31 lipca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 17 ~ Powrót nadzieji

Rozdział 17

~Tokaji Kosai~
    Opieram się o ścianę korytarza, starając się za bardzo nie zawadzać mijającemu mnie tłumowi. Część osób spogląda na mnie przelotnie, większość jednak nie zwraca uwagi. Nadal trawią informację przekazaną przez dowództwo.
     Mamy wojnę.
     Te jedyne dwa słowa zrujnowały wszystko. Dopóki nie usłyszałem ich tak oficjalnie chciałem wierzyć, że tylko mi się wydaje. Że to tylko przeczucie, nic więcej. Kiedy Ryutaro zapytany o wojnę milczał, jeszcze tliła się ta nadzieja, że ten koszmar się nie powtórzy.
     Nadal jestem naiwnym dzieckiem. Jakby widok dziesiątek ciał w kałużach krwi miał mnie ruszyć. Jakby cokolwiek jeszcze mogło mnie ruszyć. Przecież nie obchodzą mnie inni. Wystarczy, że przetrwam. Tylko właściwie po co? Dopełniłem zemsty.
      Posłuchaj mnie durniu! Zemsta nie jest rozwiązaniem! Po tym zostanie jedynie pustka!
     Słowa Tsu jak na zawołanie rozbrzmiewają na w mojej głowie. Zaciskam zęby starając się o tym nie myśleć. Bo wiem i wiedziałem aż nazbyt dobrkońcu, e miał rację. Jednak to chwilowe uczucie triumfu trzyma mnie nadal przy życiu.
     Skorupę mnie.
     Śledzę tłum wzrokiem, szukając osoby na którą czekam. Nie wiem nawet dlaczego to robię. Chyba naprawdę wariuję.
     Kiedy widzę dwie przygarbione postacie, idące praktycznie na samym końcu, prostuję się, odrywając się jednocześnie od ściany i wkładając dłonie w tylne kieszenie. Chłopak w okularach posyła mi pytające spojrzenie pustych szarych oczu. Unoszę lekko brwi, a on doskonale odczytując moją mimikę, chwyta niziutką dziewczynę  za przegub, i mimo jej sprzeciwów przyciąga w moją stronę.
      Taksuję ich swoimi czarnymi oczyma. Czterooki jest ode mnie prawie 20 cm niższy, a przygarbiony wydaje się dużo ode mnie młodszy niż tylko rok. Za szkłami szare oczy wydają się jeszcze bardziej wyblakłe, a on sam jest dużo bardziej milczący i pochmurny. Wlepia we mnie czujne spojrzenie, starając się stwierdzić moje zamiary. Czeka. Nie wie co myśleć o tej wojnie, jest tu zbyt krótko by uczestniczyć w jakieś poważniejszej potyczce.
     Ayako wygląda zgoła inaczej. Czekoladowe włosy są nadal związane w ten sam warkocz z Setagayi, a kilkanaście pasm swobodnie lata wokół jej głowy. Jej szarozielone oczy, w tym momencie bardziej szare niż zielone, są zaczerwienione i szkliste od ciągłego płaczu. Nie dość, że jestem prawie 30cm od niej wyższy, to zgarbiona wygląda przy mnie na dziecko. Na jej barki zostało powierzone zbyt wiele. Obowiązek utrzymania rodziny, Ichigo, a teraz wojna.
     Czy ja naprawdę jestem aż tak okrutny, że czuję dla niej litość?
     - Oj, kurduplu – rzucam w stronę dziewczyny. Nic zdążę cokolwiek dopowiedzieć, sztywnieje i zaciska dłoń w pięść. Kieruje na mnie wściekły wzrok. Taki nie reaguje tak jak zwykle, starając się ją uspokoić, jedynie spuszcza wzrok.
     - Jeśli zawołałeś nas tylko po to by nas gnębić i straszyć okropnością wojny, to sobie daruj, bo zginiesz nim ona w ogóle się zacznie, dotarło do… - Ayako mówi lodowatym tonem, zupełnie do niej nie podobnym. Zazwyczaj od razu wrzeszczy i rzuca wyzwiskami. Nim skończy, rzucam tylko:
     - Obudziła się.
     Ayako ponownie sztywnieje i marszcząc brwi, przygląda mi się w skupieniu, jakby nie chcąc uwierzyć, że to co mówię jest prawdą, a nie okrutnym żartem. Nie zmieniam mimiki twarzy, a po chwili jej twarz rozjaśnia się, a w szare oczy zaczynają mienić się zielenią.         Zrywa się do biegu, ale po kilku krokach staje, jakby się nad czymś zastanawiała. Zaciska mocno dłonie, po czym je rozluźnia i bierze wdech. Walcząc ze sobą, rzuca przez ramię:
      - Dzięki – i biegnie dalej. Stoję chwilę w totalnym osłupieniu, ale uśmiecham się chytrze, unosząc jeden kącik ust w górę. Taki znów na mnie spogląda.
      - Ichigo-san naprawdę się obudziła? – pyta podejrzliwie. Wzruszam ramionami.
      - Nawet jeślibym powiedział, że tak, nie pozbyłbyś się wątpliwości, prawda? – odpowiadam pytaniem na pytanie. – Dalej, idź sprawdzić.
     Jasnowłosy jednak opiera się o ścianę obok mnie. Rzucam mu kątem oka spojrzenie, nie dając po sobie poznać zdziwienia.
     - Pójdę potem. Ayako musi z nią szybciej porozmawiać niż ja. – mówi Taki, wzdychając na końcu. Spuszcza ponownie wzrok, a oprawki zsuwają się mu się na czubek nosa.
     - Co, Hideyoshi? Cykasz się? – rzuciłem kpiąco jak zwykle. 
     - To raczej oczywiste. Choć nie nazwałbym tego strachem. Raczej niepokojem, Kosai-kun. – odparł tylko. Milknę, trawiąc jego słowa. Miodowo-włosy zawsze wyglądał na inteligentnego. Nadal uśmiecham się pod nosem. 
     - Nie pasujesz tutaj. – stwierdzam.
     - Wiem. – mówi tylko. – Gdybym mógł to nigdy bym tu nie przyszedł.
     - Nie tylko ty. – mówię ledwo dosłyszalnie, a Taki odwraca głowę w moim kierunku, zastanawiając się czy naprawdę to powiedziałem. Nie widząc oznaki czegokolwiek na mojej twarzy, wzrusza lekko ramionami. Milczymy parę minut. Taki w końcu zaciska dłoń w pięść, zakończając jakąś bitwę w myślach. Prostuje się, stwarzając wokół siebie otoczkę pewności siebie, choć przychodzi mu to z trudem. Posyła mi przenikliwe spojrzenie. 
     - Słyszałeś Uetake-san. Musimy poruszać się w grupach 4-osobowych. Więc pomyślałem…
     - To ty myślisz? – czterooki piorunuje mnie wzrokiem, nim jednak zdąży dokończyć, kiwam głową. – Zgoda.
     - Nawet nie dałeś mi dokończyć, Kosai-san. – obrusza się Taki.
     - Wiem co chciałeś powiedzieć. Nie zapominaj, że jestem wszechwiedzący i wszechpotężny. – śmieję się złowieszczo. – Tylko nie właźcie mi w drogę i będzie dobrze. W końcu i ty, i kurdupel, i świeżak potrzebujecie ochrony. – Zakładam ręce za kark i kieruję się w stronę wyjścia. Po kilku sekundach, rusza za mną Hideyoshi, mamrocząc coś pod nosem.
***
      Dowództwo śledzi wzrokiem tłum wychodzący raźnie z sali. Stoją między sobą w całkowitym milczeniu, unikając swojego wzroku. Kiedy ostatnia osoba opuściła pomieszczenie, Hiroki poklepał po ramieniu Omitsu.
      - Dobra robota, pani szefowo.
      - Dzięki – odparła tylko w odpowiedzi, spuszczając wzrok.     Blondyn przyjrzał się jej uważnie, ale po chwili wzruszył ramionami, posyłając spojrzenie strategiczce. Mikuru wzdrygnęła się, a z jej koka wysunęło się kilka kosmyków jasnobrązowych włosów. Podeszła do przyjaciółki z wyciągniętą dłonią, ale nie wiedząc za bardzo co powiedzieć, zastygła w bezruchu.
       Daiki popatrzył się na resztę, z miną typu „Co za dzieci” i sięgnął do kieszeni kamizelki. Wyciągnął z niej chusteczkę i przytknął do kącika jednego oka.
       - Omitsu – zaczął, wywołując łzę w oku. Wszyscy obrócili się w jego stronę. – Twoje przemówienie było takie… wzruszające. – tutaj pociągnął głośno nosem. Kobieta od razu wybuchła śmiechem. Po kilku sekundach dołączyli do niej Mikuru i Hiroki, a doradca, upewniwszy się, że rozładował atmosferę, również zaczął się śmiać.
      - No no, droga młodzieży, trzeba już wracać. – oznajmił w końcu.
      - Młodzieży? Przecież z nas już stare dziady. – mruknął blondyn. Kobiety spiorunowały go wzrokiem.
      - Zamknij się – warknęły z idealną synchronizacją. Rzuciły sobie krótkie spojrzenie i przybiły żółwika.
      - Nadal nie mamy nawet 30-stki. – dorzuciła Omitsu, a Mikuru zapalczywie jej przytaknęła. Hiroki skrzyżował ręce i obrzucił je spojrzeniem szaroniebieskich oczu.
      - I mówi to 29-latka, a wtóruje jej 27-latka?
     - No, no… - Daiki zasłonił własnym ciałem kobiety, powstrzymując tym samym Mikuru od rzutem sztyletem w młodszego kolegę. – Nishio, pamiętaj, że sam masz 25 lat.
     - Toż to ja przecie jestem prawie jak nastolatek.
     - Prawie. – powiedziała z naciskiem cała trójka, włącznie z doradcą, który był prawie 2 razy starszy od blondyna.
      Omitsu spojrzała po przyjaciołach, uśmiechając się lekko. Po chwili jednak spochmurniała, na myśl o tym co ich czeka. Z jednej strony czuła niepokój i strach o życie własne jak i przyjaciół, z drugiej jednak tylko na krótką myśl o wojnie w jej żyłach zaczynała płynąć adrenalina, a w głębi  duszy odzywał się drapieżnik.
       Czyli myśl o walce nadal przebudza we mnie skrytobójcę, co? Zostanie mi tak chyba do końca życia.
       Spojrzała ponownie na przyjaciół. Siwowłosy usiłował oderwać zielonooką od blondyna, który walczył o oddech w zapaśniczym uścisku. Uśmiechnęła się szerzej.
       Będzie dobrze. W końcu nie bez powodu cała nasza piątka jest w dowództwie.
       Cała piątka.
       Fumiya.
       Kono bakayaro.
       - Dobra! Ogarnijmy się w końcu! – zaklasnęła w dłonie. Mikuru puściła młodszego kolegę, który łapał gwałtownie powietrze. Odwrócił się do niej z mordem w oczach, ale nim zdążyli wznowić bójkę, dodała: - Musimy ogarnąć jeszcze parę rzeczy, a noc nie będzie trwała wiecznie!
      - Dobra! Ale przy dobrym sake! – dokrzyknęła strategiczka unosząc pięść ku górze. Wszyscy jej zawtórowali z entuzjazmem. Odwróciła się do Hirokiego. – A ja wiem gdzie trzymasz dobre sake, hehe! – zaśmiała się i zaczęła biec. Hiroki zmrużył oczy, kojarząc o co jej chodzi, po czym na jego twarzy wymalowało się przerażenie. Rzucił się w pogoń za nią, ledwo wyrabiając się na zakrętach.
      Omitsu zaśmiała się i ruszyła spokojnie w stronę wyjścia. Gdy poczuła ciężką dłoń seniora na ramieniu, przystała, czekając co chce powiedzieć. Mężczyzna nabrał powietrza, które wypuścił po chwili, szukając odpowiednich słów. W końcu tylko mruknął:
      - Nie zamartwiaj się tak. Wróci i wygramy.
      - Gdyby to było takie proste. – westchnęła, ale była uśmiechnięta. – Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że w głębi brakuje mi tej adrenaliny, zewu walki. – Daiki zabrał dłoń z jej ramienia, posyłając ku niej pewny siebie uśmiech.
      - Pośpieszmy się, bo nam wszystko wychleją.
***
      Kiedy biegłam korytarzem, w ogóle nie rozumiałam uczuć, które kłębiły się we mnie. Zagmatwane, splątane, niemożliwe do rozróżnienia. Biegłam tak szybko jak tylko mogłam, nie uważając jak głośno stawiam kroki.
     Jedynego uczucia, którego byłam pewna to nadzieja. Od kiedy wracaliśmy z Setagayi, jej płomień zakorzenił się gdzieś głęboko i tlił się cały ten czas. Kiedy Tokaji powiedział, że Ichigo się ocknęła, miałam wrażenie, że ten ognik wywołał pożar, który w jakiś sposób mnie ukoił.
      Otworzyłam drzwi na oścież i zatrzymałam się w nich. Ichigo siedziała na łóżku, ukrywając twarz w dłoniach. Jej ramiona lekko drżały, a bandaż na brzuchu poczerwieniał od krwi. Była blada i wykończona, ale siedziała. Oddychała. Żyła.
       Ten widok, choć na co dzień niezbyt pozytywny, w jakiś niewytłumaczalny sposób ukoił mnie. Miałam wrażenie, że z moich pleców został zdjęty wielki ciężar, a wszystkie uczucia stały się jasne.
      Strach. Smutek. Rozpacz. Pustka. Beznadzieja. Gniew. Poczucie winy.
      Choć to wszystko stało się tylko przejrzystsze, sprawiło, że mogłam nabrać spokojnie oddechu i pozwolić popłynąć łzom.
      Ichigo dopiero po chwili uniosła powoli głowę. Skierowała pusty wzrok w moją stronę, a ja dostrzegłam zaczerwieniony nos, oczy i policzki. Płacze. Na mój widok w jej granatowych oczach zalśniły świeże łzy, jak na nocnym niebie lśnią gwiazdy. Wyprostowała się, a po policzkach spłynęły, powstrzymywane w miarę możliwości, łzy.
     - Ayako – powiedziała drżącym głosem, jakby nie mogła uwierzyć, że tu stoję. Po tym jednym słowie, zaczęła trząść się jej broda, a usta zwinęła w cienką kreskę. Poczułam jak serce mi mięknie, a ręce same wyciągają się w jej stronę.
      Moja ukochana przyjaciółka.
      Objęłam ją mocno, stojąc przy łóżku, pochylając się tak, by jej podbródek opierał się o moje ramię. Ichigo odwzajemniła uścisk, trzęsąc się od powstrzymywanego płaczu.
      - Ichigo – wypowiedziałam jej imię tak czule jak tylko potrafiłam. Kurna, za chwilę zacznę ryczeć tak porządnie. Ichigo tylko objęła mnie mocniej, a ja jakoś czułam, że zacisnęła mocniej zęby, żeby nie szlochać. – Dzięki Bogu.
      Po tych dwóch słowach poczułam jak czarnowłosa mnie ściska, a z jej gardła wydostaje się głośny, histeryczny szloch. Dołączyłam do niej po kilku sekundach. I tak trwałyśmy kilkanaście minut, przytulając się mocno i łkając w niebogłosy.
      Muszę powiedzieć jej tyle rzeczy. Za tyle podziękować. I za tyle przeprosić.
      Starając się opanować naszą histerię, zaczynam mówić cichym, drżącym głosem, który ledwo przechodzi przez moje gardło, ściśnięte tymi wszystkimi emocjami.
      -  Ichigo… Ichigo, ja przepraszam. – muszę przerwać, by opanować łkanie. – To wszystko moja wina. Wszystko! – Na moje policzki wstępuje potok łez. Odsuwamy się od siebie trochę. – Zachowałam się jak parszywy tchórz. Powinnam… Powinnam… - głos mi się załamuje, a ja sama opadam bez sił na kolana. Ichigo nadal milczy, chociaż widać, że chce dużo powiedzieć. – Powinnam… Powinnam była tam zginąć, a nie pozwolić im zranić ciebie!
     - Ayako…
     - Nie zachowałam się jak przyjaciel!
     - Ayako…
     - Nie… Nawet jak człowiek! Jestem najgorsza… Powinnam…
    Przerywam swój lament, gdy czuję, że dziewczyna znowu mnie obejmuje. Opada na mnie z łóżka całym swoim ciężarem, zarzucając ramiona na szyją. Na moje plecy skapują jej łzy, a nim zdążę zareagować mówi słowa, które są dla mnie największym pokrzepieniem.
     - Zamknij się, durna… Już wystarczy… W porządku… Wystarczy, durna. – jej głos jest taki miękki, kojący. Uspokajam oddech, oddając jeszcze raz uścisk.
     - Naprawdę przepraszam… - mówię cichutko, wtulona w jej ramię.
     - Ty naprawdę jesteś, durna. Nie przepraszaj mnie za przyjaźń. – głos Ichigo jest mocny i delikatny jednocześnie. Odsuwa się trochę, przyklękując naprzeciw mnie. Mierzy mnie poważnym wzrokiem.
     - Ichigo-chan… - w moim głosie pobrzmiewa wdzięczność. – Dziękuję za ratunek. Naprawdę dziękuję. – schylam głowę w jej stronę.
    - Dziękuję, za to, że mam kogoś, kogo chcę ratować. – ona również chyli czoła ku mnie. Nim zdążę coś na to powiedzieć, nasze spojrzenia się krzyżują.  – W końcu na tym polega bycie przyjaciółmi. Bo nimi jesteśmy, prawda?
     - Hai – czuję, że znów zacznę płakać. – Teraz i do samego końca. – posyłam jej najszczerszy uśmiech na jaki mnie stać. Ona odpowiada tym samym, w jakiś sposób lśniąc.
***
      Kiedy wbiegła Ayako, byłam w kompletnej rozsypce. Jednak jej widok, jej pełne zagmatwanych uczuć, zielone oczy odsunęły rozterki na bok.
      Nic jej nie jest.
      To pierwsze co mi się obiło w myślach. Jej obecność jakby rozładowała część emocji, które we mnie buzowały. Pozwoliła zapomnieć, chociażby na jeden, krótki moment.
       Po tej ckliwej rozmowie, przyjaciółka kazała mi włazić do łóżka, a nie bawić się w ‘’Nic mi nie jest, tylko umieram”. Wróciła już stara, pewna siebie Ayako. Ayako, którą uwielbiam najbardziej.
       Kładę się wygodnie, a brązowowłosa, niczym mama, przykrywa mnie dokładniej kołdrą, by było mi cieplej. Obie wybuchamy śmiechem na ten gest, jednak nie protestuję. Ayako przysiada na boku łóżka, przyglądając mi się czule.
      - Powinnaś iść się trochę ogarnąć. Wyglądasz jak żywy trup. – zwracam jej uwagę. Pewnie zamartwiała i obwiniała się cały ten czas.
      - Nic mi nie jest. – dziewczyna kręci głową, na co ja prycham. – Pozwól mi przy sobie poczuwać. Przynajmniej dopóki Ryu nie przyjdzie.
      - Dobra. – wzdycham, zamykając oczy. Po chwili jednak otwieram je, czując, że muszę jeszcze trochę z nią porozmawiać.
      - Wiesz, Ayako…
      - Tak?
      - Co robicie, że tak dobrze trzymacie się psychicznie, co?
      Dziewczyna chwilę milczy, zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. W końcu wzrusza ramionami.
      - Sama nie wiem… To przychodzi z czasem… Jakby to… Po prostu przyzwyczaisz się do tego i pogodzisz się z tym… - język jej się plącze.
      - To straszne… - mruczę, po chwili chichocząc pod nosem. – Człowiek jest jednak maszyną zdolną do wszystkiego, co? Przerażające.
      Zapada między nami chwilowa cisza.
     Przywyknę, co?
     - Ayako… Twoja rodzina wie? – zagajam. Czuję, że oczy mi się kleją.
     - Że jestem w Kaminari? Tylko rodzice. Moje rodzeństwo… Oni…
     - Rozumiem. – Poprawiam sobie poduszkę. – Moi rodzice byliby zawiedzeni, gdyby żyli. Wiesz, uciekając nawet przez chwilę o nich nie myślałam, choć moim celem od początku była zemsta. Nawet nie pofatygowałam się o malutką fotografię… - przerywam na chwilę, by ziewnąć.
      - Idź już spać, Ichi. – mówi do mnie zielonooka.
      - No i jest jeszcze Tsuneari…
      - TSU? – Ayako ożywia się, ale czuję, że powoli odpływam. – A co jest z Tsu?
      - No właśnie nie wiem… - przerywam, tracąc kontakt z rzeczywistością. Zasnęłam.
      Przez sen słyszę jak Ayako się śmieje, mówiąc cicho „dobranoc”. Głaszcze mnie po głowie, ale zostaje i czuwa przy mnie.
      Właśnie. Zapomniałam jej tego powiedzieć.
      Dziękuję, że mnie nie zostawiłaś.
***
     Omitsu zmierzała raźnym krokiem w stronę sali narad wraz z resztą dowództwa. Choć czekała ich dość ciężka noc, pełna zmagań z planowaniem, liczeniem i sprawdzaniem setek informacji, myśl o alkoholu z wyższej półki dodawała dorosłym sił.
      Kiedy jednak kobieta chwyciła za klamkę, otwierając swobodnie drzwi, nie myślała, że zastanie tam taki widok. Zapaliwszy światło, postawiła prawą stopę w pokoju i podniosła głowę, by obrzucić pokój spojrzeniem. Na początku rejestrowała informację dostarczoną jej przez oczu, nie mogąc zrozumieć. Po chwili jej ciemnobrązowe oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły w geście całkowitego zdezorientowania. Zastygła w półkroku, wlepiając zszokowany wzrok przed siebie.
     - Adachi, rusz żesz się w końcu! – burknął Hiroki cicho, a Mikuru starała się zajrzeć przyjaciółce przez ramię. Jakieś przeczucie ścisnęło jej serce. Przełknęła ślinę, starając się uspokoić bicie serca. Na domiar złego, była pewna, że serce Omitsu przestało prawie pracować. Choć była kilka centymetrów wyższa od dowódczyni, musiała wspiąć się na palce. Kiedy jej zielone oczy rozpoznały osobę stojącą przy oknie, poczuła niewyobrażalną ulgę zmieszaną z konsternacją.
      - Sotomura-donno… - wyrwało jej się. Na dźwięk jego imienia brązowowłosa drgnęła i weszła całkowicie do pokoju, przepuszczając resztę. Hiroki wpadł zaraz po niej, szturchając strategiczkę. Daiki darował sobie podobne wejście smoka i przepuścił kobietę w drzwiach.
      Przyjaciele mierzyli się cały czas wzrokiem. Szaroniebieskie oczy Hirokiego, pobłyskujące teraz radośnie, jak i jego uśmiech półgębkiem wyrażały pokrzepienie. Starszy mężczyzna uśmiechał się uśmiechem osoby dojrzałej i doświadczonej, jakby mówił ‘’Wiedziałem’’,  a jego czarne oczy wlepione były w młodszego przyjaciela. Mikuru okazała najwięcej emocji. Jej drobne usta wygięte zostały w dziwnym grymasie, a w kącikach zielonych oczu stanęły łzy. Wszyscy jednak milczeli dając pierwszeństwo ciemnookiej, czując, że to ona powinna zrobić pierwszy krok.
      Omitsu jednak stała z tak samo rozdziawionymi ustami. Jej ciemnobrązowe oczy stały się całkowicie czarne, nadal wyrażając głębokie niedowierzanie. Fumiya skrzyżował z nią swoje oczy, równie czarne. Nie wiedział za bardzo jaką postawę przybrać. Dało się wyczuć, że cholernie się cieszy z powrotu w jednym kawałku, jednak przyjął poważny wyraz twarzy.     Odchrząknął niepewnie.
      - Konbawa – powiedział, a jego głos zabrzmiał nienaturalnie w tej ciszy. Omitsu zwinęła dłonie w pięści, prostując się i posyłając mu buntownicze spojrzenie. Mikuru spojrzała na nią lekko zaniepokojona. ‘’Konbawa’’ po czymś takim to troszeczkę za mało.
       Brązowowłosa ruszyła żwawo w stronę przyjaciela, który wyczuwając jej aurę cofnął się pół kroku, unosząc ręce w obrończym geście. Kobieta opuściła głowę, a jej krótkie, kasztanowe włosy  lekko opadły na policzki.
      - Omi… - dowódca zaczął wymawiać imię przyjaciółki, ale przerwał w połowie, czując pięść na swoim lewym policzku. Głowa odskoczyła mu w bok, a on dopiero gdy kobieta odsunęła swoją dłoń od jego twarzy, poczuł ból.   Rozszerzył szeroko oczy ze zdziwienia, jak reszta obecnych.   Jednak nim zdążył cokolwiek powiedzieć, poczuł jak Omitsu mocno go obejmuje, wtulając twarz w jego ramię. Przez kilka sekund za bardzo nie wiedział co się stało, więc opuścił głowę wlepiając swoje zdziwione, czarne oczy w przyjaciółkę, nie ruszając się. Po chwili poczuł, że w miejscu jej twarzy pozostaje mokra plama.
     - To było za twoją lekkomyślność, skończony, popierdzielony idioto… - usłyszał szept Omitsu. Jej głos drżał, tak samo jak ramiona. Policzek pulsował nieprzyjemnie, a w ustach czuł krew. Aaa, Omitsu jednak nadal umie dobrze przyrżnąć. Chociaż ten ból znaczy, że nadal żyję. Mogła jednak przypomnieć to trochę mniej subiektywnie.
       Czarnowłosy uśmiecha się pod nosem, posyłając szybko ciepłe spojrzenie reszcie przyjaciół.   Niepewnie unosi ręce i obejmuje przyjaciółkę delikatnie. Z jej gardła wydobył się cichy szloch, a on objął ją mocniej, przyciągając do siebie. Sam czuł, że wzruszająca atmosfera i jego poruszy do łez zwłaszcza, że przywracało to bolesne wspomnienia.
      - Omitsu, już dobrze. Przepraszam. – mruknął w jej włosy. – Tadaima – oznajmił głośniej, szczerząc się do przyjaciół. Omitsu pociągnęła nosem, wczepiając palce w jego koszulkę.
     - Okaeri – powiedziała rozpłakanym głosem jako pierwsza. Fumiya pogładził ją delikatnie po głowie. Pozostała trójka popatrzyła się po sobie, z pełnym ulgi uśmiechem i powtórzyła to słowo na trzy.
       Mikuru nie potrzebowała jednak dużo czasu by również popaść w histerię. Wyciągnęła ręce w ich stronę i zalawszy się łzami, podbiegła zarzucając im ramiona na szyję. Zawyła w niebogłosy:
      - Sotomura-donno, ty kapuściany łbie!!!
      - Kapuściany łbie? – mruknął pod nosem Hiroki, ale również podszedł do czarnowłosego, najpierw klepiąc go po ramieniu, po czym został wciągnięty przez przyjaciela do grupowego uścisku.
       Daiki na początku tylko obserwował tą czwórkę z rozmytym wzrokiem.
     Jakbym patrzył na własne dzieci.
     Podszedł do grupki i zamknął ich w żelaznym uścisku. Kobiety płakały, faceci się podśmiewali, a Daiki wszystkich podduszał. I tak trwali kilka minut. Jednak nic nie może trwać wiecznie.
       Fumiya w końcu ich wszystkich odsunął.
       - Wiem, że wszyscy jesteśmy w ciula szczęśliwi, że nie wykrwawiam się w jakiejś ciemnej uliczce, to nadal mamy dużo do roboty. – mężczyzna wziął się pod boki, uśmiechając się pewnie na jęki towarzyszy. – Chociaż nie spodziewałem się, że tak szybko ogarniecie 1 naradę bojową. Dobra robota, Omitsu. – Odwrócił głowę w jej stronę, ale spochmurniał na sekundę. Kobieta niczym dziecko, przetarła oczy wierzchem dłoni, ale ciemnobrązowe tęczówki znów się zaszkliły.
      - Dobra! – wydał z siebie okrzyk bojowy. – Mikuru-san, zacznij nakreślać strategię. Tam leży dokładny spis danych jaki udało mi się dzisiaj zebrać.
       - Tak jest, szefie! – odkrzyknęła kobieta, siadając przy wyznaczonym miejscu.
      - Odaka-sensei, skocz do Archiwum po wszystkie przydatne rzeczy o Jishinie!
      - Się robi! – siwowłosy zasalutował, zgodnie z tradycją lewą ręką i wyszedł
z pokoju.
      - A ty, Nishio… - Fumiya zastanowił się chwilę.
      - Tak? – spytał podejrzanie.
      - Skocz po ten swój dobry alkohol! – zarządził, z chytrym uśmieszkiem na ustach. Blondyn wyprostował się, salutując również lewą dłonią.
      - Tak jest! Chwila, co!?
      - No dawaj, młody! – zaśmiał się czarnowłosy, a blondyn mruknął coś niepochlebnego w jego stronę. Głośno trzasnął drzwiami.
     Omitsu zaśmiała się pod nosem. Fumiya obrócił się w jej stronę, krzyżując spojrzenia. Jego ciepły wzrok napotkał uspokojoną twarz, jednak widać było, że cały dzień chodziła przybita i zestresowana. Jej oczy zdążyły się już zaczerwienić, a wyrażały przez pierwsze sekundy głęboką radość.
      Jednak jestem do bani w dotrzymywaniu obietnic.
      Obronię ją, obiecuję.
      Nie pozwolę mu zginąć, masz moje słowo.
     Nie sprawię, że będziesz przeze mnie płakać.
    Jestem w ogóle do bani.       Przepraszam, Omitsu.
     Po chwili jednak zmrużyła groźnie ciemnobrązowe oczy i przetarła raz jeszcze wierzchem dłoni.
      Fumiya zrobił krok do tyłu, czując, że ma przewalone. Tym właśnie różniła się od swojej siostry – impulsywnością.
      Jej twarz wykrzywiła wściekłość, a w oczach zabłysły ogniki. Uśmiechała się przebiegle, starając się wyglądać na opanowaną, jednak czarnowłosy dostrzegł, że drga jej brew.   
      - Nee, Sotomura… - na dźwięk własnego imienia, wzdrygnął się. Było źle. – Co ty właściwie robiłeś przez ten czas, co? – nie podniosła głosu, ale drgał niebezpiecznie, a sztuczny uśmiech mroził krew w żyłach. Przełknął ślinę.
       - Aaa… Wiesz… Różne rzeczy… - starał się wymigać, obrzucając spojrzeniem pokój. Faceci nie wrócili, a Mikuru skręcała się ze śmiechu przy stole. Zdrajczyni.
        - Na przykład jakie? – Omitsu zrobiła krok w jego stronę.
        - Eee…. Skakanie z 16-tego piętra…?
        - SOTOMURA FUMIYA!!!
        - Omitsu… - mężczyzna zrobił 2 kroki w tył, uciekając od Omitsu, pełnej morderczego zapału. – A właśnie! Mamy dużo roboty. Robota, robota! – szybko przysiadł się do Mikuru, który wybuchła śmiechem w głos.
       - FUMIYA!!!
       - Boże, co wy się tak wydzieracie, co? – mruknął Hiroki, z flaszką w dłoni.
       - Młody, polej mi!!!
       - Ale… co?
       - SZYBKO!
      Tej nocy światło paliło się w sali narad do samego świtu. 

27 lipca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 16 ~ Przekręt

Rozdział 16

Przekręt

      Staję przed oknem, starając się dostrzec swoje odbicie. Niepewną dłonią poprawiam luźno (i krzywo) zawiązany czarny krawat. Wzdycham.
Czarne, rurkowate jeansy, markowe adidasy, naddarta biała koszula i ten cholery krawat. Cały zestaw jest na mnie lekko za duży i wyglądam jak…
- Jakaś francuska kaczka – mówię cicho, wzdrygając się na barwę swojego głosu. Od tak dawna nie słyszałem swojego głosu. Przejeżdżam dłonią po ułożonych włosach, mierzwiąc je. Znów sterczą naturalnie na wszystkie strony. Usiłuję je przylizać.
Siedzę tutaj ponad miesiąc i w końcu coś zaczęło się dziać. Zerkam na zegarek. Mam jakieś 20min na dotarcie. Poprawiam po raz ostatni krawacik, by choć trochę naturalnie leżał. Sięgając po broń, zastanawiam się przez moment. W końcu decyduję się na ciężki, niewygodny miecz Gihei’a. Ciąży mi w dłoni, przypominając o karygodnym czynie.
Cała misja ochrzczona została jako ‘’Ztrollujmy Jishin’’. Innymi słowy, myląca. Według naszego szpiega Jishin miało pozyskiwać sojusznika w Okayamie. Do ustalenia informacji wysłali kogoś bardziej zaufanego – Gihei’a. Moim zadaniem było tylko ‘’unieszkodliwienie go” i pokrzyżowanie traktatu. Łatwizna.
Ta, łatwizna. Niech cię szlag, Fumiya.
Od miesiąca siedzę w mieszkaniu tego dziada, czekając aż wrócił. A teraz idę w jego niedopasowanych ciuchach do jakiejś organizacji skrytobójców, której nazwy nawet nie pamiętam, jeszcze licząc, że nie wiedzą jak wygląda posłaniec. Kto jest takim wariatem żeby to zrobić?
No tak. Ja.
Wczoraj wieczorem spotkaliśmy się przypadkiem. Wracałem ze sklepu, z zakupami, kiedy zobaczyłem zapalone światło. Wbiegłem po schodach licząc na otwarte drzwi. Skorzystanie z elementu zaskoczenia było wygodne.
W istocie drzwi nie były zamknięte na klucz. Mężczyzna chodził po mieszkaniu, z wściekłością w oczach. W sumie to mu się nie dziwiłem. Obaj sięgnęliśmy po broń w tym samym czasie. Zaatakowałem pierwszy, ale Gihei nie był idiotą. Sparował mój cios, a nieprzyjemny odgłos stali uderzanej o stal poniósł się na klatkę schodową. Przez głowę przeszło mi to samo co facetowi, ale on skorzystał z tego ułamka sekundy i wyminął mnie, zbiegając ze schodów. Zakląłem pod nosem, zeskakując na półpiętro. Jeśli wybiegnie na ulicę to koniec.
Wielkim szczęściem okazało się, że młody mężczyzna, mojego wzrostu, nie należał do szybkich, więc dogoniłem go na rogu ulicy. Nasze miecze znowu się skrzyżowały. Zaczęliśmy się siłować, mierząc się wzrokiem.
Zaczynałem rozumieć dlaczego akurat mnie wysłano. To nie były umiejętności. To był wygląd.
Mimo iż Gihei miał jakieś 24 lata, miał młodzieńczą twarz. Moja mimo wszystko była delikatniejsza, ale mógł uchodzić za mojego starszego brata. Mieliśmy identyczne ciemno-brązowe oczy i włosy w podobnym odcieniu. Jego jednak były ułożone.
Kiedy Gihei rozpoznał mnie, na jego wściekłą twarz wpełzł protekcjonalny uśmieszek. Odskoczyliśmy od siebie, a on przeciął powietrze mieczem. Zaczęła się bardziej dynamiczna walka.
- Poddaj się, a nie będę musiał cię zabijać. – rzuciłem wtedy. Mężczyzna mimo iż był silny, nie był wstanie dorównać mojemu instynktowi. Zbyt wiele lat minęło bym nie dawał sobie rady w walce jeden na jednego.
- Widzę, że Kaminari wypowiada nam wojnę, co, Nakade? – Gihei zignorował moje pytanie. Nadal się przy tym uśmiechał. Czas mu zetrzeć ten uśmiech mordy. Zacisnąłem mocniej dłoń na rękojeści i wbrew jego przewidywaniom, ostrze poszło prosto, nie z boku. Zdążył się uchylić, lecz po jego policzku pociekła krew. Zawahał się przy kolejnym ciosie, dając mi idealną okazję by go przewrócić. Skrzywiłem się na trzask żeber, kiedy podeszwa mojego buta uderzyła w jego pierś.
Przybrałem najcieplejszy uśmiech na jaki było mnie stać i skierowałem ostrze pod jego brodę. Widziałem jak ciężko przełyka ślinę, ale z jego oczu emanowała pewność siebie. Czyli jednak nic z tego.
- Nie nazwałbym tego wojną. Raczej uprzykrzaniem życia. – mój głos był wesoły, a Gihei prychnął lekceważąco.
- I co, Nakade? Zabijesz mnie teraz? – przekrzywił głowę, jakby rzucając wyzwanie.
- A nie chciałbyś może współpracować? – nadal siliłem się na uniknięcie mordu. Ze sprzątaniem było za dużo roboty.
- A co z tymi historiami o Zjawie Tokio? O tym bezwzględnym dziecku, wychowanym na zabójcę? – Gihei zrobił przerwę i splunął. Poczułem jak napinają się wszystkie moje mięśnie, ale zmusiłem się by nadal się uśmiechać. Jedynie czubek mojego ostrza drgnął ku górze, rozcinając trochę gardło mężczyźnie. 
- W te opowiastki nigdy nie wierzyłem. Prawdą było tylko to o mordowaniu morderców. – skrytobójca zaśmiał się, a ja mimowolnie się wzdrygnąłem. – Czy ty myślisz, że wyznaczasz sprawiedliwość, Nakade? Spójrz na siebie – stałeś się tylko kolejnym mordercą. Dzieckiem, które nie rozumie życia. Które nawet nie umie… zabijać… - ostatnie słowa były tylko ostatnim oddechem. W gardle mężczyzny tkwił mój miecz.
Po tym wszystkim wtaszczyłem go do łazienki, do wanny. Postanowiłem przebrać się w jego ubranie, nie czując nawet wstrętu do noszenia ubrań ze zmarłego.  Teraz zacisnąłem zęby, by nie myśleć, że kiedyś coś takiego spowodowałoby u mnie obrzydzenie. Kiedyś.
I właśnie teraz w mojej pamięci pojawiła się Ichigo. Ona jeszcze miała te uczucia. Ten strach, to bezgraniczne przerażenia, na myśl o swoich czynach, tą niechęć do mordu, zabójstw. Była jeszcze nieskalana ferworem krwawych walk. Ile jeszcze zostanie nim stanie się taka jak reszta? Z pozornymi uczuciami, z udawaniem, że wszystko jest w porządku? Albo, co grosza, nim stanie się taka jak Tokaji, gdy owładnie nią zemsta.
Dlaczego o niej myślę? Od razu kręcę głową, przywracając się do porządku. 
Zaglądam jeszcze do łazienki, krzywiąc się. Ciało faceta z Jishinu zaczynało już się rozkładać, roztaczając nieprzyjemny zapach po całym mieszkaniu. Ze względu na misję nie mogłem zostawić ciała Gihei’a na ulicy. Istniało zbyt duże ryzyko, że Jishin dowie się szybciej niż załatwię sprawę. Rzucam ostatnie spojrzenie na mężczyznę i wychodzę.  
***
Będąc już przed organizacją przed oczami staje mi obraz zwłok Gihei’a. Był młodym mężczyzną niskiej postury o podobnych włosach i oczach. Jeśli ci z Smile’a (o tak to się nazywało!) byli idiotami może się udać.
Kiedy usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi, czułem już własną śmierć.
Jednak nikt się na mnie nie rzucił, nie wszczął alarmu. Mężczyzna, który mi otworzył popatrzył się na mnie ze zrozumieniem i poprowadził ku dowództwu. Oni też nic nie podejrzewali. Rzucili tylko, że ‘wyglądam młodziej’, od czego zrobiło mi się duszno, ale nic więcej.
Przedstawiłem takie warunki, na które nikt choć trochę mądry by nie przystał. Odprawili mnie z kwitkiem i kazali nigdy więcej nie wracać.
Musiałem walczyć ze sobą, by nie zacząć skakać ze szczęścia.
***
Gdy przekroczyłem próg domu, przypomniałem sobie o komórce. Wyciszyłem ją na wszelki wypadek, nikt nie powinien do mnie dzwonić. Jednak na wyświetlaczu było 35 nieodebranych połączeń od Omitsu.
Przeszył mnie nagły dreszcz, a uczucie chłodu ścisnęło mi żołądek.
To na pewno nic ważnego. Na pewno.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę, starając się opanować nie pokój. Omitsu odebrała po drugim sygnale. Na zegarku widniała godzina 14. Dziwne. Powinna być zajęta.
- Halo? – rzuciłem niepewnie.
- Halo? Tsuneari? – głos kobiety był pełen ulgi. Zbyt pełen. Od razu zaczęła mówić. – Nic ci nie jest? Nie jesteś ranny?
- Nie, wszystko w porządku. – odparłem. Może to tylko ze względu na długi okres milczenia. – A jeśli chodzi o misję, to… - zaczynam, ale kobieta mi przerywa.
- No właśnie! Nie możesz tam iść, nie możesz! Wynoś się stamtąd dopóki Jishin niczego nie podejrzewa. Gihei’a omiń szerokim łukiem… - mówi jednym tchem, a kiedy przerywa by wziąć oddech, zmuszam się by to powiedzieć.
- Za późno.
- Co!!!? – w jej głos wkrada się wściekłość. – A…
- Nie żyje. – mój głos jest cichy. Coś się stało. Coś bardzo złego. Omitsu milczy. – Omitsu, co się stało? Omitsu?
- Tsuneari… - zaczyna kobieta. Jej głos drży, a mi na dźwięk własnego imienia miękną kolana. – Fumiya… On…
- Wszyscy żyją? – wykrzykuję, czując, że serce przyśpiesza. Ichigo.
- Jeszcze – kobieta przełyka głośno ślinę – Fumiya… On…. – Omitsu zaczyna się jąkać, wahając się nad odpowiedzią. W końcu bierze głęboki wdech i oznajmia cicho i poważnie. – Wypowiadamy wojnę Jishinowi.
Czuję, że opadam na kolana. Milczę, a serce coraz bardziej przyśpiesza.
Wojna.
Znowu wojna.
Znowu śmierć.
Omitsu zaczęła mi wszystko wyjaśniać: o kradzionych misjach, bezpodstawnych atakach na naszych. O zeznaniach Suzukiego i w końcu o ataku na Ichigo i Ayako z dwukrotną przewagą liczebną, co zostało impulsem Fumiyi.
- Tsu… - w ton jej głosu zakradła się troska. Od dłuższego czasu nic nie mówię, zastanawiając się o co najpierw zapytać.
- Co z Ichigo? – te trzy słowa wprawiają mnie w totalne osłupienie. Dlaczego akurat o nią najbardziej się martwię? Najwyraźniej nie tylko mnie zatkało. Omitsu też milczy, ale nie z zaskoczenia, jak przypuszczałem, tylko ze względu na odpowiedź.
- Jest ciężko ranna. Ale żyje.
- Wracam. – oznajmiam i sięgam po swój miecz. Nim jednak zdążę dotknąć pochwy, głos kobiety mnie zatrzymuje.
- Nie możesz. Jishin już coś węszy. Zorientują się.
- To mam tu, do jasnej cholery, siedzieć!?
- Nie… Wracaj okrężnie, pieszo… To nadal jest misja, Tsu. – przypomina mi kobieta. Prycham, podirytowany.
- Niech wam, jasny szlag, będzie. – przeczesuję ręką włosy. – Jak wrócę na święta będzie dobrze?
- Co? A, tak, ale…
- To dobra. Trzymajcie się tam. – rzucam jeszcze przed rozłączeniem. Stoję pośrodku pokoju nie wiedząc co ze sobą zrobić. Co myśleć.
Znowu się zacznie. Ta bezsensowna wojna, w której znowu zginą nasi ludzie. Nasi towarzysze. A po co? By udowodnić innym naszą siłę? By unicestwić innych? Bezsensu.
Tak. Kompletny bezsens.
Jak również ten niepokój o dziewczynę.
Dlaczego akurat o nią? Dlaczego w ogóle wziąłem ją do Kaminari?
Ichigo.
Nie daj się zabić.
***
Wpatruję się w spowity ciemnością sufit długi czas, czując, że mętlik w mojej głowie zamiast uspokajać się jedynie się powiększa. Pytania, odpowiedzi, ludzie. To wszystko wiruje w mojej głowie, siejąc spustoszenie. Kiedyś brałabym by to za sen. Zwykły, koszmarny sen.
Niestety paskudna szrama, rozciągająca się na całym brzuchu, pulsuje nieprzyjemnym bólem, przypominając o prawdzie. Rzeczywistości, którą wybrałam.
Podnoszę się do pozycji siedzącej, stękając z wysiłku i oddychając z ulgą gdy bose stopy dotknęły zimnej posadzki. Gdy się obudziłam, moje ruchy napędzane były szokiem i adrenaliną, krążącą w moich żyłach na wskutek tego dziwacznego snu. No i oczywiście naturalną chęcią rywalizacji z Tokajim.
Czując kojący, orzeźwiający chłód staram się zebrać myśli. Powoli, Ichigo. Wszystko po kolei. Spokojnie.
Jeśli jestem tutaj, w Kaminari, znaczy, że Ayako żyje i zapewne nic jej nie jest. Dzięki Bogu. Karząc jej wtedy uciekać, nie miałam nawet pewności czy chociaż ona przetrwa. A teraz jesteśmy tu obie. Może nie w całości, ale żyjemy. Dziękuję, Ayako. Naprawdę dziękuję.
Uśmiecham się pod nosem, starając się zniwelować napływ łez. Nigdy nie myślałam, że postanowię kogokolwiek ratować ceną swojego życia. Ani że ktoś postanowi mnie nie zostawiać. Ayako dziękuję, że po mnie wróciłaś. Dziękuję.
Zdaję sobie sprawę, że ostatnie słowa wypowiadam na głos. Podbródek mi się trzęsie, a po policzkach płynął dwie łzy. Nie rozumiem, dlaczego zdobyłam się na taką decyzję. Dlaczego znalazłam w sobie odwagę. Nie rozumiem… dlaczego zrezygnowałam z zemsty za rodziców.
Rodzice.
No właśnie. Ciekawe co by powiedzieli jakby tu byli. Jak by zareagowali.
Mama na pewno płakałaby, a tato spuścił wzrok, chcąc ukryć swoje rozczarowanie. Zawsze tak robili gdy sprawiałam im zawód.
- Mamo, tato, patrzcie! Wasza ukochana, jedyna córka została płatnym zabójcą! Ale to nie wszystko, morduje niewinnych ludzi i to bez drgnięcia powieki. – patrzę się w przestrzeń, a mimo starań by wszystko było mówione w pogodnym tonie, niczym wieści o wygranej w jakichś zawodach, po policzkach spływają łzy. Przełykam gorzko ślinę i ciągnę dalej. - Wasze dziecko straciło swoje człowieczeństwo i myśli tylko o zemście. O zemście, z której jakoś tak łatwo rezygnuje. Nie o was. O zemście. Zemsta jest dla mnie wszystkim. Wszystkim! – ostatnie słowo wykrzykuję, nawet nie wiem po co. Czuję lodowatą pustkę rozchodzącą się po moim sercu. Ciężko łapię oddech, cała drżę. Serce wali mi jak oszalałe sprawiając ból. Zaciskam dłoń na koszulce, w miejscu serca. Chociaż wiem, że już załkam, zmuszam się by mówić dalej. – Wasza córka nawet nie pomyślała o was gdy uciekała. Nie wzięła nawet głupiego zdjęcia, by… by… - chowam twarz w dłoniach nie dając rady dokończyć. Zaczynam szlochać w głos, kończąc zdanie w myślach. By nic nie przypominało jej o tamtym koszmarze.
A do bani. Muszę stać się silniejsza. Bardziej. Bardziej. Bardziej. Bardziej…
Podciągam kolana do klatki piersiowej, i nadal drżąc, chowam głowę w nogach. Zduszam płacz, biorę kilka głębokich wdechów, uspokajając psychikę. Wiem co muszę zrobić. Albo wydaje mi się, że wiem.
Muszę nie zwariować, aż nie dopełnię zemsty. Po tym niech się dzieje co chce. Tylko do zemsty. Zemsta…
Obraz Tsuneariego, Takiego, Ayako i nawet Tokajiego. Całe Kaminari. Wszyscy mimo tego co robią chodzą z głowami wysoko podniesionymi, nie dając się ugiąć ciężarowi tego wszystkiego. Gdyby tylko los pokierował nas wszystkich inaczej. Gdybyśmy nie byli na tyle zrozpaczeni. Gdyby to od nas zależała nasza przyszłość…
Bo przyszłość nie zależy od nas. My jedynie możemy dać porwać się nurtowi zdarzeń i ludzi, starając nie zatracić przy tym siebie i przetrwać. Wypełnić przeznaczenie rzucone nam przez ten obojętny, okrutny los.
Przeznaczenie. Czy moim naprawdę jest jedynie zemsta i oszalenie?
Czuję ponownie napływające łzy. Obejmuję kolana rękoma, zaczynając trząść się ponownie. Wszyscy dają jakoś radę, więc ty też sobie poradzisz, Ichigo. Musisz. Teraz nie ma już odwrotu. Masz 5 sekund by wziąć się w garść.
Ale z tych 5 sekund, robi się 10, z 10 robi się z minuta, a z minut kolejne. A ja nadal nie wiem co mam ze sobą robić.
- Ktokolwiek – mówię cicho, przepełnionym emocjami głosem, chowając twarz w dłoniach. – pomocy…

11 lipca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 15 ~ Narada Bojowa

Rozdział 15

   
Za oknem powoli zapada zmrok. Na ulicach Toshimy powoli zapalają się latarnie, dając niewielką poświatę na opustoszałe ulice. Mijający listopadowy dzień odznaczał się wyjątkową aurą niepokoju.
W starej, zniszczonej sali gimnastycznej  gromadzi się coraz więcej ludzi. Budynek należący niegdyś do szkoły, przywłaszczony został przez Kaminari. Powybijane okna, zabite deskami, bluszcz rosnący na całej wschodniej ścianie budynku i ledwo działające oświetlenie, gasnące i zapalające się co jakiś czas. Przez kilka lat nie ingerowano w wygląd zewnętrzy budynku, by nikt nie zdał sobie sprawy tętniącego w nim życia. W środku jedynie dobudowano podwyższenie dla mówiących.
Meiji, Koichi i Jun zajęli miejsca w drugim rzędzie blisko mównicy.
- Meiji-kun, wiesz coś? – zapytał Jun.
- Nie – odparł czarnowłosy, rozglądając się po przybyłych. Większość zajmowała niepewnie miejsca, szepcząc między sobą. – I z tego co widzę reszta też za bardzo nie wie o co chodzi.
- Co się takiego stało, kiedy byliśmy w tej cholernej Setagayi? – mruknął pod nosem Koichi. – Dlaczego zawsze nas omija najlepsze?
- Nie zrzędź jak stara baba – upomniał go Meiji. Przyjaciel na niego prychnął. Czarnowłosy posłał mu groźne spojrzenie, a Koichi wystawił mu język. Jun tylko westchnął.
- Widzę, że u was jak zwykle panuje szacunek i zgoda, co? – usłyszeli za plecami kobiecy głos.
- Mako! – wszyscy trzej obrócili się do przyjaciółki.
- Was też miło widzieć, chłopaki – rzuciła.
- Wiesz może… - zaczął Koichi, ale dziewczyna pokręciła głową.
- Nic. Jak zresztą każdy.
Rozejrzeli się. Praktycznie wszyscy członkowie organizacji zebrali się w sali narad. Zobaczył nawet Tokajiego, stojącego przy samym wyjściu jak i ludzi z dalszych misji.
- Mako-chan, czy ty nie badałaś czegoś w innym mieście?
- No badałam, ale powiedzieli, że powinnam dać sobie spokój i jak najszybciej przyjechać.
- Dziwne…
- Meiji-kun, nie sądzisz, że to raczej ze względu na Ichigo-chan? – powiedział Jun. Czarnowłosy popatrzył się na młodszego kolegę z nadzieją w oczach, ale odwrócił wzrok.
- Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. – westchnął, a włosy opadły mu na oczy. – Tak samo jak w to, że Kotaro po 5 dniach nagle skończył misję, tak jak Taki czy bliźniaczki…
- Bliźniaczki!? – wykrzyknęli Jun i Koichi, robiąc automatycznie maślane oczy. Meiji przejechał dłonią po twarzy.
- Co za debile… - mruknął. Spojrzał na dwójkę przyjaciół, rozmawiających zapalczywie o swoich skrytych miłościach. Dziewczyny wyjechały na misję jakieś 3 tygodnie temu, więc nie dziwił się tą szczenięcą radością. Nie dziwił się, ale irytował. Jun i Koichi jak zwykle w normalnych chwilach go zignorowali. Jedynie Mako przyglądała mu się uważnie, z tą samą bezemocjonalną mimiką twarzy co zwykle. Tylko jej szarozielone oczy wyrażały napięcie.
- Mam złe przeczucia… - powiedział cicho. Chłopcy umilkli i popatrzeli po sobie, poważniejąc. Dziewczyna odwróciła wzrok, przygryzając dolną wargę. – Bardzo złe przeczucia.
***
Omitsu spoglądała przez okno, wyczekując powrotu dowódcy. Robiło się coraz później, a od kilku godzin nie było od niego znaku życia. Zgrzytnęła zębami, sięgając po, do połowy pustą, butelkę wina.
- Co za idiota… - mruknęła i pociągnęła znaczy łyk z gwinta. Po chwili poczuła, że ktoś odrywa od niej butelkę i zachłystnęła się alkoholem.
- Omitsu! – usłyszała ganiący głos Mikuru. – Weź się w garść w końcu! Trzeba przeprowadzić naradę bojową!
- Ale Fumiya… - zaczęła, jednak po wściekłym spojrzeniem strategiczki uległa. Pokręciła głową i odeszła od okna. Wyprostowała się dumnie, ubierając ponownie maskę pewności siebie.
- Dobra – kobieta strzeliła palcami, poważniejąc. – Mikuru. Strategia?
- Wstępnie opracowana, nakreślę ją bardziej jak dostanę resztę informacji od Fumiyi.
- Jeśli dostaniesz. – poprawiła ją Omitsu. Strategiczka posłała jej troskliwe spojrzenie. Przez chwilę pozwoliła być sobie przyjaciółką.
- Omitsu… - zaczęła delikatnie, chwytając starszą koleżankę za ramię. Ona jednak strąciła szorstko jej dłoń, nie poświęcając jej nawet spojrzenia.
- Nie teraz – powiedziała trochę ostrzej niż zamierzała. – Co z ludźmi?
- Ci w odległości  do 100km wrócili, reszta jest w drodze. Oprócz Tsuneariego. – Mikuru przybrała ponownie formalny ton. – W szpitalu leżą 4 osoby, ci z drobniejszymi ranami też przyszli.
- Świetnie. – rzuciła hardo Omitsu. – A Hiroki i Daiki?
- Są już na sali.
Szły teraz między budynkami należącymi do Kaminari. Stary kompleks szkolno-mieszkalny stanowił idealną siedzibę. Opuszczona, nawet zdatna do użytkowania sala gimnastyczna, potężny budynek szkolny, nieduży biurowiec oraz internat. A to wszystko zaniedbane i pozostawione naturze. Pozostawione piorunom.
- Omitsu… - podjęła jeszcze raz strategiczka, równając swój krok z przyjaciółką. 
- Wróci – rzuciła cicho kobieta. Mikuru spojrzała na nią ciepło. – Na pewno wróci. To nie Arata.
Strategiczka zacisnęła rękę na ramieniu Omitsu, by dodać jej trochę otuchy. Ku jej zdziwieniu, ciemnooka podziękowała za ten gest ściskając mocno jej dłoń. Mikuru wyczuła drżenie.
No tak. 3 lata temu było tak samo. Arata poszedł do Jishin. I nie wrócił.
- Omistu… - zaczęła jeszcze raz, za bardzo nie wiedząc co powiedzieć, by uspokoić przyjaciółkę. Jej głos był cichy, lecz pośród panującej ciszy brzmiał wrogo i głośno.
- Nic nie mów, Mikuru – powiedziała Omitsu, drżącym głosem. Kiedy zauważyła pytający wzrok, odwróciła głowę. – Nic nie mów, bo zacznę płakać. – dodała cichym, drżącym głosem. Poczuła w kąciku oka lśniącą łzę. Zacisnęła zęby, nakazując sobie spokój.
Mikuru została trochę z tyłu, z opuszczoną głową. Po chwili podniosła wzrok na postać cały czas kroczącą do przodu. Szefowa zdążyła się dumnie podnieść głowę i wyprostować plecy. Plecy, na których ciąży wielka odpowiedzialność za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, dodała w myślach. Zacisnęła dłoń w pięść i ruszyła energicznie w stronę Omitsu. Zarzuciła jej rękę na ramię przytulając raźno.
- Będzie dobrze, pani dowódco!
- Musi być – odpowiedział jej pewny siebie uśmiech i głęboko ukryty w ciemnobrązowych, prawie czarnych oczach, lęk.
***
Kiedy dwie kobiety weszły na salę, rozmowy ucichły. Stojący pod samymi drzwiami lekarz i Tokaji. Szefowa rzuca im przelotne spojrzenie. Czarnowłosy całkowicie je ignoruje, wzruszając jedynie ramionami, a Ryutaro kiwa głową, jakby dodając jej otuchy. Omitsu uśmiecha się pod nosem.
- Stoją na szarym końcu by nie być wypytywanym, co? – mruczy pod nosem. Po chwili głośno wzdycha, ruszając żwawo na przód.
Jej kroki niosą się echem po sali, w której zapanowała absolutna cisza. Kobieta jednak idzie szybko, uśmiechając się zadziornie i kiwając głową bliższym znajomym. Za nią podąża strategiczka, z dużo większą powagą na twarzy.
Na prowizorycznej mównicy stoją już Hiroki i Daiki. Omitsu macha do nich przyjaźnie jak gdyby nigdy nic. Hiroki mruży na ten gest oczy.
- Wolniej się nie dało? – syknął gdy przechodziły, wyraźnie zły. Nim Mikuru zdążyła coś odpowiedzieć, Omitsu wystawiła język.
- Odaka-san, zaczynaj. Muszę zaplanować przemowę.
- No dobra… - westchnął mężczyzna.
Przejechał ręką po swojej siwiźnie, i wystąpił naprzód. W miarę wysoki, jak na Japończyka, barczysty mężczyzna, ubrany jak zwykle w czarne spodnie, białą koszulę i kamizelkę, sprawił, że wszystkie pozostałe szepty ucichły. Całe obecne Kaminari utkwiło pytające, niepewne spojrzenie w głównym doradcy.
- A zatem… Proszę o chwilę spokoju i ciszy, panie i panowie. – powiedział na sam początek, co nie było z resztą potrzebne. – Dobry wieczór wszystkim. Rozpoczynamy więc spotkanie.
Meiji usadowił się wygodniej na krześle. Założył ręce za kark, uśmiechając się. W jego piwnych oczach zabłysnął ognik. Koichi posłał mu zdziwione spojrzenie.
- Meiji, przerażasz mnie – powiedział cicho.
- Zaraz się zacznie – mruknął czarnowłosy.
- Co się zacznie? – zapytał szeptem Jun.
- Jak znam Omitsu czy Fumiyę, a znam dobrze, to przywalą nam problemem prosto w twarz jak cegłą. Jestem tylko w cholerę ciekawy o co będzie chodziło.
- I czemu nie ma Fumiyi – dodał brązowowłosy. Meiji rozszerzył oczy ze zdziwienia i odruchowo popatrzył na mównicę, szukając dowódcy. Nie ma go. Meiji poukładał sobie wszystko w głowie i zbladł.
- Szlag. – mruknął tylko, odcinając się od towarzyszy. Poszukał wzrokiem spojrzenia szefowej. Ciemnobrązowe, wręcz czarne oczy odpowiadają hardo na jego spojrzenie, a ledwo widoczne, nieznaczne skinięcie głową tylko utwierdza go w jego przekonaniu. Wzdycha ciężko i podpiera głowę na ręce.
Daiki tymczasem dalej ciągnie przemowę.
- Zapewne wszyscy jesteście zdziwieni nagłością zwołania tego zgromadzenia. Jak i powodem, którego jakoś nikt nie zna. Widzę też spojrzenia szukające naszego szefa. Spokojnie, wytłumaczymy wam wszystko powoli, więc…
- Co spokojnie? – Omitsu przerywa starszemu mężczyźnie, kładąc mu rękę na ramieniu. – Co powoli? – na jej twarzy błąka się uśmiech. Uśmiech, od którego przechodzą ciarki na plecach.
Tokaji, zobaczywszy ten wyraz twarzy, westchnął głęboko.
- O Boże – mruknął i od razu skierował się w stronę drzwi. Ryutaro momentalnie chwycił go za ramię.
- Gdzie ty idziesz? – warknął na niego. Czarnowłosy, obrócił głowę, posyłając lekarzowi zdziwione spojrzenie.
- Jak najdalej stąd. Omitsu za chwilę rozpęta Armagedon. – na te słowa Ryu puścił Tokajiego, kręcąc tylko głową. Spojrzał w stronę podestu. Owszem, zabójca miał rację. Omitsu stanęła w bojowej pozie – na szeroko rozwartych nogach, z rękoma na biodrach i z ognikami w oczach.
Cała sala jakby zamarła w oczekiwaniu na odpowiedź. Meiji podparł głowę drugą ręką. Chłopaki na tyłach oparli się ciężko o ścianę. Mikuru zmarszczyła brwi, a Hiroki westchnął głęboko.
- Mamy wojnę.
Armagedon to dobrze określenie do tego co się stało na sali. W pierwszym momencie zapanowała absolutna cisza, ludzie przyswajali wiadomość. Dopiero po chwili, całe Kaminari, jakby byli jedną osobą wydali  z siebie zdławiony okrzyk. Część osób zerwało się z miejsc, inni tylko zbledli.
- Że co, kurna!? – wykrzyczał Kotaro, po chwili osłupienia.
- Nie pieprzcie głupot! – rzuciły dość głośno bliźniaczki.
Po kilku minutach oburzenia, Hiroki również wystąpił na przód, kiwając przy tym głową w stronę Mikuru. Omitsu obserwowała tłum, czekając aż się uspokoją. Na jej ustach nadal błąkał się uśmieszek.
- Wiedziałem, że zachowasz się jak zwykle. – mruknął jasnowłosy. Rzucił przelotne spojrzenie na tłum i odchrząknął. Nabrał powietrza i krzyknął w stronę tłumu: - CISZA!
Jego donośny bas przeszył tłum, a spokój zapadł na kilka sekund. Blondyn nie czekał na ponowną burzę i zaczął ponownie, lecz trochę ciszej.
- Ogarnijcie się w końcu, debile! Zająć miejsca i siedzieć cicho, słuchając wyjaśnień! Dotarło!?
Kaminari dość niepewnie powróciło na miejsca. Omitsu klepnęła Hirokiego mocno w plecy.
- Dobra robota, młody! – zaśmiała się i zaklaskała. Jak to było w zwyczaju reszta sali również zaklaskała, w podzięce za donośny głos Hirokiego. (przyp. aut. – pozdrawiam wszystkich kolegów z Gimnazjum Salezjańskiego w P-ślu :D)
Omitsu wystąpiła trochę przed szereg, odchrząkając. Przeleciała swoimi ciemnobrązowymi oczami po ludziach, biorąc jeszcze jeden głęboki wdech przed przemową.
- Wiem, że słowo ‘wojna’ nie budzi pozytywnych uczuć. – zaczęła z zaciętym wyrazem twarzy. – Fumiya dzisiaj rano podjął decyzję wypowiedzenia wojny z Jishin. – przez salę przebiegły szemrania. Hiroki wystąpił do przodu, lecz kobieta podniosła rękę na tłum, uciszając ich.
– Jakkolwiek to nie brzmi, wojna była nieunikniona. Jishin, pomimo swojej przewagi liczebnej, wstępował na nasz teren, zabierając zlecenia, specjalnie atakując grupami naszych pojedynczych ludzi. To była tylko kwestia czasu.– Omistu zmrużyła oczy, w których pojawiło się trochę troski. Złagodniała i zmieniła ton głosu. – Wojna nie jest dobrą rzeczą, a w naszym zawodzie niestety będzie krwawa, pełna ofiar. Ci, którzy są  tu od samego początku, pamiętają bitwę z Akumu. Wsławiła nas ona w sile, potędze. Choć w historii zostaliśmy zapisani jako bezlitośni zwycięzcy, tak naprawdę przegraliśmy. Straciliśmy zbyt dużo ludzi by nazywać to wygraną. – w jej oczach pojawił się cień przeszłości.
– Z kolei wojna sprzed 3 lat była inna. Nie należała do najkrwawszych czy najdłuższych. Polegała bardziej na strategii niż walce, dzięki czemu zdobyliśmy przewagę, która nas uratowała. Jednak dużo osób zginęło. Straciliśmy naszego najlepszego przywódcę, którego większość poznała. Arata Serizawa był jednocześnie silny jak i inteligentny. Dla wielu nie był tylko szefem, dowódcą. Zachowywał się jak starszy brat, kuzyn, czy po prostu… - poczuła, że za chwilę załamie jej się głos, więc przerwała na moment. – Po prostu przyjaciel. Poświęcił się dla nas, więc tym samym nie możemy odpuścić Jishinowi. – Omitsu wzięła głęboki wdech  i spojrzała na organizację. Patrzyli się na nią rozumiejącymi oczami, czekając posłusznie na koniec przemówienia. Kobieta spojrzała przed siebie, szukając orzechowych oczu. Lekarz kiwnął głową. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy się kłaniała.
– Chciałabym was przeprosić za narażanie na tak wielkie niebezpieczeństwo, po części z egoizmu, by pomścić starego dowódcę, jak i również zapewnić, że my… - wyprostowała się, przybierając poważny, hardy wyraz twarzy. Dostąpili do niej Hiroki, Mikuru i Daiki, z równą powagą na twarzach. – Jako dowództwo, dołożymy wszelkich starań i poświęcenia ostatniej kropli krwi, by zakończyć ten konflikt zwycięsko z ograniczeniem strat do najmniejszego minimum. – Cała czwórka pokłoniła się.
Przez tłum przeszedł szmer. Zarząd obserwował wszystko spokojnie. Meiji podniósł wzrok. W jego piwnych oczach kryło się zdziwienie. Nie spodziewał się takiej przemowy po Omitsu. Uśmiechnął się pod nosem. Szturchnął obu przyjaciół w ramię. I Koichi, i Jun mieli zacięty wzrok. Uśmiechnęli się chytrze, czując, że myślą o tym samym. Kiwnęli głową w tym samym momencie i wstali.
Kaminari na chwilę zamilkło, zdziwione reakcją Świętej Trójcy. Kiedy mężczyźni stanęli na baczność, salutując według tradycji lewą ręką, szefowa rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Daiki z kolei prychnął.
- Ja, Meiji Maeda, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Koichi Kanesaka, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Jun Endo, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
Wypowiedzieli to donośnymi, dumnymi głosami, patrząc się pewnie przed siebie. Na ich ustach błądził uśmiech. Po skończonej przysiędze zakończyli salutowanie i prawą ręką zwiniętą w pięść uderzyli 2 razy w serce.
Nie robiliśmy tego od 3 lat, pomyślał Meiji. Mam nadzieję, że ten impuls im wystarczy.
Wystarczył. Kilka sekund po nich, wstała rudowłosa.
- Ja, Mako Anzai, potwierdzam swoją dozgonną lojalność Kaminari. – wypowiedziała to cicho lecz pewnie, patrząc się wyzywająco w oczy Hirokiemu.
- Ja, Ayako Kasahara, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari. – dziewczyna zaprzysięgła od razu po patronce Ichigo. W jej głosie słychać było jednocześnie smutek i zimną wściekłość. Po chwili wahania dołączył również jej przyjaciel.
- Ja, Taki Hideyoshi, również przysięgam!
- My, Miyoko i Miyako Shirayuki, obiecujemy walczyć za Kaminari! – wykrzyknęły bliźniaczki.
- Ja, Kotaro Honda, przysięgam wierność!!!
- Ja, Suzuki Seizo, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał zaciekle czarnowłosy, podpierając się o jedną z kul.
Chłopaki na tyłach spojrzeli po sobie. Coraz więcej osób deklarowało wierność, a oni jeszcze nie. Ryutaro przekrzywił pytająco głowę. Tokaji posłał mu znudzone spojrzenie i wzruszył ramionami, nadal opierając się o ścianę. Lekarz wystąpił krok na przód, salutując lewą ręką.
- Ja, Ryutaro Ishimura, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał by dowództwo słyszało go z końca sali. Mógłby przysiąc, że Omitsu posłała mu uśmiech.
Ku jego zdziwieniu, Tokaji oderwał się od ściany. Nie wyprostował się, a jego salut był jakby od niechcenia.
- Ja, Tokaji Kosai, deklaruję swoją wierność Kaminari – powiedział luźno. Część osób obróciła się by posłać mu zdziwione spojrzenie. Jego przysięga zdziała więcej, bo wszyscy wokół również wstali.
Powoli każdy wstawał i składał przysięgę. Omitsu obserwowała to jak skamieniała nie mogąc uwierzyć własnym oczom i uszom. Kiedy wszyscy byli już na nogach, przyłożyli otwartą dłoń do serca.
- Przysięgamy walczyć z Kaminari, o Kaminari, dla Kaminari! – donośna obietnica wszystkich obecnych poniosła się echem po okolicy. Szefowa dogłębnie wzruszona, była zbyt zdumiona by cokolwiek zrobić, więc naprzód wystąpił Daiki i wyrzucił pięść w górę, z okrzykiem wojennym. Odpowiedział mu mocny krzyk i las pięści kilkudziesięciu ludzi.
Omitsu spojrzała na Meijiego. Czarnowłosy po skończonym okrzyku również na nią spojrzał. Wypowiedziała bezdźwięcznie jedno słowo. ‘’Dziękuję’’. Meiji zasalutował krótko. Kobieta uśmiechnęła się i wystąpiła na przód.  
- Dobrze, dobrze! – zakrzyknęła na początek, uspokajając trochę tłum. – To jest właśnie nasza przewaga! Mimo, że ich jest około setki, my mamy coś ważniejszego. – uśmiechnęła się czule. – Zachowujemy się jak rodzina. I choć strata rodziny po części zabija nas od środka, daje nam również siłę dużo większą do ochrony innych i zemsty, niż przedmiotowe traktowanie Jishinu! Tu na sali, jest nas 39. Z ranną 4 i 7 na misjach jest nas 50. Musimy uwierzyć w naszą 11-letnią potęgę! – Omitsu wyprostowała się dumnie, kładąc ręce na biodrach. – W wojnie wystarczy nam tylko nadzieja, wiara i chęć do walki! – zasalutowała energicznie na zakończenie. Odpowiedziały jej okrzyki bojowe i oklaski.
Na jej ramieniu ktoś położył rękę. Mikuru odsunęła od mównicy szefową, odchrząkując. Otworzyła obszerny zeszyt gdzieś w połowie i podniosła dłoń starając się uspokoić rozentuzjazmowany tłum.
- Rozumiem waszą chęć bojową, lecz jak to Adachi-san wspomniała ostatnia wojna z Jishinem polegała głównie na taktyce. Prosiłabym więc o chwilę ciszy i skupienia. – Mikuru omiotła uspokajający się tłum surowym spojrzeniem. Po kilkunastu sekundach kiwnęła z zadowoleniem głową. – Nie mamy dokładnych informacji, ponieważ Sotomura jeszcze nie wrócił. Jednak na chwilę obecną przyjmujemy spokojną taktykę. Pod każdym pozorem macie zakaz wstępowania na okręg Shibuyi. Unikajcie zleceń poza Tokio. Nikt nie dostanie pozwolenia na opuszczenie bazy w grupie mniejszej niż 4 osoby, nieważne od siły czy umiejętności. I za wszelką cenę macie unikać otwartych konfliktów. – na jęki, strategiczka uśmiechnęła się okrutnie. - Oczywiście aż nie przejdziemy do akcji. – kobieta odchrząknęła i spoważniała. - Pragnę jeszcze tylko dodać, by nikt nie myślał, że to będzie wojna jak w filmach. Zrozumiano?
- Tak jest! – po sali przebieg szmer zgody. Mikuru ustąpiła miejsca Hirokiemu.
- Dobra, ludziska, skończyliśmy! – blondyn wystrzyknął palce. – Baczność! – wszyscy zerwali się z miejsc, salutując. – Odejść!
Kaminari przed odejściem kiwnęło jeszcze głową w stronę dowództwa i zaczęło dość głośno kierować się ku wyjściu.
Omitsu stała pomiędzy przyjaciółmi. Spojrzała po ich zaciętych twarzach.
- Znowu się zaczęło… - stwierdziła dość ponuro. Jej głos niknął w huku jaki powodowały dyskusje członków.

- Nie, Omitsu… - rzucił Hiroki. – Dopiero się zacznie.