Rozdział 13
Igranie ze
Śmiercią
~Fumiya Sotomura~
Metro zatrzymuje się gwałtownie, ze zgrzytem
otwierając drzwi. Mieszam się z tłumem
ludzi, nie wyróżniając się niczym – może oprócz w miarę wysokiego wzrostu.
Żadna z mijanych osób nie domyśliłaby się, że pod czarnym płaszczem
przyczepiona jest katana.
Wysiadam, zatrzymując się prawie na środku, słysząc
liczne wyzwiska pod moim kierunkiem. Patrzę się na nazwę przystanku. Shibuya.
Sięgam do kieszeni płaszcza, obracając w palcach nieskasowany bilet. Znów udało
się przejechać bez kanara.
No bo prawdziwi zabójcy na zlecenie nie mają aut.
Oni jeżdżą metrem.
Uśmiecham się pod nosem, ruszając ku wyjściu. Słowa
te wypowiedziane zostały szmat czasu temu przez Omitsu. Wszyscy odebrali je
wybuchem śmiechu, żartując, że zostanie to naszą dewizą przewodnią, na co
Omitsu zareagowała ‘’prawami autorskimi’’.
Omitsu.
Czuję ścisk w klatce, przypominając sobie jej
przerażone, załzawione oczy, kiedy usiłowała przekonać mnie bym porzucił ten
szaleńczy pomysł. W głowie słyszę jak przyjaciółka cicho wypowiada moje imię.
Nie mogąc znieść tego obrazu, kręcę głową.
Skręcam w stronę ciemniejszych ulic. Podupadające
bary, dresy szukające zaczepki. Kilku nawet kieruje się w moją stronę, jednak
dostrzegając moją twarz odsuwają się w cień. Staram się stłumić westchnienie.
Zbyt długo dowodzę Kaminari by mnie nie rozpoznawali.
Stając przed smętnym biurowcem, zadaję sobie jeszcze
ostatnie pytanie.
Czy ja nie zwariowałem?
Jednak jak na zawołanie przed oczami staje mi obraz
Kuranosuke mordowanego przez obecnego szefa Jishinu. Arata, który nigdy nie
wrócił z ‘pokojowych rozmów’ z tą organizacją, mimo że doskonale zdawał sobie
sprawę, że to pułapka. I w końcu Shuuko leżąca w moich ramionach, z której
powoli uchodzi życie, po przegranej walce z byłym członkiem Jishinu, James’em.
Nie zwariowałem.
Wchodzę pewnie do środka.
***
***
Kilkunastopiętrowy budynek, który jak i z zewnątrz,
tak i w środku, podupada. Na sufitach widać zacieki, żarówki wydają z siebie
ostatnie tchnienia, starając się oświetlić skrawki pokoi. Z jednej strony
przypomina mi to Bazę Główną Kaminari, choć tu jest coś co przyprawia o
dreszcze. Jakby z mrocznych kątów ktoś się patrzył, obserwował.
Moje kroki brzmią tępo i nadzwyczaj głośno, pomimo
wysiłku by zachować względną ciszę. Mijając opustoszałą recepcję bez żywego
ducha, daję sobie spokój z zakradaniem się do nich. Jeśli ktokolwiek jest w tej
zatęchłej norze to niech wie kto przyszedł.
Naciskam przycisk windy, pokpiwając w duchu. Nie
wierzę w sprawność windy, zważając na ledwo wystarczające oświetlenie i brak
wody. Gdy już mam kierować się w stronę schodów, słyszę jęk metalu i głośny
łomot otwierających się drzwi. Odwracam się, pogwizdując cicho z lekkim
podziwem.
Lustruję wzrokiem wnętrze windy, a mój podziw powoli
gaśnie. Ściany splamione krwią, mrugająca żarówka wisząca kilka centymetrów nad
moją głową i brak jako takich drzwi nie napawa optymizmem.
Rozglądam się jeszcze przed wejściem, ale nie dostrzegam
nikogo. Wzruszam ramionami i stawiam niepewne kroki w stronę windy. Kiedy nie
słyszę złowieszczego trzaśnięcia, kieruję swój wzrok na przyciski. Wszystkie są
porysowane, od części odchodzą strzałki z obraźliwą opisówką. Jedynie przy
najwyższym, szesnastym, widnieje krótko i czytelnie ‘’SZEF’’. Naciskam. I
czekam.
***
Winda zatrzymuje się z przeraźliwym piskiem. Krzywię
się i wychodzę po środku niewielkiego pokoju, oszklonego ze wszystkich stron.
Pomimo niedużej wielkości, jest on
elegancki i przestronny. Jakieś doniczkowe rośliny, biurko z w miarę dobrym
komputerem, nieduże szafki z aktówkami. Mimowolnie wzdycham. Też bym chciał
mieć biuro na własność.
Pomimo tego że dochodzi 13, zza burzowych chmur nie
przebija się słońce. Ciemność sprawia, że w odczuciu jest późny wieczór. Patrzę
przez liczne okna. Pośród tego budynku jest kilka mniejszych, równie
zaniedbanych. I wszystkie należą do Jishinu.
- Chyba nie przyjechałeś tu oglądać widoczków, co? –
słyszę kpiący ton należący do mężczyzny. Rzucam protekcjonalne spojrzenie w
stronę faceta siedzącego za biurkiem.
Szef Jishin – Yasuaki Igarashi. Dla mnie nadal jest
młodszym o 2 lata, 30-letnim gówniarzem. W tym wszystkim utwierdza mnie jego
fryzura – włosy pofarbowane na oczojebny odcień niebieskiego i do tego w
większym nieładzie niż Tsu. Jego lewe oko przecina paskudna szrama, prawe
natomiast błyska odcieniem granatu.
- A czemu nie? – wzruszam ramionami. – Całkiem tu
ładnie, jakbyś chciał wiedzieć. Chodź i otwórz oczy na świat. Aj, przepraszam.
Oko. – uśmiecham się diabelnie. Mój uśmiech się rozszerza, kiedy Igarashi
zaciska zęby i podnosi się z fotela. Zakłada ręce na plecach i patrzy się przez
szybę.
- Śmiej się, śmiej. – rzuca w moją stronę z
wyższością. – To jedyna pamiątka po białogłowej.
Na moment mrozi mi krew w żyłach. Napinam wszystkie
mięśnie i jestem pewien, że rzucę się na niego. Zgrzytam zębami.
- Stul pysk – cedzę przez zaciśnięte szczęki. – Nie
sztuka było pokonać Aratę w walce 15 na 1. I tak poległo was 6. – zwijam dłoń w
pięść.
Uspokój się, do jasnej cholery. Nie daj się
zaciągnąć w utarczki słowne.
Igarashi wzrusza jedynie ramiona, lekceważąc mój
gniew. Nadal patrzy spokojnie przez okno. Wbijam wściekły wzrok w jego plecy,
jednocześnie nakazując sobie spokój.
Wbrew pozorom, przede mną stoi 5-letni szef
najbardziej upierdliwej organizacji w Japonii. Znany z ciętego języka i
bezwzględności, nawet w kierunku własnych ludzi. Jeśli czyjaś śmierć będzie
użyteczna to jest ona w porządku. Właśnie
dzięki takiemu nastawieniu zyskał swój przydomek. ‘’Żywa Śmierć’’.
Wzdrygam się z obrzydzenia. Na samą myśl o takim
traktowaniu podwładnych robi mi się niedobrze. Mimo wszystko, każdy jest
człowiekiem.
- Sam też taki kochany nie jesteś, Sotomura. –
stwierdza cicho Igarashi, odgadując moje myśli. Rzucam w jego stronę mordercze
spojrzenie. – No, przez te 3 lata… Ile swoich ludzi kazałeś zabić, co?
Zaciskam usta, powtarzając sobie po raz setny by nie
wchodzić w utarczki słowne. Jednak na jego pytanie, przed oczami migają mi
martwe, zakrwawione ciała, zmuszające bym się odezwał.
- Nie zabijam kompanów. – mówię nisko i groźnie.
Igarashi podnosi jedną brew, czekając na dalszy ciąg moich ‘usprawiedliwień’. –
Wszyscy, na których spadł wyrok śmierci, byli zdrajcami.
- A kto dał ci prawo wydawania wyroków na innych
ludzi? – mężczyzna rzuca mi przeciągłe spojrzenie. Jego granatowe oczy
pobłyskują w ciemności burzowych chmur.
- Sam sobie dałem – ucinam i odwzajemniam
spojrzenie. Nie mam zamiaru ciągnąc tego tematu z nim. Akurat on nie ma
najmniejszego prawa zadawać mi takich pytań.
Igarashi w końcu wzdycha i rozluźnia mięśnie. Jest
ubrany tak jak większość ludzi z jego organizacji – workowaty T-shirt i podarte
jeansy. Widząc płatnego zabójcę tak ubranego, istnieje 80% szans, że służy on
Jishinowi.
- No więc, Sotomura… - krzyżuje ręce, poważniejąc
momentalnie. Zdał sobie sprawę, że nie dam wyprowadzić się z równowagi. – Co
cię sprowadza?
Patrzy się prosto w moje matowo-czarne oczy. To
pytanie obijało mi się po głowie od dłuższego czasu, a sam obmyślałem tysiące
odpowiedzi. Jednak teraz staje mi przed oczami zapłakana Omitsu. Otwieram usta
by wypowiedzieć coś innego, ale gdy mrugam Omitsu zostaje zastąpiona swoją
siostrą i Aratą. Zaciskam dłonie w pięści, podnosząc w buntowniczym geście
głowę.
- Wojna. – mówię krótko, lecz w tym słowie kryje się
o wiele więcej. Igarashiemu opadają ręce, a przez twarz przechodzi wyraz
oszołomienia, zastąpiony w ułamku sekundy krzywym uśmieszkiem. – Wypowiadam wam
wojnę, Jishin. – powtarzam złowieszczo i uśmiecham się z mordem w oczach.
Prostuję się i kieruję się w stronę wyjścia. Rzucam
jeszcze ostrzegające spojrzenie mężczyźnie, którym mierzy mnie wściekłym
wzrokiem.
- Chcesz wojny, Sotomura? To będziesz ją miał. –
mówi tak cicho, że przechodzą mnie dreszcze. Kiedy słyszę pstryknięcie,
automatycznie sięgam w kierunku pochwy z mieczem. Napinam wszystkie mięśnie.
Z windy wybiegają dwaj mężczyźni, na oko w moim
wieku. Zatrzymują się w bojowej pozie kilka metrów przede mną, rzucając
pytające spojrzenie w stronę swojego szefa. Igarashi za ten czas ponownie
skrzyżował ręce, uśmiechając się kpiąco. Zaciskam dłoń na rękojeści ostrza.
Mrużę oczy i przenoszę wzrok z jednego wroga na drugiego, starając się ocenić
ich doświadczenie w walce. Po wyglądzie nie za bardzo ich kojarzę, więc raczej
dołączyli nie dawniej jak 3 lata temu.
- Zero litości. – cedzi Igarashi. – Wojna to wojna.
Na ostatnie słowo mężczyźni rzucają sobie krótkie,
zdziwione spojrzenia. Od razu jednak ruszają w moim kierunku. Nim zdążą się
zorientować wyciągam miecz i zataczam nim szeroki łuk. Blokuję na raz oba ciosy
skierowane na moją klatkę. Uśmiecham się.
Jeśli Igarashi myśli, że tacy jak oni mi coś zrobią jest
głupcem. Odpycham ich jedną ręką, od razu szykując się do kolejnego ciosu.
Jeden z mężczyzn odchyla się, drugiego dosięgam i rozcinam mu brzuch na głębokość
kilku milimetrów. Krzywię się niezadowolony. Wyszedłem z wprawy.
Z każdym kolejnym ciosem, zdaję sobie sprawę, że to
kompletni amatorzy. Są również starsi przez co nie osiągnął tak wysokiego
poziomu jak reszta. Zbędny balast. Marszczę brwi wściekły i rzucam wyzywające
spojrzenie szefowi Jishinu.
- Nie zamierzasz walczyć tchórzu!? – wrzeszczę w
jego kierunku. Odpowiada mi jedynie jego kpiący uśmiech. Rozszerzam oczy,
zdawszy sobie sprawę z jego taktyki. ‘’Żywa Śmierć’’ jest gotowa poświęcić każdego,
jednak nie tylko dla zabawy. On sam nie zamierza walczyć.
Rzucam spojrzenie po pokoju. Walka z nieokreśloną
liczbą przeciwników nie jest zachęcająca. Moją uwagę przykuwa przewód kierujący
się do niższych pięter innego budynku. Patrzę się po sobie i po przeciwnikach.
Brawo, Fumiya, oficjalnie zwariowałeś.
Biorę głęboki wdech i wbiegam pomiędzy dwóch
mężczyzn. Cofają się zdziwieni, a w jeszcze większe osłupienie wpadają gdy nie
czują żadnego ciosu. Igarashi obserwuje wszystko z chłodnym spokojem. Kiedy
jednak nie hamuję przed oknem, rozszerza swoje granatowe oczy.
- Łapać go, idioci!!! – wrzeszczy i sam rusza w moim
kierunku.
Dalej sypią się jakieś obelgi, które docierają do
mnie jak zza ściany. W ułamku sekundy chowam broń do pochwy, wyciągając ją
prawie jednocześnie ze szlufki.
W kolejnej sekundzie zakrywam twarz przedramionami, krzyżując je. Biorę głęboki wdech, odbijam się i zaciskam oczy.
W kolejnej sekundzie zakrywam twarz przedramionami, krzyżując je. Biorę głęboki wdech, odbijam się i zaciskam oczy.
Czuję ból w rękach, a w uszach dzwoni mi
przeszywający dźwięk rozbijanego szkła. Otwieram szeroko oczy i rozkładam
mimowolnie ręce, by zachować pion w bezwładnym locie. Rzucam krótkie spojrzenie
w dół. Adrenalina zaczyna krążyć w moich żyłach, a ja zataczam łuk ręką, w
której trzymam pokrowiec z mieczem. Zahaczam o przewód i przytrzymuję się drugą
ręką.
Od razu nabieram prędkości, mknąc w dół. Za plecami słyszę
okrzyki i obelgi. Jednak po chwili zagłuszone zostają przez prędkość. Pędzę w
dół z zatrważającą szybkością z 16 piętra.
Po kilku sekundach, wydających się wiecznością widzę
gdzie kończą się kable. Zostały podpięte to miejskich przewodów elektrycznych.
Pełen adrenaliny napinam mięśnie i dosłownie 2 metry przed przewodami puszczam
się i opadam na ziemię. Siła i prędkość załamują moje kolana i przykucam.
Prostuję się jednak od razu i odwracam. Nie widząc
nikogo, puszczam się biegiem w stronę bezpieczniejszych okolic. Teraz tam gdzie
jest Jishin, nie będzie ani trochę spokoju.
Rzucam okiem na obtarty pokrowiec. Zeskoczyłem z
16-tego piętra. O tym raczej nie będę wspominał Omitsu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz