27 kwietnia 2015
19 kwietnia 2015
Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 10 ~ Brzęk ostrzy
Rozdział 10
Brzęk ostrzy
Wychylam się ostrożnie, rzucając ukradkowe
spojrzenia na mijających nas ludzi. Część nie zauważa dwóch dziewczyn skrytych
w cieniu budynków, a inni posyłają nam lekko zdziwione spojrzenia, po czym
tracą zainteresowanie i wymazują nas z pamięci, zajęci swoimi sprawami.
Niezdający sobie sprawę jak blisko są zderzenia z ‘drugim światem’.
Kiedy nie dostrzegam znajomych twarzy z Jishinu,
lekko rozluźniam mięśnie, odprężając się. Mimo, że zdaję sobie sprawę, że to
niezbyt mądre kiedy muszę być w każdej chwili gotowa do walki, zwłaszcza z dużo
silniejszym przeciwnikiem. Jednak kiedy Ayako oznajmiła iż wyślą do nas
posiłki, poczułam znaczną ulgę, a niewyjaśniona chęć rozlewu krwi została
zagłuszona.
Dziewczyna macha w moją stronę ręką, nakazując bym
się zbliżyła. Rzucam jeszcze badawcze spojrzenie przechodniom i zastygam na
moment widząc rudą czuprynę. Kręcę głową i szybko chowam się do cienia.
- Nie oglądaj się. – rzuca cicho dziewczyna na sam
początek. – Meiji i reszta już są. – oznajmia, ale poważny wyraz jej twarzy nie
zapowiada nic dobrego. Prostuję się, znów napinając wszystkie mięśnie, gotowa
by zacząć walczyć.
- Gdzie teraz są? – rzucam na sam początek, jakby
niedbale. Ayako kieruje wzrok za mnie.
- Za gzymsem dachu na budynku przed nami. –
oznajmia. Zwalczam pokusę by się nie odwrócić. – Tylko, że…
- Jishin nas namierzył, prawda? – przyciszam swój
głos do minimum. Moje granatowe oczy wyglądają jakby ktoś zamroził noc. Ayako
kręci głową.
- Nie do końca. – odpiera, wyłamując sobie palce ze
stresu. – Są na tej ulicy, ale nie wiedzą gdzie my jesteśmy, ani że Meiji,
Koichi i Jun tu są. – mówi dalej. Wiedziałam, że nie pomylę tych rudzielców,
myślę. Zauważam też, że Ayako lekko drży. Jestem ciekawa czy to z zimna, emocji
lub raczej ze strachu. We mnie uderza jedynie adrenalina na zmianę ze stoickim
spokojem.
- Chodzi o to, że mamy towarzystwo. – dodaje słabym
głosem. Zastygam na ułamek sekundy, przestając myśleć. Mimowolnie kieruję
spojrzenie na 3 nastolatków, którzy wydawali mi się znajomi. Moje spojrzenie
krzyżuje się na chwilę z bursztynowymi oczami blondyna.
- Hariken – wypowiadam cicho. Przechodzą mnie
dreszcze i z zdziwieniem stwierdzam, że to z podniecenia niż ze strachu. Chcę z
nimi walczyć. Muszę. Ayako patrzy się prosto w moje świecące z emocji oczy. Jej
szarozielone oczy są stanowcze, całkowicie odbiegając od jej mizernej postury i
drżących warg.
-
Szczerze to mogłabyś z nimi walczyć. – mówi ku mojemu zdziwieniu. Chcę się
odezwać, jednak dziewczyna ciągnie dalej. – Jednak jesteśmy przyjaciółkami,
dlatego nie mogę pozwolić ci zginąć, jasne? – kończy, ściskając mnie za ramię.
Mimowolnie odwracam wzrok i niechętnie przytakuję.
Ayako chce mnie jedynie chronić, chyba lepiej zdając sobie sprawę co przeżywa
teraz moja psychika niż ja. Na zmianę czuję żądzę krwi i przerażenie. I wiem,
że gdyby mi pozwoliła wybrałabym walkę, pomimo braku szans. Moje ciało pali się
do starcia, jednak powtarzam sobie, że zginę od razu i nie dopełnię zemsty.
Zemsta. To mój jedyny cel. Tylko i wyłącznie zemsta.
- Więc jaki mamy plan? – pytam tylko, a widząc uspokojoną twarz Ayako, mimowolnie
czuję ciepło na sercu. Nadal nie wiem jak ona przez tak długi czas zachowała
tyle emocji, gdy ja w przeciągu kilku miesięcy, walczę zażarcie o każdy przejaw
zwykłych emocji.
- Nie wiemy czy Hariken się zaangażuje. Mamy 30%
szans, że wyminiemy się z Jishinem, ale drogę zajdzie nam Hariken. Jest też
możliwość, że obie organizacje zaczną walczyć ze sobą, ale po naszej
wcześniejszej misji to wykluczam. – dziewczyna pobieżnie przekazuje mi
najważniejsze informacje. – Plan mamy od Głównego Stratega, Uetake. Według
niego musimy odciągnąć ich od zaludnionych ulic, by zmniejszyć
prawdopodobieństwo wezwania policji. Na znak wybiegniemy stąd i pognamy tak
prędko jak się da na ulicę Y. Chłopaki kryją nam tyły. Jeśli rozegramy to
szybko, zwiniemy się bez konfrontacji z Jishinem i Harikenem. Ale jeśli nie to…
- urywa w połowie, pozwalając bym sama sobie dopowiedziała koniec zdania. Kiwam
głową, rozumiejąc sens planu. Mimo iż obecnie mamy przewagę, 4 dorosłych
mężczyzn nie należy do najłatwiejszych do pokonania.
- Dobra, może być. – stwierdzam i szukam wzrokiem
gzymsu. Dostrzegam tlenione, blond kosmyki Juna i oczekuję znaku. Ayako również
podnosi głowę, czekając. Kątem oka dostrzegam jej psotny uśmiech.
- Nie może być. Musi być. – prycha. Uśmiecham się,
uspokojona rozluźnieniem przyjaciółki. Nie zbyt dobrze byłoby z przerażoną
Ayako. Staram się ignorować mocno zaciśnięte pięści dziewczyny.
Po kilku sekundach zdających się być wiecznością,
znad gzymsu wychyla się Koichi. Napotyka nas wzrok i w jakiś krzepiący sposób
kiwa nam głową. Po chwili wyciąga rękę z wyprostowanymi palcami. Na początku
rzucamy sobie z Ayako pytające spojrzenie, jednak kiedy ugiął pierwszego palca,
zrozumiałyśmy. Odliczanie.
Wypuszczam ze świstem powietrze.
Trzy.
Ayako coś mamrocze i głośno połyka ślinę. Od razu
jednak nakłada maskę lodowatego spokoju.
Dwa.
Obie napinamy mięśnie gotowe do nagłego zrywu.
Jeden.
Mimowolnie proszę by doszło do starcia.
Start. Zrywamy się od razu i jak torpeda wypadamy z
zaułka. Jezdnia jest mokra, ledwo wyrabiam się na zakręcie. Kątem oka
dostrzegam ruch na dachu. Chłopaki też ruszyli. Przyśpieszam. Ayako gnana
nagłym przypływem adrenaliny jest kilka metrów przede mną.
Wpadam na jakiegoś drobnego, niskiego szatyna.
Jęczę, przypominając sobie o ranie, ale mruczę jakieś przeprosiny. Moje słowa
jednak urywają się w połowie, kiedy nasz wzrok się krzyżuje. Od razu rozpoznaję
najmłodszego z Jishinu. Tego, który nas nie zdradził. Tego, który teraz
pokazuje mi język.
Wiem, że na mojej twarzy jest wymalowane przerażenie
i przyśpieszam do granic swoich możliwości. Liczę sekundy, jednak nie słyszę
pościgu. Dlaczego on…?
Słyszę przekleństwo Ayako, dostrzegając szefa całej
bandy pędzącego po ukosie w naszą stronę z krótkim, niewidocznym mieczem.
Dziewczyna skręca, a ja sięgam przez ramię po miecz. Shigeo Taichi mnie nie
zauważył, a ja skorzystawszy z okazji, niezgrabnie wytrącam mu broń z dłoni,
powodując nacięcie dłoni i długi lot ostrza. Nasze oczy spotykają się na
moment. Moje puste, a jego przepełnione wściekłością. Mężczyzna jednak
zatrzymuje się, wracając po broń. Zrywam się w stronę przyjaciółki, łapiąc ją
za rękę i odciągając w najbliższy zakręt.
- Co ty…? – rzuca z oburzeniem, sapiąc. Widząc
jednak moją zdeterminowaną minę urywa w połowie, oczekując wyjaśnień.
- On się odwrócił, a ja skorzystałam z okazji by
umkną im na moment. To gdzie miałyśmy się kierować?
- Jesteśmy przy szpitalu Tamagawa… Park Unane… -
rzuca Ayako. Kiwam głową i przyśpieszam. Wypadamy z ciągu ulic na pustą drogę.
Znajome otoczenie przyprawia mnie o nagły zawrót
głowy. Przez lata bawiłam się w pobliżu tego parku, chociaż mieszkałam
nieopodal Parku Leśnego Higashitakane. Dom, szkoła, przyjaciele. Czuję, że w
oku zakręciła się łza, a ja łapię drżąco powietrze. Przed oczami stają mi moi
starzy znajomi. Od pamiętnego wieczora ich nie widziałam. Na pewno się
zamartwiali, a teraz sądzą, że nie żyję. Powinnam…
Do porządku sprowadza mnie kolejny napływ deszczu, tnąc
mi w oczy. Daleko za sobą słyszę tupot. Czyli już wybiegli. Mimo wszystko nasza
przewaga jest znacząca, choć teraz liczą się sekundy. Obracam się i widzę
Shigeo i jednego z rudych bliźniaków. Młody nawet nie majaczy się w oddali. Z
początku chcę odetchnąć z ulgą, ale przychodzi mi na myśl coś innego. Blednę,
zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Czując, że muszę ostrzec Ayako,
obracam się i na nią wpadam.
Dziewczyna jest wyprostowana jak struna. Oddycha
ciężko, naprężając wszystkie mięśnie przy napinaniu łuku. Z jej oczu odpłynął
szary odcień, pozostawiając dziką zieleń. Na twarzy maluje jej się
spanikowanie. Celuje drżącą ręką do przeciwnika biegnącego do nas z przodu.
Drugiego bliźniaka.
- Otoczyli nas – mówi jakby od niechcenia. Niestety
wiem, że tylko sili się na spokojny ton,
w środku cały czas zwiększa się paniczny strach. Obracam się od niej,
opierając się o jej plecy swoimi. Widząc wariackie oczy Shigeo, nieuchronnie
się do nas zbliżającego, czuję narastające przerażenie. Jednak wyczuwszy drżenie
ciała dziewczyny, lodowacieję w ułamku sekundy. Muszę być silna. Tak jak
nielicznych wcześniejszych misjach. Muszę walczyć. To ja jestem szermierzem,
nie Ayako.
- Tak w ogóle,
Ayako – zagaiłam. – Czemu akurat łuk?
- Heheh –
koleżanka zaśmiała się krótko w odpowiedzi, drapiąc w tył głowy. – Mam świetny
wzrok i cel, a z moją siłą nigdy nie było najlepiej… - odwróciła wzrok, lekko
się rumieniąc. – Nie miałam siły utrzymać miecza. Głupie, co nie?
Kręcę głową z
powagą patrząc się w oczy brązowowłosej.
- Wcale nie.
Bronienie kogoś z dystansu jest bardzo trudnym zajęciem. – mówię. – Uważam, że
jesteś genialna, Ayako.
Przed oczami przebrnął mi tamten fragment naszej
starej rozmowy. I zdaję sobie sprawę o co chodziło jej z określeniem ‘głupie’. To nie było do ramowych misji, takich jak
początek naszej, kiedy dziewczyna odwaliła połowę roboty, zestrzeliwując
przeciwników i kryjąc mi plecy. Odnosiło się do właśnie takich momentów. Kiedy
coś pójdzie nie tak, a ona nie może się bronić. Musi jedynie liczyć na towarzyszy.
Analizuję jeszcze przez moment wszystko. Jej
charakter, śmiech, zachowanie. Fakt, że jest moją przyjaciółką. Zaciskam zęby.
Jishin jest już kilka metrów od nas. Trzeba podjąć decyzję, na którą nie mogę
się zdobyć.
Albo zginiemy obie, albo jedna z nas przeżyje.
Mam rodziców przed oczami i ogarnia mnie gniew.
Sięgam przez ramię i wyciągam miecz, płynnie tnąc powietrze. Podczas gdy po
lśniącym ostrzu spływa pierwsza kropla deszczu, myślę, że podjęłam decyzję.
Uciszam sumienie. Po czym przypominam sobie pełen czułości wzrok Ayako kiedy
opowiadała o swojej rodzinie.
- Ayako. – rzucam przez ramię. – Jak dam ci znak,
masz uciekać, jasne?
- Ale… - dziewczyna oponuje. Przerywam jej, wiedząc,
że nie mamy czasu na sprzeczki.
- Musisz, jasne? Dla swojej rodziny. – Czuję, że
przyjaciółka kiwa głową. Nie widzę spływającej po jej policzku łzy.
Napinam wszystkie mięśnie, wyrzucając zbędne myśli z
głowy. Patrzę się w oczy przeciwnikowi wyzywająco. Przenoszę ciężar na drugą
nogę.
Obym nie żałowała swojej decyzji.
***
- Oj, Koichi, pośpiesz się! – woła Meiji.
- No nie moja wina, że mam lęk wysokości! –
odkrzykuje i szuka stopą oparcia. Natrafia na parapet, po czym płynnie się na
niego opuszcza.
- Właśnie, że twoja! Rusz się, do jasnej cholery! –
krzyczy do niego Jun.
Koichi warczy coś w odpowiedzi. Stoi na parapecie na
wysokości pierwszego piętra. Patrzy się w dół, na dwójkę przyjaciół i biorąc
głęboki wdech odbija się. Słyszy jakieś mruknięcie Meijiego. Leci przez kilka
sekund w dół, po chwili lądując na ziemi. Siła uderzenia rozchodzi się po jego
łydkach, ale nie krzywi się.
- Skończyłeś już pokazywać
łał-umiem-skoczyć-z-pierwszego-piętra-umiejętność? – rzuca Meiji, wyraźnie
znudzony popisem kolegi. Jego czarne włosy, mokre od deszczu przyklapły i
opadły na czoło.
- Skończyłem. – rzuca w odpowiedzi i przeczesuje
włosy palcami. Długie, brązowe kłaki kręcą się od wilgoci i zakrywają mu oczy.
- Ranyyy… - jęczy Jun. – W tym tempie to nigdy…
- Ogarnijcie się w końcu i chodźcie! – rzuca
czarnowłosy i rusza przed siebie. Pozostała dwójka patrzy się po sobie, przy
czym wzruszając ramionami, ruszają za swoim dowódcą.
Deszcz zaczął bębnic mocniej o chodnik, kiedy
wybiegli z uliczki. Minęli kawiarnię, w której siedzieli ludzie z Hariken, a
Meiji posłał tam ciekawskie spojrzenie. Jednak w środku nikogo nie było.
Przeklnął.
- Nie ma ich. – rzuca przez ramię.
- Czyli się włączają w naszą akcję? – pyta Jun.
- Nie wiem. – Meiji wzrusza ramionami. – Od początku
nic nie robią.
- Może po prostu obserwują? – zastanawia się
długowłosy. – W końcu to dzieciaki… - dodaje lekceważąco.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. – mruczy
czarnowłosy i przyśpiesza.
Cała trójka ubrana jest w granatowe, wodoodporne
kurtki i przetarte, czarne jeansy. Mają trekkingi w brązowych odcieniach,
głośno odbijające się od kałuż. Od ciągłego deszczu włosy zalepiają im oczy,
ale niestrudzenie biegną. O plecy obijają im się pochwy z katanami.
Ludzie mijają ich, odsuwając się z drogi. Rzucają im
zaciekawione spojrzenia, ale o nic nie pytają. Nikt nie zdaje sobie sprawy z
krwawej akcji, która może za chwilę się rozegrać.
Meiji skręca w szerszą ulicę i rozgląda się za
dziewczynami. Miały się tu kierować. W okolicy kręci się tylko kilka osób, a
deszcz ogranicza widoczność. Mężczyzna zaczyna mieć złe przeczucia. Przyśpiesza
bez wyjaśnień, pędząc przed siebie bez żadnych wyjaśnień. Koichi i Jun starają
się dotrzymać mu kroku, nie zauważając, że czarnowłosy się zatrzymał. Prawie na
niego wpadając, Koichi rzuca z oburzeniem:
- Co znowu, Panie-musimy-się-śpieszyć?
- Cicho. – mówi tylko szeptem, a długowłosy ledwo go
słyszy. Widocznie nad nim góruje swoim wzrostem. Najwyraźniej Meiji nasłuchuje.
Cała trójka milknie na moment, stojąc po środku ulicy w całkowitej ciszy. Z
bocznej uliczki dochodzą zduszone przez wiatr głosy. Jun trze się po karku.
- Dam sobie rękę uciąć, że słyszałem Satoru Ashidę.
– stwierdza. Meiji mu przytakuje. Jego piwne oczy błysnęły, a usta wykrzywiły
się w chytrym uśmiechu. Mężczyzna już miał gotowy nowy plan.
- Koichi, zostajesz tutaj. – rzuca do przyjaciela.
Tamten unosi wysoko brwi, ale się nie odzywa. O nic nie pytając odchodzi od
nich i kieruje się w stronę uliczki, z której dochodzi rozmowa.
- Dam wam znać jak coś usłyszę. – oznajmia,
odwracając się. Jego brązowe oczy błyskają groźnie, wyraźnie ożywione
przebiegiem akcji. W końcu zaczęło się robić ciekawie. Brązowe włosy, obecnie
wyglądające jak mokre strąki, opadają mu na twarz, nadając jej przerażający
wygląd.
Czarnowłosy kiwa głową na najmłodszego i zaczyna biegnąć we
wcześniejszym kierunku. Młody marszczy czoło, nie ogarniając planu, jednak
postanawia zaufać przyjacielowi i nie zadawać zbędnych pytań. Meiji porusza
ustami, niedosłyszalnie dla nikogo wypowiadając 3 słowa.
‘’Liczymy na ciebie’’
***
Obserwuję swoimi granatowymi oczami zbliżających się
przeciwników. Wysokiego, umięśnionego mężczyznę o bezlitosnych błękitnych
oczach i tlenionych włosach, który trzyma silnym chwytem dwa długie ostrza. Trochę
niższego, ale bardziej barczystego i starszego faceta o zielonych oczach i
rudych włosach z wygolonym lewym bokiem, trzymającego ciężki, obusieczny miecz.
Shigeo Taichi oraz jeden z bliźniaków – Takahide.
Rzucam spojrzenie przez ramię. Ayako celuje ostatnią
strzałą w drugiego rudzielca, Takahiro. Od swojego brata różni się jedynie
fryzurą. Ten ma wygolony prawy bok.
Kiedy upewniam się, że Ayako
ma tylko jednego przeciwnika, biorę głęboki wdech. Łapię mocno swój miecz i
ruszam w stronę wroga. Nogi same mnie niosą przed siebie. Podbiegam tak zwinnie
jak tylko mogę do Takahide. Biorę zamach od dołu, a słysząc zgrzyt metalu,
krzywię się. Nie udało mi się wytrącić mu broni. Nim zdąży jakoś zareagować,
tnę poziomo w stronę drugiego. On paruje uderzenie bez problemu. Rzucam mu
mordercze spojrzenie, odskakując do tyłu.
- Ty… - syczy błękitnooki.
Mimowolnie robię krok do tyłu, trzymając miecz przed sobą. Mężczyzna, o głowę
ode mnie wyższy, stoi wyprostowany i rzuca mi nienawistne spojrzenie. – Ty
zabiłaś mi ojca. – rzuca lodowato i patrzy prosto w moje granatowe oczy.
Dostrzegam te same emocje jakie targały mnie tamtego sierpniowego wieczora. –
Zabiję cię. – dodaje jeszcze i rzuca się w moim kierunku.
Zdezorientowana paruję cios,
lekko się chwiejąc. Jego wzrok mnie rozproszył. Cały czas się cofam, ledwo
odbijając wciąż lecące na mnie ciosy. Shigeo cały czas zasypuje mnie burzą
cięć, na zmianę każdym mieczem. Takahide czeka jedynie na dobry moment.
Zdobywam się na lekceważący uśmieszek.
- Proszę wybaczyć, ale to ja
zabiję ciebie. – mówię z mordem w oczach. Przepuszczam jeden cios, który, nie
do końca zamierzenie, rozcina mi policzek. Czuję ciepłą krew cieknącą po
twarzy, nie czując bólu. W moich żyłach krąży jedynie adrenalina. Robię zamach,
i tnąc na ukos trafiam w jeden z mieczy Shigeo. Mężczyzna rozszerza oczy,
wyraźnie zdziwiony moim posunięciem. Odzyskuję pewną postawę, parując tuż nad
moją głową cięcie Takahide. Siła jaką włożył w uderzenie ugina mi kolana.
Krzywię się.
Błękitnooki uśmiecha się szyderczo
i posyła mi spojrzenie.
- Może będzie ciekawiej niż
sądziłem.
Patrzę się na niego pustymi
oczami, czując narastającą wściekłość. Jednak kiedy słyszę krzyk Ayako, dociera
do mnie o czym mówił. Przyjaciółka chybiła i teraz jej jedyną bronią został
sztylet.
- Ayako! – krzyczę, chcąc
ruszyć jej pomóc. Nim zdążę pomyśleć, robię przewrót w przód, unikając ciosu
Takahide. Obracam się, ściskając miecz. Zrywam się na równe nogi, widząc
biegnącego w moją stronę Shigeo. Również ruszam w jego stronę. Tnę z góry,
jednak on paruje bez problemu mój cios. Znowu zmusza mnie do defensywy. Każdy
jego cios rozchodzi się bólem po moich ramionach.
Ayako tym czasem staje do
walki z Takahiro. Mężczyzna bierze na nią zamach, przy czym trafiając w ostrze
sztyletu, zwala ją z nóg. Broń nadłamuje się, a dziewczyna stara się jak może
by odeprzeć atak. Podtrzymując ostrze drugą ręką, siłuje się z Takahiro, by nie
przeciął jej gardła. Walczy z nim, jednak jest tylko drobną dziewczynką
naprzeciw barczystego faceta. Mimo to na jej twarzy nie ma ani odrobiny
strachu. Jedynie determinacja i zawziętość.
Shigeo cały czas zmusza bym
się cofała. Nie mam nawet czasu zastanawiać się gdzie stoi Takahide i czy
przypadkiem nie zachodzi mnie od tyłu. Mężczyzna tnie od dołu, a ostrze schodzi
z mojego miecza i rozcina mi ramię. Mrużę oczy z bólu. Dziękuję w duchu, że to
tylko lewa ręka. Shigeo uśmiecha się kpiąco.
- Tylko na tyle cię stać,
co? – Przy każdym słowie bierze mocny zamach, a ja z coraz większym trudem
paruję ciosy.
- Niech cię szlag, Taichi! –
krzyczę do niego. W moich oczach maluje się jedynie gniew. Jestem taka słaba.
Nie mogę nawet go drasnąć. Nie. Nie mogę nawet go zaatakować. Staram się
spojrzeć przez ramię na Ayako, jednak wróg prawie wytrąca mi broń z dłoni. Nie
mogę tak ryzykować.
- Nie rozglądaj się, mała,
bo zrobię ci krzywdę! – śmieje się kpiąco. Po chwili jego twarz zastyga z
czystą nienawiścią w oczach. – Zabiję cię, suko. I nie martw się o
przyjaciółeczkę. Bliźniaki się nią zajmą.
Na liczbę mnogą drgam.
Obiecałam sobie, że ochronię Ayako, ale od początku walki nie robię nic by dać
jej możliwość ucieczki. Szlag by to. Jeśli do walki dołączy drugi bliźniak,
dziewczyna zginie na miejscu.
Szlag by to.
Staram się skupić, przypomnieć
jakieś specjalne ciosy, o których wspominała mi Mako. Cokolwiek, co pozwoli na
chwilę go zdezorientować. Cokolwiek.
Shigeo tnie z lewej. Z
prawej. Od dołu na ukos. Z góry. Z prawej. A potem znowu od lewej. W umyśle
błyska mi jeden cios, o którym wspominała moja patronka. Czekam, aż mężczyzna
powtórzy sekwencję, upewniając się, że nie zmienia ruchów. Biorę głęboki wdech i
patrzę się prosto w jego oczy. Nocne niebo naprzeciw zimna lodowca.
Odstawiam lewą nogę do tyłu,
lekko się obracając. Opieram ciężar na niej, biorąc szeroki zamach. Jedno z
ostrzy mija moją klatkę o kilka centymetrów, a drugie przygotowuje się do
zablokowania ciosu od prawej. Skręcam jednak nadgarstek, prowadząc prosto
miecz. Shigeo nie zdąża odskoczyć, a ostrze mknie w kierunku jego lewego
nadgarstka.
Odwracam się i rzucam w
stronę Ayako. Upewniam się, że trafiłam, po brzęku miecza i siarczystego
przekleństwa mężczyzny. Uzyskałam kilka cennych sekund. Jeden z bliźniaków
przyszpila moją przyjaciółkę do ziemi, a drugi celuje mieczem w jej głowę.
Ściskam poziomo miecz i z całej siły uderzam w żebra Takahiro rękojeścią. Kiedy
słyszę trzask łamanych kości, przechodzą mnie dreszcze. Mężczyzna traci dech,
upuszcza miecz i opada z hukiem na ziemię.
- Bracie! – Takahide rozproszył
się, a ja korzystając z tego biorę zamach, by go zabić. Nie obchodzi mnie to
kim jest, ani fakt, że nie atakuje nas, bo chce. Nie obchodzi mnie, że ma
brata, o którego się troszczy. Muszę go zabić.
Jednak kiedy moje ostrze wbija
się mu w brzuch, czuję ból. Rozchodzi się po całym kręgosłupie, a ja tracę
równowagę. Odrywam się od ziemi i lecę w przód. Wykonuję fikołka w powietrzu i
opadam twardo na plecy. Z ręki wypadła mi broń, jednak wiem, że nie znacznie przecięłam
Takahide.
- No, no. – Shigeo idzie w
moim kierunku wolnym krokiem, jakbym już przegrała. Podnoszę się, zaciskając
zęby, szukając ręką ostrza. Kiedy nie wyczuwam rękojeści, jeszcze półleżąc rozglądam
się na boki. Jest kilka metrów ode mnie. Szlag by to. – Nie pomyślałbym, że
Mako-chan komuś pokaże jedną z jej ‘specjalnych’ technik. – Na dźwięk imienia
mentorki, zaprzestaję gapienia się na mój miecz. Obracam głowę w kierunku
wroga, posyłając mu nienawistne spojrzenie. ‘Mako-chan?’
- No nie patrz się tak na
mnie. – prycha i oblizuje krew z lewego nadgarstka. Nie ma drugiego ostrza,
więc skutecznie go zraniłam. Uśmiecham się pod nosem. – Nie szczerz tak gęby,
mała. – Celuje mieczem w moim kierunku. Stoi zaledwie metr ode mnie. Wystarczy
jeden ruch, a rozpruje mi gardło. – Jakieś ostatnie słowa? – pyta, stukając we
mnie czubkiem. Przechodzi mnie dreszcz, a obraz mężczyzny się rozmywa.
Najgorsze, że nie przeraża mnie śmierć, tylko fakt, że nic nie czuję. –
Szybciej. – ponagla, uśmiechając się z mordem w oczach.
Jednak dzięki rozmytemu
obrazowi wroga dostrzegam tło. Takahiro podniósł się po uderzeniu i teraz kręci
się przy krwawiącym bracie. Ayako zaciska ręce na złamanym sztylecie, a z oczu
można wyczytać śmiertelne przerażenie. Podchodzi spokojnie od tyłu do Shigeo.
Tylko, że to nic nie da.
Nawet jeśli go trafi, to będzie miał dużo czasu by przeszyć ją mieczem. To
samobójczy akt odwagi. Biorę głęboki wdech. Moje spojrzenie krzyżuje się na
moment z szarozielonymi oczami. Uśmiecham się lekko, starając się dodać jej otuchy, mimo iż to ja czuję narastający
ucisk w gardle. Ayako rozszerza oczy i kręci głową. Zamykam oczy i nakładam
lodowatą maskę. Otwieram oczy i krzyczę z całych sił:
-Wiej!!!
Ayako mruga, a oczy zachodzą jej łzami. Ciska sztyletem
o ziemię i rzuca się do ucieczki. Ręce ma zaciśnięte w pięści, a głowę
opuszczoną. Shigeo nie zadaje mi ciosu, tylko obraca się zdziwiony za
dziewczyną, po czym patrzy się na bliźniaków. Korzystam z okazji i szarpię
ciałem w stronę swojej broni. Kiedy tylko czuję rękojeść w dłoni, zrywam się na
równe nogi, ignorując prawy bok oraz lewą rękę. Shigeo znów kieruje swój wzrok
na mnie, a kiedy widzi mnie w pozie bojowej, obrzuca mnie wściekłym
spojrzeniem.
- Takahiro. Takahide. Do mnie, natychmiast. – pomimo
złości mówi spokojnie. Rudzi podchodzą i wyciągają przed siebie miecz. Jeden z
nich krzywi się, a ze szramy przez środek brzucha powoli sączy się krew. –
Gratuluję aktu przyjaźni, jednak za moment zginiesz, mała. – każde jego słowo
przesączone jest jadem. Przełykam głośno ślinę i modlę się by nie drżał mi
głos.
- Ichigo – mówię.
- Co? – mężczyzna marszczy brwi, lekko zdezorientowany.
Prostuję się.
- Nie mała, tylko Ichigo. – rzucam im mordercze spojrzenie
moich granatowych oczu. – Kanegawa Ichigo.
- Kanegawa? – bliźniacy rzucają sobie pytające
spojrzenie, jakby słyszeli to nazwisko wcześniej. Moje serce zamiera na moment.
Co jeśli…
- Hahaha!!! – Shigeo parska śmiechem. – Twoi rodzice
przewracają się w grobie, widząc co… - przerywa i paruje mój cios. Uśmiech
zamiera mu na twarzy kiedy widzi moje oczy. Całkowicie puste.
Nie wiem, czy to oni ich zabili. Nawet nie chcę się
o to pytać. Muszę im coś zrobić. Cokolwiek. Drasnąć. Walnąć. Przeciąć.
Zabić.
Atakuję z nową siłą. Cała trójka jest zaskoczona,
jednak po kilku ciosach znowu jestem zmuszona do defensywy. Skaczę w stronę
błękitnookiego, po czym paruję cios jednego bliźniaka, ledwo unikając ataku
drugiego. Chwieję się. Paruję mocne pchnięcie Shigeo i odskakuję od Takahide.
Ostrze Takahiro mija moją głowę o kilka milimetrów. Mój miecz cały czas spotyka
się z ich bronią. Nie mam nawet czasu mrugnąć. Wiem, że przegram, jednak
kieruje mną teraz tylko niechęć do pogodzenia się z losem, który wybrałam. Mimowolnie
prycham.
Tylko, że oni mnie nie zabiją. Ja już nie żyję.
Jestem martwa od momentu, kiedy ujrzałam ciała moich rodziców. Drżę ze złości i
przygotowuję się do czołowego starcia z Shigeo.
Muszę go zabić.
- Zemszczę się – szepczę, kiedy moje ostrze napotyka
ostrze Shigeo. Nawet nie zauważam, że nie mam już najmniejszych szans. Takahide
jest z tyłu, a Takahiro przygotowuje się do ciosu. – Zemszczę się… - szepczę
jeszcze, a oczy zachodzą mi łzami. Wiem, że wyglądam żałośnie. Krzywię się,
cała we krwi. Łzy spływają mi po policzkach, na jednym mieszając się z
rozcięciem. W moich oczach jest rozpacz z dozą głębokiego żalu. Nim dosięgnie
mnie ostrze Takahiro, opuszczam głowę, zamykając oczy. Czuję ukłucie bólu, ciągnące
się przez całą klatkę. Wypuszczam miecz z dłoni. Nim spadnie na ziemię, usuwam
się na chodnik.
Otwieram oczy i patrzę się na niebo zasnute
chmurami. Deszcz kapie mi w oczy, a w oddali pojawia się błyskawica. Widok
zasnuwa mi jednak Shigeo. Zamykam oczy, czując napływające łzy.
Jaka ja jestem beznadziejnie słaba.
________________________________________________________________
Witajcie ponownie!
No, ten rozdział pisałam dość długo (tak prawie 2 tygodnie), jednak ma 10 stron w Wordzie. Muszę powiedziec, że jestem z siebie dumna - wkraczam w dwucyfrowe liczby. No i tak moja 'krótka historia' staje się prawie, że krótką książką.
Życzcie mi powodzenia w dalszym pisaniu!
Pozdrawiam <3
8 kwietnia 2015
Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 9 ~ Decyzja
Rozdział 9
Decyzja
Biegłyśmy przez park na przełaj. Nasz pot mieszał
się z przeszywającym na wskroś deszczem. Przemoczone ciuchy ciążyły i
utrudniały nam ruchy. Coraz ciężej było podnosić nogi, dodatkowo obciążone
traperami. Dochodziło południe ale nic nie wskazywało, że spomiędzy chmur
wysunie się słońce. Chłodne powietrze przyprawiało mnie o dreszcze mimo wysiłku
jaki wkładałam w bieg.
Uciekamy już od prawie godziny. Nawet nie wiemy czy
nas gonią, jednak obie jesteśmy w zbyt głębokim szoku by cokolwiek do nas
docierało. Prowadzę, doskonale znając otoczenie, a Ayako biegnie niestrudzenie
tuż za mną. Dziewczyna w ogóle nie kwestionuje drogi, jedynie szczęka zębami z
zimna.
Kiedy zbiegamy z pokaźnego pagórka, grunt ucieka mi
spod nóg. Nie łapię równowagi i zsuwam się na plecach na sam dół. Oddycham
ciężko i nie podnoszę się z mokrej ziemi. Po chwili przyjaciółka ląduje koło
mnie. Zamykam oczy i usiłuję uspokoić oddech. Chwytam łapczywie powietrze, a
mięśnie pulsują po prawie godzinnym sprincie. Napływ adrenaliny powoli się zmniejsza,
a ja zaczynam odczuwać wszystkie utrudnienia: mokre ciuchy, ciężkie buty,
mięśnie, zimno i zraniony prawy bok. Ból rozchodzi się po całym tułowiu. Łapię
się za niego i choć jestem przemarznięta, czuję gorącą skórę.
- Chwila… przerwy… proszę… - sapie obok mnie Ayako.
Przewiązuje na szybko warkocza, wyciskając z niego wodę jak ze szmatki.
Kiwam tylko twierdząco głową. Zaciskam zęby i
podciągam koszulkę. Zdarta skóra ma średnicę co najmniej 10 centymetrów, a
wokół tworzy się siniak, już w kilku miejscach fioletowy. Kiedy deszcz obmywa
ranę, wydaję z siebie westchnienie ulgi. Opadam na ziemię i zamykam oczy.
- Źle to wygląda… - mruczy Ayako. Nie wiem czy mówi
o naszej sytuacji czy o mojej ranie. Tak czy siak, i to, i to jest nieciekawe.
- Musimy iść dalej… - stwierdzam słabo. Jestem
wycieńczona, adrenalina całkowicie mnie opuściła. – Weź sprawdź czy nas gonią…
Ayako kiwa głową i oddala się na kilka metrów.
Wychyla się zza pagórka ostrożnie i obserwuje. Stoi tak kilka sekund po czym
wzdryga się. Nim zdąży zerwać się do biegu, powoli wstaję na nogi. Po minie
dziewczyny wiem, że są bardzo blisko. Za blisko.
- Dasz radę biec? – Ayako łapie mnie za rękę i
ciągnie przed siebie. Potwierdzam skinieniem głowy i biegnę za przyjaciółką.
Choć ból rozchodzi się na prawie całe ciało, zmuszam się by stawiać stopy przed
siebie.
Gdy wybiegamy z parku, znowu obieram prowadzenie.
Kieruję nasze kroki w stronę dworca. Wystarczy, że pojedziemy pierwszym lepszym
pociągiem przed siebie i wysiądziemy na najszybszym przystanku.
Zdaję sobie sprawę ze swojej słabości. Ostatnio cały
czas myślę jedynie o zemście, a teraz padam ze zmęczenia, jedynie uciekając od
walki. Być może ktoś z nich zabił moich rodziców. Muszę wrócić i ich zabić.
Potrząsam głową, przerażona po części własną rządzą
krwi. Wiem, że nie mogę zostawić Ayako lub zaciągnąć ją do walki. Nie zdąży
wyrobić sobie wystarczającego dystansu by strzelać z łuku, a w sparingu jest
bardzo kiepska. Zresztą ja też nie jestem specem od szermierki. A ich przewaga
liczebna nie zachęca do ryzykowania.
Choć wszystkie te powody powinny wybić mi to z
głowy, nadal jakiś głos każe mi się zatrzymać. Wziąć zamach. Niech leje się ich
krew. Deszcz krwi. Niech leżą martwi. Zemścić się. Zabić ich. Zabić.
- Ichigo? – przez wiatr i strugi deszczu słyszę
swoje imię. Zatrzymuję się i odwracam. Ayako stoi kilka metrów za mną, z
przerażonym wyrazem twarzy. Patrzy mi się prosto w oczy.
- Co ty robisz? Musimy uciekać. – mówię szorstko.
- Nie możesz… Tak po prostu z nimi walczyć… -
zaczyna dziewczyna. Dopiero wtedy dociera do mnie fakt, że myślałam ostatnie
rzeczy na głos.
- Ayako… - zaczynam, ale ciągnie dalej.
- Jeśli któreś z was wda się w bójkę i zginie nie
trzeba będzie mieć lepszego powodu do wypowiedzenia wojny… Nie możesz…
Nie może skończyć, bo zza zakrętu wybiega grupka
mężczyzn. Czuję napływ adrenaliny i mimowolnie powoli, złowieszczo się
uśmiecham. Chcę sięgnąć przez ramię by wyciągnąć miecz, ale Ayako mnie szarpie.
Zataczam się, biegnąc za nią. Mocno trzyma mnie za nadgarstek i ciągnie przed
siebie. Posyłam jej zaskoczone spojrzenie.
- Nie możesz zginąć tak po prostu, Ichigo… - kończy
bardzo cicho swoje wcześniejsze zdanie. Ledwo rozróżniam słowa, dlatego nie
wiem czy mi się to wydawało. Mimo wszystko nie odzywam się już i biegnę o
własnych siłach.
Nadal kierujemy się na peron, mimo iż Jishin depcze
nam po piętach. Jeśli choć trochę zwolnimy dopadną nas. Ta myśl dodaje mi
trochę sił, chociaż zadaję sobie sprawę, że po części wszystko mi jedno.
Straciłam rodzinę, dom, życie. Zostałam całkowicie sama i jeszcze do tego staję
się powoli potworem, rządnym krwi. Nie powiem, że nie boję się śmierci. Tylko
ona nic nie zmieni, poza faktem, że nikt nie pomści moich rodziców.
Jeśli natomiast chodzi o Ayako, sprawa przedstawia
się inaczej. Bez niej życie jej rodziny całkowicie się posypie. Kocha ich całym
sercem, najbardziej na świecie, więc ma prosty powód by choć trochę troszczyć
się o własne.
Wybucham śmiechem i skręcam na bardziej ruchliwą
ulicę. Kątem oka dostrzegam trójkę nastolatków siedzących na murku i
obserwujących pościg. Wyglądają podejrzanie, ale nie obchodzi mnie to.
- Ichigo? – Ayako posyła mi pełne niepokoju
spojrzenie. Od dłuższego czasu patrzy się na mnie w ten sposób. Kręcę głową i
śmieję się dalej.
W książkach, w takiej sytuacji, to osoba, która nie
ma nic do stracenia, zostaje i zatrzymuje wroga na tyle ile zdoła by umrzeć
jako bohater. A reszta ludzi ucieka i żyją dalej. Czyli wychodzi na to, że mam się poświęcić.
To tak przewidywalne, że przyprawia mnie o napady śmiechu. Patrzę się w ciemne,
zachmurzone niebo i nie wiem czy po moich policzkach spływa tylko deszcz.
- Mam pomysł… - zaczynam beznamiętnie, choć głos
trochę mi się łamie.
- Nawet o tym nie myśl, idiotko. – odpiera od razu
Ayako, a ja się śmieję i wypowiadam niedosłyszalnie ‘dziękuję’. Dobiegamy do
starszej zabudowy miasta, a mi w głowie świta pewna myśl. Skręcamy pomiędzy
kamieniczkami, tworząc zygzak. Ayako ma zdezorientowaną minę. W końcu dobiegamy
do zamkniętego przejścia, ale płynnie przechodzimy przez siatkę. Ruszamy dalej
przed siebie aż wybiegamy na zatłoczoną ulicę pełną sklepików i barów.
Zatrzymujemy się za jakąś wycieczką, w zaciemnionym zaułku.
- Jesteś genialna. – Ayako kiwa z uznaniem głową. –
Znasz to miasto, więc będą szukać dobrego przejścia. Nie przejdą przez tą
siatkę co my. A tu poza tym jest masa ludzi.
- Nie miałam pojęcia, że jest tu taka ulica. – mówię
zgodnie z prawdą. – Równie dobrze mogłyśmy trafić na totalnie ślepą uliczkę.
- Jednak jesteś idiotką. – dziewczyna uderza się w
czoło otwartą dłonią. – To co robimy teraz? – pyta, a ja wzruszam ramionami. W
sklepie naprzeciwko stoi 3 nastolatków, których chyba widziałam wcześniej. Mają
na sobie coś co kojarzę, jednak zdenerwowany wzrok Ayako odwraca od nich moją
uwagę.
- Raczej się nie odwalą? – moje pytanie ma charakter
retoryczny. – Może zadzwonisz po posiłki? – podsuwam beznamiętnie. Równie
dobrze mogłabym rzucić się na przeciwników.
Dziewczyna prycha z irytacją i wybiera numer szefa.
Relacjonuje szybko i cicho naszą sytuację, a ja obserwuję otoczenie.
***
- Dobra, tylko nie panikujcie. – rzuca do słuchawki
na samym początku. Od samego początku rozmowy chodzi w kółko po pokoju. –
Dajcie mi moment.
- Fumiya-san? – Omitsu obserwuje go podejrzliwym
wzrokiem, kiedy jednak on obdarza ją kwaśną miną, wydusza z siebie ciche
przekleństwo.
- Pragnę nadmienić iż nasza ‘Święta Trójca’ jest w
Setagayi… - odchrząkuje Hiroki. Mężczyzna podniósł głowę znad sterty papierów.
Blond włosy okalały mu twarz, lekko maskując paskudną bliznę.
- Poinformuję ich o zmianie planów. – odpiera od
razu Mikuru i sięga po komórkę. – Jeszcze tylko mi powiedz gdzie one są
dokładnie. – prosi.
- Słyszysz, Kasahara? Gdzie jesteście? – mężczyzna
rzuca niecierpliwie do słuchawki. Słucha uważnie adresu i podaje go kobiecie,
która zapisawszy go na kartce dzwoni do ‘’Świętej Trójcy’’.
- Meiji-san? – Mikuru wpatruje się w adres,
marszcząc brwi. Z jej jasnobrązowego koka zaczęły wysuwać się pojedyncze
kosmyki. – Mamy małą zmianę planów. A co mnie obchodzi, że oni są ulicę dalej!?
Mamy nieciekawą sytuację w Setagayi. – kobieta relacjonuje szczegółowo
wydarzenia, na końcu tylko upewniając się ile zajmie im dotarcie na miejsce.
- Kasahara, żyjecie jeszcze? – pyta Fumiya, z lekkim
niepokojem w głosie. – Cieszę się, że masz siłę pyskować. Jun, Koichi i Meiji
będą za jakieś 10 minut. Postarajcie się nie zmieniać lokacji. I broń Boże, nie
walczcie, jasne?
- Co tu takie zamieszanie? – Daiki podnosi głowę ze
stołu. Najstarszy członek Kaminari od rana sączył spokojnie alkohol na fotelu,
niczym się nie zajmując. Atmosfera stała się tak gęsta, że wyrwała go z
pijackiego upojenia.
Szef skrzyżował ręce na piersi, marszcząc brwi. Był
zestresowany, zmęczony, zmartwiony i na dodatek wściekły. Przez ostatnie
miesiące sytuacja z Jishin tylko się pogarszała, a dzisiejsza sytuacja prawie
na pewno doprowadzi do walki. Ścisnął swojego kucyka i zaczął krążyć po pokoju.
Wszyscy, włącznie z Hirokim, który nie mógł skupić się na papierkowej robocie,
obserwowali go uważnie.
- Fumiya-san? – Omitsu wyciągnęła rękę w stronę
dowódcy. Martwiła się o niego od dłuższego czasu, a stale pogłębiające się
worki pod oczami oraz blady wygląd nie uspokajały jej. Położyła delikatnie rękę
na ramieniu przyjaciela, ale ten ją strącił. – Fumiya-san?
Zignorował ją i ruszył w stronę dużej szafy.
Otworzył ją zamaszyście, chwilę rozglądając się po jej zasobach i sięgnął po
okurzoną pochwę z mieczem. Trzymał broń chwilę w dłoniach, wspominając stare
czasy. Kuranosuke, Shuuko, Arata. Zacisnął dłonie w pięści.
- Omitsu. – wypowiedział jej imię chłodno, na co ona
się wzdrygnęła. – Nie idziesz na tą misję. Dzisiaj. – dodał, słysząc, że chce
zaprzeczyć. – Poszefujesz, pani zastępco. Ja muszę wyjść. – oznajmia i nim
ktokolwiek zdąży zareagować, bezceremonialnie wychodzi.
Dowództwo patrzy się po sobie. Dzień zapowiadał się
jak każdy inny. Mikuru opada na fotel i rozpuszcza swoje długie włosy. Hiroki
przeciera twarz ręką, mamrocząc coś niekulturalnego. Omitsu kontaktuje się
wzrokowo ze strategiczką, warczy coś w efekcie frustracji i wychodzi za Fumiyą,
trzaskając drzwiami.
- Fiu, fiu! – kwituje Daiki i upija spory łyk whisky
z gwintu.
Omitsu idzie w stronę wyjścia tak szybko jak może,
jednak nie biegnąc. Dłonie ma zwinięte w pięści tak mocno, że bieleją jej
knykcie. Przez jej falowane, rozpuszczone włosy przebijała się siwizna, a jej
ciemnoczekoladowe oczy błyskały groźnie. Ludzie szybko schodzili jej z drogi.
Swojego starego przyjaciela dorwała na chodniku
prowadzącym do wyjścia z ich terenu. Szedł spokojnym krokiem, mimo iż wszystkie
mięśnie miał spięte i gotowe do walki. Stanęła kilka metrów za nim, a
położywszy ręce na biodrach powiedziała tak strasznie jak umiała:
- So-to-mu-ra-san… - przeciągnęła każdą sylabę jego
nazwiska, tak jak kiedy po raz pierwszy jej siostra przyprowadziła go do domu.
Dowódca wzdrygnął się, przypominając sobie tą ‘’sympatyczną’’ sytuację i
odwrócił się.
- Posłuchaj mnie, Omitsu-chan… - zaczął już
spokojniej. Uśmiechnął się smutno, lekko rozjaśniając bladą twarz. Jego ciemne,
długie włosy i czarne jak węgiel oczy dawały wyraźny kontrast od jego
trupiobladej twarzy. Na czole porobiły mu się zmarszczki. Wyglądał jak bardzo
zapracowany ojciec.
Omitsu westchnęła głęboko i pokręciła głową.
Opuściła ją, zamknąwszy wcześniej oczy, czując, że łzy się zbliżają. Przełknęła
je tylko i podeszła do starego przyjaciela, uśmiechając się tak szczerze jak
tylko teraz potrafiła.
- Omitsu… - Fumiya wypowiedział jej imię czule i
zmierzwił jej włosy. Wyglądało to jak kiedyś.
- Ne, Fumiya… - zaczęła kobieta, podnosząc na niego
wzrok. – Co ty masz zamiar zrobić, co? Idioto?
- Eh… - westchnął, słysząc stary sposób gadania
przyjaciółki. Kiedy byli dużo młodsi, zawsze dodawała na koniec zdań wyzwisko
jeśli kierowała je do niego. – Wypowiedzieć wojnę – oznajmił poważnie. Przez
jej twarz przebiegło przerażenie.
- Ale Fumiya… - zaczęła, ale jej głos się załamał.
Zacisnęła zęby i powtórzyła. – Ale Fumiya, nie możesz dać się sprowokować.
Wojna, to to, czego oni oczekują.
- No to będą ją mieli. – mężczyzna patrzy się gdzieś
w dal, obojętniejąc.
- Czy już zapomniałeś koszmar sprzed 11 lat? –
zapytała cicho. On się wzdrygnął, więc ciągnęła dalej. – Straciliśmy wtedy
Pierwszego. Nie możesz…
- Mogę. – przerywa jej chłodno. – Właśnie, że mogę,
Omitsu. Bo ja tu jestem szefem. –
dodaje, patrząc jej prosto w oczy. Po policzku kobiety spływa pojedyncza łza,
ale z jej ciemnych oczu emanuje wściekłość.
- Arata nie mianował cię dowódcą byś postępował w
ten sposób! – wykrzykuje. – Doskonale wiesz jak bardzo odbiła się na nim wojna
a Akumu! Wiesz, jak bardzo się troszczył o Kaminari! Nie możesz tak po prostu
wypowiedzieć kolejnej wojny! Nawet jeśli chodzi o Jishin! Nawet jeśli to oni go
zabili! – Omitsu krzyczy kolejne zdania, a po twarzy ciekną jej łzy
bezsilności. Widziała to w jego oczach. Z tym wzrokiem nie przekona go do
zmiany zdania.
- Proszę… - mówi jeszcze cicho na koniec. Mężczyzna
zdaje się tego nie słyszeć i gładzi ją po głowie.
- Muszę iść, Omitsu. Głowa do góry, damy radę. –
rzuca jeszcze przez ramię i wychodzi z ich terenu. Skręca w stronę dworca.
Kobieta patrzy się za nim, aż nie zniknie z pola
widzenia. Przestała już płakać, a na miejscu frustracji została jedynie
wszechogarniająca pustka. Wzięła głęboki wdech. Bolało ją serce, miała
wrażenie, że już go straciła. Kolejną ważną osobę.
- Od kiedy nie żyjesz, on jest nie sobą,
siostrzyczko. – szepcze cicho, podnosząc głowę. Na niebie zaczęły gromadzić się
czarne chmury, zwiastujące pewne przyjście deszczu. – Wybacz, ale tylko ty
byłaś w stanie powstrzymać go przed robieniem głupot. – jej twarz wykrzywia
ból, ale stara się uśmiechnąć. Patrzy się w niebo, szukając jakiegokolwiek
znaku od swojej starszej siostry. Kiedy nic się nie dzieje, odwraca się jedynie
i powoli kieruje w stronę Kaminari.
***
Ryutaro krząta się po swoim gabinecie. Wala się tu
sterta papierów, przyrządów oraz leków, które powinny mieć swoje miejsce. Od
ostatniego czasu ma urwanie głowy. Co chwila ktoś jest ranny, co chwila trzeba
kogoś szyć. Napięta sytuacja z Jishin też nie działa na niego krzepiąco,
jedynie pogłębia jego obawy. A na dodatek Ichigo zachowuje się jak nie ona,
Tsuneari nie kontaktuje się z nikim, a stan Seizo cały czas jest niestabilny.
Opiera się o biurko, zmęczony tym wszystkim. W
takich chwilach najbardziej odczuwalny jest brak starego dowódcy. Chłopak
wzdycha głęboko i podnosi oczy na przybyłą osobę.
- Jeśli to tylko draśnięcie to nic… - zaczyna, ale
nie wyczuwa, żadnej krwi. Skupia się bardziej na przybyłej postaci, a kiedy
rozpoznaję zastępczynię dowódcy, rozszerza oczy ze zdziwienia, prostując się
jednocześnie.
- Spokojnie, Ryutaro… - kobieta macha na niego ręką.
Chłopak od razu zauważa, że jest spięta. Patrzy się na boki, porusza się
nieswojo. W jej oczach kryje się coś co zwiastuje kłopoty. – Mógłbyś ze mną
zapalić?
Chłopak patrzy się najpierw na przełożoną zdziwiony.
Mimo iż w świetle prawa jest niepełnoletni, to zdarzało mu się napić czy
zapalić, choć niezbyt często z tego korzystał. Zazwyczaj patrzył z degustacją
jak Omitsu, Mikuru i Daiki zakładają się kto więcej wypije. Hiroki i Fumiya
zachowywali powagę.
- Proszę? – Dodaje jeszcze kobieta, wyciągając zza
pleców paczkę jakichś drogich papierosów. Ryutaro rzuca jeszcze spojrzenie na
cały bałagan.
- Z przyjemnością. – mówi, chcąc jedynie wyrwać się
z tego całego bagna choć na moment.
Po kilku minutach siedzą na dachu skrzydła
szpitalnego. Nogi zwisają im swobodnie kilkanaście metrów nad ziemią, a jeden
zły ruch i któreś z nich rozpłaszczy się tam na dole. Omitsu podaje mu
papierosa, a sama zapala swojego. Trzyma go w zębach i patrzy się beznamiętnie
w przestrzeń. Ryutaro powstrzymuje się by nie westchnąć.
- To jak źle? – pyta w końcu, wydmuchując dym przez
nos.
- Atakują naszych w Setagayi, no i wysłaliśmy tam ‘’Świętą Trójcę.’’
- Rozumiem. – odpowiada tylko, strzepując na sam dół
popiół.
- No i Fumiya poszedł do szefa Jishinu wypowiedzieć
im wojnę.
- To było tylko kwestią czasu, Adachi. – zwraca się
do kobiety po nazwisku, pomimo tego, że zna ją już od 11 lat. Jego głos jest
spokojny, nie przejawia ani krzty zdziwienia. Choć chłopak jest dopiero
nastolatkiem, zachowuje się odpowiedzialniej niż niejeden dorosły. – Wiedziałaś
to tak samo dobrze jak ja, i każdy kto był w organizacji przynajmniej za
szefowania Araty.
Kobieta milczy i zapala kolejnego papierosa. Tym
razem zaciąga się dymem i wypuszcza kółka. Cała masa wspomnień napływa przed
jej oczy, nie dając jej chwili wytchnienia. Chłopaka, który siedzi obok niej
zna już od bardzo długiego czasu. Od prawie kilkunastu lat patrzy jak dorasta.
Wzdycha smutno.
- Z tym wszystkim… - zaczyna, urywając na moment.
Ryutaro posyła jej zaciekawione spojrzenie. – To całkiem długa historia, co? –
uśmiecha się smutno. Lekarz wzdycha, nic nie odpowiedziawszy.
Kobieta pochyla się do tyłu i przeciąga.
- Czasem tak się zastanawiam… Do jakiego momentu chciałabym
się cofnąć…
- To i tak bezsensowne… - prycha w odpowiedzi
chłopak. – Nie zmienimy przeszłości, a przyszłość jest zmienna. Jedynie możemy
ingerować w teraźniejszości.
- Ne, Ryutaro… A ty gdzie byś się cofnął? – rzuca,
ignorując stwierdzenie chłopaka. Chciałaby czasem zobaczyć jeszcze tego
beztroskiego chłopczyka, którego Kuranosuke przyprowadził. Który musiał tak
szybko dorosnąć.
Lekarz milczy. Jego wzrok się rozmywa, kiedy
wspomina przeszłość. Kobieta czeka cicho na jego odpowiedź, choć wcale jej się
nie spodziewa. Chłopak w końcu wzdycha i uśmiecha się smutno. Oczy ma zamglone,
ale szybko je przeciera. Na ustach nadal gości mu ciepły, nostalgiczny uśmiech.
- Do momentu kiedy moja siostra odchodziła. – mówi spokojnym
głosem. – Żebym mógł ją zawołać, zatrzymać. Zrobić cokolwiek. – czuje narastającą
gulę w gardle. Przed oczami staje mu widok jego odchodzącej 13-letniej siostry.
– To jest ta jedyna rzecz, której nigdy sobie nie wybaczę. – kończy łamiącym
się głosem. W oczach stają mu łzy, choć zawzięcie z nimi walczy.
Omitsu uśmiecha się czule. Podnosi niespokojnie dłoń
i gładzi młodego przyjaciela po włosach. Obdarza go ciepłym, siostrzanym
spojrzeniem. Chłopak prycha i pozwala pojedynczej łzie spłynąć po policzku.
- Od kiedy pamiętam, Ryu… - zaczyna, ale jej ton ją
dziwi. Jest taki spokojny, skłaniający do refleksji. Taki jaki zawsze chciała osiągnąć.
– Zawsze nie zwierzałeś się ze swoich problemów… Emocjonalnie. – ciągnie dalej.
Młody Ishimura słucha ją uważnie, a ona sama zastanawia się czy w końcu
dojrzała do tego by tak mówić. – Opowiadałeś swoją historię, ale w taki sposób,
że nikt się o ciebie nie martwił. Twoja osobowość sprawia, że ludzie się ciebie
radzą, zdradzają tajemnice. Mimowolnie zostałeś ‘psychologiem’. Obarczamy cię
bardzo dużym ciężarem, prawda? – rzuca pytanie retoryczne, gładząc jego jasno-orzechowe
włosy. W końcu czuje impuls i przytula go. – Wybacz, Ryu. Naprawdę. To my
jesteśmy dorośli, to ty powinieneś nas się radzić. Ale nie martw się. Teraz to
my… - chce skończyć, ale urywa nie wiedząc o co zapewnić.
Chłopak posyła jej pytające spojrzenie, pełne troski
i zrozumienia. Kobieta widząc to kręci głową, mocniej go przytulając. Znowu
widzi w nich to co on powinien widzieć w oczach starszych.
- Wiesz, Adachi – szepcze chłopak. – Boję się wojny.
Walki. Znowu będą ginąc ważni dla mnie ludzie.
Omitsu chce w pierwszym odruchu przytaknąć, jednak
wie, że jako starsza musi okazać hart ducha. Choć na myśl przeżycia takiego
samego koszmaru jak 11 lat temu odbiera jej dech, zdolność logicznego myślenia,
zaciska zęby i stara się jak najspokojniej uciszyć obawy młodego przyjaciela.
- Nie martw się. Nie pozwolę na to. – po wypowiedzeniu
tych słów czuje napływ energii. Choć to tylko słowa, są one w całkowitą prawdą.
Puszcza z duszącego uścisku Ryutaro i zaciska pięści, rzucając poważne, groźne
spojrzenie w stronę odległego Jishinu. – Nie mam zamiaru pozwolić by ludzie dla
mnie ważni umierali. Znowu.
Milczą przez chwilę. Czarne chmury zaczynają się gęstnieć
zwiastując burzę. Mimo iż dochodzi południe, miasto spowijają wieczorne
ciemności. Wyraz twarzy Omitsu w końcu łagodnieje, a ona sama posyła
pokrzepiający uśmiech przybitemu z lekka nastolatkowi. Chłopak może sprawia
wrażenie smutnego, jednak w głębi duszy jest mu lżej po podzieleniu się obawami
z kimś. Dziękuje w duchu kobiecie za jej zrozumienie, wynikające po części z
doświadczenia.
- Wiesz, Adachi… Czasem zastanawiam dlaczego tak
dobrze mnie rozumiesz. I teraz chyba wiem… - kobieta nie odpowiada, więc lekarz
ciągnie dalej. – Oboje straciliśmy nasze starsze siostry, co?
- Tak… - z jej ust wydobywa się westchnienie.
Pierwsze krople spadają na ziemię. Ryutaro podnosi się, rzucając przeciągłe,
badawcze spojrzenie przyjaciółce. Deszcz nasila się z każdą sekundą.
- Nie siedź tu za długo. – radzi tylko i znika w
budynku.
Omitsu nic za nim nie mówi. Patrzy się w niebo,
szukając jakiegoś przebłysku. Krople obmywają jej twarz, pozorując płacz, na
który nie mogła sobie teraz pozwolić. Zbyt wiele się dzieje, by mogła okazać słabość.
Wzdycha głęboko i sięga do wewnętrznej kieszeni kurtki po lewej stronie. Od
dłuższego czasu nosi oprawione w folijkę stare zdjęcie.
Obserwuje postacie znajdujące się na fotografii. 25
letniego niebieskookiego mężczyznę o białych jak śnieg włosach. Gołym okiem widać
zadziorność w jego uśmiechu oraz porażającą inteligencję w oczach. Obok niego
stoi para starych przyjaciół z jednej klasy. Jeden o orzechowych włosach i
oczach, drugi ma płowe włosy i mahoniowe oczy. Na rękach ma dziary i ogólnie
wygląda na typowego gangstera. Na fotografii znajduje się jeszcze młody
mężczyzna o czarnych oczach, równie inteligentnych jak jego trochę starszego
przyjaciela. Nosi zapuszczone długie, czarne włosy związane w kucyka. Obejmuje
piękną dziewczynę o na wskroś przenikających, prawie czarnych oczach i kasztanowych,
krótkich włosach. A na samym środku stoi najmłodsza dziewczyna o podobnej
urodzie, z jedyną różnicą dotyczącą długości włosów. Jej sięgają aż do pasa.
Patrzy prosto w obiektyw, wyzywającym wzrokiem. Takim samym jak dzisiaj.
- Nie zmieniłam się zbytnio, co? – mruczy do siebie,
tęskniąc za swoimi długimi włosami. – Arata, Kuranosuke, Daiki, Fumiya i ty,
moja siostro, Shuuko… Jeśli miałabym wybierać, przeniosłabym się właśnie do
momentu, w którym zrobiliśmy to zdjęcie… 11 lat temu… - wzdycha jeszcze i
posyła spojrzenie ku niebu. Zwykły symbol tego, że wierzy, że jej siostra ją
obserwuje. Chowając zdjęcie, patrzy w stronę, w którą poszedł Fumiya.
- Proszę cię, idioto, wróć w całości. Nie zostawiaj
naszego składu jako tylko mnie i Daikiego. Proszę. – wypowiada te słowa cicho,
przeklinając siebie, że nie powiedziała ich wcześniej. – Idioto. – dodaje,
prychając i kierując się do środka.
___________________________________________________________________
Witajcie!
Jak widzicie szybko z wami się spotykam ponownie. Ostatnio miałam natchnienie więc przedstawiam wam nowy rozdział. Jak widzicie ogólna akcja w Setagayi nie rozwinęła się zbytnio, wybaczcie. Musiałam wpleść moment kiedy Fumiya odchodzi z wypowiedzeniem wojny i przedstawić jego bliską relację z Omitsu. A potem poczułam potrzebę napisania szczerej rozmowy Ryu z Omitsu. No i zeszło na cały rozdział >.<
Obiecuję, że w 10 rozdziale będzie już 'akcja' jako taka. Mam nadzieję, że ze mną wytrwacie :)
Przepraszam też za wszelkie błędy, dodaję go szybko i edytować będę po napływie weny :D
Pozdrawiam :*
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)