Rozdział
7
- Nadal radziłbym się głęboko zastanowić, czy
szukanie porady akurat u tej wiedźmy jest dobry rozwiązaniem sytuacji, w której
się obecnie znajdujemy… - wymamrotał Tsuneari pod nosem, gdy w końcu
zbliżaliśmy się celu.
- Na serio masz zamiar dalej to ciągnąć? – spytał
Tokaji ze znużeniem. – Nie rozumiem o co ci chodzi.
- Wiesz o co? O to, że ona ciebie nie cierpi i to ja
będę musiał z nią cały czas gadać!
Wywróciłam oczami, spoglądając przez okno.
Złapaliśmy pierwszy lepszy pociąg w odpowiednim
kierunku. Sakiko Hashimoto mieszkała pod Tokio, można by rzec, że na odludziu.
Nieduże miasteczko, bardziej przypominało z oddali wioskę ze stacją kolejową.
Zbliżało się już południe, a kwietniowe słońce oświetlało wszystko pogodnym
blaskiem. Uśmiechnęłam się smutno. Miło byłoby choć raz mieć jeszcze okazję do
nacieszenia się takimi drobiazgami.
- Nie chcę, by paranoja ze zdrajcami również mi się
udzieliła, ale po części zgodzę się z Tsunearim. – rzuciła Ayako. Spojrzeliśmy
na nią z ciekawością. Od kiedy zapadła decyzja co do następnego celu misji,
zamilkła, a w przedziale, położyła się na przedramieniu i wgapiała za okno. –
Sakiko zawsze chciała pozostać neutralna. Ona albo pomaga wszystkim, albo
nikomu.
- I właśnie dlatego może mieć informacje. – odparł
Tokaji.
- Chyba nie rozumiesz o co mi chodzi. – fuknęła. –
Jeśli ona załatwiła im tę truciznę, to równie dobrze może stwierdzić, że nam
tego nie powie.
- Na jej miejscu nie próbowałabym robić sobie
wrogów. – stwierdziłam.
- Nawet gdyby – i tak nikt nie odważy się jej tknąć.
– powiedział Tsuneari, krzyżując ramiona. – Mimo tego całego jej… wariactwa,
jest jedyną „złotą rączką” działającą na tak dużą skalę. Załatwia leki,
narkotyki, trucizny, broń, fałszywe dokumenty… Plus bawi się w wynalazcę.
- O właśnie. Może zrobi mi jeszcze jeden taki bidon.
– Tokaji uśmiechnął się szelmowsko.
- Phi. A tak narzekałeś, gdy ci go dałem trzy lata
temu na święta. – prychnął Tsuneari.
- Tym razem rzucę go w ciebie.
Pociąg zatrzymał się z okropnym piskiem na stacji. Skrzywiłam
się, ale wyszłam pierwsza z wagonu. Liczyłam, że wtopimy się w tłum. Pudło.
Jedynie nasza czwórka wysiadała na tym zadupiu, a do pociągu wsiadała jakaś
studentka.
Spojrzałam przelotnie na peron. Widać było na nim
upływ czasu – budynek był pokryty zaciekami, drewniany szyld opadał, a farba z
okolicznych ławek poodpryskiwała paskudnie. Zawiał wiatr, a przed moimi stopami
przetoczyła się kartka z jakiejś gazety.
Tokaji, który najwyraźniej znał drogę, wyminął nas i
poszedł przodem. Jedyny obecny pracownik nawet nie zaszczycił nas spojrzeniem,
tylko dalej przeglądał coś w kolorowym magazynie. Wyszliśmy bez problemu na
drogę. Asfalt był pofałdowany i popękany, a wokół jedynym znakiem cywilizacji
był sklepik spożywczy i kilka ładniejszych domków wokół. Wokół roztaczały się
pola uprawne, na których majaczyły nieduże gospodarstwa. Był środek dnia, na
dodatek w środku tygodnia, więc taka miasteczkowa wieś była wymarła.
- Czasem aż wierzyć się nie chce, że to Japonia. –
westchnął Tsuneari, zrzucając z siebie skórzaną kurtkę. – Wystarczy odjechać
niecałe 30 kilometrów od stolicy i proszę. Czas zatrzymał się w miejscu.
Uśmiechnęłam się, wciągając świeże powietrze głęboko
w płuca.
- Słoneczko świeci, kwiatuszki kwitną. Jak miło
czasem nie słyszeć tego całego zgiełku miasta. – Ayako przeciągnęła się.
Tokaji, którego w ogóle nie ruszały spokój i
harmonia spojrzał na nas jak na idiotów. Rozejrzał się kilkakrotnie we
wszystkie strony, przypominając sobie z trudem drogę. Wskazał palcem na zachód,
jakby samego siebie upewniając. Ruszyliśmy za nim.
- Jak byłam mała, zawsze chodziłam do parku i
robiłam bukieciki z chwastów. – zaśmiała się po kilku minutach Ayako, męcząc
się z pleceniem wianuszka.
Wzięłam to od niej i wprawnym ruchem związałam łodyżki.
- Ja z kolei robiłam wianuszki. – rzuciłam, a
przyjaciółka pokazała mi język. Wrzuciłam jej na głowę wiązankę.
Tokaji zaklaskał ze znudzeniem.
- Brawo, brawo, niech żyje wesołe dzieciństwo. –
burknął sarkastycznie. – Może mi też taki wianuszek upleciecie? Morderca z
kwiatuszkami we włosach, trzeba będzie to opatentować.
Zmrużyłam oczy, ograniczając się do pokręcenia
głową.
- To nie taki głupi pomysł, Tokaji. – rzucił Tsu,
trzymając między zębami źdźbło trawy. – W takich na przykład żółciutkich
mleczykach byłoby ci ładnie. Podkreśliłyby twoje czarne włosy.
- Ty też? – mruknął Tokaji, wsadzając ręce do
kieszeni.
- Daj spokój, Tsu. – rzuciłam wesoło. – Na nim od
razu wszystko by zwiędło.
Zanieśliśmy się beztroskim śmiechem.
Czarnowłosy zatrzymał się, mordując nas wzrokiem.
Powoli się uspokoiliśmy.
- Widzę, że muszę wam przypomnieć po co tu jesteśmy.
– warknął. – Do jasnej cholery, idziemy do największej dilerki w okolicy po
jakąś odtrutkę, a w drodze powrotnej pewnie z 10 osób będzie chciało nas zabić.
A wiecie dlaczego? Bo jesteśmy zabójcami. Gdybyśmy dostali odpowiednią działkę,
wymordowalibyśmy tą całą wieś bez żadnego oporu. – machnął lekceważąco dłonią
na otoczenie. – Więc, łaskawie, nie pieprzcie mi tutaj o jakiś wianuszkach,
kwiatuszkach tylko skupcie się, bo nas wybiją.
Ruszył ponownie przed siebie, nie czekając na
jakąkolwiek odpowiedź.
Ayako westchnęła głęboko, pochmurniejąc. Zdarła wianuszek
z głowy i bez większych ceregieli wyrzuciła do rowu. Spojrzała po mnie i
Tsunearim już racjonalniejszym wzrokiem.
- On ma trochę racji. Czas to pieniądz. –
stwierdziła tylko, poprawiając kaburę z mieczem. Skierowała się za Tokajim.
Tsuneari popatrzył się za nimi nierozumiejącymi
oczami. Wypluł trawę z ust i przeczesał
dłonią włosy. Spojrzałam na niego krótko, obracając kwiatka w palcach.
Westchnęłam.
Chciałam pozwolić sobie na jeszcze kilka minut
takiej młodzieńczej beztroski, ale realia zbyt dawały o sobie znać. Zlecenia,
pieniądze, zlecenia, zyski, pieniądze. I tak w kółko. Tylko po co to wszystko?
Mi i tak kasa nie jest potrzebna. Do szczęścia muszę tylko dopełnić zemsty.
Spojrzałam na oddalających się przyjaciół.
Ayako wpadła w ten krąg, by ratować swoją rodzinę, a
Tokaji… jego po prostu przesiąkło to do szpiku kości. Spojrzałam kątem oka na
Tsu. Tak naprawdę nigdy nic nie mówił o przeszłości, o motywach. Po prostu tu
był, trwał w tym wszystkim i próbował dożyć jutra.
Trochę tak jak ja.
Równie dobrze mogłam dalej wieść ‘normalne’ życie.
Mogłam poczekać wtedy na policję, na pomoc. Odesłaliby mnie pewnie do ciotki,
zmieniłabym szkołę, ale raptem to tylko tyle. Mogłam się uczyć, zostać
detektywem, wyśledzić tych morderców… Wszystko zgodnie z prawem. Zgodnie z
założeniami porządnego życia.
Ale jednak stałam się tym, czym jestem teraz.
Westchnęłam jeszcze raz.
- Chodź. – mruknął Tsuneari, chwytając mnie za
nadgarstek. – Tak jak oni to stwierdzili – nie mamy czasu na jakieś dziecinne
rozterki.
Nie wyczułam w tej wypowiedzi ani trochę wiary w te
słowa.
Uśmiechnęłam się jednak i wyrzuciłam kwiatka przez
ramię.
***
- O rajuśku,
mam gości! – wykrzyknęła Sakiko, wychylając się z niepewnością zza drzwi. Jej
okrągłe oprawki zjechały jej z nosa. – O rajuśku! – powtórzyła, po czym
zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
Tsuneari, który podjął się tego szlachetnego zadania,
uśmiechał się najszczerzej jak tylko umiał, ale teraz mina gwałtownie mu
zrzedła, a on sam zabębnił z zniecierpliwieniem palcami o udo.
- Spokojnie, ona za chwilę otworzy… - wycedził przez
zęby, zmuszając się do uśmiechu.
Razem z Ayako pękałyśmy ze śmiechu.
Rozejrzałam się po „posiadłości”. Wcześniej
stwierdziłam, że cała ta mieścina jest totalnym bezludziem, to teraz muszę
powiedzieć, że znaleźliśmy bezludzie bezludzia. Dosłownie.
Sakiko mieszkała kilka kilometrów od centrum
czegokolwiek. Miała potężną działkę, niestety zarośniętą wysokimi chwastami i
nieogrodzoną. Granice wyznaczały wysokie krzewy, które kiedyś na pewno tylko
dodawały uroku temu miejscu. Teraz rozrosły się tragicznie, razem z bluszczem,
który oplótł zamszoną fontannę. W głębi „ogrodu” dostrzegłam wrak czegoś, co
przypominało garbusa.
Sam domek nie wydawał się duży, choć może to przez
wszechobecne chwasty pnące się po ścianach, mech i… mniejsza z tym. Wszystko
ogólnie sprawiało wrażenie niemożliwego do zamieszkania, ale miało swój
wyjątkowy klimat.
Sakiko otworzyła ponownie. Wyglądała teraz na trochę
bardziej ogarniętą.
- A więc, a wię,c moi mili… - ukłoniła się
teatralnie, wpuszczając nas do środka. Jej elegancja nie potrwała zbyt długo –
wchodząc usłyszeliśmy gwizd czajnika. – Jasna anielka, przypalę herbatę!
Rzuciła się w stronę bliżej niezlokalizowanej
kuchni.
- Czy herbatę w ogóle da się przypalić? – mruknął
Tokaji pod nosem.
- Zostawcie buty w przedpokoju, by nie nanieść
piasku! – usłyszeliśmy z głębi domu. Spojrzałam krytycznie na wnętrze domu,
zastanawiając się co da zdjęcie butów w tym całym grajdole.
Wchodziło się do okrągłego przedpokoju, który
dzielił się na cztery ściany – od kuchni, salonu, sypialni i łazienki. A graty
piętrzyły się w każdym najmniejszym zakątku domu.
Czasem w bajkach, książkach są opisy domów takich
pozytywnie walniętych ludzi, co uwielbiają stare czasy i chomikowanie
wszystkiego co wpadnie w dłonie. A teraz wyobraźcie sobie takie wnętrze, tylko
odpowiednie do naszych realiów - szkice
przestawiające broń, prawdziwa broń, butelki, naboje. Wszystko.
- Czy tylko ja mam wrażenie, jakby ten dom miał
pęknąć od środka? – rzuciła Ayako, spoglądając na zastawione ściany.
- Witamy w rodzinnej posesji Hashimoto zrujnowanej
przez jedyną dziedziczkę! – zawołał z udawanym entuzjazmem Tsuneari.
- Oj, no weź, Tsuś! – zaśmiała się Sakiko, stając w
jednej z framug. Trzymała blachę z piekarnika, na której stały gliniane
naczynka z gorącą herbatą. – Chodźcie do salonu, zaparzyłam herbatkę. Nawet mam
swoją najnowszą zastawę! – zawołała z dumą, wchodząc do innego pomieszczenia.
- To będzie ciężkie. – szepnęłam pod nosem.
- Bardzo ciężkie. – przytaknęła mi przyjaciółka.
Tokaji machnął na nas pośpieszająco. Przewróciłam
oczami i weszłam do salonu. Widząc jego stan zrobiło mi się słabo.
- Przepraszam za bałagan. – zachichotała Sakiko. – Ale
i tak trafiliście na dobry moment właśnie sprzątałam. – westchnęła, pocierając
czoło wierzchem dłoni. Zostawiła długi, czarny ślad sadzy.
Staliśmy blisko siebie, jakby wszystko miało na nas
spaść. Kobieta podskoczyła gwałtownie, stawiając blachę na stoliku, nawet nie
robiąc miejsca (wszystko tutaj łamało prawa fizyki). Z wariackim uśmiechem
zaczęła rozrzucać papiery, aż dało się rozpoznać kanapę.
- Siadajcie, siadajcie! – rzuciła, idąc w głąb pomieszczenia.
- Wszyscy zginiemy. – jęknął Tsuneari.
- Zamknij się. – syknął czarnowłosy, zapadając się w
kanapie.
Sakiko, zanosząc się śmiechem, dojechała do nas na
fotelu obrotowym. Wyglądał na najnowocześniejszy przedmiot w całym domu.
Spojrzała po nas, strzyknęła palcami, uspokajając się lekko.
- No więc, cóż was sprowadza w moje skromne progi,
oprócz pysznej herbatki? – uśmiechnęła się ciepło, poprawiając oprawki.
Zauważyłam, że teraz miała jedynie druty owinięte
wokół szkieł. Jej brązowe, krótkie włosy dalej sterczały, a ubiór pozostał
ekscentryczny – była boso, w poplamionych leginsach, bufiastej koszulce, a
przez szyję miała przewieszone pilotki.
Tsuneari spojrzał po nas kontrolnie, a widząc nasze
zachęcające spojrzenia, podjął rozmowę.
- Sakiko! Jak się cieszę, że cię widzę! Wszyscy się
cieszymy – zaśmiał się. – Tyle dla nas robisz, że aż ciepło na sercu.
- Ooo, Tsuś, jakiś ty kochany. Wszyscy jesteście
taaacy kochani! – w jej ton zakradła się dziecięca nutka. – W ogóle nie
rozumiem czemu ci wredni panowie na was polują.
- Wredni panowie? – Tokaji lekko się wyprostował,
słysząc ciekawy termin.
- Policja.
- Kurde. – mruknął, zapadając się w kanapie.
- Właśnie, policja. – przytaknął Tsuneari. – Z nimi
to same problemy. Są jak trucizna. A jak przy tym jesteśmy… Nie słyszałaś może
o jakimś nowym rodzaju trucizny?
- Daj spokój, Tsuś. Cały czas jest coś nowego. –
machnęła ręką.
- Ale, chwilka, chwilka. – dołączyłam, szczerząc się
jak głupia. – Może wiesz coś o takiej, której odtrutka jest trudno dostępna.
- Ichigoś, ale ty wyrosłaś! – splotła palce ze sobą.
– Chciałabym być taka ładna jak ty! Kiedyś nawet…
- Błagam, panią, to naprawdę ważne…
- Jeśli o to chodzi, mogę zastopować przysyłanie jakiejkolwiek
odtrutki, jeśli potrzebujecie tego. Oczywiście nie na długo i potrzebowałabym
kilku dni na przygotowania oraz trochę pieniędzy by na to poszło…
- Nie, nie, nie, nie… - przerwał jej Tsuneari,
podnosząc się z kanapy – Tokaji zapadł się jeszcze bardziej – i podszedł do
niej, kładąc przyjacielsko dłoń na ramieniu. – Nie moglibyśmy cię prosić o coś
tak absurdalnego…
- Absurd absurdem. – prychnęła, popijając herbatkę.
– Już taki jeden o zbieżnych oczkach, prosił mnie o coś takiego.
Spojrzeliśmy po sobie z nową nadzieją.
- A pamięta pani może kto to był i jaką truciznę mu
chodziło, pani Hashimoto? – spytała ostrożnie Ayako.
- Oczywiście, że pamiętam. – przytaknęła. – Poza tym
nie jestem taka stara, by nazywać mnie panią. Kiedyś nawet to…
Tokaji zmroził Ayako wzrokiem. Sakiko nakręciła się
i nie zwracała uwagi, czy ktokolwiek ją słucha. Tsuneari wziął kilka głębokich
wdechów, powtarzając jakąś mantrę pod nosem – osobiście chciało mi się od tego
śmiać. Kobieta przypominała trochę nieporadne dziecko o ogromnym serduchu. Może
rozmowa z nią przynosiła marne efekty, nie rozumiała powagi sytuacji albo nie
chciała jej rozumieć, to mimo wszystko nie chciała nas zabić od razu po
zobaczeniu. A to już coś.
- Sakiko, stary druhu. – Tsuneari poderwał ją do
góry, przyduszając przyjacielsko ramieniem za szyję. – A dałabyś radę załatwić
nam odtrutkę do tej „przyblokowanej” trucizny? – wyszczerzył się.
Sakiko zdjęła z szyi jego ramię, kręcąc ze znużeniem
głowę.
- O rajuśku, już mówiłam waszym, że po tak
absurdalnej prośbie, nawet mi nie podeślą tego antidotum przez najbliższy
miesiąc. – westchnęła, ale z pozytywną miną. – Moglibyście mi choć raz zaufać,
moje projekty tylko w 45% ulegają samo-destrukcji, a substytut odtrutki tego
nie zrobi…
- Chwila. – przerwał jej poważnie Tokaji. – Jaki
substytut?
- Jak to jaki? – obruszyła się, kładąc pięści na
biodrach. – Przecież mówiłam Omitsu, że opracowałam go! Oczywiście myślałam, że
przyjedzie osobiście, bo w sumie tak mówiła, ale skoro woli się posługiwać
młodymi, to proszę bardzo…
- Chwila. – Ayako wstała, lekko blednąc. – Omitsu
miała przyjechać?
- Skoro wy o tym nie wiecie, powiedziałabym to w
czasie teraźniejszym. – rzuciła kobieta, dopijając herbatkę. – Uhuhu, robi się
coraz ciekawiej.
Spojrzeliśmy po sobie z niepokojem.
- Jesteśmy w dupie. – rzucił Tsuneari, wyciągając
Tokajiego z kanapy.
Czarnowłosy strzepnął z siebie kurz.
- Musimy stąd spierniczać. Mamy niewielką szansę, że
wyminiemy się z Omitsu. – machnął na nas pośpieszająco dłonią.
- Musimy wykonać jakieś zlecenie, inaczej nie
wciśniemy im kitu i nas opierniczą z góry na dół. – przypomniałam, gdy
zbieraliśmy się do wyjścia.
Sakiko śledziła nasze ruchy z zaciekawieniem. Nie
zdziwiłabym się, gdyby poszła po popcorn. Spojrzałam na nią przez ramię z
niepokojem, ale ona uniosła kciuk do góry, po chwili zaczynając się śmiać. Była
jak dziecko, które usiłuje dotrzymać sekretu, ale jest zbyt rozentuzjazmowane.
- Ruchy, ruchy, ruchy. – syknął Tsuneari. – Musimy
spierniczać.
Usiłowaliśmy właśnie wyminąć wszystkie przedmioty
walające się po przedpokoju, gdy drzwi wejściowe otworzyły się na oścież.
- Sakiko, jak coś to tylko ja! – wydarła się Omitsu,
z uśmiechem na ustach. Spojrzała na nas, nadal się uśmiechając. Po czym, gwałtownie
na jej twarz wpełzło osłupienie, przemieszane ze złością. – CO WY TU ROBICIE.
***
Omitsu wzięła głęboki oddech, któryś raz z rzędu,
ale w końcu pokręciła głową z dezaprobatą i dopiła trzecią kawę. Rzuciliśmy
sobie krótkie spojrzenia, gnieżdżąc się na kanapie. Zastępczyni siedziała na
fotelu obrotowym, a Sakiko składała coś przy biurku, jednak byłam pewna, że
uważnie nas słucha.
Omitsu wzięła jeszcze jeden wdech i w końcu
zacmokała.
- Czy wy czasem myślicie, co odwalacie, do jasnej
cholery? – warknęła, zatapiając palce we włosach.
Przełknęłam ślinę.
- Omitsu, możemy to… - zaczął Tsuneari, ale kobieta
zmroziła go wzrokiem.
- Nic nie możecie wytłumaczyć. – ucięła krótko i
odstawiła z hukiem kubek. – Czy do was nie dociera, gdy każemy wam zostać w organizacji?
Którego z tych słów nie rozumiecie? – spytała sarkastycznie, tasując nas
spojrzeniem czekoladowych oczu pociemniałych z gniewu.
- „Każemy” – odparł Tokaji, nim Ayako zdążyła
wepchać mu pięść do gęby.
Kobieta wstała i stanęła naprzeciwko nas. Miała
niewiele ponad 170cm i była wyższa tylko ode mnie i Ayako, a jednak coś w jej
postawie sprawiało, że wydawała się być wyższa od nas wszystkich razem
wziętych.
- Na serio myślisz, że teraz jest okazja do
pyskowania, Kosai? – rzuciła chłodno. – Bo, uważaj oświecę cię – nie jest. –
przeniosła spojrzenie z czarnowłosego na nas wszystkich. – Czy wy w ogóle
rozumiecie kim jesteście? Zniżacie się do poziomu śmieci za marne grosze.
Żyjecie praktycznie na ulicy. Rozkazy od nas powinny być dla was świętością. – zmrużyła
oczy. – Gdyby to nie było Kaminari, dawno kazalibyśmy się was pozbyć.
- Ale to jest Kaminari. – powiedział Tsuneari, nawet
nie podnosząc na nią wzroku.
- Nie zaczynaj tego znowu, Tsu. – syknęła Omitsu. –
Dostaliście jasny rozkaz nie ingerowania w te sprawy i zostania w organizacji,
a wy co? Wyszliście przed świtem, biorąc jakąś podejrzaną starą misję – co
teoretycznie mogło nas zwieść, gdyby nie szła akurat wasza czwórka – i znajduję
was tu.
- Ale mamy ważne informacje o Kuno… - wtrąciłam
delikatnie.
- Cholera, trzeba było go wtedy dogonić… - mruknęła
Ayako pod nosem.
- TA ROZRÓBA W NAGANO TO WY? – Omitsu pobladła z
gniewu. – Czy was pojebało do końca? Przecież to Ryuji – wszystko co mówi ma
drugie dno! A ten rozwalony bar, który widziałam to pewnie też wy?
Przytaknęliśmy beznamiętnie.
Omitsu jęknęła i opadła bez sił na fotel.
- Ja kiedyś tutaj zwariuję. – mruknęła. –
Słuchajcie, gówniarze. Spróbuję wam to wytłumaczyć. Mamy zdrajcę w szeregach,
tak? Więc takie zagrania są nie na miejscu. Nawet jeśli szukaliście odtrutki.
Za takie podejrzane akcje, czy niesubordynację powinniśmy was się pozbyć…
- Więc czemu tego nie zrobisz? – wtrącił chłodno
Tokaji.
Omitsu posłała mu szelmowski uśmiech.
- Nawet ja nie jestem na tyle głupia, by walczyć z
waszą czwórką w pojedynkę. – odparła.
- Dałabyś radę zabić co najmniej połowę z nas. –
westchnął Tsu.
- A co mi po połowie, jak byłabym martwa? –
wywróciła oczami. – A po za tym mamy niedobór ludzi. 30 osób to nie jest
powalająca liczba. I… - prześlizgnęła się po nas spojrzeniem, w którym
dostrzegłam zmiękczenie. – I wiem, że to żadne z was. – zatrzymała wzrok na
Ayako. – Chociaż sądziłam, że akurat ty będziesz wolała się w to nie mieszać.
- Czasem trzeba. – brązowowłosa wzruszyła ramionami.
- Ja wam daruję, ale nie wstawię się przed szefem.
To od niego zależy co z wami zrobi. – rzuciła Omitsu. – Musi do was dotrzeć, że
w zawodzie, w którym liczą się tylko brudne pieniądze i zyski, nie istnieje coś
takiego jak moralność.
Zapadła cisza.
Wyłamałam sobie palce, rozmyślając. Natłok
przemyśleń kłębił się w mojej głowie, jak chmury w burzowy dzień. Ta cała
nagonka ze zdrajcą stawała się coraz poważniejsza. Jakby nie patrzeć, wiedzą
nawet o naszych pomniejszych misjach. Omitsu ma rację. Kaminari może się
próbować wyłamywać, ale i tak wszystkie nasze zlecenia polegają na tym samym –
załatwić za wszelką cenę i zarobić. Nikogo nie obchodzą „sprzymierzeńcy”.
Znajdziemy sobie kilku w organizacji, dla których rozważymy możliwość
zaryzykowania. Ale gdybym miała wybierać między ogromnym zyskiem, a życiem na
przykład Gou albo Takashiego…
Wzdrygnęłam się, brzydząc się sobą.
Jednak szybko mi to przeszło.
Ryuji miał rację. Mam głęboko zakorzeniony instynkt
zabójcy.
- MAM! – wesoły wrzask przetoczył się po pokoju.
Sakiko rzuciła się w naszym kierunku, hamując
gwałtownie przed Omitsu. Przygładziła nieskutecznie włosy, uśmiechając się jak
dziecko. Zabójczyni lekko się rozpogodziła, jakby ciesząc się na widok takiego
podejścia do życia. Sakiko wręczyła jej uroczyście niewielką buteleczkę z
prowizorycznym substytutem odtrutki, a Omitsu w odpowiedzi uśmiechnęła się
szerzej i objęła przyjacielsko drobną kobietę.
- Dziękuje, Hashimoto. – westchnęła. – Bez ciebie
bylibyśmy martwi.
- Ależ nie ma za co, Omitsu! – roześmiała się w
głos. – Zdecydowanie wolę pomagać wam, a nie tej całej reszcie bufonów. Oni to
tylko: „Damy ci tyle i tyle, a ty zrobisz dla nas to i to” i nic więcej!
Wyobrażasz sobie takie ponure życie? Bo ja nie! Dobrze, że wy się czasem
szczerze z czegoś pośmiejecie, chociaż nie dziwię się, że tak rzadko to
robicie, też nie byłoby mi do śmiechu w takiej…
- Naprawdę dziękuję. – powtórzyła Omitsu, wciskając
jej plik banknotów. – Ale nie możemy dalej tracić czasu, zwłaszcza po naszej
przydługiej pogawędce.
Sakiko posmutniała przez chwilę, nawet gdy
przeliczała na szybko pieniądze, jakby wcale nie o to jej chodziło. Gdy
oprowadziła nas do drzwi, trajkotała o czymś bez sensu, a ja rozejrzałam się po
jej domu. Kobieta wydawała się taka mała w tej posiadłości i dość… samotna.
Chociaż tacy jak my, nawet w tłumie są samotni.
- Do widzenia, towarzysze! – zaśmiała się. – Moje
drzwi stoją przed wami otworem! – dokrzyknęła, gdy oddalaliśmy się już.
Poczułam wewnętrzną potrzebę, by odwrócić się i jej
pomachać. Uśmiechnęłam się szczerze – to był jeden z tych momentów, w których
moje uczucia działały poprawnie. Jeden z niewielu, ostatnimi czasy. Emocje
zatrzymywały się tylko na trzech miejscach: nienawiść, rządza krwi i strach.
Spojrzałam na samochód, do którego wsiadła Omitsu i
zatrzymałam się w prawie tym samym momencie co moi towarzysze. Kobieta
wychyliła się przez okno i spojrzała na nas ze znużeniem.
- Co znowu?
- Ty masz samochód. – wydukał Tsu.
- Pożyczony. – uściśliła, przekręcając kluczyk. –
Taki jeden gościu wisiał mi trochę kasy, więc darowałam mu za wypożyczenie. –
wskazała kciukiem na drzwi. – Wsiadajcie.
- Czy ona też kieruje tak jak reszta? – szepnęłam do
przyjaciół.
- Nie, oczywiście, że nie. – Tokaji posłał mi
uśmieszek, otwierając drzwi z przodu. – Gorzej.
***
Czasem przez myśl mi przechodzi pytanie, dlaczego
przez tyle lat nadal wszyscy kierują jak wariaci? Ale gdy wyjdę w całości z
auta, zapominam o tym.
Omitsu wyszła bez słowa z samochodu i skierowała się
w stronę organizacji, dając nam do zrozumienia swoim wymownym milczeniem, że
kategorycznie powinniśmy iść za nią. Wzięłam w płuca wiosenne powietrze i
wyczułam nadciągającą ulewę.
Przemknęliśmy do magazynu, zachowując najwyższą
czujność. Najwyraźniej przez ostatnie 3 miesiące nikt jeszcze nie rozgryzł
gdzie mamy bazę, albo wolą na razie trzymać się od nas z daleka. Nie wiem co
lepsze. Lub gorsze.
Organizacja była wręcz niepokojąco pusta, a
nierzeczywista cisza przeszywała mój umysł zmuszając do wytężenia zmysłów,
jakby gdzieś w środku czyhało niebezpieczeństwo (w każdym bądź razie inne niż
Sotomura). Spojrzałam po towarzyszach, nie pokazując po sobie zaniepokojenia
ciszą. Tokaji szedł ze znużoną miną z dłońmi w kieszeniach i szeptał coś z
Tsunearim, który rozglądał się ze zdziwieniem za kimkolwiek. Obaj wyglądali
jakby przywykli do takich sytuacji. Ayako wlokła się obok mnie, a jej
przygasłe, poszarzałe oczy wodziły wzrokiem po podłodze.
Poczułam do niej współczucie. Wyglądała jakby życie,
przez które szła z ogniem w duszy, zaczynało ją powoli przygniatać, a sam
płomień lekko przygasł, zbyt zmęczony zamkniętym kręgiem pieniędzy,
niebezpieczeństwa i śmierci. Jakby ta rozwrzeszczana, chamska dziewczyna, która
odezwała się do mnie pierwsza miała dość powtarzanej codziennie mantry. „Jutro
będzie lepiej”.
Coś ścisnęło mnie za gardło. Brakowało mi Takiego.
Mojego drogiego, ciepłego przyjaciela, który emanował nierealną empatią. W
takich chwilach umiał drobnym gestem i jednym zdaniem wlać w nas nadzieję.
Zamrugałam trochę szybciej, gdy mój umysł tchnął w wspomnienia nowe życie, a w
uszach rozbrzmiał rozdzierający wrzask Ayako.
Do bani ze mnie przyjaciółka.
Uderzyłam ją pięścią lekko w ramię, nie wiedząc co
powiedzieć.
Spojrzała na mnie, i bez zbędnych słów uśmiechnęła
się ponuro.
- A i jeszcze jedno. – Omitsu zawahała się przed
drzwiami biura, jakby nad jej wściekłością pojawiła się troska. – Na serio nie
radzę wam pyskować.
- Tak, tak… - Tokaji machnął lekceważąco dłonią. –
Chodźmy już, im szybciej się zacznie tym szybciej się skończy.
- Mówiłam głównie do ciebie. – zastępczyni zmrużyła
karcąco oczy, ale nie mówiąc nic więcej otworzyła drzwi bez pukania.
Uśmiechnęłam się w duchu. Niektóre rzeczy nigdy się
nie zmienią.
- Siemka, Fumiya. – zawołała, rzucając odruchowo
swoją broń na zapadniętą kanapę i wchodząc jak do własnego pokoju.
Dostrzegłam zza pleców kobiety szefa, który
przełknął szybciej swoją kawę, krzywiąc się na widok starej towarzyszki.
Odrzucił papiery, krzyżując ramiona spojrzał na Omitsu. Mogłabym przysiąc, że
za tym jego grymasem, kryje się coś dużo bardziej głębszego niż krzywy
uśmieszek.
- Od szesnastu lat powtarzam ci, że… - zaczął z
udawanym oburzeniem, ale urwał, gdy nasza czwórka również weszła do środka. Jego
mina gwałtownie zlodowaciała, a on sam wziął głęboki oddech. – Proszę, proszę.
Kto nas łaskawie zaszczycił swoją obecnością.
Nawet Tokaji nie ośmielił się rzucić jakąś
sarkastyczną odzywką.
Staliśmy i czekaliśmy.
Fumiya wziął jakieś dokumenty do rąk i zaczął je
segregować. Do niektórych doczepione były zdjęcia, więc założyłam, że to
zlecenia do zabójstw. Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając czemu szef nic nie
mówi. Po upływie kilku minut, gdy odnalazł odpowiednią kartę, wyprostował się i
spojrzał na chłopaków.
- W sumie, to nawet dobrze, że jesteście. Mamy
zlecenie na zabójstwo waszego starego kolegi i akurat się przydacie. – rzekł,
wyciągając w ich stronę kartkę z danymi i fotografią.
Tsuneari przyjął ją z ostrożnością, jakby bał się,
że gdzieś tutaj jest haczyk. Przejrzeli na szybko z Tokajim kartę, szukając
niezgodności, trudności, ale wszystko najwyraźniej było w porządku. Przyjaciele
spojrzeli po sobie. Czarnowłosy odchrząknął.
- Em… Szefie…
- Tokaji, chcesz wiedzieć dlaczego tak mało dzieciaków
podejmuje się akurat naszego fachu? – spytał neutralnym tonem.
Wszyscy byliśmy zbici z tropu. Nawet Omitsu
przestała się krzątać i obejrzała się na nas. Czarnowłosy spojrzał po nas,
oczekując wsparcia, ale żadnemu z nas nie przychodziła sensowna odpowiedź.
Chociaż, gdy teraz o tym myślę, każda byłaby lepsza niż odzywki Tokajiego.
- Ponieważ są zbyt słabe by przeżyć…? – jego pewny
siebie głos przerodził się w pytanie, gdy nie zobaczył potwierdzenia na twarzy
szefa.
- Ponieważ myślą, że są nieśmiertelni i ich
pojedyncze działania nie zmienią wiele w ogólnych stosunkach. – powiedział
Fumiya, nie odrywając wzroku od dokumentów. – Myślicie, że jesteście mądrzy, że
przechytrzycie najlepszych strategów i jak zrobicie po swojemu - wszystko
będzie w porządku. Tylko, że nic nie jest aż tak proste. Szczególnie tutaj. –
spojrzał po nas poważnie.
- Ale niech szef posłucha… - wtrąciłam cicho, ale
urwałam, gdy Fumiya wlepił we mnie spojrzenie.
- Kanegawa, słyszałaś może o czymś takim jak ‘efekt
motyla’? Według niego trzepot skrzydeł motyla na jednym kontynencie może
spowodować tornado na innym. – w jego matowych oczach dostrzegłam śmiertelną
powagę. – Każde z waszych nieprzemyślanych działań już mogło wyznaczyć nam
drogę do pewnej śmierci.
- Ale zdobyliśmy informacje o truciźnie. Ryuji Kuno…
- podjęła Ayako, a jej głos z każdym słowem odzyskiwał moc.
- Właśnie. Towarzysz Kuno. – wycedził z obrzydzeniem
Fumiya. – On zawsze ma zaplanowane kilka rozwiązań każdej sytuacji, a i tak
korzysta tylko z pierwszego planu. A wiecie dlaczego? Bo jako jeden z niewielu
gówniarzy rozumie jak działa ten świat. Doskonale zdaje sobie sprawę, że bycie
najemnikiem nie jest tak chaotyczne jak przedstawiają to filmy akcji. Wygrywają
nie ci, którzy mają największe mięśnie, ale ci, którzy myślą. – wyrównał
wprawnym ruchem stosik wyroków śmierci na nieznanych mi ludzi. – A jeśli chodzi
o truciznę, nie mam najmniejszego zamiaru wierzyć w żadne słowo Ryujiego.
Wolałbym skazać moich ludzi na pewną śmierć niż wchodzić w nim w układy. –
prychnął. – Ale na szczęście, jeszcze nie muszę. Omitsu, dałaś tą odtrutkę Ryu?
- Tak, powiedział, że najpierw ją przebada.
- Odtrutkę?
- Miyako. – odparła. – Jej organizm jest silniejszy
niż przypuszczaliśmy. Jest w stanie racjonalnie myśleć, ale zmęczenie przykuwa
ją do łóżka. Powinna być nadal przytomna, jak chcesz z nią pogadać, Sotomura.
Szef tylko machnął dłonią.
- Więc na razie nie ma problemu. – prychnął, po czym
przeniósł wzrok na chłopaków. – Kosai, Nakade, bierzecie tą misję, czy
będziecie tak sterczeć?
- A szef nie ma zamiaru… no nie wiem… - spytał
powoli Tsuneari.
- Nawrzeszczeć na was? A co mi to da? – Fumiya
zmierzył nas chłodnym spojrzeniem. – Możecie potraktować bycie w Kaminari za
największe szczęście w życiu. Gdyby nie Arata, już dawno kazałbym się was
pozbyć. – gdy padło imię poprzedniego szefa chłopcy spuścili wzrok, a ja nie
wiedziałam jak zareagować. Nadal nic nie wiedziałam. – Ale patrząc się na naszą
sytuację, wliczając w to niezidentyfikowanych szpiegów - akurat wy nie
pasujecie.
Ayako wzdrygnęła się ze zdziwienia, jakby nie mogła
uwierzyć, że użyli tego słowa w jej obecności. W sumie faktycznie nie była
‘wtajemniczona’, a o szpiegu dowiedziała się od… w trakcie misji? Nie wygląda
teraz na zaskoczoną. Spróbowałam sobie przypomnieć jej zdziwienie, ale nic
takiego nie wyryło się w mojej pamięci. Wyraźne natomiast było imię
czterookiego wykrzyczane przez Ayako w rozdzierającym smutku.
- Kasahara, nie rób takiej zdziwionej miny. –
prychnęła Omitsu. – I tak wszyscy wiemy, że wiesz, że mamy szpiega.
- Mogliście udawać, że nie macie. – odparła
krytycznie.
- To na nic, by nam się nie zdało. – Mako jak zwykle
zjawiła się bezszelestnie. – Na razie nie jesteś nawet podejrzana.
Spojrzałam ze zdziwieniem na rudowłosą zabójczynię,
która weszła do gabinetu z notatnikiem. Przekartkowała go szybko, odczytując
pobieżnie dane.
- Na razie nic, szefie.
- Cholender. – przeklął pod nosem. – Rozgryźli nas?
- Mogę wiedzieć co się dzieje? – spytał Tsuneari,
machając kartką w powietrzu. – Przed chwilą szef mówił, że tu nie ma miejsca na
chaotyczność, a dawno nie było takiego zamieszania.
- A właśnie. Nakade, Kosai, wy macie misję. –
mruknął szef, wyganiając ich z biura. – Idźcie się przespać do wieczora, a
potem ruszajcie. Jak wyjedziecie z Tokio o 21, powinniście być na miejscu przed
północą.
- Świetnie. – Tsuneari przewrócił oczami i wyszedł
bez słowa.
- Po prostu zajebiście. – zawtórował mu Tokaji,
trochę ciszej, nawet się na nas nie oglądając.
Podświadomie trzymali się zasady, by nie żegnać się
przed misją. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
- A wracając do sprawy twojej „niewinności”, że tak
to ujmę, to przydzieliłem banalne misje praktycznie wszystkim, którzy nic nie
robili. Mako, Mikuru, Meiji i Hiroki ich obserwują. Najwyraźniej nikt nie
próbuje nic zdziałać. – westchnął ze znużeniem. – Poza tym twoi rodzice dają ci
100% alibi, więc nawet tego nie mogę się czepić.
- Moi rodzice? – wydusiła z niedowierzaniem.
Szef przytaknął, a po chwili wahania rzucił w jej
kierunku zwitek banknotów. Przyjaciółka rzuciła się w jego kierunku, chwytając
łapczywym gestem. Od razu zaczęła przeliczać, a w moim umyśle odezwała się
ostatnia myśl. Zmęczona zamkniętym
kręgiem pieniędzy. Gdy przeliczyła pobieżnie kasę, jej oczy jak szybko się
zaświeciły tak zgasły.
- A gdzie jest haczyk? – mruknęła z podejrzliwością.
- Nie ma haczyka.
- Więc czemu tak po prostu dajesz mi pieniądze?
Przecież doskonale wiesz, że nigdy nie mam grosza przy duszy i ot tak ci tego
nie zwrócę. – skrzyżowała ramiona, mordując dowództwo wzrokiem.
Przypominała mi bite zwierzę, które nie wierzy, że
są ludzie, którzy mu pomogą. Omitsu spojrzała na nią ze swoim chytrym
uśmieszkiem.
- Ty już się nie martw, coś ci znajdę do roboty.
Ayako podrzuciła jeszcze zwitek pieniędzy w dłoni,
po czym zamknęła oczy. Dostrzegłam, że jej szczęka drży, ale nie z płaczu tylko
złości. Zaciskała mocno zęby, aż w końcu wycedziła przez nie jedno słowo.
- Wychodzę.
Trzasnęła za sobą drzwiami, a ja czułam, że powinnam
jakoś zareagować. Jestem do bani.
W pokoju zapanowało milczenie, a ja kątem oka
spojrzałam na drzwi, niepewna czy powinnam teraz wychodzić. Fumiya dostrzegł
ten ledwo zauważalny ruch i pokręcił głową.
- Siadaj, Kanegawa. – wskazał na jedno z krzeseł. –
Z tobą muszę pogadać trochę dłużej.
Spojrzałam na nie, jakby nie rozumiejąc polecenia.
Atmosfera była przytłaczająca i z trudem powlekłam się do niego. Opadłam ze
zduszonym westchnieniem, krzyżując ramiona i zakładając nogę na nogę. Na więcej
się nie ośmieliłam, niepewna czy aby pokazywanie po sobie zawziętości będzie
teraz dobre.
Gdy Fumiya nachylił się nad biurko i splótł palce
przy ustach, wyprostowałam się bardziej, mając wrażenie, że teraz oberwę
najbardziej.
- Uspokój się, nikt nie ma zamiaru cię zabijać. –
mruknęła Mako beznamiętnie. – Nawet jeśli powinniśmy nie możemy. Mamy niedobór
ludności.
- Mam do ciebie kilka spraw, Kanegawa. I szczerze,
gdybyś miała oberwać za głupotę, oberwałabyś w towarzystwie. – prychnął Fumiya.
– W ogóle, wasze wymykanie się na misje było niezłe taktycznie, ale Mikuru jest
mądrzejsza.
- Co nas zdradziło? – spytałam z czystej ciekawości.
- Jak zobaczyliśmy waszą karteczkę, machnęliśmy na
nią ręką. – zaśmiała się Omistu, siadając na stole. – Dopiero Mikuru
przeczytała to uważnie kilka razy i zaczęła łączyć fakty: prosta misja, w
nieznacznej odległości od tego nieszczęsnego parkingu, no i na zlecenie na góra
dwie osoby poszła was czwórka.
- Kurde. – syknęłam pod nosem. – No i co w końcu z
tym parkingiem?
- Pustka. – Mako wywróciła oczami.
- Wszystko wyczyszczone. Najwyraźniej Ryuji myśli o
wszystkim. – westchnął Fumiya, a po chwili zmierzył mnie zdenerwowanym
spojrzeniem. – Młoda, nie zagaduj mnie tutaj. Wracając do sedna… Ryuji.
- Ryuji? – jęknęłam z niedowierzaniem. – A co ja mam
z nim w ogóle wspólnego?
- Aż za dużo. – prychnęła Omitsu. – Jest tobą
zaintrygowany i zazwyczaj „wpadacie” na siebie.
- Dlatego wolałbym usłyszeć relację wydarzeń z
punktu widzenia osoby, która przeprowadzała najistotniejsze akcje. – powiedział
szef, wpatrując się we mnie wyczekująco.
Odchrząknęłam i zaczęłam od samego początku. Mówiłam
o tym, że Ryuji najwyraźniej nadal tworzy nową organizację i szuka do niej „interesujących”
osób, o późniejszym wbiciu Jishinu, pościgu na motorach, masakrze w barze i
wpadnięciu na pomysł pojechania do Sakiko. Jedyne co ominęłam to spotkanie
młodszego brata Takiego.
Fumiya słuchał z uwagą historii, a w pewnym momencie
podszedł do białej tablicy i zaczął rozrysowywać mapę myśli, dodając kolejne
punkty tej historii w miarę jak ją opowiadałam. Gdy skończyłam, Omitsu podeszła
do mężczyzny, położyła mu dłoń na ramieniu i przekrzywiła głowę.
- Czyli wynikają z tego trzy rzeczy: szpieg bardzo
szybko rozsyła dane, skoro Jishin już was dopadł, Ryuji nadal wie wszystko o
wszystkim, a ty zrobiłaś sobie wroga z Igarashiego.
- Czemu akurat ja? – westchnęłam, również do nich
podchodząc.
- Mam ci przypomnieć co odstawiłaś 3 miesiące temu? –
mruknął Fumiya, patrząc się krytycznie na tablicę, jakby jeszcze szukał
jakiegoś spójnego elementu. Zmazał pewną część i zaczął pisać coś od początku.
- Myślałam, że chcecie się go pozbyć. – rzuciłam
luźno, ale szef urwał pisanie na dłuższą chwilę.
Omitsu spoglądała na niego z niepokojem, gdy odłożył
pisak i powoli odwrócił się moim kierunku. W jej ciemnoczekoladowych oczach
dostrzegłam długo wstrzymywaną mieszankę uczuć. Mako jak zwykle zachowywała
idealną, chłodną obojętność jakby już nic nie było w stanie ją ruszyć.
Fumiya podszedł do mnie z przerażającym wyrazem
twarzy. Spojrzałam na niego wyzywająco, nie chcąc zadzierać głowy. Mężczyzna
był dużo wyższy i górował nade mną zarówno wzrostem jak i siłą. Wbił we mnie
miażdżące spojrzenie.
- Słuchaj uważnie to, co teraz powiem, Kanegawa. –
zaczął niskim głosem. – Owszem, chcę się go pozbyć. Pragnę by zginął tak bardzo
jak nikt inny. Nie mogę nazwać go już nawet wrogiem, ponieważ dopóki nie ja nie
będę miał jego krwi na dłoniach, nie będę w stanie normalnie funkcjonować. –
wymawiał każde słowo precyzyjnie i przepełniał je drzemiącą głęboko nienawiścią.
– Dlatego, to ja będę tym kto go zabije. Moja bezlitosna twarz będzie tą, którą
zobaczy jako ostatnią. Odebrał mi zbyt wiele. – zamknął na chwilę oczy,
krzywiąc się z wewnętrznego bólu. – Dlatego, nawet jeśli on pragnie cię zabić równie
mocno jak ja jego, nie masz prawa zadać mu ostatniego ciosu. Dotarło to do
ciebie? – spytał lodowatym tonem.
Zamknęłam na chwilę oczy, trawiąc powoli gniew,
który z nich wypływał, po czym otworzyłam je, spoglądając na szefa prowokująco.
- Może by dotarło, gdybym w końcu cokolwiek
wiedziała.
Oczy Omitsu rozszerzyły się gwałtownie, gdy
usłyszała moje słowa. Miałam wrażenie, że nawet Mako drgnęła, niedowierzając,
że postanowiłam oponować. Sama nie byłam pewna, czy to na pewno ja podejmuję
teraz działanie.
- Od samego początku pcham się w najgorsze bagno,
ponieważ nic nie wiem o przeszłości. Każde z was, każda organizacja usiłuje
odrzucić od siebie przeszłość, zakopać ją głęboko pod ziemią i liczyć, że nikt
jej nie odkopie. Ale wiecie co? – moje oczy w kolorze nocnego nieba pociemniały
jeszcze bardziej. – Nie dacie rady wyrwać się przeszłości. To co teraz robicie
idealnie tego dowodzi. Walczycie ze sobą, kłuci przez stare blizny i niezdolni
do ostrzegania nowych przed trafianiem prosto w stare rany, czyż nie?
- Zważaj na słowa. – wycedził szef. – Wcześniej mówiłem,
że dzieciaki nie są wstanie przetrwać, ponieważ nie rozumieją swojej „kruchości”.
Owszem, to jeden z czynników. Ale wiesz jaki jest ten ważniejszy? – mierzyliśmy
się teraz wojowniczo spojrzeniami, a zastępczyni machnęła dłonią na Mako, która
wymknęła się bezszelestnie z pokoju. – Tacy jak my, jak ja, nie chcą kłopotów.
Gdyby nie Arata, kazałbym cię zabić od razu jak Tsuneari cię przytaszczył.
- Więc mnie zabij! – podniosłam głos instynktownie. -
Nie widzisz tego. Znów zaczynasz o jakiś bardzo ważnych więzach z przeszłości,
które najwyraźniej trzymają mnie w złudnym bezpieczeństwie! A ja nie wiem nic.
- A co da ci wiedza? – Fumiya tasował mnie wzrokiem.
- Może pozwoli uniknąć mi sytuacji takich ja ta?
- Dość. – głos Omitsu przeszył mój umysł jak
sztylet. – Dość. Nie mam zamiaru tego dłużej słuchać.
- Omitsu… - mężczyzna spojrzał na nią z irytacją,
ale kobieta odpowiedziała lodowatym spojrzeniem.
- Sotomura. – wycedziła. – Nie mów o tym całej
zemście jakby należała tylko do ciebie. Arata brzydził się tym wszystkim.
Brzydził się całym tym światem, ale musiał w nim trwać, ponieważ ci dobrzy ludzie go odrzucili. Trwał w
swoich przekonaniach do samego końca. Tak samo moja siostra. Co powiedziałaby,
gdyby ujrzała cię takiego…?
- Nadal nic nie rozumiesz… - warknął Fumiya.
Obserwowałam ich, wycofując się trochę do tyłu. Odczuwałam, że ta rozmowa jest
czymś bardzo osobistym, ale również istotnym dla obecnych spraw.
- Nie pierdol, że nie rozumiem! – krzyknęła Omitsu,
uderzając pięścią w ścianę. Tynk opadał powoli na ziemię. – Rozumiem lepiej niż
ktokolwiek, idioto! Shuuko była moją jedyną siostrą, jedyną rodziną, a Arata
był… był… - opuściła ramię, a z jej jednego oka spłynęła łza.
Oblicze czarnowłosego gwałtownie się zmieniło. Z
zatwardziałej, nienawistnej miny, przeszedł do rozczarowania samym sobą.
Przeniósł wzrok na ziemię, jakby nie mógł znieść widoku jej łez. Zwinął dłonie
w pięści, podszedł do stołu i oparł się o niego tyłem.
- Ona ma rację, Fumiya. – westchnęła Omitsu. –
Wplątała się w to wszystko tak bardzo, że musi wiedzieć. Już nie tylko dla jej
bezpieczeństwa, ale również naszego.
Mężczyzna melancholijnym gestem rozwiązał kucyka i
jego długie, czarne włosy opadły w nieładzie. Zamknął oczy, westchnął i
spojrzał na nas swoim typowym, racjonalnym wzrokiem.
- Jeśli masz siłę na tę historię, to proszę bardzo.
Z moich ust nie wyjdzie ona dopóki nie będę miał krwi Igarashiego na dłoniach. –
spojrzał pustymi, matowymi oczami na swoje ręce.
Omitsu wzięła głęboki oddech, ale w końcu tylko
pokręciła głową i wyszła bez słowa z biura. Obejrzałam się za nią, gotowa
również wyjść, ale instynkt kazał mi zapytać się o jeszcze jedną rzecz.
- Kiedy szef mówił o ‘efekcie motyla’, szef celowo
patrzył na mnie, prawda? – praktycznie wyszeptałam to pytanie, choć w zapadłej
ciszy zabrzmiało nienaturalnie głośno.
- Heh… - zaśmiał się ponuro. – Mimo wszystko jesteś
bystra.
- Chodziło o to, że walczyłam wtedy z Igarashim?
Uśmiechnął się protekcjonalnie, jakby rozbawiony.
- Raczej o moment, w którym zabiłaś James’a. Gdyby
nie to, wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej. – potarł ze zmęczeniem oczy. –
Nie dziwię się, że Ryuji chce cię w swojej organizacji.
Zmrużyłam oczy.
- Co szef przez to rozumie?
- Nie zdajesz sobie sprawy z cech, które posiadasz. –
rzucił zagadkowo. – Teraz jesteś już bardzo silna, ale gdy zrozumiesz o czym
mówię… Cóż, sam nie chciałbym wtedy być twoim wrogiem.
Czekałam aż powie coś więcej, coś co uspokoi moje
przyśpieszone tętno. Jednak krew nadal dudniła mi w uszach, a mężczyzna tylko
sięgnął po swoją niedopitą kawę. Otworzyłam usta, ale po chwili wahania
zamknęłam je, skłoniłam się i wyszłam bez słowa.
- Ruszaj się, Kanegawa. – drgnęłam, gdy usłyszałam
Omitsu. Kobieta stała z założonymi rękami, opierając się o ścianę tuż przy
drzwiach. – Póki jeszcze mam wystarczająco natchnienia, by opowiedzieć ci tę
historię.
***
Ryutaro wszedł ponownie do swojego gabinetu i
zacmokał z niezadowoleniem, gdy dostrzegł podnoszącą się Miyako. Otruta
bliźniaczka trzymała się stojaka od kroplówki i usiłowała skierować się w
stronę drzwi.
- Albo kładziesz się sama, albo tym razem to ja cię
uśpię. – mruknął złowieszczo.
Jednak gdy kobieta zachwiała się, dopadł do niej,
chwytając delikatnie na rękaw. Na twarzy Miyako pojawił się ponury cień
uśmiechu.
- Nie jesteś sadystą, doktorku. – wydusiła, gdy
Ryutaro wpychał ją do łóżka.
- Jak już wspominałem, ruszanie się wspomaga
rozprzestrzenianie się trucizny.
- Wspominałeś również, że mój organizm ją zwalczył.
- Zwalcza. – podkreślił. – A teraz zamknij się i
śpij. Podam ci tę odtrutkę co dostaliśmy od Sakiko. Na pierwszy rzut oka nie
składa się ze żrących kwasów, więc można zaryzykować.
- Gadanie nie zrobi mi krzywdy. Muszę gadać. Jestem
gadatliwa. – wydusiła, zanosząc się po chwili kaszlem. Ryutaro zacmokał z
niezadowoleniem i podpiął rzekome antidotum do kroplówki. – Czy to aby na pewno
konieczne?
- Spokojnie, jestem lekarzem.
- Nie o to mi chodzi. – spróbowała się zaśmiać, ale
jej głos był zbyt słaby. – Oni na pewno mają więcej tej trucizny. Skoro ja
sobie z nią radzę, to nie lepiej zostawić ją na czarną godzinę?
- Ty tutaj nie zgrywaj bohatera. – mruknął Ryutaro,
siadając do papierkowej roboty. – Jesteś płatnym mordercą, do jasnej cholery,
więc takie heroiczne zagrania nie powinny mieć w ogóle miejsca, tumanie. – po chwili
drgnął i spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Miałaś spać.
Miyako spojrzała na niego przymglonymi oczami, które
po chwili zamknęła. W pokoju dało się słyszeć jedynie skrobanie długopisu o
papier, gdy lekarz spisywał kolejne to informacje. Bliźniaczka długo nie
wytrzymała i znów otworzyła oczy.
- Strasznie dzisiaj cicho. – rzuciła.
- Sotomura wysłał wszystkich na misje. Sprawdzają
coś.
- Miyoki i Koichi też poszli? – spytała.
- Tak, ale nie musisz się martwić. Jun i Meiji
pewnie są z nimi.
- Ja tam nie wiem, czy akurat to nie jest dobrym
powodem do zmartwień.
Ryutaro spojrzał na nią wymownie.
- Idź ty spać, co?
Kobieta jeszcze prychnęła, ale posłusznie zamknęła
oczy. Zasnęła po kilku minutach i nawet krzątanina na zewnątrz jej nie
obudziła. Lekarz wyjrzał z ciekawością przez okno, ale gdy dostrzegł Omitsu
wspinającą się po ścianie magazynu z Ichigo westchnął tylko i postanowił się
skupić na pożyteczniejszych sprawach.
***
Omitsu wdrapała się zwinnie na sam dach i rozejrzała
z ciekawością. Ja stanęłam na szczycie kilka sekund później. Przez ostatnie
miesiące nie miałam okazji tutaj wchodzić, zazwyczaj siedzieliśmy w chaszczach
za magazynem, szczególnie na rozłożystej wierzbie.
Sam magazyn był dość niski, nie licząc oczywiście
podziemnych pięter. Dach był płaski i praktycznie pusty – stał tu tylko stary,
niedziałający klimatyzator, zajmujący znaczną część powierzchni.
Omitsu machnęła na mnie dłonią, kierując się w jego
stronę. Przeszła kilka metrów po samym gzymsie, rozkładając szeroko ramiona.
Wybrała odpowiednie miejsce i usiadła na samym skraju. Jej nogi dyndały kilka
dobrych metrów nad ziemią. Spojrzała na mnie wyczekująco.
- Dlaczego akurat dach? – spytałam neutralnie,
przyklapując obok niej.
- Sama nie wiem. Jak byłam w twoim wieku, lubiłam
być na wysokościach. – wzruszyła ramionami, po czym sięgnęła za siebie i
wyciągnęła z tylnej kieszeni małą buteleczkę z trunkiem. – No co? Chyba nie
myślałaś, że będę opowiadać to całkowicie na trzeźwo, co? – roześmiała się.
- Omitsu, słyszałaś…?
- To co gadał Fumiya? Owszem. – wzięła solidnego
łyka. – Chce się bawić w jakieś mądre sentencje, palant jeden. W jakim świecie
on żyje? – westchnęła, po czym spojrzała na mnie kątem oka. – Chodziło mu o to,
że jesteś silna i prędzej czy później nauczysz się wykorzystywać pewne elementy.
- Po co on w ogóle to mówił?
- Pewnie nie chciał powiedzieć wprost, że cieszy
się, że mamy tak mocnego zawodnika po swojej stronie. – palnęła mnie otwartą
dłonią w plecy. – Jak przeżyjesz jeszcze kilka miesięcy to sama zrozumiesz!
Przewróciłam oczami.
- Jeśli Igarashi na serio się na mnie uwziął i nie
będę mogła go zabić, to raczej długo nie pożyję. – prychnęłam sarkastycznie.
Omitsu znów spoważniała.
- Nie słuchaj go całkowicie, Ichi. On czasem tak ma.
– wbiła wzrok w do połowy opróżnioną butelkę, a ja patrzyłam się na nią, lekko
zbita z tropu. Kobieta po dłuższej
chwili wyprostowała się, szybko odzyskując dawną werwę. – Znów robię to samo.
Ja rzucam aluzję, a ty nic nie wiesz. – wzięła głęboki oddech.
- Nie musisz mówić wszystkiego. – zaznaczyłam. –
Tylko te najważniejsze fakty.
Potrząsnęła butelką z alkoholem, oglądając przez nią
świat.
- Tak szczerze, Ichi? – westchnęła. – Sądzę, że zrozumiesz
to dobrze, tylko jak usłyszysz wszystko od samego początku. Historie nie mają
sensu, gdy znasz jedynie kilka fragmentów, prawda?
- A gdzie jest jej początek? – spytałam cicho.
- Sądzę, że będzie dobrze, jak zacznę od Fumiyi. –
mruknęła, przygotowując się do zaczęcia, ale gdy zamknęła oczy, wzięła jeszcze
jeden głęboki wdech. – Wiesz, opowiadam ci to w całości również dlatego, że
podświadomie liczę, że to nas choć trochę usprawiedliwi.
I nim zdążyłam jeszcze coś powiedzieć, zaczęła opowiadać
i tłumaczyć, wpadając w trans wspomnień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz