Rozdział 29
Słów nie da się
cofnąć
~Ichigo~
-
Widzę, że obrałaś inną taktykę...
-
Zamknij się.
-…
Ale wiesz, że siedzenie pod drzewem nic nie da?
-
Zamknij się.
-
Będzie ci się to tylko dłu…
-
Zamknij się, do cholery!!!
Mój
wrzask poniósł się echem po całym lesie, a z koron strzelistych jodeł wyleciały
stada kruków. Haker wzdrygnął się, patrząc się krzywo na niebo, pokryte teraz
masą czarnych punkcików. Po chwili uchylił się gwałtownie od pocisku, który
posłałam w jego stronę.
Kiedy
obudziłam się znów w tej sennej marze, od razu wiedziałam, że to będzie jeden z
tych snów, w których zmieniają się tylko drobne szczegóły. Godzinami będę
chodzić po tym ciemnym lesie, aż dojdę do Granicy, bądź szybciej znajdą mnie
moje ofiary. Mając przed sobą tylko te dwie perspektywy, opadłam na ziemię,
opierając się o pień drzewa, licząc, że w końcu normalnie się obudzę.
Niestety
to nie jest sen, tylko koszmar.
Po
jakimś czasie pojawił się on – Yo Ito.
-
Dlaczego jesteś taka agresywna, co? – spytał, gdy zerwałam się na równe nogi,
gotowa do wszczęcia walki z nim. – Od kiedy usiłujesz zabić jedyną osobę, która
jest twoim sprzymierzeńcem?
-
Sprzymierzeńcem? – wycedziłam.
-
No dobra. Źle to ująłem. – wzruszył
ramionami. – Raczej jedyną osobą nieusiłującą cię zamordować.
Prychnęłam
na niego, odsuwając się. Mężczyzna z niewiadomego dla mnie powodu od samego
początku nie przejawiał zapędów morderczych w moim stosunku, choć wszyscy inni
przeze mnie zgładzeni niestrudzenie mnie atakowali. I tylko z nim mogłam na
wiązać inteligentną rozmowę.
A
jeśli już chodzi o rozmowy.
Podchodzę,
chwytając go za koszulę i przyciągając na wysokość moich oczu – ciemnych jak
nocne niebo oraz pełnych opanowanego gniewu.
- A
jeśli chodzi o ostatni sen, ten z tym cholernym pożarem… - wypowiadam słowa
powoli, starając się zachować względny spokój, mimo że druga dłoń, zwinięta w
pięść, drży ze wściekłości. – Gadaj wszystko co wiesz.
- Przecież to twoja głowa – śmieje się,
odtrącając moją dłoń. Patrzę się na niego morderczo, żałując, że nie męczyłam
go bardziej przed śmiercią. – Chociaż muszę przyznać, że wiem kilka rzeczy… -
rzuca tajemniczo.
Wyczuwam,
że nie mówił tak tego, bo mogłam go zmusić do odpowiedzi. Odwróciłam się
gwałtownie, napinając wszystkie mięśnie. Wiedziałam, że nadchodzą. Nie
wiedziałam jeszcze, kto ale on nigdy nie powiedziałby czegoś takiego tak po
prostu.
Moje
oczy rozszerzają się ze zdziwienia, gdy zza drzew dostrzegam 3 zabójców z
Fubuki: James’a, Jiro i Ayę. Rozglądam się wokół – nie ma tu nawet miejsca na
walkę. Jeśli to by mądrze rozegrać, ci z przewagą liczebną nie mieliby szans.
Oczywiście dałabym to zrobić, gdybym łaskawie wyśniła sobie jakąś broń. Staję w
pozie do ataku wręcz.
I
gdy mordercy są kilka metrów ode mnie, za nimi dostrzegam 4 dilerów Jishin.
Rozluźniam pozę, nie mogąc w to uwierzyć. Cofam się o krok, nabierając coraz
większych podejrzeń, że ten sen też będzie trochę inny, tak jak poprzedni.
Nabieram
pewności, że nie mam szans, gdy zza dilerów wybiegają przerażeni studenci z piekarni,
a za nimi ciągnie się jeszcze spora grupa osób, które kiedyś musiałam
zlikwidować. Przełykam głośno ślinę, zrywając się do biegu. Przynajmniej teraz
las się po mojej stronie – wąskie przesmyki między drzewami działają na korzyść
pojedynczej jednostki, a nie grupy. Zostawiam ich po jakimś czasie lekko w
tyle, lecz nie zwalniam ani trochę.
Nakazuję
sobie myśleć. Mój chory mózg wyimaginował sobie koszmar, oparty na dość prostej
symbolice. Tą związaną z miejscami rozgryzłam – Ciemny Las jako piekło, Jasny
jako niebo, strumień jest Granicą. Z całą resztą niestety jest gorzej.
Zabijałam
głównie tych ‘złych’, więc wszystkie ofiary znajdują się po tej stronie. Jednak
jak z danych wynikało, studenci z tej piekarni byli jedynie prostymi ludźmi, a
w ich kartotekach nie było żadnych przewinień, więc nie powinni znajdować się
po tej stronie. Możliwe, że tutaj są ci, których zamordowałam, co nie daje
odpowiedzi dlaczego w Jasnym Lesie widzę nie tylko moich rodziców, ale też
innych, nieznajomych mi ludzi?
Zostaje
też sprawa Yo. Dlaczego akurat on zachowuje się nieschematycznie? Co jest
powodem tego, że stał się dla mnie teoretycznie neutralny?
Zauważam,
że drzewa się przerzedzają. Mam głęboką nadzieję, że nie oznacza to tej polany
przy strumieniu, jednak gdy widzę rozjaśniającą się trawę, wiem, że znajdę się
na otwartym terenie. Klnąc pod nosem, skręcam trochę na bok. Kątem oka
dostrzegam, że prześladowcy nie odbili tak bardzo.
Po
kilku chwilach dostrzegam drzewo, na które kiedyś się wdrapywałam. Przyśpieszam
na tyle ile pozwalają mi siły, odbijając się do góry kilka metrów od pnia,
chwytając się w locie jednej zwisających lian. Gdy poczułam, że utrzyma ona mój
ciężar, zaczęłam się od razu wspinać. Po kilku sekundach byłam ukryta na
szczycie, wśród bujnych liści. Obserwowałam z góry moich przeciwników,
krążących w okolicy. Zdawałam sobie sprawę, że ich zdezorientowanie nie potrwa
zbyt długo.
-
Zawsze musisz się tu wdrapywać? To się już robi nudne. – jęczy mi do ucha
haker, opierając się nonszalancko o gałąź. Posyłam mu mordercze spojrzenie, ale
on jedynie wzrusza ramionami. – I tak mnie nie usłyszą.
-
Gadaj. – syknęłam do niego, wychylając się trochę. Zabójcy oddalili się
nieznacznie. – O co w tym wszystkim chodzi?
-
Myślisz, że ci powiem? – wybucha śmiechem, który urywa w połowie. Patrzy się na
mnie niepewnie, a po plecach przebiegają mi dreszcze.
O
nie.
Jak
zza ściany słyszę poruszenie w grupie ścigających mnie ludzi, którzy jak na
komendę wracają w naszą stronę. Wzdycham głęboko, starając ustabilizować przyśpieszone
bicie serca. Wiem, że nie zakończy się to tak szybko.
-
Kurde, miałem być trochę ciszej – mruczy Yo, przeczesując włosy dłonią. – Ale w
zamian dostaniesz podpowiedź. – rzuca radośnie.
Staram
się go słuchać, choć krew buzuje mi w uszach. Coś ściska mnie w żołądku, choć
to bynajmniej nie strach. On zrodził się w umyśle, to jest coś na kształt szału
walki, który od dłuższego czasu budzi się we mnie podczas starć.
I
który wcale mi się nie podoba.
-
No więc postaraj się tą sytuację skojarzyć z wcześniejszym snem – mówi, gdy
pierwsze osoby zaczynają wdrapywać się na drzewo. Patrzę na niego nagląco, a on
w końcu pojmuje, że chcę zeskoczyć. – Najpierw były płomienie, niedługo po tym
co się stało naprawdę? – podkreśla
ostatnie słowo, uśmiechając się szyderczo. Wie, że nie za bardzo rozumiem, a
muszę już skoczyć.
-
Kiedyś zetrę ci ten uśmiech z twarzy, Yo Ito – cedzę i biorąc głęboki wdech,
rozpędzam się i zeskakuję w sam środek tłumu.
W
uszach mam tylko wysoki pisk, który zagłusza wszystko wokół. Każda sekunda lotu
wydawała się odbywać w spowolnionym tempie, ale gdy moje stopy dotknęły ziemi,
akcja przyśpieszyła.
Zabójcy
rzucili się na mnie grupą, więc ich ruchy były chaotyczne. Na pierwszą linię
poszli studenci, których z łatwością przerzucałam na plecy wyćwiczonymi do
perfekcji ruchami. Starałam się pozbierać myśli.
Najpierw
był pożar. Po nim w rzeczywistości… Co się stało po tym? O co mu chodziło? To
ten nieszczęsny patrol? Rozmowa z Tokajim? Powrót oddziału?
Pożar…
Ogień… Płomienie…
Zastygłam
w bezruchu, gdy prosta prawda dotarła do mnie. Poczułam mocne uderzenie,
posyłające mnie na ziemię. Nawet nie wiedziałam kto wyprowadził cios. James
przyparł mnie do ziemi, a ja zwalczyłam pokusę walki, powtarzając sobie cały
czas, że to tylko sen.
Płomienie
symbolizowały powrót Tsuneariego. Tego, który niesie płomienie.
Gdy
w powietrzu śmignął sztylet, wzdrygnęłam się, wiedząc, że za chwilę się obudzę.
Jednak gdy wbił się on w moje gardło, poczułam jedynie rozdzierający ból, a z
gardła wydobył się charkot.
Co
jest? Powinnam być już martwa. Powinnam już się obudzić.
Poczułam
jak dziesiątki rąk łapią mnie, powoli łamiąc mi każdą z kości, a ja nadal się
nie budziłam. Ból był tak realny, że umysł przykryła gęsta mgła. Powtarzałam w
kółko jedną myśl, starając się ją przyswoić i zrozumieć, co ma symbolizować ta
grupa ludzi.
Jednak
po kilku minutach tych cierpień, myśl zmieniła się na to tylko sen. To tylko sen. To tylko sen…
A
później tylko na błaganiu o pomoc.
***
Zrywam
się z łóżka, zaplątując się w kołdrę i spadając z łoskotem na ziemię. Pierwsze
słowo jakie wypowiadam to siarczyste przekleństwo. Obracam się na plecy, jedną
dłonią ściskając koszulkę w miejscu rozszalałego serca, drugim ramieniem
zakrywając oczy. Dyszę ciężko, zmęczona koszmarem, a kącikach oczu wyczuwam
powoli gromadzące się łzy.
Weź
się w garść, Ichigo. Koszmar jak każdy inny, mówię sobie, choć wiem, że sen bardzo
różnił się od pozostałych. Zaciskam jednak mocno zęby i powoli podnoszę się do
pozycji siedzącej. Patrzę się na wyświetlacz zegarka i z westchnieniem odrzucam
kołdrę na łóżko.
4.38
nad ranem. I tak nie zasnę.
Stoję
w za dużej czarnej koszulce i szortach na środku pokoju, nie wiedząc co mam ze
sobą zrobić. W sypialni mam tylko szafę, komodę, łóżko i biurko, na którym nie
ma zbytniego bałaganu. Mebel sam w sobie, nieużywany, pokrył się grubą warstwą
kurzu. Leżały teraz na nim prezenty ze świąt – apteczka, telefon i zdjęcie.
To
zdjęcie.
Podchodzę
mechanicznie do biurka, dotykając delikatnie odwróconej ku dołowi ramce.
Wahając się przez chwilę, kilka razy zbliżam do niej swoją dłoń, zaraz ją
cofając. W końcu kręcę głową i podnoszę ostrożnie zdjęcie. Drewniana oprawa
ciąży mi w dłoni. Patrzę się pusto na osoby uśmiechające się do mnie z
fotografii – dorosłą kobietę z czarnymi włosami opadającymi falami na jej plecy
i granatowymi, nocnymi oczami, która opiera się jednym ramieniem o swojego męża
– wysokiego, barczystego o ciemnobrązowych, krótkich włosach i czarnym oczach.
Jego prosty nos i wydatne usta nakreślają twarz ich córki, która z twarzy i
budowy wdała się głównie w ojca – jednak ‘atuty’ dostała po matce – falowane,
czarne włosy i oczy w kolorze nocnego nieba.
Odkładam
ostrożnie zdjęcie dołem do biurka, przecierając dłonią twarz. Nadal nie mogłam
po prostu spojrzeć na moje rodzinne zdjęcie, mimo, że od świąt minęło już kilka
dni. Ich twarze budziły ponownie rozdzierającą rozpacz w moim sercu.
By
się czymś zająć, wygrzebuję z szafy ubranie codzienne, ale przed oczami nadal
mam fotografię. Syknęłam ze złością, przeciągając przez głowę koszulkę.
Takich rzeczy się nie daje i
po prostu zostawia samemu sobie, idioto.
Przechodzę
do przedpokoju, zaglądając przez uchylone drzwi do salonu, jakby tam czekało
natchnienie na cokolwiek. Wzdycham, stojąc na środku mieszkania, nie mając
najmniejszego pojęcia co mam ze sobą począć. Mój wzrok pada na pochwę z mieczem
i w głębi serca wiem czym się do zakończy. Jak zwykle pójdę trenować, tylko
zapewne Tokaji już nie pojawi się by mi pomóc.
- O
co temu idiocie chodzi? – mruczę, pochylając się po broń, ale zastygam,
dosłyszawszy muzykę zza ściany. Prostuję się, patrząc się w drzwi, usiłując
zlokalizować dźwięk. Piosenka cichnie, po czym na nowo się rozpoczyna.
Telefon?
Wyglądam
na korytarz, nasłuchując.
Do
kogo by dzwonili przed 5 rano?
Gdy
słyszę muzykę po raz trzeci, źródło lokalizuję przed sobą. Unoszę jedną brew,
jakoś specjalnie nie dziwiąc się, że chodzi akurat o Ayako. Swobodnie wchodzę
do jej mieszkania, wiedząc, że ma kamienny sen.
Zastaję
przyjaciółkę zakopaną w koce, z twarzą schowaną w poduszce. Ma głęboki,
spokojny oddech, w ogóle nie reaguje na dzwoniącą komórkę. Muzyka rozbrzmiewa
po raz czwarty. Podchodzę do biurka, chwytając telefon w dłoń z zamiarem
odbioru. Kiedy jednak widzę kto dzwoni, odsuwam od siebie ten zamiar. Czekam aż
dzwonek ucichnie i sprawdzam listę połączeń.
- O
żesz ty… - wyrywa mi się na widok 80 nieodebranych połączeń. I to wszystko od
jej rodziny. Rzucam Ayako wściekłe spojrzenie. – Ta idiotka… -wzdycham i
bezceremonialnie rzucam telefonem w jej głowę.
Dziewczyna
zrywa się gwałtownie, posyłając niewielki sztylet automatycznie w moim
kierunku. Chwytam go z łatwością w dłoń, nawet nie patrząc w jego kierunku.
Patrzę się oniemiała na broń spoczywającą w ręce, podnosząc wzrok na Ayako.
-
ŁAŁ! – wyrywa nam się w tej samej sekundzie, po chwili wybuchamy śmiechem. Dziewczyna jednak urywa go gdy orientuje się, która godzina. Z głośnym jękiem
przeciera oczy rękoma.
-
Czego ty chcesz o tej godzinie? – pyta z wyrzutem. Wzruszam ramionami.
Po
sekundzie rozbrzmiewa 81 raz piosenka z dzwonku. Dziewczyna chwyta urządzenie w
dłoń i patrzy tępo na wyświetlacz. Uśmiecham się kpiąco.
-
Ja nic nie chcę. Inna sprawa z twoimi rodzicami – prycham, patrząc się uważnie
na jej reakcję, licząc na jakąś śmieszną odzywkę.
Jednak Ayako zachowuje się zgoła inaczej.
Brązowowłosa
odrzucam telefon na biurko i zakrywa się ponownie kołdrą.
A
ja stoję jak wryta.
Po
kilku sekundach niedowierzania, podchodzę z głośnym tupnięciem do łóżka,
zrywając okrutnie z niej kołdrę i zwalając z łóżka. Posyła mi złe spojrzenie,
jednak odwraca wzrok pod wpływem wyrazu mojej twarzy. Wzdycha, opierając kark o
materac.
-
Już się tak nie patrz. – mruczy, trąc kąciki oczu. Opadam ciężko obok niej.
-
Czemu od nich po prostu nie odbierzesz? – pytam, podając jej jeszcze raz
telefon. Dziewczyna patrzy się na niego z przekąsem, wahając się.
-
Tak jakoś… Nie wiem. – plącze się, gdy wciskam go w jej dłoń. – Nie byłam u
nich na święta i tak jakoś… - powtarza, a ja rozszerzam oczy ze zdziwienia.
-
Dlaczego? – wyduszam, nie mogąc jej zrozumieć. Przecież nie mogła doczekać się
Bożego Narodzenia, by spędzić trochę czasu z rodziną.
-
To przez tą wojnę… Nie mogłabym iść sama, ktoś musiałby mnie tam odprowadzić, a
w drodze powrotnej byłby idealnym celem… Nie chciałam nikogo zbytnio fatygować…
-
Ja bym poszła – przerywam jej, rzucając jej harde spojrzenie. Odpowiada
smutnymi szarozielonymi oczami.
-
Wiem. I dlatego nie mogłam. – mówi cicho, a ja gryzę się w język nim zdążę
cokolwiek dopowiedzieć. – Masz skłonność do wpadania w kłopoty.
-
Oj tam. Na razie ledwo 2 razy – burknęłam.
- I
raz prawie zginęłaś.
-
Oj tam. – machnęłam ręką, widząc, że Ayako usiłuje zboczyć z tematu. – Czemu
teraz ich nie odwiedzisz?
Dziewczyna
milczy i w końcu wzrusza ramionami.
-
Pójdziemy drużyną. A poza tym jest jeszcze zawieszenie broni z powodu świąt i
nowego roku. Nikt nas nie zaatakuje 28 grudnia, daj spokój. – przekonuję ją.
Jak na zawołanie telefon znów rozbrzmiewa. – A teraz sobie z nimi pogadaj i o 9
wychodzimy, jasne?
-
Jak słońce – wzdycha i odbiera ze znużeniem telefon. – Halo?
***
Zaglądam
do głównego salonu w poszukiwaniu reszty grupy. Tu i ówdzie kręciło się parę
osób, zbierając jeszcze resztki po świątecznych ozdobach, mimo iż dochodziła
dopiero siódma. Byłam rozbudzona, a krew płynęła szybko w moich żyłach. Po
rozmowie z Ayako poszłam trenować, licząc, że wpadnę na Tokajiego.
Ale
on siedział tutaj.
Podeszłam
do niego naturalnie, uśmiechając się lekko. Miałam nadzieję, że zły humor już
mu przeszedł. Czytał teraz w skupieniu książkę. Stanęłam przed nim, czekając aż
podniesie wzrok znad książki.
Nie
podniósł. Przewrócił tylko na kolejną stroną.
Odchrząknęłam,
przekonywując się, że książka jest ciekawa i nie zauważył mnie. Lecz nadal
czarnowłosy nie zareagował. Czując jak ciśnienie lekko mi podskakuje,
przylepiłam sobie najszczerszy uśmiech na jaki było mnie stać na twarz.
-
Tokaji – starałam się by nie wypluć jego imienia.
-
Czego? – warknął na mnie, nawet nie podnosząc wzroku znad książki.
Zacisnęłam
mocno zęby, licząc w myślach do dziesięciu by mu nie przywalić. Zwinęłam dłoń w
pięść i wyrwałam powieść z rąk. Rzucił mi mordercze spojrzenie.
-
Idziemy zespołem do Utsunomiyi jako wsparcie Ayako – oznajmiam, czekając na
jego reakcję. Chłopak podnosi tylko brwi do góry, patrząc się na mnie z
politowaniem.
-
Nigdzie nie idę.
-
Idziesz. Nie masz wyboru.
-
Właśnie, że mam. Jestem liderem i mówię, że nigdzie nie idziemy.
-
Tokaji! – warczę na niego, ale on bezceremonialnie odpycha mnie i wychodzi.
Zaciskam mocno zęby, powstrzymując potok przekleństw. Gdy chłopak trzaska
drzwiami tak mocno, że pozostali w pomieszczeniu wzdrygają się, rzucam książką
w regał i wychodzę z pokoju na sztywnych nogach.
Chłopak
zdążył się już trochę oddalić, ale nie zamierzam za nim biec. Chyba, że w jego
snach. Świdruję go wzrokiem, myśląc jak miło byłoby się go pobić.
Doganiam
go na schodach na wyższy poziom. Zatrzymuję go, posyłając wściekłe spojrzenie.
Tokaji nawet nie drgnie pod jego wpływem, patrząc się na mnie z wyższością,
pomimo, że chwyciłam go za koszulkę. Czując, że drżę z szału, ciskam nim o
ścianę.
- O
co ci chodzi, do cholery! – warknęłam, krzyżując ręce na piersi. Czarnowłosy
milczy przez chwilę, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu uśmiecha
się szyderczo.
-
Ty naprawdę jesteś taką kretynką, czy tylko udajesz?
Nim
zdążę pomyśleć, zamierzam się na niego otwartą dłonią, ale gdy wyprowadzam cios
lekko się waham. Żałuję tego, gdy brutalnie chwyta mnie za nadgarstek.
-
Co się z tobą dzieje, Tokaji? – syczę wściekle, przygotowując się by zacząć z
nim walczyć. Chłopak zauważa to i przyciąga mnie bliżej do siebie, nadal
krępując mi nadgarstek. Nawet nie drgnęła mi powieka.
-
Nie dasz rady walczyć ze mną na poważnie. – mówi cicho i nisko. – Może i cię
trenuję, ale mnie nie przewyższysz. Jestem od ciebie silniejszy. I zawsze będę.
Od ciebie i od każdego innego. – jego słowa brzmią jak groźby, więc odpowiadam
hardym spojrzeniem. Tokaji odpycha mnie gwałtownie, a ja prawię tracę równowagę
na schodach.
Szlag
mnie trafi.
-
Co ja ci takiego zrobiłam, co? – podnoszę lekko głos. – Czemu po prostu z nami
nie pójdziesz? – w moim tonie zabrzmiało trochę smutku i wyrzutów. Mam
wrażenie, że Tokaji drgnął lekko, jakby nie wiedział co odpowiedzieć.
Ale
gdy jego puste, czarne oczy spoczęły na moim nowym naszyjniku, zabłysły w nich
ogniki gniewu. Prycha lekceważąco, odwracając ode mnie wzrok pełen obrzydzenia.
-
Jak tak bardzo chcesz mieć drużynę, poproś Tsuneariego. Ja nie będę bawić się
niańkę.
Doskonale
wiem, że chce by zrobiło mi się przykro, bym zaprzeczyła i kazała mu się
ogarnąć. Ale wiesz co, Tokaji? Mam cię dość.
-
Może powinnam tak zrobić. – syczę wściekle w jego stronę. – Nikt cię tam nie
potrzebuje.
-
Jak dobrze. – mruży oczy. – Może poproś by to on cię trenował? W końcu będę
mieć święty spokój z taką kretynką.
Zaciskam
dłonie w pięści, starając się nie pokazać po sobie, że te słowa mnie zabolały. Myślałam, że podczas regularnych treningów się pogodzimy, ale najwyraźniej
Tokaji miał zamiar zrobić sobie ze mnie wroga.
-
Świetnie. – burknęłam, odwracając się do niego plecami. – Myślałam, że
przynajmniej powiesz o co ci chodzi, a nie jak zachowasz jak jakaś pusta
księżniczka…
-
Wiesz o co chodzi? – jego lodowaty ton zatrzymuje mnie w pół kroku. Zastygam w
bezruchu, wiedząc, że to co wypowie bardzo mnie zrani. Ale nie spodziewałam
się, że wypowie akurat te dwa słowa. – Nienawidzę cię.
W
tym momencie nie wiem co, ale poczułam, że coś w głębi mnie pęka. Nie
rozumiałam, dlaczego zrobiło mi się akurat tak przykro, ale smutek został
przyćmiony chęcią odpłacenia mu tym samym.
-
Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie, Tokaji – szepczę cichutko, po czym
oddalam się pośpiesznie z pochyloną głową, by nikt nie widział mordu widocznego
w moich granatowych oczach.
***
~Tsuneari~
Fumiya
siedział przy zagraconym papierami biurku, podpierając głowę na dłoni, a drugą
ręką bębniąc o blat. Trwał tak od dłuższego czasu, nie zwracając na mnie uwagi
od kiedy skończyłem zdawać raport ze swojej misji. Patrzyłem się na niego z
niepokojem, narastającym coraz bardziej z każdą sekundą. Unosiłem się i
opadałem na pięty, nie wiedząc co ze sobą począć.
W ‘bazie
dowodzenia’ było w miarę spokojnie – Daiki pisał coś na laptopie, a Mikuru kreśliła
jakieś kwadraciki i kółeczka na dużej białej tablicy na pisaki. Nie zwracali na
nas najmniejszej uwagi, dając się pochłonąć ważniejszym zajęciom.
-
Szefie? – odchrząknąłem. Mężczyzna przestał bębnić palcami o biurko, ale nadal
nie podniósł na mnie głowy. Mimowolnie cofnąłem się o krok.
Czarnowłosy
w końcu głęboko westchnął, prostując się. Oparł się ciężko o fotel,
przecierając twarz dłonią. Zastygł tak na sekundę, jakby rozważał jak ma się zachować
w tej sytuacji. W końcu posłał mi zmęczone spojrzenie.
-
Tsuneari… Powiedz mi, proszę… - zaczął spokojnie, ale od razu wyczułem napięcie
rosnące w jego głosie. Przełknąłem ślinę. – Kiedy zamierzałeś mnie poinformować
o tych, hm, drobnych szczegółach? – zapytał, uśmiechając się lekko
sarkastycznie.
-
Przy zdawaniu raportu – odparłem, patrząc się na niego uważnie. Mężczyzna
ponownie ukrył twarz w dłoni. Czułem już, że zakończymy to kłótnią.
-
Nie pomyślałeś może, że to ważne informacje? – w ton jego głosu zakradła się
irytacja. Wyprostowałem się, gdy skrzyżował ze mną spojrzenia. – Mam nadzieję,
że masz dobre wytłumaczenie.
-
Tak, szefie. – powiedziałem pewnie. – Przeanalizowałem wszystko w drodze
powrotnej. Ten… No, wiesz który…
-
Ryuji Kuno – przypomniał lekko podenerwowany. – Zapamiętuj chociaż nazwiska,
Tsu. – westchnął.
-
Właśnie, Ryuji Kuno z Jishin zachowywał się podejrzanie. Nie chciał rozwiązywać
konfliktu siłowo ani pozbywać się szpiegów i świadków. Nawet dał mi jasną
iluzję, że są związani z tym szpitalem psychiatrycznym. Dla mnie to nie ma
sensu. Ryuji nie ma żadnego powodu by wyświadczać nam przysługi lub podawać tak
ważne informacje na temat wojny, jeśli nie chodziłoby o zmyłkę…
-
Chyba, że jest zdrajcą. – mruknął Fumiya. Otworzyłem jeszcze raz usta by kontynuować,
ale szef uniósł dłoń. – Wystarczy, Tsu. Choć nadal sądzę, że powinieneś od razu
o tym powiedzieć. Posiadanie ewentualnego zdrajcy w szeregach wroga byłoby
korzystne.
-
Em… Jeśli wolno mi coś wtrącić… - przerwała nam Mikuru, nie odwracając się od
tablicy, na której namnożyło się wiele kolorowych kresek. – Nie sądzę by był
zdrajcą. Znasz Igarashiego. On wyczułby zdradę na kilometr, zwłaszcza od
takiego młodzika.
-
Uważasz, że młodzi są słabsi? – czarnowłosy uniósł wysoko brwi, spoglądając
ukradkowo na Tsuneariego. – Czyżbyś uwłaszczała naszym dzieciakom?
-
Doskonale wiesz, że nie oto mi chodzi – mruknęła Mikuru. Posłała nam przez
ramię protekcjonalne spojrzenie. – Obstawiałabym, że on knuje coś innego niż
stanięcie po naszej stronie.
-
Jak na przykład co?
-
Nie wiem. Ale trzeba go mieć na oku – mruknęła. – A wracając do tego
psychiatryka Gdzie on w ogóle był?
- W
Tateyamie – odpowiedziałem.
Kobieta
zastygła w bezruchu, wypuszczając pisak z dłoni. Spadł na ziemię z nienaturalną
głośnością i potoczył się pod szafki.
Szef spojrzał ze zdziwieniem na strategiczkę, a po chwili w jego
czarnych oczach błysnęło zrozumienie.
-
Nie mów mi, że to ten sam… - wydusił. Daiki podszedł do brązowowłosej. Położył
jej uspokajająco dłoń na ramieniu, a kobieta zacisnęła dłoń na tablicy.
-
Ten sam… - powiedziała Mikuru ze wściekłością. Obróciła się powoli w moją
stronę, nadal z zamkniętymi mocno oczami oraz pochyloną głową. Otworzyła je
powoli, a zielone tęczówki błysnęły złowieszczo jak u zwierzęcia uwięzionego w
klatce. – Tsuneari. Czy ty wiesz co może się stać jeśli Tateyama wisi im
przysługę? – wycedziła.
Milczałem,
patrząc się na nią poważnie. Wiedziałem, że za chwilę zaczną się na mnie wydzierać,
a ja jak zwykle nie będę ogarniał dlaczego.
-
Przypomnij sobie dla kogo był to psychiatryk, a potem połącz fakty. – syknęła,
widząc niezrozumienie w moich brązowych oczach. Zastanowiłem się przez chwilę,
przywołując obraz tabliczki przy wejściu do szpitala.
Gdy
krwisto-czerwone litery stanęły mi przed oczami, zachłystnąłem się powietrzem. Szpital Psychiatryczny Tateyama dla
morderców. Jasna cholera.
-
No właśnie – powiedziała kobieta. – Jesteśmy skończeni. – warknęła, strącając
dłoń Daikiego z ramienia. – Skończeni. – powtórzyła i kopnęła krzesło.
-
Spokojnie, Mikuru… - rzucił Fumiya. – Nie oznacza to od razu…
-
Oznacza! – krzyknęła kobieta. – Doskonale wiesz jacy ludzie tam są!
-
Ale nie przetransportują całego szpitala bez powiadomienia policji i mediów! –
wrzasnął czarnowłosy, podnosząc się z fotela.
-
Boże, dwa dni po świętach i już drzecie mordy? – jęknęła zastępczyni,
zaglądając do pokoju. Dowództwo nawet na nią nie zwróciło uwagi. Omitsu
dostrzegła mnie i uniosła jedną brew do góry, zerkając w stronę kłócących się. –
O co poszło? – spytała, stając obok mnie.
Streściłem
jej mój raport. Brązowowłosa najpierw lekko zbladła, ale od razu spoważniała i
zagwizdała głośno na palcach. Fumiya i Mikuru ucichli, patrząc się pytająco na
kobietę.
-
Mikuru, nie popadaj w paranoję! – rzuciła w stronę przyjaciółki, patrząc się z
zacięciem na nią. Zielonooka spojrzała się na nią ze wściekłością, ale po
chwili jej wzrok złagodniał, a ona sama przygarbiła się, przygryzając dolną
wargę. – A ty, Fumiya też się uspokój. Nie zaatakują nas w tym roku. A jeśli to
zrobią, policja puści im siedzibę z dymem. – warknęła w stronę szefa.
Sotomura
spojrzał na nią przeciągle, po czym uśmiechając się pod nosem wrócił do swojego
biurka i coś odznaczył na kartce. Po chwili zaśmiał się, kręcąc głową. Omitsu
na niego fuknęła.
Poczochrała mnie po włosach.
-
No, Tsu, już nie jesteś nam potrzebny… - uśmiechnęła się do mnie.
-
Co za cholerny grat! – Daiki trzasnął ekranem. – Nie zapisałem! – ryknął,
biorąc laptopa w dłonie i kierując się w stroną okna.
Rozszerzyłem
oczy, stawiając krok w jego kierunku, by powstrzymać dramatyczną śmierć
jedynego sprawnego komputera z danymi.
-
Nie!!! – wrzasnął Hiroki.
Blondyn
pojawił się znikąd. Wpadł do pokoju jak szaleniec, rozrzucając wokół stos
dokumentów i podbiegł do doradcy, który prawie ciskał urządzeniem przez okno.
Zabójca zaczął się z nim siłować by uratować laptopa. Daiki po kilku chwilach
uspokoił się i pozwolił odebrać sobie komputer. Hiroki pogłaskał urządzenie po
obudowie.
-
Moje maleństwo… - mruknął, tuląc laptopa do piersi. – Oszalałeś!?
-
Wyłącza się cały czas, tnie się i jeszcze nie ma pamięci! Nie da się na tym pracować!
– krzyknął w stronę blondyna. – Fumiya, czemuż do jasnej anielki, nie zainwestowałeś
w najnowszej generacji system komputerowy!?
-
Właśnie! – zawtórował mu Hiroki, który momentalnie zapomniał o próbie zamachu
na jego laptop. – To, że ty tego nie nadzorujesz, nie znaczy, że możesz o tym zapominać!
Obserwowałem
to wszystko w oszołomieniu, zbierając rozsypane dokumenty. Zduszałem śmiech
ostatkiem sił. Odkąd pamiętałem Fumiya obiecywał im nowe komputery, ale zawsze
jakoś było coś ważniejszego do kupienia. Wręczyłem Omitsu papiery i kiwnąłem
głową w stronę dowództwa. Mężczyźni nadal dyskutowali, a Mikuru usilnie coś
pisała na tablicy, choć ze złości prawie złamała pisać na pół.
-
To ja się będę zmywał. – mruknąłem.
-
Czekaj. – szepnęła Omitsu. – Zostajesz przydzielony do grupy 5 na miejsce
Tokajiego. – oznajmiła, a widząc moje zdziwienie, wzruszyła ramionami. – Mnie nie
pytaj. Nie wiem o co poszło. Aczkolwiek za chwilę gdzieś wyruszacie. Dopytaj
się Takiego. – przekazała i kazała mi wychodzić.
Zasalutowałem
luźno, wychodząc ukradkiem z pomieszczenia. Ostatnie co usłyszałem przed
zamknięciem drzwi była obietnica Fumiyi: ,,Obiecuję, że po tej wojnie to ci
kupię ten komputer, Daiki. Nawet ci go złożę i zrobię biuro.’’, która zapewne
nigdy nie zostanie spełniona.
***
Czwórka
zabójców kryła się w cieniu jednej z uliczek Utsunomiyi. Za zakrętem stał
szary, obskurny jednorodzinny domek. Bez żadnego ogrodzenia, żadnych ozdób na
trawniku, oprócz starego modelu Toyoty niedaleko drzwi wejściowych.
Brązowowłosa dziewczyna okręcała ze zdenerwowaniem sobie końcówkę warkocza
wokół palca.
-
Nie wiem czy powinnam iść… - szepnęła, wychylając się zza ściany.
-
Teraz nie masz wyjścia. Już na ciebie czekają. – powiedziała Ichigo pewnie, a
Tsuneari wypchnął ją na ulicę. Ayako obróciła się do nich jeszcze raz, licząc,
że ją powstrzymają, ale gdy zobaczyła podniesione kciuki Takiego westchnęła
głośno i ruszyła powoli w stronę swojego domu.
Starając
się jak najbardziej przedłużyć spotkanie, w końcu stanęła naprzeciwko obtartych
drzwi wejściowych. Jej pięść zawisła kilka centymetrów od nich, nie wiedząc czy
powinna zapukać czy jednak nie. Czuła się bezpiecznie, wiedząc, że przyjaciele
kryją jej plecy, ale niepewność zakorzeniła się bardzo głęboko.
-
Ja pierdole – jęknęła, stukając raz w drzwi. Czekała kilka sekund, mając
nadzieję, że nikt jej nie usłyszał, ale po chwili usłyszała jak ktoś biegnie do
wyjścia.
Drzwi
otworzyła zamaszyście jej matka. Ayaka mimo, że urodziła 6 dzieci i nie była w
najmłodszym wieku, nadal była szczupła i pozbawiona zmarszczek. Choć po części
to wina chorób i stresu. Miała takie same włosy jak córka, związane w dużo
krótszego francuza, a zielone oczy rozjaśniały teraz. Zarzuciła dziecku ramiona
na szyję, pociągając dziewczynę w głąb przedsionku.
Ayako
pogłaskała chlipiącą matkę po plecach. Po chwili wahania odwzajemniła uścisk,
chowając twarz w jej ramieniu. Powtarzała sobie w myślach, że nie może się
teraz rozkleić.
-
Przepraszam, że nie było mnie na świętach – szepnęła.
-
Przepraszaj raczej, że nie odbierałaś telefonów od nas – usłyszała.
Podniosła
głowę znad ramienia matki, by spojrzeć w zmartwione oczy swojego ojca. Opierał się
nonszalancko o framugę drzwi. Ayaka puściła swoją córkę, pozwalając jej podbiec
do ojca.
-
Tato! – zaśmiała się i uściskała rodzica. – Jestem z ciebie dumna! Naprawdę
powstrzymałeś swoje zapędy hazardowe. – trąciła go pięścią w ramię.
-
Język jak zwykle niewyparzony – mruknął ojciec, czochrając córkę po włosach.
Akimi
był postawnym mężczyzną, po którym Ayako nie odziedziczyła nic z budowy.
Jedynie charakter lekkoducha i mieszankę szarości w tęczówkach dostała w genach od
czarnowłosego mężczyzny.
-
Gdzie dzieciaki? – zapytała się, wchodząc w głąb mieszkania. Jak zwykle ściany
miały liczne zacieki, a żarówki ledwo tliły jakiekolwiek światło. Mimo wszystko
wzięła w płuca zapach kurzu i stęchlizny, który od wielu lat kojarzył się z jej
wybiedzonym, kochanym domem.
-
Za chwilę cię usłyszą. – powiedziała kobieta. – Usmażyłam dla nas naleśniki.
-
Pycha! – zaśmiała się Ayako, sadowiąc na stołku w kuchni.
Ojciec
usiadł obok niej, uśmiechając się na widok córki. Podparł brodę na dłoni,
dopijając herbatę z pękniętego kubka.
-
Wyrosłaś jeszcze bardziej – rzucił.
-
Jakoś nie widzę. – zaśmiała się dziewczyna. – Gdybyście się ogarnęli,
moglibyście to zauważać codziennie – dodała niewinnie, choć wiedziała, że
zaboli to rodziców. Nie mogła się powstrzymać.
-
Jak… - wymamrotała po chwili jej matka. – Jak sytuacja?
- Na
razie spokojnie. Ten okres w roku jest niepisanym zawieszeniem broni. A później…
Cholera go wie. Jakoś dam sobie radę. – mruknęła Ayako.
-
Może… Może odejdziesz od nich? – zasugerowała matka delikatnie, na co córka
spięła się i trzasnęła otwartą dłonią w stół.
-
Cholera! – krzyknęła. – Z całym szacunkiem, matko, ale dla mnie już nie ma
odwrotu. Od początku nie było i nie będzie!
-
Ayako! – Akimi również podniósł głos, ale napotkał jedynie mordercze spojrzenie
swojej córki, na które posmutniał i ukrył twarz w dłoniach. Ayaka otarła
ukradkiem łzy z kącików oczu. Dziewczyna wbiła uporczywie wzrok w podłogę.
-
Ktoś z tobą tu jest? – szepnęła matka. Ayako kiwnęła powoli głową, na co
mężczyzna się wzdrygnął. Nim zabójczyni zdążyła cokolwiek powiedzieć, kobieta
postanowiła załagodzić sytuację. – Możesz ich potem tutaj zaprosić. Są w twoim
wieku, prawda? – Ayaka posłała córce przyjazny uśmiech. Nastolatka z
niedowierzaniem malującym się na twarzy, potwierdziła. – Powiemy dzieciom, że
są z twojej szkoły i tyle.
-
Dzięki, mamo.
Nim
zdążyli wrócić do ckliwych rozmów, Ayako usłyszała tupot stóp na schodach.
Odskoczyła radośnie od naleśników, uśmiechając się szeroko. Na spotkanie
wybiegli jej jako pierwsi bliźniacy – 8-letni Masu i Mida. Zaraz za nimi
wybiegł 9-letni Hiro, trzymający 7-letnią Fumi. Na samym końcu, najpoważniej
szedł 10-letni Aki.
Cała
piątka wpadła na starszą siostrę, wyściskując ją ze wszystkich sił. Ayako
poczuła, że trzyma w ramionach cały swój świat. Ludzi, dla których mogłaby zrobić
wszystko. I robiła.
Walczyła
ze łzami, gdy odsunęła rodzeństwo od siebie. Popatrzyła się po zarumienionych
twarzach dzieciaków. Aki najbardziej ją przypominał z chłopaków – miał tego
samego koloru włosy i oczy. Hiro wdał się bardziej w ojca – czarne włosy, lekko
kręcone oraz szare oczy. Bliźniacy mieli takie same włosy jak ona, ale oczy
odziedziczyli po Akimi’m. Jej jedyna siostra wyglądała jak ich matka –
czekoladowe włosy oraz wesołe zielone oczka.
-
Jak wy wyrośliście! – zaśmiała się, tarmosząc każde z osobna po włosach.
Czas
upływał nadzwyczaj szybko, a dziewczyna miała nieodparte wrażenie, że nie może wyjść.
Tak jakby czuła, że nigdy więcej tu nie wróci.
Przestań - nakazała sobie w myślach. – Nie możesz tak myśleć.
-
Kochanie – matka w końcu położyła delikatnie dłoń na jej ramieniu. – Myślę, że
twoi przyjaciele zaczynają się już niepokoić. – oznajmiła, wskazując ukradkiem
na okno od ulicy.
Dziewczyna
podeszła i wyjrzała przez okno. Dostrzegła trójkę zabójców, stojących
naprzeciwko jej domu, czekających cierpliwie. Gdy ją zobaczyli, pomachali
leniwie dłonią.
-
Czy nadal pozwalasz im nas odwiedzić? – spytała Ayako. – Bo wiesz… Jeśli nie
chcesz, nie zmuszaj się…
-
To nie tak…
-
Odwiedziny? Kto przychodzi? – dzieciaki podniosły głowy znad zabawek. Podbiegły
do okna, śmiejąc się. Chłopaki obtoczyli kobiety, przepychając się, a Fumi
najmłodsza i najmniejsza została z tyłu, krzyżując ręce w geście obrażenia się.
Ayako
wybrała numer Ichigo, pytając się czy przyjdą. Dzieci posmutniały, gdy
zobaczyły, że przybysze kręcą głową. Dziewczyna westchnęła, choć przeczuwała od
początku, że nie przyjdą.
Chłopcy
odeszli od okna, znów zainteresowawszy się zabawkami. Fumi w końcu podeszła do
siostry, która posadziła ją na parapecie by widziała.
-
Wiesz, Fumi, ja chyba muszę się powoli zbierać. – rzuciła do siostrzyczki.
-
To ten po lewej, prawda? – spytała dziewczynka, a na widok pytającej miny
Ayako, doprecyzowała. – Ten blondyn ci się podoba, prawda, Onee-chan?
Brązowowłosa
tylko się zaśmiała i pogłaskała po głowie Fumi.
-
Szczwana z ciebie bestyjka.
Czas
wszystkiego dobiega końca. Ayako wiedziała, że nie może spędzić tu za dużo
czasu, więc w końcu z ociąganiem zaczęła się ubierać. Na sam koniec wyściskała wszystkich
z całych sił, starając się uspokoić burzę czarnych myśli rozszalałych w jej
głowie. Na samym końcu przytuliła matkę.
-
Będzie dobrze. W końcu jesteś naszą córką. – szepnęła Ayaka do ucha córki, na
co dziewczyna się uśmiechnęła.
Wyszła
z domu na mróz. Nie odwracała się do nich, choć wiedziała, że odprowadzają ją
wzrokiem, stojąc w drzwiach. Podniosła jeszcze dłońw geście pożegnania, ale
nie spojrzała na nich, choć walczyła z tą pokusą ze wszystkich sił. W końcu
doszła do przyjaciół.
Taki
podszedł do niej jako pierwszy, gdy zeszli z pola widzenia jej rodziny. Objął
ją mocno, przyciskając twarz brązowowłosej do siebie.
- I
czemu płaczesz, głupia? Przecież nie widzisz ich po raz ostatni. – mruknął.
Starał się by jego głos nie zadrżał.
-
Właśnie tego nie wiem. – zaszlochała dziewczyna. – I to jest najgorsze.
Tsuneari
i Ichigo spojrzeli smutno po sobie, wbili wzrok w ziemię i uścisnęli sobie
krótko i krzepiąco dłonie. Ruszyli powoli w stronę dworca kolejowego.