Rozdział 4
~Tokaji~
Spojrzałem na zegarek i syknąłem z irytacją. Ta para
idiotów wybrała się na tę misję jakieś dwie godziny temu i od tamtego czasu nie
odezwali się ani słowem. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że to nie Fumiya
się zorientował, że ich nie ma, tylko Omitsu. Teraz nie byłbym taki pewny, czy
powinni tu wracać.
- Się, kurde, dobrali. – burknąłem pod nosem,
odsuwając przyjaciół z myśli.
Zatrzymałem się na korytarzu i spojrzałem na drzwi
prowadzące do pokoju Ichigo i Ayako. Brązowowłosa dziewczyna pewnie siedzi w
środku, chyba że znowu zdążyła gdzieś zniknąć. Oczywiście bez słowa
uprzedzenia.
- Nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, że bez ciebie
wszystko się tak spieprzy, czterooki. – mruknąłem, biorąc po chwili głęboki
wdech.
Miałem zamiar wejść do pokoju dziewczyn bez pukania,
tak jak Ayako miała to w zwyczaju robić w stosunku do mnie i Tsu, ale coś mnie
powtrzymało. I nie, nie było to własne odczucie. Zza drzwi dochodził cichy głos
Ayako. Najwyraźniej rozmawiała przez telefon. Teoretycznie nie powinno mnie to
dziwić – od kiedy sytuacja zrobiła się… taka jaka jest, jej rodzice zaczęli się
o nią martwić. Jak uroczo, że dopiero teraz sobie o niej przypomnieli. Nic,
tylko pogratulować.
Prychnąłem pod nosem, a przed oczami przemknął mi
obraz mojej matki. Czy raczej jakiejś obcej kobiety. Zacisnąłem dłonie w
pięści, odpędzając od siebie wspomnienia. To przeszłość. Przycisnąłem ucho do
drzwi, nasłuchując. Może się nie skapnie i nie rozpęta się znowu kłótnia.
- Przecież już ci…. – dochodziły do mnie
poszczególnie słowa. – Nie ma mowy. …. granice…. – syknąłem ze złością. Jakby
nie mogła mówić głośniej.
Aczkolwiek na rozmowę z matką to nie wyglądało. Strzyknąłem
karkiem i wbiłem bezceremonialnie do jej pokoju.
- Ej, kurduplu. – zawołałem na powitanie, obserwując
jak na jej twarz wstępuje ten dobrze mi znany wyraz totalnej irytacji.
Dziewczyna podskoczyła wpierw na łóżku i przyłożyła
telefon do klatki piersiowej, jakby bała się, że ktoś mnie usłyszy. Albo ja
usłyszę kogoś. Dobra, Tokaji, daj spokój. Sam mówiłeś, że knucie teorii
spiskowych nic nie da.
- Tokaji! – wycedziła przez zęby. – Won!
- Ani mi się śni. – uśmiechnąłem się szelmowsko,
opierając o framugę. – Z kim…
Urwałem, gdy cisnęła pobliską poduszką w moją twarz.
Chwyciłem ją dopiero gdy ześlizgnęła się z mojej twarzy i spojrzałem na Ayako z
dezaprobatą.
- Z kim tak nadajesz? – spytałem.
Zmierzyła mnie zirytowanymi szarozielonymi oczami i
rozłączyła się.
Przewróciłem na to oczami, a dziewczyna pokazała mi
język. Przez krótką chwilę przemknęło mi przez myśl, że może będę mógł zostawić
kłótnie z Ichi w spokoju i wrócić do prześladowania tego kurdupla, ale
dostrzegłem coś czarnego, co leżało pod jej poduszką. Mimowolnie spoważniałem i
spojrzałem na nią groźnie.
Ayako zmarszczyła najpierw czoło, po czym przez jej
twarz przemknęła mieszanina zaskoczenia i przerażenia. Chwyciła w dłoń
połamane, czarne oprawki i schowała za siebie.
- Kasahara… - zacząłem ze zmęczeniem, które nagle
mnie ogarnęło.
- Stul się. – warknęła. – Po cholerę tu przylazłeś?
Nie mam natchnienia na bicie się z tobą. – dodała, wyciągając dłoń w moją
stronę. Odrzuciłem jej poduszkę, a ona nakryła nią okulary, wręcz z czułością.
- Pomyślałem, by tradycji stała się zadość i
przyszedłem cię podenerwować. W końcu Ichigo nie ma i mi się nudzi. – uśmiechnąłem
się szyderczo. Na dźwięk imienia przyjaciółki Ayako drgnęła.
Szybko jednak przybrała swoją zadziorną minę i
stanęła przede mną, zwijając dłonie w pięści. Miała oczy seryjnego mordercy i
prawdopodobnie przeraziłaby większość osób mijanych na ulicy, gdyby nie to, że
sięgała mi do brody.
- Stuknęła ci już piętnastka, a ty nadal nie
rośniesz. – mruknąłem.
- Wiesz, chyba znów mam natchnienie by skopać ci
dupę. – syknęła, unosząc pięść.
Oż cholera. Stałem nadal z beznamiętnym wyrazem
twarzy, wiedząc, że jeśli znowu się z nią potłukę, to mocno oberwę od Ichigo i
Tsuneariego. Chyba, że Ryutaro ich wyprzedzi.
- Dobra, mała. – mruknąłem, uchylając się gwałtownie
od prawego prostego, skierowanego w moją głową. – Jasny gwint, robisz się coraz
lepsza. – zagwizdałem, a Ayako zmierzyła mnie wściekłym spojrzeniem. – Ale
mniejsza o to. Szczerze to mam pytanie.
- Czy ty zawsze musisz najpierw doprowadzać
wszystkich do białej gorączki, a potem mówić o co ci chodzi? Dobra, dawaj.
- Czemu tak zabraniałaś Ichigo iść na tą misję?
Zastygła w bezruchu.
- Ej. – mruknąłem, gdy nie odpowiadała przez dłuższą
chwilę.
Ayako spuściła wzrok, a na jej twarzy odmalowała się
rozpacz. Po chwili uniosła głowę, szczerząc się do mnie z dozą smutku.
- Ona ma talent do pakowania się w kłopoty. Po
prostu wolałabym by nie skończyła tak jak… jak niektórzy…
No pięknie. I tak twoje „teorie spiskowe” legły w
gruzach. Brawo, Tokaji, spierdoliłeś. To i tak jest stara, dobra Ayako, która
nadal przeżywa ostatnie walki. Spierdoliłem po całej linii.
Patrzyłem się na nią z zdezorientowaniem. Nie
nadawałem się nigdy do mądrych rozmów. Cholender.
- No ja ich normalnie zajebię!
Spojrzeliśmy synchronicznie na drzwi.
- Omitsu, niż demograficzny. Pamiętaj o niżu
demograficznym! – gdzieś w oddali dało się słychać jeszcze szefa.
- Oho. – mruknąłem. – Czyli już wracają.
- Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. –
powiedziała Ayako, wyminęła mnie i wybiegła w stronę wyjścia.
***
- Ożesz ty, cholera jasna… - Meiji gwałtownie
wcisnął hamulec, wywołując najprzeraźliwszy pisk opon jaki słyszałam w całym
swoim życiu.
Jako iż leżałam w poprzek, stoczyłam się na dół, a
Tsuneari, również nieprzypięty pasami wpadł na przednie siedzenie. Chwyciłam
się za głowę, mając mroczki przed oczami. Chłopak jęknął i spróbował się
podnieść.
- Jasny gwint… - wydusił. – Meiji, co…
- Wycofujemy, wycofujemy…. – powtórzył pod nosem czarnowłosy,
patrząc się w tylne lusterka. Wprawnie nawrócił i był gotowy do odjazdu w siną
dal.
Podniosłam się za ten czas i rozejrzałam
zaciekawiona po okolicy. Mina zrzedła mi, gdy zobaczyłam podwórko przed
magazynem.
- Meiji, przecież jesteśmy pod organizacją. –
zauważyłam.
- No właśnie. – przytaknął i wcisnął gaz do dechy.
- NAWET TEGO NIE PRÓBUJ! – wrzask Omitsu przeszył
nas na wskroś, a Meiji instynktownie nacisnął hamulec.
Tsuneari wrócił na swoje miejsce i rozglądał się z
przestrachem. Gdy dostrzegł zmierzającą w naszą stronę zastępczynię, rzucił się
na towarzysza, który porzucił plan ucieczki.
- Idioto, odjeżdżaj! – zawołał, chwytając za
kierownicę.
Meiji siłował się ze skrzynią biegów.
- Silnik zgasł, nie odpali, złom jeden!
Spojrzałam na nich, unosząc jedną brew i pokręciłam
głową. Czasem zastanawiałam się czy to naprawdę płatni zabójcy. Zwłaszcza, że
zachowują się jak dzieci. Przyłożyłam dłoń do skroni i stwierdziłam, że
podaruję sobie tym razem wesołą panikę.
Omitsu tymczasem dopadła do „naszego” auta i stanęła
po stronie kierowcy. Meiji zdążył jeszcze mruknąć przekleństwo pod nosem, nim
kobieta otworzyła drzwi i wyciągnęła go za fraki z samochodu. Tsuneari zastygł
w bezruchu i cofnął się na tyle miejsca, jakby liczył, że Omitsu go nie
zauważy. Zdusiłam śmiech, gdy skrył się pod siedzeniem.
- Meiji ja cię ostrzegam kiedyś się nie powstrzymam
i cię zabiję za takie akcje. Dzieciaki to jeszcze rozumiem bo to durne
stworzenia ale ty też nie w sumie, to ich nie rozumiem no bo kurwa lepiej wybyć
z organizacji bez słowa i się tłuc po jakiś parkingach tak? Do cholery jasnej?
– kobieta wycedziła całą przemowę jednych tchem, miąchając Meijim. Mężczyzna
taktycznie wolał przeczekać pierwszy stopień furii.
- Przecinki, Omitsu, przecinki… - wydusił, chwytając
łapczywie powietrze.
Usłyszałam drugi pisk hamulców – najwyraźniej Koichi
z resztą również dotarli na miejsce. I również nie mieli zamiaru tu dłużej
zostać.
- Nawet nie próbuj. – Omitsu sztyletowała przybyłych
wzrokiem.
Chyba poddali się od razu.
Brązowowłosa puściła Meijiego, który teatralnie
upadł na ziemię i udawał martwego. Koichi wyszedł jako pierwszy i rzucił jakimś
tekstem, że skoro z ich czwórki jest najstarszy to się poświęci, po czym Omitsu
zaczęła znęcać się nad nim.
Z Tsunearim od dłuższego czasu zduszaliśmy śmiech,
ale teraz dostrzegliśmy możliwość ucieczki. Wychynęliśmy się niepostrzeżenie z
auta i bezszelestnie skradaliśmy w stronę bezpiecznej organizacji. W progu,
której stał Fumiya.
Ha-ha. Nieśmieszne.
- Dobry szefie. – Tsuneari zasalutował. – Do
widzenia, szefie. – powiedział i spróbował go wyminąć.
Fumiya jednak tylko zasłonił mu drogę ramieniem i
wziął głęboki oddech. Już miał coś powiedzieć, ale dostrzegł zakrzepłą strużkę
krwi na moim czole i zrezygnował na razie z opieprzania nas. Pokręcił głową.
- Niech wam będzie, najpierw ranni. – mruknął, choć
w oczach jarzyła się wściekłość. – Omitsu, niech Ryu ich najpierw obcyka! Potem
się na nich wydzieraj! – zawołał do kobiety.
Brązowowłosa właśnie kończyła przyduszać Koichiego i
nie miała zbytnio ochoty by go puścić. Gdy jednak Meiji podniósł się z ziemi i
podbiegł do Juna, poluzowała uścisk. Dostrzegła, że chłopaki biorą delikatnie
nieprzytomną Miyako na prowizoryczne nosze i gwałtownie puściła mężczyznę.
- Żyje? – spytała poważnym, opanowanym głosem.
- Jest tylko nieprzytomna. – odparł Koichi,
rozcierając kark.
- Oby. – mruknęła zastępczyni i ruszyła żwawo w
naszym kierunku. Wykonała jakiś gest i potwierdziła, że Miyako żyje.
- Omitsu, jeszcze tak złego słuchu nie mam, żeby nie
dosłyszeć takich rzeczy. – prychnął szef. Kobieta pokazała mu język.
- Tsu. – spojrzała poważnie na chłopaka. – Masz
poważne kłopoty.
- Czemu tylko ja?
- Bo tylko tobie nic nie jest.
- Dobra, podyskutujemy o tym później. – zarządził
Fumiya. – Tokaji, przestań się chować tam z Ayako, tylko chodźcie pomóc. Bieraj
nosze od Juna, poniesiecie Miyoko do…
- Miyako. – poprawiła go ze złością jej siostra.
- Poniesiecie Miyako do Ryutaro. Miyoko, Ichigo, Jun
i Koichi idziecie do gabinetu, by zrobili wam przegląd. Ayako przypilnuj, by
nikt nie zemdlał po drodze. Tsu, Omitsu idziecie ze mną. – zarządził sprawnie
szef i ruszył wraz z Omitsu w swoją stronę.
Nasza ekipa z kolei skierowała się w stronę gabinetu
Ryutaro.
Ayako nie odezwała się do mnie słowem, jedynie szła
obok mnie, podtrzymując za ramię. Z początku chciałam powiedzieć, że dam radę
iść o własnych siłach, lecz dziewczyna pewnie zignorowałaby mnie całkowicie.
Wbiłam wzrok w porysowane płytki, licząc, że w nocy w końcu uda nam się
pogadać.
Lekarz najwyraźniej przeczuwał, że ktoś go odwiedzi
i nawet wyciągnął bandaże. Gdy razem z Miyoko weszłyśmy do środka, pokręcił z
dezaprobatą głową, nie wyglądając na całkowicie zdziwionego. Jednak gdy Tokaji
z Meijim wnieśli na noszach kobietę, zbledł gwałtownie i zerwał się na równe
nogi. Na koniec w progu stanęli Koichi i Jun, którzy posłali przepraszający
uśmiech w stronę lekarza. Ryu opadł bezsilnie na fotel.
- Więcej was matka nie miała? – jęknął, ale szybko
wziął się w garść. – Połóżcie Miyoko na łóżku, w pokoju obok, nie ma znaczenia
w jakim. – machnął dłonią na łączone pomieszczenie. – Czy ktokolwiek z was jest
umierający? – spojrzał po nas badawczo. – Nie? To świetnie.
Ryutaro podszedł do swojej ukochanej komody,
otworzył kilka szafek, wprawnym ruchem powyciągał odpowiednie przybory i ruszył
do nieprzytomnej kobiety. Rozejrzałam się za ten czas. Ayako zdążyła już sobie
pójść. Cmoknęłam z niezadowolenia, ale siadłam obok towarzyszy na klozetce przy
biurku Ryutaro.
Po chwili lekarz wygonił Tokajiego i Meijiego,
stwierdzając, że nic im nie jest i nikt na razie nie potrzebuje tu towarzystwa.
Czarnowłosy obrzucił mnie przeciągłym spojrzeniem, po czym rozejrzał się,
szukając kogoś wzrokiem. Najwyraźniej chciał coś od Ayako. Spojrzał na mnie, a
ja wzruszyłam ramionami. Jego czarne oczy przeszywały mnie na wskroś jeszcze
przez kilka sekund, po czym Tokaji wyszedł, również nie zamieniając ze mną
słowa.
Ryutaro przyszedł do nas po 5 minutach i obrzucił
nas lekarskim wzrokiem. Zaczął od chłopaków, ze względu, że byli trochę
bardziej poharatani niż ja z Miyoko. Koichi chciał zostać przy Miyako, ale Ryu
wywalił go z gabinetu, mamrocząc coś o pogadance z szefem. Miyoko sama wyszła,
przeczuwając, że i ona uzyska odpowiedź przeczącą. Zostałam sama z Ryutaro.
- Co tym razem? – spytał dość schematycznie. Był
wyraźnie na nas zły. Czyli normalka, gdy przychodzi do niego ktokolwiek ranny.
- Rozbili mi łeb.
- Stara śpiewka. – mruknął i sięgnął po wodę
utlenioną. – Gdzie?
Wskazałam miejsce. Mimo całej tej chłodnej gadaniny,
obchodził się delikatnie z pacjentami. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ryu nawet
gdyby chciał, nie umiałby być okrutnym medykiem. Ale wrednym owszem. Chłopak
najwyraźniej wyczuł moje myśli i oblał mi kark wodą bez ostrzeżenia.
- Miyako nic nie jest? – spytałam, przerywając
ciszę.
Lekarz zastygł na moment, po czym wrócił do swojej
pracy. Oho.
- Mam nadzieję. – westchnął. – Kończę ciebie i
wracam do niej. Muszę coś sprawdzić. Między innymi dlatego nie pozwoliłem
zostać tu Koichiemu i Miyoko.
- A co…
- Chyba jej coś podali. - uciął temat. - Zainteresuj
się może sobą. – burknął. – Chyba zacznę sobie zapisywać ile razy opatruję cię
w ciągu tygodnia.
- Nie przesadzaj.
- Nie przesadzam.
- Kiedy niby w tym tygodniu byłam ranna?
- A ta misja dwa dni wcześniej? – podsunął
protekcjonalnym tonem.
- To było raptem draśnięcie! – obruszyłam się. – Co
mnie nie zabije, to mnie wzmocni. – dodałam, uśmiechając się chytrze.
- Powiesz tak samo jak utną ci nogę? – rzucił
sarkastycznie i obrócił mnie w swoją stronę. – Nie sztuką jest się zranić,
Ichigo. A mi na serio nie leży bandażowanie 3 razy w tygodniu dobrej
przyjaciółki.
- Myślałam, że zdążyłeś przywyknąć. – mruknęłam.
Ryutaro przewrócił oczami. Wstał i skierował kroki
do nieprzytomnej kobiety. Dotknęłam dłonią bandaża, upewniając się, że nie
zsunie mi się na oczy. Podniosłam się, również planując wyjść, ale poczułam
chęć usprawiedliwienia siebie choć trochę.
- Poza tym bilans ilości moich misji do ran jest
mały. Wykonuję tyle zleceń i wracam w całości. – rzuciłam z udawaną
wyniosłością, wychodząc.
Zamykając drzwi usłyszałam jeszcze jedno zdanie.
- Właśnie ilość twoich zleceń mnie przeraża.
Zatrzymałam się, zwijając dłonie w pięści. Wzięłam
głęboki oddech i zmusiłam się do przewrócenia oczami. Nie mam teraz czasu na
rozmyślanie nad mądrymi tekstami Ryutaro.
Ruszyłam do biura.
***
Zajrzałam z niepokojem do biura, a przez myśl
przemknęła mi jeszcze chęć ucieczki. Jednak, gdy już wycofywałam się, Omitsu
wskazała na mnie palcem i gestem kazała wejść do środka. Westchnęłam z boleścią
i wślizgnęłam się do środka.
Byliśmy w tym samym zaufanym składzie co na
początku: Fumiya, Omitsu, Mako, Tsuneari i Tokaji. Czyli jeszcze nie
posprawdzali czy reszcie można w stu procentach zaufać. Przysiadłam na jednym z
biurek, unikając rozmowy jak ognia.
- Ktoś jeszcze ma przyjść? – Omitsu obrzuciła Fumiyę
służbowym spojrzeniem.
- Zastanawiałem się jeszcze nad Meiji’m, ale to
chyba jak już będziemy dyskutować o tej „misji”. – zastanowił się. – Jak chcesz to zaczynaj.
- Co mam zaczynać? Opierniczanie im dupy? –
prychnęła z irytacją. – Wolne sobie. Pierwszy gniew mi minął.
Kobieta skrzyżowała ręce na piersi i obrzuciła nas
ofuczonym spojrzeniem. Porozumieliśmy się wzrokiem z Tsu, krzywiąc się lekko.
Trochę spierniczyliśmy ich zaufanie w naszym stosunku. Zapanowała bardzo
nieprzyjazna cisza.
- A poza tym… - mruknęła po chwili Omitsu. – Na
cholerę będę opierniczać dzieciaki, jak Sanmittai i bliźniaczki też spieprzyły
sprawę? – uniosła trochę prawy kącik ust, ale nie dając nam większej nadziei na
przebaczenie.
- No to skoro nie macie zamiaru robić burzy, to po
cholerę tu jesteśmy? – burknął Tokaji. – Nie łatwiej było wezwać tu tylko
Ichigo i Tsuneariego?
- Zaufanych osób jest raptem szóstka, wliczając w to
nawet ciebie, Kosai. Więc widzisz jak dramatyczną sytuację mamy. – odparł
zjadliwie szef, ale wyprostował się i dalszą część powiedział już opanowanym
głosem. – Takie „tajne” spotkania zazwyczaj powinno przeprowadzać się w pełnym
składzie. Nie chcę by były jakieś niedomówienia.
- To będzie upierdliwe. – mruknęła beznamiętnie
Mako.
- Teraz chodzi tylko o jedną rzecz. – Omitsu
wskoczyła na stół i postawiła stopy na fotelu obrotowym. Ciemnoczekoladowe oczy
zabłysnęły złowrogo, gdy splotła dłonie tuż przy ustach.
- Czy nie zauważyliśmy jakiś podejrzanych zachować,
tak? – spytałam cicho.
Fumiya skinął głową.
- Aaa, czyli tylko chcecie wykluczyć potencjalnych
zdrajców. No to luzik! – Tsuneari przeciągnął się, uśmiechając. Rozpogodziłam
się lekko. Przynajmniej mamy jednego optymistę w naszych szeregach.
- Wykluczyć jak wykluczyć. – Mako podniosła się z
sofy, wbijając chłodne, jasnozielone oczy w szefa. – Chyba raczej wyznaczyć.
Fumiya utrzymał z nią kontakt wzrokowy, a jego twarz
spowita była cieniem. Omitsu westchnęła, krzyżując ramiona na piersi, a Tokaji
wymamrotał coś pod nosem. Wpatrywałam się w szefa, ale w końcu wbiłam wzrok w
podłogę. Nie mnie oceniać kto może być zdrajcą. Jedynie Tsu patrzył się na nas
ze zdziwieniem.
- Że niby co? Że ktoś z nich jest zdrajcą? – gdy odpowiedziała
mu cisza, prychnął. – No i co jeszcze? Przecież to absurd.
- Absurdem była kiedyś myśl, że nasi „towarzysze”
zostaną szpiegami. – mruknął Tokaji, spoglądając przez okno.
- Tokaji, przecież nie mówię, że nie ma zdrajcy. –
mruknął przeciągle Tsu. – Tylko jestem pewien, że to nikt z nich.
- Do tego nie mamy pewności. – powiedział powoli
szef.
- Sotomura, no błagam. Gdyby chcieli coś odstawić
sprowadzili by więcej osób i nas zabili na miejscu. – Tsuneari nie widząc
potwierdzenia na twarzy mężczyzny, zwinął dłoń w pięść.
- No dobra. – przytaknęłam cicho. – Załóżmy, że ktoś
z nich jest zdrajcą. W takim razie niby kto ma nim być? Meiji? – spytałam
głosem przesiąkniętym sarkazmem.
- To byłoby najbardziej prawdopodobne. – westchnęła ciężko
Omitsu.
Mako powoli przeniosła na nią swoje puste,
jasnozielone oczy. Choć teraz mogłabym przysiąc, że zobaczyłam w nich
wściekłość.
- Nawet ty Omitsu masz zamiar pieprzyć głupoty? –
spytała chłodno. – Nie będę tolerować podejrzewania Meijiego. Wszystkich innych
tak, ale jego… On po prostu nie ma żadnych motywów żeby to robić. – spuściła na
chwilę wzrok. - Poza tym i Sanmittai, i
bliźniaczki to moi zaufani towarzysze. Mnie by nie dali rady oszukać.
- Przyjaciół najłatwiej oszukać. – prychnął szyderczo
Tokaji.
- Może czasem byś się zamknął, co? – mruknęłam ledwo
dosłyszalnie. – Nie pomagasz.
- Nie mam zamiaru. Im szybciej znajdziemy zdrajcę
tym lepiej.
- Ale do tego potrzeba dowodów. – wtrącił Tsu. – A ja
podczas tej misji nie widziałem żadnych. Szczególnie na Meijiego. – podkreślił,
rzucając urywkowe spojrzenie na szefa.
Mak
- Tsu, jesteś całkowicie pewny, że nie zachowywali
się inaczej? Naprawdę nie chcę tego wałkować w nieskończoność, ale będziemy
musieli, jak nie zaczniecie współpracować. – powiedział Fumiya, unosząc
wyzywająco jedną brew.
- Jesteśmy pewni. – potwierdziłam od razu, pewnym
głosem.
- W ten sposób w życiu nie nabierzemy podejrzeń czy
znajdziemy niespójność. – stwierdziła ze znużeniem Omitsu.
- Więc nie szukajcie ich tam, gdzie ich nie ma. –
odparła chłodno Mako i stanęła w progu. – A teraz to skończmy. Musicie jeszcze
pogadać o tej misji. – dodała i zatrzasnęła drzwi.
***
- Jasny gwint. – podsumował wszystko Tokaji.
- Jakie to upierdliwe! – jęknął Tsu, przeciągając
się.
Siedzieliśmy w rogu naszego prowizorycznego salonu,
opierając się plecami o ścianę. Dochodziła północ i nikogo tu nie było. Ci,
którzy robili coś za dnia poszli odpocząć, a inni wybyli na nocne misje.
Zapaliła się tylko pojedyncza żarówka wisząca na środku pokoju, przez co
światło ledwo do nas docierało.
Chwilę po tym jak wyszła Mako, do środka wpadł
Meiji, któremu rudowłosa za pewne kazała przyjść. Tokaji w końcu wzruszył
ramionami i został posłuchać naszych raportów. Fumiya machnął już ręką na
nieobecność reszty, wiedząc że albo są ranni, albo i tak nigdy nie składają
raportów. Słowa Meijiego tylko potwierdziły to co mówiliśmy. Największy kłopot
stanowiła jednak Katherine Zayan, która dość gwałtownie wracała na scenę
podziemia.
- Sądzicie, że naprawdę mamy szpiega? – rzuciłam luźno.
- Co przez to rozumiesz? – spytał Tokaji, unosząc
brwi.
- Wiecie, nie znam zbytnio Zayan, ale wygląda na
strasznie fałszywą. – prychnęłam. – Nie zdziwiłabym się, że tylko wprowadza nas
w błąd i nikt nie zdradził, a ona ma dostęp do naszych danych.
- W sumie to nasz komputer jest w tak tragicznym
stanie, że nie zdziwiłoby mnie, że nie zauważyli hakera w środku. – zaśmiał się
ponuro Tsu.
- I właśnie teraz brakuje mi tu czterookiego, który
rzuciłby mądrą aluzją jeśli chodzi o technologie. – mruknął Tokaji. – I kurdupla,
który spierniczyłby całą atmosferę, a nie siedział zamknięty w pokoju i
pogrążony w depresji.
- Ty właśnie pierniczył atmosferę. – burknął Tsuneari.
– Ja wiem, że mało cię to obchodzi, ale najpierw wysil szare komórki zanim coś
palniesz.
- O co wam chodzi? – czarnowłosy przewrócił oczami. –
Cackanie się z tą wiadomością nic nie da. A pewnie i wy będziecie martwi za
kilka miesięcy, jeśli patrzeć na stabilność naszej pracy. – dodał sarkastycznie.
- Tokaji, daruj sobie, dobra? – warknęłam.
- Ale taka prawda. Okularnik jest martwy. Daiki jest
martwy. Kato jest….
- Zamknij się. – powiedziałam nienawistnie. – Zmarli
zasługują na odrobinę szacunku. Dlatego przestań go w końcu nazywać okularnikiem.
- „Go”? – roześmiał się szyderczo. – Co, nadal nie
możesz spokojnie powiedzieć imienia Takiego? Ichigo, jestem płatnym zabójcą,
więc nie pieprz mi o szacunku do jakiś trupów.
- No ja ci normalnie zajebię. – zwinęłam dłonie w
pięści, wstając.
Tokaji podniósł się w tym samym momencie co ja,
uśmiechając się szelmowsko, gdy zagórował nade mną wzrostem. Napiął mięśnie,
jakby nie mogąc doczekać się większej kłótni. Nim zdążyłam wziąć zamach, Tsu
chwycił mnie za nadgarstek i ramieniem odsunął od czarnowłosego.
- No weź, Tsu zaczynało się robić zabawnie…
- Stul. Pysk. Skończony. Idioto. – wycedził brązowowłosy.
– Są granice, Tokaji. Nawet dla ciebie.
Zapadła cisza. Oddychałam głęboko, usiłując się
uspokoić. Doskonale wiedziałam, że on się tak zachowa, byleby tylko się z kimś
posprzeczać. Tego jednego nie mógł sobie dziennie darować. Szkoda, że zawsze
dawałam się w to wciągnąć.
Bo on zawsze musiał uderzyć w jakiś czuły punkt.
- Jak chcesz się ponaśmiewać, że ktoś nie żyje, to
nie przy mnie. – warknęłam, mimo wiedzy, że on ze mną tylko gra.
- To sobie idź, bo czuję napływ weny. – odparował.
- Proszę bardzo. Zobaczymy jakie żarty wymyślisz
sobie o Aracie. Albo o Shuuko. – Tsu zmrużył oczy. – No dalej. Dawaj. – jego słowa
ociekały jadem.
Widziałam po Tokajim, że wie, że trochę przesadził.
Otwierał już usta, by rzucić jakiś tekst i wyminąć rozmowę o tym, gdy
usłyszałam dźwięk zbiegania po schodach. Chłopaki również to wychwycili,
milknąc instynktownie. Po kilku sekundach do środka wpadł Ryutaro, rozglądając
się z roztargnieniem. Dostrzegł nas po chwili, marszcząc czoło.
- A wy tu co? – spytał, wyrywając się z amoku.
- A ty tu co? – przedrzeźnił go Tsu, uśmiechając
się. – Wpadasz jak jakiś opętaniec i się dziwisz, że jesteśmy we własnej
organizacji.
- No właśnie, doktorku. Co jest? – spytałam,
zaciekawiając się rozburzoną fryzurą Ryu.
Momentalnie ogarnęło mnie zaniepokojenie, gdy
chłopak poprawił nerwowym gestem brudny kitel. Pomyślałam o najgorszym. Coś
jest nie tak z Miyako.
- Mamy duży problem. Bardzo duży. – wydusił. – Ichi,
pamiętaj jak mówiłem, że mam wrażenie, że coś podali Miyako. Przypuszczałem, że
to jakiś narkotyk. Nie. – wziął głęboki wdech. – To trucizna. A ja nie mam
odtrutki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz