Rozdział 14
Mary senne
~Ichigo Kanegawa~
Otwieram oczy, a bladość nieba zmusza mnie do
gwałtownego zamrugania. Podnoszę się po pozycji półsiedzącej, zasłaniając
sobie ręką oczy. Po kilkunastu sekundach, kiedy mój wzrok zaczął się
przyzwyczajać do światła, rozglądam się po otoczeniu, mrużąc lekko oczy.
Leżałam w jakichś wysokich zaroślach w środku lasu.
Wokół mnie rosną strzeliste sosny. Podnoszę się powoli, czując narastającą gulę
w gardle. Podświadomość podpowiada mi, że to sen, jednak otoczenie jest łudząco
podobne do tego z ostatniego koszmaru. Kieruję wzrok z wiarą, że to inna mara
senna, lecz płomyk nadziei gaśnie gdy dostrzegam pojedyncze gwiazdy i księżyc
na tle bladoniebieskiego nieba. Przełykam ślinę.
- Mogłabym się już obudzić – mruczę, a mój głos
niesie się echem po lesie. Opuszczam głowę, oglądając się jeszcze przez ramię.
Nie dostrzegłszy niczego niepokojącego, ruszam przed siebie.
Mijają kolejne godziny, robi się coraz goręcej, a
drzewa nadal są te same. Przecieram czoło z potu. Tamtym razem szybciej się to
skończyło.
W pewnym momencie słyszę trzask łamanej gałązki. W
ostatniej sekundzie powstrzymuję się od nagłego odwrócenia się. Biorę cichy,
głęboki wdech i idę dalej, nie zmieniając tempa. Jestem prawie pewna, że to
tamten haker.
- Czego chcesz? – staram się by zabrzmiało to pewnie,
jednak mój głos niesie się echem po lesie. Dopiero teraz zauważam, że panuje
absolutna cisza. Martwa cisza.
- Dlaczego już drugi raz idziesz nad ten strumyk? –
Yo ignoruje moje pytanie. Staję i odwracam się nonszalancko. Mierzę go
wzrokiem. Nadal ma farbowane, kasztanowe włosy, przenikające oczy i masę
kolczyków na mordzie. – Nic ci to nie da. To granica, której nie możemy
przekroczyć. – ciągnie dalej.
Kręcę głową na jego gadaninę i znów ruszam przed
siebie. Po kilku sekundach słyszę kroki. Zaciskam dłoń w pięść i warczę:
- Nie leź za mną.
- Ale kiedy tu jest nudno. – jęczy. Przewracam
oczami. - Nikt mnie tu nie lubi.
- Nie dziwię… - zaczynam, ale urywam i rozszerzam
oczy. Obracam się tak nagle, że Yo cofa się o krok. – Nikt? – powtarzam,
uświadamiając sobie znaczenie tego słowa. Przełykam ślinę, widząc jego chytry
uśmiech. Jak na zawołanie milimetr od mojej głowy przelatuje sztylet.
Obracam się, napinając przy tym wszystkie mięśnie.
Kiedy rozpoznaję postać, od razu porzucam myśl o walce i zrywam się do biegu.
Barczysty mężczyzna rusza za mną po kilku sekundach. James.
Przebieram nogami tak szybko jak umiem, zahaczając
przy tym o ostre igły sosen. Mam mętlik w głowie. Myślałam, że wiem jak działa
ten sen. Ostatnim razem nie było to James’a.
Gwałtownie hamuję, kiedy przede mną wyrasta postać
Jiro. Rzucam się w bok, potykając się o Ayę. Obie rozszerzamy szeroko oczy ze
zdziwienia, jednak korzystam z okazji i uciekam.
Jeszcze nigdy nie chciałam się tak bardzo obudzić.
Niebo zaczyna pokrywać się czerwienią. Mimo
przerażającego wyglądu, uznaję to za dobry znak. Ostatnim razem nie trwało to
tak długo po pokryciu się krwią nieba. Wpadam na kolejne drzewo, a moim oczom
ukazuje się duża polana. Z daleka widać strumień. Ruszam pędem przed siebie.
Za sobą słyszę okrzyki trójki z Fubuki. Jest szansa,
że przerwę sen, wbiegając w strumyk. To tylko kilkaset metrów. Dasz radę,
Ichigo.
Przemierzam dystans jak zawodowiec, dostrzegając za
niewidzialną barierą swoich rodziców. Dzieli mnie kilka metrów. Uda się. Spinam
mięśnie do skoku, odrywam stopy od ziemi i… czuję szarpnięcie. Cofam się,
tracąc równowagę. Czyjaś mocna dłoń trzyma mnie za przegub. Podnoszę głowę,
patrząc się buntowniczo na mężczyznę.
- Puszczaj, skończona mendo. – warczę na hakera,
który się tylko uśmiecha.
- Masz nowych gości. – rzuca tylko, kiwając głową w
kierunku skraju lasu. Za gnającymi w moją stronę Jiro, Ayą i James’em
dostrzegam kolejne 4 postacie. Dilerzy z Setagayi. Serce mi na moment staje i
rzucam przerażone spojrzenie w stronę Yo, mimo własnej woli. On tylko uśmiecha
się z politowaniem i rozpływa się w powietrzu.
Nie czekam na cud i znów zaczynam biec. Pot zaczyna
ze mnie cieknąc strugami, lecz moi wrogowie zdają się nie odczuwać gorąca. Całe
niebo jest już zaplamione krwią. Rzucam spojrzenie strzelistym sosnom. Serce
zabija mi mocniej kiedy zauważam, że one również spływają krwią.
Czemu to, do jasnej cholery, nie chce się skończyć?
***
Ryutaro wszedł do sali chorych. Na jednym z dwóch
łóżek znajdujących się w pomieszczeniu leżała młoda dziewczyna. Była
nieprzytomna już 2 godzinę, a do jej nadgarstka przyczepiona została kroplówka.
Przyszedł podłączyć kolejną.
Kolejne krople deszczu niestrudzenie bębniły o
parapet. Popatrzył się osowiale przez okno i przetarł twarz ręką. Był zmęczony
i miał wszystkiego dość. Pomimo tego zmusił się do zmienienia kroplówki
przyjaciółce.
Spojrzał mimochodem na Ichigo. Od pewnego czasu
mruczała coś niewyraźnie i kręciła głową przez sen. Zapewne dręczył ją koszmar.
- Nie musisz się budzić, Ichi – mruknął Ryutaro
bardziej do siebie niż do niej. – Tu rozpęta się jeszcze większe piekło.
- Widzę, że pałasz optymizmem, Ryu.
Lekarz obraca się gwałtownie, powodując, że Tokaji
nieznacznie odsuwa się do tyłu. Kiedy medyk rozpoznaje przybyłego, mrozi go
spojrzeniem brązowych oczu i nic nie mówiąc wraca do roboty.
Tokaji opiera się o framugę drzwi luźno, śledząc
każdy ruch starszego kolegi. Po kilku ciągnących się minutach, Ryutaro obraca
się w stronę czarnowłosego.
- Co ty tu robisz? – rzuca oschle.
- Oddycham – prycha Tokaji. Mierzą się wzrokiem i w
końcu prycha, opuszczając przy tym głowę. – Przyszedłem tu posiedzieć.
Ryutaro wypuszcza pustą kroplówkę z dłoni,
rozszerzając szeroko oczy. Prostuje się i patrzy się wprost na Tokajiego.
- Tokaji, dobrze się czujesz? – pyta ze szczerą
troską. W odpowiedzi dostaje groźne warknięcie.
- Świetnie. I nie myśl sobie za dużo. – ostrzega. –
Usiłuję się wymknąć z tej ‘gorączki stanu najwyższej gotowości’.
Ryutaro nie odpowiada, zabierając się z powrotem do
swojej roboty. Uśmiecha się pod nosem, kiedy Tokaji opada dość niedelikatnie na
sąsiednie łóżko. Kto by pomyślał, że i on ma jakieś uczucia.
Lekarz jeszcze raz spogląda na czarnowłosego, który
leży na łóżku i spogląda przelotnie na Ichigo. Otwiera usta by rzucić jakąś
uwagę, jednak zmienia zdanie i wychodzi bez słowa, zamykając drzwi.
Tymczasem Tokaji podnosi się do pozycji siedzącej.
Wlepia swoje puste czarne oczy w nieprzytomną dziewczynę, oczekując jakiejś
reakcji oprócz majaków sennych. Po kilkunastu minutach podnosi się i przeciąga
leniwie. Pstryka w kroplówkę, od razu przenosząc wzrok na Ichigo, jakby
oczekiwał, że to coś da.
- Ichigo – wypowiada cicho jej imię, wpatrując się
przy tym intensywnie w jej twarz. Jedyną reakcją jest obrócenie przez
dziewczynę głowy, co jest tylko znakiem obecności mar sennych. Tokaji wkłada
ręce do kieszeni spodni i stoi tak jeszcze kilka minut.
W końcu przeczesuje swoje czarne włosy i podirytowany
kieruje spojrzenie na okno. Krople cieknął leniwie po szybie, nadając całemu
otoczeniu ponurego nastroju. Cały dzień wygląda tak samo.
Tokaji pstryka jeszcze raz w kroplówkę. Ich ilość
uświadamia go tylko o wielkiej utracie krwi przez jego towarzyszkę. Mimo, że
jest przykryta kołdrą, wie że przez brzuch ciągnie się brzydka szrama.
- Co ja tu w ogóle robię? – mruczy do siebie. Patrzy
się jeszcze raz na dziewczynę i od razu kręci głową.
Wzdycha i kieruje się w stronę drzwi. Bezwiednie
obraca się w framudze by na nią jeszcze raz spojrzeć. Po ułamku sekundy klnie
na siebie w myślach.
- Wariuję na stare lata. – mówi do siebie po cichu i
lekko trzaska drzwiami od sali chorych.
***
Spoglądam na niebo spowite czerwienią. Gwiazdy
zniknęły, a pozostał jedynie księżyc, dający niepewne światło na zarośnięty,
sosnowy las.
Opieram się o pień drzewa, dysząc ciężko. Przez
senną wieczność czekałam na moment by się ukryć. Teraz siedzę kilkanaście
metrów nad ziemią, chroniąc się między gęstymi gałęziami jakiejś strzelistej
sosny. Spoglądam na swoje poharatane dłonie, nogi. Wzdycham i przeczesuję włosy
palcami. Część opada na moje czoło.
- Niech to się wreszcie skończy – mruczę cicho.
- No to się obudź. – słyszę w odpowiedzi.
Automatycznie zrywam się na równe nogi, nim zdążę pomyśleć o hałasie, który
narobię oraz niestabilności gałęzi. Ledwo łapię równowagę, klnąc pod nosem.
Obrzucam przybyłego nienawistnym spojrzeniem.
- No ej – jęczy – bo mnie jeszcze tym wzrokiem
zamordujesz. Jeszcze raz – śmieje się. Obserwuję go jeszcze kilka sekund, po
czym zajmuję wcześniejszą pozycję, starając się go ignorować. A Yo Ito stoi
sobie na gałęzi sąsiedniego drzewa, opierając się nonszalancko o pień.
- Tak czy siak narobiłaś tyle rumoru, że to kwestia
minut aż cię znajdą.
- Jak się zamkniesz to mnie nie znajdą. – warczę. –
Czemu ty w ogóle nie usiłujesz mnie zamordować, co, Yo? – pytam. Haker wzrusza
ramionami, a na oczy opadają mu kasztanowe włosy. Prawie słyszę jak pobrzękują
jego kolczyki.
- Może wiem. A może nie wiem – uśmiecha się chytrze,
ale nim zdążę rzucić w jego kierunku jakąś odzywkę, zauważamy ruch. – O już cię
znaleźli. Szybcy są.
Rzucam hakerowi kolejne nienawistne spojrzenie i
rozglądam się. Spomiędzy gęstwiny trudno cokolwiek dostrzec, nie mam więc
pewności, że mnie zauważyli jednak wolę nie ryzykować. Zeskakuję płynnie na sam
dół, zauważając kilka metrów od siebie grupę z Fubuki. Zrywam się w przeciwnym
kierunku sekundę wcześniej niż przeciwnicy.
- Do zobaczenia, Ichigo! – krzyk Yo dociera do mnie
jako szept. Wyczuwam w nim ironiczną nutę. – A! Nie skręcaj w lewo, bo tam
kręcą się ci dilerzy!
Nie wierzę w to za bardzo, zważając na widoczność,
jednak odbijam trochę w prawo, tak na wszelki wypadek.
Ichigo, myśl.
Skoro to jedna wielka psychiczna gra, to wszystko ma
tu ukryty sens. Jasny las i ciemny las to odpowiednio Niebo i Piekło. Strumień
to granica, sąd. Ludzie, którzy zginęli z mojej ręki usiłują mnie tu zabić.
Oprócz tego cholernego hakera. Szlag by to. To nie ma sensu.
Nad moją głową przelatuje sztylet, wbijając się z
brzdękiem w drzewo. Chociaż wiem, że to sen, wzdycham. Było blisko. Wolę się
nie oglądać, by sprawdzić jak blisko są moi wrogowie. Fakt, że prawie celnie
mnie trafiają mówi sam za siebie. Przyśpieszam na tyle ile mnie stać.
W pewnym momencie czuję kroplę na policzku, spływającą
niczym łza. Nie muszę tego widzieć by wiedzieć, że to krew. Serce zabija mi
mocniej.
To tylko sen, Ichigo.
Tylko sen.
Przedzieram się przez zarośla. Cały czas zaplątuję
się o jakieś liany, brnąc przez wysokie krzaki. Postanawiam zaryzykować i
sięgam jednej z niższych gałęzi. Podciągam się tak sprawnie jak umiem, mocując
się z roślinnością. Od razu chwytam się kolejnej gałęzi. I kolejnej. I
kolejnej.
Nie mogąc uwierzyć, że udaje mi się tak
bezproblemowo wspinać, słyszę krzyki i trzaski. Przyśpieszam, mając duszę na
ramieniu. Nie oglądaj się. Nie oglądaj się. To sen. Koszmar. Wydaję z siebie
donośny krzyk, kiedy czyjaś ręka chwyta mnie za nogę. Któryś mężczyzna ciągnie
mnie z potężną siłą. Zamykam oczy i uczepiam się z całych sił gałęzi. Nie muszę
się patrzeć kto to by wiedzieć.
- Złaź stąd, mała. – niski głos James’a jest jakby
wiadrem z lodowatą głową. Wiem, że długo nie wytrzymam tego siłowania się. Z
facetem jest jeszcze grawitacja. Kto wymyślił to przyciąganie ziemskie?
Boże, o czym ja myślę? Mój fizyk powinien być dumny.
Otwieram oczy i spoglądam w dół. Widzę blask stali i
szalone oczy James’a. Uspokajam oddech. Wymyśl coś. No już. Myśl!
Do głowy przychodzi mi tylko jedna myśl, będąca
czystym wariactwem. Widzę kątem oka Yo. Stoi na sąsiednim drzewie i
niezauważalnie kiwa głowę. Chociaż może mi się tylko wydawać, bo potrzebuję
impulsu. Też kiwam głową, bardziej do siebie niż do niego.
Napinam mięśnie, zaciskam zęby. I odbijam się od
drzewa. Spadam w dół.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak wysoko się
wspięłam. Krzyki są jak za mgłą. Na sekundę przed tym jak uderzam o ziemię,
zalewa mnie ciemność.
***
Otwieram gwałtownie oczy, serce wali mi jak
oszalałe, a ja ledwo duszę krzyk. W pomieszczeniu szpitalnym jest ciemno,
jednak rozróżniam poszczególne rzeczy. Znów widzę kroplówkę. Zaciskam oczy,
usiłując sobie przypomnieć co się stało.
Wspomnienia pojawiają się nagle, powodując u mnie
mdłości. Zrywam się do pozycji półleżącej, zatykając sobie usta dłonią. Czuję
przeszywający ból na brzuchu, mieszający się z mdłościami. Zaciskam drugą dłoń
w pięść i przełykam ślinę. Po chwili unoszę głowę, patrząc się buntowniczo.
Nim jednak zdążę wstać dostrzegam ruch na sąsiednim
łóżku. Nie wiem kto to, ale kiedy postać zrywa się i podbiega do mojego
posłania, po głowie chodzi mi tylko jedno imię.
Tsuneari.
- Ichigo, padło ci już całkowicie na mózg, co? –
słyszę kpiący ton Tokajiego. Zamieram w bezruchu, nie mogąc pojąc dlaczego
akurat on tu siedział. Spoglądam na godzinę. 22:30. Czemu ta menda nade mną
czuwała.
- Wszyscy tak panikowali, że w takim kiepskim stanie
jesteś, a tu proszę od razu na nogi chcesz wstawać.
- Zamknij się – warczę i stawiam stopy na ziemi.
Tokaji zgrzyta zębami i dość niedelikatnie rzuca mną o łóżko.
- Ranni mają leżeć. – mówi tym swoim kpiącym tonem.
Mierzymy się wzrokiem, a ja staram się walczyć z ćmiącym ból jaki rozlewa się
po moim ciele z rany na brzuchu. Tokaji przykrywa mnie zamaszyście jakimś
śmierdzącym kocem.
Odkrywam się i siadam. Czarnowłosy mierzy mnie
wzrokiem, ale odpuszcza i kieruje się do drzwi. Niemal słyszę jakieś
przekleństwa. Uśmiecham się jednym kącikiem. Spoglądam na niego już łagodniej.
- Dlaczego, ty…? – zaczynam, ale przerywa mi.
- Nie myśl o tym za dużo. Wcale nie mam tej fajnej
strony jak bohaterowie z książek. Nie uważam cię za nikogo ważnego, Ichigo,
nawet za towarzyszkę. Po prostu pretekst pilnowania aż się obudzisz był lepszy
niż siedzenie na naradzie bojowej.
Jego słowa mnie szokują, jednak reakcje na nie
zajmuje trzeźwe myślenie.
- Naradzie bojowej? –powtarzam. Czarnooki odwraca
się, uśmiechając się w jakiś nieokreślony sposób.
- Mamy wojnę, Ichigo. – mówi, nadal z chytrym
uśmieszkiem. Po chwili jednak jakby smutnieje. – Wojnę. – powtarza i wychodzi,
zamykając cicho drzwi i zostawiając mnie samą w ciemności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz