Rozdział
8
Kiedy los jest przeznaczeniem
Sue, nim przekroczyła próg własnego domu, stanęła
bezszelestnie pod drzwiami, nasłuchując najmniejszego dźwięku. Jej uszy w
ostatnim czasie wyczuliły się na niektóre odgłosy tak bardzo, że była w stanie
dosłyszeć ciężki oddech ojca, który leżał na kanapie, spity, oddychając dymem
po papierosach. Teraz natomiast nie usłyszała nic do wskazywałoby na ojca.
Miała wrażenie, że ktoś stąpał cicho gdzieś w domu, ale gracja i rytm kroków
wskazywałby tylko na Fumiyę.
Dziewczynka weszła do środka, nadal ostrożna i spięta,
jakby to nie był jej dom. Zgarbiła ramiona od razu, po pomyśleniu o tym. Bo w
sumie, to miejsce nie było jej domem.
Odetchnęła głęboko, gdy w jej stronę nie poleciała
żadna butelka po alkoholu i zamknęła drzwi. Wtedy kroki stały się głośniejsze,
choć nadal nie straciły na lekkości. Zza drzwi wyłoniła się sylwetka brata,
który jednocześnie pobladł, ale odetchnął z ulgą.
- Cześć Sue… - westchnął, uśmiechając się ciepło i
idąc w jej stronę.
- Cześć. – odparła ostrożnie. – Coś się stało?
Jesteś strasznie blady…
Pokręcił tylko głową, zakrywając usta dłonią i
zagłębiając się w przemyśleniach. Skinął jej jeszcze, odpływając totalnie i
począł znów krążyć w kółko. Sue rzuciła za nim zaintrygowanym spojrzeniem.
Teraz wiedziała, że coś było na rzeczy – Fumiya, nawet jeśli było niedobrze,
zawsze odpowiadał, że jest dobrze.
- Widziałaś może gdzieś ojca? – spytał po chwili,
gdy dziewczynka wnosiła tornister po schodach.
- Co? Nie. Czemu miałabym…?
- Gdzie on mógł poleźć… - mruknął pod nosem Fumiya.
- Nie wróci? – dziewczynce zabłysnęły oczy z
nadzieją.
Czarnowłosy dopiero teraz zatrzymał się i mrużąc
oczy, uśmiechnął się pocieszająco do siostry.
- O niczym innym nie marzę. – zaśmiał się ponuro. –
Ale obstawiam, że jak załatwi te swoje czarne interesy to niestety wróci…
Mniejsza z nim. Mam do ciebie sprawę, siostra.
- Łał, to dość niespotykane. – rzuciła żartobliwym
tonem, bo brat zabrzmiał poważnie. Jego twarz nie drgnęła. – No słucham.
- Wiem, że znalazłaś sobie teraz kolegę i bardzo się
z tego cieszę, ale… Wracaj po szkole od razu do domu. Najlepiej przez rynek, a
nie na skróty.
Dziewczynka mierzyła go wzrokiem przez dłuższą
chwilę. Fumiya widząc, jak na jej czole pojawiają się bruzdy, już wiedział, że
Sue nie zgodzi się tak po prostu. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby tutaj
wracać jak najszybciej. Dlatego tylko westchnął, gdy padła odpowiedź.
- Nie ma mowy. Nie chcę tu spędzać ani minuty więcej
niż to konieczne. – powiedziała czarnowłosa, krzyżując nieporadnie ramiona.
- Tylko, że właśnie to jest ta konieczność. –
zaśmiał się Fumiya.
- Nie możesz mi rozkazać wracać do domu.
- Uważaj, bo się zdziwisz. – chłopak przewrócił
oczami, zdając sobie sprawę, że nie osiągnie nic kłócąc się. – Słuchaj, mała. –
powiedział czulej, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Tylko przez parę dni, okej?
- Nie okej. – burknęła, odsuwając się. – Nie będę
marnować popołudni zamknięta w pokoju, bo ty jesteś przewrażliwiony, że w końcu
ktoś mnie polubił!
- Co? – Fumiya został całkowicie zbity z tropu. – To
nie tak… - jęknął.
- No w ogóle! – dziewczynka tupnęła. – Doskonale
wiem, jak mnie widzisz! Po prostu nie możesz zrozumieć, że ktokolwiek chciałby
się ze mną zadawać!
- Sue, nie przesadzaj. – uciął Fumiya.
- To czemu mam niby wracać prosto do domu? – posłała
mu obruszone, acz pytające spojrzenie.
- Bo cię o to proszę?
Dziewczynka przewróciła oczami.
- Wrąbałeś się w jakieś kłopoty, tam, w tym
podziemiu, prawda?
- Jakie podziemie, Sue, co ty wymyślasz…
- Nie traktuj mnie jak małego dziecka! – krzyknęła,
popychając go z całych sił, a chłopak zachwiał się jedynie z czystego
zdziwienia. – Nie jestem ślepa! Nie jestem głupia! Przecież widzę!
- Sue, chwila, co? Co ty…
- Widzę, gdzie idziesz i o jakich porach wracasz.
Całkowicie padnięty i brudny. Nosisz przy sobie broń. Walczysz tą bronią. –
mimowolnie w kącikach jej oczu pojawiły się łzy. – Czy ty myślisz, że ja nie
widzę, że mamy więcej pieniędzy? Przecież one nie biorą się z nieba, Fumiya…
- Sueś… - kucnął przy niej, przytulając ją mocno. –
Nie płacz, no. Przecież mówię, że to żadne podziemie. – powtórzył, a
dziewczynka odepchnęła go.
- No właśnie! Zawsze to samo! – krzyknęła wściekła.
– Wiesz co? Mam gdzieś, że każesz mi wracać! Pójdę sobie gdzie chcę i kiedy
chcę, a ty i tak do tego nic nie masz, bo jak zwykle ciebie nie będzie i
wrócisz późną nocą! Rób sobie co chcesz!
- Sue!
- Możesz sobie robić ze swoim życiem co chcesz, ale
jeśli bawisz się w kryminalistę, to nie mam zamiaru być twoją siostrą! Robisz
się taki sam jak ojciec! – krzyknęła dziewczynka, po czym pobiegła po schodach
na górę, zatrzaskując za sobą drzwi.
Fumiya w pierwszym momencie miał za nią pobiec,
układając pobieżnie plan na dalszą rozmowę – zdał sobie sprawę, że Sue
domyśliła się bardzo dużo, ale nadal może przekazać to w szarościach, a nie na
czarno-biało. Jednak zatrzymał się z wyciągniętą dłonią, czując jak ostatnie
zdanie wyciska resztki powietrza z płuc, powodując, że oczy zaszły mu czernią,
a resztki duszy, których jeszcze nie sprzedał zakołatały się boleśnie.
Spojrzał tępo na wyciągniętą rękę. Dłoń była duża,
brudna i pokryta licznymi bliznami, odciskami i zadrapaniami. Uśmiechnął się,
mrugając, by odpędzić szklistą powłokę z oczu. Jakby patrzył na dłonie ojca.
Zaśmiał się cicho, wplatając palce we włosy i opadając ciężko na schody.
Znalazł się w swoim najgorszym koszmarze, który
najwyraźniej postanowił wciąż się w nim rozwijać.
Fumiya odetchnął głęboko, próbując wrócić do
wcześniejszej dedukcji, powtarzając sobie, że to wszystko dla dobra Sue.
Wszystko dla dobra ostatniej osoby, która cokolwiek
dla niego znaczy.
***
Przez kolejne parę dni atmosfera w domu Sotomurów
była okropnie niestabilna, czekała na pęknięcie, niczym ostatnia pokrywa lodu,
ogrzewana cieplejszymi promieniami słońca.
Sue i Fumiya rozmawiali ze sobą jedynie z
konieczności – ich ojciec zadziwiająco trzymał się z dala od domu, nie
powodując żadnych bójek, a co za tym szło – rodzeństwo nie mogło udobruchać się
swoją zwyczajową pomocą i wsparciem w takich sytuacjach. Dziewczynka przez
pierwszy dzień miała za złe bratu i jak na złość wróciła samym wieczorem.
Fumiya, ze stresu nawet nie miał siły na zaczynanie
kłótni. Przez cały poranek siedział na klombie, niedaleko szkoły obserwując
otoczenie – niby z polecenia dilera, ale dzięki temu miał oko na Sue. Po
południu, gdy siostra prawie kończyła lekcje, usiłowali razem z dilerem
chociażby namierzyć Szczury. Bezcelowo. Czarnowłosy przegapił jednak możliwość
zaciągnięcia siostry prosto do domu. Dziewczynka rozpłynęła się w powietrzu, a
on stwierdził, że da jej godzinę. Szukał jej potem nawet w jej ulubionych
miejscach, latając w te i we w te jak wariat, odchodząc od zmysłów.
Był bliski omdlenia, gdy docierało do niego, że
Szczury muszą zawinąć kilka dzieciaków po cichu, a drobna, introwertyczna
dziewczynka, której tak naprawdę nikt nie lubi, nie mogła być łatwiejszym
celem.
Dlatego zagryzł mocno zęby, gdy siostra wróciła,
dalej obruszona na brata. Nawet gdyby chciał, to co miałby jej powiedzieć. Że
grasują tutaj porywacze? Zbyt dużo niewiadomych. Sue w 5 minut pogorszyłaby
sytuację, dopytując się o zbyt wiele rzeczy. Na sam początek padłoby pytanie,
skąd on niby to wie, a nie dałby rady wymyślić nic przekonywującego. Nawet sama
prawda wydawała się chłopakowi mało realna.
Fumiya dopiero drugiego dnia zaobserwował zmianę –
Sue wróciła dość szybko, ale inaczej patrzyło jej się z oczu. Na swojej owalnej
twarzy miała wymalowany grymas, którym obdarzała go przy każdej okazji (on nie
zachowywał się lepiej, przewracając tylko oczami i prychając), ale w spojrzeniu
kryła się mieszanka negatywnych uczuć, przypominających mu zdradę, smutek i
podejrzliwość, które skrywały się za przeszklonymi od powstrzymywanych łez,
czarnymi oczami.
- Ej, Sue. – zawołał, przerywając napiętą atmosferę,
jednak nie znalazł tyle zaparcia, by się uśmiechnąć. – Coś się stało?
Dziewczynka zatrzymała się na górze schodów,
rozglądając się na boki w totalnym zdezorientowaniu, rozchylając lekko usta.
Wyglądała, jakby nie wiedziała co zrobić, jakby zapomniała kim jest. W końcu
pokręciła głową i schowała się do sypialni. Fumiya już wiedział, że coś było
nie tak – Sue tak po prostu by nie wróciła do swojego zamkniętego świata.
Chłopak stawiał już stopę na pierwszym ze stopni
schodków, gdy do drzwi rozległo się łomotanie. Czarnowłosy zastygł w bezruchu,
ale napiął czujnie mięśnie, jakby gotując się na walkę z ojcem. I wtem do niego
dotarło – ojciec by nie zapukał. Pobiegł bezszelestnie do drzwi, zaglądając
jeszcze przez ramię, czy Sue przypadkiem nie wychynęła ze swojego pokoju, po
czym uchylił ostrożnie drzwi.
Diler szybko wstawił stopę między drzwiami, by
chłopak nie zatrzasnął mu ich przed nosem. Fumiya spojrzał na niego pytająco,
milcząc. Poczuł jak adrenalina zaczyna płynąć mu w żyłach – umowa pomiędzy nimi
była prosta – diler nie zbliża się do jego domu, chyba że zachodzi
ostateczność. Najwyraźniej szykowało się coś poważnego, chłopak wyczuwał to w
powietrzu, ale nie ekscytował się.
Wolałby święty spokój, nieryzykowne misje i stały
dopływ gotówki.
- Co jest? – syknął, mierząc szefa wzrokiem.
- Mam ich. – mruknął tamten. – Jedziemy teraz.
- Tak po prostu? Odbiło ci?
- Mam człowieka na mieście. Ma na nich oko, teraz
wszyscy siedzą w tym ich mieszkanku-bazie. Lepszej szansy nie będzie. – diler
uśmiechnął się. Fumiya zauważył, że ma na sobie zdecydowanie bardziej bojowy
strój, niż poobdzierane, zatęchłe kamizelki, w których się tak lubował. –
Jedziemy. – powtórzył z naciskiem.
- Dlaczego ci tak na tym zależy? – spytał
sarkastycznie czarnowłosy, przestając blokować drzwi. Nie miał dużego wyboru,
szczerze – to nie miał żadnego wyboru, więc zaczął zakładać wygodne buty.
Diler splunął, opierając się nonszalancko o framugę.
Mężczyzna spoglądał na niego bacznie.
- Moje interesy to moje interesy. – odparł tylko.
- Kiedy zaczynasz mnie w nie mieszać, zaczynają być
moje. – odparował chłopak. Diler zagwizdał z rozbawieniem.
- Masz w tym przecież interes, gówniarzu. – mruknął,
szukając dziewczynki wzrokiem. Fumiya wypchnął go ramieniem za drzwi,
zatrzaskując je za sobą.
Jego szef miał aż za dużo racji. Jeśli uda im się
sprzedać Szczury lub chociaż zdobyć jakiekolwiek informacje, może zaśnie
spokojnie. Wsiadając do rozklekotanego samochodu, czuł na sobie wzrok siostry,
ale z bólem serca nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Wiedział, że jeśli
dostrzeże oskarżenie i poczucie zdrady w jej oczach, albo co gorsza łzy, nie da
rady.
- To twoje auto? – spytał, przybierając beznamiętną
minę i zapiął pasy.
- Zabawny jesteś, Sotomura.
***
Sue patrzyła za odjeżdżającym autem z mieszanymi
uczuciami, które w końcu spłynęły po jej policzkach w postaci łez. Od dłuższego
czasu wiedziała, że jej brat zaczął babrać się w szemrane interesy, ale
przypuszczać to co innego, niż zobaczyć.
Dziewczynka cofnęła się kilka kroków w głąb pokoju,
krzywiąc się na dźwięk trzeszczącej podłogi. Była całkowicie sama, a dom
pogrążał się w obezwładniającej ciszy. Sue zaczynała słyszeć bicie swojego
serca. Mimo wszystko było to lepsze niż obecność tutaj ojca.
No właśnie. Ojciec.
Sue nie miała pojęcia, kiedy Akino wróci do domu,
nie miała też pewności, że Fumiya zdąży wrócić na czas, a ona nie miała zamiar
stawiać samotnie czoła rozwścieczonemu alkoholikowi. Zarzucając na siebie
bluzę, postanowiła, że wróci dopiero, gdy reszta będzie pogrążona w głębokim
śnie.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, nawet się nie oglądając.
Dziewczynka szła powolnym krokiem przez opustoszałe
uliczki, oświetlone popołudniowymi przebłyskami słońca, które od lat usiłowało
dodać uroku temu szaremu miejscu. Mimowolnie kierowała swe kroki w tą gorszą
część miasta, jakby nie mogąc znieść widoku czegokolwiek weselszego. Może
podprogowo chciała też sprzeciwić się bratu, mimo że doskonale wiedziała, że to
tylko troska.
Swój powolny, ociężały chód zatrzymała dopiero będąc
na pograniczu tych dobrych uliczek, a tych złych. Zmrużyła oczy przypatrując
się trzem niewielkim postaciom i poczuła jak napięte do tego czasu ramiona
opadają, a wyimaginowana siła opuszcza ją. Takeda zabawiał jakimiś wesołymi
pogaduszkami dwie bliźniaczki z jej klasy. Sue może była nazbyt
przewrażliwiona, ale kiedy zobaczyła jak Takeda czeka akurat na nie, kiedy ją
zignorował, pozwalając by dziewczynki ją wyśmiały, poczuła się zdradzona.
I naiwna.
Jakby liczyła, że Takeda nie zorientuje się, że coś
jest z nią nie w porządku.
Po tylu latach powinna się w końcu nauczyć.
Że nigdy nie będzie równa reszcie.
Mimo iż widok tej trójki w jakiś sposób zaalarmował
ją, Sue odwróciła się i poszła w zupełnie innym kierunku, niewidoczna dla
roześmianych dzieciaków.
***
Problemy zaczęły się po dwóch dniach. Fumiya nie
wrócił na noc do domu, a Sue wdrapała się po rynnie do pokoju, unikając ojca
jak ognia.
Na lekcjach nie pojawiły się bliźniaczki. Nagle
oznajmiono im, że dziewczynki zmieniły szkołę. Tego samego dnia Sue dostrzegła
jak Takeda zaczepiał jakiś starszych chłopaków. W jej głowie zapaliła się
czerwona lampka, która rozbłysnęła jeszcze jaśniej kolejnego dnia, gdy w szkole
pojawiła się policja, rozpoczynając śledztwo. Bliźniaczki zaginęły, a dzieci,
po ewentualnych pytaniach odesłano do domu.
Sue, nim wróciła, przemogła się i spytała się
starszej klasy o jednego chłopaka. Jego dzisiaj też nie było.
Dziewczynka poleciała na skróty do domu. Rano
widziała, że brat w końcu wrócił, ale był tak nieprzytomny, że nie obudziła go
żadnym sprawdzonym sposobem. W jej rozczochranej głowie zaczęły kłębić się
pytania, a odpowiedzi, które sama sobie dopasowywała zaczynały przerastać jej
drobne ciałko, powodując, że serce obijało się boleśnie o klatkę ze strachu.
Fumiya musiał mieć cel w tym, że chciał ją uziemić.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zabronił jej wychodzić dzisiaj, gdy
poszukiwania zostały wszczęte, ale brat wiedział o porywaczach dużo wcześniej.
A skoro wiedział, dlaczego nie poszedł z tym do władz? Dlaczego ukrywał to wszystko?
Sue przełknęła ślinę.
Dlaczego Takeda gadał ze wszystkimi, którzy
zniknęli?
Dziewczynka zmarszczyła brwi. Z chłopakiem było coś
nie tak, więc postanowiła go unikać. Ciemne myśli zaczynały krążyć jej po
głowie. Może znajomość z nią miała dla niego jasny cel. Zaprzyjaźnić się, uśpić
czujność, a potem…
Krzyknęła, gdy wpadła na kogoś z całym impetem,
odbijając się od niego jak od ściany. Podniosła oszołomiony wzrok do góry,
wiedząc kogo zobaczy.
Takeda roześmiał się, wyciągając do niej dłoń jak
nigdy nic.
- Co ty odstawiasz, Sue? Nic ci nie jest? – poderwał
ją z łatwością do góry.
Dziewczynka rozejrzała się z przestrachem, zdając
sobie sprawę, że ulica jest opustoszała. Było bardziej niż źle. Bardzo, bardzo
źle. Obrzuciła go mimowolnie oskarżycielskim spojrzeniem. Rozplanował to sobie
idealnie.
- Coś się stało? – spytał, zerkając przelotnie na
zegarek. Zmarszczył przy tym brwi na ułamek sekundy, co dało Sue jasny znak.
Czekał na czyjś ruch. Odsunęła się ostrożnie na
krok.
- Ej, Sue, gdzie ty… - ciągnął wesoło Takeda, ale w
pewnym momencie jego twarz zastygła, a w jego błękitnych oczach błysnął chłód.
– Ty już wiesz, prawda? – zniżył głos do ledwo słyszalnych tonów.
Sue odskoczyła na jeszcze kilka kroków, rozglądając
się z przestrachem. Takeda syknął z niezadowoleniem, spoglądając znowu na
zegarek. Najwyraźniej jego plan szlag trafił. Chwycił przyjaciółkę za
nadgarstek, ale ta wyrwała się mu, gnając przed siebie. Chłopak syknął pod
nosem. Dywersję też szlag trafił.
Sue biegła ile miała sił w nogach, chociaż Takeda
jej nie gonił. Serce praktycznie wyskakiwało jej z piersi, ale dodawała sobie
sił myślą, że już nie daleko. Fumiya musiał być w domu. Fumiya coś wymyśli.
Fumiya ją uratuje.
Dziewczynka jeszcze jakimś cudem przyśpieszyła, gdy
usłyszała, że biegną za nią zwartą grupką.
***
Takeda nie oberwał co prawda od towarzyszy, że
pozwolił uciec tak łatwemu celowi, ale wiedział, że jego dywersja nic nie da.
Reszta Szczurów ruszyła za dziewczynką, więc nie było szans. Zerknął na
zegarek. Nawet nie wiedział, czy wiadomość dotarła do niego na czas.
Odetchnął głęboko. Szkoda dziewczyny. Polubił ją.
Ruszył spokojnym truchtem za towarzyszami.
***
Sue wpadła przez drzwi domu jak burza.
- Fumiya! – wrzasnęła, wbiegając po schodach. –
Fumiya! – zawołała rozpaczliwie, nie mogąc namierzyć brata w żadnym z pokoi.
Zbiegła szybko na dół. – Fumiya!
- Nie drzyj tak japy, gówniaro, jego tu nie ma! –
huknął ojciec z salonu.
Dziewczynka była tak zdesperowana i przerażona, że
pomknęła za głosem ojca, czując jak łzy ulgi spływają jej po policzkach. Nigdy
nie poczuła się tak bezpiecznie z myślą, że ten mężczyzna jest w domu.
- Tato, ratunku, oni mnie… - zaczęła sapać, trzęsąc
się i wskazując w stronę drzwi, ale urwała.
Ojciec nawet na nią nie spojrzał, przeliczając dość
duże pieniądze. Na stole leżała koperta. Sue szybko składała fakty. Musiał je
od kogoś dostać. Cofnęła się o krok, kręcąc głową. Nie oddychała, nie myślała,
jej serce nie biło.
Czuła się jak zwierzę, nad którym pastwi się
drapieżnik. Ofiara wie, że i tak przegrała, ale mimo wszystko nikt nie
oszczędzi jej strachu wtłaczanego z wielkim bólem w żyły.
Nikt i nic w tym świecie nie było po jej stronie.
Zdążyła tylko wrzasnąć, ostatkiem sił, gdy cofając
się napotkała opór umięśnionego ciała. Obcy mężczyzna bez trudu przygarnął
wątłą, małą dziewczynkę do siebie, przytykając jej do nosa szmatkę nasączoną
chloroformem. Ostatnim co dostrzegła Sue, był okrutny uśmiech, kogoś kogo
musiała uważać za ojca, po czym poddała się w tej bezsensownej walce i sama
zamknęła oczy, pozwalając by substancja całkowicie odebrała jej przytomność.
***
Fumiya wyszedł spokojnie z opuszczonego składu
węgla.
Diler wysłał go z powrotem do domniemanej kryjówki
Szczurów, ale nie ponownie nie znalazł niczego przydatnego. Chłopak zatrzymał
się jeszcze, zwracając wzrok ku ponuremu otoczeniu. Niewielkie hałdy węgla
pozostawały tu i ówdzie, mając te szczęście, że póki co ludzie ich nie
ograbili. Na pustym, brudnym placu stało kilka samochodów bez opon, w
opłakanych stanie. Fumiya miał wrażenie, że swoimi wybitymi szybami wręcz
proszą o litość i wzięcie ich na złom.
Chłopak westchnął, mnąc starą kartkę w kieszeni.
Pierwsze krople deszczu spokojnie opadły na jego twarz, spływając po niej i zatrzymując
się z wahaniem na brodzie. Fumiya pokręcił głową, pozwalając im się oderwać i
spojrzał na zmiętą kartkę. Diler ją znalazł, kiedy ostatnio tutaj byli. Notatka
na niej wskazywała, że zabójcy tu urzędowali, ale nie było tutaj nic więcej niż to.
Trzy
dziewczyny, jeden chłopak.
Dość zwięzłe wytyczne, zakpił chłopak i, nie
przejmując się deszczem, ruszył powoli w kierunku przystanku. Schowawszy notkę
z powrotem do kieszeni, wyciągnął jednego papierosa i zapalniczkę.
Przytrzymawszy ogień przy samym końcu cygara, zawahał się, słysząc gdzieś
niknący głos siostry, ale nie przemógł się, by zgasił płomień. Wręcz odetchnął
z ulgą, gdy w wydychanym powietrzu był nikotynowy dym.
Diler wciąż zastanawiał się kogo jeszcze mają zamiar
zwinąć Szczury. Jeśli wierzyć w kartce, brakowało im tylko jednej dziewczyny.
Ale nawet jeżeli ich zapadlina, nazywana przez niektórych miastem, była mała,
to dziewczyn poniżej 18 lat było aż zbyt dużo.
- Nie może pan wsiąść z papierosem. – mruknął kierowca
autobusu, otwierając przed zmokniętym chłopakiem drzwi.
Fumiya uśmiechnął się, wypuszczając papierosa z ust
i przydeptując go piętą.
- Poproszę jeden bilet.
Z początku w autobusie był tylko on, ale im bliżej
jakiejkolwiek cywilizacji byli tym więcej osób przewijało się. Fumiya
obserwował ich pustym wzrokiem, oddychając ciężko.
Szare osoby wchodziły i wychodziły, a ich ruchy i
słowa zacierały się po chwili w pamięci. Tak naprawdę nie istniały dla nikogo
dłużej niż kilka sekund. Fumiya odchylił głowę do tyłu, krzyżując nogi. Wolał
chociaż nie patrzeć, by oderwać się od tych ponurych rozmyślań.
Jednak po kilkunastu minutach, gdy to w końcu on
mógł zatrzeć się w cudzej pamięci i wyjść z autobusu, jego melancholia
zaczynała przeradzać się w niepokój. Jakby instynkt, który szkolił ostro przez
ostatnie miesiące, obudził się w tej chwili. Fumiya czuł jak wszystkie mięśnie
napinają się raz po raz, jak u drapieżnika gotowego do skoku, wzdrygał się gdy
dreszcze przebiegały mu po plecach. Chłopak nie wiedział co się działo, ale
wiedział, że coś.
Te niewiele osób, którego go minęło w drodze do
domu, spostrzegłszy morderczy wzrok wbity gdzieś przed siebie, usuwało mu się z
drogi, a czarnowłosemu w uszach mieszały się dwa imiona przyrównywane do
siebie.
Akino. Fumiya.
Zahamował swój chód dopiero przed samymi drzwiami,
mając nagłe przeczucie. Było cicho. Mógłby nawet nazwać to spokojem. Tylko tu nigdy
nie było spokojnie.
Nikogo nie ma? Fumiya nacisnął delikatnie klamkę, a
drzwi otworzyły się. Otwarte? Chłopak stał przed otwartymi wrotami do piekieł,
mając coraz gorsze przeczucia.
- Co ty odpierdalasz!? – huknął ojciec po chwili,
powodując że tętno Fumiyi zamiast choć trochę się uspokoić, tylko
przyśpieszyło. – Wchodzisz czy nie, no kurwa mać!?
Fumiya zmarszczył groźnie brwi, wkraczając do domu.
Zatrzymał się cicho po środku przedpokoju, nasłuchując. Ojciec siedział na
kanapie w salonie, zapewne chlając na umór najtańsze whisky.
Tylko czemu on nie zamknął drzwi? Zawsze zamykał
wszystko co możliwe pod klucz, a teraz…
Czarnowłosy dalej nasłuchiwał. Sue nie było.
Fumiya zmrużył na chwilę oczy.
Sue nie było?
Chłopak oparł się nonszalancko o pustą framugę,
gdzie kiedyś znajdowały się obszarpane drzwi od pokoju dziennego. Krzyżował
ramiona i spojrzał na ojca. Facet siedział jak ostatni pijak, pijąc z gwintu
tanią wiśniówkę. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem.
- Te, gdzie jest Sue? – spytał Fumiya, nie spuszczając
z niego wzroku.
Akino czknął, śmiejąc się ohydnie pod nosem.
- Jakby mnie jeszcze obchodziło, gdzie ta suka jest.
– splunął.
Chłopak syknął, ale nie dał się sprowokować.
- A była chociaż w domu? Wróciła po szkole?
Ojciec był głuchy na każde z pytań, podśmiewając się
pod nosem. Znów pociągnął spory łyk alkoholu. Fumiya wyprostował się, nie
kryjąc już obrzydzenia i złości, które tylko dodawały ojcu sił i radości.
- Na zewnątrz leje jak z cebra. Gdzie ona jest? –
wycedził powoli, przez zaciśnięte zęby. Po plecach chłopaka przebiegł dreszcz,
a mięśnie mimowolnie się napięły.
Ojciec jedynie roześmiał się szelmowsko, odchylając
się do tyłu na kanapie.
I podczas, gdy ten paskudny śmiech, rozbrzmiewający
w tym domu od okrutnie wielu lat, obijał się o uszy Fumiyi, chłopak spostrzegł
dużą ilość pieniędzy na stole, wysypujących się z koperty.
- Skąd to masz? – spytał, przenosząc wzrok na ojca.
Trafił. Mężczyzna uspokoił się i w jego spojrzeniu
było ostrzeżenie. Obaj wyprostowali się.
- Zgarnąłem w kasynie. – warknął Akino.
Fumiya prychnął z rozbawieniem pod nosem.
- Nie łżyj, ty… - zaczął kpiąco, przerzucając
przelotnie wzrok na kopertę, ale urwał, jakby coś wycisnęło mu powietrze z
płuc. Jego źrenica zwęziła się maksymalnie, a tętno przyśpieszyło, wyczuwając
niebezpieczeństwo. Na kopercie była niewielka atramentowa odbitka.
W kształcie szczura.
Została im ostatnia dziewczynka.
O nie.
- Ty sukinsynu. – wyszeptał Fumiya.
Po czym zatoczył się, gdy butelka z tanią wiśniówką
rozbiła się o jego głowę. Oczy chłopaka zaszły mgłą, a widzenie utrudniała
jeszcze stróżka krwi spływająca mu z głowy. Wszystko działo się w zwolnionym
tempie.
Ojciec podniósł się z kanapy i szedł w jego
kierunku. Fumiya tracił czystość umysłu, gdy w jego dłoni pojawił się jeden ze
sztyletów. Akino roześmiał się tylko, wykorzystując, że chłopak, mimo iż
uzbrojony, z rozbitą głową jest prawie bezbronny. Czarnowłosy oberwał pięścią i
upadł bokiem na stół, zmuszając się do automatycznego poderwania na nogi.
Upuścił sztylet, który Akino odkopnął.
- Żeby kierować broń na własnego ojca… - splunął mężczyzna, popychając Fumiyę.
Chłopak spojrzał na niego morderczo, mimo iż twarz miał oblepioną własną krwią.
Ojciec uderzył go złączonymi dłońmi w głowę z całej
siły. Fumiya odsunął się chwiejnie na kilka kroków.
- Jesteś tak samo żałosny jak matka. – wycedził
Akino. – Żałosny, słaby śmieć.
Czarnowłosy nie słuchał go. Oddychał ciężko,
wiedząc, że ma szczęście być jeszcze na nogach. Oprócz adrenaliny czuł strach.
To nie było zwykłe wyżywanie się. Ojciec najpierw wycelował w skroń, potem w
potylicę. Fumiya przełknął krew i pianę zbierającą się w jego ustach.
Stojący przed nim mężczyzna był bardziej niż gotowy
go zabić.
Mimo iż nogi miał jak z waty, jego ruchy napędzane
były przez myśl, że traci czas. Jego siostra… Jego jedyna siostra…
Drugi i ostatni sztylet pojawił się w jego dłoni.
Wycelował w ojca – i tak wiedział, że się uchyli i o to mu chodziło. Mężczyzna
odsunął się z rozbawieniem, po czym jego uśmiech został starty przez pięść
Fumiyi. Chłopak nawet nie widział, gdzie celuje. Poczuł jak kość policzkowa
ojca wbija się boleśnie w jego kłykcie.
Ale to był satysfakcjonujący ból.
Kolejny cios wycelował w szczękę, chcąc ogłuszyć
ojca, ale stary bokser odbył zbyt wiele walk, by się na to nabrać. Z
warknięciem godnym zwierzęcia, chwycił ogromną dłonią pięść syna i praktycznie
ją zmiażdżył. Fumiya wrzasnął, po chwili ucichł, czując jak krew zalała mu
usta. Pięść ojca wbiła się boleśnie w splot słoneczny.
Nie wiedział czy to co widzi jest prawdziwe, czy
czerń z krwistą czerwienią, przelewającą się przez jego oczy, tworzyła własne
obrazy. Wziął oddech. Bolało. Żył. Wszystko było takie powolne. Upadł na
ziemię. Leżał. Mógł się ruszać, ale nie mógł. Czuł jak odłamki szkła wbijają mu
się w ciało.
Odłamki szkła.
Wydech.
Ojciec przyszpilił go do ziemi, zacierając ręce z
uciechy. Miał zamiar pastwić się nad chłopakiem, którego nawet nie uważał za
syna, tak jak zwykle. Wbijając dziesiątki uderzeń w twarz czarnowłosego.
Fumiya patrzył się z lekko rozwartymi ustami na
ojca. Na wznoszącą się pieśń. Nie miał nawet… broni…
Odłamki szkła.
Deszcz ucichł, nie wybijając już spokojnego,
usypiającego rytmu.
Chłopak ostatkiem sił poderwał się, wkładając
wszystko co miał w jeden płynny ruch ramieniem. Jego wzrok przeczyścił się,
widząc zdziwioną, skwaszoną bólem twarz ojca. Mężczyzna rozprostował powoli
pięść, kierując dłoń ku tętnicy, po czym spojrzał w beznamiętne oczy syna, i
krztusząc się krwią, upadł bez życia.
Fumiya widział oczy mordercy, odbijające się od
kawałka szkła wbitego w szyję Akino. Wziął oddech, wyczołgując się spod
mężczyzny. Wydech.
Ból nadal do niego nie dochodził – jedyne co
pulsowało do dłoń poraniona szkłem. Krew ojca mieszała się z jego własną.
Wdech.
Wydech.
Wszystko było takie ciche.
Fumiya schylił się po jeden sztylet, później po
drugi. Stanął przed ojcem, patrząc się jak ciepła jeszcze krew wylewała się z
przeciętej szyi. Przełknął ślinę, blokując jeden mięsień, który cały czas
drgał, jakby jego ciało chciało się uśmiechnął.
W końcu, wykończony prychnął, odwracając się od ciała.
Ludzie porównując go i ojca mylili się.
Czarnowłosy był zdecydowanie gorszy.
Fumiya wyszedł pewniejszym już krokiem z domu,
wyciągając drżącymi dłońmi zmięte kartki. Tę z wytycznymi Szczurów schował do
kieszeni spodni, a drugą ostrożnie rozprostował, nie przejmując się
pozostawianymi na zdjęciu plamami krwi.
Łagodne oczy siostry spoglądały na niego z ufnością
i miłością.
- Po moim trupie. – wycedził, a jego głos nie
zabrzmiał znajomo.
Z szarych chmur nie padał już deszcz, jakby nie
chcąc obmyć jego dłoni, zbrukanych krwią własnego ojca.
__________
Zajęło mi dość długo, ale ważne, że jest :D Mam nadzieję że się podobało, w końcu ktoś w historii o mordercach zginął. Osobiście największą satysfakcję miałam pisząc końcówkę. Zastanawiałam się czy nie pozostawić Akino przy życiu, ale zdecydowanie zbytnio nakręciłam się na jego zabicie.
Jestem okrutnym człowiekiem xD
A, i jeśli ktoś czeka.na.kolejną część, to nie obiecuje że pojawi się szybko. Wypadałoby przejrzeć coś przed gimnazjalnymi.
Trzymajcie się!