26 marca 2017

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 8 ~ Kiedy los jest przeznaczeniem

Rozdział 8

Kiedy los jest przeznaczeniem
Sue, nim przekroczyła próg własnego domu, stanęła bezszelestnie pod drzwiami, nasłuchując najmniejszego dźwięku. Jej uszy w ostatnim czasie wyczuliły się na niektóre odgłosy tak bardzo, że była w stanie dosłyszeć ciężki oddech ojca, który leżał na kanapie, spity, oddychając dymem po papierosach. Teraz natomiast nie usłyszała nic do wskazywałoby na ojca. Miała wrażenie, że ktoś stąpał cicho gdzieś w domu, ale gracja i rytm kroków wskazywałby tylko na Fumiyę.
Dziewczynka weszła do środka, nadal ostrożna i spięta, jakby to nie był jej dom. Zgarbiła ramiona od razu, po pomyśleniu o tym. Bo w sumie, to miejsce nie było jej domem.
Odetchnęła głęboko, gdy w jej stronę nie poleciała żadna butelka po alkoholu i zamknęła drzwi. Wtedy kroki stały się głośniejsze, choć nadal nie straciły na lekkości. Zza drzwi wyłoniła się sylwetka brata, który jednocześnie pobladł, ale odetchnął z ulgą.
- Cześć Sue… - westchnął, uśmiechając się ciepło i idąc w jej stronę.
- Cześć. – odparła ostrożnie. – Coś się stało? Jesteś strasznie blady…
Pokręcił tylko głową, zakrywając usta dłonią i zagłębiając się w przemyśleniach. Skinął jej jeszcze, odpływając totalnie i począł znów krążyć w kółko. Sue rzuciła za nim zaintrygowanym spojrzeniem. Teraz wiedziała, że coś było na rzeczy – Fumiya, nawet jeśli było niedobrze, zawsze odpowiadał, że jest dobrze.
- Widziałaś może gdzieś ojca? – spytał po chwili, gdy dziewczynka wnosiła tornister po schodach.
- Co? Nie. Czemu miałabym…?
- Gdzie on mógł poleźć… - mruknął pod nosem Fumiya.
- Nie wróci? – dziewczynce zabłysnęły oczy z nadzieją.
Czarnowłosy dopiero teraz zatrzymał się i mrużąc oczy, uśmiechnął się pocieszająco do siostry.
- O niczym innym nie marzę. – zaśmiał się ponuro. – Ale obstawiam, że jak załatwi te swoje czarne interesy to niestety wróci… Mniejsza z nim. Mam do ciebie sprawę, siostra.
- Łał, to dość niespotykane. – rzuciła żartobliwym tonem, bo brat zabrzmiał poważnie. Jego twarz nie drgnęła.  – No słucham.
- Wiem, że znalazłaś sobie teraz kolegę i bardzo się z tego cieszę, ale… Wracaj po szkole od razu do domu. Najlepiej przez rynek, a nie na skróty.
Dziewczynka mierzyła go wzrokiem przez dłuższą chwilę. Fumiya widząc, jak na jej czole pojawiają się bruzdy, już wiedział, że Sue nie zgodzi się tak po prostu. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby tutaj wracać jak najszybciej. Dlatego tylko westchnął, gdy padła odpowiedź.
- Nie ma mowy. Nie chcę tu spędzać ani minuty więcej niż to konieczne. – powiedziała czarnowłosa, krzyżując nieporadnie ramiona.
- Tylko, że właśnie to jest ta konieczność. – zaśmiał się Fumiya.
- Nie możesz mi rozkazać wracać do domu.
- Uważaj, bo się zdziwisz. – chłopak przewrócił oczami, zdając sobie sprawę, że nie osiągnie nic kłócąc się. – Słuchaj, mała. – powiedział czulej, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Tylko przez parę dni, okej?
- Nie okej. – burknęła, odsuwając się. – Nie będę marnować popołudni zamknięta w pokoju, bo ty jesteś przewrażliwiony, że w końcu ktoś mnie polubił!
- Co? – Fumiya został całkowicie zbity z tropu. – To nie tak… - jęknął.
- No w ogóle! – dziewczynka tupnęła. – Doskonale wiem, jak mnie widzisz! Po prostu nie możesz zrozumieć, że ktokolwiek chciałby się ze mną zadawać!
- Sue, nie przesadzaj. – uciął Fumiya.
- To czemu mam niby wracać prosto do domu? – posłała mu obruszone, acz pytające spojrzenie.
- Bo cię o to proszę?
Dziewczynka przewróciła oczami.
- Wrąbałeś się w jakieś kłopoty, tam, w tym podziemiu, prawda?
- Jakie podziemie, Sue, co ty wymyślasz…
- Nie traktuj mnie jak małego dziecka! – krzyknęła, popychając go z całych sił, a chłopak zachwiał się jedynie z czystego zdziwienia. – Nie jestem ślepa! Nie jestem głupia! Przecież widzę!
- Sue, chwila, co? Co ty…
- Widzę, gdzie idziesz i o jakich porach wracasz. Całkowicie padnięty i brudny. Nosisz przy sobie broń. Walczysz tą bronią. – mimowolnie w kącikach jej oczu pojawiły się łzy. – Czy ty myślisz, że ja nie widzę, że mamy więcej pieniędzy? Przecież one nie biorą się z nieba, Fumiya…
- Sueś… - kucnął przy niej, przytulając ją mocno. – Nie płacz, no. Przecież mówię, że to żadne podziemie. – powtórzył, a dziewczynka odepchnęła go.
- No właśnie! Zawsze to samo! – krzyknęła wściekła. – Wiesz co? Mam gdzieś, że każesz mi wracać! Pójdę sobie gdzie chcę i kiedy chcę, a ty i tak do tego nic nie masz, bo jak zwykle ciebie nie będzie i wrócisz późną nocą! Rób sobie co chcesz!
- Sue!
- Możesz sobie robić ze swoim życiem co chcesz, ale jeśli bawisz się w kryminalistę, to nie mam zamiaru być twoją siostrą! Robisz się taki sam jak ojciec! – krzyknęła dziewczynka, po czym pobiegła po schodach na górę, zatrzaskując za sobą drzwi.
Fumiya w pierwszym momencie miał za nią pobiec, układając pobieżnie plan na dalszą rozmowę – zdał sobie sprawę, że Sue domyśliła się bardzo dużo, ale nadal może przekazać to w szarościach, a nie na czarno-biało. Jednak zatrzymał się z wyciągniętą dłonią, czując jak ostatnie zdanie wyciska resztki powietrza z płuc, powodując, że oczy zaszły mu czernią, a resztki duszy, których jeszcze nie sprzedał zakołatały się boleśnie.
Spojrzał tępo na wyciągniętą rękę. Dłoń była duża, brudna i pokryta licznymi bliznami, odciskami i zadrapaniami. Uśmiechnął się, mrugając, by odpędzić szklistą powłokę z oczu. Jakby patrzył na dłonie ojca. Zaśmiał się cicho, wplatając palce we włosy i opadając ciężko na schody.
Znalazł się w swoim najgorszym koszmarze, który najwyraźniej postanowił wciąż się w nim rozwijać.
Fumiya odetchnął głęboko, próbując wrócić do wcześniejszej dedukcji, powtarzając sobie, że to wszystko dla dobra Sue.
Wszystko dla dobra ostatniej osoby, która cokolwiek dla niego znaczy.
***
Przez kolejne parę dni atmosfera w domu Sotomurów była okropnie niestabilna, czekała na pęknięcie, niczym ostatnia pokrywa lodu, ogrzewana cieplejszymi promieniami słońca.
Sue i Fumiya rozmawiali ze sobą jedynie z konieczności – ich ojciec zadziwiająco trzymał się z dala od domu, nie powodując żadnych bójek, a co za tym szło – rodzeństwo nie mogło udobruchać się swoją zwyczajową pomocą i wsparciem w takich sytuacjach. Dziewczynka przez pierwszy dzień miała za złe bratu i jak na złość wróciła samym wieczorem.
Fumiya, ze stresu nawet nie miał siły na zaczynanie kłótni. Przez cały poranek siedział na klombie, niedaleko szkoły obserwując otoczenie – niby z polecenia dilera, ale dzięki temu miał oko na Sue. Po południu, gdy siostra prawie kończyła lekcje, usiłowali razem z dilerem chociażby namierzyć Szczury. Bezcelowo. Czarnowłosy przegapił jednak możliwość zaciągnięcia siostry prosto do domu. Dziewczynka rozpłynęła się w powietrzu, a on stwierdził, że da jej godzinę. Szukał jej potem nawet w jej ulubionych miejscach, latając w te i we w te jak wariat, odchodząc od zmysłów.
Był bliski omdlenia, gdy docierało do niego, że Szczury muszą zawinąć kilka dzieciaków po cichu, a drobna, introwertyczna dziewczynka, której tak naprawdę nikt nie lubi, nie mogła być łatwiejszym celem.
Dlatego zagryzł mocno zęby, gdy siostra wróciła, dalej obruszona na brata. Nawet gdyby chciał, to co miałby jej powiedzieć. Że grasują tutaj porywacze? Zbyt dużo niewiadomych. Sue w 5 minut pogorszyłaby sytuację, dopytując się o zbyt wiele rzeczy. Na sam początek padłoby pytanie, skąd on niby to wie, a nie dałby rady wymyślić nic przekonywującego. Nawet sama prawda wydawała się chłopakowi mało realna.
Fumiya dopiero drugiego dnia zaobserwował zmianę – Sue wróciła dość szybko, ale inaczej patrzyło jej się z oczu. Na swojej owalnej twarzy miała wymalowany grymas, którym obdarzała go przy każdej okazji (on nie zachowywał się lepiej, przewracając tylko oczami i prychając), ale w spojrzeniu kryła się mieszanka negatywnych uczuć, przypominających mu zdradę, smutek i podejrzliwość, które skrywały się za przeszklonymi od powstrzymywanych łez, czarnymi oczami.
- Ej, Sue. – zawołał, przerywając napiętą atmosferę, jednak nie znalazł tyle zaparcia, by się uśmiechnąć. – Coś się stało? 
Dziewczynka zatrzymała się na górze schodów, rozglądając się na boki w totalnym zdezorientowaniu, rozchylając lekko usta. Wyglądała, jakby nie wiedziała co zrobić, jakby zapomniała kim jest. W końcu pokręciła głową i schowała się do sypialni. Fumiya już wiedział, że coś było nie tak – Sue tak po prostu by nie wróciła do swojego zamkniętego świata.
Chłopak stawiał już stopę na pierwszym ze stopni schodków, gdy do drzwi rozległo się łomotanie. Czarnowłosy zastygł w bezruchu, ale napiął czujnie mięśnie, jakby gotując się na walkę z ojcem. I wtem do niego dotarło – ojciec by nie zapukał. Pobiegł bezszelestnie do drzwi, zaglądając jeszcze przez ramię, czy Sue przypadkiem nie wychynęła ze swojego pokoju, po czym uchylił ostrożnie drzwi.
Diler szybko wstawił stopę między drzwiami, by chłopak nie zatrzasnął mu ich przed nosem. Fumiya spojrzał na niego pytająco, milcząc. Poczuł jak adrenalina zaczyna płynąć mu w żyłach – umowa pomiędzy nimi była prosta – diler nie zbliża się do jego domu, chyba że zachodzi ostateczność. Najwyraźniej szykowało się coś poważnego, chłopak wyczuwał to w powietrzu, ale nie ekscytował się.
Wolałby święty spokój, nieryzykowne misje i stały dopływ gotówki.
- Co jest? – syknął, mierząc szefa wzrokiem.
- Mam ich. – mruknął tamten. – Jedziemy teraz.
- Tak po prostu? Odbiło ci?
- Mam człowieka na mieście. Ma na nich oko, teraz wszyscy siedzą w tym ich mieszkanku-bazie. Lepszej szansy nie będzie. – diler uśmiechnął się. Fumiya zauważył, że ma na sobie zdecydowanie bardziej bojowy strój, niż poobdzierane, zatęchłe kamizelki, w których się tak lubował. – Jedziemy. – powtórzył z naciskiem.
- Dlaczego ci tak na tym zależy? – spytał sarkastycznie czarnowłosy, przestając blokować drzwi. Nie miał dużego wyboru, szczerze – to nie miał żadnego wyboru, więc zaczął zakładać wygodne buty.
Diler splunął, opierając się nonszalancko o framugę. Mężczyzna spoglądał na niego bacznie.
- Moje interesy to moje interesy. – odparł tylko.
- Kiedy zaczynasz mnie w nie mieszać, zaczynają być moje. – odparował chłopak. Diler zagwizdał z rozbawieniem.
- Masz w tym przecież interes, gówniarzu. – mruknął, szukając dziewczynki wzrokiem. Fumiya wypchnął go ramieniem za drzwi, zatrzaskując je za sobą.
Jego szef miał aż za dużo racji. Jeśli uda im się sprzedać Szczury lub chociaż zdobyć jakiekolwiek informacje, może zaśnie spokojnie. Wsiadając do rozklekotanego samochodu, czuł na sobie wzrok siostry, ale z bólem serca nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Wiedział, że jeśli dostrzeże oskarżenie i poczucie zdrady w jej oczach, albo co gorsza łzy, nie da rady.
- To twoje auto? – spytał, przybierając beznamiętną minę i zapiął pasy.
- Zabawny jesteś, Sotomura.
***
Sue patrzyła za odjeżdżającym autem z mieszanymi uczuciami, które w końcu spłynęły po jej policzkach w postaci łez. Od dłuższego czasu wiedziała, że jej brat zaczął babrać się w szemrane interesy, ale przypuszczać to co innego, niż zobaczyć.
Dziewczynka cofnęła się kilka kroków w głąb pokoju, krzywiąc się na dźwięk trzeszczącej podłogi. Była całkowicie sama, a dom pogrążał się w obezwładniającej ciszy. Sue zaczynała słyszeć bicie swojego serca. Mimo wszystko było to lepsze niż obecność tutaj ojca.
No właśnie. Ojciec.
Sue nie miała pojęcia, kiedy Akino wróci do domu, nie miała też pewności, że Fumiya zdąży wrócić na czas, a ona nie miała zamiar stawiać samotnie czoła rozwścieczonemu alkoholikowi. Zarzucając na siebie bluzę, postanowiła, że wróci dopiero, gdy reszta będzie pogrążona w głębokim śnie.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, nawet się nie oglądając.
Dziewczynka szła powolnym krokiem przez opustoszałe uliczki, oświetlone popołudniowymi przebłyskami słońca, które od lat usiłowało dodać uroku temu szaremu miejscu. Mimowolnie kierowała swe kroki w tą gorszą część miasta, jakby nie mogąc znieść widoku czegokolwiek weselszego. Może podprogowo chciała też sprzeciwić się bratu, mimo że doskonale wiedziała, że to tylko troska.
Swój powolny, ociężały chód zatrzymała dopiero będąc na pograniczu tych dobrych uliczek, a tych złych. Zmrużyła oczy przypatrując się trzem niewielkim postaciom i poczuła jak napięte do tego czasu ramiona opadają, a wyimaginowana siła opuszcza ją. Takeda zabawiał jakimiś wesołymi pogaduszkami dwie bliźniaczki z jej klasy. Sue może była nazbyt przewrażliwiona, ale kiedy zobaczyła jak Takeda czeka akurat na nie, kiedy ją zignorował, pozwalając by dziewczynki ją wyśmiały, poczuła się zdradzona.
I naiwna.
Jakby liczyła, że Takeda nie zorientuje się, że coś jest z nią nie w porządku.
Po tylu latach powinna się w końcu nauczyć.
Że nigdy nie będzie równa reszcie.
Mimo iż widok tej trójki w jakiś sposób zaalarmował ją, Sue odwróciła się i poszła w zupełnie innym kierunku, niewidoczna dla roześmianych dzieciaków.
***
Problemy zaczęły się po dwóch dniach. Fumiya nie wrócił na noc do domu, a Sue wdrapała się po rynnie do pokoju, unikając ojca jak ognia.
Na lekcjach nie pojawiły się bliźniaczki. Nagle oznajmiono im, że dziewczynki zmieniły szkołę. Tego samego dnia Sue dostrzegła jak Takeda zaczepiał jakiś starszych chłopaków. W jej głowie zapaliła się czerwona lampka, która rozbłysnęła jeszcze jaśniej kolejnego dnia, gdy w szkole pojawiła się policja, rozpoczynając śledztwo. Bliźniaczki zaginęły, a dzieci, po ewentualnych pytaniach odesłano do domu.
Sue, nim wróciła, przemogła się i spytała się starszej klasy o jednego chłopaka. Jego dzisiaj też nie było.
Dziewczynka poleciała na skróty do domu. Rano widziała, że brat w końcu wrócił, ale był tak nieprzytomny, że nie obudziła go żadnym sprawdzonym sposobem. W jej rozczochranej głowie zaczęły kłębić się pytania, a odpowiedzi, które sama sobie dopasowywała zaczynały przerastać jej drobne ciałko, powodując, że serce obijało się boleśnie o klatkę ze strachu.
Fumiya musiał mieć cel w tym, że chciał ją uziemić. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zabronił jej wychodzić dzisiaj, gdy poszukiwania zostały wszczęte, ale brat wiedział o porywaczach dużo wcześniej. A skoro wiedział, dlaczego nie poszedł z tym do władz? Dlaczego ukrywał to wszystko?
Sue przełknęła ślinę.
Dlaczego Takeda gadał ze wszystkimi, którzy zniknęli?
Dziewczynka zmarszczyła brwi. Z chłopakiem było coś nie tak, więc postanowiła go unikać. Ciemne myśli zaczynały krążyć jej po głowie. Może znajomość z nią miała dla niego jasny cel. Zaprzyjaźnić się, uśpić czujność, a potem…
Krzyknęła, gdy wpadła na kogoś z całym impetem, odbijając się od niego jak od ściany. Podniosła oszołomiony wzrok do góry, wiedząc kogo zobaczy.
Takeda roześmiał się, wyciągając do niej dłoń jak nigdy nic.
- Co ty odstawiasz, Sue? Nic ci nie jest? – poderwał ją z łatwością do góry.
Dziewczynka rozejrzała się z przestrachem, zdając sobie sprawę, że ulica jest opustoszała. Było bardziej niż źle. Bardzo, bardzo źle. Obrzuciła go mimowolnie oskarżycielskim spojrzeniem. Rozplanował to sobie idealnie.
- Coś się stało? – spytał, zerkając przelotnie na zegarek. Zmarszczył przy tym brwi na ułamek sekundy, co dało Sue jasny znak.
Czekał na czyjś ruch. Odsunęła się ostrożnie na krok.
- Ej, Sue, gdzie ty… - ciągnął wesoło Takeda, ale w pewnym momencie jego twarz zastygła, a w jego błękitnych oczach błysnął chłód. – Ty już wiesz, prawda? – zniżył głos do ledwo słyszalnych tonów.
Sue odskoczyła na jeszcze kilka kroków, rozglądając się z przestrachem. Takeda syknął z niezadowoleniem, spoglądając znowu na zegarek. Najwyraźniej jego plan szlag trafił. Chwycił przyjaciółkę za nadgarstek, ale ta wyrwała się mu, gnając przed siebie. Chłopak syknął pod nosem. Dywersję też szlag trafił.
Sue biegła ile miała sił w nogach, chociaż Takeda jej nie gonił. Serce praktycznie wyskakiwało jej z piersi, ale dodawała sobie sił myślą, że już nie daleko. Fumiya musiał być w domu. Fumiya coś wymyśli.
Fumiya ją uratuje.
Dziewczynka jeszcze jakimś cudem przyśpieszyła, gdy usłyszała, że biegną za nią zwartą grupką.
***
Takeda nie oberwał co prawda od towarzyszy, że pozwolił uciec tak łatwemu celowi, ale wiedział, że jego dywersja nic nie da. Reszta Szczurów ruszyła za dziewczynką, więc nie było szans. Zerknął na zegarek. Nawet nie wiedział, czy wiadomość dotarła do niego na czas.
Odetchnął głęboko. Szkoda dziewczyny. Polubił ją.
Ruszył spokojnym truchtem za towarzyszami.
***
Sue wpadła przez drzwi domu jak burza.
- Fumiya! – wrzasnęła, wbiegając po schodach. – Fumiya! – zawołała rozpaczliwie, nie mogąc namierzyć brata w żadnym z pokoi. Zbiegła szybko na dół. – Fumiya!
- Nie drzyj tak japy, gówniaro, jego tu nie ma! – huknął ojciec z salonu.
Dziewczynka była tak zdesperowana i przerażona, że pomknęła za głosem ojca, czując jak łzy ulgi spływają jej po policzkach. Nigdy nie poczuła się tak bezpiecznie z myślą, że ten mężczyzna jest w domu.
- Tato, ratunku, oni mnie… - zaczęła sapać, trzęsąc się i wskazując w stronę drzwi, ale urwała.
Ojciec nawet na nią nie spojrzał, przeliczając dość duże pieniądze. Na stole leżała koperta. Sue szybko składała fakty. Musiał je od kogoś dostać. Cofnęła się o krok, kręcąc głową. Nie oddychała, nie myślała, jej serce nie biło.
Czuła się jak zwierzę, nad którym pastwi się drapieżnik. Ofiara wie, że i tak przegrała, ale mimo wszystko nikt nie oszczędzi jej strachu wtłaczanego z wielkim bólem w żyły.
Nikt i nic w tym świecie nie było po jej stronie.
Zdążyła tylko wrzasnąć, ostatkiem sił, gdy cofając się napotkała opór umięśnionego ciała. Obcy mężczyzna bez trudu przygarnął wątłą, małą dziewczynkę do siebie, przytykając jej do nosa szmatkę nasączoną chloroformem. Ostatnim co dostrzegła Sue, był okrutny uśmiech, kogoś kogo musiała uważać za ojca, po czym poddała się w tej bezsensownej walce i sama zamknęła oczy, pozwalając by substancja całkowicie odebrała jej przytomność.
***
Fumiya wyszedł spokojnie z opuszczonego składu węgla.
Diler wysłał go z powrotem do domniemanej kryjówki Szczurów, ale nie ponownie nie znalazł niczego przydatnego. Chłopak zatrzymał się jeszcze, zwracając wzrok ku ponuremu otoczeniu. Niewielkie hałdy węgla pozostawały tu i ówdzie, mając te szczęście, że póki co ludzie ich nie ograbili. Na pustym, brudnym placu stało kilka samochodów bez opon, w opłakanych stanie. Fumiya miał wrażenie, że swoimi wybitymi szybami wręcz proszą o litość i wzięcie ich na złom.
Chłopak westchnął, mnąc starą kartkę w kieszeni. Pierwsze krople deszczu spokojnie opadły na jego twarz, spływając po niej i zatrzymując się z wahaniem na brodzie. Fumiya pokręcił głową, pozwalając im się oderwać i spojrzał na zmiętą kartkę. Diler ją znalazł, kiedy ostatnio tutaj byli. Notatka na niej wskazywała, że zabójcy tu urzędowali, ale nie było tutaj nic więcej niż to.
Trzy dziewczyny, jeden chłopak.
Dość zwięzłe wytyczne, zakpił chłopak i, nie przejmując się deszczem, ruszył powoli w kierunku przystanku. Schowawszy notkę z powrotem do kieszeni, wyciągnął jednego papierosa i zapalniczkę. Przytrzymawszy ogień przy samym końcu cygara, zawahał się, słysząc gdzieś niknący głos siostry, ale nie przemógł się, by zgasił płomień. Wręcz odetchnął z ulgą, gdy w wydychanym powietrzu był nikotynowy dym.
Diler wciąż zastanawiał się kogo jeszcze mają zamiar zwinąć Szczury. Jeśli wierzyć w kartce, brakowało im tylko jednej dziewczyny. Ale nawet jeżeli ich zapadlina, nazywana przez niektórych miastem, była mała, to dziewczyn poniżej 18 lat było aż zbyt dużo.
- Nie może pan wsiąść z papierosem. – mruknął kierowca autobusu, otwierając przed zmokniętym chłopakiem drzwi.
Fumiya uśmiechnął się, wypuszczając papierosa z ust i przydeptując go piętą.
- Poproszę jeden bilet.
Z początku w autobusie był tylko on, ale im bliżej jakiejkolwiek cywilizacji byli tym więcej osób przewijało się. Fumiya obserwował ich pustym wzrokiem, oddychając ciężko.
Szare osoby wchodziły i wychodziły, a ich ruchy i słowa zacierały się po chwili w pamięci. Tak naprawdę nie istniały dla nikogo dłużej niż kilka sekund. Fumiya odchylił głowę do tyłu, krzyżując nogi. Wolał chociaż nie patrzeć, by oderwać się od tych ponurych rozmyślań.
Jednak po kilkunastu minutach, gdy to w końcu on mógł zatrzeć się w cudzej pamięci i wyjść z autobusu, jego melancholia zaczynała przeradzać się w niepokój. Jakby instynkt, który szkolił ostro przez ostatnie miesiące, obudził się w tej chwili. Fumiya czuł jak wszystkie mięśnie napinają się raz po raz, jak u drapieżnika gotowego do skoku, wzdrygał się gdy dreszcze przebiegały mu po plecach. Chłopak nie wiedział co się działo, ale wiedział, że coś.
Te niewiele osób, którego go minęło w drodze do domu, spostrzegłszy morderczy wzrok wbity gdzieś przed siebie, usuwało mu się z drogi, a czarnowłosemu w uszach mieszały się dwa imiona przyrównywane do siebie.
Akino. Fumiya.
Zahamował swój chód dopiero przed samymi drzwiami, mając nagłe przeczucie. Było cicho. Mógłby nawet nazwać to spokojem. Tylko tu nigdy nie było spokojnie.
Nikogo nie ma? Fumiya nacisnął delikatnie klamkę, a drzwi otworzyły się. Otwarte? Chłopak stał przed otwartymi wrotami do piekieł, mając coraz gorsze przeczucia.
- Co ty odpierdalasz!? – huknął ojciec po chwili, powodując że tętno Fumiyi zamiast choć trochę się uspokoić, tylko przyśpieszyło. – Wchodzisz czy nie, no kurwa mać!?
Fumiya zmarszczył groźnie brwi, wkraczając do domu. Zatrzymał się cicho po środku przedpokoju, nasłuchując. Ojciec siedział na kanapie w salonie, zapewne chlając na umór najtańsze whisky.
Tylko czemu on nie zamknął drzwi? Zawsze zamykał wszystko co możliwe pod klucz, a teraz…
Czarnowłosy dalej nasłuchiwał. Sue nie było.
Fumiya zmrużył na chwilę oczy.
Sue nie było?
Chłopak oparł się nonszalancko o pustą framugę, gdzie kiedyś znajdowały się obszarpane drzwi od pokoju dziennego. Krzyżował ramiona i spojrzał na ojca. Facet siedział jak ostatni pijak, pijąc z gwintu tanią wiśniówkę. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem.
- Te, gdzie jest Sue? – spytał Fumiya, nie spuszczając z niego wzroku.
Akino czknął, śmiejąc się ohydnie pod nosem.
- Jakby mnie jeszcze obchodziło, gdzie ta suka jest. – splunął.
Chłopak syknął, ale nie dał się sprowokować.
- A była chociaż w domu? Wróciła po szkole?
Ojciec był głuchy na każde z pytań, podśmiewając się pod nosem. Znów pociągnął spory łyk alkoholu. Fumiya wyprostował się, nie kryjąc już obrzydzenia i złości, które tylko dodawały ojcu sił i radości.
- Na zewnątrz leje jak z cebra. Gdzie ona jest? – wycedził powoli, przez zaciśnięte zęby. Po plecach chłopaka przebiegł dreszcz, a mięśnie mimowolnie się napięły.
Ojciec jedynie roześmiał się szelmowsko, odchylając się do tyłu na kanapie.
I podczas, gdy ten paskudny śmiech, rozbrzmiewający w tym domu od okrutnie wielu lat, obijał się o uszy Fumiyi, chłopak spostrzegł dużą ilość pieniędzy na stole, wysypujących się z koperty.
- Skąd to masz? – spytał, przenosząc wzrok na ojca.
Trafił. Mężczyzna uspokoił się i w jego spojrzeniu było ostrzeżenie. Obaj wyprostowali się.
- Zgarnąłem w kasynie. – warknął Akino.
Fumiya prychnął z rozbawieniem pod nosem.
- Nie łżyj, ty… - zaczął kpiąco, przerzucając przelotnie wzrok na kopertę, ale urwał, jakby coś wycisnęło mu powietrze z płuc. Jego źrenica zwęziła się maksymalnie, a tętno przyśpieszyło, wyczuwając niebezpieczeństwo. Na kopercie była niewielka atramentowa odbitka.
W kształcie szczura.
Została im ostatnia dziewczynka.
O nie.
- Ty sukinsynu. – wyszeptał Fumiya.
Po czym zatoczył się, gdy butelka z tanią wiśniówką rozbiła się o jego głowę. Oczy chłopaka zaszły mgłą, a widzenie utrudniała jeszcze stróżka krwi spływająca mu z głowy. Wszystko działo się w zwolnionym tempie.
Ojciec podniósł się z kanapy i szedł w jego kierunku. Fumiya tracił czystość umysłu, gdy w jego dłoni pojawił się jeden ze sztyletów. Akino roześmiał się tylko, wykorzystując, że chłopak, mimo iż uzbrojony, z rozbitą głową jest prawie bezbronny. Czarnowłosy oberwał pięścią i upadł bokiem na stół, zmuszając się do automatycznego poderwania na nogi. Upuścił sztylet, który Akino odkopnął.
- Żeby kierować broń na własnego ojca…  - splunął mężczyzna, popychając Fumiyę. Chłopak spojrzał na niego morderczo, mimo iż twarz miał oblepioną własną krwią.
Ojciec uderzył go złączonymi dłońmi w głowę z całej siły. Fumiya odsunął się chwiejnie na kilka kroków.
- Jesteś tak samo żałosny jak matka. – wycedził Akino. – Żałosny, słaby śmieć.
Czarnowłosy nie słuchał go. Oddychał ciężko, wiedząc, że ma szczęście być jeszcze na nogach. Oprócz adrenaliny czuł strach. To nie było zwykłe wyżywanie się. Ojciec najpierw wycelował w skroń, potem w potylicę. Fumiya przełknął krew i pianę zbierającą się w jego ustach.
Stojący przed nim mężczyzna był bardziej niż gotowy go zabić.
Mimo iż nogi miał jak z waty, jego ruchy napędzane były przez myśl, że traci czas. Jego siostra… Jego jedyna siostra…
Drugi i ostatni sztylet pojawił się w jego dłoni. Wycelował w ojca – i tak wiedział, że się uchyli i o to mu chodziło. Mężczyzna odsunął się z rozbawieniem, po czym jego uśmiech został starty przez pięść Fumiyi. Chłopak nawet nie widział, gdzie celuje. Poczuł jak kość policzkowa ojca wbija się boleśnie w jego kłykcie.
Ale to był satysfakcjonujący ból.  
Kolejny cios wycelował w szczękę, chcąc ogłuszyć ojca, ale stary bokser odbył zbyt wiele walk, by się na to nabrać. Z warknięciem godnym zwierzęcia, chwycił ogromną dłonią pięść syna i praktycznie ją zmiażdżył. Fumiya wrzasnął, po chwili ucichł, czując jak krew zalała mu usta. Pięść ojca wbiła się boleśnie w splot słoneczny.
Nie wiedział czy to co widzi jest prawdziwe, czy czerń z krwistą czerwienią, przelewającą się przez jego oczy, tworzyła własne obrazy. Wziął oddech. Bolało. Żył. Wszystko było takie powolne. Upadł na ziemię. Leżał. Mógł się ruszać, ale nie mógł. Czuł jak odłamki szkła wbijają mu się w ciało.
Odłamki szkła.
Wydech.
Ojciec przyszpilił go do ziemi, zacierając ręce z uciechy. Miał zamiar pastwić się nad chłopakiem, którego nawet nie uważał za syna, tak jak zwykle. Wbijając dziesiątki uderzeń w twarz czarnowłosego.
Fumiya patrzył się z lekko rozwartymi ustami na ojca. Na wznoszącą się pieśń. Nie miał nawet… broni…
Odłamki szkła.
Deszcz ucichł, nie wybijając już spokojnego, usypiającego rytmu.
Chłopak ostatkiem sił poderwał się, wkładając wszystko co miał w jeden płynny ruch ramieniem. Jego wzrok przeczyścił się, widząc zdziwioną, skwaszoną bólem twarz ojca. Mężczyzna rozprostował powoli pięść, kierując dłoń ku tętnicy, po czym spojrzał w beznamiętne oczy syna, i krztusząc się krwią, upadł bez życia.
Fumiya widział oczy mordercy, odbijające się od kawałka szkła wbitego w szyję Akino. Wziął oddech, wyczołgując się spod mężczyzny. Wydech.
Ból nadal do niego nie dochodził – jedyne co pulsowało do dłoń poraniona szkłem. Krew ojca mieszała się z jego własną.
Wdech.
Wydech.
Wszystko było takie ciche.
Fumiya schylił się po jeden sztylet, później po drugi. Stanął przed ojcem, patrząc się jak ciepła jeszcze krew wylewała się z przeciętej szyi. Przełknął ślinę, blokując jeden mięsień, który cały czas drgał, jakby jego ciało chciało się uśmiechnął.
W końcu, wykończony prychnął, odwracając się od ciała.
Ludzie porównując go i ojca mylili się.
Czarnowłosy był zdecydowanie gorszy.
Fumiya wyszedł pewniejszym już krokiem z domu, wyciągając drżącymi dłońmi zmięte kartki. Tę z wytycznymi Szczurów schował do kieszeni spodni, a drugą ostrożnie rozprostował, nie przejmując się pozostawianymi na zdjęciu plamami krwi.
Łagodne oczy siostry spoglądały na niego z ufnością i miłością.
- Po moim trupie. – wycedził, a jego głos nie zabrzmiał znajomo.
Z szarych chmur nie padał już deszcz, jakby nie chcąc obmyć jego dłoni, zbrukanych krwią własnego ojca.
__________
Zajęło mi dość długo, ale ważne, że jest :D Mam nadzieję że się podobało, w końcu ktoś w historii o mordercach zginął. Osobiście największą satysfakcję miałam pisząc końcówkę. Zastanawiałam się czy nie pozostawić Akino przy życiu, ale zdecydowanie zbytnio nakręciłam się na jego zabicie. 
Jestem okrutnym człowiekiem xD
A, i jeśli ktoś czeka.na.kolejną część, to nie obiecuje że pojawi się szybko. Wypadałoby przejrzeć coś przed gimnazjalnymi.
Trzymajcie się!  

25 lutego 2017

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 7 ~ Kiedy los wybrał za wszystkich

Rozdział 7

Kiedy los zdecydował za wszystkich
 Minęły dwa dni od kiedy Sue zgadała się z Takedą, a Fumiya rozmawiał z dilerem. Mimo wszystko chłopak poczuł respekt do słów szefa. Nawet jeśli facet był kawałem drania, który zmieniał imię i paszport średnio co miesiąc, to miał doświadczenie i informacje, którymi wcale nie musiał się dzielić. Czarnowłosy zdawał sobie sprawę, że miał szczęście odnośnie pracodawcy. Ilu było mu podobnych, którzy zostaliby sprzedani bez zawahania.
Jego większym problemem stały się teraz pieniądze. Ze wszystkich oszczędności opłacił zaległe rachunki i z kilku miesięcznego odkładania zostały żałosne grosze, które ich ojczym przepił, posyłając wcześniej syna do piachu. Chociaż tym razem, Akino wyszedł z bójki z podbitym okiem.
Przyłożył lód do obitego ramienia, wspominając z uśmiechem swój pięknie wyprowadzony prawy prosty. Jego monotonne powtarzanie podstawowych ciosów zaczynało przynosić efekty. Chłopak starał się nie myśleć, że na długotrwały efekt przyzwyczajenia się do takiego życia, może przekreślić wszystkie plany. Wyciągnął szluga z kieszeni i zapalił go wyczerpującą się już zapalniczką. Po chwili prychnął, wypuszczając dym przez nos. Nabawił się tego nałogu przez dilera.
- Od kiedy ty palisz? – spytała Sue, pojawiając się w drzwiach od kuchni.
Fumiya obrócił się spokojnie, jakby zupełnie nie obchodziło go to, że w zębach trzyma papierosa. Uniósł wysoko brwi.
- A od kiedy ty umiesz się skradać, co? – wyszczerzył się, zaciągając dymem.
Siostra spoglądała na niego z narastającą irytacją. Po chwili zerwała się i jednym ruchem wytrąciła szluga z jego dłoni, przydeptując go ostentacyjnie piętą. Fumiya spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Ej, co się dzieje? – spytał, siląc się na spokój. W jego oczach pojawiło się zatroskanie, gdy położył czule swoją odrapaną dłoń na wątłym ramieniu Sue.
Dziewczynka poczuła wyrzuty sumienia, czując namacalny dowód ciężkiej harówki brata, ale zmarszczyła groźnie brwi i strąciła jego dłoń. Brat spojrzał na nią z dozą zaskoczenia.
- Masz nie palić. Nie zgadzam się! – mruknęła, mierząc się z nim wzrokiem. – To nie zdrowe. – dodała jeszcze, trochę ciszej, tracąc animusz. Podniosła przestraszone oczy na brata, ale ten tylko kopnął resztkę cygara pod szafki kuchenne i pogłaskał siostrę z czułością po głowie.
- Dobra. Trzeba było tak mówić od razu. – uśmiechnął się smutno.
- Tylko tyle? – czarnowłosa wytrzeszczyła oczy na brata.
- Słucham?
- Nie nic, nic. – mruknęła, zakładając tornister na plecy i spostrzegła, że plecak Fumiyi również leży nieopodal. – Idziesz do szkoły? Nie masz roboty, ani nic?
- Nawet czasem taki skończony drań jak ja musi iść do szkoły. – chłopak wzruszył ramionami, wciąż się uśmiechając. – Ostatnio jakoś nic nie ma.
- Nie jesteś skończonym draniem… - szepnęła dziewczynka, pochylając głowę i cicho zakładając buty.
Brat prychnął rozczulająco.
- Sue… - zaczął niepewnie. – Jak masz jakieś problemy w szkole, to wiesz… Jestem dzisiaj wolny, mogę cię… no wiesz, odebrać…
- Nie! – zaprzeczyła szybko dziewczynka. – Znaczy… Dzisiaj jestem zajęta po szkole. – speszyła się jeszcze bardziej, widząc wytrzeszczone oczy brata. – Bo ja… Ja… idę na rolki z przyjacielem. – wypaliła szybko i wypadła z domu.
Fumiya zakrztusił się śliną.
- Od kiedy ty masz przyjaciela? – spytał cicho, mrugając oczami. – Przyjaciela? Czy to jest chłopak? – wykrzyczał za siostrą, wypadając przez drzwi.
Sue zatrzymała się gwałtownie i posłała bratu spojrzenie pełnie dezaprobaty.
- Już tak nie histeryzuj. – pokazała mu język i poszła w stronę szkoły sprężystym krokiem.
Fumiya patrzył się za nią, nie mogąc uwierzyć w to co usłyszał i widział. W końcu jednak uśmiechnął się z ulgą, wracając do środka. Podszedł do zdjęcia matki, dziękując jej w myślach, mając wrażenie, że to dzięki niej Sue znalazła przyjaciela. W końcu.
Wzrok chłopaka rozmył się, a on przestał spoglądać na fotografię, tylko gdzieś w przestrzeń. W domu panowała cisza – ojciec zniknął wczoraj i na razie się nie pojawił. Przynajmniej tyle. Fumiya wyciągnął paczkę tanich cygarów z kieszeni i chwycił jednego w zęby. Chwilę przed zapaleniem zawahał się, pokręcił głową i schował papierosa z powrotem do pudełka, wzdychając.
Zarzucił plecak na plecy i wychodząc do szkoły, cisnął szlugi do najbliższego śmietnika.
***
 Klasa ucichła momentalnie, gdy chłopak przekroczył próg. Fumiya zatrzymał się w progu, unosząc do góry jedną brew w geście zapytania i obrzucił wzorkiem kolegów. Wtedy wszyscy z powrotem rozmawiać, ale czarnowłosy nie mógł pozbyć się wrażenia, że szepty dotyczą jego. Nie mając zbyt wyboru, odetchnął głęboko i usiadł w swojej ławce.
Nie było jeszcze wszystkich – przez wszystkich, miał na myśli tylko Satoshiego i Kai’a. Oni jedyni mogliby z nim pogadać, chociaż zaczynał mieć wątpliwości. Rozumiał, że od początku tego semestru więcej go nie było, niż był, rozumiał też, że przez jego ojca i teraz też przez niego samego potworzyły się jakieś niezrozumiałe plotki, nie mające pokrycia. W większości. Zastanawiał się tylko, czy ci ludzie serio myślą, że zmienił się tak szybko przez ostatni miesiąc nieobecności.
Podparł czoło na dłoni, nawet nie zastanawiając jaki materiał teraz jest przerabiany. I tak zawali ten rok szkolny, więc równie dobrze może się po prostu nie pokazywać wcale.
Może faktycznie się zmienił. Na ramiona opadły mu jego długie, skołtunione, czarne włosy. Był ubrany bardziej niechlujnie niż zwykle, któryś dzień z rzędu nie zmienił koszulki i obstawiał, że jego zapadnięte oczy oraz ciągnący się zapach dymu i alkoholu tylko utwierdzał te plotki.
- Fumiya, to ty? – Satoshi zachłystnął się napojem z puszki, widząc go. Czarnowłosy uniósł dłoń na powitanie, ale kumpel wraz z Kai’em, który przyszedł z nim, nie wyglądali na wesołych. Rozejrzeli się po klasie i nie mając większego wyboru, podeszli do niego.
- Co ty tu robisz? – spytał sceptycznie Kai, wyciągając książki.
- Z tego co wiem, to jeszcze chodzę tu do klasy. – Fumiya uśmiechnął się, nie zważając na to, że Satoshi, który siedział z nim od podstawówki w jednej ławce i ratował mu skórę na wszystkich sprawdzianach, przesiadł się do Kai’a.
- Myślałem, że już cię zdegradowali do repetytowania.
Fumiya zignorował przytyk, chociaż spojrzał na nich z niemym pytaniem. Dlaczego mnie nienawidzicie?
Może kumple dostrzegliby to spojrzenie, gdyby raczyli chociażby na niego spojrzeć. Kuzyni zaczęli ze sobą o czymś dyskutować, odwracając się do niego plecami, nim zdążył jeszcze coś powiedzieć. Więc zignorował ich, rozpierając się nonszalancko o oparcie krzesła i począł bezsensownie bawić się długopisem.
Mógł równie dobrze nie wracać. Zarobiłby trochę kasy, a nie marnował czasu z ludźmi, którzy i tak nie chcieli go widzieć. Westchnął głęboko. Nie miał pojęcia ile czasu zajmie mu jeszcze zebranie odpowiedniej kwoty. Jego plan już okroił się tylko do wyniesienia stąd siostry. Myślał o jakiejś szkole z internatem – to byłby w stanie na bieżąco opłacać.
Bolało go, że nawet tego nie był w stanie jej zapewnić. A nawet gdyby – Sue nie cierpiała ludzi. Prawdopodobnie znienawidziłaby go, jeśli wysłałby ją gdzieś daleko, do obcych. Fumiya nawet nie sądził, że cieszyłaby się z pobytu tam chociaż trochę. Ale nic innego nie mógł wymyślić. Myślał godzinami i nic. Dochodził zawsze do jednego wniosku – że tam byłaby bezpieczniejsza, że miałaby potem lepszy start w dorosłe życie.
Prychnął sam do siebie, próbując odciąć się od wszechobecnych szeptów. Znalazł się w ślepym zaułku, bez nikogo, kto mógłby mu pomóc. Westchnął dużo ciężej, niż ludzie w jego wieku powinni wzdychać.
- Dzień dobry, klaso, dzisiaj kontynuujemy… - nauczyciel wparował szybko do środka, na początku nawet nie spoglądając na uczniów. Dopiero po chwili podniósł wzrok, by sprawdzić obecność, ale zastygł w bezruchu. – O. Pan Sotomura. Jakże miło, że zaszczycił nas Pan swoją jakże bezcenną obecnością. – wysyczał zjadliwie.
Fumiya był zmęczony i bolało go. Nie wiedział konkretnie co, ale po prostu czuł ból.
***
 - Ej! – Fumiya nie chciał przyśpieszać, ale zaczął tracić kumpli z zasięgu wzroku w tłumie reszty uczniów, którzy tak samo jak on zmierzali w nieokreślonym kierunku. Początkowe zainteresowanie jego osobą ucichło po raptem dwóch lekcjach, więc teraz musiał ryć się łokciami, przybierając groźny wyraz twarzy, by ktokolwiek go przepuścił. – Ej!
Satoshi i Kai byli niemi i głusi za każdym razem, gdy usiłował z nimi dzisiaj pogadać. Nie naciskał za bardzo, szczerze po paru razach irytował się i siedział cicho sam, czując pełen obrzydzenia wzrok kolegów i koleżanek, gdy wpatrywał się w jakiś odległy punkt ze wściekłością. Świerzbiły go ręce. O dziwo brakowało mu tej swobody jaka panowała w podziemiu – tam nikogo nie obchodziło, czy ktoś się tłukł czy nie.
Fumiya wypadł w końcu na dziedziniec, od razu zauważając kumpli, którzy kierowali się do spożywczego naprzeciwko szkoły. Poczuł jak poziom jego irytacji zwiększa się jeszcze bardziej i przyśpieszył, prawie biegnąc. Miał ochotę prychnąć. Jeśli myśleli, że ich nie dogoni to kpili sobie z niego.
- Darujcie to już sobie, do kurwy nędzy. – powiedział, starając się, by ton głosu nie zdradził agresji, która kotłowała się w jego wnętrzu.
Położył ciężko dłoń na ramieniu Satoshiego, który gwałtownie ją strącił, obracając się z mordem w oczach i odsuwając się od niego. Kai patrzył na niego ostrzegawczo, spode łba.
- Ty sobie daruj, palancie. – warknął Satoshi, poprawiając wzruszeniem ramion kurtkę. Kuzyni zwrócili się z powrotem w stronę sklepu, ale Fumiya wszedł między nich, rozpychając się ramionami i zatrzymując ich.
- Odbiło wam do reszty? – warknął z dozą niedowierzania, patrząc się po ich twarzach, ale nie mógł wyczytać nic, co wskazałoby na to, że kiedykolwiek mógł nazywać ich swoimi przyjaciółmi.
- Chyba tobie odbiło, Sotomura.  Trzymaj się od nas z daleka. – mruknął Kai, trzymając się na bezpieczną odległość. – Nie chcemy wpakować się w to gówno, w którym ostatnio się babrasz.
Fumiya szybko ocenił ich dystans i nie mógł dłużej kryć wściekłości, uśmiechnął się szyderczo. Roznosiła go energia.
- A, rozumiem. Po prostu zbyt długo truli was tymi durnymi plotkami, które porozpowiadały te tapeciary, co? A może pomogliście im je rozgłaszać, hę!?
- Odpierdol się od nich.
- A, teraz to się przyjaźnicie. A to przepraszam. – splunął na ziemię, wywołując u kumpli falę nienawiści. – Widzę, że laski nie poleciały na… jak to ujmowaliście? A, no tak. Tajemniczego, złego chłopca. – zaśmiał się szyderczo, spoglądając na nich morderczo.
- Jesteś żałosny, Sotomura. – Satoshi przewrócił oczami.
- Teraz żałosny, co? – wzruszył z niedowierzania ramionami. – Kumplujemy się od podstawówki, a teraz nie było mnie w szkole raptem miesiąc i co? Myślicie, że przejdzie ze mną udawanie, że mnie nie znacie? – zrobił krok w ich stronę, a oni cofnęli się, uznając ten gest za ostrzeżenie.
- Kurwa, czego nie rozumiesz w słowach trzymaj się z daleka!? – Kai go odepchnął, a Fumiya zatoczył się kilka kroków w tył, łapiąc z łatwością równowagę. Zastygł na moment w bezruchu, po czym wpakował ręce w kieszenie, powoli podnosząc wzrok na kumpla. Zaczął kierować się w jego stronę z coraz większym mordem wypisanym na twarzy.
Zatrzymał się dopiero, gdy Satoshi wpił mu dłoń w ramię, posyłając ostrzegawcze spojrzenie. Czarnowłosy rozejrzał się szybko po placu – zbliżały się coraz chłodniejsze dni, więc coraz mniej osób z ich niewielkiego technikum w ogóle wychodziło na zewnątrz. Nie było żadnych świadków. Przynajmniej tyle.
- Dobra, Sotomura, posłuchaj mnie. – westchnął chłopak. – Może tego nie widzisz, ale stary. Nie jesteś już tym samym człowiekiem. Przysporzysz tylko wszystkim kłopotów, jeśli będziesz się z nami trzymał.
Fumiya przewrócił oczami, prychając.
- Właśnie o tym mówię, do cholery. – Satoshi popchnął go, stając obok Kai’a. – Zawsze byłeś ignorantem i sztywniakiem, ale teraz… Spójrz na siebie – obdarte, brudne ciuchy cuchnące petami, alkoholem i cholera go wie jeszcze czym.
- Daj spokój. – Kai przybrał szyderczy wyraz twarzy. – Akurat ciuchy ma w takim samym stanie co wcześniej. – roześmiał się, a Satoshi prychnął z nim krótko.
Fumiyi opadły ramiona, patrząc się po nich z czystym niedowierzaniem. Jego agresja ucichła na moment, pozostawiając tylko to dziwne uczucie, jakby świadomość przywaliła mu w potylicę.
Moi przyjaciele.
- Jakbyście nie wiedzieli, do cholery, że… - zaczął już spokojnie, czując jak smutek, który wstrzymywał powoli rozlewał się po jego wnętrzu.
- Już sobie daruj, Sotomura. Nie pogrążaj się bardziej. – zaśmiał się Kai.
- Spierdalaj do swojego ojczulka, załatwiać te czarne interesy. – Satoshi splunął mu pod stopy.
Wzrok Fumiyi zaszedł czernią, a przez dłonie przebiegł mu impuls, pozostawiający nieprzyjemne mrowienie. Spojrzał na plecy przyjaciół, pozwalając by w jego czarnych tęczówkach zabłysnęła chęć mordu i ruszył szybkim, niespokojnym krokiem w ich kierunku. Nawet nie wiedział, kiedy jego dłonie zwinęły się w pięści.
Satoshi i Kai, kiedy tylko usłyszeli jego kroki, odskoczyli na boki, spodziewając się ciosu. Ale chłopak po prostu ich minął, patrząc się wściekle przed siebie.
Minął ich, minął szkolną bramę, minął nawet nauczyciela. Minął wszystkich i szedł przed siebie.
Po chwili wbił dłonie w kieszenie, spuszczając trochę wzrok, ale nie zwalniając ani trochę.
W głębi duszy, chciał do nich podejść i przywalić obojgu z nich. Chciał rozwalić im te krzywe ryje, poczuć krew między palcami. Zetrzeć szydercze uśmiechy, które ukrywali przed nim tak długo. Chciał też po prostu podejść do kumpli, klepnąć ich w plecy, odpowiedzieć kawał i roześmiać się jak kiedyś. Chciał potrząsnąć nimi i wywrzeszczeć tyle rzeczy. Że nie robi tego, bo chce, tylko dlatego, że nie widzi innego wyjścia. Że nie ma innego wyjścia. Że jego życie to koszmar. Że jego jedyna siostra też żyje w tym koszmarze, a on za cholerę nie ma pojęcia jak ją z niego wyciągnąć. Chciał po prostu opaść przed kimś na kolana i choć raz rozsypać się na tysiąc kawałków. Pokazać, że nie jest niezniszczalny, że nie daje rady i czuć, że ktokolwiek położy mu dłoń na ramieniu i go nie zostawi.
Kopnął z całej siły mur obok, którego akurat przechodził i zaklął siarczyście pod nosem, gdy ból przeszył jego stopę, a z cegieł wydobyła się chmura tynku. Wziął kilka gwałtownych oddechu, robiąc ostatnio to, co ku ironii najlepiej go uspokajało. Wkurwiał się.
W końcu zastygł w bezruchu, patrząc się urywanie na mieszkańców tego przeklętego miasteczka, który omijali go, odwracali wzrok i zaczynali szeptać. Stoczył się tak samo jak ojciec.
Fumiya rozejrzał się po uliczce. Wszystkie starsze domki, auta, a nawet rośliny rosnące w ogrodach wydawały mu się znane i irytowało go to. Chciał się stąd wyrwać. Nie obchodziło go w tamtym momencie, że zostawi siostrę, że nie ma pieniędzy, że i tak nie ucieknie. Nie mógł już tutaj normalnie odetchnąć.
Nie mógł się oszukiwać, że ma tu kogokolwiek, oprócz siostry.
Wymacał w kieszeni kilka monet i nie wiele myśląc skierował się do budki telefonicznej, wybierając numer do dilera. Chłopak oparł się plecami o szklaną ścianę, wpatrując się pusto w sufit.
- Dzień dobry, tutaj zakład pogrzebowy…
- Nie pierdol, szefie. – syknął krótko Fumiya, przewracając oczami.
- Sotomura? A to niespodzianka. Masz chłopie wyczucie, bo właśnie miałem się z tobą kontaktować…
- Masz coś? Muszę się czymś zająć. Szybko i za jakąś sumkę. – warknął.
- Ej, nie pali się. Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
- Nie. TY masz ważniejsze sprawy. Ja muszę zaszyć się  gdzieś daleko, na jakiejś bezsensownej misji za konkretne pieniądze. Znajdź mi coś, dobra?
- Aczkolwiek, nadal uważam, że to nasza sprawa. Słuchaj młody. Mam potwierdzoną wiadomość – Szczury wzięły tą misję. – diler zniżył głos odruchowo.
Fumiya zmarszczył brwi, stukając palcem w aparat telefoniczny, po czym cmoknął z niezadowoleniem.
- Dobra, łapię. Będę za kwadrans.
Trzasnął słuchawką i westchnął głęboko. Obrócił w palcach sztylet przyczepiony prowizorycznie do paska, schowany pod koszulą i wypadł na ulicę, kierując się w stronę ciemnych uliczek, rozkoszując się aurą otaczającą tamte miejsca.
***
-  Chyba mamy problem, młody… - westchnął słabo diler, wpatrując się w oszołomieniu na sklep z bronią. – Młody? – wychylił głowę z pomieszczenia, by dostrzec jak czarnowłosy przyciska pięść do czoła, usiłując się uspokoić. – Heh, czasem zapominam, że nie przywykłeś do czegoś takiego.
- A do tego da się w ogóle przywyknąć? – mruknął Fumiya, czując jak śniadanie wraca mu do gardła.
- Cóż, nie mamy na razie czasu na takie pogaduszki. Musimy zastanowić się co dalej i znaleźć kogoś, kto szybko i tanio sprzeda nam informacje. – diler zapalił papierosa, spoglądając jeszcze raz na sklep i pokręcił głową. – Szkoda starego. Prowadził ten sklep jakieś 10 lat.
Fumiya spojrzał na szefa niewidzącym wzrokiem i usiadł na czystszym skrawku ziemi, oddychając głęboko.
Kiedy przyszedł do dilera, nic nie wskazywało, że będzie aż tak źle. Mężczyzna z początku podzielił się wszystkimi informacjami o handlu ludźmi, jakie udało mu się zdobyć – potem obaj skierowali się do sklepu z bronią, licząc, że stary sprzedawca wie cokolwiek więcej. I zastali to.
Obłożone deskami ściany w kiczowatym odcieniu, czerwone, babcine dywany i wyposażenie, które wyglądało na kradzione z okolicznych spelunek. Wszystko to pokrywała krew, albo było zniszczone doszczętnie. Fumiya od razu zdał sobie sprawę, że rozegrała się tutaj konkretna walka, nim jeszcze zobaczył ciało przegranego. Na widok zwłok starego cofnęło go i nie był w stanie dostrzec nic więcej.
Usiłował się uspokoić, ale był… spokojny. Handlarz nie obchodził go aż tak bardzo, dużo mocniejsze wrażenie wywierał… stan jego ciała. Jedno było pewne – Szczury, nawet jeśli umiały, wolały pozostawiać za sobą wszędzie metaliczny zapach świeżej krwi.
- Chcesz coś, Sotomura? – spytał spokojnie diler, przechodząc nad ciałem jakby mijał jakieś pudełka.
Czarnowłosy spojrzał za nim z konsternacją, zaglądając do pokoju, ale unikając patrzenia na zwłoki. Diler stał w drzwiach od magazynu.
- Słucham?
- No wiesz. Gościu miał sklep z bronią. – mężczyzna przewrócił oczami. – Możemy zaopatrzyć się w coś lepszego. Cóż martwy i tak nie zrobi z tego pożytku, nieprawdaż? – uśmiechnął się sarkastycznie, wchodząc do magazynu.
Fumiya przełknął ślinę, wstrzymał oddech, by nie czuć krwi i poszedł za dilerem. W składzie broni był wcześniej tylko raz – kiedy Arata go tutaj posłał. Ale dostrzegł, że wyglądał trochę inaczej. Jakby ktoś nachalny szukał tutaj czegoś ważnego.
- Nie masz wrażenia, że…
- Tak. Szczury też zaopatrzyły się w coś lepszego. Ale nie sądzę, że to było głównym motywem. – diler nawet nie spoglądał na chłopaka, ważąc w dłoni ostrze. – Bo pomyśl logicznie. Jeśli chcieliby go załatwić dla broni za darmo, nie byłoby sensu składania tutaj zamówień.
- Czyli stary coś wiedział.
- Zapewne. – diler westchnął, upychając bronie po kieszeniach. – Nie dowiemy się czego, ale obstawiam, że dostał listę celów lub coś takiego. Szczury nie chciały, by służby się w to wtrącały, więc ściągnęły go nim cokolwiek wygadał. – mężczyzna zatrzymał wzrok na większym, zaokrąglonym sztylecie, po czym rzucił go Fumiyi. – Trzymaj młody, przyda się. Tym twoim to se możesz co najwyżej w zębach podłubać.
- Była tu kiedyś taka sytuacja, czy szef po prostu przeczytał za dużo kryminałów? – prychnął szelmowsko czarnowłosy, oglądając okiem amatora pokaźny asortyment broni.
- Może życie to kryminał. A nawet gdyby… To najbardziej oklepany scenariusz jaki można było stworzyć. Ale Szczury też są oklepane. – Diler zaśmiał się pod nosem, kończąc pakować dostateczny zapas broni. – A teraz wynosimy się stąd, dopóki nikt nas nie zauważył.
- Czyli co – nas też chcą się pozbyć? – Fumiya zastygł w bezruchu na chwilę.
- Nie pierdol. Mój kontakt jest spoza miasta, a ze starym nawet nie zdążyłem się skontaktować. Poza tym, co ich obchodzi jakiś podrzędny diler i smarkacz, który dla niego pracuje? – uderzył chłopaka w ramię, ale tamten zignorował to.  
Obaj mężczyźni zaczęli powoli wychodzić na górę po schodach, ale Fumiya zatrzymał się gwałtownie w drzwiach, wbijając w kogoś wzrok i zastygając w totalnym osłupieniu. Diler spojrzał mu przez ramię, po czym zacmokał z niezadowolenia i pokręcił głową.
- Młody, mówiłem że nic na nas nie mają. – prychnął. – No… Oprócz broni oczywiście. Ale…
Fumiya nakazał mu ciszę machnięciem dłoni, a diler umilkł głównie z zaskoczenia. Coś w ekspresji na twarzy chłopaka kazało mu milczeć. Zmrużył oczy i dostrzegł pomiędzy Szczurami jakiegoś faceta.
- To mój ojciec. – mruknął bezgłośnie Fumiya. – Co on od nich chce do kurwy nędzy? – syknął, nie spuszczając Akino z oczu.
Ojciec zaśmiał się razem z zabójcami, a następnie odebrał zwitek banknotów do ręki. Przeliczył je szybko. Najwyraźniej cos się nie zgadzało, bo uśmiech szybko spełzł z jego twarzy. Po chwili rozmowy Akino ponownie się uśmiechnął, pożegnał ze Szczurami i odszedł.
Diler i chłopak kryli się w cieniu dopóki mordercy również nie odeszli. Fumiya spoglądał z nienawiścią w stronę, w którą odszedł jego rodzic.
- Zrozumiałeś coś z tego, oprócz faktu, że mamy problem?
- „Zaliczka”. Powiedzieli, że to zaliczka. – mruknął Fumiya. – Tylko za co?
Czarnowłosy pokręcił głową i wyszedł bez pożegnania. Miał złe przeczucia, nie wiedział tylko co instynkt usiłuje mu podpowiedzieć.
***
- Ty chodzisz do tej drugiej podstawówki, prawda? – spytała Sue z uśmiechem, odbijając piłkę do Takedy.
- Teoretycznie. – zaśmiał się chłopak, podskakując, by dosięgnąć piłki. – Jestem typem wagarowicza.
Dziewczynka złapała piłkę w dłonie, kręcąc z dezaprobatą głową.
- No co? – kolega podszedł do niej, pstrykając ją w bok głowy.
- Nie, nic… - Sue machnęła dłonią. – Po prostu mam już dość… wagarowiczów.
- Chodzi ci o brata? Spokojnie, faceci tak mają.
- Jeszcze facetem nie jesteś. – czarnowłosa uśmiechnęła się szelmowsko do kolegi, a tamten teatralnie chwycił się za serce. Roześmiali się oboje.
- Jedziemy gdzieś dalej? – spytał po chwili chłopak, wskazując głową na rozwalający się rower. Sue przytaknęła.
Po kilku minutach jechali wzdłuż rzeki – Takeda pedałował, a Sue siedziała na bagażniku i wpatrywała się w spokojnie płynącą wodę w rzece, która iskrzyła popołudniowym słońcem. Od czasu do czasu rozmawiali o wszystkim i niczym, głównie wtedy, gdy zjeżdżali z górki, a Takeda odzyskiwał oddech i tak nie sapał.
- Może się zmienimy, co? – pytała parokrotnie, ale odpowiedź zawsze była taka sama.
- Nie jestem zmęczony, po prostu lubię głośno oddychać.
Dziewczynka zamyśliła się, pozwalając by wiatr rozwiewał jej włosy. Czuła się taka spokojna, taka zrelaksowana. Jakby te wszystkie troski z szarej codzienności zostały zapomniane, oddalone, a ona mogła po prostu cieszyć się wolnymi popołudniami z przyjacielem.
Uśmiechnęła się, czując jak jej oczy zachodzą łzami.
Miała poczucie, że może nie było z nią coś nie tak. Po prostu nie mogła trafić na kogoś odpowiedniego. Spojrzała na plecy Takedy – chłopak dyszał ciężko, nie usiłując nawet zachować pozorów tego, że nie jest zmęczony. Może nie mogła tego nazwać przyjaźnią, bo znali się raptem kilka dni, ale Sue w głębi serca wiedziała, że nawet nie wie co to jest przyjaźń. Że tak naprawdę Takeda jest pierwszą osobą, która zechciała z nią przebywać, bo chciała.
Może było to myślenie krzywdzące jej brata, ale Sue zdawała sobie sprawę, że rodzina to co innego. Trzymali się blisko z Fumiyą właśnie dlatego, że byli rodzeństwem. I choć to była najtrwalsza więź, to nie dawała takiej satysfakcji.
Posiadanie przyjaciela to błogosławieństwo.
Pociągnęła nosem, uśmiechając się do siebie szerzej.
- Coś się stało? – spytał chłopak, obracając trochę głowę w jej stronę, znajdując przy tym doskonały pretekst do zwolnienia.
- Nie, nic. – Sue poklepała go po plecach. – Po prostu cieszę się, że cię spotkałam. – dodała ciszej, nie mogąc pohamować emocji.
- Daj spokój, to przecież nic takiego. – Takeda zaśmiał się. – Idziemy jeszcze gdzieś, czy odwieźć się pod dom?
Sue spochmurniała słysząc słowo dom, ale musiała pokierować się zdrowym rozsądkiem. Zaczynał zbliżać się wieczór i choć naprawdę nie liczyła, że brat będzie w domu, wracanie później było bardzo dobrym pretekstem dla ojca.
- Muszę już wracać. – powiedziała, a chłopak skinął głową i wyszczerzył się.
- Okej! – stanął na pedałach, wykorzystując resztki sił, by pocisnąć jak najszybciej. Sue zaśmiała się.
Podróż minęła jej zdecydowanie za szybko, a widząc szary domek spochmurniała. Takeda zatrzymał się w pewnej odległości, starając się uśmiechać pocieszająco do koleżanki, gdy ta zeskakiwała z roweru. Sue czasami zastanawiała się na ile chłopak zdaje sobie sprawę z jej sytuacji z ojcem, a czasem sama głowiła się kim tak naprawdę jest Takeda.
- Sue, głowa do góry! – czarnowłosy tradycyjnie pstryknął ją w czoło, śmiejąc się. Jednak dziewczynka tym razem nie posłała mu morderczego spojrzenia, tylko też się uśmiechnęła. Coś w barwie głosu przyjaciela dodało jej sił.
- Do jutra! – pomachała mu, kierując się w stronę domu.
Takeda przytaknął z uśmiechem.
- Do jutra!
Chłopak zaczekał, dopóki Sue nie przekroczyła progu. Jego błękitne oczy spowiła mgła, jakby myśli, które dławił, gdy przebywał z nią zaczęły powoli wypływać. Poczuł jak ogarnia go poczucie winy, nawet nie wiedział dlaczego. Może był kim był, ale już tego nie zmienił. A oni oboje potrzebowali kogoś, komu mogliby zaufać.
Sue była dobrą osobą. Niekoniecznie tak jak on.
Chłopak westchnął i odepchnął się mocno. Uśmiechnął się ulgą, gdy rower ruszył jak burza, bez dodatkowego obciążenia na bagażniku. Takeda lubił jeździć, nawet jeśli jego rower należał to najtańszych, żeliwnych gruchotów, gdzie jedynie kierownica była funkcjonalna.
Podniósł się na pedałach, gdy skręcił w ciemną uliczkę, czując nieprzyjemne drżenie podczas przejeżdżania przez brukową kostkę. Koła wystukiwały tutaj jeden monotonny rytm, który pogarszał aurę tego paskudnego miejsca.
Takeda rozglądał się uważnie, dopóki nie dostrzegł nieznacznego ruchu dłoni w jednym z okien. Zatrzymał się naturalnie przy wejściu do kamienicy, wprowadzając rower do klatki i wbiegł szybko po schodach.
Drzwi otworzył mu Chang – przerośnięty w barach Koreańczyk. W ustach mężczyzny znajdował się dogasający papieros. Zabójca uśmiechnął się na widok chłopaka, na co Takeda cofnął się mimowolnie. Ostatnio znalazł stare akta Changa i to co tam znalazł na zawsze pozostanie w jego pamięci. Niestety nie umknął umięśnionemu, wydziaranemu ramieniu – Chang zagarnął go jednym ruchem, podrywając do góry. Takeda zaczął się dusić.
- Serizawa, już myśleliśmy, że cię zgarnęli! – zaśmiał się tęgim basem, wnosząc biednego chłopaka do środka.
Yoo Joon zerwał się z krzesła, gwałtownie kończąc pojedynek na picie z gwintu pomiędzy Antonem, a Rizvanem. Mężczyźni zerwali się z oburzeniem, ale zachwiali się od nadmiaru alkoholu. Koreańczyk nawet na nich nie spojrzał, zaczynając wykonywać szybkie ruchy rękoma.
- Chwila, chwila Joo Yoon, bo zrozumiałem na tylko, że mam puścić Takedę. – zaśmiał się, rozluźniając uścisk na szyi chłopaka. Takeda zaczerpnął powietrza, spoglądając kątem oka, jak Koreańczyk posyła mordercze spojrzenie Changowi. Przeliterował bardzo dokładnie swoje imię kilka razy. – O co ci chodzi? Przecież wiem, że nazywasz się Yoo Joon.
Zabójca zastygł w bezruchu, po czym wpakował w twarz towarzysza lewego sierpowego. Takeda westchnął. Yoo Joon od samego początku był niemy, ale wszyscy jakoś nie mieli problemów z porozumiewaniem się z nadopiekuńczym kolegą z drużyny. No oprócz Changa, który po kilku latach nadal był beznadziejny w migowym.
- Dobra, Takeda, przechodząc do rzeczy… - westchnął Anton, spoglądając z utęsknieniem za alkoholem. – Będziesz miał udział w naszym nowym zleceniu, młody.
- Czyli jednak podrzucimy im kilkoro dzieciaków?
- A no. – przytaknął jedynie Rizvan.
Takeda spojrzał po towarzyszach z nieukrywaną podejrzliwością.
- Ostrzegam, jeśli macie zamiar mnie sprzedać, to poderżnę wam gardła podczas snu. – warknął chłopiec.
Chang przestał się na chwilę bić z Yoo Joonem i roześmiał się donośnie.
- Zwariowałeś, Serizawa? Jesteś naszą tajną bronią!
- Nie jest tajną bronią. Po prostu jest mały i nie wygląda podejrzanie.
- Jeszcze. – wtrącił Rizvan, nalewając sobie alkoholu.
Takeda śledził ich podejrzliwym wzrokiem, dopóki niemy zabójca nie położył mu dłoni na ramieniu. Koreańczyk zmroził mężczyzn wzrokiem i wyciągnął plik pomiętych dokumentów z kieszeni, podając go czarnowłosemu. Chłopiec wziął go niepewnie, patrząc się na spokojne ruchy dłoni Yoo Joona.
‘Zgarniamy stąd te trzy dzieciaki’
Takeda wyciągnął zdjęcia z koperty, rejestrując w pamięci rysy twarzy. Jednak przy ostatnim poczuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Nim jednak ktokolwiek dostrzegł zmianę w jego postawie, Takeda przełknął ślinę, schował zdjęcia do koperty i stwierdził, że idzie coś zjeść.
Chłopak skierował swoje kroki w stronę dworca. W jego głowie kreślił się bardzo ryzykowny plan, ale jeśli zdąży podać informację wystarczająco szybko, będzie miał szansę.

Jeśli nie, po prostu wykona zlecenie.
______________________

Zaszalałam, prawda? Napisałam to w raptem 10 dni. Ostatnimi czasy to rekord, ale w końcu doszłam do tego fragmentu, który od początku kreślił się w mojej głowie i nie był dodawany po prostu podczas pisania. Taa... Wspominałam kiedyś, że Krwawa Truskawka miała być 5 stronicowym opowiadaniem, gdzie Ichigo nikogo nie spotyka i jedynie postanawia się zemścić? XD 
Nie jestem pewna, czy będzie to aż tak odczuwalne, ale bardzo denerwowałam się pisząc sceny, gdzie Fumiya rozmawia, czy raczej kłóci się z 'przyjaciółmi' oraz gdzie Sue w końcu się z kimś zaprzyjaźnia. Po prostu ostatnio jedynie tracę swoich przyjaciół, jednych przez to, że nasze zdania są zbyt rozbieżne, albo po prostu dlatego, że relacja nawet nie była prawdziwa. Jakoś tak... Stwierdziłam, że to tu napiszę jako przypis. 
Jak zwykle dziękuję za przeczytanie. 
I teraz tradycyjnie Yume (serio nie mam pojęcia, czy mogę się zwracać tak czy jakoś inaczej, ale jak coś to pisz) dziękuję za link do twojego opowiadania. Przeczytałam całość i cały czas czatuję na więcej. Chciał zagwiazdkować wszystko ale mam zbugowane konto z e-mailem i mnie blokuje. Więc oficjalnie uznaj to za gwiazdki xD Pisz dalej i rozwijaj się z każdym kolejnym napisanym słowem!  

Tak teraz widzę, że rozpisałam się w pizdu xD