31 lipca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 17 ~ Powrót nadzieji

Rozdział 17

~Tokaji Kosai~
    Opieram się o ścianę korytarza, starając się za bardzo nie zawadzać mijającemu mnie tłumowi. Część osób spogląda na mnie przelotnie, większość jednak nie zwraca uwagi. Nadal trawią informację przekazaną przez dowództwo.
     Mamy wojnę.
     Te jedyne dwa słowa zrujnowały wszystko. Dopóki nie usłyszałem ich tak oficjalnie chciałem wierzyć, że tylko mi się wydaje. Że to tylko przeczucie, nic więcej. Kiedy Ryutaro zapytany o wojnę milczał, jeszcze tliła się ta nadzieja, że ten koszmar się nie powtórzy.
     Nadal jestem naiwnym dzieckiem. Jakby widok dziesiątek ciał w kałużach krwi miał mnie ruszyć. Jakby cokolwiek jeszcze mogło mnie ruszyć. Przecież nie obchodzą mnie inni. Wystarczy, że przetrwam. Tylko właściwie po co? Dopełniłem zemsty.
      Posłuchaj mnie durniu! Zemsta nie jest rozwiązaniem! Po tym zostanie jedynie pustka!
     Słowa Tsu jak na zawołanie rozbrzmiewają na w mojej głowie. Zaciskam zęby starając się o tym nie myśleć. Bo wiem i wiedziałem aż nazbyt dobrkońcu, e miał rację. Jednak to chwilowe uczucie triumfu trzyma mnie nadal przy życiu.
     Skorupę mnie.
     Śledzę tłum wzrokiem, szukając osoby na którą czekam. Nie wiem nawet dlaczego to robię. Chyba naprawdę wariuję.
     Kiedy widzę dwie przygarbione postacie, idące praktycznie na samym końcu, prostuję się, odrywając się jednocześnie od ściany i wkładając dłonie w tylne kieszenie. Chłopak w okularach posyła mi pytające spojrzenie pustych szarych oczu. Unoszę lekko brwi, a on doskonale odczytując moją mimikę, chwyta niziutką dziewczynę  za przegub, i mimo jej sprzeciwów przyciąga w moją stronę.
      Taksuję ich swoimi czarnymi oczyma. Czterooki jest ode mnie prawie 20 cm niższy, a przygarbiony wydaje się dużo ode mnie młodszy niż tylko rok. Za szkłami szare oczy wydają się jeszcze bardziej wyblakłe, a on sam jest dużo bardziej milczący i pochmurny. Wlepia we mnie czujne spojrzenie, starając się stwierdzić moje zamiary. Czeka. Nie wie co myśleć o tej wojnie, jest tu zbyt krótko by uczestniczyć w jakieś poważniejszej potyczce.
     Ayako wygląda zgoła inaczej. Czekoladowe włosy są nadal związane w ten sam warkocz z Setagayi, a kilkanaście pasm swobodnie lata wokół jej głowy. Jej szarozielone oczy, w tym momencie bardziej szare niż zielone, są zaczerwienione i szkliste od ciągłego płaczu. Nie dość, że jestem prawie 30cm od niej wyższy, to zgarbiona wygląda przy mnie na dziecko. Na jej barki zostało powierzone zbyt wiele. Obowiązek utrzymania rodziny, Ichigo, a teraz wojna.
     Czy ja naprawdę jestem aż tak okrutny, że czuję dla niej litość?
     - Oj, kurduplu – rzucam w stronę dziewczyny. Nic zdążę cokolwiek dopowiedzieć, sztywnieje i zaciska dłoń w pięść. Kieruje na mnie wściekły wzrok. Taki nie reaguje tak jak zwykle, starając się ją uspokoić, jedynie spuszcza wzrok.
     - Jeśli zawołałeś nas tylko po to by nas gnębić i straszyć okropnością wojny, to sobie daruj, bo zginiesz nim ona w ogóle się zacznie, dotarło do… - Ayako mówi lodowatym tonem, zupełnie do niej nie podobnym. Zazwyczaj od razu wrzeszczy i rzuca wyzwiskami. Nim skończy, rzucam tylko:
     - Obudziła się.
     Ayako ponownie sztywnieje i marszcząc brwi, przygląda mi się w skupieniu, jakby nie chcąc uwierzyć, że to co mówię jest prawdą, a nie okrutnym żartem. Nie zmieniam mimiki twarzy, a po chwili jej twarz rozjaśnia się, a w szare oczy zaczynają mienić się zielenią.         Zrywa się do biegu, ale po kilku krokach staje, jakby się nad czymś zastanawiała. Zaciska mocno dłonie, po czym je rozluźnia i bierze wdech. Walcząc ze sobą, rzuca przez ramię:
      - Dzięki – i biegnie dalej. Stoję chwilę w totalnym osłupieniu, ale uśmiecham się chytrze, unosząc jeden kącik ust w górę. Taki znów na mnie spogląda.
      - Ichigo-san naprawdę się obudziła? – pyta podejrzliwie. Wzruszam ramionami.
      - Nawet jeślibym powiedział, że tak, nie pozbyłbyś się wątpliwości, prawda? – odpowiadam pytaniem na pytanie. – Dalej, idź sprawdzić.
     Jasnowłosy jednak opiera się o ścianę obok mnie. Rzucam mu kątem oka spojrzenie, nie dając po sobie poznać zdziwienia.
     - Pójdę potem. Ayako musi z nią szybciej porozmawiać niż ja. – mówi Taki, wzdychając na końcu. Spuszcza ponownie wzrok, a oprawki zsuwają się mu się na czubek nosa.
     - Co, Hideyoshi? Cykasz się? – rzuciłem kpiąco jak zwykle. 
     - To raczej oczywiste. Choć nie nazwałbym tego strachem. Raczej niepokojem, Kosai-kun. – odparł tylko. Milknę, trawiąc jego słowa. Miodowo-włosy zawsze wyglądał na inteligentnego. Nadal uśmiecham się pod nosem. 
     - Nie pasujesz tutaj. – stwierdzam.
     - Wiem. – mówi tylko. – Gdybym mógł to nigdy bym tu nie przyszedł.
     - Nie tylko ty. – mówię ledwo dosłyszalnie, a Taki odwraca głowę w moim kierunku, zastanawiając się czy naprawdę to powiedziałem. Nie widząc oznaki czegokolwiek na mojej twarzy, wzrusza lekko ramionami. Milczymy parę minut. Taki w końcu zaciska dłoń w pięść, zakończając jakąś bitwę w myślach. Prostuje się, stwarzając wokół siebie otoczkę pewności siebie, choć przychodzi mu to z trudem. Posyła mi przenikliwe spojrzenie. 
     - Słyszałeś Uetake-san. Musimy poruszać się w grupach 4-osobowych. Więc pomyślałem…
     - To ty myślisz? – czterooki piorunuje mnie wzrokiem, nim jednak zdąży dokończyć, kiwam głową. – Zgoda.
     - Nawet nie dałeś mi dokończyć, Kosai-san. – obrusza się Taki.
     - Wiem co chciałeś powiedzieć. Nie zapominaj, że jestem wszechwiedzący i wszechpotężny. – śmieję się złowieszczo. – Tylko nie właźcie mi w drogę i będzie dobrze. W końcu i ty, i kurdupel, i świeżak potrzebujecie ochrony. – Zakładam ręce za kark i kieruję się w stronę wyjścia. Po kilku sekundach, rusza za mną Hideyoshi, mamrocząc coś pod nosem.
***
      Dowództwo śledzi wzrokiem tłum wychodzący raźnie z sali. Stoją między sobą w całkowitym milczeniu, unikając swojego wzroku. Kiedy ostatnia osoba opuściła pomieszczenie, Hiroki poklepał po ramieniu Omitsu.
      - Dobra robota, pani szefowo.
      - Dzięki – odparła tylko w odpowiedzi, spuszczając wzrok.     Blondyn przyjrzał się jej uważnie, ale po chwili wzruszył ramionami, posyłając spojrzenie strategiczce. Mikuru wzdrygnęła się, a z jej koka wysunęło się kilka kosmyków jasnobrązowych włosów. Podeszła do przyjaciółki z wyciągniętą dłonią, ale nie wiedząc za bardzo co powiedzieć, zastygła w bezruchu.
       Daiki popatrzył się na resztę, z miną typu „Co za dzieci” i sięgnął do kieszeni kamizelki. Wyciągnął z niej chusteczkę i przytknął do kącika jednego oka.
       - Omitsu – zaczął, wywołując łzę w oku. Wszyscy obrócili się w jego stronę. – Twoje przemówienie było takie… wzruszające. – tutaj pociągnął głośno nosem. Kobieta od razu wybuchła śmiechem. Po kilku sekundach dołączyli do niej Mikuru i Hiroki, a doradca, upewniwszy się, że rozładował atmosferę, również zaczął się śmiać.
      - No no, droga młodzieży, trzeba już wracać. – oznajmił w końcu.
      - Młodzieży? Przecież z nas już stare dziady. – mruknął blondyn. Kobiety spiorunowały go wzrokiem.
      - Zamknij się – warknęły z idealną synchronizacją. Rzuciły sobie krótkie spojrzenie i przybiły żółwika.
      - Nadal nie mamy nawet 30-stki. – dorzuciła Omitsu, a Mikuru zapalczywie jej przytaknęła. Hiroki skrzyżował ręce i obrzucił je spojrzeniem szaroniebieskich oczu.
      - I mówi to 29-latka, a wtóruje jej 27-latka?
     - No, no… - Daiki zasłonił własnym ciałem kobiety, powstrzymując tym samym Mikuru od rzutem sztyletem w młodszego kolegę. – Nishio, pamiętaj, że sam masz 25 lat.
     - Toż to ja przecie jestem prawie jak nastolatek.
     - Prawie. – powiedziała z naciskiem cała trójka, włącznie z doradcą, który był prawie 2 razy starszy od blondyna.
      Omitsu spojrzała po przyjaciołach, uśmiechając się lekko. Po chwili jednak spochmurniała, na myśl o tym co ich czeka. Z jednej strony czuła niepokój i strach o życie własne jak i przyjaciół, z drugiej jednak tylko na krótką myśl o wojnie w jej żyłach zaczynała płynąć adrenalina, a w głębi  duszy odzywał się drapieżnik.
       Czyli myśl o walce nadal przebudza we mnie skrytobójcę, co? Zostanie mi tak chyba do końca życia.
       Spojrzała ponownie na przyjaciół. Siwowłosy usiłował oderwać zielonooką od blondyna, który walczył o oddech w zapaśniczym uścisku. Uśmiechnęła się szerzej.
       Będzie dobrze. W końcu nie bez powodu cała nasza piątka jest w dowództwie.
       Cała piątka.
       Fumiya.
       Kono bakayaro.
       - Dobra! Ogarnijmy się w końcu! – zaklasnęła w dłonie. Mikuru puściła młodszego kolegę, który łapał gwałtownie powietrze. Odwrócił się do niej z mordem w oczach, ale nim zdążyli wznowić bójkę, dodała: - Musimy ogarnąć jeszcze parę rzeczy, a noc nie będzie trwała wiecznie!
      - Dobra! Ale przy dobrym sake! – dokrzyknęła strategiczka unosząc pięść ku górze. Wszyscy jej zawtórowali z entuzjazmem. Odwróciła się do Hirokiego. – A ja wiem gdzie trzymasz dobre sake, hehe! – zaśmiała się i zaczęła biec. Hiroki zmrużył oczy, kojarząc o co jej chodzi, po czym na jego twarzy wymalowało się przerażenie. Rzucił się w pogoń za nią, ledwo wyrabiając się na zakrętach.
      Omitsu zaśmiała się i ruszyła spokojnie w stronę wyjścia. Gdy poczuła ciężką dłoń seniora na ramieniu, przystała, czekając co chce powiedzieć. Mężczyzna nabrał powietrza, które wypuścił po chwili, szukając odpowiednich słów. W końcu tylko mruknął:
      - Nie zamartwiaj się tak. Wróci i wygramy.
      - Gdyby to było takie proste. – westchnęła, ale była uśmiechnięta. – Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że w głębi brakuje mi tej adrenaliny, zewu walki. – Daiki zabrał dłoń z jej ramienia, posyłając ku niej pewny siebie uśmiech.
      - Pośpieszmy się, bo nam wszystko wychleją.
***
      Kiedy biegłam korytarzem, w ogóle nie rozumiałam uczuć, które kłębiły się we mnie. Zagmatwane, splątane, niemożliwe do rozróżnienia. Biegłam tak szybko jak tylko mogłam, nie uważając jak głośno stawiam kroki.
     Jedynego uczucia, którego byłam pewna to nadzieja. Od kiedy wracaliśmy z Setagayi, jej płomień zakorzenił się gdzieś głęboko i tlił się cały ten czas. Kiedy Tokaji powiedział, że Ichigo się ocknęła, miałam wrażenie, że ten ognik wywołał pożar, który w jakiś sposób mnie ukoił.
      Otworzyłam drzwi na oścież i zatrzymałam się w nich. Ichigo siedziała na łóżku, ukrywając twarz w dłoniach. Jej ramiona lekko drżały, a bandaż na brzuchu poczerwieniał od krwi. Była blada i wykończona, ale siedziała. Oddychała. Żyła.
       Ten widok, choć na co dzień niezbyt pozytywny, w jakiś niewytłumaczalny sposób ukoił mnie. Miałam wrażenie, że z moich pleców został zdjęty wielki ciężar, a wszystkie uczucia stały się jasne.
      Strach. Smutek. Rozpacz. Pustka. Beznadzieja. Gniew. Poczucie winy.
      Choć to wszystko stało się tylko przejrzystsze, sprawiło, że mogłam nabrać spokojnie oddechu i pozwolić popłynąć łzom.
      Ichigo dopiero po chwili uniosła powoli głowę. Skierowała pusty wzrok w moją stronę, a ja dostrzegłam zaczerwieniony nos, oczy i policzki. Płacze. Na mój widok w jej granatowych oczach zalśniły świeże łzy, jak na nocnym niebie lśnią gwiazdy. Wyprostowała się, a po policzkach spłynęły, powstrzymywane w miarę możliwości, łzy.
     - Ayako – powiedziała drżącym głosem, jakby nie mogła uwierzyć, że tu stoję. Po tym jednym słowie, zaczęła trząść się jej broda, a usta zwinęła w cienką kreskę. Poczułam jak serce mi mięknie, a ręce same wyciągają się w jej stronę.
      Moja ukochana przyjaciółka.
      Objęłam ją mocno, stojąc przy łóżku, pochylając się tak, by jej podbródek opierał się o moje ramię. Ichigo odwzajemniła uścisk, trzęsąc się od powstrzymywanego płaczu.
      - Ichigo – wypowiedziałam jej imię tak czule jak tylko potrafiłam. Kurna, za chwilę zacznę ryczeć tak porządnie. Ichigo tylko objęła mnie mocniej, a ja jakoś czułam, że zacisnęła mocniej zęby, żeby nie szlochać. – Dzięki Bogu.
      Po tych dwóch słowach poczułam jak czarnowłosa mnie ściska, a z jej gardła wydostaje się głośny, histeryczny szloch. Dołączyłam do niej po kilku sekundach. I tak trwałyśmy kilkanaście minut, przytulając się mocno i łkając w niebogłosy.
      Muszę powiedzieć jej tyle rzeczy. Za tyle podziękować. I za tyle przeprosić.
      Starając się opanować naszą histerię, zaczynam mówić cichym, drżącym głosem, który ledwo przechodzi przez moje gardło, ściśnięte tymi wszystkimi emocjami.
      -  Ichigo… Ichigo, ja przepraszam. – muszę przerwać, by opanować łkanie. – To wszystko moja wina. Wszystko! – Na moje policzki wstępuje potok łez. Odsuwamy się od siebie trochę. – Zachowałam się jak parszywy tchórz. Powinnam… Powinnam… - głos mi się załamuje, a ja sama opadam bez sił na kolana. Ichigo nadal milczy, chociaż widać, że chce dużo powiedzieć. – Powinnam… Powinnam była tam zginąć, a nie pozwolić im zranić ciebie!
     - Ayako…
     - Nie zachowałam się jak przyjaciel!
     - Ayako…
     - Nie… Nawet jak człowiek! Jestem najgorsza… Powinnam…
    Przerywam swój lament, gdy czuję, że dziewczyna znowu mnie obejmuje. Opada na mnie z łóżka całym swoim ciężarem, zarzucając ramiona na szyją. Na moje plecy skapują jej łzy, a nim zdążę zareagować mówi słowa, które są dla mnie największym pokrzepieniem.
     - Zamknij się, durna… Już wystarczy… W porządku… Wystarczy, durna. – jej głos jest taki miękki, kojący. Uspokajam oddech, oddając jeszcze raz uścisk.
     - Naprawdę przepraszam… - mówię cichutko, wtulona w jej ramię.
     - Ty naprawdę jesteś, durna. Nie przepraszaj mnie za przyjaźń. – głos Ichigo jest mocny i delikatny jednocześnie. Odsuwa się trochę, przyklękując naprzeciw mnie. Mierzy mnie poważnym wzrokiem.
     - Ichigo-chan… - w moim głosie pobrzmiewa wdzięczność. – Dziękuję za ratunek. Naprawdę dziękuję. – schylam głowę w jej stronę.
    - Dziękuję, za to, że mam kogoś, kogo chcę ratować. – ona również chyli czoła ku mnie. Nim zdążę coś na to powiedzieć, nasze spojrzenia się krzyżują.  – W końcu na tym polega bycie przyjaciółmi. Bo nimi jesteśmy, prawda?
     - Hai – czuję, że znów zacznę płakać. – Teraz i do samego końca. – posyłam jej najszczerszy uśmiech na jaki mnie stać. Ona odpowiada tym samym, w jakiś sposób lśniąc.
***
      Kiedy wbiegła Ayako, byłam w kompletnej rozsypce. Jednak jej widok, jej pełne zagmatwanych uczuć, zielone oczy odsunęły rozterki na bok.
      Nic jej nie jest.
      To pierwsze co mi się obiło w myślach. Jej obecność jakby rozładowała część emocji, które we mnie buzowały. Pozwoliła zapomnieć, chociażby na jeden, krótki moment.
       Po tej ckliwej rozmowie, przyjaciółka kazała mi włazić do łóżka, a nie bawić się w ‘’Nic mi nie jest, tylko umieram”. Wróciła już stara, pewna siebie Ayako. Ayako, którą uwielbiam najbardziej.
       Kładę się wygodnie, a brązowowłosa, niczym mama, przykrywa mnie dokładniej kołdrą, by było mi cieplej. Obie wybuchamy śmiechem na ten gest, jednak nie protestuję. Ayako przysiada na boku łóżka, przyglądając mi się czule.
      - Powinnaś iść się trochę ogarnąć. Wyglądasz jak żywy trup. – zwracam jej uwagę. Pewnie zamartwiała i obwiniała się cały ten czas.
      - Nic mi nie jest. – dziewczyna kręci głową, na co ja prycham. – Pozwól mi przy sobie poczuwać. Przynajmniej dopóki Ryu nie przyjdzie.
      - Dobra. – wzdycham, zamykając oczy. Po chwili jednak otwieram je, czując, że muszę jeszcze trochę z nią porozmawiać.
      - Wiesz, Ayako…
      - Tak?
      - Co robicie, że tak dobrze trzymacie się psychicznie, co?
      Dziewczyna chwilę milczy, zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. W końcu wzrusza ramionami.
      - Sama nie wiem… To przychodzi z czasem… Jakby to… Po prostu przyzwyczaisz się do tego i pogodzisz się z tym… - język jej się plącze.
      - To straszne… - mruczę, po chwili chichocząc pod nosem. – Człowiek jest jednak maszyną zdolną do wszystkiego, co? Przerażające.
      Zapada między nami chwilowa cisza.
     Przywyknę, co?
     - Ayako… Twoja rodzina wie? – zagajam. Czuję, że oczy mi się kleją.
     - Że jestem w Kaminari? Tylko rodzice. Moje rodzeństwo… Oni…
     - Rozumiem. – Poprawiam sobie poduszkę. – Moi rodzice byliby zawiedzeni, gdyby żyli. Wiesz, uciekając nawet przez chwilę o nich nie myślałam, choć moim celem od początku była zemsta. Nawet nie pofatygowałam się o malutką fotografię… - przerywam na chwilę, by ziewnąć.
      - Idź już spać, Ichi. – mówi do mnie zielonooka.
      - No i jest jeszcze Tsuneari…
      - TSU? – Ayako ożywia się, ale czuję, że powoli odpływam. – A co jest z Tsu?
      - No właśnie nie wiem… - przerywam, tracąc kontakt z rzeczywistością. Zasnęłam.
      Przez sen słyszę jak Ayako się śmieje, mówiąc cicho „dobranoc”. Głaszcze mnie po głowie, ale zostaje i czuwa przy mnie.
      Właśnie. Zapomniałam jej tego powiedzieć.
      Dziękuję, że mnie nie zostawiłaś.
***
     Omitsu zmierzała raźnym krokiem w stronę sali narad wraz z resztą dowództwa. Choć czekała ich dość ciężka noc, pełna zmagań z planowaniem, liczeniem i sprawdzaniem setek informacji, myśl o alkoholu z wyższej półki dodawała dorosłym sił.
      Kiedy jednak kobieta chwyciła za klamkę, otwierając swobodnie drzwi, nie myślała, że zastanie tam taki widok. Zapaliwszy światło, postawiła prawą stopę w pokoju i podniosła głowę, by obrzucić pokój spojrzeniem. Na początku rejestrowała informację dostarczoną jej przez oczu, nie mogąc zrozumieć. Po chwili jej ciemnobrązowe oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły w geście całkowitego zdezorientowania. Zastygła w półkroku, wlepiając zszokowany wzrok przed siebie.
     - Adachi, rusz żesz się w końcu! – burknął Hiroki cicho, a Mikuru starała się zajrzeć przyjaciółce przez ramię. Jakieś przeczucie ścisnęło jej serce. Przełknęła ślinę, starając się uspokoić bicie serca. Na domiar złego, była pewna, że serce Omitsu przestało prawie pracować. Choć była kilka centymetrów wyższa od dowódczyni, musiała wspiąć się na palce. Kiedy jej zielone oczy rozpoznały osobę stojącą przy oknie, poczuła niewyobrażalną ulgę zmieszaną z konsternacją.
      - Sotomura-donno… - wyrwało jej się. Na dźwięk jego imienia brązowowłosa drgnęła i weszła całkowicie do pokoju, przepuszczając resztę. Hiroki wpadł zaraz po niej, szturchając strategiczkę. Daiki darował sobie podobne wejście smoka i przepuścił kobietę w drzwiach.
      Przyjaciele mierzyli się cały czas wzrokiem. Szaroniebieskie oczy Hirokiego, pobłyskujące teraz radośnie, jak i jego uśmiech półgębkiem wyrażały pokrzepienie. Starszy mężczyzna uśmiechał się uśmiechem osoby dojrzałej i doświadczonej, jakby mówił ‘’Wiedziałem’’,  a jego czarne oczy wlepione były w młodszego przyjaciela. Mikuru okazała najwięcej emocji. Jej drobne usta wygięte zostały w dziwnym grymasie, a w kącikach zielonych oczu stanęły łzy. Wszyscy jednak milczeli dając pierwszeństwo ciemnookiej, czując, że to ona powinna zrobić pierwszy krok.
      Omitsu jednak stała z tak samo rozdziawionymi ustami. Jej ciemnobrązowe oczy stały się całkowicie czarne, nadal wyrażając głębokie niedowierzanie. Fumiya skrzyżował z nią swoje oczy, równie czarne. Nie wiedział za bardzo jaką postawę przybrać. Dało się wyczuć, że cholernie się cieszy z powrotu w jednym kawałku, jednak przyjął poważny wyraz twarzy.     Odchrząknął niepewnie.
      - Konbawa – powiedział, a jego głos zabrzmiał nienaturalnie w tej ciszy. Omitsu zwinęła dłonie w pięści, prostując się i posyłając mu buntownicze spojrzenie. Mikuru spojrzała na nią lekko zaniepokojona. ‘’Konbawa’’ po czymś takim to troszeczkę za mało.
       Brązowowłosa ruszyła żwawo w stronę przyjaciela, który wyczuwając jej aurę cofnął się pół kroku, unosząc ręce w obrończym geście. Kobieta opuściła głowę, a jej krótkie, kasztanowe włosy  lekko opadły na policzki.
      - Omi… - dowódca zaczął wymawiać imię przyjaciółki, ale przerwał w połowie, czując pięść na swoim lewym policzku. Głowa odskoczyła mu w bok, a on dopiero gdy kobieta odsunęła swoją dłoń od jego twarzy, poczuł ból.   Rozszerzył szeroko oczy ze zdziwienia, jak reszta obecnych.   Jednak nim zdążył cokolwiek powiedzieć, poczuł jak Omitsu mocno go obejmuje, wtulając twarz w jego ramię. Przez kilka sekund za bardzo nie wiedział co się stało, więc opuścił głowę wlepiając swoje zdziwione, czarne oczy w przyjaciółkę, nie ruszając się. Po chwili poczuł, że w miejscu jej twarzy pozostaje mokra plama.
     - To było za twoją lekkomyślność, skończony, popierdzielony idioto… - usłyszał szept Omitsu. Jej głos drżał, tak samo jak ramiona. Policzek pulsował nieprzyjemnie, a w ustach czuł krew. Aaa, Omitsu jednak nadal umie dobrze przyrżnąć. Chociaż ten ból znaczy, że nadal żyję. Mogła jednak przypomnieć to trochę mniej subiektywnie.
       Czarnowłosy uśmiecha się pod nosem, posyłając szybko ciepłe spojrzenie reszcie przyjaciół.   Niepewnie unosi ręce i obejmuje przyjaciółkę delikatnie. Z jej gardła wydobył się cichy szloch, a on objął ją mocniej, przyciągając do siebie. Sam czuł, że wzruszająca atmosfera i jego poruszy do łez zwłaszcza, że przywracało to bolesne wspomnienia.
      - Omitsu, już dobrze. Przepraszam. – mruknął w jej włosy. – Tadaima – oznajmił głośniej, szczerząc się do przyjaciół. Omitsu pociągnęła nosem, wczepiając palce w jego koszulkę.
     - Okaeri – powiedziała rozpłakanym głosem jako pierwsza. Fumiya pogładził ją delikatnie po głowie. Pozostała trójka popatrzyła się po sobie, z pełnym ulgi uśmiechem i powtórzyła to słowo na trzy.
       Mikuru nie potrzebowała jednak dużo czasu by również popaść w histerię. Wyciągnęła ręce w ich stronę i zalawszy się łzami, podbiegła zarzucając im ramiona na szyję. Zawyła w niebogłosy:
      - Sotomura-donno, ty kapuściany łbie!!!
      - Kapuściany łbie? – mruknął pod nosem Hiroki, ale również podszedł do czarnowłosego, najpierw klepiąc go po ramieniu, po czym został wciągnięty przez przyjaciela do grupowego uścisku.
       Daiki na początku tylko obserwował tą czwórkę z rozmytym wzrokiem.
     Jakbym patrzył na własne dzieci.
     Podszedł do grupki i zamknął ich w żelaznym uścisku. Kobiety płakały, faceci się podśmiewali, a Daiki wszystkich podduszał. I tak trwali kilka minut. Jednak nic nie może trwać wiecznie.
       Fumiya w końcu ich wszystkich odsunął.
       - Wiem, że wszyscy jesteśmy w ciula szczęśliwi, że nie wykrwawiam się w jakiejś ciemnej uliczce, to nadal mamy dużo do roboty. – mężczyzna wziął się pod boki, uśmiechając się pewnie na jęki towarzyszy. – Chociaż nie spodziewałem się, że tak szybko ogarniecie 1 naradę bojową. Dobra robota, Omitsu. – Odwrócił głowę w jej stronę, ale spochmurniał na sekundę. Kobieta niczym dziecko, przetarła oczy wierzchem dłoni, ale ciemnobrązowe tęczówki znów się zaszkliły.
      - Dobra! – wydał z siebie okrzyk bojowy. – Mikuru-san, zacznij nakreślać strategię. Tam leży dokładny spis danych jaki udało mi się dzisiaj zebrać.
       - Tak jest, szefie! – odkrzyknęła kobieta, siadając przy wyznaczonym miejscu.
      - Odaka-sensei, skocz do Archiwum po wszystkie przydatne rzeczy o Jishinie!
      - Się robi! – siwowłosy zasalutował, zgodnie z tradycją lewą ręką i wyszedł
z pokoju.
      - A ty, Nishio… - Fumiya zastanowił się chwilę.
      - Tak? – spytał podejrzanie.
      - Skocz po ten swój dobry alkohol! – zarządził, z chytrym uśmieszkiem na ustach. Blondyn wyprostował się, salutując również lewą dłonią.
      - Tak jest! Chwila, co!?
      - No dawaj, młody! – zaśmiał się czarnowłosy, a blondyn mruknął coś niepochlebnego w jego stronę. Głośno trzasnął drzwiami.
     Omitsu zaśmiała się pod nosem. Fumiya obrócił się w jej stronę, krzyżując spojrzenia. Jego ciepły wzrok napotkał uspokojoną twarz, jednak widać było, że cały dzień chodziła przybita i zestresowana. Jej oczy zdążyły się już zaczerwienić, a wyrażały przez pierwsze sekundy głęboką radość.
      Jednak jestem do bani w dotrzymywaniu obietnic.
      Obronię ją, obiecuję.
      Nie pozwolę mu zginąć, masz moje słowo.
     Nie sprawię, że będziesz przeze mnie płakać.
    Jestem w ogóle do bani.       Przepraszam, Omitsu.
     Po chwili jednak zmrużyła groźnie ciemnobrązowe oczy i przetarła raz jeszcze wierzchem dłoni.
      Fumiya zrobił krok do tyłu, czując, że ma przewalone. Tym właśnie różniła się od swojej siostry – impulsywnością.
      Jej twarz wykrzywiła wściekłość, a w oczach zabłysły ogniki. Uśmiechała się przebiegle, starając się wyglądać na opanowaną, jednak czarnowłosy dostrzegł, że drga jej brew.   
      - Nee, Sotomura… - na dźwięk własnego imienia, wzdrygnął się. Było źle. – Co ty właściwie robiłeś przez ten czas, co? – nie podniosła głosu, ale drgał niebezpiecznie, a sztuczny uśmiech mroził krew w żyłach. Przełknął ślinę.
       - Aaa… Wiesz… Różne rzeczy… - starał się wymigać, obrzucając spojrzeniem pokój. Faceci nie wrócili, a Mikuru skręcała się ze śmiechu przy stole. Zdrajczyni.
        - Na przykład jakie? – Omitsu zrobiła krok w jego stronę.
        - Eee…. Skakanie z 16-tego piętra…?
        - SOTOMURA FUMIYA!!!
        - Omitsu… - mężczyzna zrobił 2 kroki w tył, uciekając od Omitsu, pełnej morderczego zapału. – A właśnie! Mamy dużo roboty. Robota, robota! – szybko przysiadł się do Mikuru, który wybuchła śmiechem w głos.
       - FUMIYA!!!
       - Boże, co wy się tak wydzieracie, co? – mruknął Hiroki, z flaszką w dłoni.
       - Młody, polej mi!!!
       - Ale… co?
       - SZYBKO!
      Tej nocy światło paliło się w sali narad do samego świtu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz