30 stycznia 2017

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 5 ~ Kiedy wszystko stało się czarne

Rozdział 5

Kiedy wszystko stało cię czarne
Fumiya przespał noc spokojne, acz nieprzytomnie. Kiedy ocknął się gwałtownie, nie wiedział gdzie jest, kim jest. Musiało minąć dopiero kilka dobrych chwil, nim zdał sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znajduje. Chłopak spojrzał sztywno na szary pokój oświetlany słabymi promieniami nowego dnia. Westchnął głęboko, marząc jeszcze o zbawiennym śnie, w którym godziny spędzone w tym okropnym domu mijały szybciej.
Wtedy rozległo się siarczyste przekleństwo i stłuczona z wściekłością butelka.
Czarnowłosy nie miał wyboru – poderwał się instynktownie, przypominając sobie, że mają gościa. Nie był pewny, czy bardziej martwi się o Aratę, czy o to, że jego ojciec spotka się twarzą w twarz z kimś silniejszym od siebie. Nawet jeśli to był wątły chłopiec wyglądający jak baba. Fumiya kątem oka spojrzał jeszcze na łóżko siostry, chociaż był pewien, że już nie śpi.
Cofnęło go gwałtownie. Sue nie było w pokoju.
Wypadł z pokoju jeszcze gwałtowniej niż zrywając się z łóżka, zeskakując praktycznie z samego szczytu schodów, w idealną porę, by chwycić dziewczynkę za ramiona i odsunąć od ojca. Zamach jaki wziął Akino trafił w powietrze, a mężczyzna, nadal pod wpływem alkoholu zatoczył się.
- Wy skończone… skurwiele… - wystękał, próbując odzyskać równowagę.
Sue otworzyła nagle oczy, otrząsając się z letargu i spojrzała z przerażeniem na brata.
- Fumiya, ja… - mrugała gwałtownie, a jej brat z narastającą wściekłością dostrzegł, że ma rozcięty policzek i ślady zaciśniętych dłoni na przedramieniu. – Ja… Przepraszam…
Chłopak przełknął szybko ślinę, analizując szybko sytuację. Akino praktycznie się ocknął i zaczynał spoglądać z furią na własne dzieci.
- Zmykaj do pokoju i się tam zamknij. No już. – przestawił siostrę do przed pokoju praktycznie jednym ruchem. Dziewczynka spojrzała na niego ze zmartwieniem, ale skuliła się w kolejnej chwili, gdy zobaczyła, że ojciec się prostuje. Błyskawicznie czmychnęła do pokoju, jak przerażone zwierzę.
Fumiya zapomniał wtedy, że ojciec mimo wszystko jest im potrzebny.
- Ty skończony… pomiocie… - w oczach mężczyzny błysnęło trochę trzeźwości, ale mętlik został zastąpiony przez agresję. – Nie jesteśmy schroniskiem, do kurwy cholery! – Akino wziął typowy zamach bokserski.
Chłopak widział ten ruch wielokrotnie, prawie tyle samo razy obrywał nim. Tym razem płynnie usunął się z toru, ale od ciosu od dołu nie zdołał odskoczyć, jedynie sparował, co i tak było dużym sukcesem. Od trzeciego uderzenia upadł na ziemię, ale gwałtownie się podniósł.
- Co ty sobie myślisz, gówniarzu!? – Fumiya znowu się usunął. – W moim domu, kurwa!? – tym razem Akino chwycił go za koszulę i przytrzasnął jego szyję ramieniem. Fumiya poczuł, że brakuje mu powietrza. Wbił palce z całej siły w przedramię ojca, ale wiedział, że jest już na swojej czarnej pozycji. Mimo tylu lat, nigdy nie udało mu się z niej wydostać.
- Odpowiadaj jak się ciebie pytam, śmieciu!
Czarnowłosy nawet nie wiedział, dlaczego zawsze milczał, gdy ojciec ich bił, czy gdy próbował walczyć. Może wiedział, że mężczyznę to irytuje, może nie chciał się rozpraszać, a może po prostu nie miał mu nic do powiedzenia.
- Ja jestem gadatliwy, z chęcią pogadam.
Ojciec gwałtownie zachłystnął się, rozluźniając chwyt na tyle, że Fumiya zdążył się wyrwać i zaczerpnąć łapczywie powietrza. Akino zakaszlał i spojrzał z mordem na białowłosego chłopaka.
- Znowu ty, ty mała, biała kurwo! – mężczyzna mimo wieku, nadal miał wyćwiczone ruchy. W ułamku sekundy znalazł się przy Aracie – dodatkowo górował nad nim wzrostem i masą ciała. Fumiya otworzył bezwiednie usta, ruszając do przodu z gestem pomocy.
Czarnowłosy mógłby przysiąc, że Arata zdążył wzruszyć ramionami przed sparingiem.
Akino zaczął swoim typowym ciosem, który rozminął się z głową przeciwnika o kilka centymetrów. Arata chwycił mężczyznę za nadgarstek, okręcił się, wykręcając mu rękę, po czym uderzył sprawnie bokiem dłoni w bok karku, posyłając Akino nieprzytomnego na ziemię.
Fumiya zamknął usta, patrząc się z niedowierzaniem na Aratę. Białowłosy odgarnął włosy z twarzy i uśmiechnął się sympatycznie, strzepując dłonie.
- No już, już nie patrz się tak na mnie. Tutaj jest po prostu różnica między nami – mnie szkolą od dziecka, a ciebie… No… A ty kompletnie nie umiesz się tłuc. – chłopak położył dłonie na biodrach, unosząc wysoko brwi w geście dezaprobaty. – Błagam cię, Sotomura. Zgadzam się, odczytałeś pierwszy ruch, ale co z kolejnymi? Jesteś za wolny w tym. Boisz się zaatakować. Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszą obroną jest atak. I może gościa nie lubię, ale miał rację. I jeszcze nogi – czemu każdy zapomina o pracy nóg? – Arata spojrzał ku niebu.
- No nieźle. – wydusił Fumiya, spoglądając z cieniem zadowolenia na nieprzytomnego ojca. – Musisz mnie tego nauczyć. A i po czymś… takim, to daruj już sobie uprzejmości. Mów do mnie Fumiya.
- Się robi, panie prezesie. – Arata zasalutował, nadal uśmiechając się pociesznie. Oparł się nonszalancko o stół do kawy. – Aczkolwiek nadal mogę powiedzieć, że widzę potencjał. Może masz wolny czas reakcji podczas walki, ale szybko reagujesz po tym jak oberwiesz. No i twoja twarz jest straszna.
- Haha, bardzo zabawne. – mruknął Fumiya, przeczesując włosy palcami. – Mówiłem już, że nie interesuje mnie taka robota.
Arata wzruszył ramionami.
- A ja mówiłem, że przyjaciół nie ściągam na samo dno.
Spojrzeli po sobie i po chwili, gdy ich wbrew pozorom twarde spojrzenia zmęczyły się sobą nawzajem, uśmiechnęli się kątem ust. Arata prychnął, a Fumiya przeciągnął się.
- A właśnie. Nie wiesz może, o co poszło? – spytał czarnowłosy, kierując się do kuchni. W przedpokoju zatrzymał się na sekundę. – Sue, już po wszystkim!
- Zostawić tak ojca na środku pokoju? – Arata zatrzymał się na progu, niepewien co zrobić. – Mam go przetaszczyć na sofę?
Fumiya lekko został zbity z tropu.
- No… tak. Okej. Dobra. – skierował się ponownie do kuchni, nastawiając czajnik z wodą. – To co się w końcu stało?
- Sam nie wiem. Dopóki słyszałem tylko jego, siedziałem cicho w pokoju. Zareagowałem dopiero, gdy usłyszałem Sue. Nawet zbiegłem prosto za tobą, ale byłeś zbyt zaaferowany. Potem się skryłem, dopóki twoja siostra nie zniknęła. Wolałem nie reagować, dopóki była w pokoju…
- A czemuuu? – Sue zajrzała przezornie do kuchni.
Fumiya posłał szybko twarde spojrzenie przyjacielowi.
- Dżentelmeni nie biją się przy kobietach. – oznajmił dumnie białowłosy, a Fumiya jęknął, zakrywając twarz dłonią.
- Pobiłeś ojca? – Sue wytrzeszczyła oczy.
- Znaczy się… Śpi sobie teraz… Dość… Dość mocno śpi, tak w sumie…
Sue uśmiechnęła się szeroko i skoczyła wesoło na Aratę, przytulając się do niego. Fumiya rozszerzył oczy ze zdziwienia – siostra rzadko kiedy zdobywała się na takie gesty do kogokolwiek, ale nie mógł się nie uśmiechnąć, gdy dziewczynka spojrzała przez ramię na niego.
- Możemy go zatrzymać?
Czarnowłosy zalał szybko kawę i roześmiał się tylko, podając białowłosemu kubek z gorącym napojem. Uśmiechnął się ponuro do siebie. Dawno się nie śmiał.
***
 - Co zamierzasz teraz zrobić? – spytał Fumiya, poważniejąc w końcu po śniadaniu spędzonym w sielankowej atmosferze. Chłopak spojrzał jeszcze na szczyt schodów, by upewnić się, że Sue naprawdę poszła się umyć i ubrać, a nie podsłuchiwać.
- Prawdopodobnie będę próbował kontynuować swoją bezsensowną egzystencję. – Arata roześmiał się ponuro, wzruszając ramionami. – Ale jeśli chodzi o coś bardziej konkretnego, to idę do gościa po moją broń.
- Czyli zwijasz się stąd tak szybko jak się da?
- A ty co zrobiłbyś na moim miejscu? Szczury wiedzą, że tu jestem. Mogę być doświadczony w fachu, ale skrytobójca na niewiele tu zdziała, gdy cel wie, że coś może mu grozić. – Arata zmrużył wściekle oczy. – A liczyłem, że przynajmniej jedną osobę uda mi się zdjąć.
Fumiya milczał, jedynie skrzyżował ramiona na piersi, myśląc nad czymś w zadumie. Białowłosy rozejrzał się jeszcze pobieżnie – Akino wciąż był nieprzytomny, choć prawdopodobnie ocknie się za kilkanaście minut – i odetchnął głęboko.
- Obstawiam, że pora na mnie. Pożegnaj ode mnie siostrę. – Arata położył dłoń na ramieniu przyjaciela. – I przepraszam za ojca. Tylko pogorszyłem sprawę.
Fumiya syknął, machnąwszy zbywająco dłonią.
- Całe życie czekałem, by zobaczyć go nieprzytomnego, weź nie pierdol. Poza tym idę z tobą. Widzę, że ojciec miał mieć dzisiaj dostawę towaru, więc jak może to załatwię, to jego furia będzie umiarkowana. – czarnowłosy posłał nienawistne spojrzenie do salonu.
- A co z Sue? Jej chyba nie weźmiesz z nami?
- A gdzie idziemy? – dziewczynka wychyliła się zza drzwi łazienki, patrząc się ciekawsko.
Chłopaki spojrzeli po sobie szybko.
- Do roboty. – odparli obaj. Sue zmarszczyła czoło. – A ty jak chcesz możesz pójść do parku na cały dzień. – dodał Fumiya, gdy siostra zbiegła wesoło po schodach.
- Ale ja nie chcę, być tam cały dzień sama. – mruknęła dziewczynka, ale widać było, że nie chce być również cały dzień w domu.
- Sue, posłuchaj mnie. – Fumiya położył dłonie na jej wątłych ramionach i kucnął przed siostrą. – Nie wiem, kiedy wrócę. Nie wiemy kiedy ojciec się obudzi. Nie dasz sobie rady tutaj sama z nim. Jeszcze nie. – dodał, widząc jej buntownicze spojrzenie.
Dziewczynka spoglądała na brata jeszcze dłuższą chwilę, próbując wybadać wszystko co przed nią próbował ukryć, ale w końcu przytaknęła mu i bez słowa poszła ubrać buty. Arata przekrzywił lekko głowę, patrząc się jak Fumiya również zaczął przygotowywać się do wyjścia bez słowa. Mógł wręcz wyczuć chłód panujący w tym domu. Chociaż to nie był do końca chłód, tylko rezygnacja.
- Ej Sueś. – białowłosy stuknął dziewczynkę w policzek, a ta podniosła na niego swoje czarne oczy, w których teraz błysnął uśmieszek. – Powinnaś się cieszyć. Calutki dzień na świeżym powietrzu! Wiesz ile to czasu, możesz spędzić z przyjaciółmi? – Arata wyszczerzył się do dziewczynki, ale ta jedynie odwróciła się od chłopaka.
- Nie chcę spędzać czasu z przyjaciółmi, których nie mam. – burknęła. – Wolałabym, żeby ojciec się już więcej nie obudził… Dlaczego on się musi budzić? – spojrzała z czystym smutkiem po obu chłopakach, a widząc szok i zmieszanie na ich twarzach, skinęłam głową i wyszła z domu, kierując kroki w stronę parku.
Arata patrzył się lekko przerażony, jak Fumiya kończy sznurować buty, z wściekłym wyrazem twarzy. Nie był tylko pewien, na co dokładnie zły jest jego towarzysz.
- Jesteś pewien, że nie załatwić wam jakiegoś mieszkania daleko stąd, dokumentów, roboty może? Nikt nawet nie będzie wiedział, że się znamy…
- Idziemy, Arata. – uciął szybko Fumiya, wychodząc twardo z domu, a białowłosy podążył za nim bezwiednie, z lekko skwaszoną miną.
***
Obaj szybko zadecydowali, że najbardziej opłaca się im iść naokoło. Będą mogli pobieżnie zorientować, kogo nawiało na weekend do tutejszych czarnych uliczek i ewentualnie wiedzieć, którędy uciekać, by spotkać jak najmniej osób.
- Mówię ci, Fumiya, ja przyciągam kłopoty. Zobaczą cię ze mną i jesteś skończony. – powtórzył po raz setny Arata, chociaż wiedział, że czarnowłosy zaparł się i postąpi jak chce.
- Jeśli to takie niebezpiecznie, to wymyśl sposób, by mnie z tobą nie widzieli. A poza tym dojdziemy na miejsce i możemy udawać, że się nie znamy.
Arata przewrócił oczami, ale chwilę później naszła go pewna myśl i zatrzymał się gwałtownie. Jego towarzysz zatrzymał się dwa kroki później, spoglądając na niego pytająco.
- W sumie to mam pomysł. Ale będziesz mi musiał wyświadczyć przysługę.
- Już się, kurna, cieszę.
***
Fumiya opierał się nonszalancko o ścianę, udając, że nie interesują go ludzie mijający sklep z nielegalną bronią. Powtarzał w myślach w kółko sztylety jakie ma załatwić Aracie. Poczuł, że znowu zaczyna się denerwować.
Od samego początku czuł, że białowłosy go wykorzysta. Może zrobił się tutaj rozpoznawalny, ale nie Fumiya nie był pewien, co było gorsze – gdy zobaczą go z nim, czy gdy będzie kupował broń na czarno. Grube pieniądze, które lekką ręką dostał od Araty, ciążyły mu w kieszeni. Mruknął coś pod nosem. Sam posłał zabójcę do zaufanego dilera, by załatwił interesy jego ojca, ale teraz zaczynał zdawać sobie sprawy z wagi tej nieprzemyślanej decyzji.
Po pierwsze, diler będzie na maksa wkurwiony. Po drugie, Arata cały czas jest bez broni, więc jak go znajdą to załatwią od razu. Po trzecie; jak załatwią Białogłową, jego pozbędą się dla zabawy w następnej kolejności.
Fumiya odetchnął jeszcze raz głęboko, starając się przybrać chłodną, spokojną maskę i wszedł do obskurnego lokalu z masą broni. Lekko mu ulżyło, gdy dostrzegł praktycznie znajomego gościa za ladą i jakiegoś dzieciaka w wieku Sue, który wyglądał na jakiegoś syna, może wnuka. Chłopiec spojrzał na niego przelotnie, po czym uśmiechnął się. Czarnowłosy go rozpoznał – podczas wykonywania kilku misji od dilera, napatoczył się na niego i w sumie to mu pomógł. Nieznacznie, bo nieznacznie, ale może teraz mu się to przyda.
- Nie myślałem, że cię tu spotkam. – mruknął chłopak, przypatrując mu się ciekawsko. Fumiya prychnął cicho, uśmiechając się lekko.
- Wyobraź sobie, że nie jesteś jedyny. – dzieciak uścisnął mu rękę na przywitanie, uśmiechając się trochę. Fumiya przysiadł obok niego, rozglądając się za właścicielem. – Co ty tu robisz, młody?
- Załatwiam kumplom jakieś skórzane rękawice. – wzruszył tylko ramionami. – Ej, stary! Klienta masz! – chłopak wychylił się poza blat i zawołał głośno właściciela. – W ogóle, to myślałem, że jednak nie będziesz chciał babrać się w bronie.
- Różnie bywa. Zdobyłem trochę gotówki, więc poszedłem. – mruknął czarnowłosy, ciesząc się, że przemyślał różne scenariusze rozmowy nim tu przyszedł. Teraz przynajmniej zabrzmiał naturalnie.
Chłopak przytaknął ze zrozumieniem. Nie wyglądał jakby cokolwiek podejrzewał. Fumiya spojrzał na niego kątem oka. Na sto procent był w wieku Sue. Zrobiło mu się trochę ciężej na duszy. On to jedno – może nadal był dzieckiem, trudno nazywać się dojrzałym gdy ma się 16 lat, ale mimo wszystko, przykro było widzieć kogoś jeszcze młodszego w czarnych zaułkach. Chłopak pewnie nawet nie miał do kogo wracać.
Fumiya chciał go jeszcze jakoś zagaić, ale drzwi od zaplecza zaskrzypiały i ukazał się w nich facet w dość podeszłym wieku, ale z wyrobionymi mięśniami oraz ogólnym groźnym wyglądem. Od razu można było stwierdzić, że nie zajmuje się tym od wczoraj i że zna się na rzeczy. Czarnowłosy sprawdził czy ma kartkę z wytycznymi w kieszeni. Wolał wiedzieć co ma wziąć i za ile.
Właściciel spojrzał na niego podejrzliwie,  mrużąc oczy.
- Czego ty chcesz, Sotomura? – warknął. – Ja nie sprzedaję narkotyków.
- Bardzo zabawne. – chłopak splunął. – Chcę nabyć kilka sztyletów z wyższej półki. – spojrzał twardo na mężczyznę, który patrzył się na niego protekcjonalnie. – I tak, mam pieniądze.
- A skąd ty niby masz te pieniądze, co?
- A czy pan spowiada się klientom, skąd pozyskuje broń? – Fumiya uśmiechnął się szyderczo, widząc, że uderzył w czulszy punkt biznesu. – Bo wątpię, że nadal wszystko by się tak dobrze sprzedawało, gdyby ktoś przez przypadek dowiedział się, że te nówki, to jednak są używane. – uśmiech nie spełzł z jego twarzy ani przez sekundę.
Właściciel posłał mu ostrzegawcze spojrzenie i splunął na ziemię.
- Niech ci będzie młody. Najważniejsze żeby była kwota. – machnął na niego dłonią, kierując się w stronę zaplecza. – Ale ostrzegam, jak się nie znasz na rzeczy, to nawet kurwa ci jednej rzeczy nie powiem.
- Spokojnie, akurat doskonale wiem, czego chcę. I mam nadzieję, że masz to na stanie. – Fumiya wcisnął właścicielowi kartkę w dłoń.
Mężczyzna przewrócił oczami i zaczął czytać jej zawartość. W pewnym momencie się zatrzymał i spojrzał jeszcze bardziej podejrzliwie na chłopaka.
- Na serio masz tyle kasy, Sotomura?
Czarnowłosy wyjął tylko jeden z pokaźnych zwitków banknotów i rzucił go mężczyźnie.
- Potraktuj to jako zaliczkę. Masz te sztylety, czy nie?
- Jeśli masz jeszcze pięć takich zwitków to mam komplet, plus mogę milczeć za połowę kwoty. – właściciel uśmiechnął się szelmowsko, wyciągając niewielką drewnianą skrzynkę. Otworzył ją i podsunął czarnowłosemu do obejrzenia.
Fumiya wziął jeden sztylet do ręki i poczuł jak idealnie jest wyważony. Nie dziwne, że Arata je chciał, aczkolwiek nadal nie rozumiał, skąd białowłosy dowiedział się, że są akurat na stanie u nich w miasteczku. Przejechał jeszcze palcem po boku ostrza, patrząc się na swoje beznamiętne oczy i odłożył broń, tylko po to, by wcisnąć wymaganą sumę w ręce mężczyzny.
- A kasa za milczenie?
- Obejdzie się bez tego. – westchnął czarnowłosy, wychodząc ze składziku. Dzieciak nadal siedział przy prowizorycznym barze, a teraz spojrzał na niego ze zdziwieniem. Fumiya mógłby przysiąc, że błękitne oczy błysnęły jak drapieżnikowi, gdy dostrzegł nazwę broni.
- I jak tam staruszku? Co z tymi rękawicami? – chłopak uśmiechnął się do właściciela, który westchnął z głęboką irytacją, ciskając dzieciakowi kilka kompletów drogich, skórzanych rękawic w pierś. – Miło się robi z tobą interesy, staruszku.
Chłopak skinął Fumiyi głową, po czym zeskoczył z blatu i skierował się bezszelestnym krokiem do wyjścia. Czarnowłosego coś zaniepokoiło, tylko jeszcze nie wiedział co. Sam też chciał się skierować do wyjścia, ale mężczyzna położył mu na ramieniu swoją dużą, zgrzybiałą dłoń.
- Nie wiem po jaką kurwa cholerę jest ci to potrzebne, ale zamordowanie swojego ojca nie należy do dobrych pomysłów. – powiedział cicho i dosadnie.
Fumiya spojrzał na niego z kpiną wymalowaną na twarzy.
- A skąd niby przypuszczenie, że chcę zabić tamtego skurwiela? – zaśmiał się bez cienia wesołości, po czym strącił dłoń ze swojego ramienia, by kątem oka spojrzeć na mężczyznę. – I niech się pan nie zachowuje, jakby nie znał Akino. – dodał chłodno.
Właściciel odpowiedział podobnie chłodnym spojrzeniem.
- To była tylko rada starego, doświadczonego człowieka. Z zabijaniem jest jak z narkotykami. To nigdy nie będzie pierwszy i ostatni raz.
Fumiya roześmiał się głośniej.
- A myślałem, że wolicie rozwiązywać problemy w ten sposób.  
- Miałem na myśli twoją siostrę. Jak dla mnie, ty masz tylko szansę zostać większą szują niż Akino.
Fumiya spojrzał na niego jeszcze chłodno, po czym wyszedł nonszalancko ze sklepu, chowając drewniane pudełko pod kurtkę.
Ułamek sekundy po tym jak wyszedł na brukowaną uliczkę, Arata chwycił go za przegub, przyśpieszając jego krok i zmieniając drogę.
- Coś ty tam tyle robił? – syknął zdenerwowany. – Masz to czy nie?
Fumiya zatrzymał się stanowczo, patrząc się na przyjaciela z irytacją. Z gardła Araty wydobyło się coś na kształt warknięcia, po czym wepchnął go w jakąś boczną wnękę. Ten spojrzał na niego jak na idiotę, ale błękitne oczy Araty połyskiwały złowieszczo.
- Nawet kurwa nie oponuj. Po raz ostatni ci przypominam, że mnie zobaczą i jesteśmy skończeni. A ty zatrzymujesz się na samym środku jak jakiś skończony idiota.
Fumiya odetchnął głęboko, by chociaż pozornie odzyskać spokój.
- Ciebie też miło widzieć w całości. – prychnął, by choć trochę rozładować atmosferę. – Gdzie podziała się cała twoja nonszalancja?
- Znasz to dziecko? To, które wyszło chwilę przed tobą? Widziało co bierzesz? Powiedziałeś cokolwiek wiążącego w jego obecności?
- Chwila, chwila, zwolnij trochę Arata. Kto to niby był?
Jedno spojrzenie nakazało mu najpierw odpowiedzieć na wcześniej zadane pytania.
- Trudno powiedzieć, czy znam. Nie wiem nawet jak się nazywa, ale coś tam kiedyś mu pomogłem. I on w sumie mi też. I chyba widział, ale co to ma…
- KURWA MAĆ. – Arata zakrył twarz dłonią. – Był tam ktoś jeszcze?
- Nie, ale czemu…?
- Później. Zwijamy się stąd tak szybko jak się da. – białowłosy wychylił się szybko i dał towarzyszowi znak ręką. – Ruchy, ruchy.
Fumiya pobiegł ze zdziwieniem za zabójcą, głównie dlatego, że zdawał sobie sprawę, że w obecnej sytuacji lepiej zdać się na instynkty kogoś, kto ogarniał więcej niż on. Sztylety pobrzękiwały mu przy piersi, wprawiając go w ciężki do opisania nastrój. Jakby jego kości przepełniały się ołowiem.
- Możesz mi chociaż powiedzieć z kim takim niebezpiecznym rozmawiałem?
- Takeda Serizawa. Mój brat. – Fumiya słysząc te cztery słowa praktycznie się zatrzymał, ale Arata syknął na niego tylko, by przyśpieszył.
***
Dwójka chłopaków zatrzymała się dopiero w ponurym parku po drugiej stronie miasta, dysząc ciężko. Obaj opadli na ziemię całkowicie wycieńczeni morderczym tempem, który narzucił białowłosy, chociaż wcześniej skryli się między gęstszymi krzakami, by nikt ich nie zauważył.
- Ja ciebie nie ogarniam. – wysapał Fumiya. – Po kiego tak biegliśmy? Przecież nic nas nie goniło.
- Czas goni zawsze. – odparł Arata, biorąc urywane oddechy. – A ja mam zamiar zwinąć się stąd jeszcze tej nocy. Ale póki co, to przynajmniej kondycje masz na w miarę zadowalającym poziomie.
Fumiya podniósł się do kucków z chłodnej trawy, patrząc się podejrzliwie na towarzysza.
- A co to niby ma do rzeczy? – spytał, wpatrując się w chłopaka, który szukał czegoś po kieszeniach.
Arata po chwili uśmiechnął się zwycięsko i rzucił w stronę czarnowłosego dwie pełne zioła saszetki i jeszcze trochę pieniędzy. Fumiya spojrzał na niego z jeszcze większą podejrzliwością.
- Co to ma być?
- Wytargowałem się o niższą cenę i przy okazji podwędziłem mu jeszcze jedną saszetkę. Możesz ją ukryć przed ojcem, a następną kasę, którą dostaniesz zostawić dla siebie i siostry. Bo obstawiam, że ode mnie ani grosza nie weźmiesz. – Arata spojrzał na niego z uśmiechem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Czarnowłosy podniósł się z westchnieniem z ziemi. A może to właśnie było normalne.
Fumiya wyciągnął niewielkie, drewniane pudełko zza kurtki i podał je Aracie. Białowłosy spojrzał na nie z błyskiem w oczach, zupełnie jak małe dziecko na nową zabawkę. Otworzył je z cichym kliknięciem i ruchem znawcy, skinął głową z zadowoleniem. Wziął cztery sztylety między palce, po czym odrzucił pudełko na ziemię. Płynnym ruchem przerzucił dwa do prawej dłoni, wciąż się uśmiechając.
Czarnowłosy miał akurat rzucić jakąś uwagę na temat swobody z jaką Arata się nimi obsługiwał, ale gwałtownie odskoczył w bok, a w miejscu, w którym przed chwilą było jego serce przeleciał jeden ze sztyletów. Po chwili zwłoki, spojrzał z osłupieniem na towarzysza.
- CZY CIEBIE CAŁKOWICIE POGIĘŁO!? – ryknął wściekle, patrząc się wciąż w osłupieniu na Aratę, który zmarszczył brwi i cisnął w niego kolejnym sztyletem. Fumiya odskoczył. – DO JASNEJ ANIELKI, O CO CI CHODZI!? – nie doczekał się odpowiedzi, bo Arata posłał kolejnego dwa sztylety.
Fumiya, uniknąwszy wszystkiego, odetchnął z ulgą, posyłając nienawistne spojrzenie białowłosemu, który wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
- Sądzę, że jednak powinieneś chociaż próbować łapać te sztylety. – stwierdził spokojnie.
- Ta, pogięło cię do reszty. – Fumiya machnął na niego dłonią, a Arata przekrzywił głowę ze zdziwieniem.
- No o co ci chodzi? Stwierdziłem, że nie zostawię cię jak taką sierotę, więc usiłuję cię nauczyć czegoś pożytecznego…
- Rzucając we mnie nożami. – dokończył Fumiya z niedowierzaniem.
- Owszem. Mnie tak uczyli. – Arata wzruszył ramionami, jakby to miało nadać sens jego działaniom. – Chociaż może faktycznie to zbyt drastyczne. Małe dzieci trudniej było trafić. No dobra. To pokażę ci kilka chwytów w zwarciu.
- Chwila, zwolnij… - Fumiya zrobił jakiś nieokreślony gest dłonią, a Arata jednym płynnym ruchem chwycił go za przegub i przerzucił nad sobą tak, że czarnowłosy huknął plecami o ziemię.
Arata spojrzał na niego z uśmiechem.
- Jesteś pewien, że nie chcesz tego umieć? – spytał sarkastycznie, podając przyjacielowi dłoń. Fumiya pokręcił głową z dezaprobatą, wstając z całym obolałym ciałem z ziemi.
- Nie mówiłem, że nie chcę. Po prostu nie ogarniam po kiego mnie tego uczysz. – mruknął, rozcierając krzyże.
- Jakoś sądzę, że to się przyda. I wcale nie chodzi mi tylko o twojego ojca.
Fumiya posłał mu krótkie spojrzenie, ale kiedy napotkał poważne, błękitne oczy młodego zabójcy, przestał szukać jakiegoś kontrargumentu. Chcąc, nie chcąc, życie które powoli zaczynał prowadzić, wymagało umiejętności chociaż samoobrony. Westchnął głęboko.
- Dobra. – przytaknął odrzucając kurtkę na ziemię. – Ale postaraj się mnie nie zabić.
- Nie ma sprawy. – Arata uśmiechnął się złowieszczo.
Przez kolejne parę godzin walczyli ze sobą. Chociaż to raczej Arata cały czas posyłał Fumiyę do piachu, bądź pokazywał mu jakieś nowe ruchy. Czarnowłosy szybko łapał, ale był niewyćwiczony i brakowało mu adrenaliny, jak podczas normalnej walki. Kiedy Arata podał mu jeden ze sztyletów, zaczął zaprzeczać, jednak jego towarzysz zaczął go atakować mimo wszystko i Fumiya podłapał kilka podstawowych ruchów.
Kiedy słońce zaczęło zbliżać się ku zachodowi, Arata stwierdził, że to koniec. Fumiya podziękował w myślach wszystkim mocom nadprzyrodzonym, że to przeżył.
- Nie jesteś słaby, Fumiya. Tylko niedoświadczony.
- Ta, zdaję sobie sprawę. – mruknął w odpowiedzi, po czym zaczął się rozciągać.
Arata spojrzał na niego nieokreślonym wzrokiem, chowając sztylety.
- Wiesz, Fumiya. Czarny rynek zabójców rządzi się kilkoma własnymi prawami. Po pierwsze, zakaz używania broni palnej. – Fumiya posłał mu pytające spojrzenie, ale Arata ciągnął. – Po drugie, na cudzym terenie, jesteś uważany za martwego. A co za tym idzie – po trzecie, utrzymywany jest względny pokój na dzielnicach niczyich. Po czwarte, nikt nie jest tym za kogo go masz. – Arata spojrzał z uśmiechem na towarzysza. – I po ostatnie – Pieniądze mają się zgadzać.
Fumiya milczał przez chwilę.
- Sądzę, że możesz to odnieść do siebie póki szwendasz się po ciemnych uliczkach. – Arata położył mu dłoń na ramieniu.
- Liczyłem na coś bardziej dramatycznego, wiesz, w stylu: zabij albo daj się zabić. – zaśmiał się ponuro czarnowłosy. Arata lekko spochmurniał.
- Jakby świadomość, czym są obecnie pieniądze i ludzie nie była wystarczająco dramatyczna. – mruknął, po czym westchnął głęboko. – Będę już znikał. Oby do niezobaczenia. – dodał jeszcze nonszalancko, po czym ruszył przed siebie.
Fumiya gwałtownie się za nim odwrócił, chcąc opierniczyć towarzysza za kolejną próbę rozpłynięcia się w powietrzu, ale białowłosy był wyszkolony na doskonałego skrytobójcę i zszedł mu z pola widzenia w ułamku sekundy.
- Ta. – mruknął. – Do niezobaczenia.
Przeciągnął się, nim ruszył poszukać siostry w jej ulubionych kryjówkach, ale przy pierwszym kroku, w kieszeni jego kieszeni coś zaciążyło. Fumiya wyciągnął z niej jeden ze sztyletów Araty. Spoglądał na jego naostrzone ostrze i na swój martwy wzrok w odbiciu, po czym schował go z powrotem.

Na wszelki wypadek, powiedział sobie w myślach, po czym prychnął na sam do siebie i ruszył poszukać Sue.  
______________

Cóż, liczyłam, że przez te ferie trochę więcej napiszę, ale jak widać tradycyjnie nie mogłam się zebrać. Pewnie w najbliższym czasie też nie dam rady pisać tyle ile zamierzałam. Taaa... Jeszcze raz usłyszę słowo "egzaminy" to chyba zwariuję >.<
Dziękuję za przeczytanie C: 

7 stycznia 2017

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 4 ~ Kiedy ciemność zaczęła się ujawniać

Rozdział 4

Kiedy ciemność zaczęła się ujawniać
Czasami życie zaczynało toczyć się tak niezależnym od nikogo torem, że Arata zaczynał tracić poczucie czasu. Nie w sensie tak niebagatelnym jak podczas zarywania nocy przy świetnej książce. Białowłosy umiał zatracić się w próbach przetrwania tak bardzo, że zapominał o upływie tygodni. Tak było i tym razem.
Arata odskoczył gwałtownie od zakrwawionego ciała, które dopiero co upadło na ziemię, a jego rąk wysunął się krótki, lekki miecz. Broń upadła z brzękiem na ziemię, a chłopak wzdrygnął się ponownie, rzucając się w kilka stron równocześnie, kręcąc w kółko i w końcu chowając twarz w dłoniach. Spojrzał na swoje odbicie w szybie.
Jego rozpuszczone, białe włosy pokrywały plamy krwi, podobnie jak bladą twarz. Jedynie błękitne oczy pobłyskiwały w mroku, kiedy uśmiechnął się do swojego odbicia kpiąco.
- I co ty ze sobą robisz, durniu? – westchnął, uspokajając się. Wyciągnął zmiętą kartę z kieszeni, szybko przyrównał zdjęcie celu do twarzy martwego mężczyzny i odetchnął z ulgą, kierując swoje kroki od razu do bazy.
Było piekielnie ciepło, nawet na północ kraju. Arata nie powinien się dziwić, w końcu był środek lata, akurat koniec lipca. Przeciągnął się jak kot, zerkając na zegarek. Dochodziła czwarta rano, a szarówka rozpościerająca się przed nim sprawiała, że chciał po prostu iść spać. Ziewnął.
Od czasu kiedy widział Fumiyę, minęło już kilka miesięcy. Jeszcze w tę samą noc, w którą poznał się z chłopakiem, nie zważając na odniesione rany, podczepił się do wagonu kolejowego i podjechał w kilka ciężkich godzin praktycznie na Hokkaido. Od tamtego czasu zjeździł już każdy możliwy zakątek wyspy i nabawił się nowych wrogów. Nawet nie poczuł, kiedy minęły te trzy miesiące. Czasami inni zabójcy (którzy akurat jeszcze nie chcieli go zabić, lub nie wiedzieli za ile chodzi jego głowa) twierdzili, że mu tego zazdroszczą. Że od długiego czasu nie mogli pozwolić sobie na takie rozluźnienie. Sam Arata lubił tę swoją nonszalancję, choć czasami zaczynały nachodzić go myśli, że sam długo nie pociągnie. Jego młodość skończy się szybciej niż sądzi, a gdy jego stawy w końcu zaczną się przeciążać, młodsi go dobiją. Bez własnej organizacji nie dożyje trzydziestki.
A wbrew wszystkiemu białowłosy chciał żyć. Nie wiedział po co. Po prostu chciał.
- Witam, witam panie prezesie! – wszedł na luzie do podziemnego biura w jednej z gorszych dzielnic. Kilka osób posłało mu mordercze spojrzenia, ale nie rzucili się na jego widok. Przynajmniej tyle. – Skończyłem robotę! – wyszczerzył się.
- Po raz ostatni powtarzam ci, że nie jestem prezesem. – warknął łysawy mężczyzna. – Twoja szybkość mnie przeraża, Serizawa. Jeszcze chwila i zgarniesz większość zleceń.
- E tam, jakbym potrzebował wykonałbym takich więcej. – machnął ręką, wskakując na blat recepcji. – Wiadomo coś? – zajrzał pod blat, a jego białe, długie włosy zamiotły o ziemię.
Usłyszał cmokanie kobiety.
- Gdybym nadal miała takie piękne włoski, to bym bardziej o nie dbała… - grubsza kobieta z za mocnym makijażem spojrzała na niego z dezaprobatą.
- Pani Fukui! – Arata wyszczerzył się jeszcze bardziej, gdy kobieta podpięła jego włosy zwinnie spinką. – Widzę, że zdrowie dopisuje!
- Widziałeś ją jakąś godzinę temu. – prezes przewrócił oczami. – I nie podrywaj mi żony! – trzepnął go otwartą dłonią po plecach, na co białowłosy roześmiał się w głos.
Arata lubił ich. Nie wątpił, że gdy nadarzy się okazja pewnie zdradzą siebie nawzajem, ale i tak ich lubił. Jako jedni z niewielu nie okazywali wstrętu na jego albinizm, ani dość dziewczęcy wygląd.
- Jak tam? Macie to o co prosiłem? – kobieta z uśmiechem podała mu plik dokumentów. Arata zagwizdał. – No nieźle. Ile płacę?
- Uznajmy, że przygarnę sobie kasę za te trzy dzisiejsze zlecenia. – pani Fukui mrugnęła do niego konspiracyjnie, a prezes wymamrotał coś pod nosem, zapalając fajkę.
Białowłosy uśmiechnął się , przeglądając pobieżnie dokumenty. W pewnym momencie uniósł wysoko brwi, zatrzymując na mapie z toną dopisków. Błyskawicznie się w niej odnalazł, krzywiąc przez chwilę, a potem znów zagwizdał.
- I kto by pomyślał, że ta banda idiotów będzie pod Kioto. – mruknął.
- Przypominam ci, że ta banda idiotów to najlepiej plasujący się zabójcy w kraju. – warknął prezes, wyciągając jakieś brandy i trzy kieliszki.
- Na kontynencie – poprawił go odruchowo Arata, zaczytując się dalej.
Pani Fukui podkradła mężowi fajkę na chwilę i nachyliła się młodemu zabójcy do ucha.
- Podbili ostatnio cenę za twoją głowę. – mruknęła.
Błękitne oczy Araty wręcz rozbłysły.
- Szczury mają jeszcze jakiekolwiek pieniądze, żeby podbijać cenę za jakichś przyziemnych morderców? – rzucił ironicznie. – Myślałem, że po tym jak Hariken na dobre wykurzył ich ze stolicy, posypali się całkowicie. Może i są piekielnie silni, ale nie mają siedziby i pieniędzy. Tak kończy się, gdy moi byli zdrajcy zaczynają knuć. Zdrajca pozostanie zdrajcą nawet wśród swoich.
- Ciszej, idioto. – warknął prezes. – Mówię ci to tylko dlatego, że za niedługo większy zysk przyniesie nam wydanie cię komuś, niż zatrudnianie do brudnej roboty. – Arata zbytnio nie wziął tych słów do siebie, choć w głębi serca był wdzięczny. Nawet przez myśl nie przeszło mu, że państwo Fukui zechcą go ostrzec.
Do bazy weszła kolejna grupka płatnych zabójców, na widok której Arata lekko się zaniepokoił. Miał wrażenie, że jego były cel miał kumpli. Nie dał jednak poznać po sobie zaniepokojenia. Odchylił się jeszcze na blacie ku małżeństwu.
- A i jeszcze jedno. Pytaliście się informatora o nazwisko tamtego chłopaka? – spytał nonszalancko, wychylając kieliszek podsunięty przez pana Fukui, wcześniej wąchając alkohol ostrożnie.
- Ostatnia strona. – odparł tylko prezes. – I radziłbym ci spalić tą kartkę, jeśli nie chcesz wzbudzić tym chłopakiem zainteresowania zabójców. Zabicie twojego kumpla mogłoby być niezłą zabawą.
- Jasne! – przytaknął, chowając plik za kamizelką. Skierował się ku wyjściu, unosząc dłoń w geście pożegnania. – Do niezobaczenia! – rzucił, wychodząc nonszalancko z budynku.
Ułamek sekundy później zerwał się do biegu i wślizgiem wcisnął się pod jakąś dostawczą ciężarówkę, uczepiając się od razu do podwozia i podciągając nad ziemię. Auto ruszyło po chwili, ale Arata i tak zdążył dostrzec jak wcześniej zobaczona grupka zabójców wybiega z biura za nim. Odetchnął z ulgą.
Święty spokój.
Ciężarówki puścił się dopiero po kilkunastu minutach, gdy w końcu stanęła na czerwonych światłach na obwodnicy. Wyturlał się na sam środek drogi, kryjąc się wśród zieleni skwerku ciągnącego się po środku. Rozejrzał się uważnie, na kolejnych światłach przemknął na pobocze i ukrył się w jednym z podziemnych tuneli prowadzących na drugą stronę ulicy.
- Cholera, spać mi się chce… - jęknął, rozmasowując skostniałe palce. Białowłosy oparł się nonszalancko o ścianę, ówcześnie rozglądając się, czy nic albo nikt go nie obserwuje. Wyciągnął plik dokumentów.
Było tak jak powiedziała pani Fukui. Plik Fumiyi nie był jakoś przerażająco szczegółowy, ale i tak najwyraźniej mieli powód by choć trochę zapisać go w bazie danych.
- Sotomura, co? – mruknął. – Znane nazwisko. Szczęściarz, z takim nazwiskiem łatwo się ukryć. – westchnął z zazdrością pod nosem, po czym zmarszczył brwi, czytając adres.
Jeśli było to możliwe, Arata zrobił się blady jak ściana i szybko przekartował strony, sprawdzając adres Szczurów. Zamknął oczy, jakby coś go zabolało. Wcale nie pomylił się mówiąc, że jego wizyta przyniesie tylko kłopoty, ale musiał jakoś mu się odwdzięczyć. Dawno nie poznał nikogo, kto nawet nie myślał o zabiciu go.
Wyciągnął zapalniczkę z kieszeni, puszczając z dymem wszystkie informacje o Fumiyi, nawet nie zapamiętując adresu, ponieważ był on zapisany przy profilach całej reszty starych zdrajców, których miał zamiar kiedyś dobić.
- No to czas złapać pośpieszny do Kioto. – mruknął, ziewając ponownie i zaczynając powoli iść naprzód.
***
Od śmierci Azawy nie zmieniło się nic w ich codziennym życiu. Jedyne co się zmieniało to psychika Fumiyi. Chłopak nawet jeśli się starał i wynajdywał coraz więcej siły na kolejne dni, nie mógł nie zauważyć podobieństwa. Stawał się agresywniejszy niżby chciał, a gdy spoglądał w lustro zdawał sobie sprawę, do kogo się stale upodabnia, wbrew własnej woli.
Ojciec nadal pozostał tym samym potworem co wcześniej, jakby śmierć żony wcale go nie ruszyła. Jego lista czarnych kontaktów zaczynała się poszerzać i już nie było praktycznie dnia, w którym Fumiya miałby spokojne popołudnie – albo „kumple” ojca zajmowali cały dom, albo był zmuszony zagłębić się w ciemne uliczki ich miasteczka. Czasem stawiał opór i próbował walczyć. I choć zawsze kończyło się to tym samym, obaj mężczyźni poczęli coś zauważać. Fumiya z dnia na dzień dorastał, a tym samym mężniał i stawał się silniejszy, a Akino, któremu stuknęła pięćdziesiątka słabł powoli i nie był w stanie położyć syna jednym ciosem.
- You are my sunshine… My only sunshine… - Sue zaczęła nuć ulubioną piosenkę ich matki, gdy brat odprowadzał ją ze szkoły, ale raptem po kilku kolejnych wersach pogubiła się i ucichła.
- Jak tam w szkole? Nie dokuczają ci? – spytał Fumiya, idąc równym krokiem obok siostry.
- Nie zadawaj głupich pytań. – mruknęła dziewczynka. – Nie odzywam się do nich. Nie mam po co.
- Takie nastawienie nie jest dobre… – odparł czarnowłosy. – Nie są od ciebie gorsi. Z ludźmi powinno się od czasu do czasu porozmawiać. – westchnął, choć sam wcale nie był lepszy. Choć klasa się od niego nie odwróciła, to po przerwie letniej Kai i Satoshi jakoś oziębli, jeśli chodzi o przyjaźnienie się z nim.
- Nie uważam, że jestem lepsza. – powiedziała cicho dziewczynka, kopiąc stopą jakiś kamyk. – Po prostu boję się tego, co mogą mi odpowiedzieć.
Fumiya spojrzał na nią kątem oka, po czym jedynie odetchnął głęboko i pogłaskał siostrzyczkę po głowie. Zastanawiał się nad zmianą tematu, kiedy przez środek dwupasmówki przebiegła blada, drobna postać, wywołując praktycznie wypadek. Rodzeństwo przystanęło, wpatrując się w zamieszanie. Po chwili zza rogu wypadła grupka groźnie wyglądających ludzi, wykrzykujących jakieś przekleństwa.
Chłopaka tknęło pewnie przeczucie. Otoczył siostrę ramieniem i uśmiechnął się do zaniepokojonej dziewczynki uspokajająco.
- Sue, posłuchaj. Wrócisz teraz bezpiecznie do domu i zapomnisz, że to się w ogóle zdarzyło. Twój brat musi coś sprawdzić. – mrugnął do niej i zerwał się do biegu, kierując się za grupką ludzi.
- Ale Fumiya! – Sue krzyknęła coś za nim, ale od tylko się obrócił, podnosząc kciuk do góry.
- Zrób to dla braciszka! – zawołał tylko i skręcił w boczną uliczkę, licząc, że siostra go posłucha. Teraz musiał skupić się za ważniejszymi sprawami.
Miał więcej szczęścia niż rozumu – grupka zabójców, którzy przez ostatnie miesiące urzędowali w jego miasteczku była zbyt zaaferowana tą jasną postacią, pomykającą jak wariat w nieokreślonym kierunku, że nie zauważyli go. Fumiya po kilku minutach pościgu zauważył, że uciekinier wybiera tylko główne drogi. Najwyraźniej nie był tutejszy i bał się, że zagubi się w plątaninie ślepych zaułków. Postanowił zaryzykować i przeskoczył przez jeden z murów, biegnąc na krzyżówkę uliczek.
Dilerzy i niektórzy bezdomni podnosili ciekawsko głowy, gdy mijał ich w biegu. Wbrew wszystkim oczekiwaniom, w takich uliczkach zazwyczaj było spokojnie, więc był dość dużym urozmaiceniem. Wyczaił wysoką siatkę i w biegu przeskoczył nad nią zwinnie. Zdał sobie sprawę, że jest przy odrapanej kamieniczce stałego dostawcy jego ojca. Plan powoli się nakreślił.
Fumiya przemknął do przedsionka ułamek sekundy przed tym jak na ulicę wybiegła długowłosa postać o bladej cerze. Chłopak przeczuwał już na kogo wpadnie, więc wyczuł moment i płynnym ruchem wciągnął Aratę do przedsionka.
Białowłosy spojrzał na niego z wymalowanym „CO KURNA” na twarzy.
- Nawet nic nie mów, Białogłowa. – mruknął bezgłośnie. – A teraz biegnij za mną. – przeskakiwał o kilka stopni, ciągnąc Aratę za ramię dopóki chłopak nie załapał tempa.
- Ciebie to się tu nie spodziewałem. – rzucił Arata, gdy Fumiya załomotał mocno w drzwi.
- Co ty nie powiesz? – sapnął czarnowłosy, ponawiając pukanie. – Bo tak się składa, że ja ciebie też nie.
Drzwi w końcu się otworzyły, a w nich stanął diler, spoglądając na nich na wariatów.
- Pogięło cię, Sotomura? – warknął tylko, gdy chłopaki przepchnęli się obok niego, przebiegając przez mieszkanie.
- Żebyś wiedział! – odparł tylko Fumiya, otwierając drzwi na balkon.
- Skaczemy? – spytał Arata, wskakując na barierkę. Jego oczy pobłyskiwały z ekscytacji, jakby nie goniła ich grupka zabójców. Fumiya praktycznie słyszał ich kroki na klatce schodowej.
- Ciebie też pogięło! – ściągnął towarzysza jednym ruchem na balkon, a sam zaczął zwinnie schodzić po rynnie. Arata ześlizgnął się gibkim ruchem, dużo płynniej niż czarnowłosy.
Fumiya pacnął chłopaka w ramię i obaj polecieli na złamanie karku, kierując się ku głównej ulicy. Mieli nadzieję, że zabójcy dadzą choć trochę na wstrzymanie, gdy pojawi się więcej osób na ulicach. Zza zakrętu wypadł prosto na siostrę.
- Co ty robisz, Fumiya? – spytała z oburzeniem, rozglądając się bacznie.
Czarnowłosy zbladł momentalnie.
- Czy wszystkich dzisiaj pogięło? – spojrzał w niebo, po czym przerzucił sobie dziewczynkę przez ramię i ponownie zaczęli gnać przed siebie.
- Ej braciszku… Przed kim wy uciekacie? – spytała dziewczynka, gdy chłopaków zaczęła łapać zadyszka.
- Przed tymi w czarnych ciuchach. – wysapał Arata, starając się nie zwalniać.
- Ale oni chyba już was nie gonią. – zauważyła dziewczynka.
Fumiya zaklął pod nosem, ale wolał już dobiec do domu, zamknąć wszystkie drzwi wejściowe i ukryć się bezpiecznie w ich sypialni.
***
Cała trójka wpadła gwałtownie do sypialni na piętrze. Arata zamknął za sobą drzwi na klucz, a potem dopadł do okien, które zasłonił. Przynajmniej nie były od strony ulicy. Fumiya zatrzymał się po środku pokoju oddychając ciężko, a na twarzy miał wypisane jedynie „co ja do cholery robię”.  
- Ej, Fumiya… - siostra postukała brata w ramię. – Możesz już mnie odstawić?
- Co? A tak, tak… - wysapał, stawiając dziewczynkę na ziemi. Sue, choć miała już 11 lat, nadal była malutka i drobniutka, więc Fumiya, który przestawał już być taki cherlawy, zbytnio nie odczuwał jej ciężaru podczas biegu. Albo to po prostu nadwyżka adrenaliny.
Arata ściągnął buty i postawił je w kącie pokoju, obserwując uważnie i z ciekawością wnętrze ich pokoju, jednocześnie posyłając rodzeństwu ciepłe spojrzenia, gdy Fumiya ogarniał z lekka siostrę. Białowłosy nie wydawał się wcale zmęczony, więc gdy jego towarzysz posadził siostrę przy biurku, by zajęła się choć trochę lekcjami, uśmiechnął się szelmowsko.
- Ty masz jakiś kompleks do ratowania dam w opresji… - zaśmiał się, opierając nonszalancko o ścianę.
- Nawet mnie nie denerwuj Arata. – mruknął Fumiya, otwierając szafę i wyciągając z niej jedną z mniejszych koszulek, które jeszcze mu zostały. Cisnął nią w gościa. – Weź zmień koszulkę, twoja cuchnie.
- Słyszałam jeszcze, że brat ma kompleks młodszej siostry… - rzuciła dziewczynka typowo dziecięcym głosikiem, bazgrząc coś w zeszycie. Nawet nie obróciła się w ich kierunku, pewnie nawet do końca nie rozumiała użytego przez siebie terminu, ale i tak uśmiechnęła się, gdy Arata wybuchł śmiechem.
Chwilę później ucichł, gdy Fumiya wbił mu koszulkę w brzuch, wraz z własną pięścią.
- Już cię lubię, mała. – zaśmiał się jeszcze Arata, milknąc na chwilę, by zmienić koszulkę.
- Twoja dziewczyna jest fajna, Fumiya. To z nią byłeś na tej randce?
Fumiya spojrzał na siostrę w totalnym osłupieniu, zapominając języka w gębie. Arata zmarszczył w zdziwieniu czoło patrząc się pytająco na niego.
- Czyja dziewczyna? Chwila, jaka randka!? – Arata odsunął się trochę od Fumiyi. – No ciebie bym o to nie podejrzewał. – białowłosy skrzyżował ramiona na piersi, cmokając z niezadowoleniem.
- Arata, zamknij się z łaski swojej.
- Jesteś chłopakiem? – Sue zerwała się z przerażeniem, patrząc na gościa.
- Za chwilę wyrzucę was oboje z domu! – mruknął Fumiya, mrożąc wzrokiem Aratę. – Nawet nic nie mów. – warknął, po czym podszedł do siostry, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Sue, to jest Arata, mój… przyjaciel z Kioto. Poznaliśmy się, kiedy się wymknąłem na tą randkę. Arata, to moja siostra Sue…
Białowłosy kucnął przed dziewczynką, szczerząc się.
- Miło mi.
Sue roześmiała się.
- Nawet jeśli nie jesteś dziewczyną mojego brata to i tak cię lubię.
Fumiya oparł się ze zmęczeniem o biurko.
- I ty, Brutusie? – mruknął, po czym założył ręce i spoważniał trochę bardziej. – Nie chcesz niczego do picia albo jedzenia, Arata?
- Co? A nie, nie… Nie będę wam wyżerał lodówki i tak się wprosiłem, więc…
Sue szybciej dostrzegła nalegający wzrok brata i uśmiechając się pod nosem, wyszła z pokoju.
- To ja zrobię zapas kanapek póki nie ma ojca. – rzuciła i poszła do kuchni.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Fumiya prychnął cicho.
- I kto by pomyślał, że dziecko załapie szybciej niż ty…
- No dzięki. Kiedy ja serio nie chcę nic do jedzenia…
- Dobra mniejsza z tym. – czarnowłosy machnął dłonią. – Są ważniejsze sprawy do omówienia. Mam kilka pytań.
- Wal stary. – Arata opadł na jego łóżko, szczerząc się dalej, jakby sytuacja była do tego odpowiednia. Fumiya westchnął tylko, godząc się już z ekscentrycznością swojego towarzysza.
- Po pierwsze i najważniejsze: jakim cudem mnie w ogóle znalazłeś? O ile to mnie szukałeś? – czarnowłosy spojrzał na Aratę badawczo.
- Świat jest mały. Wystarczyło sypnąć niewielką sumką jakiemuś bardziej ogarniętemu informatorowi i viola! Mam twoje dane. Nie jesteś jakoś rozchwytywany, więc nawet nie przepłaciłem. – zaśmiał się pod nosem. – Choć przyznam, że nie przyjechałem tutaj z planem spotkania ciebie. Liczyłem nawet, że uda mi się ciebie wyminąć, ale cóż. Bywa i tak.
- Obstawiam, że szukałeś tu tych płatnych zabójców co usiłowali cię zabić, co nie?
- Nie wiedziałem, że wiesz, że to płatni zabójcy. – Arata zagwizdał, sprawdzając, czy nadal ma kartki z dokumentami tylnej kieszeni spodni.
- No ciekawe. Nikt by się nie domyślił. Zwłaszcza, że gonili ciebie. Trzymając broń. I wykrzykując, że cię zabiją. – rzucił sarkastycznie Fumiya. – Ale nie o to mi chodziło. Wiem to od dłuższego czasu. W sumie stacjonują tutaj od kiedy się w tym wszystkim babram.
- Będziesz mieć przeze mnie kłopoty, jak tam wrócisz. – westchnął Arata.
- Zawsze jest szansa, że nie widzieli mojej twarzy. – Fumiya wzruszył ramionami. – Spokojnie, dam sobie radę.
Arata spojrzał na niego z wymalowaną ironią.
- Z jednym ojcem pijakiem sobie rady nie dajesz, a co dopiero z grupą wyszkolonych zabójców… - chłopak ucichł pod sam koniec, widząc ogniki w oczach Fumiyi. – Przepraszam, nie powinienem.
Czarnowłosy przewrócił oczami.
- Mniejsza z tym. – mruknął. – Masz cokolwiek ze sobą? Nie wiem, masz nocleg czy coś takiego?
- Oczywiście. Każdy płatny zabójca wynajmuje sobie pokój w motelu.
- Możemy sobie darować już ten sarkazm?
- Sam zacząłeś. – westchnął Arata. – Ale faktycznie, nie mam nic. Oprócz broni, którą podrzuciłem jakiemuś dilerowi do regulacji. Szczury dopadły mnie jak akurat zostałem z pustymi rękoma.
- No to świetnie. Jakim cudem jeszcze żyjesz z takim nastawieniem? – Fumiya ponownie przewrócił oczami. – Dobra, przechowam cię tutaj przez jakieś dwa dni, a potem wypierniczaj z tego miasta, bo jeszcze ci zabójcy namierzą cię u mnie. A ostrzegam, że dwóch sekund nie będę się zastanawiać czy cię im wydać. – ucichł na chwilę, gdy usłyszał kroki Sue na schodach. – A teraz skończmy ten temat. I ani słowa o czymkolwiek do mojej siostry.
- Nie musisz tyle dla mnie… - zaczął Arata z nonszalanckim uśmiechem.
- Masz rację, nie muszę. – uciął czarnowłosy, wychodząc na spotkanie siostrze i z uśmiechem biorąc od niej tackę z kanapkami.
Białowłosy wyprostował się, patrząc się na Fumiyę. Naprawdę chciał zrozumieć postępowanie chłopaka, ale nie mógł. Posmutniał lekko, przypominając sobie stare czasy, gdy jeszcze Szczury nie były organizacją, gdy uważali go za przyjaciela. Gdy wszyscy żyli. Arata rozmyślał, czy nazywanie ich postępowania zdradą, jest adekwatne do jego działań, teraźniejszych i przeszłych. W końcu żadne z nich nie ma, nie miało i nie będzie mieć żadnych skrupułów.
Białowłosy odetchnął, uśmiechając się do małej, czarnowłosej dziewczynki, zastanawiając się czy tym razem sama jego egzystencja sprawi kłopoty ludziom, którzy chcą mu pomóc.
***
Fumiya miał na tyle szczęścia, że jego ojciec nie wrócił do nocy do domu. Chłopak liczył, że Akino schlał się w pień w jakimś barze z jego kolegami i zacznie ponownie kontaktować dopiero rano.
Dochodziła już jedenasta w nocy, gdy Sue w końcu zasnęła. Dziewczynka niesamowicie polubiła się z Aratą i nie mogła nacieszyć się możliwością dogryzania starszemu bratu. Fumiya po części ją rozumiał. Praktycznie nikt nigdy u nich nie bywał, a ona sama nie miała nawet koleżanek wśród rówieśników. Kontakt z kimś nowym, kto wyglądał na równie żyjącego we własnym świecie jak ona, powinien dobrze jej zrobić. Chociaż Fumiya nie był pewien, czy akurat płatny morderca to dobre towarzystwo, nawet jeśli Arata miał predyspozycje do zostania przedszkolanką.
- Twoja siostra jest zaczepista. – Arata uśmiechnął się, spoglądając na przysypiającą dziewczynkę z matczyną czułością. – Praktycznie nigdy nie miałem kontaktu z dzieciakami. Takie to to miłe i pocieszne.
- A co, ty nie masz rodzeństwa? – spytał Fumiya, nakazując machnięciem dłoni by Arata wstał.
- W sumie to mam. Miałem… Mam? – białowłosy wyszedł bezszelestnie z pokoju, zamykając za sobą drzwi. – To skomplikowane.
- Mamy całą noc byś łaskawie mi wszystko wyjaśnił. – Fumiya cichym kliknięciem otworzył drzwi naprzeciw. Zawahał się tylko przez moment. – Chodź tutaj. Wolałbym potrzymać Sue w błogiej nieświadomości jeszcze przez trochę.
Chłopak musiał ucichnąć, gdy w końcu wszedł do pokoju. Sypialnia matki pozostawała zamknięta od kiedy… Od kiedy jej już nie było. Wszystko wyglądało tak samo – białe firanki, krzesło przy oknie, łóżko dokładnie zaścielone i puste biurko postawione w kącie. Jego matka nigdy nie lubiła przepychu, ale Fumiya nie mógł zrozumieć dlaczego nie chciała mieć choć trochę więcej wyposażenia. Jedyną ozdobą jaka znajdowała się w tym pokoju było zdjęcie ich trójki stojące na biurku. Miał wtedy raptem 5 lat, stał roześmiany obok mamy, która trzymała niemowlę. Ramka była pokryta grubą warstwą kurzu.
Wszystko tu było pokryte warstwą kurzu.
Żadne z nich nie miało siły tu wchodzić z własnej woli.
Fumiya podszedł powoli do okna, mając wrażenie, że widzi cień kobiety siedzącej na krześle. Kątem oka obserwował Aratę, który również zawahał przed wejściem, jakby jego wyostrzone zmysły wyczuły, że nie ma tutaj już nic dobrego. Jednak białowłosy nie kazał na siebie długo czekać – wszedł praktycznie od razu, rozglądając się uważnie.
- Czy to pokój twojej… - zaczął cicho, wzdrygając się, gdy po pustym pokoju poniosło się echo.
- Matki. Znaczy się, był. – westchnął ciężko Fumiya, opierając się o parapet.
- Przykro mi.
Czarnowłosy machnął dłonią.
- Mniejsza z tym. To jedyny pokój, który „nadaje się” na przyjmowanie gości. – prychnął ponuro. – A teraz gadaj.   
- Co mam gadać? Trochę się tego nazbierało.
- Dlaczego ci… jak ich nazwałeś? Szczury? Dlaczego usiłują cię zabić?
- To głupie pytanie. W tej branży wszyscy chcą kogoś zabić. Moja głowa bardzo dobrze prosperuje. – Arata skrzyżował ramiona, opadając bezszelestnie na krzesło. – Ale wiem o co ci chodzi. Przedstawię ci to w wielkim skrócie, bo na serio nie mam siły na roztrząsanie przeszłości. – białowłosy wziął głęboki oddech. – Moi rodzice albo zostali zabici, albo mnie porzucili, nie jestem pewien. W tamtym okresie popularne było szkolenie zabójców od małego dzieciaka, więc jedyne co pamiętam to szkolenie. Kiedy miałem jakieś 13 lat dałem się złapać jak idiota i co śmieszniejsze przymknęła mnie ruska mafia. – Arata roześmiał się. – Ruska mafia! Trafiłem do „nieistniejącego” więzienia wraz z mieszanką zabójców z całego świata. Wtedy przydzieli mi moje obecne nazwisko, po jakimś knypku Takedzie. Wpisali nas do kartoteki jako braci, więc do teraz nadal trudno mi zdecydować czy mam go tak traktować czy nie.
- Chwila, czy jeden z tych Szczurów nie nazywa się przypadkiem Takeda?
- Spokojnie, dojdę to tego. – Arata odetchnął głęboko. – Mówiąc w skrócie po roku, kiedy udało mi się poznać każdy zakątek tego przeklętego miejsca zacząłem planować ucieczkę. Dużo osób przystało na plan, ale kilka zdecydowanie zaprzeczało. Więc kiedy doszło do finalnych etapów, pominęliśmy tamtych i sami zaczęliśmy uciekać. I wszystko szło dobrze dopóki… Dopóki nie okazało się, że nas wydali i sami skorzystali z okazji, by uciec… - Arata urwał w pewnym momencie, jakby wszystkie wspomnienia przewijały mu się przed oczami.
- I co się z wami stało potem?
- Nie było żadnego potem. Przeżyłem tylko ja. No i Szczury. – chłopak przeciągnął się, patrząc się w jakiś odległy punkt, bardzo ostrożnie ważąc słowa. – Wiem, że to było dość chaotyczne, ale reszty już łatwo się domyślić. Ja wróciłem do Japonii i wkręciłem się tutaj w czarny rynek, po kilku miesiącach okazało się, że Szczury bardzo dobrze prosperują w samej stolicy, więc unikałem Tokio przez jakieś 2 lata. A ostatnio, jakieś pół roku temu wdali się w kontakt z Harikenem, ich niewielka organizacja upadła i wynieśli się tutaj.
- Co nadal nie tłumaczy dlaczego akurat teraz usiłowali cię zabić.
- W końcu udało mi się przekupić jakiegoś informatora, by ich znalazł. Wbrew pozorom są w ciula silni i wiedzą co robią. A jeśli chodzi o dzisiaj… Liczyłem, że uda mi się jednego ściągnąć cichaczem, ale nie wyszło. – Arata roześmiał się, jakby wcale nie mówił o mordowaniu ludzi.
- Jakim cudem ty jeszcze żyjesz w tym świecie… - Fumiya westchnął, ukrywając twarz w dłoniach.
- Ja tylko brzmię tak niewinnie, Sotomura. Robiłem rzeczy w tym moim marnym życiu, jakie nawet najgorsze zbiry by się nie podjęły. Jeszcze nie widziałeś mnie w akcji.
- I mam nadzieję, że nie będę musiał… - Fumiya ucichł gwałtownie, nasłuchując. – I jeszcze jedno. Kim w takim razie jest ten Takeda?
- A no właśnie. Liczyłem, że uda mi się przeoczyć ten wątek, no ale… Znasz go, co nie? – białowłosy spiął lekko mięśnie, wyglądając po trochu jak drapieżnik.
- Jeśli mówimy o tym dzieciaku, Takedzie Serizawie to tak.
- Niestety. – Arata westchnął głęboko. – Jest młodszy ode mnie jakieś 4 lata, czyli ma teraz coś 12/13 lat. Podobno ma jakiś szósty zmysł, że w takim wieku bez problemu żyje w tej branży. Ale wracając… - chłopak przeciągnął się jak kot, wyglądając na pozornie rozluźnionego. Fumiya widział jednak wściekłość błyszczącą w błękitnych tęczówkach na wspomnienie Takedy. – Kiedy mnie przymknęli, Takeda już tam siedział. Był jeszcze większym dzieciakiem, dopiero szkolonym, ale o dziwo zachował nazwisko, więc z automatu przypisali je mnie. Dodatkowo nic nie kapował po rusku i angielsku, więc musiałem z nim gadać i robić za tłumacza. – Arata uśmiechnął się szyderczo pod nosem. – Traktowano nas jak braci, bo to było wygodne. Nawet z biegiem czasu się do tego przyzwyczailiśmy i weszło nam to w nawyk. Do czasu.
Białowłosy podniósł się z krzesła i spojrzał przez okno.
- Przez ten cały czas opracowywałem plan. Zbierałem jak najdokładniejsze dane, zyskiwałem sojuszników, policzyłem wszystko co było możliwe. Ale kiedy przyszło do omawiania szczegółów planu… Nie wszyscy się zgadzali. Prawie nas nakryli. A ja wiedziałem, że trzeba działać szybko. Że zaczną się nas pozbywać, gdy rząd o nas zapomni, gdy nie znajdą z nas pożytku. Więc zmodyfikowałem plan i dostosowałem go do liczby moich sojuszników.
Fumiya odetchnął głęboko.
- A Takeda nim nie był.
- Dokładnie. – Arata przytaknął, a jego twarz przybrała dużo poważniejszy wyraz twarzy niż zazwyczaj. – Ten mały skurwysyn zawiadomił resztę. Wydał nas, by oni mogli uciec jak skończeni tchórze. Wydał nas… mnie, a ja mu ufałem. – chłopak zacisnął dłonie na krawędzi parapetu. – Ufałem mu jak nikomu innemu. I głupi traktowałem jak brata. – uderzył pięścią w parapet, powoli zapadając w odmęty wspomnień.
Fumiya uniósł oczu ku niebu, ale nie w protekcjonalnym geście. Po prostu myślał jak zareagować. Ich sytuacje były tak rozbieżne, że aż absurdalne. W końcu czarnowłosy stuknął go pięścią dość mocno w plecy.
- Tyle mi wystarczy. Rozumiem. – mruknął szorstko.
- Właśnie, że nadal nic nie rozumiesz… - głos Araty zabrzmiał zupełnie inaczej, słychać w nim było złość. Ale nie na chłopaka, tylko na siebie. Jakby białowłosy bardziej usiłował przekonać do czegoś siebie, a nie towarzysza. – Fumiya, słuchaj… - zaczął, ale Fumiya usłyszał coś i machnął na niego dłonią.
  – Cholera, liczyłem, że ten zjeb jednak dzisiaj nie wróci. – syknął ze złością.
- To twój ojciec? – Arata od razu przybrał jedną ze swoich wesołych masek i  wychylił się z ciekawością za drzwi, a czarnowłosy automatycznie wciągnął go z powrotem do pokoju.
- Ani słowa. Lepiej żeby w ogóle nie dowiedział się, że ktokolwiek tu jest. Już wystarczająco wkurwia go fakt, że mieszka z nami pod jednym dachem.
Przez chwilę nic nie mówili, nasłuchując jak Akino klnie cały czas, rozbijając jakieś butelki w salonie. W oczach Araty błysnął cień współczucia, ale również gniewu, jednak Fumiya uciszył chłopaka jednym nienawistnym spojrzeniem, nim ten zdążył powiedzieć cokolwiek.
- Nawet nie próbuj go tknąć.
- To że jestem zabójcą, nie znaczy od razu, że psychopatą. Chociaż nie przeczę, pozbycie się tego gnoja ułatwiłoby sprawę.
Fumiya prychnął.
- Proszę cię bardzo. Ale dopóki nie będę mógł prawnie zaopiekować się siostrą, ojciec musi żyć. Potem rób sobie z nim co chcesz.
Arata spojrzał na chwilę w ziemię, a potem podniósł pewny siebie wzrok i spojrzał na czarnowłosego poważnie.
- Mógłbym was stąd wyciągnąć. Oboje. Załatwiłbym normalny, porządny dom, jakąś pracę, czystą kartę, nawet paszporty…
- Nie pierdol. – Fumiya zbył go syknięciem. – Tacy jak ty nie mają powodów, by pomagać innym za darmo. A ja nie mam pieniędzy. – czarnowłosy nasłuchiwał przekleństw ojca, który rozbijał się po pijanemu o meble w salonie.
- Mam postanowienie. – Arata wciąż ciągnął temat. – Że nie będę stawiał swojego biznesu na pierwszym miejscu…
- Nie rozśmieszaj mnie. – Fumiya prychnął, po czym gestem nakazał Aracie zostać w pokoju. – Rozgość się. Nocujesz tutaj. Rano nie wychodź, postaraj nie napatoczyć się ojcu pod nogi.
Nim Arata zdążył powiedzieć coś więcej, Fumiya przemknął do swojego pokoju, pozostawiając białowłosego z tą smutną myślą, że muszą we własnym domu skradać się jak ktoś zupełnie obcy.

 ___________

Witam wszystkich w Nowym Roku! Oby był lepszy niż poprzedni, który osobiście zaliczam do tych gorszych niestety. Chociaż pozwolił mi on zweryfikować wiele spraw i rozwinąć się bardziej. Teraz mam nadzieję, że w 2017 będę mieć mniej powodów do płaczu, a więcej do radości i życzę wam tego samego! 
Mam nadzieję, że utrzymam się w swoim hobby do pisania i nadal znajdzie się choć jedna osoba, która będzie czerpać radość z czytania tych dyrdymał :D 
Powodzenia i trzymajcie się!