15 lutego 2017

Krwawa Truskawka ~ Los niewybrany przez nikogo ~ Rozdział 6 ~ Kiedy drogi zaczęły się rozchodzić

Rozdział 6

Kiedy drogi zaczęły się rozchodzić
Życie mijało swoim niby spokojnym, acz zatrważająco szybkim tempem. Dnie nadal były przepełnione monotonią i szarością, nie pozwalając nawet na chwilę czegoś jaśniejszego. Fumiya otwierał oczy rano i zamykał je wieczorem, nie zapamiętując z tych bezwartościowych dni nic.
Od kiedy Arata po raz kolejny rozpłynął się w powietrzu zdążyło minąć pięć miesięcy i wraz z Sue, (która była lekko mówiąc wściekła, gdy dowiedziała się, że białowłosy tak po prostu zniknął), zdążyli uwierzyć, że tym razem naprawdę to był ostatni raz, gdy go widzieli. Fumiya czasem zastanawiał się, czy zabójca nie pojawiał się, bo nie chciał nabawić im jakiś kłopotów, czy najzwyczajniej już nie żył. Nadal zastanawiał się nad propozycją Araty. Mógłby najzwyczajniej w świecie wyrwać się stąd z siostrą, ale… Nieważne jak bardzo rozbudowane kontakty miał białowłosy, nie byliby w stanie żyć w bezpieczeństwie.
Grawerowany sztylet zaciążył Fumiyi przy pasie. Chłopak zatrzymał się na moment w ciemnej, nieoświetlonej uliczce, by dotknąć rękojeści dłonią. W pierwszej chwili, gdy zdał sobie sprawę, że Arata zostawił mu broń, popadł w wewnętrzną furię, jakby zabójca kusił go, to jednak z czasem przyzwyczaił się do obecności ostrza przymocowanego przy jego pasku od spodni. Mimowolnie zaczął w nocy, gdy wydawało mu się, że Sue już śpi, zaczynał powtarzać w kółko cięcia, które pokazał mu Arata. Nie musiał jeszcze używać broni i wolałby, by tak pozostało.
Sam powoli tracił w to nadzieję.
Za namową młodocianego zabójcy, zaczął ostrożnie naginać informacje przekazywane ojcu. Wykonywał więcej drobnych zleceń od zaufanego dilera i zbierał powoli pieniądze w sekrecie przed wszystkimi, żywiąc każdego kolejnego dnia nadzieję, że w końcu wyniosą się stąd z siostrą.
Jedynie czasem zastanawiał się, czy Sue zrozumie. Nie chodziło mu oczywiście o te wszystkie czarne interesy, którymi ostatnio się zajmował, ale dlaczego to robi. Bo zdał sobie sprawę, że 12-latka jest już na tyle bystra, że doskonale wiedziała, gdzie chodzi i co robi. Podejrzewał, że siostra też wie o broni i jego nocnych ćwiczeniach.
Fumiya wiedział, że powinien z nią o tym porozmawiać, ale nie wiedział jak. A ona nie chciała nic o tym słyszeć. Chłopak zdawał sobie sprawę, że ich relacje ulegają powolnemu pogorszeniu. Znikał na coraz to dłuższe okresy czasu, nie mając wyboru i zostawiając Sue samą z ojcem. Czasem dostrzegał nowe siniaki, które ukrywała pod długimi rękawami koszulek, czasem wydawało mu się, że ojciec nie zwrócił na nią uwagi. Czasem sam nie wiedział jak widzi Sue. Jedyne co zawsze widział, to ta bezbrzeżna samotność w jej oczach.
Chłopak zerknął na zegarek i ruszył ponownie przed siebie. Noc nie będzie trwała wiecznie, a on musiał załatwić jeszcze jedną przysługę dla tego cholernego dilera.
***
Zamiast jakiegokolwiek planu w jego głowie przewijały się przekleństwa. I wyzwiska. I tak w kółko, aż do znudzenia.
Fumiya zmusił się, by jeszcze trochę przyśpieszyć, zapominając na chwilę, jak bardzo jest na siebie wkurwiony i ustąpił instynktowi miejsca. Jedyne co od ostatnich pięciu minut pchało go do przodu to czysta adrenalina.
Jestem idiotą. Jestem idiotą. Jestem idiotą.
Chłopak nawet nie wiedział, kiedy zacisnął mocno dłoń wokół rękojeści sztyletu jakby to miało mu cokolwiek pomóc.
Jaki ze jest mnie skończony idiota.
Nie czuł już powietrza w płucach, ale biegł dalej, nie mając zbyt dużego wachlarza opcji do wyboru. Przynajmniej umysł począł mu się rozjaśniać, zupełnie jakby organizm stwierdził, że bardziej opłaci się pomyślenie, niż zwiewanie ślepo przed siebie.
Fumiya pojechał nocnym busem do sąsiedniego miasteczka, do jakiegoś obskurnego motelu, by odebrać podejrzaną paczkę od jakiegoś kontaktu dilera. Nie miał za dużo do gadania – usłyszana suma odcięła resztki zdrowego rozsądku. I tak o to w środku paskudnej, szarej wczesnowiosennej nocy, czarnowłosy zdecydował się przemierzyć puste uliczki nieznanego mu zbyt dobrze miasteczka.
Wszystko zaczęło się od tego, że przez te 5 miesięcy nie wpadł w praktycznie żadne kłopoty (nie licząc szkoły).Poczuł złudne bezpieczeństwo – Szczury, które najwyraźniej na najbliższy czas założyły u niego w mieście bazę, były jedynymi zabójcami w promieniu 50km i skutecznie pozbywali się jakichkolwiek innych gagatków. A na takich jak Fumiya, nawet nie zwracali uwagi.
Dlatego spanikował z leksza, gdy idąc najkrótszą możliwą trasą, drogę zastąpiło mu 3 rosłych facetów. Z początku nawet nie zajarzył niebezpieczeństwa, a gdy jeden rozciął mu policzek, zerwał się jak idiota do biegu. I tak teraz był w połowie drogi do jego miasteczka, lecąc to przez szosę, to przez las, w zależności, czy zabójcy wsiedli do auta, czy decydowali się polecieć za nim między drzewami.
Dzięki Bogu było ciemno, a on był ubrany na czarno. Chociaż faceci najwyraźniej nie byli nowi w swoim fachu, bo dalej nie udało mu się ich zgubić. Wiedział, że w tej paczce są narkotyki wartujące kilkadziesiąt tysięcy, bo swoje też ważyła, ale liczył, że się znudzą.
Cóż, nadal miał jakieś 2 kilometry, nim wbiegnie między ładnie, jednorodzinne domki na obrzeżach rodzinnego miasteczka. Gorzej, gdy już tam dobiegnie. Co potem? Sztylet ciążył mu w dłoni, ale Fumiya zdał sobie sprawę, że nie da rady go użyć. Po prostu nie da rady. Mógłby wywijać ostrzem kolejne 5 miesięcy, ale wciąż nie byłby w stanie nikogo zabić.
Może było to szlachetne nastawienie, ale zwyzywał się w myślach, gdyż rujnowało mu jego perspektywy na dożycie poranka.
Akurat, gdy dobiegł do końca lasu, dostrzegł światła auta gdzieś w oddali i dostał kolejnego zastrzyku adrenaliny. Przeskoczył przez jeden płot, lecąc jak wariat przez podwórko, potem przez kolejny i kolejny. Jakoś liczył, że może oprócz ujadających psów nic go nie wyda.
Zaklął cicho, gdy poczuł, że rozbił jakąś figurę ogrodową, ale szybko zdał sobie sprawę, że to ogród jego znienawidzonego matematyka i pognał dalej z uśmiechem.
W jego głowie nakreślił się awaryjny plan A – dobiec do dilera, rzucić mu paczkę, a potem spierdalać dalej, licząc, że zabójcy skupią się na jego „szefie”, a nie na nim.
Alejka z jednorodzinnymi domkami zaczynała się powoli kończyć, a Fumiya wciąż widział światła krążące niebezpiecznie blisko. Żeby pobiec skrótem do czarnych, wręcz bezpiecznych uliczek, musiałby przelecieć na wskroś ścigających. Chłopak poczuł, że nogi mu mięknął, gdy przeskoczył przez ostatni płot i zdał sobie sprawę, że nie da rady utrzymać tempa przez dłuższą część trasy.
Jestem skończonym idiotą.
Przebiegł na drugą stronę ulicy, słysząc tylko pisk zatrzymywanego samochodu. Fumiya wiedział już, że mają go w garści. Słyszał ich wkurzone okrzyki, szczęk broni. Przynajmniej nie usłyszał odgłosu przeładowywania. I wtedy wbiegł w znane co do ostatniej cegły uliczki podziemia.
Awaryjny plan A stał się planem B, gdy czarnowłosy zdał sobie z czegoś sprawę.  Z grupkami było trochę jak z watahami – gdy jedna wkroczy na teren drugiej, zazwyczaj wywiązuje się z tego walka. Pytanie tylko, czy Szczury robią coś o 3 rano, czy jednak śpią. 
Fumiya zdawał sobie sprawę, że powoli zaczął krążyć, ale brakowało mu pomysłów. Akurat zaczął skręcać w prawo, gdy ktoś wciągnął go przez drzwi po kolejnej prawej. Czarnowłosy tylko usłyszał przekleństwo zabójców, którzy skręcili w kolejną uliczkę, szukając go uporczywie. Powoli zaczął odzyskiwać oddech i normalne bicie serca i dopiero wtedy dostrzegł swojego wybawcę.
- Przysługa za przysługę, żeby nie było. – Takeda Seriwaza pokazał mu język, wychylając się ostrożnie, po czym spojrzał na niego szelmowsko. – Może i są „zabójcami”, ale jełopy z nich straszne.
- Jakoś nie udało mi się ich zbyt długo zmylić. – mruknął Fumiya, dalej uspokajając oddech.
- Bo ty też jełop jesteś. – westchnął Takeda. Chłopak był cały w ziemi i nosił za lekkie ubrania jak na tę porę roku. – Nie jest mi zimno, nie lituj się nade mną. Tak się łatwiej biega. – Fumiya wyprostował się, górując nad dzieciakiem o co najmniej głowę. – A teraz wypad tylnym wejściem. Wisisz mi przysługę.
Czarnowłosy skinął mu tylko głową i zerwał się resztką sił do biegu. Jednak coś kazało mu się zatrzymać i obejrzeć za siebie. Coś mu nie grało, że brat Araty tak po prostu mu pomógł. Nawet jeśli nie wiedział nic o ich relacji.
- No już, zjeżdżaj stąd. – syknął na niego Takeda, zatrzymując się w drzwiach. W tle rozległy się podniesione głosy. – Za nich też dostaniemy jakąś kasę. To nie jest w całości z dobroci serca. – prychnął i zbył go ręką.
Fumiya zmrużył oczy i zerwał się do ponownego biegu.
- A i jeszcze jedno. – zawołał za nim Takeda. – Przydałoby się, gdybyś częściej pojawiał się w domu. – Fumiya zahamował  ponownie, patrząc się na dzieciaka pytająco. – Albo stwierdzimy, że się nadajesz. 
Czarnowłosy przewrócił oczyma, skinął ponownie głową i zmusił obolałe, przemęczone mięśnie do ostatniego wysiłku, nieczuły na krzyki i szczęk metalu w oddali.
***
Próg domu przekroczył dopiero po kolejnej godzinie. Spojrzał tylko na rozjaśniające się niebo i wiedział, że dzisiaj też oleje szkołę.
Przemknął tak cicho jak umiał, omijając skrzypiące deski podłogi. Zajrzał do salonu, gdzie zastał ojca ze znajomymi na kanapach. Grupka mężczyzn była spita w pień, po podłodze walały się nowe butelki, a dym z papierosów szczypał w oczy i przysłaniał widoczność. Fumiya stanął w framudze, patrząc się z obrzydzeniem na nich, w szczególności na ojca, przed którym na stole leżały saszetki z jego ukochanymi narkotykami. Splunąwszy w ich stronę, zawrócił bezszelestnie do pokoju.
Praktycznie uśmiechnął się beznamiętnie, gdy dostrzegł jak ciepłe promienie wschodzącego słońca nadają barw ich szaremu domowi.
- Sue? – szepnął cicho rozglądając się za siostrą, gdy nie zobaczył jej śpiącej w łóżku. – Sue, gdzie jesteś? – ziewnął szeroko, opadając na łóżko.
Po chwili jego siostra zsunęła się z szafy i stanęła nad nim. Dziewczynka miała skołtunione, rozpuszczone włosy i całą czerwoną, zapuchniętą twarz. Mimowolnie ukrywała ręce za sobą, jakby liczyła, że brat nie zauważy kolejnych sińców. Ale oboje przestali o tym nawet wspominać.
- Gdzie tyle byłeś? – spytała dziewczynka, mimo że widziała, że brat już zasypiał.
- Sue idź spać. Ojciec na razie śpi, więc wszystko będzie dobrze. – mruknął, przewracając się na bok. Przestało go obchodzić to, że śpi w brudnym, spoconym ubraniu – chciał po prostu odpocząć.
- Gdzie tyle byłeś? – dziewczynka podniosła głos. Fumiya otworzył oczy.
- Zwariowałaś…?
- Nie. – tupnęła cicho nogą, przygryzając dolną wargę. – To ty oszalałeś. Nie było cię od kiedy wczoraj wróciłam ze szkoły, aż do świtu. Ciągle cię nie ma! – skuliła się, zaciskając pięści na koszuli nocnej. – Nie ma cię…
- Sue… - mruknął chłopak, z trudem nie zasypiając. – To… pracuję na nocne zmiany. Jak zarobię wystarczająco, to…
- Kłamca! – pisnęła, podnosząc na niego wściekłe, zaszklone oczy. – Stajesz się taki jak on.
- Nie mam siły znowu o tym gadać. – westchnął ze zmęczeniem, nakrywając się kocem. – I z łaski swojej, nie krzycz, bo jeszcze obudzisz ojca.
Dziewczynka ucichła na moment, ale nadal stała nad bratem.
- O co ci chodzi? – spytał chłopak, nie otwierając oczu.
- A co ze szkołą? Znowu nie pójdziesz?
- Obstawiam, że tak.
- W takim razie ja też nie idę.
- No cholera… Sue, ja to co innego. Ty idziesz. A teraz daj mi spać.
Siostra postała nad nim jeszcze przez chwilę, mrugając zawzięcie oczami, by odgonić od siebie uczucie bezsilności, po czym chwyciła świeże ubrania, plecak i wyszła cicho z pokoju. Fumiya zasnął głęboko i nie pamiętał cichego kliknięcia zamka w drzwiach.
***
 Sue skierowała swoje powolne kroki okrężną drogą do szkoły. Ostatnio często wychodziła samym świtem, nie wiedząc co innego mogłaby ze sobą zrobić, gdy brat wracał padnięty, a ona chciała uniknąć spotkania z ojcem.
Mimo wszystko, lubiła spacerować tak wczesnym rankiem po uliczkach tego małego miasteczka, kiedy większość osób jeszcze spała, a ci nieszczęśnicy, którzy musieli wstać nie zwracali na nią uwagi. Sue lubiła pozostawać niezauważalna dla obcych. Uczucie, że czyjś wzrok omija cię naturalnie, a ty nie istniejesz uspokajało ją. Było znacznie lepsze niż dreszcze, które przebiegały po jej plecach, gdy rówieśnicy szydzili z niej.
Dziewczynka kopnęła kamień z całej siły. Nie lubiła ludzi. Chociaż to może oni jej nie lubili. Zawsze zastanawiała się dlaczego. Starała się być dobrą osobą, tak jak uczyła ją mama, ale… Najwyraźniej było z nią coś nie tak.
You are my sunshine
My only sunshine.
You make me happy
When skies are grey.
Lubiła to podśpiewywać, mimo iż do końca nie rozumiała słów piosenki. Melodia kojarzyła jej się z mamą, czasami czuła, że Azawa jest blisko niej, dużo bliżej niż ktokolwiek z żyjących. A potem Sue zdawała sobie sprawę, że nie pamięta matki przed tym, nim całkowicie postradała zmysły.
Zawsze wtedy cichła, jakby zapominała dalszych słów, choć w rzeczywistości dalsze myśli o mamie sprawiały jej tylko ból, więc wolała pogrążyć się w samotności. Przyzwyczaiła się do tego, mimo że nie chciała.
Tak naprawdę, jedyne czego teraz chciała to kogoś bliskiego, bo Fumiya wydawał się stać w cieniu, który coraz bardziej przeistaczał się w ciemność. A Sue bała się.
Bała się i była bezradna.
***
Fumiya otworzył oczy, wyrwany czymś z głębokiego snu. Spojrzał na zegarek – wskazywał już 15, aczkolwiek chłopak planował pospać jeszcze dłużej. Przeciągnął się z szerokim ziewnięciem, nasłuchując co go zbudziło. Po chwili rozległo się głośne pukanie. Zaklął pod nosem i wygramolił się z łóżka. Zastanawiał się po części, gdzie jest jego siostra, ale miał większe zmartwienia.
Nikt z odwiedzających ich dom przez ostatnie lata nigdy nie pukał.
Jego złe przeczucia zdwoiły się, gdy usłyszał jak ojciec otwiera drzwi i odzywa się normalnym, acz trochę bełkotliwym głosem. Był spokojny, ale chłopak wyczuł w nim wściekłość. Wolał się nie pokazywać i tylko nasłuchiwał. Akino zadziwiająco wpuścił mężczyznę do środka, a potem coś podpisał.
Gdy urzędnicy, jak już zdążył się domyśleć Fumiya, wyszli po kilkunastu minutach, chłopak zszedł po schodach, patrząc się szyderczo na ojca. Mężczyzna splunął na ziemię, zmiął dokument, który dostał i dopiero wtedy spostrzegł syna.
- I co się gapisz skurwielu? – warknął, wyciągając jakąś tabletkę z kieszeni i rozgryzając ją w ustach. Fumiya zaśmiał się drwiąco, nie mogąc się powstrzymać. Od kiedy zaczął maczać palce w coraz brudniejszej robocie, pozwalał sobie na więcej w stosunku do ojca, czując się silniejszym. Nie obchodziło go, że to tylko złudne uczucie. A powinno. Bo jeśli nie odbijało się to na nim – odbijało na Sue, która była całkowicie bezbronna.
- Kto to niby był? – spytał, schodząc z założonymi rękoma.
- Jakieś chuje z urzędu. – ojciec zbył go machnięciem dłoni, otwierając drzwi do lodówki. – Kurwa nic tu nie ma. Idź coś kup.
Fumiya zatrzymał się i przeanalizował słowa ojca. Coś mu nie grało. Akino był mimo wszystko spokojniejszy – w „normalnej” sytuacji po prostu by mu odwinął, albo wyżył. Chłopak zajrzał do grajdołu ojca, który kiedyś pełnił funkcję salonu i zmarszczył brwi.
- Ej, gdzie jest ta kupa złomu, którą nazywałeś telewizorem? – spytał, rozglądając się z niepokojem. – Słyszysz!?
- Zabrali ją! – zawołał ojciec, odkorkowując jakieś stare wino.
- Co kurwa. Kto to niby zabrał, do cholery?
- Komornicy. – prychnął Akino, biorąc kilka głębokich łyków z gwinta. Fumiya patrzył się na niego z obrzydzeniem i złością.
- A co do kurwy cholery robili tu komornicy? – syknął. Ojciec posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. – Nie płaciłeś rachunków, ty pojebie?
- Stul pysk! Ja tu nie pracuję, gówniarzu.
- Zaharowuję się po nocach, praktycznie rzuciłem szkołę, a ty wszystkie nasze pieniądze przepuszczasz na narkotyki!? Czy ciebie pojebało to reszty!? Co my mamy niby zrobić jak odetną nam prąd? Albo wodę!?
Ojciec cisnął w niego półpełną butelką wina, a chłopak uchylił się wprawnie, krzywiąc się gdy szkło rozprysnęło się we wszystkich kierunkach, uderzając o ścianę, a wino zabarwiło na bordowo kuchnię.
- Mam gdzieś, że ty i ta suka potrzebujecie tego do funkcjonowania – mnie to pierdoli równo. – splunął. – I tak już wystarczająco długo się z wami użeram, pasożyty jebane. Jak któreś jeszcze raz coś piśnie, to gwarantuję, że zabiję gołymi rękoma jak psa.
Fumiya spojrzał na niego morderczo.
- Życzę szczęścia. – warknął i wyszedł z tego przeklętego domu, trzaskając drzwiami i zostawiając ojca samemu sobie, licząc że się upije, przedawkuje i spełni jego największe marzenie – po prostu zdechnie.
Zdał sobie sprawę, że Sue powinna być już dawno w domu, ale… Po prostu nabrał powietrza w płuca, powiedział sobie, że poszuka jej potem i poszedł tam, gdzie chodzili wszyscy tacy jak on – do trzeciego świata ciemnych zaułków.
***
Sue dostrzegła po raz kolejny znikomy ruch kątem oka i była już pewna, że ktoś ją śledzi. Usiłowała nie zmieniać tempa swojego kroku, ani nie zachowywać się podejrzliwie, co jednak kiepsko jej wychodziło. Nie mogła powstrzymać ciągłego mrugania oczami i płytkiego oddechu.
Po raz pierwszy przerażał ją fakt, że w pobliżu nikogo nie ma.
Jej serce biło tak głośno, że nie słyszała kroków za sobą, dopóki poziom adrenaliny nie przekroczył głównej bariery i wszystkie zmysły dziewczynki się wyostrzyły. Odwróciła się gwałtownie, zwijając drobne dłonie w pięści, jakby wątłe ramiona 12-latki mogły coś zdziałać.
- Zostaw mnie w spokoju! – zawołała, starając się przybrać groźny wyraz twarzy.
Chłopak, który wyglądał na jej równolatka, zatrzymał się, lekko zdziwiony i uśmiechnął się spokojnie. Nie wyglądał podejrzanie, ale właśnie to wydało się Sue najdziwniejsze. Przez całe życie obserwowała ludzi i ich zachowania – doszła do perfekcji w wyczuwaniu niegodziwych zamiarów, więc zaczęła ogarniać ją panika, gdy nie wyczuła nic od chłopaka.
- Cześć. – dzieciak uniósł dłoń na powitanie, robiąc krok do przodu.
Sue gwałtownie odeszła kilka kroków do tyłu, marszcząc czoło.
- Powiedziałam, żebyś mnie zostawił! – krzyknęła, nadal trzymając pięści przed sobą.
Czarnowłosy podrapał się w tył głowy, spoglądając w dół przez chwilę, jakby zastanawiał się nad odpowiednią reakcją. Dziewczynka obserwowała, gdzie wodził swoimi błękitnymi oczami. W końcu tylko uśmiechnął się.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć.
- I dlatego pomyślałeś, że zaczniesz mnie śledzić? – warknęła w odpowiedzi, ale opuściła gardę, zaciskając dłonie na ramiączkach od plecaka.
Chłopak wykonał uspokajający ruch dłońmi.
- Spokojnie, nie mam kompletnie nic i jestem całkowicie sam. Chyba tak jak ty, prawda? – uśmiechnął się lekko, gdy dostrzegł, że twarz Sue trochę złagodniała. – Po prostu chciałem się przywitać, ale jestem… kiepski w kontaktach z innymi. – zaśmiał się ponuro.
Dziewczynka poczuła się trochę bezpieczniejsza. Kopnęła jakiś kamyk nogą, unikając jego wzroku.
- Ja też. – przytaknęła, a gdy spojrzał na nią pytająco, podniosła niepewnie wzrok. – Też nie umiem rozmawiać z ludźmi.
Chłopak roześmiał się i ostrożnie zrobił krok do przodu.
- Tak jakoś czułem, że będziemy mieli coś wspólnego oprócz wzrostu.
Sue również się przełamała i uśmiechnęła. Nawet nie pamiętała, kiedy ostatnio szczero to zrobiła do kogokolwiek innego niż brata. Chociaż to też było już dość dawno.
- Co tutaj robisz? – spytała już pogodniejszym głosem, patrząc się wciąż uważnie na rówieśnika.
- Chowam się przed światem. Spaceruję. Sam nie wiem. Teraz chyba pójdę nad rzekę.
Dziewczynka poczuła, że rozszerza uśmiech. Jakoś nie mogła uwierzyć, że ktokolwiek z własnej woli zaczął z nią rozmawiać. Cieszyła się z tego, tłumiąc cichy głos, który powtarzał, że chłopiec szybko zorientuje się, że jest z nią coś nie tak.
- Cóż, może faktycznie jakoś się dogadamy. Mogę iść z tobą?
Chłopak spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale wyszczerzył się.
- Jasne. – ruszyli spokojnie przed siebie, w nieznacznej odległości. – A tak w ogóle, to jak się nazywasz?
- Sue. A ty?
- Takeda. Do usług.
***
Fumiya siedział nad szklanką zwietrzałego whisky, ale wiedział, że nie mógł narzekać. Jego główny diler przyzwyczaił się do niego tak bardzo, że nawet nie pytał co chłopak robi u jego progu, tylko nalewał mu jakiegoś taniego alkoholu, zajmując się swoimi sprawami w tym malutkim, zaśmieconym mieszkanku.
Nawet gdyby chciał, to czarnowłosy mu nie przeszkadzał w niczym, po prostu siedział w jednym miejscu, przy oknie na zniszczone podwórko od ulicy, czasami się odezwał. Diler zdawał sobie sprawę, że Sotomura przynosi więcej pożytku niż szkód – w końcu od bardzo długiego czasu nie miał nikogo na wykonywanie zleceń w terenie, czy nawet najgłupszego odbierania informacji od innych.
Mężczyzna spojrzał na chłopaka, który wpatrywał się z nienawiścią w przestrzeń. Pokręcił głową, dopił zimną od dawna już kawę i wyciągnął papierosa, przysiadając się do niego.
- Nie powinieneś być w szkole? – spytał sarkastycznie, zapalając szluga. Obłok dymu uniósł się między nimi, ale Fumiya nawet się nie skrzywił.
- Gdyby nie ta akcja, to pewnie w końcu bym się tam pojawił. – prychnął.
- Ty to jeszcze nie widziałeś akcji, gówniarzu. Masz fart, że Szczury stwierdziły, że zarobią na nim trochę kasy.
- Cóż… Plan A zadziałał. – mruknął czarnowłosy, biorąc łyk alkoholu. Diler spojrzał na niego podejrzliwie.
- A co miało być niby planem B?
- Skierowanie ich na ciebie. – Fumiya uśmiechnął się szyderczo.
Diler spojrzał na niego morderczo.
- Jednak gorszy z ciebie skurwiel niż z Akino. – na te słowa chłopak wzruszył obojętnie ramionami, po czym spojrzał na zleceniodawcę z niebezpiecznym, acz zaczepnym błyskiem w oczach.
- Mam tak na drugie. – oznajmił i wypił resztę whisky jednym haustem. – Dobra, czas znaleźć jakąś robotę. Masz coś?
- Dla ciebie zawsze coś się znajdzie. – diler wstał ociężale z krzesła i otworzył zamaszyście jedną z szuflad w komodzie, ze stertą niepoukładanych papierów. – Ostatnio bierzesz na siebie więcej.
- Ostatnio jest spokojniej. Wydaje ci się. – czarnowłosy machnął wymijająco ręką, podchodząc do mężczyzny. Diler spojrzał na niego nieokreślonym wzrokiem, po czym przewrócił oczami i powrócił do poszukiwań czegoś aktualnego.
- Jak masz zamiar coś powiedzieć, to wal, a nie odstawiasz jakieś pierdolone szopki. – warknął Fumiya, sięgając ponownie po butelkę whisky. Spojrzał na nią kątem oka, po czym wziął solidny łyk.
Diler westchnął ze znużeniem i zamknął z hukiem szufladę. Strzelił karkiem, oparł się nonszalancko o szafkę, po czym wyciągnął kolejnego szluga. Po chwili wahania rzucił też jednego Fumiyi. Czarnowłosy uniósł jedną brew z geście zdziwienia, ale nie chcąc, by diler się rozmyślił, po prostu zapalił papierosa i czekał na świeżą dawkę informacji.
- Lubię cię, młody, a poza tym wolałbym, żeby mój jedyny pracownik po prostu wyparował. – diler zaciągnął się dymem. – Ten stary dziad ze sklepu z bronią dał mi dzisiaj nową informację, niepotwierdzoną, bo niepotwierdzoną, ale jest. – zniżył lekko głos. – Podobno Szczury dostały zlecenie od koncernu Inaby.
Fumiya nadal wyglądał na zdziwionego.
- I co to ma do rzeczy z wykonywaniem twoich zleceń?
- Czasem zapominam jaki tępy jesteś. – diler zaśmiał się szyderczo. – Ostatnio Ukyo Inaba bawi się w handlowanie dzieciakami. A nie powiem, znalazło by się kilku wariatów, albo pedałów, którzy z chęcią kupiliby zdrowego, silnego nastolatka.
Fumiya nie wyglądał na przekonanego.
- Jeśli myślisz, że jesteś niepokonany, to jest idiotą. Nawet nie ogarniesz, kiedy cię sprzedadzą. – prychnął diler.
- To podobno jest niepotwierdzone. Mniejsza z tym. Masz coś czy nie?
- Ty nie jesteś idiotą, Sotomura. – diler pokręcił głową, wyciągając pomiętą kartkę z tylnej kieszeni. – Jesteś po prostu arogantem.
Fumiya wyrwał mu kartkę i szybko przebiegł po niej wzrokiem. Przytaknął tylko i wyszedł z kawalerki mężczyzny. Diler zgasił papierosa, przejrzał krótką listę kandydatów na jego wspólnika i stwierdził, że musi się napić.

W tym samym czasie dziadek ze sklepu z bronią wykrwawiał się na ziemi, gdyż Szczury dowiedziały się, że ktoś przekazał informację o ich nowym zleceniu. 
_______________________________________________________

Cóż nie wyrobiłam się na Walentynki, ale ważne że jest, prawda? :) 
Mogę stwierdzić, że powoli zbliżamy się do punktu kulminacyjnego pierwszej części tej historii. W końcu xD (jestem ciekawa ile jeszcze niezaplanowanych wątków się tutaj pojawi). 
Dziękuję za poświęcony czas i trzymajcie się ciepło! 
*
PS. Moja droga, jedyna czytelniczko, wybacz za zwłokę, ale jestem ślepa. Odnośnie twoich historii z chęcią, bym je przeczytała. Nie przeszkadza mi żadna tematyka, nie warto ograniczać horyzontów, co nie? Jeśli chcesz, to możesz podesłać mi link, czy coś takiego :D  

1 komentarz:

  1. Mam złe przeczucia co do Takedy. Jak zrobi coś Sue, to mu nogi z dupy powyrywam >.< I niby chcieli by sprzedać Fumiyę? Nie uda się im xd Chociaż było by to ciekawe jakby kupił go jakiś pedał XD I tak uważam, że Akino jest większym skurwielem. Fumiya pewnie niedługo będzie musiał się przyzwyczaić do myśli o zabijaniu na serio. E tam, wyrobiłaś się idealnie na Dzień Singla ;) Od razu mi się zrobiło cieplej na sercu jak się do mnie odezwałaś pod notką ^^' Skoro tak mówisz to proszę, daje Ci link: http://my.w.tt/UiNb/yKD04WwSPA Główna bohaterka też jest płatną zabójczynią, bo mnie zainspirowałaś :) I nie jestem jedyną czytelniczką, na pewno masz wielu fanów :3 Życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń