28 listopada 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 34

Rozdział 34


     Niebo powoli się rozjaśniało, przybierając szarawy odcień. Przenikliwy wiatr raz wzmagał się, raz uspokajał. W całej dzielnicy panowała martwa cisza, zmącona zdenerwowanymi oddechami i rytmem szybko bijących serc.
     Meiji stał pośrodku drogi na wysepce. Z rękoma skrzyżowanymi na piersi patrzył się uporczywie przed siebie, mrużąc oczy. Piwne tęczówki błyskały nieprzyjaźnie, chcąc jakby ostrzec wrogów przed oficjalnym atakiem. Czarne włosy były targane przez wiatr, tak samo jak rozpięta kurtka. Przez emocje odczuwał gorąc, ale musiał zachować spokój.
      Rudowłosa podeszła do niego cicho, kładąc mu delikatnie dłoń na ramieniu.   Mężczyzna nawet nie drgnął, nie spuszczając z oczu drogi, spowitej delikatną mgłą poranka. Kobieta potrząsnęła nim lekko.
      - Dochodzi za pięć piąta. – oznajmiła chłodno. – Musisz nas już przegrupować. – gdy mężczyzna nadal wpatrywał się w dal, potrząsnęła nim trochę mocniej. – Meiji.
      - Wiem. – westchnął i odwrócił się powoli. – Za mną.
      Ruszył w stronę zabójców. Ludzie siedzieli w grupkach, ale nie śmieli nawet szeptać między sobą. Poprawiali stroje tak by nic im nie zawadzało, czyścili bronie lub po prostu usiłowali się uspokoić. Na dźwięk kroków lidera, podnieśli głowy, oczekując w napięciu na rozkazy.
      Meiji stanął tylko po środku i przywołał gestem swoich przyjaciół. Jun i Koichi spojrzeli po sobie niepewnie, ale podeszli do czarnowłosego. Mako stanęła obok nich, patrząc się na lidera zwykłym, beznamiętnym wzrokiem.
      - Ilu mamy ludzi? – spytał już któryś raz z kolei.
      - 34 – odparła kobieta. – Oczywiście bez dowództwa, oddziału strzelniczego, nas i dzieciaków. – dodała.
     Meiji pokręcił głową, przeczesując z konsternacją włosy palcami. Wyglądał na zdesperowanego, wręcz czując miażdżącą przewagę wroga. Samych morderców z Tateyamy było prawie tyle samo co ich. W końcu wziął głęboki oddech, prostując się.
      - Jun, Koichi. Bierzecie po 11 ludzi i ruszacie na Zachodnią część. Spróbujemy ich okrążyć. – rozkazał, kiwając głową w stronę tłumu. Mężczyźni zasalutowali bez pytania i podeszli do Kaminari, grupując ludzi. – Mako, ty weźmiesz 10. I ruszysz na Południową część. Przepraszam. – dodał na końcu, spuszczając wzrok.
     Kobieta jedynie przekrzywiła głową, zupełnie ignorując ostatnie słowo.
      - Zostaje dwójka. I ty. – zauważyła, patrząc się na niego intensywnie.
      - Biorę Miyako i Miyoko. Spróbujemy dotrzeć do organu ich dowodzenia.
      - To szaleństwo.
      - To wojna – odparł chłodno i wyminął ją, idąc w stronę oddziałów. – Nie mamy czasu.
      - Wiem. – szepnęła niedosłyszalnie. – Uwierz mi, że wiem.
      Podbiegła na czoło swojego oddziału, od razu mówiąc coś do ludzi. Podniósł się cichy gwar. Meiji stanął trochę z boku, rozmawiając przez krótkofalówkę. Podał zwięzłe wytyczne i wystąpił do przodu, unosząc dłoń do góry, by uciszyć wszystkich.
      Zapanowała cisza pełna napięcia.
      - Nie mamy czasu na wyniosłe gadki czy przemowy. Macie po prostu nie dać się zabić. – spojrzał przelotnie na zegarek, który niemiłosiernie szybko odliczał czas. – Dobra, ruszajcie!
      Trzy grupki rozbiegły się w pośpiechu, kierując we wcześniej wyznaczone miejsca. Tupot nóg przerwał martwą ciszę, lecz napięcie tylko się zwiększało, by wybuchnąć przy pierwszym skrzyżowanym ostrzu. 
      Meiji wziął głęboki oddech, czując jak dreszcz podniecenia przebiega po jego plecach. Instynkt zabójcy można wyciszyć. Można nawet go zignorować. Ale pozostanie w człowieku do końca. I zawsze się przebudzi.
     Machnął na dziewczyny rękoma i skierowali się w boczne uliczki.

     W opuszczonym biurze stał ozdobny zegar, który teraz cykał w ciszy. Kilka krzeseł było przewróconych, łącznie z walającymi się po podłodze papierami, które musieli strącić ludzie, uciekający w popłochu po nadaniu ogłoszenia o ewakuacji. Biuro nie wyglądało na nieużytkowane w Nowy Rok.
      Budynek był nowoczesny – oszklone okna stanowiły idealny punkt obserwacyjny jak i strzelniczy, zwłaszcza, że szkło zostało przyciemnione, a pajęcze sieci pęknięć rozmywały łuczników.
      - Dobra, za minutę będzie piąta. – oznajmił szeptem Natsu. – Na miejsca.
     Ayako przełknęła ślinę i usiadła na biurku podsuniętym pod okno. Spojrzała z niepokojem na zabarykadowane drzwi – tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś postanowił tutaj niespodziewanie wpaść i ich wszystkich zamordować. Bo w końcu taka barykada powstrzyma wszystko i wszystkich.
      Dziewczyna zbladła, ale od razu potrząsnęła głową, przybierając poważny wyraz twarzy. Nie było czasu by zadręczać się czarnymi myślami. Wzięła głęboki oddech, odsuwając od siebie wszystko – Ichigo, Tsu, a szczególnie Takiego, który teraz biegł, z którymś oddziałem. Z dala od niej.
      - Uwaga. Nasi biegną – szepnął Natsu. – Przygotować się.  
     Ayako ścisnęła łuk  w dłoni, napinając cięciwę i celując gdzieś przed siebie. Z ulgą stwierdziła, że nawet nie drży. Uścisk w jej sercu choć trochę zelżał. W Kaminari nie można było narzekać na brak szermierzy, ale na łuczników – owszem. Ona, Natsu i Kato byli połową wykwalifikowanych pod tym względem. I musieli kryć całą zachodnią część.
     Spojrzała kątem oka na zegar. 10 sekund.
     Strzelaj, gdy jesteś pewna, że trafisz wroga, powtórzyła po raz setny w myślach.  
     5 sekund.
     Malutki oddział dowodzony przez Juna wybiegł zza zakrętu, a Ayako poczuła nieprzyjemny dreszcz. Myślała, że jej serce zatrzyma się przez to oczekiwanie na atak, ale czuła, że uderzą równo o piątej.
    Trzy.
     Dwa.
    Jeden. 
    W kolejnej sekundzie nic się nie zdarzyło. Ale w następnej stało się wszystko.
     Jishin wypadł z kilku ulic na raz, od razu formując się w jedną grupę. Dziewczyna zdążyła usłyszeć dwa bojowe krzyki, które przyprawiły ją dreszcz. Pierwszy i ostatni. Poczuła jak czas zwalnia, a ona mimowolnie się uspokaja. Wycelowała z mordem w oczach w jakiegoś mężczyznę.
     Z drżącym wydechem wypuściła strzałę, która pomknęła wraz z dwiema innymi w stronę wrogów. Jedna chybiła, dwie trafiły w miarę celnie. Chwilę później wśród ciszy opustoszałej dzielnicy rozległ się najokropniejszy szczęk mieczy jaki brązowowłosa usłyszała w całym swoim życiu.
    Wyciągnęła z kołczanu kolejną strzałę i nałożyła z chłodną precyzją na cięciwę, starając się patrzeć się na lejącą się wszędzie krew.
     Strzała poleciała, rozdzierając powietrze, a złowróżbny świst zagłuszyła walka.

     Ryuji stanął na gzymsie i rozkładając szeroko ręce, pozwolił by wiatr smagał go po twarzy, rozburzając włosy i powiewając kurtką. Uśmiechał się zwycięsko, choć prawdziwa bitwa dopiero się rozpoczęła – na dodatek daleko stąd.
     Spojrzałam w dal, tam gdzie prawdopodobnie moi przyjaciele walczyli i ginęli. Za moim wzrokiem podążyli również zabójcy z Harikenu, czekając ze znudzeniem na rozkazy Ryujiego. Choć ten człowiek był cholernie irytujący, umiał myśleć.
     - To chyba najdziwniejsza drużyna w jakiejkolwiek byłam – mruknęła Suzuko, przerywając ciszę. Rzuciłam jej krótkie spojrzenie, parskając pod nosem. 
     - Nie musisz dziękować. – zaśmiał się Ryuji. Obrócił się na pięcie, nadal balansując na krawędzi. – Czemu wyglądacie na takich znudzonych, co?
    - Może dlatego, że sterczymy na jakimś dachu jak idioci? – rzucił sarkastycznie Satoru, patrząc się na zabójcę spode łba.
    - To dla epickości – Ryuji wzruszył ramionami, zeskakując z gzymsu. Wyglądał jakby świetnie się bawił.
     - Posłuchaj mnie, Ryuji… - warknęłam, zaciskając dłonie w pięści. – Gdzieś tam walczy moja organizacja, a ja biorę udział w jakimś cholernym planie, nie pomagając im. Jeśli mamy tak… - gniew potęgował się z każdym kolejnym słowem, ale Ryuji wydawał się być tym nie wzruszony.
     - W ogóle się na tym nie znacie – zacmokał niezadowolony. – Nie czujecie tej władzy? – uniósł pięść do góry, uśmiechając się przy tym szelmowsko.  – Przecież teraz my wszystko możemy kontrolować! Możemy zmienić bieg tej wojny! Nie… Możemy zmienić całe Podziemie Japonii!!! – wykrzyknął entuzjastycznie.
     Patrzyłam się na niego, wraz w rodzeństwem z totalnym ogłupieniem na twarzach. Byłam pewna, że on po prostu sobie z nas żartuje i za chwilę ogarnie się i przejdzie do rzeczy. Inaczej zrobię mu coś bardzo, bardzo złego.
      Ale wygląda na to, że Matsuki z chęcią mnie wyprzedzi.
      - Kuno… - zaśmiał się przez zęby, usiłując nie wybuchnąć gniewem. – Czy ty wiesz ile my ryzykujemy teraz? Jeśli Hariken się dowie… Jesteśmy martwi. – wysyczał nienawistnie. – Ostrzegam cię… Jeśli nie masz planu, osobiście zrzucę cię z tego dachu…
     - Bez ryzyka nie ma zabawy! – roześmiał się Ryuji.
     Ale gdy Matsuki położył dłoń na rękojeści miecza, chłopak podbiegł do niego i zaczął się z nim siłować, by ponownie schował broń do pochwy.
     - Matsuki, przyjacielu, spokojnie, spokojnie… - zaśmiał się.
     - Tak czy siak, wszyscy zginiemy… - mruknął Satoru.
     Ryuji w końcu upewnił się, że nie zostanie zaatakowany przez brązowowłosego i stanął naprzeciwko nas, przybierając znów szelmowski uśmiech, a oczy błysnęły złowróżbnie.
     - Nim ruszymy do akcji, muszę was w czymś uświadomić. – odkaszlnął. – Yasuaki przydzielił mnie do grupy specjalnej, wraz z 7 innymi osobami. Teraz oddział zmniejszył się do sześciu osób, bo mnie ‘wysłali na zwiady’, a Shigeo dowodzi tymi z Tateyamy. – przewrócił oczami. – Oczywiście to dlatego, że szefuńcio nigdy do końca mi nie zaufał. No i słusznie.
      - A co niby z tego wynika? – Suzuko skrzyżowała ręce na piersi, tupiąc ze zniecierpliwienia nogą.
      - A to, że mimo iż mi nie ufa, przydzielił mnie do tych specjalnych. Więc automatycznie nie mógł zatajać przede mną planów.
      Poczułam jak kąciki moich ust wędrują do góry, układając się w przebiegły uśmieszek. Spojrzałam kątem oka na resztę – oni również posyłali sobie porozumiewawcze spojrzenia.
      - Dlatego też wiem… - ciągnął dalej Ryuji, wyraźnie zadowolony z naszej reakcji. – Że nikogo nie będzie w organizacji podczas tych potyczek.
      - Interesujące… - mruknęłam, czując dreszcz podniecenia.
      Chłopak posłał mi elektryzujące spojrzenie.
      - Czy cel naszej pierwszej misji jest już dla was jasny? – zapytał kpiąco, ale rozszerzył uśmiech na widok wyciąganych broni, gotowych do walki. – A podobno to dla was zbyt ryzykowne…
     Matsuki zmierzył go morderczym spojrzeniem.
     - Skoro masz tak cholernie dokładne informacje, zgaduję, że zatuszujesz nasz udział w tym. – rzucił.
     - Jeśli się uda. – podkreślił czarnowłosy. Dziewczyna drgnęła i spojrzała na niego z ukosa.
     - A jeśli nie? – zapytała z powątpiewaniem.
    Ryuji popukał się kilka razy w brodę, analizując prawdopodobny rozwój wypadków. Przewróciłam oczami, kręcąc przy tym głową. Jakoś przeczuwałam co powie, po takim ‘budowaniu napięcia’.
     - Hmm… Jeśli nie… - spojrzał na nas luźno, z lekkim uśmiechem. – Jeśli nie, to wszyscy będziemy martwi.
     Cała nasza czwórka zgodnie westchnęła, jakbyśmy w ogóle nie byli z wrogich organizacji. Czułam się z tym nienaturalnie. Powinnam wzdychać tak z Tsu, Ayako, Takim… i Tokajim.
      Na myśl o czarnowłosych mimowolnie zacisnęłam zęby.
      Nienawidzę cię.
      Potrząsnęłam głową, starając odgonić od siebie słowa chłopaka.
      - No dobra, ludzie! – zawołał Ryuji. – Czas ruszać!
      Nie mając za bardzo wyboru poszłam za nimi. Trzymałam się z tyłu, bijąc się myślami. Przede mną szli przedstawicie wrogich organizacji. A ja jestem z nimi w sojuszu.
      Chyba pierwszym takim w historii, przemknęło mi przez myśl. Czy kiedykolwiek wcześniej te 3 organizacje współpracowały ze sobą?
      Ichigo, to nie współpraca. To bardziej szantaż.
      W głowie znów rozbrzmiał ostatnie zdanie, którym mnie przekonał. Czując jak emocje podnoszą moją temperaturę, przyśpieszyłam, doganiając ich. A cichy głos, nakazujący mi odłączenie się od nich, uciszyłam, powtarzając sobie, co dzięki temu zyskam.

     Zatrzymał się przed stromymi schodami, prowadzącymi na wzgórze świątynne w Toshimie. Świątynia Tensou niegdyś wyłaniała się spomiędzy koron drzew, oświetlana przez pojedyncze lampiony. Teraz nie przypominała niczym o swoim dawnym pięknie.
     Tsuneari zadarł głowę do góry, dysząc ciężko i próbując złapać oddech. Coś ukłuło go w serce, gdy pomyślał ile sylwestrów spędził akurat tutaj… i ile nie dane będzie mu spędzić. Zapatrzył się przez dłuższą chwilę na zgliszcza.
      Drzewa stały w ogniu, a na całej drodze leżały zwłoki ludzi, niektóre naprawdę w złym stanie, topiąc się w niepotrzebnie przelanych litrach krwi. Wzdrygnął się na samo wspomnienie wybuchu granatów. Pokręcił głową i  po prostu zaczął wchodzić po schodach, starając omijać się ciała.
      - Jasny gwint – wydusił, gdy stanął na samej górze.
      Z świątyni nie zostało praktycznie nic, a wokół placu świątynnego ziały pustki w ziemi, wydarte przez niszczycielską siłę broni.
      - Nie ma na to czasu, Tsu – mruknął do siebie i pobiegł w kierunku studni.
     Niektórzy z ludzi jeszcze żyli, dogorywając w ogromnym, otumaniającym bólu. Chłopak nawet na nich nie spojrzał, obojętny po tylu latach na ludzki ból. Część rannych błagała o pomoc – inni, którzy już zrozumieli co się dzieje – o śmierć. A on ich tylko mijał i mijał, zdeterminowany brnął przed siebie.
      Gdy dobiegł do niewielkiej polanki, na której miał spotkać się z Ichigo, stanął jak wryty. Poczuł tak ogromny, przenikający ból w klatce piersiowej, że kolana się pod nim ugięły – opadł powoli na ziemię, wpatrując się zrozpaczonymi oczami przed siebie.
      Jedyne co zostało z tego miejsca to nieduża wyrwa z ziemi i pustka.
      To nie może być prawda.
      Opadł ze zrezygnowaniem na pięty, potem oparł czoło o ziemię, kuląc się. Czuł, że wszystkie nadzieje właśnie umarły, a on stracił każdą najmniejszą drobinkę swojej siły.
      Granat uderzył tak blisko, że nawet nie istniał cień szansy by zareagować w porę.
       Tsuneari trwał w bezruchu przez dłuższą chwilę. Tym razem nie mógł poradzić sobie z napływem emocji – ze smutkiem, rozpaczą, przerażeniem, a przede wszystkim tym wszechogarniającym poczuciem straty. Straty, która nigdy więcej się nie zapełni.
      Wstawaj, Tsu. No dajesz. Nie możesz tu zostać. Musisz wstać. Jesteś silny. Musisz pomóc Kaminari. Tak jak mówił Taki. Właśnie. Musisz bronić reszty.
     Chłopak powoli podniósł głowę, patrząc się jeszcze przez chwilę pustymi brązowymi oczami przed siebie. I wtedy dostrzegł coś, co przyśpieszyło bicie jego serca. Coś błysnęło w dole.
     Zerwał się na równe nogi, wręcz rzucając ku dołowi. Ręce tak mu się trzęsły z emocji, że ledwo chwycił naszyjnik. Spojrzał na niego uważnie, a gdy rozpoznał te same ornamenty, co na truskawce, którą podarował Ichigo, przycisnął pięść z wisiorkiem do serca.
      Dziękuję, pomyślał, po czym padł na ziemię, na plecy, śmiejąc się w głos. Wiedziałem, że tak po prostu nie dasz się zabić, Ichi.
     Chwilę później jednak podniósł się, wiedząc, że nie ma czasu do stracenia. Jeśli naszyjnik był w idealnym stanie, tak samo raczej musiało być z dziewczyną. Spojrzał wprawnym okiem na dół. To czego nie zobaczył za pierwszym razem dało mu jasną odpowiedź. Brak jakichkolwiek szczątków, nawet ubrania, brak krwi.
     I świeże ślady butów.
     Podniósł się z mordem w oczach. Nie wiedział kto to był, ale czuł, że powinien znaleźć Ichigo tak szybko jak się da. Spojrzał przed siebie, zastanawiając się od czego gdzie iść najpierw. W końcu, biorąc głęboki oddech i oczyszczając umysł, pozwolił prowadzić się swoim nogom oraz instynktowi.

      - Witamy w Jishin! – wykrzyknął Ryuji, rozkładając szeroko ramiona.
      - Zamknij się! – syknęliśmy we czwórkę prawie w tym samym czasie. Chłopak tylko odwrócił się do nas na sekundę, pokazując język i otworzył z trzaskiem hotelowe drzwi. Echo poniosło się niebezpiecznie głośno.
      Mimo iż on miał 100% pewność, że nikogo nie ma, my woleliśmy zachować jakąś dozę ostrożności. Zwłaszcza, że czarnowłosy nie należał do najbardziej zaufanych osób.
       Mordercy z Hariken ruszyli za nim, ja jednak przystanęłam jeszcze na chwilę, patrząc się z oziębłością na budynek. Główna baza Jishin znajdowała się w tym najwyższym, opuszczonym hotelu. Budowla górowała ponuro nad miastem, w otoczeniu 4 innych, mniejszych hotelików, połączonych między sobą licznymi kablami i linami.
       Uśmiechnęłam się szelmowsko, przypominając barwne opowieści o ostatnich wyczynach Fumiyi tutaj. Po chwili przybrałam ponownie poważną minę i weszłam do środka za resztą moich ‘sprzymierzeńców’.
       - Co się stało z tym światem, że mam moich wrogów za sprzymierzeńców? – mruknęłam pod nosem, wchodząc do ciepłego lobby hotelowego. Posmutniałam na chwilę, dodając w myślach: Co się stało, że jestem płatną zabójczynią?
      - Jesteś pewny, że nikogo tu nie ma? – spytał po raz setny Matsuki, patrząc się z powątpiewaniem na chłopaka.
      - No weźcie! – jęknął zirytowany. – Na serio myślicie, że jakby tu ktoś był, to pozwoliłby nam tak daleko zajść? – spytał retorycznie, ale widząc nasze miny, przybrał groźną minę. – Nie lekceważcie Jishin. Nigdy.
      - Jasne, jasne. – mruknął Satoru, przewracając oczami. – Co my tu w ogóle mamy robić, co? Jakoś nie kręci mnie szperanie w papierach. Liczyłem na jakąś akcję, walkę…
      - Żeby najpierw walczyć trzeba zdobyć informacje. – uciął krótko Ryuji. Chłopak ponownie spoważniał, znów zachowując się tak jak lider. – Dobra, zaczniemy od początku.
      Usiadł swobodnie na starej recepcji, nakazując nam machnięciem dłoni znalezienie sobie jakiegoś miejsca do siedzenia. Opadłam na odrapaną, skórzaną sofę wraz z Suzuko. Może to i dziwne, ale czułyśmy między sobą minimalną nić porozumienia.
      - No więc… - odchrząknął. – Skorzystamy z zbyt wielkiej pewności siebie Yasuakiego. W jego biurze musi być jeszcze jedna zapasowa kopia planów i strategii wojennych, o których nie ma pojęcia nikt oprócz niego i Kijuro. – przypomniał. – No więc pierwszym punktem planu jest znalezienie tego, rozpracowanie i wtedy… wtedy się pomyśli o dalszej taktyce. – wzruszył nonszalancko ramionami. – Jakieś pytania?
      W odpowiedzi wstaliśmy, gotowi ruszyć do akcji. Ryuji jednak machnął na mnie i Suzuko uspokajająco.
      - Wy nie idziecie. – oznajmił, a nim zdążyłam zaprotestować, zaczął ponownie. – Nie opłaca się iść całą grupą. No i może i wyglądam na idiotę, ale nim nie jestem. Wypadałoby aby ktoś pilnował nam pleców. – zmrużył oczy, patrząc się na nas. – Jasne?
      - Jak słońce. – westchnęła dziewczyna i odgoniła ich dłonią. – Tylko szybko.
      - Tak, tak. – Ryuji przewrócił oczami. – Dobra, chłopaki. Za mną! – zakrzyknął bojowo, ale jedynie nacisnął guzik widny. Widząc ich zawiedzione i jednocześnie wściekłe miny, uniósł brwi do góry. – No co? Myśleliście, że będę zawalać po schodach? Wolne sobie.
      Zdusiłam śmiech.
      Winda w końcu przyjechała i wsiedli do niej, a ja zastanawiałam się czy zabójcy z Harikenu nie uduszą czarnowłosego w środku. Spojrzałam kątem oka na dziewczynę – ona również mi się przyglądała. Po chwili niezręcznej ciszy, obie wybuchłyśmy śmiechem. Szczerym, z którym uciekały pokłady gromadzącego się stresu.
       A w moim przypadku jeszcze poczucia winy.

~Taki~
       Nawet nie wiedziałem kiedy ten czas uciekał.
       W jednym momencie siedziałem w domu nad książkami, w drugim znalazłem się w Kaminari, w trzecim w świątyni, w czwartym stałem ze swoim oddziałem, a w piątym – biegłem na czołowe starcie z Jishin.
       Jasny gwint.
       Poczułem jak Kotaro klepie mnie pocieszająco w plecy. Zacisnąłem zęby, by choć trochę wyglądać na pewnego siebie, ale i tak w moich szarych oczach krył się, zbyt duży do ukrycia, niepokój.
       Więc po prostu poprawiłem uchwyt na rękojeści miecza.
       Zdążyłem jeszcze usłyszeć okrzyk Juna, a potem wyczułem ich. Wtedy jeszcze ich nie widziałem, ale ta wroga rządza mordu wręcz unosiła się w powietrzu. Ułamek sekundy później wybiegli.
       Ostatnie co zdążyłem zarejestrować to strzała z zieloną lotką, która wbiła się w ramię kobiety biegnącej na samym czele oddziału. Czyli Ayako tutaj jest.
       Ta myśl w jakiś sposób mnie uspokoiła, gdy wszystkie ciała zlały się w jeden, niekończący się wir walki. Szczęk stali z początku mnie ogłuszył, ale wyćwiczonym ruchem odparłem pierwszy atak. W końcu dotarło do mnie, że walka się zaczęła.
       Natarłem z wrzaskiem na wroga.

       - Tu Meiji, odbiór. – rzucił czarnowłosy do odbiornika, zwalniając na chwilę tempo biegu. Bliźniaczki zrównały się z nim, by słyszeć rozmowę.
       - Odbiór. Tu Koichi. – rozległ się zdyszany głos mężczyzny. – Atakujemy w dwa oddziały jakąś 40 osobową grupę Jishin. Po tych z Tateyamy ani śladu. Odbiór.
       - Przyjąłem. Jak coś się zmieni, informuj od razu. Bez odbioru. – rzucił do słuchawki i przełączył na Mako. – Mako, odbiór.
      - Jestem. Atakujemy na razie partyzancko. Około 30 osób. Nie ma tych z Tateyamy. Bez odbioru. – podała chłodno i od razu zerwała połączenie.
      Meiji zaklął pod nosem, ponownie przyśpieszając. Kobiety podążyły za nim, milcząc. Po prostu czekały. Meiji wyciągnął telefon z kieszeni i szybko wybrał czyjś numer.
      - Szefie to ty? – spytał od razu Meiji. – Słuchaj… - zaczął streszczać pobieżnie sytuację. – Jak ktoś z dowództwa się do nas wybiera, to dołączajcie do Południowego oddziału… Omitsu i Hiroki, tak? To świetnie. – w jego głos zakradła się ulga. – I jest taki problem… Nie ma nigdzie tych z Tateyamy… My? Szukamy organu dowodzenia… Fumiya, nie wrzeszcz na mnie! – wykrzyknął do telefonu. – Wiem, co robię! Bez odbioru, szefie!
      Wcisnął bezceremonialnie komórkę do kieszeni, na co bliźniaczki zachichotały cicho. Na razie mogły choć na chwilę odetchnąć z ulgą – do teraz obyło się bez ofiar z ich strony.
      - Meiji, a my wiemy gdzie ich szukać? – zagadnęła Miyako.
      - Nie.
      - Nie?
      Mężczyzna westchnął.
      - Jak znajdziemy, to będziemy wiedzieć.

      Czekając na innych, cisza może być męcząca najbardziej ze wszystkich rzeczy. A tutaj nawet nie było głupiego cykania zegara. Jedynie ten niepokojący spokój, w którym każdy dźwięk był okropnie głośny.
       Dlatego nie zdziwiłam się, gdy Suzuko spróbowała rozpocząć rozmowę.
       Jeśli mam być szczera, bardzo dobrze się z nią rozmawia. Owszem gada strasznie niecenzuralnie, ale przynajmniej na normalne tematy. No, takie w miarę normalne.
       - Nie wierzę. – mruknęłam.
       - A kiedy to prawda! – żachnęła się. Dyskutowałyśmy o jakiejś ich starej misji, ale nawet nie wiedziałam o czym. Suzuko po chwili wybuchła śmiechem. – Nie spodziewałam się, że będę z tobą tak naturalnie rozmawiać, Ichigo. Zazwyczaj się nie spoufalam. To chyba przez to, że nie gadałam z rówieśniczkami od wieków… - w jej bursztynowych oczach pojawił się cień melancholii. – Ale kiedy to się wszystko skończy, znów będziemy wrogami.
        - Albo będę leżeć obok ciebie w grobie, jako sojuszniczka. – zauważyłam.  
        Popatrzyłyśmy się na siebie poważnie, ale po chwili zaczęłyśmy się śmiać.

       Trójka chłopaków spędzała już prawie 2 kwadrans na kartkowaniu dokumentów i układaniu ich w taki sam sposób jak leżały wcześniej. Nawet jak Ryuji zapewnił, że Igarashi tak czy siak nie będzie pamiętał jak to leżało.
        W końcu Matsuki zakrzyknął zwycięsko.
         - Mam to! – zaśmiał się, wymachując plikiem papierów. – Chyba.
         Ryuji westchnął z ulgą i podszedł do brązowowłosego. Wziął dokumenty do ręki i zaczął je pobieżnie czytać. Z każdym kolejnym zdaniem szelmowski uśmiech na jego ustach się poszerzał.
         - Mamy to. – potwierdził, przybijając z Matsukim żółwika. – Satoru, zostaw to i chodźmy. Musimy jeszcze to przestudiować, a tam gdzieś się mordują.
        Chłopak jakby tego nie usłyszał, cały czas grzebiąc przy biurku Igarashiego.
        - Satoru…
        Zabójca uniósł głowę nad blat i nakazał skinięciem głowy by czarnowłosy do niego podszedł. Ryuji wzruszył ramionami i podszedł do kolegi, mamrocząc coś pod nosem. Blondyn podał mu jakąś teczkę.
        - Weź na to spójrz. Wygląda podejrzanie.
        - Satoru, tu wszystko wygląda… - zaczął podirytowany chłopak, ale gdy przeczytał nagłówek, rozszerzył złote oczy ze zdziwienia. Odrzucił kilka kartek i zaczął bardzo szybko czytać.
        Matsuki i Satoru rzucili sobie pytające spojrzenia, ale nie odezwali się ani słowem, licząc że Ryuji sam im to wytłumaczy. Jednakże chłopak czytał już, którąś kartkę z kolei, a oni stali tu jak kołki.
        - Em… Ryuji… - zagaił Satoru. – Co to jest, tak w ogóle?
        Czarnowłosy drgnął i posłał im bardzo niepokojący uśmiech.

        - To jest, moi drodzy, nasz plan B. 

20 listopada 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 33

Rozdział 33


      Gdy Tsuneari dostrzegł pierwsze sylwetki postaci w części Zachodniej, zatrzymał się z westchnieniem ulgi. Taki i Ayako przystanęli za nim, rzucając sobie zaniepokojone spojrzenia. Ich przyjaciel tylko się do nich odwrócił, uśmiechając się.
       - Przykro mi, ale tu musimy się rozdzielić – oznajmił tylko i ruszył w przeciwną stronę. Dwójka zabójców zastygła w bezruchu, trawiąc te słowa. Taki odzyskał jasne myślenie jako pierwszy i chwycił chłopaka za ramię.
       - Chwila, Tsuneari! – syknął.
       Brązowowłosy spojrzał na niego zdziwiony. Rzadko kiedy wołali do niego pełnym imieniem. Wyrwał się delikatnie z uchwytu i stanął metr od nich.
       - Taki, naprawdę mi się śpieszy… - zaczął, gdy wszyscy wokół milczeli.
       - Nie wątpię. – zmierzył go niebieskimi oczami. – Ale łaskawie poinformowałbyś nas co dalej, panie dowódco… - ostatnie słowa wręcz wypluł.
       Tsuneari tylko westchnął.
        - Idę szukać Ichigo. – rzucił, spuszczając wzrok. – Hiroki dał mi 6 godzin. Meiji was gdzieś przydzieli…
       - Chyba zdurniałeś. – głos blondyna był zadziwiająco chłodny. – Przecież szukanie jej w pojedynkę jest… bezsensu.
      - Wcale nie jest – oczy Tsu zabłysnęły wściekle. – A teraz wybacz. Czas ucieka.
      Chłopak się odwrócił, nawet na nich nie spojrzawszy. Taki chwycił go ponownie, tym razem z mniejszą delikatnością i szarpnął. Zmierzyli się wzrokiem.
      - Pogódź się z tym. Im szybciej oczyścisz umysł, tym lepiej.
      - Zamknij się, Taki. – warknął w odpowiedzi. 
      Blondyn szarpnął nim i w końcu puścił jego kurtkę. Chłopak zachwiał się i zrobił parę kroków do tyłu, patrząc się na niego z politowaniem. Taki, wychwyciwszy to spojrzenie, zatrząsnął się ze złości.
      - Czy ty nie rozumiesz, że na wojnie nie ma miejsca na samowolkę!? – wycedził gniewnie Taki. – Zwłaszcza, że opuszczają nas ludzie z czołówki! Sotomura-san, Adachi-san, Tokaji… A teraz ty!? – podniósł głos.
      - A ty nie rozumiesz, że nie mogę jej tak po prostu zostawić!? – wrzasnął Tsuneari. – Że nie jestem Tokajim i tak po prostu nie zostawię ją na śmierć!?
      - Ona już nie żyje! – głos blondyna załamał się, gdy wypowiedział te słowa.
      Tsuneari ruszył na niego. Chwycił przyjaciela za koszulkę i zamierzył się pięścią. Zawahał się w ostatniej sekundzie, czując, że coś lekko uderza go w lewą pierś. Puścił Takiego i spojrzał na Ayako.
      Dziewczyna przez całą ich rozmowę milczała, trzymając się na uboczu. W jej oczach wzrastało coraz większe przerażenie i zmartwienie, a Taki przelał czarę.   Stanęła po między chłopakami i uderzając lekko Tsuneariego pięścią w serce.
      - Ayako? – wypowiedział jej imię zduszonym głosem, bez śladu wcześniejszej złości. Taki otrząsnął się i spojrzał na dziewczynę z bólem.
      Powtórzyła gest.
       - Uspokójcie się – szepnęła drżącym głosem. – Nie rozumiecie, że to mogą być ostatnie słowa jakie ze sobą wymienicie? – nabrała większej pewności, ale jej ramiona się zatrzęsły. – Przez stres wam odbiło. A zwłaszcza, że… że… - zacięła się, uderzając raz po raz w serce brązowowłosego.  – Że jej tu nie ma… - podniosła wzrok na Tsu.
      - Ayako… - powtórzył tylko, nie wiedząc co powiedzieć. Wyrzuty sumienia nasiliły się, gdy zobaczył jej zapłakaną, zrozpaczoną twarz. Spojrzał kątem oka na przyjaciela, który również miał ból w oczach.
     - Pozwolę ci iść. -  powiedziała, świdrując go zielonymi oczami. – Ale masz bez niej nie wracać. Jasne?
     Skinął głową, przygryzając wargę. Nie był w stanie wydusić z siebie czegokolwiek, więc najpierw poczochrał niższą przyjaciółkę po włosach, a potem objął, uspokajając jej spanikowane drżenie. Napotkał wzrok Takiego – widział, że już sobie wybaczyli, ale wyszeptał bezgłośnie ,,Przepraszam’’.
      Blondyn poruszył wargami, układając je w ‘’Ja też’’.
      Odsunął od siebie przyjaciółkę i uścisnął krótko dłoń przyjaciela.
      Po czym, zduszając w sobie pożegnanie, odwrócił się i wbiegł w ciemność.
      Odczekali kilka sekund, po czym spojrzeli na siebie smutno, nic nie mówiąc. Taki podał dziewczynie chusteczkę, na co uśmiechnęła się blado, lecz z wdzięcznością.   Chwycił ją za dłoń i pociągnął w stronę lidera oddziału.
      Gdy napotkali Meijiego, gadał coś z wściekłością do odbiornika. Urządzenie zatrzeszczało i zniekształcony głos Hirokiego powtórzył wytyczne. Czarnowłosy tylko wcisnął odbiornik do kieszeni, powstrzymując się od ciśnięcia nim o ziemię. Mako poklepała go krótko po plecach, dodając otuchy.
     - Dlaczego się tak złościsz? – spytała spokojnie.
     - Nie mamy nawet 30% pewności, że to prawdziwa informacja. – syknął. – Działają tak samo lekkomyślnie jak 3 lata temu…
     - A jeśli to prawda, to będziemy mieli przewagę. – zauważyła.
     - Tsa, przewagę… - Meiji wywrócił oczami. – Układ ulic jest chujowy. To nawet nie będzie walka – ponadziewamy się na ich miecze…
     Ayako wystąpiła krok do przodu.
     - Ekhem… - odkaszlnęła, by zwrócić na siebie uwagę. Odwrócili się od razu. – A o czym mówimy? – zapytała, starając się zabrzmieć poważnie.
     - Mamy przegrupowanie. Podobno zaatakują o 5 na część Zachodnią i Południową. – wytłumaczył zwięźle Meiji, mierząc ich wzrokiem. Zmarszczył brwi, myśląc nad czymś przez chwilę intensywnie. – Taki znajdujesz się pod moim bezpośrednim dowództwem. Ty Ayako specjalizujesz się w walce na długi dystans, więc idziesz do Natsu Korube.
     - Czy rozdzielanie ich to dobry… - zaczęła niepewnie Mako, patrząc się na młodych pustymi oczami. Choć jak zwykle nie okazała ani trochę emocji, same słowa wiele znaczyły.
     - Mako… Znaczy Anzai-san – poprawił się Taki. Posłał im poważne, spokojne spojrzenie. – Rozumiemy. Rozkaz to rozkaz – zasalutował wraz z dziewczyną.
     Liderzy odpowiedzieli tym samym i odprowadzili ich wzrokiem. Meiji od razu zajął się studiowaniem planu ulic, ale widać było, że nie wymyśli nic sensownego. Mako patrzyła mu się przez ramię, nie odzywając się słowem.
      - Myślisz, że dadzą sobie radę? – spytała niespodziewanie.
      Mężczyzna spojrzał na nią ze zmęczeniem.
      - To wcale nie są takie dzieci, Mako-chan…
      - Nie chodziło mi tylko o nich – poprawiła się rudowłosa. – Raczej o wszystkich.
      Meiji spojrzał jej przeciągle w oczy, starając się zawrzeć w tym geście wszystkie słowa, których nie umiał wypowiedzieć, po czym ponowił czytanie planu miasta w całkowitej ciszy.

     Matsuki przykrył nieprzytomną dziewczynę kolejnym kocem i posmarował maścią sparzony policzek. Czarnowłosa nawet nie drgnęła, gdy kojący lek dotknął rany. Brązowowłosy zacmokał z niepokojem, ale zgasił światło w swojej sypialni i  wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
     Na jego widok Ryuji podniósł się z kanapy w salonie.
     - I jak? – spytał nonszalancko, choć rodzeństwo mordowało go wzrokiem od kiedy się pojawił w mieszkaniu.
     - Ogólnie to w miarę stabilnie. – odparł. – Ma kilka poparzeń, jest wychłodzona i nałykała się dymu. Za jakieś góra 2 godziny się ocknie.
      Ryuji pokiwał ze zrozumieniem głową i ponownie opadł na sofę. Trójka przyjaciół patrzyła się na siebie z napięciem. Rzucali ukradkowe spojrzenia przybyszowi, którego zdawało bawić ich zdezorientowanie. Gdy napotkał wzrok dziewczyny, uśmiechnął się szelmowsko.
      Matsuki zacisnął dłonie w pięści, ale starał się zachować opanowanie.
      - No więc… - odkaszlnął. – Co ty, kurwa, odpierdzielasz, Kuno?
      Czarnowłosy wybuchnął śmiechem. Posłał mu mordercze spojrzenie, ale chłopak dopiero po chwili się uspokoił i odpowiedział tym samym. Skrzyżował ręce na piersi i omiótł wzrokiem zabójców.
      - Naprawdę nie musicie nade mną stać. – zapewnił kpiąco. – Zwłaszcza, że za chwilę odbędziemy zapewne długą rozmowę.
     - Gadaj – syknęła Suzuko.
     - Tak, tak. – chłopak machnął dłonią. – No więc, co powiecie na rebelię?

     Koszmar zaczął się tak jak zwykle. Ocknęłam się na ziemi boso i w białej sukience. Od razu zaczęłam się kierować przez sosnowy las, w dobrze znanym mi kierunku.
     Dopiero po chwili zorientowałam się, że coś w moich wspomnieniach nie gra.
      Nie pamiętałam, że zasypiałam, a ostatnie chwile były zasnute gęstą mgłą.   Przedzierając się przez zarośla nie mogłam się skupić, a gdy już osiągnęłam jakąś koncentrację, wpadałam na drzewo. W końcu jednak uznając, że na razie nikt mnie nie ściga, zatrzymałam się, przykładając pięść do czoła.
     - Uspokój się i myśl. Uspokój się i myśl – szeptałam do siebie, licząc, że w tej czarnej pustce zabłyśnie jakakolwiek myśl, której będę mogła się uczepić. – Uspokój się i…
     Cichy trzask.
     Urwałam, podnosząc instynktownie głowę do góry, nasłuchując. 
     Kolejne trzaśnięcie gałązki.
     - Cholera by to – syknęłam, zrywając się do biegu.
     Nie widziałam kto mnie goni, ale i tak nie byłam w nastroju do biegu. Rozkołatane myśli błądziły po umyśle, a ja nie miałam wyboru tylko uciekać i uciekać. Z moich ust wyciekła wiązanka przekleństw, kiedy drzewa zaczęły się przerzedzać, informując, że za chwilę ujrzę Granicę.
     Gdy zbliżałam się już do końca lasu, przygotowywałam się na walkę. Wiedziałam, że będzie ona tak samo okropna jak poprzednie. Ale na jedno nie byłam przygotowana – na zaciągnięcie mnie na drzewo.
     Z moich ust wyrwał się krótki okrzyk, szybko zduszony czyjąś dużą dłonią.     Zamrugałam zdziwiona, gwałtownie rozglądając się na boki. W jednej sekundzie byłam kilka metrów niżej. W końcu oprzytomniałam i spojrzałam na mojego prawdopodobnego wybawcę, czując, że nie wbija mi jeszcze sztyletu w plecy.
     Mina mi zrzedła.
     - No dzięki – mruknął Yo, puszczając mnie.
     Rozmasowałam nadgarstki, obserwując go cały czas. Oparłam się o pień drzewa, podczas gdy on balansował na spróchniałej gałęzi niebezpiecznie blisko końca.   Skrzyżował ręce i popatrzył się na mnie z konsternacją.
     - No o co ci chodzi? – zapytał zdziwiony.
     - Jakoś rola bohatera nie przypada ci w moich snach – zauważyłam.
     Nadal nie spuszczałam go z oczu.  Czekałam na jeden fałszywy ruch. Ale on tylko machnął ręką, uśmiechając się z pokpiwaniem.
     - Ta, jasne. Chciałabyś – prychnął z wyższością. – Mam w tym swój interes.
     - No oczywiście – rzucił z udawanym zrozumieniem. – Przecież teraz będziesz mnie wydawać wedle swojego widzimisię. – uniosłam prowokująco jedną brew do góry.
      - Wiesz… To by nie było takie złe… - zastanowił się, ale wyczułam w jego głosie sarkazm. – Ale nie. – spojrzał na mnie poważnie. – Wiesz, mała, lubię wiedzieć o co chodzi. – wpatrywał się we mnie uważnie. – A teraz nie mam pojęcia.
      - Jakbyś chciał wiedzieć, to też nie wiem. – westchnęłam, krzyżując ręce.
      - Tyle już zauważyłem. Ale zaciągnąłem cię tu byś sobie to przypomniała.
      Napięłam mięśnie, czując, że ciśnienie mi się podnosi.
      - O nie. Nie, nie i nie. – syknęłam. – Nie dam ci grzebać w moim umyśle!
      - Przecież to nie jest science-fiction! Ichigo, no błagam! – wydusił, a na jego ustał błądził kpiący uśmieszek. – Masz teraz święty spokój, a ja mogę cię jedynie na te wspomnienia naprowadzić!
      Spojrzałam na niego z nieufnością. Bo oczywiście to co powiedział było bardziej logiczne od mojego stwierdzenia. Oczywiście. Odpowiedział hardo na mój wzrok, więc tylko pokręciłam głową, czując, że i tak nie mam innego wyjścia. Zamknęłam oczy, starając się wyciszyć.
      - No i?
      - Ostatnie miejsce, które pamiętasz? – spytał niskim głosem.
      - Świątynia… A dokładniej chyba studnia niedaleko… - odpowiedziałam z wahaniem.
      - Dobrze. A z kim tam byłaś?
      - Z Tsu. Ale nie… - zmarszczyłam brwi. – Ja na niego tam czekałam i… On przyszedł… Nie, nie… To nie był on… - zaczęłam się motać.
      Haker tylko powtórzył pytanie, nie pozwalając mi wyjść z transu. Obrazy wirowały przede mną niczym płatki śniegu. Widziałam Tsu, Ayako, Takiego, lodowisko, świątynię, nawet tą głupią studnię. Potem się odwracałam, ale…
      No właśnie.
      W tym miejscu jest pustka na miejscu wspomnienia, oprócz emocji. Wyczuwam z początku zdziwienie, potem strach i na końcu wściekłość. Kto tam mógł się pojawić…? Chłopak z czarnymi włosami… Tokaji…? Nie, nie, ale był podobny…
      Otworzyłam gwałtownie oczy, odskakując od pnia. Yo Ito zachwiał się, desperacko chwytając się cienkiej gałązki. Z początku popatrzył się ze złością, ale gdy ujrzał olśnienie w moich oczach, uśmiechnął się pewnie.
      Już się do niego odwracałam, by oznajmić mu, że coś pamiętam, ale znieruchomiałam. Wspomnienie spłynęło na mnie jak kubeł lodowatej wody.
      Owszem odwracałam myśląc, że tam był Tsuneari. Ale ujrzałam Ryujiego – jednego z członków Jishinu. Patrzył się na mnie z politowaniem, obserwując moją narastają złość wręcz z rozbawieniem, gdy nagle zbledł. Nim zdążyłam drgnąć, rzucił się na mnie, chwytając za ramiona.
      A potem rozbłysło oszałamiające światło i nastąpił potężny huk.
      I pustka.
      - Jasny gwint – zachłystnęła się powietrzem. Spojrzałam z przerażeniem na hakera, który obserwował moją reakcję z chłodnym opanowaniem. Najwyraźniej już domyślił się o co chodzi. – Ito, oni nas…

     Otworzyłam oczy.
     Moje rozszalałe serce zaczynało się powoli uspokajać, gdy dotarło do mnie, że już nie śpię i po prostu leżę w łóżku. Zamrugałam kilka razy wgapiając się w sufit, czekając aż ktoś do mnie podejdzie.
      Tylko coś było nie tak.
       Zmarszczyłam brwi, wgapiając się w sufit. Biały z pęknięciami i samotną żarówką. Prawie taki sam jak w większości sypialni w organizacji. Jednak coś różniło się od reszty. Poczułam ukłucie niepokoju w żołądku, ale pokręciłam głową, próbując siebie przekonać, że mam zwidy. Zamknęłam oczy, starając skupić się na jakiejś rozmowie.
       I owszem usłyszałam głosy. Tylko, że moja klatka piersiowa zacisnęła się mocno. Każde słowo brzmiało inaczej i… obco.
       Podniosłam się na łokciu. Zdusiłam stęknięcie, nie chcąc by ktokolwiek na razie mnie usłyszał. Pokój nie był jakoś wyjątkowy – kilka szaf, biurko, jakiś obraz… Może po prostu jakaś dobra duszyczka mnie… Miecz. Tu wisi miecz.
     Cholera.
     Odgarnęłam kołdrę, mając zamiar wstać i uciekać tak szybko jak się da. To na pewno nie Kaminari, więc albo ktoś prywatny, ale chcą zakładnika. Przełknęłam ciężko ślinę na samą myśl o tym.
      Ból poczułam dopiero gdy napięłam mięśnie, jednak załagodziło go coś chłodnego. Automatycznie dotknęłam policzka i wzdrygnęłam się, czując jakąś lepką maść. Spojrzałam na swoje lewe przedramię – również było posmarowane.
      No świetnie. Przynajmniej chcą mnie żywą.
      Spokój, Ichigo. Wystarczy, że wstaniesz bezszelestnie i podsłuchasz trochę rozmowy. Tyle wystarczy. Cicho, cicho, cicho…
      Przewróciłam oczami, gdy świat zawirował. Wiedziałam, że się wkopałam, jeszcze przed upadkiem. Nie miałam nawet czasu się zamortyzować i huknęłam o drewnianą podłogę. Przeklęłam pod nosem, wgapiając się przez chwilę w posadzkę.
       - Już się, kurna, ciszej nie dało, co? – wymamrotałam pod nosem, podnosząc się na łokciu. Zachowywanie ciszy już nic nie da.
       Uspokoiłam oddech, od razu zaczynając nasłuchiwać. Rozmowy ucichły i usłyszałam szybkie kroki. Z trudem podniosłam się na klęczki, chcąc choć minimalnie powiększyć swoje szanse przy walce.  
       Do pokoju wpadła dziewczyna, zapewne niewiele starsza ode mnie. Włosy miała przefarbowane na ostry, turkusowy kolor. Opadały falami na odsłonięte ramiona. Z początku obrzuciła wzrokiem posłanie, marszcząc brwi, gdy nie dostrzegła tam nikogo. Potem skrzyżowała wzrok ze mną.
       Zrobiło mi się gorąco. Kolor włosów to jedno. Ale gdy ktoś ma jeszcze takie same oczy, to nie może być przypadek.
      Patrzyła się na mnie w zdumieniu tymi bursztynowymi oczami. A ja przypominałam sobie nasz wcześniejszy kontakt wzrokowy i poczucie niepokoju, które mu towarzyszyło. Ona i jeszcze 2 chłopaków śledziło mnie i Ayako w Setagayi.
      Zmrużyłam oczy. Dziewczyna się otrząsnęła i wyciągnęła ekspresywnie dłoń w moją stronę.
       - Nic ci… - zaczęła z przejęciem, ale wzdrygnęła się.
      Zerwałam się tak błyskawicznie jak tylko potrafiłam w tym momencie. Wycelowałam prawego sierpowego prosto w jej nos, a dziewczyna całkowicie zdumiona moją reakcję zdołała zrobić krok do tyłu, podnosząc obrończo ręce. Moja pięść została jednak zatrzymana przez chłopaka, który pojawił się za dziewczyną.
      Ten sam co w Setagayi. Przez ten ułamek sekundy, w której zatrzymywał cios, dostrzegłam te same bursztynowe oczy co u dziewczyny. Czyli zapewne brat i siostra.
      Chłopak odsunął siostrę, przyciągając mnie bliżej. Wykręcił mi rękę, aż zrobiło mi się słabo. Odzyskałam na chwilę przytomność umysłu, gdy moje nogi oderwały się od ziemi. Uniósł mnie i chciał rzucić o ziemię. Zgięłam nogę, uśmiechając się pod nosem. Byłam pewna, że go trafię.
       I wtedy pojawił się on. Zjawił się bezszelestnie za plecami chłopaka i uderzył dość mocno bokiem dłoni w tył karku. Poczułam jak zluzował chwyt i puścił mnie. Tylko przez sekundę byłam w powietrzu – ten drugi mnie złapał, okręcił i cisnął na łóżko. Odbiłam się od materaca, zagłębiając się w poduszkach.
       Nastała niezręczna cisza. Wpatrywałam się oszołomiona w sufit, czując jak tlen ucieka z moich płuc. Cała sytuacja rozegrała się w niecałe 3 sekundy. Zamrugałam, usiłując zrozumieć sytuację.
      Owszem dopóki było tylko rodzeństwo z Harikenu, miało to sens. Ale gdy pojawił się ten chłopak z Jishin, wszystko ten sens straciło. Co robi tu ten podejrzany typ, który zniknął, gdy walczyłam z Setagayi?
      - Pragnę tylko zauważyć, że rannymi się nie rzuca, Ryuji – usłyszałam, jeszcze jeden głos.
      Podniosłam się powoli, patrząc się na kolejnego przybysza. Ten również był z nimi w trójkę w Setagayi. No świetnie, jeszcze jeden.
      - A czy tak się zachowuje osoba ranna, Matsuki? – Ryuji posłał przybyłemu szyderczy uśmiech.
      Chłopak zignorował tą niemą zaczepkę i podszedł do mojego łóżka. Obserwowałam każdy jego najmniejszy ruch, analizując każde możliwe rozwinięcie sytuacji. A im bardziej gorączkowo nad tym myślałam, tym czarniejsze obrazy podsuwał mi umysł.
      - Nic ci nie… - zaczął w miarę delikatnie, wyciągając dłoń w moją stronę.    Odepchnęłam ją, wkładając całą siłę w uderzenie, pragnąc przy tym by moje ostrzegawcze spojrzenie kazało im trzymać się z daleka.
      Tak, Ichigo, na pewno cię zignorują. Na pewno.
      Zwłaszcza, że jesteś w ich domu.
      Matsuki wzdrygnął się, ale nic nie powiedział. Spojrzał w moje oczy, po chwili kiwając ze zrozumieniem głową.
      - Wynocha – powiedział tylko, nadal patrząc się na mnie. Jakby oczekiwał, że moja mimika pomoże mu coś odgadnąć.
     W odpowiedzi na jego badawcze spojrzenia, przekrzywiłam głową, rzucając mu wyzwanie. Pokręcił tylko głową, odwracając się do przyjaciół. Pomachał na nich odganiającym gestem.
      - No już, już – syknął.
      - Ale… - zaczął blondyn, ale wzrok chłopaka zmroził go.
      - Won. – powtórzył Matsuki, odprowadzając wzrokiem wychodzące rodzeństwo.
      Potem spojrzał na czarnowłosego – nadal opierał się o ścianę nonszalancko, z skrzyżowanymi ramionami. Zmrużyłam oczy, kierując ku niemu ostrzeżenie. Chłopak popatrzył się na nas, uśmiechając się półgębkiem.
      - O proszę, jacy zgodni – zaśmiał się.
      - Wynoś się – syknął Matsuki.
      - Muszę? – droczył się dalej.
      - Musisz – odparliśmy jednocześnie, co wywołało wybuch śmiechu, ale nim zdążyliśmy zareagować, chłopak otwierał drzwi.
      - Jakby co jestem za ścianą – rzucił, zamykając drzwi.
      Mruknęłam coś niepochlebnego na jego temat, krzyżując spojrzenia z chłopakiem. Starałam się przybrać hardy wyraz twarzy, nie pokazując przy tym mojego zdezorientowania. Chłopak przysunął się bliżej.
      - Pozwolisz sprawdzić sobie opatrunki? – spytał na początku, wskazując głową na moją obandażowaną rękę.
      Posłałam mu niepewne spojrzenie, nie bardzo wiedząc, czy chcę by rany opatrywał mi jakiś zabójca z wrogiej organizacji.
      - Spokojnie, jestem po podstawowym szkoleniu medycznym – rzucił, wyciągając dłoń w moim kierunku. – Nic ci nie zrobię. Jakbym chciał, zrobiłbym to za pierwszym razem.
      Popatrzyłam na niego z powątpiewaniem, ale w końcu przysiadłam obok niego, wyciągając obandażowane lewe przedramię ku niemu. Nie powiedział nic więcej, jedynie sięgnął po apteczkę i zaczął odwijać bandaż. Zignorowałam wygląd rany, wiedząc, że i tak nic mnie nie ruszy. Wolałam analizować sytuację, póki mam na to czas.
      Zacznijmy od tego co wiem. Jestem w mieszkaniu albo tych z Harikenu, albo tego z Jishinu. Nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie to jest. Czas też nieznany. Motywy również. Okoliczności – niewiadome.
      Kurwa, nic nie wiem.
      - Sorki, zabolało? – spytał, gdy wzdrygnęłam się.
      - Nie. – odparłam tylko.
      Znów zapadła cisza, a chłopak wprawnym ruchem zawiązał mi bandaż na ręce i gestem nakazał pokazanie twarzy. Zbliżyłam policzek, wiedząc, że za chwilę skończy, a ja nadal jestem w kropce.
       Myśl, myśl, myśl, myśl. Coś musi być jakąś podpowiedzią. Cokolwiek.
       - Jak ci tam było? Ichigo…?
       - Hę? – odwróciłam automatycznie twarz w jego stronę, ale syknęłam czując ból w opatrywanym policzku. Po chwili zdałam sobie sprawę o co pytał. – A po ciul ci moje nazwisko – warknęłam.
       - No dobra, czyli imię znam. – rzucił tylko. – Nie jesteś zdezorientowana?
       Napięłam mięśnie, nie wiedząc o co mu chodzi. Zauważył ten gest i pokiwał ze zrozumieniem głową.
       - No pewnie, że jesteś. – mruknął. – Sam nie wiedziałem co on wykminił 3 godziny wcześniej… - zaśmiał się ponuro, usiłując zachować się przyjaźnie.
       - Byłam nieprzytomna przez 3 godziny? – zahaczyłam go.
       - Co? A tak, mniej więcej. – odpowiedział.
       - A która teraz jest?
       - Dochodzi 5… - odpowiedział, posyłając mi pytające spojrzenie.
       - Co się stało w Toshimie? – spytałam, patrząc się na niego poważnie. – Co on w ogóle tu robi? Po cholerę ja wam tutaj…
      - Spokojnie, spokojnie… - machnął na mnie ręką. Spakował spokojnie apteczkę, ignorując moje mordercze spojrzenia. – Trudno mi na to odpowiedzieć. Sam za bardzo nie ogarniam planu Ryujiego. Wiem tylko, że póki nie dasz nam jasnej odpowiedzi, mam traktować cię jak sojuszniczkę. – podszedł do drzwi, ale zawahał się. – Muszę przyznać, że jak na długość twojego członkostwa masz głowę na karku. – rzucił tylko i wyszedł.
       Patrzyłam się za nim, czując narastającą gulę w gardle.
       Traktować jak sojuszniczkę, dopóki nie dałam odpowiedzi…co?
       Zaśmiałam się pod nosem, czując, że moja sytuacja pogarsza się z sekundy na sekundę. Zwłaszcza, że słyszałam kierujące się w stronę pokoju kroki, a ja doskonale wiedziałam, że to Ryuji. Usiadłam po turecku na łóżku, wbijając mordercze spojrzenie w drzwi.
      Zabójca o dziwo zapukał 2 razy w drzwi.
      - Można? – rzucił, ale nim padła odpowiedź, wszedł do środka.
     Nic nie odpowiedziałam, śledząc jego każdy ruch. Czekał na jakiś znak z mojej strony, a gdy się nie doczekał, oparł się nonszalancko o ścianę, tak jak wcześniej.
    Gorączkowo myślałam nad drogą ucieczki, choć w głowie miałam pustkę. Cykanie zegara odmierzało czas, jakby chcąc pokazać przeciągłość naszego milczenia. Jakby nie wystarczało to, że odległość między jednym tyknięciem była dla mnie wiecznością. A coraz to bardziej desperackie plany kreśliły się w moim umyśle.
      Jeśli uda mi się chwycić ten miecz w niecałe 3 sekundy, uda mi się wyminąć…
      - Nie radziłbym.
      Drgnęłam i obrzuciłam go podejrzliwym spojrzeniem. Chłopak się zaśmiał, uśmiechając się po tym szyderczo.
      - To atrapa. Ten miecz – odparł i jakby na dowód swoich słów, chwycił broń pokazując jej lekkość i kiepskie odpowiedniki części.
      Serce zabiło mi szybciej, ale zdusiłam w sobie głęboki oddech, starając się by moja twarz nawet nie drgnęła. Posłałam mu najbardziej nienawistne spojrzenie na jakie było mnie stać. Chłopak tylko się zaśmiał i przysiadł na biurku.
      - Gadaj. – rozkazałam władczo.
      - Ale co? – wzruszył ramionami. – Trochę się tego nazbierało.
      - Doskonale wiesz o co mi chodzi… - zaczęłam, ale urwałam.
      On tylko uśmiechał się pewnie, wyraźnie chcąc się podroczyć.
      - W ogóle to ty mnie pamiętasz, Ichigo Kanegawa? – błysnął zębami.
      - Jesteś tym chłopakiem z Setagayi – odpowiedziałam ostrożnie. – Tym, który widział mnie 2 razy i nie wydał. Zniknąłeś gdzieś, gdy Shigeo i Weasleyowie mnie zaatakowali.
     - O jak miło. Pamiętasz – prychnął. – Ja ciebie też pamiętam.
     - No co ty nie powiesz…
     - Zaintrygowałaś mnie, Ichigo. Tym jak się zachowywałaś i jak walczyłaś mimo braku doświadczenia. Między innymi dlatego was nie wydałem. – popatrzył się prosto w moje oczy. Poczułam dreszcz przebiegający po plecach. – Potem poszperałem trochę. Pochodzisz z Setagayi, masz 14 lat. Mądra, wysportowana, lubiana. Rodzice to dziennikarka i prawnik, więc byłaś całkiem dziana. No ale zostali zabici w ostatnią sierpniową noc. – wyliczył wszystko bez zająknięcia. – Jak przykro.
      Poczułam narastającą złość, którą wręcz zaświeciła się w moich granatowych oczach. Sam fakt, że aż tyle się dowiedział, sprawiał, że oprócz obrzydzenia czułam gniew, ale sposób w jaki to mówił spowodował wylew nienawiści.
      - Stul pysk. – warknęłam, nie licząc się z konsekwencjami.
     A on tylko ciągnął dalej.
     - Praktycznie przez przypadek zostałaś wciągnięta przez Nakade do Kaminari, gdzie zostałaś. – ciągnął dalej. – Z początku tylko przez brak miejsca do życia, potem przerodziło się to w chęć zemsty…
    - Stul pysk.
    - Trafiłem? – uśmiechnął się szyderczo, a gdy spostrzegł, że napinam wszystkie mięśnie, machnął uspokajająco dłonią. – Spokojnie, spokojnie. Nie bierz tego do siebie…
     - O co ci chodzi? – wycedziłam przez zęby.
    Błysnął na mnie złotymi oczyma, kryjąc tam iskierkę zadowolenia.
    - Lubię konkretnych ludzi – pokiwał do siebie głową. Zignorował słowo hipokryta, które mruknęłam pod nosem. – Aczkolwiek zapewne jesteś ciekawa o co w ogóle chodzi, co?
    - Przestań pieprzyc i zacznij gadać. – syknęłam. – Gdzie ja jestem? Co się dzieje? Po co jestem tobie potrzebna?
    - W mieszkaniu Matsukiego, na obrzeżach Senkawy. – westchnął. – A jeśli chodzi o resztę to jest to bardziej skomplikowane… Pamiętasz tą bombę, od której tak tylko wspomnę, cię odciągnąłem? No to to był atak Jishinu.
    - Wiedziałam. – zerwałam się na równe nogi, ale Ryuji mnie powstrzymał.
    - Nie tak szybko. I tak nie zdążysz na pierwszą bitwę – prychnął. Posłałam mu mimowolnie zaciekawione spojrzenie, na co uśmiechnął się chytrze.  – Z tego co wiem, tą pierwszą linę wycofali, bo twoje szanowne dowódco ich zdziesiątkowało. Przenieśli ich do głównych sił i zaplanowali atak na 5.
    - Na 5? – powtórzył marszcząc brwi. – Przecież to za chwilę.
    - No cóż. Jakbyś się obudziła szybciej, może dałoby się to zakończyć szybciej.
    Popatrzyłam się na niego z  mordem w oczach. Po chwili jego milczenia, coś do mnie dotarło. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia i spojrzałam na niego uważniej.
    - Czy ty powiedziałeś ‘zakończyć’?
    - Ano powiedziałem.
    Usiadłam na łóżku, krzyżując ręce na piersi.
    - No dobra, zaciekawiłeś mnie. Kontynuuj.
     - Interesujące, naprawdę interesujące… - mruknął pod nosem. – No więc… - zaczął już głośniej. – Jeśli chodzi o ciebie… Do wiarygodności potrzeba mi było kogoś z Kaminari.
      - I wypadło akurat na mnie? – wtrąciłam z powątpiewaniem.
      - Jak już mówiłem zaintrygowałaś mnie. – prychnął. – Chcę zabić Igarashiego. 
     Uniosłam wysoko brwi, nie wierząc w to co usłyszałam.
      - Chcę zniszczyć Jishin i zbudować organizację z jego popiołów. Pragnę w niej wykwalifikowanych ludzi z dużym potencjałem, a nie mięsna armatniego – ciągnął dalej, patrząc się nadal w moje oczy. – Byłabyś mile widziana.
       - Zapomnij. – wydusiłam od razu.
       - Wiedziałem. Ale ja mogę poczekać. – wzruszył ramionami. – Ale i tak musisz mi pomóc. Czy tego chcesz czy nie. – uśmiechnął się chytrze.
      Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie.
      - No to mnie przekonaj. – odparłam hardo, choć sama widziałam powody.
      Wyciągnął przed mój nos jednego palca.
      - Po pierwsze: jesteś moją zakładniczką. Po drugie: nie wyglądałoby to dobrze, jakbym zdradził ‘własną organizację’. Po trzecie: jesteśmy w tej wojnie sprzymierzeńcami…
      - Co nie zmienia faktu, że i tak mogę się nie zgodzić. – uniosłam wyzywająco podbródek, nie chcąc się ugiąć.
      - Ach tak? – uśmiechnął się pewnie, jakby wiedział, że i tak wygra. – Masz głowę na karku, Ichigo. Zwykła gadka cię nie przekona… Czyli muszę uderzyć w twoją bardziej zdesperowaną stronę. – posłał mi spojrzenie błyszczących, złotych oczu. – I po najważniejsze… - kontynuował tak samo, zniżając lekko głos. Ostatnie słowa wyszeptał mi do ucha.
       A ja po usłyszeniu ich, przeklęłam go w myślach. Od razu wiedziałam, że nie ważne jak bardzo logicznie i racjonalnie to przemyślę, nie zdołam odwieść się od tego pomysłu.
      Niech cię szlag, Ryuji Kuno.
      Wstałam ze zrezygnowaniem, a jego słowa nadal dźwięczały mi w głowie.

       - Mamy jakiś plan, Kuno?