1 kwietnia 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 4

Rozdział 4

~Tokaji~
Spojrzałem na zegarek i syknąłem z irytacją. Ta para idiotów wybrała się na tę misję jakieś dwie godziny temu i od tamtego czasu nie odezwali się ani słowem. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że to nie Fumiya się zorientował, że ich nie ma, tylko Omitsu. Teraz nie byłbym taki pewny, czy powinni tu wracać.
- Się, kurde, dobrali. – burknąłem pod nosem, odsuwając przyjaciół z myśli.
Zatrzymałem się na korytarzu i spojrzałem na drzwi prowadzące do pokoju Ichigo i Ayako. Brązowowłosa dziewczyna pewnie siedzi w środku, chyba że znowu zdążyła gdzieś zniknąć. Oczywiście bez słowa uprzedzenia.
- Nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, że bez ciebie wszystko się tak spieprzy, czterooki. – mruknąłem, biorąc po chwili głęboki wdech.
Miałem zamiar wejść do pokoju dziewczyn bez pukania, tak jak Ayako miała to w zwyczaju robić w stosunku do mnie i Tsu, ale coś mnie powtrzymało. I nie, nie było to własne odczucie. Zza drzwi dochodził cichy głos Ayako. Najwyraźniej rozmawiała przez telefon. Teoretycznie nie powinno mnie to dziwić – od kiedy sytuacja zrobiła się… taka jaka jest, jej rodzice zaczęli się o nią martwić. Jak uroczo, że dopiero teraz sobie o niej przypomnieli. Nic, tylko pogratulować.
Prychnąłem pod nosem, a przed oczami przemknął mi obraz mojej matki. Czy raczej jakiejś obcej kobiety. Zacisnąłem dłonie w pięści, odpędzając od siebie wspomnienia. To przeszłość. Przycisnąłem ucho do drzwi, nasłuchując. Może się nie skapnie i nie rozpęta się znowu kłótnia.
- Przecież już ci…. – dochodziły do mnie poszczególnie słowa. – Nie ma mowy. …. granice…. – syknąłem ze złością. Jakby nie mogła mówić głośniej.
Aczkolwiek na rozmowę z matką to nie wyglądało. Strzyknąłem karkiem i wbiłem bezceremonialnie do jej pokoju.
- Ej, kurduplu. – zawołałem na powitanie, obserwując jak na jej twarz wstępuje ten dobrze mi znany wyraz totalnej irytacji.
Dziewczyna podskoczyła wpierw na łóżku i przyłożyła telefon do klatki piersiowej, jakby bała się, że ktoś mnie usłyszy. Albo ja usłyszę kogoś. Dobra, Tokaji, daj spokój. Sam mówiłeś, że knucie teorii spiskowych nic nie da.
- Tokaji! – wycedziła przez zęby. – Won!
- Ani mi się śni. – uśmiechnąłem się szelmowsko, opierając o framugę. – Z kim…
Urwałem, gdy cisnęła pobliską poduszką w moją twarz. Chwyciłem ją dopiero gdy ześlizgnęła się z mojej twarzy i spojrzałem na Ayako z dezaprobatą.
- Z kim tak nadajesz? – spytałem.
Zmierzyła mnie zirytowanymi szarozielonymi oczami i rozłączyła się.
Przewróciłem na to oczami, a dziewczyna pokazała mi język. Przez krótką chwilę przemknęło mi przez myśl, że może będę mógł zostawić kłótnie z Ichi w spokoju i wrócić do prześladowania tego kurdupla, ale dostrzegłem coś czarnego, co leżało pod jej poduszką. Mimowolnie spoważniałem i spojrzałem na nią groźnie.
Ayako zmarszczyła najpierw czoło, po czym przez jej twarz przemknęła mieszanina zaskoczenia i przerażenia. Chwyciła w dłoń połamane, czarne oprawki i schowała za siebie.
- Kasahara… - zacząłem ze zmęczeniem, które nagle mnie ogarnęło.
- Stul się. – warknęła. – Po cholerę tu przylazłeś? Nie mam natchnienia na bicie się z tobą. – dodała, wyciągając dłoń w moją stronę. Odrzuciłem jej poduszkę, a ona nakryła nią okulary, wręcz z czułością.
- Pomyślałem, by tradycji stała się zadość i przyszedłem cię podenerwować. W końcu Ichigo nie ma i mi się nudzi. – uśmiechnąłem się szyderczo. Na dźwięk imienia przyjaciółki Ayako drgnęła.
Szybko jednak przybrała swoją zadziorną minę i stanęła przede mną, zwijając dłonie w pięści. Miała oczy seryjnego mordercy i prawdopodobnie przeraziłaby większość osób mijanych na ulicy, gdyby nie to, że sięgała mi do brody.
- Stuknęła ci już piętnastka, a ty nadal nie rośniesz. – mruknąłem.
- Wiesz, chyba znów mam natchnienie by skopać ci dupę. – syknęła, unosząc pięść.
Oż cholera. Stałem nadal z beznamiętnym wyrazem twarzy, wiedząc, że jeśli znowu się z nią potłukę, to mocno oberwę od Ichigo i Tsuneariego. Chyba, że Ryutaro ich wyprzedzi.
- Dobra, mała. – mruknąłem, uchylając się gwałtownie od prawego prostego, skierowanego w moją głową. – Jasny gwint, robisz się coraz lepsza. – zagwizdałem, a Ayako zmierzyła mnie wściekłym spojrzeniem. – Ale mniejsza o to. Szczerze to mam pytanie.
- Czy ty zawsze musisz najpierw doprowadzać wszystkich do białej gorączki, a potem mówić o co ci chodzi? Dobra, dawaj.
- Czemu tak zabraniałaś Ichigo iść na tą misję?
Zastygła w bezruchu.
- Ej. – mruknąłem, gdy nie odpowiadała przez dłuższą chwilę.
Ayako spuściła wzrok, a na jej twarzy odmalowała się rozpacz. Po chwili uniosła głowę, szczerząc się do mnie z dozą smutku.
- Ona ma talent do pakowania się w kłopoty. Po prostu wolałabym by nie skończyła tak jak… jak niektórzy…
No pięknie. I tak twoje „teorie spiskowe” legły w gruzach. Brawo, Tokaji, spierdoliłeś. To i tak jest stara, dobra Ayako, która nadal przeżywa ostatnie walki. Spierdoliłem po całej linii.
Patrzyłem się na nią z zdezorientowaniem. Nie nadawałem się nigdy do mądrych rozmów. Cholender.
- No ja ich normalnie zajebię!
Spojrzeliśmy synchronicznie na drzwi.
- Omitsu, niż demograficzny. Pamiętaj o niżu demograficznym! – gdzieś w oddali dało się słychać jeszcze szefa.
- Oho. – mruknąłem. – Czyli już wracają.
- Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. – powiedziała Ayako, wyminęła mnie i wybiegła w stronę wyjścia.
***
- Ożesz ty, cholera jasna… - Meiji gwałtownie wcisnął hamulec, wywołując najprzeraźliwszy pisk opon jaki słyszałam w całym swoim życiu.
Jako iż leżałam w poprzek, stoczyłam się na dół, a Tsuneari, również nieprzypięty pasami wpadł na przednie siedzenie. Chwyciłam się za głowę, mając mroczki przed oczami. Chłopak jęknął i spróbował się podnieść.
- Jasny gwint… - wydusił. – Meiji, co…
- Wycofujemy, wycofujemy…. – powtórzył pod nosem czarnowłosy, patrząc się w tylne lusterka. Wprawnie nawrócił i był gotowy do odjazdu w siną dal.
Podniosłam się za ten czas i rozejrzałam zaciekawiona po okolicy. Mina zrzedła mi, gdy zobaczyłam podwórko przed magazynem.
- Meiji, przecież jesteśmy pod organizacją. – zauważyłam.
- No właśnie. – przytaknął i wcisnął gaz do dechy.
- NAWET TEGO NIE PRÓBUJ! – wrzask Omitsu przeszył nas na wskroś, a Meiji instynktownie nacisnął hamulec.
Tsuneari wrócił na swoje miejsce i rozglądał się z przestrachem. Gdy dostrzegł zmierzającą w naszą stronę zastępczynię, rzucił się na towarzysza, który porzucił plan ucieczki.
- Idioto, odjeżdżaj! – zawołał, chwytając za kierownicę.
Meiji siłował się ze skrzynią biegów.
- Silnik zgasł, nie odpali, złom jeden!
Spojrzałam na nich, unosząc jedną brew i pokręciłam głową. Czasem zastanawiałam się czy to naprawdę płatni zabójcy. Zwłaszcza, że zachowują się jak dzieci. Przyłożyłam dłoń do skroni i stwierdziłam, że podaruję sobie tym razem wesołą panikę.
Omitsu tymczasem dopadła do „naszego” auta i stanęła po stronie kierowcy. Meiji zdążył jeszcze mruknąć przekleństwo pod nosem, nim kobieta otworzyła drzwi i wyciągnęła go za fraki z samochodu. Tsuneari zastygł w bezruchu i cofnął się na tyle miejsca, jakby liczył, że Omitsu go nie zauważy. Zdusiłam śmiech, gdy skrył się pod siedzeniem.
- Meiji ja cię ostrzegam kiedyś się nie powstrzymam i cię zabiję za takie akcje. Dzieciaki to jeszcze rozumiem bo to durne stworzenia ale ty też nie w sumie, to ich nie rozumiem no bo kurwa lepiej wybyć z organizacji bez słowa i się tłuc po jakiś parkingach tak? Do cholery jasnej? – kobieta wycedziła całą przemowę jednych tchem, miąchając Meijim. Mężczyzna taktycznie wolał przeczekać pierwszy stopień furii.   
- Przecinki, Omitsu, przecinki… - wydusił, chwytając łapczywie powietrze.
Usłyszałam drugi pisk hamulców – najwyraźniej Koichi z resztą również dotarli na miejsce. I również nie mieli zamiaru tu dłużej zostać.
- Nawet nie próbuj. – Omitsu sztyletowała przybyłych wzrokiem.
Chyba poddali się od razu.
Brązowowłosa puściła Meijiego, który teatralnie upadł na ziemię i udawał martwego. Koichi wyszedł jako pierwszy i rzucił jakimś tekstem, że skoro z ich czwórki jest najstarszy to się poświęci, po czym Omitsu zaczęła znęcać się nad nim.
Z Tsunearim od dłuższego czasu zduszaliśmy śmiech, ale teraz dostrzegliśmy możliwość ucieczki. Wychynęliśmy się niepostrzeżenie z auta i bezszelestnie skradaliśmy w stronę bezpiecznej organizacji. W progu, której stał Fumiya.
Ha-ha. Nieśmieszne.
- Dobry szefie. – Tsuneari zasalutował. – Do widzenia, szefie. – powiedział i spróbował go wyminąć.
Fumiya jednak tylko zasłonił mu drogę ramieniem i wziął głęboki oddech. Już miał coś powiedzieć, ale dostrzegł zakrzepłą strużkę krwi na moim czole i zrezygnował na razie z opieprzania nas. Pokręcił głową.
- Niech wam będzie, najpierw ranni. – mruknął, choć w oczach jarzyła się wściekłość. – Omitsu, niech Ryu ich najpierw obcyka! Potem się na nich wydzieraj! – zawołał do kobiety.
Brązowowłosa właśnie kończyła przyduszać Koichiego i nie miała zbytnio ochoty by go puścić. Gdy jednak Meiji podniósł się z ziemi i podbiegł do Juna, poluzowała uścisk. Dostrzegła, że chłopaki biorą delikatnie nieprzytomną Miyako na prowizoryczne nosze i gwałtownie puściła mężczyznę.
- Żyje? – spytała poważnym, opanowanym głosem.
- Jest tylko nieprzytomna. – odparł Koichi, rozcierając kark.
- Oby. – mruknęła zastępczyni i ruszyła żwawo w naszym kierunku. Wykonała jakiś gest i potwierdziła, że Miyako żyje.
- Omitsu, jeszcze tak złego słuchu nie mam, żeby nie dosłyszeć takich rzeczy. – prychnął szef. Kobieta pokazała mu język.
- Tsu. – spojrzała poważnie na chłopaka. – Masz poważne kłopoty.
- Czemu tylko ja?
- Bo tylko tobie nic nie jest.
- Dobra, podyskutujemy o tym później. – zarządził Fumiya. – Tokaji, przestań się chować tam z Ayako, tylko chodźcie pomóc. Bieraj nosze od Juna, poniesiecie Miyoko do…
- Miyako. – poprawiła go ze złością jej siostra.
- Poniesiecie Miyako do Ryutaro. Miyoko, Ichigo, Jun i Koichi idziecie do gabinetu, by zrobili wam przegląd. Ayako przypilnuj, by nikt nie zemdlał po drodze. Tsu, Omitsu idziecie ze mną. – zarządził sprawnie szef i ruszył wraz z Omitsu w swoją stronę.
Nasza ekipa z kolei skierowała się w stronę gabinetu Ryutaro.
Ayako nie odezwała się do mnie słowem, jedynie szła obok mnie, podtrzymując za ramię. Z początku chciałam powiedzieć, że dam radę iść o własnych siłach, lecz dziewczyna pewnie zignorowałaby mnie całkowicie. Wbiłam wzrok w porysowane płytki, licząc, że w nocy w końcu uda nam się pogadać.
Lekarz najwyraźniej przeczuwał, że ktoś go odwiedzi i nawet wyciągnął bandaże. Gdy razem z Miyoko weszłyśmy do środka, pokręcił z dezaprobatą głową, nie wyglądając na całkowicie zdziwionego. Jednak gdy Tokaji z Meijim wnieśli na noszach kobietę, zbledł gwałtownie i zerwał się na równe nogi. Na koniec w progu stanęli Koichi i Jun, którzy posłali przepraszający uśmiech w stronę lekarza. Ryu opadł bezsilnie na fotel.
- Więcej was matka nie miała? – jęknął, ale szybko wziął się w garść. – Połóżcie Miyoko na łóżku, w pokoju obok, nie ma znaczenia w jakim. – machnął dłonią na łączone pomieszczenie. – Czy ktokolwiek z was jest umierający? – spojrzał po nas badawczo. – Nie? To świetnie.
Ryutaro podszedł do swojej ukochanej komody, otworzył kilka szafek, wprawnym ruchem powyciągał odpowiednie przybory i ruszył do nieprzytomnej kobiety. Rozejrzałam się za ten czas. Ayako zdążyła już sobie pójść. Cmoknęłam z niezadowolenia, ale siadłam obok towarzyszy na klozetce przy biurku Ryutaro.
Po chwili lekarz wygonił Tokajiego i Meijiego, stwierdzając, że nic im nie jest i nikt na razie nie potrzebuje tu towarzystwa. Czarnowłosy obrzucił mnie przeciągłym spojrzeniem, po czym rozejrzał się, szukając kogoś wzrokiem. Najwyraźniej chciał coś od Ayako. Spojrzał na mnie, a ja wzruszyłam ramionami. Jego czarne oczy przeszywały mnie na wskroś jeszcze przez kilka sekund, po czym Tokaji wyszedł, również nie zamieniając ze mną słowa.
Ryutaro przyszedł do nas po 5 minutach i obrzucił nas lekarskim wzrokiem. Zaczął od chłopaków, ze względu, że byli trochę bardziej poharatani niż ja z Miyoko. Koichi chciał zostać przy Miyako, ale Ryu wywalił go z gabinetu, mamrocząc coś o pogadance z szefem. Miyoko sama wyszła, przeczuwając, że i ona uzyska odpowiedź przeczącą. Zostałam sama z Ryutaro.
- Co tym razem? – spytał dość schematycznie. Był wyraźnie na nas zły. Czyli normalka, gdy przychodzi do niego ktokolwiek ranny.
- Rozbili mi łeb.
- Stara śpiewka. – mruknął i sięgnął po wodę utlenioną. – Gdzie?
Wskazałam miejsce. Mimo całej tej chłodnej gadaniny, obchodził się delikatnie z pacjentami. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ryu nawet gdyby chciał, nie umiałby być okrutnym medykiem. Ale wrednym owszem. Chłopak najwyraźniej wyczuł moje myśli i oblał mi kark wodą bez ostrzeżenia.
- Miyako nic nie jest? – spytałam, przerywając ciszę.
Lekarz zastygł na moment, po czym wrócił do swojej pracy. Oho.
- Mam nadzieję. – westchnął. – Kończę ciebie i wracam do niej. Muszę coś sprawdzić. Między innymi dlatego nie pozwoliłem zostać tu Koichiemu i Miyoko.
- A co…
- Chyba jej coś podali. - uciął temat. - Zainteresuj się może sobą. – burknął. – Chyba zacznę sobie zapisywać ile razy opatruję cię w ciągu tygodnia.
- Nie przesadzaj.
- Nie przesadzam.
- Kiedy niby w tym tygodniu byłam ranna?
- A ta misja dwa dni wcześniej? – podsunął protekcjonalnym tonem.
- To było raptem draśnięcie! – obruszyłam się. – Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. – dodałam, uśmiechając się chytrze.
- Powiesz tak samo jak utną ci nogę? – rzucił sarkastycznie i obrócił mnie w swoją stronę. – Nie sztuką jest się zranić, Ichigo. A mi na serio nie leży bandażowanie 3 razy w tygodniu dobrej przyjaciółki.
- Myślałam, że zdążyłeś przywyknąć. – mruknęłam.
Ryutaro przewrócił oczami. Wstał i skierował kroki do nieprzytomnej kobiety. Dotknęłam dłonią bandaża, upewniając się, że nie zsunie mi się na oczy. Podniosłam się, również planując wyjść, ale poczułam chęć usprawiedliwienia siebie choć trochę.
- Poza tym bilans ilości moich misji do ran jest mały. Wykonuję tyle zleceń i wracam w całości. – rzuciłam z udawaną wyniosłością, wychodząc.
Zamykając drzwi usłyszałam jeszcze jedno zdanie.
- Właśnie ilość twoich zleceń mnie przeraża.
Zatrzymałam się, zwijając dłonie w pięści. Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się do przewrócenia oczami. Nie mam teraz czasu na rozmyślanie nad mądrymi tekstami Ryutaro.
Ruszyłam do biura.
***
Zajrzałam z niepokojem do biura, a przez myśl przemknęła mi jeszcze chęć ucieczki. Jednak, gdy już wycofywałam się, Omitsu wskazała na mnie palcem i gestem kazała wejść do środka. Westchnęłam z boleścią i wślizgnęłam się do środka.
Byliśmy w tym samym zaufanym składzie co na początku: Fumiya, Omitsu, Mako, Tsuneari i Tokaji. Czyli jeszcze nie posprawdzali czy reszcie można w stu procentach zaufać. Przysiadłam na jednym z biurek, unikając rozmowy jak ognia.
- Ktoś jeszcze ma przyjść? – Omitsu obrzuciła Fumiyę służbowym spojrzeniem.
- Zastanawiałem się jeszcze nad Meiji’m, ale to chyba jak już będziemy dyskutować o tej „misji”.  – zastanowił się. – Jak chcesz to zaczynaj.
- Co mam zaczynać? Opierniczanie im dupy? – prychnęła z irytacją. – Wolne sobie. Pierwszy gniew mi minął.
Kobieta skrzyżowała ręce na piersi i obrzuciła nas ofuczonym spojrzeniem. Porozumieliśmy się wzrokiem z Tsu, krzywiąc się lekko. Trochę spierniczyliśmy ich zaufanie w naszym stosunku. Zapanowała bardzo nieprzyjazna cisza.
- A poza tym… - mruknęła po chwili Omitsu. – Na cholerę będę opierniczać dzieciaki, jak Sanmittai i bliźniaczki też spieprzyły sprawę? – uniosła trochę prawy kącik ust, ale nie dając nam większej nadziei na przebaczenie.
- No to skoro nie macie zamiaru robić burzy, to po cholerę tu jesteśmy? – burknął Tokaji. – Nie łatwiej było wezwać tu tylko Ichigo i Tsuneariego?
- Zaufanych osób jest raptem szóstka, wliczając w to nawet ciebie, Kosai. Więc widzisz jak dramatyczną sytuację mamy. – odparł zjadliwie szef, ale wyprostował się i dalszą część powiedział już opanowanym głosem. – Takie „tajne” spotkania zazwyczaj powinno przeprowadzać się w pełnym składzie. Nie chcę by były jakieś niedomówienia.
- To będzie upierdliwe. – mruknęła beznamiętnie Mako.
- Teraz chodzi tylko o jedną rzecz. – Omitsu wskoczyła na stół i postawiła stopy na fotelu obrotowym. Ciemnoczekoladowe oczy zabłysnęły złowrogo, gdy splotła dłonie tuż przy ustach.
- Czy nie zauważyliśmy jakiś podejrzanych zachować, tak? – spytałam cicho.
Fumiya skinął głową.
- Aaa, czyli tylko chcecie wykluczyć potencjalnych zdrajców. No to luzik! – Tsuneari przeciągnął się, uśmiechając. Rozpogodziłam się lekko. Przynajmniej mamy jednego optymistę w naszych szeregach.
- Wykluczyć jak wykluczyć. – Mako podniosła się z sofy, wbijając chłodne, jasnozielone oczy w szefa. – Chyba raczej wyznaczyć.
Fumiya utrzymał z nią kontakt wzrokowy, a jego twarz spowita była cieniem. Omitsu westchnęła, krzyżując ramiona na piersi, a Tokaji wymamrotał coś pod nosem. Wpatrywałam się w szefa, ale w końcu wbiłam wzrok w podłogę. Nie mnie oceniać kto może być zdrajcą. Jedynie Tsu patrzył się na nas ze zdziwieniem.
- Że niby co? Że ktoś z nich jest zdrajcą? – gdy odpowiedziała mu cisza, prychnął. – No i co jeszcze? Przecież to absurd.
- Absurdem była kiedyś myśl, że nasi „towarzysze” zostaną szpiegami. – mruknął Tokaji, spoglądając przez okno.
- Tokaji, przecież nie mówię, że nie ma zdrajcy. – mruknął przeciągle Tsu. – Tylko jestem pewien, że to nikt z nich.
- Do tego nie mamy pewności. – powiedział powoli szef.
- Sotomura, no błagam. Gdyby chcieli coś odstawić sprowadzili by więcej osób i nas zabili na miejscu. – Tsuneari nie widząc potwierdzenia na twarzy mężczyzny, zwinął dłoń w pięść.
- No dobra. – przytaknęłam cicho. – Załóżmy, że ktoś z nich jest zdrajcą. W takim razie niby kto ma nim być? Meiji? – spytałam głosem przesiąkniętym sarkazmem.
- To byłoby najbardziej prawdopodobne. – westchnęła ciężko Omitsu.
Mako powoli przeniosła na nią swoje puste, jasnozielone oczy. Choć teraz mogłabym przysiąc, że zobaczyłam w nich wściekłość.
- Nawet ty Omitsu masz zamiar pieprzyć głupoty? – spytała chłodno. – Nie będę tolerować podejrzewania Meijiego. Wszystkich innych tak, ale jego… On po prostu nie ma żadnych motywów żeby to robić. – spuściła na chwilę wzrok. -  Poza tym i Sanmittai, i bliźniaczki to moi zaufani towarzysze. Mnie by nie dali rady oszukać.
- Przyjaciół najłatwiej oszukać. – prychnął szyderczo Tokaji.
- Może czasem byś się zamknął, co? – mruknęłam ledwo dosłyszalnie. – Nie pomagasz.
- Nie mam zamiaru. Im szybciej znajdziemy zdrajcę tym lepiej.
- Ale do tego potrzeba dowodów. – wtrącił Tsu. – A ja podczas tej misji nie widziałem żadnych. Szczególnie na Meijiego. – podkreślił, rzucając urywkowe spojrzenie na szefa.
Mak
- Tsu, jesteś całkowicie pewny, że nie zachowywali się inaczej? Naprawdę nie chcę tego wałkować w nieskończoność, ale będziemy musieli, jak nie zaczniecie współpracować. – powiedział Fumiya, unosząc wyzywająco jedną brew.
- Jesteśmy pewni. – potwierdziłam od razu, pewnym głosem.
- W ten sposób w życiu nie nabierzemy podejrzeń czy znajdziemy niespójność. – stwierdziła ze znużeniem Omitsu.
- Więc nie szukajcie ich tam, gdzie ich nie ma. – odparła chłodno Mako i stanęła w progu. – A teraz to skończmy. Musicie jeszcze pogadać o tej misji. – dodała i zatrzasnęła drzwi.
***
- Jasny gwint. – podsumował wszystko Tokaji.
- Jakie to upierdliwe! – jęknął Tsu, przeciągając się.
Siedzieliśmy w rogu naszego prowizorycznego salonu, opierając się plecami o ścianę. Dochodziła północ i nikogo tu nie było. Ci, którzy robili coś za dnia poszli odpocząć, a inni wybyli na nocne misje. Zapaliła się tylko pojedyncza żarówka wisząca na środku pokoju, przez co światło ledwo do nas docierało.
Chwilę po tym jak wyszła Mako, do środka wpadł Meiji, któremu rudowłosa za pewne kazała przyjść. Tokaji w końcu wzruszył ramionami i został posłuchać naszych raportów. Fumiya machnął już ręką na nieobecność reszty, wiedząc że albo są ranni, albo i tak nigdy nie składają raportów. Słowa Meijiego tylko potwierdziły to co mówiliśmy. Największy kłopot stanowiła jednak Katherine Zayan, która dość gwałtownie wracała na scenę podziemia.
- Sądzicie, że naprawdę mamy szpiega? – rzuciłam luźno.
- Co przez to rozumiesz? – spytał Tokaji, unosząc brwi.
- Wiecie, nie znam zbytnio Zayan, ale wygląda na strasznie fałszywą. – prychnęłam. – Nie zdziwiłabym się, że tylko wprowadza nas w błąd i nikt nie zdradził, a ona ma dostęp do naszych danych.
- W sumie to nasz komputer jest w tak tragicznym stanie, że nie zdziwiłoby mnie, że nie zauważyli hakera w środku. – zaśmiał się ponuro Tsu.
- I właśnie teraz brakuje mi tu czterookiego, który rzuciłby mądrą aluzją jeśli chodzi o technologie. – mruknął Tokaji. – I kurdupla, który spierniczyłby całą atmosferę, a nie siedział zamknięty w pokoju i pogrążony w depresji.
- Ty właśnie pierniczył atmosferę. – burknął Tsuneari. – Ja wiem, że mało cię to obchodzi, ale najpierw wysil szare komórki zanim coś palniesz.
- O co wam chodzi? – czarnowłosy przewrócił oczami. – Cackanie się z tą wiadomością nic nie da. A pewnie i wy będziecie martwi za kilka miesięcy, jeśli patrzeć na stabilność naszej pracy. – dodał sarkastycznie.
- Tokaji, daruj sobie, dobra? – warknęłam.
- Ale taka prawda. Okularnik jest martwy. Daiki jest martwy. Kato jest….
- Zamknij się. – powiedziałam nienawistnie. – Zmarli zasługują na odrobinę szacunku. Dlatego przestań go w końcu nazywać okularnikiem.
- „Go”? – roześmiał się szyderczo. – Co, nadal nie możesz spokojnie powiedzieć imienia Takiego? Ichigo, jestem płatnym zabójcą, więc nie pieprz mi o szacunku do jakiś trupów.
- No ja ci normalnie zajebię. – zwinęłam dłonie w pięści, wstając.
Tokaji podniósł się w tym samym momencie co ja, uśmiechając się szelmowsko, gdy zagórował nade mną wzrostem. Napiął mięśnie, jakby nie mogąc doczekać się większej kłótni. Nim zdążyłam wziąć zamach, Tsu chwycił mnie za nadgarstek i ramieniem odsunął od czarnowłosego.
- No weź, Tsu zaczynało się robić zabawnie…
- Stul. Pysk. Skończony. Idioto. – wycedził brązowowłosy. – Są granice, Tokaji. Nawet dla ciebie.
Zapadła cisza. Oddychałam głęboko, usiłując się uspokoić. Doskonale wiedziałam, że on się tak zachowa, byleby tylko się z kimś posprzeczać. Tego jednego nie mógł sobie dziennie darować. Szkoda, że zawsze dawałam się w to wciągnąć.
Bo on zawsze musiał uderzyć w jakiś czuły punkt.
- Jak chcesz się ponaśmiewać, że ktoś nie żyje, to nie przy mnie. – warknęłam, mimo wiedzy, że on ze mną tylko gra.
- To sobie idź, bo czuję napływ weny. – odparował.
- Proszę bardzo. Zobaczymy jakie żarty wymyślisz sobie o Aracie. Albo o Shuuko. – Tsu zmrużył oczy. – No dalej. Dawaj. – jego słowa ociekały jadem.
Widziałam po Tokajim, że wie, że trochę przesadził. Otwierał już usta, by rzucić jakiś tekst i wyminąć rozmowę o tym, gdy usłyszałam dźwięk zbiegania po schodach. Chłopaki również to wychwycili, milknąc instynktownie. Po kilku sekundach do środka wpadł Ryutaro, rozglądając się z roztargnieniem. Dostrzegł nas po chwili, marszcząc czoło.
- A wy tu co? – spytał, wyrywając się z amoku.
- A ty tu co? – przedrzeźnił go Tsu, uśmiechając się. – Wpadasz jak jakiś opętaniec i się dziwisz, że jesteśmy we własnej organizacji.
- No właśnie, doktorku. Co jest? – spytałam, zaciekawiając się rozburzoną fryzurą Ryu.
Momentalnie ogarnęło mnie zaniepokojenie, gdy chłopak poprawił nerwowym gestem brudny kitel. Pomyślałam o najgorszym. Coś jest nie tak z Miyako.

- Mamy duży problem. Bardzo duży. – wydusił. – Ichi, pamiętaj jak mówiłem, że mam wrażenie, że coś podali Miyako. Przypuszczałem, że to jakiś narkotyk. Nie. – wziął głęboki wdech. – To trucizna. A ja nie mam odtrutki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz