreślonym kierunku. Początkowe zainteresowanie jego osobą ucichło po raptem dwóch lekcjach, więc teraz musiał ryć się łokciami, przybierając groźny wyraz twarzy, by ktokolwiek go przepuścił. – Ej!
Satoshi i Kai byli niemi i głusi za każdym razem, gdy usiłował z nimi dzisiaj pogadać. Nie naciskał za bardzo, szczerze po paru razach irytował się i siedział cicho sam, czując pełen obrzydzenia wzrok kolegów i koleżanek, gdy wpatrywał się w jakiś odległy punkt ze wściekłością. Świerzbiły go ręce. O dziwo brakowało mu tej swobody jaka panowała w podziemiu – tam nikogo nie obchodziło, czy ktoś się tłukł czy nie.
Fumiya wypadł w końcu na dziedziniec, od razu zauważając kumpli, którzy kierowali się do spożywczego naprzeciwko szkoły. Poczuł jak poziom jego irytacji zwiększa się jeszcze bardziej i przyśpieszył, prawie biegnąc. Miał ochotę prychnąć. Jeśli myśleli, że ich nie dogoni to kpili sobie z niego.
- Darujcie to już sobie, do kurwy nędzy. – powiedział, starając się, by ton głosu nie zdradził agresji, która kotłowała się w jego wnętrzu.
Położył ciężko dłoń na ramieniu Satoshiego, który gwałtownie ją strącił, obracając się z mordem w oczach i odsuwając się od niego. Kai patrzył na niego ostrzegawczo, spode łba.
- Ty sobie daruj, palancie. – warknął Satoshi, poprawiając wzruszeniem ramion kurtkę. Kuzyni zwrócili się z powrotem w stronę sklepu, ale Fumiya wszedł między nich, rozpychając się ramionami i zatrzymując ich.
- Odbiło wam do reszty? – warknął z dozą niedowierzania, patrząc się po ich twarzach, ale nie mógł wyczytać nic, co wskazałoby na to, że kiedykolwiek mógł nazywać ich swoimi przyjaciółmi.
- Chyba tobie odbiło, Sotomura.  Trzymaj się od nas z daleka. – mruknął Kai, trzymając się na bezpieczną odległość. – Nie chcemy wpakować się w to gówno, w którym ostatnio się babrasz.
Fumiya szybko ocenił ich dystans i nie mógł dłużej kryć wściekłości, uśmiechnął się szyderczo. Roznosiła go energia.
- A, rozumiem. Po prostu zbyt długo truli was tymi durnymi plotkami, które porozpowiadały te tapeciary, co? A może pomogliście im je rozgłaszać, hę!?
- Odpierdol się od nich.
- A, teraz to się przyjaźnicie. A to przepraszam. – splunął na ziemię, wywołując u kumpli falę nienawiści. – Widzę, że laski nie poleciały na… jak to ujmowaliście? A, no tak. Tajemniczego, złego chłopca. – zaśmiał się szyderczo, spoglądając na nich morderczo.
- Jesteś żałosny, Sotomura. – Satoshi przewrócił oczami.
- Teraz żałosny, co? – wzruszył z niedowierzania ramionami. – Kumplujemy się od podstawówki, a teraz nie było mnie w szkole raptem miesiąc i co? Myślicie, że przejdzie ze mną udawanie, że mnie nie znacie? – zrobił krok w ich stronę, a oni cofnęli się, uznając ten gest za ostrzeżenie.
- Kurwa, czego nie rozumiesz w słowach trzymaj się z daleka!? – Kai go odepchnął, a Fumiya zatoczył się kilka kroków w tył, łapiąc z łatwością równowagę. Zastygł na moment w bezruchu, po czym wpakował ręce w kieszenie, powoli podnosząc wzrok na kumpla. Zaczął kierować się w jego stronę z coraz większym mordem wypisanym na twarzy.
Zatrzymał się dopiero, gdy Satoshi wpił mu dłoń w ramię, posyłając ostrzegawcze spojrzenie. Czarnowłosy rozejrzał się szybko po placu – zbliżały się coraz chłodniejsze dni, więc coraz mniej osób z ich niewielkiego technikum w ogóle wychodziło na zewnątrz. Nie było żadnych świadków. Przynajmniej tyle.
- Dobra, Sotomura, posłuchaj mnie. – westchnął chłopak. – Może tego nie widzisz, ale stary. Nie jesteś już tym samym człowiekiem. Przysporzysz tylko wszystkim kłopotów, jeśli będziesz się z nami trzymał.
Fumiya przewrócił oczami, prychając.
- Właśnie o tym mówię, do cholery. – Satoshi popchnął go, stając obok Kai’a. – Zawsze byłeś ignorantem i sztywniakiem, ale teraz… Spójrz na siebie – obdarte, brudne ciuchy cuchnące petami, alkoholem i cholera go wie jeszcze czym.
- Daj spokój. – Kai przybrał szyderczy wyraz twarzy. – Akurat ciuchy ma w takim samym stanie co wcześniej. – roześmiał się, a Satoshi prychnął z nim krótko.
Fumiyi opadły ramiona, patrząc się po nich z czystym niedowierzaniem. Jego agresja ucichła na moment, pozostawiając tylko to dziwne uczucie, jakby świadomość przywaliła mu w potylicę.
Moi przyjaciele.
- Jakbyście nie wiedzieli, do cholery, że… - zaczął już spokojnie, czując jak smutek, który wstrzymywał powoli rozlewał się po jego wnętrzu.
- Już sobie daruj, Sotomura. Nie pogrążaj się bardziej. – zaśmiał się Kai.
- Spierdalaj do swojego ojczulka, załatwiać te czarne interesy. – Satoshi splunął mu pod stopy.
Wzrok Fumiyi zaszedł czernią, a przez dłonie przebiegł mu impuls, pozostawiający nieprzyjemne mrowienie. Spojrzał na plecy przyjaciół, pozwalając by w jego czarnych tęczówkach zabłysnęła chęć mordu i ruszył szybkim, niespokojnym krokiem w ich kierunku. Nawet nie wiedział, kiedy jego dłonie zwinęły się w pięści.
Satoshi i Kai, kiedy tylko usłyszeli jego kroki, odskoczyli na boki, spodziewając się ciosu. Ale chłopak po prostu ich minął, patrząc się wściekle przed siebie.
Minął ich, minął szkolną bramę, minął nawet nauczyciela. Minął wszystkich i szedł przed siebie.
Po chwili wbił dłonie w kieszenie, spuszczając trochę wzrok, ale nie zwalniając ani trochę.
W głębi duszy, chciał do nich podejść i przywalić obojgu z nich. Chciał rozwalić im te krzywe ryje, poczuć krew między palcami. Zetrzeć szydercze uśmiechy, które ukrywali przed nim tak długo. Chciał też po prostu podejść do kumpli, klepnąć ich w plecy, odpowiedzieć kawał i roześmiać się jak kiedyś. Chciał potrząsnąć nimi i wywrzeszczeć tyle rzeczy. Że nie robi tego, bo chce, tylko dlatego, że nie widzi innego wyjścia. Że nie ma innego wyjścia. Że jego życie to koszmar. Że jego jedyna siostra też żyje w tym koszmarze, a on za cholerę nie ma pojęcia jak ją z niego wyciągnąć. Chciał po prostu opaść przed kimś na kolana i choć raz rozsypać się na tysiąc kawałków. Pokazać, że nie jest niezniszczalny, że nie daje rady i czuć, że ktokolwiek położy mu dłoń na ramieniu i go nie zostawi.
Kopnął z całej siły mur obok, którego akurat przechodził i zaklął siarczyście pod nosem, gdy ból przeszył jego stopę, a z cegieł wydobyła się chmura tynku. Wziął kilka gwałtownych oddechu, robiąc ostatnio to, co ku ironii najlepiej go uspokajało. Wkurwiał się.
W końcu zastygł w bezruchu, patrząc się urywanie na mieszkańców tego przeklętego miasteczka, który omijali go, odwracali wzrok i zaczynali szeptać. Stoczył się tak samo jak ojciec.
Fumiya rozejrzał się po uliczce. Wszystkie starsze domki, auta, a nawet rośliny rosnące w ogrodach wydawały mu się znane i irytowało go to. Chciał się stąd wyrwać. Nie obchodziło go w tamtym momencie, że zostawi siostrę, że nie ma pieniędzy, że i tak nie ucieknie. Nie mógł już tutaj normalnie odetchnąć.
Nie mógł się oszukiwać, że ma tu kogokolwiek, oprócz siostry.
Wymacał w kieszeni kilka monet i nie wiele myśląc skierował się do budki telefonicznej, wybierając numer do dilera. Chłopak oparł się plecami o szklaną ścianę, wpatrując się pusto w sufit.
- Dzień dobry, tutaj zakład pogrzebowy…
- Nie pierdol, szefie. – syknął krótko Fumiya, przewracając oczami.
- Sotomura? A to niespodzianka. Masz chłopie wyczucie, bo właśnie miałem się z tobą kontaktować…
- Masz coś? Muszę się czymś zająć. Szybko i za jakąś sumkę. – warknął.
- Ej, nie pali się. Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
- Nie. TY masz ważniejsze sprawy. Ja muszę zaszyć się  gdzieś daleko, na jakiejś bezsensownej misji za konkretne pieniądze. Znajdź mi coś, dobra?
- Aczkolwiek, nadal uważam, że to nasza sprawa. Słuchaj młody. Mam potwierdzoną wiadomość – Szczury wzięły tą misję. – diler zniżył głos odruchowo.
Fumiya zmarszczył brwi, stukając palcem w aparat telefoniczny, po czym cmoknął z niezadowoleniem.
- Dobra, łapię. Będę za kwadrans.
Trzasnął słuchawką i westchnął głęboko. Obrócił w palcach sztylet przyczepiony prowizorycznie do paska, schowany pod koszulą i wypadł na ulicę, kierując się w stronę ciemnych uliczek, rozkoszując się aurą otaczającą tamte miejsca.
***
-  Chyba mamy problem, młody… - westchnął słabo diler, wpatrując się w oszołomieniu na sklep z bronią. – Młody? – wychylił głowę z pomieszczenia, by dostrzec jak czarnowłosy przyciska pięść do czoła, usiłując się uspokoić. – Heh, czasem zapominam, że nie przywykłeś do czegoś takiego.
- A do tego da się w ogóle przywyknąć? – mruknął Fumiya, czując jak śniadanie wraca mu do gardła.
- Cóż, nie mamy na razie czasu na takie pogaduszki. Musimy zastanowić się co dalej i znaleźć kogoś, kto szybko i tanio sprzeda nam informacje. – diler zapalił papierosa, spoglądając jeszcze raz na sklep i pokręcił głową. – Szkoda starego. Prowadził ten sklep jakieś 10 lat.
Fumiya spojrzał na szefa niewidzącym wzrokiem i usiadł na czystszym skrawku ziemi, oddychając głęboko.
Kiedy przyszedł do dilera, nic nie wskazywało, że będzie aż tak źle. Mężczyzna z początku podzielił się wszystkimi informacjami o handlu ludźmi, jakie udało mu się zdobyć – potem obaj skierowali się do sklepu z bronią, licząc, że stary sprzedawca wie cokolwiek więcej. I zastali to.
Obłożone deskami ściany w kiczowatym odcieniu, czerwone, babcine dywany i wyposażenie, które wyglądało na kradzione z okolicznych spelunek. Wszystko to pokrywała krew, albo było zniszczone doszczętnie. Fumiya od razu zdał sobie sprawę, że rozegrała się tutaj konkretna walka, nim jeszcze zobaczył ciało przegranego. Na widok zwłok starego cofnęło go i nie był w stanie dostrzec nic więcej.
Usiłował się uspokoić, ale był… spokojny. Handlarz nie obchodził go aż tak bardzo, dużo mocniejsze wrażenie wywierał… stan jego ciała. Jedno było pewne – Szczury, nawet jeśli umiały, wolały pozostawiać za sobą wszędzie metaliczny zapach świeżej krwi.
- Chcesz coś, Sotomura? – spytał spokojnie diler, przechodząc nad ciałem jakby mijał jakieś pudełka.
Czarnowłosy spojrzał za nim z konsternacją, zaglądając do pokoju, ale unikając patrzenia na zwłoki. Diler stał w drzwiach od magazynu.
- Słucham?
- No wiesz. Gościu miał sklep z bronią. – mężczyzna przewrócił oczami. – Możemy zaopatrzyć się w coś lepszego. Cóż martwy i tak nie zrobi z tego pożytku, nieprawdaż? – uśmiechnął się sarkastycznie, wchodząc do magazynu.
Fumiya przełknął ślinę, wstrzymał oddech, by nie czuć krwi i poszedł za dilerem. W składzie broni był wcześniej tylko raz – kiedy Arata go tutaj posłał. Ale dostrzegł, że wyglądał trochę inaczej. Jakby ktoś nachalny szukał tutaj czegoś ważnego.
- Nie masz wrażenia, że…
- Tak. Szczury też zaopatrzyły się w coś lepszego. Ale nie sądzę, że to było głównym motywem. – diler nawet nie spoglądał na chłopaka, ważąc w dłoni ostrze. – Bo pomyśl logicznie. Jeśli chcieliby go załatwić dla broni za darmo, nie byłoby sensu składania tutaj zamówień.
- Czyli stary coś wiedział.
- Zapewne. – diler westchnął, upychając bronie po kieszeniach. – Nie dowiemy się czego, ale obstawiam, że dostał listę celów lub coś takiego. Szczury nie chciały, by służby się w to wtrącały, więc ściągnęły go nim cokolwiek wygadał. – mężczyzna zatrzymał wzrok na większym, zaokrąglonym sztylecie, po czym rzucił go Fumiyi. – Trzymaj młody, przyda się. Tym twoim to se możesz co najwyżej w zębach podłubać.
- Była tu kiedyś taka sytuacja, czy szef po prostu przeczytał za dużo kryminałów? – prychnął szelmowsko czarnowłosy, oglądając okiem amatora pokaźny asortyment broni.
- Może życie to kryminał. A nawet gdyby… To najbardziej oklepany scenariusz jaki można było stworzyć. Ale Szczury też są oklepane. – Diler zaśmiał się pod nosem, kończąc pakować dostateczny zapas broni. – A teraz wynosimy się stąd, dopóki nikt nas nie zauważył.
- Czyli co – nas też chcą się pozbyć? – Fumiya zastygł w bezruchu na chwilę.
- Nie pierdol. Mój kontakt jest spoza miasta, a ze starym nawet nie zdążyłem się skontaktować. Poza tym, co ich obchodzi jakiś podrzędny diler i smarkacz, który dla niego pracuje? – uderzył chłopaka w ramię, ale tamten zignorował to.  
Obaj mężczyźni zaczęli powoli wychodzić na górę po schodach, ale Fumiya zatrzymał się gwałtownie w drzwiach, wbijając w kogoś wzrok i zastygając w totalnym osłupieniu. Diler spojrzał mu przez ramię, po czym zacmokał z niezadowolenia i pokręcił głową.
- Młody, mówiłem że nic na nas nie mają. – prychnął. – No… Oprócz broni oczywiście. Ale…
Fumiya nakazał mu ciszę machnięciem dłoni, a diler umilkł głównie z zaskoczenia. Coś w ekspresji na twarzy chłopaka kazało mu milczeć. Zmrużył oczy i dostrzegł pomiędzy Szczurami jakiegoś faceta.
- To mój ojciec. – mruknął bezgłośnie Fumiya. – Co on od nich chce do kurwy nędzy? – syknął, nie spuszczając Akino z oczu.
Ojciec zaśmiał się razem z zabójcami, a następnie odebrał zwitek banknotów do ręki. Przeliczył je szybko. Najwyraźniej cos się nie zgadzało, bo uśmiech szybko spełzł z jego twarzy. Po chwili rozmowy Akino ponownie się uśmiechnął, pożegnał ze Szczurami i odszedł.
Diler i chłopak kryli się w cieniu dopóki mordercy również nie odeszli. Fumiya spoglądał z nienawiścią w stronę, w którą odszedł jego rodzic.
- Zrozumiałeś coś z tego, oprócz faktu, że mamy problem?
- „Zaliczka”. Powiedzieli, że to zaliczka. – mruknął Fumiya. – Tylko za co?
Czarnowłosy pokręcił głową i wyszedł bez pożegnania. Miał złe przeczucia, nie wiedział tylko co instynkt usiłuje mu podpowiedzieć.
***
- Ty chodzisz do tej drugiej podstawówki, prawda? – spytała Sue z uśmiechem, odbijając piłkę do Takedy.
- Teoretycznie. – zaśmiał się chłopak, podskakując, by dosięgnąć piłki. – Jestem typem wagarowicza.
Dziewczynka złapała piłkę w dłonie, kręcąc z dezaprobatą głową.
- No co? – kolega podszedł do niej, pstrykając ją w bok głowy.
- Nie, nic… - Sue machnęła dłonią. – Po prostu mam już dość… wagarowiczów.
- Chodzi ci o brata? Spokojnie, faceci tak mają.
- Jeszcze facetem nie jesteś. – czarnowłosa uśmiechnęła się szelmowsko do kolegi, a tamten teatralnie chwycił się za serce. Roześmiali się oboje.
- Jedziemy gdzieś dalej? – spytał po chwili chłopak, wskazując głową na rozwalający się rower. Sue przytaknęła.
Po kilku minutach jechali wzdłuż rzeki – Takeda pedałował, a Sue siedziała na bagażniku i wpatrywała się w spokojnie płynącą wodę w rzece, która iskrzyła popołudniowym słońcem. Od czasu do czasu rozmawiali o wszystkim i niczym, głównie wtedy, gdy zjeżdżali z górki, a Takeda odzyskiwał oddech i tak nie sapał.
- Może się zmienimy, co? – pytała parokrotnie, ale odpowiedź zawsze była taka sama.
- Nie jestem zmęczony, po prostu lubię głośno oddychać.
Dziewczynka zamyśliła się, pozwalając by wiatr rozwiewał jej włosy. Czuła się taka spokojna, taka zrelaksowana. Jakby te wszystkie troski z szarej codzienności zostały zapomniane, oddalone, a ona mogła po prostu cieszyć się wolnymi popołudniami z przyjacielem.
Uśmiechnęła się, czując jak jej oczy zachodzą łzami.
Miała poczucie, że może nie było z nią coś nie tak. Po prostu nie mogła trafić na kogoś odpowiedniego. Spojrzała na plecy Takedy – chłopak dyszał ciężko, nie usiłując nawet zachować pozorów tego, że nie jest zmęczony. Może nie mogła tego nazwać przyjaźnią, bo znali się raptem kilka dni, ale Sue w głębi serca wiedziała, że nawet nie wie co to jest przyjaźń. Że tak naprawdę Takeda jest pierwszą osobą, która zechciała z nią przebywać, bo chciała.
Może było to myślenie krzywdzące jej brata, ale Sue zdawała sobie sprawę, że rodzina to co innego. Trzymali się blisko z Fumiyą właśnie dlatego, że byli rodzeństwem. I choć to była najtrwalsza więź, to nie dawała takiej satysfakcji.
Posiadanie przyjaciela to błogosławieństwo.
Pociągnęła nosem, uśmiechając się do siebie szerzej.
- Coś się stało? – spytał chłopak, obracając trochę głowę w jej stronę, znajdując przy tym doskonały pretekst do zwolnienia.
- Nie, nic. – Sue poklepała go po plecach. – Po prostu cieszę się, że cię spotkałam. – dodała ciszej, nie mogąc pohamować emocji.
- Daj spokój, to przecież nic takiego. – Takeda zaśmiał się. – Idziemy jeszcze gdzieś, czy odwieźć się pod dom?
Sue spochmurniała słysząc słowo dom, ale musiała pokierować się zdrowym rozsądkiem. Zaczynał zbliżać się wieczór i choć naprawdę nie liczyła, że brat będzie w domu, wracanie później było bardzo dobrym pretekstem dla ojca.
- Muszę już wracać. – powiedziała, a chłopak skinął głową i wyszczerzył się.
- Okej! – stanął na pedałach, wykorzystując resztki sił, by pocisnąć jak najszybciej. Sue zaśmiała się.
Podróż minęła jej zdecydowanie za szybko, a widząc szary domek spochmurniała. Takeda zatrzymał się w pewnej odległości, starając się uśmiechać pocieszająco do koleżanki, gdy ta zeskakiwała z roweru. Sue czasami zastanawiała się na ile chłopak zdaje sobie sprawę z jej sytuacji z ojcem, a czasem sama głowiła się kim tak naprawdę jest Takeda.
- Sue, głowa do góry! – czarnowłosy tradycyjnie pstryknął ją w czoło, śmiejąc się. Jednak dziewczynka tym razem nie posłała mu morderczego spojrzenia, tylko też się uśmiechnęła. Coś w barwie głosu przyjaciela dodało jej sił.
- Do jutra! – pomachała mu, kierując się w stronę domu.
Takeda przytaknął z uśmiechem.
- Do jutra!
Chłopak zaczekał, dopóki Sue nie przekroczyła progu. Jego błękitne oczy spowiła mgła, jakby myśli, które dławił, gdy przebywał z nią zaczęły powoli wypływać. Poczuł jak ogarnia go poczucie winy, nawet nie wiedział dlaczego. Może był kim był, ale już tego nie zmienił. A oni oboje potrzebowali kogoś, komu mogliby zaufać.
Sue była dobrą osobą. Niekoniecznie tak jak on.
Chłopak westchnął i odepchnął się mocno. Uśmiechnął się ulgą, gdy rower ruszył jak burza, bez dodatkowego obciążenia na bagażniku. Takeda lubił jeździć, nawet jeśli jego rower należał to najtańszych, żeliwnych gruchotów, gdzie jedynie kierownica była funkcjonalna.
Podniósł się na pedałach, gdy skręcił w ciemną uliczkę, czując nieprzyjemne drżenie podczas przejeżdżania przez brukową kostkę. Koła wystukiwały tutaj jeden monotonny rytm, który pogarszał aurę tego paskudnego miejsca.
Takeda rozglądał się uważnie, dopóki nie dostrzegł nieznacznego ruchu dłoni w jednym z okien. Zatrzymał się naturalnie przy wejściu do kamienicy, wprowadzając rower do klatki i wbiegł szybko po schodach.
Drzwi otworzył mu Chang – przerośnięty w barach Koreańczyk. W ustach mężczyzny znajdował się dogasający papieros. Zabójca uśmiechnął się na widok chłopaka, na co Takeda cofnął się mimowolnie. Ostatnio znalazł stare akta Changa i to co tam znalazł na zawsze pozostanie w jego pamięci. Niestety nie umknął umięśnionemu, wydziaranemu ramieniu – Chang zagarnął go jednym ruchem, podrywając do góry. Takeda zaczął się dusić.
- Serizawa, już myśleliśmy, że cię zgarnęli! – zaśmiał się tęgim basem, wnosząc biednego chłopaka do środka.
Yoo Joon zerwał się z krzesła, gwałtownie kończąc pojedynek na picie z gwintu pomiędzy Antonem, a Rizvanem. Mężczyźni zerwali się z oburzeniem, ale zachwiali się od nadmiaru alkoholu. Koreańczyk nawet na nich nie spojrzał, zaczynając wykonywać szybkie ruchy rękoma.
- Chwila, chwila Joo Yoon, bo zrozumiałem na tylko, że mam puścić Takedę. – zaśmiał się, rozluźniając uścisk na szyi chłopaka. Takeda zaczerpnął powietrza, spoglądając kątem oka, jak Koreańczyk posyła mordercze spojrzenie Changowi. Przeliterował bardzo dokładnie swoje imię kilka razy. – O co ci chodzi? Przecież wiem, że nazywasz się Yoo Joon.
Zabójca zastygł w bezruchu, po czym wpakował w twarz towarzysza lewego sierpowego. Takeda westchnął. Yoo Joon od samego początku był niemy, ale wszyscy jakoś nie mieli problemów z porozumiewaniem się z nadopiekuńczym kolegą z drużyny. No oprócz Changa, który po kilku latach nadal był beznadziejny w migowym.
- Dobra, Takeda, przechodząc do rzeczy… - westchnął Anton, spoglądając z utęsknieniem za alkoholem. – Będziesz miał udział w naszym nowym zleceniu, młody.
- Czyli jednak podrzucimy im kilkoro dzieciaków?
- A no. – przytaknął jedynie Rizvan.
Takeda spojrzał po towarzyszach z nieukrywaną podejrzliwością.
- Ostrzegam, jeśli macie zamiar mnie sprzedać, to poderżnę wam gardła podczas snu. – warknął chłopiec.
Chang przestał się na chwilę bić z Yoo Joonem i roześmiał się donośnie.
- Zwariowałeś, Serizawa? Jesteś naszą tajną bronią!
- Nie jest tajną bronią. Po prostu jest mały i nie wygląda podejrzanie.
- Jeszcze. – wtrącił Rizvan, nalewając sobie alkoholu.
Takeda śledził ich podejrzliwym wzrokiem, dopóki niemy zabójca nie położył mu dłoni na ramieniu. Koreańczyk zmroził mężczyzn wzrokiem i wyciągnął plik pomiętych dokumentów z kieszeni, podając go czarnowłosemu. Chłopiec wziął go niepewnie, patrząc się na spokojne ruchy dłoni Yoo Joona.
‘Zgarniamy stąd te trzy dzieciaki’
Takeda wyciągnął zdjęcia z koperty, rejestrując w pamięci rysy twarzy. Jednak przy ostatnim poczuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Nim jednak ktokolwiek dostrzegł zmianę w jego postawie, Takeda przełknął ślinę, schował zdjęcia do koperty i stwierdził, że idzie coś zjeść.
Chłopak skierował swoje kroki w stronę dworca. W jego głowie kreślił się bardzo ryzykowny plan, ale jeśli zdąży podać informację wystarczająco szybko, będzie miał szansę.

Jeśli nie, po prostu wykona zlecenie.
______________________

Zaszalałam, prawda? Napisałam to w raptem 10 dni. Ostatnimi czasy to rekord, ale w końcu doszłam do tego fragmentu, który od początku kreślił się w mojej głowie i nie był dodawany po prostu podczas pisania. Taa... Wspominałam kiedyś, że Krwawa Truskawka miała być 5 stronicowym opowiadaniem, gdzie Ichigo nikogo nie spotyka i jedynie postanawia się zemścić? XD 
Nie jestem pewna, czy będzie to aż tak odczuwalne, ale bardzo denerwowałam się pisząc sceny, gdzie Fumiya rozmawia, czy raczej kłóci się z 'przyjaciółmi' oraz gdzie Sue w końcu się z kimś zaprzyjaźnia. Po prostu ostatnio jedynie tracę swoich przyjaciół, jednych przez to, że nasze zdania są zbyt rozbieżne, albo po prostu dlatego, że relacja nawet nie była prawdziwa. Jakoś tak... Stwierdziłam, że to tu napiszę jako przypis. 
Jak zwykle dziękuję za przeczytanie. 
I teraz tradycyjnie Yume (serio nie mam pojęcia, czy mogę się zwracać tak czy jakoś inaczej, ale jak coś to pisz) dziękuję za link do twojego opowiadania. Przeczytałam całość i cały czas czatuję na więcej. Chciał zagwiazdkować wszystko ale mam zbugowane konto z e-mailem i mnie blokuje. Więc oficjalnie uznaj to za gwiazdki xD Pisz dalej i rozwijaj się z każdym kolejnym napisanym słowem!  

Tak teraz widzę, że rozpisałam się w pizdu xD

15 lutego 2017

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 6 ~ Kiedy drogi zaczęły się rozchodzić

Rozdział 6

Kiedy drogi zaczęły się rozchodzić
Życie mijało swoim niby spokojnym, acz zatrważająco szybkim tempem. Dnie nadal były przepełnione monotonią i szarością, nie pozwalając nawet na chwilę czegoś jaśniejszego. Fumiya otwierał oczy rano i zamykał je wieczorem, nie zapamiętując z tych bezwartościowych dni nic.
Od kiedy Arata po raz kolejny rozpłynął się w powietrzu zdążyło minąć pięć miesięcy i wraz z Sue, (która była lekko mówiąc wściekła, gdy dowiedziała się, że białowłosy tak po prostu zniknął), zdążyli uwierzyć, że tym razem naprawdę to był ostatni raz, gdy go widzieli. Fumiya czasem zastanawiał się, czy zabójca nie pojawiał się, bo nie chciał nabawić im jakiś kłopotów, czy najzwyczajniej już nie żył. Nadal zastanawiał się nad propozycją Araty. Mógłby najzwyczajniej w świecie wyrwać się stąd z siostrą, ale… Nieważne jak bardzo rozbudowane kontakty miał białowłosy, nie byliby w stanie żyć w bezpieczeństwie.
Grawerowany sztylet zaciążył Fumiyi przy pasie. Chłopak zatrzymał się na moment w ciemnej, nieoświetlonej uliczce, by dotknąć rękojeści dłonią. W pierwszej chwili, gdy zdał sobie sprawę, że Arata zostawił mu broń, popadł w wewnętrzną furię, jakby zabójca kusił go, to jednak z czasem przyzwyczaił się do obecności ostrza przymocowanego przy jego pasku od spodni. Mimowolnie zaczął w nocy, gdy wydawało mu się, że Sue już śpi, zaczynał powtarzać w kółko cięcia, które pokazał mu Arata. Nie musiał jeszcze używać broni i wolałby, by tak pozostało.
Sam powoli tracił w to nadzieję.
Za namową młodocianego zabójcy, zaczął ostrożnie naginać informacje przekazywane ojcu. Wykonywał więcej drobnych zleceń od zaufanego dilera i zbierał powoli pieniądze w sekrecie przed wszystkimi, żywiąc każdego kolejnego dnia nadzieję, że w końcu wyniosą się stąd z siostrą.
Jedynie czasem zastanawiał się, czy Sue zrozumie. Nie chodziło mu oczywiście o te wszystkie czarne interesy, którymi ostatnio się zajmował, ale dlaczego to robi. Bo zdał sobie sprawę, że 12-latka jest już na tyle bystra, że doskonale wiedziała, gdzie chodzi i co robi. Podejrzewał, że siostra też wie o broni i jego nocnych ćwiczeniach.
Fumiya wiedział, że powinien z nią o tym porozmawiać, ale nie wiedział jak. A ona nie chciała nic o tym słyszeć. Chłopak zdawał sobie sprawę, że ich relacje ulegają powolnemu pogorszeniu. Znikał na coraz to dłuższe okresy czasu, nie mając wyboru i zostawiając Sue samą z ojcem. Czasem dostrzegał nowe siniaki, które ukrywała pod długimi rękawami koszulek, czasem wydawało mu się, że ojciec nie zwrócił na nią uwagi. Czasem sam nie wiedział jak widzi Sue. Jedyne co zawsze widział, to ta bezbrzeżna samotność w jej oczach.
Chłopak zerknął na zegarek i ruszył ponownie przed siebie. Noc nie będzie trwała wiecznie, a on musiał załatwić jeszcze jedną przysługę dla tego cholernego dilera.
***
Zamiast jakiegokolwiek planu w jego głowie przewijały się przekleństwa. I wyzwiska. I tak w kółko, aż do znudzenia.
Fumiya zmusił się, by jeszcze trochę przyśpieszyć, zapominając na chwilę, jak bardzo jest na siebie wkurwiony i ustąpił instynktowi miejsca. Jedyne co od ostatnich pięciu minut pchało go do przodu to czysta adrenalina.
Jestem idiotą. Jestem idiotą. Jestem idiotą.
Chłopak nawet nie wiedział, kiedy zacisnął mocno dłoń wokół rękojeści sztyletu jakby to miało mu cokolwiek pomóc.
Jaki ze jest mnie skończony idiota.
Nie czuł już powietrza w płucach, ale biegł dalej, nie mając zbyt dużego wachlarza opcji do wyboru. Przynajmniej umysł począł mu się rozjaśniać, zupełnie jakby organizm stwierdził, że bardziej opłaci się pomyślenie, niż zwiewanie ślepo przed siebie.
Fumiya pojechał nocnym busem do sąsiedniego miasteczka, do jakiegoś obskurnego motelu, by odebrać podejrzaną paczkę od jakiegoś kontaktu dilera. Nie miał za dużo do gadania – usłyszana suma odcięła resztki zdrowego rozsądku. I tak o to w środku paskudnej, szarej wczesnowiosennej nocy, czarnowłosy zdecydował się przemierzyć puste uliczki nieznanego mu zbyt dobrze miasteczka.
Wszystko zaczęło się od tego, że przez te 5 miesięcy nie wpadł w praktycznie żadne kłopoty (nie licząc szkoły).Poczuł złudne bezpieczeństwo – Szczury, które najwyraźniej na najbliższy czas założyły u niego w mieście bazę, były jedynymi zabójcami w promieniu 50km i skutecznie pozbywali się jakichkolwiek innych gagatków. A na takich jak Fumiya, nawet nie zwracali uwagi.
Dlatego spanikował z leksza, gdy idąc najkrótszą możliwą trasą, drogę zastąpiło mu 3 rosłych facetów. Z początku nawet nie zajarzył niebezpieczeństwa, a gdy jeden rozciął mu policzek, zerwał się jak idiota do biegu. I tak teraz był w połowie drogi do jego miasteczka, lecąc to przez szosę, to przez las, w zależności, czy zabójcy wsiedli do auta, czy decydowali się polecieć za nim między drzewami.
Dzięki Bogu było ciemno, a on był ubrany na czarno. Chociaż faceci najwyraźniej nie byli nowi w swoim fachu, bo dalej nie udało mu się ich zgubić. Wiedział, że w tej paczce są narkotyki wartujące kilkadziesiąt tysięcy, bo swoje też ważyła, ale liczył, że się znudzą.
Cóż, nadal miał jakieś 2 kilometry, nim wbiegnie między ładnie, jednorodzinne domki na obrzeżach rodzinnego miasteczka. Gorzej, gdy już tam dobiegnie. Co potem? Sztylet ciążył mu w dłoni, ale Fumiya zdał sobie sprawę, że nie da rady go użyć. Po prostu nie da rady. Mógłby wywijać ostrzem kolejne 5 miesięcy, ale wciąż nie byłby w stanie nikogo zabić.
Może było to szlachetne nastawienie, ale zwyzywał się w myślach, gdyż rujnowało mu jego perspektywy na dożycie poranka.
Akurat, gdy dobiegł do końca lasu, dostrzegł światła auta gdzieś w oddali i dostał kolejnego zastrzyku adrenaliny. Przeskoczył przez jeden płot, lecąc jak wariat przez podwórko, potem przez kolejny i kolejny. Jakoś liczył, że może oprócz ujadających psów nic go nie wyda.
Zaklął cicho, gdy poczuł, że rozbił jakąś figurę ogrodową, ale szybko zdał sobie sprawę, że to ogród jego znienawidzonego matematyka i pognał dalej z uśmiechem.
W jego głowie nakreślił się awaryjny plan A – dobiec do dilera, rzucić mu paczkę, a potem spierdalać dalej, licząc, że zabójcy skupią się na jego „szefie”, a nie na nim.
Alejka z jednorodzinnymi domkami zaczynała się powoli kończyć, a Fumiya wciąż widział światła krążące niebezpiecznie blisko. Żeby pobiec skrótem do czarnych, wręcz bezpiecznych uliczek, musiałby przelecieć na wskroś ścigających. Chłopak poczuł, że nogi mu mięknął, gdy przeskoczył przez ostatni płot i zdał sobie sprawę, że nie da rady utrzymać tempa przez dłuższą część trasy.
Jestem skończonym idiotą.
Przebiegł na drugą stronę ulicy, słysząc tylko pisk zatrzymywanego samochodu. Fumiya wiedział już, że mają go w garści. Słyszał ich wkurzone okrzyki, szczęk broni. Przynajmniej nie usłyszał odgłosu przeładowywania. I wtedy wbiegł w znane co do ostatniej cegły uliczki podziemia.
Awaryjny plan A stał się planem B, gdy czarnowłosy zdał sobie z czegoś sprawę.  Z grupkami było trochę jak z watahami – gdy jedna wkroczy na teren drugiej, zazwyczaj wywiązuje się z tego walka. Pytanie tylko, czy Szczury robią coś o 3 rano, czy jednak śpią. 
Fumiya zdawał sobie sprawę, że powoli zaczął krążyć, ale brakowało mu pomysłów. Akurat zaczął skręcać w prawo, gdy ktoś wciągnął go przez drzwi po kolejnej prawej. Czarnowłosy tylko usłyszał przekleństwo zabójców, którzy skręcili w kolejną uliczkę, szukając go uporczywie. Powoli zaczął odzyskiwać oddech i normalne bicie serca i dopiero wtedy dostrzegł swojego wybawcę.
- Przysługa za przysługę, żeby nie było. – Takeda Seriwaza pokazał mu język, wychylając się ostrożnie, po czym spojrzał na niego szelmowsko. – Może i są „zabójcami”, ale jełopy z nich straszne.
- Jakoś nie udało mi się ich zbyt długo zmylić. – mruknął Fumiya, dalej uspokajając oddech.
- Bo ty też jełop jesteś. – westchnął Takeda. Chłopak był cały w ziemi i nosił za lekkie ubrania jak na tę porę roku. – Nie jest mi zimno, nie lituj się nade mną. Tak się łatwiej biega. – Fumiya wyprostował się, górując nad dzieciakiem o co najmniej głowę. – A teraz wypad tylnym wejściem. Wisisz mi przysługę.
Czarnowłosy skinął mu tylko głową i zerwał się resztką sił do biegu. Jednak coś kazało mu się zatrzymać i obejrzeć za siebie. Coś mu nie grało, że brat Araty tak po prostu mu pomógł. Nawet jeśli nie wiedział nic o ich relacji.
- No już, zjeżdżaj stąd. – syknął na niego Takeda, zatrzymując się w drzwiach. W tle rozległy się podniesione głosy. – Za nich też dostaniemy jakąś kasę. To nie jest w całości z dobroci serca. – prychnął i zbył go ręką.
Fumiya zmrużył oczy i zerwał się do ponownego biegu.
- A i jeszcze jedno. – zawołał za nim Takeda. – Przydałoby się, gdybyś częściej pojawiał się w domu. – Fumiya zahamował  ponownie, patrząc się na dzieciaka pytająco. – Albo stwierdzimy, że się nadajesz. 
Czarnowłosy przewrócił oczyma, skinął ponownie głową i zmusił obolałe, przemęczone mięśnie do ostatniego wysiłku, nieczuły na krzyki i szczęk metalu w oddali.
***
Próg domu przekroczył dopiero po kolejnej godzinie. Spojrzał tylko na rozjaśniające się niebo i wiedział, że dzisiaj też oleje szkołę.
Przemknął tak cicho jak umiał, omijając skrzypiące deski podłogi. Zajrzał do salonu, gdzie zastał ojca ze znajomymi na kanapach. Grupka mężczyzn była spita w pień, po podłodze walały się nowe butelki, a dym z papierosów szczypał w oczy i przysłaniał widoczność. Fumiya stanął w framudze, patrząc się z obrzydzeniem na nich, w szczególności na ojca, przed którym na stole leżały saszetki z jego ukochanymi narkotykami. Splunąwszy w ich stronę, zawrócił bezszelestnie do pokoju.
Praktycznie uśmiechnął się beznamiętnie, gdy dostrzegł jak ciepłe promienie wschodzącego słońca nadają barw ich szaremu domowi.
- Sue? – szepnął cicho rozglądając się za siostrą, gdy nie zobaczył jej śpiącej w łóżku. – Sue, gdzie jesteś? – ziewnął szeroko, opadając na łóżko.
Po chwili jego siostra zsunęła się z szafy i stanęła nad nim. Dziewczynka miała skołtunione, rozpuszczone włosy i całą czerwoną, zapuchniętą twarz. Mimowolnie ukrywała ręce za sobą, jakby liczyła, że brat nie zauważy kolejnych sińców. Ale oboje przestali o tym nawet wspominać.
- Gdzie tyle byłeś? – spytała dziewczynka, mimo że widziała, że brat już zasypiał.
- Sue idź spać. Ojciec na razie śpi, więc wszystko będzie dobrze. – mruknął, przewracając się na bok. Przestało go obchodzić to, że śpi w brudnym, spoconym ubraniu – chciał po prostu odpocząć.
- Gdzie tyle byłeś? – dziewczynka podniosła głos. Fumiya otworzył oczy.
- Zwariowałaś…?
- Nie. – tupnęła cicho nogą, przygryzając dolną wargę. – To ty oszalałeś. Nie było cię od kiedy wczoraj wróciłam ze szkoły, aż do świtu. Ciągle cię nie ma! – skuliła się, zaciskając pięści na koszuli nocnej. – Nie ma cię…
- Sue… - mruknął chłopak, z trudem nie zasypiając. – To… pracuję na nocne zmiany. Jak zarobię wystarczająco, to…
- Kłamca! – pisnęła, podnosząc na niego wściekłe, zaszklone oczy. – Stajesz się taki jak on.
- Nie mam siły znowu o tym gadać. – westchnął ze zmęczeniem, nakrywając się kocem. – I z łaski swojej, nie krzycz, bo jeszcze obudzisz ojca.
Dziewczynka ucichła na moment, ale nadal stała nad bratem.
- O co ci chodzi? – spytał chłopak, nie otwierając oczu.
- A co ze szkołą? Znowu nie pójdziesz?
- Obstawiam, że tak.
- W takim razie ja też nie idę.
- No cholera… Sue, ja to co innego. Ty idziesz. A teraz daj mi spać.
Siostra postała nad nim jeszcze przez chwilę, mrugając zawzięcie oczami, by odgonić od siebie uczucie bezsilności, po czym chwyciła świeże ubrania, plecak i wyszła cicho z pokoju. Fumiya zasnął głęboko i nie pamiętał cichego kliknięcia zamka w drzwiach.
***
 Sue skierowała swoje powolne kroki okrężną drogą do szkoły. Ostatnio często wychodziła samym świtem, nie wiedząc co innego mogłaby ze sobą zrobić, gdy brat wracał padnięty, a ona chciała uniknąć spotkania z ojcem.
Mimo wszystko, lubiła spacerować tak wczesnym rankiem po uliczkach tego małego miasteczka, kiedy większość osób jeszcze spała, a ci nieszczęśnicy, którzy musieli wstać nie zwracali na nią uwagi. Sue lubiła pozostawać niezauważalna dla obcych. Uczucie, że czyjś wzrok omija cię naturalnie, a ty nie istniejesz uspokajało ją. Było znacznie lepsze niż dreszcze, które przebiegały po jej plecach, gdy rówieśnicy szydzili z niej.
Dziewczynka kopnęła kamień z całej siły. Nie lubiła ludzi. Chociaż to może oni jej nie lubili. Zawsze zastanawiała się dlaczego. Starała się być dobrą osobą, tak jak uczyła ją mama, ale… Najwyraźniej było z nią coś nie tak.
You are my sunshine
My only sunshine.
You make me happy
When skies are grey.
Lubiła to podśpiewywać, mimo iż do końca nie rozumiała słów piosenki. Melodia kojarzyła jej się z mamą, czasami czuła, że Azawa jest blisko niej, dużo bliżej niż ktokolwiek z żyjących. A potem Sue zdawała sobie sprawę, że nie pamięta matki przed tym, nim całkowicie postradała zmysły.
Zawsze wtedy cichła, jakby zapominała dalszych słów, choć w rzeczywistości dalsze myśli o mamie sprawiały jej tylko ból, więc wolała pogrążyć się w samotności. Przyzwyczaiła się do tego, mimo że nie chciała.
Tak naprawdę, jedyne czego teraz chciała to kogoś bliskiego, bo Fumiya wydawał się stać w cieniu, który coraz bardziej przeistaczał się w ciemność. A Sue bała się.
Bała się i była bezradna.
***
Fumiya otworzył oczy, wyrwany czymś z głębokiego snu. Spojrzał na zegarek – wskazywał już 15, aczkolwiek chłopak planował pospać jeszcze dłużej. Przeciągnął się z szerokim ziewnięciem, nasłuchując co go zbudziło. Po chwili rozległo się głośne pukanie. Zaklął pod nosem i wygramolił się z łóżka. Zastanawiał się po części, gdzie jest jego siostra, ale miał większe zmartwienia.
Nikt z odwiedzających ich dom przez ostatnie lata nigdy nie pukał.
Jego złe przeczucia zdwoiły się, gdy usłyszał jak ojciec otwiera drzwi i odzywa się normalnym, acz trochę bełkotliwym głosem. Był spokojny, ale chłopak wyczuł w nim wściekłość. Wolał się nie pokazywać i tylko nasłuchiwał. Akino zadziwiająco wpuścił mężczyznę do środka, a potem coś podpisał.
Gdy urzędnicy, jak już zdążył się domyśleć Fumiya, wyszli po kilkunastu minutach, chłopak zszedł po schodach, patrząc się szyderczo na ojca. Mężczyzna splunął na ziemię, zmiął dokument, który dostał i dopiero wtedy spostrzegł syna.
- I co się gapisz skurwielu? – warknął, wyciągając jakąś tabletkę z kieszeni i rozgryzając ją w ustach. Fumiya zaśmiał się drwiąco, nie mogąc się powstrzymać. Od kiedy zaczął maczać palce w coraz brudniejszej robocie, pozwalał sobie na więcej w stosunku do ojca, czując się silniejszym. Nie obchodziło go, że to tylko złudne uczucie. A powinno. Bo jeśli nie odbijało się to na nim – odbijało na Sue, która była całkowicie bezbronna.
- Kto to niby był? – spytał, schodząc z założonymi rękoma.
- Jakieś chuje z urzędu. – ojciec zbył go machnięciem dłoni, otwierając drzwi do lodówki. – Kurwa nic tu nie ma. Idź coś kup.
Fumiya zatrzymał się i przeanalizował słowa ojca. Coś mu nie grało. Akino był mimo wszystko spokojniejszy – w „normalnej” sytuacji po prostu by mu odwinął, albo wyżył. Chłopak zajrzał do grajdołu ojca, który kiedyś pełnił funkcję salonu i zmarszczył brwi.
- Ej, gdzie jest ta kupa złomu, którą nazywałeś telewizorem? – spytał, rozglądając się z niepokojem. – Słyszysz!?
- Zabrali ją! – zawołał ojciec, odkorkowując jakieś stare wino.
- Co kurwa. Kto to niby zabrał, do cholery?
- Komornicy. – prychnął Akino, biorąc kilka głębokich łyków z gwinta. Fumiya patrzył się na niego z obrzydzeniem i złością.
- A co do kurwy cholery robili tu komornicy? – syknął. Ojciec posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. – Nie płaciłeś rachunków, ty pojebie?
- Stul pysk! Ja tu nie pracuję, gówniarzu.
- Zaharowuję się po nocach, praktycznie rzuciłem szkołę, a ty wszystkie nasze pieniądze przepuszczasz na narkotyki!? Czy ciebie pojebało to reszty!? Co my mamy niby zrobić jak odetną nam prąd? Albo wodę!?
Ojciec cisnął w niego półpełną butelką wina, a chłopak uchylił się wprawnie, krzywiąc się gdy szkło rozprysnęło się we wszystkich kierunkach, uderzając o ścianę, a wino zabarwiło na bordowo kuchnię.
- Mam gdzieś, że ty i ta suka potrzebujecie tego do funkcjonowania – mnie to pierdoli równo. – splunął. – I tak już wystarczająco długo się z wami użeram, pasożyty jebane. Jak któreś jeszcze raz coś piśnie, to gwarantuję, że zabiję gołymi rękoma jak psa.
Fumiya spojrzał na niego morderczo.
- Życzę szczęścia. – warknął i wyszedł z tego przeklętego domu, trzaskając drzwiami i zostawiając ojca samemu sobie, licząc że się upije, przedawkuje i spełni jego największe marzenie – po prostu zdechnie.
Zdał sobie sprawę, że Sue powinna być już dawno w domu, ale… Po prostu nabrał powietrza w płuca, powiedział sobie, że poszuka jej potem i poszedł tam, gdzie chodzili wszyscy tacy jak on – do trzeciego świata ciemnych zaułków.
***
Sue dostrzegła po raz kolejny znikomy ruch kątem oka i była już pewna, że ktoś ją śledzi. Usiłowała nie zmieniać tempa swojego kroku, ani nie zachowywać się podejrzliwie, co jednak kiepsko jej wychodziło. Nie mogła powstrzymać ciągłego mrugania oczami i płytkiego oddechu.
Po raz pierwszy przerażał ją fakt, że w pobliżu nikogo nie ma.
Jej serce biło tak głośno, że nie słyszała kroków za sobą, dopóki poziom adrenaliny nie przekroczył głównej bariery i wszystkie zmysły dziewczynki się wyostrzyły. Odwróciła się gwałtownie, zwijając drobne dłonie w pięści, jakby wątłe ramiona 12-latki mogły coś zdziałać.
- Zostaw mnie w spokoju! – zawołała, starając się przybrać groźny wyraz twarzy.
Chłopak, który wyglądał na jej równolatka, zatrzymał się, lekko zdziwiony i uśmiechnął się spokojnie. Nie wyglądał podejrzanie, ale właśnie to wydało się Sue najdziwniejsze. Przez całe życie obserwowała ludzi i ich zachowania – doszła do perfekcji w wyczuwaniu niegodziwych zamiarów, więc zaczęła ogarniać ją panika, gdy nie wyczuła nic od chłopaka.
- Cześć. – dzieciak uniósł dłoń na powitanie, robiąc krok do przodu.
Sue gwałtownie odeszła kilka kroków do tyłu, marszcząc czoło.
- Powiedziałam, żebyś mnie zostawił! – krzyknęła, nadal trzymając pięści przed sobą.
Czarnowłosy podrapał się w tył głowy, spoglądając w dół przez chwilę, jakby zastanawiał się nad odpowiednią reakcją. Dziewczynka obserwowała, gdzie wodził swoimi błękitnymi oczami. W końcu tylko uśmiechnął się.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć.
- I dlatego pomyślałeś, że zaczniesz mnie śledzić? – warknęła w odpowiedzi, ale opuściła gardę, zaciskając dłonie na ramiączkach od plecaka.
Chłopak wykonał uspokajający ruch dłońmi.
- Spokojnie, nie mam kompletnie nic i jestem całkowicie sam. Chyba tak jak ty, prawda? – uśmiechnął się lekko, gdy dostrzegł, że twarz Sue trochę złagodniała. – Po prostu chciałem się przywitać, ale jestem… kiepski w kontaktach z innymi. – zaśmiał się ponuro.
Dziewczynka poczuła się trochę bezpieczniejsza. Kopnęła jakiś kamyk nogą, unikając jego wzroku.
- Ja też. – przytaknęła, a gdy spojrzał na nią pytająco, podniosła niepewnie wzrok. – Też nie umiem rozmawiać z ludźmi.
Chłopak roześmiał się i ostrożnie zrobił krok do przodu.
- Tak jakoś czułem, że będziemy mieli coś wspólnego oprócz wzrostu.
Sue również się przełamała i uśmiechnęła. Nawet nie pamiętała, kiedy ostatnio szczero to zrobiła do kogokolwiek innego niż brata. Chociaż to też było już dość dawno.
- Co tutaj robisz? – spytała już pogodniejszym głosem, patrząc się wciąż uważnie na rówieśnika.
- Chowam się przed światem. Spaceruję. Sam nie wiem. Teraz chyba pójdę nad rzekę.
Dziewczynka poczuła, że rozszerza uśmiech. Jakoś nie mogła uwierzyć, że ktokolwiek z własnej woli zaczął z nią rozmawiać. Cieszyła się z tego, tłumiąc cichy głos, który powtarzał, że chłopiec szybko zorientuje się, że jest z nią coś nie tak.
- Cóż, może faktycznie jakoś się dogadamy. Mogę iść z tobą?
Chłopak spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale wyszczerzył się.
- Jasne. – ruszyli spokojnie przed siebie, w nieznacznej odległości. – A tak w ogóle, to jak się nazywasz?
- Sue. A ty?
- Takeda. Do usług.
***
Fumiya siedział nad szklanką zwietrzałego whisky, ale wiedział, że nie mógł narzekać. Jego główny diler przyzwyczaił się do niego tak bardzo, że nawet nie pytał co chłopak robi u jego progu, tylko nalewał mu jakiegoś taniego alkoholu, zajmując się swoimi sprawami w tym malutkim, zaśmieconym mieszkanku.
Nawet gdyby chciał, to czarnowłosy mu nie przeszkadzał w niczym, po prostu siedział w jednym miejscu, przy oknie na zniszczone podwórko od ulicy, czasami się odezwał. Diler zdawał sobie sprawę, że Sotomura przynosi więcej pożytku niż szkód – w końcu od bardzo długiego czasu nie miał nikogo na wykonywanie zleceń w terenie, czy nawet najgłupszego odbierania informacji od innych.
Mężczyzna spojrzał na chłopaka, który wpatrywał się z nienawiścią w przestrzeń. Pokręcił głową, dopił zimną od dawna już kawę i wyciągnął papierosa, przysiadając się do niego.
- Nie powinieneś być w szkole? – spytał sarkastycznie, zapalając szluga. Obłok dymu uniósł się między nimi, ale Fumiya nawet się nie skrzywił.
- Gdyby nie ta akcja, to pewnie w końcu bym się tam pojawił. – prychnął.
- Ty to jeszcze nie widziałeś akcji, gówniarzu. Masz fart, że Szczury stwierdziły, że zarobią na nim trochę kasy.
- Cóż… Plan A zadziałał. – mruknął czarnowłosy, biorąc łyk alkoholu. Diler spojrzał na niego podejrzliwie.
- A co miało być niby planem B?
- Skierowanie ich na ciebie. – Fumiya uśmiechnął się szyderczo.
Diler spojrzał na niego morderczo.
- Jednak gorszy z ciebie skurwiel niż z Akino. – na te słowa chłopak wzruszył obojętnie ramionami, po czym spojrzał na zleceniodawcę z niebezpiecznym, acz zaczepnym błyskiem w oczach.
- Mam tak na drugie. – oznajmił i wypił resztę whisky jednym haustem. – Dobra, czas znaleźć jakąś robotę. Masz coś?
- Dla ciebie zawsze coś się znajdzie. – diler wstał ociężale z krzesła i otworzył zamaszyście jedną z szuflad w komodzie, ze stertą niepoukładanych papierów. – Ostatnio bierzesz na siebie więcej.
- Ostatnio jest spokojniej. Wydaje ci się. – czarnowłosy machnął wymijająco ręką, podchodząc do mężczyzny. Diler spojrzał na niego nieokreślonym wzrokiem, po czym przewrócił oczami i powrócił do poszukiwań czegoś aktualnego.
- Jak masz zamiar coś powiedzieć, to wal, a nie odstawiasz jakieś pierdolone szopki. – warknął Fumiya, sięgając ponownie po butelkę whisky. Spojrzał na nią kątem oka, po czym wziął solidny łyk.
Diler westchnął ze znużeniem i zamknął z hukiem szufladę. Strzelił karkiem, oparł się nonszalancko o szafkę, po czym wyciągnął kolejnego szluga. Po chwili wahania rzucił też jednego Fumiyi. Czarnowłosy uniósł jedną brew z geście zdziwienia, ale nie chcąc, by diler się rozmyślił, po prostu zapalił papierosa i czekał na świeżą dawkę informacji.
- Lubię cię, młody, a poza tym wolałbym, żeby mój jedyny pracownik po prostu wyparował. – diler zaciągnął się dymem. – Ten stary dziad ze sklepu z bronią dał mi dzisiaj nową informację, niepotwierdzoną, bo niepotwierdzoną, ale jest. – zniżył lekko głos. – Podobno Szczury dostały zlecenie od koncernu Inaby.
Fumiya nadal wyglądał na zdziwionego.
- I co to ma do rzeczy z wykonywaniem twoich zleceń?
- Czasem zapominam jaki tępy jesteś. – diler zaśmiał się szyderczo. – Ostatnio Ukyo Inaba bawi się w handlowanie dzieciakami. A nie powiem, znalazło by się kilku wariatów, albo pedałów, którzy z chęcią kupiliby zdrowego, silnego nastolatka.
Fumiya nie wyglądał na przekonanego.
- Jeśli myślisz, że jesteś niepokonany, to jest idiotą. Nawet nie ogarniesz, kiedy cię sprzedadzą. – prychnął diler.
- To podobno jest niepotwierdzone. Mniejsza z tym. Masz coś czy nie?
- Ty nie jesteś idiotą, Sotomura. – diler pokręcił głową, wyciągając pomiętą kartkę z tylnej kieszeni. – Jesteś po prostu arogantem.
Fumiya wyrwał mu kartkę i szybko przebiegł po niej wzrokiem. Przytaknął tylko i wyszedł z kawalerki mężczyzny. Diler zgasił papierosa, przejrzał krótką listę kandydatów na jego wspólnika i stwierdził, że musi się napić.

W tym samym czasie dziadek ze sklepu z bronią wykrwawiał się na ziemi, gdyż Szczury dowiedziały się, że ktoś przekazał informację o ich nowym zleceniu. 
_______________________________________________________

Cóż nie wyrobiłam się na Walentynki, ale ważne że jest, prawda? :) 
Mogę stwierdzić, że powoli zbliżamy się do punktu kulminacyjnego pierwszej części tej historii. W końcu xD (jestem ciekawa ile jeszcze niezaplanowanych wątków się tutaj pojawi). 
Dziękuję za poświęcony czas i trzymajcie się ciepło! 
*
PS. Moja droga, jedyna czytelniczko, wybacz za zwłokę, ale jestem ślepa. Odnośnie twoich historii z chęcią, bym je przeczytała. Nie przeszkadza mi żadna tematyka, nie warto ograniczać horyzontów, co nie? Jeśli chcesz, to możesz podesłać mi link, czy coś takiego :D