13 grudnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 36

Rozdział 36


- Dobra, stop – zarządził Ryuji. – To tutaj.
Zatrzymaliśmy się wedle rozkazu. Spojrzałam krytycznie na niepozorną studzienkę, która najwyraźniej miała okazać się zejściem do podziemi. Coraz bardziej przeczuwałam, że te ‘podziemia’ okażą się zapomnianymi ściekami.
- Wiesz, Ryuji ten plan jakoś do mnie nie przemawia… - mruknął Matsuki, podnosząc z obrzydzeniem klapę studzienki. – Jesteś pewien, że to zadziała?
- Na stówę – chłopak wzruszył ramionami. – I nie uważasz, że jest trochę późno na zgłaszanie sprzeciwów? – spojrzał na niego wymownie.
Matsuki spojrzał na zegarek i tylko westchnął.
- I jeszcze tak na przypomnienie. – dodał Ryuji. – Schodzicie we dwójkę do podziemi i na umówionych stanowiskach czekacie na oddział Jishin. Mylicie ich i wyprowadzacie na powierzchnię. Wtedy Suzuko i Satoru ‘blokują’ przejście i…
- To trochę mija się z celem… - przerwałam mu. – Skoro i tak masz zamiar wysadzić, czy co tam jeszcze, tunele, nie opłaca się bardziej z przeciwnikami w środku? 
- Okrutna jesteś, wiesz? – zaśmiał się krótko. – To mimo wszystko nadal są moi ludzie, a ja w ogóle bawię się w tę misję tylko, by uniknąć masowego mordu. – wytłumaczył, ale nasze niepewne miny sprawiły, że tylko pokręcił głową ze zrezygnowaniem. – No dobra. Niedaleko jest oczyszczalnia ścieków i wlejemy jakiś kwas stamtąd do wody. A jak myślę, nie chcielibyście mieć jakiegoś 80% ryzyka, że nie zdążycie się ulotnić przed tym?
Westchnęliśmy głośno.
- Wiedziałam, że to będą ścieki. – mruknęłam tylko i skoczyłam do studzienki.
Matsuki chciał pójść w moje ślady, ale Ryuji zatrzymał go na chwilę i wyszeptał coś do ucha. Chłopak spojrzał na niego z powątpiewaniem, ale kiwnął potakująco głową i do mnie dołączył.
Brnęliśmy przez stare, zapomniane tunele. Brudna woda nie była głęboka, sięgała zaledwie kostek, ale niestety śmierdziała. Poruszaliśmy się głównie po omacku, woląc nie ryzykować wykrycia przez światło naszych latarek. Teraz zrozumiałam, dlaczego Ryuji nie chciał z nimi walczyć tutaj.
Matsuki po kilku minutach zatrzymał się, szeleszcząc mapą. Oświetlił plan komórką, po czym przeniósł światło na jedną ze ścian. Przypatrzyłam się na ciąg cyfr i liter, które nic mi nie mówiły, jednak chłopak spojrzał jeszcze raz na mapę i kiwnął potakująco do siebie.
- To tutaj. – powiedział, gasząc wyświetlacz. – Zajmij miejsce. Mamy jeszcze jakieś 7 minut. – dodał zdawkowo, siadając na jednym z wylotów rur.
Przysiadłam, chowając się za rogiem. Przez kilka chwil panowała niezręczna cisza, a ja starałam przyzwyczaić wzrok do panujących ciemności. W moim sercu za to rozkwitało coraz większe zwątpienie w ten plan.
Przyjrzałam się w ciemnościach Matsukiemu. Chłopak był milczący od kiedy zeszliśmy do podziemi, choć wcześniej zdawał się mi najbardziej godną zaufania osobą spośród reszty. Może to przez napięcie?
- Ej, Matsuki-san… - zaczęłam niepewnie. – Nie uważasz, że to jest zbyt proste? – spytałam.
Odpowiedziała mi cisza. Miałam nadzieję, że chłopak nie po prostu czeka na moją kontynuację, a nie przyznaje mi milcząco rację. Poczułam jak adrenalina zaczyna przyśpieszać.
- Sądzisz, że oni tak po prostu tu punktualnie wbiegną i dadzą się wywieść w pole? Przecież rozpoznają cię.
- Ciemno jest. – wymamrotał w odpowiedzi.
- Nadal mi coś w tym planie nie gra. – westchnęłam.
- W całym Ryujim coś nie gra. – prychnął brązowowłosy. – A teraz siedź cicho. Jeżeli on na serio nie zastawia na nas jakiejś pułapki, to za chwilę powinniśmy ich usłyszeć.
Znów zapadła cisza, a ja nie odważyłam się już wypowiedzieć żadnego słowa Matsuki bił się jednak z myślami, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie wiedział czy powinien. Jego oddech był niepewny, lecz nic nie mówiłam, nasłuchując w skupieniu.
- Mądra jesteś, Ichigo. Miejmy nadzieję, że nadrobisz tym braki w umiejętnościach. – powiedział tajemniczo.
Jego słowa lekko mnie zaniepokoiły. Wolałam, jednak nie rozpoczynać ponownie dyskusji i po prostu zebrać myśli i skupić się stuprocentowo.
Niestety nie zostało mi na to dane dużo czasu. Zaledwie po kilku sekundach usłyszałam ciche, odległe chlupotanie kilkudziesięciu stóp. Chwyciłam mocniej rękojeść miecza, nie ośmielając się nawet oddychać.
Zaczyna się.

Omitsu prowadziła ich przez boczne uliczki, więc Hiroki nie orientował się z początku gdzie dokładnie biegną. Mijanych sklepów, szyldów mogło być tysiące  jak i nie więcej na terenie całego okręgu, jednak w końcu coś zaczynało nie grać. Mężczyzna wiedział, że cała walka nie może toczyć się jakoś specjalnie daleko od ich organizacji, bo krótkofalówki nie miały aż tak potężnego zasięgu.
Jego obawy potwierdziły się, gdy ujrzał w oddali zgliszcza świątyni Tensou.
- Omitsu… - zaczął w miarę spokojnie, zduszając przekleństwo w gardle. – Czy nasze oddziały nie są przypadkiem w innym kierunku? – burknął.
- Owszem. – potwierdziła tylko, nawet się na niego nie obejrzawszy.
Blondyn poczuł jak żyłka zaczyna mu wyskakiwać na czole. Zacisnął zęby i starając się zachować grzeczny ton, wycedził:
- Więc gdzie ty, do jasnej cholery, biegniesz?
- Nie przydamy się tam.
Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie. Omitsu zatrzymała się kilka metrów dalej, obracając się w jego stronę. Na jej twarzy igrała powaga, przemieszana ze smutkiem, a w jej oczach wręcz lśniła pewność siebie. Hiroki nadal jednak nie mógł zrozumieć rozumowania zabójczyni.
- Słucham!? – warknął. – Twierdzisz, że dwójka morderców z pierwszej dziesiątki im się nie przyda!? – jego głos przepełniała złość.
- Jesteś jeszcze w pierwszej dziesiątce? – zdziwiła się kobieta, uśmiechając się krzywo.
- Nie zmieniaj tematu! – krzyknął.
Omitsu westchnęła, krzyżując ramiona.
- Mam zamiar zniszczyć korzenie, a nie gałęzie. – odparła.
Hiroki spojrzał na nią jak na idiotkę. Już otwierał usta, by rzucić jakąś obelgą, lecz zamarł w bezruchu. Przeanalizował jeszcze raz jej słowa i dostrzegł jej niepokojący uśmiech. Wtedy zbledł.
- Ty chyba nie… - wydusił ledwo.
Omitsu domyśliła się jego myśli, więc uśmiechnęła się trochę zadziorniej i znów pognała przed siebie. Hiroki zaczął się śmiać, przeczesując palcami włosy i odsłaniając przy tym paskudną bliznę przecinającą jego oko. Spoważniał po kilku sekundach i zaczął biec.
- Wiedziałem, że coś knujesz, ale żeby TO – burknął, gdy już ją dogonił. – Przecież szukanie Igarashiego to szaleństwo. Jak ty niby masz zamiar z nim walczyć?
- Mieczem. – odparła. – I jakbyś nie pamiętał jestem 3 w rankingu.
- A on, po zabiciu Araty, nadal jest na pierwszym, do cholery!
- Nie chciałeś przypadkiem zemścić się za swoje oko? – kobieta spojrzała na niego poważnie.
Mężczyzna przysłonił twarz włosami, uśmiechając się lekko.
- Cieszę się, że o mnie pamiętasz, ale nie jestem najlepszym towarzyszem do walki. Zwłaszcza z kimś tak silnym. – popatrzył na nią ze smutkiem. – Nie lepiej było brać jeszcze Fumiyę?
- Bo on by się zgodził. – prychnęła Omitsu.
Hiroki roześmiał się ponuro.
- Myślisz, że go znajdziemy ot tak?
- Nie, nie, nie… - zaprzeczyła od razu, uśmiechając się buntowniczo pod nosem. – My go nie znajdziemy. – na ton jej głosu, po plecach blondyna mimowolnie przebiegły dreszcze. – To on znajdzie nas.

Chlupot stawał się coraz głośniejszy, a ja zdawałam już sobie sprawę, że jeśli odpowiednio wcześnie nie wyjdę im naprzeciw, cały plan weźmie w łeb. Poprawiłam po raz ostatni wiązania przy pasku, zauważając przy tym, że moja dłoń lekko drży. Zacisnęłam ze złością zęby, biorąc głęboki oddech.
Czas na moje pierwsze i ostatnie, aktorskie 5 minut.
Gdy ruszyłam przed siebie, wychodząc zza zakrętu, kątem oka dostrzegłam jeszcze krzepiące kiwnięcie głową, które posłał mi Matsuki. Uśmiechnęłam się krzywo do siebie, starając się przybrać znudzoną minę. Miałam sprawiać wrażenie zmęczona czekaniem w tych tunelach, nie oczekując na żaden atak, a gdy ich dostrzegę, udać przerażenie i uciekać, krzycząc jakieś ostrzeżenia do ‘’moich ludzi’’ (czyli tylko Matsukiego), zmuszając by Jishin pobiegł za mną.
Kaszka z mleczkiem.
Stanęłam po środku tunelu, opierając nonszalancko dłoń na biodrze. Ścieki były bardzo słabo oświetlone i poprzecinane licznymi skrętami, więc mogli wybiec z każdej strony. Zmrużyłam oczy, starając się namierzyć skąd dochodzi chlupotanie. I wtedy z prawej strony wybiegły pierwsze osoby.
Nawet nie musiałam udawać strachu.
Wzdrygnęłam się tak bardzo, że prawie odskoczyłam do tyłu. Rozszerzyłam oczy z oszołomienia, a z mojej twarzy odpłynęła krew. Nie mogłam się ruszyć, jedynie patrzyłam na pierwszą linię oddziału.
Takahiro i Takahide, rudych bliźniaków, którzy swoją drogą prawie mnie zabili 2 miesiące temu, rozpoznałam od razu. Mieli zdeterminowany wzrok, ale nie to wprawiło mnie w taki popłoch. Pomiędzy nimi biegł mężczyzna, na oko bardzo młody. Brązowe włosy miał ścięte ‘na jeża’, ale to jego oczy tak na mnie podziałały. Czarne jak węgiel i równie mroczne.
Gdy zbliżyli się już niebezpiecznie blisko, odzyskałam zdolność jasnego myślenia. Zawróciłam gwałtownie, wrzeszcząc ile sił w płucach:
- NADCHODZĄ!!! Wszyscy na miejsca!!!
Mój głos niósł się jeszcze echem, gdy prawie wpadłam na Matsukiego. Odskoczyłam od niego jak oparzona, ale chłopak myślał bardziej niż ja. Chwycił mnie za nadgarstek, od razu zmuszając do biegu.
- Wolniej się nie dało? – syknął, trochę zdenerwowany.
- Odczep się. Tak jakby… - zawahałam się, nie wiedząc jak ująć to uczucie. – Zła aura ich otacza. Taka sama jak u Ryujiego.
Brązowowłosy pokręcił głową, skręcając w lewą odnogę ścieków, w tym samym momencie, w którym oddział Jishin wbiegł we wcześniejszą uliczkę. Wysłał krótką wiadomość i przyśpieszył.
Uspokoiliśmy się trochę, gdy wrogowie byli dalej niż przypuszczaliśmy. Plan jak na razie szedł bez zarzutu, a my nawet nie musieliśmy wyciągać broni.
Tylko, że po kilku minutach już tak różowo nie było.
Skręciliśmy kilkunasty raz z rzędu, a Matsuki mruknął jakieś przekleństwo pod nosem. Intuicja szepnęła mi, że to nie jest dobry znak. Raczej bardzo, ale to bardzo zły. Spojrzałam na niego z ukosa, przygryzając wargę ze zdenerwowania. Przeczuwałam co się stało, ale wolałam nie denerwować bardziej chłopaka.
W pewnym momencie gwałtownie stanął i spojrzał z obawą za nas. Zmarnował kilka cennych sekund, bijąc się z myślami, po czym znów pociągnął mnie za ramię, zawracając w inną uliczkę. Wzięłam głęboki oddech.
- Zgubiliśmy się, prawda? – wyszeptałam.
Zabójca nie odpowiedział.
- Prawda? – powtórzyłam z naciskiem.
- Cholera jasna! – jęknął tylko, co potwierdziło moje obawy.
Obejrzałam się mimowolnie za siebie. Na razie nie było tak źle. Mieliśmy jeszcze kilka minut nim chemikalia rozprowadzą się po tym odcinku ścieków, a Jishin znajdował się w znacznej odległości od nas. Możemy ich jeszcze zwodzić przez odpowiedni czas i plan zakończy się sukcesem.
Gorzej z naszą przyszłością. Czy raczej jej brakiem.
- Rozdzielmy się. – powiedziałam zdecydowanie.
Matsuki aż się zatrzymał i spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Też patrzyłam się na te tunele, więc w miarę wiem, jak idzie ich układ.
- Nie mamy zielonego pojęcia, gdzie jesteśmy! – warknął na mnie.
- Jeśli pobiegną za mną, będziesz miał czas na ogarnięcie mapy.
- A jeśli nie? – zauważył ponuro.
- Będzie to lepsze niż błądzenie bez planu. – wzruszyłam ramionami.
Matsuki pokręcił głową, zamyślając się na chwilę. Czekałam w ciszy, nie ośmielając się nawet poruszyć. Chłopak spojrzał na mnie z cieniem przekonania, choć na mojej twarzy była konsternacja. Coś mi nie pasowało.
- No dobra, Ichigo… Tylko dopiero jak dotrzemy do głównego… - zaczął, ale przyjrzał mi się dokładnie. – O co chodzi?
- Słyszysz? – zapytałam, czując jak moje serce zamiera. Spojrzałam na niego z paniką w oczach, ale on nie wiedział o co mi chodzi.
- Ale niby co? Przecież jest… - ucichł mimowolnie.
- Cicho… - dokończyłam, przełykając głośno ślinę.
Zerwaliśmy się w tej samej sekundzie, biegnąc na oślep przed siebie. Instynkt nie podpowiadał mi, że oni nas zgubili – wręcz przeciwnie, byłam pewna, że my zgubiliśmy ich.
Po kilku zakrętach dostrzegłam znikome oświetlenie. Główny tunel.
- Nadal się rozdzielamy. – przypomniałam mu cicho. Kiwnął z niechęcią głową, ale spojrzałam na niego pewnie. Przynajmniej próbowałam.
Znaleźliśmy się po kostki w wodzie, która na całe szczęście nie cuchnęła bardziej niż zwykle. Może kwasy mnie nie zeżrą. Przebiegliśmy trochę, a ja zastanawiałam się, który tunel na ich miejscu bym wybrała.
I wtedy poczułam to.
Uczucie, na które nie ma nazwy. Może to i lepiej. Gdyby miało nazwę, stałoby się… pospolitsze. Ten rodzaj emocji, które odczuwa się w najgorszej sytuacji. Czujesz podświadomie tę gwałtowność, żądzę krwi, ale wiesz, że musisz walczyć, nie mając nawet najmniejszej szansy. Choć mimo to pozostajesz spokojny.
Cały oddział zatrzymał się, gdy nas zobaczył. Na twarzy tego mężczyzny – teraz widziałam, że nie był Japończykiem – widniało ogromne zdziwienie, ale szybko zebrał myśli i roześmiał się głośno.
- Panie i panowie, nabrali nas! – obejrzał się po tłumie. – Matsuki, weź ty mi, chłopie, powiedz, co ty wyrabiasz? – jego głos był niski, zakradł się w nim cień znudzenia i jakby zrezygnowania.
- Oddycham, Camilo-san. – prychnął brązowowłosy, rozglądając się w kontrolowanej panice po tunelu. – A ciebie co sprowadza? Szukasz może oddziału Kaminari? Bo pobiegł w tamtą stronę. – rzucił całkowicie poważnie, wskazując na jakiś tunel. Gdyby sytuacja nie była tak zła, roześmiałabym się.
- Nie jestem, aż takim idiotą – zaśmiał się Camilo, jakby urażony.
Popatrzyłam na niego ze znudzeniem. Czy każdy z Jishin lubi tak gadać?
Złapałam kątem oka wzrok Matsukiego. Kiwnął niezauważalnie głową i zrobił coś totalnie bezsensownego – rzucił się na wrogów. A ja od razu do niego dołączyłam.

Gdy zabójcy z Kaminari w końcu opuścili płonący budynek, za nimi posypały się sklepienia w środku. Obejrzeli się za siebie, a na ich ustach pojawiły się zdenerwowane, ale również cwane uśmieszki.
Suzuki jako jedyny to zignorował, rozglądając się po ulicy, coraz bardziej marszcząc brwi.
- Ejo… - zaczął z wahaniem. – A gdzie się podział Jishin?
Natsu drgnął i rozejrzał się gwałtownie, zatrzymując wzrok na dłużej tylko przy ludziach. Ktoś leżał w rogu, ktoś przy nim klękał. W oddali kręciły się jeszcze 3 osoby. I w sumie to tyle. Ulica wymarła.
- Jasny gwint. – burknął. – To wszystko nasi.
- Jakoś mam do tego złe przeczucia. – stwierdziła Ayako. – Może się wycofują na jakiś czas? W końcu mają duże straty w ludziach…
Taki spojrzał na nią z obawą. Zbyt dobrze znał jej wrażliwą naturę, by całkowicie zaufać spokojowi jej głosu i skupienia w szaro-zielonych oczach. Z zaskoczeniem też stwierdził, że cały czas trzyma jej dłoń.
- Może… Ale i tak to źle dla nas. – przytaknął jej Natsu. – To jedna z największych ulic, a nikogo tu nie ma. Ktoś w ogóle widzi gdzieś naszych liderów?
Pokręcili przecząco głowami.
Natsu westchnął głęboko i kazał im odpocząć gdzieś w okolicy. Sam objął dowodzenie nad ich ‘’zespołem’’. Podbiegł do dwójki najbliżej znajdujących się osób i pomógł przenieść ich bliżej nich. Ranny mężczyzna miał rozległe, cięte rany i prowizoryczne bandaże z koszuli ledwo dawały sobie radę z krwotokiem.
- Trzeba zanieść go do Ryutaro – skwitował od razu Suzuki, kładąc towarzysza na ławeczce. – I to szybko.
- Wiem, Suzuki. Tylko muszę się oddelegować, a Koichi gdzieś zniknął. – powiedział Gou, siadając ze stęknięciem na ziemi. Był cały we krwi i siniakach.
- To wiemy. – przytaknął Taki. – Ruszył z Junem na odsiecz drugiego oddziału strzelniczego. A komu przekazał tymczasowe dowodzenie?
- Chyba Kotaro Hondzie, ale nie jestem pewny. – Gou zamyślił się na chwilę.
Natsu tylko wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer mężczyzny. Kotaro odebrał po kilku sygnałach.
- Kotaro, masz może teraz oddział Koichiego pod dowodzeniem? – rzucił na powitanie. Zamilkł od razu, słuchając szybkiego wywodu mężczyzny. – Masz przy sobie 7 osób? Dobra, przy mnie jest reszta. Gdzie jesteście? – spytał, a gdy usłyszał nazwę ulicy, uśmiechnął się ulgą. – Dobra, to niedaleko. Zgrupujmy się tutaj. Najwyraźniej się trochę uspokoiło. – dodał na koniec i rozłączył się.
Oddział siedmiu osób wybiegł  zza odległego zakrętu po kilkunastu minutach. Ayako mimowolnie odetchnęła z ulgą. Na razie straty były trudne do ocenienia, ale nie prezentowały się tragicznie. Cały oddział Koichiego żył, tylko jedna osoba jest ciężej ranna. Z jej oddziału zginął Kato. Choć było to okropne i tak cieszyła się, że widzi znajome twarze – mimo, że wszyscy byli okrwawieni i brudni, to i tak na ich ustach błąkały się kpiące uśmieszki, charakterystyczne dla tego typu sytuacji.
Taki spojrzał na nią bardziej przeciągle i odciągnął po chwili od reszty. Natsu zaczął dyskutować o czymś z Kotaro, a Suzuki od czasu do czasu coś wtrącał, więc nie widział sensu by przeszkadzać im w dalszych ustaleniach.
- Wszystko gra? – spytał się jej.
Ayako przekrzywiła pytająco głowę, a jej długie, brązowe włosy, splecione w warkocza, opadły na jedno ramię. Pod wpływem intensywnego spojrzenia jego szarych oczu, spuściła na chwilę wzrok, a po jej twarzy przemknął cień. Zapanowało napięte milczenie, które w końcu przerwała Ayako. Brązowowłosa uniosła pewnie głowę, uśmiechając się troskliwie do blondyna.
- Taki. – wypowiedziała cicho jego imię. – Jestem silna. Naprawdę silna. I wiem, że jesteś ode mnie silniejszy, ale dam sobie radę… - widząc wahanie w jego oczach, chwyciła jego dłonie. – Przetrwam to. W końcu obiecałam. – spojrzała mu głęboko w oczy, zmuszając by potraktował to co mówi poważniej. – Oboje obiecaliśmy.
Mierzyła go jeszcze przez chwilę zdeterminowanymi, zielonymi oczami, z których na chwilę zniknęła szarość. Taki miał wrażenie, że lśnią tak samo jak w te wszystkie wcześniejsze dni, które posiadały dozę beztroski. Dlatego, gdy Ayako traci swoją powagę i wyszczerza się do niego optymistycznie, chłopak poczuł ukłucie w sercu. 
Jednak usłyszał swoje imię, tak wielokrotnie wypowiadane przez dziewczynę, z różnymi emocjami, w różnych sytuacjach, w różnych miejscach, że spojrzał na to z trochę innej strony. Po prostu dodał to wspomnienie do setki innych i uśmiechnął się swoim delikatnym uśmiechem, nadal posiadającym część wcześniejszej nieśmiałości.
Wschodzące słońce przedzierało się przez wysokie budynki, nadając wszystkiemu cieplejszych barw. Taki pozwolił pomyśleć sobie, że to wszystko zakończy się dobrze, a on będzie miał możliwość widzieć towarzyszów w takim samym składzie. Że wszystko wróci do normalnego biegu.
Uśmiechnął się do niej zaczepnie, spoglądając znad oprawek okularów.
- Ale nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.
Ayako przyjęła wyzwanie, szturchając go mocno w pierś. Chciała nawet rzucić jakąś błyskotliwą ripostę, ale Suzuki coś wykrzyknął wymachując rękoma. Oboje drgnęli, przeczuwając najgorsze. Dziewczyna, mając lepszy wzrok, szybciej ich rozpoznała. Odetchnęła  ulgą.
- To Jun i Koichi. – wytłumaczyła, uśmiechając się pod nosem. – Chodźmy. – zarządziła, ciągnąc go za rękaw.
Podeszli do swoich towarzyszy, którzy klepali się po plecach i przybijali piątki, widząc przyjaciół z oddziału Juna. Teraz na niewielkim placu gromadziło się ponad 25 osób, a wokół panowała typowo przyjacielska atmosfera.
Jednak Ayako od razu wyczuła gorszy humor liderów, którzy owszem witali się, ale z mniejszą ekspresywnością, która może i pasowała w miarę do Juna, tak Koichi wyglądał na kogoś z depresją.
Dziewczyna przeciągnęła Takiego przez tłum i stanęła przy zabójcach, patrząc się na nich wyczekująco. Rozmawiali oni o czymś z Natsu szeptem, a gdy ich zobaczyli umilkli. Ayako zmarszczyła czoło, łypiąc to na Koichiego, to na Juna. Mężczyźni bardzo skrupulatnie unikali kontaktu wzrokowego, jakby smutniejąc. Jedynie Natsu podjął się wyzwania rozmowy.
- Ayako… - zaczął delikatnie, ale szybko stracił wątek i zamilkł, spuszczając wzrok. Dziewczyna przekrzywiła głowę, ale szybko zrozumiała o co chodzi.
- Nie… - szepnęła tylko, blednąc mimowolnie.
- Co się… - zaczął Taki, patrząc się pytająco po przyjaciołach.
Ayako rozejrzała się gwałtownie po ludziach, rozpaczliwie usiłując kogoś dojrzeć. W końcu tylko spojrzała ze zrozumieniem i smutkiem na Koichiego, oczekując jakichś wyjaśnień. Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi i westchnął smutno.
- Byli już martwi jak dotarliśmy. Zaatakowali ich 3-krotkną przewagą liczebną. – powiedział tylko, a dziewczyna kiwnęła flegmatycznie głową.
Zapadła na chwilę cisza, ale Jun szybko ją przerwał.
- Nie chcę być nie czuły… Nie mamy za bardzo czasu. – spojrzał na Koichiego. – Jishin całkowicie wycofał się z Zachodniej części, a Mako nie odpowiada.
- Coś mi tu nie gra. – warknął Koichi. – Cholera jasna! Bez mózgu Meijiego nic nie zrobimy! – jęknął, zatapiając dłonie we włosach. – Jak pomyślę o ilości rozwiązań tej sytuacji czacha mi dymi!
- Nigdy nie byłeś zbyt błyskotliwy… - zauważył cicho Jun, a kpiący uśmieszek wpełzł na jego usta. Brązowowłosy puścił docinkę mimo uszu.
- Próbowałeś kontaktować się z Meijim?
- Tak. – Jun westchnął. – Powiedział, że powinniśmy się zebrać i przegrupować. Nie uważa, że Jishin chce nas zmylić – stracili swoje ‘’mięso armatnie’’ w pierwszej bitwie, więc zostali mordercy z prawdziwego zdarzenia. Kazał nie podejmować żadnych kroków bez rozkazów dowództwa.
- Cholera jasna. Nie było innych chętnych do szukania ich strategów? – mruknął pod nosem Koichi. – Dobra, łącz się z Mikuru. O ile te stare gruchoty im jeszcze działają.
Blondyn wyciągnął z kieszeni odbiornik i ustawił na odpowiednią stację. Przez dłuższy okres czasu słyszeli jedynie szum.
- Jeśli to przeżyjemy… - burknął Natsu. – To osobiście zorganizuję akcję oddawania kasy za misje na sprzęt.

Cięłam od góry, zamierzając się na jednego z mężczyzn. Od razu zdałam sobie sprawę, że sparuje mój cios, więc gdy ostrze uderzyło o jego miecz, przeniosłam ciężar na lewą nogę, a drugą uniosłam w powietrze. Kopnęłam z całej siły w przeciwnika stojącego za mną. Zaskoczyłam go, a wysoko uniesiona katana opadła z brzękiem na ziemię.
- Dobra. – pochwalił się, gdy facet zakrztusił się od uderzenia i zaczął się odczołgiwać ode mnie.
Chwyciłam klingę obiema rękami i zarysowałam duży łuk, obracając się do innych przeciwników. Naddarłam komuś kurtkę, wcześniejszy zabójca ponownie sparował cios. Ustawił odpowiednio miecz, tak że musiałam się z nim chwilę posiłować.
Spojrzałam kątem oka w stronę Matsukiego. Mako zawsze powtarzała mi, że rozglądanie się to najgorsza rzecz jaką robię podczas sparingu, ale niepokoiła mnie myśl, że chłopak zginie i zostanę tu sama.
Odskoczyłam od faceta, gdy dostrzegłam, że napina mięśnie, gotowy do pchnięcia. Jego ostrze trafiło w pustkę, a ja wykorzystałam to. Przeszyłam go błyskawicznie mieczem, od razu wyciągając ostrze, gdy rozpaczliwie usiłował odzyskać równowagę. W ułamku sekundy wytrąciłam mu broń z dłoni i kopnęłam z pierś, posyłając go na innych ludzi. Zachwiali się i, oszołomieni martwym towarzyszem, przewrócili się na ziemię.
Szczerze, miałam nadzieję, że pozwoli to na zbliżenie się do Matsukiego, ale ludzie mnie zalewali. Nie atakowali wszyscy na raz, bojąc się, że sami siebie pozabijają, ale gdy obezwładniłam na chwilę jednego, drugi i trzeci od razu atakował.
Oddział nas rozdzielił – walczyłam w tłumie, ale to Matsuki miał gorzej. Dostrzegłam, że nadal jest w całości, choć z wysiłkiem utrzymuje tempo Camilo. Co jakiś czas musiał parować cios kogoś innego, przez co serce zamierało mi na ułamki sekundy, gdy rozproszony o włos omijał miecz Camilo.
Dziwiło mnie tylko to, że nie widzę Takahiro i Takahide. Jeśli oni oddalili się by powiadomić o naszym podstępie, to koniec.
Dostrzegłam szasnę na kolejną ofiarę. Młoda kobieta, nie zbyt zaprzyjaźniona z walką, mierzyła się na mnie z krzykiem. Cięła z góry, ale jej ruchy były niezgrabne. Zbliżyłam się błyskawicznie, tnąc od dołu, prawie kucając. Zawahała się ze swoim ciosem, widząc moje  puste oczy. Trafiłam ją idealnie, rozcinając brzuch, a ona z wrzaskiem padła na ziemię.
Ludzie wokół mnie ponownie zamarli, a ja szybko starłam krew z twarzy, wiedząc, że nie mam czasu na cackanie się z tym. Byłam cała we krwi, a ostrze lśniło czerwienią. Rozejrzałam się póki mogłam i mignęła mi ruda czupryna.
- Są. – mruknęłam.
Wykorzystałam chwilowe rozkojarzenie, mimo, że przeciwnicy znów zaczęli nacierać. Przebijając się przez ścianę ludzi, rozcięłam do kości ramię facetowi, a krew rozbryzgała się wokół.
Bezszelestnie stanęłam za Takahiro <ewentualnie Takahide> i robiąc krok do tyłu,  zamierzyłam się do ciosu. Uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że nie okaże się, że rudy ma za szósty zmysł niezwykłą szybkość.
- PLECY!!! – wydarł się ktoś, co dało mu wystarczająco dużo czasu, by obrócił się i odsunąć się o te kilka cennych centymetrów.
Poczułam narastającą panikę, jeszcze przed zakończeniem wyprowadzania ciosu. Siła jaką wprowadziłam w uderzenie, pociągnęła mnie za nim, ale mężczyzna nie rozpoznaje mnie od razu. Miałam wystarczająco czasu by wyhamować i obrócić się.
- Dobry. Dawno się nie widzieliśmy. – uśmiecham się szelmowsko.
Zabójca unosi wysoko brwi do góry, po chwili odpowiada tym samym uśmiechem. Wyciąga z kabury miecz.
- Widzę, że przeżyłaś, Kanegawa-chan. – dodał tylko.
Spojrzałam wilkiem za przeciwników gromadzących się za jego plecami. Rudy najwyraźniej wiedział o co mi chodzi i dał im znak by trzymali się z dala od nas. Przeszedł mnie dreszcz, na myśl o walce jeden na jednego.
Szkoda, że nie wiedziałam, który to bliźniak.
Cięłam od dołu, ale facet od razu sparował uderzenie. Przejął inicjatywę i zaczął wyprowadzać szybkie ciosy z lewej i prawej. Syczałam przy każdym odparowaniu, bo bliźniacy słynęli ze swojej zapaśniczej siły. I wcale się nie dziwię.
Dostrzegłam okazję w strumieniu ciosów. Wyprowadziłam ostatni typ pchnięcia, który zdążyła mi pokazać Mako. Ostrze przecięło płasko powietrze, a miecz faceta odbił się od niego z brzękiem. Przyciągnął go szybko do siebie, parując cios przed wbiciem się w jego brzuch. Skrzywił się przy tym z bólu, garbiąc nieznacznie.
I wtedy dotarło do mnie o co chodziło w tej tajemniczej gadce Matsukiego, o mojej rzekomej mądrości i gorszych umiejętnościach. Jakby, kurwa, nie mógł od razu o obserwowaniu przeciwnika powiedzieć.
Zaatakowałam trochę spokojniej, chcąc się czegoś upewnić. Sparował od niechcenia kilka ciosów, a gdy zaatakowałam z całą swoją siłą, kierując uderzenie na jego pierś, skrzywił się znowu.
 Ledwo powstrzymałam chytry uśmieszek.
Miałam do czynienia z Takahide. 2 miesiące temu rozcięłam mu lekko brzuch, a tam rany goją się wyjątkowo długo i niefajnie. Sama do teraz odczuwam ból i to nie tylko w tych okolicach. To wyjaśnia grymasy bólu na twarzy zabójcy.
Zaryzykowałam i zrobiłam coś nieoczekiwanego. Prześlizgnęłam się pod jego nogami, zrywając się od razu na nogi. Ociekałam wodą, a cały trik nie był wykonany błyskawicznie – ale oto chodziło. Takahide zdążył się obrócić, lecz od razu spotkał się z moją nogą.
Czas na chwilę zwolnił. Widziałam jak wyskakuję w powietrze, układam stopę do kopnięcia. Dostrzegłam nawet zmieniający się wyraz twarzy Takahide. Szybkość wróciła gdy trafiłam go w brzuch, odrzucając na kilka metrów.
- To było niezłe, Ichigo. – mruknęłam do siebie, lądując gładko.
Skoczyłam na ciało faceta, który nie mógł zaczerpnąć powietrza z bólu. Przyłożyłam mu ostrze do gardła, uśmiechając się. Choć wiedziałam, że nie mam za dużo czasu.
- No, Takahide-san… - rzucił przymilnym głosem, po chwili posyłając mu mordercze spojrzenie. – Gdzie jest twój brat?
- Jeśli chcesz zapobiec przecieku informacji to za późno. – uśmiechnął się z trudem, kierując wzrok w bok.
I wtedy popełniłam ten błąd co zwykle.
Powędrowałam wzrokiem za jego spojrzeniem i dostrzegłam dobiegającego do Matsukiego Takahiro. Jeśli brązowowłosy ‘’radził’’ sobie z Camilo, tak z kolejnym silnym przeciwnikiem nie da sobie rady. A wśród tego najgorsze jest to, że Igarashi już wie i zapewne przegrupuje całkowicie swoje oddziały – choć nie rozumiem dlaczego, jestem tego pewna. Zarejestrowałam te informacje w zaledwie 2 sekundy, ale to wystarczyło.
- Arg!!! – z głośnym warknięciem Takahide zrzucił mnie z siebie, ale miesiące treningu pozwoliły mi zachować równowagę.
Ścisnęłam mocniej rękojeść, analizując sytuację.
Jeśli teraz go zaatakuję, reszta do niego dołączy. Matsuki zapewne zginie i wtedy ja… Chwila. Rozszerzyłam szerzej oczy. Śmierdzi. Powąchałam bardziej i z trudem zachowałam tą samą zdeterminowaną minę co wcześniej. Chemikalia zaczynały już docierać.
Uśmiechnęłam się do niego krótko i rzuciłam się w stronę Matsukiego.
Brązowowłosy był zrezygnowany. Parował z pustką w oczach ciosy Camilo, wiedząc, że za chwilę otrzyma ostateczne uderzenie w plecy i tym samym, że jeśli się odwróci to Camilo go zabije.
Impet z jakim wpadłam na Takahiro zaskoczył go. Mężczyzna przebiegł bokiem kilka kroków, a potem upadł z pluskiem na ziemię, szczerze zdziwiony. Dwójka walczących również zamarła na chwilę, nie dowierzając własnym oczom.
Nie dziwię się im.
Stałam tam pochylona, ciężko dysząc. Moje rozpuszczone, czarne włosy były mokre od wody w kanałach i pozlepiane częściowo krwią. Czerwień splamiła całkowicie moje dłonie i porozmazywała się na twarzy. Ubrania nawet nie nadawały się do odratowania. Wyglądałam na psychopatkę.
Spojrzałam w żądzą mordu na Camilo.
- Teraz, Matsuki! – krzyknęłam, rzucając się na Camilo.
Zabójca sparował mój cios, mrucząc coś w obcym języku pod nosem. Nie zrozumiałam ani słowa, ale to na pewno były przekleństwa. Gdy zrozumiałam, że go zdenerwowałam, uśmiechnęłam się przebiegle, z zadowoleniem.
- Ty mała… - warknął już po japońsku.
- Ichigo Kanegawa, mi również miło… - uśmiechnęłam się. Moje ruchy mogły być spowalniane przez mokre ciuchy, ale Matsuki widział szansę na ucieczkę. Zaszedł go błyskawicznie od tyłu i od razu podciął.
- Kurwa!!! – wykrzyknął, gdy runął na ziemię.
Zamierzałam się już by go zabić, ale Matsuki chwycił mnie za ramię, zmuszając do biegu. Spojrzałam na niego z pretensjami, ale on nawet na mnie nie patrzył.
- Nie teraz. Wykorzystujemy zamieszanie! – rzucił przez ramię.
W sumie miał rację. Ludzie dopiero teraz zdali sobie sprawę z obrotu sytuacji. Wszystko odegrało się w zaledwie kilka sekund. A Matsuki najwyraźniej rozpoznał miejsce, w którym byliśmy. Biegliśmy bardzo szybko, nie zważając na głośność naszej ucieczki.
Gdy zobaczyłam drabinkę, ciężar spadł z mojego serca, mimo że nadal sytuacja nie przedstawiała się zbyt wesoło. Chłopak chwycił mnie w pasie i praktycznie postawił w połowie szczebelków.
- Kobiety przodem. – rzucił tylko. – Pośpiesz się.
Zaśmiałam się i zaczęłam się wspinać.

Meiji, Miyako i Miyoko zatrzymali się gwałtownie. Mężczyzna od dłuższego czasu kontaktował się z przez odbiorniki, ale nic nie mówił między przerwami, więc dziewczyny niezbyt ogarniały sytuację.
- Cholera jasna. – skwitował Meiji, gdy skończył rozmowę. – Musimy wracać.
- Co się dzieje?
- Jishin wycofał się z Zachodniej części miasta. A tam, najwyraźniej są same tumany, które nie potrafią nic wymyślić. Mikuru ma się jeszcze odezwać, gdy uda się jej skontaktować z Mako, ale i tak musimy wracać! – wyrzucił wściekle dłonie w powietrze. – A jesteśmy o krok od nich! Czuję to!
Siostry spojrzały po sobie i wybuchły ponurym śmiechem. Czarnowłosy zmroził ich spojrzeniem, ale po chwili zastygł w bezruchu i rzucił się do przodu. Zabójczynie wzdrygnęły się, ale Meiji kucnął przy jakiejś zwiniętej kartce i zaczął klnąc jak szewc.
Może to był tylko zbieg okoliczności albo zdolność obserwacji zabójcy, ale ta kulka papieru okazała się niezwykle ważna. Meiji przeczytał ją szybko, po czym, z kamienną twarzą, stanął na nogi i podał ją dziewczynom.
- Czytajcie. – mruknął tylko, chowając twarz w dłonie i chichotając psychicznie pod nosem.
- Czy to jest… - zaczęła spokojnie Miyako, ale gwałtownie urwała. – NO NIE!
- Meiji… Powiedz, że nie…
- Ahahahahahahaha!!! – wybuchł niepochamowanym śmiechem. – Cały czas byli o krok przed nami! Obserwowali nas z drapaczy chmur i mieli wystarczająco czasu, by przenieść się do kolejnego, gdy zbytnio się zbliżyliśmy. – wytłumaczył, a z każdym kolejnym słowem wkradała się coraz większa wściekłość.
- Nie mamy pewności, że akurat byli w wieżowcach… - zaczęła Miyako, ale Meiji machnął na nią dłonią, pochmurniejąc. Wskazał palcem na szkice.
- Są robione z perspektywy, a tylko Kijuro umie rysować. Widzisz, rzuty są jakby z góry… - westchnął głęboko. – No dobra. Wracamy.
Mężczyzna obrócił się i skierował w stronę organizacji. Siostry spojrzały po sobie niepewnie.
- Ale skoro mamy jakiś trop, to czy nie lepiej… nie wiem, poszukać ich? – spytała Miyako. – Szkoda byłoby ich zgubić…
Meiji zatrzymał się na chwilę, jakby zastanawiając się nad czymś. Po chwili tylko obrócił się w ich stronę i posłał przebiegły uśmiech.
- Spokojnie. Mam już plan jak ich znajdę ponownie. – znów ruszył przed siebie, ale tym razem dziewczyny do niego dołączyły. – Tylko będę potrzebował transportu.

Rudowłosa skrzyżowała kolejny raz ostrze z dowódcą oddziału Jishin. Hisaki Ushiba kręcił się po całej ulicy, nigdy nie pragnąc zakończyć sporu. Przyjmował raczej taktykę partyzancką. Z Mako walczył najdłużej, ale to dlatego, że  była zaciętą przeciwniczką. Tak to pomagał swoim ludziom w walce, atakując zabójców z Kaminari od tyłu, dopóki znów nie zaatakowała go kobieta.
- Uparta jesteś, wiesz? – jęknął mężczyzna, odrzucając miodowe włosy do tyłu. Błysnął na nią turkusowymi oczami, w których kryła się irytacja.
Mako nie odpowiedziała. Zaczęła wyprowadzać swoją zabójczo szybką kombinację ciosów, ale Hisaki był wytrawnym szermierzem. Parował każdy cios, choć powoli zaczynał zwalniać.
Kobieta dostrzegała to, cały czas powtarzając sobie, że ona nie może się zmęczyć. Stracili już 3 ludzi, nie licząc oddziału strzelniczego. Mogła i dziesiątkować wrogi oddział, ale reszta nie była w stanie sprostać takiej przewadze. Zwłaszcza, że przypadało po 3 osoby na głowę.
Hisaki spróbował się wymknąć, ale zastąpiła mu drogę, tnąc od razu od dołu. Mężczyzna odepchnął uderzenie, choć na usta cisnęły mu się przekleństwa. Mako była ostatnią osobą, z którą chciano walczyć w pojedynkę. Szybka, zwinna i bezlitosna.
Znalazła się przy nim w ułamku sekundy. Uderzyła w jego ramię z wykopu, ale facet zdążył unieść ręce do bloku. Siła i precyzja uderzenia sprawiły, że przewrócił się i przejechał ramieniem po asfalcie kilka metrów, zostawiając za sobą krwawe ślady.
Mako nie czekała nawet sekundy. Wybiła się wysoko w powietrze, trzymając nad sobą miecz. Wycelowała idealnie w serce wroga, ale Hisaki zdążył się przeturlać obok. Rudowłosa od razu wyciągnęła klingę z ziemi, atakując podnoszącego się mężczyznę.
- Cholera! – warknął, odpierając cios. Siła przewróciła go z klęczek, znów na plecy, a nim zdążył wziąć oddech, kolano kobiety go przydusiło. Rudowłosa przyłożyła mu ostrze do gardła.
- Dobranoc. – powiedziała beznamiętnie i już miała poderżnąć mu gardło, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
Wybiło ich to oboje z rytmu, a Hisaki wykorzystał to by zawołać podwładnych. Nim Mako znów ułożyła odpowiednio miecz, musiała wstać i walczyć z szarymi ludźmi. Widać było, że nie są ani trochę pewni, że to przeżyją.
Hisaki tym czasem podniósł się na nogi i upewnił się, że nikt go nie zaatakuje. Mako z chłodną irytacją też to zauważyła. Wszyscy najsilniejsi z jej oddziału walczyli z kilkoma przeciwnikami na raz. Zauważyła kątem oka, że jasnowłosy odbiera telefon i dostrzegła tu swoją szansę.
Zakręciła mieczem kilka kół w powietrzy, sprawiając, że wrogowie odsunęli się od niej na kilka metrów. Mogła załatwić ich w kilka sekund, ale byli jeszcze jej potrzebni. Wbiła zielone oczy w Hisakiego, starając się czytać z ruchu warg.
- Słucham szefie… - rzucił na powitanie, ale od razu skrzywił się, słysząc głos Igarashiego. – A czemu mamy się wycofać?
Zabójcy z Jishinu najwyraźniej zdenerwowali się ignorancją Mako, ale kobieta nadal postrzegała ich jak natrętne owady, krążące wokół niej. Zdołała jeszcze usłyszeć coś o zatrzymaniu 2 innych oddziałów i przegrupowaniu. Informacje jednak były niejasne. Jeden oddział był opóźniany przez Tokajiego, ale gdzie miałby być ten kolejny?
Hisaki skończył rozmowę i spojrzał kpiąco na Mako. W jego turkusowych oczach kryła się litość, na widok wciąż walczącej kobiety. Rudowłosa poczuła nagły przypływ nienawiści – jednego z niewielu uczuć, które nauczona została odczuwać.
Czas spowolnił. Zamknęła oczy, widząc oczyma duszy trzech przeciwników wokół siebie. Ustawiła ostrze poziomo, biorąc głęboki wdech i otworzyła puste, zielone oczy, pozwalając by instynkt mordercy poprowadził jej ruchy.
Ruszyła na tego naprzeciw jej. Wbiła w sekundzie miecz w jego serce, a wyciągając ostrze, cisnęła jego ciałem o ziemię. Obróciła się w prawo, tnąc gwałtownie i wysoko. Miecz prześlizgnął się po szyi kobiety, która nie zdążyła nawet zareagować, gdy jej głowa opadła na ziemię. Następnie rudowłosa podskoczyła i z półobrotu uderzyła w twarz ostatniego przeciwnika, który nawet nie próbował walczyć. Huknął głową o ziemię, tracąc przytomność, a chwilę później został przeszyty ostrzem.
Hisaki wypuścił telefon z dłoni. Mako podniosła na niego wzrok, w którym nie było widać cienia złości, czy nienawiści. Choć nosiła te uczucia teraz w sercu, nic nie było po niej widać. Lodowata pusta i obojętność.
Kobieta spojrzała na swoje ostrze, splamione krwią.
Znów to samo.
Mroczne wspomnienia pojawiały się, gdy zamykała powieki. Zignorowała to jednak, tak jak uczyła ją matka i spojrzała na Hisakiego.
- MAKO!!! – usłyszała wrzask Shiori Sandy, jednej z weteranek. – NA PIĄTEJ!!!
Kobieta, słysząc przerażenie i desperację w jej głosie, darowała sobie atak Hisakiego, obracając się gwałtownie. Myślała, że nie da się już niczym zaskoczyć, ale teraz stanęła jak wryta.
- CHOLERA!!!! – to był krzyk Keizo Iwasakiego. – KEI, ZWIEWAMY!!!
Mako patrzyła się na biegnące 2 oddziały Jishinu, które zapewne walczyły w zachodniej części. Rudowłosą zabolało serce.
Czy to znaczy, że nasi przegrali?
Obejrzała się na Hisakiego, który zaczął biec w przeciwnym kierunku. Krzyczał coś do swoich ludzi, którzy ze zdziwieniem kończyli starcia z zabójcami z Kaminari i biegli za swoim liderem. Mako drgnęła, a jej umysł się rozjaśnił.
- Wszyscy z drogi!!! Chować się po uliczkach!!! – wrzasnęła, choć jej głos nie należał do mocnych. Część osób spojrzało na nią, jak na wariatkę, więc dodała pewnie: - To rozkaz! WYKONAC!
Schowała się w przedsionku jakiegoś sklepu, a zabójcy nie widząc innego wyjścia uczynili podobnie, schodząc z drogi Jishinowi. Dwa oddziały, z widocznym uszczerbkiem minęły ich, posyłając wrogie spojrzenia. Minęli ich, nie nastawieni na walkę, choć bardzo by chcieli.
Kaminari wyszło dopiero po kilku minutach, nie wierząc własnym oczom. Mako spojrzała po tych, którzy przeżyli to starcie: Keizo i Kei Iwasaki, Shiori Sanda, Masazumi Murasaki, Yutaka Okano, Itaru Noda i Takabe Takeo.
Oprócz Takeo to sami weterani… Młodzi poginęli…
- Cholera jasna, co to kurna było…? – wydusił w końcu Keizo, swoim tęgim basem. Starł pięścią krew z czoła.
- Najwyraźniej się wycofali. – Mako spojrzała w kierunku, w którym pobiegli. – Tylko czemu?
- Najpewniej całe ich mięso armatnie się skończyło, no i oni też nie mają niewyczerpanych sił. – Masazumi wzruszył ramionami. – W ogóle, to jestem głodny.
- Ja też. – mruknął Itaru.
Mako puściła skargi mimo uszu i zadzwoniła do dowództwa. Przedstawiła sytuację i po kilku minutach rozmowy, rozłączyła się. Spojrzała po towarzyszach, którzy nie mogli doczekać się wyjaśnień, ale rzuciła tylko:
- Zbieramy się. Za mną.

- Niech to szlag! – jęknęła Mikuru, okręcając się na fotelu.
- Co znowu? – spytał Fumiya, podnosząc wzrok znad kartki papieru. Mężczyzna rozpisywał strategię następnego ataku, kreśląc cały czas zielone, czerwone i niebieskie linie.
- Ten cholerny komputer się przegrzał i siadły kamery przy punktach strategicznych… - burknęła kobieta, wstając i zawieszając na ścianę jakąś mapę. Zaznaczyła szybko kilka punktów. – Tu, tu i tu.
Dowódca oparł głowę na dłoni, wzdychając ciężko.
- A co ja, biuro pomocy elektronicznej?
Mikuru spiorunowała go wzrokiem, sięgając po kolejną puszkę energetyka. Fumiya spojrzał na nią krótko i również napił się swojego. Uśmiechnął się cierpko, czując jak stymulowana energia rozchodzi się po jego ciele, ale szybko zdusił uśmiech, czując wściekłe spojrzenie Mikuru.
- Wiesz, chodziło mi raczej o naszych… - rzucił niepewnie.
Kobieta warknęła, kopiąc w biurko. Czarnowłosy podskoczył.
- Tak samo jak wcześniej. – powiedziała spokojnie. – Meiji wraca, Jun i Koichi wracają, Mako również. Mamy pewność, że się wycofują, przynajmniej na 2 godziny. Tokaji jakimś cudem jeszcze ich utrzymuje, ale napisał, że światło się poprawia i jego bidon zaczyna przypominać bidon.
- Hym, hym… - westchnął Fumiya i wcisnął 2 przełączniki. – Daiki, Ryutaro. Zacznijcie wydzielać porcje żywności. Za jakieś pół godziny wrócą nasi. Bez odbioru. – rozkazał krótko, po czym przeciągnął się na krześle. – Ten brak walki mnie nudzi. Podziwiam cię, Mikuru, że przesiadujesz tu każdą walkę i wszystkim dowodzisz.
- Usiłujesz mi tym uwłaszczyć? – kobieta zmrużyła oczy.
- Nie, nie, nie, broń Boże. Bez ciebie bylibyśmy martwi. – zaśmiał się ponuro.
- Bylibyśmy bardziej żywi z lepszym sprzętem. – podsunęła kobieta.
- Wiem, wiem… - westchnął Fumiya. – Obiecałem nowy sprzęt już Daikiemu… Tylko, że nigdy nie ma pieniędzy…
- Nie MA PIENIĘDZY? – ryknęła Mikuru. – Wiesz ile kasy zbieramy miesięcznie? Grube setki tysięcy, przy dobrych obrotach!
Czarnowłosy wyprostował się, mierząc ją protekcjonalnym spojrzeniem. Przetarł oczy, wzdychając.
- Widać, że to Hiroki zajmuje się sprawami księgowymi nie ty… - mruknął na początku, a gdy oczy kobiety błysnęły złością, zaczął gestykulować uspokajająco rękoma. – Spokojnie, to ty rozdzielasz misje, piszesz kartoteki, sprawdzasz wiarygodność i w ogóle, ale finanse należą do Hirokiego i po części do Daikiego.
- No więc?  
- Czasem zastanawiam się dlaczego jesteś taka mądra… - zaśmiał się Fumiya, ale szybko spoważniał. – Bierzemy czasami 80% zysku od misji, a i tak ledwo wyrabiamy z kasą. – uniósł pięść do góry i zaczął odchylać palce, wyliczając kolejne wydatki. – Ogrzewanie, światło, woda, leki, jedzenie, sprzęt, odszkodowania, łapówki dla służb… Jak myślisz ile to wychodzi?
Mikuru opadła ze zrezygnowaniem na fotel, odchylając głowę do tyłu.
- Oj zamknij się. – mruknęła tylko, na co czarnowłosy wybuchł śmiechem.

- Czy wy nie umiecie nic zrobić dobrze? – jęknął Ryuji, biegnąc za zawał na samym początku. – Przecież prostszego zadania nie mogłem wam dać!
- Zamknij się! – odkrzyknęliśmy razem z Matsukim.
- Dlaczego nie możemy po prostu z nimi walczyć!? – zakrzyknął bojowo Satoru, a jego siostra mu zawtórowała.
- TUMANY! – ryknął Ryuji, ale to mnie tylko rozbawiło. – Po pierwsze to moja organizacja, a mamy to robić incognito. Po drugie kojarzą was, a nie zabiję wszystkich by was oczyścić!
Uciekaliśmy przed wściekłym oddziałem złożonym z 20 osób – ja załatwiłam dwie, a Matsuki trzy osoby – już od kilkunastu minut. Ryuji cały czas naciągał kaptur, by nikt go nie rozpoznał. Teraz widać było minusy elementów charakterystycznych – i wcale nie chodzi mi tutaj o kolczyka w wardze.
Ryuji kierował nas w przeciwnym kierunku niż jest Kaminari, więc to pozwoliło mi choć na chwilę uspokoić instynkt, który od początku wrzeszczał, że nie powinnam mu ufać.
Spojrzałam na niego – nie widać było napięcia jego plecach, mimo iż gnaliśmy przed siebie, utrzymywał stałe tempo, praktycznie się nie męcząc. Przeszył mnie dreszcz, gdy pomyślałam o jego sile. Kiedyś się z nim zmierzę. Gdy to wszystko się skończy i znów będę mogła go bez skrupułów uważać za wroga.
Tak jak z resztą wszystkich wokół.
Kichnęłam.
No tak. W podziemiach zmoczyłam się całkowicie i cienka warstwa ubrań przykleiła się do ciała. Przeciwdeszczowa kurtka, bluza i moro to zdecydowanie nie ubranie do biegania na mokro. O butach nie wspomnę – przy każdym kroku czułam jak woda przelewa się z lewej na prawą część.
- Masz. – Suzuko wyciągnęła w moją stronę szalik. – Jesteś cała morka, przeziębisz się. – powiedziała, gdy zobaczyła moją zdziwioną minę.
- Dzięki… - przyjęłam podarunek ze zmieszaniem.
Dziwne były te wszystkie gesty, gdy przypominało się sobie, że za kilka dni, jak nie godzin znów będziecie się chcieli pozabijać. Choć w moim przypadku chcę ich zabić od samego początku.
- Ej… Ja też jestem mokry… - burknął Matsuki, równając się z nami. Wszyscy sapaliśmy ze zmęczenia.
- Trzymaj, kurde. – mruknęła, ciskając w niego swoją czapką.
- Na serio sądzicie, że szalik i czapka ochronią was od zapalenia płuc? – jęknął Satoru, biegnąc na tyle.
Zaśmialiśmy się w odpowiedzi, przyśpieszając. Ryuji pokręcił głową i skręcił w jakąś uliczkę, najwyraźniej próbując zmylić pościg. Skręciliśmy za nim na długą ulicę, jedną z głównych.
- Cholera! – wrzasnął wściekle, zatrzymując się.
Wpadliśmy na niego, ale zobaczywszy błysk klingi również chwyciliśmy swoje miecze. Przed nami stało jakieś 10 osób, a w ich oczach kryła się żądza mordu. Zwłaszcza w jednych – rozpoznałam oczy Camilo. Obróciłam się szybko.
- No nie… - mruknęłam, widząc kolejną dziesiątkę za nami. Nie zorientowaliśmy się nawet kiedy się rozdzielili.
- Rozsypcie się. Trudniej będzie nas trafić. – szepnął Ryuji, zasłaniając twarz mieczem, tak bardzo jak tylko mógł.
Odsunęliśmy się od siebie. Stałam razem na linii z Ryujim, jakieś 3 metry od siebie i skierowałam ostrze naprzeciw Camilo. Za nami jakieś 2 metry, stanął Satoru, a po jego prawej i lewej rozstawili się Suzuko i Matsuki. Od wrogich oddziałów dzieliło nas kilkadziesiąt metrów.
Najwyraźniej do tej walki musiało w końcu dojść. Poprawiłam chwyt na mieczu, przygotowując umysł na rzeź. Gdy udało mi się uspokoić bicie serca i oddech, poczułam coś.
Obróciłam się, widząc zdziwienie w oczach Camilo. Nie patrzył się na nas, tylko na kogoś za nami. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
Ciemna postać skoczyła z pobliskiego dachu i wymierzyła kopniaka w głowę Satoru. Chłopak opadł na ziemię spokojnie, roztrzaskując szatyna o ziemię. Miecz na plecach przybysza zabrzęczał złowrogo, gdy jego rozpięta kurtka opadła, a brązowe włosy zakryły twarz.
Rozpoznałam go od razu.
Akurat jego nie dałoby się nie rozpoznać.
Chłopak nie podniósł wzroku z ziemi ani nie zszedł z Satoru.
- Czy ktoś mi powie co tu się dzieje, do cholery? – głos Tsuneariego był spokojny, ale emanował nienawiścią i gniewem, prawie tak samo jak przy naszym pierwszym spotkaniu.
Słowa choć wypowiedziane cicho, dotarły do wszystkich wokół i sprawiły że zabójcy zamarli w oszołomieniu, nie wiedząc co powinni zrobić.

A ja się uśmiechnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz