30 marca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 7 ~ Granica, której nie mogę przekroczyć

Rozdział 7
Granica, której nie mogę przekroczyć
 Chłopak siedział i wpatrywał się uporczywie w zegar. Przeczesał niespokojnie ręką swoje, i tak sterczące, brązowe włosy. Wstał i obszedł pomieszczenie wokoło. Znów usiadł. Po chwili powtórzył okrążanie pokoju. Mimo iż dziewczyna wyszła zaledwie 15 minut wcześniej, bardzo się niepokoił.
Ktoś zapukał w lekko uchylone drzwi i wszedł do pokoju. Brązowowłosy rzucił w stronę przybyłego zdziwione spojrzenie, a kiedy rozpoznał mężczyznę zmierzył go wściekłym wzrokiem. W odpowiedzi usłyszał westchnienie, które tamten usiłował ukryć.
- Tsuneari? – odchrząknął. Chłopak prychnął i odwrócił się bezceremonialnie. Nie miał ochoty ani natchnienia by teraz rozmawiać.
- Sotomura-san. – wysilił się by okazać choć trochę szacunku ku przybyłemu szefowi. Jednak ostatnie pół godziny były dla niego trudne i bardzo denerwujące.
Facet podszedł bliżej. Był od niego wyższy co najmniej o głowę. Włosy związał w niedbałego kucyka. Zmierzył go zmęczonymi ciemnymi oczami. Tsuneari zauważył też, że powiększyły mu się cienie pod oczami. Ostatnio miał masę roboty, zwłaszcza, że byli bliscy wojny gangów. Ale młody nie przejął się tym, nie teraz. Obecnie był skupiony tylko na wściekłości w jego stronę.
- Ja wiem, że jesteś zły, ale musisz mnie posłuchać… - zaczął, ale Tsuneari obrócił się gwałtownie. Jego ciemno-brązowe oczy zabłysnęły groźnie.
- Zły? Ja… Ja… - nosiło go tak, że nie mógł dobrać słów. Zacisnął dłonie mocno w pięści. – Jestem bardziej niż wściekły! – krzyknął w stronę szefa. – Jak mogłeś posłać praktycznie niewyszkoloną osobę i to jeszcze dziewczynę na misję! I to do Shinjuku! Czy ty zdajesz sobie sprawę…!? – krzyczał dalej, ale w pewnym momencie urwał. Na Sotomurze nie robiło to żadnego wrażenia. Po prostu stał i obserwował. – Jesteś idiotą…
- Wiesz, Tsu… - zaczął spokojnie. Przetarł sobie kark dłonią. – To było po części posunięcie taktyczne. – Fumiya widząc minę chłopca, wykonał uspokajający gest rękoma. – Spokojnie, jest z nią Mako-chan. Co jak co, ale ona jest w naszej czołówce. Ichigo wróci cała. – zapewnił na końcu.
Tsuneari prychnął. Nadal mu się to nie podobało.
- O jaką taktykę ci chodzi? – zagaił, udając wyluzowanego.
- Wiedziałem, że tego nie przeoczysz – Fumiya prawie się zaśmiał. – Wiem, że zdajesz sobie sprawę z napiętej atmosfery, prawda? Z Hariken zawsze mieliśmy problemy, ale są zbyt starzy i potężni by się nami martwić.  Kojarzysz Jishin? – zapytał.
- Pewnie. Miałem z nimi ostatnio kilka starć. – odparł. – Ale to nie zmienia faktu, że Fubuki… - zaczął, ale szef machnął ręką.
- Fubuki to ty zostaw… - widział, że Tsuneari chciał zaprzeczyć, więc ciągnął dalej. – Są w innym mieście. Nie wiem co robili w Ikebukuro, ale pokazaliśmy im czyj to teren. – zakończył temat. – Wracając do Jishin…
- Czekamy na otwartą wojnę, prawda?
- Teoretycznie oni czekają na nasz atak. Są lepiej przygotowani, jednak mamy przewagę liczebną. A prowokują nas ostatnio przy każdej okazji. Suzuki-san został przez nich zaatakowany. Bez powodu.
Tsuneari zacisnął mocniej pięści. Był teraz tak żądny krwi, że mógł złamać swoje przyrzeczenie. Fumiya obrzucił go badawczym wzrokiem.
- Dlatego mam prośbę… - dodał szef, niby od niechcenia. – Związaną z taktyką…
Chłopak podniósł jedną brew.
- Też związaną z taktyką?
- Tak. Misja mylącą. Trochę dłuższa i daleko.
- Dobra, zgodziłbym się i tak, i tak. – prycha Tsuneari, nie analizując podanych informacji. – Ale wiesz, Sotomura-sensei… - zaczął jeszcze. Udało mu się posilić na spokojny, pełen szacunku ton. – Mam nadzieję, że to strategia Uetake-sensei.
Fumiya milczał. Nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Tsuneari obrzucił go krótkim spojrzeniem.
- Wiem, że to ty jesteś szefem, ale… Serizawa-sama wybrał Uetake-san na stratega. Nie ciebie.
- Wiem.
- Więc o tym pamiętaj. Więc gdzie ta misja?
***
Siedzę zamknięta w swoim ciasnym mieszkanku. Od powrotu nie porozmawiałam z nikim. Tsuneari musiał pilnie gdzieś pojechać, Ayako wracała zazwyczaj późno, Taki był jeszcze na misji.
Misja.
Czuję, że to co mam w żołądku mi się przewraca.
Opadam na łóżko. Skombinowałam je dopiero ostatnio. Te jest sto razy wygodniejsze niż poprzednie. Mój miecz leży koło mnie, umyty i wypolerowany.
Wzdycham. Nie miałam najmniejszego problemu by zmyć krew. Wykonałam to jakbym robiła to codziennie. Jak mycie zębów. Żadnych napadów histerii.
Sięgam po kopertę, zaglądając przy okazji do środka. Przeliczam po raz enty pieniądze. Równe 20 000 jenów. Nawet dopłacili za szybkie zrealizowanie zadania.
Gapię się w sufit. Burczy mi w brzuchu. Jest 17. Pora obiadowa zakończyła się godzinę temu. Nie wyszłam z pokoju. Nie miałam siły.
Dlaczego tu wstąpiłaś?
Pytanie Anzai-sensei cały czas kołatało mi się po głowie. Aż do chwili kiedy ujrzałam puste, niebieskie oczy tamtego hakera. Nawet nie pamiętam jak się nazywał. Jestem…
- Ichigo-chan?
Podnoszę się do pozycji pół siedzącej. Rozpoznaję głos chłopaka. Patrzę na drzwi i czekam aż się w nich pojawi. Z korytarza wyłania się postać niewysokiego 17-latka.
- Hej.
- Hej. – opadam z hukiem na łóżko. Chłopak stoi chwilę w drzwiach po czym wchodzi do mojej sypialni. Bez pytania rzuca się na łóżko. Siła jego uderzenia podrzuca mnie do góry, ale praktycznie na to nie reaguję. Gapię się w sufit. Ryutaro zakłada ręce na głowę i też patrzy się w sufit. Wzdycha głęboko.
- Wygodne to łóżko, co nie?
Odpowiada mu cisza.
- Ichigo.
Nadal milczę, choć tak naprawdę muszę podzielić się z kimś moimi spostrzeżeniami. Choć one ich mogą przerazić. Choć one przerażają mnie.
- Żyjesz jakoś? – rzuca, nadal nie tracąc nadziei. Jego głos jednak trochę się zniżył, jakby złagodniał. Czasem dziękuję Bogu, że na świecie są jeszcze taktowni ludzie, umiejący delikatnie wpleść temat do rozmowy.
- Ja tak. Tamten gościu nie.
Ryutaro patrzy się na mnie. Jego brązowe oczy bacznie mnie obserwują. Oczekiwał, że się załamię i zacznę płakać. Dlatego tu przyszedł. By mnie pocieszyć. To jest dużo prostsze.
Tylko, że wcale nie chce mi się płakać. Owszem przerażają mnie moje myśli, ale jedyne co teraz mogę okazać to… beznamiętność.
- Ne, Ryutaro…
- Słucham.
- Mogę ci coś powiedzieć?
- Nadal słucham.
Przewracam oczami, ale delikatnie się uśmiecham. Jego usposobienie działa kojąco na ludzi. Nie dziwne, że świetnie sprawdza się jako lekarz.
- Chodzi o to, że… Nie czuję nic. Nawet nie pamiętam jak on się nazywał. Nie… Nawet mnie to nie obchodzi. – Ryutaro nic nie wtrąca, więc ciągnę dalej. – Najpierw zastanawiałam się dlaczego ludzie biorą mnie i Tokajiego za rodzeństwo. Nie wiem teraz, czy już wtedy mnie przejrzeli.
- A w jakim sensie? – Ryutaro mnie nie rozumiał.
- Charakteru. Kiedy… kiedy go zabiłam… - zająknęłam się, trawiąc słowa. –Nie pomyślałam o strachu, poczuciu winy. Nie czułam nawet ulgi. – gula w moim gardle stopniowo się powiększała. – Poczułam… Radość. – kiedy wykrztusiłam to słowo, gula zniknęła. Mój głos stał się pusty. – Fakt, że leżał przede mną martwy, sprawił mi satysfakcję. Czy już staję się potworem?
- Wiesz, Ichigo… - Ryutaro nie zaprzeczył od razu, ani nie potwierdził. – Sądzę, że tu chodzi o motywy jakimi się kierujesz… Tsuneari z kolei nie określa po motywach, tylko po przyjmowanych misjach. Każdy jest inny pod tym względem…
- To znaczy? – rzuciłam pusto. Zabiłam w sobie coś. Wszystko nagle traciło barwy.
- Hmm… Tsuneari na przykład zawsze bierze misje dotyczące okropnych przestępców, Taki obrończe, Ayako z jak największym wynagrodzeniem…
- A Tokaji? – prycham.
- Im więcej osób ma zabić tym lepiej. – kwituje to lekarz. Czemu mnie to nie dziwi. – Tylko od ciebie zależy jakich ludzi będziesz się... pozbywać. Świat jest dziwny, Ichigo. Więc my musimy być jeszcze dziwniejsi.
Myślę nad nowymi informacjami. W sumie do Tsuneariego rola ‘sprawiedliwego bohatera’ pasuje. Jakkolwiek to brzmi. Taki w sumie, w tych okularach w ogóle nie wygląda na obrońcę. Ayako nie posądziłabym o materializm. Natomiast Tokajiego byłam pewna.
Tylko nie mogę ich tak ocenić. Zostaje jeszcze pryzmat przeszłości. I cel.
No właśnie cel.
- Ryutaro? Mogę cię spytać dlaczego po pokonaniu Akumu zostałeś tu?
- Ze względu na siostrę. – odpowiada bez wahania. – No i trochę przez ojca. – dodaje po chwili z przekąsem. Rzuca mi pytające spojrzenie.
- Może to będzie trochę niepokojące, ale… Znalazłam odpowiedź, dlaczego się zgodziłam. – stwierdzam pustym głosem, zaciskając pięści tak mocno, że bieleją mi knykcie. – Zemsta.
Przed oczami migają mi wspomnienia. Uśmiechnięci rodzice. Odgłos otwieranych drzwi. Krzyk. Strach. Trzy głosy. Kałuża krwi. Ucieczka. Krew. Walka. Kaminari. I w końcu martwe ciało hakera.
Doskonale wiem co chcę zrobić. Co muszę osiągnąć.
Ryutaro nie odpowiada, choć wiem, że nie spodziewał się takiej odpowiedzi, jednocześnie ją znając. Nie zwraca mi jednak żadnej uwagi i wstaje bez słowa. Kieruje się ku drzwiom. Zatrzymuje się jednak w progu.
- Wiesz na co wydasz pieniądze? – rzuca jakby od niechcenia.
Milczę przez chwilę po czym odpowiadam:
- Na małą wycieczkę. – rzucam tylko, a w mojej głowie kreśli się zarys planu. Lekarz wzdycha tylko i bez pożegnania wychodzi. Ten głupi przesąd wszedł wszystkim w krew.
Opadam na łóżko i wgapiam się w sufit bez celu. Po kilku godzinach rozmyślań, morzy mnie sen.
***
Stoję gdzieś w środku lasu. Ze wszystkich stron mam zarośla, a nade mną górują strzeliste sosny. Niebo, ledwo widoczne pomiędzy rozłożystymi gałęziami, ma kolor jasnego błękitu, prawie białego. Jednak widzę jasne punkciki, symbolizujące gwiazdy. I księżyc w pełni. Mimo iż nie wiem gdzie jestem, ruszam przed siebie.
Dopiero kiedy stawiam pierwszy krok, orientuję się, że jestem boso. Ściółka leśna okala moje stopy, gdzieniegdzie kłując mnie igłą, a indziej łaskocząc mchem. Rozpuszczone czarne włosy spadają mi na twarz. Kontrastują z śnieżnobiałą sukienką, którą mam na sobie.
Idę kilka minut, a otoczenie się nie zmienia. Mam wrażenie, że to te same drzewa. Ślady znikają tak szybko jak się pojawiają. Przełykam ślinę.
Jest mi piekielnie gorąco, po twarzy ścieka mi pot. Mimo iż ciała niebieskie należą do nocy, błękit nieba przypomina o środku dnia. Dopiero teraz zaczynam się niepokoić co dalej.
Jestem praktycznie pewna, że stoję w miejscu. Kiedy praktycznie opadam z sił, zmęczona wielogodzinnym marszem, słyszę chlupot wody. Rzucam spojrzenie w górę. Te same gwiazdy, to samo położenie księżyca. Jednak pochodzę bliżej i moim oczom ukazuje się malutki strumyczek. Rozciąga się za nim dużo bardziej przejrzysty, liściasty las. Chcę przejść przez wodę i tam trafić. Jednak w ostatniej chwili coś zauważam.
Cofam gwałtownie dłoń. Słońce. Nad tamtym lasem góruje słońce.
Serca bije mi coraz mocniej. Nie wiem co się dzieje. Przechodzi mnie dreszcz i nachodzi przeczucie. To samo, które czułam na dachu z Tsunearim.
Obracam się bardzo powoli i powstrzymuję się by nie krzyknąć. Po niebie, prosto z księżyca rozciąga się czerwień. Powoli, spokojnymi smugami. Niczym krew. Gwiazdy zdają się blaknąc i mam wrażenie, że robi się coraz goręcej.
Dostrzegam również mężczyznę stojącego kilka metrów w głębi sosnowego lasu. Zauważam farbowane, kasztanowe włosy, przenikające błękitne spojrzenie oraz masę kolczyków.
- Yo Ito… - wymawiam jego imię. Chcę zrobić krok do tyłu, ale nie mogę drgnąć. Dlaczego przede mną stoi mężczyzna, którego zabiłam? Czy teraz zawsze będę go widywać w swojej podświadomości?
- Nie rób takiej miny. Nic ci nie zrobię. – rzuca z przekąsem. – Nawet gdybym chciał, to bym nie mógł.
Patrzę się na niego szeroko rozwartymi oczami. Podchodzi bliżej i nic nie mówi. Patrzy się na jaśniejszy las, rozciągający się za strumykiem. Rzucam mu nerwowe spojrzenie. Mimo iż do wysokich nie należy, jest ode mnie wyższy.
- Odwróć się sama i spójrz.
Wykonuję jego polecenie i krzyk zamiera mi na ustach.
Stało tam małżeństwo w oślepiająco białych ubraniu. Typowi Japończycy w średnim wieku.
Mai i Hiroshi Kanegawa.
Moi rodzice.
Krzyczę coś i wyciągam rękę przed siebie. Jednak nim sięgnie ona nad strumyk, nim Yo mnie odciągnie, zastygam.
Moja dłoń jest cała we krwi. Spływa nią, jakbym zanurzyła ją w jakimś zbiorniku. Robię kilka chwiejnych kroków do tyłu i podnoszę drugą rękę. Wyglądają tak samo.
Nie mam pojęcia co się dzieje. Podnoszę głowę i patrzę się na rodziców. W jednej chwili są jaśni i roześmiani. Potem leżą w ciemności, w kałuży krwi. Wizje migają mi przed oczami.
- Mamo! – oczy zachodzą mi łzami. – Tato!
- Nie usłyszą cię. Jesteśmy po drugiej stronie.
Osuwam się na kolana. Jaka strona?
Moja sukienka barwi się powoli na czerwono,  niczym nasze niebo. Jednak barwy nie przechodzą na drugą stronę strumyka. Jakby była tu niewidzialna bariera, której nie mogę przekroczyć. 
- Ale oni są tak blisko… - mówię drżącym głosem. Są na wyciągnięcie ręki. Nie mogę ich zostawić. Muszę iść do nich.
- Tak naprawdę są bardzo daleko. – prycha, pobrzękując przy tym kolczykami w wardze. – Ani ja, ani ty nigdy nie przekroczymy tej granicy.
Odwracam się z krzykiem na niego, z milionem pytań, z milionem wściekłości. Jednak on zniknął. Wracam do strumyka, jednak go też nie ma. Otacza mnie tylko sosnowy las, skąpany w czerwieni nieba.
Osuwam się znowu na kolana. Sukienka jest w całości czerwona, a krew na dłoniach cały czas wygląda na świeżą. Oddycham ciężko.
Po chwili gwiazdy spadają z nieba.
***
Otwieram gwałtownie oczy. Dyszę, a serce wali mi jak szalone. Podrywam się do pozycji półleżącej, rozglądając się wokół. W sypialni pali się światło, które na pewno nie było zapalone nim zasnęłam.
Dopiero po chwili dostrzegam postać siedzącą na skraju łóżka. Niska, drobna dziewczyna, w przepoconym i ubłoconym ubraniu. Ma zmęczone zatroskane, szarozielone oczy i ciemnoczekoladowe włosy, nadal związane w niedbałego warkocza. Jest zaskoczona moją nagłą pobudką i wciąż trzyma wyciągnięta rękę w moją stronę, jakby chciała mnie obudzić.
- Ayako… - mówię tylko. Jestem całkowicie zdezorientowana. Skąd ona się tu wzięła? No tak. Nie zamknęłam drzwi.
- I… Ichigo… - wykrztusza z siebie, po czym oblewa się rumieńcem. – Przepraszam! Przed chwilą wróciłam, no i powiedzieli mi, że… - zaczyna się tłumaczyć. Śmieje się i gestykuluje rękoma. Obserwuję ją tylko z początku, potem napływają sceny ze snu. Podpieram głowę dłonią.
Yo Ito i ja po jednej stronie. Moi rodzicie po drugiej. Iglasty las i liściasty las. Straszny i bezpieczny. Ciemny i jasny.
Doskonale wiem, że to tylko symbolika. Mój umysł jasno daje mi do zrozumienia, po jakiej stronie teraz stoję. Jakiej granicy nie mogę przekroczyć. Jasność i ciemność. Niebo i Piekło.
Ukrywam twarz w dłoniach. Nie mogę uspokoić oddechu i dalej dostaję palpitacji serca. Moi rodzice. Od ich śmierci nie widziałam ich żadnego zdjęcia, nawet mi się nie śnili. Jedynie wspomniałam o nich, kiedy myślałam o… zemście. Zemście za nich.
- … Ale wiesz, Ichigo, bardzo dobrze wyglądasz! Sądziłam, że będzie z tobą… - Ayako nadal ciągnie swój wywód, ale w pewnym momencie urywa. – Ichigo? – wymawia cicho moje imię.
Siedzę i wpatruję się w jakiś odległy, niewidoczny punkt. Po moich policzkach ściekają łzy, a dolna warga mi drży. Jednak na tym kończą się zewnętrzne oznaki. Nie wydaję z siebie żadnych odgłosów łkania, nie drżą mi ramiona. Nic. Po prostu siedzę.
- Ichigo! – Ayako wydaje z siebie cichy okrzyk. Zakrywa na moment usta dłonią, o oczy zachodzą łzami. Mimo to, od razu zaciska zęby i uśmiecha się. Podchodzi do mnie, siada obok i najzwyczajniej  mnie obejmuje. Odwzajemniam uścisk i wtulam się w przyjaciółkę.
Żadna z nas nic nie mówi. Po prostu siedzimy przytulone, z moich oczu ciekną ciurkiem łzy, a Ayako mnie delikatnie kołysze.
Mai i Hiroshi Kanegawa. Moi najdrożsi rodzice. To za nich chcę się zemścić. Tylko tyle. Muszę sprawić by były martwe 4 osoby – zabójcy i zleceniodawca. Ta myśl prześladowała mnie od chwili gdy wyciągnęłam miecz. Ale zapomniałam o najważniejszym. O tym dlaczego chce się mścić.
Kołyszemy się w ciszy. Mimo iż nie odstawiam histerii, emocje rozrywają mnie od środka. Nie umiem ich okazać, więc tłamszą się w środku. Strata. Złość. Strach. Przerażenie. Histeria. Panika. Zupełnie nie wiem co mam robić. Wszystko to miesza się w środku, powodując głęboki, wewnętrzny ból, który zamieniłabym za wszystko na zewnętrzny.
W końcu biorę głęboki oddech i odsuwam się od Ayako. By dokonać zemsty muszę być silniejsza. Chwila słabości właśnie się kończy. Zaciskam dłonie w pięści, aż bieleją mi knykcie. Biorę kolejny głęboki wdech i liczę do 10.
Dziesięć. Dziewięć. Osiem.
Uspokój się.
Siedem. Sześc. Pięć.
Bądź silna.
Cztery. Trzy.
Dasz radę.
Dwa.
Dam radę.
Jeden.
Ścieram pewnym ruchem łzy z policzków i patrzę się Ayako w oczy. Kiwamy w milczeniu głowami. Siedzimy kilkanaście centymetrów od siebie. W końcu dziewczyna zakłada ręce na kark i opada na łóżko. Klepie miejsce obok siebie, więc też się kładę.
- Mogę ci opowiedzieć pewną historię, Ichigo? – zaczyna cicho. Kiwam tylko głową, a ona poprawia swoją pozycję i zamyka oczy.
- Była sobie kiedyś pewna dziewczynka. Kiedy miała 10 lat mieszkała wraz z rodzicami i rodzeństwem w małym mieszkanku w Itabashi. Była najstarsza z 5 rodzeństwa. Miała 4 braci – 8-letniego Akiego, 7-letniego Hiro, 6-letniego Masu i Midę – oraz jedną siostrę – 5-letnią Fumi. Jej rodzice nie byli ułożonymi ludźmi, jednak starali się. Ojciec często pił, choć mimo to nie stał się alkoholikiem. Mama była ciężko chora i często traciła pracę. Więc zawsze brakowało pieniędzy. Rodzina zaczęła popadać w długi, a wtajemniczona w problemy została ona sama, jako najstarsza. ‘’Nie mów rodzeństwu.’’ ‘’Bądź silna’’ i takie tam. Dziewczynka przytakiwała i dalej się uśmiechała. Minął kolejny rok. I kolejny. I wydawało się, że wszystko się układa jednak do domu zawitał komornik. Dług okazał się kilkusettysięczny. Dziewczynka rozumiała grozę sytuacji. Jeśli nie zaczną tego spłacać rodzice mogą pójść do więzienia, a oni sami trafią do domu dziecka. Dlatego postanowiła ochronić swoją rodzinę. Jako iż była najstarsza. Poświęciła swoje dzieciństwo, a nawet przyszłość by ich uratować. Byleby tylko mogli zostać razem. A na imię jej było…
- Ayako… - kończę. Wzdycham głęboko i przepraszam w głębi duszy, że posądziłam ją o materializm.
- Wybacz, że mówię ci to kiedy twoja psychika nie jest w najlepszej kondycji, ale boję się, że nie zdobyłabym się na to później. – mówi.
- Dziękuję.
- Nie masz za co. W końcu tak robią przyjaciele, prawda?
- Tak… Prawda. – przytakuję i uśmiecham się blado. – Wiesz, Ayako… Pojechałabyś ze mną jutro w jedno miejsce? 

22 marca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa truskawka ~ Rozdział 6 ~ Haker

Rozdział 6 
Haker
Wzięłam kilka kanapek na tacę i rozglądnęłam się po jadalni. 
Ogólnie pomieszczenie znajdowało się na samym parterze największego budynku naszego ‘kompleksu’ jeśli można to tak nazwać. Sala pomieściłaby spokojnie ze 100 osób jednak podczas pór śniadań i obiadów znajduje się tu średnio 30. Większość ludzi
 wychodzi jeść na miasto, a ci z większymi mieszkaniami sami skombinowali sobie kuchnię. Tutaj zazwyczaj starsze osoby ogarniają śniadania lub jeżdżą odpowiednio wcześniej po restauracjach czy barach. 
Cała organizacja mieści się i nawet mieszka w tym kompleksie budynków. Znajdujemy się na obrzeżach i jeszcze w miarę podniszczonych z zewnątrz budynkach starej firmy. Nikt się tym nie interesuje, a przynajmniej Fumiya pilnuje by nikt się nie zainteresował. Wiele pomieszczeń zostało zmienionych albo całkowicie przebudowanych na rzecz członków. Nikt nie musi się martwić o dach nad głową, ani nawet o miejsce. Jest to bardzo wygodne, choć z pozoru przypomina mi to wojsko. Tylko, że jest luźniej. 
Na sali udało mi się ujrzeć ostatnią osobę, z którą chciałabym pogadać. Mimo wszystko skierowałam się w stronę czarnowłosego chłopaka, który grzebał sennie widelcem w jajecznicy. 
- Dobry… - ziewnął, nawet nie spojrzawszy na mnie, a odzywając się jedynie z przyzwyczajenia. 
- Hej – siadam i zaczynam jeść kanapkę z szynką. 
W jadalni jest piekielnie cicho. Słyszę jak ktoś przeżuwa jedzenie przy sąsiednim stoliku. Może powinnam wykluczyć bardzo wczesną godzinę, bo mam zamiar zaraz iść na trening, ale nigdy nie było tak cicho. 
Przechodzą mnie dreszcze. Czyżby instynkt dobrze mi podpowiadał? Szybko kończę kanapki i zajmuję się herbatą byleby tylko pójść trenować i nie zaprzątać sobie głowy błahostkami. Jednak napój okazuje się wrzątkiem. 
- Dziwnie cicho, co nie? – zagaduje niespodziewanie Tokaji. Patrzę się na niego podejrzliwie, oczekując jakiejś docinki. Jednak on czeka na moją odpowiedź. Nowość.
- Jak nigdy – przytakuję. 
- Widziałaś dzisiaj Ryutaro? Podobno mamy kogoś ciężko rannego…
- Kogo? – dopytuję zaciekawiając się. Jeszcze nigdy nie prowadziłam z nim normalnej konwersacji. 
- Jakiegoś typka. – wzrusza ramionami. Cofam to. To nadal ten sam ignorant co zawsze. – Ale to jest niepokojące. 
- A dokładniej co? – nadal się dopytuję. Jeśli ma zamiar mówić okrężnie to coś mu zrobię. – Mów jaśniej, Tokaji. 
- Bo najpierw ty, potem Kosei, teraz ten typu… Wszyscy są atakowani przez Fubuki… - mówi z wielkim wysiłkiem. Jego plan dręczenia mnie informacjami spalił na panewce. 
- Fubuki? A oni to przypadkiem nie mają trochę za daleko? 
- No właśnie, geniuszu… Chodzi o to, że wyraźnie zachodzą nam za skórę, a Sotomura walczy ze sobą by nie posłać na nich połowy naszych ludzi. Dzieje się coś niedobrego. – Tokaji opuszcza głowę na stół. W tym tempie wystygnie mu jajecznica. – Tsuneari, do jasnej cholery, czemu twoje przeczucia zawsze się sprawdzają!? 
Patrzę się na niego przez moment, po czym stwierdzam, że go zignoruję. Dopijam herbatę i wstaję, by odnieść kubek. Tokaji jednak łapie mnie za nadgarstek. 
- Pilnuj się, nowa – warczy do mnie i puszcza moją rękę. Wraca do ospałego jedzenia jajecznicy. Warczę do niego w odpowiedzi jakieś wyzwisko i wychodzę raźnym krokiem. O co mu chodziło? Mogłam mu napluć do tej jajecznicy. 
Na sali treningowej czeka na mnie kolejna niepokojąca rzecz. Nigdzie nie widać Anzai-sensei. Zawsze siedzi tu od świtu, a wychodzi dopiero koło 10. Ayako zawsze śmieje się, że mogłaby tu zamieszkać. Rzucam okiem na tarczę zegara. Dochodzi 7 rano. Jak na nią, to dziwne spóźniać się o takiej godzinie. 
Wychodzę z pomieszczenia i rozglądam się za kimś kogo mogłabym zapytać co się dzieje. Już w powietrzu wyczuwam kłopoty. Serce bije mi niespokojnie, choć nie ma ku temu żadnego, logicznego powodu. Tłumaczę sobie, że to tylko paranoja Tsuneariego. Tylko. 
Po korytarzu szybkim krokiem idzie Hiroki. Jako księgowy, zawsze ma masę papierów przy sobie, jednak teraz stos kartek wyraźnie góruje nad jego głową. Z odległości kilku metrów, słyszę gamę słów, których dziewczyna nie powinna używać. Widać, że jest w niehumorze, ale ciekawość bierze nade mną górę.  
- Em… Nishio-san? – rzucam niepewnie. Mężczyzna przystaje i usiłuje wychylić głowę. Papiery niebezpiecznie się przechylają, a ja słyszę głośnie przekleństwo. – Może pomóc? 
- A to ty, Kanegawa – mówi z obojętnością. Jednak kiedy biorę od niego praktycznie połowę, uśmiecha się z wdzięcznością. – Jak mi to doniesiesz do Głównego Biura, to będę twoim dłużnikiem – rzuca ze śmiechem. 
Uśmiecham się w odpowiedzi i schodzę po schodach. Zagajam go o obecną sytuację.
- Szczerze… To nie wiem – westchnął. Jego dłuższe blond włosy opadły mu na twarz, przysłaniając bliznę. – Mikuru-san wywaliła mnie, mówiąc coś o papierach. – znowu wzdycha. 
Główne Biuro znajduje się kilka drzwi obok Sejmu. Wszyscy potocznie nazywają tak salę zebrań. Słyszę jakieś rozmowy. Musi trwać jakaś zażarta dyskusja. Przebiega po mnie dreszcz. Czyżby jednak paranoja Tsuneariego była słuszna? 
- Nishio-san… Ktoś podobno został ranny… - zagajam, gdy już wychodzimy z pokoju. Wszędzie walają się kartoteki podpisane imionami. Najstarsze jak np. Omitsu czy Fumuyi pękają w szwach, rozwalone. 
- A, faktycznie! – Hiroki w geście zastanowienia, gładzi się po swoim jasnym zaroście. Blizna, kilkudniowy zarost, dłuższe blond włosy. Wszystko to sprawia, że wygląda na 35 a nie 25 lat. – Seizo Suzuki. 
Przemyka mi obraz sympatycznego 20-latka. Seizo ma kręcone, czarne włosy okalające całą rumianą twarz. Ma przeszywające, bursztynowe oczy. Są o kilka odcieni żywsze od piwnych oczu Meiji’ego. Czuję ukłucie poniżej żeber. 
- Będzie z nim dobrze? – rzucam zduszonym głosem. Podczas mojego miesięcznego już pobytu tutaj nikt nie doszedł, nikt nie odszedł. Powoli dociera do mnie miejsce w którym się znajduję. Przez ludzi mnie otaczających zapominam o tym. 
- Raczej tak, choć nieźle oberwał. – mruczy w odpowiedzi. Zauważa mój wzrok i przejeżdża ręką po włosach. – Ale spokojnie. Ryutaro jest świetny. Bywało gorzej. – Klepie mnie po ramieniu i idzie w swoją stronę. Patrzę się za nim jeszcze chwilę po czym kieruję wzrok na drzwi od Sejmu. Nadal słychać podniesione głosy. Wzruszam ramionami i podchodzę bliżej. I tak miałam się spytać gdzie podziewa się moja patronka. 
Kiedy miałam już zapukać, rozpoznałam jeden z głosów. 
- To nie zmienia faktu, że zdurniałeś!
Tsuneari. 
- Tsu, słuchaj. To  była kwestia czasu i doskonale zdawałeś sobie z tego sprawę… - odzywa się Fumiya, ale chłopak mu przerywa. 
- Z czego niby? Wiesz po ilu latach mnie wypuściłeś na pierwszą misję!? – Tsuneari jest wyraźnie wściekły. Zawsze odnosił się z bardzo dużym szacunkiem do szefa, lecz teraz po poważaniu nie ma śladu.
- Młody, spokojnie – słyszę głos Mako. Czemu ona jest tu, a nie na sali treningowej? Jej głos jak zwykle jest wyprany z emocji. 
- Właśnie Tsu… Trochę wiary… - mruczy zmęczonym głosem Omitsu. 
- Wiary? Jesteśmy o krok od wojny z…! – zaczyna krzyczeć, ale Mikuru mu przerywa cicho. Nie rozpoznaję słów jakie wypowiada, być może zbyt zdruzgotana słowem ‘wojna’. Słyszę kroki i szybko odskakuję od drzwi. Po chwili otwierają się na oścież. Wychodzi chłopak i nim trzaśnie nimi, rzuca na mnie pobieżne spojrzenie. Zamach na drzwi traci impet i tylko nieznacznie się przymykają. 
- Ichigo? – wymawia moje imię, wyraźnie zdziwiony moją obecnością. 
- O co…? – zaczynam, ale we framudze pojawia się Omitsu. 
- O, Ichigo. Dobrze, że jesteś. Chodź na moment. – macha w moją stronę ręką i odwraca się. Nim wchodzę do pokoju rzucam Tsuneariemu pytające spojrzenie. Odprowadza mnie jednak niepewnym wzrokiem z domieszką niepokoju. 
***
Sięgam do szafki drżącą ręką. Zakładam jakąś koszulę w kratę i granatowe jeansy. Na nogach mam wygodne buty do biegania. Wiążę włosy w wysokiego kucyka, by nic mi nie przeszkadzało. 
Podchodzę do łóżka i kucam. Sięgam ręką głęboko pod nie i czekam aż moje palce natrafią na jakiś materiał. Przełykam głośno ślinę, kiedy czuję twardą pochwę z mieczem. Podnoszę się i spoglądam na broń. Rzucam przelotne spojrzenie w lustro, prosto w swoje oczy, usiłując coś z nich wyczytać. Zaciskam tylko dłoń w pięść i przerzucam miecz przez ramię. 
Wychodzę. 
Przed budynkiem czeka na mnie Mako. Rzuca mi przelotne spojrzenie. 
- Gotowa?
- Ani trochę. – odpowiadam od razu, zgodnie z prawdą. Mako wali mnie delikatnie w głowę, w jakiś dziwny sposób dodając mi otuchy. 
- To dobrze. – stwierdza tylko. – Z nikim się nie żegnaj. – dorzuca jeszcze, a widząc moje pytające spojrzenie, wzdycha. – Taki mamy przesąd. Jeśli się pożegnasz przed misją, to tak jakbyś szła na misję samobójczą. Jakby to inaczej… Nieładnie odchodzić bez słów pożegnalnych, że to tak ujmę. 
Krzywię się, choć tak naprawdę uważam to za śmieszne. No i może po troszku sentymentalne. Ale tylko troszku. 
Ruszamy spokojnym truchtem w stronę stacji metra. Mamy niezły kawałek drogi, ale ruch pozwala mi o tym nie myśleć. Nigdzie mi się nie śpieszy. 
Kiedy jedziemy metrem, wbijam wzrok w sufit. Rozmyślam o wszystkim. Sotomura z przekąsem oznajmił mi o misji. Odaka-san nie był zbyt zaskoczony, tak samo Uetake-san. Jedynie Omitsu wyglądała na zrezygnowaną. 
Yo Ito. Haker, zwinął paru osobom majątek całego życia. Wszystkie, nie mogąc pogodzić się z utraceniem wszystkiego, odebrały sobie życie. W większości przypadków byli to młodzi studenci, ciężko pracujący na życie.  Uniewinniony przez sąd. Zlecenie od kilku rodziców zmarłych. Kwota: 18000 jenów (ok. 5800zł)
Metro gwałtownie hamuje. Lekko spadam w bok i patrzę się orientacyjnie po otoczeniu. Nic. Po prostu przystanek. 
- Mogłabym cię o coś spytać? – rzuca spokojnie Mako. Kiwam twierdząco głową.  – Dlaczego tu wstąpiłaś? Podobno miałaś wybór…
Milczę. Opowiadałam pobieżnie Mako jak się tu znalazłam ale nigdy nie wspominałam o motywach. No właśnie. Dlaczego tu jestem? W ogóle dlaczego nie pomyślałam nad konsekwencjami mojego wyboru? Czy zgodziłam się pod wpływem zdezorientowania? 
Nadal milczę, a Mako wzdycha. Chyba żałuje, że zadała mi to pytanie. Nie rozmawiamy aż do ostatniego przystanku. Łatwo znikamy wśród tłumu ludzi. Dochodzi już 9, więc miasto ożywa. Kiedy jednak widzę tabliczkę z nazwą dzielnicy, mam ochotę się cofnąć.
Shinjuku.
- Co się stało, Ichigo? – rzuca Mako przez ramię. Patrzę się na nią, nie rozumiejąc jej zdziwienia. 
- Przecież to tutaj jest… - zaczynam lekko zduszonym głosem ale kobieta zwinnym ruchem przytyka palec do ust, nakazując milczenie. Od razu milknę, zdając sobie z tego sprawę. Shinjuku. Dzielnica Hariken. 
- Doskonale wiem. Szybko, znikajmy stąd. Im szybciej go znajdziemy tym lepiej dla nas. Może nie będzie z tego dramy. 
Wychodzimy z dworca i ruszamy przed siebie. Mako sprawdza coś w swoim telefonie. Rozmawiamy o najzwyklejszych rzeczach. 
- Dobrze. No to chodźmy do tego sklepu! – rzuca do mnie ze śmiechem. Reaguję entuzjastycznie. Od razu wiem, że śmiejąca się Mako to znak tylko jednej rzeczy – śledzą nas. – Skręcamy w następną uliczkę. Potem od razu biegiem za mną. – Dodaje bardzo cicho. Ledwo rozumiem słowa, a ona nawet nie obróciła głowy w moim kierunku. 
Robię wszystko dokładnie według instrukcji. Spokojnie skręcamy w lewo, a kiedy znikamy z pola widzenia, zrywamy się w nagłym sprincie. Mako biegnie przede mną i od razu skręca w prawo. Słyszę w oddali jakiś okrzyk. 
- Cholera. – dociera do mnie przekleństwo Mako. 
- To z Hariken? – sapię. Moja patronka kiwa tylko głową. – zawsze tak jest jak macie zlecenie na czyimś okręgu? 
- Nie. – skręcamy gwałtownie w prawo. Ulica jest prawie nieoświetlona. Stoi tu może z dwóch facetów. Jestem ciekawa skąd ona tak dobrze zna tą okolicę. – Zazwyczaj się nie wpieprzamy  do roboty innych, chyba że oni mają kogoś zabić, a my obronić. 
- Więc dlaczego…
- Rozpoznali mnie. – dodaje tylko. Patrzę się na jej umięśnione plecy. Ma rozpuszczone, długie rude włosy. Nie dziwię się, że jest rozpoznawalna. Tylko ciekawe z jakiego powodu. 
Mako sięga po telefon i w biegu wyszukuje czyjś numer. Mam wrażenie, że cały czas przyśpieszamy, ale na razie dotrzymuję jej tempa. Trenowanie koszykówki wyrobiło mi dobrą kondycję. 
- Sotomura? Namierzyłeś go w końcu? – sapie do telefonu. Czyli to z nim tak pisała przez cały czas. – Pod koniec tej ulicy i za prawym rogiem. I charakterystycznie wygląda? Ok. Jakby co to mam towarzystwo. Tak. 
Rozłącza się i pozwala mi dobiec do niej. Mówi, że odciągnie lub przystopuje nasz ogon, a ja pobiegnę załatwić gościa. Mam zamiar zaprotestować, ale kobieta tylko mnie zatrzymuje. Kładzie mi obie dłonie na ramionach i mówi:
- Dam radę. Ty dasz radę. Obie damy radę.  
Po chwili rozlega się krzyk i metr od mojej głowy przelatuje sztylet. Widzę trzy postacie kilkadziesiąt metrów przed nami. Sami faceci. Mako napina mięśnie i trzyma z gracją swój jednoręczny miecz. Kieruje złowieszczy wzrok na przeciwników. Oni ruszają w naszym kierunku. 
Czuję adrenalinę. Nie rozróżniam słów jakie kieruje do mnie Mako i chwytam miecz. Ruszam we wskazanym kierunku. Kiedy skręcam widzę niewysokiego chłopaka. Włosy ma pofarbowane na kasztanowy odcień, kolczyki w wardze i nosie pobłyskują. Jest może w wieku Anzai. Rzuca mi kpiące spojrzenie.
- Yo Ito? – rzucam. Mój głos drży, choć to już nie z adrenaliny, tylko ze strachu. Śmieje się w odpowiedzi. Choć budynki rzucają cień, a lampy się nie palą, wyraźnie widzę jego niebieskie oczy. Są pewne szyderczości. I zero skruchy. Serce wali mi jak oszalałe.
- Słucham, szmato. Czego? – wypluwa z siebie słowa. Adrenalina znowu uderza mi do głowy, tym razem z większą siłą. Strach powoli znika. To tylko zwykły śmieć. Ogarnia mnie do niego odraza. Sięgam ręką za głowę, jakbym robiła to zawsze. Patrzy się na mnie jak na idiotkę, ale kiedy stal błyska w ciemności, dostrzegam zdziwienie na jego twarzy. Tnę wprawnie powietrze mieczem i rzucam mu najgroźniejsze spojrzenie na jakie mnie teraz stać. Nie wychodzi mi to, ale facet krzyczy coś i zaczyna uciekać. Nim o czymkolwiek pomyślę, ruszam w jego stronę. 
Nie wiem co mam zrobić. Dobiegam do niego nieubłaganie szybko. Będąc wystarczająco blisko, zauważam, że potyka się. Wyprzedzam go lekko i bezceremonialnie podstawiam mu haka. Pada jak długi i nim spróbuje się podnieść, przewracam go na plecy. Przydeptuję go. 
I co teraz? Adrenalina powoli mnie opuszcza. 
Chłopak spluwa i zaczyna się histerycznie śmiać. W jakiś sposób jego panika mnie uspokaja.
- I kto cię nasłał, co? Rodzice tych skurwysynów? Szkoda, że oni też nie popełnili samobójstwa! Hahahahah! – śmieje się, ale ja go tylko obserwuję. W jego głosie, choć nie zachwianym, słychać strach. – No co się gapisz szmato!? Wszyscy jesteście tacy sami! I co myślisz, suko!? Że wyznaczasz sprawiedliwość!? Zdzira! Dziw… - przerywa monolog. Patrzy się na mnie pusto, a z ust cieknie mu strużka krwi. Miecz ma wbity prosto w serce. 
Kręcę kółka mieczem, choć mężczyzna już jest martwy. Adrenalina powoli mnie opuszcza. Wyciągam zamaszyście broń i odwracam się. O niczym nie myślę. Ruszam spokojnie przed siebie. Miecz mam opuszczony i sunę nim ze zgrzytem po ziemi. Po kilku krokach osuwam się na ziemię i chowam twarz w dłoniach. 
Zrobiłam to. 
Zabiłam człowieka z premedytacją. Bez żadnego motywu.
Zrobiłam to.
***
Mężczyzna spokojnie krążył po dachu obserwując raz Yo, a raz walczącą rudowłosą. Nikt nie był wstanie wyczytać z jego twarzy co myśli. Był ubrany w skórę i wyglądał jak typowy motocyklista. Za nim stało około 5 mężczyzn i jedna kobieta. 
Rzucił okiem na walczących podwładnych. Nikt jeszcze nie zginął, choć mężczyźni radzili sobie coraz gorzej. Nawet z przewagą liczebną, ruda wyraźnie prowadziła. 
- Takeda-sama… - odezwał się jeden z nich. – Straciliśmy właśnie klienta… Czy teraz ruszamy na dziewczynę? 
- Nie… - mężczyzna uśmiecha się szyderczo. – Odwołaj tamtych. Wracamy do szefa. – widząc pytające spojrzenia grupy, śmieje się. – Coś czuję, że robi się coraz ciekawiej. 11-letnia chwała Kaminari jest już policzona. Bez Araty na czele nie mają szans. 
Grupa najpierw prycha niepewnie, po czym zaczyna się śmiać złowieszczo, nie mogąc doczekać się nadchodzącej bitwy. 

- Wybacz, bracie, ale twoje Kaminari jest skończone. – rzuca jeszcze cicho w stronę zdezorientowanej rudowłosej. Kobieta rozgląda się po otoczeniu, nie rozumiejąc dlaczego młodzi zrezygnowali. Kieruje swój wzrok wyżej, ale Takedy Serizawy już tam nie ma. 
________________________________________________________________________________

W końcu jest kolejny rozdział. Wybaczcie, ale musiałam zebrać się by dobrze opisać scenę ataku na Yo. No i musiałam go wymyślić. Na czym polega konflikt z potężnym Harikenem. Jakie związki posiada Mako. I kim tak naprawdę jest brat Araty? Kim był sam Arata? 
Do zobaczenia <3 

11 marca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 5 ~ Tam gdzie początek ma burza


Rozdział 5
Tam gdzie początek ma burza

- Pracuj nogami – Mako zwróciła mi uwagę.
- Tak jest!
    Dochodziła 10, i teoretycznie pora śniadaniowa się już kończyła, ale my zostałyśmy dłużej. Mako nie miała z tym problemu, a ja i tak chodzę jeść przed treningiem.
    Minął już miesiąc od kiedy to wszystko się wydarzyło. Rozpoczynał się październik, zapewne w moim gimnazjum już zapowiedzieli jakieś testy. Z jednej strony brakuje mi szkolnego życia, ale z drugiej wiem, że nie dałabym rady się znów tam zaaklimatyzować. Na pewno poszłyby jakieś plotki. No i nie muszę pisać testów.
   Mikuru Uetake, jako nasz strateg poradziła mi bym nie wychylała się z organizacji przez jakiś czas. Policja myśli, że zostałam porwana, a po pewnym czasie uznają mnie za zamordowaną i nie będzie problemu z wychodzeniem na ulicę. W sumie sama siebie bym teraz nie poznała. Urosły mi włosy, sylwetka stała się bardziej umięśniona, po codziennym, wielogodzinnym, morderczym treningu. Jednak najbardziej zmieniły mi się oczy. Czy raczej wzrok.
    Odskoczyłam i sparowałam cios.
- Dobrze, ale powinnaś zrobić jeszcze kilka kroków. – mówi Mako.
- Tak jest!
    Od razu na drugi dzień dostałam własny miecz. Jako iż na razie byłam niska, dostałam lekki i krótki. Większość osób stąd używa mieczy. Na początku mnie to dziwiło, jednak kiedy zaczęłam nabierać wprawy, zrozumiałam, że ostrze staje się przedłużeniem ręki. Mniejszość używa innej broni jak, np. Ayako. Walczy z dystansu, strzelając z małego, składanego łuku.
    Mako zatrzymała się i przeczesała ręką po rudych włosach. Westchnęła.
- Dobrze ci idzie. Wystarczy na dziś. – mówi. Jej głos zawsze jest wyprany z emocji. Tak samo jak mimika. I zachowanie. – Jestem głodna.
- Dobrze. Dziękuję za dziś, Anzai-sensei. – skłaniam się nisko, a kobieta w odpowiedzi kiwa mi głową. – Życzę smacznego. – dodaję zaczepnie.
    Przez jej twarz przemyka uśmieszek, jednak jest to ułamek sekundy. Kobieta wychodzi, zostawiając mnie na sali samą.
    Kiedy poznałam dowódcę okazało się, że różni się od mojego wyobrażenia. Nie był młody, straszny, wredny. Wyglądał na około 30 lat, tak jak Omitsu. Miał długie, czarne, matowe włosy, związane w kucyka i ciemne oczy. Nie wyróżniał się jakoś wzrostem czy sylwetką. Wyglądał na przeciętnego Japończyka. Jednak charakter miał inny.
   Był spokojny, wyrozumiały. Często milczał, obserwując otoczenie swoimi inteligentnymi oczami. Umiał słuchać, ale nie dawał sobie przerywać. Myślał nad każdym działaniem, słowem. I pozwolił się pytać o jakieś błahostki, doskonale rozumiejąc moją sytuację.
   Od razu dowiedziałam się, że większość osób mówi do siebie po imieniu. Według niego powinnam odzywać się z szacunkiem do dowódców i swojego patrona (Mako). Nie ma podziału na rangi, wykształca się jednak ogólną opinię przez siłę czy umiejętności. Wiek nie ma znaczenia.
   Kaminari znajduje się w Toshimie, jednym z okręgów w Tokio. Dokładniej na obrzeżach dzielnicy Senkawy. Jesteśmy jedną z 3 organizacji w całym Tokio. W Shinjuku jest Hariken (huragan), a w Shibuyi – Jishin (trzęsienie ziemi). Są naszymi głównymi wrogami. Następnie najbliżej nam do Saitamy – Arashi (burza) i Fubuki (zamieć) do której należeli Aya, James oraz Jiro. I zabójcy moich rodziców są gdzieś w tej czwórce. Fumiya od razu wykluczył naszą organizację.
   Jestem ciekawa kiedy wyślą mnie na jakąś misję. Nie żeby mi się śpieszyło. Po prostu jestem ciekawa. Mako mówi, że robię szybkie postępy, jednak czy na tyle szybkie by w miesiąc opanować podstawy? Na pewno nie.
- Hej, Ichigo!
    Odwracam się i widzę Ayako, Takiego i Tsuneariego. Dziewczyna macha do mnie, uśmiechając się pociesznie.
- Hejka! – wołam, również się uśmiechając.
- Robimy ognisko, przyłączysz się? – pyta Tsuneari.
- W środku dnia? – dziwię się. – Nie mamy się zachowywać dyskretnie?
- Najciemniej jest pod latarnią, jak to mówią – zauważa Taki, a Ayako się śmieje.
- No weź! Ryutaro też się wyrwie. Nawet Tokaji przyjdzie.
   Wzruszam ramionami, ale idę za nimi.
***
- Muahahaha! – Tsuneari śmieje się złowieszczo, trzymając pudełko z zapałkami nad stosikiem drewna. Od razu też obrywa po głowie od Ryu.
- Oddawaj to, durniu, bo spalisz całą okolicę! – lekarz wyrywa mu zapałki. Tsuneari mruczy coś w odpowiedzi, ale od razu idzie do Takiego wziąć kilka pudełek z kiełbaskami.
- Nie za dużo tego? Za chwilę hieny się zlecą. – rzuca Tokaji, który od samego początku trzymał się na uboczu. W pierwszych dniach brali mnie za jego młodszą siostrę, ale szybko przestali się mylić. Ja i Tokaji to dwie różne osoby. On jest mendą, ja nie jestem.
- Oj tam! Zje się! – śmieje się Ayako.
- Myślenie ‘’pójdzie w cycki’’ nie jest dobrą metodą na dietę, grubasie. – rzuca Tokaji drwiąco. Dziewczyna rzuca mu mordercze spojrzenie, ale nic nie mówi.
- Tokaji, nie zachowuj się chamsko, cepie – Tsuneari zwraca mu uwagę, posyłając mu wymowne spojrzenie. W odpowiedzi, chłopak wzrusza tylko ramionami.
- No to już nie moja wina, że taka jest pra… - zaczyna, ale po chwili obrywa pieńkiem drewna w głowę. W oddali słychać śmiech dziewczyny.
- To tylko początek zemsty! Ciesz się, że Ryutaro nie rozpalił ogniska!
- To był zły pomysł… - lekarz wzdycha cicho, ale nadal usiłuje podpalić ognisko. Po kilku minutach ogień zaczyna się lekko tlić.
    Wszyscy, no może oprócz Tokajiego, śmiejemy się. Siadamy wokół ogniska po turecku i zaczynami piec kiełbaski.
    Otaczają mnie ludzie na pierwszy rzut oka normalni. Jednak każdy z nich miał jakiś dobry powód by wstąpić do organizacji płatnych morderców. Tak naprawdę nie poruszamy drażliwych tematów. Ale wszyscy są tego piekielnie ciekawi. Więc w końcu ja poruszam delikatnie temat.
- A wy… Długo tu jesteście? – rzucam pytanie do ogółu.
- Hmm… Ja jestem już jakiś rok… - zastanawia się Ayako.
- Trochę więcej – zauważa Ryutaro. – Taki będzie trochę mniej niż rok. W sumie to ja jestem tu  najdłużej, bo odkąd skończyłem 7 lat. Czyli już 10.
- Serio tak długo? – dziwi się Tsuneari.
- Ty sam jesteś już 7 lat. – zauważa Ryu. – A Tokaji jest już coś koło 6 lat.
- Jezu, jak długo… - wyrywa mi się. Po chwili dodaję: - Jesteście tu praktycznie od dziecka… Ty, Tsuneari, miałeś 7 lat, a Tokaji 10… Masakra…
- No cóż… Bywa… - Ryutaro patrzy się w ogień. – W sumie lekarzem jestem dłużej…
- Jak to dłużej?
- Mój ojciec… - zaczyna. – Też był. No i mnie uczył.
- Coś walnięty był. Już od dziecka kształtować kogoś na lekarza. – zauważa Ayako. Ryutaro wzdycha.
- Chodziło mu raczej o moją przyszłość. W końcu to on założył Kaminari.
    Wszyscy zastygają w bezruchu i patrzą osłupieni na Ryutaro. Nawet Tokaji, a Tsu ma rozdziawioną buzię. Wspominał o tym ale wtedy za bardzo się tym nie przejęłam. Nie uznałam tego za tajemnicę.
- W sumie, tak czy siak, kiedyś by to wam powiedzieli. Ale to długa historia. 
   Patrzymy na niego wyczekująco.
- Co my mamy, spotkanie zapoznawcze? – śmieje się chłopak.
- No… tak jakby… - Ayako wzrusza ramionami.
- Opowiadaj, opowiadaj… - pośpiesza Tsuneari.
- Dobra, dobra… Od czego by tu zacząć… - Ryutaro wgapia się w niebo. Po czym zaczyna swoją opowieść.
***
    Moja rodzina, kiedy miałem 5 lat, była niczym z obrazka. Ja zacząłem chodzić do przedszkola, poznawać świat, kolegów. Miałem starszą siostrę, Ryuko Ishimurę. Była dla mnie jak bohaterka – miała orzechowe włosy, ale niebieskie oczy po mamie. Była ode mnie 6 lat starsza – miała 11 lat i chodziła do 4 klasy. Ryuko była śmiała, inteligentna, lubiana. Trenowała różne sporty, wygrywała konkursy. Chciałem być jak ona. Jeśli chodzi o moich rodziców to mama, Hana Ishimura, była księgową, a tato, Kuranosuke Ishimura, świetnym lekarzem. On też był dla mnie autorytetem. Mieszkaliśmy w domku jednorodzinnym w Nagasaki.
   Jednak kiedy skończyliśmy odpowiednio 6 i 12 lat, wszystko zaczęło się psuć. Nasza mama ciężko zachorowała, a tato brał dodatkowe godziny, by wydolić z rachunkami. Po kilku tygodniach udało nam się dostać do szpitala w Tokio. Przeprowadziliśmy się tam. Ale mamie się nie polepszało.
   Zmarła po kilku miesiącach. Tato całkowicie się załamał i na pogrzebie powiedział tylko: ,,Hana, byłaś dla mnie najpiękniejszym kwiatem.’’ *Hana znaczy ‘kwiat’* Zaczął pic, przestał się nami interesować. Siostra była dla mnie oparciem… Teraz żałuję, że ja nie byłem dla niej. Była naprawdę silna.
Pod koniec roku, tato stracił pracę. Jednak nie głodowaliśmy. W wolnym czasie przeglądałem notatki ojca, chłonąc medyczną wiedzę jak gąbka. Chciałem zostać lekarzem.
   Po szkole chodziły różne plotki, jednak tato nigdy nie powiedział co się stało. Znikał czasami na parę dni, nabierając siniaków, ale też mięśni. Znowu się uśmiechał, jednak oczy miał puste. A dla mnie siostra stała się zastępcą rodziców. Zawsze mnie pocieszała i uśmiechała się, choć było nam niewyobrażalnie ciężko. Życie bardzo szybko pokazało nam, że nie wystarczy nam tylko dach nad głową, pieniądze… Dzieciakom potrzebne są ważniejsze wartości. Domowe ciepło, uwaga, miłość.
    Kiedy skończyliśmy po 7 i 13 lat, Ryuko zaczęła coś podejrzewać, jednak nigdy nie próbowała wywlekać tego tematu, ani mi go tłumaczyć. Pewnego dnia jednak ojciec zabrał nas na wycieczkę z Nakano, gdzie mieszkaliśmy do innego okręgu – Toshimy. Tam powiedział nam prawdę.
    Od kiedy mama umarła tworzył organizację. Morderców. Wtedy byłem nadal mały i nie rozumiałem grozy sytuacji. Takie rzeczy mimo przeżyć nadal były mi obce i niepojęte. Jednak Ryuko zareagowała ekspresywniej.
- Nazywa się Kaminari. – rzekł ojciec pod sam koniec.
- Zdur… Zdurniałeś do reszty!? – krzyknęła siostra. Popatrzyłem na nią przerażony. Na jej twarzy malował się przerażający gniew z nutą niedowierzania. I uczucie, które tylko ja mogłem rozpoznać – rozpacz. Przez ostatnie miesiące nauczyła się ukrywać swoje słabości i niepotrzebne, negatywne emocje.
- Kochanie, spokojnie… - zaczął delikatnie jak za starych czasów.
- Co spokojnie? Co spokojnie!? – Ryuko zwinęła ręce w pięści. – Najpierw wywalają cię z pracy, potem znikasz sobie na kilka dni co jakiś czas, zostawiając nas na pastwę losu, a teraz… teraz… teraz mówisz, że jesteś twórcą jakiegoś gangu dresiarzy jak HaHHH Hariken z Shinjuku!
- Ryuko, posłuchaj… - zaczyna wyraźnie zmieszany. – Wiem, że to może być ciężkie, ale musisz zrozumieć, że…
- Co zrozumieć? Że stałeś się zwykłym mordercą!? – Po policzkach siostry spływają łzy. Nie rozumiałem wtedy dlaczego krzyczała, płakała, była zrozpaczona i wściekła. Teraz rozumiem.
- Ryuko! – tato podnosi lekko głos. – Kochanie…
- Nie nazywaj mnie tak! Nie masz prawa nazywać się moim ojcem! Nienawidzę cię! Ciebie, i matki za to, że zostawiła nas z tobą! Ryu, idziemy! – krzyczy i odwraca się do nas plecami. Ja jednak nie ruszam się. I teraz tego żałuję. Że nie ruszyłem się i powiedziałem do niej:
- Ryuko-nee-chan… Ja zostaję… To w końcu mój tato…
   W odpowiedzi chlipnęła cicho.
- Wiesz co, Ryu… - zaczyna ale dławi się łzami. – Opiekowałam się tobą, poświęcałam cały czas, bylebyś czuł się dobrze… I sądziłam, że chociaż ty mnie nie zostawisz… - odwróciła i uśmiechnęła się rozdzierająco – zabolało mnie to wtedy, ale nie zawołałem jej. Powinienem ją zawołać. Zatrzymać. Zrobić cokolwiek.
- A zgińcie wszyscy. Mam was gdzieś. – dodała spokojnie i pognała przed siebie. Wyciągnąłem za nią rękę, ale tato położył mi dłoń na ramieniu.
- Nie martw się, synu. Wróci.
   Zostawiliśmy ją z tymi słowami, a ojciec zabrał mnie do środka. Wszyscy byli zaskoczeni naszym podobieństwem. Wyglądałem jak młodsza kopia mojego rodzica. Szefem całej, niedużej bandy około 25 osób był mój ojciec. Sprawował funkcję lekarza. Jego zastępcą okazał się student, którego kojarzyłem z opowieści taty - ,,Inteligentny chłop, ale ma pecha w życiu’’ – 21 letni Fumiya Sotomura. Wraz z dziewczyną, Shuuko Adachi i jej młodszą siostrą Omitsu byli tu od początku. Jego rówieśnik był doradcą – Daiki Odaka. Strategiem był 25 letni Arata Serizawa.
   Przez kilka tygodni wszystko się układało, a ja zapominałem o braku Ryuko. Jak mogłem być takim idiotą. Mój wiek mnie nie usprawiedliwia. To była moja siostra.
   Pewnego dnia, kiedy ojciec uczył mnie robić domowej roboty silne znieczulenie do pokoju wpadł Fumiya.
- Szefie!!!
- Jezu, nie drzyj tak mordy, młody. – rzuca tato ze zmęczeniem w głosie.
- To ważne! – Fumiya jakby nie usłyszał uwagi i dalej krzyczy. Jest czerwony i zdyszany. – Znaleźliśmy… Znaleźliśmy Ryuko…
   Kuranosuke, ten sam facet będący ostoją spokoju i sarkazmu, ten sam który zaciągnął syna do własnej organizacji morderców… Zerwał się z błyszczącymi oczami. Przez jego twarz przelewała się cała gama uczuć, które zniknęły od śmierci mamy. I po raz pierwszy od dawna uśmiechał się szczerze.
- Ale szefie… - Fumiya zdał sobie sprawę, że wytłumaczył sytuację zbyt pobieżnie. – Szefie… Ona… - nie wiedział jak ubrać w słowa informacje. – Ona zawędrowała aż do Saitamy… No i…
   Fumiya nie dokończył,  bo tato zdał sobie sprawę z sensu jego słów. Lekko się przygarbił i spuścił głowę. Zapytał tylko:
- Kto?
- Akumu – powiedział rzeczowym tonem Fumiya i wyszedł cicho z pomieszczenia. Ojciec opadł na krzesło i ukrył głowę w dłoniach. Nie rozumiałem. Nic nie rozumiałem.
    W Saitamie znajdowały się tam wtedy 4 organizacje – Arashi (istniejące do teraz), Hikari (światło), Bara (róża) i Akumu (koszmar) z którą mieliśmy na pieńku.  Siostra została zamordowana.
    Ojciec po kilku minutach wstał i skierował się do drzwi szybkim krokiem. Wyszedłem za nim, chcąc się o coś zapytać.
- Tato?
- Daiki, zwołaj zebranie. Natychmiast.
- Tato?
- Tak jest, Kuranosuke.
- Tato!
   Zignorował mnie zupełnie i zamknął przed nosem drzwi do sali obrad. Posiedzenie było burzliwe i krótkie. Czekałem w swoim pokoju, nadal myśląc, że moja siostra jest gdzieś w Saitamie.
   Po krótkim czasie przyszedł do mnie i powiedział:
,,Mam zamiar pomścić twoją siostrę za wszelką cenę. Dlatego ty teraz zostaniesz lekarzem piorunów.’’ (nawiązanie do nazwy organizacji)
Ruszyli na Akumu bandą 25 osób. Wróciło 15.
    Ostatecznie organizacja z Saitamy musiała się poddać, zdziesiątkowana. Kilkudniowa wojna klanów zakończyła się naszym zwycięstwem. Kilka osób uciekło, ale woleliśmy świętować wygraną.
   Nigdy więcej nie zobaczyłem ojca.
   Fumiya wrócił i jako pierwszy do mnie podszedł. Przeprosił i zapewnił, że mogę być dumny z siły mojego ojca. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że zginął tylko po to by się zemścić. Zginął za moją martwą siostrę, zostawiając mnie samego. Zostałem sam, jako 7-letni lekarz, na zawsze przykuty do morderców. Sam.
***
   Wszyscy milczymy. Ryutaro patrzy się po nas i cicho wzdycha, jak to ma w zwyczaju. Zakłada ręce za kark i opada lekko na plecy.
- Nie żeby coś, tylko spróbujcie mi litość okazać, a szukajcie innego lekarza. – śmieje się chłopak. Ayako tylko wzdycha, a Tsu patrzy się na niego natarczywie. Ja i Tokaji milczymy. Jedynie Taki wygląda na mocno zmieszanego. Każdy z nas powoli trawi informacje.
- Ja nie żartuję – dorzuca jeszcze Ryu, a Tokaji się przeciąga.
- Spalisz kiełbaskę.
- Moje jedzenie! – wyje lekarz zdając sobie sprawę, że przez całą opowieść trzymał mięso nad ogniskiem. Kiełbaska wyglądała upiornie – praktycznie cała zwęglona. Doskonale wiem, że Tokaji zauważył to od razu ale wolał mieć satysfakcję ze zwrócenia uwagi.
    Tsuneari wybucha śmiechem.
- A mi mówiłeś, że jestem piromanem. – wydusza, nie mogąc złapać oddechu ze śmiechu. Po chwili Ayako też się rozpogadza i dołącza do śmiania się. Tokaji tylko kręci głową i prycha, ale podchodzi bliżej i nadstawia kiełbaskę  nad ogień.
- Powiedziałem, że spalisz okolicę. I chodziło mi o głupotę. – mówi rzeczowo Ryu, z udawaną powagą, którą jednak traci po skończeniu wypowiedzi.
   Teraz i ja zaczynam się śmiać. Dołącza do nas również czterooki i wkrótce wszyscy śmiejemy się ze wszystkiego.
   Każdy z nas miał powód żeby tu wstąpić. Może nie były dobre, bo… Żaden powód nie usprawiedliwia naszego postępowania. To tylko umysł to sobie wmawia. No i może sumienie, które muszę nauczyć się tłumic.
- Czuję mięso! – słyszymy, że ktoś biegnie w naszym kierunku. Po chwili przez kłodę przeskakuje z rozpędu Omitsu i siada z hukiem obok Takiego. Wybuchamy śmiechem. Tokaji coś mruczy, że hieny się schodzą.
- No weź, Omitsu. Zachowaj trochę subtelności – zwraca uwagę Mikuru ale to tylko potęguje nasz śmiech, ponieważ kobieta trzyma kilka kiełbasek.
- Dlaczego mnie nie dziwi, że to kobiety pierwsze poleciały po jedzenie… - odzywa się Hiroki idący z szefem. – Powinniśmy nadal…
- Spokojnie, młody… - Fumiya macha ręką. – Daiki powiedział, że coś sprawdzi. Nie możemy cały czas siedzieć w biurze.
- Coś się stało? – woła Tsu, z kiełbaską w ustach. Wszyscy z młodszego grona patrzą na dowództwo.  Od odpowiedzi jednak powstrzymują nas krzyki innych.
- Patrzcie!
- Robią ognisko!
- Przysiadamy się!!!
   Nadbiegają młode chłopaki – Jun, Meiji i Koichi. Ta trójka jest najlepszymi przyjaciółmi i zawsze chodzą wszędzie razem. Rozrabiają ale z opowieści wynika, że mimo luzu są bardzo niebezpieczni. Jun jest najmłodszy ma 20 lat. Farbuje włosy na blond, jednak oczy ma naturalnie niebieskie. Koichi jest średni i ma 23 lata. Jest najwyższy i nosi dłuższe brązowe włosy w takim samym odcieniu jak ma włosy. Najstarszy jest Meiji – 25 lat. On z kolei jest najniższy jednak widać, że jest mózgiem drużyny. Jeśli jest nadzieja na powagę to tylko od niego zależy. Ma czarne włosy, które wyróżniają jasne, piwne oczy.
   Ktoś jeszcze wychyla się przez okno, a inny zatrzymuje się w drzwiach. Nasze małe ognisko zwołało praktycznie całą obecną na miejscu organizację.
***
   Dobiega 21 tego samego dnia. Siedzę rozwalona na sofie u Ayako.
- Co teraz otwieramy?
- Dawaj Pocky. – rzucam. Dziewczyna sięga po opakowanie z podwójną czekoladą i orzechami. Uśmiechamy się do siebie, bo obie wiedziałyśmy co teraz weźmie.
   Ayako w sumie ma pokój praktycznie naprzeciwko mnie. Jednak jest tu dłużej dlatego też jest lepiej urządzona. Wielkość mieszkania jest praktycznie taka sama, z tą różnicą, że u mnie jest przestrzenniej.  Ayako w salonie ma wielką, czerwoną kanapę i 3 zapadające się fotele. Okno jest otoczone wielkimi regałami z artystycznym nieładem. W kącie stoi biurko z komputerem i pokaźną kolekcją płyt, a dużą część zajmuje nieduży plazmowy telewizor na oko 30 cali. Wszystko to słabo oświetlone sprawia wrażenie malutkiej kańciapy, jednak czuję się tu przytulnie.
   Wpadłam do niej po wieczornym treningu. Od tego czasu obgadujemy ze sobą wszystko co się da. Jako iż jesteśmy tu jedynymi dziewczynami w podobnym wieku, więc tak czy siak musimy znosić swoje towarzystwo. Mimo wszystko, dobrze że mamy wspólny język.
   W telewizji leci jakaś drama. Ayako leży do góry nogami, zwisając głową w dół. Kładę się obok niej na brzuchu.
- Wiesz Ichigo… - zaczyna z mętnym wzrokiem, skupiając się telewizorze.
- Co? – rzucam luźno biorąc Pocky.
- Od początku uważam, że tu nie pasujesz. – wali prosto z mostu. – I nie chodzi tu o talent, bo wszystko zajebiście szybko łapiesz… Tylko… Jak bym była tobą to bym tu nie przyszła…
- Tylko, że ja… - zaczynam jednak Ayako mi przerywa. Obraca się na brzuch.
- Zostałaś w to wplątana. O to mi chodzi.
    Wiem o co jej chodzi. Gdyby nie tamten sierpniowy wieczór nigdy bym tu nie przyszła. Nawet nie wiedziałabym, że Kaminari istnieje. Nie pasuję tu, Ayako, przecież to widzę. Jednak nie mam wyboru. Już nie.
- Wiesz, Ichigo… Cieszę się, że się zgodziłaś. – mówi w końcu. – Pewnie jakbyś odmówiła to by dramy nie było, bo Fumiya ma do ciebie dług wdzięczności, ale…
   Podrywam się. Patrzę się na nią pytająco. Nie rozumiem. O co biega?
- Jaki dług? – pytam najpierw, jednak po chwili kręcę głową. – Nie, jaka drama?
- Nie mówili ci? – Ayako szeroko otwiera oczy. Jest zaskoczona. – Na serio ci nie powiedzieli? – dopytuje się jakby to nie było oczywiste.
- Nie, powiedzieli mi, dlatego się dopytuję. – rzucam sarkastycznie. W odpowiedzi obrywam poduszką, jednak dziewczyna zaczyna mi tłumaczyć.
   Istnieje niepisane prawo takich organizacji – dla bezpieczeństwa nie może pozostać żaden świadek. Mówiąc prościej jak ogarniesz za dużo to się ciebie pozbędą. Chyba, że zechcą byś dołączył. Jak optymistycznie.
- Czyli jakbym odmówiła to bym była martwa. – mówię pusto. Ja. Pierdole.
- No nie… - zaczyna Ayako, wyraźnie zmieszana. – Znaczy, wątpię bo zabiłaś James’a…
- To ma jakieś znaczenie?
- To długa historia… I szczerze nie powinnam ci jej mówic, bo nikt tu o tym nie rozmawia… - zaczyna, ale jej przerywam.
- Nie odezwę się ani słowem. – obiecuję.
- No dobra… - Ayako drapie się po głowie. – Ryutaro o niej wspominał. Starsza siostra Adachi-san… Shuuko Adachi-san…
- No pamiętam… Jest narzeczoną szefa… I co?
- No właśnie… Była. Przegrała w walce z James’em 3 lata temu, podczas naszej pierwszej spiny z Fubuki. Zginął wtedy również Arata Serizawa, który objął dowództwo po śmierci ojca Ryu… No i Sotomura został szefem…
   Przyswajam informacje. Powoli mi się wszystko rozjaśnia. Nawet sobie nie wyobrażam jak bardzo on chciał go zabić. Chociaż to pewnie podobne uczucie do tego którym darzę morderców moich rodziców.
Czyli zamordowałam jego wroga. No to mam u niego dług wdzięczności. Wypełniłam niechcący jego zemstę. No jasne.
- Nie znałaś jej, prawda? – pytam po chwili smutnego milczenia.
- Nie, dołączyłam po jej śmierci. Nikt o tym nie mówi, ze względu na szefa. O tym opowiedział mi kiedyś Tokaji…
- Serio? On?
- Co nie? Też byłam zdziwiona. – śmieje się Ayako. Po chwili jednak cichnie. – Mimo wszystko to nie jest miejsce na miłość. Za dużo się myśli. A potem się cierpi. – stwierdza cichym, melancholijnym głosem.
***
Zimny, październikowy wiatr zwiewa mi włosy. Patrzę się na wschód w stronę słońca, które dopiero jaśnieje na horyzoncie. Jest około 5 nad ranem, jednak stoję już to z 1,5 godziny. Przez natłok informacji nie mogłam zasnąć.
   Wzdycham głęboko. Świat jest jednak dziwny. W jednej chwili ludzie których znam śmieją się ze mną, a w następnej wyruszają by kogoś zabić. Na zlecenie. I zawsze istnieje ryzyko, że nie wrócą. Jednak idą.
   Słyszę za sobą kroki. Nie odwracam się jednak, doskonale wiedząc kto to. Po chwili obok mnie przystaje wyższy chłopak o wiecznie rozczochranych włosach. Również wzdycha głęboko.
- Nie jest ci zimno?
- Nie.
   Rozmowa się urywa, a chłopak patrzy się na wschodzące słońce. Jest nieobecny. Nuci jakąś piosenkę pod nosem.
- Nie wiedziałem. – mówi po chwili. Nie wiem za bardzo o czym mówi. – Wiedziałem w jakich okolicznościach zginął pierwszy dowódca, ale tylko pobieżnie. Ani słowa o pokrewieństwie, siostrze Ryutaro, rozwaleniu Akumu… Nic…
   Przytakuję. Znowu milczymy przez kilka minut. Jasne, ciepłe promienie rozświetlają nam twarz. Słońce wschodzi.
- Ciekawe jak tak było… Nawet Ryu do teraz nie wie…
- A… - zaczyna nam ale Tsu prycha.
- Tak znałem ją. Wspaniała kobieta. Arata był zajebisty.
- Skąd wiesz? – pytam spokojnie, skupiając się na słońcu.
- Czułem, że Ayako to opowie.
- Aha… - wzdycham. – Czy…?
- Nie martw się tym, Ichi. Naprawdę, i szefuńcio, i Omitsu są twardzi. Chociaż mocno ich to dotknęło. I w głębi duszy trzymają do teraz.
- Strata zawsze jest bolesna – mówię pusto, a oczy zachodzą mi mgłą. Przypominają mi się sielskie popołudnia z moimi rodzicami.
- Życie jest dziwne prawda? – mruczy Tsuneari. Nie patrzę na niego, ale słyszę, że głos mu drży.
- Naprawdę dziwne. – przytakuję. Milczymy kolejne minuty. Ostatnie historie wprawiły go w melancholie.
- Wiesz… Uważam, że Ryutaro, Sotomura, Omitsu, nawet Tokaji… są bardzo silni. Ty też. – mówi cicho i poważnie. Milczę więc ciągnie dalej. – Straciliście wszystko jednak idziecie przed siebie. Jak to zrobiłaś? – ostatnią część kieruje do mnie. Patrzymy sobie w oczy, szukając odpowiednich słów.
- Nie wiem. Instynkt. Bo nie miałam wyboru. A jak było z tobą?
- Ja nie miałem nic. Od początku nie miałem nic.
    Milczymy. Żadne z nas nie zna historii drugiego. Tsu wie tylko tyle, że zabili mi rodziców. No i mnie uratował. A ja nie wiem nic.
   Stoimy tak kilka minut. Nasze oddechy są wyrównane. Na dole ktoś zmierza do budynku. Dopiero wracają z misji. Czuję ucisk w żołądku, który co jakiś czas przypomina mi gdzie, mimo pozorów, naprawdę jestem. I co będę musiała zrobić.
  Tsuneari wzdycha, a ja się na niego patrzę. Jego ciemno-brązowe oczy są teraz rozjaśnione przez słońce. Serce zabija mi przez moment mocniej. Wyciągam mimowolnie dłoń, klnąc w myślach swoją głupotę. Kiedy lekko dotykam jego dłoni, mam większy uścisk w żołądku. Chłopak jednak od razu ściska moją dłoń.
Jest taka duża i ciepła. Odprężam się, choć ścisk w żołądku nie znika. I wiem, że tu nie chodzi o strach. Czuję, że mam wypieki na policzkach.
- Ichi… - mówi cicho. – Mam złe przeczucia…
- Ja też… Ale mam je od początku… - odpowiadam równie cicho. Nie napajam się chwilą. Ciepłem jego dłoni. Choć serce mi trochę przyśpieszyło. Również od wczoraj instynkt podpowiada mi, że będą kłopoty.
- Ale nie martw się. – Tsuneari ściska moją dłoń mocniej. Patrzymy się na siebie. – Obronię cię. – obiecuje i się uśmiecha. Odpowiadam ściśnięciem dłoni. 
_____________________________________________________________________

Wiem, że jest straszny natłok informacji i postaci no ale wszystko będzie jaśniejsze już po kilku rozdziałach. Jak widzicie to najdłuższy rozdział (11 stron) Wplotłam tu zmyśloną historię Ryu >.< A po końcówce zapowiem, że coś zacznie dziać się w następnym rozdziale. :D
Dzięki za przeczytanie <3

2 marca 2015

Przedstawienie postaci ~ Prolog Morderczyni

Hej!
Jako iż nawet mi trochę trudno połapać się z wyglądem, wiekiem czy czymś tam jeszcze z mojego ff to pewnie innym też. No może oprócz ciebie, Kirmiał xd
Dlatego też żebym nie musiała grzebać po rozdziałach czy tam pisać 100 tysięcy razy tego samego postanowiłam zrobić "przedstawienie postaci" :)
Wiecie, takie np. wygląd, wiek xd I mi, i wam będzie wygodniej c:
No to jedziem z tym koksem xd

Imię: Ichigo
Nazwisko: Kanegawa
Płeć: Dziewczyna xd
Wiek: obecnie 13 lat
Wygląd: Czarne, falowane włosy do ramion /K. nie cykaj, jej włosy jeszcze urosną/ granatowe oczy
Wzrost: 155cm
Broń: Krótki, lekki, jednoręczny miecz

Imię: Tsuneari
Nazwisko: Nakade
Wiek: 14 lat
Płeć: chłopak xd
Wygląd: brązowe, rozczochrane włosy i ciemno-brązowe oczy
Wzrost: 165cm
Broń: Prosta katana

Imię:
Tokaji
Nazwisko: Kosai
Wiek: 15 lat
Płeć: chłopak
Wygląd: Czarne oczy i krótkie czarne włosy opadające na oczy
Wzrost: 178cm
Broń: 2 krótkie miecze

Imię: Ryutaro
Nazwisko: Ishimura
Wiek: 17 lat
Wygląd: Brązowe oczy i jasne, orzechowe włosy
Wzrost: 169cm
Broń: - lekarz

Imię:
Ayako
Nazwisko: Kasahara
Wiek: 14 lat
Wygląd: ciemnoczekoladowe włosy, zawsze związane w warkocza i szarozielone oczy
Wzrost: 150cm
Broń: składany łuk

Imię: Taki
Nazwisko: Hideyoshi
Wiek: 14 lat
Wygląd: Miodowe włosy i szare oczy. Nosi podłużne, czarne okulary
Wzrost: 157cm
Broń: długi, oburęczny miecz

Imię: Omitsu
Nazwisko: Adachi
Wiek: 29 lat
Wygląd: krótkie, lekko falowane, kasztanowe (farbuje xd) włosy, bardzo ciemne brązowe oczy, praktycznie czarne
Wzrost: 170cm

Broń: Jednoręczny miecz
Ranga: Zastępca dowódcy

Imię: Fumiya
Nazwisko: Sotomura
Wiek: 32 lata
Wygląd: Długie, czarne, matowe włosy związane w kucyka, ciemne oczy
Wzrost: 185cm
Broń: Katana
Ranga: Główny dowódca

Imię: Hiroki
Nazwisko: Nishio
Wiek: 25 lat
Wygląd: Dłuższe, blond włosy i zarost, szrama na policzku, szaroniebieskie oczy
Wzrost: 176cm

Broń: Oburęczny miecz
Ranga: Teoretycznie księgowy

Imię: Mikuru
Nazwisko: Uetake
Wiek: 27 lata
Wygląd: Długie, jasnobrązowe włosy upięte w koka, zielone oczy
Wzrost: 174cm

Broń: Sztylety
Ranga: Strateg

Imię: Daiki
Nazwisko: Odaka
Wiek: 48 lat
Wygląd: krótkie, siwe włosy i broda, czarne oczy
Wzrost: 170cm

Broń: Gladius (krótki miecz rzymski)
Ranga: Główny doradca


Imię: Mako
Nazwisko: Anzai
Wiek: 25 lat
Wygląd: Długie, rude włosy, szarozielone oczy
Wzrost: 168cm

Broń: krótki, lekki, jednoręczny miecz
Ranga: Patron nowych 

EDIT
Kaminari:
- Ichigo Kanegawa 14 K
- Tsuneari Nakade 14 M 
- Tokaji Kosai 15 M
- Ayako Kasahara 14 K
- Taki Hideyoshi 14 M
- Ryutaro Ishimura 17 M
- Fumiya Sotomura 32 M
- Omitsu Adachi 29 K
- Hiroki Nishio 25 M
- Mikuru Uetake 27 K
- Daiki Odaka 48 M
- Mako Anzai 25 K
- Meiji Maeda 25 M
- Koichi Kanesaka 23 M
- Jun Endo 20 M
- Miyako Shirayuki 20 K
- Miyoko Shirayuki 20 K
- Suzuki Seizo 21 M
- Kotaro Honda 28 M
- Natsu Koruba 30 M
- Keizo Iwasaki 35 M
- Masazumi Murasaki 27 M
- Kei Iwasaki 26 K
- Shiori Sanda 28 K
- Yutaka Okano 33 M
- Itaru Noda 32 M 
~ Zmarli
- Arata Serizawa 30 M <3 lata>
- Shuuko Adachi 28 K <3 lata>
- Kuranosuke Ishimura 38 M <10 lat wcześniej>
- Ryuuko Ishimura 13 K <10 lat wcześniej>

Jishin:
- Yasuaki Igarashi 30 M
- Shigeo Taichi 25 M
- Takahide 30 M
- Takahiro 30 M
- Ryuji Kuno 17 M
- Toshiyuki Karube 21 K
- Kijuro Harada 23 M
- Hisaki Ushiba 27 M
- Carmen Martinez 16 K
- Camilo Martinez 20 M

Hariken:
- Takeda Serizawa 34 M
- Satoru Ashida 15 M
- Suzuko Ashida 16 K
- Matsuki Daishi 18 M

Inni:
- Hana Ishimura <matka Ryu> [*]
- Mai i Hiroshi Kanegawa <rodzice Ichi> [*]
- Daiki i Mei Hideyoshi <rodzice Takiego> 
- Shou Hideyoshi <brat>
- Yo Ito <haker> [*]
- Katherine Zayan [?]
- Jiro [*]
- James [*]
- Aya [*]
- Ayaka i Akito Kasahara <rodzice Ayako>
- Aki 10, Hiro 9, Masu i Mida 8, Fumi 7 Kasahara <rodzeństwo Ayako>