21 sierpnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 18 ~ Impuls


Rozdział 18

Impuls

         - Wiesz, co, Jun... – zachlipał Koichi do przyjaciela. – Miyako i Miyoko nie mogą z nami tworzyć zespołu… - zawył, przechylając się do tyłu. Jun tylko westchnął.
         Koichi siedział na jego łóżku po turecku, jeszcze w piżamie. On sam był tylko w szortach, w których zazwyczaj śpi, również siedząc na łóżku i opierając o ścianę. Jego niebieskie oczy, na wpół otwarte, obserwowały ze znudzeniem i lekkim podirytowaniem przyjaciela.
Ledwo minęła 5 rano, gdy z głębokiego snu wyrwał go łomot zza drzwi. Wywlókł się z ociąganiem z ciepłego łóżka i poczłapał do wejścia. Nie był zbytnio zdziwiony wczesną porą odwiedzin. Po naradzie bojowej cud, że w ogóle dało się spać.
        Wiadomością, że bliźniaczki zgrupują się z kimś innym, nie był również zaskoczony. Po zebraniu, gdy wszyscy zaczęli się automatycznie grupować w zespoły 4-osobowe, Koichi podbiegł bardzo szczęśliwy do Miyako. Nim Jun zdążył podobnie uczynić, Meiji go powstrzymał.
         - Prosiłbym o wzięcie tego na logikę chociaż ciebie. – rzucił, posyłając wymowne spojrzenie w stronę brązowowłosego. Strasznie nieporadnie gadał z dziewczyną, która miała niestety wymalowaną odmowę na twarzy.
         - Ale ja jeszcze nic… - zaczął blondyn usprawiedliwiająco. Meiji wzruszył ramionami, klepiąc go po ramieniu.
         - Mamy ogarnąć się po 4 osoby, nie po 5, to po primo. Po drugie, waszą czwórkę za bardzo ciągnie do siebie, dzieciaki – ostatnie słowo wyraźnie podkreślił, a nim zdążył kontynuować, Jun mruknął pod nosem.
         - Aż taki stary jeszcze nie jesteś.
         Meiji puścił to mimo uszu i kontynuował swój wywód dalej.
         -… a teraz potrzeba nam całkowitego skupienia.  I po ostatnie i najważniejsze. – Meiji posłał mu poważnie spojrzenie. – Bezpieczeństwo sióstr. Nie pomyślałeś, że są od nas znacznie słabsze, co? Lub, że dostaniemy raczej specjalne misje? I, że to nas będą chcieli najpierw pozabijać?
         Blondyn milczał, spuszczając oczy. Analizował chwilę informacje, choć i tak od razu się z nimi zgodził. Kiedy chodziło o logiczne myślenie, czarnowłosego nie wolno było podważać, bo zazwyczaj kończyło się to źle.
          Jun westchnął, osuwając się w głąb łóżka. Oczy same mu się zamykały. W normalnych sytuacjach dużo sypiał, a pod wpływem stresu umiał przespać jakieś 20 godzin. Koichi posłał mu załamane spojrzenie.
         - Jun, w ogóle nie jest ci tego żal! – rzucił oskarżająco. Chłopak starał się głośno nie westchnąć i starał się wymyśleć jakąś mądrą odpowiedź. Niestety to nie było jego mocną stroną. Od dziecka był tym od siły, mimo, że był najmłodszy. On był rękami i nogami, Koichi zmysłami, a Meiji mózgiem. Od kiedy tylko zaczęli się przyjaźnić. A na takiej malutkiej wyspie, która była ich domem trudno wybrzydzać.
         Była. Jun westchnął na głos, a nim Koichi mógł to opacznie zrozumieć, powtórzył słowa Meijiego przyjacielowi. Po skończonym wywodzie, brązowowłosy zaczął się śmiać.
         - Nie powtarzaj jego słów, durniu! – krzyknął, tłumiąc napad śmiechu. – Normalnie w mojej głowie odezwał się jego głos! Ahahahahahah!!!
        Blondyn wzniósł oczy ku niebu (czy tam sufitowi), ale po kuksańcu dołączył do śmiechu. Przy okazji oddał starszemu koledze za uderzenie, poduszką w twarz.       Śmiech zabójcy w pewnym momencie ucichł, a wyraz jego twarzy spoważniał. Jun też przestał się śmiać, czekając na to co powie tamten.  
         - To nie tak, że nie wiedziałem o tych… negatywach, tylko… po prostu… - przerwał na moment, szukając słów. Opadł na plecy, zasłaniając twarz ramieniem.  – Po prostu wolałbym sam je chronić.
          Zapadła cisza, mącona dźwiękami krzątania się po korytarzu. Byli w innym budynku niż skrzydło szpitalne, czy ‘’obiekty integracyjne’’ jak na nie mawiał Fumiya, więc cisza stała się wręcz przytłaczająca. Bez szczególnych informacji nikt nie mógł iść na misję czy w ogóle zapuścić się dalej niż do piekarni po bułki.
         - Taki z ciebie romantyk? – zaśmiał się Jun, zrywając się z łóżka, by uniknąć poduszki. Koichi również się zerwał, cały czerwony na twarzy, co tylko spotęgowało śmiech blondyna.
         - Zamknij się, durniu!!! – wrzasnął, ciskając kolejną poduszką. Jun uniknął jej bez wysiłku, zakładając koszulkę przewieszoną przez fotel. Koichi posłał mu niedowierzające spojrzenie. – Nie idziesz spać? – jego twarz wyrażała całkowity szok.
         - Nie mam chyba wyboru, jak już tu siedzisz – warknął na przyjaciela, przeczesując włosy.  – Idziemy do Meijiego. Jestem ciekawy kogo on do nas podczepi. – dorzucił, ubierając buty. – Rusz się. – rozkazał, ruszając do drzwi. Koichi do niego podbiegł.
         - Masz zamiar iść w piżamie? – rzucił mu powątpiewające spojrzenie. – Tak, w ogóle, czemu ty się rządzisz, co, młody? Jestem twoim senpai! 
          - A ja jestem silniejszy. – uciął blondyn, posyłając mu chytry uśmieszek. – I poza tym ten strój nie różni się od twojego codziennego. – dodał. Koichi nie zdążył mu przywalić, bo zamykał drzwi.
          Spojrzał po sobie. Błękitne dresowe spodnie i niebieska bawełniana koszula. I kapcie króliczki. Tak, króliczki. Jun wyglądał bardziej jak człowiek. Czarny T-shirt, zielone szorty przed kolano i japonki. Na upartego mógł iść tak do spożywczaka. 
         Od Meijiego dzielił ich tylko jeden pokój – na dodatek – Koichiego. Czasami mieli dość bycia takimi bliskimi sąsiadami przez całe życie.
          Meiji otworzył im drzwi w podobnym stanie. Czarne włosy miał poukładane we wszystkie strony, gorzej niż Tsu na co dzień.   Miał białą, pomiętą koszulkę, przysłaniającą granatowe bokserki.
       - Macie farta, że nie śpię. Jest dopiero w pół do szóstej. – powitał ich tymi słowami. – Czego chcecie, co?
        - A gdzie ‘’Ohayogozaimasu’’? Gdzie: Jak się cieszę, że nie zabili was przez sen? – warknął na niego Koichi, nie dając dojść do głosu Junowi. Blondyn znów wzniósł oczu do góry. Tak było od dziecka: Koichi dokuczał ile wlezie brunetowi, który jako najstarszy zachowywał do niego największą cierpliwość (przynajmniej teraz), a on starał się nie dołączać do bezsensownych sprzeczek, w młodości kończących się bójkami.   Mimo, że był najsilniejszy, perspektywa walki z o 3 lata starszym Koichim i 5 lat starszym Meijim nie zachęcała.
         - Chyba śnisz, durniu. – mruknął Meiji, trąc oczy ręką. – Jun, czego chcieliście? – zwrócił się do niego.
         - Halo, ja też tu jestem!!! – wrzasnął Koichi, mierząc się wzrokiem z czarnowłosym.   Niebieskooki westchnął głęboko, przypominając sobie dzieciństwo. Wtedy też było podobnie, tylko głośniej, mniej rozważniej i kończyło się to bójką.
           - Nie drzyj się tak, idioto! – krzyknęli na niego, obaj w tym samym czasie. Cała trójka zamilkła na chwilę, patrząc się po sobie. Wszyscy wybuchli śmiechem.
           - Czemu się tak drzecie? – zza pleców czarnowłosego dobiegł cichy, kobiecy głos. W przedpokoju mignęły im rude włosy, a po chwili obok mężczyzny pojawiła się drobna kobieta. Mierzyła ich wiecznie znudzonymi, szaro-zielonymi oczami. – Ah, czemu mnie to nie dziwi, że to wy? – przejechała po włosach dłonią.
             Stała z założonymi rękoma, w turkusowej koszulce na cienkich ramiączkach i krótkich spodenkach. Koichi i Jun zmierzyli ją wzrokiem, a spojrzawszy na siebie, spalili się na cegłę, unikając wzroku Meijiego.
            - Meiji, co im? – rzuciła do przyjaciela, nie rozumiejąc reakcji. – Jestem dla nich za skąpo ubrana, czy co?
           Meiji spojrzał na przyjaciół, którzy czekali na jakąś sposobność ucieczki, coraz bardziej czerwoni.   Zmarszczył brwi, skacząc spojrzeniem to z nich, to na Mako. Po chwili doznał olśnienia, również lekko się czerwieniąc.
           - T-to nie t-tak… - mruknął, unikając wzroku Mako. Kobieta, nadal z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, nie mogła załapać o co im chodzi.
           - Ty też? No co z wami… - ostatniemu zdaniu uciekło brzmienie pytania. Rudowłosa rozszerzyła lekko oczy, co było i tak dużą oznaką jakiejkolwiek mimiki na jaką było ją stać. Zrobiła krok do tyłu, spuszczając głowę, tak, że włosy zakryły jej twarz. – Chyba zdurnieliście.
           - Właśnie! – poparł ją Meiji, trochę zbyt entuzjastycznie. Mako posłała mu wdzięczne spojrzenie, które skrzyżowało się z piwnymi oczami mężczyzny. Od razu odwrócili wzrok.
           - A właśnie! – Meiji nawet nie zauważył, że się powtarza. – Żeby nie męczyć zbytnio szefuńcia, sam wam to przekażę. Właźcie. – Przepuścili ich w drzwiach.
          Mieszkanko czarnowłosego było jednym z tych mniejszych. Sypialnia i ‘salon’. Gdy zasiedli na poduszkach, Koichi zapałał.
         - Szefuńcia? A nie szefuńci? – rzucił pytająco. Jun się zerwał, z wielkim wyszczerzem.
         - Myśl ty czasem, Koichi! – upomniał przyjaciela ze śmiechem. Posłał pytające spojrzenie czarnowłosemu, a widząc jego radosny wzrok i nawet cień uśmiechu rudowłosej, uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Fumiya wrócił!
***
         Oczy otworzyłam nagle, ciężko dysząc i zrywając się. Powiodłam wzrokiem dookoła, a gdy zorientowałam się, że to pokój szpitalny, odetchnęłam z ulgą. Ten dziwny sen cały czas się powtarzał, za każdym razem trochę inny.
           Zegar wskazywał dopiero szóstą rano, więc jęknęłam cicho. Chciałabym jeszcze spać, ale z podwyższonym poziomem adrenaliny, próbowanie zaśnięcia mijało się z celem. Jeszcze na wpół widząc, postanowiłam wstać i się rozruszać, póki nikt mi tego nie zabrania. W ruchu było coś na tyle kojącego, że pomagało poukładać myśli i odpocząć od problemów.
            Niestety gdy tylko drgnęła mi noga, usłyszałam cichy mamrot. Powiodłam wzrokiem za dźwiękiem, przecierając mocno oczy. Obraz zaostrzył się, a moim oczom ukazała się drobna dziewczyna, śpiąca przy moim łóżku. Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem.
         Wczoraj najwyraźniej Ayako nie wróciła. Jej włosy są w takim samym stanie jak wcześniej – czyli tragicznym warkoczu, wyglądającym na ciemnoczekoladowe, zmasakrowane i podłużne brownie. Wpół siedzi na krześle, wpół leży na moich nogach, z rękoma skrzyżowanymi pod głową.
         - Dziękuję – mówię cicho, gładząc przyjaciółkę po głowie. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
        Po chwili słyszę skrzypnięcie drzwi, obracając się automatycznie. Do pokoju wtacza się przygarbiona postać w lekarskim kitlu, niosąca kilka teczek. Chłopak stara się cicho stawiać kroki mimo widocznego zmęczenia, choć mu to nie wychodzi. Ayako dalej śpi.
         Ryutaro dopiero po chwili kieruje wzrok w naszą stronę. Choć mierzy nas przez moment brązowymi oczami, widać że nie kontaktuje. Przenosi spojrzenie na kroplówkę, z miną typowo lekarską, sięgając na półkę po kolejną. W połowie czynności zastyga, a ja przekrzywiam trochę głowę zastanawiając się czy w ogóle spał tej nocy. Lekarz odskakuje od szafki jak oparzony, wpatrując się w nas oniemiałymi oczami.
         - Jak ty… - Ryutaro zaczyna gestykulować wskazując raz na kroplówkę, raz na mnie, nie mogąc za bardzo się wysłowić. W końcu opuszcza głowę, przeczesując orzechowe kłaki palcami.
         - Dzień dobry, Ryu – rzucam, choć wiem, że nie przepada za tym zdrobnieniem. Staram się przy tym uśmiechnąć najszczerzej jak tylko potrafię.
         Chłopak wydycha głośno powietrze, posyłając mi  uśmiech. Po chwili podbiega do mnie i mocno przytula, nachylając się nad łóżkiem. Nieprzygotowana na taką reakcję, nie odwzajemniam uścisku od razu. Moje granatowe oczy są szeroko otwarte, a ręce same wędrują by objąć chłopaka. Trwamy tak przez chwilę, szczerząc się do siebie. A Ayako nadal śpi.
         W końcu Ryutaro się odsuwa, czochrając mnie po głowie. Strzepuję jego dłoń, udając oburzenie, a on w odpowiedzi głośno się śmieje. Tłumi od razu chichot i jak na zawołanie oboje spoglądamy na dziewczynę. Ayako nadal śpi.
         - Też chciałbym mieć taki twardy sen… - wzdycha chłopak, pochodząc cicho do dziewczyny. Schyla się i bardzo delikatnie ją podnosi. – Do której to ona tu nad tobą czuwała, że aż zasnęła? – mruknął, kładąc ją na łóżku naprzeciwko. Dziewczyna mruknęła coś przez sen, gdy przykrywał ją kocem.
          Posyłam w jej stronę ciepłe spojrzenie, pełne wdzięczności, które jednak zamarza pod wzrokiem Ryu. W jego oczach wymalowana jest żądza mordu.
         - A wracając do ciebie, Ichigo… - zaczyna spokojnie, choć głos mu się trzęsie. Wzdrygam się, chichocząc nerwowo i odwracając wzrok. To okno stało się bardzo ciekawe. – Może łaskawie wytłumaczyłabyś mi dlaczego ty jesteś przytomna, co?
           - No… Obudziłam się? – moje wytłumaczenie zabrzmiało jak pytanie. Ryutaro zakrył twarz ręką.
          - Tyle to ja się domyśliłem. Ale jakim cholernym cudem? – podkreśla ostatnie słowa. – W ogóle dlaczego ty siedzisz!? Kładź się! – pod wpływem jego ostrego tonu, kładę się mechanicznie.   Jakoś wolałam jak Tokaji rzucił mną o łóżku.
          Boże jak to źle brzmi.
          - I dlaczego nie zawołałaś mnie jak się obudziłaś? Choć w sumie to powinienem nawrzeszczeć za to, też na Ayako… - mówi z przekąsem, zerkając na nadal śpiącą dziewczynę.
          - Jakoś tak… - zaczynam choć brakuje mi słów. – Czuję się dobrze. – Co nawet nie jest kłamstwem, bo rana na brzuchu pulsuje znośnie, a rozcięcia na ręce nawet nie czuję, dopóki nie ruszę kończyną.
          - Mogłaś zginąć, Ichigo, po tym nie można czuć się dobrze! – wybucha lekarz. Patrzę się na niego oniemiała, nie mogąc nic z siebie wykrztusić. Po chwili jego brązowe oczy łagodnieją, a kosmyki włosów opadają na oczy. – Nie powinnaś podejmować takich decyzji, Ichigo… - mówi cicho, bez cienia złości, lecz z głębokim smutkiem. – Śmierć nie jest rozwiązaniem. Tu szuka się sposobów by każdy mógł przeżyć. A gdy nie ma wyjścia, to trzeba je sobie zrobić! – brązowe oczy wpatrują się we mnie, a ja nabieram powietrza by coś powiedzieć.
           Tylko co?
           Wypuszczam powietrze, opuszczając przy tym ramiona i głowę.
           Ryutaro ma rację. Nie ważne jak byłoby do bani, jak bardzo chciałabym się od tego uwolnić, śmierć nie jest rozwiązaniem. Choć mówienie tego płatnemu zabójcy jest troszkę śmieszne.
           - Przepraszam, Ryutaro – mówię, patrząc mu się w oczy. Chłopak wyczytuje z nich to czego nie mogę wyrazić słowami. – Przepraszam, że cię zmartwiłam.
           Chłopak przymruża lekko oczy, uśmiechając się czule. Jeszcze raz czochra mnie po włosach. Ponownie strącam jego rękę z uśmiechem.
           - Przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałem – mówi, odwracając wzrok. Dostrzegam ledwo zauważalny rumieniec. – Po prostu… przypominasz mi młodszą siostrę… - wypowiedzenie tych słów przychodzi mu z trudem. Między nami zapada milczenie. Ryu rzuca mi przelotne spojrzenie, ale gdy nasze oczy się krzyżują, odwraca gwałtownie głowę, czerwieniąc się bardziej.
            - Zawsze chciałam mieć starszego brata! – rzucam, szczerząc się.
            - Oj, zamknij się! – mamrocze Ryu.
            - Mogę do ciebie mówić Onii-chan? A może Aniki? – dalej się droczę.
           - Powiedziałem, zamknij się! – wrzeszczy brązowooki, z całą twarzą czerwoną. Na jego zbolałą minę zaczynam się śmiać, choć z powodu rany trochę się przy tym krzywię. Chłopak po chwili wraca do normalnych kolorów, czochrając mi przy tym włosy.
            - Przepraszam, przepraszam… - rzucam ze śmiechem, gdy czochranie nie ustaje. Ryutaro sprawia, że na głowie mam afro, a gdy dopiął swego, sam się zaśmiał. Poważnieję troszkę. – Dziękuję.
          Lekarz tylko skinął głową. Gdy usiłuję przeczesać włosy, podpina mi nową kroplówkę z jakimiś witaminami czy czymś takim. W końcu odchrząkuje, poprawiając lekarski kitel.
           - A teraz pozwól, że po tym uroczym wyznaniu przejdę do spraw bardziej naglących. – przy słowie ‘uroczym’ parskam śmiechem. – Streszczę ci w miarę dokładnie naradę.
***
Tego samego dnia, o piątej rano, sala narad
         Po podłodze walały się puste butelki, po wytwornym zagranicznym alkoholu, kilkanaście puszek energetyków oraz dokumenty i gniecione kartki. W pokoju zaczęło pachnieć nie dawno kawą.
         Dowództwo siedziało już dobre 7 godzin nad planowaniem. Hiroki zapalczywie stukał w klawiaturę, dokumentując i licząc wszystkie ostatnie wydatki, jak i te w planach. Po jego prawej stronie stała świeżutka kawa, a po lewej leżało kilka wypchanych teczek z danymi o Jishin, zebranych przez ostatnie lata. Mimo iż to nie należało do jego obecnych zajęć, pomagał Daikiemu w odnajdywaniu dokumentów, ze względu, że najlepiej się w tym orientował.
        Starszy mężczyzna sączył 4 kawę, z zamkniętymi oczami. Popatrzył na dokładny raport jakiś 60 członków Jishin, z uwzględnieniem siły, umiejętności, broni, a nawet wieku czy wagi.   Zważywszy na praktycznie dwukrotną przewagę wrogiej organizacji, dokładne dane na temat przeciwników były niezastąpione.
        Mikuru z kolei siedziała w kącie biura, skrobiąc coś cały czas na kartce lub w notesie, od czasu do czasu zrywając się z miejsca, klnąc jak szewc i ciskając zmięte strategie o podłogę. Faceci nie zwracali na to uwagi, wiedząc, że i tak oberwą, zostawiając to wszystko Omitsu, która odrywała się od swojego notesu i kładła kojąco dłoń na jej ramieniu.
         Zastępczyni z kolei kartkowała organizator, spisując praktycznie wszystko co było ważne organizacyjnie – zespoły czteroosobowe, dilerów broni, miejsca itp. Oparła się ze zmęczeniem o parapet, sięgając po kubek. Na gorzki smak kawy, wzdrygnęła się.
        - Hiroki… Nie masz jeszcze jakiegoś dobrego wina? – jęknęła, zapisując coś w notesie. Blondyn po kilku sekundach oderwał oczy od ekranu, tylko po to by posłać jej mordercze spojrzenie.
         - Mamy pracować, a nie uchlać się w pień jak zwykle – wycedził. – A poza tym wychlaliście wszystko. Co. Do. Ostatniej. Kropli.
         - Hehe – zaśmiała się kobieta, ziewając. Przetarła dłonią oczy i zaciskając zęby, wypiła do końca kawę. Miała nadzieję, że przynajmniej to pobudzi trochę jej myślenie.
          Spojrzała przelotnie w stronę dowódcy. Pisał coś flegmatycznie przy mapie, przypinając pinezką kolejną karteczkę. Odwrócił się od tablicy, chwiejnym krokiem ruszając w stronę Mikuru. Przysiadł się do niej, dopisując coś w strategii ataku. Kobieta nie zwróciła nawet na niego uwagi, zapisując obok w notesie zarys planu B.
       Omitsu nie robiła nic od dłuższej chwili, będąc na granicy świadomości i snu. Spojrzała na Fumiyę raz jeszcze. Mężczyzna siedział w rozpuszczonych włosach, podpierając głowę na podbródku, by nie opadała. Po chwili rozległ się huk.
         Wszyscy zerwali się z miejsc, chwytając jakąkolwiek broń, od sztyletu, przez nożyczki, po nawet zeszyt w twardej oprawie.   Zlokalizowawszy pochodzenie dźwięku, opadli ze zmęczeniem na krzesła. Fumiya zasnął na siedząco, a jego głowa rozpłaszczona była na stole.
      - Zostawcie go na kilka minut. – zarządziła Omitsu, a nikt nawet nie respektował polecenia.   Czarnowłosy miał za sobą naprawdę ciężkie i wymagające godziny. Wszyscy wrócili do swoich poprzednich obowiązków.
         Po kilku minutach drzwi do pokoju uchyliły się niepewnie, a do środka wsunęła się głowa. Gdy Meiji spostrzegł, że wszyscy są na nogach, wszedł raźnie do środka, zahaczając o jakąś butelkę.   Rozglądnął się szybko po pokoju.
Butelki po winie, rumie i whisky, puszki po energetykach i mocny zapach kawy. Miał wrażenie, że jest wzruszony.
         - Po raz pierwszy… widzę was podczas pracy… praktycznie trzeźwych! – zawył, wywołując sztuczne łzy. Oberwał zmiętą kartką, a wszyscy się zaśmiali.
        - Żarty, żartami… Coś ważnego? – Omitsu obrała, niecodzienny dla niej, urzędowy ton. Meiji wgapiał się w nią ze zdziwieniem przez chwilę, przypominając sobie, że nie bez powodu została zastępczynią.
           - W sumie to nie aż tak… Zobaczyłem zapalone światło, więc przyszedłem powiedzieć, że jeśli chodzi o drużyny, możemy zostać we trójkę.
          - Nie ma mowy – rzucił znad papierów Daiki.
          - Oj, Daiki-sensei, nie bądź taki. W generalnym rankingu jesteśmy w trójkę na drugim miejscu, więc… - zaczął prosić dość luźnym tonem, jednak przerwano mu w połowie. Mikuru trzasnęła pięścią o stół, trafiając omyłkowo w filiżankę z kawą Hirokiego.   Podniosła powoli głowę, mrożąc wszystkim krew w żyłach. Zebrani milczeli, czekając na jej reakcję. Twarz czarnowłosego była biała jak kartka.
         - Nie będziesz zmieniać mi podziału, Meiji! To akurat jest zaplanowane idealnie, a ja nie zamierzam marnować kolejnych godzin na inną strategią, bo tobie się tak widzi! – wyrzuciła z siebie kobieta jednym tchem. Jej ton był tak samo wściekły jak i zmęczony.   Zapadła cisza. Mikuru żachnęła się i wróciła do pisania planu.
         - A-a-a… Przepraszam… - wydukał Meiji. Nie przypuszczał, że taki podział też jest częścią strategii. Odchrząknął. – Jeśli będziecie potrzebowali opinii z zewnątrz mogę pomóc…
        - Dobrze… Liczymy na ciebie… - mruknęła zielonooka, nie podnosząc wzroku na towarzysza. Tymczasem reszta doszła do siebie, po wybuchu strategiczki. 
         - MOJA KAWA!!!! KAWUSIA!!! KAWUŃKA!!! – wydarł się blondyn, rzucając się w stronę odłamków szkła leżących na podłodze w brązowym płynie, będącym kiedyś życiodajnym napojem.
          - Zamknij się. – skwitowała to Mikuru. Omitsu prychnęła, tłumiąc śmiech. Hiroki mamrocząc coś pod nosem, poszedł do zaparzacza by nastawić kolejną kawę.
         - Ale wracając, Meiji, jak już jesteśmy przy tym, to masz kogoś na oku do składu? – rzuciła Omitsu, dopijając kawę i rzucając plastikowy kubek obok Hirokiego.
         - Mogę być ja?
         Wszyscy obrócili się w stronę drzwi. W progu stała rudowłosa kobieta, mierząca pokój opanowanym spojrzeniem szarozielonych oczu. Drobne usta miała ściągnięte w prostą kreskę, niewyrażającą jakichkolwiek emocji.
         - Mako! Skąd ty tu… - Meiji wręcz odskoczył gdy zorientował się, że przyjaciółka stoi tuż za nim.
         - Jestem skrytobójcą. To byłoby dziwne gdybym nie umiała się zakradać. Czarnowłosemu na chwilę odebrało mowę.
         - To mogę być z wami w składzie? – ponowiła pytanie.
         - A… Tak, Mikuru? – rzuciła w stronę strategiczki, która tylko skinęła głową, przerzucając kilka kartek. Omitsu również przytaknęła, uśmiechając się pewnie. – To postanowione. – oznajmiła, biorąc do ręki organizator i pisząc ich imiona. – Meiji Maeda, Koichi Kanesaka, Jun Endo i Mako Anzai. Oznaczyć ich jako grupę specjalną?
       - Tak. – potwierdził Daiki. – I dopisz jeszcze lidera by problemu nie było.
       - Hai, hai. Skład Meijiego. – mówiła pisząc. Czarnowłosy i rudowłosa spojrzeli po sobie, jakby sprawdzając czy widzą i słyszą to samo. – A skład Suzukiego też będzie specjalny?
       - Nie, oni będą ‘w zapasie’ – mruknął Fumiya, podnosząc głowę ze stołu.
       - Dzięki, Sotomura – rzuciła Omitsu, zwracając się do dowódcy po nazwisku, ze względu na sytuację. Zazwyczaj w towarzyskich momentach mówili do niego po imieniu.
        Dwójka przybyłych stała w niemym osłupieniu. Z początku nie zauważyli leżącego na biurku mężczyzny, osłoniętego stosem papierów. Fumiya najwyraźniej przebudził się w międzyczasie (zapewne gdy Mikuru rozbiła biedną szklankę Hirokiego). Meiji uniósł jedną brew do góry, a usta lekko mu się rozchyliły, natomiast Mako zachowała typową dla siebie pokerową twarz.
        - Dowódca wrócił – stwierdziła oczywisty fakt, tylko po to by Meiji w końcu się ogarnął. – Okaeri.
        - Tadaima, Maaaaako-chan – Fumiya ziewnął, prostując się. Rozpuszczone, czarne włosy sięgały mu do ramion, wyglądając jakby targał nimi wiatr. Powiódł zamglonymi od snu oczami po pokoju, zatrzymując wzrok na czarnowłosym. – Witaj, Meiji.
       - Szefie, ty żyjesz. – wydukał tylko w odpowiedzi, na co Fumiya parsknął śmiechem. Wyciągnął pięść do przodu.
       - Najwyraźniej. – zaśmiał się, gdy Meiji podszedł do niego, przybijając żółwika. Wyszczerzyli się do siebie. Po chwili jednak dowódca spoważniał, wracając do swojej pracy. – Czemu żeście mnie nie obudzili? – burknął w stronę Omitsu. Kobieta pokazała mu język, na co on pokręcił głową. – Dobra. Mako, Meiji, coś jeszcze?
       - Nie – odpowiedzieli jednocześnie.
       - To możecie już iść. Mamy jeszcze trochę roboty – oznajmił, tłumiąc ziewnięcie.
       - Hai – zasalutowali tradycyjnie lewą dłonią i wyszli.
***
      Po usłyszeniu całej historii, wypuściłam tylko głośno powietrze. Jeśli myślałam, że wczoraj miałam mętlik w głowie, to się myliłam. I to bardzo.
      Ryutaro oczywiście odpowiadał na moje pytania tak dokładnie jak tylko mógł, ale zważywszy na sytuację, to nawet dowództwo nie wiedziało wszystkiego. Każdy zachował strzępki informacji dla siebie, jakby sądząc, że wyjawienie wszystkiego od razu tylko zawiąże w naszych umysłach supeł, który trzeba będzie długo rozplątywać. W sumie, dużo się nie pomylili.
       Lekarz wspomniał też o podziale na drużyny jak i o powrocie Fumiyi. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dowództwo nadal myśli, że wiedzą o tym tylko nieliczni.
       - Wszystko gra? – zapytał chłopak po skończonej przemowie, przyglądając mi się bacznie. Przetarłam oczy dłonią, ponownie głośno wypuszczając powietrze. Nie wiem za bardzo co o tym myśleć. Z jakiegoś powodu nie czuję, że sypię się psychicznie. Przyjmuję wszystko na spokojnie, chłodno trawiąc informacje. Z jakiegoś powodu nie potrafię powstrzymać uśmiechu wkradającego się na moje usta jak i gęsiej skórki. Czuję, że krew zaczyna szybciej krążyć, buzując w uszach.
       - Ej, spokojnie, Ichigo… - zaczyna Ryu, wyczuwając moją niewytłumaczalną żądzę krwi. Tak, to jest dobre określenie. Żądza krwi.
       - Muszę stać się silniejsza.
       - Tak, ta… Chwila, co?
       - Muszę stać się silniejsza. – powtarzam już pewniej, obdarzając lekarza spojrzeniem granatowych oczów, w których zapewne szaleją ogniki. Zaciskam dłonie w pięści.
       Właśnie.
       Siła i trening to najważniejsze czego potrzebuję.
       - Ryutaro… Jak myślisz, gdy ładnie poproszę Tokajiego to mnie potrenuje?
       - Żartujesz, prawda? – lekarz zastyga, rozszerzając swoje oczy ze zdezorientowania. Rozszerzam uśmiech, czując jak przechodzi mnie dreszcz adrenaliny. W jakiś sposób to wszystko sprawia, że czuję podekscytowanie, choć gdzieś w głębi mnie zasiedla się przerażenie.
       - Dawno nie byłam tak poważna – rzuciłam w odpowiedzi. Nasze spojrzenia się krzyżują. Ryutaro bije się z myślami, spoglądając raz na mnie, raz w przestrzeń. Widząc jednak mój wzrok, wywraca oczami i kiwa głową.
       - W takim stanie? Raczej na pewno. – mówi niechętnie.
       - Dobra. W takim razie… - odkrywam zamaszyście kołdrę, zarzucając ją na przyjaciela. Nim zdąży się zorientować, kończę zakładać buty i wstaję pewnie na nogi. Niestety po pierwszym kroku czuję rwanie w okolicach brzucha. Zaciskam zęby, nawet nie wiedząc, że mam w sobie tyle determinacji. Kiedy trzymam już rękę klamce, zatrzymuje mnie krzyk brązowookiego.
       - Kanegawa stój!
       Odwracam się patrząc się na niego nieprzytomnym wzrokiem. Nadal słyszę jak krew we mnie buzuje, cała gotowa do natychmiastowego działania. Nie rozumiem co się takiego stało. Nagle poczułam impuls, który postawił mnie na nogi. Tylko tyle.
       - Zwariowałaś!?
       - Tak. Ale sądzę, że raczej pozytywnie  – rzucam na odchodnym, zamykając za sobą drzwi, pozostawiając w pokoju zdumionego chłopaka i śpiącą dziewczynę.
    Zupełnie nie rozumiejąc co we mnie wstąpiło idę naprzód pewnym krokiem, nie zważając na coraz to wyraźniejszy ból. Krótka chwila wystarczyła mi bym stanęła na nogi, doskonale wiedząc co mam zrobić.
      Uwaga, Jishin. Ichigo nadchodzi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz