2 maja 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 7

Rozdział 7


- Nadal radziłbym się głęboko zastanowić, czy szukanie porady akurat u tej wiedźmy jest dobry rozwiązaniem sytuacji, w której się obecnie znajdujemy… - wymamrotał Tsuneari pod nosem, gdy w końcu zbliżaliśmy się celu.
- Na serio masz zamiar dalej to ciągnąć? – spytał Tokaji ze znużeniem. – Nie rozumiem o co ci chodzi.
- Wiesz o co? O to, że ona ciebie nie cierpi i to ja będę musiał z nią cały czas gadać!
Wywróciłam oczami, spoglądając przez okno.
Złapaliśmy pierwszy lepszy pociąg w odpowiednim kierunku. Sakiko Hashimoto mieszkała pod Tokio, można by rzec, że na odludziu. Nieduże miasteczko, bardziej przypominało z oddali wioskę ze stacją kolejową. Zbliżało się już południe, a kwietniowe słońce oświetlało wszystko pogodnym blaskiem. Uśmiechnęłam się smutno. Miło byłoby choć raz mieć jeszcze okazję do nacieszenia się takimi drobiazgami.
- Nie chcę, by paranoja ze zdrajcami również mi się udzieliła, ale po części zgodzę się z Tsunearim. – rzuciła Ayako. Spojrzeliśmy na nią z ciekawością. Od kiedy zapadła decyzja co do następnego celu misji, zamilkła, a w przedziale, położyła się na przedramieniu i wgapiała za okno. – Sakiko zawsze chciała pozostać neutralna. Ona albo pomaga wszystkim, albo nikomu.
- I właśnie dlatego może mieć informacje. – odparł Tokaji.
- Chyba nie rozumiesz o co mi chodzi. – fuknęła. – Jeśli ona załatwiła im tę truciznę, to równie dobrze może stwierdzić, że nam tego nie powie.
- Na jej miejscu nie próbowałabym robić sobie wrogów. – stwierdziłam.
- Nawet gdyby – i tak nikt nie odważy się jej tknąć. – powiedział Tsuneari, krzyżując ramiona. – Mimo tego całego jej… wariactwa, jest jedyną „złotą rączką” działającą na tak dużą skalę. Załatwia leki, narkotyki, trucizny, broń, fałszywe dokumenty… Plus bawi się w wynalazcę.
- O właśnie. Może zrobi mi jeszcze jeden taki bidon. – Tokaji uśmiechnął się szelmowsko.
- Phi. A tak narzekałeś, gdy ci go dałem trzy lata temu na święta. – prychnął Tsuneari.
- Tym razem rzucę go w ciebie.
Pociąg zatrzymał się z okropnym piskiem na stacji. Skrzywiłam się, ale wyszłam pierwsza z wagonu. Liczyłam, że wtopimy się w tłum. Pudło. Jedynie nasza czwórka wysiadała na tym zadupiu, a do pociągu wsiadała jakaś studentka.
Spojrzałam przelotnie na peron. Widać było na nim upływ czasu – budynek był pokryty zaciekami, drewniany szyld opadał, a farba z okolicznych ławek poodpryskiwała paskudnie. Zawiał wiatr, a przed moimi stopami przetoczyła się kartka z jakiejś gazety.
Tokaji, który najwyraźniej znał drogę, wyminął nas i poszedł przodem. Jedyny obecny pracownik nawet nie zaszczycił nas spojrzeniem, tylko dalej przeglądał coś w kolorowym magazynie. Wyszliśmy bez problemu na drogę. Asfalt był pofałdowany i popękany, a wokół jedynym znakiem cywilizacji był sklepik spożywczy i kilka ładniejszych domków wokół. Wokół roztaczały się pola uprawne, na których majaczyły nieduże gospodarstwa. Był środek dnia, na dodatek w środku tygodnia, więc taka miasteczkowa wieś była wymarła.
- Czasem aż wierzyć się nie chce, że to Japonia. – westchnął Tsuneari, zrzucając z siebie skórzaną kurtkę. – Wystarczy odjechać niecałe 30 kilometrów od stolicy i proszę. Czas zatrzymał się w miejscu.
Uśmiechnęłam się, wciągając świeże powietrze głęboko w płuca.
- Słoneczko świeci, kwiatuszki kwitną. Jak miło czasem nie słyszeć tego całego zgiełku miasta. – Ayako przeciągnęła się.
Tokaji, którego w ogóle nie ruszały spokój i harmonia spojrzał na nas jak na idiotów. Rozejrzał się kilkakrotnie we wszystkie strony, przypominając sobie z trudem drogę. Wskazał palcem na zachód, jakby samego siebie upewniając. Ruszyliśmy za nim.
- Jak byłam mała, zawsze chodziłam do parku i robiłam bukieciki z chwastów. – zaśmiała się po kilku minutach Ayako, męcząc się z pleceniem wianuszka.
Wzięłam to od niej i wprawnym ruchem związałam łodyżki.
- Ja z kolei robiłam wianuszki. – rzuciłam, a przyjaciółka pokazała mi język. Wrzuciłam jej na głowę wiązankę.
Tokaji zaklaskał ze znudzeniem.
- Brawo, brawo, niech żyje wesołe dzieciństwo. – burknął sarkastycznie. – Może mi też taki wianuszek upleciecie? Morderca z kwiatuszkami we włosach, trzeba będzie to opatentować.
Zmrużyłam oczy, ograniczając się do pokręcenia głową.
- To nie taki głupi pomysł, Tokaji. – rzucił Tsu, trzymając między zębami źdźbło trawy. – W takich na przykład żółciutkich mleczykach byłoby ci ładnie. Podkreśliłyby twoje czarne włosy.
- Ty też? – mruknął Tokaji, wsadzając ręce do kieszeni.
- Daj spokój, Tsu. – rzuciłam wesoło. – Na nim od razu wszystko by zwiędło.
Zanieśliśmy się beztroskim śmiechem.
Czarnowłosy zatrzymał się, mordując nas wzrokiem. Powoli się uspokoiliśmy.
- Widzę, że muszę wam przypomnieć po co tu jesteśmy. – warknął. – Do jasnej cholery, idziemy do największej dilerki w okolicy po jakąś odtrutkę, a w drodze powrotnej pewnie z 10 osób będzie chciało nas zabić. A wiecie dlaczego? Bo jesteśmy zabójcami. Gdybyśmy dostali odpowiednią działkę, wymordowalibyśmy tą całą wieś bez żadnego oporu. – machnął lekceważąco dłonią na otoczenie. – Więc, łaskawie, nie pieprzcie mi tutaj o jakiś wianuszkach, kwiatuszkach tylko skupcie się, bo nas wybiją.
Ruszył ponownie przed siebie, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź.
Ayako westchnęła głęboko, pochmurniejąc. Zdarła wianuszek z głowy i bez większych ceregieli wyrzuciła do rowu. Spojrzała po mnie i Tsunearim już racjonalniejszym wzrokiem.
- On ma trochę racji. Czas to pieniądz. – stwierdziła tylko, poprawiając kaburę z mieczem. Skierowała się za Tokajim.
Tsuneari popatrzył się za nimi nierozumiejącymi oczami.  Wypluł trawę z ust i przeczesał dłonią włosy. Spojrzałam na niego krótko, obracając kwiatka w palcach. Westchnęłam.
Chciałam pozwolić sobie na jeszcze kilka minut takiej młodzieńczej beztroski, ale realia zbyt dawały o sobie znać. Zlecenia, pieniądze, zlecenia, zyski, pieniądze. I tak w kółko. Tylko po co to wszystko? Mi i tak kasa nie jest potrzebna. Do szczęścia muszę tylko dopełnić zemsty.
Spojrzałam na oddalających się przyjaciół.
Ayako wpadła w ten krąg, by ratować swoją rodzinę, a Tokaji… jego po prostu przesiąkło to do szpiku kości. Spojrzałam kątem oka na Tsu. Tak naprawdę nigdy nic nie mówił o przeszłości, o motywach. Po prostu tu był, trwał w tym wszystkim i próbował dożyć jutra.
Trochę tak jak ja.
Równie dobrze mogłam dalej wieść ‘normalne’ życie. Mogłam poczekać wtedy na policję, na pomoc. Odesłaliby mnie pewnie do ciotki, zmieniłabym szkołę, ale raptem to tylko tyle. Mogłam się uczyć, zostać detektywem, wyśledzić tych morderców… Wszystko zgodnie z prawem. Zgodnie z założeniami porządnego życia.
Ale jednak stałam się tym, czym jestem teraz.
Westchnęłam jeszcze raz.
- Chodź. – mruknął Tsuneari, chwytając mnie za nadgarstek. – Tak jak oni to stwierdzili – nie mamy czasu na jakieś dziecinne rozterki.
Nie wyczułam w tej wypowiedzi ani trochę wiary w te słowa.
Uśmiechnęłam się jednak i wyrzuciłam kwiatka przez ramię.
***
 - O rajuśku, mam gości! – wykrzyknęła Sakiko, wychylając się z niepewnością zza drzwi. Jej okrągłe oprawki zjechały jej z nosa. – O rajuśku! – powtórzyła, po czym zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
Tsuneari, który podjął się tego szlachetnego zadania, uśmiechał się najszczerzej jak tylko umiał, ale teraz mina gwałtownie mu zrzedła, a on sam zabębnił z zniecierpliwieniem palcami o udo.
- Spokojnie, ona za chwilę otworzy… - wycedził przez zęby, zmuszając się do uśmiechu.
Razem z Ayako pękałyśmy ze śmiechu.
Rozejrzałam się po „posiadłości”. Wcześniej stwierdziłam, że cała ta mieścina jest totalnym bezludziem, to teraz muszę powiedzieć, że znaleźliśmy bezludzie bezludzia. Dosłownie.
Sakiko mieszkała kilka kilometrów od centrum czegokolwiek. Miała potężną działkę, niestety zarośniętą wysokimi chwastami i nieogrodzoną. Granice wyznaczały wysokie krzewy, które kiedyś na pewno tylko dodawały uroku temu miejscu. Teraz rozrosły się tragicznie, razem z bluszczem, który oplótł zamszoną fontannę. W głębi „ogrodu” dostrzegłam wrak czegoś, co przypominało garbusa.
Sam domek nie wydawał się duży, choć może to przez wszechobecne chwasty pnące się po ścianach, mech i… mniejsza z tym. Wszystko ogólnie sprawiało wrażenie niemożliwego do zamieszkania, ale miało swój wyjątkowy klimat.
Sakiko otworzyła ponownie. Wyglądała teraz na trochę bardziej ogarniętą.
- A więc, a wię,c moi mili… - ukłoniła się teatralnie, wpuszczając nas do środka. Jej elegancja nie potrwała zbyt długo – wchodząc usłyszeliśmy gwizd czajnika. – Jasna anielka, przypalę herbatę!
Rzuciła się w stronę bliżej niezlokalizowanej kuchni.
- Czy herbatę w ogóle da się przypalić? – mruknął Tokaji pod nosem.
- Zostawcie buty w przedpokoju, by nie nanieść piasku! – usłyszeliśmy z głębi domu. Spojrzałam krytycznie na wnętrze domu, zastanawiając się co da zdjęcie butów w tym całym grajdole.
Wchodziło się do okrągłego przedpokoju, który dzielił się na cztery ściany – od kuchni, salonu, sypialni i łazienki. A graty piętrzyły się w każdym najmniejszym zakątku domu.
Czasem w bajkach, książkach są opisy domów takich pozytywnie walniętych ludzi, co uwielbiają stare czasy i chomikowanie wszystkiego co wpadnie w dłonie. A teraz wyobraźcie sobie takie wnętrze, tylko odpowiednie do naszych realiów  - szkice przestawiające broń, prawdziwa broń, butelki, naboje. Wszystko.
- Czy tylko ja mam wrażenie, jakby ten dom miał pęknąć od środka? – rzuciła Ayako, spoglądając na zastawione ściany.
- Witamy w rodzinnej posesji Hashimoto zrujnowanej przez jedyną dziedziczkę! – zawołał z udawanym entuzjazmem Tsuneari.
- Oj, no weź, Tsuś! – zaśmiała się Sakiko, stając w jednej z framug. Trzymała blachę z piekarnika, na której stały gliniane naczynka z gorącą herbatą. – Chodźcie do salonu, zaparzyłam herbatkę. Nawet mam swoją najnowszą zastawę! – zawołała z dumą, wchodząc do innego pomieszczenia.
- To będzie ciężkie. – szepnęłam pod nosem.
- Bardzo ciężkie. – przytaknęła mi przyjaciółka.
Tokaji machnął na nas pośpieszająco. Przewróciłam oczami i weszłam do salonu. Widząc jego stan zrobiło mi się słabo.
- Przepraszam za bałagan. – zachichotała Sakiko. – Ale i tak trafiliście na dobry moment właśnie sprzątałam. – westchnęła, pocierając czoło wierzchem dłoni. Zostawiła długi, czarny ślad sadzy.
Staliśmy blisko siebie, jakby wszystko miało na nas spaść. Kobieta podskoczyła gwałtownie, stawiając blachę na stoliku, nawet nie robiąc miejsca (wszystko tutaj łamało prawa fizyki). Z wariackim uśmiechem zaczęła rozrzucać papiery, aż dało się rozpoznać kanapę.
- Siadajcie, siadajcie! – rzuciła, idąc w głąb pomieszczenia.
- Wszyscy zginiemy. – jęknął Tsuneari.
- Zamknij się. – syknął czarnowłosy, zapadając się w kanapie.
Sakiko, zanosząc się śmiechem, dojechała do nas na fotelu obrotowym. Wyglądał na najnowocześniejszy przedmiot w całym domu. Spojrzała po nas, strzyknęła palcami, uspokajając się lekko.
- No więc, cóż was sprowadza w moje skromne progi, oprócz pysznej herbatki? – uśmiechnęła się ciepło, poprawiając oprawki.
Zauważyłam, że teraz miała jedynie druty owinięte wokół szkieł. Jej brązowe, krótkie włosy dalej sterczały, a ubiór pozostał ekscentryczny – była boso, w poplamionych leginsach, bufiastej koszulce, a przez szyję miała przewieszone pilotki.
Tsuneari spojrzał po nas kontrolnie, a widząc nasze zachęcające spojrzenia, podjął rozmowę.
- Sakiko! Jak się cieszę, że cię widzę! Wszyscy się cieszymy – zaśmiał się. – Tyle dla nas robisz, że aż ciepło na sercu.
- Ooo, Tsuś, jakiś ty kochany. Wszyscy jesteście taaacy kochani! – w jej ton zakradła się dziecięca nutka. – W ogóle nie rozumiem czemu ci wredni panowie na was polują.
- Wredni panowie? – Tokaji lekko się wyprostował, słysząc ciekawy termin.
- Policja.
- Kurde. – mruknął, zapadając się w kanapie.
- Właśnie, policja. – przytaknął Tsuneari. – Z nimi to same problemy. Są jak trucizna. A jak przy tym jesteśmy… Nie słyszałaś może o jakimś nowym rodzaju trucizny?
- Daj spokój, Tsuś. Cały czas jest coś nowego. – machnęła ręką.
- Ale, chwilka, chwilka. – dołączyłam, szczerząc się jak głupia. – Może wiesz coś o takiej, której odtrutka jest trudno dostępna.
- Ichigoś, ale ty wyrosłaś! – splotła palce ze sobą. – Chciałabym być taka ładna jak ty! Kiedyś nawet…
- Błagam, panią, to naprawdę ważne…
- Jeśli o to chodzi, mogę zastopować przysyłanie jakiejkolwiek odtrutki, jeśli potrzebujecie tego. Oczywiście nie na długo i potrzebowałabym kilku dni na przygotowania oraz trochę pieniędzy by na to poszło…
- Nie, nie, nie, nie… - przerwał jej Tsuneari, podnosząc się z kanapy – Tokaji zapadł się jeszcze bardziej – i podszedł do niej, kładąc przyjacielsko dłoń na ramieniu. – Nie moglibyśmy cię prosić o coś tak absurdalnego…
- Absurd absurdem. – prychnęła, popijając herbatkę. – Już taki jeden o zbieżnych oczkach, prosił mnie o coś takiego.
Spojrzeliśmy po sobie z nową nadzieją.
- A pamięta pani może kto to był i jaką truciznę mu chodziło, pani Hashimoto? – spytała ostrożnie Ayako.
- Oczywiście, że pamiętam. – przytaknęła. – Poza tym nie jestem taka stara, by nazywać mnie panią. Kiedyś nawet to…
Tokaji zmroził Ayako wzrokiem. Sakiko nakręciła się i nie zwracała uwagi, czy ktokolwiek ją słucha. Tsuneari wziął kilka głębokich wdechów, powtarzając jakąś mantrę pod nosem – osobiście chciało mi się od tego śmiać. Kobieta przypominała trochę nieporadne dziecko o ogromnym serduchu. Może rozmowa z nią przynosiła marne efekty, nie rozumiała powagi sytuacji albo nie chciała jej rozumieć, to mimo wszystko nie chciała nas zabić od razu po zobaczeniu. A to już coś.
- Sakiko, stary druhu. – Tsuneari poderwał ją do góry, przyduszając przyjacielsko ramieniem za szyję. – A dałabyś radę załatwić nam odtrutkę do tej „przyblokowanej” trucizny? – wyszczerzył się.
Sakiko zdjęła z szyi jego ramię, kręcąc ze znużeniem głowę.
- O rajuśku, już mówiłam waszym, że po tak absurdalnej prośbie, nawet mi nie podeślą tego antidotum przez najbliższy miesiąc. – westchnęła, ale z pozytywną miną. – Moglibyście mi choć raz zaufać, moje projekty tylko w 45% ulegają samo-destrukcji, a substytut odtrutki tego nie zrobi…
- Chwila. – przerwał jej poważnie Tokaji. – Jaki substytut?
- Jak to jaki? – obruszyła się, kładąc pięści na biodrach. – Przecież mówiłam Omitsu, że opracowałam go! Oczywiście myślałam, że przyjedzie osobiście, bo w sumie tak mówiła, ale skoro woli się posługiwać młodymi, to proszę bardzo…
- Chwila. – Ayako wstała, lekko blednąc. – Omitsu miała przyjechać?
- Skoro wy o tym nie wiecie, powiedziałabym to w czasie teraźniejszym. – rzuciła kobieta, dopijając herbatkę. – Uhuhu, robi się coraz ciekawiej.
Spojrzeliśmy po sobie z niepokojem.
- Jesteśmy w dupie. – rzucił Tsuneari, wyciągając Tokajiego z kanapy.
Czarnowłosy strzepnął z siebie kurz.
- Musimy stąd spierniczać. Mamy niewielką szansę, że wyminiemy się z Omitsu. – machnął na nas pośpieszająco dłonią.
- Musimy wykonać jakieś zlecenie, inaczej nie wciśniemy im kitu i nas opierniczą z góry na dół. – przypomniałam, gdy zbieraliśmy się do wyjścia.
Sakiko śledziła nasze ruchy z zaciekawieniem. Nie zdziwiłabym się, gdyby poszła po popcorn. Spojrzałam na nią przez ramię z niepokojem, ale ona uniosła kciuk do góry, po chwili zaczynając się śmiać. Była jak dziecko, które usiłuje dotrzymać sekretu, ale jest zbyt rozentuzjazmowane.
- Ruchy, ruchy, ruchy. – syknął Tsuneari. – Musimy spierniczać.
Usiłowaliśmy właśnie wyminąć wszystkie przedmioty walające się po przedpokoju, gdy drzwi wejściowe otworzyły się na oścież.
- Sakiko, jak coś to tylko ja! – wydarła się Omitsu, z uśmiechem na ustach. Spojrzała na nas, nadal się uśmiechając. Po czym, gwałtownie na jej twarz wpełzło osłupienie, przemieszane ze złością. – CO WY TU ROBICIE.
***
Omitsu wzięła głęboki oddech, któryś raz z rzędu, ale w końcu pokręciła głową z dezaprobatą i dopiła trzecią kawę. Rzuciliśmy sobie krótkie spojrzenia, gnieżdżąc się na kanapie. Zastępczyni siedziała na fotelu obrotowym, a Sakiko składała coś przy biurku, jednak byłam pewna, że uważnie nas słucha.
Omitsu wzięła jeszcze jeden wdech i w końcu zacmokała.
- Czy wy czasem myślicie, co odwalacie, do jasnej cholery? – warknęła, zatapiając palce we włosach.
Przełknęłam ślinę.
- Omitsu, możemy to… - zaczął Tsuneari, ale kobieta zmroziła go wzrokiem.
- Nic nie możecie wytłumaczyć. – ucięła krótko i odstawiła z hukiem kubek. – Czy do was nie dociera, gdy każemy wam zostać w organizacji? Którego z tych słów nie rozumiecie? – spytała sarkastycznie, tasując nas spojrzeniem czekoladowych oczu pociemniałych z gniewu.
- „Każemy” – odparł Tokaji, nim Ayako zdążyła wepchać mu pięść do gęby.
Kobieta wstała i stanęła naprzeciwko nas. Miała niewiele ponad 170cm i była wyższa tylko ode mnie i Ayako, a jednak coś w jej postawie sprawiało, że wydawała się być wyższa od nas wszystkich razem wziętych.
- Na serio myślisz, że teraz jest okazja do pyskowania, Kosai? – rzuciła chłodno. – Bo, uważaj oświecę cię – nie jest. – przeniosła spojrzenie z czarnowłosego na nas wszystkich. – Czy wy w ogóle rozumiecie kim jesteście? Zniżacie się do poziomu śmieci za marne grosze. Żyjecie praktycznie na ulicy. Rozkazy od nas powinny być dla was świętością. – zmrużyła oczy. – Gdyby to nie było Kaminari, dawno kazalibyśmy się was pozbyć.
- Ale to jest Kaminari. – powiedział Tsuneari, nawet nie podnosząc na nią wzroku.
- Nie zaczynaj tego znowu, Tsu. – syknęła Omitsu. – Dostaliście jasny rozkaz nie ingerowania w te sprawy i zostania w organizacji, a wy co? Wyszliście przed świtem, biorąc jakąś podejrzaną starą misję – co teoretycznie mogło nas zwieść, gdyby nie szła akurat wasza czwórka – i znajduję was tu.
- Ale mamy ważne informacje o Kuno… - wtrąciłam delikatnie.
- Cholera, trzeba było go wtedy dogonić… - mruknęła Ayako pod nosem.
- TA ROZRÓBA W NAGANO TO WY? – Omitsu pobladła z gniewu. – Czy was pojebało do końca? Przecież to Ryuji – wszystko co mówi ma drugie dno! A ten rozwalony bar, który widziałam to pewnie też wy?
Przytaknęliśmy beznamiętnie.
Omitsu jęknęła i opadła bez sił na fotel.
- Ja kiedyś tutaj zwariuję. – mruknęła. – Słuchajcie, gówniarze. Spróbuję wam to wytłumaczyć. Mamy zdrajcę w szeregach, tak? Więc takie zagrania są nie na miejscu. Nawet jeśli szukaliście odtrutki. Za takie podejrzane akcje, czy niesubordynację powinniśmy was się pozbyć…
- Więc czemu tego nie zrobisz? – wtrącił chłodno Tokaji.
Omitsu posłała mu szelmowski uśmiech.
- Nawet ja nie jestem na tyle głupia, by walczyć z waszą czwórką w pojedynkę. – odparła.
- Dałabyś radę zabić co najmniej połowę z nas. – westchnął Tsu.
- A co mi po połowie, jak byłabym martwa? – wywróciła oczami. – A po za tym mamy niedobór ludzi. 30 osób to nie jest powalająca liczba. I… - prześlizgnęła się po nas spojrzeniem, w którym dostrzegłam zmiękczenie. – I wiem, że to żadne z was. – zatrzymała wzrok na Ayako. – Chociaż sądziłam, że akurat ty będziesz wolała się w to nie mieszać.
- Czasem trzeba. – brązowowłosa wzruszyła ramionami.
- Ja wam daruję, ale nie wstawię się przed szefem. To od niego zależy co z wami zrobi. – rzuciła Omitsu. – Musi do was dotrzeć, że w zawodzie, w którym liczą się tylko brudne pieniądze i zyski, nie istnieje coś takiego jak moralność.
Zapadła cisza.
Wyłamałam sobie palce, rozmyślając. Natłok przemyśleń kłębił się w mojej głowie, jak chmury w burzowy dzień. Ta cała nagonka ze zdrajcą stawała się coraz poważniejsza. Jakby nie patrzeć, wiedzą nawet o naszych pomniejszych misjach. Omitsu ma rację. Kaminari może się próbować wyłamywać, ale i tak wszystkie nasze zlecenia polegają na tym samym – załatwić za wszelką cenę i zarobić. Nikogo nie obchodzą „sprzymierzeńcy”. Znajdziemy sobie kilku w organizacji, dla których rozważymy możliwość zaryzykowania. Ale gdybym miała wybierać między ogromnym zyskiem, a życiem na przykład Gou albo Takashiego…
Wzdrygnęłam się, brzydząc się sobą.
Jednak szybko mi to przeszło.
Ryuji miał rację. Mam głęboko zakorzeniony instynkt zabójcy.
- MAM! – wesoły wrzask przetoczył się po pokoju.
Sakiko rzuciła się w naszym kierunku, hamując gwałtownie przed Omitsu. Przygładziła nieskutecznie włosy, uśmiechając się jak dziecko. Zabójczyni lekko się rozpogodziła, jakby ciesząc się na widok takiego podejścia do życia. Sakiko wręczyła jej uroczyście niewielką buteleczkę z prowizorycznym substytutem odtrutki, a Omitsu w odpowiedzi uśmiechnęła się szerzej i objęła przyjacielsko drobną kobietę.
- Dziękuje, Hashimoto. – westchnęła. – Bez ciebie bylibyśmy martwi.
- Ależ nie ma za co, Omitsu! – roześmiała się w głos. – Zdecydowanie wolę pomagać wam, a nie tej całej reszcie bufonów. Oni to tylko: „Damy ci tyle i tyle, a ty zrobisz dla nas to i to” i nic więcej! Wyobrażasz sobie takie ponure życie? Bo ja nie! Dobrze, że wy się czasem szczerze z czegoś pośmiejecie, chociaż nie dziwię się, że tak rzadko to robicie, też nie byłoby mi do śmiechu w takiej…
- Naprawdę dziękuję. – powtórzyła Omitsu, wciskając jej plik banknotów. – Ale nie możemy dalej tracić czasu, zwłaszcza po naszej przydługiej pogawędce.
Sakiko posmutniała przez chwilę, nawet gdy przeliczała na szybko pieniądze, jakby wcale nie o to jej chodziło. Gdy oprowadziła nas do drzwi, trajkotała o czymś bez sensu, a ja rozejrzałam się po jej domu. Kobieta wydawała się taka mała w tej posiadłości i dość… samotna.
Chociaż tacy jak my, nawet w tłumie są samotni.
- Do widzenia, towarzysze! – zaśmiała się. – Moje drzwi stoją przed wami otworem! – dokrzyknęła, gdy oddalaliśmy się już.
Poczułam wewnętrzną potrzebę, by odwrócić się i jej pomachać. Uśmiechnęłam się szczerze – to był jeden z tych momentów, w których moje uczucia działały poprawnie. Jeden z niewielu, ostatnimi czasy. Emocje zatrzymywały się tylko na trzech miejscach: nienawiść, rządza krwi i strach.
Spojrzałam na samochód, do którego wsiadła Omitsu i zatrzymałam się w prawie tym samym momencie co moi towarzysze. Kobieta wychyliła się przez okno i spojrzała na nas ze znużeniem.
- Co znowu?
- Ty masz samochód. – wydukał Tsu.
- Pożyczony. – uściśliła, przekręcając kluczyk. – Taki jeden gościu wisiał mi trochę kasy, więc darowałam mu za wypożyczenie. – wskazała kciukiem na drzwi. – Wsiadajcie.
- Czy ona też kieruje tak jak reszta? – szepnęłam do przyjaciół.
- Nie, oczywiście, że nie. – Tokaji posłał mi uśmieszek, otwierając drzwi z przodu. – Gorzej.
***
Czasem przez myśl mi przechodzi pytanie, dlaczego przez tyle lat nadal wszyscy kierują jak wariaci? Ale gdy wyjdę w całości z auta, zapominam o tym.
Omitsu wyszła bez słowa z samochodu i skierowała się w stronę organizacji, dając nam do zrozumienia swoim wymownym milczeniem, że kategorycznie powinniśmy iść za nią. Wzięłam w płuca wiosenne powietrze i wyczułam nadciągającą ulewę.
Przemknęliśmy do magazynu, zachowując najwyższą czujność. Najwyraźniej przez ostatnie 3 miesiące nikt jeszcze nie rozgryzł gdzie mamy bazę, albo wolą na razie trzymać się od nas z daleka. Nie wiem co lepsze. Lub gorsze.
Organizacja była wręcz niepokojąco pusta, a nierzeczywista cisza przeszywała mój umysł zmuszając do wytężenia zmysłów, jakby gdzieś w środku czyhało niebezpieczeństwo (w każdym bądź razie inne niż Sotomura). Spojrzałam po towarzyszach, nie pokazując po sobie zaniepokojenia ciszą. Tokaji szedł ze znużoną miną z dłońmi w kieszeniach i szeptał coś z Tsunearim, który rozglądał się ze zdziwieniem za kimkolwiek. Obaj wyglądali jakby przywykli do takich sytuacji. Ayako wlokła się obok mnie, a jej przygasłe, poszarzałe oczy wodziły wzrokiem po podłodze.
Poczułam do niej współczucie. Wyglądała jakby życie, przez które szła z ogniem w duszy, zaczynało ją powoli przygniatać, a sam płomień lekko przygasł, zbyt zmęczony zamkniętym kręgiem pieniędzy, niebezpieczeństwa i śmierci. Jakby ta rozwrzeszczana, chamska dziewczyna, która odezwała się do mnie pierwsza miała dość powtarzanej codziennie mantry. „Jutro będzie lepiej”.
Coś ścisnęło mnie za gardło. Brakowało mi Takiego. Mojego drogiego, ciepłego przyjaciela, który emanował nierealną empatią. W takich chwilach umiał drobnym gestem i jednym zdaniem wlać w nas nadzieję. Zamrugałam trochę szybciej, gdy mój umysł tchnął w wspomnienia nowe życie, a w uszach rozbrzmiał rozdzierający wrzask Ayako.
Do bani ze mnie przyjaciółka.
Uderzyłam ją pięścią lekko w ramię, nie wiedząc co powiedzieć.
Spojrzała na mnie, i bez zbędnych słów uśmiechnęła się ponuro.
- A i jeszcze jedno. – Omitsu zawahała się przed drzwiami biura, jakby nad jej wściekłością pojawiła się troska. – Na serio nie radzę wam pyskować.
- Tak, tak… - Tokaji machnął lekceważąco dłonią. – Chodźmy już, im szybciej się zacznie tym szybciej się skończy.
- Mówiłam głównie do ciebie. – zastępczyni zmrużyła karcąco oczy, ale nie mówiąc nic więcej otworzyła drzwi bez pukania.
Uśmiechnęłam się w duchu. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
- Siemka, Fumiya. – zawołała, rzucając odruchowo swoją broń na zapadniętą kanapę i wchodząc jak do własnego pokoju. 
Dostrzegłam zza pleców kobiety szefa, który przełknął szybciej swoją kawę, krzywiąc się na widok starej towarzyszki. Odrzucił papiery, krzyżując ramiona spojrzał na Omitsu. Mogłabym przysiąc, że za tym jego grymasem, kryje się coś dużo bardziej głębszego niż krzywy uśmieszek.
- Od szesnastu lat powtarzam ci, że… - zaczął z udawanym oburzeniem, ale urwał, gdy nasza czwórka również weszła do środka. Jego mina gwałtownie zlodowaciała, a on sam wziął głęboki oddech. – Proszę, proszę. Kto nas łaskawie zaszczycił swoją obecnością.
Nawet Tokaji nie ośmielił się rzucić jakąś sarkastyczną odzywką.
Staliśmy i czekaliśmy.
Fumiya wziął jakieś dokumenty do rąk i zaczął je segregować. Do niektórych doczepione były zdjęcia, więc założyłam, że to zlecenia do zabójstw. Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając czemu szef nic nie mówi. Po upływie kilku minut, gdy odnalazł odpowiednią kartę, wyprostował się i spojrzał na chłopaków.
- W sumie, to nawet dobrze, że jesteście. Mamy zlecenie na zabójstwo waszego starego kolegi i akurat się przydacie. – rzekł, wyciągając w ich stronę kartkę z danymi i fotografią.
Tsuneari przyjął ją z ostrożnością, jakby bał się, że gdzieś tutaj jest haczyk. Przejrzeli na szybko z Tokajim kartę, szukając niezgodności, trudności, ale wszystko najwyraźniej było w porządku. Przyjaciele spojrzeli po sobie. Czarnowłosy odchrząknął.
- Em… Szefie…
- Tokaji, chcesz wiedzieć dlaczego tak mało dzieciaków podejmuje się akurat naszego fachu? – spytał neutralnym tonem.
Wszyscy byliśmy zbici z tropu. Nawet Omitsu przestała się krzątać i obejrzała się na nas. Czarnowłosy spojrzał po nas, oczekując wsparcia, ale żadnemu z nas nie przychodziła sensowna odpowiedź. Chociaż, gdy teraz o tym myślę, każda byłaby lepsza niż odzywki Tokajiego.
- Ponieważ są zbyt słabe by przeżyć…? – jego pewny siebie głos przerodził się w pytanie, gdy nie zobaczył potwierdzenia na twarzy szefa.
- Ponieważ myślą, że są nieśmiertelni i ich pojedyncze działania nie zmienią wiele w ogólnych stosunkach. – powiedział Fumiya, nie odrywając wzroku od dokumentów. – Myślicie, że jesteście mądrzy, że przechytrzycie najlepszych strategów i jak zrobicie po swojemu - wszystko będzie w porządku. Tylko, że nic nie jest aż tak proste. Szczególnie tutaj. – spojrzał po nas poważnie.
- Ale niech szef posłucha… - wtrąciłam cicho, ale urwałam, gdy Fumiya wlepił we mnie spojrzenie. 
- Kanegawa, słyszałaś może o czymś takim jak ‘efekt motyla’? Według niego trzepot skrzydeł motyla na jednym kontynencie może spowodować tornado na innym. – w jego matowych oczach dostrzegłam śmiertelną powagę. – Każde z waszych nieprzemyślanych działań już mogło wyznaczyć nam drogę do pewnej śmierci.
- Ale zdobyliśmy informacje o truciźnie. Ryuji Kuno… - podjęła Ayako, a jej głos z każdym słowem odzyskiwał moc.
- Właśnie. Towarzysz Kuno. – wycedził z obrzydzeniem Fumiya. – On zawsze ma zaplanowane kilka rozwiązań każdej sytuacji, a i tak korzysta tylko z pierwszego planu. A wiecie dlaczego? Bo jako jeden z niewielu gówniarzy rozumie jak działa ten świat. Doskonale zdaje sobie sprawę, że bycie najemnikiem nie jest tak chaotyczne jak przedstawiają to filmy akcji. Wygrywają nie ci, którzy mają największe mięśnie, ale ci, którzy myślą. – wyrównał wprawnym ruchem stosik wyroków śmierci na nieznanych mi ludzi. – A jeśli chodzi o truciznę, nie mam najmniejszego zamiaru wierzyć w żadne słowo Ryujiego. Wolałbym skazać moich ludzi na pewną śmierć niż wchodzić w nim w układy. – prychnął. – Ale na szczęście, jeszcze nie muszę. Omitsu, dałaś tą odtrutkę Ryu?
- Tak, powiedział, że najpierw ją przebada.
- Odtrutkę?
- Miyako. – odparła. – Jej organizm jest silniejszy niż przypuszczaliśmy. Jest w stanie racjonalnie myśleć, ale zmęczenie przykuwa ją do łóżka. Powinna być nadal przytomna, jak chcesz z nią pogadać, Sotomura.
Szef tylko machnął dłonią.
- Więc na razie nie ma problemu. – prychnął, po czym przeniósł wzrok na chłopaków. – Kosai, Nakade, bierzecie tą misję, czy będziecie tak sterczeć?
- A szef nie ma zamiaru… no nie wiem… - spytał powoli Tsuneari.
- Nawrzeszczeć na was? A co mi to da? – Fumiya zmierzył nas chłodnym spojrzeniem. – Możecie potraktować bycie w Kaminari za największe szczęście w życiu. Gdyby nie Arata, już dawno kazałbym się was pozbyć. – gdy padło imię poprzedniego szefa chłopcy spuścili wzrok, a ja nie wiedziałam jak zareagować. Nadal nic nie wiedziałam. – Ale patrząc się na naszą sytuację, wliczając w to niezidentyfikowanych szpiegów - akurat wy nie pasujecie.
Ayako wzdrygnęła się ze zdziwienia, jakby nie mogła uwierzyć, że użyli tego słowa w jej obecności. W sumie faktycznie nie była ‘wtajemniczona’, a o szpiegu dowiedziała się od… w trakcie misji? Nie wygląda teraz na zaskoczoną. Spróbowałam sobie przypomnieć jej zdziwienie, ale nic takiego nie wyryło się w mojej pamięci. Wyraźne natomiast było imię czterookiego wykrzyczane przez Ayako w rozdzierającym smutku.
- Kasahara, nie rób takiej zdziwionej miny. – prychnęła Omitsu. – I tak wszyscy wiemy, że wiesz, że mamy szpiega.
- Mogliście udawać, że nie macie. – odparła krytycznie.
- To na nic, by nam się nie zdało. – Mako jak zwykle zjawiła się bezszelestnie. – Na razie nie jesteś nawet podejrzana.
Spojrzałam ze zdziwieniem na rudowłosą zabójczynię, która weszła do gabinetu z notatnikiem. Przekartkowała go szybko, odczytując pobieżnie dane.
- Na razie nic, szefie.
- Cholender. – przeklął pod nosem. – Rozgryźli nas?
- Mogę wiedzieć co się dzieje? – spytał Tsuneari, machając kartką w powietrzu. – Przed chwilą szef mówił, że tu nie ma miejsca na chaotyczność, a dawno nie było takiego zamieszania.
- A właśnie. Nakade, Kosai, wy macie misję. – mruknął szef, wyganiając ich z biura. – Idźcie się przespać do wieczora, a potem ruszajcie. Jak wyjedziecie z Tokio o 21, powinniście być na miejscu przed północą.
- Świetnie. – Tsuneari przewrócił oczami i wyszedł bez słowa.
- Po prostu zajebiście. – zawtórował mu Tokaji, trochę ciszej, nawet się na nas nie oglądając.
Podświadomie trzymali się zasady, by nie żegnać się przed misją. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
- A wracając do sprawy twojej „niewinności”, że tak to ujmę, to przydzieliłem banalne misje praktycznie wszystkim, którzy nic nie robili. Mako, Mikuru, Meiji i Hiroki ich obserwują. Najwyraźniej nikt nie próbuje nic zdziałać. – westchnął ze znużeniem. – Poza tym twoi rodzice dają ci 100% alibi, więc nawet tego nie mogę się czepić.
- Moi rodzice? – wydusiła z niedowierzaniem.
Szef przytaknął, a po chwili wahania rzucił w jej kierunku zwitek banknotów. Przyjaciółka rzuciła się w jego kierunku, chwytając łapczywym gestem. Od razu zaczęła przeliczać, a w moim umyśle odezwała się ostatnia myśl. Zmęczona zamkniętym kręgiem pieniędzy. Gdy przeliczyła pobieżnie kasę, jej oczy jak szybko się zaświeciły tak zgasły.
- A gdzie jest haczyk? – mruknęła z podejrzliwością.
- Nie ma haczyka.
- Więc czemu tak po prostu dajesz mi pieniądze? Przecież doskonale wiesz, że nigdy nie mam grosza przy duszy i ot tak ci tego nie zwrócę. – skrzyżowała ramiona, mordując dowództwo wzrokiem.
Przypominała mi bite zwierzę, które nie wierzy, że są ludzie, którzy mu pomogą. Omitsu spojrzała na nią ze swoim chytrym uśmieszkiem.
- Ty już się nie martw, coś ci znajdę do roboty.
Ayako podrzuciła jeszcze zwitek pieniędzy w dłoni, po czym zamknęła oczy. Dostrzegłam, że jej szczęka drży, ale nie z płaczu tylko złości. Zaciskała mocno zęby, aż w końcu wycedziła przez nie jedno słowo.
- Wychodzę.
Trzasnęła za sobą drzwiami, a ja czułam, że powinnam jakoś zareagować. Jestem do bani.
W pokoju zapanowało milczenie, a ja kątem oka spojrzałam na drzwi, niepewna czy powinnam teraz wychodzić. Fumiya dostrzegł ten ledwo zauważalny ruch i pokręcił głową.
- Siadaj, Kanegawa. – wskazał na jedno z krzeseł. – Z tobą muszę pogadać trochę dłużej.
Spojrzałam na nie, jakby nie rozumiejąc polecenia. Atmosfera była przytłaczająca i z trudem powlekłam się do niego. Opadłam ze zduszonym westchnieniem, krzyżując ramiona i zakładając nogę na nogę. Na więcej się nie ośmieliłam, niepewna czy aby pokazywanie po sobie zawziętości będzie teraz dobre.
Gdy Fumiya nachylił się nad biurko i splótł palce przy ustach, wyprostowałam się bardziej, mając wrażenie, że teraz oberwę najbardziej.
- Uspokój się, nikt nie ma zamiaru cię zabijać. – mruknęła Mako beznamiętnie. – Nawet jeśli powinniśmy nie możemy. Mamy niedobór ludności.
- Mam do ciebie kilka spraw, Kanegawa. I szczerze, gdybyś miała oberwać za głupotę, oberwałabyś w towarzystwie. – prychnął Fumiya. – W ogóle, wasze wymykanie się na misje było niezłe taktycznie, ale Mikuru jest mądrzejsza.
- Co nas zdradziło? – spytałam z czystej ciekawości.
- Jak zobaczyliśmy waszą karteczkę, machnęliśmy na nią ręką. – zaśmiała się Omistu, siadając na stole. – Dopiero Mikuru przeczytała to uważnie kilka razy i zaczęła łączyć fakty: prosta misja, w nieznacznej odległości od tego nieszczęsnego parkingu, no i na zlecenie na góra dwie osoby poszła was czwórka.
- Kurde. – syknęłam pod nosem. – No i co w końcu z tym parkingiem?
- Pustka. – Mako wywróciła oczami.
- Wszystko wyczyszczone. Najwyraźniej Ryuji myśli o wszystkim. – westchnął Fumiya, a po chwili zmierzył mnie zdenerwowanym spojrzeniem. – Młoda, nie zagaduj mnie tutaj. Wracając do sedna… Ryuji.
- Ryuji? – jęknęłam z niedowierzaniem. – A co ja mam z nim w ogóle wspólnego?
- Aż za dużo. – prychnęła Omitsu. – Jest tobą zaintrygowany i zazwyczaj „wpadacie” na siebie.
- Dlatego wolałbym usłyszeć relację wydarzeń z punktu widzenia osoby, która przeprowadzała najistotniejsze akcje. – powiedział szef, wpatrując się we mnie wyczekująco.
Odchrząknęłam i zaczęłam od samego początku. Mówiłam o tym, że Ryuji najwyraźniej nadal tworzy nową organizację i szuka do niej „interesujących” osób, o późniejszym wbiciu Jishinu, pościgu na motorach, masakrze w barze i wpadnięciu na pomysł pojechania do Sakiko. Jedyne co ominęłam to spotkanie młodszego brata Takiego.
Fumiya słuchał z uwagą historii, a w pewnym momencie podszedł do białej tablicy i zaczął rozrysowywać mapę myśli, dodając kolejne punkty tej historii w miarę jak ją opowiadałam. Gdy skończyłam, Omitsu podeszła do mężczyzny, położyła mu dłoń na ramieniu i przekrzywiła głowę.
- Czyli wynikają z tego trzy rzeczy: szpieg bardzo szybko rozsyła dane, skoro Jishin już was dopadł, Ryuji nadal wie wszystko o wszystkim, a ty zrobiłaś sobie wroga z Igarashiego.
- Czemu akurat ja? – westchnęłam, również do nich podchodząc.
- Mam ci przypomnieć co odstawiłaś 3 miesiące temu? – mruknął Fumiya, patrząc się krytycznie na tablicę, jakby jeszcze szukał jakiegoś spójnego elementu. Zmazał pewną część i zaczął pisać coś od początku.
- Myślałam, że chcecie się go pozbyć. – rzuciłam luźno, ale szef urwał pisanie na dłuższą chwilę.
Omitsu spoglądała na niego z niepokojem, gdy odłożył pisak i powoli odwrócił się moim kierunku. W jej ciemnoczekoladowych oczach dostrzegłam długo wstrzymywaną mieszankę uczuć. Mako jak zwykle zachowywała idealną, chłodną obojętność jakby już nic nie było w stanie ją ruszyć.
Fumiya podszedł do mnie z przerażającym wyrazem twarzy. Spojrzałam na niego wyzywająco, nie chcąc zadzierać głowy. Mężczyzna był dużo wyższy i górował nade mną zarówno wzrostem jak i siłą. Wbił we mnie miażdżące spojrzenie.  
- Słuchaj uważnie to, co teraz powiem, Kanegawa. – zaczął niskim głosem. – Owszem, chcę się go pozbyć. Pragnę by zginął tak bardzo jak nikt inny. Nie mogę nazwać go już nawet wrogiem, ponieważ dopóki nie ja nie będę miał jego krwi na dłoniach, nie będę w stanie normalnie funkcjonować. – wymawiał każde słowo precyzyjnie i przepełniał je drzemiącą głęboko nienawiścią. – Dlatego, to ja będę tym kto go zabije. Moja bezlitosna twarz będzie tą, którą zobaczy jako ostatnią. Odebrał mi zbyt wiele. – zamknął na chwilę oczy, krzywiąc się z wewnętrznego bólu. – Dlatego, nawet jeśli on pragnie cię zabić równie mocno jak ja jego, nie masz prawa zadać mu ostatniego ciosu. Dotarło to do ciebie? – spytał lodowatym tonem.
Zamknęłam na chwilę oczy, trawiąc powoli gniew, który z nich wypływał, po czym otworzyłam je, spoglądając na szefa prowokująco.
- Może by dotarło, gdybym w końcu cokolwiek wiedziała.
Oczy Omitsu rozszerzyły się gwałtownie, gdy usłyszała moje słowa. Miałam wrażenie, że nawet Mako drgnęła, niedowierzając, że postanowiłam oponować. Sama nie byłam pewna, czy to na pewno ja podejmuję teraz działanie.
- Od samego początku pcham się w najgorsze bagno, ponieważ nic nie wiem o przeszłości. Każde z was, każda organizacja usiłuje odrzucić od siebie przeszłość, zakopać ją głęboko pod ziemią i liczyć, że nikt jej nie odkopie. Ale wiecie co? – moje oczy w kolorze nocnego nieba pociemniały jeszcze bardziej. – Nie dacie rady wyrwać się przeszłości. To co teraz robicie idealnie tego dowodzi. Walczycie ze sobą, kłuci przez stare blizny i niezdolni do ostrzegania nowych przed trafianiem prosto w stare rany, czyż nie?
- Zważaj na słowa. – wycedził szef. – Wcześniej mówiłem, że dzieciaki nie są wstanie przetrwać, ponieważ nie rozumieją swojej „kruchości”. Owszem, to jeden z czynników. Ale wiesz jaki jest ten ważniejszy? – mierzyliśmy się teraz wojowniczo spojrzeniami, a zastępczyni machnęła dłonią na Mako, która wymknęła się bezszelestnie z pokoju. – Tacy jak my, jak ja, nie chcą kłopotów. Gdyby nie Arata, kazałbym cię zabić od razu jak Tsuneari cię przytaszczył.
- Więc mnie zabij! – podniosłam głos instynktownie. - Nie widzisz tego. Znów zaczynasz o jakiś bardzo ważnych więzach z przeszłości, które najwyraźniej trzymają mnie w złudnym bezpieczeństwie! A ja nie wiem nic.
- A co da ci wiedza? – Fumiya tasował mnie wzrokiem.
- Może pozwoli uniknąć mi sytuacji takich ja ta?
- Dość. – głos Omitsu przeszył mój umysł jak sztylet. – Dość. Nie mam zamiaru tego dłużej słuchać.
- Omitsu… - mężczyzna spojrzał na nią z irytacją, ale kobieta odpowiedziała lodowatym spojrzeniem.
- Sotomura. – wycedziła. – Nie mów o tym całej zemście jakby należała tylko do ciebie. Arata brzydził się tym wszystkim. Brzydził się całym tym światem, ale musiał w nim trwać, ponieważ ci dobrzy ludzie go odrzucili. Trwał w swoich przekonaniach do samego końca. Tak samo moja siostra. Co powiedziałaby, gdyby ujrzała cię takiego…?
- Nadal nic nie rozumiesz… - warknął Fumiya. Obserwowałam ich, wycofując się trochę do tyłu. Odczuwałam, że ta rozmowa jest czymś bardzo osobistym, ale również istotnym dla obecnych spraw.
- Nie pierdol, że nie rozumiem! – krzyknęła Omitsu, uderzając pięścią w ścianę. Tynk opadał powoli na ziemię. – Rozumiem lepiej niż ktokolwiek, idioto! Shuuko była moją jedyną siostrą, jedyną rodziną, a Arata był… był… - opuściła ramię, a z jej jednego oka spłynęła łza.
Oblicze czarnowłosego gwałtownie się zmieniło. Z zatwardziałej, nienawistnej miny, przeszedł do rozczarowania samym sobą. Przeniósł wzrok na ziemię, jakby nie mógł znieść widoku jej łez. Zwinął dłonie w pięści, podszedł do stołu i oparł się o niego tyłem.
- Ona ma rację, Fumiya. – westchnęła Omitsu. – Wplątała się w to wszystko tak bardzo, że musi wiedzieć. Już nie tylko dla jej bezpieczeństwa, ale również naszego.
Mężczyzna melancholijnym gestem rozwiązał kucyka i jego długie, czarne włosy opadły w nieładzie. Zamknął oczy, westchnął i spojrzał na nas swoim typowym, racjonalnym wzrokiem.
- Jeśli masz siłę na tę historię, to proszę bardzo. Z moich ust nie wyjdzie ona dopóki nie będę miał krwi Igarashiego na dłoniach. – spojrzał pustymi, matowymi oczami na swoje ręce.
Omitsu wzięła głęboki oddech, ale w końcu tylko pokręciła głową i wyszła bez słowa z biura. Obejrzałam się za nią, gotowa również wyjść, ale instynkt kazał mi zapytać się o jeszcze jedną rzecz.
- Kiedy szef mówił o ‘efekcie motyla’, szef celowo patrzył na mnie, prawda? – praktycznie wyszeptałam to pytanie, choć w zapadłej ciszy zabrzmiało nienaturalnie głośno.
- Heh… - zaśmiał się ponuro. – Mimo wszystko jesteś bystra.
- Chodziło o to, że walczyłam wtedy z Igarashim?
Uśmiechnął się protekcjonalnie, jakby rozbawiony.
- Raczej o moment, w którym zabiłaś James’a. Gdyby nie to, wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej. – potarł ze zmęczeniem oczy. – Nie dziwię się, że Ryuji chce cię w swojej organizacji.
Zmrużyłam oczy.
- Co szef przez to rozumie?
- Nie zdajesz sobie sprawy z cech, które posiadasz. – rzucił zagadkowo. – Teraz jesteś już bardzo silna, ale gdy zrozumiesz o czym mówię… Cóż, sam nie chciałbym wtedy być twoim wrogiem.
Czekałam aż powie coś więcej, coś co uspokoi moje przyśpieszone tętno. Jednak krew nadal dudniła mi w uszach, a mężczyzna tylko sięgnął po swoją niedopitą kawę. Otworzyłam usta, ale po chwili wahania zamknęłam je, skłoniłam się i wyszłam bez słowa.
- Ruszaj się, Kanegawa. – drgnęłam, gdy usłyszałam Omitsu. Kobieta stała z założonymi rękami, opierając się o ścianę tuż przy drzwiach. – Póki jeszcze mam wystarczająco natchnienia, by opowiedzieć ci tę historię.
***
Ryutaro wszedł ponownie do swojego gabinetu i zacmokał z niezadowoleniem, gdy dostrzegł podnoszącą się Miyako. Otruta bliźniaczka trzymała się stojaka od kroplówki i usiłowała skierować się w stronę drzwi.
- Albo kładziesz się sama, albo tym razem to ja cię uśpię. – mruknął złowieszczo.
Jednak gdy kobieta zachwiała się, dopadł do niej, chwytając delikatnie na rękaw. Na twarzy Miyako pojawił się ponury cień uśmiechu.
- Nie jesteś sadystą, doktorku. – wydusiła, gdy Ryutaro wpychał ją do łóżka.
- Jak już wspominałem, ruszanie się wspomaga rozprzestrzenianie się trucizny.
- Wspominałeś również, że mój organizm ją zwalczył.
- Zwalcza. – podkreślił. – A teraz zamknij się i śpij. Podam ci tę odtrutkę co dostaliśmy od Sakiko. Na pierwszy rzut oka nie składa się ze żrących kwasów, więc można zaryzykować.
- Gadanie nie zrobi mi krzywdy. Muszę gadać. Jestem gadatliwa. – wydusiła, zanosząc się po chwili kaszlem. Ryutaro zacmokał z niezadowoleniem i podpiął rzekome antidotum do kroplówki. – Czy to aby na pewno konieczne?
- Spokojnie, jestem lekarzem.
- Nie o to mi chodzi. – spróbowała się zaśmiać, ale jej głos był zbyt słaby. – Oni na pewno mają więcej tej trucizny. Skoro ja sobie z nią radzę, to nie lepiej zostawić ją na czarną godzinę?
- Ty tutaj nie zgrywaj bohatera. – mruknął Ryutaro, siadając do papierkowej roboty. – Jesteś płatnym mordercą, do jasnej cholery, więc takie heroiczne zagrania nie powinny mieć w ogóle miejsca, tumanie. – po chwili drgnął i spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Miałaś spać.
Miyako spojrzała na niego przymglonymi oczami, które po chwili zamknęła. W pokoju dało się słyszeć jedynie skrobanie długopisu o papier, gdy lekarz spisywał kolejne to informacje. Bliźniaczka długo nie wytrzymała i znów otworzyła oczy.
- Strasznie dzisiaj cicho. – rzuciła.
- Sotomura wysłał wszystkich na misje. Sprawdzają coś.
- Miyoki i Koichi też poszli? – spytała.
- Tak, ale nie musisz się martwić. Jun i Meiji pewnie są z nimi.
- Ja tam nie wiem, czy akurat to nie jest dobrym powodem do zmartwień.
Ryutaro spojrzał na nią wymownie.
- Idź ty spać, co?
Kobieta jeszcze prychnęła, ale posłusznie zamknęła oczy. Zasnęła po kilku minutach i nawet krzątanina na zewnątrz jej nie obudziła. Lekarz wyjrzał z ciekawością przez okno, ale gdy dostrzegł Omitsu wspinającą się po ścianie magazynu z Ichigo westchnął tylko i postanowił się skupić na pożyteczniejszych sprawach.
***
Omitsu wdrapała się zwinnie na sam dach i rozejrzała z ciekawością. Ja stanęłam na szczycie kilka sekund później. Przez ostatnie miesiące nie miałam okazji tutaj wchodzić, zazwyczaj siedzieliśmy w chaszczach za magazynem, szczególnie na rozłożystej wierzbie.
Sam magazyn był dość niski, nie licząc oczywiście podziemnych pięter. Dach był płaski i praktycznie pusty – stał tu tylko stary, niedziałający klimatyzator, zajmujący znaczną część powierzchni. 
Omitsu machnęła na mnie dłonią, kierując się w jego stronę. Przeszła kilka metrów po samym gzymsie, rozkładając szeroko ramiona. Wybrała odpowiednie miejsce i usiadła na samym skraju. Jej nogi dyndały kilka dobrych metrów nad ziemią. Spojrzała na mnie wyczekująco.
- Dlaczego akurat dach? – spytałam neutralnie, przyklapując obok niej.
- Sama nie wiem. Jak byłam w twoim wieku, lubiłam być na wysokościach. – wzruszyła ramionami, po czym sięgnęła za siebie i wyciągnęła z tylnej kieszeni małą buteleczkę z trunkiem. – No co? Chyba nie myślałaś, że będę opowiadać to całkowicie na trzeźwo, co? – roześmiała się.
- Omitsu, słyszałaś…?
- To co gadał Fumiya? Owszem. – wzięła solidnego łyka. – Chce się bawić w jakieś mądre sentencje, palant jeden. W jakim świecie on żyje? – westchnęła, po czym spojrzała na mnie kątem oka. – Chodziło mu o to, że jesteś silna i prędzej czy później nauczysz się wykorzystywać pewne elementy.
- Po co on w ogóle to mówił?
- Pewnie nie chciał powiedzieć wprost, że cieszy się, że mamy tak mocnego zawodnika po swojej stronie. – palnęła mnie otwartą dłonią w plecy. – Jak przeżyjesz jeszcze kilka miesięcy to sama zrozumiesz!
Przewróciłam oczami.
- Jeśli Igarashi na serio się na mnie uwziął i nie będę mogła go zabić, to raczej długo nie pożyję. – prychnęłam sarkastycznie.
Omitsu znów spoważniała.
- Nie słuchaj go całkowicie, Ichi. On czasem tak ma. – wbiła wzrok w do połowy opróżnioną butelkę, a ja patrzyłam się na nią, lekko zbita z tropu.  Kobieta po dłuższej chwili wyprostowała się, szybko odzyskując dawną werwę. – Znów robię to samo. Ja rzucam aluzję, a ty nic nie wiesz. – wzięła głęboki oddech.
- Nie musisz mówić wszystkiego. – zaznaczyłam. – Tylko te najważniejsze fakty.
Potrząsnęła butelką z alkoholem, oglądając przez nią świat.
- Tak szczerze, Ichi? – westchnęła. – Sądzę, że zrozumiesz to dobrze, tylko jak usłyszysz wszystko od samego początku. Historie nie mają sensu, gdy znasz jedynie kilka fragmentów, prawda?
- A gdzie jest jej początek? – spytałam cicho.
- Sądzę, że będzie dobrze, jak zacznę od Fumiyi. – mruknęła, przygotowując się do zaczęcia, ale gdy zamknęła oczy, wzięła jeszcze jeden głęboki wdech. – Wiesz, opowiadam ci to w całości również dlatego, że podświadomie liczę, że to nas choć trochę usprawiedliwi.

I nim zdążyłam jeszcze coś powiedzieć, zaczęła opowiadać i tłumaczyć, wpadając w trans wspomnień.