27 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 11 ~ Pojawienie się piorunów

Rozdział 11
Pojawienie się piorunów

Siedzę na parapecie, oparty o szybę. Przytykam głowę do okna, nasłuchując deszczu, mętnym wzrokiem obserwując mijających mnie ludzi. Z tej wysokości nikt mnie nie zauważa. Jakby mnie nie było.
Za dużo myślę.
Wzdycham i poprawiam się. Kieruję wzrok na sufit, jednak po chwili zmuszam się by spoglądać przez okno. Wyszukuję jakichś podejrzanych ruchów, zachowań. Czegokolwiek. Kogokolwiek. Byleby tylko zacząć działać.
Deszcz nasila się, a ludzie przyśpieszają kroku, niektórzy wyjmują parasole. Zwyczajna ulica. Zwyczajne osoby. Nic co mógłbym uznać za niebezpieczne. Kątem oka zauważam wzmagający się wiatr, poruszający gałęziami drzew. Ponownie wzdycham.
- Ciekawe czy u nich też pada deszcz… - mówię na głos, wzdrygając się. Dźwięk własnego głosu we wszechogarniającej ciszy jest nieprzyjemny. Rzucam jeszcze pobieżne spojrzenie ulicy, po czym zeskakuję z parapetu, przeciągając się przy okazji.
Obrzucam wzrokiem pomieszczenie. Jedno okno, spróchniałe drzwi, żarówka zwisająca z sufitu. Białe ściany z licznymi przeciekami. Trzeszcząca podłoga, na której leży futon. Nieduży blat z mikrofalówką, obok stoi niska lodówka. Jedyna ozdoba to źle chodzący zegar.
Tik-tak. Tik-tak.
Zastygam na moment, zamykając oczy. Ta pustka jest dla mnie zbyt przytłaczająca. Zasikam dłonie w pięści aby się nie trzęsły.
To tylko tymczasowe. Tymczasowe. Za niedługo wrócę.
Opadam na futon, chowając głowę w kolanach. Oddycham ciężko, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam oczy by ustrzec się od koszmarnych obrazów przepływających przez mój umysł. Całkowicie pusty pokój. Liścik. Garść drobnych. Samotność.   
Weź się w garść.
Rozlega się dzwonek telefonu. Od razu kieruję na niego zdziwiony wzrok. Spodziewam się nazwiska szefa, a kiedy widzę ‘Omitsu Adachi’ przez myśl przebiega mi chęć odebrania. Szybko tłumię ją w sobie. Kiedy muzyka cichnie, ekran się wygasza, a cały pokój pogrąża się w ciemności deszczowych chmur. Po chwili jednak słyszę głos.
- Halo? – rzuca kobieta pytająco. – Nie wiem co się dzieje, ale powinieneś się z nami kontaktować. – mówi na samym początku. – Wiem, że przez miesiąc nie ma żadnego progresu, ale… - urywa, jakby szukając słów. – Ale musisz być cierpliwy. Nie możesz teraz wrócić. – mówi stanowczo. Podnoszę głowę i spoglądam na telefon. Omitsu bierze głęboki oddech. Po moich plecach przebiega dreszcz, jakby na znak złej wiadomości. Nim usłyszę wyjaśnienie, rozszerzam oczy z przerażenia. – Chyba wybuchła wojna, Tsuneari.
Wiadomość się kończy. Nie ruszam się, drżąc na całym ciele. Łapię się za głowę, patrząc się przez palce. Wiem, że moje ciemnobrązowe oczy są rozszerzone z przerażenia. Serce mi łomocze.
Wojna.
Opadam na futon, patrząc się pusto w sufit. Niebieskie, inteligentne oczy, które tracą życie. Kasztanowłosą dziewczynę umierającą w ramionach długowłosego mężczyzny. Rudowłosą kobietę, która od tamtej pory się nie uśmiechnęła. Lekarza z krwią na rękach.
Ostatnia bitwa przyniosła wiele śmierci, krwi i łez.
Teraz nadciąga kolejna.
Biorę głęboki oddech, zrywam się na nogi. Przewieszam sobie pochwę z mieczem przez ramię. Jeśli sytuacja się nie rozwija, sam ją sobie rozwinę.
***
Mężczyzna stoi przy samym rogu budynku, blisko wylotu z zaułka. Oddycha miarowo, mimo iż ubranie mokre od ciągłego deszczu obkleiło całe jego ciało, wprowadzając chłód. Nie zwraca uwagi na mijających go ludzi, cały czas nasłuchując.
- Twoje postępowanie jest podejrzane.
Po głosie rozpoznaje 18-latka z Harikenu. Matsuki Daishi.
- Może i jest, ale mam własne powody.
- Nie interesują nas twoje powody. Masz nas natychmiast przepuścić. – W stanowczym dziewczęcym głosie rozpoznaje Suzuko Ashidę. Jeśli jest ona, obok na pewno stoi jej młodszy o rok brat – Satoru. Kim więc jest 4 osoba?
- A jak nie przepuszczę? – rzuca kpiąco.
- Jak nie… - Koichi upewnia się, że to Satoru. Słyszy dźwięk wysuwanego ostrza. Kręci z rezygnacją głową. Wolałby by nie doszło do walki.
- Spokojnie, spokojnie… Wyświadczam przysługę staremu znajomemu.
- Skończ pieprzyć. – warczy dziewczyna. – I tak tylko obserwujemy.
- I dlatego grozicie mi mieczem? – Koichi powstrzymuje się by nie parsknąć śmiechem. Od razu poważnieje, jeszcze bardziej się przybliżając.
- Nie gadaj głupot, Kuno. – Matsuki wraca się do niego po nazwisku. – Satoru, schowaj broń. – rozkazuje stanowczo koledze. – Nie igraj z Hariken, nie radzę.
Koichi rozszerza oczy ze zdziwienia. Czyli on nie był z Hariken? Więc nie wszyscy z Jishinu pobiegli za dziewczynami. W takim razie dla kogo byłoby przysługą zagadanie tej trójki? Na pewno nie dla nich, bo Jishin woli rozwiązania natychmiastowe. Czyżby… dla Kaminari?
Brązowowłosy kręci głową. To niedorzeczne.
- Ty… - mężczyzna mógł przysiąc, że czuje wzrok jakim obrzuca go Suzuko. – Oni nie wiedzą, gdzie jesteś, prawda?
- Poniekąd. – odparł luzacko. Kim on jest? - Możecie wracać do domu.
Trójka przyjaciół patrzy się po sobie. W sposobie bycia tego chłopaka było coś podejrzanego. Żadne z jego działań nie dawało jasnego światła na obrót sytuacji. Matsuki w końcu westchnął cicho, kręcąc głową.
- Niech będzie – mówi jak gdyby nigdy nic. Koichi prawie wychyla się by upewnić się, że to ten sam Matsuki Daishi co zawsze. Mężczyzna nie chce uwierzyć w tak łatwe zrezygnowanie, nawet na człowieka dla którego wszystko jest upierdliwe. – Satoru, Suzuko, idziemy. – odwraca się, wchodząc w cień uliczki. Dziewczyna podąża za nim niepewnie. Chłopak tasuje członka Jishinu swoimi bursztynowymi oczami. Rzuca coś cicho, tak że Koichi nie rozpoznał słów, po czym rusza szybkim krokiem za przyjaciółmi.
Mija parę minut, Hariken się oddala. Brązowowłosy ma mętlik w głowie, nie rozumiejąc nic. Matsuki nigdy by nie zrezygnował. Nie, ta trójka by tak łatwo nie popuściła. 2 lata temu prawie doszło przez ich upór do bitwy, a i tak nie chcieli odpuścić. Kim był ten facet? Jakie ma zamiary?
Miał już powoli się wycofywać by dołączyć do Juna i Meijiego, ale zatrzymało go pytanie, które zamroziło mu krew w żyłach:
- Pokażesz się w końcu, zabójco z Kaminari?
Koichi zastygł w pół kroku, marszcząc brwi. Dłuższe, brązowe włosy opadły mu na twarz, przysłaniając oczy o podobnym odcieniu. Przestał oddychać, czekając w napięciu.
- I tak wiem, że tam jesteś.
Mężczyzna prostuje się. Sięga przez ramię i płynnym ruchem dobywa ostrza. Kiedy już ma ruszyć na wroga, zatrzymuje się. Jak długo tamten zdaje sobie sprawę z jego obecności? To samo daje już dużo do myślenia, a zuchwalstwo by kazać pokazać się szpiegowi, narażając się na walkę jest podejrzane. Za jak silnego on się uważa?
- Śpieszy mi się, nie wolałbyś dołączyć do swoich kumpli?
Koichi zaciska zęby, uspokajając oddech i tętno. Ściska mocniej rękojeść, kiwając do siebie głową na znak rozpoczęcia po czym skręca gwałtownie w zakręt. Jeden krok. Przygotowuje się do zamachu. Drugi. Mężczyzna rozszerza oczy ze zdziwienia. Trzeci krok. Koichi bierze zamach, pewien, że pojedynek skończy się bez walki.
- Mam cię – rzuca cicho, z triumfalnym uśmieszkiem. Słysząc szczęk metalu, na twarz wstępuje mu wyraz niedowierzania. Facet blokuje jego cios od niechcenia. Koichi mruga kilka razy, upewniając się, że to prawda. Po chwili otrząsa się z szoku i odskakuje na kilka kroków.
- No, w końcu się pokazałeś. – rzuca nieznajomy. Koichi przybiera pozycję do ataku, ale on chowa miecz i szybko podnosi dłonie do góry. – Spokojnie, spokojnie, spokojnie, spokojnie! – Koichi patrzy się na niego jak na debila. Prostuje się, opuszczając przy tym miecz. Obserwuje człowieka stojącego przed nim.
Na oko jest może w wieku Ryutaro. Jest jednak dużo wyższy od lekarza, prawie dorównujący mu wzrostem. Jego czarne włosy, rozwichrzone na  wszystkie strony, opadają na ramiona, nadając mu wygląd gwiazdy rocka. Mimo sympatycznego uśmiechu i delikatnych ruchów w jego oczach jest coś niepokojącego. Są w odcieniu złota i patrzą się na niego z dozą podziwu. Jednak jeśli on patrzy się w nie, czuje jakby tonął. Inną cechą charakterystyczną jest srebrny kolczyk w dolnej wardze, pobłyskujący złowrogo.
Koichi usiłuje przypisać jego wygląd do jakiegokolwiek opisu przeciwników. Marszczy brwi sfrustrowany, nie mogąc go z nikim skojarzyć. Przybiera groźną minę i obrzuca go morderczym spojrzeniem. Ten jednak nie reaguje na nie, dalej się uśmiechając.
- Kim jesteś? – warczy do niego lodowato. Chłopak nadal gestykuluje rękoma uspokajająco, w geście poddania. Uśmiecha się czarująco, kłaniając się lekko.
- Ryuji Kuno. Z Jishinu. – na nazwę organizacji, Koichi znów jest gotów poderżnąć mu gardło bez mrugnięcia okiem. – Spokojnie, spokojnie, nie jestem tu by walczyć. Chociaż walka z jednym z ‘Trójki’ byłaby intrygująca… - dorzuca cicho, przybierając przerażający wyraz twarzy. Koichi mimowolnie się wzdryga.
- Czego chcesz? – zadaje kolejne pytanie, już trochę spokojniej. Ryuji z powrotem ma życzliwy wyraz twarzy.
- Jak już słyszałeś, Koichi-sama, wyświadczam przysługę staremu znajomemu. Może to trochę dziwne, ale jeśli ci się śpieszy to nie mam zamiaru walczyć. Chcę jedynie wrócić już do naszej siedziby i cieszyć się tym dniem. – przeciąga się leniwie, a jego złote oczy błyskają w ciemności. – Jakoś nie uważam mordowania dziewczynek za romantyczne.
Koichi patrzy się na niego jak na wariata. Stara się nie brać jego słów do siebie, ani ich nie interpretować. To tylko jakiś dzieciak ze zrytą psychiką. Ryuji jakoś nie oczekuje odpowiedzi i mija go spokojnie.
- Nie mam nic do was, Kaminari – rzuca i odchodzi. Koichi w pierwszej chwili chce za nim pobiec, śledzić go, jednak przypomina sobie o założeniu misji. Jun i Meiji mogą potrzebować wsparcia. Tego typa można sprawdzić później.
Poprawia kaburę z mieczem i rusza biegiem w stronę Parku Unane.
***
Drobne ciało dziewczyny leży na ziemi, obmywane z krwi strugami deszczu. Powieki przysłaniają oczy w odcieniu nocnego nieba, a klatka unosi się i opada nierównomiernie. Z otwartej rany na brzuchu sączy się krew.
Takahiro podtrzymuje swojego rannego bliźniaka i ze spuszczonymi głowami patrzą się na ciało Ichigo. Dziewczyna, straciwszy dużo krwi, zemdlała. Jej spokojna twarz, jakby nieświadoma czyhającego niebezpieczeństwa była okryta błogim spokojem. Wyglądała teraz na starszą. Takahide rozmył się wzrok, choć został przez nią zraniony. Mimo wszystko to jeszcze dziecko.
Nad ciałem stoi wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Tlenione włosy oblepiają mu twarz, okalając bezlitosne błękitne oczy oraz triumfalny uśmiech. Prychnął, po chwili śmiejąc się głośno. Bliźniacy popatrzyli się po sobie ze zrozumieniem. Skrycie obrzucili swojego dowódcę spojrzeniem pełnym odrazy.
- No i co mi teraz zrobisz, co? – Shigeo prycha ponownie, kpiąco patrząc się na nieprzytomną Ichigo. – Nic już nie zrobisz, suko. – zniża głos, a rudych mimowolnie przechodzi dreszcz. Takahiro odmawia krótką modlitwę, tak jak za każdym razem, kiedy kogoś zabijają. – To za mojego ojca, Kanegawa – rzuca jeszcze cicho i bierze szeroki zamach.
Przez jego twarz wędruje szaleńczy uśmiech, a we wcześniejszych bezlitosnych oczach jest jedynie mord. Napina wszystkie mięśnie, wkładając całą siłę w ten cios. Opuszcza miecz, ze świstem tnąc powietrze.
Kiedy ostrze mknie ku bezbronnej, nieprzytomnej dziewczynie, Jishin jest pewny swojej wygranej. Jednak kiedy słychać głośny zgrzyt metalu o metal, a miecz Shigeo, robiąc wcześniej obroty w powietrzu, spada z głośnym brzękiem na ziemię, bliźniacy podnoszą zdziwieni głowy. Na twarzy błękitnookiego maluje się najpierw niedowierzanie, a potem zimny gniew.
- Łapy. Przecz. Od. Ichigo-chan. – cedzi przez zęby Meiji. 25-ciolatek, posławszy broń przeciwnika kilka metrów dalej, kieruje swoje ostrze w stronę gardła wroga. Stoi metr za nim, skorzystawszy z rozproszenia związanego ze zbytnią pewnością siebie. Nachyla się lekko i szepcze do uszu mężczyzny. – Zarżnę cię gołymi rękoma, Taichi.
Na dźwięk swojego nazwiska mężczyzna spina się. Zwija dłoń w pięść i ryzykując ciętą ranę, odwraca się zwinnie, celując w głowę Meijiego. Tamten jednak spodziewając się gwałtownej reakcji, blokuje od niechcenia cios. Ich oczy się krzyżują. Bezlitosny, przeszyty szaleństwem, błękit oczu Shigeo oraz piwne, pełne nienawiści i odrazy, inteligentne oczy Meijiego. Shigeo góruje nad nim wzrostem jak i umięśnieniem.
- Meiji! – rozlega się cichy okrzyk Juna. Wszyscy kierują wzrok w stronę najmłodszego spośród nich. Bliźniacy dopiero teraz zdali sobie sprawę, że blondyn stoi za nimi, celując sztyletami w ich głowy. Takahiro od razu chce sięgnąć po miecz, jednak czując ukłucie, zamiera. – Nie tak prędko, Takahide.
- To ja jestem Takahide, Jun-kun. – oznajmia ranny bliźniak. Jun obdarza obu sfrustrowanym spojrzeniem.
- Mniejsza z tym! – przytyka sztylet również do głowy Takahide. – Jeden podejrzany ruch, a wytnę wam mózgi! – bulwersuje się chłopak. Jego sterczące blond włosy opadają mu na niebieskie oczy.
Meiji kręci głową z dezaprobatą. Błyskawicznym ruchem chowa miecz do pochwy, po czym tą samą ręką chwyta nadgarstek Shigeo. Nim tamten zdąży zareagować, czarnowłosy stosuje dźwignię i wprawnym ruchem przerzuca go przez ramię. Upadając na chodnik, mężczyzna wydaje stęknięcie.
- Możesz sobie być nawet tym pieprzonym zastępcą, Taichi – każde słowo cedzi przez zaciśnięte zęby, przepełniając je trucizną. – Zabiję każdego kto skrzywdzi moich towarzyszy. – ton jego głosu, zazwyczaj wesołego i ciepłego, powoduje ciarki.
- Przerażający – mruczą w tym samym momencie bliźniacy i Jun. Blondyn od razu na siebie warczy, zwalczając chęć by przesunąć dłonie do przodu o kilka centymetrów, zadając cios w punkty witalne rudzielców.
Kiedy umięśniony mężczyzna chce się podnieść, Meiji od razu podsuwa mu ostrze pod gardło. Nikt nie zdążył zorientować się kiedy ponownie go wyciągnął.
- Ani drgnij. – rozkazuje, wyciągając otwartą dłoń wysoko nad głowę. Porusza ustami, licząc sekundy. Po około minucie czekania w napięciu, mruży piwne oczy. – Koichi się nie wyrabia? – mruczy. Jak na zawołanie z ulicy zza nich wypada mężczyzna. Dłuższe, brązowe włosy oblepiają mu twarz.
- Na rozkazu, szefuńciu! – woła, wpadając jak burza pomiędzy wrogów. Zatrzymuje się przy leżącej czarnowłosej. Kuca, odgarniając czule włosy z jej twarzy, po czym zaciska zęby i rzuca nienawistne spojrzenie w stronę Shigeo.
- Powinieneś go zabić, Meiji. – cedzi.
- Ruchy, Koichi. – mówi spokojnie czarnowłosy, nie odrywając opanowanego wzroku od błękitnookiego. Mężczyzna patrzy na przyjaciela, wzdychając krótko. Schyla się i bierze na ręce dziewczynę. Jej wiotkie ciało, zimne i mokre od deszczu i krwi, niknie w jego ramionach. Rzuca przelotne spojrzenie Junowi.
- Nie śpieszcie się. – uśmiecha się przyjacielsko. – Też chcę się trochę zabawić. – Jego twarz przybiera przerażającą maskę, która niknie, kiedy ściska dziewczynę. Kiwa głową Meijiemu i zaczyna biec przed siebie.
Czarnowłosy czeka aż przyjaciel zniknie za zakrętem i odsuwa miecz od gardła wroga. Tnie wprawnie 2 razy powietrze, po czym chowa broń do pochwy. Kiwa głową w stronę blondyna. Jun kilkoma zwinnymi ruchami przemierza niepostrzeżenie do towarzysza. Takahide obraca się zdziwiony, w ogóle niezdający sobie sprawy z poczynań wroga. Obrzuca Juna podejrzliwym spojrzeniem.
Shigeo podnosi się z godnością, cały czas bijąc się wzrokiem z Meijim. Mężczyźni śledzą każdy, najdrobniejszy ruch. Błękitnooki podchodzi do swojej broni, leżącej kilka metrów dalej. Podnosząc ją, obkręca ją tak, by zobaczył w niej swoje odbicie. Zastyga na chwilę, zastanawiając się nad dalszym postępowaniem.
- Nawet o tym nie myśl, Taichi – mówi szorstko Meiji. Zabójcy stoją z założonymi rękoma, prawie stykając się ramionami. Zdrowszy bliźniak sięga przez ramię po miecz. – Mówię serio. Weasleyowie są ranni, a ty jesteś jeden. Decyzja jest prosta. – rzuca mu wyzywające spojrzenie, ale Shigeo nie ugina się pod nienawiścią w nim zawartą. Patrzy się śmiało w piwne oczy Meijiego. – Honor albo życie.
Mężczyźni mierzą się wzrokiem. Bitwa spojrzeń wyraża więcej niż słowa. Shigeo w końcu odchyla głowę do tyłu, uśmiechając się.
- Czemu Ryuji zawsze działa na własną rękę, co? – mamrocze pod nosem. Jun już miał rzucić kąśliwą uwagę, ale rozległ się dzwonek. Bliźniacy popatrzyli się po sobie pytająco. Shigeo prycha, z irytacją odbierając telefon. Słucha przez chwilę, rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę zabójców z Kaminari. Na końcu uśmiecha się kpiąco i rozłącza się. – Heheheh…
- Nie rżyj. – mówi zniecierpliwiony Jun. Wszyscy patrzą się na niego ze zdziwieniem, włącznie z jego przyjacielem. – Ogarnijcie się w końcu, nie mam zamiaru sterczeć tu godzinami. W deszczu.
- Takahiro, Takahide. – mówi poważnie Shigeo, nadal mierząc się wzrokiem z Meijim. – Zbieramy się. – chowa miecz do pochwy, zakładając potem ręce. Podnosi pytająco brew, spostrzegając nadbiegającego bruneta. – Moja zemsta tylko się odwlecze. Za niedługo znów skrzyżujemy ostrza, Meiji.
Cała trójka odwraca się i odchodzi. Błękitnooki, choć cały czas zachowywał się z godnością, jest spięty, a ręce zwinął w pięści. Idzie szybkim krokiem, zostawiając w tyle wleczące się rodzeństwo.
‘Święta Trójca’ stoi obok siebie nic nie mówiąc. Odprowadzają wzrokiem morderców z Jishinu, myśląc o słowach Shigeo.
Znów skrzyżujemy ostrza.
- Jun, Koichi – mówi Meiji. Jego głos powoli wraca do normalności, a piwne oczy są pełne wesołości i życia. – Wracamy.
- Tak jest. – oznajmia leniwie Jun i ruszają do umówionego miejsca. Koichi zostaje osłupiały w tyle, jeszcze dysząc po biegu. Spogląda na dwójkę przyjaciół z rozpaczą w brązowych oczach, wskazując przy okazji na wrogów.
- No chyba nie. – mówi z niedowierzaniem. – Ale przecież…
- Koichi, ogarnij się – rzuca Meiji przez ramię. Jego piwne oczy śmieją się. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
- Zostawimy cię jak się nie ruszysz. – dodaje Jun.
Brunetowi opadają ręce, spuszcza głowę. Przeczesuje jednak swoje długie włosy i kieruje się szybkim krokiem za dwójką towarzyszy.   
__________________________________________________________________

Witajcie!
Jednak udało mi się skończyć rozdział przed końcem miesiąca. Pojawia się ponownie Tsuneari <w końcu>. No i jakoś tak ominęłam perspektywę Ichigo. W sumie na początku miała się budzić w tym rozdziale, ale tak jakoś zeszło na 7 stron i będzie w kolejnym :D
Pozdrawiam <3

19 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 10 ~ Brzęk ostrzy

Rozdział 10
Brzęk ostrzy


Wychylam się ostrożnie, rzucając ukradkowe spojrzenia na mijających nas ludzi. Część nie zauważa dwóch dziewczyn skrytych w cieniu budynków, a inni posyłają nam lekko zdziwione spojrzenia, po czym tracą zainteresowanie i wymazują nas z pamięci, zajęci swoimi sprawami. Niezdający sobie sprawę jak blisko są zderzenia z ‘drugim światem’.
Kiedy nie dostrzegam znajomych twarzy z Jishinu, lekko rozluźniam mięśnie, odprężając się. Mimo, że zdaję sobie sprawę, że to niezbyt mądre kiedy muszę być w każdej chwili gotowa do walki, zwłaszcza z dużo silniejszym przeciwnikiem. Jednak kiedy Ayako oznajmiła iż wyślą do nas posiłki, poczułam znaczną ulgę, a niewyjaśniona chęć rozlewu krwi została zagłuszona.
Dziewczyna macha w moją stronę ręką, nakazując bym się zbliżyła. Rzucam jeszcze badawcze spojrzenie przechodniom i zastygam na moment widząc rudą czuprynę. Kręcę głową i szybko chowam się do cienia.
- Nie oglądaj się. – rzuca cicho dziewczyna na sam początek. – Meiji i reszta już są. – oznajmia, ale poważny wyraz jej twarzy nie zapowiada nic dobrego. Prostuję się, znów napinając wszystkie mięśnie, gotowa by zacząć walczyć.
- Gdzie teraz są? – rzucam na sam początek, jakby niedbale. Ayako kieruje wzrok za mnie.
- Za gzymsem dachu na budynku przed nami. – oznajmia. Zwalczam pokusę by się nie odwrócić. – Tylko, że…
- Jishin nas namierzył, prawda? – przyciszam swój głos do minimum. Moje granatowe oczy wyglądają jakby ktoś zamroził noc. Ayako kręci głową.
- Nie do końca. – odpiera, wyłamując sobie palce ze stresu. – Są na tej ulicy, ale nie wiedzą gdzie my jesteśmy, ani że Meiji, Koichi i Jun tu są. – mówi dalej. Wiedziałam, że nie pomylę tych rudzielców, myślę. Zauważam też, że Ayako lekko drży. Jestem ciekawa czy to z zimna, emocji lub raczej ze strachu. We mnie uderza jedynie adrenalina na zmianę ze stoickim spokojem.
- Chodzi o to, że mamy towarzystwo. – dodaje słabym głosem. Zastygam na ułamek sekundy, przestając myśleć. Mimowolnie kieruję spojrzenie na 3 nastolatków, którzy wydawali mi się znajomi. Moje spojrzenie krzyżuje się na chwilę z bursztynowymi oczami blondyna.
- Hariken – wypowiadam cicho. Przechodzą mnie dreszcze i z zdziwieniem stwierdzam, że to z podniecenia niż ze strachu. Chcę z nimi walczyć. Muszę. Ayako patrzy się prosto w moje świecące z emocji oczy. Jej szarozielone oczy są stanowcze, całkowicie odbiegając od jej mizernej postury i drżących warg.
- Szczerze to mogłabyś z nimi walczyć. – mówi ku mojemu zdziwieniu. Chcę się odezwać, jednak dziewczyna ciągnie dalej. – Jednak jesteśmy przyjaciółkami, dlatego nie mogę pozwolić ci zginąć, jasne? – kończy, ściskając mnie za ramię.
Mimowolnie odwracam wzrok i niechętnie przytakuję. Ayako chce mnie jedynie chronić, chyba lepiej zdając sobie sprawę co przeżywa teraz moja psychika niż ja. Na zmianę czuję żądzę krwi i przerażenie. I wiem, że gdyby mi pozwoliła wybrałabym walkę, pomimo braku szans. Moje ciało pali się do starcia, jednak powtarzam sobie, że zginę od razu i nie dopełnię zemsty.
Zemsta. To mój jedyny cel. Tylko i wyłącznie zemsta.
- Więc jaki mamy plan? – pytam tylko,  a widząc uspokojoną twarz Ayako, mimowolnie czuję ciepło na sercu. Nadal nie wiem jak ona przez tak długi czas zachowała tyle emocji, gdy ja w przeciągu kilku miesięcy, walczę zażarcie o każdy przejaw zwykłych emocji.
- Nie wiemy czy Hariken się zaangażuje. Mamy 30% szans, że wyminiemy się z Jishinem, ale drogę zajdzie nam Hariken. Jest też możliwość, że obie organizacje zaczną walczyć ze sobą, ale po naszej wcześniejszej misji to wykluczam. – dziewczyna pobieżnie przekazuje mi najważniejsze informacje. – Plan mamy od Głównego Stratega, Uetake. Według niego musimy odciągnąć ich od zaludnionych ulic, by zmniejszyć prawdopodobieństwo wezwania policji. Na znak wybiegniemy stąd i pognamy tak prędko jak się da na ulicę Y. Chłopaki kryją nam tyły. Jeśli rozegramy to szybko, zwiniemy się bez konfrontacji z Jishinem i Harikenem. Ale jeśli nie to… - urywa w połowie, pozwalając bym sama sobie dopowiedziała koniec zdania. Kiwam głową, rozumiejąc sens planu. Mimo iż obecnie mamy przewagę, 4 dorosłych mężczyzn nie należy do najłatwiejszych do pokonania.
- Dobra, może być. – stwierdzam i szukam wzrokiem gzymsu. Dostrzegam tlenione, blond kosmyki Juna i oczekuję znaku. Ayako również podnosi głowę, czekając. Kątem oka dostrzegam jej psotny uśmiech.
- Nie może być. Musi być. – prycha. Uśmiecham się, uspokojona rozluźnieniem przyjaciółki. Nie zbyt dobrze byłoby z przerażoną Ayako. Staram się ignorować mocno zaciśnięte pięści dziewczyny.
Po kilku sekundach zdających się być wiecznością, znad gzymsu wychyla się Koichi. Napotyka nas wzrok i w jakiś krzepiący sposób kiwa nam głową. Po chwili wyciąga rękę z wyprostowanymi palcami. Na początku rzucamy sobie z Ayako pytające spojrzenie, jednak kiedy ugiął pierwszego palca, zrozumiałyśmy. Odliczanie.
Wypuszczam ze świstem powietrze.
Trzy.
Ayako coś mamrocze i głośno połyka ślinę. Od razu jednak nakłada maskę lodowatego spokoju.
Dwa.
Obie napinamy mięśnie gotowe do nagłego zrywu.
Jeden.
Mimowolnie proszę by doszło do starcia.
Start. Zrywamy się od razu i jak torpeda wypadamy z zaułka. Jezdnia jest mokra, ledwo wyrabiam się na zakręcie. Kątem oka dostrzegam ruch na dachu. Chłopaki też ruszyli. Przyśpieszam. Ayako gnana nagłym przypływem adrenaliny jest kilka metrów przede mną.
Wpadam na jakiegoś drobnego, niskiego szatyna. Jęczę, przypominając sobie o ranie, ale mruczę jakieś przeprosiny. Moje słowa jednak urywają się w połowie, kiedy nasz wzrok się krzyżuje. Od razu rozpoznaję najmłodszego z Jishinu. Tego, który nas nie zdradził. Tego, który teraz pokazuje mi język.
Wiem, że na mojej twarzy jest wymalowane przerażenie i przyśpieszam do granic swoich możliwości. Liczę sekundy, jednak nie słyszę pościgu. Dlaczego on…?
Słyszę przekleństwo Ayako, dostrzegając szefa całej bandy pędzącego po ukosie w naszą stronę z krótkim, niewidocznym mieczem. Dziewczyna skręca, a ja sięgam przez ramię po miecz. Shigeo Taichi mnie nie zauważył, a ja skorzystawszy z okazji, niezgrabnie wytrącam mu broń z dłoni, powodując nacięcie dłoni i długi lot ostrza. Nasze oczy spotykają się na moment. Moje puste, a jego przepełnione wściekłością. Mężczyzna jednak zatrzymuje się, wracając po broń. Zrywam się w stronę przyjaciółki, łapiąc ją za rękę i odciągając w najbliższy zakręt.
- Co ty…? – rzuca z oburzeniem, sapiąc. Widząc jednak moją zdeterminowaną minę urywa w połowie, oczekując wyjaśnień.
- On się odwrócił, a ja skorzystałam z okazji by umkną im na moment. To gdzie miałyśmy się kierować?
- Jesteśmy przy szpitalu Tamagawa… Park Unane… - rzuca Ayako. Kiwam głową i przyśpieszam. Wypadamy z ciągu ulic na pustą drogę.
Znajome otoczenie przyprawia mnie o nagły zawrót głowy. Przez lata bawiłam się w pobliżu tego parku, chociaż mieszkałam nieopodal Parku Leśnego Higashitakane. Dom, szkoła, przyjaciele. Czuję, że w oku zakręciła się łza, a ja łapię drżąco powietrze. Przed oczami stają mi moi starzy znajomi. Od pamiętnego wieczora ich nie widziałam. Na pewno się zamartwiali, a teraz sądzą, że nie żyję. Powinnam…
Do porządku sprowadza mnie kolejny napływ deszczu, tnąc mi w oczy. Daleko za sobą słyszę tupot. Czyli już wybiegli. Mimo wszystko nasza przewaga jest znacząca, choć teraz liczą się sekundy. Obracam się i widzę Shigeo i jednego z rudych bliźniaków. Młody nawet nie majaczy się w oddali. Z początku chcę odetchnąć z ulgą, ale przychodzi mi na myśl coś innego. Blednę, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Czując, że muszę ostrzec Ayako, obracam się i na nią wpadam.
Dziewczyna jest wyprostowana jak struna. Oddycha ciężko, naprężając wszystkie mięśnie przy napinaniu łuku. Z jej oczu odpłynął szary odcień, pozostawiając dziką zieleń. Na twarzy maluje jej się spanikowanie. Celuje drżącą ręką do przeciwnika biegnącego do nas z przodu. Drugiego bliźniaka.
- Otoczyli nas – mówi jakby od niechcenia. Niestety wiem, że tylko sili się na spokojny ton,  w środku cały czas zwiększa się paniczny strach. Obracam się od niej, opierając się o jej plecy swoimi. Widząc wariackie oczy Shigeo, nieuchronnie się do nas zbliżającego, czuję narastające przerażenie. Jednak wyczuwszy drżenie ciała dziewczyny, lodowacieję w ułamku sekundy. Muszę być silna. Tak jak nielicznych wcześniejszych misjach. Muszę walczyć. To ja jestem szermierzem, nie Ayako.
- Tak w ogóle, Ayako – zagaiłam. – Czemu akurat łuk?
- Heheh – koleżanka zaśmiała się krótko w odpowiedzi, drapiąc w tył głowy. – Mam świetny wzrok i cel, a z moją siłą nigdy nie było najlepiej… - odwróciła wzrok, lekko się rumieniąc. – Nie miałam siły utrzymać miecza. Głupie, co nie?
Kręcę głową z powagą patrząc się w oczy brązowowłosej.
- Wcale nie. Bronienie kogoś z dystansu jest bardzo trudnym zajęciem. – mówię. – Uważam, że jesteś genialna, Ayako.
Przed oczami przebrnął mi tamten fragment naszej starej rozmowy. I zdaję sobie sprawę o co chodziło jej z określeniem ‘głupie’.  To nie było do ramowych misji, takich jak początek naszej, kiedy dziewczyna odwaliła połowę roboty, zestrzeliwując przeciwników i kryjąc mi plecy. Odnosiło się do właśnie takich momentów. Kiedy coś pójdzie nie tak, a ona nie może się bronić. Musi jedynie liczyć na towarzyszy.
Analizuję jeszcze przez moment wszystko. Jej charakter, śmiech, zachowanie. Fakt, że jest moją przyjaciółką. Zaciskam zęby. Jishin jest już kilka metrów od nas. Trzeba podjąć decyzję, na którą nie mogę się zdobyć.
Albo zginiemy obie, albo jedna z nas przeżyje.
Mam rodziców przed oczami i ogarnia mnie gniew. Sięgam przez ramię i wyciągam miecz, płynnie tnąc powietrze. Podczas gdy po lśniącym ostrzu spływa pierwsza kropla deszczu, myślę, że podjęłam decyzję. Uciszam sumienie. Po czym przypominam sobie pełen czułości wzrok Ayako kiedy opowiadała o swojej rodzinie.
- Ayako. – rzucam przez ramię. – Jak dam ci znak, masz uciekać, jasne?
- Ale… - dziewczyna oponuje. Przerywam jej, wiedząc, że nie mamy czasu na sprzeczki.
- Musisz, jasne? Dla swojej rodziny. – Czuję, że przyjaciółka kiwa głową. Nie widzę spływającej po jej policzku łzy.
Napinam wszystkie mięśnie, wyrzucając zbędne myśli z głowy. Patrzę się w oczy przeciwnikowi wyzywająco. Przenoszę ciężar na drugą nogę.
Obym nie żałowała swojej decyzji.
***
- Oj, Koichi, pośpiesz się! – woła Meiji.
- No nie moja wina, że mam lęk wysokości! – odkrzykuje i szuka stopą oparcia. Natrafia na parapet, po czym płynnie się na niego opuszcza.
- Właśnie, że twoja! Rusz się, do jasnej cholery! – krzyczy do niego Jun.
Koichi warczy coś w odpowiedzi. Stoi na parapecie na wysokości pierwszego piętra. Patrzy się w dół, na dwójkę przyjaciół i biorąc głęboki wdech odbija się. Słyszy jakieś mruknięcie Meijiego. Leci przez kilka sekund w dół, po chwili lądując na ziemi. Siła uderzenia rozchodzi się po jego łydkach, ale nie krzywi się.
- Skończyłeś już pokazywać łał-umiem-skoczyć-z-pierwszego-piętra-umiejętność? – rzuca Meiji, wyraźnie znudzony popisem kolegi. Jego czarne włosy, mokre od deszczu przyklapły i opadły na czoło.
- Skończyłem. – rzuca w odpowiedzi i przeczesuje włosy palcami. Długie, brązowe kłaki kręcą się od wilgoci i zakrywają mu oczy.
- Ranyyy… - jęczy Jun. – W tym tempie to nigdy…
- Ogarnijcie się w końcu i chodźcie! – rzuca czarnowłosy i rusza przed siebie. Pozostała dwójka patrzy się po sobie, przy czym wzruszając ramionami, ruszają za swoim dowódcą.
Deszcz zaczął bębnic mocniej o chodnik, kiedy wybiegli z uliczki. Minęli kawiarnię, w której siedzieli ludzie z Hariken, a Meiji posłał tam ciekawskie spojrzenie. Jednak w środku nikogo nie było. Przeklnął.
- Nie ma ich. – rzuca przez ramię.
- Czyli się włączają w naszą akcję? – pyta Jun.
- Nie wiem. – Meiji wzrusza ramionami. – Od początku nic nie robią.
- Może po prostu obserwują? – zastanawia się długowłosy. – W końcu to dzieciaki… - dodaje lekceważąco.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. – mruczy czarnowłosy i przyśpiesza.
Cała trójka ubrana jest w granatowe, wodoodporne kurtki i przetarte, czarne jeansy. Mają trekkingi w brązowych odcieniach, głośno odbijające się od kałuż. Od ciągłego deszczu włosy zalepiają im oczy, ale niestrudzenie biegną. O plecy obijają im się pochwy z katanami.
Ludzie mijają ich, odsuwając się z drogi. Rzucają im zaciekawione spojrzenia, ale o nic nie pytają. Nikt nie zdaje sobie sprawy z krwawej akcji, która może za chwilę się rozegrać.
Meiji skręca w szerszą ulicę i rozgląda się za dziewczynami. Miały się tu kierować. W okolicy kręci się tylko kilka osób, a deszcz ogranicza widoczność. Mężczyzna zaczyna mieć złe przeczucia. Przyśpiesza bez wyjaśnień, pędząc przed siebie bez żadnych wyjaśnień. Koichi i Jun starają się dotrzymać mu kroku, nie zauważając, że czarnowłosy się zatrzymał. Prawie na niego wpadając, Koichi rzuca z oburzeniem:
- Co znowu, Panie-musimy-się-śpieszyć?
- Cicho. – mówi tylko szeptem, a długowłosy ledwo go słyszy. Widocznie nad nim góruje swoim wzrostem. Najwyraźniej Meiji nasłuchuje. Cała trójka milknie na moment, stojąc po środku ulicy w całkowitej ciszy. Z bocznej uliczki dochodzą zduszone przez wiatr głosy. Jun trze się po karku.
- Dam sobie rękę uciąć, że słyszałem Satoru Ashidę. – stwierdza. Meiji mu przytakuje. Jego piwne oczy błysnęły, a usta wykrzywiły się w chytrym uśmiechu. Mężczyzna już miał gotowy nowy plan.
- Koichi, zostajesz tutaj. – rzuca do przyjaciela. Tamten unosi wysoko brwi, ale się nie odzywa. O nic nie pytając odchodzi od nich i kieruje się w stronę uliczki, z której dochodzi rozmowa.
- Dam wam znać jak coś usłyszę. – oznajmia, odwracając się. Jego brązowe oczy błyskają groźnie, wyraźnie ożywione przebiegiem akcji. W końcu zaczęło się robić ciekawie. Brązowe włosy, obecnie wyglądające jak mokre strąki, opadają mu na twarz, nadając jej przerażający wygląd.
Czarnowłosy kiwa głową na  najmłodszego i zaczyna biegnąć we wcześniejszym kierunku. Młody marszczy czoło, nie ogarniając planu, jednak postanawia zaufać przyjacielowi i nie zadawać zbędnych pytań. Meiji porusza ustami, niedosłyszalnie dla nikogo wypowiadając 3 słowa.
‘’Liczymy na ciebie’’
***
Obserwuję swoimi granatowymi oczami zbliżających się przeciwników. Wysokiego, umięśnionego mężczyznę o bezlitosnych błękitnych oczach i tlenionych włosach, który trzyma silnym chwytem dwa długie ostrza. Trochę niższego, ale bardziej barczystego i starszego faceta o zielonych oczach i rudych włosach z wygolonym lewym bokiem, trzymającego ciężki, obusieczny miecz.
Shigeo Taichi oraz jeden z bliźniaków – Takahide.
Rzucam spojrzenie przez ramię. Ayako celuje ostatnią strzałą w drugiego rudzielca, Takahiro. Od swojego brata różni się jedynie fryzurą. Ten ma wygolony prawy bok.
Kiedy upewniam się, że Ayako ma tylko jednego przeciwnika, biorę głęboki wdech. Łapię mocno swój miecz i ruszam w stronę wroga. Nogi same mnie niosą przed siebie. Podbiegam tak zwinnie jak tylko mogę do Takahide. Biorę zamach od dołu, a słysząc zgrzyt metalu, krzywię się. Nie udało mi się wytrącić mu broni. Nim zdąży jakoś zareagować, tnę poziomo w stronę drugiego. On paruje uderzenie bez problemu. Rzucam mu mordercze spojrzenie, odskakując do tyłu.
- Ty… - syczy błękitnooki. Mimowolnie robię krok do tyłu, trzymając miecz przed sobą. Mężczyzna, o głowę ode mnie wyższy, stoi wyprostowany i rzuca mi nienawistne spojrzenie. – Ty zabiłaś mi ojca. – rzuca lodowato i patrzy prosto w moje granatowe oczy. Dostrzegam te same emocje jakie targały mnie tamtego sierpniowego wieczora. – Zabiję cię. – dodaje jeszcze i rzuca się w moim kierunku.
Zdezorientowana paruję cios, lekko się chwiejąc. Jego wzrok mnie rozproszył. Cały czas się cofam, ledwo odbijając wciąż lecące na mnie ciosy. Shigeo cały czas zasypuje mnie burzą cięć, na zmianę każdym mieczem. Takahide czeka jedynie na dobry moment. Zdobywam się na lekceważący uśmieszek.
- Proszę wybaczyć, ale to ja zabiję ciebie. – mówię z mordem w oczach. Przepuszczam jeden cios, który, nie do końca zamierzenie, rozcina mi policzek. Czuję ciepłą krew cieknącą po twarzy, nie czując bólu. W moich żyłach krąży jedynie adrenalina. Robię zamach, i tnąc na ukos trafiam w jeden z mieczy Shigeo. Mężczyzna rozszerza oczy, wyraźnie zdziwiony moim posunięciem. Odzyskuję pewną postawę, parując tuż nad moją głową cięcie Takahide. Siła jaką włożył w uderzenie ugina mi kolana. Krzywię się.
Błękitnooki uśmiecha się szyderczo i posyła mi spojrzenie.
- Może będzie ciekawiej niż sądziłem.
Patrzę się na niego pustymi oczami, czując narastającą wściekłość. Jednak kiedy słyszę krzyk Ayako, dociera do mnie o czym mówił. Przyjaciółka chybiła i teraz jej jedyną bronią został sztylet.
- Ayako! – krzyczę, chcąc ruszyć jej pomóc. Nim zdążę pomyśleć, robię przewrót w przód, unikając ciosu Takahide. Obracam się, ściskając miecz. Zrywam się na równe nogi, widząc biegnącego w moją stronę Shigeo. Również ruszam w jego stronę. Tnę z góry, jednak on paruje bez problemu mój cios. Znowu zmusza mnie do defensywy. Każdy jego cios rozchodzi się bólem po moich ramionach.
Ayako tym czasem staje do walki z Takahiro. Mężczyzna bierze na nią zamach, przy czym trafiając w ostrze sztyletu, zwala ją z nóg. Broń nadłamuje się, a dziewczyna stara się jak może by odeprzeć atak. Podtrzymując ostrze drugą ręką, siłuje się z Takahiro, by nie przeciął jej gardła. Walczy z nim, jednak jest tylko drobną dziewczynką naprzeciw barczystego faceta. Mimo to na jej twarzy nie ma ani odrobiny strachu. Jedynie determinacja i zawziętość.
Shigeo cały czas zmusza bym się cofała. Nie mam nawet czasu zastanawiać się gdzie stoi Takahide i czy przypadkiem nie zachodzi mnie od tyłu. Mężczyzna tnie od dołu, a ostrze schodzi z mojego miecza i rozcina mi ramię. Mrużę oczy z bólu. Dziękuję w duchu, że to tylko lewa ręka. Shigeo uśmiecha się kpiąco.
- Tylko na tyle cię stać, co? – Przy każdym słowie bierze mocny zamach, a ja z coraz większym trudem paruję ciosy.
- Niech cię szlag, Taichi! – krzyczę do niego. W moich oczach maluje się jedynie gniew. Jestem taka słaba. Nie mogę nawet go drasnąć. Nie. Nie mogę nawet go zaatakować. Staram się spojrzeć przez ramię na Ayako, jednak wróg prawie wytrąca mi broń z dłoni. Nie mogę tak ryzykować.
- Nie rozglądaj się, mała, bo zrobię ci krzywdę! – śmieje się kpiąco. Po chwili jego twarz zastyga z czystą nienawiścią w oczach. – Zabiję cię, suko. I nie martw się o przyjaciółeczkę. Bliźniaki się nią zajmą.
Na liczbę mnogą drgam. Obiecałam sobie, że ochronię Ayako, ale od początku walki nie robię nic by dać jej możliwość ucieczki. Szlag by to. Jeśli do walki dołączy drugi bliźniak, dziewczyna zginie na miejscu.
Szlag by to.
Staram się skupić, przypomnieć jakieś specjalne ciosy, o których wspominała mi Mako. Cokolwiek, co pozwoli na chwilę go zdezorientować. Cokolwiek.
Shigeo tnie z lewej. Z prawej. Od dołu na ukos. Z góry. Z prawej. A potem znowu od lewej. W umyśle błyska mi jeden cios, o którym wspominała moja patronka. Czekam, aż mężczyzna powtórzy sekwencję, upewniając się, że nie zmienia ruchów. Biorę głęboki wdech i patrzę się prosto w jego oczy. Nocne niebo naprzeciw zimna lodowca.
Odstawiam lewą nogę do tyłu, lekko się obracając. Opieram ciężar na niej, biorąc szeroki zamach. Jedno z ostrzy mija moją klatkę o kilka centymetrów, a drugie przygotowuje się do zablokowania ciosu od prawej. Skręcam jednak nadgarstek, prowadząc prosto miecz. Shigeo nie zdąża odskoczyć, a ostrze mknie w kierunku jego lewego nadgarstka.
Odwracam się i rzucam w stronę Ayako. Upewniam się, że trafiłam, po brzęku miecza i siarczystego przekleństwa mężczyzny. Uzyskałam kilka cennych sekund. Jeden z bliźniaków przyszpila moją przyjaciółkę do ziemi, a drugi celuje mieczem w jej głowę. Ściskam poziomo miecz i z całej siły uderzam w żebra Takahiro rękojeścią. Kiedy słyszę trzask łamanych kości, przechodzą mnie dreszcze. Mężczyzna traci dech, upuszcza miecz i opada z hukiem na ziemię.
- Bracie! – Takahide rozproszył się, a ja korzystając z tego biorę zamach, by go zabić. Nie obchodzi mnie to kim jest, ani fakt, że nie atakuje nas, bo chce. Nie obchodzi mnie, że ma brata, o którego się troszczy. Muszę go zabić.
Jednak kiedy moje ostrze wbija się mu w brzuch, czuję ból. Rozchodzi się po całym kręgosłupie, a ja tracę równowagę. Odrywam się od ziemi i lecę w przód. Wykonuję fikołka w powietrzu i opadam twardo na plecy. Z ręki wypadła mi broń, jednak wiem, że nie znacznie przecięłam Takahide.
- No, no. – Shigeo idzie w moim kierunku wolnym krokiem, jakbym już przegrała. Podnoszę się, zaciskając zęby, szukając ręką ostrza. Kiedy nie wyczuwam rękojeści, jeszcze półleżąc rozglądam się na boki. Jest kilka metrów ode mnie. Szlag by to. – Nie pomyślałbym, że Mako-chan komuś pokaże jedną z jej ‘specjalnych’ technik. – Na dźwięk imienia mentorki, zaprzestaję gapienia się na mój miecz. Obracam głowę w kierunku wroga, posyłając mu nienawistne spojrzenie. ‘Mako-chan?’
- No nie patrz się tak na mnie. – prycha i oblizuje krew z lewego nadgarstka. Nie ma drugiego ostrza, więc skutecznie go zraniłam. Uśmiecham się pod nosem. – Nie szczerz tak gęby, mała. – Celuje mieczem w moim kierunku. Stoi zaledwie metr ode mnie. Wystarczy jeden ruch, a rozpruje mi gardło. – Jakieś ostatnie słowa? – pyta, stukając we mnie czubkiem. Przechodzi mnie dreszcz, a obraz mężczyzny się rozmywa. Najgorsze, że nie przeraża mnie śmierć, tylko fakt, że nic nie czuję. – Szybciej. – ponagla, uśmiechając się z mordem w oczach.
Jednak dzięki rozmytemu obrazowi wroga dostrzegam tło. Takahiro podniósł się po uderzeniu i teraz kręci się przy krwawiącym bracie. Ayako zaciska ręce na złamanym sztylecie, a z oczu można wyczytać śmiertelne przerażenie. Podchodzi spokojnie od tyłu do Shigeo.
Tylko, że to nic nie da. Nawet jeśli go trafi, to będzie miał dużo czasu by przeszyć ją mieczem. To samobójczy akt odwagi. Biorę głęboki wdech. Moje spojrzenie krzyżuje się na moment z szarozielonymi oczami. Uśmiecham się lekko, starając się dodać  jej otuchy, mimo iż to ja czuję narastający ucisk w gardle. Ayako rozszerza oczy i kręci głową. Zamykam oczy i nakładam lodowatą maskę. Otwieram oczy i krzyczę z całych sił:
-Wiej!!!
Ayako mruga, a oczy zachodzą jej łzami. Ciska sztyletem o ziemię i rzuca się do ucieczki. Ręce ma zaciśnięte w pięści, a głowę opuszczoną. Shigeo nie zadaje mi ciosu, tylko obraca się zdziwiony za dziewczyną, po czym patrzy się na bliźniaków. Korzystam z okazji i szarpię ciałem w stronę swojej broni. Kiedy tylko czuję rękojeść w dłoni, zrywam się na równe nogi, ignorując prawy bok oraz lewą rękę. Shigeo znów kieruje swój wzrok na mnie, a kiedy widzi mnie w pozie bojowej, obrzuca mnie wściekłym spojrzeniem.
- Takahiro. Takahide. Do mnie, natychmiast. – pomimo złości mówi spokojnie. Rudzi podchodzą i wyciągają przed siebie miecz. Jeden z nich krzywi się, a ze szramy przez środek brzucha powoli sączy się krew. – Gratuluję aktu przyjaźni, jednak za moment zginiesz, mała. – każde jego słowo przesączone jest jadem. Przełykam głośno ślinę i modlę się by nie drżał mi głos.
- Ichigo – mówię.
- Co? – mężczyzna marszczy brwi, lekko zdezorientowany. Prostuję się.
- Nie mała, tylko Ichigo. – rzucam im mordercze spojrzenie moich granatowych oczu. – Kanegawa Ichigo.
- Kanegawa? – bliźniacy rzucają sobie pytające spojrzenie, jakby słyszeli to nazwisko wcześniej. Moje serce zamiera na moment. Co jeśli…
- Hahaha!!! – Shigeo parska śmiechem. – Twoi rodzice przewracają się w grobie, widząc co… - przerywa i paruje mój cios. Uśmiech zamiera mu na twarzy kiedy widzi moje oczy. Całkowicie puste.
Nie wiem, czy to oni ich zabili. Nawet nie chcę się o to pytać. Muszę im coś zrobić. Cokolwiek. Drasnąć. Walnąć. Przeciąć.
Zabić.
Atakuję z nową siłą. Cała trójka jest zaskoczona, jednak po kilku ciosach znowu jestem zmuszona do defensywy. Skaczę w stronę błękitnookiego, po czym paruję cios jednego bliźniaka, ledwo unikając ataku drugiego. Chwieję się. Paruję mocne pchnięcie Shigeo i odskakuję od Takahide. Ostrze Takahiro mija moją głowę o kilka milimetrów. Mój miecz cały czas spotyka się z ich bronią. Nie mam nawet czasu mrugnąć. Wiem, że przegram, jednak kieruje mną teraz tylko niechęć do pogodzenia się z losem, który wybrałam. Mimowolnie prycham.
Tylko, że oni mnie nie zabiją. Ja już nie żyję. Jestem martwa od momentu, kiedy ujrzałam ciała moich rodziców. Drżę ze złości i przygotowuję się do czołowego starcia z Shigeo.
Muszę go zabić.
- Zemszczę się – szepczę, kiedy moje ostrze napotyka ostrze Shigeo. Nawet nie zauważam, że nie mam już najmniejszych szans. Takahide jest z tyłu, a Takahiro przygotowuje się do ciosu. – Zemszczę się… - szepczę jeszcze, a oczy zachodzą mi łzami. Wiem, że wyglądam żałośnie. Krzywię się, cała we krwi. Łzy spływają mi po policzkach, na jednym mieszając się z rozcięciem. W moich oczach jest rozpacz z dozą głębokiego żalu. Nim dosięgnie mnie ostrze Takahiro, opuszczam głowę, zamykając oczy. Czuję ukłucie bólu, ciągnące się przez całą klatkę. Wypuszczam miecz z dłoni. Nim spadnie na ziemię, usuwam się na chodnik.
Otwieram oczy i patrzę się na niebo zasnute chmurami. Deszcz kapie mi w oczy, a w oddali pojawia się błyskawica. Widok zasnuwa mi jednak Shigeo. Zamykam oczy, czując napływające łzy.

Jaka ja jestem beznadziejnie słaba.
________________________________________________________________

Witajcie ponownie! 
No, ten rozdział pisałam dość długo (tak prawie 2 tygodnie), jednak ma 10 stron w Wordzie. Muszę powiedziec, że jestem z siebie dumna - wkraczam w dwucyfrowe liczby. No i tak moja 'krótka historia' staje się prawie, że krótką książką. 
Życzcie mi powodzenia w dalszym pisaniu!
Pozdrawiam <3

8 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 9 ~ Decyzja

Rozdział 9
Decyzja

Biegłyśmy przez park na przełaj. Nasz pot mieszał się z przeszywającym na wskroś deszczem. Przemoczone ciuchy ciążyły i utrudniały nam ruchy. Coraz ciężej było podnosić nogi, dodatkowo obciążone traperami. Dochodziło południe ale nic nie wskazywało, że spomiędzy chmur wysunie się słońce. Chłodne powietrze przyprawiało mnie o dreszcze mimo wysiłku jaki wkładałam w bieg.
Uciekamy już od prawie godziny. Nawet nie wiemy czy nas gonią, jednak obie jesteśmy w zbyt głębokim szoku by cokolwiek do nas docierało. Prowadzę, doskonale znając otoczenie, a Ayako biegnie niestrudzenie tuż za mną. Dziewczyna w ogóle nie kwestionuje drogi, jedynie szczęka zębami z zimna.
Kiedy zbiegamy z pokaźnego pagórka, grunt ucieka mi spod nóg. Nie łapię równowagi i zsuwam się na plecach na sam dół. Oddycham ciężko i nie podnoszę się z mokrej ziemi. Po chwili przyjaciółka ląduje koło mnie. Zamykam oczy i usiłuję uspokoić oddech. Chwytam łapczywie powietrze, a mięśnie pulsują po prawie godzinnym sprincie. Napływ adrenaliny powoli się zmniejsza, a ja zaczynam odczuwać wszystkie utrudnienia: mokre ciuchy, ciężkie buty, mięśnie, zimno i zraniony prawy bok. Ból rozchodzi się po całym tułowiu. Łapię się za niego i choć jestem przemarznięta, czuję gorącą skórę.
- Chwila… przerwy… proszę… - sapie obok mnie Ayako. Przewiązuje na szybko warkocza, wyciskając z niego wodę jak ze szmatki.
Kiwam tylko twierdząco głową. Zaciskam zęby i podciągam koszulkę. Zdarta skóra ma średnicę co najmniej 10 centymetrów, a wokół tworzy się siniak, już w kilku miejscach fioletowy. Kiedy deszcz obmywa ranę, wydaję z siebie westchnienie ulgi. Opadam na ziemię i zamykam oczy.
- Źle to wygląda… - mruczy Ayako. Nie wiem czy mówi o naszej sytuacji czy o mojej ranie. Tak czy siak, i to, i to jest nieciekawe.
- Musimy iść dalej… - stwierdzam słabo. Jestem wycieńczona, adrenalina całkowicie mnie opuściła. – Weź sprawdź czy nas gonią…
Ayako kiwa głową i oddala się na kilka metrów. Wychyla się zza pagórka ostrożnie i obserwuje. Stoi tak kilka sekund po czym wzdryga się. Nim zdąży zerwać się do biegu, powoli wstaję na nogi. Po minie dziewczyny wiem, że są bardzo blisko. Za blisko.
- Dasz radę biec? – Ayako łapie mnie za rękę i ciągnie przed siebie. Potwierdzam skinieniem głowy i biegnę za przyjaciółką. Choć ból rozchodzi się na prawie całe ciało, zmuszam się by stawiać stopy przed siebie.
Gdy wybiegamy z parku, znowu obieram prowadzenie. Kieruję nasze kroki w stronę dworca. Wystarczy, że pojedziemy pierwszym lepszym pociągiem przed siebie i wysiądziemy na najszybszym przystanku.
Zdaję sobie sprawę ze swojej słabości. Ostatnio cały czas myślę jedynie o zemście, a teraz padam ze zmęczenia, jedynie uciekając od walki. Być może ktoś z nich zabił moich rodziców. Muszę wrócić i ich zabić.
Potrząsam głową, przerażona po części własną rządzą krwi. Wiem, że nie mogę zostawić Ayako lub zaciągnąć ją do walki. Nie zdąży wyrobić sobie wystarczającego dystansu by strzelać z łuku, a w sparingu jest bardzo kiepska. Zresztą ja też nie jestem specem od szermierki. A ich przewaga liczebna nie zachęca do ryzykowania.
Choć wszystkie te powody powinny wybić mi to z głowy, nadal jakiś głos każe mi się zatrzymać. Wziąć zamach. Niech leje się ich krew. Deszcz krwi. Niech leżą martwi. Zemścić się. Zabić ich. Zabić.
- Ichigo? – przez wiatr i strugi deszczu słyszę swoje imię. Zatrzymuję się i odwracam. Ayako stoi kilka metrów za mną, z przerażonym wyrazem twarzy. Patrzy mi się prosto w oczy.
- Co ty robisz? Musimy uciekać. – mówię szorstko.
- Nie możesz… Tak po prostu z nimi walczyć… - zaczyna dziewczyna. Dopiero wtedy dociera do mnie fakt, że myślałam ostatnie rzeczy na głos.
- Ayako… - zaczynam, ale ciągnie dalej.
- Jeśli któreś z was wda się w bójkę i zginie nie trzeba będzie mieć lepszego powodu do wypowiedzenia wojny… Nie możesz…
Nie może skończyć, bo zza zakrętu wybiega grupka mężczyzn. Czuję napływ adrenaliny i mimowolnie powoli, złowieszczo się uśmiecham. Chcę sięgnąć przez ramię by wyciągnąć miecz, ale Ayako mnie szarpie. Zataczam się, biegnąc za nią. Mocno trzyma mnie za nadgarstek i ciągnie przed siebie. Posyłam jej zaskoczone spojrzenie.
- Nie możesz zginąć tak po prostu, Ichigo… - kończy bardzo cicho swoje wcześniejsze zdanie. Ledwo rozróżniam słowa, dlatego nie wiem czy mi się to wydawało. Mimo wszystko nie odzywam się już i biegnę o własnych siłach.
Nadal kierujemy się na peron, mimo iż Jishin depcze nam po piętach. Jeśli choć trochę zwolnimy dopadną nas. Ta myśl dodaje mi trochę sił, chociaż zadaję sobie sprawę, że po części wszystko mi jedno. Straciłam rodzinę, dom, życie. Zostałam całkowicie sama i jeszcze do tego staję się powoli potworem, rządnym krwi. Nie powiem, że nie boję się śmierci. Tylko ona nic nie zmieni, poza faktem, że nikt nie pomści moich rodziców.
Jeśli natomiast chodzi o Ayako, sprawa przedstawia się inaczej. Bez niej życie jej rodziny całkowicie się posypie. Kocha ich całym sercem, najbardziej na świecie, więc ma prosty powód by choć trochę troszczyć się o własne.
Wybucham śmiechem i skręcam na bardziej ruchliwą ulicę. Kątem oka dostrzegam trójkę nastolatków siedzących na murku i obserwujących pościg. Wyglądają podejrzanie, ale nie obchodzi mnie to.
- Ichigo? – Ayako posyła mi pełne niepokoju spojrzenie. Od dłuższego czasu patrzy się na mnie w ten sposób. Kręcę głową i śmieję się dalej.
W książkach, w takiej sytuacji, to osoba, która nie ma nic do stracenia, zostaje i zatrzymuje wroga na tyle ile zdoła by umrzeć jako bohater. A reszta ludzi ucieka i żyją dalej.  Czyli wychodzi na to, że mam się poświęcić. To tak przewidywalne, że przyprawia mnie o napady śmiechu. Patrzę się w ciemne, zachmurzone niebo i nie wiem czy po moich policzkach spływa tylko deszcz.
- Mam pomysł… - zaczynam beznamiętnie, choć głos trochę mi się łamie.
- Nawet o tym nie myśl, idiotko. – odpiera od razu Ayako, a ja się śmieję i wypowiadam niedosłyszalnie ‘dziękuję’. Dobiegamy do starszej zabudowy miasta, a mi w głowie świta pewna myśl. Skręcamy pomiędzy kamieniczkami, tworząc zygzak. Ayako ma zdezorientowaną minę. W końcu dobiegamy do zamkniętego przejścia, ale płynnie przechodzimy przez siatkę. Ruszamy dalej przed siebie aż wybiegamy na zatłoczoną ulicę pełną sklepików i barów. Zatrzymujemy się za jakąś wycieczką, w zaciemnionym zaułku.
- Jesteś genialna. – Ayako kiwa z uznaniem głową. – Znasz to miasto, więc będą szukać dobrego przejścia. Nie przejdą przez tą siatkę co my. A tu poza tym jest masa ludzi.
- Nie miałam pojęcia, że jest tu taka ulica. – mówię zgodnie z prawdą. – Równie dobrze mogłyśmy trafić na totalnie ślepą uliczkę.
- Jednak jesteś idiotką. – dziewczyna uderza się w czoło otwartą dłonią. – To co robimy teraz? – pyta, a ja wzruszam ramionami. W sklepie naprzeciwko stoi 3 nastolatków, których chyba widziałam wcześniej. Mają na sobie coś co kojarzę, jednak zdenerwowany wzrok Ayako odwraca od nich moją uwagę.
- Raczej się nie odwalą? – moje pytanie ma charakter retoryczny. – Może zadzwonisz po posiłki? – podsuwam beznamiętnie. Równie dobrze mogłabym rzucić się na przeciwników.
Dziewczyna prycha z irytacją i wybiera numer szefa. Relacjonuje szybko i cicho naszą sytuację, a ja obserwuję otoczenie.
***
- Dobra, tylko nie panikujcie. – rzuca do słuchawki na samym początku. Od samego początku rozmowy chodzi w kółko po pokoju. – Dajcie mi moment.
- Fumiya-san? – Omitsu obserwuje go podejrzliwym wzrokiem, kiedy jednak on obdarza ją kwaśną miną, wydusza z siebie ciche przekleństwo.
- Pragnę nadmienić iż nasza ‘Święta Trójca’ jest w Setagayi… - odchrząkuje Hiroki. Mężczyzna podniósł głowę znad sterty papierów. Blond włosy okalały mu twarz, lekko maskując paskudną bliznę.
- Poinformuję ich o zmianie planów. – odpiera od razu Mikuru i sięga po komórkę. – Jeszcze tylko mi powiedz gdzie one są dokładnie. – prosi.
- Słyszysz, Kasahara? Gdzie jesteście? – mężczyzna rzuca niecierpliwie do słuchawki. Słucha uważnie adresu i podaje go kobiecie, która zapisawszy go na kartce dzwoni do ‘’Świętej Trójcy’’.
- Meiji-san? – Mikuru wpatruje się w adres, marszcząc brwi. Z jej jasnobrązowego koka zaczęły wysuwać się pojedyncze kosmyki. – Mamy małą zmianę planów. A co mnie obchodzi, że oni są ulicę dalej!? Mamy nieciekawą sytuację w Setagayi. – kobieta relacjonuje szczegółowo wydarzenia, na końcu tylko upewniając się ile zajmie im dotarcie na miejsce.
- Kasahara, żyjecie jeszcze? – pyta Fumiya, z lekkim niepokojem w głosie. – Cieszę się, że masz siłę pyskować. Jun, Koichi i Meiji będą za jakieś 10 minut. Postarajcie się nie zmieniać lokacji. I broń Boże, nie walczcie, jasne?
- Co tu takie zamieszanie? – Daiki podnosi głowę ze stołu. Najstarszy członek Kaminari od rana sączył spokojnie alkohol na fotelu, niczym się nie zajmując. Atmosfera stała się tak gęsta, że wyrwała go z pijackiego upojenia.
Szef skrzyżował ręce na piersi, marszcząc brwi. Był zestresowany, zmęczony, zmartwiony i na dodatek wściekły. Przez ostatnie miesiące sytuacja z Jishin tylko się pogarszała, a dzisiejsza sytuacja prawie na pewno doprowadzi do walki. Ścisnął swojego kucyka i zaczął krążyć po pokoju. Wszyscy, włącznie z Hirokim, który nie mógł skupić się na papierkowej robocie, obserwowali go uważnie.
- Fumiya-san? – Omitsu wyciągnęła rękę w stronę dowódcy. Martwiła się o niego od dłuższego czasu, a stale pogłębiające się worki pod oczami oraz blady wygląd nie uspokajały jej. Położyła delikatnie rękę na ramieniu przyjaciela, ale ten ją strącił. – Fumiya-san?
Zignorował ją i ruszył w stronę dużej szafy. Otworzył ją zamaszyście, chwilę rozglądając się po jej zasobach i sięgnął po okurzoną pochwę z mieczem. Trzymał broń chwilę w dłoniach, wspominając stare czasy. Kuranosuke, Shuuko, Arata. Zacisnął dłonie w pięści.
- Omitsu. – wypowiedział jej imię chłodno, na co ona się wzdrygnęła. – Nie idziesz na tą misję. Dzisiaj. – dodał, słysząc, że chce zaprzeczyć. – Poszefujesz, pani zastępco. Ja muszę wyjść. – oznajmia i nim ktokolwiek zdąży zareagować, bezceremonialnie wychodzi.
Dowództwo patrzy się po sobie. Dzień zapowiadał się jak każdy inny. Mikuru opada na fotel i rozpuszcza swoje długie włosy. Hiroki przeciera twarz ręką, mamrocząc coś niekulturalnego. Omitsu kontaktuje się wzrokowo ze strategiczką, warczy coś w efekcie frustracji i wychodzi za Fumiyą, trzaskając drzwiami.
- Fiu, fiu! – kwituje Daiki i upija spory łyk whisky z gwintu.
Omitsu idzie w stronę wyjścia tak szybko jak może, jednak nie biegnąc. Dłonie ma zwinięte w pięści tak mocno, że bieleją jej knykcie. Przez jej falowane, rozpuszczone włosy przebijała się siwizna, a jej ciemnoczekoladowe oczy błyskały groźnie. Ludzie szybko schodzili jej z drogi.
Swojego starego przyjaciela dorwała na chodniku prowadzącym do wyjścia z ich terenu. Szedł spokojnym krokiem, mimo iż wszystkie mięśnie miał spięte i gotowe do walki. Stanęła kilka metrów za nim, a położywszy ręce na biodrach powiedziała tak strasznie jak umiała:
- So-to-mu-ra-san… - przeciągnęła każdą sylabę jego nazwiska, tak jak kiedy po raz pierwszy jej siostra przyprowadziła go do domu. Dowódca wzdrygnął się, przypominając sobie tą ‘’sympatyczną’’ sytuację i odwrócił się.
- Posłuchaj mnie, Omitsu-chan… - zaczął już spokojniej. Uśmiechnął się smutno, lekko rozjaśniając bladą twarz. Jego ciemne, długie włosy i czarne jak węgiel oczy dawały wyraźny kontrast od jego trupiobladej twarzy. Na czole porobiły mu się zmarszczki. Wyglądał jak bardzo zapracowany ojciec.
Omitsu westchnęła głęboko i pokręciła głową. Opuściła ją, zamknąwszy wcześniej oczy, czując, że łzy się zbliżają. Przełknęła je tylko i podeszła do starego przyjaciela, uśmiechając się tak szczerze jak tylko teraz potrafiła.
- Omitsu… - Fumiya wypowiedział jej imię czule i zmierzwił jej włosy. Wyglądało to jak kiedyś.
- Ne, Fumiya… - zaczęła kobieta, podnosząc na niego wzrok. – Co ty masz zamiar zrobić, co? Idioto?
- Eh… - westchnął, słysząc stary sposób gadania przyjaciółki. Kiedy byli dużo młodsi, zawsze dodawała na koniec zdań wyzwisko jeśli kierowała je do niego. – Wypowiedzieć wojnę – oznajmił poważnie. Przez jej twarz przebiegło przerażenie.
- Ale Fumiya… - zaczęła, ale jej głos się załamał. Zacisnęła zęby i powtórzyła. – Ale Fumiya, nie możesz dać się sprowokować. Wojna, to to, czego oni oczekują.
- No to będą ją mieli. – mężczyzna patrzy się gdzieś w dal, obojętniejąc.
- Czy już zapomniałeś koszmar sprzed 11 lat? – zapytała cicho. On się wzdrygnął, więc ciągnęła dalej. – Straciliśmy wtedy Pierwszego. Nie możesz…
- Mogę. – przerywa jej chłodno. – Właśnie, że mogę, Omitsu.  Bo ja tu jestem szefem. – dodaje, patrząc jej prosto w oczy. Po policzku kobiety spływa pojedyncza łza, ale z jej ciemnych oczu emanuje wściekłość.
- Arata nie mianował cię dowódcą byś postępował w ten sposób! – wykrzykuje. – Doskonale wiesz jak bardzo odbiła się na nim wojna a Akumu! Wiesz, jak bardzo się troszczył o Kaminari! Nie możesz tak po prostu wypowiedzieć kolejnej wojny! Nawet jeśli chodzi o Jishin! Nawet jeśli to oni go zabili! – Omitsu krzyczy kolejne zdania, a po twarzy ciekną jej łzy bezsilności. Widziała to w jego oczach. Z tym wzrokiem nie przekona go do zmiany zdania.
- Proszę… - mówi jeszcze cicho na koniec. Mężczyzna zdaje się tego nie słyszeć i gładzi ją po głowie.
- Muszę iść, Omitsu. Głowa do góry, damy radę. – rzuca jeszcze przez ramię i wychodzi z ich terenu. Skręca w stronę dworca.
Kobieta patrzy się za nim, aż nie zniknie z pola widzenia. Przestała już płakać, a na miejscu frustracji została jedynie wszechogarniająca pustka. Wzięła głęboki wdech. Bolało ją serce, miała wrażenie, że już go straciła. Kolejną ważną osobę.
- Od kiedy nie żyjesz, on jest nie sobą, siostrzyczko. – szepcze cicho, podnosząc głowę. Na niebie zaczęły gromadzić się czarne chmury, zwiastujące pewne przyjście deszczu. – Wybacz, ale tylko ty byłaś w stanie powstrzymać go przed robieniem głupot. – jej twarz wykrzywia ból, ale stara się uśmiechnąć. Patrzy się w niebo, szukając jakiegokolwiek znaku od swojej starszej siostry. Kiedy nic się nie dzieje, odwraca się jedynie i powoli kieruje w stronę Kaminari.
***
Ryutaro krząta się po swoim gabinecie. Wala się tu sterta papierów, przyrządów oraz leków, które powinny mieć swoje miejsce. Od ostatniego czasu ma urwanie głowy. Co chwila ktoś jest ranny, co chwila trzeba kogoś szyć. Napięta sytuacja z Jishin też nie działa na niego krzepiąco, jedynie pogłębia jego obawy. A na dodatek Ichigo zachowuje się jak nie ona, Tsuneari nie kontaktuje się z nikim, a stan Seizo cały czas jest niestabilny.
Opiera się o biurko, zmęczony tym wszystkim. W takich chwilach najbardziej odczuwalny jest brak starego dowódcy. Chłopak wzdycha głęboko i podnosi oczy na przybyłą osobę.
- Jeśli to tylko draśnięcie to nic… - zaczyna, ale nie wyczuwa, żadnej krwi. Skupia się bardziej na przybyłej postaci, a kiedy rozpoznaję zastępczynię dowódcy, rozszerza oczy ze zdziwienia, prostując się jednocześnie.
- Spokojnie, Ryutaro… - kobieta macha na niego ręką. Chłopak od razu zauważa, że jest spięta. Patrzy się na boki, porusza się nieswojo. W jej oczach kryje się coś co zwiastuje kłopoty. – Mógłbyś ze mną zapalić?
Chłopak patrzy się najpierw na przełożoną zdziwiony. Mimo iż w świetle prawa jest niepełnoletni, to zdarzało mu się napić czy zapalić, choć niezbyt często z tego korzystał. Zazwyczaj patrzył z degustacją jak Omitsu, Mikuru i Daiki zakładają się kto więcej wypije. Hiroki i Fumiya zachowywali powagę.
- Proszę? – Dodaje jeszcze kobieta, wyciągając zza pleców paczkę jakichś drogich papierosów. Ryutaro rzuca jeszcze spojrzenie na cały bałagan.
- Z przyjemnością. – mówi, chcąc jedynie wyrwać się z tego całego bagna choć na moment.
Po kilku minutach siedzą na dachu skrzydła szpitalnego. Nogi zwisają im swobodnie kilkanaście metrów nad ziemią, a jeden zły ruch i któreś z nich rozpłaszczy się tam na dole. Omitsu podaje mu papierosa, a sama zapala swojego. Trzyma go w zębach i patrzy się beznamiętnie w przestrzeń. Ryutaro powstrzymuje się by nie westchnąć.
- To jak źle? – pyta w końcu, wydmuchując dym przez nos.
- Atakują naszych w Setagayi, no i  wysłaliśmy tam ‘’Świętą Trójcę.’’
- Rozumiem. – odpowiada tylko, strzepując na sam dół popiół.
- No i Fumiya poszedł do szefa Jishinu wypowiedzieć im wojnę.
- To było tylko kwestią czasu, Adachi. – zwraca się do kobiety po nazwisku, pomimo tego, że zna ją już od 11 lat. Jego głos jest spokojny, nie przejawia ani krzty zdziwienia. Choć chłopak jest dopiero nastolatkiem, zachowuje się odpowiedzialniej niż niejeden dorosły. – Wiedziałaś to tak samo dobrze jak ja, i każdy kto był w organizacji przynajmniej za szefowania Araty.
Kobieta milczy i zapala kolejnego papierosa. Tym razem zaciąga się dymem i wypuszcza kółka. Cała masa wspomnień napływa przed jej oczy, nie dając jej chwili wytchnienia. Chłopaka, który siedzi obok niej zna już od bardzo długiego czasu. Od prawie kilkunastu lat patrzy jak dorasta. Wzdycha smutno.
- Z tym wszystkim… - zaczyna, urywając na moment. Ryutaro posyła jej zaciekawione spojrzenie. – To całkiem długa historia, co? – uśmiecha się smutno. Lekarz wzdycha, nic nie odpowiedziawszy.
Kobieta pochyla się do tyłu i przeciąga.
- Czasem tak się zastanawiam… Do jakiego momentu chciałabym się cofnąć…
- To i tak bezsensowne… - prycha w odpowiedzi chłopak. – Nie zmienimy przeszłości, a przyszłość jest zmienna. Jedynie możemy ingerować w teraźniejszości.
- Ne, Ryutaro… A ty gdzie byś się cofnął? – rzuca, ignorując stwierdzenie chłopaka. Chciałaby czasem zobaczyć jeszcze tego beztroskiego chłopczyka, którego Kuranosuke przyprowadził. Który musiał tak szybko dorosnąć.
Lekarz milczy. Jego wzrok się rozmywa, kiedy wspomina przeszłość. Kobieta czeka cicho na jego odpowiedź, choć wcale jej się nie spodziewa. Chłopak w końcu wzdycha i uśmiecha się smutno. Oczy ma zamglone, ale szybko je przeciera. Na ustach nadal gości mu ciepły, nostalgiczny uśmiech.
- Do momentu kiedy moja siostra odchodziła. – mówi spokojnym głosem. – Żebym mógł ją zawołać, zatrzymać. Zrobić cokolwiek. – czuje narastającą gulę w gardle. Przed oczami staje mu widok jego odchodzącej 13-letniej siostry. – To jest ta jedyna rzecz, której nigdy sobie nie wybaczę. – kończy łamiącym się głosem. W oczach stają mu łzy, choć zawzięcie z nimi walczy.
Omitsu uśmiecha się czule. Podnosi niespokojnie dłoń i gładzi młodego przyjaciela po włosach. Obdarza go ciepłym, siostrzanym spojrzeniem. Chłopak prycha i pozwala pojedynczej łzie spłynąć po policzku.
- Od kiedy pamiętam, Ryu… - zaczyna, ale jej ton ją dziwi. Jest taki spokojny, skłaniający do refleksji. Taki jaki zawsze chciała osiągnąć. – Zawsze nie zwierzałeś się ze swoich problemów… Emocjonalnie. – ciągnie dalej. Młody Ishimura słucha ją uważnie, a ona sama zastanawia się czy w końcu dojrzała do tego by tak mówić. – Opowiadałeś swoją historię, ale w taki sposób, że nikt się o ciebie nie martwił. Twoja osobowość sprawia, że ludzie się ciebie radzą, zdradzają tajemnice. Mimowolnie zostałeś ‘psychologiem’. Obarczamy cię bardzo dużym ciężarem, prawda? – rzuca pytanie retoryczne, gładząc jego jasno-orzechowe włosy. W końcu czuje impuls i przytula go. – Wybacz, Ryu. Naprawdę. To my jesteśmy dorośli, to ty powinieneś nas się radzić. Ale nie martw się. Teraz to my… - chce skończyć, ale urywa nie wiedząc o co zapewnić.
Chłopak posyła jej pytające spojrzenie, pełne troski i zrozumienia. Kobieta widząc to kręci głową, mocniej go przytulając. Znowu widzi w nich to co on powinien widzieć w oczach starszych.
- Wiesz, Adachi – szepcze chłopak. – Boję się wojny. Walki. Znowu będą ginąc ważni dla mnie ludzie.
Omitsu chce w pierwszym odruchu przytaknąć, jednak wie, że jako starsza musi okazać hart ducha. Choć na myśl przeżycia takiego samego koszmaru jak 11 lat temu odbiera jej dech, zdolność logicznego myślenia, zaciska zęby i stara się jak najspokojniej uciszyć obawy młodego przyjaciela.
- Nie martw się. Nie pozwolę na to. – po wypowiedzeniu tych słów czuje napływ energii. Choć to tylko słowa, są one w całkowitą prawdą. Puszcza z duszącego uścisku Ryutaro i zaciska pięści, rzucając poważne, groźne spojrzenie w stronę odległego Jishinu. – Nie mam zamiaru pozwolić by ludzie dla mnie ważni umierali. Znowu.
Milczą przez chwilę. Czarne chmury zaczynają się gęstnieć zwiastując burzę. Mimo iż dochodzi południe, miasto spowijają wieczorne ciemności. Wyraz twarzy Omitsu w końcu łagodnieje, a ona sama posyła pokrzepiający uśmiech przybitemu z lekka nastolatkowi. Chłopak może sprawia wrażenie smutnego, jednak w głębi duszy jest mu lżej po podzieleniu się obawami z kimś. Dziękuje w duchu kobiecie za jej zrozumienie, wynikające po części z doświadczenia.
- Wiesz, Adachi… Czasem zastanawiam dlaczego tak dobrze mnie rozumiesz. I teraz chyba wiem… - kobieta nie odpowiada, więc lekarz ciągnie dalej. – Oboje straciliśmy nasze starsze siostry, co?
- Tak… - z jej ust wydobywa się westchnienie. Pierwsze krople spadają na ziemię. Ryutaro podnosi się, rzucając przeciągłe, badawcze spojrzenie przyjaciółce. Deszcz nasila się z każdą sekundą.
- Nie siedź tu za długo. – radzi tylko i znika w budynku.
Omitsu nic za nim nie mówi. Patrzy się w niebo, szukając jakiegoś przebłysku. Krople obmywają jej twarz, pozorując płacz, na który nie mogła sobie teraz pozwolić. Zbyt wiele się dzieje, by mogła okazać słabość. Wzdycha głęboko i sięga do wewnętrznej kieszeni kurtki po lewej stronie. Od dłuższego czasu nosi oprawione w folijkę stare zdjęcie.
Obserwuje postacie znajdujące się na fotografii. 25 letniego niebieskookiego mężczyznę o białych jak śnieg włosach. Gołym okiem widać zadziorność w jego uśmiechu oraz porażającą inteligencję w oczach. Obok niego stoi para starych przyjaciół z jednej klasy. Jeden o orzechowych włosach i oczach, drugi ma płowe włosy i mahoniowe oczy. Na rękach ma dziary i ogólnie wygląda na typowego gangstera. Na fotografii znajduje się jeszcze młody mężczyzna o czarnych oczach, równie inteligentnych jak jego trochę starszego przyjaciela. Nosi zapuszczone długie, czarne włosy związane w kucyka. Obejmuje piękną dziewczynę o na wskroś przenikających, prawie czarnych oczach i kasztanowych, krótkich włosach. A na samym środku stoi najmłodsza dziewczyna o podobnej urodzie, z jedyną różnicą dotyczącą długości włosów. Jej sięgają aż do pasa. Patrzy prosto w obiektyw, wyzywającym wzrokiem. Takim samym jak dzisiaj.
- Nie zmieniłam się zbytnio, co? – mruczy do siebie, tęskniąc za swoimi długimi włosami. – Arata, Kuranosuke, Daiki, Fumiya i ty, moja siostro, Shuuko… Jeśli miałabym wybierać, przeniosłabym się właśnie do momentu, w którym zrobiliśmy to zdjęcie… 11 lat temu… - wzdycha jeszcze i posyła spojrzenie ku niebu. Zwykły symbol tego, że wierzy, że jej siostra ją obserwuje. Chowając zdjęcie, patrzy w stronę, w którą poszedł Fumiya.

- Proszę cię, idioto, wróć w całości. Nie zostawiaj naszego składu jako tylko mnie i Daikiego. Proszę. – wypowiada te słowa cicho, przeklinając siebie, że nie powiedziała ich wcześniej. – Idioto. – dodaje, prychając i kierując się do środka.     
___________________________________________________________________

Witajcie! 
Jak widzicie szybko z wami się spotykam ponownie. Ostatnio miałam natchnienie więc przedstawiam wam nowy rozdział. Jak widzicie ogólna akcja w Setagayi nie rozwinęła się zbytnio, wybaczcie. Musiałam wpleść moment kiedy Fumiya odchodzi z wypowiedzeniem wojny i przedstawić jego bliską relację z Omitsu. A potem poczułam potrzebę napisania szczerej rozmowy Ryu z Omitsu. No i zeszło na cały rozdział >.< 
Obiecuję, że w 10 rozdziale będzie już 'akcja' jako taka. Mam nadzieję, że ze mną wytrwacie :)
Przepraszam też za wszelkie błędy, dodaję go szybko i edytować będę po napływie weny :D
Pozdrawiam :*