Rozdział 6
Kiedy drogi zaczęły się rozchodzić
Życie mijało swoim niby spokojnym, acz zatrważająco
szybkim tempem. Dnie nadal były przepełnione monotonią i szarością, nie
pozwalając nawet na chwilę czegoś jaśniejszego. Fumiya otwierał oczy rano i
zamykał je wieczorem, nie zapamiętując z tych bezwartościowych dni nic.
Od kiedy Arata po raz kolejny rozpłynął się w
powietrzu zdążyło minąć pięć miesięcy i wraz z Sue, (która była lekko mówiąc
wściekła, gdy dowiedziała się, że białowłosy tak po prostu zniknął), zdążyli
uwierzyć, że tym razem naprawdę to był ostatni raz, gdy go widzieli. Fumiya
czasem zastanawiał się, czy zabójca nie pojawiał się, bo nie chciał nabawić im
jakiś kłopotów, czy najzwyczajniej już nie żył. Nadal zastanawiał się nad
propozycją Araty. Mógłby najzwyczajniej w świecie wyrwać się stąd z siostrą,
ale… Nieważne jak bardzo rozbudowane kontakty miał białowłosy, nie byliby w
stanie żyć w bezpieczeństwie.
Grawerowany sztylet zaciążył Fumiyi przy pasie.
Chłopak zatrzymał się na moment w ciemnej, nieoświetlonej uliczce, by dotknąć
rękojeści dłonią. W pierwszej chwili, gdy zdał sobie sprawę, że Arata zostawił
mu broń, popadł w wewnętrzną furię, jakby zabójca kusił go, to jednak z czasem
przyzwyczaił się do obecności ostrza przymocowanego przy jego pasku od spodni.
Mimowolnie zaczął w nocy, gdy wydawało mu się, że Sue już śpi, zaczynał
powtarzać w kółko cięcia, które pokazał mu Arata. Nie musiał jeszcze używać
broni i wolałby, by tak pozostało.
Sam powoli tracił w to nadzieję.
Za namową młodocianego zabójcy, zaczął ostrożnie
naginać informacje przekazywane ojcu. Wykonywał więcej drobnych zleceń od
zaufanego dilera i zbierał powoli pieniądze w sekrecie przed wszystkimi, żywiąc
każdego kolejnego dnia nadzieję, że w końcu wyniosą się stąd z siostrą.
Jedynie czasem zastanawiał się, czy Sue zrozumie.
Nie chodziło mu oczywiście o te wszystkie czarne interesy, którymi ostatnio się
zajmował, ale dlaczego to robi. Bo zdał sobie sprawę, że 12-latka jest już na
tyle bystra, że doskonale wiedziała, gdzie chodzi i co robi. Podejrzewał, że
siostra też wie o broni i jego nocnych ćwiczeniach.
Fumiya wiedział, że powinien z nią o tym
porozmawiać, ale nie wiedział jak. A ona nie chciała nic o tym słyszeć. Chłopak
zdawał sobie sprawę, że ich relacje ulegają powolnemu pogorszeniu. Znikał na
coraz to dłuższe okresy czasu, nie mając wyboru i zostawiając Sue samą z ojcem.
Czasem dostrzegał nowe siniaki, które ukrywała pod długimi rękawami koszulek,
czasem wydawało mu się, że ojciec nie zwrócił na nią uwagi. Czasem sam nie
wiedział jak widzi Sue. Jedyne co zawsze widział, to ta bezbrzeżna samotność w
jej oczach.
Chłopak zerknął na zegarek i ruszył ponownie przed
siebie. Noc nie będzie trwała wiecznie, a on musiał załatwić jeszcze jedną
przysługę dla tego cholernego dilera.
***
Zamiast jakiegokolwiek planu w jego głowie
przewijały się przekleństwa. I wyzwiska. I tak w kółko, aż do znudzenia.
Fumiya zmusił się, by jeszcze trochę przyśpieszyć,
zapominając na chwilę, jak bardzo jest na siebie wkurwiony i ustąpił
instynktowi miejsca. Jedyne co od ostatnich pięciu minut pchało go do przodu to
czysta adrenalina.
Jestem idiotą.
Jestem idiotą. Jestem idiotą.
Chłopak nawet nie wiedział, kiedy zacisnął mocno
dłoń wokół rękojeści sztyletu jakby to miało mu cokolwiek pomóc.
Jaki ze jest
mnie skończony idiota.
Nie czuł już powietrza w płucach, ale biegł dalej,
nie mając zbyt dużego wachlarza opcji do wyboru. Przynajmniej umysł począł mu
się rozjaśniać, zupełnie jakby organizm stwierdził, że bardziej opłaci się
pomyślenie, niż zwiewanie ślepo przed siebie.
Fumiya pojechał nocnym busem do sąsiedniego miasteczka,
do jakiegoś obskurnego motelu, by odebrać podejrzaną paczkę od jakiegoś
kontaktu dilera. Nie miał za dużo do gadania – usłyszana suma odcięła resztki
zdrowego rozsądku. I tak o to w środku paskudnej, szarej wczesnowiosennej nocy,
czarnowłosy zdecydował się przemierzyć puste uliczki nieznanego mu zbyt dobrze
miasteczka.
Wszystko zaczęło się od tego, że przez te 5 miesięcy
nie wpadł w praktycznie żadne kłopoty (nie licząc szkoły).Poczuł złudne
bezpieczeństwo – Szczury, które najwyraźniej na najbliższy czas założyły u
niego w mieście bazę, były jedynymi zabójcami w promieniu 50km i skutecznie
pozbywali się jakichkolwiek innych gagatków. A na takich jak Fumiya, nawet nie
zwracali uwagi.
Dlatego spanikował z leksza, gdy idąc najkrótszą
możliwą trasą, drogę zastąpiło mu 3 rosłych facetów. Z początku nawet nie
zajarzył niebezpieczeństwa, a gdy jeden rozciął mu policzek, zerwał się jak
idiota do biegu. I tak teraz był w połowie drogi do jego miasteczka, lecąc to
przez szosę, to przez las, w zależności, czy zabójcy wsiedli do auta, czy
decydowali się polecieć za nim między drzewami.
Dzięki Bogu było ciemno, a on był ubrany na czarno.
Chociaż faceci najwyraźniej nie byli nowi w swoim fachu, bo dalej nie udało mu
się ich zgubić. Wiedział, że w tej paczce są narkotyki wartujące kilkadziesiąt
tysięcy, bo swoje też ważyła, ale liczył, że się znudzą.
Cóż, nadal miał jakieś 2 kilometry, nim wbiegnie
między ładnie, jednorodzinne domki na obrzeżach rodzinnego miasteczka. Gorzej,
gdy już tam dobiegnie. Co potem? Sztylet ciążył mu w dłoni, ale Fumiya zdał
sobie sprawę, że nie da rady go użyć. Po prostu nie da rady. Mógłby wywijać
ostrzem kolejne 5 miesięcy, ale wciąż nie byłby w stanie nikogo zabić.
Może było to szlachetne nastawienie, ale zwyzywał
się w myślach, gdyż rujnowało mu jego perspektywy na dożycie poranka.
Akurat, gdy dobiegł do końca lasu, dostrzegł światła
auta gdzieś w oddali i dostał kolejnego zastrzyku adrenaliny. Przeskoczył przez
jeden płot, lecąc jak wariat przez podwórko, potem przez kolejny i kolejny.
Jakoś liczył, że może oprócz ujadających psów nic go nie wyda.
Zaklął cicho, gdy poczuł, że rozbił jakąś figurę
ogrodową, ale szybko zdał sobie sprawę, że to ogród jego znienawidzonego
matematyka i pognał dalej z uśmiechem.
W jego głowie nakreślił się awaryjny plan A – dobiec
do dilera, rzucić mu paczkę, a potem spierdalać dalej, licząc, że zabójcy
skupią się na jego „szefie”, a nie na nim.
Alejka z jednorodzinnymi domkami zaczynała się
powoli kończyć, a Fumiya wciąż widział światła krążące niebezpiecznie blisko.
Żeby pobiec skrótem do czarnych, wręcz bezpiecznych uliczek, musiałby
przelecieć na wskroś ścigających. Chłopak poczuł, że nogi mu mięknął, gdy
przeskoczył przez ostatni płot i zdał sobie sprawę, że nie da rady utrzymać
tempa przez dłuższą część trasy.
Jestem
skończonym idiotą.
Przebiegł na drugą stronę ulicy, słysząc tylko pisk
zatrzymywanego samochodu. Fumiya wiedział już, że mają go w garści. Słyszał ich
wkurzone okrzyki, szczęk broni. Przynajmniej nie usłyszał odgłosu
przeładowywania. I wtedy wbiegł w znane co do ostatniej cegły uliczki
podziemia.
Awaryjny plan A stał się planem B, gdy czarnowłosy
zdał sobie z czegoś sprawę. Z grupkami
było trochę jak z watahami – gdy jedna wkroczy na teren drugiej, zazwyczaj
wywiązuje się z tego walka. Pytanie tylko, czy Szczury robią coś o 3 rano, czy
jednak śpią.
Fumiya zdawał sobie sprawę, że powoli zaczął krążyć,
ale brakowało mu pomysłów. Akurat zaczął skręcać w prawo, gdy ktoś wciągnął go
przez drzwi po kolejnej prawej. Czarnowłosy tylko usłyszał przekleństwo
zabójców, którzy skręcili w kolejną uliczkę, szukając go uporczywie. Powoli
zaczął odzyskiwać oddech i normalne bicie serca i dopiero wtedy dostrzegł
swojego wybawcę.
- Przysługa za przysługę, żeby nie było. – Takeda
Seriwaza pokazał mu język, wychylając się ostrożnie, po czym spojrzał na niego
szelmowsko. – Może i są „zabójcami”, ale jełopy z nich straszne.
- Jakoś nie udało mi się ich zbyt długo zmylić. –
mruknął Fumiya, dalej uspokajając oddech.
- Bo ty też jełop jesteś. – westchnął Takeda.
Chłopak był cały w ziemi i nosił za lekkie ubrania jak na tę porę roku. – Nie
jest mi zimno, nie lituj się nade mną. Tak się łatwiej biega. – Fumiya
wyprostował się, górując nad dzieciakiem o co najmniej głowę. – A teraz wypad
tylnym wejściem. Wisisz mi przysługę.
Czarnowłosy skinął mu tylko głową i zerwał się
resztką sił do biegu. Jednak coś kazało mu się zatrzymać i obejrzeć za siebie.
Coś mu nie grało, że brat Araty tak po prostu mu pomógł. Nawet jeśli nie
wiedział nic o ich relacji.
- No już, zjeżdżaj stąd. – syknął na niego Takeda,
zatrzymując się w drzwiach. W tle rozległy się podniesione głosy. – Za nich też
dostaniemy jakąś kasę. To nie jest w całości z dobroci serca. – prychnął i zbył
go ręką.
Fumiya zmrużył oczy i zerwał się do ponownego biegu.
- A i jeszcze jedno. – zawołał za nim Takeda. –
Przydałoby się, gdybyś częściej pojawiał się w domu. – Fumiya zahamował ponownie, patrząc się na dzieciaka pytająco.
– Albo stwierdzimy, że się nadajesz.
Czarnowłosy przewrócił oczyma, skinął ponownie głową
i zmusił obolałe, przemęczone mięśnie do ostatniego wysiłku, nieczuły na krzyki
i szczęk metalu w oddali.
***
Próg domu przekroczył dopiero po kolejnej godzinie.
Spojrzał tylko na rozjaśniające się niebo i wiedział, że dzisiaj też oleje
szkołę.
Przemknął tak cicho jak umiał, omijając skrzypiące
deski podłogi. Zajrzał do salonu, gdzie zastał ojca ze znajomymi na kanapach.
Grupka mężczyzn była spita w pień, po podłodze walały się nowe butelki, a dym z
papierosów szczypał w oczy i przysłaniał widoczność. Fumiya stanął w framudze,
patrząc się z obrzydzeniem na nich, w szczególności na ojca, przed którym na
stole leżały saszetki z jego ukochanymi narkotykami. Splunąwszy w ich stronę,
zawrócił bezszelestnie do pokoju.
Praktycznie uśmiechnął się beznamiętnie, gdy
dostrzegł jak ciepłe promienie wschodzącego słońca nadają barw ich szaremu
domowi.
- Sue? – szepnął cicho rozglądając się za siostrą, gdy
nie zobaczył jej śpiącej w łóżku. – Sue, gdzie jesteś? – ziewnął szeroko,
opadając na łóżko.
Po chwili jego siostra zsunęła się z szafy i stanęła
nad nim. Dziewczynka miała skołtunione, rozpuszczone włosy i całą czerwoną,
zapuchniętą twarz. Mimowolnie ukrywała ręce za sobą, jakby liczyła, że brat nie
zauważy kolejnych sińców. Ale oboje przestali o tym nawet wspominać.
- Gdzie tyle byłeś? – spytała dziewczynka, mimo że
widziała, że brat już zasypiał.
- Sue idź spać. Ojciec na razie śpi, więc wszystko będzie
dobrze. – mruknął, przewracając się na bok. Przestało go obchodzić to, że śpi w
brudnym, spoconym ubraniu – chciał po prostu odpocząć.
- Gdzie tyle byłeś? – dziewczynka podniosła głos.
Fumiya otworzył oczy.
- Zwariowałaś…?
- Nie. – tupnęła cicho nogą, przygryzając dolną
wargę. – To ty oszalałeś. Nie było cię od kiedy wczoraj wróciłam ze szkoły, aż
do świtu. Ciągle cię nie ma! – skuliła się, zaciskając pięści na koszuli
nocnej. – Nie ma cię…
- Sue… - mruknął chłopak, z trudem nie zasypiając. –
To… pracuję na nocne zmiany. Jak zarobię wystarczająco, to…
- Kłamca! – pisnęła, podnosząc na niego wściekłe,
zaszklone oczy. – Stajesz się taki jak on.
- Nie mam siły znowu o tym gadać. – westchnął ze
zmęczeniem, nakrywając się kocem. – I z łaski swojej, nie krzycz, bo jeszcze
obudzisz ojca.
Dziewczynka ucichła na moment, ale nadal stała nad
bratem.
- O co ci chodzi? – spytał chłopak, nie otwierając
oczu.
- A co ze szkołą? Znowu nie pójdziesz?
- Obstawiam, że tak.
- W takim razie ja też nie idę.
- No cholera… Sue, ja to co innego. Ty idziesz. A
teraz daj mi spać.
Siostra postała nad nim jeszcze przez chwilę,
mrugając zawzięcie oczami, by odgonić od siebie uczucie bezsilności, po czym
chwyciła świeże ubrania, plecak i wyszła cicho z pokoju. Fumiya zasnął głęboko
i nie pamiętał cichego kliknięcia zamka w drzwiach.
***
Sue
skierowała swoje powolne kroki okrężną drogą do szkoły. Ostatnio często
wychodziła samym świtem, nie wiedząc co innego mogłaby ze sobą zrobić, gdy brat
wracał padnięty, a ona chciała uniknąć spotkania z ojcem.
Mimo wszystko, lubiła spacerować tak wczesnym
rankiem po uliczkach tego małego miasteczka, kiedy większość osób jeszcze
spała, a ci nieszczęśnicy, którzy musieli wstać nie zwracali na nią uwagi. Sue
lubiła pozostawać niezauważalna dla obcych. Uczucie, że czyjś wzrok omija cię
naturalnie, a ty nie istniejesz uspokajało ją. Było znacznie lepsze niż
dreszcze, które przebiegały po jej plecach, gdy rówieśnicy szydzili z niej.
Dziewczynka kopnęła kamień z całej siły. Nie lubiła
ludzi. Chociaż to może oni jej nie lubili. Zawsze zastanawiała się dlaczego.
Starała się być dobrą osobą, tak jak uczyła ją mama, ale… Najwyraźniej było z
nią coś nie tak.
You are my sunshine
My only sunshine.
You make me happy
When skies are grey.
My only sunshine.
You make me happy
When skies are grey.
Lubiła to podśpiewywać, mimo iż do końca nie
rozumiała słów piosenki. Melodia kojarzyła jej się z mamą, czasami czuła, że
Azawa jest blisko niej, dużo bliżej niż ktokolwiek z żyjących. A potem Sue
zdawała sobie sprawę, że nie pamięta matki przed tym, nim całkowicie postradała
zmysły.
Zawsze wtedy cichła, jakby zapominała dalszych słów,
choć w rzeczywistości dalsze myśli o mamie sprawiały jej tylko ból, więc wolała
pogrążyć się w samotności. Przyzwyczaiła się do tego, mimo że nie chciała.
Tak naprawdę, jedyne czego teraz chciała to kogoś
bliskiego, bo Fumiya wydawał się stać w cieniu, który coraz bardziej
przeistaczał się w ciemność. A Sue bała się.
Bała się i była bezradna.
***
Fumiya otworzył oczy, wyrwany czymś z głębokiego
snu. Spojrzał na zegarek – wskazywał już 15, aczkolwiek chłopak planował pospać
jeszcze dłużej. Przeciągnął się z szerokim ziewnięciem, nasłuchując co go
zbudziło. Po chwili rozległo się głośne pukanie. Zaklął pod nosem i wygramolił
się z łóżka. Zastanawiał się po części, gdzie jest jego siostra, ale miał
większe zmartwienia.
Nikt z odwiedzających ich dom przez ostatnie lata
nigdy nie pukał.
Jego złe przeczucia zdwoiły się, gdy usłyszał jak
ojciec otwiera drzwi i odzywa się normalnym, acz trochę bełkotliwym głosem. Był
spokojny, ale chłopak wyczuł w nim wściekłość. Wolał się nie pokazywać i tylko
nasłuchiwał. Akino zadziwiająco wpuścił mężczyznę do środka, a potem coś
podpisał.
Gdy urzędnicy, jak już zdążył się domyśleć Fumiya,
wyszli po kilkunastu minutach, chłopak zszedł po schodach, patrząc się
szyderczo na ojca. Mężczyzna splunął na ziemię, zmiął dokument, który dostał i
dopiero wtedy spostrzegł syna.
- I co się gapisz skurwielu? – warknął, wyciągając
jakąś tabletkę z kieszeni i rozgryzając ją w ustach. Fumiya zaśmiał się
drwiąco, nie mogąc się powstrzymać. Od kiedy zaczął maczać palce w coraz
brudniejszej robocie, pozwalał sobie na więcej w stosunku do ojca, czując się
silniejszym. Nie obchodziło go, że to tylko złudne uczucie. A powinno. Bo jeśli
nie odbijało się to na nim – odbijało na Sue, która była całkowicie bezbronna.
- Kto to niby był? – spytał, schodząc z założonymi
rękoma.
- Jakieś chuje z urzędu. – ojciec zbył go
machnięciem dłoni, otwierając drzwi do lodówki. – Kurwa nic tu nie ma. Idź coś
kup.
Fumiya zatrzymał się i przeanalizował słowa ojca.
Coś mu nie grało. Akino był mimo wszystko spokojniejszy – w „normalnej”
sytuacji po prostu by mu odwinął, albo wyżył. Chłopak zajrzał do grajdołu ojca,
który kiedyś pełnił funkcję salonu i zmarszczył brwi.
- Ej, gdzie jest ta kupa złomu, którą nazywałeś
telewizorem? – spytał, rozglądając się z niepokojem. – Słyszysz!?
- Zabrali ją! – zawołał ojciec, odkorkowując jakieś
stare wino.
- Co kurwa. Kto to niby zabrał, do cholery?
- Komornicy. – prychnął Akino, biorąc kilka
głębokich łyków z gwinta. Fumiya patrzył się na niego z obrzydzeniem i złością.
- A co do kurwy cholery robili tu komornicy? –
syknął. Ojciec posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. – Nie płaciłeś rachunków, ty
pojebie?
- Stul pysk! Ja tu nie pracuję, gówniarzu.
- Zaharowuję się po nocach, praktycznie rzuciłem
szkołę, a ty wszystkie nasze pieniądze przepuszczasz na narkotyki!? Czy ciebie
pojebało to reszty!? Co my mamy niby zrobić jak odetną nam prąd? Albo wodę!?
Ojciec cisnął w niego półpełną butelką wina, a
chłopak uchylił się wprawnie, krzywiąc się gdy szkło rozprysnęło się we
wszystkich kierunkach, uderzając o ścianę, a wino zabarwiło na bordowo kuchnię.
- Mam gdzieś, że ty i ta suka potrzebujecie tego do
funkcjonowania – mnie to pierdoli równo. – splunął. – I tak już wystarczająco
długo się z wami użeram, pasożyty jebane. Jak któreś jeszcze raz coś piśnie, to
gwarantuję, że zabiję gołymi rękoma jak psa.
Fumiya spojrzał na niego morderczo.
- Życzę szczęścia. – warknął i wyszedł z tego przeklętego
domu, trzaskając drzwiami i zostawiając ojca samemu sobie, licząc że się upije,
przedawkuje i spełni jego największe marzenie – po prostu zdechnie.
Zdał sobie sprawę, że Sue powinna być już dawno w
domu, ale… Po prostu nabrał powietrza w płuca, powiedział sobie, że poszuka jej
potem i poszedł tam, gdzie chodzili wszyscy tacy jak on – do trzeciego świata
ciemnych zaułków.
***
Sue dostrzegła po raz kolejny znikomy ruch kątem oka
i była już pewna, że ktoś ją śledzi. Usiłowała nie zmieniać tempa swojego
kroku, ani nie zachowywać się podejrzliwie, co jednak kiepsko jej wychodziło.
Nie mogła powstrzymać ciągłego mrugania oczami i płytkiego oddechu.
Po raz pierwszy przerażał ją fakt, że w pobliżu
nikogo nie ma.
Jej serce biło tak głośno, że nie słyszała kroków za
sobą, dopóki poziom adrenaliny nie przekroczył głównej bariery i wszystkie
zmysły dziewczynki się wyostrzyły. Odwróciła się gwałtownie, zwijając drobne
dłonie w pięści, jakby wątłe ramiona 12-latki mogły coś zdziałać.
- Zostaw mnie w spokoju! – zawołała, starając się
przybrać groźny wyraz twarzy.
Chłopak, który wyglądał na jej równolatka, zatrzymał
się, lekko zdziwiony i uśmiechnął się spokojnie. Nie wyglądał podejrzanie, ale
właśnie to wydało się Sue najdziwniejsze. Przez całe życie obserwowała ludzi i
ich zachowania – doszła do perfekcji w wyczuwaniu niegodziwych zamiarów, więc
zaczęła ogarniać ją panika, gdy nie wyczuła nic od chłopaka.
- Cześć. – dzieciak uniósł dłoń na powitanie, robiąc
krok do przodu.
Sue gwałtownie odeszła kilka kroków do tyłu,
marszcząc czoło.
- Powiedziałam, żebyś mnie zostawił! – krzyknęła,
nadal trzymając pięści przed sobą.
Czarnowłosy podrapał się w tył głowy, spoglądając w
dół przez chwilę, jakby zastanawiał się nad odpowiednią reakcją. Dziewczynka
obserwowała, gdzie wodził swoimi błękitnymi oczami. W końcu tylko uśmiechnął
się.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć.
- I dlatego pomyślałeś, że zaczniesz mnie śledzić? –
warknęła w odpowiedzi, ale opuściła gardę, zaciskając dłonie na ramiączkach od
plecaka.
Chłopak wykonał uspokajający ruch dłońmi.
- Spokojnie, nie mam kompletnie nic i jestem
całkowicie sam. Chyba tak jak ty, prawda? – uśmiechnął się lekko, gdy
dostrzegł, że twarz Sue trochę złagodniała. – Po prostu chciałem się przywitać,
ale jestem… kiepski w kontaktach z innymi. – zaśmiał się ponuro.
Dziewczynka poczuła się trochę bezpieczniejsza.
Kopnęła jakiś kamyk nogą, unikając jego wzroku.
- Ja też. – przytaknęła, a gdy spojrzał na nią
pytająco, podniosła niepewnie wzrok. – Też nie umiem rozmawiać z ludźmi.
Chłopak roześmiał się i ostrożnie zrobił krok do
przodu.
- Tak jakoś czułem, że będziemy mieli coś wspólnego
oprócz wzrostu.
Sue również się przełamała i uśmiechnęła. Nawet nie
pamiętała, kiedy ostatnio szczero to zrobiła do kogokolwiek innego niż brata.
Chociaż to też było już dość dawno.
- Co tutaj robisz? – spytała już pogodniejszym
głosem, patrząc się wciąż uważnie na rówieśnika.
- Chowam się przed światem. Spaceruję. Sam nie wiem.
Teraz chyba pójdę nad rzekę.
Dziewczynka poczuła, że rozszerza uśmiech. Jakoś nie
mogła uwierzyć, że ktokolwiek z własnej woli zaczął z nią rozmawiać. Cieszyła
się z tego, tłumiąc cichy głos, który powtarzał, że chłopiec szybko zorientuje
się, że jest z nią coś nie tak.
- Cóż, może faktycznie jakoś się dogadamy. Mogę iść
z tobą?
Chłopak spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale
wyszczerzył się.
- Jasne. – ruszyli spokojnie przed siebie, w
nieznacznej odległości. – A tak w ogóle, to jak się nazywasz?
- Sue. A ty?
- Takeda. Do usług.
***
Fumiya siedział nad szklanką zwietrzałego whisky,
ale wiedział, że nie mógł narzekać. Jego główny diler przyzwyczaił się do niego
tak bardzo, że nawet nie pytał co chłopak robi u jego progu, tylko nalewał mu
jakiegoś taniego alkoholu, zajmując się swoimi sprawami w tym malutkim,
zaśmieconym mieszkanku.
Nawet gdyby chciał, to czarnowłosy mu nie
przeszkadzał w niczym, po prostu siedział w jednym miejscu, przy oknie na
zniszczone podwórko od ulicy, czasami się odezwał. Diler zdawał sobie sprawę,
że Sotomura przynosi więcej pożytku niż szkód – w końcu od bardzo długiego
czasu nie miał nikogo na wykonywanie zleceń w terenie, czy nawet najgłupszego
odbierania informacji od innych.
Mężczyzna spojrzał na chłopaka, który wpatrywał się
z nienawiścią w przestrzeń. Pokręcił głową, dopił zimną od dawna już kawę i
wyciągnął papierosa, przysiadając się do niego.
- Nie powinieneś być w szkole? – spytał sarkastycznie,
zapalając szluga. Obłok dymu uniósł się między nimi, ale Fumiya nawet się nie
skrzywił.
- Gdyby nie ta akcja, to pewnie w końcu bym się tam
pojawił. – prychnął.
- Ty to jeszcze nie widziałeś akcji, gówniarzu. Masz
fart, że Szczury stwierdziły, że zarobią na nim trochę kasy.
- Cóż… Plan A zadziałał. – mruknął czarnowłosy,
biorąc łyk alkoholu. Diler spojrzał na niego podejrzliwie.
- A co miało być niby planem B?
- Skierowanie ich na ciebie. – Fumiya uśmiechnął się
szyderczo.
Diler spojrzał na niego morderczo.
- Jednak gorszy z ciebie skurwiel niż z Akino. – na te
słowa chłopak wzruszył obojętnie ramionami, po czym spojrzał na zleceniodawcę z
niebezpiecznym, acz zaczepnym błyskiem w oczach.
- Mam tak na drugie. – oznajmił i wypił resztę
whisky jednym haustem. – Dobra, czas znaleźć jakąś robotę. Masz coś?
- Dla ciebie zawsze coś się znajdzie. – diler wstał
ociężale z krzesła i otworzył zamaszyście jedną z szuflad w komodzie, ze stertą
niepoukładanych papierów. – Ostatnio bierzesz na siebie więcej.
- Ostatnio jest spokojniej. Wydaje ci się. –
czarnowłosy machnął wymijająco ręką, podchodząc do mężczyzny. Diler spojrzał na
niego nieokreślonym wzrokiem, po czym przewrócił oczami i powrócił do
poszukiwań czegoś aktualnego.
- Jak masz zamiar coś powiedzieć, to wal, a nie
odstawiasz jakieś pierdolone szopki. – warknął Fumiya, sięgając ponownie po
butelkę whisky. Spojrzał na nią kątem oka, po czym wziął solidny łyk.
Diler westchnął ze znużeniem i zamknął z hukiem
szufladę. Strzelił karkiem, oparł się nonszalancko o szafkę, po czym wyciągnął
kolejnego szluga. Po chwili wahania rzucił też jednego Fumiyi. Czarnowłosy
uniósł jedną brew z geście zdziwienia, ale nie chcąc, by diler się rozmyślił,
po prostu zapalił papierosa i czekał na świeżą dawkę informacji.
- Lubię cię, młody, a poza tym wolałbym, żeby mój
jedyny pracownik po prostu wyparował. – diler zaciągnął się dymem. – Ten stary
dziad ze sklepu z bronią dał mi dzisiaj nową informację, niepotwierdzoną, bo
niepotwierdzoną, ale jest. – zniżył lekko głos. – Podobno Szczury dostały
zlecenie od koncernu Inaby.
Fumiya nadal wyglądał na zdziwionego.
- I co to ma do rzeczy z wykonywaniem twoich zleceń?
- Czasem zapominam jaki tępy jesteś. – diler zaśmiał
się szyderczo. – Ostatnio Ukyo Inaba bawi się w handlowanie dzieciakami. A nie
powiem, znalazło by się kilku wariatów, albo pedałów, którzy z chęcią kupiliby
zdrowego, silnego nastolatka.
Fumiya nie wyglądał na przekonanego.
- Jeśli myślisz, że jesteś niepokonany, to jest
idiotą. Nawet nie ogarniesz, kiedy cię sprzedadzą. – prychnął diler.
- To podobno jest niepotwierdzone. Mniejsza z tym.
Masz coś czy nie?
- Ty nie jesteś idiotą, Sotomura. – diler pokręcił
głową, wyciągając pomiętą kartkę z tylnej kieszeni. – Jesteś po prostu
arogantem.
Fumiya wyrwał mu kartkę i szybko przebiegł po niej
wzrokiem. Przytaknął tylko i wyszedł z kawalerki mężczyzny. Diler zgasił
papierosa, przejrzał krótką listę kandydatów na jego wspólnika i stwierdził, że
musi się napić.
W tym samym czasie dziadek ze sklepu z bronią
wykrwawiał się na ziemi, gdyż Szczury dowiedziały się, że ktoś przekazał
informację o ich nowym zleceniu.
_______________________________________________________
Cóż nie wyrobiłam się na Walentynki, ale ważne że jest, prawda? :)
Mogę stwierdzić, że powoli zbliżamy się do punktu kulminacyjnego pierwszej części tej historii. W końcu xD (jestem ciekawa ile jeszcze niezaplanowanych wątków się tutaj pojawi).
Dziękuję za poświęcony czas i trzymajcie się ciepło!
*
PS. Moja droga, jedyna czytelniczko, wybacz za zwłokę, ale jestem ślepa. Odnośnie twoich historii z chęcią, bym je przeczytała. Nie przeszkadza mi żadna tematyka, nie warto ograniczać horyzontów, co nie? Jeśli chcesz, to możesz podesłać mi link, czy coś takiego :D
Mam złe przeczucia co do Takedy. Jak zrobi coś Sue, to mu nogi z dupy powyrywam >.< I niby chcieli by sprzedać Fumiyę? Nie uda się im xd Chociaż było by to ciekawe jakby kupił go jakiś pedał XD I tak uważam, że Akino jest większym skurwielem. Fumiya pewnie niedługo będzie musiał się przyzwyczaić do myśli o zabijaniu na serio. E tam, wyrobiłaś się idealnie na Dzień Singla ;) Od razu mi się zrobiło cieplej na sercu jak się do mnie odezwałaś pod notką ^^' Skoro tak mówisz to proszę, daje Ci link: http://my.w.tt/UiNb/yKD04WwSPA Główna bohaterka też jest płatną zabójczynią, bo mnie zainspirowałaś :) I nie jestem jedyną czytelniczką, na pewno masz wielu fanów :3 Życzę weny :)
OdpowiedzUsuń