25 lutego 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Epilog


EPILOG

Wszystko ucichło.
Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami w nocne niebo, na którym połyskiwało wyblakłe słońce. Leżałam pośród wysokich traw, poruszanych lodowatym wiatrem. Nie wydawały z siebie najmniejszego szelestu.
Coś było nie tak.
Podniosłam się, rozglądając z niepokojem wokół. Sosnowy las zniknął, gęste krzewy zniknęły, strumyk zniknął. Wszystko co znałam ze swoich koszmarów zniknęło.
Stanęłam niepewnie na nogach i spojrzałam po sobie – niezmienna, biała sukienka i bose stopy. Przynajmniej to zostało i w jakiś niewyjaśniony sposób dodawało mi otuchy.
Otaczała mnie rozległa równina, porośnięta wysokimi, ciemnozielonymi trawami. Łąka ciągnęła się nieskończenie na wszystkie strony świata, granatowe niebo kończyło horyzont, gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku, a wokół nie było nikogo.
Przełknęłam ciężko ślinę, czując, że lodowata dłoń zaciska mi się wokół serca. Patrząc przez pryzmat poprzednich koszmarów powinnam cieszyć się samotnością. Jednak teraz instynkt szeptał mi, że spotka mnie coś znacznie gorszego niż żądne zemsty ofiary.
Uspokoiłam rozszalałe serce i zrobiłam kilka kroków do przodu. Po pierwszym ruchu z traw wyleciało kilkanaście świetlików, które nikle oświetliły ciemną łąkę. Zatrzymałam się, przyglądając małym żyjątkom. Jeden z owadów usiadł na mojej otwartej dłoni. Świecił się jeszcze przez kilka sekund, po czym zgasł.
- Jest trochę inaczej, prawda? – rozległo się ironiczne pytanie. Rozpoznałam od razu znienawidzony głos i odwróciłam się gwałtownie. Świetlik odleciał.
Odetchnęłam z ulgą, nie widząc nikogo za sobą, obracając się z powrotem. Zmierzałam znów w tym samym kierunku, nie wiedząc gdzie idę. Dlaczego idę.
- Ja bym się tak nie uspokajał na twoim miejscu – haker pojawił się obok mnie. Powstrzymałam dreszcz i zmroziłam go wzrokiem, gdy zrównał krok ze mną.
- Czemu zawsze akurat ty? – prychnęłam, odwracając od niego wzrok. Mimo upływu miesięcy wyglądał tak samo – kasztanowe, gęste włosy i liczne kolczyki. Ten sam wyraz twarzy, ten sam durnowaty uśmieszek. Upływ czas nie odciskał na nim piętna. Natomiast ja zmieniałam się za każdym razem – trochę urosłam, włosy opadały mi już na łopatki.
- Sam nie wiem czemu. – odparł, wzruszając ramionami. Po chwili wykrzywił usta w uśmiechu. – To w końcu twój sen.
Westchnęłam głęboko.
- Z dwojga złego, lepiej ty, niż… niż cała reszta – zawahałam się, a przed oczami stanął mi obraz zbrukany krwią. – Przynajmniej ty nie próbujesz mnie zabić.
- A gdybym spróbował? – szepnął mi złowieszczo do ucha, nachylając się nad ramieniem.
Zatrzymałam się gwałtownie, nieruchomiejąc.
Yo Ito odsunął się ode mnie, dusząc się ze śmiechu. Widząc moje mordercze spojrzenie, nie wytrzymał i jego śmiech poniósł się echem po tym pustkowiu.
- Zamknij się. – syknęłam i ponownie ruszyłam przed siebie.
Po chwili ucichł, a jego czarne źrenice zaczęły przewiercać mi plecy. Zignorowałam to. Haker skrzyżował ramiona, poważniejąc.
- Ej, Ichigo! – zawołał po chwili. Zatrzymałam się, ale nie obróciłam, czekając na jego odpowiedź. – Na dowód naszej przyjaźni dam ci radę. – uśmiechnął się kpiąco. – Pamiętaj, że to koszmar.
Uniosłam brwi do góry, zaniepokojona jego stwierdzeniem i odwróciłam się do niego, ale haker jak się pojawił, tak zniknął. Po kilku sekundach wahania, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie, marząc tylko o tym by w końcu się obudzić.
Jednak gdy po kilku godzinach znów dotarłam do strumienia nie odczułam radości tylko strach. W głowie rozbrzmiały mi słowa hakera. Zatrzymałam się gwałtownie, wpatrując się w ludzi stojących za wodną granicą. Moi rodzice, którzy się do mnie uśmiechali, mieszali się właśnie w tłumie osób poległych z Kaminari.
- Tylko nie to… - zwinęłam dłonie w pięści, przygryzając dolną wargę. – Tylko nie to… - powtórzyłam jeszcze, nim zaczęłam się tak okropnie trząść, niezdolna do pohamowania emocji. Byli tu wszyscy. Stali tak daleko ode mnie, śmiejąc się i rozmawiając. Jakby nie zdawali sobie z niczego sprawy. Jakby nie byli martwi.
Objęłam się ramionami, opadając na kolana. Łzy spływały po moich policzkach, mimo usilnych starań by zachować spokój, a uczucie beznadziei i rozpaczy przygniatało mnie tak bardzo, że brakowało mi tchu.
- Ichigo?
Podniosłam gwałtownie głowę, dusząc w sobie na chwilę histerię. Wbiłam spojrzenie w niskiego chłopaka, stojącego przy strumieniu, ale jeszcze po mojej stronie. Obrócił się do mnie, wyciągając dłoń z wahaniem, jakby nie był pewien, czy powinien mnie wołać.
Krzyknęłam z rozpaczy, zakrywając oczy palcami. Podniosłam się chwiejnie na nogi, starając nie załamać. Wyczułam za sobą obecność hakera, ale mężczyzna nic nie mówił. Tylko obserwował. Przetarłam oczy dłonią, uśmiechając się bez życia.
- To już nie jest koszmar, tylko tortury.
Po tych wypowiedzeniu tych słów, ruszyłam w stronę Takiego. Uśmiechnął się przyjaźnie, ale po chwili na jego twarz wkradło się zdziwienie i obrócił się w stronę strumienia, jakby ktoś coś do niego powiedział. Posłuchał przez chwilę i znów odwrócił się do mnie, uśmiechając tym czystym, ciepłym uśmiechem.
- Nie możesz tu iść, Ichigo. Jeszcze nie teraz. – powiedział, a po moich ramionach przebiegł dreszcz, na dźwięk delikatnego tonu przyjaciela.
Uniosłam trochę wyżej wzrok i jakby za mgłą dostrzegłam rosłą postać. Moje usta mimowolnie drgnęły, a ja sama zatrzymałam się, widząc Daikiego. Mężczyzna wyglądał tak jak zwykle – włosy poprzetykane siwizną, małe, czarne oczy i pierwsze zmarszczki związane z doganiającą go pięćdziesiątką na karku. Tylko, że już nigdy nie będzie miał więcej niż 48.
Napotykając mój wzrok uśmiechnął się też jak co dzień – z ufnością i dozą uspokojenia. Uniósł na powitanie jedną dłoń, odsłaniając wytatuowane przedramię, po czym wyciągnął rękę w stronę okularnika. Chłopak jeszcze raz obejrzał się na mnie. Widząc jego życzliwy, pożegnalny uśmiech resztki duszy zawyły z żalu. Następnie Taki, jakby nie zdając sobie sprawy ile rozpaczy i bólu pokazał w tym typowym dla niego geście, dał przeciągnąć się na drugą stronę.
Rozszerzyłam oczy, gdy w moich uszach pojawił się świszczący dźwięk, ułamek sekundy później zorientowałam się co on oznacza i doskonale wiedząc, że i tak nic nie zrobię, wyciągnęłam w rozpaczy rękę, chcąc wrzasnąć.
Ale wybuch wyprzedził mnie.
***
- NIE! – obudziłam się, wrzeszcząc.
Zerwałam się gwałtownie, chwytając za głowę i powtarzając to słowo jak mantrę, dopóki nie dotarło do mnie, że jestem w swoim obskurnym mieszkanku, a to całe piekło się skończyło.
A może dopiero zaczynało? Nie jestem pewna.
Starłam łzy z policzków, bez najmniejszych sił do dalszego płaczu. Potarłam kilka razy ramiona, by przestały przechodzić mnie dreszcze i wstałam z łóżka. Widząc godzinę, westchnęłam. Dochodziła dopiero trzecia.
Był już czwarty stycznia, a od krwistej walki minęły trzy dni. Od pierwszej nocy dręczyły mnie coraz to boleśniejsze i okropniejsze koszmary, zrywając po godzinie lub dwóch od zaśnięcia. Przez pierwsze dwie noce próbowałam dalej zasypiać, ale mary senne skutecznie spędzały mi sen z powiek. Trzeciej nocy już tak nie wytrzymam.
Wyszłam po cichu na korytarz, a po plecach przebiegł mi kolejny dreszcz spowodowany zimnym powietrzem, które przedzierało się przez zawaloną część budynku. Na myśl o tym, zrobiło mi się nie dobrze, ale zachowałam absolutną ciszę. Zapatrzyłam się na chwilę w drzwi Ayako. Dziewczyna od początku była w stanie tak głębokiej rozpaczy, że kontakt z nią urywał się po kilku zdaniach.
Zwinęłam dłonie w pięści, czując tą rozpaczliwą bezsilność.
Prześlizgnęłam się obok sypialni i zbiegłam po schodach, kierując się do części szpitalnej, która nie dość, że skurczyła się przez uszkodzenie budynku, tak była wypełniona rannymi. Na myśl o tym dotknęłam przecięcia na brzuchu. Skierowałam się do ostatniej sali, która jednocześnie była biurem Ryutaro i miała połączenie z jego pokojem.
Zajrzałam do środka, bez pukania.
- Kto… Ichi? Co ty tu robisz o tej godzinie? – szepnął lekarz, odrywając się od biurka. Wbił we mnie zmęczone, zatroskane oczy i uśmiechnął się smutno. – Chcesz coś na sen?
- Nie. – mruknęłam cicho, wślizgując się do środka. Pomieszczenie było nikle oświetlane przez lampkę stojącą na biurku. – Nie chcę spać.
- Ichigo powinnaś wypoczywać i się regenerować. – zwrócił mi uwagę lekarskim tonem głosu, ale pokręcił głową widząc mój wzrok.
- Ty też. – odszepnęłam. – Niby wezwaliśmy innych podziemnych medyków, ale ty wciąż wyglądasz jakbyś nie spał od kilku dni. Jak nam padniesz to co zrobimy?
- Ja nie walczyłem o życie – burknął, znów siadając przy biurku.
- Cały czas walczysz. – zauważyłam cicho. – Tylko, że nie o swoje, ale o nasze. – dodałam ledwo słyszalnie i poszłam w głąb pokoju.
Przy jednym z łóżek stał fotel. Widząc kto w nim drzemie, mimowolnie uśmiechnęłam się i przysiadłam na ramienniku, przeczesując delikatnie włosy chłopakowi. Tsuneari mruknął coś przez sen. Przeniosłam wzrok na łóżko i znów poczułam głęboki żal. Tokaji wyglądał coraz to bladziej.
- Jeśli się o niego martwisz to nie potrzebnie. – szepnął jeszcze do mnie Ryu. – Może nie wygląda, ale jego stan się poprawia. A poza tym ma profesjonalną opiekę. – dodał z ironią, spoglądając na śpiącego Tsu.
- Właśnie widzę… - powiedziałam pusto i z ociąganiem wstałam od nich. – Pójdę już sobie i nie będę ci przeszkadzać, Ryu. – ruszyłam do drzwi ospale.
- Ichigo, poczekaj… - zawołał cicho, gdy stałam już w progu. – Wszystko w porządku?
- Tak. – odparłam szeptem, nie patrząc się na niego.
- Na pewno? – przewiercał moje plecy spojrzeniem, więc się odwróciłam i posłałam mu uśmiech.
- Na pewno. – spojrzałam mu w oczy przez krótki moment, po czym wyszłam.
Tak, Ryu, wszystko w porządku. Zwłaszcza, że ty jesteś wycieńczony. Że Ayako popada w depresję. Że Tokaji nadal się nie obudził.
A Taki nie żyje.
Tak, Ryu wszystko w porządku. Nie mamy teraz czasu na moje załamania.
***
- Ichigoś, weź mi pomóż! – wesoły śmiech kobiety poniósł się echem po pustym korytarzu.
Wzdrygnęłam się słysząc to zdrobnienie, ale uśmiechnęłam się życzliwie i wzięłam od niej jedno z kartonowych pudeł. Ważyło chyba z tonę.
- Widzę, że pani też pomaga. – rzuciłam taktownie, nie bardzo wiedząc jak obchodzić się z nią.
Sakiko Hashimoto zacmokała z niezadowoleniem i gdyby nie miała zajętych rąk, pewnie pogroziłaby mi palcem.
- Daj spokój z tą panią, Ichigoś! Mam zaledwie trzydziestkę, nieheheh. – roześmiała się, a okulary zjechały jej na czubek nosa. Kobieta zaczęła nawijać o czymś, a z uśmiechem na ustach jej przytakiwałam.
Sakiko przyjechała razem z oficerem Akaike i tym drugim, mniej sympatycznym biznesmenem. Była jedną z najbardziej ekscentrycznych osób jakie znałam, zaczynając od ubioru, tak na charakterze kończąc. Spojrzałam na nią kątem oka. Nadal miała okrągłe oprawki, pilotki na czole i pasiaste rajstopy, ale teraz ubrana była w krótkie, bufiaste spodenki i koszulę w kratę. Brązowe włosy sterczały na wszystkie strony, co współgrało z niepohamowanym optymizmem. Kobieta również na mnie spojrzała, wbijając duże ufne oczy we mnie. Jej policzki były zarumienione, a piegi prawie niknęły.
- Nadal nie rozumiem, co ludzie takiego wspaniałego, olśniewającego i pięknego we mnie widzą, że się cały czas wpatrują. – zaśmiała się.
- Przepraszam, po prostu…. – zaczęłam z zmieszaniem, ale Sakiko tylko roześmiała się głośniej.
- Daj już z tym spokój, nieheheh! Po prostu jestem zbyt barwna jak na ten szary świat, co? – wyszczerzyła się. – Mówią mi to nawet najzabawniejsi z ludzi pracujących na czarno. Nawet Suzuki, który rozumem nie grzeszy, nieheheheh.
- Może faktycznie, chodzi akurat o tą… barwność. – przytaknęłam, zduszając śmiech.
Mimo wszystko, za całą tą otoczką wariatki kryła się jedna z najlepszych majsterkowiczów z regionu. Gdy Tsuneari powiedział mi to, za pierwszym razem nie uwierzyłam. Słuchając trochę historii, z czasem poczułam do niej respekt, który bardzo cichł, podczas rozmowy z nią.
- Aaaa… Szkoda, że te dupki żołędne rozwaliły taki fajny budynek. Chociaż i tak dziwię się, że rozgryźli te zabezpieczenia odnośnie bomb dopiero po trzech latach…
- Mogli jeszcze chwilę nad tym pomyśleć… - mruknęłam z irytacją.
- Mogli, nie mogli. To już historia. – rzuciła wesoło Sakiko. – A ja przez 3 lata powtarzałam Aracie, a kolejne 3 Fumiyi, że tak skończy się zakładanie bazy w budynku przeznaczonym do rozbiórki, no i mają, co chcieli. – powiedziała to dość chłodno, a widząc mój lekko zdenerwowany wyraz twarzy, roześmiała się wesoło. – Dobrze, że chociaż Ukyo udostępni wam jakiś inny. Szkoda tylko, że tak daleko. Od sześciu lat współpracuję z Kaminari, a teraz będzie trudniej, bo wynosicie się na obrzeża Tokio…
- Ej, Sakiko, zostaw nasze dzieciaki w spokoju! – wesoły krzyk Omitsu wybawił mnie z dalszej paplaniny kobiety.
- Omitsu, dobrze, że cię widzę! Właśnie miałam…
Podniesiony kciuk zastępczyni pokazał mi, że mogę się zmyć, na co podziękowałam tylko krótkim uśmiechem i odstawiłam pudło obok stert innych. Koło bramy zauważyłam szefa, który gadał z tym biznesemenem.
Westchnęłam tylko, chowając się do środka organizacji. Spojrzałam na zegarek, przewracając oczami na widok godziny. Dochodziła ledwo ósma, a dla mnie ten dzień trwał już w nieskończoność. W kościach czułam, że zapisze się on w mojej pamięci bardzo nieprzyjemnie.
To dzisiaj opuszczamy ten przytulny, przestrzenny budynek, który nieodłącznie przypisywałam naszej organizacji. Tsuneari powiedział mi, że kiedy dołączał, byli w jeszcze innym miejscu, a zmiany siedzib nie są częste, ale też nie nieuniknione. To dzisiaj odwiedzamy cmentarz wyklętych, by choć trochę pamiętać o żałobie po poległych.
Taki.
Wzdrygnęłam się. Raptem dwie godziny po zakończonej wojnie, gdy policja wpuszczała już ludzi na teren Toshimy, przyjechała ciężarówka zapakowana trumnami i po prostu wpakowaliśmy w każdą z nich naszych towarzyszy, dając tylko karteczki z imieniem i datą. A potem ciężarówka odwiozła ich na cmentarz, jakby nic nie znaczyli dla nas.
Znosiłam akurat swoje jedyne pudło z rzeczami, gdy dostrzegłam Fumiyę zamykającego biuro na klucz. Spojrzał na krzywy napis wiszący na drzwiach i po chwili wahania zdjął go i położył na wierzch pudełka.
- Czemu szef to zamyka? – spytałam z czystej ciekawości.
- Sam nie wiem, Kanegawa. – odpowiedział tylko, wzdychając ciężko. – Sam nie wiem. – mruknął jeszcze.
Ruszyliśmy z pudłami w stronę wyjścia.
- Jeśli chodzi o tą całą walkę, chciałbym ci podziękować, młoda. – rzucił w pewnym momencie, ale nie spojrzał na mnie.
- Niby za co? Nie zrobiłam praktycznie nic. – prychnęłam z irytacją na samą siebie.
- Za twoją głupotę. – zaśmiał się ponuro. – Kto wie jakby to wszystko się potoczyło, gdyby nie to, że go zatrzymałaś, nawet na tak krótki moment. A poza tym w końcu mogłem się na nim wyżyć. Mało, bo mało, ale mogłem. Jestem twoim dłużnikiem.
- W takim razie, jako spłacenie długu, chcę usłyszeć historię. Wszystko o przeszłości. Chcę w końcu wiedzieć jak wyglądają te zawiłe powiązania i je zrozumieć.
Fumiya uniósł wysoko brwi, ale uśmiechnął się do siebie.
- Mądra z ciebie dziewczyna, Ichigo. – zwrócił się do mnie po imieniu, czego bardzo dawno nie robił. – Dobrze. Tylko jeszcze nie dzisiaj. – dodał cicho, pochmurniejąc. – Muszę od tego wszystkiego odpocząć.
- Wystarczy mi na razie fakt, że szef jest honorowym człowiekiem i dotrzyma słowa. – rzuciłam neutralnie, a Fumiya roześmiał się ponuro.
***
- Ichi?
Drgnęłam słysząc swoje imię. Otworzyłam szerzej oczy nie wierząc własnym zmysłom. Koło mnie stanęła Ayako i jak gdyby nigdy nic uśmiechnęła się smutno. Wpatrywałam się w nią ze zdziwieniem. Nie wyglądała teraz na załamaną. Była schludnie ubrana i uczesana w typowego dla siebie warkocza.
- Ayako? – wydusiłam tylko po chwili i przesunęłam się trochę, by zrobić jej miejsce. – Czy wszystko…? – zaczęłam automatycznie, przybierając zmartwiony ton głosu, ale urwałam w połowie, zdając sobie sprawę, że to nie jest odpowiednie pytanie.
- Tak, Ichi. Już w porządku. – zapewniła, spuszczając wzrok, po czym usiadła obok mnie. Milczałyśmy.
Od kilkunastu minut jechaliśmy pociągiem w stronę Matsumoto, w stronę cmentarza wyklętych. W rzeczywistości ma jakąś bardziej historyczną nazwę, ale ta przylgnęła do niego od końca lat osiemdziesiątych, gdy płatni mordercy zaczęli prężniej działać. Na cmentarzu tym nie chowano ludzi już od bardzo dawna, a gdy miejscowa policja pogrzebała tutaj kilku zabójców, powoli weszło to w krew organizacjom. Całkowite pustkowie, wokół las, a na cmentarzu jedynie zmarli.
- Wysiadamy na kolejnym przystanku. Nikt się nie zgubił? – rzucił cicho Fumiya.
Rozejrzałam się po wagonie. Nie pojechali wszyscy. Jechała nas zaledwie czternastka. Większość została z powodu odniesionych ran. Spojrzałam przelotnie na Ryutaro. Lekarz pojechał tylko dzięki temu, że Tsu wyrzucił go z gabinetu, oznajmiając, że Tokaji pod jego opieką nie zginie.
Westchnęłam ciężko. Może byłoby mi łatwiej gdyby tu był.
Nie. Gdyby byli tu obaj.
***
Gdy przekroczyliśmy bramę cmentarza, kruki poderwały się do lotu, kracząc złowróżbnie. Przeszył mnie dreszcz na widok zniszczonych czasem nagrobków, które powoli obrastał mech. Na niektórych napisy wyblakły, a istnienia zmarłych odeszły już w zapomnienie. Wzdrygnęłam się.
- Myślałam, że będzie więcej śniegu. – mruknęłam do siebie, patrząc na pustą ziemię, bez najmniejszej trawy. Jedynie mchy i sosny się zieleniły.
- Wiesz co przypomina mi ten cmentarz? – Ayako podeszła do mnie, chwytając pod ramię. Nim zdążyłam zaśmiać się na ten gest, dostrzegłam wyraz jej twarzy i stwierdziłam, że lepiej to przemilczeć. – Tą misję w Setagayi. Patrz tam nawet są nagrobki tych dilerów. – rzuciła pusto, wskazując odległe miejsce. – Ta walka z Shigeo i bliźniakami… Mam wrażenie, że to było tak dawno…
Przytaknęłam cicho i pozwoliłam się poprowadzić dalej.
Fumiya prowadził nas niestrudzenie do przodu, choć kilka razy naprawdę chciał przystanąć, a oczy Omitsu wcale nie ułatwiały mu tego. Niektórzy zatrzymywali się przy grobach, ale jedynie zamykali na chwilę oczy, skinęli krótko głową i szli dalej.
Tylko Ryutaro zatrzymał się przy jednym i nie poszedł dalej. Nikt nie pytał go o nic, ale ja zauważając jego drżące ramiona, wyciągnęłam instynktownie dłoń w jego stronę. Ayako pociągnęła mnie jednak w inną stronę.
- Zostawmy go na razie, dobra? – powiedziała cicho, a ja nie oponowałam.
Zdążyłam przeczytać nagrobek. Grób rodzinny Ishimura. Były tam cztery miejsca, z czego już trzy zapełnione. Hana, Ryuko i Kuranosuke. A sam grób wyglądał na nieodwiedzany od wielu, wielu lat.
Po dłuższej chwili zatrzymaliśmy się, a moim oczom ukazał się szereg nowych, czystych mogił. Zabolało mnie serce. Fumiya odwrócił się do nas, otwierając usta, by pożegnać zmarłych, ale nie wydobył z siebie żadnego słowa i szybko zakrył oczy, żeby ukryć łzy. Omitsu ścisnęła go za ramię i skinęła na nas wszystkich głową.
Pociągnęłam za sobą Ayako, wiedząc, że jeśli ja tego nie zrobię, ona nie da rady tam podejść. Znalazłyśmy go szybko. Obok nas stał Fumiya z Omitsu, którzy bez słów i w bezruchu wpatrywali się w nagrobek. Daiki Odaka. A kamienna tablica tuż obok niego należała do okularnika.
Taki Hideyoshi.
Ale przeczytanie tych napisów przerosło nawet mnie. Urodzony 18.04.1990r. Zmarł 1.01.2004r. Nie byłam w stanie zdusić krótkiego westchnienia, które przepełniło mnie takim bólem, że Ayako podniosła na mnie swoje, puste, szarozielone oczy. Przeżył 14 lat.
- Kłamca. – wyszeptała. – Przecież obiecałeś.
Objęłam mocno brązowowłosą, ściskając ze wszystkich sił. Dziewczyna na początku była zdezorientowana, ale tuż po chwili odwzajemniłam uścisk i zaczęła płakać.
Nie wiem ile tak staliśmy na tym cmentarzu, niezdolni do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Mogliśmy jedynie oddać im wszystkim cichy hołd. Bo żadne słowa ich nie przywrócą. Bo żadnych słów już nigdy nie usłyszą.
- Przepraszam, Daiki. Mogłem ci załatwić ten lepszy sprzęt. – usłyszałam smutny szept Fumiyi, który powoli zaczynał przygotowywać się do odejścia.
- Przepraszam, że nazywałam się starym zgredem. – zawyła Omitsu, ukrywając twarz w dłoniach. – Przepraszam. Naprawdę, przepraszam. Przepraszam…
Mikuru objęła przyjaciółkę, zanosząc się łzami.
Spojrzałam po towarzyszach. Wszyscy stali nad nagrobkami przygarbieni, z opuszczonymi ramionami. Przepełnieni uczuciem bezsilności. Ale mnie również przepełniało jedno uczucie.
Tylko, że to była nienawiść.
Dopadnę cię, Igarashi. Stanę się tak przerażająco potężna, że zapragnąłbyś śmierci z rąk kogoś innego.
***
Tokaji otworzył powoli oczy, ale od razu je zmrużył. Światło poraziło go, a ból głowy zagrał na nowo. Jednak tym razem nie utracił świadomości. Nie ruszył instynktownie głową tylko pomyślał przez chwilę i poruszył palcami. Powoli usiłował napiąć każdy mięsień.
I wtedy przez mgłę usłyszał Tsuneariego.
- Tokaji!? – jego przyjaciel przyskoczył od razu do niego, powstrzymując się od chwycenia go za ramiona. – Tokaji? – powtórzył Tsu trochę ciszej, ale jego głos przepełniało głębokie zmartwienie.
Gdyby czarnowłosy miał wystarczająco siły prychnąłby.
Ale wolał spożytkować odrobinę energii na coś innego.
- Tsuneari… - wydusił z ogromną boleścią.
Chłopak od razu do niego przyskoczył, by nie nadwyrężał głosu, a czarnowłosy chwycił go za ramię, prawie że siłą woli.
- Tsu…
- Tak?
- Co z…
Tsuneari spojrzał na bladą twarz przyjaciela, a przez myśl przebiegły mu najgorsze możliwe scenariusze. Jednak gdy usłyszał dalszą część pytania zastygł w bezruchu z głupkowatą miną.
- Co z moim bidonem?
Tsuneari puścił przyjaciela, który opadł na łóżko. Gdyby był na siłach, wybuchł swoim szyderczym śmiechem, ale teraz Tokaji wysilił się jedynie na krzywy uśmieszek.
- Ty skończony idioto, to nie było zabawne!
- Było.
- Tokaji! – burknął Tsu, krzyżując ręce na piersi, ale po chwili wybuchnął śmiechem.
Czarnowłosy rozszerzył uśmiech, ale po kilku chwilach, gdy wpatrywał się w sufit, zmarszczył brwi i przekrzywił głowę w stronę brązowowłosego.
- Gdzie jestem?
- Jak to gdzie? W łóżku.
- A tak na serio? – Tokaji używał ogólników, męcząc się wypowiadaniem każdego słowa.
Tsu unikał jego spojrzenia.
- Zmieniamy siedzibę. Jesteś już w nowej. – wytłumaczył pobieżnie. – Więcej powiem ci jak wydobrzejesz.
- Jak Ryutaro pozwoliłby mi dać coś mocniejszego, już bym biegał. – jęknął z trudem Tokaji, usiłując się podnieść. Jego ramiona jednak załamały się pod ciężarem, a Tsu chwycił go i położył delikatnie. – Ta… Dzięki, Tsu. Tak w ogóle to gdzie Ryutaro? Powinienem mieć teraz profesjonalną opiekę medy…
- Pojechali na cmentarz.
Chłopcy zamilkli. Tokaji spojrzał jeszcze na twarz przyjaciela, który bardzo usilnie unikał jego wzroku, aż w końcu czarnowłosy przeniósł spojrzenie na sufit i westchnął głęboko, przepełniony obezwładniającym poczuciem bezsilności.
- Ilu? – zapytał w końcu cicho i spokojnie.
Tsuneari uśmiechnął się ostatkiem sił, patrząc się w przestrzeń za oknem.
- Dziewiętnastu. – wyszeptał, krzywiąc się i przykładając pięść do ust. – Cholera. – Zacisnął mocno oczy, biorąc głęboki wdech.
Tokaji patrzył się na niego przez chwilę pustymi czarnymi oczyma i czekał aż Tsu uspokoi oddech. Jak zwykle po raptem trzech wdechach chłopak znów stał się spokojny, a w jego brązowych oczach zgasła rozpacz, chociaż na tę krótką chwilę.
- Rozumiem. – odparł Tokaji. Uśmiechnął się krzywo przez ułamek sekundy i przeniósł szydercze spojrzenie na towarzysza. – Szczerze, to jestem zdziwiony, że tu jesteś. Nie posądziłbym nikogo o zostanie przy mnie.
- Jesteśmy jak bracia, Tokaji. Nawet jeśli ty mnie tak nie traktujesz, ja na zawsze nim zostanę dla ciebie. – powiedział poważnie Tsu.
Ranny jakby tego nie dosłyszał.
- Gdzieś w tych koszmarach pomyślałem sobie, że może ona będzie przy mnie siedzieć, ale to była tylko krótka myśl. – westchnął. – Ichigo nie odpuściłaby niepożegnania zmarłych. Zakładam, że Ayako, Ryu i Taki też się zabrali?
Tsuneari milczał.
- Tsuneari? – mruknął Tokaji, marszcząc brwi.
Chłopak wpatrywał się w ziemię, a na jego twarz wstępowała konsternacja.
- Ej, słyszysz…
- Nie żyje.
Czarnowłosy zerwał się z łóżka, ale rany zatrzymały go w pozycji siedzącej. Zasyczał z bólu i chwycił przyjaciela za ramię. Tsuneari spojrzał na niego beznamiętnym wzrokiem, po czym przeniósł ciemnobrązowe oczy w jakiś odległy punkt.
- Taki nie żyje. – powiedział pusto. – Zginął razem w Daikim w tym wybuchu.
Tokaji gwałtownie puścił ramię chłopaka, a jego ręka opadła bezwiednie. Wpatrywał się z niedowierzającą miną w podłogę, po czym oparł głowę na dłoniach, powtarzając w myślach słowa niedowierzania jak mantrę. Nie zwrócił uwagi nawet na Tsu, który wstał i poszedł gdzieś w głąb gabinetu.
- Masz.
Tokaji podniósł wzrok na wyciągniętą dłoń przyjaciela, na której leżało kilka tabletek. Spojrzał na niego pytająco.
- To jest to twoje ‘’mocniejsze coś’’. Nie patrz tak na mnie. Jakbym ci nie dał, to sam byś się nawet do tego doczołgał i pewnie przedawkował. – mruknął wciskając mu tabletki. – Weź w końcu to wypij. Im szybciej zadziała tym lepiej. Nasi za niedługo tu będą.
***
- Wiesz, Ichigo… Mam teraz wielką ochotę kogoś zabić. – powiedziała w pewnym momencie Ayako. Rzuciłam jej przelotne spojrzenie.
- Czyli nie jestem jedyna chętna do zemsty. – mruknęłam, ale dziewczyna pokręciła głową.
- To nie jest nienawiść. – szepnęła. – Po prostu chcę zabić. Kogokolwiek.
Dalej szłyśmy w milczeniu. Reszta naszych towarzyszy też nie kwapiła się do rozmowy i podążali za dowództwem w milczeniu. Przyglądałam się bacznie trasie. Nie znałam tej części Tokio. Każda ulica wydawała mi się taka obca.
Zmierzaliśmy do nowej siedziby. Ten mężczyzna w garniturze, Ukyo Inaba, oddał nam do użytku jeden ze starych magazynów, jednak tylko rozległe piwnice i raptem kilka pokoi na parterze. Reszta zostanie pusta i okurzona już na zawsze.
- Witamy w nowym domu. – szepnęła cicho Omitsu, zatrzymując się przed magazynem. W jej głosie dosłyszałam dozę głębokiej nostalgii. – Ciekawe ile minie czasu, aż zacznę znów to utożsamiać z Kaminari.
- Oby jak najkrócej. – odparł Fumiya, mijając ją. – Organizacja to nie budynek, tylko ludzie. My jesteśmy Kaminari.
Szef powiedział to tak wyniosłym tonem, że aż się uśmiechnęłam. A mój uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej, gdy dostrzegłam w drzwiach dwóch chłopaków. Gdy wszyscy zaczęli rozchodzić się na swoje strony, pobiegłam w ich kierunku, powstrzymując łzy ulgi. Tsuneari roześmiał się ciepło, nadal podtrzymując Tokajiego. Czarnowłosy przybrał chłodną minę, ale i tak nie powstrzymał mnie. W jego oczach czaiło się zupełnie co innego. Wpadłam na nich i objęłam mocno.
- Ej, Tokaji! Ty jesteś RANNY! – za moimi plecami rozległ się zbulwersowany krzyk Ryutaro.
- Na to mam własne sposoby! – odkrzyknął czarnowłosy, uśmiechając się krzywo. Po chwili zasłaniał się przed ramieniem, by nie oberwać od lekarza, który podbiegł do nas.
Spojrzałam przez ramię na Ayako. Dziewczyna stała dalej i wpatrywała się w nas nieokreślonym wzrokiem. Kiedy jednak napotkała mój wzrok, wyszczerzyła się jak dawniej i po chwili wahania, podbiegła do nas, wołając donośnie.
- Tokaji, weź nie wyżeraj zapasów naszych leków!
- Nie wyżeram. Jestem ranny i ich potrzebuję.
- Właśnie widzę jak jesteś ranny. – mruknął Tsu, puszczając czarnowłosego. Tokaji prychnął, wyprostowując się dumnie, po czym stracił równowagę i poleciał na Ryutaro.
- W pełni sił. – rzuciłam sarkastycznie, patrząc jak lekarz podtrzymuje z wysiłkiem dużo wyższego od siebie towarzysza.
- Tokaji, jak Boga kocham, jak zaraz się nie ogarniesz i nie pójdziesz odpocząć, to zrobię ci krzywdę!
Roześmialiśmy się jak dawniej, a ja spojrzałam po przyjaciołach z uśmiechem. Dopiero teraz odczułam, że to piekło naprawdę dobiegło końca. Mimo, że pustka po Takim wydawała się wręcz zbyt odczuwalna. Jednak zaczynamy od nowa. Bez naszego przyjaciela.
Ale dla niego.
***
Pomieszczenie było ciemne, a jedyna paląca się lampka nie była w stanie objąć swym światłem nawet części pokoju. Kąty pozostały spowite ciemnością, a drzwi którymi trójka przyjaciół weszła jakby rozpłynęły się w mroku. Wbili wściekłe spojrzenia w zabójcę, który stał przy źródle światła i machał dłonią, tworząc dziwne cienie. Ignorował ich.
Najstarszy chłopak chwycił młodszego przyjaciela za ramię, powstrzymując go od rzucenia nożem w chłopaka. Jednak nie zdążył powstrzymać jego starszej siostry.
W dłoni Suzuko błysnął sztylet, a ona skierowawszy czubek jego ostrza w stronę czarnowłosego zabójcy, wbiła w niego najgroźniejsze spojrzenie bursztynowych oczu. Chłopak, wcześniej obojętny, wzdrygnął się.
- Gadaj. – z jej gardła wydobył się lodowato spokojny ton głosu.
- Ale o czym niby, Suzuko? – Ryuji rozłożył ramiona i pokręcił głową, ale drgnął gdy sztylet obciął mu kosmyk przydługich włosów.
- Gadaj. – powtórzyła, a za jej plecami stanęli przyjaciele, również mordując wzrokiem czarnowłosego.
- Nie sądzicie, że to dość…
- Stul pysk. – Matsuki wysunął się na przód, powstrzymując ramieniem mordercze intencje rodzeństwa. – Nie mamy czasu na twoje gierki. Po prostu wyjaśnij to wszystko. Inaczej będziesz martwy gdzie stoisz.
Ryuji przestał opierać się o biurko i wyprostował.
- Nie sądzisz, że grożenie śmiercią jedynej osobie, która może was teraz uratować jest taktycznym posunięciem? – spytał retorycznie, uśmiechając się szelmowsko. Nim ktokolwiek zdążył powiedzieć coś więcej, Ryuji wbił w nich poważny wzrok. – Pomyślcie o tym na spokojnie. W naszych stronach jest pięć organizacji: Jishin, Hariken, Kaminari, Fubuki i Arashi. Największą potęgę muszę przyznać niestety Hariken. A właśnie stamtąd chcą was najbardziej zabić. Jesteście zdrajcami. Igarashi nie przyjmie teraz nikogo waszego… pokroju. Kaminari tym bardziej. A ci z Saitamy… Plotki szybko się rozchodzą. – uśmiechnął się do nich mrocznie. – Ile dajecie sobie na przetrwanie we trójkę bez przynależności do kogokolwiek?
- Ty skończony…! – Suzuko wyrwała się na przód, podnosząc głos, ale oboje towarzyszy chwyciło ją za pas. – ZAJEBIĘ CI, KURWA MAĆ!
- No właśnie. – Ryuji skinął głową, wprawiając również chłopaków we wściekłość. – Waszą jedyną szansą jest zostanie ze mną.
- Nie zmusisz nasz. Już nie jesteśmy ci nic winni.  – warknął Satoru. – Uciekniemy na drugi koniec kraju i będziemy żyć z dala od was wszystkich.
- Ależ owszem, spłaciliście już swoje długi. Tylko, Satoru, w naszej branży nie chodzi o życie, lecz o przetrwanie.
Zapadło milczenie, a trójka zabójców uzgadniając coś w myślach wyglądała na coraz bardziej wściekłych. Zwinęli dłonie w pięści, a Matsuki wystąpił pół kroku do przodu.
- Zgoda. Masz nas w tej organizacji, którą tworzysz. – zabójca wbił w niego poważne, czarne oczy. – Pod jednym warunkiem. Odpowiesz teraz bezwzględnie na wszystkie pytania.
- Zgoda. – Ryuji uśmiechnął się szelmowsko. – Zakładam, że pierwsze będzie o ostatnie minuty wojny Kaminari z Jishinem? – widząc irytację na ich twarzach, parsknął krótko. – Cóż, na początku sam tego nie chciałem. W moich planach było raczej pozbycie się Igarashiego całkowicie, a z rozkoszą obserwowałbym jak pan Sotomura go torturuje, msząc przyjaciela… Ale no cóż. Wiadomość od mojej wspólniczki okazała się aż nazbyt dobitna. Nie pozwól by zginął. Tak, więc najprostszym sposobem było wykurzenie ich stamtąd policyjną strzelaniną. – Ryuji wodził po nich wzrokiem.
Trójka przyjaciół trawiła każde jego słowo, a po ich plecach przebiegały dreszcze. Świadomość jak bardzo ten nastolatek miał całą sytuację w rękach przyprawiała ich o mdłości i strach. Jednak Suzuko nadal wpatrywała się w niego uważnie.
- Wiedziałam. Jesteś po prostu aż zbyt cwany by działać samemu. – mruknęła. – Kim ona jest?
- Suzuko, o czym ty… - Satoru spojrzał na nią pytająco, ale mu przerwała.
- Celowo wplotłeś to między zdania, by nam to umknęło, prawda? Potem zarzekałbyś się, że wspomniałeś o wspólnikach, tylko nie pytaliśmy. No więc, kim ona jest?
Ryuji zagwizdał z podziwu, po czym znów oparł się o biurko.
- Pamiętacie może szefową Fubuki? Katherine Zayan, zamordowaną przez Kaminari w Ikkebukuro rankiem na początku września?
- Niemożliwe… - wydusił Matsuki, po czym obrócił się gwałtownie.
Drzwi skrzypnęły, a z ciemności wyłoniła się jasnowłosa kobieta o jasnozielonych oczach.
- Możliwe. Czuję się jak najbardziej żywa. – prychnęła zjadliwie. – Poza tym mam niewyrównane sprawy z Kaminari. Zwłaszcza z pewnym chłopaczkiem i pewną dziewczynką. – uśmiechnęła się okrutnie. – Ale niech na razie rozkoszują się spokojem. Ja jestem cierpliwa, poczekam jeszcze trochę. Piekło dopiero się rozpęta. 

19 lutego 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 41

Rozdział 41


Czas zatrzymał się. Nie byłam w stanie nawet się podnieść, leżałam na śniegu oddychając spazmatycznie. Igarashi stał obok mnie, ale całą uwagę skupił na chłopaku stojącym kilka metrów przed nami.
Tsuneari stał do nas bokiem, nadal trzymając ramię wyciągnięte przed siebie, jakby dopiero co brał zamach. Opuścił je powoli, kładąc dłoń na rękojeści miecza. Nie spuszczał przy tym oczu z wroga. Chłopak miał napięte wszystkie mięśnie, gotowy do natychmiastowego ataku.
Wszystko zamilkło. Nawet dogasające zgliszcza pobliskiej świątyni wydawały się być martwe. Przełknęłam ciężko ślinę, wbijając spojrzenie w Tsuneariego.
Błagam cię, nie walcz z nim.
- Ohoho… - zawołał po chwili Igarashi, pstrykając palcami. – Tego to się nie spodziewałem. – uśmiechnął się z zadowoleniem.
Tsuneari zacisnął dłoń na rękojeści. Wyczułam, że specjalnie nie przerywa kontaktu wzrokowego z zabójcą, by spojrzeć na mnie. Nie chce, by Igarashi przypomniał sobie o moim istnieniu. Chłopak wyciągnął miecz płynnym ruchem, ale mężczyzna wydawał się tego nie zauważyć.
- Kiedy to się ostatnim razem widzieliśmy, Tsuneari Nakade? – posłał mu kpiący uśmieszek. – Trzy lata temu na wojnie? A nie, przepraszam, wtedy stchórzyłeś. – uniósł wyzywająco podbródek, gdy brązowowłosy zacisnął zęby. – Czyli jakieś 6 lat temu, gdy twój towarzysz stracił oko?
Tsuneari wypuścił ze świstem powietrze. Widziałam, że bije się z myślami, jednak nie miałam pojęcia o co im chodziło. Nie znam ich przeszłości. Chłopak posłał mordercze spojrzenie ciemnobrązowych oczu, w których pojawił się ognik.
- Nie bierz tego do siebie, ale mam cię zabić.
Ruszyli na siebie w gwałtownym zrywie. Moje serce stanęło przy pierwszym brzęku stali, ale Tsu sparował bez problemu cięcie Igarashiego. Z chwilową fascynacją dostrzegłam, że walczą na równi.
Podniosłam się chwieje, starając się nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi i poszłam po mój miecz. Wolałam nie sprawdzać ile czasu Tsu da radę walczyć z Żywą Śmiercią jak równy z równym. Muszę coś wymyślić.
Obejrzałam się z przestrachem przez ramię, gdy usłyszałam zduszony jęk chłopaka. Dostrzegłam tylko jak pada na plecy, a miecz Igarashiego spada na niego w zawrotnym tempie. Błyskawicznie rzuciłam się w ich kierunku, ale Tsu zdążył ponownie stanąć na nogi, nim broń w ogóle zdołała dotrzeć do celu.
- Wiesz, młody, denerwuje mnie tylko jeden fakt… - westchnął Igarashi, parując ciosy. Starał się przybrać znudzony wyraz twarzy, jednak musiał skupić się na cięciach Tsuneariego. – To, że mnie znalazłeś.
- Jakbyś nie zostawał w takich melodramatycznych miejscach, byłoby trudniej… - prychnął Tsu, uśmiechając się szelmowsko. Cofnął się o kilka kroków, by osłabić serię szybkich pchnięć.
Wzięłam głęboki oddech, odpędzając mroczki przed oczami i ból. Ledwo utrzymywałam się na nogach, mimo że nie straciłam dużo krwi. Poprawiłam chwyt na broni, zmuszając się do jeszcze chwili walki. Zrobiłam jeden bezszelestny krok w stronę odwróconego Igarashiego. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden. 
Tsuneari błyskawicznie ugiął jedno kolano, przygotowując się na spadające górne cięcie, ale drgnął, zauważając coś. Wyprostował się, gwałtownie odskakując od zabójcy, lecz ostrze, które pojawiło się w jego drugiej, wolnej ręce błysnęło groźnie.
Spojrzał na mnie z przestrachem. Wiedział, że nie uniknie tego, ale nie bał się o siebie, tylko o mnie.
- Ichigo, uważaj! – krzyknął, po czym zaklął, kiedy drobne ostrze rozorało mu ramię.
- TSU! – wrzasnęłam, tracąc skupienie. Zdążyłam jeszcze dostrzec, że upada na ziemię, kiedy Igarashi obrócił się, celując prosto we mnie.
Jedynie łutem szczęścia sparowałam zabójczy cios. Zabójca syknął z irytacją, atakując raz za razem. Teraz nie były to te wyszukane, wyćwiczone ciosy co wcześniej. W tych liczyła się tylko siła, której nie można było mu odmówić. Krzywiłam się z bólu, przy każdym uderzeniu.
- Nie myślałem, że będziecie tacy głupi, by zachodzić mnie od tyłu!
- A ja myślałam, że w końcu zamkniesz tą gębę. – mruknęłam, odsuwając się z każdym uderzeniem.
- Ty szujo… - warknął, wkładając podwójną siłę w cięcie.
Przeklęłam w myślach własną głupotę. Ktoś tak doświadczony w walkach nie da się sprowokować marnym wyzwiskiem. Pisnęłam cicho, widząc ostrze spadające centralnie na moją twarz. Ostatkiem sił zasłoniłam się.
Udało mi się odepchnąć uderzenie, ale Igarashi kolejnym błyskawicznym i zgrabnym ruchem, posłał mój miecz w powietrze. Zastygłam z niedowierzania, kątem oka patrząc na swoją pustą dłoń.
Nie.
Igarashi zaniósł się śmiechem.
Wbiłam w niego mordercze spojrzenie, przybierając bojową pozę. Zabójca zaczął się śmiać jeszcze głośniej, widząc moje drobne pięści. Syknęłam ze złością, ale nie zaatakowałam. Byłam do bólu świadoma, że nasze szanse są prawie zerowe.
- Dawno się tak nie uśmiałem… - westchnął wesoło Igarashi, ocierając łzy śmiechu wierzchem nadgarstka. Strzepnął dłoń i spojrzał na mnie z nagłym chłodem.
Zrobiłam jeden krok do tyłu.
- I tak już nie uciekniesz, Kanegawa. – jego głos przeszył mnie na wskroś.
Odskoczyłam, gdy jego katana opadała na mnie, tnąc ze świstem powietrze. Zaatakował ponownie z góry, a ja obróciłam się w lewo, przekładając ciężar ciała na lewą nogę. Prawa stopa powędrowała do góry, a ja zaryzykowałam kopnięcie z półobrotu. Igarashi syknął, blokując mój cios ramieniem.
- Cholera. – syknęłam, a on wbił we mnie nienawistne spojrzenie.
Nim zdążyłam się cofnąć, chwycił mnie na kostkę i odepchnął. Łapałam rozpaczliwie równowagę, ale ostrze zmierzające w moim kierunku rozproszyło mnie całkowicie. Kiedy odchylałam się jeszcze bardziej, grunt całkowicie usunął się spod moich stóp, a miecz przejechał po brzuchu, płytko rozcinając mi skórę.
Podparłam się od razu na ramionach, gotowa do podniesienia się na nogi, choć walka była już przesądzona. Gdy Igarashi brał zamach zgięłam kolana, by liczyć na łut szczęścia w unikach, ale czułam, że spóźnię się o ułamek sekundy.
I kiedy ostrze błysnęło stalą tuż przede mną, między nas wpadł Tsuneari, blokując cios. Korzystając z zaskoczenia, zerwałam się na równe nogi, sięgając po broń. Brązowowłosy siłował się z Igarashim, trzymając miecz w jednej ręce, drugą natomiast tamował krwotok z ramienia.
- Łapy przecz od niej. – warknął groźnie, wkładając ostatek sił w odepchnięcie zabójcy.
Igarashi odszedł na kilka kroków, wpatrując się w nas czujnie. Tsuneari stał pół kroku przede mną, zasłaniając mnie własnym ciałem, chociaż trzymałam pewnie broń przed sobą. Wzięłam głęboki wdech i kątem oka spojrzałam na jego ramię. Spomiędzy palców wypływała jaskrawoczerwona krew.
- Trafił akurat w tętnicę. – szepnął Tsu. – Jak to czymś przewiążę, nic mi nie będzie. Ale teraz musimy jeszcze przez chwilę go zająć.
- Jesteś pewien, że dasz radę walczyć? – spytałam.
- We dwójkę na pewno. – posłał mi szelmowski uśmieszek.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam ponownie na Igarashiego. Mężczyzna stał z założonymi rękoma, czekając na nasz ruch. Tsuneari znów bił się z nim spojrzeniami. Po czym skinął mi głową.
Ruszyliśmy w jednym momencie na niego. Mężczyzna zrobił wykrok, nie opuszczając gardy. Przeskakiwał wzrok ze mnie, na Tsu i tak w kółko, starając się odczytać nasze ruchy. Tsuneari nadal trzymał miecz za sobą, ja byłam gotowa do zadania ciosu. Igarashi skupił się na mnie, sądząc, że zaatakuję jako pierwsza.
I wtedy odbiłam na bok, okręcając się w powietrzu, by zajść go od tyłu. Instynktownie obrócił się za mną, a w jego oczach dostrzegłam złość, gdy zdał sobie sprawę z naszego planu. Mój cios sparował mieczem, a cięcie Tsu powstrzymał przedramieniem. Jego ochraniacz pękł, a odłamki wbiły się w ramię.
Zaatakowaliśmy ponownie.
Niestety, nawet walcząc z dwoma przeciwnikami, Igarashi dawał sobie bez problemu radę i nadal wydał się tylko bawić z nami. Wymienialiśmy szybko ciosy, wytrącając go czasem z rytmu, gdy moje, powolniejsze ciosy przerwane zostały szybką serią cięć Tsuneariego. Ale nic więcej.
Zaczynaliśmy się męczyć, a wizja nieuchronnej śmierci miażdżyła nas dodatkowo. W pewnym momencie odeszłam na jeden krok do tyłu, by zrobić Tsu więcej miejsca, gdy Igarashi nagle wypadł do przodu, celując prosto we mnie.
- Ichi… - zdążył krzyknąć chłopak, gdy ostrze rozorało mi lewy bok. Zachłystnęłam się krwią i osunęłam na kolana.
Brązowowłosy rzucił się z gniewem na zabójcę, posyłając go na ziemię. Upadł na niego ze stęknięciem, sięgając za siebie po wygodniejszy sztylet. Gdy ostrze błysnęło w słońcu, Igarashi bezceremonialnie uwolnił jedno ramię i wierzchem pięści walnął Tsuneariego. Chłopak spadł z mężczyzny, ale nie wypuścił sztyletu. Uniósł wysoko dłoń, nadając impetu cięciu. Zabójca chwycił chłopaka za nadgarstek, a sztylet ledwo wbił się na centymetr w jego ciało.
- Ty cholerny… - warknął, zaciskając uścisk na nadgarstku Tsu.
Chłopak syknął, a sztylet wypadł mu z dłoni.
- Zostaw go! – krzyknęłam, usiłując się podnieść. Nogi znów się pode mną załamały.
Igarashi prychnął z rozbawienia i przeniósł okrutny wzrok znów na Tsu, który szukał sposobności do uwolnienia lewej ręki. Mężczyzna jeszcze bardziej zacieśnił uścisk, a ja, będąc kilka metrów dalej, usłyszałam trzask łamanych kości.
Tsuneari jęknął, wbijając paznokcie w przedramię mężczyzny. Igarashi mruknął coś ze znudzeniem, wykręcił lewy nadgarstek brązowowłosego, na co Tsu wydał okrzyk bólu i rzucił nim w moją stronę. Chłopak podniósł się z trudem na prawym ramieniu, starając się zebrać w garści. Lewa dłoń zwisała bez życia.
- Jasna cholera. – syknął, gdy Igarashi skierował się w naszą stronę.
- Daj mi jakiś sztylet, Tsu. – powiedziałam, podnosząc się na kolana. – Jeszcze go nim załatwię, zobaczysz. – mój głos był słaby, a z kącika ust skapnęła krew.
Chłopak mimowolnie wyciągnął ułamany, ostatni sztylecik, ale po chwili wahania nie dał mi go. Spojrzał z nienawiścią w Igarashiego.
- Wybacz, Ichi. Jestem bardziej zdolny do walki niż ty. – mruknął, unikając mojego wściekłego wzroku. Nim zdążyłam zaprzeczyć, szepnął jeszcze: - A poza tym to ja przyszedłem ratować ciebie.
Stanął chwiejnie na nogach, biorąc urywane wdechy.
- Tsu, ty skończony… - powiedziałam łamiącym głosem, usiłując się podnieść. Nadal miałam mroczki z powodu utraty krwi, a moje ramiona nie były wstanie utrzymać mojego ciężaru. Zachłystnęłam się krwią ponownie, opadając na kolana.
- Nic więcej nie mów, Ichigo. – powiedział jeszcze, krzywiąc się na widok mojej krwi. Zacisnął zęby z bezsilności i zasłonił mnie lewym ramieniem, niezdolnym do walki. – Jak będzie sposobność, masz uciekać.
Nim zdążyłam na niego warknąć, Igarashi zaklaskał. Jak na zawołanie oboje wlepiliśmy w niego wściekłe spojrzenia. Mężczyzna obserwował nas z rozbawieniem, stawiając powolne, leniwe kroki w naszym kierunku. Ciągnął miecz po ziemi, wydając przy tym upiorny dźwięk. Rozkoszował się każdą chwilą naszego narastającego strachu.
- Brawo, aż się wzruszyłem… - zakończył swoje klaskanie i skrzyżował ramiona na piersi. – Ale szczerze sądziłem, że dam radę was zabić w walce. Nawet w moich najśmielszych oczekiwaniach nie istniała wizja, że będziecie jedynie czekali na mój ruch, zbyt słabi na atak. – zaśmiał się, po chwili odchrząkując. – No cóż, wasza strata na szybką śmierć.
Skierował w naszą stronę czubek ostrza. Tsuneari napiął mięśnie, gotowy do ostatniego rzucenia się na przeciwnika. Wyciągnęłam drżącą dłoń w jego stronę, ciągnąc go za kurtkę. Chciałam mu powiedzieć, by przestał, ale… I tak nic to nie zmieni.
- Będziecie umierali bardzo, bardzo powoli i boleśnie… - Igarashi rozciągnął usta w uśmiechu, a w jego czarnych oczach dostrzegłam śmierć. – Nie wiem jeszcze od kogo zacznę. Może od ciebie, co, Kanegawa? Pomyśl sobie – mogłaś do mnie dołączyć, a tu proszę jak to się wszystko kończy. – rzucił protekcjonalnym tonem, celując we mnie mieczem.
Tsuneari przysunął się do mnie i zasłonił bardziej.
- A no właśnie, jest jeszcze pan obrońca sprawiedliwości. – prychnął Igarashi, podsuwając mu czubek ostrza pod gardło. – Tobie to od zawsze jest pilno do grobu, nieprawdaż?
- Zostaw go. – warknęłam, podnosząc się chwiejnie na nogi. Mężczyzna zagwizdał i schował miecz z powrotem do pokrowca.
- Ichi. – Tsu nadstawił swoje lewe ramię, gdy zachwiałam się. Przytrzymałam się go najdelikatniej jak potrafiłam, wiedząc, że jest ranny.
- Wiesz, Kanegawa. Chyba to z twoim chłopakiem pobawię się najpierw. – rzucił z sarkazmem. – Jestem mu winny porachunki za zwalenia nam stosunków ze Smile’m i śmierć Gihei’a. A poza tym, jestem ciekawy co zrobisz, gdy będzie umierał bardzo, bardzo…
Tsuneari odtrącił mnie od siebie i rzucił na Igarashiego, który pod wpływem szoku, zachwiał się i cofnął o kilka kroków, by odzyskać równowagę.
- Bierz go, szefie! – wrzasnął Tsu, zacieśniając chwyt na wrogu.
- Ha…? – wściekły okrzyk dowódcy Jishin urwał się w połowie.
Zza gruzów świątyni wyłonił się czarnowłosy mężczyzna. Pojawił się obok nich gwałtownie i wykorzystując impet skoku, zawalił Igarashiemu rękojeścią prosto w twarz. Tsuneari w międzyczasie puścił wroga i podnosił się na nogi. Fumiya chwycił go pod ramię, przypatrując się ranie na ramieniu.
- Żyjecie jeszcze? – rzucił, stawiając chłopaka do pionu.
- Jakoś… Szefie, moja ręka… - stęknął chłopak, a mężczyzna od razu go puścił i skierował spojrzenie na mnie. Lekko zbledł, gdy zobaczył, że śnieg wokół mnie jest czerwony, ale uniosłam dłoń na znak, że jeszcze nie umieram.
- Tsu, ogarnijcie się trochę. Ja go zatrzymam. – rozkazał i skierował się ku leżącemu na ziemi zabójcy.
- A potem co, szefie? – spytał jeszcze Tsuneari, podchodząc do mnie.
- Potem coś wymyślę.
Fumiya skierował się biegiem ku podnoszącemu się Igarashiemu. Mężczyzna splunął krwią, a o ziemię zabrzęczał wyłamany ząb. Otarł usta wierzchem dłoni, uśmiechając się krzywo.
- No to teraz się zacznie.
Fumiya zaatakował jako pierwszy, wyprowadzając potężne cięcie z dołu. Igarashi sparował je z uśmiechem. Ich wymiana ciosów przyprawiła mnie o dreszcze. Ruchy zabójców były wyćwiczone co do ostatniego milimetra. Ostrza mieczy błyskały między nimi, a cięcia wyprowadzane tak błyskawicznie były ledwo widoczne dla moich oczu.
Przełknęłam ślinę, czując ogromny respekt do Fumiyi.
Jak również strach, na myśl o mojej słabości.
Tsuneari przyklęknął obok mnie, mamrocząc o pośpieszeniu się. Sięgnął jedną dłonią do swojej koszulki, by rozpruć ją na paski, ale nakryłam jego dłoń swoją. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale tylko pokręciłam głową i sięgnęłam po swój szalik. Gdy zaczęłam obwiązywać mu lewy nadgarstek, starając się zrobić prowizoryczny temblak, chłopak syknął z bólu, nie odrywając wzroku z walczących.
- Może być złamana. – mruknęłam cicho, przewiązując mu szalik przez szyję. – Pokaż teraz to ramię. – nakazałam, ale spojrzał na mnie z oburzeniem.
- Nie cackaj się ze mną. Obwiąż sobie szybko ten bok i daj mi iść pomóc Fumiyi… - burknął, ale uśmiechnął się do mnie ciepło, gdy przypatrzyłam się jego ranie.
- Nie przesadzaj. Moje jest powierzchowne, a tobie na pewno przeciął tętnicę. – mruknęłam. Krew powoli krzepła, a jej ciśnienie zmniejszyło się. – Może nie będzie…
Nie dokończyłam, bo wtedy rozległ się wrzask Igarashiego.
Obróciliśmy się z Tsu z przerażeniem, ale gdy zobaczyliśmy Fumiyę stojącego nad szefem Jishinu, odetchnęłam z ulgą. Igarashi zasłaniał twarz dłonią, uspokajając własne wrzaski. Z pomiędzy palców pociekła mu krew.
- Ty skończony… - wycedził przez zaciśnięte zęby, ale czarnowłosemu nawet nie drgnęła powieka. Igarashi urwał.
- To dopiero początek, Yasuaki. – powiedział chłodno Fumiya, wbijając w niego pełne okrucieństwa, matowe, czarne oczy. – Twoje oko to zdecydowanie za mało cierpienia za nich wszystkich. – syknął, zbliżając czubek miecza do twarzy Igarashiego. – A teraz sobie wyobraź, że przejdziesz przez gorsze tortury niż te, które zafundowałeś Aracie… 
Igarashi splunął, nie tracąc werwy.
- Nic nie będzie gorsze, od tego co on przechodził… - zaśmiał się szyderczo, wspominając z uśmiechem ostatnie chwile poprzedniego szefa Kaminari.
Zakrztusił się, gdy dostał siarczystego kopniaka w twarz. Huknął o ziemię z głuchym stęknięciem i nic zdążył zarejestrować cokolwiek nowego, Fumiya kopnął go w twarz jeszcze raz. I jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Po czym rozległ się strzał z pistoletu.
Mogłabym przysiąc, że wszystko się zatrzymało, łącznie z moim sercem. Kruki poderwały się do lotu, a szum ich skrzydeł rozbrzmiał nienaturalnie głośno. Fumiya odsunął się z przestrachem, rozglądając się z nieufnością.
Rozległy się kolejne strzały, ale żadne z nas nie było w stanie dostrzec w co celują. Albo w kogo.
Igarashi zerwał się na równe nogi, uciekając jak najdalej od Fumiyi i również rozejrzał się z przestrachem.
Wśród nas, płatnych morderców było wiele niepisanych zasad. A wśród nich prawie na samym szczycie była ta odnośnie walki. Zakaz używania broni palnej.
- Gliny już kroczyły do akcji? – syknął Fumiya, rozglądając się.
- Cholera jasna. – warknął Igarashi, kuląc się gdy kolejne strzały się rozległy.
Mężczyźni zmrozili się wzrokiem, wiedząc, że nie dadzą rady ciągnąć walki, kiedy policja włączy się do akcji. Fumiya zrobił kilka niepewnych kroków w naszą stronę, krzywiąc się przy kolejnym wystrzale.
- Wstawajcie, dzieciaki. – mruknął. – Chyba musimy się stąd zmywać.
- Szlag by to. – warknął Tsuneari, zwijając zdrową dłoń w pięść. 
Rozległ się kolejny strzał, gdy Igarashi wyciągnął racę z kieszeni kurtki i ją podpalił. Flara poszła wysoko w niebo, nim zdążyliśmy zareagować, i rozbiła się na kilka czerwonych pocisków. Wpatrywałam się w nie, nie dowierzając, że oznaczają to, o czym myślę.
- Jeszcze się policzymy, Sotomura. – warknął Igarashi, odchodząc. – Na razie potraktuj to jako remis. – dodał jeszcze nienawistnie i ukrył się w cieniu zgliszczy świątyni.
Fumiya machnął na nas nagląco dłonią, marszcząc czoło. Patrzył się niedowierzająco w miejsce, w którym stał przed chwilą Igarashi. Gdy nie uciekaliśmy, odwrócił się i popchnął nas, biegnąc. Gdy zbiegaliśmy ze wzgórza, odzyskałam choć trochę zdolność logicznego myślenia.
- Wycofali się…? – wydusiłam z niedowierzaniem.
- Jakoś w to nie wierzę, ale tak… - westchnął Fumiya. – Niepokoi mnie tylko interwencja policji. Cholera jasna. – warknął do siebie i podbiegł do pozostawionego samochodu. Wybił szybko okno i otworzył drzwi. – Wsiadajcie.
Gdy tylko zamknęliśmy drzwi, docisnął pedał gazu do dechy. Zarzuciło nami na pierwszym zakrętem, ale Fumiya wydał się tym nie przejmować.
- Do organizacji w inną stronę… - mruknęłam, patrząc przez okno.
- Wiem… Jasna cholera. – warknął mężczyzna, ledwo wyrabiając się na kolejnym zakręcie. – To wszystko zakończyło się zbyt nagle, a ja nawet nie wiem, czy oficer Akaike zadzwonił po odpowiednich ludzi. Cholera. Teraz muszę się jeszcze upewnić, że ta idiotka żyje.
Widząc nasze pytające spojrzenia, westchnął.
- Omitsu z Hirokim ruszyli na tych z psychiatryka z Tateyamy… - wytłumaczył ze zmęczeniem. – Szybciej będzie jak ich weźmiemy ze sobą. Tokaji też gdzieś powinien tam być…
- Strzały ustały.
Tsuneari odezwał się po dłuższym okresie nasłuchiwania.
- Mam nadzieję, że to Akaike coś wykombinował. – mruknął Fumiya, przyśpieszając jeszcze bardziej.
- A ja sądzę, że to byłoby zbyt proste.  
***
Omitsu wzięła głęboki oddech, gdy ujrzała na niebie czerwoną flarę Jishinu. Wycofywali się. Kaminari wygrało. Teraz zabójcy z wrogiej organizacji powinni uciekać od nich. Gdyby jacykolwiek ostali.
- Omitsu? – Hiroki obejrzał się przez ramię, niedowierzając własnym oczom. – Czy mi się zdaje, czy jakimś cudem wygraliśmy?
Kobieta nie odpowiedziała, nadal stojąc wśród ciał ludzi z Tateyamy. Spojrzała na nich pusto, trącając najbliższego z nich stopą. Śnieg zabrudził się jeszcze trochę krwią. Omitsu prychnęła, a z jej dłoni wysunął się miecz.
- Omitsu!
Hiroki rzucił się w jej stronę, gdy zabójczyni osuwała się na ziemię.
- Ej, ej, ej! – jęknął, chwytając ją w ramiona. – Omitsu, co się dzieje? Jesteś ranna? Krwawisz? Co…? – urwał gwałtownie, gdy po jej policzku pociekła pojedyncza łza.
- Przepraszam. – szepnęła kobieta. – Po prostu... – nie dokończyła, patrząc się po zwłokach.
Hiroki zacisnął usta, podnosząc powoli kobietę do pionu. Wiedział doskonale, co tak bardzo przygniotło Omitsu. We dwójkę wybili około 30 ludzi. Którzy tak naprawdę zawinili tylko swoją chorobą.
- Jednak tego się nie zapomina. – mruknęła, spoglądając w swoje oczy, odbijające się w skrwawionym ostrzu miecza. – Nie byłam na takich misjach od 3 lat… Miałam wrażenie, że zamknęłam tą okrutność głęboko w sobie, ale…
- Przestań.
Omitsu spojrzała na niego przeciągle.
- Hiroki…
- Po prostu nic więcej nie mów.
Kobieta patrzyła się na niego jeszcze przez chwilę, po czym spuściła wzrok i schowała miecz do pochwy, milcząc. Zapanowała martwa cisza, przerywana tylko ich oddechami.
Po kilku minutach w oddali rozległo się trąbienie.
***
Mimo że Fumiya zapewniał nas, że Omitsu z Hirokim nie daliby się zabić zwykłym psychopatom, nawet w tak znacznej ilości, poczułam jak głęboko zakorzeniony strach ustaje. Naszym oczom ukazały się dwie, znane sylwetki stojące wśród zakrwawionych ciał.
Szef zatrzymał się z piskiem opon, i jakby nie zauważając poległych, podbiegł do Omitsu. Dostrzegłam przez ułamek minuty jej smutne oczy, ale kobieta błyskawicznie odzyskała werwę. Stanęła w rozkroku, kładąc dłonie na biodrach i roześmiała się szyderczo.
- Widzę, że się martwiłeś, idioto! – zachichotała, puszczając nam oczko. – To ujma na moich umiejętnościach, martwić się o moje marne życie przy takich… - splunęła. – przeciwnikach!
- Co za kobieta. – burknął Hiroki na powitanie. – Boże, widzisz, a nie grzmisz.
Spojrzeliśmy po sobie z Tsuneari i parsknęliśmy śmiechem.
- Walnąłbym cię, ale mam standardy, wiesz? – jęknął Fumiya, przecierając zmęczone oczy dłonią. Po chwili jednak posłał Omitsu szczery uśmiech. – Jednak dobrze cię widzieć w całości. Ciebie też, Hiroki.
Blondyn zasalutował krótko i od niechcenia, unosząc do góry jeden kącik ust. Spojrzał po nas z zadowoleniem, pozdrawiając milczeniem. Omitsu, nadal wyśmiewając się z Fumiyi, objęła mnie i Tsu, przyduszając w uścisku. Trzymała nas tak przez moment, po czym puściła i skrzyżowawszy ramiona, posłała Fumiyi poważne spojrzenie.
 - Sądzę, że to koniec. – mruknął czarnowłosy. Gdy Omitsu uniosła pytająco brew, westchnął głęboko. – Niestety żyje…
- Tak! – kobieta wykonała gest zwycięstwa, wprawiając nas w osłupienie. – No co? Myślicie, że darowałabym sobie, gdyby ten śmieć wykrwawiał się nie z mojej winy?
- Z kim ja pracuję. – burknął Hiroki, parskając, gdy Omitsu wbiła mu  łokieć między żebra.
- Opowiem o tym później, gdy będą z nami… wszyscy. – powiedział Fumiya, pochmurniejąc na sekundę. – Teraz wsiadajcie do auta. Im szybciej się stąd zwiniemy tym lepiej. To też dłuższa historia.
Kobieta pokręciła głową, ale zatrzymała się gwałtownie. Wyczuła na sobie pytające spojrzenie Tsu i zmrużyła oczy.
- O co ci… - zaczęła, po chwili blednąc. – JASNY GWINT, DO CHOLERY! – chwyciła szefa za koszulę, wpatrując mu się w oczy porozumiewawczo. – Fumiya, Tokaji walczył gdzieś tam, jeden na jednego. Z Shigeo…
Zrobiło mi słabo, a widok czarnowłosego przemknął mi przed oczami. Jak śmiałam w ogóle o nim zapomnieć? Rzuciłam przelotne spojrzenie chłopakowi, a gdy skinął mi krótko głową, zerwaliśmy się do biegu we wskazanym kierunku. Wysunęłam się na prowadzenie, nie myśląc o niczym innym.
Dwa zakręty dalej zobaczyłam pierwsze ciała i kącik moich ust drgnął. Wiedziałam, że biegnę w dobrym kierunku. Za kolejnym rogiem dostrzegłam ciało Shigeo. Widok znienawidzonego mężczyzny, który leżał martwy wśród śniegu przyniósł mi okrutną satysfakcję, ale nie zszokował. Przez myśl przeszło mi, że Tokaji wygrał i po prostu sobie odszedł.
A potem zobaczyłam go kilka metrów dalej.
- TOKAJI! – wrzasnęłam, rzucając się w jego kierunku.
Chłopak leżał bez życia na śniegu, który z każdą chwilą barwił się coraz bardziej na czerwono. Zatrzymałam się krok od niego, czując jak opuszcza mnie wszystko – siły, uczucia. Dusza. Opadłam na kolana.
- Kłamstwo. – powiedziałam pusto. – To kłamstwo.
Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, dotykając jego okrwawionego policzka.
Zimny.
Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie!
- Przepraszam, że to powiedziałam, Tokaji. – wydusiłam, przypominając sobie naszą kłótnię. Na śnieg spadły dwie wielkie krople. – Przepraszam, poniosło mnie. – przejechałam bezwiednie dłonią po jego twarzy. – Nie słuchaj mnie…
- NIEEEE! – wrzask Tsu przeszył każdą najmniejszą część mojego ciała. – NIE, Nie, nie… Nie…
Chłopak podbiegł do nas, ale zatrzymał się równie gwałtownie co ja. Opadł ciężko na kolana obok mnie wpatrując się w przyjaciela z zrozpaczonym wyrazem twarzy. Warga mu zadrgała, powstrzymując usilnie płacz, po czym Tsuneari rozciągnął usta w najboleśniejszym uśmiechu jaki widziałam.
- I masz co chciałeś… Umieranie podczas walki… - prychnął, zwijając dłonie w pięści i spuszczając głowę.
Po usłyszeniu tego wybuchłam histerycznym płaczem, przyciągając Tokajiego ku sobie. Tsuneari wzdrygnął się i położył mi delikatnie dłoń na ramieniu, ale ja nawet tego nie poczułam. Coś we mnie umierało bardzo, bardzo boleśnie.
I wtedy wyczułam ruch.
Odsunęłam się gwałtownie od obu chłopaków wbijając spojrzenie w Tokajiego.
Jego martwa twarz zadrgała, a sine powieki zacisnęły się jeszcze bardziej.
Po czym zamrugał gwałtownie, jakby światło go raziło, wbijając we mnie niedowidzące, czarne oczy. Rozchylił usta, a z kącika ust wyciekła mu krew.
- Nie sądziłem, że zasługuję na anioła stróża. – wyszeptał bezbarwnym tonem, usiłując wyciągnąć dłoń w moją stronę. Zawisła w powietrzu, bez sił by mnie tknąć. – Kocham cię, aniele… - wydusił jeszcze cicho, mdlejąc bezwiednie po raz kolejny.
Wyglądał jeszcze bardziej martwo niż wcześniej, ale żył. Klatka piersiowa poruszała się prawie niedostrzegalnie, ale oddychał.
Wzięłam głęboki oddech, uśmiechając się smutno.
- Dziękuję…
- FUMIYA! – wrzasnął Tsu, zrywając się na nogi. Machał ramionami, podskakując. – WCISKAJ GAZ DO DECHY! – dodał głośno, gdy auto zatrzymało się obok nas z piskiem opon.
Chwilę później Fumiya i Hiroki zabrali ode mnie Tokajiego i ułożyli go na tylnym siedzeniu, przypinając pasami. Fumiya usiadł ponownie za kierownicą, obok Omitsu, a my z Hirokim siedliśmy na niewielkiej przyczepce z tyłu. Blondyn mimowolnie przeżegnał się przed startem.
Siedziałam całą drogę jak w transie, mając wrażenie, że nadal gdzieś to wszystko przerodzi się w koszmar. Dopiero gdy dostrzegłam budynek organizacji i ludzi stojących pod nią, dotarła do mnie prawda.
To koniec. 
***
- Wycofali się? – mruknęła pod nosem Mako, odwracając się ku dzielnicy.
Walka toczyła się jeszcze przed kilkoma minutami, nie wskazując na zwycięstwo żadnej ze stron. Rudowłosa wciąż walczyła w nieustającym kręgu przeciwników, mogąc tylko patrzeć kątem oka jak coraz to więcej towarzyszy umiera. Aż w pewnej zwykłej sekundzie, w tym nieustającym koszmarze kruki poderwały się do lotu, oddalając coraz bardziej od zniszczonej świątyni. Ich drogę przecięła wystrzelona, czerwona flara.
A Jishin w jednej chwili uciekł, zostawiając skołowanych zabójców z Kaminari na środku ulicy. Mako obejrzała się wtedy na chłopaków, którzy wytrwale kryli jej plecy i skinęła głową. Wrócili na teren organizacji.
Teraz niewielka garstka ludzi biegała we wszystkie strony, zużywając na coś pożytecznego resztki energii. Ryutaro rozłożył się ze stanowiskiem medycznym jak najbliżej ludzi i pracował na pełnych obrotach. Inni zabierali z zniszczonego budynku najpotrzebniejsze rzeczy, szczególnie akta i dane.
A ci, którym ostało najwięcej sił znosili ciała.
- Podejrzane… - mruknęła jeszcze, po czym podeszła do Mikuru.
Strategiczka została tu jako ostatnia z dowództwa. Operowała każdą akcją zabójców, rozdzielając im robotę i jednocześnie segregowała przynoszone rzeczy oraz zapisywała wszystkie informacje w notatniku. Mako poczuła chęć na zagwizdanie z podziwu.
- Nie dziwne, że to ty jesteś od myślenia. – rzuciła beznamiętnie na powitanie. Mikuru przeczesała dłonią rozwalającego się koka, uśmiechając się cierpko. – Przeliczyłaś już nas?
- A, tak… - westchnęła, spuszczając wzrok. – Na terenie organizacji, łącznie ze mną i tobą jest obecnie… 26 osób. – wypowiedzenie tej liczby przysporzyło jej wiele bólu.
Mako przez krótką chwilę zrobiło się ciemno przed oczami.
- Połowa… - wydusił Koichi, pojawiając się wraz z Junem. Nieśli jakieś pudła, ale odstawili je z hukiem, jakby zasłyszana informacja pozbawiła ich sił.
- Oczywiście nie wykluczam, że niektórzy… jeszcze nie doszli. – strategiczka wzruszyła ramionami, starając zachować spokój. – Nie wrócił nikt z dowództwa,  a nie sądzę, że nasi najsilniejsi ludzie po prostu polegli… Przynajmniej mam głęboką nadzieję. – westchnęła smutno. – W ogóle, weźcie się do roboty. Wystarczy mi, że Suzuki sam się posłał na zwiady. – mruknęła i odgoniła ich ręką.
Trójka przyjaciół odeszła, uśmiechając się równocześnie ponuro i z ulgą, gdy widzieli towarzyszy, jak również brak niektórych. Choć widzieli tyle śmierci, choć zabili tyle osób, nic nie przyzwyczai cię do umierania bliskich. Jedynie Mako zachowywała chłodną maskę obojętności, choć rozglądała się co jakiś czas, usiłując wyłapać kogoś wzrokiem.
- Nie widzę go. – powiedziała w pewnym momencie pustym głosem. – Nie ma go.
- Kogo…? – zaczął Koichi, ale Jun trzepnął go i nakazał wzrokiem milczenie. Powiódł spojrzeniem dookoła i uśmiechnął się smutno, gdy nie dostrzegł nigdzie Meijiego.
- Może to dzięki niemu to wszystko się skończyło… - westchnął tylko Jun, spoglądając w jaśniejące niebo.
Mako podniosła na niego swoje smutne, zielone oczy, lecz nim zdążyła coś powiedzieć, rozległ się wesoły krzyk, a oczy wszystkich powędrowały ku bramie wjazdowej.
- HEJ, LUDZIE! – wydarł się Suzuki, przebiegając raźnie przez bramę i nie hamując ani na moment. Skierował się na grupkę ludzi stojących niedaleko ‘’stanowiska’’ strategiczki. – WYGRALIŚMY! BANZAI! – wrzasnął, wyskakując wysoko.
Kolejne wesołe wrzaski poniosły się echem, po chwili zastąpione śmiechem, gdy Suzuki po prostu wpadł w tłum ludzi. Koichi uśmiechnął się półgębkiem. Mimo, że wokół nich wszystkich wisiała aura śmierci, cieszyli się, że to koniec. Suzuki odsunął od siebie przyjaciół i wskazał z szelmowskim uśmieszkiem na bramę.
- A to jeszcze nie wszystko. Zgadnijcie, kto właśnie tu jedzie? – wyszczerzył się, a po kilku sekundach podjechało do nich duże auto.
***
Wszystko wydawało się dla mnie tak strasznie nierealne. To, że Suzuki, wysłany na zwiady, gdy nas rozpoznał, roześmiał się, pomachał dłonią i popędził do organizacji. To, że dojechaliśmy tam całą szóstką. To, że na nasz widok rozległy się wesołe okrzyki.
Wszystko rozgrywało się jak za bardzo, bardzo grubą szybą.
Zsiadłam z auta i dałam porwać się towarzyszom w objęcia. Gdzieś za sobą usłyszałam śmiech Tsu, którzy zdawał się zapomnieć o złamanym nadgarstku. Zarejestrowałam też to, że Fumiya od razu zawołał Ryutaro do Tokajiego. Poczułam, że lodowata dłoń trochę puściła moje gardło. Pod opieką lekarza na pewno wszystko będzie dobrze.
- No to teraz jest nas trzydzieści-dwoje… - mruknęła z zadowoleniem Mikuru, zapisując sobie to w notatniku. Po chwili podniosła wzrok na towarzyszów z dowództwa i zarzuciła im ręce na szyję. Trójka roześmiała się, gdy Mikuru mamrotała jakieś wyrzuty, ale nawet strategiczka w końcu zareagowała na nie śmiechem.
Uśmiechnęłam się ze zmęczeniem, poprawiając bandaże na swoim ramieniu i brzuchu. Omiotłam wzrokiem organizację, czując narastający smutek. Nie zobaczyłam 20 znanych mi twarzy.
W raptem kilka godzin straciłam dwadzieścia znanych mi osób.
W kilka godzin odebrano mi szansę ponownego spotkania ich kiedykolwiek.
Taki.
Stop.
Przestań.
Wzięłam głęboki oddech, ale nie poczułam impulsu do płaczu. Może tak się odwodniłam, że nie mam łez. Albo nie mam siły na nie.
Wtopiłam się w towarzyszy, starając się pomóc naprawiać to wszystko. Mimo, że cały czas wyczuwałam na sobie uporczywe spojrzenia Tsu, unikałam rozmowy i zawsze znajdowałam coś do roboty. Której akurat nie brakowało.
Po jakimś czasie instynkt kazał spojrzeć mi w stronę bramy. Z początku nie rozpoznałam go, ale po chwili rozciągnęłam usta w uśmiechu. Trzydzieści trzy, poprawiłam w myślach Mikuru, machając do Meijiego.
Mężczyzna zmrużył oczy, zmęczony i zakrwawiony, ale odmachał mi. Następnie zawołał kogoś stojącego najbliżej, wyraźnie rozbawiony nie zauważeniem go. Zachichotałam pod nosem, gdy towarzysze zaczęli się z nim przekrzykiwać. Po chwili rozsunęli się, przepuszczając przodem rozpychającą się rudowłosą. Mako stanęła na przedzie i spojrzała z beznamiętnym wyrazem twarzy na przybyłego mężczyznę. Meiji uśmiechnął się krótko, niepewien jak zareagować.
- Ej, Mako… - zaczął z wahaniem Koichi, gdy Jun położył dłoń na ramieniu kobiety. Zabójczyni strąciła ją delikatnie.
I pobiegła prosto na Meijiego.
- Mako… - wydusił ze zmieszaniem, gdy rudowłosa wpadła na niego z impetem i objęła mocno lekko drżącymi ramionami. Meiji stał tak przez ułamek sekundy, zdezorientowany, po czym przyciągnął ją do siebie i pocałował. Po chwili wahania Mako odwzajemniła pocałunek, przytulając go mocniej.
- Jesteś idiotą. – rzuciła beznamiętnie, gdy go puściła. A Meiji po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się chytrze, pocierając nos.
Jun i Koichi, oczywiście jako najlepsi przyjaciele czarnowłosego, rozpoczęli serię gwizdów i wiwatów.
Mimo całej tej ponurej atmosfery zrobiło mi się cieplej na sercu.
- No w końcu. – Tsuneari wykonał znak zwycięstwa i usiadł obok mnie. Spojrzałam na niego przez chwilę i westchnęłam. – Rozmyślasz nad czymś, prawda? – wbił we mnie spojrzenie.
- Czuję, że to nie policja wtedy do nas strzelała. – mruknęłam. – Oni strzeliliby celnie, a ten ktoś doskonale wiedział co robi. Doskonale wiedział, że zwykły strzał przekona nas do złożenia broni. – zwinęłam dłonie w pięści. – To wszystko wygląda bardzo podejrzanie… A oboje znamy kogoś bardzo podejrzanego, prawda? – dodałam, wpatrując się w dowództwo.
Na podjazd organizacji zajechał radiowóz, ale wysiadło z niego tylko dwóch policjantów, którzy co dziwniejsze uścisnęli dłoń szefowi. Zaraz po nich z samochodu wysiadł pokaźny mężczyzna, ubrany w garny garnitur. Miał dumny wyraz twarzy, a w jednej z dłoni trzymał teczkę, co sprawiało, że przypominał mi stereotypowego biznesmana. Przytrzymał drzwi ostatniemu pasażerowi – drobnej kobiecie, która wyskoczyła raźnie z auta. Z tej odległości dostrzegłam jej ekscentryczność – miała ciemnobrązowe, sterczące włosy, okrągłe okulary, grubą, skórzaną, zimową kurtkę, spod której wystawała dresowa spódniczka, pasiaste rajtuzy, a tego wszystkiego dopełniały pilotki na czole. Miałam ochotę się roześmiać.
- O, oficer Akaike przyjechał. – mruknął na początek Tsu. Po chwili zamarł i przetarł z niedowierzaniem oczy. – Jasny gwint, co z nim robi Ukyo Inaba? I czy to…? Czy to Sakiko Hashimoto? Jasny gwint. – powtórzył i westchnął głęboko. – Mam dość. Nie mam siły się w to wszystko mieszać. – jęknął po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
- Szybko działają, przynajmniej tyle.
Tsuneari spoważniał, rozumiejąc ukryte znaczenie tych słów i z dozą wahania pogładził mnie po głowie.
- Uwierz mi, Ichi. Naprawdę znajdziemy w tym bagnie czas na… godne pożegnanie ich wszystkich. Teraz muszą pozałatwiać wszystkie formalności, a dopiero potem… Potem damy sobie chwilę przerwy. – powiedział cicho.
Skinęłam krótko głową i chciałam wstać, ale chłopak pociągnął mnie za nadgarstek w dół. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, sięgnął do tylnej kieszeni kurtki i włożył w coś w dłonie.
Czarne, nadłamane oprawki.
- Skąd to… - wydusiłam, blednąc.
- Znalazłem… tam. – powiedział cicho. – Stwierdziłem, że po prostu… Nie pozwolę tego wyrzucić. Potem chciałem dać to Ayako, ale… Ale czuję, że to ty powinnaś o tym zdecydować i z nią porozmawiać. Dlatego ci to daję.
Przyciągnęłam do siebie oprawki Takiego, czując, że dziura w moim sercu odzywa się rozpaczliwym jękiem. Jednak nie poczułam łez, a samo serce pracowało swoim powolnym tętnem. Wzięłam głęboki oddech.
- To trochę ironiczne, prawda? – prychnął krótko Tsuneari, podając mi zdrową dłoń i pomagając wstać. – Dlaczego te cholerne okulary przetrwały? – mruknął smutno, odwracając się do mnie plecami. – Dlaczego ten cholerny okularnik nie przetrwał? – doszepnął jeszcze, zwijając dłoń w pięść. – Cholera.
Spuściłam wzrok, nie mogąc znaleźć na to żadnych słów. Omiotłam wzrokiem otaczających nas towarzyszy. Wszyscy chodzili uśmiechnięci, szczęśliwi naszą wygraną. Choć, w głębi resztek duszy, każdy z nas czuł, że to okrutna przegrana. Zwycięstwo nie przywróci Takiego do życia. Ani Daikiego. Ani pozostałych siedemnastu osób. Zwycięstwo nie pocieszy Ayako.
Nie uleczy Tokajiego.
- Chodź, Ichigo. – Tsu posłał mi ciepły uśmiech. – Widzę, że coś ustalają, a ja wolę tam być, by wybić im idioctwa z głowy. – Gdy nie ruszyłam się, chwycił mnie pod ramię i pociągnął do przodu. – Ufasz mi, prawda? Więc uwierz, że to wszystko potoczy się tak jak ma być. Że póki żyjemy damy radę zacząć od początku jeszcze raz. I jeszcze raz.
Wzięłam głęboki oddech.

I dalej podążyłam za nim już o własnych siłach.