23 grudnia 2016

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 3 ~ Kiedy pojawiła się ciemność

Rozdział 3

Kiedy pojawiła się ciemność
Spokojne, późnowiosenne krajobrazy szybko rozwijającego się kraju migały za oknem pociągu jak w kalejdoskopie. Droga prowadziła przez pola i wsie, pozwalając na cichą nadzieję w sercu, że poza zgiełkiem ogromnych miast, takich jak Kioto, czy szarych, podupadających mieścinek, jak jego rodzinne miasteczko istnieją malownicze zakątki, które chce nazywać się domem. Że może istnieje gdzieś dla niego miejsce.
Fumiya oparł czoło o szybę, mrużąc trochę oczy – wycieczka zakończyła się już późnym popołudniem, a po opóźnieniach związanych z problemami technicznymi, wrócą dopiero wieczorem. Tym razem siedział z Sue na końcu przedziału, a przed nim Satoshi i Kai usiłowali zaprzyjaźnić się z jakimiś dziewczynami, czasem rzucając jakimś tekstem do niego. Fumiya jednak uśmiechał się tylko, widząc w ich wzroku nieme błaganie. Stary jesteś wysoki i tajemniczy. Laski na takich lecą.  
- Nie wiedziałam, że senność należy do choroby lokomotywnej. – zaczęła w pewnym momencie Sue, tućkając go łokciem w ramię. Spojrzał na nią kątem oka.
- Lokomocyjnej. – poprawił ją z automatu. Po chwili przetrawił jej słowa i poczuł się niepewnie. Przełknął ślinę i uśmiechnął się do siostry. – Nie spałem zbyt dobrze. To chyba przez te emocje. – zaśmiał się. – A tobie jak się spało? Dałaś sobie radę?
- Hmm? A tak, tak… - przytaknęła, przerzucając wzrok na swoje stopy. Zamachała krótkimi nóżkami kilka razy. – Nikt mi nie dokuczał. A ja udawałam niewidzialną. Idealny układ. – powiedziała, nadymając policzki.
- Ej. – dźgnął ją w buzię, powodując, że wydała krótkie „pyk”, zaczynając się z tego śmiać. – Musisz czasem gadać z innymi ludźmi.
- Ale z tobą rozmawiam. I z mamą. – zauważyła, marszcząc brwi. Czarne włosy luźno opadały na jej czoło, bo Fumiya nie mógł jakoś związać z nich warkocza.
- Ale życie to nie tylko ja i mama. Zamykanie się od wszystkich jest złe.
- Nawet jeśli ludzie są głupi? – przekrzywiła głowę.
- Nawet jeśli ludzie są głupi. – przytaknął, parskając. – Nie chciałabyś mieć przyjaciółki w swoim wieku?
- Pewnie, że… Ej! – Sue podskoczyła w pewnym momencie na fotelu, przypominając sobie coś. – Zmieniłeś temat! Chciałam się o coś innego zapytać.
- To pytaj, pytaj. – uśmiechnął się do niej szelmowsko.
Siostra posłała mu najbardziej dezaprobujące spojrzenie na jakie jej dziecięca mimika mogła się zdobyć i odetchnęła głęboko, rozglądając się czujnie. Fumiya uniósł brwi do góry, ale nie przerywał jej teatralnego wywodu. Sue nachyliła się do niego konspiracyjnie.
- Gdzie poszedłeś wczoraj w nocy? – spytała szeptem.
Fumiya zamarł.
Praktycznie zapomniał o swojej nocnej wyprawie. Oczywiście pamiętał jej każdy moment, ale nie zajmowała jego teraźniejszych myśli. Miał jedynie widmo swojego nowego „przyjaciela” Araty i tę niesmaczną myśl, że białowłosy był póki co najładniejszą dziewczyną, z którą miał okazję porozmawiać. Gdyby nie wyczekujące, zirytowane spojrzenie siostry, parsknął, by śmiechem na tę myśl.
- Po pierwsze: nigdzie nie byłem. – odparł, po czym sam konspiracyjnie się nachylił, upewniając, że nikt go nie słyszy. – Po drugie: skąd ty niby to wiesz?
- Obudziłam się w środku nocy, bo nie mogłam spać w tak zatłoczonym pokoju. I stwierdziłam, że zobaczę co robisz. A ciebie nie było. – odparła, wzruszając spokojnie ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Fumiya zamarł jeszcze bardziej, o ile jest to możliwe. Sue roześmiała się, widząc jego przerażenie.
- Spokojnie. Satoshi i Kai spali jak susły. Siedziałam godzinę na twoim łóżku, a potem zrobiłam się śpiąca i wróciłam do siebie. A ci dwaj nawet nie drgnęli. No, oprócz chrapania.
Fumiya poczuł jak zbawienne powietrze znów wypełnia mu płuca. Owszem, gdy wemknął się do hotelowego pokoju, wszyscy spali – zarówno jego koledzy jak i nauczyciele, więc pozwolił sobie myśleć, że udało mu się pozostać niezauważonym. Nie licząc obsługi.
- To gdzie byłeś? – spytała Sue ponownie, lekko się niecierpliwiąc.
Fumiya palnął pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy, wiedząc, że gdy zawaha się z odpowiedzią, bystry szósty zmysł Sue to wyczuje.
- Na randce. – nie wierzył, że te słowa przeszły mu przez gardło.
Siostra wytrzeszczyła oczy, jakby sama nie mogła w to uwierzyć. Zamrugała kilka razy oczami, po czym spojrzała na niego z ukosa. Fumiya nie miał pojęcia jak się zachować, czując, że czubki uszu robią mu się czerwone. To żeś palnął, jełopie, pomyślał. Już lepiej byś wyszedł, jakbyś powiedział, że ratowałeś zabójcę na zlecenie.
- A ładna jest chociaż? – spytała w końcu siostra.
- Ładna, ładna… - przytaknął, opierając łokieć na parapecie i odwracając wzrok od Sue. Zmusił się, by utkwić go gdzieś daleko w mijających go za szybą polach, choć od razu poczuł, jak wszystko co miał w żołądku mu zawirowało.
Sue roześmiała się typowym chytrym śmiechem małej dziewczynki, a brat doskonale wiedział, że teraz nie da mu spokoju w tej kwestii.  Jej czarne jak węgle oczy były wbite w niego, świecąc się radośnie. Nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Miał gdzieś, że kumple będą mu dokazywać, że ma jakiś kompleks starszego brata. Chwile, w których był w stanie zapewnić Sue naturalny, dziecięcy uśmiech były tak nieliczne. Sam czuł, że jego nastrój jest lepszy niż zazwyczaj. Zupełnie jakby pierwszy raz w życiu mógł odpocząć. Wyciszyć się od problemów tego przeklętego życia, zapomnieć na chwilę o palącym poczuciu winy, że zostawił matkę samą, choć powtarzał sobie, że jeśli on raz odpocznie, to kobiecie nic się nie stanie.
Znajomość ze mną przynosi jedynie nieszczęście. Po plecach Fumiyi przebiegł niespokojny dreszcz, gdy słowa Araty ponownie rozdzwoniły w jego głowie. Jakby białowłosy wyczuł jakieś zbliżające się nieszczęście. Jednak Fumiya zlekceważył ostrzeżenia poddawane mu przez instynkt, mając nadzieję, że to tylko złudne przeczucia.
Nadzieja nie zawiodła go tak bardzo jeszcze nigdy.
***
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy w końcu w piątek po południu wracał z Sue do domu. Po tym jak dojechali do ich miasteczka, wychowawczyni przeliczyła ich ostatni raz i zaczęła puszczać dzieciaki w ramiona rodziców. Zatrzymała swoje czujne oko nauczycielki na Sue, która pustym wzrokiem patrzyła na rodziców biorących pociechy w objęcia. Fumiya, pożegnawszy się z kumplami, wyłonił się z tłumu, uśmiechając się do nauczycielki prosząco. Kobieta spuściła wzrok na ziemię i zrozumiałym gestem odprawiła rodzeństwo.
- Jak myślisz, mamuś ugotowała coś na nasz powrót? – spytała Sue, podskakując jak zajączek. Dziewczynka dawno nie była tak pozytywnie nastawiona i żwawa.
- Nie było nas raptem dwa dni. – westchnął Fumiya, niosąc ich obie torby. – To jeszcze nie święto, by mama coś ugotowała.
- Myślisz, że jest zła, że nas nie było? – Sue okręciła się wokół własnej osi, zanosząc się śmiechem mimo wszystko. – Chociaż powiedziała mi, że się cieszy, że w końcu jadę gdzieś coś zobaczyć!
- Mama nigdy się na ciebie nie gniewa, Sue. – odparł czarnowłosy, rozglądając się po ulicy.
Byli już w bliskiej odległości od ich rozklekotanego domku, a chłopak nie chciał wracać do szarej codzienności od lewego sierpowego, jakiego zapewne dostałby na powitanie od ojca. Zmarszczył czoło, napinając od razu mięśnie w gotowości. Dziewczynka też jakby wyczuła poważniejszy nastrój, bo przestała gadać głośno i nucić jakieś piosenki.
W pewnym momencie rodzeństwo usłyszało trzask drzwi. Fumiya od razu chwycił siostrę pod ramię i ukrył się za pobliskim kontenerem na śmieci. Wychylił się ostrożnie – Sue też to uczyniła, chociaż usiłował ją ukryć za sobą. Obserwowali uważnie, jak ojciec, wyraźnie pijany zatacza się, nie mogąc wyjść poza bramkę. Szedł dużo wolniej i z większym wysiłkiem niż wcześniej, jakby był bardzo chory. Fumiya doskonale wiedział z jakiego powodu. I upewnił się, gdy dostrzegł, w którą uliczkę skręca ojciec, zataczając się dalej.
- Co jemu jest? – spytała Sue, patrząc się z lekkim strachem.
- Jest… głodny. – Fumiya ujął to tak delikatnie jak mógł, chcąc potrzymać ją w nieświadomości tak długo, jak mógł. – Jak dorośniesz to ci powiem.
- Zawsze tak mówisz! – jęknęła z oburzeniem. Fumiya zaśmiał się cicho.
- Wiem, wiem. A teraz chodź. – wyszedł bezszelestnie z ich kryjówki. – Przemknijmy do domu, póki nas nie widzi.
Sue przytaknęła mu i pobiegła pierwsza. Chłopak dotaszczył się z ich plecakami chwilę później i zrzucił je na ziemię w przedpokoju. Nie mógł się opanować od wzięcia głębokiego oddechu – do jego płuc dotarł zapach alkoholu, dymu, kurzu i stęchlizny. Nie mógł powstrzymać ironicznego uśmieszku.
 - Home, sweet home. – mruknął, rozsznurowując buty.
Sue wyjrzała zza kuchennej framugi, lekko zawiedziona.
- Mama nawet nie zrobiła kanapek. – mruknęła.
- Mamusia pewnie jest zmęczona. Jak chcesz to ja ci mogę zrobić kanapki.
- Kiedy ja nie chcę kanapek. – stwierdziła dziewczynka odwieszając bluzę do szafy. Fumiya mimo wszystko wszedł do kuchni, która wyglądała teraz dość obco. Panele zaskrzypiały mu pod nogami. Było cicho. Niepokojąco cicho, mimo, że Sue cały czas coś mówiła. Otworzył lodówkę i niepokój ogarnął cały jego umysł. Sałatka, którą zostawił matce, była nie ruszona.
Cofnął się gwałtownie, rozglądając wokół.
- Mamo? – zawołał cicho.
Sue posłała mu pytające spojrzenie, ale widząc niepewność w oczach brata, również zawołała Azawę.
- Mamo, jesteś tam!? – Fumiya postawił już pierwszy krok na schodach, nasłuchując. Z sypialni matki nie dobiegło nawet najmniejsze poruszenie. – Mamuś!? – zawołał ponownie, wchodząc po schodach.
- Braciszku, co się…? – dziewczynka stała przestraszona w przedpokoju, trzymając dłonie blisko serca i wodząc ze strachem oczami wokół.
Nie mógł wydobyć z siebie głosu. Nie było ich raptem dwa dni. Dwa, pierdolone dni. Co mogło się stać przez tak krótki okres czasu. Otworzył gwałtownie drzwi do sypialni matki i zastał jedynie otwarte na oścież okno, naprzeciwko którego zawsze stało krzesło. Mebel zniknął. Wypadł z sypialni, wpadając na siostrę.
- U nas też nie ma mamy. – powiedziała drżącym głosem. – Fumiya… Ja się boję… - chlipnęła, pozwalając by łzy spłynęły jej po policzkach.
Chłopak nie miał siły, by udawać spokojnego. Niezliczone czarne myśli kłębiły mu się w głowie, ale wszystko wracało do tego, jak Azawa pożegnała swoje dzieci, gdy wychodziły z samego rana na pociąg. Nie było to „Bawcie się dobrze”, nie było to „Uważajcie na siebie, będę tęsknić”. Rozumiał, że w obecnym stanie psychicznym matki, nie powinien się czegoś takiego spodziewać.
Spojrzał w kierunku strychu. Klapa nie była domknięta. Poczuł jak oblewa go zimny pot. Zdał sobie sprawę, że matka nie powiedziała też, tego co odebrała Sue. To nie było „Cieszę się, że w końcu będziecie mogli coś zobaczyć”.
Wchodząc po schodkach na strych, spojrzał przez ramię na siostrę.
- Sue… - zaczął pustym bezbarwnym głosem. – Przyrzeknij mi, że nie wejdziesz na górę, jeśli cię nie zawołałam.
- Ale co się…?
- Przyrzeknij mi.
- Przyrzekam, ale…
Musiał zignorować jej płaczliwy głos, wiedząc, że jeśli nie pójdzie sprawdzić na samą górę teraz, później nie znajdzie w sobie wystarczającej ilości siły. Zakręciło mu się w głowie od odoru panującego na poddaszu i w tym samym momencie przypomniał sobie dokładnie co powiedziała jego matka.
Cieszę się, że w końcu was nie będzie.
Stanął na górze na równych nogach, tylko po to, by upaść na kolana chwilę później, zniszczony całkowicie. Zrównany z ziemią. Jak mógł być tak głupi i to zignorować. Zabił ją. Zabił własną matkę.
Padał na niego cień wątłej kobiety, wiszącej pod sufitem. Pod jej stopami leżało przewrócone krzesło – to samo, które zniknęło z jej sypialni.
Fumiya nawet nie wiedział co czuł w tamtej chwili. Nie był nawet w stanie zdać sobie sprawy z opętańczego krzyku, który z siebie wydobył, zdzierając sobie gardło i łez, które popłynęły wzdłuż jego policzków. Nie zdał sobie sprawy z tego szaleństwa, w które popadł, dopóki nie stracił głosu, a później przytomności.
A Sue wciąż stała na dole, mogąc jedynie słuchać bezsilnego wrzasku brata, przełykając łzy strachu.
***
 Sue milczała już drugi dzień. Poprzedniego, zamilkła, gdy ojciec w końcu wrócił do domu, niezmiernie wściekły, że dzieci wróciły, a wszystkiego dopełniły krzyki jego syna, których dziewczynka nie znała powodu. Chciała pomóc bratu, zawsze chciała mu pomóc – ale on zawsze twierdził, że da radę sam i pomoc oferował jej. A teraz jeszcze obiecała mu, że nie wejdzie na górę.
Więc stała na szczycie schodów, słuchając jak jej brat traci głos od opętańczego wrzasku, sama płacząc ze strachu, czekając, aż ojciec wtaszczy się po schodach.
- Co tu się kurwa dzieje, gówniarze zasrane… - wybełkotał, podnosząc głos na końcach wyrazów.
 Tego wieczoru oberwała od niego bardzo mocno, prawie jak nigdy wcześniej. Fumiya, który w pewnym momencie urwał krzyk i upadł na ziemię – słyszała głuchy odgłos upadku – nie przybiegł jej z pomocą, więc dziewczynka musiała przeczekać furię ojca. Okładał ją pięściami przez ponad godzinę, dopóki nie przestała się ruszać, błagając myślach by w końcu ją zostawił w spokoju.
- Skończona suka… - splunął na dziewczynkę, kopnął ją, gdy wstawał i na reszcie stracił nią zainteresowanie.
Sue leżała jak szmaciana lalka na ziemi, bojąc się ruszyć. Po policzku ściekała jej pojedyncza strużka krwi, niczym łza, na które również bała się zdobyć.
- Gdzie ten zasrany szczyl… Jak ja go znajdę… - Akino zatoczył się na schody, po czym spojrzał niewidomym wzrokiem na górę. – Tam jesteś, tchórzu! Złaź, kurwa, albo was zabiję. Zajebię was wszystkich! – ojciec zaczął swój zwyczajowy koncert obelg, przy których Sue nauczyła się nawet zasypiać. Były jej znienawidzoną kołysanką, chociaż umiała również kompletnie ich nie słuchać.
Czarnowłosa dziewczynka podniosła się chwiejnie na wątłych ramionach, czując że nie ma siły. Zacisnęła jednak zęby, zdając sobie sprawę, że Fumiya musiał przez to przechodzić dzień w dzień, nie mając nawet możliwości na bronienie się, byleby tylko ojciec wyładował się tylko na nim. Zaczęła posuwać się powoli w stronę ich pokoju, chcąc się gdzieś schować.
Schować, zasnąć i nie obudzić.
Ludzie są źli, pomyślała. Nie lubię ludzi.
Skuliła się w kącie, starając się nie słuchać. Ale i tak słyszała.
***
Fumiya nawet nie wiedział ile leżał na tej podłodze. Nie wiedział, czy zemdlał, wiedział tylko, że ma zdarte gardło i jedynie na co może się zdobyć to patrzenie na ciało wisielca, oświetlone ostatnimi promieniami słońca. Chłopak miał wrażenie, że słońce już nigdy więcej nie wzejdzie na niebo.
Leżał dalej, pozwalając, by łzy ściekały mu po twarzy.
Beznadzieja.
Uśmiechnął się pusto.
Idealniejsze słowo nie istniało.
Opanował go taki bezruch, taka pustka, że nie reagował na płacz siostry, na śmierć matki. Mógł się tylko patrzeć, lecz nawet nie widzieć. Nie drgnął, gdy ojciec wrócił, nie drgnął, gdy słyszał, jak ten potwór bije jego jedyną siostrzyczkę.
To był pierwszy moment w jego życiu, w którym się poddał. W którym jedyne, czego chciał to śmierć.
Dlatego też uśmiechnął się, gdy jego ojciec wszedł w końcu na strych.
Nawet Akino cofnął się krok do tyłu, na widok martwego ciała swojej żony.
- Co kurwa!? – wykrzyknął, spluwając i rozglądając się. Wyglądał, jakby gwałtownie wytrzeźwiał. Powiódł wzrokiem po zakurzonym poddaszu, widząc jedynie syna na ziemi i roześmiał się okrutnie. – Zabiła się suka! ZABIŁA SIĘ! AHAAHAHAHAH! – Fumiya poczuł jak ten dźwięk przenika go aż do szpiku kości i pojedyncze nerwy znów każą mu się poruszyć. – Powiesiła się, skończona dziwka. W końcu! W końcu jestem wolny od tych pierdolonych leków! W KOŃCU! AHAHAHAAHAH!
Fumiya patrzył kątem oka na szaleństwo ojca. Patrzył i nie dostrzegł już potwora, którego tak się bał. Akino był już jego wzrostu, chudszy, o zapadniętych oczach, organizmie wyniszczonym przez najgorsze z nałogów. I po raz pierwszy, Fumiya zdał sobie sprawę, że ma szansę na walkę.
Obiecał sobie jedną rzecz, zanim jego marne życie się skończy. Że przed tym, pośle ojca do piekła.
Akino ani trochę nie spodziewał się, że jego syn uderzy go prawym sierpowym ze zdwojoną siłą w szczękę. Fumiya został lekko zbity z tropu, gdy mężczyzna huknął o ziemię, jakby sam nie wierzył, że ma tyle siły. Zawahanie potrwało tylko chwilę. Ojciec na tyle znieczulał go przez ostatnie miesiące, że czarnowłosy rzucił się na niego z pięściami.
Nie masz oczu, kogoś, kto nigdy nie chciał nikogo zabić.
Żebyś wiedział, Arata. Żebyś wiedział.
Jednak mimo zaciętej walki, instynkt, który Akino miał wypracowany przez lata spędzone na treningu boksu, był o wiele cenniejszy niż młode, wytrzymałe ciało Fumiyi. Nim chłopak się zorientował, był na przegranej pozycji i choć pierwszy raz w życiu zdecydował się na obronę, nadal ojciec tłukł go jak worek treningowy.
- Zabiję cię, kurwa. – wycedził czarnowłosy, między otrzymywanymi ciosami. – Doczekasz się dnia, gdy będę stał nad twoim wykrwawiającym się ciałem, skończony chuju! 
- Ty. Niewdzięczny. Szczylu! – Fumiya dostał trzy potężne ciosy w twarz, czując jak świadomość powoli go opuszcza.
Chłopak utrzymywał jeszcze przytomność umysłu, dopóki przez przypadek ojciec nie zatoczył się na zmartwiałe, chłodne ciało matki, które upadło na ziemię, a sznur został przywiązany do belek sufitowych. Akino dopiero wtedy się opamiętał, jakby zdał sobie sprawę, że trzeba coś zrobić z ciałem Azawy. Fumiya, leżąc na ziemi wpół przytomny, wyciągnął z trudem dłoń w stronę matki, usiłując chociaż ją dotknąć.
- Mamuś… - wyjęczał ostatkiem sił, muskając jej zimne jak lód dłonie. Kobieta leżała nienaturalnie wygięta na ziemi.
Fumiya zdążył tylko raz spojrzeć na jej przedśmiertną twarz, nim ojciec wyrzucił go ze strychu. Chłopak huknął głucho o ziemię, poddając się. Leżał na podłodze przez dłuższą chwilę, mając twarz matki przed oczami. A później pozwolił sobie pogrążyć się we śnie, choć wiedział, że będzie to najgorszy koszmar.
Chociaż nic nie mogło, być gorsze od tego co przeżywał.
***
Ostatnie dni nie zatarły śladu w pamięci Fumiyi. Wstawał rano, robił Sue śniadanie, a oboje zostawali w domu, nie będąc w stanie psychicznym na powrót do klasy. W takim małym miasteczku wiadomości roznosiły się błyskawicznie. Chłopak wiedział, że nie zniósłby wzroku sąsiadek, albo kolegów. Wszyscy wiedzieli. Wszyscy gadali. Dlatego rodzeństwo siedziało w domu, zamknięte za drzwiami swojego pokoju, nawet ze sobą nie rozmawiając. Sue rysowała coś całymi dniami, Fumiya próbował sam uczyć się materiału ze szkoły.
Ich ojciec nawet nie miał zamiaru urządzić pogrzebu, który należał się ich matce. Jedyne na co się zgodził to kamienny nagrobek. I tak uważał, że wydał na to zbyt wiele pieniędzy. Fumiya potarł tył głowy. Puściły mu znowu nerwy, gdy usłyszał, co Akino chce zrobić z ciałem ich matki. Chłopak próbował się bronić i choć było lepiej niż ostatnio, skończyło się jak zwykle.
Zamknął oczy, walcząc z falą nienawiści.
Nie masz oczu kogoś, kto nigdy nie chciał nikogo zabić.
Słowa Araty cały czas obijały mu się o czaszkę, brzmiąc trochę jak szyderczy chichot jego pamięci. Bo zdawał sobie sprawę, że gdyby miał wystarczająco siły – zabiłby ojca. Przerażało go to.
I przepełniało wściekłą nienawiścią jeszcze bardziej.
- Dzisiaj mają pochować mamę, prawda? – Sue przerwała w pewnym momencie rysowanie, a jej głos wypełnił nienaturalnie ciszę. Dziewczynka musiała odetchnąć głęboko, jakby zbierała się do tego pytania dość długo.
Fumiya, leżąc na łóżku i wpatrując się w sufit, mruknął coś potakująco. Sue obróciła się na fotelu, spoglądając na niego krótko. Dużo łatwiej było teraz wlepić wzrok w podłogę, niż w drugą osobę. Z oczu można wyczytać zbyt wiele. A żadne z nich nie miało teraz sił na tyle, by wspierać drugą osobę.
- Dlaczego nie ma normalnego pogrzebu? – spytała jeszcze.
- Nie wiem, Sue. – odparł bezgłośnie Fumiya. – Nie wiem.
Dziewczynka posmutniała jeszcze bardziej, a jej czarne oczy przeszkliły się, gdy ponownie odetchnęła głęboko.
- Pójdziemy tam dzisiaj?
Czarnowłosy podniósł na nią swoje zmęczone oczy, w których rozbłysnęła iskierka zdziwienia. Przekrzywił lekko głowę, jakby nie wierząc, o co prosi siostra. Spojrzał jej w oczy, zastanawiając się przez chwilę, po czym przytaknął.
 - Wieczorem, kiedy ojciec wyjdzie z domu.
***
Rodzeństwo zamarło w bezruchu nad nagrobkiem matki.
Skromna, kamienna płyta nakrywała świeżą jeszcze ziemię, a w górnym rogu wyryte zostało imię i daty urodzin oraz śmierci. Nic więcej. Żadnego epitafium, żadnego znicza, kwiatów, oznak, że zmarła była kiedykolwiek dla kogoś kimś ważnym.
Porywisty wiatr zawiewał deszczowe chmury nad niewielki, opustoszały cmentarz, powodując, że włosy Fumiyi zostały zawiane na jego twarz. Sięgały już ramion i chłopak nie myślał nawet o ich ścięciu. Zbyt wiele się stało. Sue odgarnęła swoje kosmyki z twarzy, praktycznie identyczne jak starszego brata i postawiła samotny wkład do znicza na nagrobku. Nie zdołali znaleźć drobnych na więcej. Ojciec wziął wszystko ze sobą, by przepić w lokalnym barze.
Fumiya poczuł kolejną falę nienawiści, gdy drżącymi rękoma usiłował zapalić zapałkę i podtrzymać płomień na wietrze. Zaklął cicho pod nosem i odstawił pudełeczko zapałek obok świeczki, rezygnując. Podniósł się ciężko z klęczków i stanął obok siostry.
Dziewczyna stała zgarbiona i wpatrywała się smutnymi, zrezygnowanymi oczami w grób, ale ku jego zaskoczeniu nie płakała. Chociaż nie dziwił jej się. Sam nie czuł do tego potrzeby. Czarna rozpacz wypalała jego wnętrze, był rozwścieczony i nie miał pojęcia co teraz zrobić, ale nie płakał. Jakby fale nienawiści, które przepływały przez jego ciało tamowały wszystko inne.
Wiele myśli zdążyło przepłynąć przez jego umysł. Od skrajnie okrutnych do skrajnie rozpaczliwych. Myślał o każdym drobnym szczególe w zachowaniu matki, którego nie zdążył wychwycić, wypominał to sobie przy każdym kolejnym kroku, zastanawiał się co teraz zrobią, jak Sue sobie z tym poradzi, jak on sobie z tym poradzi. Późną nocą zastanawiał się nawet czy decyzja podjęta przez matkę nie byłaby też odpowiednia dla niego, a o świcie, po nieprzespanej nocy zdawał sobie sprawę, że tak jest lepiej, że w końcu matka zniknęła i teraz będzie im łatwiej. Nikt nie będzie im wadził, nie będzie musiał przypominać tamtemu wrakowi człowieka o wszystkich czynnościach życiowych.
A gdy porankiem, gdy szedł do łazienki, spoglądał na swoje odbicie w lustrze, ogarniał go paniczny strach i wewnętrzny ból, niepozwalający oddychać, gdy docierało do niego jakim potworem się staje. I że wiele nie różni się od ojca.
I tak każdego kolejnego dnia. W kółko i w kółko.
Sue chwyciła delikatnie brata za dłoń i ścisnęła ją lekko. Fumiya, wyrwany z rozmyślań, zamrugał kilkakrotnie po czym odwzajemnił uścisk.
- Ej, Fumiya… - dziewczynka przerwała ciszę, a jej głos rozbrzmiał nienaturalnie na opustoszałym cmentarzu. – Mama zawsze była taka… taka… nieobecna? – spytała cicho, drżącym od emocji głosem.
Chłopak zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią. Nie chciał użyć zbyt prawdziwych słów, choć zdawał sobie sprawę, że czy tego chce czy nie, Sue dojrzewa szybciej niż powinna i nie zdoła utrzymać jej w błogiej niewiedzy już dłużej.
- Nie, nie zawsze… - odparł z dozą ostrożności. – Jak byłem dość mały, kiedy nie było ciebie, mama… mama po prostu żyła zachowując się jak każda, dobra mamusia. Nawet ojciec nie wydawał się być taki zły… Dopiero później… Później, z biegiem czasu zaczęło brakować jej sił i poddała się…
- A musiała nas zostawiać?
Fumiya spojrzał na siostrę kątem oka, lekko zdumiony.
- Mama nas nie zostawiła, ona zawsze będzie…
- W naszym sercu, tak wiem. Mówili mi już takie formułki. – burknęła dziewczynka. – Tylko to nie prawda. Mama sama dokonała wyboru. I zostawiła nas samych. – w jej głos zakradła się złość, choć po policzkach spłynęły łzy. – Całkowicie samych…
Fumiya zacisnął zęby, zamykając oczy, po czym pogłaskał siostrzyczkę po włosach i przyciągnął jej głowę do swojej klatki. Nic, oprócz tego banalnego gestu, nie mogło mu przyjść do głowy, ale Sue trochę się uspokoiła.
- Wiesz, mama, jeszcze przed tym wszystkim była nauczycielką muzyki w podstawówce. Zabawne, co? – zaczął znikąd czarnowłosy. – Umiała grać na gitarze, pewnie jeszcze gdzieś się zachowała na strychu… Pamiętasz jak uczyła nas śpiewać jej ulubioną piosenkę? W końcu przyjęła się jako kołysanka… - chłopak uśmiechnął się lekko.
- Umiesz grać na gitarze?
- Pewnie bym coś zabrzdąkał…
Siostra prychnęła cicho, przecierając oczy wierzchem dłoni. Spojrzała jeszcze ukradkiem na nagrobek mamy, wyszeptała pożegnanie i bez słowa ruszyła ku wyjściu. Fumiya westchnął jeszcze głęboko, nie mając pojęcia, jak ich historia potoczy się dalej i przypomniał sobie jak matka kiedyś zaszczepiała w nim jej religię. Zamknął oczy, odzywając się do Boga pierwszy raz po kilku latach, prosząc o błogosławieństwo dla Azawy i o trochę więcej światła w ich życiu.

Nawet nie wiedział, że mrok miał dopiero nadejść.  

_________________________________________________________________

Rozdział wyszedł krótszy niż planowałam, ale chciałam go skończyć jeszcze przed świętami (choć nie ma w nim nic z nimi związanego) i pożyczyć wszystkim czytającym wesołych świąt i zapomnienia o wszelkich problemach chociaż na te kilka dni. 
Dziękuję za te kilka zostawionych komentarzy, które dla osoby postronnej są raptem kilkoma zdaniami, a dla mnie zostały najlepszym wsparciem jakie do tej pory miałam w pisaniu. Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie i (mam nadzieję) do kolejnego rozdziału!

12 grudnia 2016

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 2 ~ Kiedy dostrzegł cień

Rozdział 2

Kiedy dostrzegł cień
- Myślałam, że nie masz choroby lokomotywnej.
- Lokomocyjnej. – Fumiya poprawił siostrę słabym głosem, cały czas wpatrując się w sufit wagonu, wzdychając z wdzięcznością, gdy powiewy wiatru wdzierały się do środka, ochładzając go. – I nie, nie mam choroby lokomocyjnej.
Siostra zmarszczyła czoło, przyglądając mu się z niedowierzaniem, ale podciągnęła kolana pod brodę i wlepiła wzrok za okno. Kilka czarnych kosmyków wysunęło się z nieszczęsnie zaplecionego warkocza Sue, ale dziewczynka nie zwracała na to uwagi. Kiwała się co jakiś czas, gdy pociąg, mknąc po torach, napotykał na jakąś nierówność.
Zmierzali właśnie razem na wycieczkę w stronę Kioto. Sue wciąż nie dowierzała bratu, gdy oznajmił, że ma pieniądze, a tym bardziej, gdy stwierdził, że to jego kieszonkowe na czarną godzinę. Co z tego, że żadne z nich nie miało kieszonkowego. Cały przedział został zarezerwowany dla nich, również ze względu, że pojechała znaczna część rodzeństwa jej kolegów z klasy. Siedzieli na początku wagonu, w kącie, odcięci od reszty jak najbardziej się dało. Dziewczynka czuła się trochę winna, widząc wcześniej jak Fumiya witał się ze swoimi kumplami, ale patrząc się na wesoło śpiewającą gromadkę rówieśników na tyle czuła niepokój. Czasem zastanawiała się, czy ta niechęć do ludzi pozostanie z nią już na zawsze. 
Spojrzała kątem oka na brata, który zrobił się praktycznie zielony i było wiadomo, że mu nie dobrze.
- Włosy ci urosły. – stwierdziła cicho. Chłopak uniósł brwi wysoko, marszcząc czoło, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Przy tym drobnym ruchu część czarnych kosmyków znów opadła mu na czoło. Włosy sięgały mu już prawie do brody. – Nie chcesz ich ściąć?
Pokręcił głową, wzruszając jednocześnie nonszalancko ramionami.
- Za dużo z tym roboty. – uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.
- Ładnie ci. – mruknęła jeszcze, przerzucając spojrzenie z jednego dzieciaka na drugiego, ani razu nie uśmiechając się na widok ich roześmianych twarzy. Dla nich i tak była niewidzialna.
Brat spojrzał ponad jej głową, zastanawiając się czemu tak przygląda się siostra. Konsternacja na ich twarzy była uderzająco podobna, że aż wychowawczyni posłała mu ciepły, wręcz matczyny uśmiech. Fumiya poczuł jak sumienie napiera na jego barki.
Pacnął siostrę zaczepnie w ramię, jednak uczynił to z wrodzoną delikatnością.
- Ej, co jest? – uśmiechnął się do niej. – Gdzie podziała się cała twoja ekscytacja, co? – roześmiał się cicho, gdy podniosła na niego niepewnie swoje czarne jak węgiel oczy.
- Sama nie wiem. – burknęła, spuszczając jedno kolano na ziemię, drugie podciągnęła pod samą brodę. Jej wzrok znów powędrował do kolegów z klasy. – Jakoś nie myślałam, że inni też pojadą…
Fumiya roześmiał się w głos, czochrając siostrę po włosach.
- Głuptas z ciebie.
- To już nie moja wina, że nie lubię ludzi. – burknęła siostra, chowając twarz przed wszystkimi, a włosy, które w międzyczasie uwolniły się z warkocza, opadły jej na policzki.
Brat westchnął krótko, patrząc się przez chwilę za okno, na zmieniające krajobrazy, po czym uśmiechnął lekko.
- Hej, w końcu wyrwaliśmy się gdzieś poza to małe miasteczko. Skupmy się na wycieczce. – wyszczerzył się do dziewczynki. – No i w końcu, twój silny, starszy brat pojechał z tobą. – Sue również lekko uniosła kąciki do góry. – A poza tym… Ludzi nie ma sensu aż tak źle oceniać. To że mamy takiego pecha i otaczają nas sami niemili, nie oznacza, że gdzieś indziej nie ma tych dobrych…
- Takich jak ty i mama? – Sue przekrzywiła głowę pytająco.
Fumiya zagryzł na chwilę wargę, mrużąc oczy w przypływie fali bólu, ale w końcu uśmiechnął się swoim najszczerszym, najcieplejszym uśmiechem, jakim ostatnio umiał obdarzyć tylko siostrę.
- Tak, a nawet lepszych. – przytaknął cicho.
***
Fumiya musiał przyznać, że choć nie spodziewał się dużo od wycieczki dla dzieciaków, to i tak chłonął wzrokiem każdy centymetr mijającego go terenu. Z ich niewielkiego miasteczka, które nie liczyło się w ogóle w kraju nie wyjeżdżał praktycznie nigdy – może raptem 2 czy 3 razy gdy któryś z kumpli zaproponował wyjazd nad wodę.
Jego siostra patrzyła się na byłą stolicę z ogromnym strachem, ale zarówno respektem. Zostali podzieleni na różne grupy – ci młodsi szli z przodu z przewodnikiem, a starsi, wzięci na doczepkę, wedle uznania mogli chodzić z nimi, albo samemu wyskoczyć na miasto. Czarnowłosy z trudem namówił kumpli z klasy, by zostali pozwiedzać, a potem przejdą się po mieście. Reszta chłopaków i dziewczyn zwinęła się kilka sekund po usłyszeniu planu.
Do południa zdążyli zwiedzić już dwie wizytówki Kioto – Złoty Pawilon oraz świątynię Kiyomizu-dera. Obecnie szli żwawym krokiem w stronę Fushimi Inari i choć na mapie odległość wydawała się być niewielka, dzieciaki dążyły się zmęczyć zwiedzaniem i łażeniem. Jego siostra posyłała mu niepewne spojrzenia, trzymając się na uboczu swojej grupki, jakby wycieczka okazała się dla niej bardziej udręką niż przyjemnością. Fumiya uśmiechał się do niej pokrzepiająco, przeczuwając, że mieszane emocje Sue opierają się jedynie na niewielkiej świadomości jak duży jest ten świat. Dziewczynka, wiecznie zamknięta w niewielkiej miejscowości znała świat tylko z map.
- Łał, ty serio lubisz swoją siostrę. – rzucił Satoshi, rozglądając się ze znudzeniem po otoczeniu.
Fumiya podniósł na niego wzrok, unosząc jedną brew do góry, nie będąc pewien czy kumpel szydzi z niego, czy po prostu go zagaił.
- Ja tam na przykład nie mam aż tak dobrych kontaktów z rodzeństwem. – mruknął Kai, który przestał na chwilę podjadać coś z plecaka. Był dalekim kuzynem Satoshiego i chcąc nie chcąc, kumplując się z Satoshim, Fumiya skazany był także na Kai’a. Ale nie narzekał. Choć chłopak był często zwyczajnie przymulony i nieobecny, czarnowłosy wiedział, że mógł spotkać dużo gorsze osoby.
- Ty nie masz dobrych kontaktów? Masz siostrę, stary. Ja tłukę się z tamtym kurduplem codziennie! – Satoshi wskazał palcem na jakiegoś dzieciaka, który słysząc głos brata, obrócił się i pokrzywił się mu. – Dowalę ci jak wrócimy!
- Sądzę, że to kwestia podejścia. – Fumiya wzruszył tylko ramionami, zaciskając mocno szczęki. Mimo wszystko nie mógł wyobrazić sobie innej relacji między nim, a Sue. Nie chciał nawet dopuścić myśli, że miałby się z nią wykłócać o każdą błahostkę.
A może byłoby to dla niego normalne, jeśli mieliby normalną rodzinę. Jeśli dom, nie byłby dla niego tylko budynkiem.
- Ej, chłopie nie łam się! – Fumiya zakrztusił się śliną, gdy Kai klepnął go w plecy, chcąc dodać mu otuchy. – W końcu jesteśmy w Kioto! A jutro mamy dzień wolny!
***
Fumiya nie czuł nóg. Przeszli całe Kioto do świątyni Inari i szli dodatkową trasą, prowadzącą przez stoki góry Inari, kilkukilometrowym szlakiem wiodącym na szczyt, gęsto otoczony setkami czerwonych bram torii tworzących korytarz. Później na całe szczęście zawieźli ich do Świątyni Mnichów, co również było dużym zdziwieniem – rzadko kiedy puszczają tam dzieciaki, w obawie przez zniszczeniem parku.
Satoshi padł na futon wyłożony w ich pokoju. Spali we trójkę w jednym małym pokoiku – dzieciakom, nauczycielom i dziewczynom przypadły te większe.
- Jestem umierający. – jęknął chłopak, rozkładając ramiona.
- Jestem głodny. – dodał Kai, opadając na materac.
Fumiya pokręcił głową z dezaprobatą, nie odzywając się. Kumple nadal mieli mu za złe, że jako jedyny nie uskarżał się na stan motelu, w którym mieli przenocować. Czarnowłosy był przyzwyczajony do dużo gorszych warunków, o ile te można było nazwać „złymi”. Nawet jeśli Kai i Satoshi byli „przyjaciółmi” Fumiyi, albo raczej osobami z którymi najlepiej się dogadywał, nie znały całej prawdy o jego sytuacji. Nie byli jednak nieświadomi – wiedzieli, że ma problemy w domu, podejrzewali dlaczego nigdy nikogo nie zapraszał, ale nigdy nie pytali. A Fumiya nigdy nie mówił.
A koło domykało się samo.
Martwił się też trochę o Sue. W ciągu dnia może nie gadali ze sobą za dużo, ale miał dziewczynkę cały czas na oku, a widząc, że nikt jej nie dokucza, a kilka dziewczynek od czasu do czasu rzuciło coś do niej, uspokajał się. Teraz jednak pozostawił siostrzyczkę na pastwę 10-latek z jej klasy.
- Wrzuć na luz, Sotomura. – mruknął Kai, wyciągając paczkę chrupek, które od razu porwał Satoshi. – Twoja siostra to przeżyje, nie uduszą jej przez sen.
- Wcale tak nie myślałem. – burknął tylko, siadając przy kolegach.
- Ale serio stary, ty masz z tym jakiś problem. – westchnął Satoshi. – Kompleks młodszej siostry, czy jakoś tak to nazywali…
- Daruj sobie, Satoshi. To, że ty się nie dogadujesz z bratem, nie znaczy, że ja nie dogaduję się z Sue.
- Dla mnie nadal jesteś przewrażliwiony. To nie twoje dziecko, tylko siostra.
- Olej ją w końcu. Może bez ciebie w końcu przestanie być tak autystyczna.
Fumiya posłał mu mordercze spojrzenie, że Kai aż przestał jeść, wiercąc się i rozglądając, jakby poczuł się mniej komfortowo. Jakby poczuł się osaczony.
- Ej, stary…
- Ona nie ma autyzmu.
- Okej, ale i tak zachowuje się jak…
- Odpierdol. Się. Od. Mojej. Siostry. – warknął czarnowłosy groźnie, a kumple posłali sobie krótkie spojrzenia i temat po cichu zniknął, choć napięta atmosfera utrzymała się dopóki nie zaspali.
Fumiya długo leżał w futonie. Doskonale rozumiał dlaczego Sue nie lubiła być wśród ludzi. To wcale nie dlatego, że była autystyczna. Niektóre objawy mogły się zgadzać, nie interesuje się otoczeniem, nie lubi zmian, jest lekko aspołeczna i poza nim nie zawiązała z nikim głębszej relacji, ale to nadal nie był powód.
Wszystko sprowadzało się do domu w jakim się wychowywała. „Domu”.
Chłopaka denerwowało w ludziach to, że tak rzadko starali się zrozumieć. Ocieniają innych po raptem kilku rozmowach, decyzjach, twierdząc, że są głupi, nic niewarci. Nie próbują nawet dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo chroni Sue. Nie chcą nawet zdać sobie sprawy jakie szczęście mają, że mogą beztrosko drzeć koty z rodzeństwem.
Łatwo być ignorantem.
Fumiya prychnął pod nosem, gdy zapach narkotyków ojca znów uderzył mu do nozdrzy, jak za każdym razem, kiedy przypominał sobie o tym jak bardzo bezsilny jest wobec tego tyrana.
On sam był ignorantem.
Chłopak przewracał się akurat na drugi bok, gdy na ulicy rozległy się krzyki i ogólny rumor. Bezszelestnie przywarł do okna, wiedziony jedynie ciekawością. Byli na wysokości pierwszego piętra, więc  widział dobrze postacie przemykające wśród neonowych lamp bocznej uliczki z budkami z jedzeniem i kolorowymi szyldami.
 Tuż pod jego oknem przemknęła niewysoka blada postać o długich, białych włosach w szkarłatnej koszulce. Fumiya uniósł brew w zaciekawieniu. Co te dziewczyny robią po nocach. Już miał odejść od okna, gdy z tego samego zakrętu wypadło dwóch napakowanych facetów, trzymających… Chłopak odskoczył od okna.
Trzymających krótkie miecze.
Jedna rzecz dotarła do niego obuchem, gdy założył na siebie jeansy i sznurował buty.
Koszulka tej białowłosej dziewczyny nie była szkarłatna.
To była krew.
Fumiya wypadł jak oparzony z pokoju, lecz nadal każdy jego ruch, nie ważne jak gwałtownie by nie wyglądał – był bezszelestny.
***
Wypadł z motelu jak oparzony, rozglądając się szybko w obie strony. Ludzie, którzy jeszcze późną porą spacerowali po uliczce, obrzucili go zdziwionym spojrzeniem, ale nie zatarł się w ich pamięci na dłużej niż do chwili, gdy pomknął przed siebie jak wariat, wyczuwając drogę podświadomie.
Fumiya zorientował się, że dobrze podąża, dopiero gdy po skręceniu w jeszcze ciemniejszą uliczkę, dostrzegł plamy czegoś szkarłatnego na ziemi, odbijające nikłe światło księżyca. Skrzywił się, gdy kałuża krwi rozbryzgnęła się pod jego butem, ale nie zwolnił, pędząc przed siebie.
Nie miał nawet czasu by zastanowić się po kiego w ogóle pobiegł za nimi. Zdecydowanie nie była to pierwsza rzecz, o której pomyślałby w takim momencie. Jego pierwszą myślą powinno być „A, walić to”. Po kilku minutach przedzierania się po uliczkach, zaczął wątpić czy jest sens dalszego pościgu za wyimaginowanymi złoczyńcami, ale obraz okrwawionej białowłosej dziewczyny wciąż nie znikał mu sprzed oczu.
Prychnął pod nosem. Najwyraźniej faceci bardzo łatwo dają się złapać na motyw „damy w opałach”.
Przed kolejnym zakrętem, przyhamował gwałtownie, słysząc niski męski głos. Przyparł do muru, modląc się by nikt go nie usłyszał, albo co gorsza zobaczył. Serce zaczęło mu walić mocniej. I co teraz, cwaniaku? Pognał jak wariat za nimi, bez planu i teraz nie miał pojęcia co zrobić. Nie umiał walczyć, nie widział nawet w jakiej odległości od niego są. Jedyne co mógł teraz określić to fakt, że skoro dziewczyna jest we krwi, a oni mają noże, to niewątpliwie posługują się nimi aż za dobrze, w porównaniu do niego. Fumiya umiał tylko pokroić rozgotowaną marchewkę.
- Świetnie, kurwa. – syknął bezgłośnie, czując jak jego mięśnie się napinają przez nagły skok adrenaliny. – Świetnie.
Nawet jeśli teoretycznie by ją stamtąd wyciągnie to co dalej? Jest ranna, nie pobiegnie daleko, dogonią ich, bo on sam nie jest przypakowany na tyle by ją ponieść i biec jednocześnie. A nawet jeśli, to gdzie pobiegną? Fumiya wiedział tylko, że jest w Kioto. Gdzieś w Kioto.
Usłyszał świst metalu, czarne oczy rozbłysły, a krew w jego żyłach zamarzła.
Chwilę później znalazła się tam sama adrenalina.
Wybiegł bezszelestnie zza zakrętu, analizując otoczenie w ułamku sekundy. Wziął wdech. Świetnie, obaj byli obróceni plecami. Wydech. Dziewczyna była oparta o mur, a z jej brudnej, zakrwawionej twarzy odczytał jedynie szczere zdumienie w błękitnych oczach. Wdech. Jeden z facetów zaczął się obracać. Fumiya wbiegł na kontener po ich prawej, akurat w momencie, gdy drugi coś zakrzyknął. Chłopak odbił się od ściany, używając siły rozpędu, by zadać jak najskuteczniejszy cios. Jeden z osiłków padł nieprzytomny na ziemie, gdy łokieć czarnowłosego wbił mu się w szczękę.
Kolejny wdech.
Fumiya wyrwał mu sztylet, kucając przy lądowaniu i błyskawicznie rzucił się na drugiego faceta. Ten odsunął się ze zdziwieniem, gdy nóż przemknął mu koło ucha, a chłopak od razu zdał sobie sprawę, że ma przed sobą kogoś zbyt doświadczonego.
Kolejną myślą było „Co ja do kurwy nędzy tu robię?”.
Jego plan skończył się na momencie, gdy osiłek podnosił rękę ze sztyletem na niego, a on wgapiał się w niego przerażonymi czarnymi oczami, sparaliżowany.
Wydech.
Dziewczyna błyskawicznie wbiła się w biodro faceta, wbijając mu obie stopy z wyskoku pod żebra. Facet zasyczał, a Fumiya ocknął się, gdy białowłosa zachwiała się, stanąwszy na nogach.
Ja pierdole.
- Chodź. – mruknął tylko na bezdechu, chwytając ją i biorąc na ręce.
- Ej, chwila…
Nie dokończyła, bo Fumiya zaczął biec, wykorzystując resztki adrenaliny, by uciec od osiłków jak najdalej.
***
- Nie ścigają nas już, koleżko. – mruknęła białowłosa. – Odstaw mnie lepiej, bo dostaniesz przepukliny.
Fumiya z wielką ulgą zahamował gwałtownie, puszczając dziewczynę, która o dziwo gładko wylądowała w kuckach. Postanowił jej zaufać, przeczuwając, że zna się na takich sytuacjach bardziej niż on. A poza tym nie wiedział co zrobić dalej.
Oparł się o ścianę, dysząc ciężko i usiłował złapać oddech. Dziewczyna założyła ręce za plecy i przekrzywiła głowę pytająco, choć sama też ciężko dyszała. W końcu uśmiechnęła się szeroko, mrużąc oczy.
- Z nieba mi spadłeś, serio! – zaśmiała się.
Fumiya ocknął się gwałtownie, patrząc się na nią z przerażeniem. Białowłosa odsunęła się trochę do tyłu, mrugając niepewnie błękitnymi oczami.
- Czekaj, przecież jesteś ranna… - wysapał, nadal nie mogąc złapać oddechu i wyciągnął w jej stronę dłoń.
Machnęła ręką.
- Aaa, ta koszulka? Faktycznie, kiedyś była biała, ale spokojnie, spokojnie, jestem profesjonalistą i to nie moja krew. W głównej mierze nie… - zaczęła radośnie, jakby było się z czego śmiać, po czym gwałtownie wyjęła dłoń zza głowy, patrząc się na Fumiyę z nagłym szokiem realizacji. – Chwila, ranna? Ranna!? – wykrzyknęła, podkreślając ostatnią sylabę.
Fumiya wzruszył ramionami, patrząc się na nią z brakiem zrozumienia, po czym jego czarne oczy rozszerzyły się, gdy załapał.
- O ja ciebie! – niedoszła dziewczyna wybuchła śmiechem. – Serio wziąłeś mnie za babę! O ja ciebie nie mogę… Ahahaha! – jego śmiech poniósł się śmiechem po całej pustej uliczce.
Fumiya patrzył się na niego z mniejszym entuzjazmem i rozbawieniem.
- Wiedziałeś o tym, przez cały czas jak wypluwałem sobie płuca, niosąc cię?
- No wiesz… Chciałem powiedzieć, że sam pobiegnę, ale tak namiętnie porwałeś mnie w te ramiona, że nie mogłem nie skorzystać. – uśmiechnął się do niego zalotnie, po czym znowu roześmiał się, na widok zniesmaczonej miny chłopaka. – Bez agresji, koleżko. Nie jestem jednym z tych-tych, chociaż nie wiem nic o tobie. W mojej profesji spotyka się różnych osobników, więc nigdy niczego nie wykluczam.
- Dla twojej wiadomości wolę dziewczyny.
- To świetnie, bo ja też! – białowłosy klepnął go mocno po ramieniu. – Widać wiele nas łączy. Świetny początek długoletniej przyjaźni. – objął go i zatoczył przed nim łuk, chcąc ukazać jakiś wyimaginowany obraz.
Fumiya strącił jego dłoń ze swojego ramienia, posyłając mu sceptyczne spojrzenie.
- Nie wiem, czy wzięcie cię za dziewczynę to dobry początek.
Białowłosy podetknął mu wyciągniętą dłoń pod nos.
- Arata jestem.
Czarnowłosy spojrzał na niego bacznie, unosząc jedną brew do góry. Wszystko w tamtym chłopaku było złudnie kobiece. Długie, białe jak śnieg włosy sięgały lędźwi, błękitne oczy okolone białymi rzęsami i brwiami, niewielka chuda postura i sam fakt, że był od niego niższy o pół głowy. Jednak postanowił zaryzykować.
- Fumiya. – uścisnął jego dłoń, a chłopak pochylił głowę, a jego błękitne oczy pociemniały złowieszczo. Czarnowłosy ledwo co nie wyrwał dłoni, ale sam również postarał się przybrać morderczy wyraz twarzy.
- Pewnie teraz myślisz, że nadal wyglądam jak wątła kobietka, co nie? – Arata uśmiechnął się, unosząc jeden kącik ust do góry. – Mogę być sobie albinosem i mogę być niższy od ciebie, ale jestem o wiele, wiele razy silniejszy niż ty, Fumiya. – przyciągnął go bliżej, nie odrywając wzroku od jego oczu, niczym drapieżnik. – I zakładam, że jestem starszy.
- Jak dla mnie wyglądasz na 14. – prychnął Fumiya, choć serce lekko ścisnął niepokój. Arata roześmiał się cicho.
- A mam 17. Będę wiecznie młody. – obserwował go jeszcze przez chwilę, po czym odsunął się rozpogadzając oblicze. – I po twoim wyrazie twarzy, obstawiam, że co do wieku miałem rację. – wyszczerzył się szelmowsko.
Fumiya odetchnął z ulgą, czując, że zagrożenie minęło, po czym postarał się o równie chytry uśmiech i odparł:
- Może wyglądałbyś na więcej, jakbyś nie stylizował się na babę. Na cholerę ci takie długie włosy?
- Włosy? – Arata chwycił białe kosmyki po bokach, układając je na dwa sterczące kucyki. – Bo w długich mi zajebiście! – zarzucił nimi jak w reklamie szamponu. – A poza tym sam nie masz takich krótkich. Na fryzjera cię nie stać?
- Żebyś wiedział… - syknął sceptycznie Fumiya.
Arata został lekko zbity z tropu.
- Ej, poważnie… - urwał gwałtownie, dławiąc się kaszlem. Fumiya mimowolnie chwycił go w pół, podtrzymując. Gdy białowłosy odsunął dłoń od ust, widniała na niej świeża plama krwi.
Czarnowłosy stał się bledszy niż jego nowopoznany koleżka.
- Luzik… - powiedział tamten słabym głosem. – Najwyraźniej… oberwałem bardziej… Ekhm… niż obstawiałem… - Arata znów rozkaszlał się na dobre.
- Cholera, trzeba cię zabrać do jakiegoś lekarza. I to szybko. – Fumiya poderwał go na równe nogi, przekładając jego ramię przez szyję. – Znasz kogoś w podziemiu? Bo obstawiam, że do zwykłego nie dasz się wziąć.
Arata splunął krwią, po czym drżącą dłonią otarł usta.
- Dwie przecznice dalej jest zjazd chirurgów z całego kraju. Taki jeden… bodajże Ishimura… Wisi mi przysługę… - urwał na chwilę, biorąc urywany oddech. – To w tej uliczce, gdzie jest salon fryzjerski i Klinika Medyczna Nakagawa… Hotelik jest obok…
Fumiya zrobił kilka kroków, podtrzymując chłopaka w miarę możliwości, a Arata zaśmiał się po chwili.
- Zawsze wszystko cię tak bawi? – syknął z irytacją.
- Teraz już mnie nie poniesiesz, co? – spytał z rozbawieniem, kasłając cicho.
- Zapomnij. Znajdź sobie innego rycerza na białym koniu. – przewrócił oczami, gdy Arata roześmiał się ponownie. – I tak w ogóle… Nie jestem z Kioto.
- Do końca prosto i potem w lewo… - odparł od razu białowłosy, wspomagając się na ramieniu Fumiyi. Po kilku krokach, westchnął głęboko. – Nie chciałbyś mnie ponieść?
- Zamknij się.
***
 Kiedy po kilkunastu minutach dotarli pod drzwi wcześniej wspomnianego lekarza, Fumiya zdał sobie sprawę, że Arata prawdopodobnie blefował z tym, że lekarz wisi mu przysługę. Podtrzymywał nowo zdobytego „przyjaciela” ostatkiem sił i coraz bardziej zaczynał panikować, zdając sobie sprawę, że nie ważne jak bardzo białowłosy stara się zgrywać spokojnego, zaczyna się słaniać na nogach.
Wpierw usłyszeli ciche przekleństwa pod nosem, gdy zbudzony lekarz szperał przy zamku. Fumiya jeszcze kilkakrotnie rozejrzał się po korytarzu, choć Arata zapewniał go, że monitoring mają tylko przy recepcji. Pan Ishimura otworzył drzwi, nawet się nie witając, obrzucił ich szybkim wzrokiem po czym zatrzasnął im drzwi przed nosem.
Fumiya zamrugał kilkakrotnie i spojrzał pytająco na towarzysza.
- Spokojnie, mam to pod kontrolą. – zapewnił mimo wszystko, mrużąc błękitne oczy w uśmiechu, w którym blaknęła zadziorność. Chłopak tracił siły. Arata zacisnął zęby, wsparł się na obu nogach i opierając się nonszalancko o framugę i zapukał ponownie.
Fumiya założył ręce, patrząc się sceptycznie na coraz to głośniejsze serie pukania, które nie przynosiły skutku. Arata spojrzał na niego krótko, tracąc na chwilę werwę, ale ponownie uśmiechnął się zawadiacko i zawołał cicho.
- Halo, halo, panie Ishimura? – posłał konspiracyjne spojrzenie do Fumiyi, na co ten przewrócił oczami. – Nie wiem, czy pan pamięta, ale wisi mi pan przysługę. Wie pan, temu przystojnemu, silnemu albinosikowi, który…
- Nie mam żadnych pieniędzy! – warknął lekarz zza drzwi. – Wynoś się albo wezwę policję.
- Obstawiam, że jednak pan tego nie zrobi, bo znajdą więcej na pana niż na mnie. – Arata odchrząknął. – Aczkolwiek nie chcę pieniędzy. Nie miałby pan ochotę mnie pozszywać, bo tak się trochę wykrwawiam?
- Tym bardziej nie, do cholery!
- Panie Ishimura, proszę nie robić scen. Choremu pan nie pomoże? On serio jest umierający! – Fumiya nawet nie silił się na przejmujący ton głosu. Arata posłał mu skonsternowane spojrzenie, z lekkim wyrzutem, jakby liczył na trochę więcej empatii w jego stronę. Czarnowłosy wzruszył ramionami. – Nie wiąże pana przysięga lekarska?
Ishimura ucichł na krótką chwilę, po czym zamek ponownie szczęknął. W ciemności błysnęły jego brązowe tęczówki.
- Wchodzicie, ale bez broni. – mruknął ostrzegawczo. Fumiya uniósł brwi lekko zdziwiony.
- Czy pan serio myśli, że jakbym miał broń, to byłbym ranny? – westchnął Arata, pokazując mu puste dłonie. – Spokojnie on też jest czysty. – wskazał luźno na czarnowłosego stojącego w cieniu korytarza.
Ishimura otworzył drzwi tylko trochę szerzej, a Arata przeszedł przez próg o własnych siłach i dopiero w środku stracił równowagę, padając bezwładnie na lekarza. Barczysty mężczyzna złapał go bez trudu.
- Oddaję się w pana ręce, doktorku.
Fumiya zamknął za sobą drzwi na dwa zamki. Tak na wszelki wypadek. Poszedł w głąb ciemnego hotelowego pokoju, tylko po to, by zobaczyć jak lekarz kładzie chłopaka na stole z głośnym hukiem. Arata jęknął cicho.
- Milusi pan jest.
- Zamknij się i leż. – mruknął lekarz, zasłaniając okna wszystkimi dostępnymi żaluzjami, po czym zapalił lampkę nocną i skinął głową na czarnowłosego. – Przytrzymaj mi to, młody, albo przez przypadek wytnę twojemu przyjacielowi śledzionę, a nie wątrobę.
- Nie potrzebuję przeszczepu.
- Ja zadecyduję, czego ty potrzebujesz. Leż spokojnie. – ton głosu lekarza zmienił się z wrogiego na typowo naukowy. – Gdzie jesteś ranny?
- Trafili mnie w nogę. Prawą. Nad kolanem dokładniej. – mruknął chłopak, zasysając powietrze, gdy Ishimura podwinął nogawkę jego spodni, odklejając materiał od rany. – I kaszlę trochę krwią. Obstawiam, że znów złamałem żebro.
- Po kiego przyszedłeś do lekarza, skoro wiesz lepiej ode mnie co ci jest? – mruknął Ishimura, sięgając po dużą teczkę i wyciągnął z niej kilka przyborów lekarskich. Fumiya widząc skalpel, igłę, nić i strzykawkę z nieokreślonym płynem, poczuł, że robi mu się niedobrze.
- A reszta krwi to co? – spytał Ishimura pobieżnie oczyszczając ranę.
- To już inna historia. – zaśmiał się Arata, krzywiąc się po chwili, gdy lekarz wstrzyknął mu w kolano znieczulenie. – Długo będzie działać?
- Krótko i prawie wcale. Może cię trochę łaskotać w okolicach kolana. – mruknął lekarz, po czym od razu przystąpił do zszywania mu paskudnego, głębokiego na kilka centymetrów rozcięcia. Fumiya zacisnął zęby. Widział dzisiaj tyle krwi, ale proste zabiegi medyczne go przerastały. – Ten twój koleżka, to kiepski jest, Biały.
Fumiya zmarszczył brwi.
- To nie mój koleżka. Znamy się od jakiejś… godziny bodajże? – Arata leżał całkowicie rozluźniony jakby nie pierwszy raz zszywali go praktycznie na żywca. – Mówiłem, że on czyściutki. Całkowicie.
- Dla mnie to śmierdzisz ziołem, młody. – mruknął lekarz.
- To przez ojca. – odparł krótko Fumiya. Ishimura się zaśmiał.
- Cóż, w każdym razie lepsze to, niżby bawienie się w zabójcę. Ile to zdjąłeś on naszego ostatniego spotkania, co, Biały? Pięciu? Sześciu?
Fumiya wypuścił z rąk lampkę nocną, czując, że zaraz naprawdę spanikuje. Chwila co. Jaki zabójca. Nie był w stanie nawet nad tym logicznie pomyśleć. Lekarz spojrzał tylko na niego ze zdziwieniem, po czym spojrzał karcąco na białowłosego.
- Nie sądzisz, że twoja… profesja, to dość ważna sprawa do wspomnienia?
- Jakoś mi to umknęło. – zaśmiał się Arata, jakby co najmniej roznosił ulotki. – I prostując twoje wcześniejsze pytanie, to nie rób ze mnie psychopatycznego seryjnego mordercy. Zrobiłem sobie wolne.
Fumiya opadł na łóżko i czekał w milczeniu, aż lekarz skończy zszywać białowłosego chłopaka. Założył ręce na kark. Poczeka na niego, tylko dlatego, że nie ma pojęcia, gdzie do cholery jest. A potem zniknie z jego życia. Westchnął ciężko. W co on się wpakował, do cholery? Od kiedy ojciec zatrudnił go do kupowania mu narkotyków, trafiał w coraz to ciemniejsze miejsca w wąskich uliczkach rodzinnego miasta, bynajmniej z własnej woli.
Ishimura jeszcze ostukał kilka razy klatkę piersiową chłopaka i westchnął głęboko.
- Nie masz nic nowego złamanego. To stale to samo żebro co ostatnio. Po prostu oberwałeś na tyle, że znów się ruszyło. Jak poodpoczywasz kilka dni, to krwawienie ustanie. – zdiagnozował szybko lekarz i wręczył mu kilka tabletek uśmierzających ból.
Arata uśmiechnął się szelmowsko, chowając pigułki do kieszeni. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, lekarz machnął na niego dłonią.
- Nawet nic nie mów. Mam dość twojej gadaniny, Biały. – warknął, zgarniając przyrządy do teczki. – A teraz wynoście się stąd i nie pokazujcie mi się więcej na oczy.
- Ciebie też było miło widzieć, doktorku.
***
Fumiya milczał, idąc powoli obok białowłosego chłopaka. Arata z każdą minutą wracał niepokojąco szybko do siebie i Fumiya nie był pewny, czy to przez ten zapas tabletek, które zjadł prawie w całości nim wyszli na zewnątrz, czy po prostu przez przyzwyczajenie organizmu do takiego wysiłku.
- Już mnie nie lubisz, co nie? – westchnął Arata, zatrzymując się, by spojrzeć w lekko jaśniejące niebo. Zbliżała się trzecia rano.
Fumiya nie spuścił ani na sekundę wzroku z towarzysza, słuchając się instynktu, który racjonalnie wykrzykiwał jedną maksymę do znudzenia. „On jest niebezpieczny”. Zdusił ziewnięcie. Ok kilku tygodni był przyzwyczajony, że ojciec wyrzucał go z łóżka o różnych porach, gdy kończył mu się towar i prędzej, czy później (zazwyczaj z podbitym okiem) wychodził na miasto, jednak obecna sytuacja znacznie mu się dłużyła. Rozejrzał się szybko i czujnie, ignorując Aratę.
- I widzisz? Zawsze tak jest. – białowłosy wyglądał na lekko zrezygnowanego. – Spotykasz kogoś w porządku, a gdy ten dowiaduje się o twojej pracy to zaczyna się totalne ignorowanie.
- Nie nazywaj tego pracą. To zwykły mord. – wycedził Fumiya.
- Ale i tak pieniądze są z tego nieziemskie. – zaśmiał się Arata, ale ucichł, gdy wyczuł nienawistne spojrzenie chłopaka na sobie. Zmrużył błękitne oczy połyskujące w świetle latarni. – Daruj sobie tą wrogość. Nie masz oczu kogoś, kto nigdy nie chciał nikogo zabić.
Fumiya splunął.
- Nawet nie próbuj… - zaczął groźnie, ale Arata zbył go machnięciem dłoni, mijając go luźnym krokiem.
- Nie miałem nawet zamiaru ci tego proponować. Stary, za kogo ty mnie masz? – obrócił się na pięcie, wyczuwając, że Fumiya wbrew sobie podążył za nim, obrzucając go wściekłym spojrzeniem. – No już nie bocz się tak na mnie. Nie zabiłem nikogo przy tobie, ani nikogo kogo lubisz. To nic takiego. A nawet gdybyś chciał mnie powstrzymać, to obaj zdajemy sobie sprawę, że zabiję cię po minucie walki. – widząc coraz to bardziej zirytowany wzrok Fumiyi uniósł dłonie w pojednawczym geście. Urwał na chwilę wesołą gadkę, pozwalając myślom na sekundę odpłynąć gdzieś daleko. - Nie mam zamiaru wciągać kumpla w czarne interesy. Nie życzę nikomu skończeniu na dnie, w którym ja obecnie się babram. Nikomu. – dodał spokojnie, patrząc się gdzieś w przestrzeń.
Fumiya skrzyżował ramiona, unosząc brwi do góry.
- Od kiedy jesteśmy kumplami? – spytał sceptycznie, ale nie mógł powstrzymać rozbawionego parsknięcia, gdy Arata posłał mu spojrzenie z serii „Na serio, teraz?”. Położył białowłosemu dłoń na ramieniu. – Moja matka mówiła, że bycie na dnie jest pierwszym krokiem do bycia na szczycie. – dodał niepewnie, jakby nie wiedząc, czy słowa zdziałają to, co miał w powierzchownym zamiarze.
Arata zasmucił się lekko, spoglądając na niego z dołu, zaszklonymi oczami.
- „Mówiła”?
- Co, nie! – Fumiya od razu podłapał o czym pomyślał jego towarzysz. – Żyje, tylko… No właśnie… Tylko… - przeczesał dłonią włosy opadające na twarz i westchnął. – W każdym bądź razie mówiła tak do ojca, gdy jeszcze miała nadzieję, że da sobie spokój z alkoholizmem. – roześmiał się pusto na samą myśl o tym. W obecnej sytuacji, gdy ojciec biegł raźnie ku dnie, ciągnąc za sobą całą rodzinę, Fumiya nie miał wątpliwości, że sam skończy podobnie. Pozostało mu ratowanie tylko jednej osoby, która miała jeszcze szansę. Sue.
Arata również spróbował się roześmiać, choć nie widział w tym nic wesołego, smutniejąc jeszcze bardziej. Również westchnął, wiążąc długie białe włosy rzemykiem.
- Niegłupiś, Fumiya. – mruknął tylko.
Czarnowłosy uśmiechnął się bez cienia wesołości.
- Ty też, Białogłowa.
Arata przewrócił błękitnymi oczami, po czy uśmiechnął się przebiegle, przeciągając się jak kot, ponownie przybierając nonszalancką pozę. Fumiya nie miał pojęcia jakim cudem młodociany zabójca wyglądał na tak wyluzowanego. Z tego co wiedział jakiś dwóch facetów nadal będzie chciało go zabić, miał koszulkę całą we krwi i był ranny. Idealna pora na drzemkę.
- Dobra. – białowłosy klasnął, ogarniając tok myślenia. – Nie jesteś z Kioto, co nie? Muszę ci wskazać drogę powrotną. – machnął na niego dłonią, zaczynając gwałtownie iść w odpowiednim kierunku.
Fumiya podbiegł za nim, zdziwiony nagłą zmianą zachowania.
- Stąd już trafisz, co nie? – spytał Arata, wyprowadzając ich na główną ulicę. Czarnowłosy ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że znajdowali się bliżej niż myślał. – W takim razie, do zobaczenia Fumiya.
- Chwila, co? – Fumiya obrócił się za towarzyszem. – Do zobaczenia?
- No tak. Stary, nie wezwałeś glin, niepotrzebnie, bo niepotrzebnie, ale uratowałeś mi dupę i jeszcze zabrałeś do doktorka i sądzisz, że nie wiszę ci przysługi?
- Nawet nie wiesz jak mam na nazwisko. – zauważył sceptycznie Fumiya.
- Świat jest mały. – zaśmiał się białowłosy, wkładając dłonie do kieszeni. – Najlepiej będzie jak zdasz sobie sprawę z mojej przysługi po czasie. Coś wymyślę. – odwrócił się w przeciwną stronę, unosząc dłoń w geście pożegnania. – Może nie spotkamy się twarzą w twarz. Znajomość ze mną przynosi jedynie nieszczęście. – dodał dość mrocznie.
Fumiya przewrócił oczami.
- Arata, co cię wzięło na takie dramatyczne… - zaczął luźno, ale chłopak zdążył rozpłynąć się w powietrzu. – …pożegnania, i już go nie ma. – mruknął do siebie, rozglądając się.

Po chwili wzruszył ramionami i ruszył ulicą ku hotelowi, jakby wszystko to, co stało się tamtej nocy się nie wydarzyło.