28 lutego 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 4 ~ Świeża krew

Rozdział 4
Świeża krew 

   Ocknęłam się na podłodze, w dość ciemnym miejscu. Otoczenie, które zarejestrowałam wcześniej zmieniło się – znów byłam w domu. A przede mną znajdowali się moi rodzice. Mimowolnie odetchnęłam, choć nadal ciążyło mi na sercu.
   Jeśli cała reszta była tylko snem?
   Podniosłam się i robiąc ponownie chwiejne kroki na przód, usłyszałam ciapnięcia. Zostawiałam za sobą ślady krwi.
   Może i tamto było tylko snem, ale nie chcę tego przeżywać ponownie. Nie chcę.
   Przełykam głośno ślinę i chcę odwrócić ciało swojego ojca. Jest zimny, a oczy ma zamknięte. Jestem pewna, że powinien zachować jeszcze trochę ciepła. Tkwię tak przez kilka chwil, po czym jego oczy gwałtownie się otwierają. Nie mają źrenic ani tęczówek. Jest tylko czarne białko oczne, wylewające się powoli.
   Odrzucam ciało z krzykiem i odsuwam się gwałtownie. Serce zaczyna mi walić jak oszalałe i dosłownie staje kiedy parę centymetrów przede mną pada kolejny mężczyzna.
   James.
   Patrzę się na to rozszerzonymi oczami, dysząc. Za sobą słyszę kroki. Po chwili pochlipywanie. Odwracam się, drżąc.
- Zabiłaś go – rozpoznaję postać. I głos. Młoda Japonka. Aya.
   Otwieram usta by cokolwiek powiedzieć, krzyknąć ale kobieta zaczyna się powtarzać, płacząc:
- Zabiłaś go! – krzyczy rozdzierająco. Jest ciężko ranna – z brzucha, nóg, rąk wystają krótkie sztylety. Jest praktycznie cała oblepiona krwią – zapach uderza mi do głowy, powodując zawroty.
- ZABIŁAŚ GO!!! – ostatni krzyk jest pełen złości i zawiści. Niesie się echem po pokoju, mrożąc mi krew w żyłach. Kobieta rusza chwiejnie w moją stronę. Podnoszę się szybko i kieruję się do wyjścia. Staram się nie patrzeć na twarz ojca. Ale mojemu wzrokowi nie umyka głowa matki.
   Odwraca się powoli o 180 stopni z głośnym chrupnięciem. Ma tylko oczodoły, nos zwisa na kilku mięśniach, a usta są zgrzybiałe i rozciągają się w nienaturalnym grymasie.
- Zabiłaś… go…? – usta mojej matki się poruszają, choć to nie jest jej głos. Ten jest niski, zimny. Niczym z horroru. Zaciskam wargi.
   To się nie dzieje naprawdę.
   Zagryzam wargę by nie krzyczeć. Momentalnie czuję, że zimne i lepkie od krwi ręce mnie chwytają. Zaczynam drzeć się jak opętana.
***
  Ryutaro wpada do sali, ledwo wyrabiając się na zakręcie. Dyszy, ma zaczerwienione policzki. Choć nie zauważam tego na pierwszy rzut oka. Drę się jak opętana.
  Przybiega do łóżka, chwytając mnie od razu za ramiona. Telepie mną, coś mówiąc. Jedyne co przychodzi mi do głowy w tym momencie to Aya z mojego snu.
- Puszczaj mnie! Puszczaj! To nie moja wina! Puszczaj mnie!
- Ichigo! – woła. – Ichigo, spokojnie! Spokój! To sen! Słyszysz, to sen!
   Telepie mną jeszcze chwilę, po czym obrzucam go w miarę kontaktującym wzrokiem. Kiwam po chwili głową, a on mnie puszcza. Ukrywam twarz w dłoniach, ciężko łapiąc oddech.
   Sen. Nic więcej. Koszmar.
- Aleś mnie przestraszyła. – mówi chłopak, przejeżdżając dłonią po włosach. Patrzę się na niego.
   Ma włosy w nieładzie, a oczy zaspane. Jest boso, w starych dresowych spodniach i za dużej koszulce. Piżama.
- Która godzina?
- He? – nie bardzo wie o co mi chodzi. – Coś po 5. Masz fart, że mam mieszkanie na wylocie szpitalnym. No i też, że mało osób w ogóle przebywa tu w nocy. Albo wczesnym rankiem, kto co woli. – żartuje.
- Przepraszam. – rzucam, wbijając wzrok w pościel.
- Co? Nie, nie, nie, nie… - zaprzecza od razu. – I tak miałem się budzić  wpół do 6, więc nie czuję różnicy. – tłumaczy pośpiesznie. – Idziesz jeszcze spać?
    Pokręciłam tylko głową.
- Ile byłam nieprzytomna? – zapytałam, zmieniając temat. – Jakoś tak mi to wczoraj…
- Umknęło? – zaśmiał się. Praktycznie już był rozbudzony. – Gdzieś tak… Hym… 3 dni? – zamyślił się. – Chociaż nie… Raczej 4, ale mamy ostatnio natłok ludu, więc mogę się mylić. – wzruszył ramionami.
   4 dni? To długo. Niepokojąco długo.
   Ryutaro ziewnął. Jeśli o tym pomyśleć, nie czuję zmęczenia. Może przez fakt, że spałam przez kilka dni? Chociaż to raczej palpitacja serca po koszmarze.
- Chcesz skorzystać z łazienki? – rzuca niedbale. – Może nie mamy ciepłej wody, ale prysznic jest.
   Kiwnęłam głową. Zimny prysznic dobrze mi zrobi po… po tym wszystkim. Przejechałam rękę po ciemnych włosach by je trochę przygładzić. Odkryłam nogi i postawiłam je na ziemi. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z odrętwienia jakie pozostawił po sobie bezruch i tępego bólu z tyłu głowy.
- Dasz radę iść? – Ryutaro podciągnął mnie za ramię, jednak czułam się pewnie na nogach, nie kręciło mi się w głowie.
- Nie trzeba, Ishimura-senpai – podziękowałam za pomoc. Młody lekarz zapał się za głowę w geście szoku.
- Ło Jezu! – powiedział udawanym dramatyzmem. – Ishimura i senpai w jednym zdaniu to za dużo na mój umysł. Wystarczy samo ‘Ryutaro’. I tak tu prawie wszyscy mówią do siebie po imieniu, więc…
- Dobra, dobra – przytaknęłam. Wyszliśmy na korytarz i Ryutaro wręczył mi reklamówkę. – Tsu kopsnął jakieś ciuchy z odzieży używanej. Jeśli chodzi o plecak to… gdzieś jest. – rzucił, pokazując mi drzwi od łazienki. Weszłam do środka. – Jakby co to korytarzem na lewo, potem prosto i na prawo. Pokój numer 116.
- Dobra, dzięki – mruknęłam. I tak nie trafię. – Jeszcze raz przepraszam, Ryutaro. – dodałam cicho. Zamknął drzwi i powiedział ledwo słyszalnie.
- Nie musisz. Też mam koszmary.
***
   Wyszłam na korytarz w czarnych rurkach i koszulce z jakiś bezsensownym tekstem. Moje włosy w końcu doprowadzone zostały do stanu normalnego i mokre, zwinięte w niedbałego koka.
   Ludzie zaczęli kręcić się po korytarzu. 3 mężczyzn stało przy oknie i paliło papierosy, wydychając dym na zewnątrz. Jakaś kobieta odwiedzała pacjenta. Ktoś inny leniwie sunął się po korytarzu z kubkiem kawy. Jakiś facet wybuchnął śmiechem. Jak na 6 rano, na oddziale szpitalnym jest tu żywo.
   Jeśli chodzi o moje obserwacje, na ulicy nie powiedziałabym, że ktoś jest mordercą, gangsterem. Ludzie nie są wytatuowani, ubrani w skóry. Noszą stare ciuchy: sprane koszule, wytarte jeansy. Jednak nikt na oko nie przekracza 40-stki.
    Kiedy zastanawiałam się co robić, zostałam popchnięta. Nie było to wredne, przypadkowe. Było delikatne i zarazem przyjacielskie.
- Hejo, Ichigo-san! – Tsuneari szczerzył się jak zwykle. – Słyszałem, że zostajesz na dłużej!
- No… Tak… - nie wiem jak się zachować. Z jednej strony czuję się w tej sytuacji zupełnie naturalnie, jednak po chwili przez myśl przemykają mi fakty. Mam taki mętlik, że nawet nie mogę normalnie składać zdań.
- Na którą Ryu umówił cię z szefową? – zagaił.
- Hę…? – nie za bardzo wiem o co mu chodzi. I czy wczoraj nie była mowa o ‘szefie’ a nie ‘szefowej’?
- Serio? – Tsuneari plasnął otwartą ręką o czoło, kręcąc jednocześnie głową. – Nic? Zero?
- Kompletna nicość – potwierdzam, uśmiechając się półgębkiem.
- A to… ekhem… nie wyrażę się, bo przy damie nie przystoi, Ichigo-san – zaczyna, ale przerywa w połowie i teatralnie się kłania. Wybucham śmiechem.
– A tak w ogóle… To Ichigo-san strasznie oficjalnie brzmi… - zaczynam i nim skończę myśl, chłopak kiwa zamaszyście głową. Cała fryzura mu się burzy. Choć od samego początku nie była ułożona.
- Co nie? Ayako nazwała cię Ichi no ale jak ja jej to powiedziałem to ona mnie opieprzyła, że się za bardzo spoufalam i takie tam… - mówi praktycznie jak katarynka z jedną przerwą na oddech. – Mi możesz mówić Tsuneari, bez żadnych kunów i te de. Jeśli chodzi o Takiego… No do niego możesz, bo on nieśmiały jest… Do Tokajiego odzywać się nie musisz… A! Do Ryu mów Ryu, bo to go wnerwiaaaaa…. – zaczyna ale kiedy dochodzi do lekarza zaczyna mówić ciszej, w końcu przeciągając ostatni wyraz. Za bardzo nie wiem o co chodzi, ale od razu orientuję się w sytuacji kiedy słyszę chrząknięcie za plecami.
- Przepraszam, Tsu, jak niby miała do mnie mówić? Co?
- Emm… Pa Ichi! Miło było cię… - Tsuneari wyraźnie zaczyna się wymigiwać od odpowiedzi. Nie wychodzi mu. Ryutaro jednym susem do niego doskakuje i wymieniają kilka szturchnięć na co reagujemy wszyscy śmiechem.
   Kiedy w końcu ogarniają się, Ryutaro wzdycha i mówi coś do Tsuneariego po czym obaj patrzą się na mnie. Chłopak mówi, że ma coś ważnego do roboty i musi iść, a Tsuneari zabierze mnie na miejsce.
   Schodzimy po zniszczonych schodach kilka pięter w dół. Podłoga wyłożona jest czerwoną wykładziną, ale i tak przy najlżejszym kroku okropnie skrzypi. Na ścianach są jakieś murale, plakaty, a w paru miejscach tapeta jest podpalona.
   Na parterze skręcamy w główny korytarz. Jest tu dużo okien – brudnych ale zawsze. Usiłuję dostrzec jakiś szczegół, ale nie rozpoznaję miasta. Tsuneari to zauważa i mówi tylko:
- Jesteśmy na obrzeżach Ikebukuro. Budynek jest stary i ‘nieużywany’, a teoretycznie powinien iść do rozbiórki no ale.. – urywa w połowie i dalszą drogę idziemy w milczeniu.   
   Dochodzimy do odrapanych, sosnowych drzwi z wyrytym napisem ‘’Boss’’ i chłopak puka jakimś kodem. Odpowiada nam ‘’Włazić!’’ więc wchodzimy.
   Wygląda jak jakaś sala zebrań. Jest długi stół, masa krzeseł – wygląda jak senat z telewizji tylko mniejszy. Jednak różni się całkowicie. Przy każdej ścianie są regały zawalone papierami, pokój jest zadymiony papierosami, po środku blokując przejście stoi odrapana, bordowa kanapa, a zapach alkoholu nieprzyjemnie drażni mnie w nos.
    W pokoju znajdują się 3 osoby – 1 kobieta i 2 mężczyzn. Kobieta jest może koło 30-stki. Ma krótkie włosy, lekko falowane. Opadają jej tuż do policzków, rozdzielone w przedziałku na środku głowy. Ma lekkie siwe odrosty, praktycznie nie widoczne na tle kasztanowych, zadbanych włosów. Oczy ma ciemne, praktyczne czarne, na wskroś przenikające. Ubrana jest w granatowe rurki i luźną kurtkę ze skóry. Nogi ma zaplecione i trzyma je na stole. Jej poza ogólnie jest luźna. Obserwuje nas bacznie, z rękoma założonymi za kark.
    Z kolei jeden z mężczyzn ubrany jest bardziej elegancko. Jest młodszy od kobiety, ale długa szrama na policzku dodaje mu optycznie lat. Ma dłuższe blond włosy i lekki zarost. Ubrany jest w koszulę z niedbale i krzywo zawiązanym krawatem. Siedzi, podpierając głowę nawet na nas nie spojrzał. Patrzy się zmęczonym wzrokiem po papierach.
   Ostatni facet ma już swoje lata. Skłaniałabym się, że ma około 50-tki. Ma siwe, krótkie włosy i brodę. Wygląda na poczciwego staruszka, jednak krótkie rękawy koszuli odsłaniają liczne tatuaże. Leży na stole i coś mamrocze. Obok jego głowy stoi szklanka z bimbrem.
- Ekhem… - Tsuneari odchrząkuje, ale nim zdąży cokolwiek powiedzieć, kobieta zaczyna.
- Młody, jak jesteś chory to wywalaj stąd, bo nie chce mi się brać tabletek. – oznajmia w miarę żartobliwym tonem.
- Dobra, dobra… - mruczy w odpowiedzi i prostuje się. – Gdzie szef?
- To ja ci nie wystarczam?
- Nie oto…
- Już mnie nie kochasz?
- Omitsu-san, co ty pieprzysz?
- Daj spokój… - kobieta przeciera twarz ręką. – Ten stary dziad się już upił, a Hiroki już przegląda jakieś papiery… Czego chciałeś?
- Ja pierdole… - Tsuneari klnie cicho pod nosem, a ja mam ochotę się zaśmiać, ale powstrzymuję się. – Jak już Ryu wspominał, mamy nowego członka, no i…
- Ten nowy członek ma rozwalony łeb, jeszcze sobie poleży trochę w szpitalu, więc nie cykaj. – rzuca Hiroki znad papierów.
- Widzisz? Hiroki ma rację…
- Omitsu-san, idź ty w końcu do okulisty!
     Omitsu podnosi jedną brew w geście zapytania po czym obrzuca wzrokiem moją osobę. Patrzy się na mnie kilka sekund i mruga, po czym wali się pięścią w głowę.
- No nieźle… - warczy na siebie. Po chwili przeczesuje ręką włosy i podchodzi do mnie. – Omitsu Adachi, vice-dowódca. Ten z papierami to Hiroki Nishio, możesz go uznać za księgowego. Kiedy odwala papierkową robotę to nie zawracaj mu głowy – i tak nie zareaguje. Ten uchlany to Daiki Odaka, główny doradca. Witamy w zespole, młoda…?
- Ichigo. Kanegawa Ichigo. – mówię i ściskam ją za rękę.
- Nasz dowódca to Fumiya Sotomura, a strategiem jest Mikuru Uetake. Ale ich poznasz wieczorem. Ogólnie resztę spraw załatwi się wieczorem kiedy oni wrócą, ale nie stresuj się. – zapewnia. No to chyba by było na tyle z jakiegoś rytuału. Chyba.
- I co? Tylko tyle? – Tsuneari się dziwi.
- Doskonale wiesz, że komplikowanie spraw to nie moja działka, Tsu.
- No tak, ale… - zaczyna chłopak, ale Omitsu macha na niego ręką.
- Wiem, wiem… Ale i ty, i Taki dołączyliście w innych okolicznościach. I na pewno z nią nie będzie problemu. – zapewnia, po czym milknie na chwilę, zastanawiając się czy coś dodać. – A poza tym i ja, i Fumiya mamy do niej dług wdzięczności.
    Tsuneari milknie, a ja za bardzo nie wiem czy się odezwać. Panuje praktycznie cisza, pomijając pomrukiwanie śpiącego Daikiego. Głos w końcu zabiera Hiroki.
- Możecie już iść.
- No, ale gdzie? - rzuca chłopak lekceważącym tonem. Do Omitsu mimo iż czasem żartobliwie, zachowuje się z należytym szacunkiem. O szefie nawet nie mówi po imieniu, okazując największe poważanie. Natomiast do niego mówi jak do kogoś równego rangą. O ile tu są jakieś rangi.
- Chyba koło Kasahary był wolny pokój. – zamyśla się Omitsu. Na Ayako mówi po nazwisko, jednak do Tsuneariego woła ksywką. Tak samo jak Ryutaro. – Tak, powinien się nadać. A jeśli chodzi o szkolenie… - wyraźnie się krzywi i spogląda pytająco na Hirokiego. On tylko wzdycha i wertuje kilka papierów.
- Mako chyba się nudzi. – rzuca niedbale. Tsuneari tylko przytakuje po czym kiwa na mnie głową. Czyli idziemy.
- Dziękuję, Nishio. Do widzenia Omitsu-san, Odaka-san – do wszystkich, z wyjątkiem Omitsu zwraca się po nazwisku. Ja chyba też powinnam.
- Do widzenia, Adachi-san, Nishio-san, Odaka-san. – kiwam po kolei głową. Nishio nie reaguje, wyraźnie pochłonięty papierami, natomiast kobieta rozciąga usta w uśmiechu.
- Do widzenia, Tsu. – mówi pogodnie, po czym dodaje jeszcze. – Powodzenia, Kanegawa.
***
  Nim poszliśmy do mojego nowego mieszkania, Tsuneari zabrał mnie jeszcze do wcześniej wspomnianej Mako. A dokładniej Mako Anzai, która została oficjalnie moim starszym patronem.
   Ma długie, rude włosy i szarozielone oczy. Jest w wieku 25 lat jednak wygląda na dużo młodszą. Ma wysportowaną sylwetkę, jak z resztą każdy w tym miejscu. Nie mówi zbyt wiele, nie okazuje emocji. Jednak widać było, że się ucieszyła. Od razu zapytała się w czym chcę się wyspecjalizować, jednak za bardzo nie miałam pojęcia o co chodzi, więc Tsuneari odparł, że fechtunek i trochę walki wręcz. Kobieta tylko kiwnęła głową i kazała stawić się jutro o 8 rano.
   Moje mieszkanko było naprzeciwko Ayako Kasahary. Miało 2 pokoje i w miarę dużą łazienkę. Jeden był zagospodarowany na sypialnię, a drugi na prowizoryczny salon. W przedpokoju stał mój plecak.
- Jeśli chodzi o wystrój to się nie martw. Z czasem skombinuje się jakieś lepsze meble. – rzucił. – Powodzenia, Ichi.
- Dzięki… - chciałam się jeszcze o coś zapytać, ale Tsuneari oberwał drzwiami. Do pokoju wpadła Ayako.
- Sorki, sorki! – rzuciła ze śmiechem. Chłopak się nie śmiał.
- Zdurniałaś?
- Weź! – rzuca z udawanym oburzeniem. – Od pół roku czekałam na kogoś pod mój wiek! A teraz co? Mieszka naprzeciwko mnie! – dziewczyna praktycznie skacze z radości. Jej czekoladowe włosy są rozburzone, najwyraźniej niedawno wstała. W sumie się nie dziwię. Dopiero dochodzi 7 rano.
- No, no, Tsuneari! Możesz już iść!
- No ale…
- Nie miałeś mieć jakiegoś zadania? – rzuca Ayako, byleby go tylko wygonić. Chce mi się śmiać.
- Miałem, ale to po śniadaniu. – odpowiada, patrząc się jej prosto w oczy.
- Wypad, Tsuneari! – Ayako powoli się denerwuje i popycha chłopaka w kierunku drzwi. On tylko wzdycha rezygnując.
- Niech ci będzie, niech ci będzie. Zajmij się nią. Pa, Ichigo!
   Ayako zamyka za nim drzwi i się szczerzy. Ja zaczynam się śmiać.
   Może nie popełniłam błędu. Może to dobry wybór.
   Może.
_________________________________________________________________________

No i w końcu jest 4 rozdział. Nadal jest przegadany, ale w 5 zacznie się coś dziać. Tylko muszę go napisać. Jak na razie jest najdłuższy ze wszystkich (9 stron). Jeśli chodzi o Omitsu i spółkę, czy Mako, są oni wytworem mojej wyobraźni, w książce nie istnieją :3

23 lutego 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 3 ~ Burza, do której dołączyłam

Rozdział 3
Burza, do której dołączyłam
    Pierwsze co zobaczyłam to jasność. Przez myśl przeszło mi, że nie żyję, ale kiedy tylko spróbowałam drgnąć, przeszył mnie ból. Jak boli to żyję. Jest dobrze.
    Patrzyłam się w górę, starając nie robić żadnych ruchów oprócz oddychania. Po kilkunastu minutach, wzrok zaczynał łapać ostrość, a oczy przyzwyczaiły się do światła – którego źródłem była tylko stara żarówka dyndająca na kabelku z sufitu.
    Jasność, którą widziałam po przebudzeniu okazała się wyłącznie białym sufitem. Usiłowałam spojrzeć gdzie indziej, ale nawet ten ruch przyniósł masę bólu i ćmienia w głowie. 
    Po jakiś 30 minutach zaczęłam się niepokoić. Jestem praktycznie sparaliżowana, a nie mam zielonego pojęcia gdzie jestem. I mam zamglone wspomnienia. 
    Oczywiście dociera do mnie, że rozpoczął się wrzesień, bo w przeddzień rozpoczęcia roku na chatę wbili mi płatni mordercy. Pozdrawiam.
     Stwierdzam jednak, że nic za bardzo mi nie jest. Jestem w stanie kpić z czegoś z czego normalnie powinnam płakać. Kiedy mój charakter przeszedł taką zmianę? Psychika to jednak dziwna sprawa. Kilka chwil może ją całkowicie zmienić. Lub zniszczyć. 
    Myślę intensywnie co się działo dalej. Pamiętam, że wybiegłam z domu, nocowałam w jakiejś stajni, a potem wróciłam, wzięłam to co mi było najbardziej potrzebne i uciekłam. Wszystko później jest nie wyraźne. Bardzo. Jakbym sama chroniła się przed tymi zdarzeniami.
    Głowa boli mnie coraz bardziej, co potęguje fakt, że broni mnie prawie całe ciało. Zamykam oczy i siłą woli blokuję głębokie westchnięcie. Po chwili słyszę głosy. I szczęk klamki. Kroki. 
    Ktoś tu wszedł, ale się nie odzywa. Nie wiem czy to kobieta, czy mężczyzna. Krząta się koło mnie. 
    Wewnątrz mnie jest istne piekło. Mam się ‘ocknąć’ i liczyć, że mnie podleczą, czy przeczekać i uciec? Żadna z możliwych opcji nie była ani mądra, ani bezpieczna. Więc wybrałam wygodniejszą. 
    Otworzyłam oczy, ale postać nie była w moim zasięgu. Krzątała się po lewej. Ostrożnie obróciłam głowę, wywołując tym rozdzierający ból głowy. Stęknęłam mimowolnie, zaciskając powieki. 
- Ocknęłaś się! – wydusiła postać. Chłopak. Z głosu słychać, że nawet nie taki stary. – Czekaj! Nie ruszaj głową, pogorszysz sytuację. – dodał od razu, już spokojniej. – Poczekaj moment. – polecił, jakbym miała wybór. Jednak jego głos był łagodny, uspokajał mnie. 
    Usłyszałam tylko krzątaninę i mruczenie, że jeszcze moment, jeszcze moment. Po kilkunastu minutach poczułam, że pulsowanie staje się przytłumione. Otwieram oczy i mimowolnie chcę je przetrzeć ręką. Udaje się. O dziwo, teraz tylko poszczególne części ciała mnie bolą jakby od uderzeń. Najgorzej jest jednak z głową, która pulsuje tępym bólem. 
    Zaciskam zęby i podnoszę się do pozycji siedzącej. Kręci mi się w głowie, więc chowam ją w dłoniach. Siedzę tak kilka minut. Następnie rozglądam się po pomieszczeniu. 
    Biały sufit, pęknięty w kilku miejscach. Spróchniała podłoga. Ściany z masą zacieków. Regał z lekarstwami. Biurko. Łóżko. I kroplówka. 
    Po cholerę mi kroplówka?
    Szukam wzrokiem chłopaka. Nie jest tutaj, ale chyba krząta się po korytarzu. Po chwili ktoś zagląda do pokoju. Chłopak, widząc mnie marszczy brwi i krótko wzdycha. 
    Na oko ma może 17 lat. Ma brązowe oczy i jasne, orzechowe włosy, podchodzące pod blond. Jest niski, będzie ledwie ode mnie wyższy. Nosi podarte jeansy, szarą koszulkę i fartuch lekarski. 
- Nie przemęczasz się trochę? – mruczy niezadowolony. Po głosie poznaję, że był tu wcześniej. – Z tak rozwalonym łbem to bym się  nie ruszył nawet po tym świństwie. – Żartuje, kiwając głową w stronę kroplówki. Lekko bladnę. – Spokojnie! To tylko środek przeciwbólowy. Wcześniej po prostu była tam woda, żebyś się nie odwodniła. – tłumaczy pośpiesznie. Nie odzywam się. – Kanegawa-san, prawda? 
- Yhym… - kiwam lekko głową, co trochę mnie otumania. Chłopak chce jakoś zareagować, więc dodaję: - Ale wolę po imieniu.
   Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak słaba jestem. Ledwo mówię, o ruszaniu nie wspominając. 
- Dobrze, Ichigo-san. Ryutaro Ishimura, lat 17, lekarz. Do usług. 
   Podchodzi kilka kroków i kłania się. Podnosi na mnie wzrok i szczerzy się. Chyba go polubię. 
   Sięga po krzesło i przysiada się bliżej. Mrużę oczy, światło mnie drażni. 
- No więc, Ichigo-san… Pamiętasz coś? 
- Przez mgłę… 
   Milczy. Najwyraźniej zastanawia się czy mi mówić, czy nie. W końcu głęboko wzdycha i odchyla głowę do tyłu. Gapi się przez moment w sufit, po czym się prostuje. 
- Powiem ci to, bo szef nie będzie delikatny. – parska. – Tą wersję mam od Tsuneari’ego. Kojarzysz go?
- Chyba tak… On chyba… Wpadł do baru i…?
- Dobrze kojarzysz. Według jego relacji wpadł do baru, gdzie biłaś się z 4 typkami. Katerina, James, Jiro i…
- Aya… - przerywam. Coś mi świta. Bójka. Miecze. Krew. 
- Tak. Katerina była szefową takiego jednego gangu. Naprzykrzył się trochę miejscowym, więc wynajęli od nas płatnego i…
- O mój boże… - ukryłam twarz w dłoniach. Wspomnienia nabrały kolorów. Wszystko układało się w całośc. Byłam świadkiem 4 śmierci. W tym ja byłam powodem jednej. Jezu.
- Zabiłam człowieka… - szepnęłam z niedowierzaniem. Oczy miałam szeroko otwarte, patrzyłam przez palce. Zabiłam. Jestem mordercą. Mordercą. 
    Ryutaro milczał. Nie wiem czy na mnie patrzył. Usiłowałam się uspokoić. To było we własnej obronie. Prawo dżungli. Zabij, albo daj się zabić. 
- No… chyba sobie przypomniałaś. – powiedział niezdarnie Ryutaro. – ale nie martw się, to było w samo obronie. Nigdy bym nie pomyślał, że James’a położy trupem 12-latka. – pochwalił mnie. Zabiłam kogoś. A on mnie chwali. Chryste panie…
- Co… Co rozumiałeś przez ‘nas’? – zapytałam słabo. Wszystkie ostatnie zdarzenia mnie przytłaczały. To za dużo. Za dużo. Mam dość. 
- No tak… Jesteś teraz w organizacji ‘Kaminari’*. Płatni mordercy. – wyjaśnia spokojnie. Ja pierdole. Nic więcej nie jestem w stanie pomyśleć. Czemu bogowie się na mnie uwzięli. – Wiem, że… To jest w cholerę ciężkie, ale… 
    Chyba chce mnie podnieść na duchu, ale do sali wpada kolejny brązowo-włosy chłopak. Jest młodszy, a oczy ma o kilka odcieni ciemniejsze od Ryutaro. Tsuneari. 
- Ichigo-chan! Ty żyjesz! – wpada krzycząc. Nadal ma rozczochrane włosy. Potyka się w progu i dopada łóżka. Zwala z krzesła lekarza i sam na nie siada, śmiejąc się. 
    Ten chłopak sam zamordował 3 dorosłych ludzi. A teraz śmieje się jak gdyby nigdy nic. Jak bardzo okrutnym trzeba być, żeby..?
- Miło mi, Ichigo Kanegawa. Jestem Tsuneari Nakade, twój wybawca, do usłu… - nie dokończył, bo Ryutaro ścisnął go za policzki jedną ręką i potarmosił. 
- Ryu… Czekaj… Ryu… Boli… Ała… Puszczaj! Dobra, już schodzę! Schodzę! Słyszysz? Schodzę!!! 
    Przekomarzali się jak bracia. Jak starzy przyjaciele. Wcale nie jak mordercy. Chociaż co ja wiem. Teraz mój cały światopogląd pada w gruzach. 
- Ten tu osobnik to Tsu, jakbyś nie zauważyła. No i on ten… 
- Wiem… - odpowiadam cicho, nie spuszczając z niego wzroku. – Dziękuję… - mruczę, patrząc mu nieufnie w oczy. 
- Ależ do usług. – mówi, szczerząc się. 
    Do pokoju po chwili wchodzą jeszcze 3 osoby, na oko w moim przedziale wiekowym. Dlaczego, do cholery, w organizacji zabójców jest tyle dzieciaków? 
- O, świeże mięso. – parska jeden z chłopaków. Jest wysoki, na oko 15 lat. Ma kruczoczarne włosy i identyczną cerę jak ja. Mamy podobną budowę i mowę ciała. Można byłoby go wziąć za mojego starszego brata. Gdyby nie oczy. Moje są granatowe jak nocne niebo. A jego czarne. Bezduszne. Jakby patrzyło się w oczy śmierci. 
- Zamknij się, durniu! – rzuca z oburzeniem dziewczyna. Ma ciemnoczekoladowe włosy związane w niedbałego warkocza i nad wyraz jasnozielone oczy. Nos ma zadarty do góry, a usta długie i cienkie, co jednak nie odbiera jej urody. Jest niska, ale umięśniona. Ostatnią osobą jest kolejny chłopak. Wchodzi nieśmiało do sali i uśmiecha się przepraszająco. Jest niższy od Tsuneariego i tego drugiego, ale wyższy od dziewczyny. Ma krótko ścięte miodowe włosy i szare oczy. Rysy jak na chłopaka ma delikatne, przypominające dziewczynę. Nosi podłużne czarne okulary, zupełnie nie pasujące do tego otoczenia. 
- Zamknijcie się, wszyscy! – mruczy groźnie Ryutaro. – Jakbyście, głąby, nie zauważyli to ona ma rozbity łeb i darcie pyska jest tu nie wskazane. 
- Tak? To my już pójdziemy!!! – Czarnowłosy specjalnie podnosi głos. Słyszę go trochę za donośnie. Nie sprawia wrażenia sympatycznego. W ogóle. 
- Kosai-san! Albo się uciszysz albo… - zaczyna dziewczyna, ale ‘Kosai’ macha na nią lekceważąco ręką. 
- No co mi zrobisz? Hym? Ayako? – szczerzy się lekceważąco do dziewczyny. Ona w odpowiedzi zaciska dłoń w pięść, powstrzymując się od walnięcia go. Okularnik nerwowo gestykuluje rękoma, usiłując załagodzić spór. 
- Proszę, Tokaji-kun, uspokój się… - zaczyna, ale czarnowłosy prycha w połowie jego wypowiedzi. 
- Przymknij się, czterooki. Ten kurdupel mi grozi. – warczy na niego. Odwraca swój wzrok na dziewczynę i uśmiecha się kpiąco. Patrzy się na nią z góry, wykorzystując swój wzrost. Jestem prawie pewna, że Tsuneari powiedział pod nosem coś co brzmiało jak: ‘’znowu się zaczyna…’’. 
   Ryutaro wstaje i nim Tokaji zdążył się zamachnąć na dziewczynę, łapie go za ramię. Chłopak najpierw rzuca mu przelotne spojrzenie, po czym opuszcza ramię. Patrzy się na Ayako spode łba. 
- Przypominam, że jesteśmy w części szpitalnej. Jeśli zamierzacie się bić to z dala od moich pacjentów. Zrozumiano? – lekarz mówi powoli, spokojnie. Przerażające. Kiwają głowami. – A, Tokaji. Nie pochwalam bicia się z kolegami z zespołu, ale jeśli… Jeśli podniesiesz rękę na dziewczynę, która ratowała ci kilka razy twoją parszywą dupę… Nie radzę przychodzić do mnie po lekarstwa. 
- Jasne, jasne… - mruczy w odpowiedzi i opiera się o ścianę. Zalega niezręczna cisza. Patrzę się po ludziach. Nikt nie wygląda jakoś inaczej. Noszą stare koszulki, adidasy, dresy. Jak zwykłe nastolatki z osiedla. 
- Ekhem… - Tsuneari odchrząkuje niepewnie. Ayako się uśmiecha i przysiada na moim łóżku. Okularnik podchodzi do Tsuneariego. 
- Mnie chyba kojarzysz… Tsuneari Nakade. – mówiąc to drapie się po karku. – Miło mi. 
- Ja jestem Ayako Kasahara. Do usług. – dziewczyna się szczerzy. – a ten okularnik to Taki Hideyoshi. 
   Chłopak kiwa mi głową, a ja staram się uśmiechnąć. Chyba mi to wychodzi, bo Taki od razu się rozluźnia. Tokaji prycha w kącie. 
- Tokaji Kosai. Nie do usług. 
- Ej, Tokaji… - rzuca Tsuneari, ale zbywam go ręką. Jak na nową poznaną osobę, jest bardzo miły. Ayako z resztą też, a z Takim na pewno da się normalnie porozmawiać. Ryutaro jest chyba jednak najlepszy z nich wszystkich. 
- Ichigo Kanegawa. Miło mi. – uśmiecham się. 
- Zostajesz na stałe, Ichi? – rzuca Ayako. Ichi? Serio? 
- Stałe? – powtarzam zdziwiona. Jakie stałe? 
- Oj, Kasahara-san… - zaczyna Taki, ale przerywa mu Ryutaro. 
- Koniec wizyt. Muszę jeszcze obgadać z nią parę rzeczy. Wypad!
   Tokaji od razu znika. Taki kiwa mi głową na pożegnanie, a Tsuneari i Ayako wychylają się jeszcze w drzwiach. 
- Zostań! – rzuca ze śmiechem chłopak, a dziewczyna woła:
- Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy – po czym znikają, odgonieni lecącą probówką. 
    Ryutaro wzdycha i przeciera ręką twarz. 
- Zawsze tak jest? 
- Jak? – nie bardzo wie o co mi chodzi.
- No, tak… żywo… 
   Wybucha śmiechem i przytakuje. Wspomina parę osób, domyślam się, że starszych i dodaje, że muszę ich zobaczyć by zrozumieć pojęcie ‘’żywo’’. 
- Jak na organizację płatnych morderców większość jest optymistami. Takimi jak Ayako-chan lub Tsuneari. 
    Nie uśmiecham się już. Patrzę się w ścianę.  No tak. Mimo iż wyglądało to jakby odwiedzali mnie przyjaciele, odwiedzili mnie mordercy. No tak. 
- Wiem, że to jest ciężkie. – mówi. Sam również wbił wzrok w ścianę. – Mój ojciec założył ‘Kaminari’. – dodaje. Patrzę się na niego, ale jego twarz nie wyraża emocji. – I wiem, że życie całkowicie ci się zwaliło, ale musisz dokonać szybkiego wyboru. Albo zostajesz tutaj, albo… 
   Przejeżdżam sobie palcem po gardle by nie musiał kończyć. Patrzy się na mnie, zastanawiając się nad odpowiedzią. 
- No cóż… Niekoniecznie… - zaczyna. – James’a usiłowało zabić kilku od nas… no i kilku poległo. – ucina na moment. Jestem pewna, że przywołuje sobie twarze zmarłych. – Jakby to ująć. Szef ma do ciebie dług wdzięczności. Więc tak czy siak… 
   Ryutaro urywa. Po moich policzkach spływają łzy. Mam tego dość. Najpierw odbierają mi normalne, szkole życie. Rodziców. Dom. Bezpieczeństwo. Potem szwendam się po barach. Jacyś mordercy usiłują mnie zabić, bo jestem podobnie ubrana jak inny morderca, który okazuje się chłopakiem. Przecież nie jestem w książce. A teraz muszę wybierać pomiędzy zostaniem taką samą morderczynią, a wałęsaniem się po ulicach. Łzy lecą mi ciurkiem po policzkach. Chłopak milczy. Tylko, że ja już jestem mordercą. Mam dość. 
- Dość… - wyrywa mi się. Nie chciałam tego mówić. 
   Ryutaro wstaje. Nie odzywa się, ale zbiera swoje rzeczy i ma zamiar wyjść. Jakby cicho mówił mi, że mimo iż wie jak mi ciężko, muszę dokonać decyzji. Szybko. 
- Będzie dobrze. – rzuca na odchodnym. 
    Wychodzi powoli, cicho zamyka drzwi. Kiedy stare zawiasy skrzypią, analizuję wszystko jeszcze raz. Wszystkie za. Wszystkie przeciw. I moja odpowiedź kilka dni temu zaskoczyłaby mnie. Ale nie po tym co stało się w ostatnim czasie. 
- Zostaję. – powiedziałam na tyle głośno, by Ryutaro zdążył mnie usłyszeć. Jestem pewna, że się uśmiechnął.
_________________________________________________________


Kaminari oznacza 'grzmot' stąd nawiązanie do burzy w tytule :)
Teraz już całkowicie odbiegam od prawdziwej fabuły, bo czegoś takiego nie było xd A Ayako i Taki w ogóle nie istnieli xd No i Tsuneari nie był zabójcą...
A co mi tam! :D


14 lutego 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 2 ~ Ostrze skąpane we krwi

Rozdział 2
  Ostrze skąpane we krwi
 
Spadłam z łoskotem z krzesła i nim cokolwiek do mnie dotarło, zostałam kopnięta. Wpadłam na pobliski stolik. Uderzenie zaparło mi oddech w piersiach. 

   O co im, kurna, chodzi?!
   Podnoszę się z trudem. Usiłuję spokojnie myśleć. Nie wychodzi mi to za bardzo. Do tego czasu nigdy się nie biłam, a na jakiekolwiek sztuki walki prychałam, mówiąc coś o bezsensownej przemocy. No to teraz mam za swoje, za swoją ignorancję. 
    Chyba obiłam sobie ramię. Boli w cholerę. Łapię się za nie i podnoszę wzrok na oprychów. Skierował się na mnie większy, bardziej barczysty facet o niezbyt urokliwej twarzy. Chyba szwab. Japonka jest ładniejsza. Dużo. Choć teraz nic mi to nie daje. Od obojga emanuje niebezpieczna aura. Drugi facet, niższy i chudszy, pozostał przy blondynie, która uśmiechała się do mnie z wyższością. 
- Tylko na tyle cię stać, Tsu? – mruczy, krzyżując ręce. 
Nie dociera do mnie co mówi. Jaki Tsu? Chyba, że…
- Kurwa… - przekleństwo wymknęło mi się z ust. Facet uznał to za prowokację i nim zdążyłam się cofnąć, zawalił mi z pięści w prawy policzek. Zatoczyłam się, ale nie upadłam. Przytrzymałam się stołu. 
     Rozejrzałam się po lokalu. Barman udawał, że niczego nie widzi, a wszyscy, którzy byli w środku, pośpiesznie z niego wyszli. Czy Opatrzność rzuciła na mnie jakiś urok, czy co? 
   Spojrzałam na przeciwników. Po ocenie ich budowy ciała, umięśnienia jestem pewna, że nawet z blondyną miałabym problem. Jestem do bani. Na co mi teraz, do cholery, koszykówka czy pływanie?!
Rzucam spojrzenie w stronę plecaka. Nawet jeśli zdążyłabym do niego dobiec, to nie dam rady wystarczająco szybko wygrzebać scyzoryka. 
    Nigdy bym nie pomyślała, że będę się zastanawiać nad rzuceniem się na kogoś ze scyzorykiem w ręce. Nigdy bym nie myślała, że zamordują mi rodziców. Nigdy. 
    Nie dają mi dużo czasu na rozterki. Dziewczyna sięga przez ramię.  Słyszę specyficzny dźwięk, który wolałam słyszeć tylko na filmach. Dźwięk wyciąganego miecza.
    Nogi mam jak z waty. Paniczny strach mnie paraliżuje. Jakby nie wystarczyło, że we 2 atakują  13-latkę. A teraz mnie zamordują. Zamordują. Na pewno. Nie chcę. 
    Facet rusza w moją stronę, kierując pięść prosto w moją twarz. Strach jeszcze nie spowolnił moich ruchów, więc zasłaniam głowę rękoma. Kiedy pięść uderza mnie w ręce, wydaję zduszony odgłos. Siła uderzenia odbiera mi równowagę i tracę kontakt z podłożem. Zanim jednak runę na ziemię, facet wali mnie prosto w odsłonięty brzuch. 
    Walę w podłogę plecami i odbijam się od niej. Nawet nie próbowałam asekurować upadku. Ból rozchodzi się szybko po całym moim ciele. Zanoszę się kaszlem. W ustach mam metaliczny posmak. 
    Ogarnia mnie lęk. Wiem, że jeśli szybko nie ucieknę, będzie po mnie. Ta… Jeśli szybko ktoś mnie nie uratuje. O ucieczce nie ma mowy. Nawet jeśli, to i tak nie dałabym rady. 
    Moje oczy rejestrują błysk. Gwałtownie spinam wszystkie mięśnie i przetaczam się na bok. Ostrze miecz rozpruwa mi kaptur na wysokości moich oczy. Mimowolnie wypuszczam z ulgą powietrze. Odwlekam nieuniknione. 
    Miałaś rację, kurna, Ichigo. Szwendaj się o 5 rano po Ikebukuro. Na pewno nikt cię nie zaatakuje. 
    Nim zdążę wyjść z szoku, facet bierze mnie za bluzę i podrywa do góry. Kaptur zsuwa mi się z głowy, a ja zaciskam dłoń na jego ręce. Nogi dyndają mi nad ziemią. 
- Te, Jiro… - zaczyna. Czyli ten niższy to Jiro. – Czy ten zabójca nie miał być przypadkiem chłopakiem, a nie dziewczynką. – Akcentuje ‘’dziewczynką’’ i macha mną mocno. 
- Cholera… - mruczy Japonka. – Co z nią zrobimy, Kat-sama? – zwraca się do blondyny. Wiedziałam, że nie jest Japończykiem. 
- Jak to co? – uśmiecha się szyderczo. Oblewa mnie zimny pot. – To niepotrzebny świadek. Aya, James, pozbyć się jej. – macha na mnie ręką jakbym była papierkiem, który trzeba wyrzucić. Mimo iż prawie zachłystnęłam się śliną na jej polecenie, teraz ogarnia mnie złość. 
- Tak jest. – odpowiadają jednocześnie. Usiłuję się wyrwać, ale jest to co najmniej żałosne. James się śmieje. Po chwili jednak z policzka ścieka mu krew z podłużnej rany. W ścianie za nami dynda wbity przed sekundą nóż. 
- Puszczaj ją – słyszę chłopięcy głos. Facet mnie puszcza, a ja spadam na kolana. Wychylam się by zobaczyć kto to. 
   Widzę chłopaka lekko wyższego ode mnie, zapewne w moim wieku. Ma rozczochrane brązowe włosy i ciemnobrązowe oczy. I ma prawie identyczny dres jak ja. 
- No i się pojawił… - prycha Jiro. Sięga za siebie i wyciąga długi sztylet. – W końcu coś ciekawego. 
    Chłopak sięga za siebie. Dopiero teraz widzę, że ma miecz. Gładkim wyćwiczonym ruchem tnie powietrze i koniec miecza celuje na Jiro. 
- Nie bierz tego do siebie, ale mam cię zabić.     
     Rusza błyskawicznie w jego kierunku. James i Aya zupełnie mnie zignorowali i ruszyli na chłopaka. Siedzę jeszcze oszołomiona i obserwuję. Walczy sam z trójką na raz. Paruje cios od Japonki mieczem jednocześnie blokując cios od Jamesa. Od razu reaguje na gwałtowny ruch Jiro i odchyla się do tyłu nie tracąc równowagi. Sztylet śmignął mu kilka milimetrów od twarzy. Natychmiast tnie od dołu mieczem i rozcina ramię Jamesowi. 
     Po tych kilku sekundach walki dochodzę do siebie. Podnoszę się na tyle szybko na ile daję radę i ścieram krew którą wykaszlałam. Ruszam najciszej jak mogę do plecaka. Scyzoryk. Muszę go mieć. 
    Widać, że chłopak powoli nie nadąża za przeciwnikami. Zranienie Jamesa wyraźnie go spowolniło, jednak tym samym rozwścieczył Japonkę, która okazała się najgroźniejszym przeciwnikiem. Wyprowadzała pchnięcia błyskawicznie i nim zdążyłam się zorientować, wyprowadzała następne. Jednak chłopak nie dał się zranić ani razu.  
   Jiro natomiast praktycznie wyłączył się z walki. Albo czeka na dobry moment, albo zdał sobie sprawę, że o mnie zapomnieli. I chyba to drugie.  
    Wygrzebałam już scyzoryk, ale nie bardzo wiedziałam co zrobić. Na myśl, że miałabym kogoś zaatakować, ciąży mi bardzo w dłoni. Obracam się w stronę walczących. James praktycznie walczy na oślep. Ma rozwaloną głowę, ale raczej nie ostrzem tylko głowicą. Japonka jest w swoim żywiole, a chłopak ma szramę na policzku. Nie widzę Jiro. 
    Czuję kopnięcie i nim zdążę zareagować,  przetaczam się o kilka metrów. Z dłoni wypada mi scyzoryk i leci gdzieś pod stolik. Podnoszę się ale podpierając się z tyłu rękoma momentalnie nieruchomieję. Jiro trzyma sztylet kilka centymetrów od mojej twarzy. Oj, niedobrze. 
    Analizuję sytuację tak szybko jak się da. Nic nie przychodzi mi do głowy. Pustka. Niedobrze. 
    Facet uśmiecha się tryumfalnie i przygotowuje się do zamachu. Jestem w stanie tylko śledzić łuk jaki zatacza bronią. Rusz się do cholery, a nie siedzisz jak ciołek! 
- Giń. – mówi cicho i wyprowadza atak. Zaciskam zęby i zamykam oczy. Jestem do bani. 
- Na dziewczyny nie podnosi się ręki. Tym bardziej ze sztyletem. – słyszę. Otwieram oczy. Słyszę, że sztylet wbija się nieopodal.  Przede mną stoi chłopak i kieruje ostrze w stronę Jiro. – Jesteś martwy, ty skurwysynie. – mówi groźnie i nadzwyczaj chłodno. Ma rozdarty rękaw na lewej ręce. Tnie od dołu, robiąc długą, głęboką szramę na tułowiu faceta. Po chwili niedowierzania, zaczyna dławić się własną krwią. Chłopak przyjmuje pozycje do kolejnego ciosu, ale Jiro upada. Jego ciało wije się w bólu. 
- Jesteś cała? – pyta się mnie chłopak, uśmiechając się. Jestem w stanie tylko przytaknąć, ruszając cały czas ustami. Jestem tak przerażona, że nie mogę wydobyć z siebie głosu. – Jestem Tsuneari. Wybacz, że sprawiłem ci kłopot. 
   Rusza na Japonkę, która niezbyt przejęła się śmiercią towarzysza. James natomiast zastygł, zlekceważony przez Tsuneariego. Widzę, że podchodzi do stolika i bierze krzesło. Docierają do mnie jego zamiary. Jeśli chłopak dostanie tym w łeb, natychmiast straci przytomność. 
Rzucam się w stronę scyzoryka. 
   Tsuneari paruje ciosy Ayi i zdecydowanie wygrywa. Nie zdaje sobie jednak sprawy z zagrożenia ze strony Jamesa. Chwytam scyzoryk, wyciągam nóż i… zastygam.
    No przecież nie rzucę się na człowieka z nożem.
    Ale jeśli tego nie zrobię to Tsuneari straci przytomność. Albo gorzej… Zamordują go… A potem mnie. 
    Przełykam głośno ślinę i wgapiam się w scyzoryk. James porusza się powoli ale też bezszelestnie. Wydaj jakiś odgłos, gruby tłumoku. 
    Albo ja zabiję jego. Albo zabiją mnie. 
    Cholera. 
    Ściskam scyzoryk i nim cały mój umysł każe mi przestać, biegnę w kierunku mężczyzny. Zaciskam zęby z uporczywością i nim zdążę cokolwiek pomyśleć, biorę zamach. 
    Puszczam scyzoryk ale on nie spada. Patrzę się na swoje dłonie. 
Dźgnęłam człowieka w plecy. Ja pierdolę. 
    James odwraca się i wbija we mnie zaskoczony wzrok. Z ust cieknie mu strużka krwi. Wyciąga w moją stronę dłoń, a ja szybko się cofam. Po chwili pada jak długi na ziemię. Z rany sączy się krew. Dużo krwi. 
    Zabiłam go. 
    Zakrywam usta rękoma, zdając sobie sprawę z czynu jaki popełniłam. W oczach kręci mi się łza. Nakazuję sobie myśleć o tym, że mnie uderzył. Usiłował zabić. ‘’Ale to ty zabiłaś jego.’’ Nogi mi miękną. Osuwam się na kolana. Przed oczami mam ciała moich rodziców. Boli mnie głowa. Nim ukrywam ją w dłoniach, niezdolna by myśleć dalej rejestruję krzyk dziewczyny. 
- James-san!!! – jest pełen goryczy, strachu i rozpaczy. – James!!! – Aya krzyczy tak mocno, że jestem w stanie myśleć tylko o tym co zrobiłam. – James… - wypuszcza miecz z dłoni i nim zabrzęczy on o podłogę, chłopak przeszywa ją mieczem na wylot, prosto w serce. 
Jej wzrok mętnieje, a z oczu popłynęły 2 łzy. Wypluwa krew. Kiedy Tsuneari wyciąga miecz, spada bezwładnie na plecy. 
    Chłopak wygląda na przybitego. Ma spuszczoną głowę, a wzrok wbija w ciało kobiety. Jednak przecząc całej mowie ciała, a pewnie też umysłowi mówi:
- Gra skończona, Katerino… - zwraca swój wzrok w moją stronę. Po chwili zdaję sobie sprawę, że kobieta stoi za mną. – Odsuń się od dziewczyny. – rozkazuje. 
    Jestem prawie pewna, że nadal ma ten swój figlarski, wnerwiający uśmieszek. Wali mnie mocno czymś w głowę, ale cios słabnie w połowie. Nawet nie zauważyłam ruchu Tsuneariego, a on już był koło nas. Zadał cios blondynie. 
    Uderzam o podłogę głową. Czuję, że coś ciepłego zlepia mi włosy, skleja mi oczy. Mam rozbity łeb. 
    Co to ma być? 
    Zamordowali mi rodziców. Uciekłam gdzieś daleko. Wdałam się w bójkę. Chcieli mnie zabić. Pojawił się mój rówieśnik. Był mordercą. Ja stałam się mordercą. 
    Ciekawe ile on miał lat. Pewnie koło 30-stki. Ludzie mogą żyć przez masę dekad, a można odebrać im tą możliwość w przeciągu kilku sekund. Co za absurd. 
    Czuję, że Tsuneari mną tarmosi. 
- Ej… Ej… Em…? Ej… - chce mnie zawołać, ale za bardzo nie wie jak. 
- I… chi… go… - wyduszam cicho. Mam mroczki przed oczami. Chociaż nie. To tylko krew. 
   W sumie. Ciekawe co ze mną zrobi. Dlaczego od razu wykluczyłam to, że mnie zamorduje? Nie mam teraz żadnej gwarancji, że nie będzie chciał się pozbyć świadków. 
   Nim całkowicie tracę przytomność, czuję, że podrywam się do góry. Tsuneari coś do mnie mówi, ale nie jestem w stanie tego usłyszeć.  

13 lutego 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 1 ~ Inny początek


Rozdział 1
~ Inny początek ~

Niespokojny podmuch wiatru otworzył z łoskotem okno, a zimne powietrze, wdzierając się do środka przyprawiło mnie o dreszcze. Okryłam się cieplej kocem i usiłowałam dalej zasnąć. Bezskutecznie.
    Nazywam się Ichigo Kanegawa. Mam 13 lat. Moi rodzice właśnie zostali zamordowani. 
    Wstałam by zamknąć okno. Otwierało się już któryś raz z kolei. Jak na koniec sierpnia to była dość chłodna noc. 
    I nie. Wcale nie mieszkam w jakimś rozwalającym się domku. To nie mój dom. Bo ja już nie mam domu. Jedyne co mi zostało to… Właściwie… Co mi zostało?
    Jeszcze przed paroma godzinami wszystko było idealne – moja mama Mai Kanegawa robiła kolację, opowiadając o jakiś zaskarżeniu na jej artykuł odnośnie reakcji władz na przestępstwa i złe parkowanie. ,,Jeśli policja łapałaby terrorystów z takim zaangażowaniem jak łapią kierowców, którzy parkują pośrodku dwóch miejsc, praktycznie nic nie wybuchałoby w powietrze.’’ Mój tato natomiast klnął na jakiegoś klienta – Hiroshi Kanegawa, jeden z lepszych prawników w prefekturze. Natomiast ja siedziałam w pokoju i przeglądałam nowe podręczniki do gimnazjum. Nic nie wskazywało na to, że stanie się coś strasznego. 
    Godzina 19:12. Usłyszałam pukanie do drzwi. Mój tato podszedł do nich i otworzył. Po chwili usłyszałam jak ktoś upadł. Nie słychać było rozmowy. Niepokoiło mnie to więc już miałam wyjść, moja ręka już spoczywała na klamce kiedy to rozległ się wrzask mojej matki.
Aaaaa!!! Co panowie robią!? Hiroshi! Co?! Proszę przestać! Pro…
Nic więcej nie usłyszałam oprócz upadku ciała na ziemię. Zmroziło mnie tak, że nie byłam wstanie się ruszyć. Będą przeszukiwać dom?  
     Miałam wrażenie, że każda sekunda stała się wiecznością. Czekałam, praktycznie zapominając o oddychaniu. Po kilku jakże długich minutach usłyszałam głosy. Trzy głosy. Po chwili wyszli.
     Kiedy przestałam ich słyszeć, zachłystnęłam się powietrzem. Cała drżałam i to w takim stopniu, że ledwo udało mi się otworzyć drzwi. Powoli stawiałam kroki bosymi stopami, nie widząc niczego w ciemności. Nieuchronnie zbliżałam się do przedpokoju. Nie widząc nic, poczułam coś mokrego pod stopami, a po chwili do moich nozdrzy doszedł metaliczny zapach. Krew.
    Okolicę przeszył mój paniczny krzyk. Upadłam i usiłowałam się jak najbardziej oddalić od kałuży krwi. Zostawiałam za sobą jednak tylko czerwone ślady. Mój oddech stał się spazmatyczny, a ja w ostatnich przebłyskach słońca ujrzałam dwa ciała skąpane w czerwonej substancji. We krwi. 
- Mamo? – przełknęłam głośno ślinę. Podniosłam się chwiejnie.
- Tato? – robię kilka chwiejnych kroków w stronę rodziców.  
To się nie dzieje naprawdę…
    Cała drżałam. Nie wiedziałam co robić. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Co robić? Co, kurwa, robić? 
    Wzięłam głęboki oddech, przygryzając wargę. Przestąpiłam przez ciało ojca, zaciskając mocno oczy. Kucnęłam przy matce. Wyciągnęłam rękę i dopiero wtedy zobaczyłam jak bardzo się boję. Wyglądałam jakbym dostała epilepsji. Jeszcze jeden głęboki oddech.
     Miałam wrażenie jakby minęły godziny nim złapałam mamę za nadgarstek. Tętno. Muszę sprawdzić tętno.
- Kurwa mać… - łzy same zaczęły spływać po mojej skrzywionej twarzy. Nie ma tętna. 
    Pomyślałam o wszystkim. O radości z nadchodzącego początku roku. Nowym początku. Nie takim początku. Nie takim… 
    Spuściłam bardziej głowę, a wargę przygryzałam praktycznie do krwi, by nie łkać. Nie mogłam oddychać. Od środka coś mnie rozrywało. 
Co robić?
    Tylko to byłam w stanie myśleć. 
Muszę się uspokoić. Muszę się uspokoić. Muszę się…
    Otworzyłam oczy. To co napotkał mój wzrok zupełnie mnie uspokoiło. Do teraz nie wiem dlaczego. 
    Puste oczy mojej matki. Puste oczy trupa. 
   Wstałam z podobną pustką w oczach, ręce zaciskając w pięści. Drzwi były otwarte. Zastanawiałam się czy zostać, czy uciec. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na dom. Po raz ostatni. 
    Wypadłam na zewnątrz w samych kapciach, które i tak zgubiłam w biegu. Nie wiem dokąd się kierowałam. Biegłam tyle ile miałam sił, a gdy poczułam palenie w nogach tylko przyśpieszyłam. Mój umysł, moje myśli, moje ciało, wszystko całkowicie zbrukane, zaniosło mnie do starej stodoły.
***
    Obudziłam się praktycznie równo ze świtem. Odkryłam się i rozejrzałam po otoczeniu. Byłam zdezorientowana. Przeciągnęłam się, mając zamiar przetrzeć oczy. Ale zamiast tego wrzasnęłam.
    Na moich dłoniach była krew. Dużo krwi. 
    Wspomnienia ostatniego wieczoru napłynęły z takimi samymi uczuciami jakie towarzyszyły mi w tamtych godzinach. Złapałam się za głowę i siedziałam tak przez kilka minut. Oszołomienie. Zdezorientowanie. Bezsilność. Strach. Smutek. Żal. Rozpacz. I na końcu – ten przerażający, chłodny, zimny spokój. 
- Co ja mam robić? – szepnęłam. Zaczynałam drżeć. – Co ja mam robić? – powiedziałam to głośniej. Ogarniał mnie ten sam spokój co wczoraj. Nic mi nie przywróci dawnego życia. Nic i nikt. 
Zabij. Nienawidź. Zemścij się.
     Te słowa kołatały mi się w głowie. Z miłości narodził się ból. A z bólu nienawiść. Niczym w książce.
     Machnęłam parę razy włosami, by się jakoś ułożyły. Niestety wiele kosmyków nadal spadało mi na oczy. Rzuciłam okiem na moje dłonie, teraz już spokojniej. Krew zdążyła już dawno zaschnąć. Westchnęłam. Przejechałam ręką po włosach, zostawiając na nich resztki krwi. 
    Kore wa genjitsu. 
***
    Wyglądnęłam ostrożnie na zewnątrz. Nikt chyba nie zorientował się o moim pobycie tutaj. Stałam teraz boso, spory kawał od domu, w którym mieszkałam. Jeśli chciałam uciekać, wypadałoby coś ze sobą wziąć. 
    Skierowałam się w stronę domu. Droga prowadziła przez okoliczny zagajnik, więc logicznie podchodząc do sytuacji szłam kilka metrów od pobocza, ukryta wśród gęstwiny drzew. 
     Nigdy nie myślałam, że będę zmuszona skradać się do swojego własnego domu. 
    Drzwi nadal były otwarte prawie na oścież, a ja będąc parę metrów od wejścia poczułam odór krwi. Zamknęłam oczy i przeszłam przez przedpokój, ciapiąc stopami o lekko zaschniętą krew. 
     Cała ta sytuacja jest jakaś popierdolona. 
     Weszłam do swojego pokoju. Rozglądnęłam się po nim – wszystko było takie same jak wczoraj. No prawie. 
     Wyciągnęłam plecak z szafy i zaczęłam się pakować. Telefon. Pieniądze. Legitymacja. Latarka. Scyzoryk. Prowiant. Woda. 3 koszulki. Spodnie. Założyłam buty i bluzę. Trochę bielizny. Spojrzałam na plecak. Choć spakowałam już dużo rzeczy, nadal zostało trochę miejsca. Rozglądnęłam się po pokoju. Westchnęłam i wrzuciłam jeszcze szczotkę do włosów, wcześniej przejechawszy parę razy nią po moich czarnych włosach. Westchnęłam i poszłam do pokoju rodziców. Mama miała parę par złotych kolczyków, a tato zegarek. Można sprzedać.  
     Wychodząc z pokoju, zatrzymałam się przed lustrem, zahipnotyzowana swoim odbiciem. Czy naprawdę tak wyglądam?
     Jestem ubrana niechlujnie. Mam stary, wygodny T-shirt, dresowe spodnie i adidasy. Na to czarna bluza. Do tego rozczochrane włosy. Boję się jak wyglądały wcześniej. Lekko się garbię. Oczy mam zapuchnięte, przekrwione, a pod nimi są wory. Nie uśmiecham się. 
     W jedną noc człowiek się tak bardzo zmienia?
     Wczoraj zastanawiałam się jak to będzie w gimnazjum, a teraz za ile uda mi się opchać zegarek ojca.
     Słyszę głosy na podwórku. Ktoś wezwał policję. 
- Cholera – mówię cicho i rzucam się do pokoju. Zgarniam swoją biżuterię i przerzucam plecak przez ramię. Dosłownie skaczę ze schodów i kieruję się ku klapie na podłodze. Mój tato kiedyś mówił, że w piwnicy jest wyjście ewakuacyjne. Ciekawe ile w tym było prawdy?
      Biegnę parę metrów w ciemności, w oddali słysząc krzyk sąsiadki. Po kolejnych metrach wpadam na drabinę. Wchodzę po niej sprawnie i otwieram klapę. 
      Rozglądam się po okolicy. Widzę ulicę na której mieszkałam. Znajduję się teraz za domem, już w zagajniku. Mądry ruch, tato. 
Zamykam przejście, przysypując je ściółką. Ruszam przed siebie.
***
      Kiedy dochodzę do obrzeży Ikebukuro zastanawiam się co dalej. Najbliżej było mi do tej dzielnicy, choć to niedobry pomysł by 13-latka sama się tu szwendała. A nawet gdyby to co zrobię? Nie mam teraz dachu nad głową, a w najlepszym wypadku policja uzna mnie za zaginioną.  
      Dumam nad przyszłością, w końcu dochodząc do przystanku. Jest dopiero koło 6 rano, ale autobusy jeżdżą. Mam w kieszeni bilet, więc dojadę co centrum. 
     W autobusie kasuję bilet i nakładam kaptur na głowę. Staram się na siebie nie zwracać uwagi, ale zaspani ludzie kierują na mnie swój ciekawski wzrok. No pięknie. Po kilku minutach jestem w centrum.
      Gdzie teraz? 
      Mój organizm sam mi odpowiedział. Jestem piekielnie głodna. Rzucam okiem po okolicy. Żadnego baru. Super. Po prostu super. 
Jest mi trochę zimno, ale to raczej ze zmęczenia. Kieruję się w jedną z bardziej oświetlonych ulic i oprócz zamkniętych sklepów czy kawiarenek zauważam bar 24h mieszczący się w jednym z kilkupiętrowych budynków. Wypuszczam powietrze z ulgą i staram się nonszalancko wejść. 
      W sumie nie dziwię się, że rozmowy milkną. Wyglądam jak jakiś dresiarz. I pewnie jak chłopak. Bluza odbiera mi lekko kobiecych kształtów, a kaptur zasłonił praktycznie całe moje włosy, które i tak sięgają mi zaledwie do ramion. Kiedyś zapuszczę.
      Siadam przy barze i proszę o miskę ramen. Nie ma to jak śmieciowe żarcie ze śmieciowego baru.
      Siorbię powoli zupę, kątem oka obserwując podejrzaną grupkę. 2 dość wysokich facetów - ten niższy wygląda na przysadzistego Japończyka, wyższy natomiast na obcokrajowca, oraz 2 kobiety – jedna o typowo japońskiej urodzie, również przypominająca niższego faceta, a druga blondyna w sukience. Zdecydowanie była szefową tych ciołków.  
      Kiedy prosiłam o takoyaki, facet i japonka skierowali się w moją stronę. Lekko się spięłam. 
     Co oni jakiś gang? Naraziłam się czymś?
     Odwróciłam wzrok i popatrzyłam na barmana. Patrzył się tylko na tę dwójkę i po chwili kiwnął głową. Zmrużyłam oczy. 
     Nie idą po mnie. To nie ma sensu. Nie mają powodu. 
     Po chwili czuję szarpnięcie i z głośnym łoskotem zostaję strącona ze stołka barowego i wpadam na pobliski stół.
________________________________________________________________________
Pozwoliłam sobie na prawa do fanfiku na podstawie tego. Nie wiążcie jednego z drugim, jedyne co tu się zgadza to imiona i wygląd XD 


10 lutego 2015

Najpiękniejsze chwile cz. 5 *ostatnia*

    Siedzę na jednym  z krzeseł na korytarzu. Głowę mam odchyloną do tyłu, a oczy zakryłem ramieniem. Oddychałem głęboko, czekając.
    Doskonale wiem, że będą ją reanimować. Gdzieś w sercu tli się nadzieja. Nie ważne co bym sobie wmawiał, nadzieja nie zniknie. Zawsze będzie się tlić. Wiem, że to nic nie da. Widziałem jak odchodzi. Chyba widziałem.
    Ktoś siada koło mnie. Nie reaguję. Siedzimy tak kilka minut w całkowitej ciszy. Obecność kogoś innego lekko mnie przytłacza. Odsłaniam lekko oczy. Shirokawa Shizuku.
- Konichiwa, Shirokawa-san. – mówię jak gdyby nigdy nic.
- Tak, tak… Mógłbyś po imieniu? Czuję się stara. – odpowiada. Zauważam, że siedzi pochylona, lekko zgarbiona. Znów zapada cisza.
- Jeśli chcesz mnie jakoś pocieszyć to nie trzeba – mówię w końcu. – Dam sobie radę. – podnoszę się i trę kark. Shizuku-san obserwuje mnie bacznym wzrokiem.
- Nie miałam zamiaru pocieszać. Jestem w tym beznadziejna. – prycha. Ma lekko podkrążone, zaczerwienione oczy. – Chodziło mi raczej o rozmowę.
- No, Shizuku-san… Rozmawiamy. I? – rzucam opryskliwie. Nie wiem kiedy się tak zdenerwowałem. Powinienem być milszy dla osoby, która jako jedyna bezproblemowo przepuszczała mnie przez recepcję.
- Widziałeś ją?
   Zamieram w osłupieniu. Powoli przekręcam głowę w jej stronę. Nie śniło mi się to? I dlaczego ona to wie? Skąd…?
- Nie patrz na mnie jak na jakąś wariatkę. – odpowiada na mój zdziwiony wzrok zmieszany z przerażeniem. – Doskonale wiem, że gdyby ci się nie pokazała, nie pogodziłbyś się z tym tak łatwo. – dodaje.
    Shizuku Shirokawa. Ciekawa z niej osoba. Nie wiem ile ma lat ale na pewno koło 30, choć nie wygląda. Keiko mówiła, że pracuje tu od paru lat, a przecież wcześniej musiała skończyć studia. Jest ode mnie niższa, na oko ok. 160cm. Wzrost typowego Japończyka. Ma brązowe oczy i lekko falowane czekoladowe włosy, które zawsze upina w kok. Nie rozmawiałem z nią dużo, ale jej charakter wydaje się na pierwszy rzut oka na niezbyt przyjazny. Jest opryskliwa, złośliwa, robi to co uważa za słuszne… ale doskonale rozumie ludzkie uczucia. Czasem nawet nie zwracała na mnie zbytniej uwagi tylko rozglądała się czy nie ma nikogo ważnego i machała na mnie ręką. Jestem jej za to dozgonnie wdzięczny.
    Ciekawe czy wyszła za mąż. Nie ma obrączki.
    Spuściłem głowę. Ma rację. Gdyby Keiko się do mnie nie odezwała, zrobiłbym coś głupiego. Albo bym oszalał.
- Skąd to wiesz? – spytałem.
- Z doświadczenia. – odparła. Spojrzałem na nią z zaciekawieniem. Gapiła się w sufit pustym wzrokiem. Po chwili się uśmiechnęła.
- W sumie… Nie mogę powiedzieć, że to długa historia. – parsknęła. Rzuciła wzrokiem na krzesło obok więc usiadłem.
Nie dziwię się, że Keiko ją lubiła. Shizuku-san ma w sobie coś co przyciąga ludzi. Mimo zachowania.
- Podczas studiów wyszłam  za mąż. Znałam się z nim już długo od czasów gimnazjum. Krótko po zakończeniu studiów, kiedy już planowaliśmy wspólną przyszłość, miał wypadek. Został przywieziony tutaj. Wkrótce potem zmarł. A dalej było tak jak z tobą. – spojrzała na mnie. Opowiedziała ogólnikami, wcale nie dlatego, że nie chciała. Tylko dlatego, że każde wspomnienie sprawiało jej ogromny ból.
- Przykro mi, Shizuku-san…
- Nie ma potrzeby. To było już parę lat temu.
- Ne, Shizuku-san…
- Słucham, Tetsu.
- Dlaczego to tak bardzo boli? – wypowiadając te słowa, poczułem coś mokrego w kącikach oczu. Pielęgniarka westchnęła. Oboje patrzyliśmy w sufit.
- Bo była prawdziwa.
    Nie powiedziała co, ale i tak wiem o co jej chodziło.
    W sumie, byliśmy podobni. Oboje straciliśmy ukochaną osobę, nie mając szansy obronienia jej. Siedzieliśmy jeszcze kilka minut. Shizuku znowu podjęła rozmowę.
- Keiko… - zaczęła nie pewnie. – Keiko była dobrą osobą.
- Tak… - potwierdziłem nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Mówiłem, że nie chcę pocieszenia. – Wiesz… - zacząłem ale przestałem  w połowie. Po policzkach Shizuku spływały łzy. 0
- Bardzo dobrą osobą… - powiedziała i ukryła twarz w dłoniach. No tak. Nie tylko ja się z nią zżyłem. Sięgnąłem nie pewnie w jej stronę i poklepałem niepewnie po ramieniu.
- Przepraszam – powiedziała cicho. – Miałam cię pocieszać a sama… - zaczęła ale przerwała w pewnym momencie. Wyprostowała się, choć po jej policzkach ciekły powoli łzy. Sięgnęła do kieszeni i podała mi kopertę. Spojrzałem pytająco ale przeczytałem to co było na niej. Wszędzie rozpoznałbym to pismo. Wszędzie.
   Zerwałem się na równe nogi. Shizuku się uśmiechnęła. Ukłoniłem się, głośno dziękując i pobiegłem w stronę schodów. Nie wiem czy tylko mi się wydawało, ale mógłbym przysiąc, że słyszałem śmiech.
   Zbiegałem drogą usnutą płatkami wiśni. Był koniec maja, wszystko powoli przekwitało. Biegłem tak szybko jak tylko mogłem.  Zipałem ale mimo wszystko biegłem. Prawie wpadłem na jakąś grupkę ludzi.
   Wyhamowałem gwałtownie koło tej wiśni przy której ją spotkałem. Spojrzałem na koronę drzewa. Podszedłem do pnia i usiadłem, opierając się o nie. Obróciłem w palcach parę razy kopertę. Wziąłem głęboki oddech i wyciągnąłem list.
Drogi Tetsuo!
Jeśli to czytasz znaczy, że sama nie zdążyłam ci tego powiedzieć.
Na samym początku muszę cię przeprosić. Nic więcej nie jestem w stanie zrobić niż tylko przeprosić.
Na samym początku muszę wyjaśnić ci wszystko. W 2 klasie podstawówki wykryli u mnie jakąś rzadką chorobę, powodującą niedowagę, osłabienie organizmu. Moi rodzice przykuli mnie do szpitalnego łóżka, a sami nie mając już obciążenia, rozkręcali biznes za granicą. Na początku jeszcze czasem mnie odwiedzali, teraz przesyłali tylko pieniądze.
Jeśli chodzi o chorobę… Powinnam dożyć 20-stki. Tylko mój organizm nie dawał rady. W dniu w którym się poznaliśmy dowiedziałam się, że został mi miesiąc życia.
Jestem ci wdzięczna. Za to, że się do mnie odezwałeś. I pomogłeś choć byliśmy dla siebie obcy. Naprawdę nie wiem jak wyrazić w słowach moją wdzięczność.
Jeśli chodzi natomiast o wszystko. Przepraszam za trzymanie cię w niewiedzy. Wybacz mi. To nie dlatego, że chciałam cię chronić. Chroniła siebie. To było z egoizmu. Nie chciałam być sama w tych ostatnich chwilach. Później chciałam ci to powiedzieć, ale… nie byłam w stanie.
Proszę nie znienawidź mnie za to.
Teraz muszę ci podziękować za wszystko dosłownie. Za to, że wyciągnąłeś do mnie pomocną dłoń. Za uśmiech. Za odwiedziny. Za książki. Za śmiech. Za rozmowy. Za opowieści. Za zagranie mi na gitarze. Za pokazanie mi gry w koszykówkę. Za martwienie się o mnie. Za to, że mnie kochałeś. Za to, że ja mogłam pokochać ciebie. Arigatou.
I na sam koniec mam do ciebie 2 prośby.
Po pierwsze: Nie rozpaczaj za mną. Bo jeśli tak… To po drugiej stronie pęknie mi serce. Proszę…
Jeśli chodzi o drugą prośbę… ona jest samolubna.
Nie zapomnij mnie.
Kocham cię.
Keiko Tachibana  

  List się skończył. Nie był jakoś długi, choć miałem wrażenie, że czytałem go w nieskończoność. Zawarła w nim to co mnie dręczyło. Bardzo dobrze mnie poznała.
- Dziękuję, że mogłem ją spotkać. – szepnąłem. – Dziękuję, że mogłem ją pokochać.
   Spojrzałem na niebo przez gałęzie wiśni. Zerwał się delikatny wiatr i rozwiał mi lekko włosy, które i tak były w nieładzie.
Choć pokochanie jej sprawiło mi dużo bólu, nie żałuję tego.
Nie zapomnę cię. Obiecuję.
- Sayonara, Keiko. Aishiteru.
   Po mojej twarzy spływały łzy. Uśmiechałem się.

                                                    KONIEC
~ . ~ . ~ . ~ . 
~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~

9 lutego 2015

Najpiękniejsze chwile cz. 4

   Otworzyłem z zamachem drzwi pokoju nr 68, ledwo wyhamowując. Wpadłem do sali, krzycząc jej imię.
   Leżała na łóżku, z aparaturą, część jej miodowych włosów  zasłaniała jej twarz. Leżała spokojnie nie poruszając się, ręce miała wzdłuż tułowia, a skóra była bledsza niż kiedykolwiek.
   - Keiko… - wyzipnąłem. Dyszałem i nie mogłem nabrać powietrza. Miałem złe przeczucie. Przez całą drogę biegłem, byleby tylko zdążyć. By być szybciej.
   Dziewczyna nie poruszyła się na dźwięk swojego imienia.
- Keiko-chan… - powtórzyłem trochę głośniej. Nic do mnie nie docierało. Albo nie chciało dotrzeć.
   Wyprostowałem się. Zaciskając zęby, zrobiłem kilka kroków w stronę łóżka, starając się nie patrzeć na jej twarz. Moje oczy wodziły po otoczeniu. Szpitalne białe ściany, łóżko. Etażerka z jasnego dębu, a na niej ramka na zdjęcie. Pusta. Koło łóżka stoi szare krzesło dla gości.
   Nie dalej niż pół metra od łóżka zatrzymałem się. Zamknąłem oczy i nerwowo wypuściłem powietrze. Zebrałem się na odwagę, by na nią spojrzeć.
   To nadal była ta sama Keiko co przed 3 godzinami. Tylko miała bardzo bladą, wręcz białą skórę. Usta zamarły w nikłym, ale ciepłym uśmiechu. Ale to co mnie przeraziło to duże, zielone oczy. Puste oczy.
    Gwałtownym ruchem przysiadłem na krześle i złapałem ją za rękę. Ciepło powoli od niej odchodziło. Ścisnąłem ją, lekko potrząsając.
Nie. Nie. Nie. Nie!
    Patrzyłem się osłupiały w jej delikatną twarz. Potrząsałem jej dłonią coraz gwałtowniej. Serce biło mi coraz szybciej, a powietrze coraz ciężej wtłaczało się do płuc. Oczy pozostawały puste.
- Keiko. Keiko. Keiko… - powtarzałem pustym głosem. Bez żadnych emocji. Lekko się uśmiechnąłem i ścisnąłem jej dłoń.
- Wstawaj no… Keiko…
    Nachyliłem się i trzymając delikatnie jej rękę, pocałowałem ją. Trzymałem swoje usta przy niej przez kilka sekund, czując praktycznie bijące zimno. Mój uścisk zelżał. Ręka opadła bezwładnie na kołdrę, wyginając się lekko pod dziwnym kątem.
Dlaczego się nie budzisz?
    Przełknąłem głośno ślinę. Przestałem cokolwiek słyszeć. Jakby cały świat wokół mnie przez stał mieć jakiekolwiek znaczenie.
   Poczułem ból w klatce piersiowej. Moja głowa, a za nią ciało opadło na łóżko. Na wpół leżałem, na wpół siedziałem. Kołdra pachniała rumiankiem. Keiko nadal się nie poruszyła.
UMARŁA.
   Prawda przebiegła przeze mnie niczym prąd. Zmroziła mnie chwilowo, a odchodząc zabrała maskę spokoju. Poczułem, że mój wzrok staje się zamglony. Broda zaczęła mi drżeć. Podłożyłem ręce pod czoło, opierając się o jej nieruszający się brzuch. Zacisnąłem mocno oczy, a ręce zwinąłem mimowolnie w pięści. Usiłowałem się uspokoić. Muszę się uspokoić.
- Keiko… - wypowiedziałem słabo jej imię. Pogorszyło to sytuację.
   Poczułem, że z oczu płynął mi łzy. Smutek i rozpacz coraz bardziej zacieśniały swoje więzy. Moim ciałem wstrząsnął szloch. Tak mocno nie płakałem od dawna. Bardzo dawna.
Keiko nie żyje.
    Czuję, że mój płacz przeradza się w łkanie.
Nie ma jej. Nie ma.
    Moje serce rozdziera dźwięk jej imienia. Powtarzam go cały czas jakby mógł sprawić, że obudzi się i roześmieje.
    Tylko, że ona nigdy się nie obudzi.
    Nigdy.
    Już nie zobaczę jak się uśmiecha.
    Nie usłyszę jak się śmieje.
    Nigdy.
    Słyszę, że popadam w histerię. Jej imię staje się jedynie bezsensownym bełkotem. Osuwam się na kolana. Cały drżę. Po mojej twarzy spływają słone łzy. Ręce mam splecione na karku, a twarz skierowaną ku podłodze.
     Wiem, że powinienem być spokojny. Zachować się jak facet. Przyjąć to na klatę, zacisnąć zęby. I pewnie coś jeszcze.
     Ale mam to gdzieś.
     Nigdy nie wiedziałem jak można pogrążyć się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z chwili na chwilę w całkowitej rozpaczy. Jak można zapomnieć o wszystkim jedynie płacząc. Jak można pogrążyć się w całkowitej ciemności.
     Teraz wiem.
     Serce wali mi jak oszalałe. Nie czuję powietrza w płucach. Głos lekko mi chrypi od jakiegoś niezrozumiałego bełkotu.
- Proszę cię, uspokój się.
  
Automatycznie podnoszę głowę, lekko się prostując. Zostaję jednak na klęczkach, a ręce zamarły w bezruchu, niedaleko głowy, kiedy mój umysł rozpoznał głos.
   Ten głos, który momentalnie przyniósł mi ulgę. Ale jednocześnie jeszcze jedno uczucie, którego nie mogłem rozpoznać.
- Keiko… - wypowiedziałem lekko łamiącym głosem, ze zdziwieniem w oczach.
    Drobna postać, na wpół przeźroczysta, otoczona boską poświatą przekręciła głowę. Część miodowych włosów zsunęła się na klatę piersiową. Lekko się uśmiechnęła.
- Konichiwa, Tetsuo.
    Podniosłem się, nie odrywając wzroku od dziewczyny. Moje osłupienie przekroczyło granicę. Staliśmy i się na siebie patrzyliśmy. Nawet otworzyłem usta, ale nie byłem w stanie nic powiedzieć. Moje oczy, szeroko otwarte, chłonęły widok Keiko.
- Ko…Konichiwa… - powtórzyłem po jakimś czasie po niej. Nadal nie wierzyłem własnym oczom. To sen? A może koszmar? Co jest teraz, do cholery, prawdą?
    Keiko podniosła dłoń do ust i cicho zachichotała. Zauważyłem, że końcówki palców są prawie przeźroczyste.
To pomogło mi się otrząsnąć i ruszyć chwiejnym krokiem w jej stronę. Wyciągnąłem nawet rękę, by złapać ją, przytulić.
- Nie możesz, Tetsuo.
    Zatrzymałem rękę kilka centymetrów od niej. Tak niewiele nas dzieliło, a jednak nie byłem w stanie się zbliżyć. Moje oczy wyraźnie chciały odpowiedzi, choć nic nie mówiłem. Cała ta sytuacja mnie przytłaczała.
- Nie możesz mnie dotknąć. – zaczęła powoli. Mów więcej. Więcej. – Jestem teraz jak powietrze. Kiepsko co? – zażartowała, lekko parskając. Więcej. Chcę więcej. – Wiesz, Tetsuo… Umarło mi się…
- Keiko… - szepnąłem. Przystawiłem pięść do ust i zamrugałem kilka razy. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Ale jej oczy pozostały smutne. Opuściłem rękę i spojrzeliśmy sobie w oczy. I jestem pewien, że oboje dostrzegliśmy to samo. Rozpacz.
- Chciałbym cię jeszcze raz przytulić. – wyznałem spokojnie, nie przestając patrzeć się w jej zielone oczy. Tylko tam widziałem ukojenie.
   Keiko zamrugała intensywnie i opuściła głowę.
- Ja… też… Też chcę cię jeszcze raz przytulić… Złapać za rękę… Poczuć cię ten ostatni raz… - podniosła swój wzrok na mnie ale ja wlepiłem go w podłogę. Nie byłbym w stanie znieść teraz jej spojrzenia. Choć nie pragnę niczego innego.
   Keiko okręciła się delikatnie i podeszła do etażerki. Przejechała palcem po ramce. Westchnęła głęboko.
- Kiedy jesteśmy przez kogoś kochani przynosi nam to radość. Ale jeśli kochamy kogoś przynosi nam to cierpienie. Absurd, prawda? Szukając ukojenia w bólu, szukamy podświadomie miłości. Ale nie dostaniemy jej bez okazania uczucia. Które z kolei przyniesie nam cierpienie…
    Dobrze wiem o co jej chodziło. Obojgu nam uczucie drugiej osoby przynosiło niewiarygodną radość. Ale i ból. Kochanie Keiko przyniosło mi teraz ból. I to nie dlatego, że ona kochała mnie. Tylko dlatego, że ja kochałem  ją.
   Choć jeśli tak to brać to ona cierpiała bardziej. Bo wiedziała, że mnie zostawi. Chyba wiedziała. 
   Znów wyciągnąłem w jej stronę rękę. Tak bardzo jej pragnę. Odwróciła się i również wyciągnęła w moją stronę dłoń. Moja była opalona, umięśniona, a jej blada, chuda i delikatna.
- Tak bardzo bym chciał  by to był tylko zły sen…
- Ja też. Chciałabym się po prostu obudzić…
   Nasze palce są tylko kilka milimetrów od siebie. Stoimy tak blisko siebie, że moglibyśmy poczuć swoje oddechy. Gdyby żyła.
    Zauważam, że po jej policzku spływa łza. A potem kolejna. Jednak nie szlocha. Ani nie drży. Patrzy się na mnie, lekko zadzierając głowę. Mimo iż była bardzo wysoka to i tak przewyższałem ją o prawie 30cm. Czuję, że oczy zachodzą mi łzami.
    Chciałbym  żeby ta chwila się nie skończyła. Żebym mógł tak jeszcze stać. Tylko chwilę.
   Keiko sięga do mojego policzka, chcąc otrzeć łzę. Kiedy powinienem poczuć dotyk, nie czuję nic. Łza skapuje na podłogę.
    - Czas… - zaczyna ale ja tylko kiwam głową. Wiem. Wiem.
    Wiem.
    Odsuwa się na kilka kroków po czym odwraca się w stronę okna. Patrzę się na to, przeklinając w duchu swoją bezsilność. Keiko przygarbiła się lekko. Poświata zaczęła znikać, zabierając mi dziewczynę którą tak bardzo kocham.
- Wiesz… Absurdem jest też zakochać się tak mocno.
    Keiko się prostuje i odwraca w moją stronę głowę. Uśmiecha się tak szczerze jak  nigdy dotąd. Bez najmniejszej krzty smutku czy zadręczenia.
- Sayonara, Tetsuo. Aishiteru.
    Oślepia mnie jasny blask,  a włosy rozwiewa nagły przypływ wiatru. Wszystko zniknęło. Na korytarzu rozlega się jakaś debata. Słychać kroki. Krzyki.
- Ja ciebie też.
    Teraz wiem co jej pojawienie się przyniosło.
    Radość.
    I ból.
    Podchodzę do łóżka. W sercu czuję pustkę. Chce mi się płakać jednak mimo wszystko rezygnuję z niego. Drżącą ręką odgarniam jej włosy z twarzy. Nachylam się i składam pocałunek na jej czole.
    Chwilę potem do pokoju wpada lekarz i kilka pielęgniarek. Wykopują mnie z  sali.

5 lutego 2015

Najpiękniejsze Chwile - cz. 3

Otwieram oczy i widzę sufit. Powoli docierają do mnie wydarzenia. Zaczęłam kaszleć. Krwią. Zemdlałam. Tetsuo pobiegł po pomoc.
To jest mój limit?
Czuję posmak krwi w ustach. Ciężko mi się oddycha.
Powoli się podnoszę i widzę, że ktoś trzyma moją dłoń. Nie ktoś z rodziny. Tetsuo. Tetsuo Hizaki. Oczy lekko zachodzą mi łzami. Ze wzruszenia. I wdzięczności.
    Patrzę na zegar. Dochodzi 10 rano. Pewnie czuwał nade mną całą noc i zasnął.
    - Arigatou, Tetsuo – mówię cicho. Sięgam wolną dłonią w kierunku jego włosów ale zahaczam o kabelki. Orientuję się, że mam aparaturę tlenową. Po chwilowym zdziwieniu – czemu w ogóle to mnie dziwi? - i przerażeniu delikatnie głaskam głowę Tetsuo. Mruknął coś przez sen, po czym niespodziewanie się obudził. Zadarł głowę i na mnie spojrzał. Najpierw zaspanym wzrokiem, potem wytrzeszczył oczy.
- Ohayo Tet… - rzucił się, by mnie przytulić. Miałam wrażenie, że płacze. – Nie płacz, przecież nic się takiego nie stało, głupku… - zaśmiałam się, wrzeszcząc coś w głębi duszy i pogłaskałam go po głowie.
- Keiko – Tetsuo złapał mnie za ramiona i odsunął. Spojrzał mi poważnie w oczy. – Dziś jest 29 maja. Od tamtego wieczoru się nie obudziłaś.
    Rozszerzyłam oczy. Straciłam 9 dni. 9  cholernie ważnych dni. Cholera.
- Co… co się przez ten czas ze mną działo?
- Lekarze bardzo szybko przyszli i wywalili mnie z sali. Po 2 godzinach pozwolili mi wejść. No i przez te 9 dni miałaś tą aparaturę i kroplówkę. Nie dawałaś znaku życia. – powiedział wyraźnie zmartwiony.
- A ty?
- Co ja? – zdziwił się. – Siedziałem przy tobie. – powiedział jak gdyby nigdy nic. Oczy znów rozszerzyły mi się ze zdziwienia. Po chwili po prostu je zamknęłam i pokręciłam głową. Tetsuo spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Keiko?
- Arigatou.
- Ha?
- Arigatou – powtórzyłam, uśmiechając się.
   Tetsuo odwrócił wzrok i lekko się zarumienił. Od razu jednak spoważniał.
- Keiko.
- Tak?
- Możesz swobodnie oddychać?
- Co? A, tak. Nie martw… - nie chcę go martwić. Tak naprawdę nie czuję praktycznie powietrza w płucach.
- Czyli możesz zdjąć tą aparaturę na chwilę?
   Nie odpowiedziałam. Po prostu to zrobiłam. Jakby lekarz się dowiedział, nazwałby mnie samobójcą. Spojrzałam na niego. Pewnie miałam to odciśnięte na twarzy.
- I co w związku z… - zaczęłam ale przerwałam. W tym samym momencie Tetsuo złapał mnie na nadgarstek i schylił się.
    Poczułam coś na ustach. Coś miękkiego, szorstkiego i bardzo ciepłego.
    Tetsuo właśnie mnie pocałował. Właśnie przeżyłam swój pierwszy pocałunek.
    Oboje mieliśmy zamknięte oczy więc kiedy się odsunął, otworzyliśmy je w tym samym momencie. Tetsuo się wyprostował.
- Keiko Tachibana, jestem w tobie zakochany. Wybacz mi
moje egoistyczne zachowanie. – ukłonił się i wyprostował oczekując mojej reakcji. A ja byłam zbyt oszołomiona. Siedziałam na skraju łóżka, zarumieniona i… szczęśliwa.
Walić, że nie mogę praktycznie oddychać. Walić, że osiągam limit. Walić to wszystko. Jestem taka szczęśliwa.
Uśmiechnęłam się pod nosem i powoli chwiejnie wstałam. Oparłam dłonie na jego ramionach, by zachować równowagę, zadarłam głowę ażeby spojrzeć mu w oczy. Każdy ruch sprawia mi teraz znaczną trudność.
- Kocham cię, Tetsuo Hizaki. – powiedziałam poważnie i stanęłam na palcach by cmoknąć go w policzek. Po tym odsunęłam się chwiejnie i szeroko się uśmiechnęłam.
   Tetsuo głęboko odetchnął. Ja usiadłam na łóżku.
- Ulżyło mi. Wiesz, myślałem, że zejdę.
    Zaśmiałam się i założyłam aparaturę. Na wszelki wypadek. Bo tlen się przydaje.
- Teraz przez to cię dłużej tu zatrzymają. A chciałem cię zabrać na randkę… - zaczął marudzić. Coś we mnie pękło. Poczułam łzy. Czyli nie wie. Nadal nie wie, że umrę.
- Ej! Keiko-chan! Nie płacz! Co ja znowu powiedziałem nie tak?
- Ty nic… To – zacięłam się. – Łzy radości – zmusiłam się by uśmiechnąć. Popatrzyłam na jego twarz. Przetłuszczone karmelowe włosy i zmęczone, podkrążone oczy. – Tetsuo?
- Tak?
- Czy od kiedy zemdlałam byłeś w domu?
- Nie.
- W ogóle!? – krzyknęłam zdumiona.
- W ogóle.
- Zwariowałeś!?
- Na twoim punkcie.
    Miałam coś krzyknąć, ale strzeliłam buraka. On tylko się zaśmiał. Co za dureń.
- Wiem, wiem. Mam teraz iść do domu i się ogarnąć, prawda?
    Przytaknęłam. Jeśli nie będzie go przez chwilę, uspokoję się. Na pewno.
- Masz moje pozwolenie żeby wyjść. Tylko mam prośbę.
- Do czego to dochodzi, że muszę mieć pozwolenie…
- Mam prośbę.
- Słucham?
- Masz wywołane nasze zdjęcie? Chciałabym dać je do tej pustej ramki. – wskazałam na oprawkę, stojącą od lat pustą.
- Dobra, nie ma sprawy. Będę za 2 godziny, Keiko-chan – uśmiechnął się i wyszedł.
    Uśmiechałam się jeszcze przez pewien czas. Potem uśmiech spełzł z mojej twarzy. Sięgnęła po kartkę i długopis. Zaczęłam pisać list.
    Kiedy skończyłam wbiłam pusty wzrok w sufit.
’’Został jej miesiąc życia.’’
    Miałam te słowa przed oczami od kiedy je usłyszałam. I prześladowały mnie przez ostatni miesiąc. Z czego straciłam 9 dni. 9 cennych dni życia. Życia, którego zostało mi tak mało. Które w każdym momencie ze mnie ulatywało.
   - Dlacze…? – zaczęłam ale do Sali wpadła Shizuku. Powoli skierowałam wzrok w jej stronę. Pusty wzrok.
   - Keiko-san, obudziłaś się! – wykrzyknęła, sapiąc. Coś marny ten szpital. – Ten przewrażliwiony idiota sobie poszedł i nikogo nie zawiadomił i… płaczesz? – zaczęła narzekać ale przestała.
   - Ha…? – dotknęłam policzka po którym spływała łza. Płakałam.
   Shizuku westchnęła. Tylko, że to nie było westchnienie typu ‘’znowu to samo’’ tylko pełne smutku ale zarazem zrozumienia. Przysiadła na moim łóżku i mocno, bez zbędnych słów, mnie przytuliła. Zaczęła głaskać mnie po włosach. Przez chwilę nadal miałam zamglony wzrok lecz po chwili płakałam jak dziecko. Również ją objęłam, szlochając.
- Posłuchaj mnie, drogie dziecko… - zaczęła Shizuku drżącym głosem. Najpewniej po jej twarzy też spływały łzy. – Od lat pracuję tutaj, gdzie trafiają często ludzie chorzy śmiertelnie. Dlatego weź głęboki wdech. – złapała mnie za ramiona i odsunęła. Ścisnęła je, zmuszając bym moimi czerwonymi oczami spojrzała w jej poważną, a zarazem smutną twarz. Uspokoiłam oddech. – A teraz pytaj lub opowiadaj. Wysłucham wszystkiego – od wyzwisk po żałosne lamenty.
    Usiadłam i przetarłam oczy ręką. Odłączyłam aparaturę.  Shizuku zignorowała to.
- Dlaczego… Dlaczego muszę umrzeć? – zaczęłam spokojnie. – To nie tak, że chcę żyć wiecznie tylko… dlaczego teraz? Teraz, kiedy najbardziej chcę żyć? – Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. – Dlaczego nie mogłam przeżyć ostatnich lat tak jak chciałam? Dlaczego moi rodzice mnie zostawili?! Dlaczego muszę być sama!!! – mój płacz przerodził się w histerię. Shizuku potrząsnęła moim ramieniem, lekko mnie uspokajając. Spojrzałam na nią.
- Dlaczego nie powiedziałaś Tetsuo, że… umieram? – odważyłam się na to pytanie. Choć to nie była odwaga – kiedy wiesz, że umrzesz takie uczucia przestają mieć znaczenie. Masz przed sobą tylko smutek i wszechogarniający strach. I bladą pustkę.
- ”Dlaczego?’’ się pytasz? – Shizuku patrzyła przez okno. Uśmiechnęła się delikatnie. – Ponieważ jesteś dobrą osobą i nie chciałaś go martwić, prawda?
    Opuściłam głowę i ścisnęłam kołdrę. Spadły 2 duże krople. Zaczęłam się śmiać.
- Nie chciałam go martwić, tak?! – śmiałam się. – Bo jestem dobra?! Ja? Ja jestem… jestem… – zaczęłam krzyczeć lecz w pewnym momencie przestałam. Opadłam na łóżko i zasłoniłam ramieniem oczy. Wzięłam głęboki oddech by mój głos nie drżał.  – Ja… jestem egoistką…
    Zaczęłam łkać. Bo miałam rację.
- Nie powiedziałam mu tego, bo nie chciałam by odszedł. Chciałam by został i w pewności, że przeżyję utrzymywał mnie przy życiu. Bym miała kogoś bliskiego, dla którego byłabym ważna…. Dla którego chciałabym walczyć… - ostatnie zdanie wypowiedziałam szeptem. Zakryłam oczy dłońmi i płakałam jak nigdy w życiu.
   Shizuku odczekała chwilę i nabrała powietrza by coś powiedzieć ale zrezygnowała. Pogłaskała mnie po włosach.
- Wiesz, Keiko… - zaczęła drżącym głosem. – Zawsze byłam pewna, że kiedy zaistnieje taka sytuacja jak teraz, nie będziesz płakać. Że po prostu blado się uśmiechniesz i spojrzysz za okno. Ne… Keiko… Dlaczego płaczesz?
    Spojrzałam na nią. Uśmiechała się smutno. Moje oczy rozszerzyły się, a ja podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Płaczę, bo... – zaczęłam uświadamiając sobie coś. Coś przy czym pękło mi serce. Zaczęłam nerwowo łapać oddech. – Bo… spełniło się… moje marzenie… Bo… mam kogoś… dla kogo… nie chcę… umierać… Bo… chcę żyć…
    Shizuku uśmiechnęła się do mnie smutno. Chciała bym zdała sobie sprawę, że to o co prosiłam, zostało mi dane. Że ktoś mnie pokochał i stałam się dla tego kogoś ważna.
- Shizuku… Błagam cię… Ratuj mnie… Nie chcę umierać… Nie chcę… zostawiać Tetsuo samego… Błagam, uratuj mnie…
     Pielęgniarka wstała. Popatrzyła się na mnie chłodno.
- Wiem, że to co teraz powiem zabrzmi okrutnie. – oświadczyła. – Nikt cię nie uratuje. Po prostu umrzesz. – spojrzałam na nią przerażona. Moje serce rozbryzgało się na miliony kawałków. Nie tego się spodziewałam. Po moich plecach przebiegł dreszcz. Prawda boli ale… - Nie mam serca powiedzieć ‘’Nie płacz, wszystko jakoś to będzie…’’ bo nie będzie. – Ale jest lepsza od słodkiego, naiwnego kłamstwa.
     Shizuku kiwnęła głową w moją stronę i zostawiła mnie samą. Płakałam. Płakałam jeszcze długo.
     W pewnym momencie przestałam. Może zabrakło mi sił. A może po prostu się odwodniłam.
     Shizuku stała w drzwiach. Jej krótkie, czekoladowe włosy opadały jej na twarz, przysłaniając ciemne oczy. Kiedy podniosłam twarz w jej kierunku, przestąpiła z nogi na nogę.
- Wiesz, Keiko… Nie chcę nic mówić, ale włącz lepiej aparaturę.
Wyglądasz jak wampir.
   Wiem to. Czuję to.
    A może już nie czuję.
    Moje oczy straciły barwę, a skóra jeszcze bardziej zbladła. Miodowe włosy były splątane, a końcówki zniszczone. Nie wiem ile teraz ważę, ale o dużo za mało. Koszula na mnie wisi. Ciężko mi się oddycha, a w ustach czuję metaliczny posmak.
    Zbliżam się do swojego ostatniego limitu niebezpiecznie szybko.
- Shizu… - zaczynam ale słysząc swój głos przestaję mówić. Jest taki cichy, mizerny, słaby. Drżącą ręką sięgam po list i podaję go pielęgniarce. Ona tylko kiwa głową w zrozumieniu i podłącza kroplówkę.
- Keiko-chan… Zostawię cię teraz samą. – mówi delikatnie. Słowa docierają do mnie jak zza ściany. – Lubię cię. Walcz.
    Kroki informują mnie, że wychodzi. Wbijam wzrok w okno. Wszystko dociera do mnie jak zza jakieś zasłony.
    Cholera.
    Tetsuo się spóźnia. Pośpiesz się, durniu. Błagam. Błagam. Błagam. Splatam mimowolnie dłonie przy ustach. Błagam.
    Już niczego więcej nie chcę. Mogę umrzeć. Mogę. Tylko niech zdąży. Niech przyjdzie. Chcę go objąć i przeprosić za kłamstwa. Powiedzieć, że jestem mu tak bardzo wdzięczna. Pożegnać się. Błagam. Błagam.
     Błagam.
~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ .  ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ .  ~ . ~ . ~ .  ~ . ~ . ~ . ~ . ~
    Słyszę bicie swojego serca. Jest ono nierównomierne i głośne. Roznosi się po całej mojej czaszce.
    Wdycham i wydycham powietrze ale to nic nie daje. To tak jakby w powietrzu nie było ani grama tlenu. Albo jakbym musiała oddychać jakimś innym gazem.
    Kręci mi się w głowie. Widzę dom. I podstawówkę. I pielęgniarkę. I drogę do kliniki usłaną wiśniami. I Tetsuo.
    Moje wspomnienia. Wszystkie. Co do jednego.
    Usiłuję nabrać powietrza, ale jest to bezsensowne. Chyba się uduszę. Płuca mnie bolą. W sumie… Wszystko mnie boli.
    Umieram?
    Nie chcę. Nie teraz.
    Niech zdąży. Na pewno. Zdąży.
    Oczy zachodzą mi mgłą, zawroty głowy się nasilają. Usiłuję oddychać bardziej łapczywie, ale braknie mi sił. Nie mam sił na nic. Mam wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu gwałtownie spada.
    Zimno mi. Bardzo zimno.
    Czuję, że moje ciało opada na poduszki. Nadal walczy o powietrze, a ja mam wrażenie jakbym się oddalała. Daleko i szybko. Tracę obraz, biały sufit, podwieszona paprotka i lapy, wszystko zmywa się w jeden jasny punkt. Słyszę jeszcze niewyraźny świergot ptaków za oknem.
   
Umieram.
     Ogarnia mnie strach. Ale po chwili zastępuje nim moje ostatnie myśli. Coś co zaprzątnie mi umysł tylko przez parę sekund.
     Tetsuo.
     No i w końcu nie zdążył. Jedyne co teraz żałuję to to, że ramka pozostała pusta. Ciekawe co zrobi? Może ją weźmie? A może ją zniszczy?
     Czuję, że kąciki moich ust wędrują do góry.
     Jakie to głupie. Nie martwię się tym, że odchodzę młodo. Że rodzice mnie zostawili. Tylko, że ramka została pusta niczym oznaka mojej samotności.
     Tylko, że to tylko symbol. A one zawsze kiedyś tracą lub zmieniają znaczenie. Mam Tetsuo. Opatrzność się nade mną zlitowała. Nie mogę powiedzieć, że żałuję, że go spotkałam. Bo to kłamstwo. Bo go kocham.
    Tylko, że to go zrani. Bardzo.
    Tracę kontakt z rzeczywistością.
   
Miałam dobre życie.
   
Ktoś otwiera zamaszyście drzwi.
    Sayonara, Tetsuo. Sayonara, Shizuku-san. Sayonara, minna.
- Keiko!!! – zarejestrowałam jeszcze. Chłopięcy głos. Głos, który jakby mnie utulił do snu.
   
Przyszedł.
  
Tylko to zdążyło mi przemknąć przez głowę.
   A potem było światło.
 ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ .  ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ .  ~ . ~ . ~ .  ~ . ~ . ~ . ~ . ~