Rozdział 36
-
Dobra, stop – zarządził Ryuji. – To tutaj.
Zatrzymaliśmy
się wedle rozkazu. Spojrzałam krytycznie na niepozorną studzienkę, która
najwyraźniej miała okazać się zejściem do podziemi. Coraz bardziej
przeczuwałam, że te ‘podziemia’ okażą się zapomnianymi ściekami.
-
Wiesz, Ryuji ten plan jakoś do mnie nie przemawia… - mruknął Matsuki, podnosząc
z obrzydzeniem klapę studzienki. – Jesteś pewien, że to zadziała?
-
Na stówę – chłopak wzruszył ramionami. – I nie uważasz, że jest trochę późno na
zgłaszanie sprzeciwów? – spojrzał na niego wymownie.
Matsuki
spojrzał na zegarek i tylko westchnął.
- I
jeszcze tak na przypomnienie. – dodał Ryuji. – Schodzicie we dwójkę do podziemi
i na umówionych stanowiskach czekacie na oddział Jishin. Mylicie ich i wyprowadzacie
na powierzchnię. Wtedy Suzuko i Satoru ‘blokują’ przejście i…
-
To trochę mija się z celem… - przerwałam mu. – Skoro i tak masz zamiar wysadzić,
czy co tam jeszcze, tunele, nie opłaca się bardziej z przeciwnikami w
środku?
-
Okrutna jesteś, wiesz? – zaśmiał się krótko. – To mimo wszystko nadal są moi
ludzie, a ja w ogóle bawię się w tę misję tylko, by uniknąć masowego mordu. –
wytłumaczył, ale nasze niepewne miny sprawiły, że tylko pokręcił głową ze
zrezygnowaniem. – No dobra. Niedaleko jest oczyszczalnia ścieków i wlejemy
jakiś kwas stamtąd do wody. A jak myślę, nie chcielibyście mieć jakiegoś 80%
ryzyka, że nie zdążycie się ulotnić przed tym?
Westchnęliśmy
głośno.
-
Wiedziałam, że to będą ścieki. – mruknęłam tylko i skoczyłam do studzienki.
Matsuki
chciał pójść w moje ślady, ale Ryuji zatrzymał go na chwilę i wyszeptał coś do
ucha. Chłopak spojrzał na niego z powątpiewaniem, ale kiwnął potakująco głową i
do mnie dołączył.
Brnęliśmy
przez stare, zapomniane tunele. Brudna woda nie była głęboka, sięgała zaledwie
kostek, ale niestety śmierdziała. Poruszaliśmy się głównie po omacku, woląc nie
ryzykować wykrycia przez światło naszych latarek. Teraz zrozumiałam, dlaczego
Ryuji nie chciał z nimi walczyć tutaj.
Matsuki
po kilku minutach zatrzymał się, szeleszcząc mapą. Oświetlił plan komórką, po
czym przeniósł światło na jedną ze ścian. Przypatrzyłam się na ciąg cyfr i
liter, które nic mi nie mówiły, jednak chłopak spojrzał jeszcze raz na mapę i
kiwnął potakująco do siebie.
-
To tutaj. – powiedział, gasząc wyświetlacz. – Zajmij miejsce. Mamy jeszcze
jakieś 7 minut. – dodał zdawkowo, siadając na jednym z wylotów rur.
Przysiadłam,
chowając się za rogiem. Przez kilka chwil panowała niezręczna cisza, a ja
starałam przyzwyczaić wzrok do panujących ciemności. W moim sercu za to
rozkwitało coraz większe zwątpienie w ten plan.
Przyjrzałam
się w ciemnościach Matsukiemu. Chłopak był milczący od kiedy zeszliśmy do
podziemi, choć wcześniej zdawał się mi najbardziej godną zaufania osobą spośród
reszty. Może to przez napięcie?
-
Ej, Matsuki-san… - zaczęłam niepewnie. – Nie uważasz, że to jest zbyt proste? –
spytałam.
Odpowiedziała
mi cisza. Miałam nadzieję, że chłopak nie po prostu czeka na moją kontynuację,
a nie przyznaje mi milcząco rację. Poczułam jak adrenalina zaczyna
przyśpieszać.
-
Sądzisz, że oni tak po prostu tu punktualnie wbiegną i dadzą się wywieść w
pole? Przecież rozpoznają cię.
-
Ciemno jest. – wymamrotał w odpowiedzi.
-
Nadal mi coś w tym planie nie gra. – westchnęłam.
- W
całym Ryujim coś nie gra. – prychnął brązowowłosy. – A teraz siedź cicho.
Jeżeli on na serio nie zastawia na nas jakiejś pułapki, to za chwilę powinniśmy
ich usłyszeć.
Znów
zapadła cisza, a ja nie odważyłam się już wypowiedzieć żadnego słowa Matsuki
bił się jednak z myślami, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie wiedział
czy powinien. Jego oddech był niepewny, lecz nic nie mówiłam, nasłuchując w
skupieniu.
-
Mądra jesteś, Ichigo. Miejmy nadzieję, że nadrobisz tym braki w
umiejętnościach. – powiedział tajemniczo.
Jego
słowa lekko mnie zaniepokoiły. Wolałam, jednak nie rozpoczynać ponownie
dyskusji i po prostu zebrać myśli i skupić się stuprocentowo.
Niestety
nie zostało mi na to dane dużo czasu. Zaledwie po kilku sekundach usłyszałam
ciche, odległe chlupotanie kilkudziesięciu stóp. Chwyciłam mocniej rękojeść
miecza, nie ośmielając się nawet oddychać.
Zaczyna
się.
Omitsu
prowadziła ich przez boczne uliczki, więc Hiroki nie orientował się z początku
gdzie dokładnie biegną. Mijanych sklepów, szyldów mogło być tysiące jak i nie więcej na terenie całego okręgu,
jednak w końcu coś zaczynało nie grać. Mężczyzna wiedział, że cała walka nie
może toczyć się jakoś specjalnie daleko od ich organizacji, bo krótkofalówki
nie miały aż tak potężnego zasięgu.
Jego
obawy potwierdziły się, gdy ujrzał w oddali zgliszcza świątyni Tensou.
-
Omitsu… - zaczął w miarę spokojnie, zduszając przekleństwo w gardle. – Czy
nasze oddziały nie są przypadkiem w innym kierunku? – burknął.
-
Owszem. – potwierdziła tylko, nawet się na niego nie obejrzawszy.
Blondyn
poczuł jak żyłka zaczyna mu wyskakiwać na czole. Zacisnął zęby i starając się
zachować grzeczny ton, wycedził:
-
Więc gdzie ty, do jasnej cholery, biegniesz?
-
Nie przydamy się tam.
Mężczyzna
zatrzymał się gwałtownie. Omitsu zatrzymała się kilka metrów dalej, obracając
się w jego stronę. Na jej twarzy igrała powaga, przemieszana ze smutkiem, a w
jej oczach wręcz lśniła pewność siebie. Hiroki nadal jednak nie mógł zrozumieć
rozumowania zabójczyni.
-
Słucham!? – warknął. – Twierdzisz, że dwójka morderców z pierwszej dziesiątki
im się nie przyda!? – jego głos przepełniała złość.
-
Jesteś jeszcze w pierwszej dziesiątce? – zdziwiła się kobieta, uśmiechając się
krzywo.
-
Nie zmieniaj tematu! – krzyknął.
Omitsu
westchnęła, krzyżując ramiona.
- Mam
zamiar zniszczyć korzenie, a nie gałęzie. – odparła.
Hiroki
spojrzał na nią jak na idiotkę. Już otwierał usta, by rzucić jakąś obelgą, lecz
zamarł w bezruchu. Przeanalizował jeszcze raz jej słowa i dostrzegł jej
niepokojący uśmiech. Wtedy zbledł.
-
Ty chyba nie… - wydusił ledwo.
Omitsu
domyśliła się jego myśli, więc uśmiechnęła się trochę zadziorniej i znów
pognała przed siebie. Hiroki zaczął się śmiać, przeczesując palcami włosy i
odsłaniając przy tym paskudną bliznę przecinającą jego oko. Spoważniał po kilku
sekundach i zaczął biec.
-
Wiedziałem, że coś knujesz, ale żeby TO – burknął, gdy już ją dogonił. –
Przecież szukanie Igarashiego to szaleństwo. Jak ty niby masz zamiar z nim
walczyć?
-
Mieczem. – odparła. – I jakbyś nie pamiętał jestem 3 w rankingu.
- A
on, po zabiciu Araty, nadal jest na pierwszym, do cholery!
-
Nie chciałeś przypadkiem zemścić się za swoje oko? – kobieta spojrzała na niego
poważnie.
Mężczyzna
przysłonił twarz włosami, uśmiechając się lekko.
-
Cieszę się, że o mnie pamiętasz, ale nie jestem najlepszym towarzyszem do
walki. Zwłaszcza z kimś tak silnym. – popatrzył na nią ze smutkiem. – Nie
lepiej było brać jeszcze Fumiyę?
-
Bo on by się zgodził. – prychnęła Omitsu.
Hiroki
roześmiał się ponuro.
-
Myślisz, że go znajdziemy ot tak?
-
Nie, nie, nie… - zaprzeczyła od razu, uśmiechając się buntowniczo pod nosem. –
My go nie znajdziemy. – na ton jej głosu, po plecach blondyna mimowolnie
przebiegły dreszcze. – To on znajdzie nas.
Chlupot
stawał się coraz głośniejszy, a ja zdawałam już sobie sprawę, że jeśli
odpowiednio wcześnie nie wyjdę im naprzeciw, cały plan weźmie w łeb. Poprawiłam
po raz ostatni wiązania przy pasku, zauważając przy tym, że moja dłoń lekko
drży. Zacisnęłam ze złością zęby, biorąc głęboki oddech.
Czas
na moje pierwsze i ostatnie, aktorskie 5 minut.
Gdy
ruszyłam przed siebie, wychodząc zza zakrętu, kątem oka dostrzegłam jeszcze
krzepiące kiwnięcie głową, które posłał mi Matsuki. Uśmiechnęłam się krzywo do
siebie, starając się przybrać znudzoną minę. Miałam sprawiać wrażenie zmęczona
czekaniem w tych tunelach, nie oczekując na żaden atak, a gdy ich dostrzegę,
udać przerażenie i uciekać, krzycząc jakieś ostrzeżenia do ‘’moich ludzi’’
(czyli tylko Matsukiego), zmuszając by Jishin pobiegł za mną.
Kaszka
z mleczkiem.
Stanęłam
po środku tunelu, opierając nonszalancko dłoń na biodrze. Ścieki były bardzo
słabo oświetlone i poprzecinane licznymi skrętami, więc mogli wybiec z każdej
strony. Zmrużyłam oczy, starając się namierzyć skąd dochodzi chlupotanie. I
wtedy z prawej strony wybiegły pierwsze osoby.
Nawet
nie musiałam udawać strachu.
Wzdrygnęłam
się tak bardzo, że prawie odskoczyłam do tyłu. Rozszerzyłam oczy z
oszołomienia, a z mojej twarzy odpłynęła krew. Nie mogłam się ruszyć, jedynie
patrzyłam na pierwszą linię oddziału.
Takahiro
i Takahide, rudych bliźniaków, którzy swoją drogą prawie mnie zabili 2 miesiące
temu, rozpoznałam od razu. Mieli zdeterminowany wzrok, ale nie to wprawiło mnie
w taki popłoch. Pomiędzy nimi biegł mężczyzna, na oko bardzo młody. Brązowe włosy
miał ścięte ‘na jeża’, ale to jego oczy tak na mnie podziałały. Czarne jak
węgiel i równie mroczne.
Gdy
zbliżyli się już niebezpiecznie blisko, odzyskałam zdolność jasnego myślenia.
Zawróciłam gwałtownie, wrzeszcząc ile sił w płucach:
-
NADCHODZĄ!!! Wszyscy na miejsca!!!
Mój
głos niósł się jeszcze echem, gdy prawie wpadłam na Matsukiego. Odskoczyłam od
niego jak oparzona, ale chłopak myślał bardziej niż ja. Chwycił mnie za
nadgarstek, od razu zmuszając do biegu.
-
Wolniej się nie dało? – syknął, trochę zdenerwowany.
-
Odczep się. Tak jakby… - zawahałam się, nie wiedząc jak ująć to uczucie. – Zła
aura ich otacza. Taka sama jak u Ryujiego.
Brązowowłosy
pokręcił głową, skręcając w lewą odnogę ścieków, w tym samym momencie, w którym
oddział Jishin wbiegł we wcześniejszą uliczkę. Wysłał krótką wiadomość i
przyśpieszył.
Uspokoiliśmy
się trochę, gdy wrogowie byli dalej niż przypuszczaliśmy. Plan jak na razie
szedł bez zarzutu, a my nawet nie musieliśmy wyciągać broni.
Tylko,
że po kilku minutach już tak różowo nie było.
Skręciliśmy
kilkunasty raz z rzędu, a Matsuki mruknął jakieś przekleństwo pod nosem.
Intuicja szepnęła mi, że to nie jest dobry znak. Raczej bardzo, ale to bardzo
zły. Spojrzałam na niego z ukosa, przygryzając wargę ze zdenerwowania. Przeczuwałam
co się stało, ale wolałam nie denerwować bardziej chłopaka.
W
pewnym momencie gwałtownie stanął i spojrzał z obawą za nas. Zmarnował kilka
cennych sekund, bijąc się z myślami, po czym znów pociągnął mnie za ramię,
zawracając w inną uliczkę. Wzięłam głęboki oddech.
-
Zgubiliśmy się, prawda? – wyszeptałam.
Zabójca
nie odpowiedział.
-
Prawda? – powtórzyłam z naciskiem.
-
Cholera jasna! – jęknął tylko, co potwierdziło moje obawy.
Obejrzałam
się mimowolnie za siebie. Na razie nie było tak źle. Mieliśmy jeszcze kilka
minut nim chemikalia rozprowadzą się po tym odcinku ścieków, a Jishin znajdował
się w znacznej odległości od nas. Możemy ich jeszcze zwodzić przez odpowiedni
czas i plan zakończy się sukcesem.
Gorzej
z naszą przyszłością. Czy raczej jej brakiem.
-
Rozdzielmy się. – powiedziałam zdecydowanie.
Matsuki
aż się zatrzymał i spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Też
patrzyłam się na te tunele, więc w miarę wiem, jak idzie ich układ.
-
Nie mamy zielonego pojęcia, gdzie jesteśmy! – warknął na mnie.
-
Jeśli pobiegną za mną, będziesz miał czas na ogarnięcie mapy.
- A
jeśli nie? – zauważył ponuro.
-
Będzie to lepsze niż błądzenie bez planu. – wzruszyłam ramionami.
Matsuki
pokręcił głową, zamyślając się na chwilę. Czekałam w ciszy, nie ośmielając się
nawet poruszyć. Chłopak spojrzał na mnie z cieniem przekonania, choć na mojej
twarzy była konsternacja. Coś mi nie pasowało.
-
No dobra, Ichigo… Tylko dopiero jak dotrzemy do głównego… - zaczął, ale
przyjrzał mi się dokładnie. – O co chodzi?
-
Słyszysz? – zapytałam, czując jak moje serce zamiera. Spojrzałam na niego z
paniką w oczach, ale on nie wiedział o co mi chodzi.
-
Ale niby co? Przecież jest… - ucichł mimowolnie.
-
Cicho… - dokończyłam, przełykając głośno ślinę.
Zerwaliśmy
się w tej samej sekundzie, biegnąc na oślep przed siebie. Instynkt nie
podpowiadał mi, że oni nas zgubili – wręcz przeciwnie, byłam pewna, że my
zgubiliśmy ich.
Po
kilku zakrętach dostrzegłam znikome oświetlenie. Główny tunel.
-
Nadal się rozdzielamy. – przypomniałam mu cicho. Kiwnął z niechęcią głową, ale
spojrzałam na niego pewnie. Przynajmniej próbowałam.
Znaleźliśmy
się po kostki w wodzie, która na całe szczęście nie cuchnęła bardziej niż
zwykle. Może kwasy mnie nie zeżrą. Przebiegliśmy trochę, a ja zastanawiałam
się, który tunel na ich miejscu bym wybrała.
I
wtedy poczułam to.
Uczucie,
na które nie ma nazwy. Może to i lepiej. Gdyby miało nazwę, stałoby się…
pospolitsze. Ten rodzaj emocji, które odczuwa się w najgorszej sytuacji.
Czujesz podświadomie tę gwałtowność, żądzę krwi, ale wiesz, że musisz walczyć,
nie mając nawet najmniejszej szansy. Choć mimo to pozostajesz spokojny.
Cały
oddział zatrzymał się, gdy nas zobaczył. Na twarzy tego mężczyzny – teraz
widziałam, że nie był Japończykiem – widniało ogromne zdziwienie, ale szybko
zebrał myśli i roześmiał się głośno.
-
Panie i panowie, nabrali nas! – obejrzał się po tłumie. – Matsuki, weź ty mi,
chłopie, powiedz, co ty wyrabiasz? – jego głos był niski, zakradł się w nim
cień znudzenia i jakby zrezygnowania.
-
Oddycham, Camilo-san. – prychnął brązowowłosy, rozglądając się w kontrolowanej
panice po tunelu. – A ciebie co sprowadza? Szukasz może oddziału Kaminari? Bo
pobiegł w tamtą stronę. – rzucił całkowicie poważnie, wskazując na jakiś tunel.
Gdyby sytuacja nie była tak zła, roześmiałabym się.
-
Nie jestem, aż takim idiotą – zaśmiał się Camilo, jakby urażony.
Popatrzyłam
na niego ze znudzeniem. Czy każdy z Jishin lubi tak gadać?
Złapałam
kątem oka wzrok Matsukiego. Kiwnął niezauważalnie głową i zrobił coś totalnie
bezsensownego – rzucił się na wrogów. A ja od razu do niego dołączyłam.
Gdy
zabójcy z Kaminari w końcu opuścili płonący budynek, za nimi posypały się
sklepienia w środku. Obejrzeli się za siebie, a na ich ustach pojawiły się
zdenerwowane, ale również cwane uśmieszki.
Suzuki
jako jedyny to zignorował, rozglądając się po ulicy, coraz bardziej marszcząc
brwi.
-
Ejo… - zaczął z wahaniem. – A gdzie się podział Jishin?
Natsu
drgnął i rozejrzał się gwałtownie, zatrzymując wzrok na dłużej tylko przy
ludziach. Ktoś leżał w rogu, ktoś przy nim klękał. W oddali kręciły się jeszcze
3 osoby. I w sumie to tyle. Ulica wymarła.
-
Jasny gwint. – burknął. – To wszystko nasi.
-
Jakoś mam do tego złe przeczucia. – stwierdziła Ayako. – Może się wycofują na
jakiś czas? W końcu mają duże straty w ludziach…
Taki
spojrzał na nią z obawą. Zbyt dobrze znał jej wrażliwą naturę, by całkowicie
zaufać spokojowi jej głosu i skupienia w szaro-zielonych oczach. Z zaskoczeniem
też stwierdził, że cały czas trzyma jej dłoń.
-
Może… Ale i tak to źle dla nas. – przytaknął jej Natsu. – To jedna z
największych ulic, a nikogo tu nie ma. Ktoś w ogóle widzi gdzieś naszych
liderów?
Pokręcili
przecząco głowami.
Natsu
westchnął głęboko i kazał im odpocząć gdzieś w okolicy. Sam objął dowodzenie
nad ich ‘’zespołem’’. Podbiegł do dwójki najbliżej znajdujących się osób i
pomógł przenieść ich bliżej nich. Ranny mężczyzna miał rozległe, cięte rany i
prowizoryczne bandaże z koszuli ledwo dawały sobie radę z krwotokiem.
-
Trzeba zanieść go do Ryutaro – skwitował od razu Suzuki, kładąc towarzysza na
ławeczce. – I to szybko.
-
Wiem, Suzuki. Tylko muszę się oddelegować, a Koichi gdzieś zniknął. –
powiedział Gou, siadając ze stęknięciem na ziemi. Był cały we krwi i siniakach.
-
To wiemy. – przytaknął Taki. – Ruszył z Junem na odsiecz drugiego oddziału
strzelniczego. A komu przekazał tymczasowe dowodzenie?
-
Chyba Kotaro Hondzie, ale nie jestem pewny. – Gou zamyślił się na chwilę.
Natsu
tylko wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer mężczyzny. Kotaro odebrał po kilku
sygnałach.
-
Kotaro, masz może teraz oddział Koichiego pod dowodzeniem? – rzucił na
powitanie. Zamilkł od razu, słuchając szybkiego wywodu mężczyzny. – Masz przy
sobie 7 osób? Dobra, przy mnie jest reszta. Gdzie jesteście? – spytał, a gdy
usłyszał nazwę ulicy, uśmiechnął się ulgą. – Dobra, to niedaleko. Zgrupujmy się
tutaj. Najwyraźniej się trochę uspokoiło. – dodał na koniec i rozłączył się.
Oddział
siedmiu osób wybiegł zza odległego
zakrętu po kilkunastu minutach. Ayako mimowolnie odetchnęła z ulgą. Na razie
straty były trudne do ocenienia, ale nie prezentowały się tragicznie. Cały
oddział Koichiego żył, tylko jedna osoba jest ciężej ranna. Z jej oddziału
zginął Kato. Choć było to okropne i tak cieszyła się, że widzi znajome twarze –
mimo, że wszyscy byli okrwawieni i brudni, to i tak na ich ustach błąkały się
kpiące uśmieszki, charakterystyczne dla tego typu sytuacji.
Taki
spojrzał na nią bardziej przeciągle i odciągnął po chwili od reszty. Natsu
zaczął dyskutować o czymś z Kotaro, a Suzuki od czasu do czasu coś wtrącał,
więc nie widział sensu by przeszkadzać im w dalszych ustaleniach.
-
Wszystko gra? – spytał się jej.
Ayako
przekrzywiła pytająco głowę, a jej długie, brązowe włosy, splecione w warkocza,
opadły na jedno ramię. Pod wpływem intensywnego spojrzenia jego szarych oczu,
spuściła na chwilę wzrok, a po jej twarzy przemknął cień. Zapanowało napięte
milczenie, które w końcu przerwała Ayako. Brązowowłosa uniosła pewnie głowę,
uśmiechając się troskliwie do blondyna.
-
Taki. – wypowiedziała cicho jego imię. – Jestem silna. Naprawdę silna. I wiem,
że jesteś ode mnie silniejszy, ale dam sobie radę… - widząc wahanie w jego
oczach, chwyciła jego dłonie. – Przetrwam to. W końcu obiecałam. – spojrzała mu
głęboko w oczy, zmuszając by potraktował to co mówi poważniej. – Oboje
obiecaliśmy.
Mierzyła
go jeszcze przez chwilę zdeterminowanymi, zielonymi oczami, z których na chwilę
zniknęła szarość. Taki miał wrażenie, że lśnią tak samo jak w te wszystkie
wcześniejsze dni, które posiadały dozę beztroski. Dlatego, gdy Ayako traci
swoją powagę i wyszczerza się do niego optymistycznie, chłopak poczuł ukłucie w
sercu.
Jednak
usłyszał swoje imię, tak wielokrotnie wypowiadane przez dziewczynę, z różnymi
emocjami, w różnych sytuacjach, w różnych miejscach, że spojrzał na to z trochę
innej strony. Po prostu dodał to wspomnienie do setki innych i uśmiechnął się
swoim delikatnym uśmiechem, nadal posiadającym część wcześniejszej
nieśmiałości.
Wschodzące
słońce przedzierało się przez wysokie budynki, nadając wszystkiemu cieplejszych
barw. Taki pozwolił pomyśleć sobie, że to wszystko zakończy się dobrze, a on
będzie miał możliwość widzieć towarzyszów w takim samym składzie. Że wszystko
wróci do normalnego biegu.
Uśmiechnął
się do niej zaczepnie, spoglądając znad oprawek okularów.
-
Ale nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.
Ayako
przyjęła wyzwanie, szturchając go mocno w pierś. Chciała nawet rzucić jakąś
błyskotliwą ripostę, ale Suzuki coś wykrzyknął wymachując rękoma. Oboje
drgnęli, przeczuwając najgorsze. Dziewczyna, mając lepszy wzrok, szybciej ich
rozpoznała. Odetchnęła ulgą.
-
To Jun i Koichi. – wytłumaczyła, uśmiechając się pod nosem. – Chodźmy. –
zarządziła, ciągnąc go za rękaw.
Podeszli
do swoich towarzyszy, którzy klepali się po plecach i przybijali piątki, widząc
przyjaciół z oddziału Juna. Teraz na niewielkim placu gromadziło się ponad 25
osób, a wokół panowała typowo przyjacielska atmosfera.
Jednak
Ayako od razu wyczuła gorszy humor liderów, którzy owszem witali się, ale z mniejszą
ekspresywnością, która może i pasowała w miarę do Juna, tak Koichi wyglądał na
kogoś z depresją.
Dziewczyna
przeciągnęła Takiego przez tłum i stanęła przy zabójcach, patrząc się na nich
wyczekująco. Rozmawiali oni o czymś z Natsu szeptem, a gdy ich zobaczyli
umilkli. Ayako zmarszczyła czoło, łypiąc to na Koichiego, to na Juna. Mężczyźni
bardzo skrupulatnie unikali kontaktu wzrokowego, jakby smutniejąc. Jedynie
Natsu podjął się wyzwania rozmowy.
-
Ayako… - zaczął delikatnie, ale szybko stracił wątek i zamilkł, spuszczając
wzrok. Dziewczyna przekrzywiła głowę, ale szybko zrozumiała o co chodzi.
-
Nie… - szepnęła tylko, blednąc mimowolnie.
-
Co się… - zaczął Taki, patrząc się pytająco po przyjaciołach.
Ayako
rozejrzała się gwałtownie po ludziach, rozpaczliwie usiłując kogoś dojrzeć. W
końcu tylko spojrzała ze zrozumieniem i smutkiem na Koichiego, oczekując
jakichś wyjaśnień. Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi i westchnął smutno.
-
Byli już martwi jak dotarliśmy. Zaatakowali ich 3-krotkną przewagą liczebną. –
powiedział tylko, a dziewczyna kiwnęła flegmatycznie głową.
Zapadła
na chwilę cisza, ale Jun szybko ją przerwał.
-
Nie chcę być nie czuły… Nie mamy za bardzo czasu. – spojrzał na Koichiego. –
Jishin całkowicie wycofał się z Zachodniej części, a Mako nie odpowiada.
-
Coś mi tu nie gra. – warknął Koichi. – Cholera jasna! Bez mózgu Meijiego nic
nie zrobimy! – jęknął, zatapiając dłonie we włosach. – Jak pomyślę o ilości
rozwiązań tej sytuacji czacha mi dymi!
-
Nigdy nie byłeś zbyt błyskotliwy… - zauważył cicho Jun, a kpiący uśmieszek
wpełzł na jego usta. Brązowowłosy puścił docinkę mimo uszu.
-
Próbowałeś kontaktować się z Meijim?
-
Tak. – Jun westchnął. – Powiedział, że powinniśmy się zebrać i przegrupować.
Nie uważa, że Jishin chce nas zmylić – stracili swoje ‘’mięso armatnie’’ w
pierwszej bitwie, więc zostali mordercy z prawdziwego zdarzenia. Kazał nie
podejmować żadnych kroków bez rozkazów dowództwa.
-
Cholera jasna. Nie było innych chętnych do szukania ich strategów? – mruknął
pod nosem Koichi. – Dobra, łącz się z Mikuru. O ile te stare gruchoty im
jeszcze działają.
Blondyn
wyciągnął z kieszeni odbiornik i ustawił na odpowiednią stację. Przez dłuższy
okres czasu słyszeli jedynie szum.
-
Jeśli to przeżyjemy… - burknął Natsu. – To osobiście zorganizuję akcję
oddawania kasy za misje na sprzęt.
Cięłam
od góry, zamierzając się na jednego z mężczyzn. Od razu zdałam sobie sprawę, że
sparuje mój cios, więc gdy ostrze uderzyło o jego miecz, przeniosłam ciężar na
lewą nogę, a drugą uniosłam w powietrze. Kopnęłam z całej siły w przeciwnika
stojącego za mną. Zaskoczyłam go, a wysoko uniesiona katana opadła z brzękiem
na ziemię.
-
Dobra. – pochwalił się, gdy facet zakrztusił się od uderzenia i zaczął się
odczołgiwać ode mnie.
Chwyciłam
klingę obiema rękami i zarysowałam duży łuk, obracając się do innych
przeciwników. Naddarłam komuś kurtkę, wcześniejszy zabójca ponownie sparował
cios. Ustawił odpowiednio miecz, tak że musiałam się z nim chwilę posiłować.
Spojrzałam
kątem oka w stronę Matsukiego. Mako zawsze powtarzała mi, że rozglądanie się to
najgorsza rzecz jaką robię podczas sparingu, ale niepokoiła mnie myśl, że
chłopak zginie i zostanę tu sama.
Odskoczyłam
od faceta, gdy dostrzegłam, że napina mięśnie, gotowy do pchnięcia. Jego ostrze
trafiło w pustkę, a ja wykorzystałam to. Przeszyłam go błyskawicznie mieczem,
od razu wyciągając ostrze, gdy rozpaczliwie usiłował odzyskać równowagę. W
ułamku sekundy wytrąciłam mu broń z dłoni i kopnęłam z pierś, posyłając go na
innych ludzi. Zachwiali się i, oszołomieni martwym towarzyszem, przewrócili się
na ziemię.
Szczerze,
miałam nadzieję, że pozwoli to na zbliżenie się do Matsukiego, ale ludzie mnie
zalewali. Nie atakowali wszyscy na raz, bojąc się, że sami siebie pozabijają,
ale gdy obezwładniłam na chwilę jednego, drugi i trzeci od razu atakował.
Oddział
nas rozdzielił – walczyłam w tłumie, ale to Matsuki miał gorzej. Dostrzegłam,
że nadal jest w całości, choć z wysiłkiem utrzymuje tempo Camilo. Co jakiś czas
musiał parować cios kogoś innego, przez co serce zamierało mi na ułamki
sekundy, gdy rozproszony o włos omijał miecz Camilo.
Dziwiło
mnie tylko to, że nie widzę Takahiro i Takahide. Jeśli oni oddalili się by
powiadomić o naszym podstępie, to koniec.
Dostrzegłam
szasnę na kolejną ofiarę. Młoda kobieta, nie zbyt zaprzyjaźniona z walką,
mierzyła się na mnie z krzykiem. Cięła z góry, ale jej ruchy były niezgrabne.
Zbliżyłam się błyskawicznie, tnąc od dołu, prawie kucając. Zawahała się ze
swoim ciosem, widząc moje puste oczy.
Trafiłam ją idealnie, rozcinając brzuch, a ona z wrzaskiem padła na ziemię.
Ludzie
wokół mnie ponownie zamarli, a ja szybko starłam krew z twarzy, wiedząc, że nie
mam czasu na cackanie się z tym. Byłam cała we krwi, a ostrze lśniło
czerwienią. Rozejrzałam się póki mogłam i mignęła mi ruda czupryna.
-
Są. – mruknęłam.
Wykorzystałam
chwilowe rozkojarzenie, mimo, że przeciwnicy znów zaczęli nacierać. Przebijając
się przez ścianę ludzi, rozcięłam do kości ramię facetowi, a krew rozbryzgała
się wokół.
Bezszelestnie
stanęłam za Takahiro <ewentualnie Takahide> i robiąc krok do tyłu, zamierzyłam się do ciosu. Uśmiechnęłam się,
mając nadzieję, że nie okaże się, że rudy ma za szósty zmysł niezwykłą
szybkość.
-
PLECY!!! – wydarł się ktoś, co dało mu wystarczająco dużo czasu, by obrócił się
i odsunąć się o te kilka cennych centymetrów.
Poczułam
narastającą panikę, jeszcze przed zakończeniem wyprowadzania ciosu. Siła jaką
wprowadziłam w uderzenie, pociągnęła mnie za nim, ale mężczyzna nie rozpoznaje
mnie od razu. Miałam wystarczająco czasu by wyhamować i obrócić się.
-
Dobry. Dawno się nie widzieliśmy. – uśmiecham się szelmowsko.
Zabójca
unosi wysoko brwi do góry, po chwili odpowiada tym samym uśmiechem. Wyciąga z
kabury miecz.
-
Widzę, że przeżyłaś, Kanegawa-chan. – dodał tylko.
Spojrzałam
wilkiem za przeciwników gromadzących się za jego plecami. Rudy najwyraźniej
wiedział o co mi chodzi i dał im znak by trzymali się z dala od nas. Przeszedł
mnie dreszcz, na myśl o walce jeden na jednego.
Szkoda,
że nie wiedziałam, który to bliźniak.
Cięłam
od dołu, ale facet od razu sparował uderzenie. Przejął inicjatywę i zaczął
wyprowadzać szybkie ciosy z lewej i prawej. Syczałam przy każdym odparowaniu,
bo bliźniacy słynęli ze swojej zapaśniczej siły. I wcale się nie dziwię.
Dostrzegłam
okazję w strumieniu ciosów. Wyprowadziłam ostatni typ pchnięcia, który zdążyła
mi pokazać Mako. Ostrze przecięło płasko powietrze, a miecz faceta odbił się od
niego z brzękiem. Przyciągnął go szybko do siebie, parując cios przed wbiciem
się w jego brzuch. Skrzywił się przy tym z bólu, garbiąc nieznacznie.
I
wtedy dotarło do mnie o co chodziło w tej tajemniczej gadce Matsukiego, o mojej
rzekomej mądrości i gorszych umiejętnościach. Jakby, kurwa, nie mógł od razu o
obserwowaniu przeciwnika powiedzieć.
Zaatakowałam
trochę spokojniej, chcąc się czegoś upewnić. Sparował od niechcenia kilka
ciosów, a gdy zaatakowałam z całą swoją siłą, kierując uderzenie na jego pierś,
skrzywił się znowu.
Ledwo powstrzymałam chytry uśmieszek.
Miałam
do czynienia z Takahide. 2 miesiące temu rozcięłam mu lekko brzuch, a tam rany
goją się wyjątkowo długo i niefajnie. Sama do teraz odczuwam ból i to nie tylko
w tych okolicach. To wyjaśnia grymasy bólu na twarzy zabójcy.
Zaryzykowałam
i zrobiłam coś nieoczekiwanego. Prześlizgnęłam się pod jego nogami, zrywając
się od razu na nogi. Ociekałam wodą, a cały trik nie był wykonany błyskawicznie
– ale oto chodziło. Takahide zdążył się obrócić, lecz od razu spotkał się z
moją nogą.
Czas
na chwilę zwolnił. Widziałam jak wyskakuję w powietrze, układam stopę do
kopnięcia. Dostrzegłam nawet zmieniający się wyraz twarzy Takahide. Szybkość
wróciła gdy trafiłam go w brzuch, odrzucając na kilka metrów.
-
To było niezłe, Ichigo. – mruknęłam do siebie, lądując gładko.
Skoczyłam
na ciało faceta, który nie mógł zaczerpnąć powietrza z bólu. Przyłożyłam mu
ostrze do gardła, uśmiechając się. Choć wiedziałam, że nie mam za dużo czasu.
-
No, Takahide-san… - rzucił przymilnym głosem, po chwili posyłając mu mordercze
spojrzenie. – Gdzie jest twój brat?
-
Jeśli chcesz zapobiec przecieku informacji to za późno. – uśmiechnął się z
trudem, kierując wzrok w bok.
I
wtedy popełniłam ten błąd co zwykle.
Powędrowałam
wzrokiem za jego spojrzeniem i dostrzegłam dobiegającego do Matsukiego
Takahiro. Jeśli brązowowłosy ‘’radził’’ sobie z Camilo, tak z kolejnym silnym
przeciwnikiem nie da sobie rady. A wśród tego najgorsze jest to, że Igarashi
już wie i zapewne przegrupuje całkowicie swoje oddziały – choć nie rozumiem
dlaczego, jestem tego pewna. Zarejestrowałam te informacje w zaledwie 2
sekundy, ale to wystarczyło.
-
Arg!!! – z głośnym warknięciem Takahide zrzucił mnie z siebie, ale miesiące
treningu pozwoliły mi zachować równowagę.
Ścisnęłam
mocniej rękojeść, analizując sytuację.
Jeśli teraz go zaatakuję,
reszta do niego dołączy. Matsuki zapewne zginie i wtedy ja… Chwila. Rozszerzyłam szerzej oczy. Śmierdzi. Powąchałam bardziej i z trudem
zachowałam tą samą zdeterminowaną minę co wcześniej. Chemikalia zaczynały już
docierać.
Uśmiechnęłam
się do niego krótko i rzuciłam się w stronę Matsukiego.
Brązowowłosy
był zrezygnowany. Parował z pustką w oczach ciosy Camilo, wiedząc, że za chwilę
otrzyma ostateczne uderzenie w plecy i tym samym, że jeśli się odwróci to
Camilo go zabije.
Impet
z jakim wpadłam na Takahiro zaskoczył go. Mężczyzna przebiegł bokiem kilka
kroków, a potem upadł z pluskiem na ziemię, szczerze zdziwiony. Dwójka
walczących również zamarła na chwilę, nie dowierzając własnym oczom.
Nie
dziwię się im.
Stałam
tam pochylona, ciężko dysząc. Moje rozpuszczone, czarne włosy były mokre od
wody w kanałach i pozlepiane częściowo krwią. Czerwień splamiła całkowicie moje
dłonie i porozmazywała się na twarzy. Ubrania nawet nie nadawały się do
odratowania. Wyglądałam na psychopatkę.
Spojrzałam
w żądzą mordu na Camilo.
-
Teraz, Matsuki! – krzyknęłam, rzucając się na Camilo.
Zabójca
sparował mój cios, mrucząc coś w obcym języku pod nosem. Nie zrozumiałam ani
słowa, ale to na pewno były przekleństwa. Gdy zrozumiałam, że go zdenerwowałam,
uśmiechnęłam się przebiegle, z zadowoleniem.
-
Ty mała… - warknął już po japońsku.
-
Ichigo Kanegawa, mi również miło… - uśmiechnęłam się. Moje ruchy mogły być
spowalniane przez mokre ciuchy, ale Matsuki widział szansę na ucieczkę. Zaszedł
go błyskawicznie od tyłu i od razu podciął.
-
Kurwa!!! – wykrzyknął, gdy runął na ziemię.
Zamierzałam
się już by go zabić, ale Matsuki chwycił mnie za ramię, zmuszając do biegu.
Spojrzałam na niego z pretensjami, ale on nawet na mnie nie patrzył.
-
Nie teraz. Wykorzystujemy zamieszanie! – rzucił przez ramię.
W
sumie miał rację. Ludzie dopiero teraz zdali sobie sprawę z obrotu sytuacji.
Wszystko odegrało się w zaledwie kilka sekund. A Matsuki najwyraźniej rozpoznał
miejsce, w którym byliśmy. Biegliśmy bardzo szybko, nie zważając na głośność
naszej ucieczki.
Gdy
zobaczyłam drabinkę, ciężar spadł z mojego serca, mimo że nadal sytuacja nie
przedstawiała się zbyt wesoło. Chłopak chwycił mnie w pasie i praktycznie
postawił w połowie szczebelków.
-
Kobiety przodem. – rzucił tylko. – Pośpiesz się.
Zaśmiałam
się i zaczęłam się wspinać.
Meiji,
Miyako i Miyoko zatrzymali się gwałtownie. Mężczyzna od dłuższego czasu
kontaktował się z przez odbiorniki, ale nic nie mówił między przerwami, więc
dziewczyny niezbyt ogarniały sytuację.
-
Cholera jasna. – skwitował Meiji, gdy skończył rozmowę. – Musimy wracać.
-
Co się dzieje?
-
Jishin wycofał się z Zachodniej części miasta. A tam, najwyraźniej są same
tumany, które nie potrafią nic wymyślić. Mikuru ma się jeszcze odezwać, gdy uda
się jej skontaktować z Mako, ale i tak musimy wracać! – wyrzucił wściekle
dłonie w powietrze. – A jesteśmy o krok od nich! Czuję to!
Siostry
spojrzały po sobie i wybuchły ponurym śmiechem. Czarnowłosy zmroził ich
spojrzeniem, ale po chwili zastygł w bezruchu i rzucił się do przodu.
Zabójczynie wzdrygnęły się, ale Meiji kucnął przy jakiejś zwiniętej kartce i
zaczął klnąc jak szewc.
Może
to był tylko zbieg okoliczności albo zdolność obserwacji zabójcy, ale ta kulka
papieru okazała się niezwykle ważna. Meiji przeczytał ją szybko, po czym, z
kamienną twarzą, stanął na nogi i podał ją dziewczynom.
-
Czytajcie. – mruknął tylko, chowając twarz w dłonie i chichotając psychicznie
pod nosem.
-
Czy to jest… - zaczęła spokojnie Miyako, ale gwałtownie urwała. – NO NIE!
-
Meiji… Powiedz, że nie…
-
Ahahahahahahaha!!! – wybuchł niepochamowanym śmiechem. – Cały czas byli o krok
przed nami! Obserwowali nas z drapaczy chmur i mieli wystarczająco czasu, by
przenieść się do kolejnego, gdy zbytnio się zbliżyliśmy. – wytłumaczył, a z
każdym kolejnym słowem wkradała się coraz większa wściekłość.
-
Nie mamy pewności, że akurat byli w wieżowcach… - zaczęła Miyako, ale Meiji
machnął na nią dłonią, pochmurniejąc. Wskazał palcem na szkice.
-
Są robione z perspektywy, a tylko Kijuro umie rysować. Widzisz, rzuty są jakby
z góry… - westchnął głęboko. – No dobra. Wracamy.
Mężczyzna
obrócił się i skierował w stronę organizacji. Siostry spojrzały po sobie
niepewnie.
-
Ale skoro mamy jakiś trop, to czy nie lepiej… nie wiem, poszukać ich? – spytała
Miyako. – Szkoda byłoby ich zgubić…
Meiji
zatrzymał się na chwilę, jakby zastanawiając się nad czymś. Po chwili tylko
obrócił się w ich stronę i posłał przebiegły uśmiech.
-
Spokojnie. Mam już plan jak ich znajdę ponownie. – znów ruszył przed siebie,
ale tym razem dziewczyny do niego dołączyły. – Tylko będę potrzebował
transportu.
Rudowłosa
skrzyżowała kolejny raz ostrze z dowódcą oddziału Jishin. Hisaki Ushiba kręcił
się po całej ulicy, nigdy nie pragnąc zakończyć sporu. Przyjmował raczej
taktykę partyzancką. Z Mako walczył najdłużej, ale to dlatego, że była zaciętą przeciwniczką. Tak to pomagał
swoim ludziom w walce, atakując zabójców z Kaminari od tyłu, dopóki znów nie
zaatakowała go kobieta.
-
Uparta jesteś, wiesz? – jęknął mężczyzna, odrzucając miodowe włosy do tyłu.
Błysnął na nią turkusowymi oczami, w których kryła się irytacja.
Mako
nie odpowiedziała. Zaczęła wyprowadzać swoją zabójczo szybką kombinację ciosów,
ale Hisaki był wytrawnym szermierzem. Parował każdy cios, choć powoli zaczynał
zwalniać.
Kobieta
dostrzegała to, cały czas powtarzając sobie, że ona nie może się zmęczyć.
Stracili już 3 ludzi, nie licząc oddziału strzelniczego. Mogła i dziesiątkować
wrogi oddział, ale reszta nie była w stanie sprostać takiej przewadze.
Zwłaszcza, że przypadało po 3 osoby na głowę.
Hisaki
spróbował się wymknąć, ale zastąpiła mu drogę, tnąc od razu od dołu. Mężczyzna
odepchnął uderzenie, choć na usta cisnęły mu się przekleństwa. Mako była
ostatnią osobą, z którą chciano walczyć w pojedynkę. Szybka, zwinna i
bezlitosna.
Znalazła
się przy nim w ułamku sekundy. Uderzyła w jego ramię z wykopu, ale facet zdążył
unieść ręce do bloku. Siła i precyzja uderzenia sprawiły, że przewrócił się i
przejechał ramieniem po asfalcie kilka metrów, zostawiając za sobą krwawe
ślady.
Mako
nie czekała nawet sekundy. Wybiła się wysoko w powietrze, trzymając nad sobą
miecz. Wycelowała idealnie w serce wroga, ale Hisaki zdążył się przeturlać
obok. Rudowłosa od razu wyciągnęła klingę z ziemi, atakując podnoszącego się
mężczyznę.
-
Cholera! – warknął, odpierając cios. Siła przewróciła go z klęczek, znów na
plecy, a nim zdążył wziąć oddech, kolano kobiety go przydusiło. Rudowłosa
przyłożyła mu ostrze do gardła.
-
Dobranoc. – powiedziała beznamiętnie i już miała poderżnąć mu gardło, gdy rozległ
się dzwonek telefonu.
Wybiło
ich to oboje z rytmu, a Hisaki wykorzystał to by zawołać podwładnych. Nim Mako
znów ułożyła odpowiednio miecz, musiała wstać i walczyć z szarymi ludźmi. Widać
było, że nie są ani trochę pewni, że to przeżyją.
Hisaki
tym czasem podniósł się na nogi i upewnił się, że nikt go nie zaatakuje. Mako z
chłodną irytacją też to zauważyła. Wszyscy najsilniejsi z jej oddziału walczyli
z kilkoma przeciwnikami na raz. Zauważyła kątem oka, że jasnowłosy odbiera
telefon i dostrzegła tu swoją szansę.
Zakręciła
mieczem kilka kół w powietrzy, sprawiając, że wrogowie odsunęli się od niej na
kilka metrów. Mogła załatwić ich w kilka sekund, ale byli jeszcze jej
potrzebni. Wbiła zielone oczy w Hisakiego, starając się czytać z ruchu warg.
-
Słucham szefie… - rzucił na powitanie, ale od razu skrzywił się, słysząc głos
Igarashiego. – A czemu mamy się wycofać?
Zabójcy
z Jishinu najwyraźniej zdenerwowali się ignorancją Mako, ale kobieta nadal
postrzegała ich jak natrętne owady, krążące wokół niej. Zdołała jeszcze
usłyszeć coś o zatrzymaniu 2 innych oddziałów i przegrupowaniu. Informacje
jednak były niejasne. Jeden oddział był opóźniany przez Tokajiego, ale gdzie
miałby być ten kolejny?
Hisaki
skończył rozmowę i spojrzał kpiąco na Mako. W jego turkusowych oczach kryła się
litość, na widok wciąż walczącej kobiety. Rudowłosa poczuła nagły przypływ
nienawiści – jednego z niewielu uczuć, które nauczona została odczuwać.
Czas
spowolnił. Zamknęła oczy, widząc oczyma duszy trzech przeciwników wokół siebie.
Ustawiła ostrze poziomo, biorąc głęboki wdech i otworzyła puste, zielone oczy,
pozwalając by instynkt mordercy poprowadził jej ruchy.
Ruszyła
na tego naprzeciw jej. Wbiła w sekundzie miecz w jego serce, a wyciągając
ostrze, cisnęła jego ciałem o ziemię. Obróciła się w prawo, tnąc gwałtownie i
wysoko. Miecz prześlizgnął się po szyi kobiety, która nie zdążyła nawet
zareagować, gdy jej głowa opadła na ziemię. Następnie rudowłosa podskoczyła i z
półobrotu uderzyła w twarz ostatniego przeciwnika, który nawet nie próbował
walczyć. Huknął głową o ziemię, tracąc przytomność, a chwilę później został
przeszyty ostrzem.
Hisaki
wypuścił telefon z dłoni. Mako podniosła na niego wzrok, w którym nie było
widać cienia złości, czy nienawiści. Choć nosiła te uczucia teraz w sercu, nic
nie było po niej widać. Lodowata pusta i obojętność.
Kobieta
spojrzała na swoje ostrze, splamione krwią.
Znów to samo.
Mroczne
wspomnienia pojawiały się, gdy zamykała powieki. Zignorowała to jednak, tak jak
uczyła ją matka i spojrzała na Hisakiego.
-
MAKO!!! – usłyszała wrzask Shiori Sandy, jednej z weteranek. – NA PIĄTEJ!!!
Kobieta,
słysząc przerażenie i desperację w jej głosie, darowała sobie atak Hisakiego,
obracając się gwałtownie. Myślała, że nie da się już niczym zaskoczyć, ale
teraz stanęła jak wryta.
-
CHOLERA!!!! – to był krzyk Keizo Iwasakiego. – KEI, ZWIEWAMY!!!
Mako
patrzyła się na biegnące 2 oddziały Jishinu, które zapewne walczyły w
zachodniej części. Rudowłosą zabolało serce.
Czy to znaczy, że nasi
przegrali?
Obejrzała
się na Hisakiego, który zaczął biec w przeciwnym kierunku. Krzyczał coś do
swoich ludzi, którzy ze zdziwieniem kończyli starcia z zabójcami z Kaminari i
biegli za swoim liderem. Mako drgnęła, a jej umysł się rozjaśnił.
-
Wszyscy z drogi!!! Chować się po uliczkach!!! – wrzasnęła, choć jej głos nie
należał do mocnych. Część osób spojrzało na nią, jak na wariatkę, więc dodała
pewnie: - To rozkaz! WYKONAC!
Schowała
się w przedsionku jakiegoś sklepu, a zabójcy nie widząc innego wyjścia uczynili
podobnie, schodząc z drogi Jishinowi. Dwa oddziały, z widocznym uszczerbkiem
minęły ich, posyłając wrogie spojrzenia. Minęli ich, nie nastawieni na walkę, choć
bardzo by chcieli.
Kaminari
wyszło dopiero po kilku minutach, nie wierząc własnym oczom. Mako spojrzała po
tych, którzy przeżyli to starcie: Keizo i Kei Iwasaki, Shiori Sanda, Masazumi
Murasaki, Yutaka Okano, Itaru Noda i Takabe Takeo.
Oprócz Takeo to sami
weterani… Młodzi poginęli…
-
Cholera jasna, co to kurna było…? – wydusił w końcu Keizo, swoim tęgim basem.
Starł pięścią krew z czoła.
-
Najwyraźniej się wycofali. – Mako spojrzała w kierunku, w którym pobiegli. –
Tylko czemu?
-
Najpewniej całe ich mięso armatnie się skończyło, no i oni też nie mają
niewyczerpanych sił. – Masazumi wzruszył ramionami. – W ogóle, to jestem
głodny.
-
Ja też. – mruknął Itaru.
Mako
puściła skargi mimo uszu i zadzwoniła do dowództwa. Przedstawiła sytuację i po
kilku minutach rozmowy, rozłączyła się. Spojrzała po towarzyszach, którzy nie
mogli doczekać się wyjaśnień, ale rzuciła tylko:
-
Zbieramy się. Za mną.
-
Niech to szlag! – jęknęła Mikuru, okręcając się na fotelu.
-
Co znowu? – spytał Fumiya, podnosząc wzrok znad kartki papieru. Mężczyzna
rozpisywał strategię następnego ataku, kreśląc cały czas zielone, czerwone i
niebieskie linie.
-
Ten cholerny komputer się przegrzał i siadły kamery przy punktach
strategicznych… - burknęła kobieta, wstając i zawieszając na ścianę jakąś mapę.
Zaznaczyła szybko kilka punktów. – Tu, tu i tu.
Dowódca
oparł głowę na dłoni, wzdychając ciężko.
- A
co ja, biuro pomocy elektronicznej?
Mikuru
spiorunowała go wzrokiem, sięgając po kolejną puszkę energetyka. Fumiya
spojrzał na nią krótko i również napił się swojego. Uśmiechnął się cierpko,
czując jak stymulowana energia rozchodzi się po jego ciele, ale szybko zdusił
uśmiech, czując wściekłe spojrzenie Mikuru.
-
Wiesz, chodziło mi raczej o naszych… - rzucił niepewnie.
Kobieta
warknęła, kopiąc w biurko. Czarnowłosy podskoczył.
-
Tak samo jak wcześniej. – powiedziała spokojnie. – Meiji wraca, Jun i Koichi
wracają, Mako również. Mamy pewność, że się wycofują, przynajmniej na 2
godziny. Tokaji jakimś cudem jeszcze ich utrzymuje, ale napisał, że światło się
poprawia i jego bidon zaczyna przypominać bidon.
-
Hym, hym… - westchnął Fumiya i wcisnął 2 przełączniki. – Daiki, Ryutaro.
Zacznijcie wydzielać porcje żywności. Za jakieś pół godziny wrócą nasi. Bez
odbioru. – rozkazał krótko, po czym przeciągnął się na krześle. – Ten brak
walki mnie nudzi. Podziwiam cię, Mikuru, że przesiadujesz tu każdą walkę i
wszystkim dowodzisz.
-
Usiłujesz mi tym uwłaszczyć? – kobieta zmrużyła oczy.
-
Nie, nie, nie, broń Boże. Bez ciebie bylibyśmy martwi. – zaśmiał się ponuro.
-
Bylibyśmy bardziej żywi z lepszym sprzętem. – podsunęła kobieta.
-
Wiem, wiem… - westchnął Fumiya. – Obiecałem nowy sprzęt już Daikiemu… Tylko, że
nigdy nie ma pieniędzy…
- Nie
MA PIENIĘDZY? – ryknęła Mikuru. – Wiesz ile kasy zbieramy miesięcznie? Grube
setki tysięcy, przy dobrych obrotach!
Czarnowłosy
wyprostował się, mierząc ją protekcjonalnym spojrzeniem. Przetarł oczy,
wzdychając.
- Widać,
że to Hiroki zajmuje się sprawami księgowymi nie ty… - mruknął na początku, a
gdy oczy kobiety błysnęły złością, zaczął gestykulować uspokajająco rękoma. –
Spokojnie, to ty rozdzielasz misje, piszesz kartoteki, sprawdzasz wiarygodność
i w ogóle, ale finanse należą do Hirokiego i po części do Daikiego.
-
No więc?
-
Czasem zastanawiam się dlaczego jesteś taka mądra… - zaśmiał się Fumiya, ale
szybko spoważniał. – Bierzemy czasami 80% zysku od misji, a i tak ledwo
wyrabiamy z kasą. – uniósł pięść do góry i zaczął odchylać palce, wyliczając
kolejne wydatki. – Ogrzewanie, światło, woda, leki, jedzenie, sprzęt,
odszkodowania, łapówki dla służb… Jak myślisz ile to wychodzi?
Mikuru
opadła ze zrezygnowaniem na fotel, odchylając głowę do tyłu.
-
Oj zamknij się. – mruknęła tylko, na co czarnowłosy wybuchł śmiechem.
-
Czy wy nie umiecie nic zrobić dobrze? – jęknął Ryuji, biegnąc za zawał na samym
początku. – Przecież prostszego zadania nie mogłem wam dać!
-
Zamknij się! – odkrzyknęliśmy razem z Matsukim.
-
Dlaczego nie możemy po prostu z nimi walczyć!? – zakrzyknął bojowo Satoru, a
jego siostra mu zawtórowała.
-
TUMANY! – ryknął Ryuji, ale to mnie tylko rozbawiło. – Po pierwsze to moja
organizacja, a mamy to robić incognito. Po drugie kojarzą was, a nie zabiję
wszystkich by was oczyścić!
Uciekaliśmy
przed wściekłym oddziałem złożonym z 20 osób – ja załatwiłam dwie, a Matsuki
trzy osoby – już od kilkunastu minut. Ryuji cały czas naciągał kaptur, by nikt
go nie rozpoznał. Teraz widać było minusy elementów charakterystycznych – i wcale
nie chodzi mi tutaj o kolczyka w wardze.
Ryuji
kierował nas w przeciwnym kierunku niż jest Kaminari, więc to pozwoliło mi choć
na chwilę uspokoić instynkt, który od początku wrzeszczał, że nie powinnam mu ufać.
Spojrzałam
na niego – nie widać było napięcia jego plecach, mimo iż gnaliśmy przed siebie,
utrzymywał stałe tempo, praktycznie się nie męcząc. Przeszył mnie dreszcz, gdy
pomyślałam o jego sile. Kiedyś się z nim zmierzę. Gdy to wszystko się skończy i
znów będę mogła go bez skrupułów uważać za wroga.
Tak
jak z resztą wszystkich wokół.
Kichnęłam.
No
tak. W podziemiach zmoczyłam się całkowicie i cienka warstwa ubrań przykleiła
się do ciała. Przeciwdeszczowa kurtka, bluza i moro to zdecydowanie nie ubranie
do biegania na mokro. O butach nie wspomnę – przy każdym kroku czułam jak woda
przelewa się z lewej na prawą część.
-
Masz. – Suzuko wyciągnęła w moją stronę szalik. – Jesteś cała morka,
przeziębisz się. – powiedziała, gdy zobaczyła moją zdziwioną minę.
-
Dzięki… - przyjęłam podarunek ze zmieszaniem.
Dziwne
były te wszystkie gesty, gdy przypominało się sobie, że za kilka dni, jak nie
godzin znów będziecie się chcieli pozabijać. Choć w moim przypadku chcę ich zabić
od samego początku.
-
Ej… Ja też jestem mokry… - burknął Matsuki, równając się z nami. Wszyscy
sapaliśmy ze zmęczenia.
-
Trzymaj, kurde. – mruknęła, ciskając w niego swoją czapką.
-
Na serio sądzicie, że szalik i czapka ochronią was od zapalenia płuc? – jęknął Satoru,
biegnąc na tyle.
Zaśmialiśmy
się w odpowiedzi, przyśpieszając. Ryuji pokręcił głową i skręcił w jakąś
uliczkę, najwyraźniej próbując zmylić pościg. Skręciliśmy za nim na długą
ulicę, jedną z głównych.
-
Cholera! – wrzasnął wściekle, zatrzymując się.
Wpadliśmy
na niego, ale zobaczywszy błysk klingi również chwyciliśmy swoje miecze. Przed
nami stało jakieś 10 osób, a w ich oczach kryła się żądza mordu. Zwłaszcza w
jednych – rozpoznałam oczy Camilo. Obróciłam się szybko.
-
No nie… - mruknęłam, widząc kolejną dziesiątkę za nami. Nie zorientowaliśmy się
nawet kiedy się rozdzielili.
-
Rozsypcie się. Trudniej będzie nas trafić. – szepnął Ryuji, zasłaniając twarz
mieczem, tak bardzo jak tylko mógł.
Odsunęliśmy
się od siebie. Stałam razem na linii z Ryujim, jakieś 3 metry od siebie i
skierowałam ostrze naprzeciw Camilo. Za nami jakieś 2 metry, stanął Satoru, a
po jego prawej i lewej rozstawili się Suzuko i Matsuki. Od wrogich oddziałów
dzieliło nas kilkadziesiąt metrów.
Najwyraźniej
do tej walki musiało w końcu dojść. Poprawiłam chwyt na mieczu, przygotowując
umysł na rzeź. Gdy udało mi się uspokoić bicie serca i oddech, poczułam coś.
Obróciłam
się, widząc zdziwienie w oczach Camilo. Nie patrzył się na nas, tylko na kogoś
za nami. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
Ciemna
postać skoczyła z pobliskiego dachu i wymierzyła kopniaka w głowę Satoru.
Chłopak opadł na ziemię spokojnie, roztrzaskując szatyna o ziemię. Miecz na
plecach przybysza zabrzęczał złowrogo, gdy jego rozpięta kurtka opadła, a
brązowe włosy zakryły twarz.
Rozpoznałam
go od razu.
Akurat
jego nie dałoby się nie rozpoznać.
Chłopak
nie podniósł wzroku z ziemi ani nie zszedł z Satoru.
-
Czy ktoś mi powie co tu się dzieje, do cholery? – głos Tsuneariego był
spokojny, ale emanował nienawiścią i gniewem, prawie tak samo jak przy naszym
pierwszym spotkaniu.
Słowa
choć wypowiedziane cicho, dotarły do wszystkich wokół i sprawiły że zabójcy
zamarli w oszołomieniu, nie wiedząc co powinni zrobić.
A
ja się uśmiechnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz