Rozdział 4
Kiedy
ciemność zaczęła się ujawniać
Czasami życie zaczynało toczyć się tak niezależnym
od nikogo torem, że Arata zaczynał tracić poczucie czasu. Nie w sensie tak
niebagatelnym jak podczas zarywania nocy przy świetnej książce. Białowłosy
umiał zatracić się w próbach przetrwania tak bardzo, że zapominał o upływie
tygodni. Tak było i tym razem.
Arata odskoczył gwałtownie od zakrwawionego ciała,
które dopiero co upadło na ziemię, a jego rąk wysunął się krótki, lekki miecz.
Broń upadła z brzękiem na ziemię, a chłopak wzdrygnął się ponownie, rzucając
się w kilka stron równocześnie, kręcąc w kółko i w końcu chowając twarz w
dłoniach. Spojrzał na swoje odbicie w szybie.
Jego rozpuszczone, białe włosy pokrywały plamy krwi,
podobnie jak bladą twarz. Jedynie błękitne oczy pobłyskiwały w mroku, kiedy
uśmiechnął się do swojego odbicia kpiąco.
- I co ty ze sobą robisz, durniu? – westchnął,
uspokajając się. Wyciągnął zmiętą kartę z kieszeni, szybko przyrównał zdjęcie celu
do twarzy martwego mężczyzny i odetchnął z ulgą, kierując swoje kroki od razu
do bazy.
Było piekielnie ciepło, nawet na północ kraju. Arata
nie powinien się dziwić, w końcu był środek lata, akurat koniec lipca.
Przeciągnął się jak kot, zerkając na zegarek. Dochodziła czwarta rano, a
szarówka rozpościerająca się przed nim sprawiała, że chciał po prostu iść spać.
Ziewnął.
Od czasu kiedy widział Fumiyę, minęło już kilka
miesięcy. Jeszcze w tę samą noc, w którą poznał się z chłopakiem, nie zważając
na odniesione rany, podczepił się do wagonu kolejowego i podjechał w kilka
ciężkich godzin praktycznie na Hokkaido. Od tamtego czasu zjeździł już każdy
możliwy zakątek wyspy i nabawił się nowych wrogów. Nawet nie poczuł, kiedy
minęły te trzy miesiące. Czasami inni zabójcy (którzy akurat jeszcze nie
chcieli go zabić, lub nie wiedzieli za ile chodzi jego głowa) twierdzili, że mu
tego zazdroszczą. Że od długiego czasu nie mogli pozwolić sobie na takie
rozluźnienie. Sam Arata lubił tę swoją nonszalancję, choć czasami zaczynały
nachodzić go myśli, że sam długo nie pociągnie. Jego młodość skończy się
szybciej niż sądzi, a gdy jego stawy w końcu zaczną się przeciążać, młodsi go
dobiją. Bez własnej organizacji nie dożyje trzydziestki.
A wbrew wszystkiemu białowłosy chciał żyć. Nie
wiedział po co. Po prostu chciał.
- Witam, witam panie prezesie! – wszedł na luzie do
podziemnego biura w jednej z gorszych dzielnic. Kilka osób posłało mu mordercze
spojrzenia, ale nie rzucili się na jego widok. Przynajmniej tyle. – Skończyłem
robotę! – wyszczerzył się.
- Po raz ostatni powtarzam ci, że nie jestem
prezesem. – warknął łysawy mężczyzna. – Twoja szybkość mnie przeraża, Serizawa.
Jeszcze chwila i zgarniesz większość zleceń.
- E tam, jakbym potrzebował wykonałbym takich
więcej. – machnął ręką, wskakując na blat recepcji. – Wiadomo coś? – zajrzał
pod blat, a jego białe, długie włosy zamiotły o ziemię.
Usłyszał cmokanie kobiety.
- Gdybym nadal miała takie piękne włoski, to bym
bardziej o nie dbała… - grubsza kobieta z za mocnym makijażem spojrzała na
niego z dezaprobatą.
- Pani Fukui! – Arata wyszczerzył się jeszcze
bardziej, gdy kobieta podpięła jego włosy zwinnie spinką. – Widzę, że zdrowie
dopisuje!
- Widziałeś ją jakąś godzinę temu. – prezes
przewrócił oczami. – I nie podrywaj mi żony! – trzepnął go otwartą dłonią po
plecach, na co białowłosy roześmiał się w głos.
Arata lubił ich. Nie wątpił, że gdy nadarzy się
okazja pewnie zdradzą siebie nawzajem, ale i tak ich lubił. Jako jedni z
niewielu nie okazywali wstrętu na jego albinizm, ani dość dziewczęcy wygląd.
- Jak tam? Macie to o co prosiłem? – kobieta z
uśmiechem podała mu plik dokumentów. Arata zagwizdał. – No nieźle. Ile płacę?
- Uznajmy, że przygarnę sobie kasę za te trzy
dzisiejsze zlecenia. – pani Fukui mrugnęła do niego konspiracyjnie, a prezes
wymamrotał coś pod nosem, zapalając fajkę.
Białowłosy uśmiechnął się , przeglądając pobieżnie
dokumenty. W pewnym momencie uniósł wysoko brwi, zatrzymując na mapie z toną
dopisków. Błyskawicznie się w niej odnalazł, krzywiąc przez chwilę, a potem
znów zagwizdał.
- I kto by pomyślał, że ta banda idiotów będzie pod
Kioto. – mruknął.
- Przypominam ci, że ta banda idiotów to najlepiej
plasujący się zabójcy w kraju. – warknął prezes, wyciągając jakieś brandy i
trzy kieliszki.
- Na kontynencie – poprawił go odruchowo Arata,
zaczytując się dalej.
Pani Fukui podkradła mężowi fajkę na chwilę i
nachyliła się młodemu zabójcy do ucha.
- Podbili ostatnio cenę za twoją głowę. – mruknęła.
Błękitne oczy Araty wręcz rozbłysły.
- Szczury mają jeszcze jakiekolwiek pieniądze, żeby
podbijać cenę za jakichś przyziemnych morderców? – rzucił ironicznie. –
Myślałem, że po tym jak Hariken na dobre wykurzył ich ze stolicy, posypali się
całkowicie. Może i są piekielnie silni, ale nie mają siedziby i pieniędzy. Tak
kończy się, gdy moi byli zdrajcy zaczynają knuć. Zdrajca pozostanie zdrajcą
nawet wśród swoich.
- Ciszej, idioto. – warknął prezes. – Mówię ci to
tylko dlatego, że za niedługo większy zysk przyniesie nam wydanie cię komuś,
niż zatrudnianie do brudnej roboty. – Arata zbytnio nie wziął tych słów do
siebie, choć w głębi serca był wdzięczny. Nawet przez myśl nie przeszło mu, że
państwo Fukui zechcą go ostrzec.
Do bazy weszła kolejna grupka płatnych zabójców, na
widok której Arata lekko się zaniepokoił. Miał wrażenie, że jego były cel miał
kumpli. Nie dał jednak poznać po sobie zaniepokojenia. Odchylił się jeszcze na
blacie ku małżeństwu.
- A i jeszcze jedno. Pytaliście się informatora o
nazwisko tamtego chłopaka? – spytał nonszalancko, wychylając kieliszek
podsunięty przez pana Fukui, wcześniej wąchając alkohol ostrożnie.
- Ostatnia strona. – odparł tylko prezes. – I
radziłbym ci spalić tą kartkę, jeśli nie chcesz wzbudzić tym chłopakiem
zainteresowania zabójców. Zabicie twojego kumpla mogłoby być niezłą zabawą.
- Jasne! – przytaknął, chowając plik za kamizelką.
Skierował się ku wyjściu, unosząc dłoń w geście pożegnania. – Do niezobaczenia!
– rzucił, wychodząc nonszalancko z budynku.
Ułamek sekundy później zerwał się do biegu i
wślizgiem wcisnął się pod jakąś dostawczą ciężarówkę, uczepiając się od razu do
podwozia i podciągając nad ziemię. Auto ruszyło po chwili, ale Arata i tak
zdążył dostrzec jak wcześniej zobaczona grupka zabójców wybiega z biura za nim.
Odetchnął z ulgą.
Święty spokój.
Ciężarówki puścił się dopiero po kilkunastu
minutach, gdy w końcu stanęła na czerwonych światłach na obwodnicy. Wyturlał
się na sam środek drogi, kryjąc się wśród zieleni skwerku ciągnącego się po
środku. Rozejrzał się uważnie, na kolejnych światłach przemknął na pobocze i
ukrył się w jednym z podziemnych tuneli prowadzących na drugą stronę ulicy.
- Cholera, spać mi się chce… - jęknął, rozmasowując
skostniałe palce. Białowłosy oparł się nonszalancko o ścianę, ówcześnie
rozglądając się, czy nic albo nikt go nie obserwuje. Wyciągnął plik dokumentów.
Było tak jak powiedziała pani Fukui. Plik Fumiyi nie
był jakoś przerażająco szczegółowy, ale i tak najwyraźniej mieli powód by choć
trochę zapisać go w bazie danych.
- Sotomura, co? – mruknął. – Znane nazwisko.
Szczęściarz, z takim nazwiskiem łatwo się ukryć. – westchnął z zazdrością pod
nosem, po czym zmarszczył brwi, czytając adres.
Jeśli było to możliwe, Arata zrobił się blady jak
ściana i szybko przekartował strony, sprawdzając adres Szczurów. Zamknął oczy,
jakby coś go zabolało. Wcale nie pomylił się mówiąc, że jego wizyta przyniesie
tylko kłopoty, ale musiał jakoś mu się odwdzięczyć. Dawno nie poznał nikogo,
kto nawet nie myślał o zabiciu go.
Wyciągnął zapalniczkę z kieszeni, puszczając z dymem
wszystkie informacje o Fumiyi, nawet nie zapamiętując adresu, ponieważ był on
zapisany przy profilach całej reszty starych zdrajców, których miał zamiar
kiedyś dobić.
- No to czas złapać pośpieszny do Kioto. – mruknął,
ziewając ponownie i zaczynając powoli iść naprzód.
***
Od śmierci Azawy nie zmieniło się nic w ich
codziennym życiu. Jedyne co się zmieniało to psychika Fumiyi. Chłopak nawet
jeśli się starał i wynajdywał coraz więcej siły na kolejne dni, nie mógł nie
zauważyć podobieństwa. Stawał się agresywniejszy niżby chciał, a gdy spoglądał
w lustro zdawał sobie sprawę, do kogo się stale upodabnia, wbrew własnej woli.
Ojciec nadal pozostał tym samym potworem co
wcześniej, jakby śmierć żony wcale go nie ruszyła. Jego lista czarnych
kontaktów zaczynała się poszerzać i już nie było praktycznie dnia, w którym
Fumiya miałby spokojne popołudnie – albo „kumple” ojca zajmowali cały dom, albo
był zmuszony zagłębić się w ciemne uliczki ich miasteczka. Czasem stawiał opór
i próbował walczyć. I choć zawsze kończyło się to tym samym, obaj mężczyźni
poczęli coś zauważać. Fumiya z dnia na dzień dorastał, a tym samym mężniał i
stawał się silniejszy, a Akino, któremu stuknęła pięćdziesiątka słabł powoli i
nie był w stanie położyć syna jednym ciosem.
- You are my sunshine… My only sunshine… - Sue
zaczęła nuć ulubioną piosenkę ich matki, gdy brat odprowadzał ją ze szkoły, ale
raptem po kilku kolejnych wersach pogubiła się i ucichła.
- Jak tam w szkole? Nie dokuczają ci? – spytał
Fumiya, idąc równym krokiem obok siostry.
- Nie zadawaj głupich pytań. – mruknęła dziewczynka.
– Nie odzywam się do nich. Nie mam po co.
- Takie nastawienie nie jest dobre… – odparł
czarnowłosy. – Nie są od ciebie gorsi. Z ludźmi powinno się od czasu do czasu
porozmawiać. – westchnął, choć sam wcale nie był lepszy. Choć klasa się od
niego nie odwróciła, to po przerwie letniej Kai i Satoshi jakoś oziębli, jeśli
chodzi o przyjaźnienie się z nim.
- Nie uważam, że jestem lepsza. – powiedziała cicho
dziewczynka, kopiąc stopą jakiś kamyk. – Po prostu boję się tego, co mogą mi
odpowiedzieć.
Fumiya spojrzał na nią kątem oka, po czym jedynie
odetchnął głęboko i pogłaskał siostrzyczkę po głowie. Zastanawiał się nad
zmianą tematu, kiedy przez środek dwupasmówki przebiegła blada, drobna postać,
wywołując praktycznie wypadek. Rodzeństwo przystanęło, wpatrując się w
zamieszanie. Po chwili zza rogu wypadła grupka groźnie wyglądających ludzi,
wykrzykujących jakieś przekleństwa.
Chłopaka tknęło pewnie przeczucie. Otoczył siostrę
ramieniem i uśmiechnął się do zaniepokojonej dziewczynki uspokajająco.
- Sue, posłuchaj. Wrócisz teraz bezpiecznie do domu
i zapomnisz, że to się w ogóle zdarzyło. Twój brat musi coś sprawdzić. – mrugnął
do niej i zerwał się do biegu, kierując się za grupką ludzi.
- Ale Fumiya! – Sue krzyknęła coś za nim, ale od
tylko się obrócił, podnosząc kciuk do góry.
- Zrób to dla braciszka! – zawołał tylko i skręcił w
boczną uliczkę, licząc, że siostra go posłucha. Teraz musiał skupić się za
ważniejszymi sprawami.
Miał więcej szczęścia niż rozumu – grupka zabójców,
którzy przez ostatnie miesiące urzędowali w jego miasteczku była zbyt
zaaferowana tą jasną postacią, pomykającą jak wariat w nieokreślonym kierunku,
że nie zauważyli go. Fumiya po kilku minutach pościgu zauważył, że uciekinier
wybiera tylko główne drogi. Najwyraźniej nie był tutejszy i bał się, że zagubi
się w plątaninie ślepych zaułków. Postanowił zaryzykować i przeskoczył przez
jeden z murów, biegnąc na krzyżówkę uliczek.
Dilerzy i niektórzy bezdomni podnosili ciekawsko
głowy, gdy mijał ich w biegu. Wbrew wszystkim oczekiwaniom, w takich uliczkach
zazwyczaj było spokojnie, więc był dość dużym urozmaiceniem. Wyczaił wysoką
siatkę i w biegu przeskoczył nad nią zwinnie. Zdał sobie sprawę, że jest przy
odrapanej kamieniczce stałego dostawcy jego ojca. Plan powoli się nakreślił.
Fumiya przemknął do przedsionka ułamek sekundy przed
tym jak na ulicę wybiegła długowłosa postać o bladej cerze. Chłopak przeczuwał
już na kogo wpadnie, więc wyczuł moment i płynnym ruchem wciągnął Aratę do
przedsionka.
Białowłosy spojrzał na niego z wymalowanym „CO
KURNA” na twarzy.
- Nawet nic nie mów, Białogłowa. – mruknął
bezgłośnie. – A teraz biegnij za mną. – przeskakiwał o kilka stopni, ciągnąc
Aratę za ramię dopóki chłopak nie załapał tempa.
- Ciebie to się tu nie spodziewałem. – rzucił Arata,
gdy Fumiya załomotał mocno w drzwi.
- Co ty nie powiesz? – sapnął czarnowłosy,
ponawiając pukanie. – Bo tak się składa, że ja ciebie też nie.
Drzwi w końcu się otworzyły, a w nich stanął diler,
spoglądając na nich na wariatów.
- Pogięło cię, Sotomura? – warknął tylko, gdy
chłopaki przepchnęli się obok niego, przebiegając przez mieszkanie.
- Żebyś wiedział! – odparł tylko Fumiya, otwierając
drzwi na balkon.
- Skaczemy? – spytał Arata, wskakując na barierkę.
Jego oczy pobłyskiwały z ekscytacji, jakby nie goniła ich grupka zabójców.
Fumiya praktycznie słyszał ich kroki na klatce schodowej.
- Ciebie też pogięło! – ściągnął towarzysza jednym
ruchem na balkon, a sam zaczął zwinnie schodzić po rynnie. Arata ześlizgnął się
gibkim ruchem, dużo płynniej niż czarnowłosy.
Fumiya pacnął chłopaka w ramię i obaj polecieli na
złamanie karku, kierując się ku głównej ulicy. Mieli nadzieję, że zabójcy dadzą
choć trochę na wstrzymanie, gdy pojawi się więcej osób na ulicach. Zza zakrętu
wypadł prosto na siostrę.
- Co ty robisz, Fumiya? – spytała z oburzeniem,
rozglądając się bacznie.
Czarnowłosy zbladł momentalnie.
- Czy wszystkich dzisiaj pogięło? – spojrzał w
niebo, po czym przerzucił sobie dziewczynkę przez ramię i ponownie zaczęli gnać
przed siebie.
- Ej braciszku… Przed kim wy uciekacie? – spytała
dziewczynka, gdy chłopaków zaczęła łapać zadyszka.
- Przed tymi w czarnych ciuchach. – wysapał Arata,
starając się nie zwalniać.
- Ale oni chyba już was nie gonią. – zauważyła
dziewczynka.
Fumiya zaklął pod nosem, ale wolał już dobiec do
domu, zamknąć wszystkie drzwi wejściowe i ukryć się bezpiecznie w ich sypialni.
***
Cała trójka wpadła gwałtownie do sypialni na
piętrze. Arata zamknął za sobą drzwi na klucz, a potem dopadł do okien, które
zasłonił. Przynajmniej nie były od strony ulicy. Fumiya zatrzymał się po środku
pokoju oddychając ciężko, a na twarzy miał wypisane jedynie „co ja do cholery
robię”.
- Ej, Fumiya… - siostra postukała brata w ramię. –
Możesz już mnie odstawić?
- Co? A tak, tak… - wysapał, stawiając dziewczynkę
na ziemi. Sue, choć miała już 11 lat, nadal była malutka i drobniutka, więc
Fumiya, który przestawał już być taki cherlawy, zbytnio nie odczuwał jej
ciężaru podczas biegu. Albo to po prostu nadwyżka adrenaliny.
Arata ściągnął buty i postawił je w kącie pokoju,
obserwując uważnie i z ciekawością wnętrze ich pokoju, jednocześnie posyłając
rodzeństwu ciepłe spojrzenia, gdy Fumiya ogarniał z lekka siostrę. Białowłosy
nie wydawał się wcale zmęczony, więc gdy jego towarzysz posadził siostrę przy
biurku, by zajęła się choć trochę lekcjami, uśmiechnął się szelmowsko.
- Ty masz jakiś kompleks do ratowania dam w opresji…
- zaśmiał się, opierając nonszalancko o ścianę.
- Nawet mnie nie denerwuj Arata. – mruknął Fumiya,
otwierając szafę i wyciągając z niej jedną z mniejszych koszulek, które jeszcze
mu zostały. Cisnął nią w gościa. – Weź zmień koszulkę, twoja cuchnie.
- Słyszałam jeszcze, że brat ma kompleks młodszej
siostry… - rzuciła dziewczynka typowo dziecięcym głosikiem, bazgrząc coś w
zeszycie. Nawet nie obróciła się w ich kierunku, pewnie nawet do końca nie
rozumiała użytego przez siebie terminu, ale i tak uśmiechnęła się, gdy Arata
wybuchł śmiechem.
Chwilę później ucichł, gdy Fumiya wbił mu koszulkę w
brzuch, wraz z własną pięścią.
- Już cię lubię, mała. – zaśmiał się jeszcze Arata,
milknąc na chwilę, by zmienić koszulkę.
- Twoja dziewczyna jest fajna, Fumiya. To z nią
byłeś na tej randce?
Fumiya spojrzał na siostrę w totalnym osłupieniu,
zapominając języka w gębie. Arata zmarszczył w zdziwieniu czoło patrząc się
pytająco na niego.
- Czyja dziewczyna? Chwila, jaka randka!? – Arata
odsunął się trochę od Fumiyi. – No ciebie bym o to nie podejrzewał. –
białowłosy skrzyżował ramiona na piersi, cmokając z niezadowoleniem.
- Arata, zamknij się z łaski swojej.
- Jesteś chłopakiem? – Sue zerwała się z
przerażeniem, patrząc na gościa.
- Za chwilę wyrzucę was oboje z domu! – mruknął
Fumiya, mrożąc wzrokiem Aratę. – Nawet nic nie mów. – warknął, po czym podszedł
do siostry, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Sue, to jest Arata, mój… przyjaciel
z Kioto. Poznaliśmy się, kiedy się wymknąłem na tą randkę. Arata, to moja
siostra Sue…
Białowłosy kucnął przed dziewczynką, szczerząc się.
- Miło mi.
Sue roześmiała się.
- Nawet jeśli nie jesteś dziewczyną mojego brata to
i tak cię lubię.
Fumiya oparł się ze zmęczeniem o biurko.
- I ty, Brutusie? – mruknął, po czym założył ręce i
spoważniał trochę bardziej. – Nie chcesz niczego do picia albo jedzenia, Arata?
- Co? A nie, nie… Nie będę wam wyżerał lodówki i tak
się wprosiłem, więc…
Sue szybciej dostrzegła nalegający wzrok brata i
uśmiechając się pod nosem, wyszła z pokoju.
- To ja zrobię zapas kanapek póki nie ma ojca. –
rzuciła i poszła do kuchni.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Fumiya prychnął
cicho.
- I kto by pomyślał, że dziecko załapie szybciej niż
ty…
- No dzięki. Kiedy ja serio nie chcę nic do
jedzenia…
- Dobra mniejsza z tym. – czarnowłosy machnął
dłonią. – Są ważniejsze sprawy do omówienia. Mam kilka pytań.
- Wal stary. – Arata opadł na jego łóżko, szczerząc
się dalej, jakby sytuacja była do tego odpowiednia. Fumiya westchnął tylko,
godząc się już z ekscentrycznością swojego towarzysza.
- Po pierwsze i najważniejsze: jakim cudem mnie w
ogóle znalazłeś? O ile to mnie szukałeś? – czarnowłosy spojrzał na Aratę
badawczo.
- Świat jest mały. Wystarczyło sypnąć niewielką
sumką jakiemuś bardziej ogarniętemu informatorowi i viola! Mam twoje dane. Nie
jesteś jakoś rozchwytywany, więc nawet nie przepłaciłem. – zaśmiał się pod
nosem. – Choć przyznam, że nie przyjechałem tutaj z planem spotkania ciebie.
Liczyłem nawet, że uda mi się ciebie wyminąć, ale cóż. Bywa i tak.
- Obstawiam, że szukałeś tu tych płatnych zabójców
co usiłowali cię zabić, co nie?
- Nie wiedziałem, że wiesz, że to płatni zabójcy. –
Arata zagwizdał, sprawdzając, czy nadal ma kartki z dokumentami tylnej kieszeni
spodni.
- No ciekawe. Nikt by się nie domyślił. Zwłaszcza,
że gonili ciebie. Trzymając broń. I wykrzykując, że cię zabiją. – rzucił
sarkastycznie Fumiya. – Ale nie o to mi chodziło. Wiem to od dłuższego czasu. W
sumie stacjonują tutaj od kiedy się w tym wszystkim babram.
- Będziesz mieć przeze mnie kłopoty, jak tam
wrócisz. – westchnął Arata.
- Zawsze jest szansa, że nie widzieli mojej twarzy.
– Fumiya wzruszył ramionami. – Spokojnie, dam sobie radę.
Arata spojrzał na niego z wymalowaną ironią.
- Z jednym ojcem pijakiem sobie rady nie dajesz, a
co dopiero z grupą wyszkolonych zabójców… - chłopak ucichł pod sam koniec,
widząc ogniki w oczach Fumiyi. – Przepraszam, nie powinienem.
Czarnowłosy przewrócił oczami.
- Mniejsza z tym. – mruknął. – Masz cokolwiek ze
sobą? Nie wiem, masz nocleg czy coś takiego?
- Oczywiście. Każdy płatny zabójca wynajmuje sobie
pokój w motelu.
- Możemy sobie darować już ten sarkazm?
- Sam zacząłeś. – westchnął Arata. – Ale faktycznie,
nie mam nic. Oprócz broni, którą podrzuciłem jakiemuś dilerowi do regulacji.
Szczury dopadły mnie jak akurat zostałem z pustymi rękoma.
- No to świetnie. Jakim cudem jeszcze żyjesz z takim
nastawieniem? – Fumiya ponownie przewrócił oczami. – Dobra, przechowam cię
tutaj przez jakieś dwa dni, a potem wypierniczaj z tego miasta, bo jeszcze ci
zabójcy namierzą cię u mnie. A ostrzegam, że dwóch sekund nie będę się
zastanawiać czy cię im wydać. – ucichł na chwilę, gdy usłyszał kroki Sue na
schodach. – A teraz skończmy ten temat. I ani słowa o czymkolwiek do mojej
siostry.
- Nie musisz tyle dla mnie… - zaczął Arata z
nonszalanckim uśmiechem.
- Masz rację, nie muszę. – uciął czarnowłosy,
wychodząc na spotkanie siostrze i z uśmiechem biorąc od niej tackę z kanapkami.
Białowłosy wyprostował się, patrząc się na Fumiyę.
Naprawdę chciał zrozumieć postępowanie chłopaka, ale nie mógł. Posmutniał
lekko, przypominając sobie stare czasy, gdy jeszcze Szczury nie były
organizacją, gdy uważali go za przyjaciela. Gdy wszyscy żyli. Arata rozmyślał,
czy nazywanie ich postępowania zdradą, jest adekwatne do jego działań,
teraźniejszych i przeszłych. W końcu żadne z nich nie ma, nie miało i nie
będzie mieć żadnych skrupułów.
Białowłosy odetchnął, uśmiechając się do małej,
czarnowłosej dziewczynki, zastanawiając się czy tym razem sama jego egzystencja
sprawi kłopoty ludziom, którzy chcą mu pomóc.
***
Fumiya miał na tyle szczęścia, że jego ojciec nie
wrócił do nocy do domu. Chłopak liczył, że Akino schlał się w pień w jakimś
barze z jego kolegami i zacznie ponownie kontaktować dopiero rano.
Dochodziła już jedenasta w nocy, gdy Sue w końcu
zasnęła. Dziewczynka niesamowicie polubiła się z Aratą i nie mogła nacieszyć
się możliwością dogryzania starszemu bratu. Fumiya po części ją rozumiał.
Praktycznie nikt nigdy u nich nie bywał, a ona sama nie miała nawet koleżanek
wśród rówieśników. Kontakt z kimś nowym, kto wyglądał na równie żyjącego we
własnym świecie jak ona, powinien dobrze jej zrobić. Chociaż Fumiya nie był
pewien, czy akurat płatny morderca to dobre towarzystwo, nawet jeśli Arata miał
predyspozycje do zostania przedszkolanką.
- Twoja siostra jest zaczepista. – Arata uśmiechnął
się, spoglądając na przysypiającą dziewczynkę z matczyną czułością. –
Praktycznie nigdy nie miałem kontaktu z dzieciakami. Takie to to miłe i
pocieszne.
- A co, ty nie masz rodzeństwa? – spytał Fumiya,
nakazując machnięciem dłoni by Arata wstał.
- W sumie to mam. Miałem… Mam? – białowłosy wyszedł
bezszelestnie z pokoju, zamykając za sobą drzwi. – To skomplikowane.
- Mamy całą noc byś łaskawie mi wszystko wyjaśnił. –
Fumiya cichym kliknięciem otworzył drzwi naprzeciw. Zawahał się tylko przez
moment. – Chodź tutaj. Wolałbym potrzymać Sue w błogiej nieświadomości jeszcze
przez trochę.
Chłopak musiał ucichnąć, gdy w końcu wszedł do
pokoju. Sypialnia matki pozostawała zamknięta od kiedy… Od kiedy jej już nie
było. Wszystko wyglądało tak samo – białe firanki, krzesło przy oknie, łóżko
dokładnie zaścielone i puste biurko postawione w kącie. Jego matka nigdy nie
lubiła przepychu, ale Fumiya nie mógł zrozumieć dlaczego nie chciała mieć choć
trochę więcej wyposażenia. Jedyną ozdobą jaka znajdowała się w tym pokoju było
zdjęcie ich trójki stojące na biurku. Miał wtedy raptem 5 lat, stał roześmiany
obok mamy, która trzymała niemowlę. Ramka była pokryta grubą warstwą kurzu.
Wszystko tu było pokryte warstwą kurzu.
Żadne z nich nie miało siły tu wchodzić z własnej
woli.
Fumiya podszedł powoli do okna, mając wrażenie, że
widzi cień kobiety siedzącej na krześle. Kątem oka obserwował Aratę, który
również zawahał przed wejściem, jakby jego wyostrzone zmysły wyczuły, że nie ma
tutaj już nic dobrego. Jednak białowłosy nie kazał na siebie długo czekać –
wszedł praktycznie od razu, rozglądając się uważnie.
- Czy to pokój twojej… - zaczął cicho, wzdrygając
się, gdy po pustym pokoju poniosło się echo.
- Matki. Znaczy się, był. – westchnął ciężko Fumiya,
opierając się o parapet.
- Przykro mi.
Czarnowłosy machnął dłonią.
- Mniejsza z tym. To jedyny pokój, który „nadaje
się” na przyjmowanie gości. – prychnął ponuro. – A teraz gadaj.
- Co mam gadać? Trochę się tego nazbierało.
- Dlaczego ci… jak ich nazwałeś? Szczury? Dlaczego usiłują
cię zabić?
- To głupie pytanie. W tej branży wszyscy chcą kogoś
zabić. Moja głowa bardzo dobrze prosperuje. – Arata skrzyżował ramiona,
opadając bezszelestnie na krzesło. – Ale wiem o co ci chodzi. Przedstawię ci to
w wielkim skrócie, bo na serio nie mam siły na roztrząsanie przeszłości. –
białowłosy wziął głęboki oddech. – Moi rodzice albo zostali zabici, albo mnie
porzucili, nie jestem pewien. W tamtym okresie popularne było szkolenie
zabójców od małego dzieciaka, więc jedyne co pamiętam to szkolenie. Kiedy
miałem jakieś 13 lat dałem się złapać jak idiota i co śmieszniejsze przymknęła
mnie ruska mafia. – Arata roześmiał się. – Ruska mafia! Trafiłem do „nieistniejącego”
więzienia wraz z mieszanką zabójców z całego świata. Wtedy przydzieli mi moje
obecne nazwisko, po jakimś knypku Takedzie. Wpisali nas do kartoteki jako
braci, więc do teraz nadal trudno mi zdecydować czy mam go tak traktować czy
nie.
- Chwila, czy jeden z tych Szczurów nie nazywa się
przypadkiem Takeda?
- Spokojnie, dojdę to tego. – Arata odetchnął
głęboko. – Mówiąc w skrócie po roku, kiedy udało mi się poznać każdy zakątek
tego przeklętego miejsca zacząłem planować ucieczkę. Dużo osób przystało na
plan, ale kilka zdecydowanie zaprzeczało. Więc kiedy doszło do finalnych
etapów, pominęliśmy tamtych i sami zaczęliśmy uciekać. I wszystko szło dobrze
dopóki… Dopóki nie okazało się, że nas wydali i sami skorzystali z okazji, by
uciec… - Arata urwał w pewnym momencie, jakby wszystkie wspomnienia przewijały
mu się przed oczami.
- I co się z wami stało potem?
- Nie było żadnego potem. Przeżyłem tylko ja. No i
Szczury. – chłopak przeciągnął się, patrząc się w jakiś odległy punkt, bardzo
ostrożnie ważąc słowa. – Wiem, że to było dość chaotyczne, ale reszty już łatwo
się domyślić. Ja wróciłem do Japonii i wkręciłem się tutaj w czarny rynek, po
kilku miesiącach okazało się, że Szczury bardzo dobrze prosperują w samej
stolicy, więc unikałem Tokio przez jakieś 2 lata. A ostatnio, jakieś pół roku
temu wdali się w kontakt z Harikenem, ich niewielka organizacja upadła i
wynieśli się tutaj.
- Co nadal nie tłumaczy dlaczego akurat teraz
usiłowali cię zabić.
- W końcu udało mi się przekupić jakiegoś
informatora, by ich znalazł. Wbrew pozorom są w ciula silni i wiedzą co robią.
A jeśli chodzi o dzisiaj… Liczyłem, że uda mi się jednego ściągnąć cichaczem,
ale nie wyszło. – Arata roześmiał się, jakby wcale nie mówił o mordowaniu
ludzi.
- Jakim cudem ty jeszcze żyjesz w tym świecie… -
Fumiya westchnął, ukrywając twarz w dłoniach.
- Ja tylko brzmię tak niewinnie, Sotomura. Robiłem
rzeczy w tym moim marnym życiu, jakie nawet najgorsze zbiry by się nie podjęły.
Jeszcze nie widziałeś mnie w akcji.
- I mam nadzieję, że nie będę musiał… - Fumiya
ucichł gwałtownie, nasłuchując. – I jeszcze jedno. Kim w takim razie jest ten
Takeda?
- A no właśnie. Liczyłem, że uda mi się przeoczyć
ten wątek, no ale… Znasz go, co nie? – białowłosy spiął lekko mięśnie,
wyglądając po trochu jak drapieżnik.
- Jeśli mówimy o tym dzieciaku, Takedzie Serizawie
to tak.
- Niestety. – Arata westchnął głęboko. – Jest
młodszy ode mnie jakieś 4 lata, czyli ma teraz coś 12/13 lat. Podobno ma jakiś
szósty zmysł, że w takim wieku bez problemu żyje w tej branży. Ale wracając… -
chłopak przeciągnął się jak kot, wyglądając na pozornie rozluźnionego. Fumiya
widział jednak wściekłość błyszczącą w błękitnych tęczówkach na wspomnienie
Takedy. – Kiedy mnie przymknęli, Takeda już tam siedział. Był jeszcze większym
dzieciakiem, dopiero szkolonym, ale o dziwo zachował nazwisko, więc z automatu
przypisali je mnie. Dodatkowo nic nie kapował po rusku i angielsku, więc
musiałem z nim gadać i robić za tłumacza. – Arata uśmiechnął się szyderczo pod
nosem. – Traktowano nas jak braci, bo to było wygodne. Nawet z biegiem czasu
się do tego przyzwyczailiśmy i weszło nam to w nawyk. Do czasu.
Białowłosy podniósł się z krzesła i spojrzał przez
okno.
- Przez ten cały czas opracowywałem plan. Zbierałem
jak najdokładniejsze dane, zyskiwałem sojuszników, policzyłem wszystko co było
możliwe. Ale kiedy przyszło do omawiania szczegółów planu… Nie wszyscy się
zgadzali. Prawie nas nakryli. A ja wiedziałem, że trzeba działać szybko. Że
zaczną się nas pozbywać, gdy rząd o nas zapomni, gdy nie znajdą z nas pożytku.
Więc zmodyfikowałem plan i dostosowałem go do liczby moich sojuszników.
Fumiya odetchnął głęboko.
- A Takeda nim nie był.
- Dokładnie. – Arata przytaknął, a jego twarz
przybrała dużo poważniejszy wyraz twarzy niż zazwyczaj. – Ten mały skurwysyn
zawiadomił resztę. Wydał nas, by oni mogli uciec jak skończeni tchórze. Wydał nas…
mnie, a ja mu ufałem. – chłopak zacisnął dłonie na krawędzi parapetu. – Ufałem
mu jak nikomu innemu. I głupi traktowałem jak brata. – uderzył pięścią w
parapet, powoli zapadając w odmęty wspomnień.
Fumiya uniósł oczu ku niebu, ale nie w protekcjonalnym
geście. Po prostu myślał jak zareagować. Ich sytuacje były tak rozbieżne, że aż
absurdalne. W końcu czarnowłosy stuknął go pięścią dość mocno w plecy.
- Tyle mi wystarczy. Rozumiem. – mruknął szorstko.
- Właśnie, że nadal nic nie rozumiesz… - głos Araty
zabrzmiał zupełnie inaczej, słychać w nim było złość. Ale nie na chłopaka,
tylko na siebie. Jakby białowłosy bardziej usiłował przekonać do czegoś siebie,
a nie towarzysza. – Fumiya, słuchaj… - zaczął, ale Fumiya usłyszał coś i
machnął na niego dłonią.
– Cholera, liczyłem, że ten zjeb jednak
dzisiaj nie wróci. – syknął ze złością.
- To twój ojciec? – Arata od razu przybrał jedną ze
swoich wesołych masek i wychylił się z
ciekawością za drzwi, a czarnowłosy automatycznie wciągnął go z powrotem do pokoju.
- Ani słowa. Lepiej żeby w ogóle nie dowiedział się,
że ktokolwiek tu jest. Już wystarczająco wkurwia go fakt, że mieszka z nami pod
jednym dachem.
Przez chwilę nic nie mówili, nasłuchując jak Akino
klnie cały czas, rozbijając jakieś butelki w salonie. W oczach Araty błysnął
cień współczucia, ale również gniewu, jednak Fumiya uciszył chłopaka jednym
nienawistnym spojrzeniem, nim ten zdążył powiedzieć cokolwiek.
- Nawet nie próbuj go tknąć.
- To że jestem zabójcą, nie znaczy od razu, że
psychopatą. Chociaż nie przeczę, pozbycie się tego gnoja ułatwiłoby sprawę.
Fumiya prychnął.
- Proszę cię bardzo. Ale dopóki nie będę mógł
prawnie zaopiekować się siostrą, ojciec musi żyć. Potem rób sobie z nim co
chcesz.
Arata spojrzał na chwilę w ziemię, a potem podniósł
pewny siebie wzrok i spojrzał na czarnowłosego poważnie.
- Mógłbym was stąd wyciągnąć. Oboje. Załatwiłbym
normalny, porządny dom, jakąś pracę, czystą kartę, nawet paszporty…
- Nie pierdol. – Fumiya zbył go syknięciem. – Tacy
jak ty nie mają powodów, by pomagać innym za darmo. A ja nie mam pieniędzy. –
czarnowłosy nasłuchiwał przekleństw ojca, który rozbijał się po pijanemu o
meble w salonie.
- Mam postanowienie. – Arata wciąż ciągnął temat. –
Że nie będę stawiał swojego biznesu na pierwszym miejscu…
- Nie rozśmieszaj mnie. – Fumiya prychnął, po czym
gestem nakazał Aracie zostać w pokoju. – Rozgość się. Nocujesz tutaj. Rano nie
wychodź, postaraj nie napatoczyć się ojcu pod nogi.
Nim Arata zdążył powiedzieć coś więcej, Fumiya
przemknął do swojego pokoju, pozostawiając białowłosego z tą smutną myślą, że
muszą we własnym domu skradać się jak ktoś zupełnie obcy.
___________
Witam wszystkich w Nowym Roku! Oby był lepszy niż poprzedni, który osobiście zaliczam do tych gorszych niestety. Chociaż pozwolił mi on zweryfikować wiele spraw i rozwinąć się bardziej. Teraz mam nadzieję, że w 2017 będę mieć mniej powodów do płaczu, a więcej do radości i życzę wam tego samego!
Mam nadzieję, że utrzymam się w swoim hobby do pisania i nadal znajdzie się choć jedna osoba, która będzie czerpać radość z czytania tych dyrdymał :D
Powodzenia i trzymajcie się!
Również życzę szczęśliwego Nowego Roku ^^ Yey, cieszę się, że tak szybko się spotkali :3 Lubię Arate coraz bardziej (mój husbando XD). Podziwiam go, że daje sobie z tym wszystkim radę :) On będzie z Sue? Już mi pamięć szwankuje :/ Dobrze, że Fumiya się o niego zatroszczył ^^ No i była akcja,to co lubie najbardziej xd Mam nadzieje, że Fumiya nie będzie mieć teraz kłopotów. I że Arata przekona go jednak do swojego pomysłu.
OdpowiedzUsuńŻyczę weny ;)
Co do pamięci, po prostu imiona są zbyt podobne xD Nie spojlerując więcej (mam wrażenie, że każde słowo to spoiler, ale cicho) to Fumiya będzie z Shuuko. I niestety, mam zaplanowany tu jeszcze kilka "zwrotów akcji" więc będzie gorzej niż teraz :D Muahah
Usuń