Rozdział 15
Prochy na wietrze
Uśmiechałam się do siebie kpiąco pod
nosem, gdy słońce wzeszło już wysoko, uświadamiając sobie głupkowato, że na
dzień przed wylotem nie zmrużyłam oka. Podniosłam się w końcu ze stosów koców,
śpiworów i poduszek, w którym zasnęłyśmy we czwórkę i oparłam głowę na dłoni,
masując skronie. Po nieprzespanej nocy, podczas której byłam uwiązana własnymi
myślami, nie dość że bolał mnie łeb to prawdopodobnie wyglądałam jak siedem
nieszczęść. Cudownie.
Mimo wszystko przeciągnęłam, krzywiąc
się, gdy zdrętwiałe kości strzyknęły, ale przetarłam oczy i postarałam
bezszelestnie wstać. Mój ostatni dzień nie zakończy się na odsypianiu
wszystkiego. Spojrzałam na jedno ze zdjęć z ramek, przedstawiające mnie i
Sergia, zrobione na ostatnich wakacjach. Obstawiam,
że będziecie chcieli mieć się tylko dla siebie. Przekrzywiłam głowę, nie
wiedząc co o tym myśleć.
Nie wiedząc nawet co czuć.
Zrobiłam kilka drobnych kroczków, by ominąć
wszystko i przypadkiem nie nadepnąć na przyjaciółki, i sięgnęłam po komórkę
leżącą na biurku. Koniec końców przełknę dumę i zadzwonię do niego. Nie mam
zamiaru się tak rozstawać.
Zmarszczyłam brwi. Dlaczego akurat słowo
„rozstawać” pojawiło się w moich myślach, a nie na przykład „pożegnać”? Walcząc
z pogmatwaniem w umyśle, dopiero za drugim razem usłyszałam szept Nicoli.
- Obstawiam, że w ogóle nie spałaś, co,
ranny ptaszku? – jej cichy, lekko sarkastyczny szept rozległ się w ogólnej
ciszy. – W ogóle, to dzień dobry.
- Cześć Nico. – uśmiechnęłam się do niej
przepraszająco. – Wybacz, obudziłam cię? – spojrzałam przez ramię na zegarek,
który ledwo co wskazał ósmą rano.
- To zegar biologiczny. – wzruszyła
obojętnie ramionami, nadal leżąc. – Biegam codziennie rano. – dodała, po czym
zrzuciła nogi Cristiny ze swojego brzucha, budząc przy tym dziewczynę.
Cristina spała jeszcze przez kilka
nanosekund po czym ocknęła się gwałtownie, otwierając sklejone oczy tak szeroko
jak mogła. W końcu zorientowała się, gdzie jest i kto ją otacza i uśmiechnęła
się ciepło, trąc oczy i ziewając.
- Już wstajemy? – spytała retorycznie,
przerywając na moment by ziewnąć. -
Dzień dobry wszystkim.
- Dobry, dobry. – przytaknęłam,
przeciągając się jeszcze raz i opierając o biurko. Nicola również wstała,
przygładzając swoje włosy dłonią i zerknęła przez okno, mrużąc oczy od światła
wpadającego wprost przez okno.
- Jak złym trzeba być, by robić
sypialnię z oknem skierowanym na wschód? - westchnęła tylko i spojrzała na
Constanzę przez ramię. – Budzimy ją?
- Niech śpi. – mruknęłam. – Jak się
obudzi zacznie marudzić, że jest głodna.
- Chyba zostało nam trochę chrupek,
przeżyje. – stwierdziła Nicola.
- Myślałam o czymś bardziej treściwszym,
wiesz? – uśmiechnęłam się, patrząc na przyjaciółkę z rozbawieniem. – Jak, no
nie wiem, śniadanie? W końcu jesteśmy u mnie w domu, a nie na jakimś obozie
przetrwania.
- Całe życie jest obozem przetrwania.
Cristina odrzuciła od siebie kocyk
(który opadł na głowę wciąż śpiącej Constanzy) i usiadła po turecku,
przyglądając się nam wciąż zaspanymi oczami.
- To może ja nam zrobię śniadanie? –
zaproponowała, uśmiechając się do nas ciepło. – Obiecuję, że nie puszczę kuchni
z dymem.
Nim zdążyłam jej odpowiedzieć zdążyła
wyślizgnąć się z pokoju i pomknąć do kuchni. Wszystko to było całkowicie
niepotrzebne, zwłaszcza, że i tak miałam jej przytaknąć. Przeciągnęłam się po
raz ostatni.
- Spróbujemy tutaj ogarnąć póki mamy
chwilę czasu? – rzuciła Nicola, spoglądając po moim pokoju ze zdegustowaniem.
- Ta dobra, mój pokój, później w nim
ogarnę… - machnęłam ręką, ale dziewczyna wydawała się mnie nie słyszeć i i tak
schyliła się po puste butelki.
Spojrzałam na nią przeciągle,
uśmiechając się pod nosem. Na pierwszy rzut oka ona i Cristina były swoimi
przeciwieństwami za równo z wyglądu – ona wysoka i koścista, za to Cristi niska
i krępa – jak i z charakteru – Nico stonowana, spokojna i obojętna na połowę
świata, a Cristina ciepła, towarzyska o anielskim pragnieniu pomagania innym.
Jednak bardzo wiele je łączyło. Na przykład podejmowanie się czegoś, nim nawet
zdążę odpowiedzieć na pytanie.
Zaczęłam składać koce.
- I myślałaś już co powinnaś z nim z
zrobić? – spytała w pewnym momencie Nicola, nie podnosząc na mnie nawet wzroku.
- Nie wiem, raczej schowam go do piwnicy,
albo na strych by się nie pałętał pod nogami.
Nicola zamarła w bezruchu, po czym
spojrzała na mnie z konsternacją.
- Sergia?
- Co…? NIE. – sięgnęłam po śpiwór, który
złożyłam przed chwilą i zamachałam jej nim przed oczami.
Nicola patrzyła się swoim obojętnym
wzrokiem na przedmiot, po czym powiedziała tylko jedno słowo.
- Zapomnij.
Parsknęłam, kręcąc głową.
- Prawdopodobnie zadzwonię do niego i
zmuszę, by spotkał się ze mną i pogadał. Nie chcę się z nim tak… żegnać. –
powiedziałam spokojnym głosem.
- Jesteś pewna, że nie chcesz poczekać
aż to jemu wszystko się poukłada?
- W tym tempie poukłada mu się wszystko
za miesiąc, a mnie nie będzie od jutra w kraju przez pewnie parę lat. Nie mam
zbytnio czasu na to, czy on trybi szybciej czy wolniej. – prychnęłam. –
Zadzwonię do niego i tyle.
- Ja bym radziła uświadomić mu jak
wielkim dupkiem się stał.
Obróciłyśmy się obie w stronę Constanzy,
która obróciła tylko głowę w naszym kierunku. Na policzku odciśniętą miała
poduszkę.
- Dobry, śpiąca królewno.
- Dobry, dobry. – przytaknęła, podnosząc
się tak wysoko jak tylko mogła na wspartych ramionach. Podeszłyśmy do niej bez
słowa i we dwie pomogłyśmy jej usiąść na wózku stojącym w rogu pokoju.
- Wiecie, chyba zostanę przy wersji, że
zadzwonię do niego neutralnie. – stwierdziłam w końcu, gdy podłoga w pokoju
stała się widoczna. – Nie mam natchnienia na kolejne tarcia, gdy nie będę się z
nim widzieć tyle czasu.
- A ja mówię ci – facetowi trzeba
pokazać jego miejsce! – burknęła Constanza, trzepiąc poduszkę.
- Odezwała się ta co z facetami ma
najwięcej doświadczenia. – odparła spokojnie Nicola. – Po za tym jeszcze
niedawno go broniłaś.
- Nadal jestem zdania, że każdy
potrzebuje drugiej szansy. A nawet trzeciej. Co i tak nie zmienia faktu, że
Sergio zachowuje się jak dupek. – ułożyła poduszki w stosik i pogłaskała się po
brzuchu. – A wracając do spraw teraźniejszych. Umieram z głodu.
Razem z Nicolą wybuchłyśmy śmiechem, a
Constanza zmarszczyła brwi, przekrzywiając głowę z włosami sterczącymi na
wszystkie strony. W geście tym kryło się ciche pytanie, ale pokręciłyśmy głową
i skierowałyśmy się we trójkę do kuchni. Cristina kończyła akurat przyozdabiać
nasze naleśniki.
Siadłyśmy przy stole kuchennym i
odpaliłyśmy radio, zaczynając zajadać. Moi rodzice zostawili mi karteczkę, że
idą do pracy i przepraszają po raz setny, że muszą mnie zostawić samą nawet w
ostatni dzień mojego pobytu tutaj. Westchnęłam, czując poczucie winy, że
martwię moich kochanych rodzicieli bardziej niż powinnam. O ile można mówić
przy czymś takim o powinności.
Cristina akurat zaczynała smażyć nam
trzecią partię naleśników (nawet nie wiem, skąd wzięła na to składniki), gdy
rozległo się pukanie do drzwi. Pewna, że to albo rodzice się urwali, albo
przyszedł listonosz, pomknęłam w nieuczesanych włosach i w krótkich spodenkach
oraz jakieś dużej, męskiej koszulce do drzwi. Nawet nie zaprzątałam sobie głowy
sprawdzeniem, kto przyszedł, gdyż zaspany umysł domagał się większej porcji
naleśników.
Stanęłam jak wryta, gdy otworzyłam
drzwi.
- Posłuchaj mnie, Blanca, nim cokolwiek
powiesz lub wykrzyczysz mi w twarz. Wiem, że zachowywałem się jak ostatni
palant i idiota, myśląc tylko o sobie. Powinienem już dawno do ciebie
oddzwonić, ale ocknąłem się dopiero teraz, dlatego chcę cię bardzo przeprosić a
dzisiejszy dzień sprawię najle…. – Sergio mówił chaotycznie i na bezdechu, ale
w pewnym momencie jego oczy przetworzyły informację o tym co widzą i urwał na
chwilę. – A ja zastanawiałem się, gdzie podziała się ta koszulka.
Zamrugałam kilkakrotnie, patrząc się na
chłopaka z niedowierzaniem.
- Co ty tu robisz tak wcześnie? –
wydukałam.
Chłopak wyciągnął bukiet czerwonych róż
i moje ulubione belgijskie czekoladki zza pleców.
- Przepraszam cię. – spuścił wzrok ze
skruchą. – Za wszystko.
Nabrałam głęboko powietrza, czując że
mętlik w moim sercu stał się tak pogmatwany, że wydawał się być całością na
pierwszy rzut oka. W końcu odetchnęłam głęboko, uśmiechając się do chłopaka
ciepło, ze względu na te wszystkie lata, które spędziliśmy razem i świadomość,
że jutro już mnie obok niego nie będzie. Sergio wydawał się odżyć na ten
delikatny gest.
- Przytulas na zgodę? – spytał
niepewnie.
Zaśmiałam się cicho i zarzuciłam mu ręce
na szyję, choć nie potwierdziłam, że całkowicie mu daruję to co odstawiał przez
ostatni miesiąc.
- Ale plot-twist. – podsumowała
Constanza, wyglądając zza framugi kuchennej. – A teraz tak na serio, kto go
uświadomił co ma zrobić, co? Bo tym razem to naprawdę nie byłam ja.
W stronę jej głowy pomknął jeden z moich
kapci. Uchyliła się zwinnie, wywołując salwę chichotu w głębi domu. Twarz
chłopaka spowiła się czerwienią, gdy uświadomił sobie, że reszta dziewczyn
również u mnie jest. Potarł się po karku, odwracając ode mnie wzrok.
- Słyszę, że… masz gości. – powiedział
cicho. – Ale mimo to i tak chciałbym cię zaprosić na randkę życia około 11.
- Randkę życia? Wysoko stawiasz
poprzeczkę. – zaśmiałam się. – Daj mi pół godziny i będę gotowa. – mrugnęłam do
niego.
Chłopak uśmiechnął się rozbrajająco.
- No to podjadę po ciebie o 10. –
powiedział, spoglądając na zegarek.
Uśmiechnęłam się do niego i po chwili
wahania, pozwoliłam pocałować się w policzek, po czym zamknęłam za nim drzwi,
czując że cały ten zamęt powoli przestaje mieścić się w mojej słabej duszy.
***
Przeklinałam w duszy fakt, że dziewczyny
zostały aż do 10. Nie miałam prawa głosu w moim własnym domu i nim zdążyłam się
nawet zająknąć, wybrały mi ubrania, a Nicola mnie uczesała. Spojrzałam na
siebie w lustrze, po czym przeniosłam wzrok nad ramię, posyłając im znaczące
spojrzenie.
- Już nie rób takiej miny! – prychnęła
Constanza. – Wyglądasz jak człowiek, nie przesadziłam z ciuchami.
- U niej nawet nie ma z czym przesadzać.
– mruknęła Nicola, obrzucając moje w połowie puste półki z ubraniami
zdegustowanym spojrzeniem.
- No cicho bądźcie. – poprosiła Cristina
ugodowo. – Blanca, naprawdę ładnie wyglądasz. Słowo harcerza. – zapewniła
jeszcze pogodnie.
- Nie jesteś harcerzem. – odkaszlnęła
Nicola.
- NICO. – przerwała jej Constanza.
Zaśmiałam się pod nosem, po czym
pokręciłam głową i uśmiechnęłam się do swojego odbicia niepewnie. Drobnym
gestem odsunęłam z twarzy niesforny kosmyk, który już zdążył się wypleść z długiego
kłosa, po czym przygładziłam czarną
koszulę z falbanami na ramionach i bardzo wyciętymi plecami.
- Niech wam będzie. – przytaknęłam,
odwracając się do przyjaciółek. – Serio dziękuję. – uśmiechnęłam się z
wdzięcznością. Spojrzałam na zegarek i poczułam, że coraz mniej jestem gotowa,
jakbym zamiast ku wyjściu zmierzała do ślepej uliczki. – Ale szpilek mojej mamy
nie biorę, chcę lecieć w całości do Ameryki, a nie ze skręconą kostką.
- O nie, nie, nie, kochana. – zacmokała
Constanza, podjeżdżając do mnie i wciskając mi parę butów. – Dobierałam ci
ciuchy do butów i teraz mi tego nie zrujnujesz.
Zaśmiałam się, spoglądając na nią z ukosa.
- Ale ja mówiłam poważnie, Consta.
- Ja też.
Spojrzałam na nią z dezaprobatą,
zakładając buty, po czym prychnęłam, gdy dostrzegłam jej zwycięski uśmiech.
Cristina wyjrzała przez okno.
- Chyba Sergio podjechał autem. –
rzuciła.
- Od kiedy ten ciołek ma auto? –
zdziwiła się Nicola, również wychylając się przez okno. Przemilczałam tę
kwestię i pożegnałam się z nimi szybko, idąc do drzwi niepewnym krokiem. Po
chwili usłyszałam szur kółek.
- Odpręż się trochę, Blanca. – mruknęła
cicho Constanza. Szlag. Od razu wyczaiła, że moja niepewność nie spowodowana
tylko przez buty. – To tylko Sergio. Co może pójść źle?
- Wszystko. – syknęłam. – W najgorszym
wypadku trafię do kryminału.
- Błagam cię, jesteście ze sobą prawie 3
lata. W naszym wieku to jak stare małżeństwo. – uśmiechnęła się do mnie
uspokajająco.
Nic nie odpowiedziałam, przełykając
ciężko ślinę.
- Wiesz… Sergio to naprawdę równy gość.
Mimo wszystko. – powiedziała po chwili wahania, gdy prawie wyszłam na zewnątrz.
– W końcu jest tylko człowiekiem. Ale nie o to mi chodzi. Po prostu… Zrób tak
jak uważasz, a nie tak jak tego oczekują, w razie czego. Tak byś potem nic nie
żałowała, dobrze?
Opuściłam głowę, wypuszczając ciężko
powietrze.
- Dobrze. – przytaknęłam cicho, na co
przyjaciółka obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem.
Otworzyłam drzwi w momencie, w którym
Sergio praktycznie zapukał. Jego pięść zawisła w powietrzu.
- Łoł. – cofnął się pół kroku, lekko
zaskoczony, ale po chwili przywdział swój najbardziej rozbrajający uśmiech. –
Gotowa?
- Prawdopodobnie bardziej nie będę. –
uśmiechnęłam się blado na powitanie, po czym chwyciłam jego dłoń i pozwoliłam
wyciągnąć się z domu.
***
Jechaliśmy autem jego ojca poza
Manarolę, prawdopodobnie do jakiegoś bardziej cywilizowanego miasta. Między
nami panowała cisza, ale z tego co widziałam chłopak brał ją za naturalną.
Szkoda tylko, że ja mogłam kroić atmosferę nożem.
- W ogóle od kiedy masz prawo jazdy? –
spytałam w pewnym momencie.
- Nie długo. Zdałem w międzyczasie,
kiedy… - urwał na moment. – Kiedy przygotowywałaś się do wyjazdu.
Spojrzałam na niego z ukosa, ale chłopak
patrzył na czujnie na drogę. Przewróciłam oczami. Najwyraźniej nie miał zamiaru
poruszać problemu kierując. Miałam nadzieję, że później uda mi się z nim o tym
wszystkim porozmawiać, choć również wolałabym przemilczeć tę kwestię, ale
czułam, że jednak powinniśmy o tym porozmawiać. Jak dorośli ludzie. Niestety
chłopak inaczej zaplanował ten dzień, a na moją drobną sugestię padła
odpowiedź: Nie psuj tego pięknego dnia,
Blanca.
Więc nie psułam. Zagryzłam zęby, tak jak
zwykle, i powtórzyłam sobie setny raz podczas tych trzech lat, że nie ma sensu
wszczynać kłótni. Bałam się ją zacząć, ponieważ głęboko w sercu wiedziałam, że
po niej wszystko legnie w gruzach i będę musiała podjąć bardzo ważny wybór, na
który nie byłam jeszcze gotowa.
Sergio zaplanował naprawdę uroczy dzień.
Pojechaliśmy z samego rana do zoo, potem zjedliśmy obiad w eleganckiej
restauracji, a następnie spacerowaliśmy po uliczkach La Spezia. Nim nawet się
obejrzałam, dochodziła 17, a słońce powolutku wędrowało ku zachodowi. Mając
przed oczami ten widok, poczułam jak mój żołądek boleśnie się zaciska. Teraz
mój pobyt tutaj mogę zliczyć w godzinach. Raptem kilku godzinach.
Chłopak zdawał się nie zauważać napięcia
towarzyszącemu każdej z wykonywanych przeze mnie czynności, jakby zapomniał
moje ruchy przez ostatni miesiąc, gdy widzieliśmy się rzadziej. Natomiast ja
widziałam wszystko zaczynając od tego jak co kilka minut poprawiał mankiety
koszuli, pomrukując jakieś piosenki pod nosem, a kończąc na przyśpieszonym
tonie mówienia. Wszystko wskazywało na to jest podekscytowany, jakby całkowicie
zrozumiał moją decyzję i zaczął mnie w niej wspierać. Nie zachowywał się jakby
miał mi wyrzucić w twarz jak się z tym paskudnie czuje, jakby sądził, że dla
mnie to łatwe.
Jednak mimo tego, nadal miałam wrażenie,
że tylko upajam się tym złudzeniem.
Chłopak szedł obok mnie, trzymając dłoń
na mojej talii i opowiadając o czymś mało istotnym. O czymś co nie powinno mieć
teraz dla nas znaczenia, zważywszy jak daleko udaję się jutro. Wyglądaliśmy
jakbyśmy wyszli na normalną randkę, a nie jakbyśmy rozstawali się na długo.
Jednak Sergio nadal wydawał się promieniować szczęściem.
A to, że ktoś postępuje dobrze, nie znaczy, że
jest tym dobrym.
Miałam ochotę strzelić sobie w twarz,
gdy mój umysł posunął mi słowa Riccardo, które powiedział wcześniejszej nocy.
Zwolniłam lekko kroku, patrząc się w dal. Miałam siebie dość. Miałam dość tego,
że nie wiedziałam czego chcę.
- Dobrze się czujesz, Blanca? – spytał
chłopak. – Ucichłaś gwałtownie.
- Nie, nie, wszystko gra. – przytaknęłam
niemrawo, ale jemu to wystarczyło. Zaczął nucić coś pod nosem, wlepiając
spojrzenie w park rozciągający się przed nami.
Boże, kobieto, nie zachowuj się jak
typowa baba i powiedz o co ci chodzi. To facet, jemu trzeba jasno mówić jak
stoją sprawy. Mogłabym przysiąc, że mój głos rozsądku zabrzmiał jak Constanza,
ale mimo to miał rację. Szkoda tylko, że traciłam siły na to wszystko z sekundy
na sekundę.
- No to jak przedstawia się reszta
naszego planu, co? – spytałam tylko.
- No cóż… - zastanowił się chłopak. –
Już niezbyt kreatywnie. Planowałem wziąć cię na przechadzkę po parku, a potem…
- zniżył tutaj głos, okręcając mnie i przyciągając jeszcze bliżej do siebie. –
Zarezerwowałem nam pokój w hotelu. Tylko nam. – wyszeptał mi do ucha
zachrypniętym głosem, po czym pocałował mnie w szyję.
Znienawidziłam siebie w chwili, gdy
przewróciłam oczami na ten gest.
Sergio odsunął się ode mnie powoli,
łaskocząc jeszcze nosem łuk mojej szyi, by spojrzeć na mnie z zapytaniem,
wyraźnie zdziwiony moją reakcją. Czy raczej jej brakiem. Unikałam jego
spojrzenia, jednak nadal nie odsunęłam się od niego.
- Coś się stało? – spytał dość szorstko.
Zmrużyłam oczy i obrzuciłam go poddenerwowanym spojrzeniem. – No i czemu się
tak na mnie patrzysz?
- Nie po prostu… - znów zaczęłam
ugodowo, ale coś we mnie pękło. – Nie chcę iść do hotelu. – ledwo powstrzymałam
wybuch złości, gdy zmarszczył czoło. – Sergio, proszę cię. To ostatni dzień, w
który się widzimy.
- I to takie dziwne, że chcę mieć cię
całą tylko dla siebie? – spytał, próbując ponownie ze swoim niskim,
zachrypniętym głosem.
- Wiesz doskonale co o tym sądzę,
Sergio. – westchnęłam. – Nie chcę być jedną z tych par, które tylko by się
pieprzyły. Wolałabym z tobą porozmawiać. Tylko tyle.
- Przecież cały czas rozmawiamy. –
powiedział cicho chłopak. – A ty prawie nigdy nie pozwalasz mi się dotykać. –
dodał jeszcze z wyrzutem.
Ledwo powstrzymałam się od przewrócenia
oczami. Oboje wiedzieliśmy, że w tym momencie przesadza. Jednak nim zdążyłam
poukładać myśli znajdujące się w rozsypce od wielu miesięcy, zszargane
dodatkowo moim dzisiejszym instynktownym zachowaniem i powiedzieć składne
zdanie, Sergio znów pochwycił moją dłoń i poprowadził mnie gdzieś.
Zamilkłam, idąc w miejsce, do którego
zmierzał.
W pewnym momencie zatrzymał się
gwałtownie, w miejscu zupełnie niepozornym i nijakim, którego nie rozpoznałam w
pierwszej chwili. W drugiej też nie. Dopiero po kilku sekundach dalszego
milczenia, gdy Sergio puścił moją dłoń i odszedł ode mnie kilka kroków, drobne,
subtelne wspomnienia zagościły przed moimi oczami.
- Czy to nie jest przypadkiem…? –
zaczęłam niepewnie, ale chłopak widząc zrozumienie jawiące się na mojej twarzy,
uśmiechnął się szelmowsko i potwierdził moje przypuszczenia.
- Tak. To tutaj zapytałem się czy nie
zechcesz ze mną chodzić, a ty się zgodziłaś. – spojrzał po niepozornej uliczce,
w samym sercu parku miejskiego. Miałam wrażenie, że usłyszałam zdenerwowanie w
jego głosie.
- Jestem pod wrażeniem, Sergio. Zapamiętać
tak drobny szczegół… Ja bym się głowiła godzinami, w którym miejscu to było. –
przyznałam, rozglądając się również. Park o tej godzinie był pusty, nie licząc
ćwierkających ptaszków, kaczek pływających w stawie i pociesznej wiewiórki
szukającej orzechów. Wysokie klony górowały nad moją głową, tworząc na ziemi
witraże ze swych liści i światła.
- W sumie to od tamtego czasu uważam je
za moje szczęśliwe miejsce. – przyznał nostalgicznie. – W tamtej chwili nie
sądziłem, że się zgodzisz. A jednak. – uśmiechnął się do mnie, na co ja
odpowiedziałam tym samym, nie wiedząc do czego zmierza. Spojrzał prosto w moje
oczy, poważniejąc. – Blanca, proszę cię teraz tylko o jedną rzecz. Wysłuchaj
mnie do końca, dobrze?
Zaniepokojona lekko jego postawą, nie
wiedząc czego mogę oczekiwać, skinęłam powoli głową, patrząc się na niego
uważnie.
- Wiem, że nie jestem ideałem. Zdaję
sobie z tego sprawę aż za dobrze, szczególnie po czasie, w którym doprowadzałem
cię do łez. Masz prawo nazywać mnie idiotą, dupkiem, jak tylko chcesz, ale
naprawdę… cię kocham. – powiedział, a jego głos zadrżał od emocji. – Może
trudno określić to dobrym, romantycznym wstępem, a wszystko wygląda na
strasznie kiczowate, szczególnie z wybraniem tego miejsca, ale… - znów urwał,
patrząc się na mnie nie pewnie.
Nadal milczałam, tak jak mnie poprosił,
czując, że jeszcze nie skończył, dodatkowo, przez głowę przepływały mi tysiące
czarnych myśli i scenariuszy. Dostrzegłam jak Sergio zbiera się w garść,
spogląda prosto w moje oczy, po czym przyklęknął przede mną.
Czerń rozlała mi się przed moimi oczami.
To się nie dzieje naprawdę. Nie teraz.
Nie teraz.
- Blanco Coletti… - jego głos nawet nie
zadrżał od zdenerwowania. Doskonale wiedział co robi. Był pewny. W jego
dłoniach pojawiła się drobna, otwarta szkatułka z pierścionkiem.
Wpatrywałam się w niego w śmiertelnym
szoku, czując jak wszystko się we mnie zatrzymuje, zarówno serce, jak i
oddychanie. Czas stanął w miejscu, ulegając mojemu osłupieniu.
Z ust Sergia padło to najważniejsze
pytanie jakie może usłyszeć kobieta od tego jednego, jedynego mężczyzny.
- Czy uczynisz mi ten zaszczyt i
wyjdziesz za mnie?
To się nie dzieje naprawdę.
Rozmawiając z Constanzą, stwierdziłam,
że w najgorszym wypadku trafię do kryminału. Najwyraźniej istniały jeszcze
drastyczniejsze zdarzenia.
Zamrugałam gwałtownie, chcąc się
uszczypnąć. Patrzyłam się szeroko otwartymi oczami na mężczyznę klęczącego
przede mną, spoglądającego na mnie czarnymi, błyszczącymi oczami i oczekującego
na odpowiedź, która miała zadecydować o wszystkim. Pierścionek pobłyskiwał w
ostatnich promieniach słońca.
- Sergio… Ja… - wydukałam, przypominając
sobie o oddychaniu. Nawet przez myśl nie przemknęły mi oświadczyny. Nie po
naszych obecnie ochłodzonych stosunkach, nie przed samym wyjazdem. – Ja nie wiem
co…
- W planie było, że masz się zgodzić… -
Sergio przełknął ciężko ślinę.
Spojrzałam na niego, tak jak nigdy
wcześniej, pragnąc by dostrzegł wszystko to, czego nie umiem ubrać w słowa, w
moich oczach. Pragnęłam najmocniej na świecie, by dostrzegł jak bardzo mi na
nas zależy, nawet jeśli nie jest to płomienne uczucie licealistki, nawet jeśli
jest to przyzwyczajenie, ponieważ nie chcę od tego odchodzić. Chciałam by
dostrzegł jak bardzo się o niego martwię, w każdym drobnym aspekcie
codzienności. By ujrzał nadal małą, przerażoną dziewczynkę, która porywa się na
cały świat zupełnie sama.
Prawda była taka, że nie wiem co
powiedzieć.
Czasem nie wiedziałam, czy Sergio zdawał
sobie sprawę, że wcale nie ułatwia mi podejmowania decyzji. Że nie byłam
jeszcze gotowa na tak gwałtowne zmiany, zwłaszcza, że za kilka godzin miałam
ruszyć na drugi koniec świata.
Że nie chciałam jeszcze się wiązać.
- Sergio, ja nie wiem… - powiedziałam
drżącym głosem, a chłopak musiał wysilić się, by mnie usłyszeć. Chciałam się rozpłakać
i mieć wszystko gdzieś. – Nawet nie wiem, co powiedzieć… - wplotłam dłoń we
włosy, jak zwykle, gdy sytuacja mnie przytłaczała. – To… Ja… - gubiłam się w
własnym sercu. Zrób tak jak uważasz, a
nie tak jak tego oczekują. Nie chciałam podjąć takiej decyzji pochopnie,
nawet jeśli byłam z nim tak długo.
Nie chciałam go zranić.
Ale nie chciałam też później cierpieć.
Ukryłam twarz w dłoniach.
- Ja nie wiem co powiedzieć. –
wyszeptałam cicho, targana emocjami.
Chłopak podniósł się, nie odrywając ode
mnie wzroku i spojrzał prosto w moje oczy. Górował nade mną wzrostem. Kątem oka
zobaczyłam, że nie zamknął szkatułki z pierścionkiem. Wolną dłonią dotknął
czule mojego policzka.
- Możesz po prostu się zgodzić. – odparł
cicho, spuszczając wzrok.
Zabolało mnie serce, gdy dotarło do
mnie, że zabrzmiało to sztucznie, nawet jeśli były to najbardziej emocjonalne
słowa jakie dzisiaj wypowiedział.
- Sergio… - westchnęłam, drżąco
oddychając, jakby do moich płuc wdarły się odłamki szkła. – Nie uważasz, że to
za szybko? – spojrzałam na niego z nieokreślonym smutkiem w oczach. Chłopak
przyglądał mi się uważnie. – Że jesteśmy za młodzi na ślub? – moje słowa były
ciche, drżące i przepełnione goryczą. Chłopak starł kciukiem samotną łzę
spływającą po moim policzku. – Sergio, ja wylatuję bardzo daleko. Może nie być
mnie nawet kilka lat. Jesteś pewien, że…
Urwałam, gdy chłopak uśmiechnął się do
mnie ciepło. Nie był to kpiący uśmieszek, tylko jeden z tych, którymi pokrzepia
się serca, które mówią „wszystko w porządku” czy „mam rozwiązanie”. Do
ostatnich sekund wierzyłam, że Sergio ma dla nas rozwiązanie. Dopóki nie
otworzył ust.
- Więc nie wylatuj.
Nie powiedział tego jako rozkaz. Nie
zabrzmiało to jak prośba, nie pobrzmiewał tu gniew, smutek czy miłość.
Usłyszałam w tym stwierdzenie, jakby był pewien, że tak postąpię.
Wraz z tymi trzema prostymi słowami
dotarła do mnie prawda. Świadomość odebrała mi wzrok, roztaczając ciemność
wokół mnie, a ból, które przyniosły emocje wydarł mi resztki powietrza z płuc.
Poczułam się pusta, gdy prawda przemknęła przez mój umysł i żadna z barier,
które w nim stworzyłam, nie była zdolna do jej powstrzymania. Stworzone z moich
własnych słabości, były tak samo słabe jak ja.
Nawet teraz, po tym wszystkim…
- Chcesz mnie tu zatrzymać. –
wypowiedziałam te słowa z całym bólem, który skłębił się we mnie z tą myślą.
Sergio odsunął się ode mnie gwałtownie, patrząc na mnie z brakiem zrozumienia.
Poczułam jak zalewa mnie fala smutku, bo
dostrzegłam w nim, że to prawda.
- Nawet po tym wszystkim chcesz mnie tu
zatrzymać. Czy ty zdajesz sobie sprawę ile lat o tym marzyłam? Jak wiele osób
poza mną musiało nad tym pracować? – patrzyłam się na niego, czując, że nie
wytrzymam tego bólu, spowodowanego przez najczystszy smutek. – Czy ty wiesz, że
usiłujesz mnie zatrzymać, gdy stoję na samym starcie? – spojrzałam na niego z
cieniem gniewu w oczach. Prawda bolała. Zawsze boli. Pokręciłam lekko głową,
nie spuszczając z niego wzroku. – To nie były oświadczyny, Sergio, tylko marny
szantaż.
Mężczyzna zamknął z głuchym kliknięciem
szkatułkę.
- Czy to takie dziwne, że chcę mieć cię
przy sobie? – spytał chłodno.
Zmrużyłam oczy groźnie.
- Nie jestem rzeczą, Sergio. Jestem takim
samym człowiekiem jak ty i moje życie, moje wybory, są tylko i wyłącznie moje. –
skrzyżowałam ramiona, biorąc głęboki oddech. Nie mogłam pozwolić, by górę
wzięły we mnie smutek i złość. Liczyłam na tą rozmowę od długich tygodni,
jednak nie w takiej sytuacji. – Jeśli sądziłeś, że zostanę tutaj specjalnie dla
ciebie, to się myliłeś.
Chłopak syknął jakieś przekleństwo pod
nosem.
- Zachowujesz się jak pieprzona
egoistka. Sądziłem, że naprawdę jesteś tą jedyną. Że to naprawdę jest miłość. –
spojrzał na mnie wręcz nienawistnie. Poczułam ukłucie, gdy zdałam sobie, że
powiedział o nas w czasie przeszłym. – Sądziłem, że skoro mnie kochasz, to
zostaniesz przy mnie.
- Gdybyś chociaż spróbował to zrozumieć,
zdałbyś sobie sprawę, że nie wylatuję na zawsze. – zacisnęłam dłonie na
przedramionach, a do mojego głosu zakradła się złość. – A gdybym została z
tobą, zatrzymałbyś mnie tutaj na zawsze.
Sergio zwinął dłonie w pięści.
- Więc wolisz wybrać jakiś chorą,
niemożliwą do osiągnięcia zachciankę zamiast mnie? – prychnął.
- Nie nazywaj moich marzeń jakąś zachcianką!
– podniosłam głos, czując jak ciśnienie gwałtownie rośnie do góry.
- A jak mam inaczej to nazwać, co!? –
Sergio postąpił krok do przodu. – Nie robisz nic innego oprócz gadania i uczenia
się. Tym nic nie osiągnęłaś i nie osiągniesz! Będziesz tam tylko durną Włoszką,
która nie umiała spojrzeć na życie rzeczywiście! – jego głos niósł się po
opustoszałym parku. – Nie dasz rady, do kurwy nędzy, jesteś tylko kobietą,
Blanca!
- Szybko się, kurwa, zorientowałeś! –
postąpiłam krok do przodu, puszczając wodze mojego gniewu, ponieważ nawet
zdrowy rozsądek chciał to zrobić. – Jesteś niemożliwy, Sergio! W związku chodzi
o to, by się wspierać, a ty nie robisz nic innego od pociągnięcia mnie na samo
dno!
-
Normalne życie nazywasz dnem!?
- Jakie normalne życie? – zatoczyłam krąg
dłonią. – Zostaniesz sobie biznesmenen, przejmiesz firmę ojca i będziesz miał
jakieś interesy w większych miastach. A ja co? Zostanę w Manaroli jak w jakiejś
klatce? Za kogo ty mnie masz, co!? Za kurę domową i maszynę do robienia i
wychowywania dzieci!? – wydarłam się na niego, wpatrując się wściekle w jego
oczy.
- Taka jest rola kobiety. Ma wspierać
swojego mężczyznę. – wycedził powoli, a ja ledwo powstrzymałam się od
trzaśnięcia go w twarz. Odsunęłam się od niego.
- Jesteś pierdolonym szowinistą. –
warknęłam. – Stać mnie na więcej niż być pierwszą lepszą żonką. Moje ambicje
sięgają dalej niż to, co zrobię następnego dnia na obiad!
- Nic nie znaczysz w tym świecie, sama
to powtarzasz! Że jesteśmy tylko ziarenkiem piasku we Wszechświecie, prawda?
Więc przestań…
- Nie przestanę, cholera jasna! –
zwinęłam dłonie w pięści. – A wiesz dlaczego? Bo nawet jeśli jestem ziarenkiem
piasku, to jestem wolna!
Wzięłam głęboki oddech, usiłując poczuć
powietrze w płucach. Chłopak spoglądał na mnie z niczym innym jak czystą
nienawiścią w oczach. Wyprostowałam się powoli. Jeśli miałby na mnie spoglądać
w ten sposób przez resztę życia przy każdej kłótni, to nie jesteśmy skończeni.
Nie bylibyśmy w stanie nawet zacząć.
Czekałam na jego odpowiedź, nie podsycając
już ognia mojego gniewu.
- Jesteś moim najgorszym wyborem.
Jego chłodne, nienawistne słowa
zniszczyły moje serce, obracając je proch.
Obróciłam się od niego, trzymając dumnie
głowę wysoko, będąc wyprostowana, wierząc w swoją wartość.
- Jeśli chciałeś znaleźć sobie łatwą
dziwkę, to faktycznie jestem złą decyzją. – moje słowa zabrzmiały już
spokojnie, bez krzty gniewu czy zjadliwości.
Zrobiłam krok przed siebie. Potem
kolejny i kolejny.
I kolejny.
Z każdą sekundą prochy mojego ważnego
fundamentu były rozwiewane przez wiatr. Z każdą sekundą, z którą oddalałam się
coraz bardziej, wszystko przestawało mieć prawo istnienia. Z każdą sekundą z
którą on mnie nie zatrzymał, a ja nie chciałam być zatrzymana.