30 czerwca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 14 ~ Mary senne

Rozdział 14
Mary senne

~Ichigo Kanegawa~
Otwieram oczy, a bladość nieba zmusza mnie do gwałtownego zamrugania. Podnoszę się po pozycji półsiedzącej, zasłaniając sobie ręką oczy. Po kilkunastu sekundach, kiedy mój wzrok zaczął się przyzwyczajać do światła, rozglądam się po otoczeniu, mrużąc lekko oczy.
Leżałam w jakichś wysokich zaroślach w środku lasu. Wokół mnie rosną strzeliste sosny. Podnoszę się powoli, czując narastającą gulę w gardle. Podświadomość podpowiada mi, że to sen, jednak otoczenie jest łudząco podobne do tego z ostatniego koszmaru. Kieruję wzrok z wiarą, że to inna mara senna, lecz płomyk nadziei gaśnie gdy dostrzegam pojedyncze gwiazdy i księżyc na tle bladoniebieskiego nieba. Przełykam ślinę.
- Mogłabym się już obudzić – mruczę, a mój głos niesie się echem po lesie. Opuszczam głowę, oglądając się jeszcze przez ramię. Nie dostrzegłszy niczego niepokojącego, ruszam przed siebie.
Mijają kolejne godziny, robi się coraz goręcej, a drzewa nadal są te same. Przecieram czoło z potu. Tamtym razem szybciej się to skończyło.
W pewnym momencie słyszę trzask łamanej gałązki. W ostatniej sekundzie powstrzymuję się od nagłego odwrócenia się. Biorę cichy, głęboki wdech i idę dalej, nie zmieniając tempa. Jestem prawie pewna, że to tamten haker.
- Czego chcesz? – staram się by zabrzmiało to pewnie, jednak mój głos niesie się echem po lesie. Dopiero teraz zauważam, że panuje absolutna cisza. Martwa cisza.
- Dlaczego już drugi raz idziesz nad ten strumyk? – Yo ignoruje moje pytanie. Staję i odwracam się nonszalancko. Mierzę go wzrokiem. Nadal ma farbowane, kasztanowe włosy, przenikające oczy i masę kolczyków na mordzie. – Nic ci to nie da. To granica, której nie możemy przekroczyć. – ciągnie dalej.
Kręcę głową na jego gadaninę i znów ruszam przed siebie. Po kilku sekundach słyszę kroki. Zaciskam dłoń w pięść i warczę:
- Nie leź za mną.
- Ale kiedy tu jest nudno. – jęczy. Przewracam oczami. -  Nikt mnie tu nie lubi.
- Nie dziwię… - zaczynam, ale urywam i rozszerzam oczy. Obracam się tak nagle, że Yo cofa się o krok. – Nikt? – powtarzam, uświadamiając sobie znaczenie tego słowa. Przełykam ślinę, widząc jego chytry uśmiech. Jak na zawołanie milimetr od mojej głowy przelatuje sztylet.
Obracam się, napinając przy tym wszystkie mięśnie. Kiedy rozpoznaję postać, od razu porzucam myśl o walce i zrywam się do biegu. Barczysty mężczyzna rusza za mną po kilku sekundach. James.
Przebieram nogami tak szybko jak umiem, zahaczając przy tym o ostre igły sosen. Mam mętlik w głowie. Myślałam, że wiem jak działa ten sen. Ostatnim razem nie było to James’a.
Gwałtownie hamuję, kiedy przede mną wyrasta postać Jiro. Rzucam się w bok, potykając się o Ayę. Obie rozszerzamy szeroko oczy ze zdziwienia, jednak korzystam z okazji i uciekam.
Jeszcze nigdy nie chciałam się tak bardzo obudzić.
Niebo zaczyna pokrywać się czerwienią. Mimo przerażającego wyglądu, uznaję to za dobry znak. Ostatnim razem nie trwało to tak długo po pokryciu się krwią nieba. Wpadam na kolejne drzewo, a moim oczom ukazuje się duża polana. Z daleka widać strumień. Ruszam pędem przed siebie.
Za sobą słyszę okrzyki trójki z Fubuki. Jest szansa, że przerwę sen, wbiegając w strumyk. To tylko kilkaset metrów. Dasz radę, Ichigo.
Przemierzam dystans jak zawodowiec, dostrzegając za niewidzialną barierą swoich rodziców. Dzieli mnie kilka metrów. Uda się. Spinam mięśnie do skoku, odrywam stopy od ziemi i… czuję szarpnięcie. Cofam się, tracąc równowagę. Czyjaś mocna dłoń trzyma mnie za przegub. Podnoszę głowę, patrząc się buntowniczo na mężczyznę.
- Puszczaj, skończona mendo. – warczę na hakera, który się tylko uśmiecha.
- Masz nowych gości. – rzuca tylko, kiwając głową w kierunku skraju lasu. Za gnającymi w moją stronę Jiro, Ayą i James’em dostrzegam kolejne 4 postacie. Dilerzy z Setagayi. Serce mi na moment staje i rzucam przerażone spojrzenie w stronę Yo, mimo własnej woli. On tylko uśmiecha się z politowaniem i rozpływa się w powietrzu. 
Nie czekam na cud i znów zaczynam biec. Pot zaczyna ze mnie cieknąc strugami, lecz moi wrogowie zdają się nie odczuwać gorąca. Całe niebo jest już zaplamione krwią. Rzucam spojrzenie strzelistym sosnom. Serce zabija mi mocniej kiedy zauważam, że one również spływają krwią.
Czemu to, do jasnej cholery, nie chce się skończyć?
***
Ryutaro wszedł do sali chorych. Na jednym z dwóch łóżek znajdujących się w pomieszczeniu leżała młoda dziewczyna. Była nieprzytomna już 2 godzinę, a do jej nadgarstka przyczepiona została kroplówka. Przyszedł podłączyć kolejną.
Kolejne krople deszczu niestrudzenie bębniły o parapet. Popatrzył się osowiale przez okno i przetarł twarz ręką. Był zmęczony i miał wszystkiego dość. Pomimo tego zmusił się do zmienienia kroplówki przyjaciółce.
Spojrzał mimochodem na Ichigo. Od pewnego czasu mruczała coś niewyraźnie i kręciła głową przez sen. Zapewne dręczył ją koszmar.
- Nie musisz się budzić, Ichi – mruknął Ryutaro bardziej do siebie niż do niej. – Tu rozpęta się jeszcze większe piekło.
- Widzę, że pałasz optymizmem, Ryu.
Lekarz obraca się gwałtownie, powodując, że Tokaji nieznacznie odsuwa się do tyłu. Kiedy medyk rozpoznaje przybyłego, mrozi go spojrzeniem brązowych oczu i nic nie mówiąc wraca do roboty.
Tokaji opiera się o framugę drzwi luźno, śledząc każdy ruch starszego kolegi. Po kilku ciągnących się minutach, Ryutaro obraca się w stronę czarnowłosego.
- Co ty tu robisz? – rzuca oschle.
- Oddycham – prycha Tokaji. Mierzą się wzrokiem i w końcu prycha, opuszczając przy tym głowę. – Przyszedłem tu posiedzieć.
Ryutaro wypuszcza pustą kroplówkę z dłoni, rozszerzając szeroko oczy. Prostuje się i patrzy się wprost na Tokajiego.
- Tokaji, dobrze się czujesz? – pyta ze szczerą troską. W odpowiedzi dostaje groźne warknięcie.
- Świetnie. I nie myśl sobie za dużo. – ostrzega. – Usiłuję się wymknąć z tej ‘gorączki stanu najwyższej gotowości’.
Ryutaro nie odpowiada, zabierając się z powrotem do swojej roboty. Uśmiecha się pod nosem, kiedy Tokaji opada dość niedelikatnie na sąsiednie łóżko. Kto by pomyślał, że i on ma jakieś uczucia.
Lekarz jeszcze raz spogląda na czarnowłosego, który leży na łóżku i spogląda przelotnie na Ichigo. Otwiera usta by rzucić jakąś uwagę, jednak zmienia zdanie i wychodzi bez słowa, zamykając drzwi.
Tymczasem Tokaji podnosi się do pozycji siedzącej. Wlepia swoje puste czarne oczy w nieprzytomną dziewczynę, oczekując jakiejś reakcji oprócz majaków sennych. Po kilkunastu minutach podnosi się i przeciąga leniwie. Pstryka w kroplówkę, od razu przenosząc wzrok na Ichigo, jakby oczekiwał, że to coś da.
- Ichigo – wypowiada cicho jej imię, wpatrując się przy tym intensywnie w jej twarz. Jedyną reakcją jest obrócenie przez dziewczynę głowy, co jest tylko znakiem obecności mar sennych. Tokaji wkłada ręce do kieszeni spodni i stoi tak jeszcze kilka minut.
W końcu przeczesuje swoje czarne włosy i podirytowany kieruje spojrzenie na okno. Krople cieknął leniwie po szybie, nadając całemu otoczeniu ponurego nastroju. Cały dzień wygląda tak samo.
Tokaji pstryka jeszcze raz w kroplówkę. Ich ilość uświadamia go tylko o wielkiej utracie krwi przez jego towarzyszkę. Mimo, że jest przykryta kołdrą, wie że przez brzuch ciągnie się brzydka szrama.
- Co ja tu w ogóle robię? – mruczy do siebie. Patrzy się jeszcze raz na dziewczynę i od razu kręci głową.
Wzdycha i kieruje się w stronę drzwi. Bezwiednie obraca się w framudze by na nią jeszcze raz spojrzeć. Po ułamku sekundy klnie na siebie w myślach.
- Wariuję na stare lata. – mówi do siebie po cichu i lekko trzaska drzwiami od sali chorych.  
***
Spoglądam na niebo spowite czerwienią. Gwiazdy zniknęły, a pozostał jedynie księżyc, dający niepewne światło na zarośnięty, sosnowy las.
Opieram się o pień drzewa, dysząc ciężko. Przez senną wieczność czekałam na moment by się ukryć. Teraz siedzę kilkanaście metrów nad ziemią, chroniąc się między gęstymi gałęziami jakiejś strzelistej sosny. Spoglądam na swoje poharatane dłonie, nogi. Wzdycham i przeczesuję włosy palcami. Część opada na moje czoło.
- Niech to się wreszcie skończy – mruczę cicho.
- No to się obudź. – słyszę w odpowiedzi. Automatycznie zrywam się na równe nogi, nim zdążę pomyśleć o hałasie, który narobię oraz niestabilności gałęzi. Ledwo łapię równowagę, klnąc pod nosem. Obrzucam przybyłego nienawistnym spojrzeniem.
- No ej – jęczy – bo mnie jeszcze tym wzrokiem zamordujesz. Jeszcze raz – śmieje się. Obserwuję go jeszcze kilka sekund, po czym zajmuję wcześniejszą pozycję, starając się go ignorować. A Yo Ito stoi sobie na gałęzi sąsiedniego drzewa, opierając się nonszalancko o pień.
- Tak czy siak narobiłaś tyle rumoru, że to kwestia minut aż cię znajdą.
- Jak się zamkniesz to mnie nie znajdą. – warczę. – Czemu ty w ogóle nie usiłujesz mnie zamordować, co, Yo? – pytam. Haker wzrusza ramionami, a na oczy opadają mu kasztanowe włosy. Prawie słyszę jak pobrzękują jego kolczyki.
- Może wiem. A może nie wiem – uśmiecha się chytrze, ale nim zdążę rzucić w jego kierunku jakąś odzywkę, zauważamy ruch. – O już cię znaleźli. Szybcy są.
Rzucam hakerowi kolejne nienawistne spojrzenie i rozglądam się. Spomiędzy gęstwiny trudno cokolwiek dostrzec, nie mam więc pewności, że mnie zauważyli jednak wolę nie ryzykować. Zeskakuję płynnie na sam dół, zauważając kilka metrów od siebie grupę z Fubuki. Zrywam się w przeciwnym kierunku sekundę wcześniej niż przeciwnicy.
- Do zobaczenia, Ichigo! – krzyk Yo dociera do mnie jako szept. Wyczuwam w nim ironiczną nutę. – A! Nie skręcaj w lewo, bo tam kręcą się ci dilerzy!
Nie wierzę w to za bardzo, zważając na widoczność, jednak odbijam trochę w prawo, tak na wszelki wypadek.
Ichigo, myśl.
Skoro to jedna wielka psychiczna gra, to wszystko ma tu ukryty sens. Jasny las i ciemny las to odpowiednio Niebo i Piekło. Strumień to granica, sąd. Ludzie, którzy zginęli z mojej ręki usiłują mnie tu zabić. Oprócz tego cholernego hakera. Szlag by to. To nie ma sensu.
Nad moją głową przelatuje sztylet, wbijając się z brzdękiem w drzewo. Chociaż wiem, że to sen, wzdycham. Było blisko. Wolę się nie oglądać, by sprawdzić jak blisko są moi wrogowie. Fakt, że prawie celnie mnie trafiają mówi sam za siebie. Przyśpieszam na tyle ile mnie stać.
W pewnym momencie czuję kroplę na policzku, spływającą niczym łza. Nie muszę tego widzieć by wiedzieć, że to krew. Serce zabija mi mocniej.
To tylko sen, Ichigo.
Tylko sen.
Przedzieram się przez zarośla. Cały czas zaplątuję się o jakieś liany, brnąc przez wysokie krzaki. Postanawiam zaryzykować i sięgam jednej z niższych gałęzi. Podciągam się tak sprawnie jak umiem, mocując się z roślinnością. Od razu chwytam się kolejnej gałęzi. I kolejnej. I kolejnej.
Nie mogąc uwierzyć, że udaje mi się tak bezproblemowo wspinać, słyszę krzyki i trzaski. Przyśpieszam, mając duszę na ramieniu. Nie oglądaj się. Nie oglądaj się. To sen. Koszmar. Wydaję z siebie donośny krzyk, kiedy czyjaś ręka chwyta mnie za nogę. Któryś mężczyzna ciągnie mnie z potężną siłą. Zamykam oczy i uczepiam się z całych sił gałęzi. Nie muszę się patrzeć kto to by wiedzieć.
- Złaź stąd, mała. – niski głos James’a jest jakby wiadrem z lodowatą głową. Wiem, że długo nie wytrzymam tego siłowania się. Z facetem jest jeszcze grawitacja. Kto wymyślił to przyciąganie ziemskie?
Boże, o czym ja myślę? Mój fizyk powinien być dumny.
Otwieram oczy i spoglądam w dół. Widzę blask stali i szalone oczy James’a. Uspokajam oddech. Wymyśl coś. No już. Myśl!
Do głowy przychodzi mi tylko jedna myśl, będąca czystym wariactwem. Widzę kątem oka Yo. Stoi na sąsiednim drzewie i niezauważalnie kiwa głowę. Chociaż może mi się tylko wydawać, bo potrzebuję impulsu. Też kiwam głową, bardziej do siebie niż do niego.
Napinam mięśnie, zaciskam zęby. I odbijam się od drzewa. Spadam w dół.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak wysoko się wspięłam. Krzyki są jak za mgłą. Na sekundę przed tym jak uderzam o ziemię, zalewa mnie ciemność.
***
Otwieram gwałtownie oczy, serce wali mi jak oszalałe, a ja ledwo duszę krzyk. W pomieszczeniu szpitalnym jest ciemno, jednak rozróżniam poszczególne rzeczy. Znów widzę kroplówkę. Zaciskam oczy, usiłując sobie przypomnieć co się stało.
Wspomnienia pojawiają się nagle, powodując u mnie mdłości. Zrywam się do pozycji półleżącej, zatykając sobie usta dłonią. Czuję przeszywający ból na brzuchu, mieszający się z mdłościami. Zaciskam drugą dłoń w pięść i przełykam ślinę. Po chwili unoszę głowę, patrząc się buntowniczo.
Nim jednak zdążę wstać dostrzegam ruch na sąsiednim łóżku. Nie wiem kto to, ale kiedy postać zrywa się i podbiega do mojego posłania, po głowie chodzi mi tylko jedno imię.
Tsuneari.
- Ichigo, padło ci już całkowicie na mózg, co? – słyszę kpiący ton Tokajiego. Zamieram w bezruchu, nie mogąc pojąc dlaczego akurat on tu siedział. Spoglądam na godzinę. 22:30. Czemu ta menda nade mną czuwała.
- Wszyscy tak panikowali, że w takim kiepskim stanie jesteś, a tu proszę od razu na nogi chcesz wstawać.
- Zamknij się – warczę i stawiam stopy na ziemi. Tokaji zgrzyta zębami i dość niedelikatnie rzuca mną o łóżko.
- Ranni mają leżeć. – mówi tym swoim kpiącym tonem. Mierzymy się wzrokiem, a ja staram się walczyć z ćmiącym ból jaki rozlewa się po moim ciele z rany na brzuchu. Tokaji przykrywa mnie zamaszyście jakimś śmierdzącym kocem.
Odkrywam się i siadam. Czarnowłosy mierzy mnie wzrokiem, ale odpuszcza i kieruje się do drzwi. Niemal słyszę jakieś przekleństwa. Uśmiecham się jednym kącikiem. Spoglądam na niego już łagodniej.
- Dlaczego, ty…? – zaczynam, ale przerywa mi.
- Nie myśl o tym za dużo. Wcale nie mam tej fajnej strony jak bohaterowie z książek. Nie uważam cię za nikogo ważnego, Ichigo, nawet za towarzyszkę. Po prostu pretekst pilnowania aż się obudzisz był lepszy niż siedzenie na naradzie bojowej.
Jego słowa mnie szokują, jednak reakcje na nie zajmuje trzeźwe myślenie.
- Naradzie bojowej? –powtarzam. Czarnooki odwraca się, uśmiechając się w jakiś nieokreślony sposób.

- Mamy wojnę, Ichigo. – mówi, nadal z chytrym uśmieszkiem. Po chwili jednak jakby smutnieje. – Wojnę. – powtarza i wychodzi, zamykając cicho drzwi i zostawiając mnie samą w ciemności. 

13 czerwca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 13 ~ Igranie ze Śmiercią

Rozdział 13

Igranie ze Śmiercią
~Fumiya Sotomura~
Metro zatrzymuje się gwałtownie, ze zgrzytem otwierając drzwi.  Mieszam się z tłumem ludzi, nie wyróżniając się niczym – może oprócz w miarę wysokiego wzrostu. Żadna z mijanych osób nie domyśliłaby się, że pod czarnym płaszczem przyczepiona jest katana.
Wysiadam, zatrzymując się prawie na środku, słysząc liczne wyzwiska pod moim kierunkiem. Patrzę się na nazwę przystanku. Shibuya. Sięgam do kieszeni płaszcza, obracając w palcach nieskasowany bilet. Znów udało się przejechać bez kanara.
No bo prawdziwi zabójcy na zlecenie nie mają aut. Oni jeżdżą metrem.
Uśmiecham się pod nosem, ruszając ku wyjściu. Słowa te wypowiedziane zostały szmat czasu temu przez Omitsu. Wszyscy odebrali je wybuchem śmiechu, żartując, że zostanie to naszą dewizą przewodnią, na co Omitsu zareagowała ‘’prawami autorskimi’’.
Omitsu.
Czuję ścisk w klatce, przypominając sobie jej przerażone, załzawione oczy, kiedy usiłowała przekonać mnie bym porzucił ten szaleńczy pomysł. W głowie słyszę jak przyjaciółka cicho wypowiada moje imię. Nie mogąc znieść tego obrazu, kręcę głową. 
Skręcam w stronę ciemniejszych ulic. Podupadające bary, dresy szukające zaczepki. Kilku nawet kieruje się w moją stronę, jednak dostrzegając moją twarz odsuwają się w cień. Staram się stłumić westchnienie. Zbyt długo dowodzę Kaminari by mnie nie rozpoznawali.
Stając przed smętnym biurowcem, zadaję sobie jeszcze ostatnie pytanie.
Czy ja nie zwariowałem?
Jednak jak na zawołanie przed oczami staje mi obraz Kuranosuke mordowanego przez obecnego szefa Jishinu. Arata, który nigdy nie wrócił z ‘pokojowych rozmów’ z tą organizacją, mimo że doskonale zdawał sobie sprawę, że to pułapka. I w końcu Shuuko leżąca w moich ramionach, z której powoli uchodzi życie, po przegranej walce z byłym członkiem Jishinu, James’em.
Nie zwariowałem.
Wchodzę pewnie do środka.
***
Kilkunastopiętrowy budynek, który jak i z zewnątrz, tak i w środku, podupada. Na sufitach widać zacieki, żarówki wydają z siebie ostatnie tchnienia, starając się oświetlić skrawki pokoi. Z jednej strony przypomina mi to Bazę Główną Kaminari, choć tu jest coś co przyprawia o dreszcze. Jakby z mrocznych kątów ktoś się patrzył, obserwował.
Moje kroki brzmią tępo i nadzwyczaj głośno, pomimo wysiłku by zachować względną ciszę. Mijając opustoszałą recepcję bez żywego ducha, daję sobie spokój z zakradaniem się do nich. Jeśli ktokolwiek jest w tej zatęchłej norze to niech wie kto przyszedł.
Naciskam przycisk windy, pokpiwając w duchu. Nie wierzę w sprawność windy, zważając na ledwo wystarczające oświetlenie i brak wody. Gdy już mam kierować się w stronę schodów, słyszę jęk metalu i głośny łomot otwierających się drzwi. Odwracam się, pogwizdując cicho z lekkim podziwem.
Lustruję wzrokiem wnętrze windy, a mój podziw powoli gaśnie. Ściany splamione krwią, mrugająca żarówka wisząca kilka centymetrów nad moją głową i brak jako takich drzwi nie napawa optymizmem.
Rozglądam się jeszcze przed wejściem, ale nie dostrzegam nikogo. Wzruszam ramionami i stawiam niepewne kroki w stronę windy. Kiedy nie słyszę złowieszczego trzaśnięcia, kieruję swój wzrok na przyciski. Wszystkie są porysowane, od części odchodzą strzałki z obraźliwą opisówką. Jedynie przy najwyższym, szesnastym, widnieje krótko i czytelnie ‘’SZEF’’. Naciskam. I czekam.
***
Winda zatrzymuje się z przeraźliwym piskiem. Krzywię się i wychodzę po środku niewielkiego pokoju, oszklonego ze wszystkich stron. Pomimo niedużej wielkości,  jest on elegancki i przestronny. Jakieś doniczkowe rośliny, biurko z w miarę dobrym komputerem, nieduże szafki z aktówkami. Mimowolnie wzdycham. Też bym chciał mieć biuro na własność.
Pomimo tego że dochodzi 13, zza burzowych chmur nie przebija się słońce. Ciemność sprawia, że w odczuciu jest późny wieczór. Patrzę przez liczne okna. Pośród tego budynku jest kilka mniejszych, równie zaniedbanych. I wszystkie należą do Jishinu.
- Chyba nie przyjechałeś tu oglądać widoczków, co? – słyszę kpiący ton należący do mężczyzny. Rzucam protekcjonalne spojrzenie w stronę faceta siedzącego za biurkiem.
Szef Jishin – Yasuaki Igarashi. Dla mnie nadal jest młodszym o 2 lata, 30-letnim gówniarzem. W tym wszystkim utwierdza mnie jego fryzura – włosy pofarbowane na oczojebny odcień niebieskiego i do tego w większym nieładzie niż Tsu. Jego lewe oko przecina paskudna szrama, prawe natomiast błyska odcieniem granatu.
- A czemu nie? – wzruszam ramionami. – Całkiem tu ładnie, jakbyś chciał wiedzieć. Chodź i otwórz oczy na świat. Aj, przepraszam. Oko. – uśmiecham się diabelnie. Mój uśmiech się rozszerza, kiedy Igarashi zaciska zęby i podnosi się z fotela. Zakłada ręce na plecach i patrzy się przez szybę.
- Śmiej się, śmiej. – rzuca w moją stronę z wyższością. – To jedyna pamiątka po białogłowej.
Na moment mrozi mi krew w żyłach. Napinam wszystkie mięśnie i jestem pewien, że rzucę się na niego. Zgrzytam zębami.
- Stul pysk – cedzę przez zaciśnięte szczęki. – Nie sztuka było pokonać Aratę w walce 15 na 1. I tak poległo was 6. – zwijam dłoń w pięść.
Uspokój się, do jasnej cholery. Nie daj się zaciągnąć w utarczki słowne.
Igarashi wzrusza jedynie ramiona, lekceważąc mój gniew. Nadal patrzy spokojnie przez okno. Wbijam wściekły wzrok w jego plecy, jednocześnie nakazując sobie spokój.
Wbrew pozorom, przede mną stoi 5-letni szef najbardziej upierdliwej organizacji w Japonii. Znany z ciętego języka i bezwzględności, nawet w kierunku własnych ludzi. Jeśli czyjaś śmierć będzie użyteczna to jest ona w porządku.  Właśnie dzięki takiemu nastawieniu zyskał swój przydomek. ‘’Żywa Śmierć’’.
Wzdrygam się z obrzydzenia. Na samą myśl o takim traktowaniu podwładnych robi mi się niedobrze. Mimo wszystko, każdy jest człowiekiem.
- Sam też taki kochany nie jesteś, Sotomura. – stwierdza cicho Igarashi, odgadując moje myśli. Rzucam w jego stronę mordercze spojrzenie. – No, przez te 3 lata… Ile swoich ludzi kazałeś zabić, co?
Zaciskam usta, powtarzając sobie po raz setny by nie wchodzić w utarczki słowne. Jednak na jego pytanie, przed oczami migają mi martwe, zakrwawione ciała, zmuszające bym się odezwał.
- Nie zabijam kompanów. – mówię nisko i groźnie. Igarashi podnosi jedną brew, czekając na dalszy ciąg moich ‘usprawiedliwień’. – Wszyscy, na których spadł wyrok śmierci, byli zdrajcami.
- A kto dał ci prawo wydawania wyroków na innych ludzi? – mężczyzna rzuca mi przeciągłe spojrzenie. Jego granatowe oczy pobłyskują w ciemności burzowych chmur.
- Sam sobie dałem – ucinam i odwzajemniam spojrzenie. Nie mam zamiaru ciągnąc tego tematu z nim. Akurat on nie ma najmniejszego prawa zadawać mi takich pytań.
Igarashi w końcu wzdycha i rozluźnia mięśnie. Jest ubrany tak jak większość ludzi z jego organizacji – workowaty T-shirt i podarte jeansy. Widząc płatnego zabójcę tak ubranego, istnieje 80% szans, że służy on Jishinowi.
- No więc, Sotomura… - krzyżuje ręce, poważniejąc momentalnie. Zdał sobie sprawę, że nie dam wyprowadzić się z równowagi. – Co cię sprowadza?
Patrzy się prosto w moje matowo-czarne oczy. To pytanie obijało mi się po głowie od dłuższego czasu, a sam obmyślałem tysiące odpowiedzi. Jednak teraz staje mi przed oczami zapłakana Omitsu. Otwieram usta by wypowiedzieć coś innego, ale gdy mrugam Omitsu zostaje zastąpiona swoją siostrą i Aratą. Zaciskam dłonie w pięści, podnosząc w buntowniczym geście głowę.
- Wojna. – mówię krótko, lecz w tym słowie kryje się o wiele więcej. Igarashiemu opadają ręce, a przez twarz przechodzi wyraz oszołomienia, zastąpiony w ułamku sekundy krzywym uśmieszkiem. – Wypowiadam wam wojnę, Jishin. – powtarzam złowieszczo i uśmiecham się z mordem w oczach.
Prostuję się i kieruję się w stronę wyjścia. Rzucam jeszcze ostrzegające spojrzenie mężczyźnie, którym mierzy mnie wściekłym wzrokiem.
- Chcesz wojny, Sotomura? To będziesz ją miał. – mówi tak cicho, że przechodzą mnie dreszcze. Kiedy słyszę pstryknięcie, automatycznie sięgam w kierunku pochwy z mieczem. Napinam wszystkie mięśnie.
Z windy wybiegają dwaj mężczyźni, na oko w moim wieku. Zatrzymują się w bojowej pozie kilka metrów przede mną, rzucając pytające spojrzenie w stronę swojego szefa. Igarashi za ten czas ponownie skrzyżował ręce, uśmiechając się kpiąco. Zaciskam dłoń na rękojeści ostrza. Mrużę oczy i przenoszę wzrok z jednego wroga na drugiego, starając się ocenić ich doświadczenie w walce. Po wyglądzie nie za bardzo ich kojarzę, więc raczej dołączyli nie dawniej jak 3 lata temu.  
- Zero litości. – cedzi Igarashi. – Wojna to wojna.
Na ostatnie słowo mężczyźni rzucają sobie krótkie, zdziwione spojrzenia. Od razu jednak ruszają w moim kierunku. Nim zdążą się zorientować wyciągam miecz i zataczam nim szeroki łuk. Blokuję na raz oba ciosy skierowane na moją klatkę. Uśmiecham się.
Jeśli Igarashi myśli, że tacy jak oni mi coś zrobią jest głupcem. Odpycham ich jedną ręką, od razu szykując się do kolejnego ciosu. Jeden z mężczyzn odchyla się, drugiego dosięgam i rozcinam mu brzuch na głębokość kilku milimetrów. Krzywię się niezadowolony. Wyszedłem z wprawy.
Z każdym kolejnym ciosem, zdaję sobie sprawę, że to kompletni amatorzy. Są również starsi przez co nie osiągnął tak wysokiego poziomu jak reszta. Zbędny balast. Marszczę brwi wściekły i rzucam wyzywające spojrzenie szefowi Jishinu.
- Nie zamierzasz walczyć tchórzu!? – wrzeszczę w jego kierunku. Odpowiada mi jedynie jego kpiący uśmiech. Rozszerzam oczy, zdawszy sobie sprawę z jego taktyki. ‘’Żywa Śmierć’’ jest gotowa poświęcić każdego, jednak nie tylko dla zabawy. On sam nie zamierza walczyć.
Rzucam spojrzenie po pokoju. Walka z nieokreśloną liczbą przeciwników nie jest zachęcająca. Moją uwagę przykuwa przewód kierujący się do niższych pięter innego budynku. Patrzę się po sobie i po przeciwnikach.
Brawo, Fumiya, oficjalnie zwariowałeś.
Biorę głęboki wdech i wbiegam pomiędzy dwóch mężczyzn. Cofają się zdziwieni, a w jeszcze większe osłupienie wpadają gdy nie czują żadnego ciosu. Igarashi obserwuje wszystko z chłodnym spokojem. Kiedy jednak nie hamuję przed oknem, rozszerza swoje granatowe oczy.
- Łapać go, idioci!!! – wrzeszczy i sam rusza w moim kierunku.
Dalej sypią się jakieś obelgi, które docierają do mnie jak zza ściany. W ułamku sekundy chowam broń do pochwy, wyciągając ją prawie jednocześnie ze szlufki.
W kolejnej sekundzie zakrywam twarz przedramionami, krzyżując je. Biorę głęboki wdech, odbijam się i zaciskam oczy.
Czuję ból w rękach, a w uszach dzwoni mi przeszywający dźwięk rozbijanego szkła. Otwieram szeroko oczy i rozkładam mimowolnie ręce, by zachować pion w bezwładnym locie. Rzucam krótkie spojrzenie w dół. Adrenalina zaczyna krążyć w moich żyłach, a ja zataczam łuk ręką, w której trzymam pokrowiec z mieczem. Zahaczam o przewód i przytrzymuję się drugą ręką.
Od razu nabieram prędkości, mknąc w dół. Za plecami słyszę okrzyki i obelgi. Jednak po chwili zagłuszone zostają przez prędkość. Pędzę w dół z zatrważającą szybkością z 16 piętra.
Po kilku sekundach, wydających się wiecznością widzę gdzie kończą się kable. Zostały podpięte to miejskich przewodów elektrycznych. Pełen adrenaliny napinam mięśnie i dosłownie 2 metry przed przewodami puszczam się i opadam na ziemię. Siła i prędkość załamują moje kolana i przykucam.
Prostuję się jednak od razu i odwracam. Nie widząc nikogo, puszczam się biegiem w stronę bezpieczniejszych okolic. Teraz tam gdzie jest Jishin, nie będzie ani trochę spokoju.

Rzucam okiem na obtarty pokrowiec. Zeskoczyłem z 16-tego piętra. O tym raczej nie będę wspominał Omitsu.