9 kwietnia 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 5

Rozdział 5

Zajrzałam z niepewnością do gabinetu Ryutaro. W pomieszczeniu paliła się tylko lampka na biurku, roztaczając wokół ciepłe światło. W najbardziej oddalonym rogu dostrzegłam przygarbione plecy, nachylone nad nieprzytomną kobietą.
- Miyoko…? – szepnęłam z wahaniem.
Kobieta obróciła się do mnie flegmatycznie, wodząc brązowymi oczami po mojej twarzy. Po sekundzie kąciki jej ust drgnęły, ale nie zdobyła się na uśmiech. Poprawiła odruchowo kucyk i machnęła na mnie dłonią, bym podeszła.
- Kiedy Ryutaro skapnął się, że jest otruta, przetaszczył łóżko do gabinetu, by móc ją stale obserwować. – wytłumaczyła pustym głosem, gdy przysiadłam na rogu posłania.
Przytaknęłam milcząco. Spojrzałam na nieprzytomną Miyako – jej twarz była lekko skrzywiona, a po skroni ciekła strużka potu. Miyoko również to zauważyła i z, rzadką jak na nią, czułością wytarła jej twarz mokrym ręcznikiem. Czyli ma typowe objawy, takie jak gorączka.
- Ocknęła się, czy…? – spytałam cicho, po chwili milczenia. 
- Nie na dłużej niż kilka sekund i nie przy mnie. – odparła ponuro. – Ryutaro mówił, że otworzyła parę razy oczy, po czym zanosiła się kaszlem i przestawała kontaktować.
Znów jej przytaknęłam, głaszcząc jej ramię. Chciałam dodać towarzyszce otuchy, ale jak zwykle brakło mi słów. Pytanie się o szczegóły tylko pogarsza sprawę, a zapewnianie, że wszystko będzie dobrze… Cóż, nie lubię składać obietnic.
Ani kłamać.
- Masz zamiar siedzieć tu całą noc? – rzuciłam po dłuższej chwili.
- Nie, na razie zastępuję Ryutaro. Akurat on siedziałby tu cały czas, gdybym mu pozwoliła. Ale musi mieć siły na jutro. – widząc mój natarczywy wzrok, przewróciła oczami, uśmiechając się blado. – Koło drugiej w nocy zmieni mnie Koichi.
- Niech wam będzie. – przyznałam z ociąganiem.
Spojrzałam jeszcze raz na siostry. Trudno nie było odczuć do nich sympatii – identyczne bliźniaczki, które uwielbiały robić z tego żarty. Najlepsze było to, że są do siebie podobne z charakteru, a nie jak ogień i woda. Jednak teraz po ich komediowej osobowości nie został, ani ślad. Miyoko wpatrywała się pusto w siostrę, zaklinając w myślach by się ocknęła. Wzięłam głęboki oddech i bezszelestnie skierowałam się do drzwi.
- Jak byście chcieli odpocząć, to i tak cierpię na bezsenność. – rzuciłam na pożegnanie.
Miyoko wyprostowała się i wypowiedziała ledwo dosłyszalnie „dziękuję”.
***
Przed pójściem w końcu do swojego pokoju, zajrzałam jeszcze do dowództwa. Po części z ciekawości, po części poszukując chłopaków. Zapukałam dwa razy i wślizgnęłam się do środka.
- Ostatnio coś tutaj tłoczno. – zagwizdałam widząc zbiorowisko.
- Nawet mnie nie denerwuj, Kanegawa. – szef przetarł twarz dłonią.
Dostrzegłam Meijiego, Juna i Mako w pełnym rynsztunku bojowym, Ryutaro z Omitsu nad papierami i Tsu z Tokajim. Chłopaki stali z założonymi rękoma, świdrując błagalnym wzrokiem szefa. No, Tokaji przynajmniej się starał o błagalny wzrok. Na krzywą twarz nie ma rady.
- Przestańcie zachowywać się jak idioci. Jak mówię „nie” to nie. – mruknął na nich Fumiya. – Rozkaz to rozkaz. – wycedził, ale czarnowłosy tylko usilniej wbił w niego wzrok.
Tsuneari odpuścił, przewracając tylko oczami i spojrzał na mnie.
- I jak z Miyako? – spytał, odwracając uwagę od bitwy na spojrzenia szefa z Tokajim.
- Jest nieprzytomna i ma gorączkę. – odparłam krótko.
- Ocknęła się? – w głos Ryu wkradł się ten typowy lekarski ton.
- Nie.
Medyk pokiwał ze zrozumieniem głową i coś zapisał w swoim podręcznym notesie. Przygotowana trójka zabójców spojrzała po nas z zniecierpliwieniem. Meiji odchrząknął.
- Szefie, jak szef pozwoli, to my się oddelegowujemy, prze szefa. – wyszczerzył się szelmowsko i zasalutował niedbale. Następnie odwrócił się, kierując kroki w stronę drzwi. Jun i Mako, bez zbędnych słów, podążyli za nimi.
- Gdzie wy idziecie akurat teraz? - położyłam nacisk na ostatnią część, obrzucając spojrzeniem pomieszczenie.
- Jest dopiero północ. Zazwyczaj o tej godzinie wychodzi się na misje. – zauważyła beznamiętnie Mako. – A nam się śpieszy, więc…
- Doskonale wiesz, że nie chodziło mi o godzinę.
- Ichigo, daj im spokój. – westchnął przeciągle Fumiya. Machnął odpędzająco dłonią na uzbrojoną trójkę. – A wy, kysz, kysz.
Towarzysze obrócili się jeszcze na ułamek sekundy, salutując niedbale i wybiegli bezszelestnie na zewnątrz. Chłopaki jęknęli głośno – Tsuneari wyciągnął dłoń za nimi, w geście bezsilności. Spojrzałam na nich pytająco, unosząc jedną brew do góry.
- Dobra, oświećcie mnie.
- Wysłaliśmy ich, by obczaili „miejsce zbrodni” czyli tą starą budkę przy parkingu, w której byliście. A idą już teraz, bo parkingowy jest od 6 rano i pewnie wezwie policję, gdy znajdzie wybite okno i kto wie co jeszcze. – odparła Omitsu.
- A poza tym miło by było, gdybyśmy mieli strzykawkę, którą wstrzykiwali jej tą truciznę. Lepiej mieć choć kropelkę, ale czystą. – westchnął Ryutaro. – Przynajmniej wiedziałbym co to za cholerstwo. A tak muszę iść na czuja z antidotum.
- Ile ci to zajmie? – spytał szef. – Tak mniej więcej.
- Kilka dni. Albo tygodni. Albo miesięcy. Chociaż nie. Raczej odtrutka pojawi się szybciej na czarnym rynku.
Spojrzałam po nich.
- Szefie, sądzę, że nasi potrzebują wsparcia w postaci mnie, Tsuneariego i Tokajiego. – zgłosiłam urzędowym tonem.
Tsuneari zdusił śmiech, Tokaji prychnął, ale nie odezwał się. On również miał ochotę na robotę późną nocą i to jeszcze w możliwością większej akcji. Od czasu tej wojny Fumiya nalega byśmy wracali około drugiej do organizacji. Mało kto się do tego stosuje, ale nas ścigali najbardziej.
- Dzieciaki… - zaczął ze zmęczeniem szef.
-  Sotomura, we trójkę jesteśmy seryjnymi mordercami, jeśli patrzeć na to z racjonalnego punktu widzenia i nazywanie nas dzieciakami nie jest właściwe. – rzucił kąśliwie Tokaji.
Wiedziałam, że długo nie wytrzyma bez tych docinek.
Omitsu położyła dłonie na biodrach i zmierzyła nas groźnym wzrokiem.
- Tokaji, nie pyskuj, gówniarzu. Po cholerę ty tam? Nawet nie brałeś udziału w misji. Ichigo, ty masz rozbity łeb. Tsu… Tsu… - zacięła się na sekundę.
- Ciebie samego nie puścimy. Koniec rozmowy. – zakończył za nią Ryutaro, porządkując papiery.
Spojrzeliśmy po sobie wymownie we trójkę. To była jedna z tych niewielu chwil, w których byliśmy ze sobą zgodni. Skierowaliśmy się ku drzwiom, ale zatrzymał nas przeszywający ton głosu szefa.
- Jeśli spróbujecie się wymknąć, potraktuję was jak zdrajców.
Po plecach przebiegł mi dreszcz. Nie wyczułam w tym, ani cienia żartu.
Drzwi zamknęły się z donośnym skrzypnięciem, roznoszącym się echem po opustoszałej organizacji.
***
- Myślicie, że szefuńcio tak na serio? – spytałam, zatrzymując się jeszcze na chwilę przed drzwiami do pokoju. – Z tym całym „potraktuję was jak zdrajców”.
Automatycznie skierowaliśmy się do swoich sypialni, za wiele nie rozmawiając. Wąski korytarz był pełen niedużych kałuż (na ścianach już były przecieki), a zapaliliśmy tylko jedną żarówkę, by nie robić zbyt dużego zamieszania. Choć normalnie prowadziliśmy nocny tryb życia, ci którzy załatwiali sprawy w dzień też powinni odpocząć. Wzięłam głęboki oddech. Panował tu typowo „gangsterski” klimat i pachniało piwnicą.
- Czy ja tam wiem? – ziewnął Tokaji, przeciągając się. – Znam go przeszło siedem lat i, nie przeczę, potrafi być groźny. Ale to nie ten moment.
- Tsa… - mruknął Tsu. – Jakbyś był na jego miejscu szefem, też wkurwiałbyś się o takie rzeczy. I to mocno.
- Tyle, że on nie byłby szefem. – odparłam.
- Dzięki.
- A byłbyś? – spytał z zaciekawieniem Tsu.
- Nie.
- No właśnie. - prychnęliśmy jednocześnie z brązowowłosym.
Tokaji wymamrotał coś pod nosem i obrzucił nas badawczym wzrokiem.
- To co robimy z tą sytuacją? Mamy gdzieś czy szukamy kłopotów? – spytał ze znużeniem.
- Jakbyś nie wiedział.
- Mniejsza o to. – Tsuneari machnął dłonią. – Teraz nie ma sensu się wymykać. Będą się patrzać czy nie wychodzimy. – westchnął, ale po chwili rozszerzył usta w chytrym uśmieszku. – Ale nad ranem to co innego.
- Podoba mi się twoje rozumowanie. – Tokaji uśmiechnął się szelmowsko.
- To o której się stąd zmywamy? – spytałam, krzyżując ramiona. Szczerze, z wielką chęcią poszłabym od razu.
- Jest po północy, co nie? To gdzieś tak około piątej, szóstej. – Tsuneari potarł brodę. – Jak nie będzie incydentów to i Omitsu, i Fumiya będą jeszcze spali, a na straży będzie Hiroki lub Mikuru. Zostawię karteczkę, że bierzemy jakąś misję i tyle.
- I tylko przypadkiem będzie niedaleko tego parkingu. – dodałam sarkastycznie.
- Dokładnie. Tylko. Przypadkiem. – podkreślił z naciskiem Tsuneari.
Wyszczerzyliśmy się do siebie.
- To ja idę spać. – burknął czarnowłosy, idąc w stronę pokoju. – I tak się nie wyśpię. Jak zwykle. – dodał jeszcze z wyrzutem, chowając się za drzwiami.
Brązowowłosy przewrócił oczami, rzucił mi krótkie „dobranoc i do zobaczenia”, po czym zniknął w odmętach ciemności. Zgasiłam palącą się na korytarzu żarówkę i ostrożnie weszłam do pokoju. Wszystko uwielbiało tu skrzypieć, a przeczuwałam, że Ayako będzie starała się spać.
Nie myliłam się – albo mnie nie usłyszała, bo śpi, albo usłyszała i próbuje spać. Wzięłam głęboki oddech. Dzień pełen wrażeń. Jakby sam zdrajca na raz nie starczył. Instynktownie wyczułam stojak na broń nad moim łóżkiem i bezszelestnie ułożyłam miecz na nim. Czyszczenie go z krwi codziennie stawało się powoli bezsensownie. Znów westchnęłam, licząc, że uda mi się zasnąć z pustym umysłem. Walnęłam się na łóżko i, nawet nie bawiąc się w przebieranie w piżamę, błyskawicznie ogarnął mnie sen.
***
Obudziłam się z wrzaskiem.
Zerwałam się gwałtownie, instynktownie chwytając za rękojeść. W nawyk weszło mi zatykanie ust pięścią, więc zdusiłam krzyk w połowie. Obrzuciłam rozszalałym wzrokiem pokój – gdy dostrzegłam zakurzoną ramkę ze zdjęciem rodzinnym uspokoiłam się. Opadłam ze zmęczeniem na łóżko.
Powoli miałam tego dość.
Może czas przestać zgrywać chojraka i pójść do Ryu po środki nasenne.
Sprawdziłam godzinę. 4.30. Świetnie, ukradłam sobie jeszcze jakieś 20 minut snu. Zerknęłam na Ayako. Dziewczyna nawet się nie poruszyła. Przynajmniej nie opierdzieli mnie, że ją budzę o Bóg wie której.
Wymknęłam się bezszelestnie z łóżka i podeszłam do naszego ogromnego regału ze wszystkim. Przebrałam się szybko, wiążąc włosy w wysokiego kucyka. Mimo, że wszystko robiłam w całkowitej ciszy, coś mi przeszkadzało. Wyczuwałam czyjąś obecność. W końcu, siadłszy na łóżku i zacząwszy polerować ostrze broni, westchnęłam głęboko.
- I tak wiem, że nie śpisz. – powiedziałam. Mój głos zabrzmiał nienaturalnie głośno. – Jak weszłam wczoraj w nocy, też pewnie nie spałaś, prawda, Ayako?
Dziewczyna z początku nie poruszyła się, dalej leżąc na boku, twarzą skierowaną do ściany. Może na serio ma tak twardy sen? Jednak Ayako po chwili wahania obróciła się i zmierzyła mnie spojrzeniem. Nawet nie widać było po niej resztek snu.
- Ayako, jak nie możesz spać to powiedz. – mruknęłam, odkładając miecz. – Może rozmowa ci pomoże.
- Nie mogę cię zamęczać po tym jak jesteś ledwo żywa. – odburknęła.
- O mnie to ty się nie martw. – odgryzłam się. – Mogę ewentualnie ci kołysanki pośpiewać.
- Wolę bezsenność od koszmarów. – mruknęła, ale na jej twarz wstąpił uśmieszek. Powolnie podniosła się do pozycji półleżącej i spojrzała na mnie z ciekawością. – Ale odstawiając moje problemy na chwilę na bok, musimy coś obgadać. Wczoraj mnie zaciekawiłaś i nic z tego nie wyszło.
- Z czego?
- Z twojej gadki typu ,,Musimy pogadać, ale nie teraz, bo to długa historia”. Pewnie wiąże się to z tym, że za chwilę wybywasz w świat z Tokajim i Tsu, co nie? – wyjaśniła, zawiązując luźnego warkocza. – Nie patrz tak na mnie, sama mówiłaś, że nie spałam. Słyszałam. Mam ochotę, dla odmiany, wybrać się z wami na misję. Musi mi trochę więcej kasy wpadać do kieszeni. – przewróciła oczami, a jej mięśnie się napięły. – Znowu moi kochani rodzice narobili sobie długów. Ojciec przegrał kolejny, pierdolony zakład, a jest już koniec miesiąca i tak nieciekawie…
- Ile tym razem? – spytałam, starając się nie okazywać po sobie nic. Z Ayako i jej rodziną była trudna sytuacja – nie potrafiła ich znienawidzić, nie kochać, bo to właśnie dla nich tu jest. Co nie zmienia faktu, że mogliby się postarać, by ojciec rzucił hazard. Przynajmniej tyle.
- Wychodzi jakieś 290 tysięcy jenów (ok. 10 000tys. zł) – przewróciła oczami.
- Widzę, że nie próżnuje.
- Nawet nic nie mów. Prędzej zejdę, niż on przestanie pieprzyć się z tym cholernym hazardem. – warknęła.
- Chcesz trochę kasy?
- Nie pieprz głupot. To kasa za twoje winy, nie moje.  
- Ale mi ta kasa nie jest potrzebna. – jęknęłam. Nie kłamałam. Od początku wpadłam w trans i brałam zlecenie za zleceniem. Większość oddawałam dowództwu, na wszystkie potrzeby, ale nawet oni nalegali bym brała choć 10%.  
- Zamknij się.
- To umówmy się tak: dołożę ci resztę kwoty jak ci nie styknie, jasne? – widząc, że chce oponować, dodałam szybko: - Nie daję ci tego, tylko pożyczam.
Przewróciła oczami, ale skinęła głową.  
- To gdzie macie zamiar iść? – spytała po chwili, schodząc z tematu. Czyli normalne zagranie Ayako.
- Nie wiem. Tsuneari ma znaleźć jakąś misję…
- Nie oto mi chodzi. – przerwała mi. – Gdzie idziecie po tej misji?
Zamilkłam. Stanęłam przed trudnym wyborem. Muszę albo zaufać Ayako i powiedzieć jej wszystko, albo okroić informacje. Kurde. Ayako była ostatnią osobą, którą chciałabym okłamywać.
- Na taki jeden parking… Mieliśmy tam wczoraj akcję i musimy coś sprawdzić…
- Czy to wiąże się z tym, że Miyako jest otruta?
Spojrzałam po niej niepewnie.
- Nie rób ze mnie głupa, Ichigo.
- Nie robię.
- To powiedz mi wszystko, a nie. – prychnęła, nadymając policzki. – Doskonale wiesz, że nie dobór informacji może zabić.
Spojrzałam na nią przeciągle. Jestem ciekawa skąd skapnęła się, że Miyako jest otruta. Chociaż równie dobrze mogła pójść pogadać z Ryutaro, gdy spałam jak zabita. Często tak robiła, gdy nie mogła zasnąć, od kiedy…
Od kiedy Taki umarł.
Potrząsnęłam głową.
- Nie powinnam tego mówić. – powiedziałam poważnie. – Rozkaz to rozkaz.
Spojrzała mi w oczy, po czym powoli opuściła wzrok, jakby nie mogła znieść widoku mojej twarzy. Posmutniała, a jej oczy zasnuły się mgłą. Westchnęłam cicho. Tajemnice wśród towarzyszy nie są dobre.
- Jak chcesz z nami iść, to powinnaś się powoli zbierać. Idę do chłopaków powiedzieć, że idziesz z nami. – rzuciłam przez ramię, wychodząc z pokoju.
***
- Nie było niczego bardziej ambitnego? – mruknął Tokaji ze złością.
- Nie. – odwarknął Tsuneari, siłując się z zamkiem od skórzanej kurtki. – Jasny gwint, jakie to jest, kurwa, niewygodne.
- Ale wiesz, teraz to pełna gangsterka. – zaśmiałam się.
- Że też ludzie nie mają na co kasy marnować. – burknęła Ayako.
- Dajcie spokój. To najprostsze zlecenie w okolicy. – westchnął Tsuneari, robiąc kółka ramionami. Kurtka niechętnie się do niego dopasowywała. – Mamy tylko wystraszyć jakiś gówniarzy z tego lokalu.
- I dlatego ubieramy się jak idioci? – Tokaji przewrócił oczami.
- Według opinii publicznej to jest groźny wygląd. – westchnęłam. – A nie spodnie moro, jednolite koszulki, podarte kurtki i stare, wygodne buty.
- Aha. Czyli według opinii publicznej wyglądamy na meneli? – spytał sarkastycznie Tokaji.
Ayako prychnęła.
- Z tego co wiem, to menele nie noszą mieczy.
Przewróciłam oczami, spoglądając po chwili w lustro. Właściciel użyczył nam jednej z łazienek dla personelu. Po plecach przebiegł mnie dreszcz. W wielu miejscach brakowało kafelków, jedna z umywalek była oberwana, tak jak drzwi od kibla. Lustro, w które spoglądałam, było brudne i lekko popękane. Wszystkiego dopełniały pożółkłe od dymu ściany i wymalowane na nich przekleństwa. Nawet nasza organizacja wyglądała lepiej. Może była tylko jedna, w miarę duża, wspólna łazienka, ale każdy o nią dbał.
- Może powinienem się jeszcze wytatuować, co? – rzucił sarkastycznie Tokaji, rozburzając włosy. – I co wyglądam groźniej?
- Przerażająco. Jeszcze se kreski zrób pod oczami. – prychnął Tsuneari.
Spojrzałam po nas. Właściciel stwierdził, że lepiej wyjdzie dla niego, jak ci goście podadzą policji, że zaatakowali ich jacyś pseudo-gangsterzy. Chłopaki dostali ozdobne skórzane kurtki, czarne, poprzecierane spodnie, czarne okulary, my z kolei dostałyśmy podobnego kroju spodnie, ale mnie kazali założyć koszulkę w kratę i skórzaną kamizelkę, a Ayako ciasną koszulkę ze skórzanymi wstawkami z ćwiekami.
- To jest całkowicie niepraktyczne. – burknęłam. – Koszula ogranicza mi ruchy, a w tych butach nie da się biegać.
Przez uchylone drzwi zajrzał z zniecierpliwieniem właściciel.
- Chyba czas się zbierać. – stwierdził Tsuneari, chowając podręczną broń po kieszeniach.
- Nie cierpię się mocno malować. – burknęła Ayako. Spojrzałyśmy krótko po sobie, próbując nie parsknąć śmiechem i ruszyłyśmy za Tsunearim.
- Wam i tak już nic nie pomoże. – rzucił Tokaji.
- A tobie pomoże moja pięść.
***
Siedzieliśmy już z dwie godziny w tej zatęchłej dziurze.
I naprawdę nie przesadzam. Wszystkie ściany miały zadrapane, poplamione tapety, a drewno cuchnęło stęchlizną. Idealny przykład miejscowej meliny. Bar Yamady przy tym to trzy gwiazdkowa restauracja.
Yamada.
Cholera, muszę się z nim w końcu skontaktować.
- Ja pitole, dochodzi 8, a tych idiotów tu nie ma. – burknął Tokaji, popijając drinka. – Na pewno przychodzą tu tak wcześnie?
- Jasno powiedział, że pojawiają się, gdy większość pijaków w końcu porozchodzi się do domu. Wczesny poranek jest idealną porą. – Tsu rozejrzał się ze znużeniem. – Żywego ducha tu nie ma.
- Nie dziwię się. – Ayako wywróciła oczami. – Jak zostanę alkoholikiem tak jak Tokaji, będę się stołować w trochę ładniejszych spelunach.
- Nie jestem alkoholikiem.
- To twój piąty drink. – zauważyłam zgryźliwie, popijając kawę.
- Tak, ale wszystkie mają po jakieś 5% - odburknął.
- Pijakom nie pomagam.
- Uważaj, bo będę potrzebował pomocy.
- Nie zaczynajcie z samego rana… - jęknęła przeciągle Ayako. – Wieczorami to jeszcze rozumiem, ale…
- Sama zaczęłaś – stwierdził zgryźliwie Tokaji.
- A w mordę chcesz?
Tsuneari odstawił z hukiem szklankę i zmroził nas wzrokiem. Jednak jego ciemnobrązowe oczy szybko pojaśniały wesołym błyskiem.
- Ja wiem, że mamy grać gangsterkę i w ogóle, ale nie wczuwajcie się tak w rolę, co? – zaśmiał się krótko. – Ludzie zaczną się gapić. – zniżył głos.
- Błagam cię, jaka gangsterka? Ja jestem, kurwa, płatnym mordercą i nie będę się pieprzyć w jakieś przebieranki. – warknął Tokaji, przeczesując palcami włosy. – Albo mi jasno powiedzą kogo załatwić, albo...
- Tokaji, zamknij się. – westchnęłam. – Mimo wszystko się z tobą zgodzę. Nie jesteśmy w jakimś serialu kryminalnym, by udawać gangsterkę. Co my, yakuza?
Czarnowłosy wbił we mnie podejrzliwe spojrzenie, ale po chwili wzruszył ramionami i wypił jednym haustem zawartość szklanki. Tsuneari pokręcił głową i głęboko westchnął.
Znów zaczęliśmy rozmawiać o niczym przyciszonymi głosami. Jedno z nas zawsze wyłączało się z rozmowy i nasłuchiwało otaczających nas rozmów. Tak na wszelki wypadek. Sam właściciel miał nam dać sygnał, gdy się pojawią, ale żadne z nas mu nie zaufało. Teraz ja obserwowałam kątem oka bar.
Oprócz mnie, Ayako i kelnerki nie było tu żadnych kobiet. Sami uchlani faceci: niektórzy pozasypiali na stolikach, zbyt pijani by wrócić o własnych siłach inni dopiero wracali z nocnych zmian i zaczynali pić na umór. Skrzywiłam się. Wszyscy obchodzili nas szerokim łukiem (może to te „groźne stroje” się sprawdziły) i siadali jak najdalej. Najwyraźniej alkohol wyzwala wyczuwanie niebezpieczeństwa.
Nagle coś do mnie dotarło.
Był to tylko krótki impuls, jakby mój instynkt rozmyślił się w połowie. Ale niepewność szybko zakorzeniła się w mojej podświadomości, nie mając zamiaru dać mi spokoju. Zabębniłam palcami o blat i podniosłam się.
- Za chwilę wrócę.
- Gdzie idziesz? – spytał podejrzliwie Tsuneari. - Iść z tobą?
- Nie, zostańcie tutaj. Nie powinniśmy się rozdzielać.
- Powiedziała, odłączając się od grupy – wtrącił sarkastycznie Tokaji, ale go zignorowałam.
- Tylko coś sprawdzę i jestem z powrotem. – rzuciłam przez ramię i odeszłam od stolika.
Obcasy moich butów stukały zdecydowanie zbyt głośno.
Weszła pewnie do łazienki dla kobiet – tak jak przypuszczałam świeciła pustkami. Na wszelki wypadek wsłuchałam się w dźwięki, ale, dla pewności, pootwierałam gwałtownie wszystkie kabiny. Pusto. Na korytarzu spojrzałam krytycznie na drzwi do męskiej ubikacji i wzruszyłam ramionami. To nie czas na pieprzenie się w jakieś cnoty.
Tutaj zajrzałam już z dozą ostrożności. Odetchnęłam z ulgą, gdy nie zobaczyłam żadnych facetów w środku. Nie miałam ochoty na gadanie z uchlanym zbokiem. Jednak coś nadal nie dawało mi spokoju. Spojrzałam po ścianach, darując sobie czytanie jakiś pierdół, nadal czując czyjąś obecność. Zirytowana, podeszłam do pierwszej kabiny i kopnęła w drzwi. Otworzyły się z hukiem. Pusto. W tle słyszałam tylko przeciekający kran. Kopnęłam w kolejne. Też pusto.
Gdy w ostatniej kabinie też nie znalazłam nikogo, skrzyżowałam ramiona. Chyba popadam w paranoję. Szukam problemów tam gdzie ich nie ma. Obróciłam się znowu w stronę wyjścia.
I gwałtownie się odsunęłam.

- Trochę czasu minęło,  co nie, Ichigo? – Ryuji błysnął zębami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz