25 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 24 ~ Prześwit kłopotów

Rozdział 24

Świt kłopotów

    Walę pięścią w drzwi od jakiś 20 sekund nieprzerwanie. Przestaję dopiero gdy słyszę kliknięcie zamka. Tokaji otwiera drzwi na kilka centymetrów błyskając zaspanymi oczami, a gdy mnie rozpoznaje, otwiera je szerzej. Opiera się nonszalancko o framugę, bawiąc się sztyletem, który wziął pogotowiu.
       - Czy ty zdajesz sobie sprawę, która jest godzina? – rzuca na powitanie z lekkim wyrzutem. Przeczesuję dłonią włosy, usiłując złapać oddech. Serce nadal wali mi po tym cholernym koszmarze, a po plecach przebiegają dreszcze.
      - Patrol – mówię tylko, kładąc dłoń na jednym biodrze.
      - No super, to wiem. Tylko, że jest trzecia. A my mamy zmianę o szóstej.
      - Teraz. Idziemy szybciej.
      Tokaji prostuje się, napinając mięśnie. W czarnych oczach błyska niepokój.
      - Coś się stało? – pyta poważnie.
      - Muszę się przewietrzyć. – tłumaczę. – Miałam niepokojący koszmar.
      - Aha. – chłopak kiwa głową ze zrozumieniem, po chwili taksując wściekłym spojrzeniem. – I co, przytulic cię, pocieszyć? Niby dlaczego mam iść z tobą?
      - Bo cię nie lubię. – rzucam prosto z mostu. – I nie żal było mi ciebie budzić.
     Czarnowłosy przybiera osłupiałą minę, przyglądając mi się protekcjonalnie. Ignoruję ten wzrok, mówiąc, że idę zawiadomić o tym Fumiyę, a on ma być gotowy za jakieś 10min i odchodzę. Kątem oka widzę jak chowa twarz w dłoni, mamrocząc coś niepochlebnego w moim kierunku pod nosem.
       Ignoruję to, przyśpieszając.
       Do sali obrad wchodzę ostrożnie i cicho, ale gdy widzę zapalone światło, otwieram swobodnie drzwi. Przy dużym stole siedzą cztery osoby, a nikły blask lampki rzuca cienie na ich twarze. Mikuru kreśli coś zawzięcie na papierze, a Meiji wskazuje na coś palcem. Chwilę później Kotaro zauważa coś, a kobieta poprawia rysunek. Fumiya usłyszawszy mnie, podnosi się z miejsca. Reszta obecnych jest zbyt zaaferowana planem by mnie zauważyć. Czarnowłosy wskazuje drzwi.
         - Wybacz, że cię wyganiam, ale jak już doszli do jakiegoś porozumienia to nie chcę im przeszkadzać. – tłumaczy, trąc zmęczone oczy.
        -  Nie, nie. To ja przepraszam. – gestykuluję uspokajająco dłońmi. – Szefie, mam prośbę. – mówię, patrząc się mu prosto w oczy. Mężczyzna milczy, wyraźnie czekając, aż powiem coś więcej. – Moglibyśmy wziąć jeszcze na patrol obecne godziny Suzukiego i Natsu? 
       - Teoretyczne tak, tylko… Tokaji też chce? – pyta zdziwiony.
       - Teraz tak. – rzucam zdawkowo, unikając jego wzroku. Fumiya wybucha śmiechem i czochra moje rozburzone, czarne włosy.
      - Niech wam będzie. I tak pewnie już tam śpią. – śmieje się jeszcze. Po chwili poważnieje. – To dość nagłe. Coś się stało? – pyta, obserwując mnie bacznie.  
      Milczę przez chwilę. Zastanawiam się czy mówić mu o moich złych przeczuciach czy nie. W końcu gdy cisza między nami staje się zbyt długa, wzdycham.
      - Nic ważnego.
     Szef lustruje mnie swoimi czarnymi oczyma jeszcze kilka sekund, po czym również wzdycha, postanawiając nie dążyć tematu. Przybiera formalny ton.
     - Niech ci będzie, Ichigo. Przejmijcie ich godziny. A jakby jakaś podejrzana grupka osób się pojawiła, nie wszczynaj alarmu. To zapewne nasi, Tokaji ich rozpozna.
    - Przyjęłam.
    Fumiya salutuje mi lewą ręką, a ja uderzam pośpiesznie 2 razy w serce. Wchodzi ponownie do biura, gdzie toczy się zażarta dyskusja dotycząca spraw wojennych.   Mężczyzna związuje włosy w kucyka, przygotowując się na kolejną bezsenną noc z towarzystwem najinteligentniejszych ludzi w całym Kaminari.
***
     Dochodzimy powoli do umownego punktu obserwacyjnego z Tokajim. Wokół nie ma żywej duszy, a pojedyncze latarnie ledwo oświetlają otaczające je budynki.    
Miejsce patrolu znajduje się kilka budynków dalej, na szczycie 10-piętrowego budynku, z którego idealnie widać całe nasze terytorium.
      Przemykamy w milczeniu przez klatkę schodową na sam dach.
      W pierwszej chwili Natsu zrywa się, dobywając miecza, ale gdy nas rozpoznaje wypuszcza ze świstem powietrze. Od razu też sprawdza godzinę, a widząc dopiero cyfrę 3, marszczy czoło. Obok niego oczy przeciera zaspany Suzuki.
       - Co wy tu robicie? – pyta podejrzliwie Natsu.
       - Przyszliśmy was zmienić. – oznajmia znudzonym tonem Tokaji.
       - Ale jest dopiero trzecia… - mężczyzna nadal patrzy się na nas podejrzliwie. Suzuki, który zdążył już podnieść się na nogi, trzepnął go z całej siły w ramię.
        - Zmienić nas chcą szybciej, a ty marudzisz. – rzuca z oburzeniem, posyłając mi łobuzerski uśmiech. Tłumię śmiech, więc wychodzi tylko zduszone prychnięcie.
         - Ała, Suzuki! – Natsu w odpowiedzi dźga przyjaciela ramieniem w żebra. – No niech wam będzie. Ale to dziwne. Czy coś się stało?
          - Ichigo się stała. – mruczy obrażony czarnowłosy, krzyżując ramiona. W jego ust wydobywa się para, świadcząca o niskiej, grudniowej temperaturze. Posyłam mu nienawistne spojrzenie.
          Suzuki z Natsu prychają śmiechem. Suzuki każe starszemu koledze już iść.
           - I tak pozwoliłeś mi przespać większość tej warty, więc idź spać. Wapniaki muszą dużo spać. – po ostatnim słowie czarnowłosy wystawia język.  Starszy prawie 10 lat kolega przewraca oczami i rzuca 20-latkowi walkie-talkie.
            - Powiadom bliźniaczki. – rzuca na pożegnanie, ziewając przeciągle. – Dobranoc. – i znika w środku budynku. Machamy mu z Suzukim na pożegnanie.   Bursztynowooki wyciąga antenę z krótkofalówki.
            - Halo, halo tu Punkt 2. Punkt 1 zgłoś się. Powtarzam. Tu Punkt 2. Punkt 1 zgłoś się. Odbiór.
            Czekamy kilka sekund, po czym z krótkofalówki wydobywa się szumiący dźwięk i odzywa się jedna z bliźniaczek – Miyoko zapewne. Obie mają strasznie podobne głosy, a rozróżnić można je jedynie dzięki stronie, po której wiążą kucyka.
       - Przyjęłam. Tu Punkt 1. – zaczyna oficjalnie, po czym przechodzi na zwykłą pogawędkę. – Czego chcesz Suzuki? Obiór.
        - A, to tylko Suzu-chan. – rozlega się w tle głos Miyako.
        - Przyjąłem. Zmieniają nas teraz Ichigo i Tokaji. Odbiór.
         Z drugiej strony panuje milczenie. Kiedy chłopak ma już powtórzyć rozlega się głośny jęk, mieszający się drażliwie z szumem krótkofalówki.
         - To jest niesprawiedliwe!!!
         - Odbiór?
         - ODBIÓR, KURNA! Karaluchy pod poduchy, Seizo!
        Czarnowłosy wycisza dziewczyny i podaje mi urządzenie. Loki opadają mu na zaspaną twarz. Uśmiecha się krzepiąco, w podskokach odchodząc od nas.   Rzuca jakiś tekst na pożegnanie w moim kierunku, całkowicie ignorując Tokajiego.
       Zajmujemy miejsca i zaczynamy obserwować otoczenie.
        Wolę poczekać z rozmową, aż Tokaji się odfochnie. Nie mam natchnienia na dociekliwe uwagi, zwłaszcza, że niepokój po koszmarze wcale nie zmalał. Mogę nawet rzec, że się spotęgował. Na całe szczęście niska temperatura działa na mnie kojąco i rozjaśnia mi powoli myśli. Przynajmniej pozwoli mi poukładać wszystko nim zacznę mówić.
      Rzucam spojrzenie na Tokajiego. Wpatruje się pustym wzrokiem w jakąś ulicę, na której nic nie ma. Nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Zimowy wiatr rozwiewa mu niepoukładane włosy, odsłaniając od czasu do czasu zakryte grzywką oko.
        Ciekawe o czym on myśli. W końcu nie protestował za bardzo gdy poprosiłam go o wzięcie dłuższej warty. Ani o trening. W sumie nigdy za bardzo nie protestował. Czyżby miał jednak tą dobrą, ciepłą stronę?
        Wzdycham cicho i również zaczynam obserwować ulicę.   Minuty się ciągną niemiłosiernie, a ja usiłuję skupić się na tym co się dzieje. Tylko, że nic się nie dzieje, w tym sęk, a moje myśli znów schodzą na inne tory.
       Ciekawe co u Tsuneariego?
       Marszczę brwi. Czemu akurat o nim pomyślałam? Kręcę głową i patrzę się na rozjaśniające się powoli niebo.
        Jakby się tak nad tym zastanowić to nie ma go już 3 miesiąc. Ciekawe czy pojawi się tak jak zniknął – niespodziewanie i nagle. Mam nadzieję, że wróci na święta. Albo chociaż przed nowym rokiem.
         Nie rozumiem za bardzo dlaczego gdy nie mam o czym myśleć, jego imię wkrada się w moje myśli. Ayako zawsze się chytrze uśmiecha gdy o nim wspominam, a ja nigdy nie pojmuję dlaczego. Z Tsu łączą mnie dość… skomplikowane więzi, jeśli tak można nazwać początek naszej znajomości.
      Tsuneari.
      W sumie to piękne imię.
      Ten, który niesie płomienie.
       Płomienie.
       Blednę, a serce przyśpiesza.   Zaciskam dłoń na krawędzi gzymsu, na którym siedzę by nie spaść. Tokaji posyła mi urywane spojrzenie, ale gdy orientuje się, że nic się dzieje, powraca do melancholijnego trybu obserwacji.   A ja mam wrażenie, że eksploduję od natłoku myśli.
       Niemożliwe. Niemożliwe.     Niemożliwe.
       Ten ogień nie może odnosić się do imienia Tsu. W życiu. Przecież nic mu nie jest. Na pewno nic mu się nie stało. Przecież to Tsu. Mu nigdy się nic nie dzieje.       Wiedziałabym gdyby coś się wydarzyło. Poczułabym coś. Umysł płata mi głupie żarty i figle.
      Tylko dlaczego akurat on?
       Nie mogłam, albo raczej nie umiałam dopuścić do myśli instynktu. Instynktu, który mówił mi, że nasza relacja rozkwitnie.
      Nie byłam pewna tylko w jaki sposób.
***
       Zza strzelistych budynków Tokio przebiły się pierwsze promienie słońca, leniwie oświetlając wszystko dookoła.   Razem z Tokajim podnieśliśmy się z miejsc jak na komendę. Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie, które sparował równie złym. Mimo to podeszliśmy do gzymsu od strony wschodniej, chcąc obserwować grudniowy świt.
       Gdzieniegdzie zalegał śnieg, choć prawdziwej śnieżycy jeszcze w tym roku nie było. Temperatura utrzymywała się cały czas poniżej zera – z ust wydobywały się rozległe obłoki pary.
        Staliśmy nieruchomo, wpatrzeni w wschodzące Słońce. Promienie rozjaśniały nasze identyczne kruczoczarne włosy i odbijały się w oczach – moich granatowych, jego czarnych.
        Nie miałam zbyt emocjonalnej miny. Przez resztę nocy dręczyło mnie to co zwykle. Nic nie pomogło towarzystwo Tokajiego. Głos mówiący, że jestem potworem był tak samo głośny jak co nocy. I jak co nocy, przed oczami stawały mi obrazy martwych ciał. Zabitych przeze mnie.
       - Ne, Ichigo… - Tokaji przerywa niepewnie ciszę panującą między nami. Patrzy się nadal przed siebie, więc nie widzę wyrazu jego twarzy, ale w tonie głosu nie wychwyciłam żadnej złośliwości.
       - Tak? – odpowiadam cicho, również uporczywie patrząc się przed siebie.
      - Co takiego ci się śniło?
     Prostuję się nagle, posyłając mu wrogie spojrzenie. On w końcu odrywa wzrok od słońca i unosi pytająco brwi.
      - No co? – pyta.
      - To, że nie myślałam, że sam zaczniesz temat. – prycham. Z ust wydobywają się obłoczki pary.
       - A co, kurna, myślałaś, że dałem się wyciągnąć z tego powodu o 3 rano na 6-godzinny patrol i nie będę ciekawy?  – odgryza się, uśmiechając się kpiąco.
        W odpowiedzi tylko spuszczam wzrok i milczę. Czuję baczne spojrzenie chłopaka na sobie, ale na całe szczęście cierpliwie czeka.
       Teraz nie rozumiem dlaczego akurat jego o to poprosiłam.
       Ta, Ichigo, przekonuj się, że nie rozumiesz.
       Przekonuj, przekonuj. Tylko to nic nie da.
       Prawda jest taka, że w jakiś niewyjaśniony sposób mu ufam. Nie, że nie wyda tajemnicy. Jest silny, więc wierzę, że da radę sobie z moimi problemami. Ayako i tak ma wystarczająco dużo zmartwień na głowie, Taki jest zbyt empatyczny, od razu by rzucił wszystko i chciał pomóc, a Ryu ma tyle na głowie, że nie dołożę mu kolejnej sprawy.
       - Wiem, że to głupio zabrzmi, ale... – zaczęłam niepewnie, lecz z każdym słowem mówiłam śmielej i szybciej. W końcu nawijałam mu o tym koszmarze z różnymi alternatywami, wolnej woli, zmarłych. I na końcu o tym niepokojącym pożarze.
       Tokaji milczał przez cały czas mojej opowieści i po jej końcu również. Patrzyłam się na niego z wyczekiwaniem, sądząc, że postara się o jakąś mądrą wypowiedź.     Chłopak patrzył się to na mnie, to na wschód słońca. Światło zarysowywało mocno ostre rysy jego twarzy.
       - Wiesz Ichigo… - zaczął w końcu, trąc dłonią kark. – Sądzę, że to tylko koszmar. Po prostu się boisz. – patrząc prosto w oczy.
       Spojrzałam na niego wyczekująco, miażdżąc praktycznie granatowymi oczyma. Chłopak minimalnie się wzdrygnął.
      - Naprawdę tak uważasz?
      Odwrócił wzrok.
      - Naprawdę. – odparł.
      Wiedziałam, że doszedł do jakiegoś wniosku, z którym nie chciał się ze mną podzielić, lecz nim zdążyłam się jeszcze czegokolwiek dopytać, zza zakrętu wyłoniło się kilka sylwetek.     Automatycznie sięgnęłam do broni, ale Tokaji tylko machnął na mnie ręką.
       - To nasi. – wytłumaczył. – W końcu.
       - Te ‘’podejrzane typy’’, od których nie miałam wszczynać alarmu?
      - Ci sami.
      - Ja ich w ogóle kojarzę?
      - Minęliście się kilka razy. To starsi weterani, trochę już wyszli z wprawy i pracują jako prywatni skrytobójcy. Chyba przyjdą się zameldować do nas. – dodał, wychylając się przez dach.
       Po kilku minutach zza drzwi od strychu rozległo się pukanie i na dach weszły cztery osoby – 2 mężczyzn i 2 kobiety. Pierwszy i wyraźnie najstarszy zasalutował lewą ręką, uderzając się potem dwa razy w serce prawą pięścią.   Typowe pozdrowienie Kaminari.
       - Meldujemy się, Kosai-kun! – zawołał. Przeniósł swe oczy na mnie, a ich szara barwa przeszyła mnie na wskroś. – I… Kanegawa-san? – zawahał się, ale gdy kiwnęła potwierdzająco głową, uśmiechnął się.
        - Przyjąłem. – Tokaji również zasalutował. Po chwili pozwolił sobie na chytry uśmieszek. – A kto mówi?
       Mężczyzna zmrużył oczy, patrząc się spode łba na chłopaka.
       - Keizo Iwasaki. A ze mną jest Masazumi Murasaki – powiedział wskazując na towarzyszącego mężczyznę. – Oraz Kei Iwasaki oraz Shiori Sanda.
        - Oddelegowano. – oznajmił czarnowłosy. – A gdzie reszta?
       - W punkcie numer 1. Yutaka Okano oraz Itaru Noda. – wymienił jeszcze nazwiska dwóch mężczyzn. Od ilości nowych imion i twarzy zawirowało mi w głowie. – A teraz jeśli pozwolisz, ruszymy do bazy.
       - Hai, hai. – Tokaji machnął na nich ręką, a ja odprowadziłam skrytobójców wzrokiem. Wkrótce grupa sześciu osób zmierzała raźnie w stronę zabudowań Kaminari.
***  
      Carmen siedziała w swoim pokoju na łóżku. Niepościelona pościel i porozpruwane poduszki leżały wokół niej, a ona kryła głową między nogami. Sypialnia była w nieładzie od dłuższego czasu jednak nie mogła zebrać się na to by jakkolwiek to ogarnąć. Porządek nie pasował do tego miejsca.
       Rozległo się ciche pukanie, po czym drzwi donośnie skrzypnęły. W szparze pojawiły się tak znajome dla niej czarne tęczówki.   Brązowowłosy wszedł do pokoju.
        - Carmen? – powiedział cicho. Spojrzała na niego pusto i odwróciła wzrok. Nie miała siły się na niego patrzeć.
        - Carmen? – powtórzył już pewniej. Zrobił kilka kroków w jej kierunku. Przez jego plecy przewieszony był miecz, który pobrzękiwał złowróżbnie przy każdym ruchu. Na sam jego widok się wzdrygała. Za każdym razem. Zawsze.
        Dziewczyna wzięła głęboki, cichy oddech, chcąc by jej głos zabrzmiał pewnie i beztrosko. Wlepiła wzrok w zabite do połowy dechami okno.
       - Słucham. – ton jej głosy był oziębły, lecz po policzku słynęła pojedyncza łza. – Szlag by to. – mruknęła jeszcze, przygryzając dolną wargę, by podbródek jej się nie trząsł.
        Jej brat nic nie powiedziawszy usiadł obok niej na łóżku. Trwali tak przez chwilę – ona powstrzymując płacz, wgapiona w okno, a on patrzący się wściekle w sufit. Z rodzeństwa w końcu zabrała głos Carmen.
         - Brakuje mi rodziców… - powiedziała drżącym głosem, zduszonym do granic możliwości, byleby tylko nie wybuchnąć płaczem.
         Camilo milczał. Nie odgarniał włosów z oczu, jedynie zaciskał mocno szczęki. Dłonie powoli zwijały się w pięści. Dziewczyna spojrzała na niego przepraszająco, choć nie mógł jej dostrzec. Wiedziała, że ten temat był zbyt drażliwy.
         - Przepraszam – mruknęła tylko, ocierając łzy grzbietem dłoni.          Wtem poczuła silny uchwyt na nadgarstku. Ciepłe, czarne oczy   brata patrzyły się na nią wyzywająco. Hiszpanka skrzyżowała z nim spojrzenie.
          Chłopak utrzymywał kontakt wzrokowy przez kilka sekund, czekając na odpowiedni moment by coś powiedzieć. I już otwierał usta, gdy usłyszeli jakieś krzyki za oknem, a potem szczęk stali. Puścił siostrę, a ona podbiegła do okna, patrząc przez szczeliny między deskami.
        - To tylko Toshiyuki się z kimś pokłóciła. – wyjaśniła krótko, przysiadając ponownie obok brata.         Patrzyła na niego wyczekująco, lecz 20-latek nie podjął spojrzenia. Opierał przedramiona na kolanach, wpatrując się w podłogę.
          - To ja… przepraszam… - wydusił w końcu. Spojrzał na nią kątem oka, a gdy ujrzał ten ciepły uśmiech, który ostatnio tak rzadko gościł na jej twarzy, skierował wzrok w innym kierunku.
          Carmen zaśmiała się cicho i poczochrała włosy bratu. Po chwili wahania przysunęła się do niego i przytuliła. Był dużo bardziej barczysty od niej, więc prawie leżała na jego plecach.
          - Carmen, przepraszam… Przyszedłem tu żebyś poczuła się lepiej, ale… Nie potrafię… - mówił cicho, urywanie. Brązowowłosa pogładziła po delikatnie po włosach.
         - Spokojnie, Camilo… Nic mi nie jest tylko… - tu zawahała się. Odwróciła czarne oczy od brata, patrząc się poważnie w przestrzeń. W końcu westchnęła, przerywając kaskadę wspomnień i wybrać to co było dla niego oczywiste. – Tylko, ta cała wojna… przerasta mnie…
         Camilo naprężył mięśnie, a dziewczyna odsunęła się trochę, pozwalając się mu wyprostować. Chłopak złapał ją za ramię, ściskając lekko i sprawiając tym samym by na niego spojrzała.
           - Nie martw się tym, Carmen. – powiedział pewnie. Jego donośny głos rozebrzmiał nikłym echem wśród ścian pokoju.
           Dziewczyna mimowolnie ogarnęła spojrzeniem swoje mieszkanko. Na środku stało duże łóżko z wymiętą kołdrą i rozprutymi poduszkami. Gęsie pióra walały się po zwykłej drewnianej podłodze, a białe ściany przytłaczały ją pustką z każdej strony. W rogu pokoju stała komoda, a zaraz nad nią znajdowało się okno, zabite w połowie deskami, a jedynym źródłem światła były niewielkie szczeliny między nimi.
       Camilo lekko nią szturchnął. Znów spojrzała na brata.
       - Teraz jest koniec roku i nawet Jishin musi niektóre sprawy pozałatwiać. Choć to poniekąd najlepszy czas do ataku, Igarashi nie pozwoli narażać się władzom z niewypełnionymi papierami. – tłumaczy pewnie. – Spokojnie do końca stycznia nic wielkiego się nie wydarzy. – dodaje jeszcze na koniec.
        - A później?
       Chłopak jest wyraźnie zbity z tropu. Siostra patrzy się na niego pusto.
        - A później co? – powtarza za nią brązowowłosy. Carmen na te słowa odwraca wzrok w stronę okna, wlepiając czarne oczy w prześwitujące bladoniebieskie, grudniowe niebo.
         - No właśnie.
         Chłopak przez chwilę milczy, analizując odpowiedź siostry. Gdy w końcu prawdziwość tego do niego dociera, wstaje z miejsca. Carmen nawet nie drgnęła na ten ruch. Camilo patrzy się jeszcze przez chwilę na nią, ale wie, że nic więcej co mogłoby podnieść ją na duchu nie zdoła wykrzesać.
       Stając przed drzwiami zastanawia się czy czegoś nie powiedzieć, ostatecznie wydobywając z siebie głośne westchnienie i zamykając ostrożnie drzwi.
         Na korytarzu chłopak opiera się o drzwi do pokoju siostry, powoli osuwając się w dół. Wyszczuty z emocji, wgapia się w pustkę.
        Przepraszam, Carmen. Nie umiem cię pocieszać. Nie umiem cię obronić. Nie umiem przywrócić nam rodziców. Przyszłości.   Przepraszam, że przeze mnie się tu znaleźliśmy. Przepraszam, że jesteś moją słabością.
***
       Yasuaki Igarashi siedział już przy biurku o godzinie 3 nad ranem w swoim biurze. Wybita przed prawie 2 miesiącami szyba została wstawiona ponowie, znów nadała klimatu oszklonemu pomieszczeniu. Szef Jishinu pisał coś leniwie w notatniku, a obok niego leżała stera papierów do wypełnienia.
        Okres końcowo-roczny może i był dla większości organizacji czasem ogólnego zawieszenia broni i odpoczynku, lecz dla szefów była to masa formalności i papierów dla władzy. Uregulowanie zniknięć, zgonów, większych kradzieży, ataków na większą skalę. Jeśli organizacje się z tego nie wywiązywały kończyło się najczęściej nieprzyjemnie. Wszyscy pamiętają co stało się z ‘Hiraki’ pod koniec roku 7 lat temu.
        Niebiesko-włosy prychnął.
         Świat schodzi na psy, pomyślał. Żeby ci ‘dobrzy’ ludzie, po których dzwonimy z nadzieją, współpracowali tak nikczemnie z tymi ‘złymi’. Chociaż to też wina samych ludzi. Jak można być tak głupim i nie wykryć tego przez dziesięciolecia.
        Winda wydała mroczne ‘ding’ i otworzyła z łoskotem drzwi.   Mężczyzna w niej stojący skrzywił się na te ostre odgłosy, wchodząc spokojnie do pomieszczenia. Widna zamknęła z trzaskiem drzwi i z jękiem pomknęła na dół.
         - Mam nadzieję, że masz dobry powód by przychodzić do mnie o trzeciej z rana, Kijuro Harada. – powiedział na przywitanie szef.
         Mężczyzna wyprostował się, a miecz przewieszony przy jego boku błysnął w niknącej poświacie dochodzącej z lampy. Był środek grudnia, a do świtu jeszcze daleko.
          - Igarashi-sama – ukłonił się, a jego pofarbowana na bordowo szopa włosów rozburzyła się niemiłosiernie, całkowicie zakrywając piwne oczy. – Mam pewien plan. – oznajmił dumnie.
          - Ojej. Kto by się spodziewał tego po strategu, co? – rzucił sarkastycznie.
         Kijuro podszedł już trochę spokojniej do biurka szefa. Mimo iż ‘’Żywa Śmierć’’ był najbardziej skutecznym skrytobójcą na terenie całego Tokio, strateg wiedział na ile nonszalancji może sobie pozwolić. Zwłaszcza, że gdyby mu się coś stało dowódca miałby na głowie Toshiyuki – a jej nawet on się bał.
         - No więc, Harada? – rzucił mało entuzjastycznie na zachętę.
        - No więc… Czy pamięta pan Tachibanę z Tateyamy?
        - Tego co miał córkę w szpitalu prywatnym? – upewnił się Igarashi.
        - Nie, nie ten. Ten ze szpitala psychiatrycznego. – wyjaśnił Kijuro.
         - Weź człowieku mów od razu, a nie. Jak mu tam było… Ichiro?
         - Tak, o tego mi chodzi. On wisi nam przysługę nieprawdaż? – mężczyzna uśmiechnął się chytrze, a w jego piwnych oczach zatańczyły ogniki. – Dość sporą przysługę. – dodał, prychając śmiechem.
         - Kontynuuj. – niebiesko-włosy wyprostował się na fotelu i wpatrywał się chłodno, lecz z dozą zainteresowania, w swojego podwładnego. Kijuro uśmiechnął się jeszcze chytrzej, ukazując przy ty swojego złotego zęba. – Brzmi interesująco. 

20 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 23 ~ Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna zabójca

Rozdział 23

Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna zabójca

       Drażniący dźwięk tłuczonego szkła pobudza wszystkie moje zmysły. Kolory nabierają kontrastu, szum wiatru uderza w moje uszy nagle, a wszystkie zapachy mieszają się w jedno.
        Nim Ayako zdąży cokolwiek wykrzyknąć, zaciskam dłonie na rękojeści i wbiegam do środka. Wyczuwam na sobie zdziwione spojrzenie Tokajiego… i pełne jakby uznania. Taki patrzy się prosto na mnie, nie mogąc uwierzyć co widzi, a Ayako stoi z opuszczonymi rękoma, z rozmytymi szarozielonymi oczami.
       Nie patrzcie się tak na mnie, błagam.
        Odrzucam od siebie myśli i gwałtownie wbiegam do środka.
        Przy dużej wystawce stoi pierwszy student. Zastygł w bezruchu, trzymając oburącz tacę ze świeżymi wypiekami. Jest jakoś 2 razy ode mnie starszy i większy, a mimo to jego wielkie, przerażone oczy pobudzają mnie. Krzyżuję z nim wzrok. On napotkawszy moje mordercze, granatowe oczy, otwiera usta, usiłując krzyknąć.   Lecz nim to zrobi, płynnym ruchem wyciągam miecz, podbiegam i zadaję przeciągłą, głęboką ranę, od serca po brzuch.
        - Ucie… - zdąży się jeszcze wydobyć nim potok krwi zaleje mu usta. Osuwa się na ziemię, cały czas wlepiając we mnie spojrzenie.
        A ja stoję nieugięta dopóki życie w jego oczach nie zgaśnie.
        Kątem oka zauważam, że Tokaji również wszedł do środka.   Stoi nonszalancko przy pozostałościach wejścia i obserwuje mnie z tym chytrym uśmieszkiem. Miecz opiera swobodnie o ramię. Mimowolnie poprawiam chwyt na rękojeści, ale nim zdążę cokolwiek do niego powiedzieć, drzwi od zaplecza otwierają się na oścież.
         - Miko, co ty do jasnej…! – blondwłosy mężczyzna zaczyna krzyczeć, ale gdy napotkał nas na drodze swojego spojrzenia blednie nagle. Krzyżuje ze mną wzrok, a ja napinam wszystkie mięśnie. Facet robi pół kroku do tyłu, nabierając powietrza. – Chłopaki, mamy problem!!!  - wrzeszczy w panice.
Nim zdążę przebić mu gardło, słyszę poruszenie. Blondyn nie zdążył się zorientować, że nie żyje. Z tyłu jego karku wystawało moje ostrze, a jego kumple patrzyli się na to zdziwieni. Zapanowała całkowita cisza. Ciało mężczyzny opierało się mieczu, a że był wyższy nie widziałam co działo się za nim. Pchnęłam go by padł na plecy.
      I dopiero wtedy zaczął się chaos.
       Pozostali trzej, którzy mieli pecha być w środku zaczęli krzyczeć coś w panice, rzucając się na wszystko co mieli pod ręką.   Korciło mnie by przez chwilę rozkoszować się zaistniałą sytuacją, ale nim moje sumienie doszło do głosu, w drzwiach minął mnie Tokaji.
        - Nie tarasuj przejścia, Ichigo! – zawołał do mnie, przekładając broń nad siebie i z wyskoku lądując na najbliższym facecie. Trzymał przed sobą obrończo drewnianą tackę, ale ostrze z łatwością je przebiło i zagłębiło się w ciele. Krew obryzgała ściany.
        - Dzwoń na policję! – krzyknął jeden z nich.
        Skierowałam się powolnym krokiem w stronę tego trzeciego.   Wykręcał szybko numer, modląc się pod nosem by zdążyć. Po sekundzie zorientował się, że nie ma sygnału. Odwrócił się, cały spocony ze strachu i zobaczył jak kręcę przeciętym kablem kółka w powietrzu.
         - Żegnam. – mówię z uśmiechem i rzucam kablem w jego stronę. Kabel obkręca się wokół jego szyi, a nim zdąży za niego złapać, mocno ciągnę.   Mężczyzna krztusi się i upada pod moje stopy. Jego jasne oczy napotykają moje, w których nie ma cienia uczucia. Wbijam mu miecz prosto w serce.
       Umarł niczym paskudny robak.
       Potrząsam głową na tą myśl, zacieśniając chwyt na ostrzu.   Widzę efekty treningu z Tokajim.     Przygotowuję się by zaatakować ostatniego, ale widzę, że czarnowłosy szykuje się do ataku.   Ostatni patrzy się na ciało przyjaciela z przerażeniem, przenosi na chwilę wzrok na mnie, potem znowu na zwłoki.
         - Nie, Marco! – wykrzykuje, wyciągając dłoń w naszym kierunku. Kątem oka zauważa jak śmiercionośne ostrze zbliża się do jego głowy. – Nie…!!! – wykrzykuje tylko i pada na ziemię, w kałuży krwi.
          Tokaji posyła mi triumfujący uśmiech.
          - 3 do 2 dla ciebie, Ichi. Jak na razie.
          Posyłałam mu urywane spojrzenie. W jednej chwili zrywamy się do biegu. Nawet nie wiem, czemu z nim rywalizuję w takiej nieludzkiej grze.
         Gdy wypadamy nagle na sklep, zauważam plecy Takiego w pomieszczeniu służbowym. Trzyma miecz oburącz przed sobą, a pod nim kuli się ostatnia ofiara naszej misji. Chłopak się wacha.
         - Będzie remis! – woła radośnie Tokaji, biegnąc w stronę okularnika.
         Taki na to zawołanie odwraca się i nieoczekiwanie wybija z dłoni miecz czarnowłosego. Tokaji, kompletnie nieprzygotowany na taką reakcję posyła niedowierzające spojrzenie towarzyszowi. Taki mrozi go wzrokiem.
       - Zdurniałeś!?
       - Ludzkie życie to nie zabawka, Tokaji – mówi blondyn z nienawiścią, a jego chłodne, szare oczy wbijają się niczym sztylet w czarnookiego. Tokaji nie ulega jego spojrzeniu.
          - I mówi to zwykły, płatny morderca.
          Korzystając z ich sprzeczki rozglądam się za Ayako. Stoi na zewnątrz i kryje nam plecy.   Prycham pod nosem.
         Nie ważne czy masz łuk, czy miecz i tak kryjesz nam tyły, Ayako.
         Podchodzę powoli do chłopaków, nie chcąc by ze sprzeczki przeszli do rękoczynów.   Ostatni nadal kuli się metr dalej, zakrywając bezsensownie głowę rękoma. Ramiona mu się trzęsą od płaczu. Wyczuwa na sobie moje spojrzenie i podnosi wzrok. Jego usta poruszają się w niemym błaganiu.
        Żałosne.
        Odwracam od niego obrzydzony wzrok i patrzę się na przyjaciela.
        - Kończmy to już, Taki – mówię chłodno. Blondyn posyła mi niezrozumiałe, smutne spojrzenie, ale kiwa krótko głową. Spuszcza wzrok na podłogę i nie patrzy się na mordowanego. Zwinnym ruchem posyła w jego kierunku sztylet.   Krew obmywa ściany.
         Kiwam głową w stronę chłopaków i kieruję się do wyjścia.   Ayako od razu do nas podchodzi, trochę zdziwiona. Patrzy się po nas niepewnie, unikając moje wzroku.
         - Dość… szybko… - zauważa. Jej oczy są puste.
        - W końcu to tylko cywile – zauważa czarnowłosy kpiąco. – Mógłbym ich załatwić sam i nic by się nie stało.
        - I tak ja wygrałam – mówię cicho, a Ayako wzdryga się na te słowa.
        - Ichigo… - Taki wyciąga dłoń, chcąc dotknąć mojego ramienia, ale w końcu rozmyśla się i podchodzi do dziewczyny.
        Tokaji patrzy się po nas z okrutnym uśmiechem. Wbijam wzrok w ziemię. Nie mogę zrozumieć tej nieuzasadnionej bezlitosności jaką okazuję. Wiem, że zamartwiam moich przyjaciół.   Powinnam okazać chociaż minimalną cząstkę człowieczeństwa, a nie robić z mordowania jakąś rywalizację.     Wiem, to jednak nie mogę się oprzeć. Żądza krwi we mnie buzuje. 
         Przepraszam, Ayako. Przepraszam, Taki.
        Chyba nie myliliście co do mnie na początku. Jestem jak Tokaji.
         Krwawa i żądna zemsty.
         - Dobra, dobra, drużyno! – zawołał bez entuzjazmu czarnowłosy, wyrywając mnie z przemyśleń. Podszedł do mnie z wyciągniętą dłonią. – Dobra robota. – rzucił i przybił ze mną piątkę.   Potem podszedł do chłopaka, który wykonał gest z wyraźnym wymuszeniem.
        Również podeszłam do Takiego. Podniosłam dłoń w oczekiwaniu na niego. Blondyn spojrzał na mnie poważnie zza okularów, a ja zamiast dostrzec oczekiwane wstrętu wychwyciłam zmartwienie. Chłopak flegmatycznie przybił piątkę, mrucząc pod nosem i spuszczając wzrok.
       - Tak, tak… dobra robota…
       Zacisnęłam zęby by nie dać po sobie poznać, że coś mnie rusza.   Podeszłam do przyjaciółki z pustym uśmiechem. Dziewczyna odwróciła się do nas plecami.
        - Nie podziękuję za taką robotę… - jej głos drżał, tak samo jak ramiona. Lekko się zgarbiła, zaciskając wolną dłoń w pięść.
        Coś mnie ukłuło. Popatrzyłam się z bólem na przyjaciółkę, wyciągając w jej stronę dłoń. Nim jednak zdążyłam dotknąć jej ramienia, dziewczyna podjęła ponownie.
         - Nie zniosę bezsensownego mordu niewinnych… - powiedziała łamiącym głosem, na co tylko zacisnęłam mocno oczy. Błagam, przestań. Nie mów tego na głos.   Błagam, Ayako.
         Wiem, że Taki nie w brązowowłosą, lecz we mnie wlepia spojrzenia. Jego szare oczy przyglądają się mi zagadkowo, próbując coś rozgryźć. Nim jednak okażę cokolwiek więcej, podchodzi do nas Tokaji. Kładzie pokrwawioną dłoń na jej ramieniu. Dziewczyna się wzdryga.
         - Żyj w ukryciu, zabijaj kogo każą i umieraj potępiony – mówi chłodno, nachylając się do jej ucha. Ayako na te słowa wzdryga się i wyrywa z uchwytu, wlepiając szarozielone oczy w chłopaka. – To nasze motto. Nie zapominaj o nim. I nie usiłuj go zmienić. – mierzą się chwilę spojrzeniem. – Musisz je tylko zaakceptować. – dodaje poważnie Tokaji i rusza spokojnym krokiem przed siebie.
        Stoimy w trójkę jak wmurowani. Ayako spuszcza wzrok, a ja z Takim patrzymy się na siebie. Czarnowłosy poskąpił normalnego dla siebie dokuczania i po prostu odszedł. Biorę głęboki wdech, prostując się. Kiwam głową przyjacielowi, a on rusza żwawo za chłopakiem. Tnę powietrze ostrzem, a kropelki krwi rozbryzgują się na chodniku, nim schowam je do pochwy. Ruszam w stronę Ayako.
         - Chodźmy. – mówię tylko, chwytając ją za nadgarstek i ciągnąc przed siebie.
        Dziewczyna z początku nie wie co robię i daje się pociągnąć do przodu. Po chwili odnajduje mój krok idąc kilka sekund w milczeniu. Słyszę jej zdenerwowany oddech. Zamykam oczy.
       Do bani ze mnie przyjaciółka.
       Luzuję uchwyt z nadgarstka, chwytając ją za dłoń. Ayako podnosi gwałtownie głowę ze zdziwienia i mogę przysiąc, że na jej twarz wstępuje cień uśmiechu. Ściska delikatnie moją rękę, na co również odpowiadam ściśnięciem.   Dziewczyna uśmiecha się szczerze, jeszcze raz ściskając moją dłoń.
      Wiem, że przynajmniej na krótką chwilę zasiałam w jej sercu spokój, że z jej przyjaciółką jest wszystko w porządku i nie musi się martwic.   Przynajmniej na chwilę.
        Doganiamy chłopaków i kierujemy się bocznymi uliczkami w stronę Kaminari.    
***
         Siedzimy na podłodze obok siebie, okryte dużym, grubym, wełnianym kocem. Naprzeciwko nas znajduje się rozjarzony kominek, a ogień wesoło w nim tańcuje, co chwilę skwiercząc i trzaskając, rozprowadzają wokół swoje ciepło. W dłoniach trzymamy kubki z gorącą herbatą, parzącą nas w dłonie. Milczymy od dłuższej chwili.
        Tego samego dnia zawitałam z Ayako w okolice jej domu.     Zostałam ulicę dalej by nikt mnie nie zauważył, a dziewczyna weszła załatwić kilka spraw.
        - Poczekaj tu, proszę. To zajmie kilka minut. Nie zrozum mnie źle, ale nie chcę by Aki lub Hiro domyślili się, że…
        - Jasne, jasne, rozpłynę się jak mgła.
        - Dziękuje. Wiesz, mają już po 11 i 10 lat. Wiedzą o świecie trochę więcej, a wolę oszczędzić im zawodu na swojej ‘’starszej siostrzyczce’’. Nadal myślą, że mieszkam w internacie… Dobra, muszę w końcu uświadomić ojca, że ma powstrzymać hazardowe zapędy na kilka tygodni, bo nie mamy misji.
        Ayako musiała długo się zbierać by powiedzieć o tym rodzicom.   W sumie, zmusiły ją w końcu topniejące zapasy pieniędzy ze wcześniejszych misji.
        - Wszystko gra, Ayako? – rzucam jakby od niechcenia. Dziewczyna patrzy się na mnie chwilę nieodgadnionym spojrzeniem, po czym wzdycha.
        - Tak, tak… - mruczy, podpijając napój. – Tylko, że nie do końca wierzę ojcu.
       - Że nie narobi kolejnych długów? – upewniam się.   Zielonooka kiwa głową.
       - Po usłyszeniu, że wybuchła wojna, o mało co nie zemdlał, ale to chwilowe. Jest tak prawie zawsze jak pod koniec miesiąca przynoszę pieniądze. Cały czas słyszę szloch matki i zapewnienia ojca, że nie dorobi mi kolejnych długów, że znajdą pracę i nie będę musiała ich wszystkich utrzymywać w taki parszywy sposób. Że w końcu wrócę do domu. – na te słowa prycha sama do siebie, podkulając kolana pod brodę. – Jakby sądzili, że z tego świata da się wyrwać żywym.
       - Ayako…
       - Spokojnie, Ichigo. Nic mi nie jest, na serio. Po prostu muszę pozrzędzić od czasu do czasu. – uśmiecha się do mnie. Nawet powieka mi nie drgnęła.  Dziewczyna spuszcza wzrok. – Na ciebie też.
       - Słucham?
       - Na ciebie też powinnam pozrzędzić, wiesz? – chichocze, a ja mrużę pytająco oczy. – Za tą całą dzisiejszą misję. Za zachowywanie się jak Tokaji.
       Opuszczam głowę, czując ucisk w klatce piersiowej. Wiem, że choć Ayako mówi to żartobliwym tonem, w głębi serca naprawdę się o mnie martwi. Nie dziwię się jej. Sama się o siebie martwię.
         - Przepraszam. – mówię cicho.
        Dziewczyna zarzuca mi ramię przez szyję i przyciąga do siebie. Stykamy się głowami, a jej ramię lekko mnie przydusza. Mimo to ciepło bijące od przyjaciółki daje mi ukojenie. Również się do niej przytulam.
         - Nie przepraszaj, Ichigo. Po prostu… okazałam za dużo empatii. Biorę zlecenia bardziej na… przestępców niż zwykłych cywili. – mówi cicho, choć czuję, że nie pogodzi się tak łatwo z moim zachowaniem.
           Na razie nie mam siły jej przekonywać, że wszystko ze mną dobrze i żeby nie mówiła między wierszami, więc odsuwam się i uśmiecham się. Nie wiem czy uśmiech jest przekonujący i szczery, ale Ayako rozpromienia się lekko.
        Odwracam od niej wzrok i wgapiam się w ogień.
         Minął ponad miesiąc, zaczął się grudzień, a ze strony Jishinu nic. Nawet nie odczuwamy dotkliwie wojny, pomijając ciągły stres i oczekiwanie na atak. Dzień wlecze się za dniem, szarość za szarością. Sądziłam, że to będzie przypominało wojnę jak z filmu. Nagłą, wybuchową, pełną akcji. Że po kilku godzinach wszystko się rozstrzygnie. A tu kolejny tydzień i nic. Tylko wykańczające napięcie.
          - Śnieg… - zauważa cicho dziewczyna. Wyrywam się z melancholii i podążając za jej wzrokiem dostrzegam wirujące płatki śniegu na tle czarnego jak smoła nieba. Nagle coś mi się przypomina.
        - Ayako… A co ze świętami?
        - A co ma być? – brązowowłosa za bardzo nie rozumie mojego pytania. – Przecież ich nie odwołamy, bo mamy jakąś wojnę. Ten tydzień to najspokojniejszy tydzień w całym roku.
        - Czyli jednak obchodzicie święta? – upewniam się, wlepiając w nią osłupione spojrzenie. Niemożliwe.
        - No tak. – potwierdza dziewczyna. – Wiesz, choinka, prezenty, kolacja, kolędy, a potem impreza sylwestrowa. – dodaje z uśmiechem.
        Wybucham histerycznym śmiechem.
        Kubek upada na ziemię, a zimna już herbata wylewa się na podłogę. Chwytam się za brzuch i przewracam się na plecy. Śmieję się w głos, prawie płacząc. Ayako odsuwa się ode mnie, obserwując moją reakcję z paniką. Wysuwa do mnie ostrożnie dłoń, ale nagle cichnę.
         - Nigdy nie pomyślałabym, że organizacje morderców będą obchodzić święta… - mówię cicho, wgapiając się pustym wzrokiem w sufit. Oddycham ciężko, zmęczona atakiem śmiechu. Ayako patrzy się w przestrzeń.
        - To może nie tyle co święta, tyle co… Coroczne zawieszenie broni… - tłumaczy. Patrzę się na nią przez chwilę, po czym wstaję.
       - Dobra, idę spać, bo jutro czeka mnie patrol. Znowu. Dobranoc, Ayako.
       - Dobranoc.
      Jej zmartwione, szaro-zielone oczy odprowadzają mnie do drzwi.
       Kuźwa, miałam nie dokładać jej zmartwień.
       Brawo, kuźde, brawo.
***
      Ogień. Ogień. Wszędzie ogień.
      Ciemny Las płonie.
      Piekło stanęło w płomieniach.
      Biegnę przed siebie, przeskakując co jakiś czas ściany ognia. Krztuszę się dymem, podpalone gałęzie smalą mi włosy i twarz. Czuję, że skóra jest obrzydliwie spalona w kilku miejscach. Mimo to nie zatrzymuję się, słysząc, że moi prześladowcy nadal nie zrezygnowali.
        Wybiegam na obszerną polanę, która powoli ze wszystkich stron powoli zajmuje się ogniem. Jedynie przy Granicznym Strumieniu jest trochę bezpiecznej przestrzeni.   Rozglądam się na boki, gorączkowo myśląc.
       Jasna cholera, jasna cholera, jasna cholera. Jasna cholera!
       W głębi lasu słyszę głośne przekleństwo z wyraźnym niemieckim akcentem. James się zbliża. Jest źle. Bardzo źle.
       - Siemka, Ichi!
       Odwracam się gwałtownie. Z lasu jak gdyby nigdy nic wychodzi haker. Jego kasztanowe włosy nie są ani trochę osmalone od ognia, a w licznych kolczykach odbijają się złowrogo płomienie. Kieruje się w moją stronę spokojnym krokiem.
       - TY! – wrzeszczę, czerwona ze wściekłości. – YO ITO!
       - Słucham! – odkrzykuje haker, mimo, że jesteśmy zaledwie 3 metry od siebie. Patrzy się na mnie rozbawiony.
        - Od kiedy, do kurwy nędzy, jasnej cholery, ten pieprzony las da się podpalić!? – wydzieram się.   Krew mi buzuje, a żądza mordu rośnie z każdą chwilą. Jak na ironię, wszyscy tutaj zostali zamordowani przeze mnie.
        - No… Najwyraźniej od teraz. – wzrusza ramionami, pękając prawie ze śmiechu. Urywa gwałtownie.
       W jego czole tkwi ostatnia broń jaką miałam przy sobie – srebrny sztylet. Rozszerza ze zdziwienia oczy, które zalewają się krwią.   Jednak jakimś cudem prostuje się, rozmazuje krew ręką i wyciąga sztylet, oglądając go ze wszystkich stron. Rana powoli się zasklepia.
         - Nie denerwuj mnie!!! Za chwilę spalę się żywcem! – ciskam w niego spanikowanym tonem.   Gniew powoli znajduje ujście w ciosie zadanym Yo.
          - Agresywniejsza się zrobiłaś. Tak trochę. – mówi spokojnie, wyrzucając sztylet w płomienie. Patrzę jak pochłaniają go płomienie, po czym posyłam mu wściekłe spojrzenie. On uchwyciwszy je, klaska pojedynczo. – I właśnie o tym mówiłem!
         - Nie pieprz! – karcę go, podchodzą do niego bliżej. – Jak się, do jasnej cholery, obudzić! GADAJ. – chwytam go za koszulkę i przyciągam. W moich granatowych jak nocne niebo oczach odbijają się płomienie.
        - Woda. – wzdycha.
        - Niemożliwe.
        - A jednak.
        Puszczam go i z błyskiem w oku, zrywam się przez całą polanę. Ścieżka między szalejącą pożogą coraz bardziej się zacieśnia. Moje łokcie raz po raz wpadają między ogień, ale  nie zwracam uwagi na ból. Pędzę tylko w stronę tego cholernego strumienia, za którym jest bezpiecznie.
        Nie bardzo rozumiem co tu się dzieje. Nigdy nie mogłam przejść do Jasnego Lasu, Granica odbijała mnie z powrotem do moich ofiar. Czyżby teraz miała się ulitować?
        Nie, Ichigo, chwila. 
        Co mnie obchodzi strumień? Wszystko się jara!
       Schemat koszmaru się zmienił. Zazwyczaj po prostu uciekałam przed oprawcami w niekończącym się lesie, a na koniec niebo pokrywało się krwią, tak samo jak moja biała suknia i dłonie. A tym razem, gdy niebo poczerwieniało, zaczęło padać. No i wszystko zajęło się ogniem.
        Wyciągam dłoń przed siebie, będąc parę metrów od upragnionej wody, gdy dotyka mnie nagłe złe przeczucie. Ten cały ogień coś symbolizuje.
         Ogień niosący zagładę.
         Kiedy słyszę w głowie cytat z biblii, zachłystnęłam się dymem. Nim zdążyłam wyhamować i zapytać o coś Yo, wpadam boleśnie na Granicę.
         I budzę się w swoim pokoju.
         Zlana potem, wyciągam włosy z ust. Oglądam swoje ręce, nogi. Wszystko w całości.  Wydycham z ulgą powietrze, łapiąc się za serce. Wali jak szalone, a w umyśle krąży chęć zabijania. Patrzę się na zegarek. Do patrolu zostały 2 godziny. Dopiero wybiła trzecia nad ranem.
         - Ogień… Symbolika ognia… - mamroczę pod nosem, wygrzebując się z łóżka. Kieruję kroki do szafy, wyciągam typowy ‘’uniform’’ dla Kaminari – brązowa lub szara koszulka i spodnie moro. – Wieczność? Nie. Miłość? Też nie. Ochrona? Raczej nie. – szeptam pod nosem, usiłując przypomnieć sobie symbolikę żywiołu. – Oby to nie… - mamroczę dalej, ale nagle staję przypominając sobie coś bardzo złego.
         Jasna cholera.
         - Zło. – mówię głośno. – Ofiara. – ciągnę. – Męczeństwo. – wyliczam. – Piekło. – muszę przytrzymać się ściany. Świat wiruje.
         Błagam niech będzie coś jeszcze, odnośnie naszej sytuacji, co nie zwiastuje rychłego Armagedonu. Błagam.
        Niestety jedyne co mi przychodzi jeszcze do głowy to ‘ogień miłości’.
        Szlag by to.
        Zrzucam szybko stare ubranie, zakładając nowe. Przewieszam pochwę z mieczem przez ramię, chwytam ulubioną czerwoną bluzę i wybiegam z pokoju. Kroki kieruję w stronę mieszkania Tokajiego. Walić to, że jest 3 nad ranem.
         Potrzebuję się dotlenić. Szybko. 

17 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 22 ~ W otchłani melancholii

                               

 Rozdział 22                                

W otchłani melancholii

       Dzień do kolejnej wieczornej narady specjalnie się nie dłużył. Po spotkaniu z Fumiyą wróciłam trenować. W końcu Tokaji mnie z niej ściągnął, twierdząc, że tabletki przestaną za niedługo działać.
      I tak oto siedzę tutaj, na starej sali gimnastycznej, obrośniętej zewsząd winoroślami i mchami, od środka zabitej dechami i zwisającymi z sufitu żarówkami.   Opieram się plecami o okno, a nogi mam podkulone. Siedzę z Ayako na parapecie, obok nas o ścianę opiera się Taki. Tokaji stwierdził, że jak mu się zechce to przyjdzie.
       Przyjaciółka była dziwnie milcząca. Wiem, że zapewne jest na mnie zła za decyzję, którą podjęłam, ale zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia. Taki zdawał się dużo bardziej rozumieć moje postępowanie. Nim jednak zdążyłam zapytać Ayako czy wszystko gra, tłum ucichł, rozstępując się.
       Środkiem sali szło pięć dostojnych osób. Na samym czele szedł dowódca ze swoją zastępczynią, za nimi Hiroki i Mikuru, niosący kilka teczek z dokumentami, a cały pochód zamykał doradca, kroczący wyprostowany na samym końcu.   Ich buty stukały nienaturalnie głośno, a wzrok wszystkich bacznie spoczywał na Fumiyi. Biła od nich niesamowita pewność siebie i coś co było wyczuwalne zawsze.     Niebezpieczeństwo.
       Na samą myśl o ich aurze, przeszedł mnie dreszcz.
       Weszli razem na podwyższenie. Hiroki z Mikuru zajęli się rozkładaniem papierów, Fumiya wystąpił trochę bardziej naprzód, a Omitsu z Daikim stanęli po jego prawej i lewej. Czarnowłosy odchrząknął, podniósł lewą dłoń i energicznie zasalutował. Sala powtórzyła ten gest, z niecierpliwością oczekując przemowy.
        - Zatem witajcie! – rozpoczął donośnie Fumiya. – Jak widzicie dopiero teraz mogę pokazać się wam w całości, mimo że wróciłem wczoraj. – wyszczerzył się do ludzi.      Odpowiedziały mu gwizdy i kilka ciepłych okrzyków.
      - Niestety okoliczności nie są zbyt przyjemne. – podjął ponownie, zmieniając całkowicie barwę głosu. – Jak już to Adachi wam przekazała, została wypowiedziana wojna z Jishin. Wiecie, że nasze stosunki od ostatnich… 6 lat są dość napięte. Zwłaszcza po ich masowym ataku 3 lata temu. – jego czarne oczy gwałtownie pociemniały z gniewu, gdy wspominał o ostatniej wojnie. – Mają ponad 2,5 krotną przewagę liczebną, nie wspominając o prawdopodobnym zawarciu sojuszu z kimś jeszcze. Dlatego prosiłbym o chwilę wyjątkowego skupienia. Strategię mamy już przemyślaną.
       Jestem naprawdę zdziwiona sposobem jakim przemawia Fumiya. Jego głos jest teraz pewny siebie, mocny i głośny. Nie waha się ani na sekundę, a emocje w nim zawarte przechodzą na tłum. Teraz jest dowódcą, a z codziennego, charyzmatycznego mężczyzny nie pozostał żaden ślad. Rozumiem już dlaczego akurat on pełni tą funkcję. Nie ze względu na siłę, tylko przez charakter przywódcy.
       Obok Fumiyi staje Mikuru, odchrząkując. Otwiera obszerną teczkę, zaczynając rzeczowym głosem.
        - Punkty ze wczoraj zostają bez zmian. Czyli dla przypomnienia:  poruszamy się w składach 4-osobowych, które powinniście już znać, jest kategoryczny zakaz wstępowania na teren Jishin, a misje przydzielamy teraz my. Na okres walki nie macie wolnej ręki, musicie się nas słuchać. – ciągnęła Mikuru, mimo iż większość osób jęczała pod nosem, niezbyt zadowolona.
       Hiroki wystąpił o krok do przodu, a tłum momentalnie ucichł. Kiwnął ostrzegawczo głową i ich kierunku, wracając na miejsce.
       - Będziemy dawali wam misje tylko w naszym okręgu, które mogą w jakiś sposób nam pomóc lub nie są niebezpieczne. Co najmniej 70% musi stacjonować tutaj. – podjęła kobieta, ale na kolejne jęki zamilkła i posłała proszące spojrzenie blondynowi.
      - Cisza! – zawołał, co wystarczyło. Echo poniosło się po sali, a mężczyzna wykorzystując siłę swojego głosu postanowił pomóc strategiczce, która nikła delikatną przemową pośród tłumu.       – Nie możemy pozwolić sobie na atak na nich, bo mają miażdżącą przewagę. A w Shibuyi oni zyskają jeszcze przewagę terenu. Musimy być przygotowani na obronę w każdej chwili!
       - Dlatego też wprowadzone zostaną patrole. Wywiesiłam je przy archiwum. Radzę poświęcaj więcej czasu na trening. Każda nowa umiejętność może wam się przydać. – wtrąciła Omitsu. – A teraz macie milczeć, bo Mikuru wyjaśni plan na bitwę jeśli do niej dojdzie.
       - Spokojnie, Omitsu… - szepnął do niej dowódca, pokazując jednocześnie Mikuru by wystąpiła.
       - Jeśli nas zaatakują plan jest następujący. Poruszacie się w grupach. Nie atakujecie większych grup od siebie, chyba, że nie macie wyboru. Nie atakujecie dowódców Jishin bez naszego rozkazu. Chronicie za wszelką cenę skrzydło szpitalne. Nie zostawiacie magazynu z bronią bez nikogo. I starajcie nie dać się zabić. – dodała na koniec, kiwając nam głową i ustąpiła miejsca Omitsu.
       - Jak już jesteśmy przy broni, to każdy powinien upewnić się, że ma najlepszą jaką tylko może mieć. Kontaktowałam się już z naszym dilerem, ma nam dostarczyć miecze w przeciągu jakichś 4 dni. Ryutaro ma cały czas uzupełniony po brzegi gabinet, w chwili kryzysu skorzystamy z zasobów na czarną godzinę.
       Kaminari wyraźnie się uspokoiło, choć niektórzy nadal mieli skwaszone miny. Wojna, nie dość, że niosła ze sobą niebezpieczeństwo, to jeszcze liczne ograniczenia. Ayako dźgnęła mnie łokciem.
        - Omitsu chyba już lepiej się czuje… - szepnęła. Posłałam jej pytające spojrzenie. – Wczoraj wygłaszała bardzo… składne słowa. Teraz mówi jak zwykle – czyli konkretnie i na temat.
        - Czyli oddała gadanie Sotomurze – wtrącił Taki, kręcąc z dezaprobatą głową. Zaśmiałyśmy się pod nosem, ponownie skupiając się na naradzie.
        - Tak przedstawiałaby się nasza strategia. Liczę, że każdy będzie cały czas w gotowości. – podjął ponownie Fumiya. – Musicie zrozumieć zagrożenie jakie jest ze strony bitwy. To nie tak, że nie wierzę w wasze umiejętności. Jesteście jednymi z najlepszych skrytobójców w całym Tokio, jak nie w Japonii. – uśmiechnął się pewnie, prostując się dumnie. Jego czarne oczy lśniły morderczym błyskiem. – Nie atakujcie Jishin gdy to nie potrzebne. Oszczędzajcie siły na większe starcie. A wtedy… - przerwał na moment, wodząc wzrokiem po Kaminari. Dowództwo również uśmiechnęło się. – A wtedy nie okazujcie żadnej litości. Pokażcie im dlaczego nie lekceważy się Kaminari. Sprawcie by już nigdy nikt nie usłyszał o Jishin!
       Odpowiedziały mu bitewne okrzyki. Spojrzeliśmy po sobie przez ułamek sekundy, po chwili zrywając się i przyłączając do wrzawy. Moja pięść była wysoko w górze, zlewała się z tłumem innych.
Zadziwiające, że Sotomura zagrzał nas do walki w zaledwie kilku zdaniach.
       Popatrzyłam się na szefa, na chwilę cichnąc, a krzyki otoczyły mnie nagle, wprawiając w lekkie oszołomienie. Adrenalina mimowolnie mi podskoczyła, oczy zalśniły jakbym nie mogła doczekać się walki. Przyłapałam się na okrutnym uśmiechu i potrząsnęłam gwałtownie głową.
       Nie, nie, nie.
       Spojrzałam jeszcze raz na niego. Stał nadal na środku, uśmiechając się przywódczo. Emanował siłą, którą podzielił się ze wszystkimi. Zrównali się z nim inni. Omitsu, która wyglądała na potężną jak nigdy dotąd; Mikuru stała dumnie i z drobnej strategiczki wyglądała na groźną zabójczynię; Hiroki, który z długą na całą twarz szramą roztaczał aurę niebezpieczeństwa i Daiki, który rzadko cokolwiek mówił, co sprawiło, że otaczała go złudna łagodność i tajemniczość.
     I za niedługo będzie dane mi zobaczyć ich w walce.
     Fumiya usiłował przebić się przez gwar, ale w końcu tylko zaśmiał się, a Omitsu położyła mu dłoń na ramieniu. Mężczyzna uśmiechnął się do niej, po czym wszyscy zasalutowani lewą dłonią, następnie prawą bijąc się w serce.
     Narada zakończyła się.
***
     Leżałam na łóżku wgapiając się w sufit. Poznaczony licznymi pęknięciami, zaciekami, odrywał się w kilku miejscach, a czasami sypał się z niego tynk.
      Westchnęłam.
      Nadal byłam w stroju bojowym, a miecz leżał w pochwie obok mnie. Nawet nie ściągnęłam butów, tylko jak weszłam tak się położyłam. Mama byłaby zła.
      Przerzuciłam wzrok z jednego nacieku na drugi.
      Narada minęła nadzwyczaj szybko. Nie przypuszczałam, że Fumiya postawi sytuację tak konkretnie. Wszyscy wydawali się być tacy opanowani, jakby po prostu informował ich o zmienionym rozkładzie dnia. Kaminari wydawało się pewne siebie, mające wszystko pod kontrolą. Jakby za niedługo nie miało rozegrać się mordobicie.
Szkoda, że ich udawanie jest takie kruche.
      Spuszczone oczy, beznamiętne okrzyki. Wszyscy są przerażeni wizją nadchodzącej bitwy. Wiedzą, że nie dałoby się jej ominąć, że i tak by nadeszła, ale i tak jej nie chcą.     Przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o większej walce.
      Przecież skoro na co dzień przyjmujemy okrutne zlecenia, jak straszna musi być walka między organizacjami?
      Przewracam się na bok, zaciskając dłonie tuż przed oczami. Mój oddech staje się cięższy, a serce przyśpiesza. Nakazuję sobie zachować spokój, ale nie czuję łez pod powiekami. Najwyraźniej powoli godzę się z miejscem, w którym teraz żyję. Którego jestem częścią.
      I które muszę bronić.
      Właśnie.
      Bronić.
      Mijają mi roześmiane twarze przyjaciół. Zamykam oczy na chwilę, otwierając je z zdeterminowanym wzrokiem. Dłoń zwijam w pięść.
     - Będę ich bronić. Za wszelką cenę. – mówię pewnie.
      Nie pozwolę by zabrano mi nowy dom. Kolejną rodzinę. Nigdy więcej. Nigdy.
      Zrzucam ze stóp buty i przykrywam się kołdrą.
      Niestety najgorsze w tym wszystkim są noce. Za dnia nie myślisz o tym wszystkim, lecz kiedy zasypiasz w samotności prawda otacza cię powoli, niszcząc od środka póki nie zaśniesz i nie zaczniesz ponownie okłamywać się za dnia.
***
      Zerwałam się nagle. Przed oczami nadal miałam las z mojego snu i Yo Ito. Mara urwała się na momencie, w którym przeszywa mnie czyjś sztylet. Cała oblana potem, przecieram dłonią twarz, zauważając, że jestem w normalnych ciuchach.
       Chwytam jakieś rzeczy na zmianę i ponuro wlokę się do łazienki. Głowa mnie boli, rany zaczynają pulsować, a koszmarem zmęczona jestem bardziej niż wczorajszym treningiem. Gdy woda obmywa szwy na boku, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam zęby, oddając się na chwilę zapomnieniu o tym wszystkim.
      Niestety gdy tylko zamknę oczy pojawia się wizja kałuży krwi.
      W samotności nigdy nie uda się niczego zapomnieć.
      Wychodząc z łazienki zauważam na stoliku karteczkę i trochę tabletek.
     ,,To leki dla ciebie. Bierz 2 tabletki dziennie przed śniadaniem. Ryu. PS. Nic ci nie jest po tych wczorajszych lekach? Nie jestem pewien czy Tokaji nie znalazł jakiś narkotyków.’’
      Świetnie. Nie dość, że jestem zabójczynią to jeszcze, dzięki temu idiocie, zostanę narkomanką.     Świetnie, po prostu idealnie.
       Staram się to odrzucić od siebie, popijając tabletki wodą. Wracam do pokoju po broń i wychodzę, gotowa na kolejny, stresujący dzień. Nie ma siły się uśmiechnąć do siebie lecz kiedy widzę Ayako, rozpromieniam się mimowolnie, pozwalając by instynkt uciszył sumienie.
***
       I tak mijały kolejne dni. Nieustanne patrole, stan gotowości na najwyższym poziomie, całodzienne treningi, drobne misje.       Wstawałam rano, budząc się zlana potem, dręczona cały czas jednym uniwersum tego samego koszmaru i szłam na całodniowy trening. W międzyczasie coś jadłam lub rozmawiałam przelotnie z innymi. A potem usiłowałam zasnąć, starając się nie myśleć o ponurym obrocie spraw.
       Nim się obejrzeliśmy minął listopad i zaczął się grudzień, a ze strony Jishinu nie dobiegały żadne podejrzane znaki. Sotomura jednak trzymał nas cały czas w gotowości. ‘’Chcą uśpić naszą czujność. Chyba mają mnie za idiotę.’’
       W końcu dostaliśmy inną misję niż patrolowanie terenu. Pod wodzą Tokajiego wyruszyliśmy w czwórkę na drugą stronę naszego okręgu: Ja, on, Ayako i Taki. Standardowe zlecenie w stylu: ,,Pozbądźcie się ich, bo…”
        I tak staliśmy we czwórkę przed niedużym sklepikiem, prowadzonym przez grupkę studentów. Ich piekarnia całkowicie miażdżyła domowy interes z naprzeciwka, a biedni uczniowie chcieli tylko trochę zarobić na spłatę czynszu. Niestety właściciele starszego sklepu nie mogli pozwolić sobie na spadek zarobku, a nie było możliwości by konkurenci zmienili lokal.
      - Nienawidzę takich zleceń – powiedział Taki, czytając po raz setny logo.
      - Misja to misja. Płacą, to płacą, nie mieszamy się w szczegóły. – rzucił chłodno Tokaji, opierając luźno dłoń na rękojeści miecza. Jeden z kącików jego ust uniósł się do góry w okrutnym uśmiechu.
      - Jak zawsze musi chodzić o pieniądze… - mruknęła cicho Ayako, nie wiadomo czy chcąc odnieść te słowa do piekarzy czy do nas.
        Zamilkliśmy ponownie. Staliśmy obok siebie przed wejściem od jakiś 10 minut.   Wszyscy ubrani w przylegające, rozciągliwe spodnie w moro, szarych koszulkach na ramiączkach i skórzanych, czarnych kurtkach. Z przewieszoną bronią wyglądaliśmy jak yakuza.
       - Wypadałoby się w końcu ruszyć. – mówię. Ayako posyła mi zmartwione spojrzenie, ale je ignoruje. Wiem, że nie powinnam tego mówić. To do mnie niepodobne.
       Ale szczerze, już nie wiem co jest do mnie podobne. Nic nie zostało takie same, nawet ja.
       - To co, gramy kto więcej? – rzuca wyzywająco Tokaji, ale nim zdążę odpowiedzieć, czuję przerażony wzrok przyjaciół na plecach. Biorę głęboki oddech.
       I precyzyjnym kopniakiem wyważam drzwi.