Rozdział
5
Kiedy wszystko stało cię czarne
Fumiya przespał noc spokojne, acz nieprzytomnie.
Kiedy ocknął się gwałtownie, nie wiedział gdzie jest, kim jest. Musiało minąć
dopiero kilka dobrych chwil, nim zdał sobie sprawę, w jakiej sytuacji się
znajduje. Chłopak spojrzał sztywno na szary pokój oświetlany słabymi
promieniami nowego dnia. Westchnął głęboko, marząc jeszcze o zbawiennym śnie, w
którym godziny spędzone w tym okropnym domu mijały szybciej.
Wtedy rozległo się siarczyste przekleństwo i
stłuczona z wściekłością butelka.
Czarnowłosy nie miał wyboru – poderwał się
instynktownie, przypominając sobie, że mają gościa. Nie był pewny, czy bardziej
martwi się o Aratę, czy o to, że jego ojciec spotka się twarzą w twarz z kimś
silniejszym od siebie. Nawet jeśli to był wątły chłopiec wyglądający jak baba.
Fumiya kątem oka spojrzał jeszcze na łóżko siostry, chociaż był pewien, że już
nie śpi.
Cofnęło go gwałtownie. Sue nie było w pokoju.
Wypadł z pokoju jeszcze gwałtowniej niż zrywając się
z łóżka, zeskakując praktycznie z samego szczytu schodów, w idealną porę, by
chwycić dziewczynkę za ramiona i odsunąć od ojca. Zamach jaki wziął Akino
trafił w powietrze, a mężczyzna, nadal pod wpływem alkoholu zatoczył się.
- Wy skończone… skurwiele… - wystękał, próbując
odzyskać równowagę.
Sue otworzyła nagle oczy, otrząsając się z letargu i
spojrzała z przerażeniem na brata.
- Fumiya, ja… - mrugała gwałtownie, a jej brat z
narastającą wściekłością dostrzegł, że ma rozcięty policzek i ślady
zaciśniętych dłoni na przedramieniu. – Ja… Przepraszam…
Chłopak przełknął szybko ślinę, analizując szybko
sytuację. Akino praktycznie się ocknął i zaczynał spoglądać z furią na własne
dzieci.
- Zmykaj do pokoju i się tam zamknij. No już. –
przestawił siostrę do przed pokoju praktycznie jednym ruchem. Dziewczynka
spojrzała na niego ze zmartwieniem, ale skuliła się w kolejnej chwili, gdy
zobaczyła, że ojciec się prostuje. Błyskawicznie czmychnęła do pokoju, jak
przerażone zwierzę.
Fumiya zapomniał wtedy, że ojciec mimo wszystko jest
im potrzebny.
- Ty skończony… pomiocie… - w oczach mężczyzny
błysnęło trochę trzeźwości, ale mętlik został zastąpiony przez agresję. – Nie
jesteśmy schroniskiem, do kurwy cholery! – Akino wziął typowy zamach bokserski.
Chłopak widział ten ruch wielokrotnie, prawie tyle
samo razy obrywał nim. Tym razem płynnie usunął się z toru, ale od ciosu od
dołu nie zdołał odskoczyć, jedynie sparował, co i tak było dużym sukcesem. Od
trzeciego uderzenia upadł na ziemię, ale gwałtownie się podniósł.
- Co ty sobie myślisz, gówniarzu!? – Fumiya znowu
się usunął. – W moim domu, kurwa!? – tym razem Akino chwycił go za koszulę i
przytrzasnął jego szyję ramieniem. Fumiya poczuł, że brakuje mu powietrza. Wbił
palce z całej siły w przedramię ojca, ale wiedział, że jest już na swojej
czarnej pozycji. Mimo tylu lat, nigdy nie udało mu się z niej wydostać.
- Odpowiadaj jak się ciebie pytam, śmieciu!
Czarnowłosy nawet nie wiedział, dlaczego zawsze
milczał, gdy ojciec ich bił, czy gdy próbował walczyć. Może wiedział, że
mężczyznę to irytuje, może nie chciał się rozpraszać, a może po prostu nie miał
mu nic do powiedzenia.
- Ja jestem gadatliwy, z chęcią pogadam.
Ojciec gwałtownie zachłystnął się, rozluźniając
chwyt na tyle, że Fumiya zdążył się wyrwać i zaczerpnąć łapczywie powietrza.
Akino zakaszlał i spojrzał z mordem na białowłosego chłopaka.
- Znowu ty, ty mała, biała kurwo! – mężczyzna mimo
wieku, nadal miał wyćwiczone ruchy. W ułamku sekundy znalazł się przy Aracie –
dodatkowo górował nad nim wzrostem i masą ciała. Fumiya otworzył bezwiednie
usta, ruszając do przodu z gestem pomocy.
Czarnowłosy mógłby przysiąc, że Arata zdążył
wzruszyć ramionami przed sparingiem.
Akino zaczął swoim typowym ciosem, który rozminął
się z głową przeciwnika o kilka centymetrów. Arata chwycił mężczyznę za nadgarstek,
okręcił się, wykręcając mu rękę, po czym uderzył sprawnie bokiem dłoni w bok
karku, posyłając Akino nieprzytomnego na ziemię.
Fumiya zamknął usta, patrząc się z niedowierzaniem
na Aratę. Białowłosy odgarnął włosy z twarzy i uśmiechnął się sympatycznie,
strzepując dłonie.
- No już, już nie patrz się tak na mnie. Tutaj jest
po prostu różnica między nami – mnie szkolą od dziecka, a ciebie… No… A ty
kompletnie nie umiesz się tłuc. – chłopak położył dłonie na biodrach, unosząc
wysoko brwi w geście dezaprobaty. – Błagam cię, Sotomura. Zgadzam się,
odczytałeś pierwszy ruch, ale co z kolejnymi? Jesteś za wolny w tym. Boisz się
zaatakować. Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszą obroną jest atak. I może
gościa nie lubię, ale miał rację. I jeszcze nogi – czemu każdy zapomina o pracy
nóg? – Arata spojrzał ku niebu.
- No nieźle. – wydusił Fumiya, spoglądając z cieniem
zadowolenia na nieprzytomnego ojca. – Musisz mnie tego nauczyć. A i po czymś… takim,
to daruj już sobie uprzejmości. Mów do mnie Fumiya.
- Się robi, panie prezesie. – Arata zasalutował,
nadal uśmiechając się pociesznie. Oparł się nonszalancko o stół do kawy. –
Aczkolwiek nadal mogę powiedzieć, że widzę potencjał. Może masz wolny czas
reakcji podczas walki, ale szybko reagujesz po tym jak oberwiesz. No i twoja
twarz jest straszna.
- Haha, bardzo zabawne. – mruknął Fumiya,
przeczesując włosy palcami. – Mówiłem już, że nie interesuje mnie taka robota.
Arata wzruszył ramionami.
- A ja mówiłem, że przyjaciół nie ściągam na samo
dno.
Spojrzeli po sobie i po chwili, gdy ich wbrew
pozorom twarde spojrzenia zmęczyły się sobą nawzajem, uśmiechnęli się kątem
ust. Arata prychnął, a Fumiya przeciągnął się.
- A właśnie. Nie wiesz może, o co poszło? – spytał
czarnowłosy, kierując się do kuchni. W przedpokoju zatrzymał się na sekundę. –
Sue, już po wszystkim!
- Zostawić tak ojca na środku pokoju? – Arata
zatrzymał się na progu, niepewien co zrobić. – Mam go przetaszczyć na sofę?
Fumiya lekko został zbity z tropu.
- No… tak. Okej. Dobra. – skierował się ponownie do
kuchni, nastawiając czajnik z wodą. – To co się w końcu stało?
- Sam nie wiem. Dopóki słyszałem tylko jego,
siedziałem cicho w pokoju. Zareagowałem dopiero, gdy usłyszałem Sue. Nawet
zbiegłem prosto za tobą, ale byłeś zbyt zaaferowany. Potem się skryłem, dopóki
twoja siostra nie zniknęła. Wolałem nie reagować, dopóki była w pokoju…
- A czemuuu? – Sue zajrzała przezornie do kuchni.
Fumiya posłał szybko twarde spojrzenie przyjacielowi.
- Dżentelmeni nie biją się przy kobietach. –
oznajmił dumnie białowłosy, a Fumiya jęknął, zakrywając twarz dłonią.
- Pobiłeś ojca? – Sue wytrzeszczyła oczy.
- Znaczy się… Śpi sobie teraz… Dość… Dość mocno śpi,
tak w sumie…
Sue uśmiechnęła się szeroko i skoczyła wesoło na
Aratę, przytulając się do niego. Fumiya rozszerzył oczy ze zdziwienia – siostra
rzadko kiedy zdobywała się na takie gesty do kogokolwiek, ale nie mógł się nie
uśmiechnąć, gdy dziewczynka spojrzała przez ramię na niego.
- Możemy go zatrzymać?
Czarnowłosy zalał szybko kawę i roześmiał się tylko,
podając białowłosemu kubek z gorącym napojem. Uśmiechnął się ponuro do siebie.
Dawno się nie śmiał.
***
- Co
zamierzasz teraz zrobić? – spytał Fumiya, poważniejąc w końcu po śniadaniu spędzonym
w sielankowej atmosferze. Chłopak spojrzał jeszcze na szczyt schodów, by
upewnić się, że Sue naprawdę poszła się umyć i ubrać, a nie podsłuchiwać.
- Prawdopodobnie będę próbował kontynuować swoją
bezsensowną egzystencję. – Arata roześmiał się ponuro, wzruszając ramionami. –
Ale jeśli chodzi o coś bardziej konkretnego, to idę do gościa po moją broń.
- Czyli zwijasz się stąd tak szybko jak się da?
- A ty co zrobiłbyś na moim miejscu? Szczury wiedzą,
że tu jestem. Mogę być doświadczony w fachu, ale skrytobójca na niewiele tu
zdziała, gdy cel wie, że coś może mu grozić. – Arata zmrużył wściekle oczy. – A
liczyłem, że przynajmniej jedną osobę uda mi się zdjąć.
Fumiya milczał, jedynie skrzyżował ramiona na
piersi, myśląc nad czymś w zadumie. Białowłosy rozejrzał się jeszcze pobieżnie
– Akino wciąż był nieprzytomny, choć prawdopodobnie ocknie się za kilkanaście
minut – i odetchnął głęboko.
- Obstawiam, że pora na mnie. Pożegnaj ode mnie
siostrę. – Arata położył dłoń na ramieniu przyjaciela. – I przepraszam za ojca.
Tylko pogorszyłem sprawę.
Fumiya syknął, machnąwszy zbywająco dłonią.
- Całe życie czekałem, by zobaczyć go
nieprzytomnego, weź nie pierdol. Poza tym idę z tobą. Widzę, że ojciec miał
mieć dzisiaj dostawę towaru, więc jak może to załatwię, to jego furia będzie
umiarkowana. – czarnowłosy posłał nienawistne spojrzenie do salonu.
- A co z Sue? Jej chyba nie weźmiesz z nami?
- A gdzie idziemy? – dziewczynka wychyliła się zza
drzwi łazienki, patrząc się ciekawsko.
Chłopaki spojrzeli po sobie szybko.
- Do roboty. – odparli obaj. Sue zmarszczyła czoło.
– A ty jak chcesz możesz pójść do parku na cały dzień. – dodał Fumiya, gdy
siostra zbiegła wesoło po schodach.
- Ale ja nie chcę, być tam cały dzień sama. –
mruknęła dziewczynka, ale widać było, że nie chce być również cały dzień w
domu.
- Sue, posłuchaj mnie. – Fumiya położył dłonie na
jej wątłych ramionach i kucnął przed siostrą. – Nie wiem, kiedy wrócę. Nie
wiemy kiedy ojciec się obudzi. Nie dasz sobie rady tutaj sama z nim. Jeszcze
nie. – dodał, widząc jej buntownicze spojrzenie.
Dziewczynka spoglądała na brata jeszcze dłuższą
chwilę, próbując wybadać wszystko co przed nią próbował ukryć, ale w końcu
przytaknęła mu i bez słowa poszła ubrać buty. Arata przekrzywił lekko głowę,
patrząc się jak Fumiya również zaczął przygotowywać się do wyjścia bez słowa.
Mógł wręcz wyczuć chłód panujący w tym domu. Chociaż to nie był do końca chłód,
tylko rezygnacja.
- Ej Sueś. – białowłosy stuknął dziewczynkę w
policzek, a ta podniosła na niego swoje czarne oczy, w których teraz błysnął
uśmieszek. – Powinnaś się cieszyć. Calutki dzień na świeżym powietrzu! Wiesz
ile to czasu, możesz spędzić z przyjaciółmi? – Arata wyszczerzył się do
dziewczynki, ale ta jedynie odwróciła się od chłopaka.
- Nie chcę spędzać czasu z przyjaciółmi, których nie
mam. – burknęła. – Wolałabym, żeby ojciec się już więcej nie obudził… Dlaczego
on się musi budzić? – spojrzała z czystym smutkiem po obu chłopakach, a widząc
szok i zmieszanie na ich twarzach, skinęłam głową i wyszła z domu, kierując
kroki w stronę parku.
Arata patrzył się lekko przerażony, jak Fumiya
kończy sznurować buty, z wściekłym wyrazem twarzy. Nie był tylko pewien, na co
dokładnie zły jest jego towarzysz.
- Jesteś pewien, że nie załatwić wam jakiegoś
mieszkania daleko stąd, dokumentów, roboty może? Nikt nawet nie będzie
wiedział, że się znamy…
- Idziemy, Arata. – uciął szybko Fumiya, wychodząc
twardo z domu, a białowłosy podążył za nim bezwiednie, z lekko skwaszoną miną.
***
Obaj szybko zadecydowali, że najbardziej opłaca się
im iść naokoło. Będą mogli pobieżnie zorientować, kogo nawiało na weekend do
tutejszych czarnych uliczek i ewentualnie wiedzieć, którędy uciekać, by spotkać
jak najmniej osób.
- Mówię ci, Fumiya, ja przyciągam kłopoty. Zobaczą
cię ze mną i jesteś skończony. – powtórzył po raz setny Arata, chociaż
wiedział, że czarnowłosy zaparł się i postąpi jak chce.
- Jeśli to takie niebezpiecznie, to wymyśl sposób,
by mnie z tobą nie widzieli. A poza tym dojdziemy na miejsce i możemy udawać,
że się nie znamy.
Arata przewrócił oczami, ale chwilę później naszła
go pewna myśl i zatrzymał się gwałtownie. Jego towarzysz zatrzymał się dwa
kroki później, spoglądając na niego pytająco.
- W sumie to mam pomysł. Ale będziesz mi musiał wyświadczyć
przysługę.
- Już się, kurna, cieszę.
***
Fumiya opierał się nonszalancko o ścianę, udając, że
nie interesują go ludzie mijający sklep z nielegalną bronią. Powtarzał w
myślach w kółko sztylety jakie ma załatwić Aracie. Poczuł, że znowu zaczyna się
denerwować.
Od samego początku czuł, że białowłosy go
wykorzysta. Może zrobił się tutaj rozpoznawalny, ale nie Fumiya nie był pewien,
co było gorsze – gdy zobaczą go z nim, czy gdy będzie kupował broń na czarno.
Grube pieniądze, które lekką ręką dostał od Araty, ciążyły mu w kieszeni.
Mruknął coś pod nosem. Sam posłał zabójcę do zaufanego dilera, by załatwił
interesy jego ojca, ale teraz zaczynał zdawać sobie sprawy z wagi tej
nieprzemyślanej decyzji.
Po pierwsze, diler będzie na maksa wkurwiony. Po
drugie, Arata cały czas jest bez broni, więc jak go znajdą to załatwią od razu.
Po trzecie; jak załatwią Białogłową, jego pozbędą się dla zabawy w następnej
kolejności.
Fumiya odetchnął jeszcze raz głęboko, starając się
przybrać chłodną, spokojną maskę i wszedł do obskurnego lokalu z masą broni.
Lekko mu ulżyło, gdy dostrzegł praktycznie znajomego gościa za ladą i jakiegoś
dzieciaka w wieku Sue, który wyglądał na jakiegoś syna, może wnuka. Chłopiec
spojrzał na niego przelotnie, po czym uśmiechnął się. Czarnowłosy go rozpoznał
– podczas wykonywania kilku misji od dilera, napatoczył się na niego i w sumie
to mu pomógł. Nieznacznie, bo nieznacznie, ale może teraz mu się to przyda.
- Nie myślałem, że cię tu spotkam. – mruknął
chłopak, przypatrując mu się ciekawsko. Fumiya prychnął cicho, uśmiechając się
lekko.
- Wyobraź sobie, że nie jesteś jedyny. – dzieciak
uścisnął mu rękę na przywitanie, uśmiechając się trochę. Fumiya przysiadł obok
niego, rozglądając się za właścicielem. – Co ty tu robisz, młody?
- Załatwiam kumplom jakieś skórzane rękawice. –
wzruszył tylko ramionami. – Ej, stary! Klienta masz! – chłopak wychylił się
poza blat i zawołał głośno właściciela. – W ogóle, to myślałem, że jednak nie
będziesz chciał babrać się w bronie.
- Różnie bywa. Zdobyłem trochę gotówki, więc
poszedłem. – mruknął czarnowłosy, ciesząc się, że przemyślał różne scenariusze
rozmowy nim tu przyszedł. Teraz przynajmniej zabrzmiał naturalnie.
Chłopak przytaknął ze zrozumieniem. Nie wyglądał
jakby cokolwiek podejrzewał. Fumiya spojrzał na niego kątem oka. Na sto procent
był w wieku Sue. Zrobiło mu się trochę ciężej na duszy. On to jedno – może
nadal był dzieckiem, trudno nazywać się dojrzałym gdy ma się 16 lat, ale mimo
wszystko, przykro było widzieć kogoś jeszcze młodszego w czarnych zaułkach.
Chłopak pewnie nawet nie miał do kogo wracać.
Fumiya chciał go jeszcze jakoś zagaić, ale drzwi od
zaplecza zaskrzypiały i ukazał się w nich facet w dość podeszłym wieku, ale z
wyrobionymi mięśniami oraz ogólnym groźnym wyglądem. Od razu można było stwierdzić,
że nie zajmuje się tym od wczoraj i że zna się na rzeczy. Czarnowłosy sprawdził
czy ma kartkę z wytycznymi w kieszeni. Wolał wiedzieć co ma wziąć i za ile.
Właściciel spojrzał na niego podejrzliwie, mrużąc oczy.
- Czego ty chcesz, Sotomura? – warknął. – Ja nie
sprzedaję narkotyków.
- Bardzo zabawne. – chłopak splunął. – Chcę nabyć
kilka sztyletów z wyższej półki. – spojrzał twardo na mężczyznę, który patrzył
się na niego protekcjonalnie. – I tak, mam pieniądze.
- A skąd ty niby masz te pieniądze, co?
- A czy pan spowiada się klientom, skąd pozyskuje
broń? – Fumiya uśmiechnął się szyderczo, widząc, że uderzył w czulszy punkt
biznesu. – Bo wątpię, że nadal wszystko by się tak dobrze sprzedawało, gdyby
ktoś przez przypadek dowiedział się, że te nówki, to jednak są używane. –
uśmiech nie spełzł z jego twarzy ani przez sekundę.
Właściciel posłał mu ostrzegawcze spojrzenie i
splunął na ziemię.
- Niech ci będzie młody. Najważniejsze żeby była
kwota. – machnął na niego dłonią, kierując się w stronę zaplecza. – Ale
ostrzegam, jak się nie znasz na rzeczy, to nawet kurwa ci jednej rzeczy nie
powiem.
- Spokojnie, akurat doskonale wiem, czego chcę. I
mam nadzieję, że masz to na stanie. – Fumiya wcisnął właścicielowi kartkę w
dłoń.
Mężczyzna przewrócił oczami i zaczął czytać jej
zawartość. W pewnym momencie się zatrzymał i spojrzał jeszcze bardziej
podejrzliwie na chłopaka.
- Na serio masz tyle kasy, Sotomura?
Czarnowłosy wyjął tylko jeden z pokaźnych zwitków
banknotów i rzucił go mężczyźnie.
- Potraktuj to jako zaliczkę. Masz te sztylety, czy
nie?
- Jeśli masz jeszcze pięć takich zwitków to mam
komplet, plus mogę milczeć za połowę kwoty. – właściciel uśmiechnął się szelmowsko,
wyciągając niewielką drewnianą skrzynkę. Otworzył ją i podsunął czarnowłosemu
do obejrzenia.
Fumiya wziął jeden sztylet do ręki i poczuł jak
idealnie jest wyważony. Nie dziwne, że Arata je chciał, aczkolwiek nadal nie
rozumiał, skąd białowłosy dowiedział się, że są akurat na stanie u nich w
miasteczku. Przejechał jeszcze palcem po boku ostrza, patrząc się na swoje
beznamiętne oczy i odłożył broń, tylko po to, by wcisnąć wymaganą sumę w ręce
mężczyzny.
- A kasa za milczenie?
- Obejdzie się bez tego. – westchnął czarnowłosy,
wychodząc ze składziku. Dzieciak nadal siedział przy prowizorycznym barze, a
teraz spojrzał na niego ze zdziwieniem. Fumiya mógłby przysiąc, że błękitne
oczy błysnęły jak drapieżnikowi, gdy dostrzegł nazwę broni.
- I jak tam staruszku? Co z tymi rękawicami? –
chłopak uśmiechnął się do właściciela, który westchnął z głęboką irytacją,
ciskając dzieciakowi kilka kompletów drogich, skórzanych rękawic w pierś. –
Miło się robi z tobą interesy, staruszku.
Chłopak skinął Fumiyi głową, po czym zeskoczył z
blatu i skierował się bezszelestnym krokiem do wyjścia. Czarnowłosego coś
zaniepokoiło, tylko jeszcze nie wiedział co. Sam też chciał się skierować do
wyjścia, ale mężczyzna położył mu na ramieniu swoją dużą, zgrzybiałą dłoń.
- Nie wiem po jaką kurwa cholerę jest ci to
potrzebne, ale zamordowanie swojego ojca nie należy do dobrych pomysłów. –
powiedział cicho i dosadnie.
Fumiya spojrzał na niego z kpiną wymalowaną na
twarzy.
- A skąd niby przypuszczenie, że chcę zabić tamtego
skurwiela? – zaśmiał się bez cienia wesołości, po czym strącił dłoń ze swojego
ramienia, by kątem oka spojrzeć na mężczyznę. – I niech się pan nie zachowuje,
jakby nie znał Akino. – dodał chłodno.
Właściciel odpowiedział podobnie chłodnym
spojrzeniem.
- To była tylko rada starego, doświadczonego
człowieka. Z zabijaniem jest jak z narkotykami. To nigdy nie będzie pierwszy i
ostatni raz.
Fumiya roześmiał się głośniej.
- A myślałem, że wolicie rozwiązywać problemy w ten sposób.
- Miałem na myśli twoją siostrę. Jak dla mnie, ty
masz tylko szansę zostać większą szują niż Akino.
Fumiya spojrzał na niego jeszcze chłodno, po czym
wyszedł nonszalancko ze sklepu, chowając drewniane pudełko pod kurtkę.
Ułamek sekundy po tym jak wyszedł na brukowaną
uliczkę, Arata chwycił go za przegub, przyśpieszając jego krok i zmieniając
drogę.
- Coś ty tam tyle robił? – syknął zdenerwowany. –
Masz to czy nie?
Fumiya zatrzymał się stanowczo, patrząc się na
przyjaciela z irytacją. Z gardła Araty wydobyło się coś na kształt warknięcia,
po czym wepchnął go w jakąś boczną wnękę. Ten spojrzał na niego jak na idiotę,
ale błękitne oczy Araty połyskiwały złowieszczo.
- Nawet kurwa nie oponuj. Po raz ostatni ci
przypominam, że mnie zobaczą i jesteśmy skończeni. A ty zatrzymujesz się na
samym środku jak jakiś skończony idiota.
Fumiya odetchnął głęboko, by chociaż pozornie
odzyskać spokój.
- Ciebie też miło widzieć w całości. – prychnął, by
choć trochę rozładować atmosferę. – Gdzie podziała się cała twoja nonszalancja?
- Znasz to dziecko? To, które wyszło chwilę przed
tobą? Widziało co bierzesz? Powiedziałeś cokolwiek wiążącego w jego obecności?
- Chwila, chwila, zwolnij trochę Arata. Kto to niby
był?
Jedno spojrzenie nakazało mu najpierw odpowiedzieć
na wcześniej zadane pytania.
- Trudno powiedzieć, czy znam. Nie wiem nawet jak
się nazywa, ale coś tam kiedyś mu pomogłem. I on w sumie mi też. I chyba
widział, ale co to ma…
- KURWA MAĆ. – Arata zakrył twarz dłonią. – Był tam
ktoś jeszcze?
- Nie, ale czemu…?
- Później. Zwijamy się stąd tak szybko jak się da. –
białowłosy wychylił się szybko i dał towarzyszowi znak ręką. – Ruchy, ruchy.
Fumiya pobiegł ze zdziwieniem za zabójcą, głównie
dlatego, że zdawał sobie sprawę, że w obecnej sytuacji lepiej zdać się na
instynkty kogoś, kto ogarniał więcej niż on. Sztylety pobrzękiwały mu przy
piersi, wprawiając go w ciężki do opisania nastrój. Jakby jego kości
przepełniały się ołowiem.
- Możesz mi chociaż powiedzieć z kim takim
niebezpiecznym rozmawiałem?
- Takeda Serizawa. Mój brat. – Fumiya słysząc te
cztery słowa praktycznie się zatrzymał, ale Arata syknął na niego tylko, by
przyśpieszył.
***
Dwójka chłopaków zatrzymała się dopiero w ponurym
parku po drugiej stronie miasta, dysząc ciężko. Obaj opadli na ziemię
całkowicie wycieńczeni morderczym tempem, który narzucił białowłosy, chociaż
wcześniej skryli się między gęstszymi krzakami, by nikt ich nie zauważył.
- Ja ciebie nie ogarniam. – wysapał Fumiya. – Po kiego
tak biegliśmy? Przecież nic nas nie goniło.
- Czas goni zawsze. – odparł Arata, biorąc urywane
oddechy. – A ja mam zamiar zwinąć się stąd jeszcze tej nocy. Ale póki co, to
przynajmniej kondycje masz na w miarę zadowalającym poziomie.
Fumiya podniósł się do kucków z chłodnej trawy,
patrząc się podejrzliwie na towarzysza.
- A co to niby ma do rzeczy? – spytał, wpatrując się
w chłopaka, który szukał czegoś po kieszeniach.
Arata po chwili uśmiechnął się zwycięsko i rzucił w
stronę czarnowłosego dwie pełne zioła saszetki i jeszcze trochę pieniędzy.
Fumiya spojrzał na niego z jeszcze większą podejrzliwością.
- Co to ma być?
- Wytargowałem się o niższą cenę i przy okazji
podwędziłem mu jeszcze jedną saszetkę. Możesz ją ukryć przed ojcem, a następną
kasę, którą dostaniesz zostawić dla siebie i siostry. Bo obstawiam, że ode mnie
ani grosza nie weźmiesz. – Arata spojrzał na niego z uśmiechem, jakby to była
najnormalniejsza rzecz na świecie.
Czarnowłosy podniósł się z westchnieniem z ziemi. A
może to właśnie było normalne.
Fumiya wyciągnął niewielkie, drewniane pudełko zza
kurtki i podał je Aracie. Białowłosy spojrzał na nie z błyskiem w oczach,
zupełnie jak małe dziecko na nową zabawkę. Otworzył je z cichym kliknięciem i
ruchem znawcy, skinął głową z zadowoleniem. Wziął cztery sztylety między palce,
po czym odrzucił pudełko na ziemię. Płynnym ruchem przerzucił dwa do prawej
dłoni, wciąż się uśmiechając.
Czarnowłosy miał akurat rzucić jakąś uwagę na temat
swobody z jaką Arata się nimi obsługiwał, ale gwałtownie odskoczył w bok, a w
miejscu, w którym przed chwilą było jego serce przeleciał jeden ze sztyletów. Po
chwili zwłoki, spojrzał z osłupieniem na towarzysza.
- CZY CIEBIE CAŁKOWICIE POGIĘŁO!? – ryknął wściekle,
patrząc się wciąż w osłupieniu na Aratę, który zmarszczył brwi i cisnął w niego
kolejnym sztyletem. Fumiya odskoczył. – DO JASNEJ ANIELKI, O CO CI CHODZI!? –
nie doczekał się odpowiedzi, bo Arata posłał kolejnego dwa sztylety.
Fumiya, uniknąwszy wszystkiego, odetchnął z ulgą,
posyłając nienawistne spojrzenie białowłosemu, który wyraźnie się nad czymś
zastanawiał.
- Sądzę, że jednak powinieneś chociaż próbować łapać
te sztylety. – stwierdził spokojnie.
- Ta, pogięło cię do reszty. – Fumiya machnął na
niego dłonią, a Arata przekrzywił głowę ze zdziwieniem.
- No o co ci chodzi? Stwierdziłem, że nie zostawię
cię jak taką sierotę, więc usiłuję cię nauczyć czegoś pożytecznego…
- Rzucając we mnie nożami. – dokończył Fumiya z
niedowierzaniem.
- Owszem. Mnie tak uczyli. – Arata wzruszył
ramionami, jakby to miało nadać sens jego działaniom. – Chociaż może faktycznie
to zbyt drastyczne. Małe dzieci trudniej było trafić. No dobra. To pokażę ci
kilka chwytów w zwarciu.
- Chwila, zwolnij… - Fumiya zrobił jakiś
nieokreślony gest dłonią, a Arata jednym płynnym ruchem chwycił go za przegub i
przerzucił nad sobą tak, że czarnowłosy huknął plecami o ziemię.
Arata spojrzał na niego z uśmiechem.
- Jesteś pewien, że nie chcesz tego umieć? – spytał sarkastycznie,
podając przyjacielowi dłoń. Fumiya pokręcił głową z dezaprobatą, wstając z
całym obolałym ciałem z ziemi.
- Nie mówiłem, że nie chcę. Po prostu nie ogarniam
po kiego mnie tego uczysz. – mruknął, rozcierając krzyże.
- Jakoś sądzę, że to się przyda. I wcale nie chodzi
mi tylko o twojego ojca.
Fumiya posłał mu krótkie spojrzenie, ale kiedy
napotkał poważne, błękitne oczy młodego zabójcy, przestał szukać jakiegoś
kontrargumentu. Chcąc, nie chcąc, życie które powoli zaczynał prowadzić,
wymagało umiejętności chociaż samoobrony. Westchnął głęboko.
- Dobra. – przytaknął odrzucając kurtkę na ziemię. –
Ale postaraj się mnie nie zabić.
- Nie ma sprawy. – Arata uśmiechnął się złowieszczo.
Przez kolejne parę godzin walczyli ze sobą. Chociaż
to raczej Arata cały czas posyłał Fumiyę do piachu, bądź pokazywał mu jakieś
nowe ruchy. Czarnowłosy szybko łapał, ale był niewyćwiczony i brakowało mu
adrenaliny, jak podczas normalnej walki. Kiedy Arata podał mu jeden ze
sztyletów, zaczął zaprzeczać, jednak jego towarzysz zaczął go atakować mimo
wszystko i Fumiya podłapał kilka podstawowych ruchów.
Kiedy słońce zaczęło zbliżać się ku zachodowi, Arata
stwierdził, że to koniec. Fumiya podziękował w myślach wszystkim mocom
nadprzyrodzonym, że to przeżył.
- Nie jesteś słaby, Fumiya. Tylko niedoświadczony.
- Ta, zdaję sobie sprawę. – mruknął w odpowiedzi, po
czym zaczął się rozciągać.
Arata spojrzał na niego nieokreślonym wzrokiem,
chowając sztylety.
- Wiesz, Fumiya. Czarny rynek zabójców rządzi się
kilkoma własnymi prawami. Po pierwsze, zakaz używania broni palnej. – Fumiya
posłał mu pytające spojrzenie, ale Arata ciągnął. – Po drugie, na cudzym
terenie, jesteś uważany za martwego. A co za tym idzie – po trzecie,
utrzymywany jest względny pokój na dzielnicach niczyich. Po czwarte, nikt nie
jest tym za kogo go masz. – Arata spojrzał z uśmiechem na towarzysza. – I po
ostatnie – Pieniądze mają się zgadzać.
Fumiya milczał przez chwilę.
- Sądzę, że możesz to odnieść do siebie póki szwendasz
się po ciemnych uliczkach. – Arata położył mu dłoń na ramieniu.
- Liczyłem na coś bardziej dramatycznego, wiesz, w
stylu: zabij albo daj się zabić. – zaśmiał się ponuro czarnowłosy. Arata lekko
spochmurniał.
- Jakby świadomość, czym są obecnie pieniądze i
ludzie nie była wystarczająco dramatyczna. – mruknął, po czym westchnął
głęboko. – Będę już znikał. Oby do niezobaczenia. – dodał jeszcze nonszalancko,
po czym ruszył przed siebie.
Fumiya gwałtownie się za nim odwrócił, chcąc opierniczyć
towarzysza za kolejną próbę rozpłynięcia się w powietrzu, ale białowłosy był
wyszkolony na doskonałego skrytobójcę i zszedł mu z pola widzenia w ułamku
sekundy.
- Ta. – mruknął. – Do niezobaczenia.
Przeciągnął się, nim ruszył poszukać siostry w jej
ulubionych kryjówkach, ale przy pierwszym kroku, w kieszeni jego kieszeni coś
zaciążyło. Fumiya wyciągnął z niej jeden ze sztyletów Araty. Spoglądał na jego
naostrzone ostrze i na swój martwy wzrok w odbiciu, po czym schował go z powrotem.
Na wszelki
wypadek, powiedział
sobie w myślach, po czym prychnął na sam do siebie i ruszył poszukać Sue.
______________
Cóż, liczyłam, że przez te ferie trochę więcej napiszę, ale jak widać tradycyjnie nie mogłam się zebrać. Pewnie w najbliższym czasie też nie dam rady pisać tyle ile zamierzałam. Taaa... Jeszcze raz usłyszę słowo "egzaminy" to chyba zwariuję >.<
Dziękuję za przeczytanie C: