Rozdział 35
~Tokaji~
Wychyliłem się zza rogu, obrzucając
wrogi oddział krótkim spojrzeniem. Schowałem się od razu z powrotem, woląc nie
kusić losu.
Taaa… Jakbym już go nie kusił.
Położyłem dłoń na rękojeści miecza,
starając zmusić się do myślenia. Nie miałem zegarka, ale i tak wiedziałem, że
piąta się zbliża. Może i namierzyłem
trzeci oddział Jishin - tylko stałem naprzeciwko niego całkiem sam. Sam, z
dwoma głupimi mieczami przeciwko trzydziestce morderców z Tateyamy, na czele z
Shigeo.
Może być ciężko.
Przejechałem dłonią po włosach,
zamyślając się coraz bardziej. Ufałem swoim umiejętnościom, ale walka z taką
przewagą liczebną przeciwnika była troszeczkę niepokojąca. Zwłaszcza gdy cały
oddział jest na poziomie psychicznym Toshiyuki.
Chyba jednak postawię na dywersję.
Gdy w odległym kościele zadzwoniły
dzwony, zakląłem pod nosem. Dywersja, dywersja, dywersja… Nic. Miałem pustkę w
głowie. Tokaji, pogadaj z nim, zagadaj, cokolwiek zrób.
Usłyszałem krzątaninę i szczęk mieczy za
rogiem.
Ja pierdolę.
Włączyłem odbiornik, chowając go w
tylnej kieszeni spodni. Miałem szczerą nadzieję, że Hiroki tego nie zignoruje.
Wyciągnąłem z kieszeni kurtki nieduży, okrągły bidon w ciemnozielonym odcieniu,
modląc się by ciemność i odległość zniekształciły wygląd przedmiotu.
I wybiegłem zza rogu, zatrzymując się naprzeciwko
biegnącej trzydziestki osób. Gdy zobaczyłem, że Shigeo uśmiecha się kpiąco na
mój widok, posłałem mu słodki uśmieszek numer 4. Stanąłem nonszalancko,
opierając jedną dłoń na rękojeści, a drugą wyciągnąłem przed siebie.
- Stop. – powiedziałem wystarczająco
głośno, by zabójca mnie usłyszał.
On w odpowiedzi tylko się zaśmiał,
wyciągając miecz z pochwy i pośpieszając swoich ludzi. Spojrzałem na niego
groźnie, wyciągając do góry dłoń z bidonem, modląc się, by okazali się po
prostu ślepi. Albo głupi.
- Nie radzę. – prychnąłem, błyskając
przy tym niebezpiecznie zębami.
Shigeo najpierw uniósł brwi w
konsternacji, po czym przypatrzył się przedmiotowi. Zbladł i zatrzymał się
gwałtownie, tak samo jak reszta zabójców. Nakazał im spokój i czekał na mój
ruch.
A ja myślałem, że uduszę się ze śmiechu,
który bardzo nieudolnie powstrzymywałem.
Otaczają mnie idioci.
- Siemka, Shigeo Taichi. – zawołałem,
podrzucając bidon w dłoni. – Jak tam? Bo u mnie bombowo. – zaśmiałem się
szyderczo.
Co ja, kurwa, robię?
- Tokaji Kosai. – wysyczał to, jak
najgorsze przekleństwo. W sumie mu się nie dziwię. – Czego ty chcesz?
- Ja? – wskazałem z uśmiechem na siebie,
tonem małego dziecka. – Zatrzymać was. No i może trochę pogadać. Wiesz, mi też
czasem nudzi się walka, jak są prostsze sposoby…
- Stul się. – warknął błękitnooki,
stawiając dwa kroki do przodu i celując we mnie czubkiem miecza.
Zmrużyłem oczy, zaciskając dłoń na
‘granacie’.
- Jeszcze jeden krok dalej, a wylecisz
ze swoimi koleżkami w powietrze. – powiedziałem chłodno. – Myślisz, że jak z
tej odległości trafię, to coś z ciebie zostanie?
Mężczyzna zatrzymał się, chowając broń z
powrotem. Po chwili jednak skrzyżował ramiona na piersi, posyłając mi
wyzywające spojrzenie. Uniosłem wysoko brwi, zastanawiając się czy już się
domyślił.
Szlag, szlag, szlag.
Kląłem w myślach jak najęty, ale z mojej
twarzy nie schodził poker face. Nadal uśmiechałem się szyderczo, podrzucając w
dłoni ciemnozielony bidon, dzięki któremu jakoś opóźniam ich atak.
Tylko opóźniam. Jeśli butelką z herbatą
ich zatrzymam, to chcę Nobla w dziedzinie polityki.
- Blefujesz. – zaśmiał się, patrząc się
mi prosto w oczy. Między moimi, czarnymi jak otchłań, i jego – jasnymi, jak lód
przeskoczyła iskra. Iskra, która mogła wywołać pożar. Ale została zgaszona. Przez
herbatę.
- Chcesz się przekonać? No dobra.
Cofnąłem się kilka kroków i przybrałem
jak najlepszą pozycję do rzutu. Udałem, że chwytam zawleczkę (której nie było)
i celuję idealnie w nich. A w głębi serca czułem, że to ja jestem martwy.
Błagam, każ mi przestać. Błagam,
wrzaśnij coś.
Wiesz, co Tokaji? Trzeba było pierdolić
tą dywersję.
Gdy już czułem jak wypuszczam ‘’granat’’
wraz z moimi ostatnimi sekundami życia, Shigeo wrzasnął coś. Nie wiem co to
było, ale i tak powstrzymałem rzut, chwytając bidon w ostatniej sekundzie.
Zachwiałem się by go złapać, a gdy włosy zakryły mi twarz, ułożyłem usta w
nieme ‘’Dziękuję’’.
Wyprostowałem się, posyłając im
szelmowski uśmieszek, który jeszcze bardziej się rozszerzył, gdy zobaczyłem
minę Shigeo. Był jednocześnie blady z przerażenia, jak wściekły z bezsilności.
- Więc o czym ty chcesz rozmawiać, co? –
warknął na mnie.
Udałem, że się zamyślam. Chciałem tylko,
jak najbardziej przeciągnąć to spotkanie. Nasi i tak nie mają szans z przewagą
liczebną samego Jishinu. I wtedy przyszło mi coś do głowy.
- W sumie to nie lubię twojego głosu.
Możesz się zamknąć. – stwierdziłem, wzruszając ramionami. – Szybko was nie
wypuszczę. Możecie sobie tak postać i popatrzeć na architekturę XYZ –
postarałem się by wypowiedzieć nazwę ulicy tak wyraźnie jak tylko się
dało.
Shigeo warknął i założył ręce na piersi,
nie spuszczając ze mnie wzroku. Poczułem jak moja komórka wibruje krótko. Byłem
prawie pewny, że to SMS z podziękowaniami od dowództwa. Uśmiechnąłem się do
siebie i usiadłem nonszalancko na środku ulicy, szczerząc się kpiąco do wrogów.
Omitsu, po wysłaniu wiadomości, odłożyła
delikatnie komórkę na biurko, ale to ciche stuknięcie wydało się wyjątkowo
głośne. Od kiedy tylko przełączyli odbiorniki na kanał Tokajiego milczeli,
starając się usłyszeć jak najwięcej.
Teraz jednak cisza wynikała ze
zdezorientowania.
- On jest geniuszem. – powiedział w
końcu Fumiya, kręcąc głową i uśmiechając się pod nosem. Prychnął krótko, po
czym roześmiał się w głos, okręcając się fotelu. – Pieprzonym geniuszem!
W odpowiedzi na to stwierdzenie, reszta
dowództwa pozwoliła sobie jedynie na niepewne uśmiechy, które przepełniała
ulga. Każda najmniejsza informacja na temat wroga była teraz jak złoto, a ta…
Mogła całkowicie odwrócić bieg walki.
- Może i geniuszem, ale też i wariatem…
- mruknął Hiroki, choć również się uśmiechał. – Kto o zdrowych zmysłach
odstawiłby taką akcję? – pokręcił głową.
- I ku ironii, to akurat Tokaji…
Szczerze to jestem mocno… wstrząśnięta. – stwierdziła Omitsu. Skrzyżowała ręce
i posłała podejrzliwe spojrzenie Mikuru. – Ty wiedziałaś, prawda?
Znów zapadła cisza, a spojrzenia
mężczyzn również spoczęły na strategiczce. Kobieta tylko poprawiła spadające na
nos okulary i popatrzyła się na nich poważnie.
- On się… trochę zmienił. – odparła na
początku. – A obserwować to ja akurat umiem wyśmienicie. – dodała tylko,
smutniejąc na chwilę, gdy ciężar przeszłości ją przygniótł.
Omitsu uśmiechnęła się lekko i położyła
z czułością dłoń na ramieniu przyjaciółki, starając się dodać jej trochę
otuchy. Po chwili podniosła wzrok na resztę i zmrużyła oczy.
- Tokaji Tokajim, ale… Co robimy teraz?
On nie powstrzyma ich na długo.
- Na pewno nie możemy ściągnąć nikogo z
miasta, bo Jishin i tak ma nad nami wystarczającą przewagę liczebną… A Meiji by
mnie potem zabił, gdybym mu teraz ludzi zabrał… - westchnął czarnowłosy. –
Mikuru, jest ktoś wolny?
Kobieta otworzyła segregator i zaczęła
szybko coś kartkować. Cały czas kręciła głową, cmokając z rosnącym
niezadowoleniem i zdenerwowaniem. W końcu zatrzymała się prawie na końcu,
krzywiąc się lekko.
- Teraz jedynie Tsuneari jest z dala od
walki… - rzuciła niepewnie. – Ale szuka Ichigo gdzieś koło świątyni Tensou…
Fumiya spuścił wzrok, przygryzając
wargę. Zamyślił się przez chwilę, przykładając pięść do ust. W końcu jedynie
zamknął swoje matowe, czarne oczy i z wielkim bólem powiedział:
- Ściągnij go.
Omitsu najpierw rozszerzyła oczy ze
zdziwienia, po czym trzasnęła dłonią o biurko. Hiroki uniósł jedną brew do
góry. Jedynie Mikuru zachowała smutną powagę, patrząc się na dowódcę.
- Fumiya. – warknęła brązowowłosa. – Nie
możesz zostawiać naszych tak po prostu na pastwę losu… Przecież, ona jest
jeszcze… - w słowach Omitsu słychać było coraz większy smutek.
- Dzieckiem? – dokończył pusto Fumiya,
przysiadając na biurku. – Teraz jest żołnierzem, Omitsu. A ja nic nie mogę na
to poradzić…
- Właśnie, że możesz! Zostawiłbyś tak
Ryutaro? Albo mnie? – wyszeptała ze złością, ale on tylko pokręcił ze
zrezygnowaniem głową, patrząc się na nią, jak na dziecko.
- Omitsu…
- A zostawiłbyś tak Shuuko!? – wrzasnęła
na niego, zaciskając dłonie w pięści.
- Omitsu! – mężczyzna również zerwał się
na równe nogi, mierząc ją gniewnym spojrzeniem. Kobieta skrzyżowała swoje
czekoladowe oczy z jego, przybierając wyzywającą minę.
- Nie pozwolę ci kogoś poświęcić! –
mówiła podniesionym głosem. – Ona jest częścią Kaminari! Nie pamiętasz już co
mówił Arata? – przy imieniu mężczyzny jej głos się załamał, ale szybko
przywróciła się do porządku. – Nie mam zamiaru nikogo poświęcać i na to nie
pozwolę. Wolę stracić siebie niż towarzyszy… A kto, kurwa, się z nim zgodził jako
pierwszy!?
- Cholera, Omitsu! Nie rozumiesz, że
jestem dowódcą i nie mogę kierować się uczuciami!? Nie rozumiesz, że muszę
wybrać jedną śmierć, naprzeciw rzezi reszty!? – warknął wściekle w odpowiedzi,
ale w jego oczach krył się smutek. – Nie rozumiesz, że też mi ciężko podejmować
takie decyzje…?
Omitsu była już gotowa na jakąś ciętą
odpowiedź, ale Mikuru zamknęła z trzaskiem segregator. Kłócący się przyjaciele
spojrzeli na nią, na chwilę wyrywając się z amoku kłótni.
- No już, już. Uspokójcie się. –
powiedziała chłodno. Spojrzała na nich przenikliwie swoimi zielonymi oczami. –
Nikt nikogo nie zostawi. On i tak by nie wrócił bez niej.
Dowódcy spojrzeli po sobie z początku
ostro, ale w miarę upływu chwili ich oczy złagodniały, a na usta wpełzł
pojednawczy uśmiech. Byli przyzwyczajeni do ciągłych kłótni, które istniały od
samego początku ich relacji.
Hiroki westchnął.
- Świetnie, ale… nadal nie wiemy kogo
tam posłać. – przypomniał ponuro blondyn. – A Tokaji nie da rady powstrzymywać
ich wiecznie.
Fumiya zamyślił się, ale Omitsu jedynie
uśmiechnęła się groźnie.
- Hiroki, nie zechciałbyś się trochę
rozerwać?
~Ichigo~
Mijały kolejne niezwykle długie i nudne
minuty. Zdawało się, że chłopaki przepadły w tym biurze na dobre. Suzuko w
końcu zaczęła coraz częściej ziewać i położyła się na sofie, próbując choć
trochę zdrzemnąć. Nim zdążyła zasnąć, usiłowała mnie również przekonać do
krótkiego snu, by choć trochę zregenerować siły przed walką. Pokręciłam tylko
głową, wiedząc, że sen przyniesie tylko kolejny koszmar.
Gapiłam się na swoje poparzone i
odrapane dłonie, licząc powolne uderzenia mojego serca. Myśli błądziły po
różnych tematach, ale moje ciśnienie ani trochę nie wzrastało, nie ważne o czym
pomyślałam.
Westchnęłam cicho.
Najwyraźniej przyzwyczaiłam się do
wszystkiego.
Nie ważne o czym pomyślałam, kończyło
się to poczuciem winy, uderzającym we mnie obuchem. Bolało mnie od tego serce,
a widok spokojnie śpiącej dziewczyny z Harikenu wcale tego nie polepszał.
Musieliśmy sobie całkowicie zaufać i… udało się to. Suzuko nawet nie
pomyślałaby, że przejdzie mi przez myśl zabicie jej we śnie.
A owszem, myślałam o tym.
Czułam, że jak oni wrócą, ostatnia
szansa by się z tego wycofać i wrócić do przyjaciół zniknie bezpowrotnie, a ja
mogę nawet po śmierci być traktowana jak zdrajczyni.
Albo bohaterka.
Nie, nie, nie.
Powinnam być na polu bitwy, walcząc z
innymi. Jestem jedynie szarą zabójczynią, bez żadnych specjalnych umiejętności,
a nie heroiną, która może zmieniać biegi historii.
Nie ważne co on powiedział, kłamał.
Zakryłam uszy dłońmi, starając się by to
jedno głupie zdanie zniknęło w końcu z mojej głowy i pozwoliło mi myśleć
trzeźwo.
Nie mogę pozwolić, by ten gniew mną
zawładnął. Nie mam na to teraz czasu.
Nie
byłoby cię tutaj.
Zamknij się, Ichigo. Po prostu o tym nie
myśl.
Nie
musiałabyś tu być.
Cicho, cicho, cicho, cicho, cicho,
cicho!
Oni
by tego chcieli.
Chwyciłam za rękojeść miecza, zrywając
się bezszelestnie z fotela. Stanęłam nad śpiącą dziewczyną, niczego nie
świadomą. Uniosłam broń wysoko, celując ostrzem prosto w jej serce. Dłonie
nawet mi nie drgnęły, choć w oczach krył się ocean emocji.
Ale się zawahałam.
Po prostu zastygłam w bezruchu, z
szeroko otwartymi oczami. Chwytałam łapczywie powietrze, a moje wzniesione ku
górze ramiona opadły bezsilnie. Zamknęłam oczy, czekając. Z całkowitą pustką w
myślach.
Po kilku minutach… a może sekundach…?
Usłyszałam ‘ding’. Winda ruszyła w dół, więc szybko schowałam miecz do pochwy i
nic po sobie nie pokazując, zbudziłam Suzuko. Dziewczyna rzuciła coś
niepochlebnego o przerywaniu snu, ale skierowane to było raczej w stronę
chłopaków, a nie mnie.
Gdy drzwi windy się otworzyły, trójka
zabójców wyszła dumnie, z Ryujim na czele. Trzymał dość pokaźny segregator,
wypchany licznymi kartkami i mapami.
Gdy spojrzał na mnie, w jego złotych
oczach błysnęło zdziwienie. Jakby przeczuwał, że zniknę.
Przeszył mnie dreszcz.
- Dobra, nie ma czasu do stracenia. –
rzucił jednak na przywitanie, od razu rozkładając papiery na stole i
przydzielając każdemu po kilka kartek.
Usiadłam obok niego, rozkładając mapy,
pokreślone licznymi czerwonymi, zielonymi i niebieskimi liniami, a niektóre
miejsca wzięte były w kółka. Spojrzałam od razu na wzgórze świątynne i
wzdrygnęłam się. Zakreślone było na czerwono, a przy nim stała jedynka.
Wyczuwając spojrzenie Ryujiego,
przyjrzałam się mu kątem oka. Skrzyżowaliśmy wzrok i wtedy upewniłam się, że
jego wstępny plan zakładał, że zabiję Suzuko i ucieknę. Nie rozumiem tylko co
by mu to dało.
Odwróciłam wzrok, gdy w jego złotych
oczach błysnęło coś na kształt zaintrygowania i… uznania?
Spędziliśmy nad tymi papierami jakieś
półgodziny nim Ryuji uznał, że wiemy to co teraz powinniśmy. Patrzył się
uważnie, porównywał i kreślił coś ołówkiem na mapach. W końcu spojrzał na to
krytycznie, krzyżując ramiona na piersi.
- Dobra. – kiwnął głową. – Mam w miarę
nasz plan.
- Świetnie. – przytaknął Satoru
sarkastycznie. Tak jak ja, również myślał, że czarnowłosy będzie to przedłużać
w nieskończoność.
Ryuji jednak od razu podjął się
tłumaczenia strategii.
- Widzicie te ulice zakreślone na
niebiesko? – spytał na początku. – To podziemia. I zgadnij co, Ichigo…
- Łączą się z Kaminari… - wyszeptałam,
czując że robi mi się gorąco.
- Dokładnie – przytaknął, niewzruszony.
– Mają zamiar posłać tędy resztę ludzi, z Camilo Martinezem i Weasley’ami na
czele. A raczej obecna tam piątka… albo nawet mniej, sobie z nimi nie poradzi.
- Bo my sobie poradzimy… - mruknął
Matsuki.
Satoru, słysząc to stwierdzenie,
prychnął.
- Łaskawie mi nie przerywaj, Matsuki. –
powiedział chłodno Ryuji. – Cała nasza piątka jest wysoko wykwalifikowanymi
zabójcami, na równym poziomie z tym oddziałem…
- Dobra, a ile ten ‘oddział’ liczy, że
akurat my sobie z nim poradzimy, a nie moje dowództwo? – spytałam.
- Ale ja nie zamierzam z nimi walczyć
wręcz. – roześmiał się. – Zdurnieliście? Nawet ja się nie odważę bić się w tych
zakamarkach przeciwko 25 osobom. Mam zamiar wziąć ich bardziej… psychicznym
sposobem.
- Nie podoba mi się to… - stwierdziła
Suzuko, przygryzając wargę. – A jak twój sposób nie zadziała? Nie lepiej to
najpierw trochę dłużej przemyśleć?
Ryuji w odpowiedzi wyciągnął jakąś
kartkę i postukał palcem w jedno miejsce. Spojrzałam tam i poczułam jak moje serce
staje. Zerknęłam na zegar. Godzina 5.50. A na kartce widniała godzina 6.15.
- Bo za bardzo nie mamy na to czasu? –
Ryuji posłał nam szelmowski uśmieszek i wyprostował się. – To jak, ruszamy?
- Nadal mi się to nie podoba. – mruknęła
dziewczyna.
- Musicie mi po prostu zaufać. – zaśmiał
się chłopak i wybiegł z budynku.
Westchnęliśmy razem.
- I tu właśnie jest problem… - mruknęłam
pod nosem, na co mordercy z Harikenu zareagowali śmiechem i wybiegliśmy za
czarnowłosym.
~Tokaji~
- Ja wiem, że jestem piękny, ale na
serio nie musisz się na mnie cały czas gapić. – mruknąłem do Shigeo, który od
godziny nie spuszczał mnie z oczu. – Wiesz, ręka mnie świerzbi… - ziewnąłem,
biorąc zamach.
Cały oddział Jishin cofnął się w panice
do tyłu. Uśmiechnąłem się kpiąco. Jakoś polubiłem tą dywersję. Strach na ich
twarzach, gdy widzieli granat jakoś podnosił mnie na duchu.
No, mimo iż to nie był granat.
Shigeo najszybciej się ogarnął i wrócił
do mierzenia mnie wzrokiem. Zmarszczyłem lekko brwi. W jego oczach zatlił się
cień zrozumienia, jakby zaczął podejrzewać, że jednak blefuję.
Cholera.
Zerknąłem ze znudzeniem na wyświetlacz
telefonu. Minęła już szósta rano, a ja sterczałem tu z nimi od prawie godziny.
Przeczytałem szybko SMS’a by nie domyślili się, że mam stały kontakt. Dwa
krótkie słowa od Omitsu: ,,Dobra robota”.
- Nie nudzi się wam? – westchnąłem,
krzyżując ręce.
Błękitnooki zmrużył jeszcze bardziej
oczy, patrząc się na mnie podejrzliwie. Również spojrzałem na niego z ukosa, z
totalnym znudzeniem na twarzy, choć czułem jak powoli robi mi się gorąco.
Przecież on się skapnie, że to blef.
- Od kiedy zrobiłeś się taki rozmowny? –
syknął w odpowiedzi, po dłuższym czasie Shigeo. Wzruszyłem ramionami.
- Po prostu ciekawi mnie to, że wasz szef nie zainteresował się gdzie
jesteście… - uśmiechnąłem się do niego kpiąco.
Mężczyzna zacisnął zęby.
- Informacje do niego najwyraźniej
wolniej docierają. Bo ktoś zabił naszego szpiega – wycedził, pokrzywiając się.
Na słowo ‘szpieg’ drgnąłem, czując
narastający niepokój. Shigeo najwyraźniej zauważył moje zmieszanie, bo szeroko
uniósł brwi, sam zdziwiony reakcją.
- Nie mieliście żadnego szpiega? –
spytał zabójca.
- Chyba bym, kurwa, wiedział… -
warknąłem, wyciągając telefon. Jeśli mieliśmy tam gdzieś szpiega, sytuacja nie
przedstawiałaby się zbyt… kolorowo.
- Ale przepływ informacji jest zbyt
wolny… - Shigeo potarł brodę w zamyśleniu. – Z Ryujim przecież informacja
dotarłaby w 2 minuty… - mruknął jeszcze, nim jego telefon rozdzwonił się.
Popatrzyliśmy się po sobie, a ja
ostrzegawczo podrzuciłem ‘’granat’’ w powietrze. Mężczyzna westchnął i uniósł
dłonie do góry na znak, że nie ma zamiaru odebrać telefonu. Dzwonek komórki
ucichł, po czym rozbrzmiał na nowo.
Westchnąłem, wyciągając miecz z pochwy i
celując jego ostrzem na Shigeo.
- Odbieraj. – rozkazałem. – Tylko bez
żadnych podstępów.
- Tak, tak… - mruknął, sięgając do
kieszeni.
- A i jeszcze jedno. Daj na głośnik.
Mężczyzna zawahał się na sekundę, ale
tylko machnął na swój oddział by milczeli i odebrał telefon.
- Dobry szefie… - przywitał się.
-
Kurwa, gdzie ty jesteś? – krzyknął na niego Yasuaki. – Miałeś od godziny być w Południowej części Senkawy!
- Wie szef, tak jakby nie mam zbytniej
możliwości odpowiadać na te pytanie.
- Kurwa
mac… Mam nadzieję, że masz na to dobre wytłumaczenie. – warknął.
- Ależ to jest świetne wytłumaczenie. –
zaśmiał się mężczyzna. – Tokaji Kosai właśnie usiłuje nas wysadzić w powietrze,
szefie.
Po drugiej stronie słuchawki nastała
przeciągła cisza. Nie spuszczałem z niego wzroku, utrzymując z trudem poważną
minę. Yasuaki Igarashi był dość specyficzną osobą. Bardzo agresywny, ale
jednocześnie spokojny i bezlitosny.
- Co
kurwa? – mruknął po chwili. – Kpisz
sobie ze mnie?
- Nie.
Szef posłucha. – Shigeo popatrzył się na mnie wyczekująco.
- Siemka Igarashi – zawołałem.
- Kpisz
sobie ze mnie, Taichi. – powiedział chłodno Yasuaki. – Jeśli sądzisz, że jeden granat powstrzyma cały oddział, to jesteś
idiotą. Może zabić 5-10 osób. Ale nie cały oddział. – dodał spokojnie. – Mam nadzieję, że to było wystarczająco
jasne. Jeśli nie pojawisz się za pół godziny na polu bitwy, nie radziłbym
wracać do organizacji. – warknął jeszcze na koniec. – Bez odbioru.
Nastała cisza, a Shigeo schował z
westchnieniem telefon do kieszeni.
- Milutki – zauważyłem sarkastycznie.
Mężczyzna tylko się na mnie popatrzył,
jakby oceniając szanse na przeżycie. W jego oczach błysnęło zrozumienie, jak
może poświęcić swój oddział by on sam mógł przeżyć. Jednak nic nie zrobił,
oprócz skrzyżowania rąk.
Poświęcanie towarzyszy nigdy nie robiło na
mnie wielkiego znaczenia. Zawsze chodzi tylko o to by misja się powiodła. Lub
by po prostu przeżyć. Jednak teraz poczułem obrzydzenie na samą myśl o tym,
skierowaną na błękitnookiego mężczyznę.
Ale w głównej mierze również na mnie.
Zamknąłem oczy, usiłując przerwać
napływające twarze ludzi, których zostawiłem na pewną śmierć. Oczy ze straconą
nadzieją. Pokręciłem głową, starając się przerwać te wspomnienia. Wspomnienia,
których nie było końca.
- Nad czym tak rozmyślasz, co? –
rzuciłem w stronę zabójcy.
- Zastanawiam się, czy mi się to opłaca.
– odparł tylko.
Uśmiechnąłem się szelmowsko w jego
stronę, ale miałem wrażenie, że kącik ust drgnął mi ze zdenerwowania.
Oj
opłaca ci się, kurwa. Opłaca, pomyślałem
ponuro.
Meiji biegł przez boczne ulice, a
bliźniaczki ledwo za nim nadążały. Mężczyzna przyśpieszał coraz bardziej, choć
tylko biegli i biegli. Czuł narastającą złość, wiedząc że czas im ucieka.
- Ejo, Meiji – mruknęła Miyako, usiłując
rozpocząć rozmowę. – Kogo my szukamy, tak dokładniej?
- Ich strategów. – odpowiedział krótko.
– Kijuro Harada z Toshiyuki Karube. Są gdzieś na obrzeżach pola bitwy,
obserwując wszystko dokładnie i dopasowując taktykę w zależności od rozwoju
sytuacji.
- Jesteś pewien? – wtrąciła z
powątpiewaniem Miyoko.
- To najbardziej prawdopodobna hipoteza.
– odparł. – Obmyślaliśmy ją z Mikuru przez kilka godzin. Yasuaki w życiu nie
usiedziałby w miejscu, na pewno włóczy się po okolicy i wydaje luźne rozkazy,
słuchając tylko raportów z odbiorników…
- Czyli możemy na niego wpaść?
- Tylko wtedy, gdy to on tego zechce.
Walka trwała nieprzerwanie od ponad
godziny.
Taki przystanął na chwilę, próbując
złapać oddech jednocześnie nie tracąc koncentracji. Otaczał go tylko szczęk
ostrzy i szaleńcze krzyki. Zamrugał w oszołomieniu.
Nie wiedział nawet czy jest w całości.
Mógł bez problemu się ruszać, choć mogła to być tylko sprawka adrenaliny.
Rozejrzał się szybko po polu bitwy. Nie był w stanie rozpoznać kto z jego
towarzyszy leży pośród trupów.
Walczący rozprzestrzenili się na kilka
ulic, mieszając się z oddziałem Mako. Ona, Jun i Koichi, z resztą z wielką
wściekłością, wydali jeden krótki rozkaz: walczyć póki żyjemy. Przewaga Jishin
była miażdżąca, ale na razie wytrzymywali. Na razie.
Zabójcy zmuszali Kaminari do cofania się
coraz bardziej w głąb dzielnicy, całkowicie mieszając szeregi. Jednak to ich
nie powstrzymywało.
- Cholera by was!!! – blondyn usłyszał
przeraźliwy wrzask Suzukiego, który biegł z determinowaniem przez całą ulicę.
Ranna grupka z Jishin obejrzała się ze
strachem na niego. Widać było, że zamierzali się trochę na chłopaka, ale woleli
nie walczyć z Suzukim. Czarnowłosy przemknął szybko, dobiegając do nich w kilka
sekund. Zatrzymał się gwałtownie, tnąc od dołu. Ktoś sparował cios, ktoś go
wyprowadził. Chłopak sparował je szybko, cały czas wyprowadzając szaleńcze
cięcia, tak że wokół niego słychać było tylko świst.
Taki chwycił mocniej miecz, wiedząc, że
to nie pora na odpoczynek. W głębi serca nie pochwalał atakowania rannych, ale
podbiegł to towarzysza, który dawał sobie radę z dwójką innych zabójców.
Niestety nie zauważył, że trzeci zachodzi go od tyłu.
Wbiegł między nich, parując cios.
- O, dzięki stary! – zawołał Suzuki,
napierając na mężczyznę.
- Nie ma za co! – odkrzyknął, napierając
z całej siły na przeciwnika.
Mężczyzna był najciężej ranny – z jego
nogi wisiał solidny kawał mięśnia, więc w jego oczach pojawiła się jednocześnie
wściekłość, jak i strach. Ciął od dołu i z lewej, aż nadarzyła się okazja, by
go podciąć. Zabójca huknął o ziemię, a Taki nie czekając ani sekundy stanął nad
nim, unosząc wysoko miecz.
Może
i zabijanie rannych jest złe. Ale oni mają przewagę liczebną.
Popatrzył się mu prosto w oczy, a on
skrzywił się widząc pewność i bezlitosności na twarzy chłopaka. Taki opuścił
szybko ramiona, jednak ktoś go popchnął i ostrze ześlizgnęło się z celu –
zamiast trafić w głowę lub serce, wbiło się w udo. Mężczyzna wrzasnął
przeraźliwie.
- Taki, uważaj! – usłyszał, łapiąc
równowagę. Instynktownie się uchylił.
Usłyszał świst tuż nad głową i zobaczył
jednego z chłopaków, z którym walczył przed chwilą Suzuki. Chwycił w panice za
ramiona swojego rannego towarzysza, a Taki przytrzymał rękojeść. Mężczyzna
wydarł się jeszcze przeraźliwiej, gdy jego towarzysz odciągnął go, zrywając
ostatnie połączenia nogi z ciałem. Bez kilkunastu kilo, spanikowany chłopak
pociągnął go szybciej, uciekając jak najdalej od Kaminari.
Taki spojrzał na swój miecz, a na widok
nogi, poczuł jak żółć podchodzi mu do gardła. Suzuki podszedł do niego, kładąc
mu dłoń na ramieniu.
- Dobra robota, Czterooki – powiedział.
– Dorwiemy ich następnym razem.
Następnie ruszył przed siebie, machając
dłonią na Takiego, by poszedł razem z nim. Blondyn spojrzał jeszcze pusto na tą
nogę i wyciągnął ostrze, doganiając przyjaciela.
- Wiadomo już coś? – spytał.
- Tyle co nic. – westchnął czarnowłosy.
Kręcone kosmyki przykleiły się do jego czoła na krwi i pocie. – Mamy po prostu
walczyć tak długo, aż nadarzy się do czegokolwiek okazja. – pokręcił głową. –
Czyli albo ktoś rozwali ich strategów, albo ich dowódców.
- No to jesteśmy w dupie. – mruknął
Taki.
- Więcej wiary, Czterooki. – zaśmiał się
ponuro Suzuki. – Więcej wiary. – powtórzył szeptem, zatrzymując się gwałtownie.
Stanął tuż za zakrętem, więc chłopak na
niego wpadł, klnąc pod nosem.
- Suzuki, co… - zaczął podirytowany
Taki, ale ucichł, gdy zobaczył, że dwa biurowce stoją w płomieniach.
I owszem, nic by wielkiego się nie
stało, gdyby nie to, że w środku nich znajdował się ich oddział strzelniczy.
Chłopak poczuł jak jego serce staje.
- Cholera… - wydusił w końcu Suzuki. –
Taki, za mną! – krzyknął, doprowadzając się do porządku.
Taki pobiegł za nim. Przebiegli przez
prawie całą ulicę, widząc na końcu walczącego Koichiego. Mężczyzna został
otoczony przez piątkę osób, ale po kilku wprawnych ruchach i cięciach, kopnął
jedną kobietę z półobrotu i wyminął szybko resztę przeciwników.
- Biegnijcie! – wrzasnął na nich.
Dogonił zabójców po kilku sekundach i zrównał
z nimi tempo.
- Ja pitole… - wysapał na powitanie. –
Dobrze, że jesteście. Potrzebowałem kilku łebskich. Musimy wyciągnąć naszych z
tego budynku.
- Mamy jakiś plan? – spytał Suzuki. –
Jak w ogóle sytuacja?
- Nie wiem jakie straty, ale wszyscy
zaczęli się tutaj koncentrować. Chyba odnieśli za dużo obrażeń od łuczników. –
wysapał Koichi. – Potrzebujemy wsparcia, ale siadła mi bateria w odbiorniku. Ma
któryś telefon?
- Trzymaj – Taki podał mu szybko
komórkę.
Brązowowłosy wystukał szybko numer.
- Ja wiem, że nie masz za bardzo czasu,
by gadać, Jun, ale mamy problem. – wrzasnął do słuchawki. – Biurowce się
fajczą, a wokół jest jakieś 40% ludzi z Jishinu. Zbieraj naszych i chodź tu…
Mam gdzieś, że nie macie czasu! Masz być za góra 10 minut! – wykrzyknął ze
złością. Dobiegali powoli do palących się budynków. – Zaczynam akcję ratunkową.
Bez odbioru!
Zatrzymali się po środku ulicy. Koichi
spojrzał na jeden biurowiec, potem na drugi, którego szczyt majaczył się w
oddali, i wykrzyczał przekleństwo w stronę nieba. Zawahał się tylko przez
sekundę, po czym spojrzał poważnie na swoich podwładnych.
- Biorę ten na południu. Wy idziecie do
tego po prawej. – powiedział tylko, a gdy Taki otwierał usta, by wyrazić
sprzeciw, zmroził go wzrokiem. – To nie czas na dyskusje! RUCHY!
Po czym po prostu obrócił się i pobiegł
do budynku. Suzuki i Taki spojrzeli po sobie, kiwając zdecydowanie głową,
również wbiegając do budynku.
Dym sprawił, że zakrztusili się od razu.
Taki nie miał pojęcia dokąd biec, więc pozwolił, by to Suzuki ich kierował,
choć sam czarnowłosy zdawał się głównie na instynkt. Gdy znaleźli się na 4
piętrze, Taki spojrzał na jedne z drzwi. Poczuł, że to musi być tam.
- Suzuki, tam! – zawołał zdawkowo,
ciągnąc przyjaciela za rękaw. Nakierowali się od razu na ten pokój.
Taki wybił drzwi z wykopu, mając
nadzieję, że da im to przynajmniej przewagę zaskoczenia. Owszem, wszyscy
znajdujący się w pokoju spojrzeli od razu na nich.
Chłopak przystanął na sekundę, usiłując
rozeznać się w sytuacji. W pomieszczeniu znajdowała się czwórka osób z Jishin –
3 mężczyzn i jedna kobieta – oraz 3 ich łuczników: Natsu, Kato i Ayako.
Taki poczuł jakby coś bardzo ciężkiego
zostało zdjętego z jego serca.
Żyła.
Suzuki jednak był bardziej nieobliczalny
– po prostu wpadł do środka, rzucając się na pierwszego mężczyznę z brzegu,
który siłował się z Natsu. Powalił go na ziemię i zaczął okładać pięściami.
Taki szybko się ogarnął, podbiegając do dziewczyny.
- Ani kroku dalej – zawarczał,
zasłaniając dziewczynę własnym ciałem.
- Taki… - wydusiła z wielką ulgą.
Trzymała przed sobą łuk, usiłując nim jakkolwiek walczyć.
- Cofnij się – polecił krótko chłopak,
atakując wroga.
Suzuki musiał opanować swój gniew, bo
rzucił się na niego drugi facet. Natsu w porę go odciągnął, rzucając jakimś
segregatorem w twarz zabójcy. Przybił mu krótko żółwika.
- I co tam, stary druhu? – rzucił,
uśmiechając się szelmowsko.
- Nie gadaj, tylko walcz – burknął Natsu
w odpowiedzi. – Uważaj!
Jednak Suzuki spokojnie odparł kolejny
atak. Zaczął walczyć z facetem, który zbytnio nie radził sobie z walką w
bliskim kontakcie.
- Natsu. Tylna kieszeń. Sztylet. –
rzucił ogólnikami Suzuki, gdy jego przeciwnik zaczął się rozkręcać.
Jego starszy kolega pokręcił głową, ale
chwycił małą broń. Od razu spróbował okrążyć przeciwnika, choć musiał poczekać
jeszcze chwilę, by zadać cios.
Niestety ich dwójka to było zbyt mało,
by zająć czymś wszystkich. Kato został bez wsparcia. Na początku radził sobie
bardzo dobrze, udało mu się nawet usidlić kobietę – przyduszał ją swoim łukiem,
z zerwaną cięciwą. Ale gdy zaciągał ją ku rozbitemu oknu, z ziemi poderwał się
facet, którego wcześniej Suzuki okładał pięściami.
- Suzuki! – wrzasnął Taki. Skrzywił się
chwilę później, gdy ostrze przeciwnika niebezpiecznie ześlizgnęło się z jego
miecza. – Kato! – wyjaśnił krótko, gdy czarnowłosy na niego spojrzał.
Kato spostrzegł kolejnego przeciwnika w
samą porę. W krzykiem bojowym odtrącił od siebie kobietę, rzucając nią w
odłamki szkła na ziemi. Ułamek sekundy później zatrzymał górne cięcie swoim
łukiem. Mężczyzna przytrzymywał drzewiec obiema rękoma, ale i tak z trudem
utrzymywał ostrze z dala od swojej głowy. Zabójca z Jishin natarł mocniej.
Drewno zatrzeszczało złowrogo, nadłamując się trochę.
Suzuki napiął mięśnie, usiłując poruszać
się jeszcze szybciej. Ciął z góry, z dołu, z góry, z dołu i tak w kółko,
licząc, że facet w końcu nie wytrzyma naporu ciosów. Natsu patrzył się na niego
porozumiewawczo. Musiał tylko odsłonić trochę swój bok.
Mężczyzna zadał decydujący cios, w tym
samym momencie, gdy Ayako wrzasnęła coś przeraźliwie.
- NIE!!! – wykrzyknął po chwili Taki.
Kato wypuścił drzewiec z rąk, a z jego
klatki piersiowej sterczał miecz. Kobieta z Jishin wyciągnęła go wprawnym
ruchem, choć przepełnionym bólem. Całe jej ręce pokiereszowane były odłamkami
szkła.
- Aaaaargh!!! – zawarczał Suzuki,
rzucając się ponownie na mężczyznę. Udało
mu się go zaskoczyć i zepchnąć przez okno.
- Taki! – krzyknął ostrzegawczo Natsu.
Blondyn cofnął się gwałtownie do tyłu, a
miecz przeciwnika trafił w pustkę. Chwilę później z ręki zabójcy sterczał
sztylet Natsu. Taki skorzystał z okazji i odciągnął od niego Ayako, która od
razu rzuciła się do konającego towarzysza.
Suzuki zignorował kobietę z Jishin, gdy
Kato opadł bezsilnie na kolana, zalewając się krwią. Ayako przyklękła przy nim,
nie zważając na szkło. W jej oczach zalśniły łzy.
- Kato… - szepnęła, kręcąc głową. –
Kato… - powtórzyła.
Mężczyzna krótko się uśmiechnął, po czym
opadł z kolan na ziemię. Nikt nawet nie próbował go łapać, wiedząc, że nie ma
najmniejszej nadziei. Taki ścisnął ramię Ayako, przygryzając dolną wargę.
Suzuki wpatrywał się pusto w dziurę w plecach
swojego kolegi. Nadal sączyła się z niej krew. Natsu podszedł do nich,
wzdychając bardzo, bardzo ciężko. Przykucnął obok nich i obrócił ciało Kato na
plecy. Ayako zaszlochała cicho, widząc uśmieszek i puste oczy, a Taki odwrócił wzrok, gdy
Natsu opuścił powieki zmarłego i skrzyżował mu dłonie na piersi, wkładając w
nie miecz.
- Dobra, dzieciaki… - powiedział smutno.
– Musimy iść. – rzucił, wstając. – Później nadejdzie czas na żegnanie naszych
przyjaciół. Teraz nie możemy pozwolić by więcej z nich zginęło.
Suzuki podniósł się jako pierwszy,
zasalutował krótko ku Kato i stanął obok.
- Reszta nam uciekła. – stwierdził
ponuro.
Ayako pokiwała głową, ale Taki nie
wiedział do kogo to skierowała. Zagryzła wargę i stanęła chwiejnie na nogi.
Chłopak objął ją ramieniem i przytulił ją krótko, ale mocno.
Dziewczyna najwyraźniej znalazła w tym
geście siłę. Przetarła szybko oczy, podnosząc z ziemi miecz kogoś z Jishin.
Spojrzała po chłopakach z zimną wściekłością.
- Czy mi się zdaje, czy nasi nie
potrzebują czasem wsparcia?
Na te słowa cała ich czwórka się
uśmiechnęła i bez zbędnych słów, skierowali się ku wyjściu, póki pożar nie
rozprzestrzenił się na dobre.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz