25 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 29 ~ Słów nie da się cofnąć

Rozdział 29

Słów nie da się cofnąć
~Ichigo~
     - Widzę, że obrałaś inną taktykę...
     - Zamknij się.
     -… Ale wiesz, że siedzenie pod drzewem nic nie da?
     - Zamknij się.
     - Będzie ci się to tylko dłu…
     - Zamknij się, do cholery!!!
      Mój wrzask poniósł się echem po całym lesie, a z koron strzelistych jodeł wyleciały stada kruków. Haker wzdrygnął się, patrząc się krzywo na niebo, pokryte teraz masą czarnych punkcików. Po chwili uchylił się gwałtownie od pocisku, który posłałam w jego stronę.
       Kiedy obudziłam się znów w tej sennej marze, od razu wiedziałam, że to będzie jeden z tych snów, w których zmieniają się tylko drobne szczegóły. Godzinami będę chodzić po tym ciemnym lesie, aż dojdę do Granicy, bądź szybciej znajdą mnie moje ofiary. Mając przed sobą tylko te dwie perspektywy, opadłam na ziemię, opierając się o pień drzewa, licząc, że w końcu normalnie się obudzę.
      Niestety to nie jest sen, tylko koszmar.
      Po jakimś czasie pojawił się on – Yo Ito.
      - Dlaczego jesteś taka agresywna, co? – spytał, gdy zerwałam się na równe nogi, gotowa do wszczęcia walki z nim. – Od kiedy usiłujesz zabić jedyną osobę, która jest twoim sprzymierzeńcem?
       - Sprzymierzeńcem? – wycedziłam.
        - No dobra. Źle to ująłem.  – wzruszył ramionami. – Raczej jedyną osobą nieusiłującą cię zamordować.
        Prychnęłam na niego, odsuwając się. Mężczyzna z niewiadomego dla mnie powodu od samego początku nie przejawiał zapędów morderczych w moim stosunku, choć wszyscy inni przeze mnie zgładzeni niestrudzenie mnie atakowali. I tylko z nim mogłam na wiązać inteligentną rozmowę.
      A jeśli już chodzi o rozmowy.
      Podchodzę, chwytając go za     koszulę i przyciągając na wysokość moich oczu – ciemnych jak nocne niebo oraz pełnych opanowanego gniewu.
        - A jeśli chodzi o ostatni sen, ten z tym cholernym pożarem… - wypowiadam słowa powoli, starając się zachować względny spokój, mimo że druga dłoń, zwinięta w pięść, drży ze wściekłości. – Gadaj wszystko co wiesz.
      -  Przecież to twoja głowa – śmieje się, odtrącając moją dłoń. Patrzę się na niego morderczo, żałując, że nie męczyłam go bardziej przed śmiercią. – Chociaż muszę przyznać, że wiem kilka rzeczy… - rzuca tajemniczo.
        Wyczuwam, że nie mówił tak tego, bo mogłam go zmusić do odpowiedzi. Odwróciłam się gwałtownie, napinając wszystkie mięśnie. Wiedziałam, że nadchodzą. Nie wiedziałam jeszcze, kto ale on nigdy nie powiedziałby czegoś takiego tak po prostu.
       Moje oczy rozszerzają się ze zdziwienia, gdy zza drzew dostrzegam 3 zabójców z Fubuki: James’a, Jiro i Ayę. Rozglądam się wokół – nie ma tu nawet miejsca na walkę. Jeśli to by mądrze rozegrać, ci z przewagą liczebną nie mieliby szans. Oczywiście dałabym to zrobić, gdybym łaskawie wyśniła sobie jakąś broń. Staję w pozie do ataku wręcz.
        I gdy mordercy są kilka metrów ode mnie, za nimi dostrzegam 4 dilerów Jishin. Rozluźniam pozę, nie mogąc w to uwierzyć. Cofam się o krok, nabierając coraz większych podejrzeń, że ten sen też będzie trochę inny, tak jak poprzedni.
        Nabieram pewności, że nie mam szans, gdy zza dilerów wybiegają przerażeni studenci z piekarni, a za nimi ciągnie się jeszcze spora grupa osób, które kiedyś musiałam zlikwidować.   Przełykam głośno ślinę, zrywając się do biegu. Przynajmniej teraz las się po mojej stronie – wąskie przesmyki między drzewami działają na korzyść pojedynczej jednostki, a nie grupy. Zostawiam ich po jakimś czasie lekko w tyle, lecz nie zwalniam ani trochę.
      Nakazuję sobie myśleć. Mój chory mózg wyimaginował sobie koszmar, oparty na dość prostej symbolice. Tą związaną z miejscami rozgryzłam – Ciemny Las jako piekło, Jasny jako niebo, strumień jest Granicą. Z całą resztą niestety jest gorzej.
        Zabijałam głównie tych ‘złych’, więc wszystkie ofiary znajdują się po tej stronie. Jednak jak z danych wynikało, studenci z tej piekarni byli jedynie prostymi ludźmi, a w ich kartotekach nie było żadnych przewinień, więc nie powinni znajdować się po tej stronie.     Możliwe, że tutaj są ci, których zamordowałam, co nie daje odpowiedzi dlaczego w Jasnym Lesie widzę nie tylko moich rodziców, ale też innych, nieznajomych mi ludzi?
         Zostaje też sprawa Yo. Dlaczego akurat on zachowuje się nieschematycznie? Co jest powodem tego, że stał się dla mnie teoretycznie neutralny?
         Zauważam, że drzewa się przerzedzają. Mam głęboką nadzieję, że nie oznacza to tej polany przy strumieniu, jednak gdy widzę rozjaśniającą się trawę, wiem, że znajdę się na otwartym terenie. Klnąc pod nosem, skręcam trochę na bok. Kątem oka dostrzegam, że prześladowcy nie odbili tak bardzo.
          Po kilku chwilach dostrzegam drzewo, na które kiedyś się wdrapywałam. Przyśpieszam na tyle ile pozwalają mi siły, odbijając się do góry kilka metrów od pnia, chwytając się w locie jednej zwisających lian. Gdy poczułam, że utrzyma ona mój ciężar, zaczęłam się od razu wspinać. Po kilku sekundach byłam ukryta na szczycie, wśród bujnych liści.     Obserwowałam z góry moich przeciwników, krążących w okolicy.           Zdawałam sobie sprawę, że ich zdezorientowanie nie potrwa zbyt długo.
          - Zawsze musisz się tu wdrapywać? To się już robi nudne. – jęczy mi do ucha haker, opierając się nonszalancko o gałąź. Posyłam mu mordercze spojrzenie, ale on jedynie wzrusza ramionami. – I tak mnie nie usłyszą.
          - Gadaj. – syknęłam do niego, wychylając się trochę. Zabójcy oddalili się nieznacznie. – O co w tym wszystkim chodzi?
         - Myślisz, że ci powiem? – wybucha śmiechem, który urywa w połowie. Patrzy się na mnie niepewnie, a po plecach przebiegają mi dreszcze.
          O nie.
          Jak zza ściany słyszę poruszenie w grupie ścigających mnie ludzi, którzy jak na komendę wracają w naszą stronę. Wzdycham głęboko, starając ustabilizować przyśpieszone bicie serca. Wiem, że nie zakończy się to tak szybko.
           - Kurde, miałem być trochę ciszej – mruczy Yo, przeczesując włosy dłonią. – Ale w zamian dostaniesz podpowiedź. – rzuca radośnie.
            Staram się go słuchać, choć krew buzuje mi w uszach. Coś ściska mnie w żołądku, choć to bynajmniej nie strach. On zrodził się w umyśle, to jest coś na kształt szału walki, który od dłuższego czasu budzi się we mnie podczas starć.
       I który wcale mi się nie podoba.
       - No więc postaraj się tą sytuację skojarzyć z wcześniejszym snem – mówi, gdy pierwsze osoby zaczynają wdrapywać się na drzewo. Patrzę na niego nagląco, a on w końcu pojmuje, że chcę zeskoczyć. – Najpierw były płomienie, niedługo po tym co się stało naprawdę? – podkreśla ostatnie słowo, uśmiechając się szyderczo. Wie, że nie za bardzo rozumiem, a muszę już skoczyć.
        - Kiedyś zetrę ci ten uśmiech z twarzy, Yo Ito – cedzę i biorąc głęboki wdech, rozpędzam się i zeskakuję w sam środek tłumu.
      W uszach mam tylko wysoki pisk, który zagłusza wszystko wokół. Każda sekunda lotu wydawała się odbywać w spowolnionym tempie, ale gdy moje stopy dotknęły ziemi, akcja przyśpieszyła.
         Zabójcy rzucili się na mnie grupą, więc ich ruchy były chaotyczne. Na pierwszą linię poszli studenci, których z łatwością przerzucałam na plecy wyćwiczonymi do perfekcji ruchami. Starałam się pozbierać myśli.
       Najpierw był pożar. Po nim w rzeczywistości… Co się stało po tym? O co mu chodziło? To ten nieszczęsny patrol? Rozmowa z Tokajim? Powrót oddziału?
       Pożar… Ogień… Płomienie…
       Zastygłam w bezruchu, gdy prosta prawda dotarła do mnie.   Poczułam mocne uderzenie, posyłające mnie na ziemię. Nawet nie wiedziałam kto wyprowadził cios. James przyparł mnie do ziemi, a ja zwalczyłam pokusę walki, powtarzając sobie cały czas, że to tylko sen.
        Płomienie symbolizowały powrót Tsuneariego. Tego, który niesie płomienie.
       Gdy w powietrzu śmignął sztylet, wzdrygnęłam się, wiedząc, że za chwilę się obudzę. Jednak gdy wbił się on w moje gardło, poczułam jedynie rozdzierający ból, a z gardła wydobył się charkot.
        Co jest? Powinnam być już martwa. Powinnam już się obudzić.
        Poczułam jak dziesiątki rąk łapią mnie, powoli łamiąc mi każdą z kości, a ja nadal się nie budziłam.         Ból był tak realny, że umysł przykryła gęsta mgła. Powtarzałam w kółko jedną myśl, starając się ją przyswoić i zrozumieć, co ma symbolizować ta grupa ludzi.
       Jednak po kilku minutach tych cierpień, myśl zmieniła się na to tylko sen. To tylko sen. To tylko sen…
       A później tylko na błaganiu o pomoc.
***
        Zrywam się z łóżka, zaplątując się w kołdrę i spadając z łoskotem na ziemię. Pierwsze słowo jakie wypowiadam to siarczyste przekleństwo. Obracam się na plecy, jedną dłonią ściskając koszulkę w miejscu rozszalałego serca, drugim ramieniem zakrywając oczy. Dyszę ciężko, zmęczona koszmarem, a kącikach oczu wyczuwam powoli gromadzące się łzy.
         Weź się w garść, Ichigo. Koszmar jak każdy inny, mówię sobie, choć wiem, że sen bardzo różnił się od pozostałych. Zaciskam jednak mocno zęby i powoli podnoszę się do pozycji siedzącej. Patrzę się na wyświetlacz zegarka i z westchnieniem odrzucam kołdrę na łóżko.
       4.38 nad ranem. I tak nie zasnę.
        Stoję w za dużej czarnej koszulce i szortach na środku pokoju, nie wiedząc co mam ze sobą zrobić. W sypialni mam tylko szafę, komodę, łóżko i biurko, na którym nie ma zbytniego bałaganu.         Mebel sam w sobie, nieużywany, pokrył się grubą warstwą kurzu. Leżały teraz na nim prezenty ze świąt – apteczka, telefon i zdjęcie.
      To zdjęcie.
      Podchodzę mechanicznie do biurka, dotykając delikatnie odwróconej ku dołowi ramce. Wahając się przez chwilę, kilka razy zbliżam do niej swoją dłoń, zaraz ją cofając. W końcu kręcę głową i podnoszę ostrożnie zdjęcie.   Drewniana oprawa ciąży mi w dłoni.           Patrzę się pusto na osoby uśmiechające się do mnie z fotografii – dorosłą kobietę z czarnymi włosami opadającymi falami na jej plecy i granatowymi, nocnymi oczami, która opiera się jednym ramieniem o swojego męża – wysokiego, barczystego o ciemnobrązowych, krótkich włosach i czarnym oczach. Jego prosty nos i wydatne usta nakreślają twarz ich córki, która z twarzy i budowy wdała się głównie w ojca – jednak ‘atuty’ dostała po matce – falowane, czarne włosy i oczy w kolorze nocnego nieba.
           Odkładam ostrożnie zdjęcie dołem do biurka, przecierając dłonią twarz. Nadal nie mogłam po prostu spojrzeć na moje rodzinne zdjęcie, mimo, że od świąt minęło już kilka dni. Ich twarze budziły ponownie rozdzierającą rozpacz w moim sercu.
        By się czymś zająć, wygrzebuję z szafy ubranie codzienne, ale przed oczami nadal mam fotografię. Syknęłam ze złością, przeciągając przez głowę koszulkę.
         Takich rzeczy się nie daje i po prostu zostawia samemu sobie, idioto.
          Przechodzę do przedpokoju, zaglądając przez uchylone drzwi do salonu, jakby tam czekało natchnienie na cokolwiek.     Wzdycham, stojąc na środku mieszkania, nie mając najmniejszego pojęcia co mam ze sobą począć. Mój wzrok pada na pochwę z mieczem i w głębi serca wiem czym się do zakończy. Jak zwykle pójdę trenować, tylko zapewne Tokaji już nie pojawi się by mi pomóc.
          - O co temu idiocie chodzi? – mruczę, pochylając się po broń, ale zastygam, dosłyszawszy muzykę zza ściany. Prostuję się, patrząc się w drzwi, usiłując zlokalizować dźwięk. Piosenka cichnie, po czym na nowo się rozpoczyna.
        Telefon?
         Wyglądam na korytarz, nasłuchując.
         Do kogo by dzwonili przed 5 rano?
         Gdy słyszę muzykę po raz trzeci, źródło lokalizuję przed sobą. Unoszę jedną brew, jakoś specjalnie nie dziwiąc się, że chodzi akurat o Ayako. Swobodnie wchodzę do jej mieszkania, wiedząc, że ma kamienny sen.
         Zastaję przyjaciółkę zakopaną w koce, z twarzą schowaną w poduszce. Ma głęboki, spokojny oddech, w ogóle nie reaguje na dzwoniącą komórkę. Muzyka rozbrzmiewa po raz czwarty.   Podchodzę do biurka, chwytając telefon w dłoń z zamiarem odbioru.         Kiedy jednak widzę kto dzwoni, odsuwam od siebie ten zamiar. Czekam aż dzwonek ucichnie i sprawdzam listę połączeń.
        - O żesz ty… - wyrywa mi się na widok 80 nieodebranych połączeń. I to wszystko od jej rodziny. Rzucam Ayako wściekłe spojrzenie. – Ta idiotka… -wzdycham i bezceremonialnie rzucam telefonem w jej głowę.
         Dziewczyna zrywa się gwałtownie, posyłając niewielki sztylet automatycznie w moim kierunku. Chwytam go z łatwością w dłoń, nawet nie patrząc w jego kierunku. Patrzę się oniemiała na broń spoczywającą w ręce, podnosząc wzrok na Ayako.
          - ŁAŁ! – wyrywa nam się w tej samej sekundzie, po chwili wybuchamy śmiechem.     Dziewczyna jednak urywa go gdy orientuje się, która godzina. Z głośnym jękiem przeciera oczy rękoma.
          - Czego ty chcesz o tej godzinie? – pyta z wyrzutem. Wzruszam ramionami.
         Po sekundzie rozbrzmiewa 81 raz piosenka z dzwonku.       Dziewczyna chwyta urządzenie w dłoń i patrzy tępo na wyświetlacz. Uśmiecham się kpiąco.
         - Ja nic nie chcę. Inna sprawa z twoimi rodzicami – prycham, patrząc się uważnie na jej reakcję, licząc na jakąś śmieszną odzywkę.
        Jednak Ayako zachowuje się zgoła inaczej.
        Brązowowłosa odrzucam telefon na biurko i zakrywa się ponownie kołdrą.
        A ja stoję jak wryta.
        Po kilku sekundach niedowierzania, podchodzę z głośnym tupnięciem do łóżka, zrywając okrutnie z niej kołdrę i zwalając z łóżka. Posyła mi złe spojrzenie, jednak odwraca wzrok pod wpływem wyrazu mojej twarzy. Wzdycha, opierając kark o materac.
         - Już się tak nie patrz. – mruczy, trąc kąciki oczu. Opadam ciężko obok niej.
         - Czemu od nich po prostu nie odbierzesz? – pytam, podając jej jeszcze raz telefon. Dziewczyna patrzy się na niego z przekąsem, wahając się.
         - Tak jakoś… Nie wiem. – plącze się, gdy wciskam go w jej dłoń. – Nie byłam u nich na święta i tak jakoś… - powtarza, a ja rozszerzam oczy ze zdziwienia.
         - Dlaczego? – wyduszam, nie mogąc jej zrozumieć. Przecież nie mogła doczekać się Bożego Narodzenia, by spędzić trochę czasu z rodziną.
         - To przez tą wojnę… Nie mogłabym iść sama, ktoś musiałby mnie tam odprowadzić, a w drodze powrotnej byłby idealnym celem… Nie chciałam nikogo zbytnio fatygować…
         - Ja bym poszła – przerywam jej, rzucając jej harde spojrzenie. Odpowiada smutnymi szarozielonymi oczami.
         - Wiem. I dlatego nie mogłam. – mówi cicho, a ja gryzę się w język nim zdążę cokolwiek dopowiedzieć. – Masz skłonność do wpadania w kłopoty.
        - Oj tam. Na razie ledwo 2 razy – burknęłam.
       - I raz prawie zginęłaś.
       - Oj tam. – machnęłam ręką, widząc, że Ayako usiłuje zboczyć z tematu. – Czemu teraz ich nie odwiedzisz?
        Dziewczyna milczy i w końcu wzrusza ramionami.
        - Pójdziemy drużyną. A poza tym jest jeszcze zawieszenie broni z powodu świąt i nowego roku. Nikt nas nie zaatakuje 28 grudnia, daj spokój. – przekonuję ją. Jak na zawołanie telefon znów rozbrzmiewa. – A teraz sobie z nimi pogadaj i o 9 wychodzimy, jasne?
         - Jak słońce – wzdycha i odbiera ze znużeniem telefon. – Halo?
***
       Zaglądam do głównego salonu w poszukiwaniu reszty grupy. Tu i ówdzie kręciło się parę osób, zbierając jeszcze resztki po świątecznych ozdobach, mimo iż dochodziła dopiero siódma. Byłam rozbudzona, a krew płynęła szybko w moich żyłach. Po rozmowie z Ayako poszłam trenować, licząc, że wpadnę na Tokajiego.
         Ale on siedział tutaj.
          Podeszłam do niego naturalnie, uśmiechając się lekko. Miałam nadzieję, że zły humor już mu przeszedł. Czytał teraz w skupieniu książkę. Stanęłam przed nim, czekając aż podniesie wzrok znad książki.
      Nie podniósł. Przewrócił tylko na kolejną stroną.
      Odchrząknęłam, przekonywując się, że książka jest ciekawa i nie zauważył mnie. Lecz nadal czarnowłosy nie zareagował.   Czując jak ciśnienie lekko mi podskakuje, przylepiłam sobie najszczerszy uśmiech na jaki było mnie stać na twarz.
       - Tokaji – starałam się by nie wypluć jego imienia.
        - Czego? – warknął na mnie, nawet nie podnosząc wzroku znad książki.
        Zacisnęłam mocno zęby, licząc w myślach do dziesięciu by mu nie przywalić. Zwinęłam dłoń w pięść i wyrwałam powieść z rąk. Rzucił mi mordercze spojrzenie.
         - Idziemy zespołem do Utsunomiyi jako wsparcie Ayako – oznajmiam, czekając na jego reakcję. Chłopak podnosi tylko brwi do góry, patrząc się na mnie z politowaniem.
        - Nigdzie nie idę.
        - Idziesz. Nie masz wyboru.
        - Właśnie, że mam. Jestem liderem i mówię, że nigdzie nie idziemy.
        - Tokaji! – warczę na niego, ale on bezceremonialnie odpycha mnie i wychodzi. Zaciskam mocno zęby, powstrzymując potok przekleństw.   Gdy chłopak trzaska drzwiami tak mocno, że pozostali w pomieszczeniu wzdrygają się, rzucam książką w regał i wychodzę z pokoju na sztywnych nogach.
           Chłopak zdążył się już trochę oddalić, ale nie zamierzam za nim biec. Chyba, że w jego snach.   Świdruję go wzrokiem, myśląc jak miło byłoby się go pobić.
          Doganiam go na schodach na wyższy poziom. Zatrzymuję go, posyłając wściekłe spojrzenie. Tokaji nawet nie drgnie pod jego wpływem, patrząc się na mnie z wyższością, pomimo, że chwyciłam go za koszulkę. Czując, że drżę z szału, ciskam nim o ścianę.
        - O co ci chodzi, do cholery! – warknęłam, krzyżując ręce na piersi. Czarnowłosy milczy przez chwilę, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu uśmiecha się szyderczo.
         - Ty naprawdę jesteś taką kretynką, czy tylko udajesz?
         Nim zdążę pomyśleć, zamierzam się na niego otwartą dłonią, ale gdy wyprowadzam cios lekko się waham. Żałuję tego, gdy brutalnie chwyta mnie za nadgarstek.
         - Co się z tobą dzieje, Tokaji? – syczę wściekle, przygotowując się by zacząć z nim walczyć. Chłopak zauważa to i przyciąga mnie bliżej do siebie, nadal krępując mi nadgarstek. Nawet nie drgnęła mi powieka.
         - Nie dasz rady walczyć ze mną na poważnie. – mówi cicho i nisko. – Może i cię trenuję, ale mnie nie przewyższysz. Jestem od ciebie silniejszy. I zawsze będę. Od ciebie i od każdego innego. – jego słowa brzmią jak groźby, więc odpowiadam hardym spojrzeniem.   Tokaji odpycha mnie gwałtownie, a ja prawię tracę równowagę na schodach.
        Szlag mnie trafi.
        - Co ja ci takiego zrobiłam, co? – podnoszę lekko głos. – Czemu po prostu z nami nie pójdziesz? – w moim tonie zabrzmiało trochę smutku i wyrzutów. Mam wrażenie, że Tokaji drgnął lekko, jakby nie wiedział co odpowiedzieć.
         Ale gdy jego puste, czarne oczy spoczęły na moim nowym naszyjniku, zabłysły w nich ogniki gniewu. Prycha lekceważąco, odwracając ode mnie wzrok pełen obrzydzenia.
        - Jak tak bardzo chcesz mieć drużynę, poproś Tsuneariego. Ja nie będę bawić się niańkę.
         Doskonale wiem, że chce by zrobiło mi się przykro, bym zaprzeczyła i kazała mu się ogarnąć. Ale wiesz co, Tokaji? Mam cię dość.
         - Może powinnam tak zrobić. – syczę wściekle w jego stronę. – Nikt cię tam nie potrzebuje.
      - Jak dobrze. – mruży oczy. – Może poproś by to on cię trenował? W końcu będę mieć święty spokój z taką kretynką.
         Zaciskam dłonie w pięści, starając się nie pokazać po sobie, że te słowa mnie zabolały.   Myślałam, że podczas regularnych treningów się pogodzimy, ale najwyraźniej Tokaji miał zamiar zrobić sobie ze mnie wroga.
         - Świetnie. – burknęłam, odwracając się do niego plecami. – Myślałam, że przynajmniej powiesz o co ci chodzi, a nie jak zachowasz jak jakaś pusta księżniczka…
         - Wiesz o co chodzi? – jego lodowaty ton zatrzymuje mnie w pół kroku. Zastygam w bezruchu, wiedząc, że to co wypowie bardzo mnie zrani. Ale nie spodziewałam się, że wypowie akurat te dwa słowa. – Nienawidzę cię.
          W tym momencie nie wiem co, ale poczułam, że coś w głębi mnie pęka. Nie rozumiałam, dlaczego zrobiło mi się akurat tak przykro, ale smutek został przyćmiony chęcią odpłacenia mu tym samym.
         - Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie, Tokaji – szepczę cichutko, po czym oddalam się pośpiesznie z pochyloną głową, by nikt nie widział mordu widocznego w moich granatowych oczach.
***
 ~Tsuneari~
         Fumiya siedział przy zagraconym papierami biurku, podpierając głowę na dłoni, a drugą ręką bębniąc o blat. Trwał tak od dłuższego czasu, nie zwracając na mnie uwagi od kiedy skończyłem zdawać raport ze swojej misji.     Patrzyłem się na niego z niepokojem, narastającym coraz bardziej z każdą sekundą. Unosiłem się i opadałem na pięty, nie wiedząc co ze sobą począć.
         W ‘bazie dowodzenia’ było w miarę spokojnie – Daiki pisał coś na laptopie, a Mikuru kreśliła jakieś kwadraciki i kółeczka na dużej białej tablicy na pisaki. Nie zwracali na nas najmniejszej uwagi, dając się pochłonąć ważniejszym zajęciom.
        - Szefie? – odchrząknąłem.     Mężczyzna przestał bębnić palcami o biurko, ale nadal nie podniósł na mnie głowy. Mimowolnie cofnąłem się o krok.
         Czarnowłosy w końcu głęboko westchnął, prostując się. Oparł się ciężko o fotel, przecierając twarz dłonią. Zastygł tak na sekundę, jakby rozważał jak ma się zachować w tej sytuacji. W końcu posłał mi zmęczone spojrzenie.
          - Tsuneari… Powiedz mi, proszę… - zaczął spokojnie, ale od razu wyczułem napięcie rosnące w jego głosie. Przełknąłem ślinę. – Kiedy zamierzałeś mnie poinformować o tych, hm, drobnych szczegółach? – zapytał, uśmiechając się lekko sarkastycznie.
         - Przy zdawaniu raportu – odparłem, patrząc się na niego uważnie. Mężczyzna ponownie ukrył twarz w dłoni. Czułem już, że zakończymy to kłótnią.
         - Nie pomyślałeś może, że to ważne informacje? – w ton jego głosu zakradła się irytacja. Wyprostowałem się, gdy skrzyżował ze mną spojrzenia. – Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie.
         - Tak, szefie. – powiedziałem pewnie. – Przeanalizowałem wszystko w drodze powrotnej. Ten… No, wiesz który…
        - Ryuji Kuno – przypomniał lekko podenerwowany. – Zapamiętuj chociaż nazwiska, Tsu. – westchnął.
         - Właśnie, Ryuji Kuno z Jishin zachowywał się podejrzanie. Nie chciał rozwiązywać konfliktu siłowo ani pozbywać się szpiegów i świadków. Nawet dał mi jasną iluzję, że są związani z tym szpitalem psychiatrycznym. Dla mnie to nie ma sensu. Ryuji nie ma żadnego powodu by wyświadczać nam przysługi lub podawać tak ważne informacje na temat wojny, jeśli nie chodziłoby o zmyłkę…
       - Chyba, że jest zdrajcą. – mruknął Fumiya. Otworzyłem jeszcze raz usta by kontynuować, ale szef uniósł dłoń. – Wystarczy, Tsu. Choć nadal sądzę, że powinieneś od razu o tym powiedzieć. Posiadanie ewentualnego zdrajcy w szeregach wroga byłoby korzystne.
         - Em… Jeśli wolno mi coś wtrącić… - przerwała nam Mikuru, nie odwracając się od tablicy, na której namnożyło się wiele kolorowych kresek. – Nie sądzę by był zdrajcą. Znasz Igarashiego. On wyczułby zdradę na kilometr, zwłaszcza od takiego młodzika.
        - Uważasz, że młodzi są słabsi? – czarnowłosy uniósł wysoko brwi, spoglądając ukradkowo na Tsuneariego. – Czyżbyś uwłaszczała naszym dzieciakom?
        - Doskonale wiesz, że nie oto mi chodzi – mruknęła Mikuru. Posłała nam przez ramię protekcjonalne spojrzenie. – Obstawiałabym, że on knuje coś innego niż stanięcie po naszej stronie.
       - Jak na przykład co?
       - Nie wiem. Ale trzeba go mieć na oku – mruknęła. – A wracając do tego psychiatryka Gdzie on w ogóle był?
         - W Tateyamie – odpowiedziałem.
        Kobieta zastygła w bezruchu, wypuszczając pisak z dłoni. Spadł na ziemię z nienaturalną głośnością i potoczył się pod szafki.  Szef spojrzał ze zdziwieniem na strategiczkę, a po chwili w jego czarnych oczach błysnęło zrozumienie.
         - Nie mów mi, że to ten sam… - wydusił. Daiki podszedł do brązowowłosej. Położył jej uspokajająco dłoń na ramieniu, a kobieta zacisnęła dłoń na tablicy.
        - Ten sam… - powiedziała Mikuru ze wściekłością. Obróciła się powoli w moją stronę, nadal z zamkniętymi mocno oczami oraz pochyloną głową. Otworzyła je powoli, a zielone tęczówki błysnęły złowieszczo jak u zwierzęcia uwięzionego w klatce. – Tsuneari. Czy ty wiesz co może się stać jeśli Tateyama wisi im przysługę? – wycedziła.
         Milczałem, patrząc się na nią poważnie. Wiedziałem, że za chwilę zaczną się na mnie wydzierać, a ja jak zwykle nie będę ogarniał dlaczego.
           - Przypomnij sobie dla kogo był to psychiatryk, a potem połącz fakty. – syknęła, widząc niezrozumienie w moich brązowych oczach. Zastanowiłem się przez chwilę, przywołując obraz tabliczki przy wejściu do szpitala.
         Gdy krwisto-czerwone litery stanęły mi przed oczami, zachłystnąłem się powietrzem.     Szpital Psychiatryczny Tateyama dla morderców. Jasna cholera.
          - No właśnie – powiedziała kobieta. – Jesteśmy skończeni. – warknęła, strącając dłoń Daikiego z ramienia. – Skończeni. – powtórzyła i kopnęła krzesło.
         - Spokojnie, Mikuru… - rzucił Fumiya. – Nie oznacza to od razu…
         - Oznacza! – krzyknęła kobieta. – Doskonale wiesz jacy ludzie tam są!
        - Ale nie przetransportują całego szpitala bez powiadomienia policji i mediów! – wrzasnął czarnowłosy, podnosząc się z fotela.
        - Boże, dwa dni po świętach i już drzecie mordy? – jęknęła zastępczyni, zaglądając do pokoju.   Dowództwo nawet na nią nie zwróciło uwagi. Omitsu dostrzegła mnie i uniosła jedną brew do góry, zerkając w stronę kłócących się. – O co poszło? – spytała, stając obok mnie.
        Streściłem jej mój raport.     Brązowowłosa najpierw lekko zbladła, ale od razu spoważniała i zagwizdała głośno na palcach.   Fumiya i Mikuru ucichli, patrząc się pytająco na kobietę.
        - Mikuru, nie popadaj w paranoję! – rzuciła w stronę przyjaciółki, patrząc się z zacięciem na nią. Zielonooka spojrzała się na nią ze wściekłością, ale po chwili jej wzrok złagodniał, a ona sama przygarbiła się, przygryzając dolną wargę. – A ty, Fumiya też się uspokój. Nie zaatakują nas w tym roku. A jeśli to zrobią, policja puści im siedzibę z dymem. – warknęła w stronę szefa.
         Sotomura spojrzał na nią przeciągle, po czym uśmiechając się pod nosem wrócił do swojego biurka i coś odznaczył na kartce. Po chwili zaśmiał się, kręcąc głową. Omitsu na niego fuknęła.
       Poczochrała mnie po włosach.
       - No, Tsu, już nie jesteś nam potrzebny… - uśmiechnęła się do mnie.
       - Co za cholerny grat! – Daiki trzasnął ekranem. – Nie zapisałem! – ryknął, biorąc laptopa w dłonie i kierując się w stroną okna.
        Rozszerzyłem oczy, stawiając krok w jego kierunku, by powstrzymać dramatyczną śmierć jedynego sprawnego komputera z danymi.
         - Nie!!! – wrzasnął Hiroki.
         Blondyn pojawił się znikąd. Wpadł do pokoju jak szaleniec, rozrzucając wokół stos dokumentów i podbiegł do doradcy, który prawie ciskał urządzeniem przez okno. Zabójca zaczął się z nim siłować by uratować laptopa. Daiki po kilku chwilach uspokoił się i pozwolił odebrać sobie komputer. Hiroki pogłaskał urządzenie po obudowie.
        - Moje maleństwo… - mruknął, tuląc laptopa do piersi. – Oszalałeś!?
        - Wyłącza się cały czas, tnie się i jeszcze nie ma pamięci! Nie da się na tym pracować! – krzyknął w stronę blondyna. – Fumiya, czemuż do jasnej anielki, nie zainwestowałeś w najnowszej generacji system komputerowy!?
          - Właśnie! – zawtórował mu Hiroki, który momentalnie zapomniał o próbie zamachu na jego laptop. – To, że ty tego nie nadzorujesz, nie znaczy, że możesz o tym zapominać!
          Obserwowałem to wszystko w oszołomieniu, zbierając rozsypane dokumenty. Zduszałem śmiech ostatkiem sił. Odkąd pamiętałem Fumiya obiecywał im nowe komputery, ale zawsze jakoś było coś ważniejszego do kupienia.         Wręczyłem Omitsu papiery i kiwnąłem głową w stronę dowództwa. Mężczyźni nadal dyskutowali, a Mikuru usilnie coś pisała na tablicy, choć ze złości prawie złamała pisać na pół.
        - To ja się będę zmywał. – mruknąłem.
       - Czekaj. – szepnęła Omitsu. – Zostajesz przydzielony do grupy 5 na miejsce Tokajiego. – oznajmiła, a widząc moje zdziwienie, wzruszyła ramionami. – Mnie nie pytaj. Nie wiem o co poszło. Aczkolwiek za chwilę gdzieś wyruszacie. Dopytaj się Takiego. – przekazała i kazała mi wychodzić.
         Zasalutowałem luźno, wychodząc ukradkiem z pomieszczenia. Ostatnie co usłyszałem przed zamknięciem drzwi była obietnica Fumiyi: ,,Obiecuję, że po tej wojnie to ci kupię ten komputer, Daiki. Nawet ci go złożę i zrobię biuro.’’, która zapewne nigdy nie zostanie spełniona.
***
       Czwórka zabójców kryła się w cieniu jednej z uliczek Utsunomiyi. Za zakrętem stał szary, obskurny jednorodzinny domek. Bez żadnego ogrodzenia, żadnych ozdób na trawniku, oprócz starego modelu Toyoty niedaleko drzwi wejściowych. Brązowowłosa dziewczyna okręcała ze zdenerwowaniem sobie końcówkę warkocza wokół palca.
       - Nie wiem czy powinnam iść… - szepnęła, wychylając się zza ściany.
       - Teraz nie masz wyjścia. Już na ciebie czekają. – powiedziała Ichigo pewnie, a Tsuneari wypchnął ją na ulicę. Ayako obróciła się do nich jeszcze raz, licząc, że ją powstrzymają, ale gdy zobaczyła podniesione kciuki Takiego westchnęła głośno i ruszyła powoli w stronę swojego domu.
        Starając się jak najbardziej przedłużyć spotkanie, w końcu stanęła naprzeciwko obtartych drzwi wejściowych. Jej pięść zawisła kilka centymetrów od nich, nie wiedząc czy powinna zapukać czy jednak nie. Czuła się bezpiecznie, wiedząc, że przyjaciele kryją jej plecy, ale niepewność zakorzeniła się bardzo głęboko.
         - Ja pierdole – jęknęła, stukając raz w drzwi. Czekała kilka sekund, mając nadzieję, że nikt jej nie usłyszał, ale po chwili usłyszała jak ktoś biegnie do wyjścia.
       Drzwi otworzyła zamaszyście jej matka. Ayaka mimo, że urodziła 6 dzieci i nie była w najmłodszym wieku, nadal była szczupła i pozbawiona zmarszczek. Choć po części to wina chorób i stresu. Miała takie same włosy jak córka, związane w dużo krótszego francuza, a zielone oczy rozjaśniały teraz. Zarzuciła dziecku ramiona na szyję, pociągając dziewczynę w głąb przedsionku.
        Ayako pogłaskała chlipiącą matkę po plecach. Po chwili wahania odwzajemniła uścisk, chowając twarz w jej ramieniu. Powtarzała sobie w myślach, że nie może się teraz rozkleić.
        - Przepraszam, że nie było mnie na świętach – szepnęła.
        - Przepraszaj raczej, że nie odbierałaś telefonów od nas – usłyszała.
        Podniosła głowę znad ramienia matki, by spojrzeć w zmartwione oczy swojego ojca. Opierał się nonszalancko o framugę drzwi.   Ayaka puściła swoją córkę, pozwalając jej podbiec do ojca.
        - Tato! – zaśmiała się i uściskała rodzica. – Jestem z ciebie dumna! Naprawdę powstrzymałeś swoje zapędy hazardowe. – trąciła go pięścią w ramię.
        - Język jak zwykle niewyparzony – mruknął ojciec, czochrając córkę po włosach.
         Akimi był postawnym mężczyzną, po którym Ayako nie odziedziczyła nic z budowy. Jedynie charakter lekkoducha i mieszankę szarości w tęczówkach dostała w genach od czarnowłosego mężczyzny.
        - Gdzie dzieciaki? – zapytała się, wchodząc w głąb mieszkania.           Jak zwykle ściany miały liczne zacieki, a żarówki ledwo tliły jakiekolwiek światło. Mimo wszystko wzięła w płuca zapach kurzu i stęchlizny, który od wielu lat kojarzył się z jej wybiedzonym, kochanym domem.
        - Za chwilę cię usłyszą. – powiedziała kobieta. – Usmażyłam dla nas naleśniki.
       - Pycha! – zaśmiała się Ayako, sadowiąc na stołku w kuchni.
       Ojciec usiadł obok niej, uśmiechając się na widok córki. Podparł brodę na dłoni, dopijając herbatę z pękniętego kubka.
        - Wyrosłaś jeszcze bardziej – rzucił.
       - Jakoś nie widzę. – zaśmiała się dziewczyna. – Gdybyście się ogarnęli, moglibyście to zauważać codziennie – dodała niewinnie, choć wiedziała, że zaboli to rodziców. Nie mogła się powstrzymać.
          - Jak… - wymamrotała po chwili jej matka. – Jak sytuacja?
         - Na razie spokojnie. Ten okres w roku jest niepisanym zawieszeniem broni. A później… Cholera go wie. Jakoś dam sobie radę. – mruknęła Ayako.
        - Może… Może odejdziesz od nich? – zasugerowała matka delikatnie, na co córka spięła się i trzasnęła otwartą dłonią w stół.
         - Cholera! – krzyknęła. – Z całym szacunkiem, matko, ale dla mnie już nie ma odwrotu. Od początku nie było i nie będzie!
        - Ayako! – Akimi również podniósł głos, ale napotkał jedynie mordercze spojrzenie swojej córki, na które posmutniał i ukrył twarz w dłoniach. Ayaka otarła ukradkiem łzy z kącików oczu. Dziewczyna wbiła uporczywie wzrok w podłogę.
        - Ktoś z tobą tu jest? – szepnęła matka. Ayako kiwnęła powoli głową, na co mężczyzna się wzdrygnął. Nim zabójczyni zdążyła cokolwiek powiedzieć, kobieta postanowiła załagodzić sytuację. – Możesz ich potem tutaj zaprosić. Są w twoim wieku, prawda? – Ayaka posłała córce przyjazny uśmiech. Nastolatka z niedowierzaniem malującym się na twarzy, potwierdziła. – Powiemy dzieciom, że są z twojej szkoły i tyle.
        - Dzięki, mamo.
        Nim zdążyli wrócić do ckliwych rozmów, Ayako usłyszała tupot stóp na schodach. Odskoczyła radośnie od naleśników, uśmiechając się szeroko. Na spotkanie wybiegli jej jako pierwsi bliźniacy – 8-letni Masu i Mida. Zaraz za nimi wybiegł 9-letni Hiro, trzymający 7-letnią Fumi. Na samym końcu, najpoważniej szedł 10-letni Aki.
         Cała piątka wpadła na starszą siostrę, wyściskując ją ze wszystkich sił. Ayako poczuła, że trzyma w ramionach cały swój świat. Ludzi, dla których mogłaby zrobić wszystko. I robiła.
         Walczyła ze łzami, gdy odsunęła rodzeństwo od siebie. Popatrzyła się po zarumienionych twarzach dzieciaków. Aki najbardziej ją przypominał z chłopaków – miał tego samego koloru włosy i oczy. Hiro wdał się bardziej w ojca – czarne włosy, lekko kręcone oraz szare oczy. Bliźniacy mieli takie same włosy jak ona, ale oczy odziedziczyli po Akimi’m. Jej jedyna siostra wyglądała jak ich matka – czekoladowe włosy oraz wesołe zielone oczka.
          - Jak wy wyrośliście! – zaśmiała się, tarmosząc każde z osobna po włosach.
         Czas upływał nadzwyczaj szybko, a dziewczyna miała nieodparte wrażenie, że nie może wyjść. Tak jakby czuła, że nigdy więcej tu nie wróci.
         Przestań - nakazała sobie w myślach. – Nie możesz tak myśleć.
        - Kochanie – matka w końcu położyła delikatnie dłoń na jej ramieniu. – Myślę, że twoi przyjaciele zaczynają się już niepokoić. – oznajmiła, wskazując ukradkiem na okno od ulicy.
         Dziewczyna podeszła i wyjrzała przez okno. Dostrzegła trójkę zabójców, stojących naprzeciwko jej domu, czekających cierpliwie. Gdy ją zobaczyli, pomachali leniwie dłonią.
         - Czy nadal pozwalasz im nas odwiedzić? – spytała Ayako. – Bo wiesz… Jeśli nie chcesz, nie zmuszaj się…
       - To nie tak…
       - Odwiedziny? Kto przychodzi? – dzieciaki podniosły głowy znad zabawek. Podbiegły do okna, śmiejąc się. Chłopaki obtoczyli kobiety, przepychając się, a Fumi najmłodsza i najmniejsza została z tyłu, krzyżując ręce w geście obrażenia się.
        Ayako wybrała numer Ichigo, pytając się czy przyjdą. Dzieci posmutniały, gdy zobaczyły, że przybysze kręcą głową. Dziewczyna westchnęła, choć przeczuwała od początku, że nie przyjdą.
         Chłopcy odeszli od okna, znów zainteresowawszy się zabawkami. Fumi w końcu podeszła do siostry, która posadziła ją na parapecie by widziała.
        - Wiesz, Fumi, ja chyba muszę się powoli zbierać. – rzuciła do siostrzyczki.
        - To ten po lewej, prawda? – spytała dziewczynka, a na widok pytającej miny Ayako, doprecyzowała. – Ten blondyn ci się podoba, prawda, Onee-chan?
        Brązowowłosa tylko się zaśmiała i pogłaskała po głowie Fumi.
        - Szczwana z ciebie bestyjka.
        Czas wszystkiego dobiega końca. Ayako wiedziała, że nie może spędzić tu za dużo czasu, więc w końcu z ociąganiem zaczęła się ubierać. Na sam koniec wyściskała wszystkich z całych sił, starając się uspokoić burzę czarnych myśli rozszalałych w jej głowie. Na samym końcu przytuliła matkę.
          - Będzie dobrze. W końcu jesteś naszą córką. – szepnęła Ayaka do ucha córki, na co dziewczyna się uśmiechnęła.
          Wyszła z domu na mróz. Nie odwracała się do nich, choć wiedziała, że odprowadzają ją wzrokiem, stojąc w drzwiach. Podniosła jeszcze dłońw geście pożegnania, ale nie spojrzała na nich, choć walczyła z tą pokusą ze wszystkich sił. W końcu doszła do przyjaciół.
         Taki podszedł do niej jako pierwszy, gdy zeszli z pola widzenia jej rodziny. Objął ją mocno, przyciskając twarz brązowowłosej do siebie.
        - I czemu płaczesz, głupia? Przecież nie widzisz ich po raz ostatni. – mruknął. Starał się by jego głos nie zadrżał.
      - Właśnie tego nie wiem. – zaszlochała dziewczyna. – I to jest najgorsze.
        Tsuneari i Ichigo spojrzeli smutno po sobie, wbili wzrok w ziemię i uścisnęli sobie krótko i krzepiąco dłonie. Ruszyli powoli w stronę dworca kolejowego. 

17 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 28 ~ Cicha Noc

Rozdział 28

Cicha Noc
      Idziemy w czwórkę korytarzem, a Tsu kieruje nas do dowództwa. Najwyraźniej nic ważnego się nie stało, jeśli nie popędził od razu zdać raport. Całe szczęście.
      Rozglądam się po organizacji. Wszędzie pałętają się ludzie, śląc pozdrowienia w stronę chłopaka, a on odpowiada im uśmiechem. Wszyscy coś robią – noszą prezenty, pudła, gotują coś bądź sprzątają. W ten jeden, jedyny magiczny tydzień w roku są porządki w Kaminari. Nigdy nie było tu tak czysto i… przytulnie. Nawet obskurne ściany, z zaciekami i odchodzącą farbą nabrały kolorów, a w pęknięciach szyb nie ma hodowli roztoczy.
      Odwracam od tego wszystkiego wzrok. Wszystko to przywołuje wspomnienia, które przynoszą ból. Nie sądziłam, że aż tak sentymentalnie do tego podejdziemy.
      - Co ty w ogóle zamierzasz zrobić, Tsu? – zapytał Taki, gdy brązowowłosy stanął przed drzwiami biura, starając się opanować mimikę twarzy.
      Tsuneari popatrzył się na niego jakby był jakiś niekumaty.
      - Wejście Smoka, rzecz jasna – odparł, robiąc krok do tyłu.
      - No nie… - mruknęła jeszcze Ayako, zakrywając twarz dłonią. 
      Chłopak kopnął drzwi, prawie urywając je z zawiasów i wpadł do środka w bojowej pozycji.   Wyrzucił ramię do przodu, wskazując w przestrzeń.
      - Zgadnijcie kto…! Ej, czemu tu nikogo nie ma? – urwał swój okrzyk w połowie, wracając do normalnej pozycji.
      Zajrzałam do środka. W zagraconym pomieszczeniu walały się wszędzie papiery i butelki po alkoholu, lecz nawet o karnisz przewieszone były zielono-czerwone łańcuchy. W pokoju siedział tylko Fumiya, pisząc coś enigmatycznie i podpierając głową na dłoni. Podniósł na nas znudzone oczy.
      - Mają urlop świąteczny – powiedział Fumiya, wstając. Podszedł do Tsu i uściskawszy mu rękę, poczochrał go po głowie. – Dobrze cię w końcu widzieć.
     - W końcu? – obruszył się. – A kto mnie posłał na tą bezsensowną misję?
     - Już się tak nie irytuj… - westchnął czarnowłosy. – Co z raportem?
     W ust chłopaka wydobył się jęk.
      - Oj, Sotomura-san… Święta są…
      - Właśnie! – poparliśmy chórem, nie chcą tracić przyjaciela. 
      Mężczyzna tylko machnął na nas dłonią, dając spokój i powlókł się ponownie do biurka. Siadł apatycznie przy nim, patrząc się pusto w kartkę. Walną głową w biurko i zaczął skrobać coś w aktach na ślepo.
      - Tylko niech się pan nie przepracowuje! – zawołała jeszcze Ayako przez ramię, gdy wychodziliśmy.
      Zza zamykanych drzwi dosłyszeliśmy jęk, na co zareagowaliśmy wybuchem śmiechu. Jedynie Tsu się tak niemrawo śmiał. W końcu odwrócił od nas wzrok, patrząc się z konsternacją przez okno.
      - Coś się stało? – spytałam, gdy Taki z Ayako zaczęli o czymś dyskutować, zanosząc się salwami śmiechu.
      - Bo wiesz… Fumiya ma straszne cienie pod oczami… I ogólnie taki bledszy i chudszy się wydaje… - mruknął. Zastanowiłam się przez chwilę, przywołując obraz szefa, ale nie mogłam sobie przypomnieć jakiś wielkich zmian.
      - Czy ja wiem…? Po prostu dużo się dzieje… - wzruszyłam ramionami, również spoglądając przez okno. Śnieg wirował w powietrzu, a mróz tworzył fikuśne wzroki na szybie.
      - Wiesz, może wy tego nie zauważacie, ale mnie nie było kilka miesięcy, więc widzę… - westchnął i przeczesał włosy dłonią, po czym spojrzał na mnie intensywnie. – A ty?
     - Co ja?
     - Wydaje mi się, że posmutniałaś jak weszliśmy. 
     Milczałam przez chwilę, przygryzając wargę. W końcu zdobyłam się na posłanie mu uśmiechu.
     - Wydaje ci się – zaśmiałam się.
     Chłopak popatrzył się na mnie z powątpiewaniem, ale nie dopytywał się, nadal idąc w stronę kuchni. Gdy odwrócił się ode mnie, kąciki ust znów opadły, jakbym nie miała siły utrzymać ich ku górze, mimo że szczęście mnie przepełniało gdy wiedziałam, że Tsuneari idzie obok mnie. Cały i zdrowy.
     Ayako i Taki odłączyli się od nas, nawet nie zauważając, że minęli kuchnię. Popatrzyliśmy się po sobie, porozumiewając chytrze wzrokiem, po czym wybuchliśmy śmiechem. Tsuneari już miał mnie przepuścić w drzwiach gdy zastygł, rozciągając usta w przebiegłym uśmiechu.
      - Uwaga, Ichi… Robię replay. Riplej, riplej… - cofnął się i powtórzył swoje Wejście Smoka. – Zgadnijcie kto wrócił! – zakrzyknął, wpadając do środka.
     Weszłam za nim, ale nim zdążyłam się zorientować kto jest w środku, drgnęłam na wrzask Omitsu.
      - ZAMKNIJ SIĘ, TSU! – krzyknęła kobieta nawet się do nas nie odwracając. Przebierała niestrudzenie ubijaczką w misce.
      Ogółem w kuchni stały 3 osoby – Omitsu, Daiki i Ryu. Mężczyźni na dźwięk imienia chłopaka popatrzyli się po sobie ze zdziwieniem i odwrócili się do nas, by przyjrzeć się brązowowłosemu. Obaj mieli na sobie fartuszki w pierniczki, na głowie czapki kucharskie, a twarze mieli w mące.
Stłumiłam śmiech, zerkając na Tsuneariego. Na widok jego miny zbitego szczeniaczka parsknęłam, chwytając się za brzuch.
      - Tsu? – powtórzyli, uśmiechając się. Kobieta zastygła, podniosła głową i również się odwróciła. Oczy jej się rozszerzyły ze zdziwienia.
     - Tsuneari? – powtórzyła za swoimi pomocnikami. Chłopak skrzyżował ramiona i na żart żachnął się.
     - Tsa dzięki. – mruknął, ale kąciki ust mu drgały.
     - Tsu! – wykrzyknęła Omistu, podbiegając by uściskać chłopaka. Młodzian odwzajemnił to ze śmiechem. – Znowu urosłeś!
     - Nie gadaj jak moja babcia, Omitsu.
     - Ty nie masz babci.
     - Dziękuję, że mi o tym przypomniałaś. – parsknął.
     Omistu machnęła na pomocników by również zrobili sobie przerwę na co westchnęli z ulgą. Ryu wymienił z przyjacielem męski uścisk, a Daiki uścisnął mu dłoń. Zaczęli ze sobą gadać o tych ‘’męskich sprawach’’ a ja z zastępczynią podeszłam z powrotem do kuchni.
     - W ogóle to Mako i Meiji dotarli z tymi zakupami? – spytałam ostrożnie.
     - Dotarli. – zaśmiała się brązowowłosa, wlewając ciasto do formy. – Ale posłałam ich po nowe. – dodała, a widząc moją minę uśmiechnęła się krzepiąco. – Ale nie zadręczaj się. Meiji i może trochę główkuje, lecz kucharza nie da się oszukać.
    - Lubi pani gotować?
    - Oj daj spokój z tą panią. Święta są. – poklepała mnie po ramionach. – I tak, uwielbiam. Moja   siostra… Nigdy tego nie umiała, choć nikt nie spodziewał się po mnie akurat takiej umiejętności – uśmiechnęła się smutno, wracając myślami do przeszłości.
     Nastawiłam jednym ruchem piekarnik, a drugim równie wprawnym wsunęłam formę do pieca. Omitsu pokiwała z zadowoleniem głową.
     - Widzę, że nie tylko ja dam radę wyżywić tą bandę darmozjadów.
     - Zawsze piekłam z mamą. – powiedziałam. – Mogę pomóc.
     - Ratujesz mi życie. A reszcie kubki smakowe. – powiedziała dość głośno, by chłopaki zareagowali.
     - Ej! My z Daikim się staramy! – zawołał Ryutaro.
     - Akurat chodziło mi tylko o ciebie! – odkrzyknęła kobieta, a zastępca zdusił śmiech, podchodząc do nas ponownie. Ryutaro stanął obok mnie, mamrocząc coś o tym, że ma lepsze rzeczy do roboty, ale po chwili posłał mi uśmiech.
    Tsuneari stanął za nami, za bardzo nie wiedząc co może zrobić. Gdy chciał coś upichcić, Omitsu bardzo delikatnie zabrała mu naczynia z rąk. Potem podkręcił gaz na kuchence, na co kobieta rzuciła się, ochraniając kuchenkę jak własne dziecko.
     - A kysz, ty piromanie! – mruknęła do niego.
     Tsuneari wydał z siebie jedynie ‘’phi’’ i nie zdążył nic dodać. W tle rozległo się głośne ‘łubu-dubu’. Popatrzyliśmy po sobie.
      - Co do… - zaczęłam, ale oczy wszystkich roziskrzyły się radośnie.
      Spojrzałam pytająco na Tsu. Nie doczekałam się odpowiedzi – chłopak chwycił mnie za rękę, ciągnąc za sobą i zmuszając do biegu. Wypuściłam z dłoni miskę z mąką, która z brzękiem spadła na ziemię, rozsypując dookoła mąkę. Nawet na korytarzu usłyszałam przekleństwo Omitsu.
       - Przepraszam! – krzyknął Tsu, nadal mnie ciągnąc. Nie opierałam się. – Szybciej, Ichigo!
       - Ale co się…
       - Jak się nie pośpieszymy to ozdobią ją bez nas! – odpowiedział, praktycznie wpadając do jednej z większych sal. 
       To akurat była imitacja salonu. Ściany obite w połowie drewnem, w połowie spalone i przemalowane na czerwono, poplamiony dywan, mahoniowe regały pełne książek, stoliki na kawę i masa foteli oraz kanap. Teraz gromadziło się tu kilkanaście osób, stojących między pudłami.
        A w rogu pokoju stała wielka, żywa choinka.
        - Łoo, jaka wielka w tym roku! – zawołał Tsu, a w jego głosie dało się usłyszeć dziecięcą radość. Uśmiechnęłam się lekko, czując, że powoli robi mi się słabo. 
       Wszystko było takie bolesne.
        Choinkę przywiązywały w sumie trzy osoby – Jun, Koichi i Suzuki, którzy najpewniej ją tutaj przytaszczyli. Tylko oni mogli narobić tyle hałasu. Wokół siebie dostrzegłam bliźniaczki – Miyako i Miyoko, Natsu, Kotaro, a pod samą choinką Ayako i Takiego. Czyli tutaj się zawieruszyli.
        Każdy chwytał jakieś pudełko – jak się teraz okazało z ozdobami na choinkę, chcąc przyozdobić jak największą część choinki. Bawiło mnie to – zapewne nawet nie rozumieli religijnego znaczenia tych świąt, a mimo to przeżywali je tak jak każdy chrześcijanin.
       Nie wzięłam żadnego pudełka, głównie dlatego, że atmosfera mnie przytłoczyła, a gwar rozmów przypominał mi moje rodzinne święta. Rok temu nie przypuszczałam, że tamte będą moimi ostatnimi z rodzicami.
       Tsuneari zauważył, że stoję wyizolowana w kącie, więc podał mi jedno ze swoich malutkich pudełek. Chciał coś powiedzieć, ale ktoś go zaczepił, odciągając ode mnie, zupełnie nieświadom naszej milczącej rozmowy.
        Nim się obejrzałam, zapadłam w trans, oglądając jak przyjaciele przyzdabiają drzewko.  Bliźniaczki obkręciły wokół choinki światełka i łańcuchy, a wokół nich kręcili się Natsu i Suzuki, zawieszając bombki. Dostrzegłam nawet Ryu, który stając na palcach zawieszał ozdoby, konkurując z Tsu, kto zawiesi wyżej. Oczywiście Święta Trójca, która pojawiła się ponownie w komplecie wygrała wszystko robiąc potrójną ludzką wieżę.
       Ale musieli spaść, co wywołało salwy śmiechu.
       - Kto ma gwiazdę? – zawołał na sam koniec Kotaro. Po pokoju przeszedł szmer, a każdy zaczął przerzucać pudełka, szukając najważniejszego elementu.
       Po chwili poczułam pacnięcie w ramię i Tsu wskazał mi moje pudełko. Z ociąganiem do niego zajrzałam. W granatowych oczach odbiło się coś na kształt złotego piorunu. Zapatrzyłam się na ozdobę, więc kiedy chłopak wskazał na mnie, wzdrygnęłam się.
       - Ichi ma gwiazdę!
       Popchnął mnie do przodu, a ja niepewnie podeszłam do choinki. Choć wokół otaczały mnie roześmiane twarze przyjaciół, czułam, że nie powinnam tego zrobić. Że nie mogę tego zrobić.
       - Wszyscy są? – zawołał Meiji, składając ręce w tubę. Przeszedł potakujący szmer, choć i tak wiedziałam, że na pewno nie ma jednej osoby.
        Tokaji.
        Koichi podsadził mnie, a Jun postawił mnie sobie na barkach, stojąc na taborecie. Zachwiałam się i obejrzałam do tyłu. Zgromadziło się więcej osób, nawet sekcja kucharska oraz dowództwo. Fumiya opierał się o framugę drzwi. Gdy napotkał mój niepewny wzrok, podniósł kciuk do góry.
         Dobra, Ichigo. Weź się w garść. To tylko gwiazda.
         Pewnym ruchem wetknęłam ozdobę na sam czubek choinki.
         Po chwili poczułam, że lecę. Spadłam prosto w ramiona Tsuneariego, który śmiejąc się, postawił mnie na ziemi. Rozległy się wiwaty, oklaski, gwizdy, a nawet szaleńcze wrzaski. Wszyscy tak szczerze się cieszyli, że aż mnie zatkało.
         Chciałam wtedy z wszystkimi się śmiać i cieszyć, przeczuwając, że to może być pierwszy i ostatni raz w tym składzie. Ale w tamtej chwili mogłam tylko się rozpłakać.
***
      - Tu jesteś. – powiedział cicho. 
      Odwróciłam się gwałtownie, przecierając oczy dłonią. Pociągnęłam nosem, patrząc się na niego uważnie. Stał niepewnie w drzwiach, chowając ręce w kieszeniach. Garbił się lekko,  unikając mojego wzroku, jakby nie wiedział czy powinien podchodzić.
      Westchnęłam tylko, odwracając się z powrotem.
      - Skąd wiedziałeś? – spytałam. Podszedł do mnie, przysiadając obok mnie.
      - Po prostu wiedziałem. – odparł, zapatrując się w horyzont.
      Mroźne powietrze smagało nam policzki, co jakiś czas przechodził mnie dreszcz. Siedziałam na dachu już od kilkunastu minut w samym sweterku. Tsuneari też wcale lepiej się nie ubrał – miał na sobie tylko tą nieśmiertelną, granatową koszulę.
      - Przeziębisz się – stwierdziłam. Wzruszył tylko ramionami, nadal milcząc.
      Przetarłam jeszcze raz oczy ręką.
      - Przepraszam. – powiedział.
      - Za co? – nie wiedziałam o co mu chodzi.
      - Mogłem pomyśleć…
      - Przestań. – przerwałam mu, mrużąc groźnie oczy. – To tylko przez… - mój głos złagodniał, a wzrok się rozmył. – Przez tą atmosferę. Wszystko tak bardzo przypomina mi… rodziców… - przełknęłam ciężko ślinę, zaciskając mocno oczy.
      - Byli religijni? – spytał Tsuneari.
      - Nie, ale święta były u nas tradycją… Nie w sensie religijnym, ale dla samego bycia w rodzinnym gronie… - uśmiechnęłam się lekko na ciepłe wspomnienia, a nim zdążyłam powstrzymać łzy, spłynęły po policzkach. – Przepraszam… - mruknęłam, ocierając je szybko.
      - Nie przepraszaj. Jeśli ci smutno to płacz. To pomaga… - stwierdził, ale ja potrząsnęłam głową. Muszę być silna. Uśmiechnął się delikatnie. – Zmieniłaś się. Jesteś silniejsza.
      - O to mi chodziło – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy.
      Chłopak przerwał po kilku chwilach kontakt, wstając. Balansował teraz na gzymsie, ale każdy jego ruch był płynny i wyćwiczony. Patrzyłam się na niego, a moje serce powoli ogarniał spokój.
       - Nie wiem jak cię pocieszyć… - zaczął. – Nigdy nie miałem rodziców, a święta zacząłem obchodzić dopiero tutaj. – obrócił się na pięcie,  nim zdążyłam o cokolwiek spytać. – Ale jeśli mogę coś ci poradzić, to… Święta są po to by się nimi cieszyć. Nie zadręczaj się wspomnieniami. Czy tego chcemy czy nie, Kaminari jest teraz naszym domem. A oni – tu machnął ręką, zakreślając okrąg. – są naszą rodziną. – uśmiechnął się ciepło, podając mi rękę.
       Patrzyłam się na nią przez chwilę, czując wielki ból. Ale wiedziałam, że muszę się z nim pogodzić. I po prostu żyć dalej. Teraz ta organizacja morderców jest moją nową rodziną. Dla niego jest to jedyna rodzina jaką dane było mu dotychczas poznać. Wiele osób zaznało tu więcej ciepła niż z tą ‘prawdziwą’ rodziną.
       Co za paradoks.
       - Dziękuje, Tsu – powiedziałam, wstając. Odegnałam na razie ponure myśli, patrząc się na teraz organizacji. Ludzie biegali w tę i we tę, przystrajając drzewka świecidełkami czy rzucając się śnieżkami. Przy bramie zamajaczyła mi się czarnowłosa postać.
       - Nie ma za co – odparł, uśmiechając się. – Chodźmy z tego dachu.
       Kiwnęłam głową, dając się ściągnąć z gzymsu.
       Uśmiechnęłam się pod nosem. On zawsze pojawiał się w najbardziej odpowiednich momentach.
***
       Ludzie krzątali się wszędzie. Kończyłam z Ryu gotować barszcz z uszkami. Byliśmy ubrani bardziej odświętnie, jednak efekt psuły fartuszki.
      - Czuję się jak w Masterchefie – zaśmiał się lekarz. – ‘’Macie 2 godziny na wykarmienie 50 żołnieży’’ – imitował głos prowadzących.
      - Ciszej, bo Omitsu cię usłyszy – zaśmiałam się. – Mamy więcej czasu. Nie ma jeszcze pierwszej gwiazdki, a wszystko dogotuje się jak będziemy dzielić się opłatkiem.
      - Widzę tryskasz optymizmem.
      - No a jak.
      Wróciliśmy do gotowania. W tle słychać było kolędy i krzątaninę. W końcu jednak usłyszeliśmy wesoły, dziecięcy okrzyk: ,,Jest!’’. Zrzuciliśmy fartuchu i przeszliśmy do jadalni.
      Wszystkie stoły były ze sobą złączone, część jedzenia została już podana. Członkowie Kaminari gromadzili się przy oknach, pokazując sobie ze śmiechem gwiazdkę, która zabłysła wysoko na nocnym niebie.
      Otoczył mnie gwar rozmów. Słyszałam dziesiątki ciepłych życzeń, dźwięk łamanego opłatka. Przy stole nic nie ucichło, dopóki Fumiya uroczyście zastukał łyżeczką w kieliszek. Stanął na fotelu by każdy mógł go zobaczyć i usłyszeć.
      - Miło widzieć was tu po raz jedenasty z rzędu oraz witać po raz trzeci – zaczął elegancko. – Wiem, że dzielenie się opłatkiem i życzenia już były, ale chciałbym jeszcze raz, nim zaczniemy jeść i otwierać prezenty, pożyczyć wam wszystkiego co najlepsze. Wesołych świąt! – zawołał, uderzając się pięścią w serce i salutując do nas lewą dłonią.
      Wstaliśmy, powtórzyliśmy gest i zaczęliśmy klaskać. Ayako siedząca po mojej prawej, szczerzyła się, a Tsu siedzący po mojej lewej zagwizdał głośno. Rodzinna atmosfera rozlała się w środku mnie, a ja momentalnie zapomniałam o wszystkich problemach, chociaż na krótką chwilę.
       Po uroczystej wieczerzy, jak dzieci, zabójcy rzucili się na prezenty. Teraz w ogóle nie posądziłabym ich o tak potworne czyny, jakich dopuszczali się w każdy inny dzień roku. Wszyscy mieli podpisany prezent, do którego przyjaciele wrzucali drobny upominek.
       Usiedliśmy w piątkę przy kominku – ja, Tsuneari, Ryutaro, Ayako i Taki. Tokaji zaszył się gdzieś, ale nikt jakoś nie odczuwał braku jego chłodnej osobowości. Oprócz mnie.
       Zagwizdałam cicho, gdy otworzyłam swoje pudełko. Znalazłam nową katanę od Ayako i Takiego, apteczkę od Ryutaro, sztylet z wygrawerowaną rękojeścią od dowództwa, nowy telefon od Świętej Trójcy, Mako, bliźniaczek oraz Suzukiego i Natsu. Jednak moją uwagę najbardziej przykuł zapakowany szczelnie wisiorek o Tsu.
       A gdy go otworzyłam, całkowicie zaniemówiłam.
       - Kurde, myślałem, że ci się spodoba… - zaczął, nie widząc żadnej oznaki radości na mojej oszołomionej twarzy.
       To była dokładnie ta sama ‘truskawka’, na którą patrzyłam w Akihabarze. 
       Skąd on wiedział?
       - Jest piękna. – wydusiłam, zakładając ją sobie na szyję. – Dziękuję.
       Tsu zaśmiał się, zmieszany. Lekko poczerwieniał.
       Czas płynął nieubłaganie. Po kilku godzinach, gdy dobiegała powoli północ, wszyscy powoli wychodzili na zewnątrz. Przyjaciele zostawili mnie samą w sali, wracając się po kurtki. Oprócz mnie było tu jeszcze może pięć osób.
       Zamyślona, nie zauważyłam jak podszedł do mnie Tokaji.
       - Ichigo… - wypowiedział moje imię szeptem, ale i tak podskoczyłam.
       - Tokaji… - spojrzałam na niego ze złością. – Gdzieś ty był?
      - Nie lubię tego świątecznego badziewia. – warknął na mnie. Zmroziłam go wzrokiem. – Masz. – wepchnął mi w dłonie pudełko i odszedł, gwiżdżąc.
      Zacisnęłam dłoń w pięść. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Ostatnio nie był taki wredni dla mnie. Zaczął zachowywać się tak jak na samym początku, gdy dopiero co dołączyłam.
      Mimo złości, otworzyłam prezent. Nie rozumiałam co on chciał mi podarować, że musiał zrobić to osobiście. W środku ujrzałam odwróconą, zakurzoną ramkę. Wzięłam ją ostrożnie w dłonie, nawet nie podejrzewając, co może być na drugiej stronie.
      Gdy patrzę się na zdjęcie, przestaję funkcjonować. Ramię zaczyna mi drżeć, a obraz zamazuje się. Na chwilę wyostrza się, gdy na ramkę spadają dwie krople, a potem widok znów przysłaniają mi łzy.
      Ze zdjęcia śmieją się do mnie 3 twarze: ja i moi rodzice. 
      Czuję, że za chwilę się załamię. Że moje kolana ugną się pod ciężarem życia, że płuca przestaną chcieć oddychać. Że serce przestanie mi pracować.
      Przyciskam zdjęcie do serca, zagryzając do krwi wargę, by tylko bardziej się nie rozpłakać. Chwytam łapczywie powietrze, przed oczami zaczynają pojawiać się czarne plamy.
      Nie możesz dawać mi takich rzeczy i po prostu sobie iść.
      Tokaji, ty idioto.
       Dziękuję.
***
       Na zewnątrz mimo chłodu, odczuwam ciepło. Śnieg zalega na każdym centymetrze powietrza, nadając organizacji nietypowego klimatu. Na największym świerku zawieszone są niebiesko-białe światełka, oświetlające nas delikatnie. Pod choinką stoi Mikuru przy keyboardzie, Hiroki z gitarą oraz Kotaro z basem.
       Siedzimy razem na pieńku – Ryutaro, Tsuneari, ja, Ayako, Taki i (o dziwo) Tokaji. Za nami, na stole ogrodowym siedzą Meiji, Koichi, Jun, Mako oraz Miyako i Miyoko. Wszyscy gdzieś w kole znajdują sobie miejsca.
       A już po chwili do moich uszu dobiegają łagodne nuty.
       - Cicha noc, święta noc – melodyjny głos Mikuru rozpoczyna kolędowanie, a w drugim wersie już wszyscy się włączają. 
Pokój niesie ludziom wszem,
  A u żłóbka Matka święta,
  Czuwa sama, uśmiechnięta…
      Kiwamy się w takty kolędy, a mi ze wzruszenia chce się płakać. Uczucia jakie teraz odczuwam są nie do opisania. Ta radość, szczęście… Wszyscy wokół stali się w tak krótkim czasie moją rodziną, której nie chcę za nic stracić.
     Teraz rozumiem dlaczego akurat nas uważają za najdziwniejszą organizację w Japonii. I dlaczego za najsilniejszą.
       - Hashire sori yo,
       Kaze no you ni… - zaczyna Hiroki, a ja parskam krótko śmiechem, nie wierząc, że akurat on zaczął ‘’Jingle Bells’’.
        - Yuki no naka wo, karuku hayaku! – wyje stolik za nami, a my usiłujemy ich prześpiewać.
        - WARAIGOE WO YUKI NI MAKEBA!!! – jestem pewna, że fałsze Tsuneariego było słychać. Omitsu ze śmiechem pstryknęła nam zdjęcie.
         Czas upływał nam świątecznie aż do czwartej nad ranem, gdy niestety Fumiya musiał zarządzić koniec Wigilii, po drobnym cynku od naszej wtyczki w policji. Rozeszliśmy się do pokoi smutni, chociaż wiedzieliśmy, że zostały nam jeszcze 2 dni świąt.
         Nigdy nie przypuszczałabym, że moje najwspanialsze święta spędzę w organizacji morderców. I nigdy nie pomyślałabym, że będą one pierwsze i ostatnie.