Rozdział 1
Każda historia ma
swój początek
„Prawdziwych
przyjaciół poznaje się w biedzie”.
Moja mama zawsze powtarzała mi te słowa
wieczorami, gdy zaszywałam się w pokoju i zaczynałam płakać. Po kilkunastu
razach w końcu zrozumiała – to, że spędzałam całe dnie wśród ludzi śmiejąc się
i wygłupiając jak każdy dzieciak, nie oznaczało, że mam kogoś choć trochę
bliższego niż znajomego z podwórka. Zawsze przychodziła do mnie, gdy gasiłam
światło i mocno przytulała mnie, mówiąc, że w odpowiednim czasie spotkam
odpowiednią osobę. A ja powtarzałam te słowa w głowie, gdy moje rzekome
przyjaciółki znów wystawiały mnie do wiatru.
Oczywiście, nie chcę się wymądrzać.
Znalazła się cwana, myśli, że o przyjaźń tak prosto. Tylko, że byłam wtedy
sześcioletnią dziewczynką z dzieciństwem z wzorowego podręcznika, której do
pełni szczęśliwych wspomnień brakowało jakiejś towarzyszki. Czas mijał, a ta
lojalna, dziewczęca przyjaźń wymykała i się między palcami, zostawiając puste
miejsce w wspomnieniach.
Imprezy urodzinowe, spotkania, wycieczki
szkolne… To nie tak, że klasa odstawiała mnie na bok, nie byłam wyrzutkiem. Dzieciaki
lubiły mnie, wygłupialiśmy się razem i bawiliśmy, ale raptem na chwilę.
Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczynało być źle. Pojawiały się takie momenty
w życiu małej dziewczynki, gdy po prostu musi mieć bliższą przyjaciółkę, której
powierzy sekrety.
A ja zawsze zostawałam wtedy sama.
Jak zaczynałam dorastać i zdmuchnęłam
już 7 i 8 świeczek na torcie, w mojej głowie pojawiły się trochę pochmurniejsze
myśli. Że może to ze mną jest coś nie tak, może powinnam najpierw spojrzeć na
swoje wady, a dopiero później zmieniać innych. Tylko, że z każdym
rozczarowaniem obwiniałam swoje koleżanki coraz bardziej. Oczywiście nie
pokazując tego zewnętrznie.
Dlatego znalazłam sobie hobby. Nadal,
gdy wyciągam mój pierwszy, malutki teleskop z kartonowego pudełka odczuwam tę
samą radość co wtedy. Zatonęłam bardzo szybko w morzu atlasów kosmosu i nocnym
niebie, a brak bliższych przyjaciół tak bardzo mi nie doskwierał. Koledzy i
koleżanki coraz bardziej zacieśniali swoje więzy, a ja coraz bardziej oddalałam
się od nich. Zewnętrznie nie, ale… psychicznie.
Więc gdy, będąc w 3 klasie, rodzice
oznajmili mi, że przeprowadzamy się do Manaroli zbytnio mnie to nie obeszło. W
końcu tam też będzie niebo.
Ale z kolei moi przyjaciele się tym
przejęli.
Doskonale pamiętam łzy, uściski,
prezenty pożegnalne. Zapewnienia, że nasza przyjaźń przetrwa wszystko.
Patrzyłam się wtedy na nich z coraz większym zmieszaniem, a w środku bardzo,
bardzo mocno próbowałam przypomnieć sobie choć jedną ważniejszą sytuację, w
której byli przy mnie. Tak naprawdę nic nie przychodziło mi na myśl. Słowa
zaczęły się powtarzać, a ja tak stojąc przy gotowym do odjazdu aucie, trzymając
w ramionach czekoladki, misia i kwiatki patrzyłam się na obce dla mnie
dzieciaki. Kolejna przyjaciółka podeszła do mnie z jakimś dziecięcym
zapewnieniem, a ja spojrzałam, już nie tylko na nią, ale ogółem na wszystkich i
spytałam:
- Jaka przyjaźń?
Zbiło ich to z tropu, kilka osób nawet
powstrzymało łzy przez krótką chwilę. Patrzyłam się po nich z coraz większym
zmieszaniem, aż w końcu spuściłam wzrok i schowałam się w aucie. Nim
odjechaliśmy, słyszałam jak moja mama mówi coś do nich wszystkich. Coś w stylu
Blanca jest w szoku i nie myśli trzeźwo lub Pewnie nie chce byście po niej
tęsknili.
To drugie było największym kłamstwem
jakim ludzie raczą siebie wzajemnie przez całe życie. Tak naprawdę każdy chce,
by po odjeździe po nim tęskniono. Ma się wtedy poczucie, że zrobiłeś coś tam
wystarczająco dobrego, że ludzie chcą byś nadal był z nimi. Że nie zmarnowałeś
czasu, żyjąc tam.
W niezrozumiałym dla mnie znaczeniu,
wyrobiłam sobie nowy nawyk w Manaroli – wpatrywanie się codziennie wieczorem w
telefon, jakby ktokolwiek z nich miał do mnie zadzwonić. Nigdy nie odebrałam od
nich żadnego telefonu, więc w końcu przestałam na nie czekać. A nowa biblioteka
z rozbudowanym działem astrologii bardzo w tym pomogła.
Ale tak naprawdę nie jest to historia o
Blance Coletti - dziewczynie, która przez całe życie była samotna, ale o Blance
Coletti – dziewczynie, która znalazła prawdziwą, najszerszą przyjaźń. Cała ta,
może nawet pospolita, historia zaczyna się właśnie w Manaroli, podczas
pierwszego dnia w czwartej klasie, gdy wywołano mnie przed całą grupę.
- Od tego roku do naszej klasy będzie
chodzić nowa dziewczynka – Blanca Coletti. – oznajmiła nauczycielka neutralnym
głosem.
Spojrzała na mnie zachęcająco, ale gdy
nie ruszyłam się z miejsca jej wzrok stał się naglący. Zacisnęłam dłonie na
rąbku koszulki i stanęłam na baczność. Pani Galante odchrząknęła, wskazując na
miejsce obok siebie, a gdy ruszyłam tam dopiero po chwili, wśród ławek poniósł
się wesoły szmer. Patrzyłam się swoimi dużymi oczami po wszystkich, a oni
cichli, jakby nie spodziewali się, że na nich spojrzę. Stanęłam w wyznaczonym
miejscu i wpatrywałam się w 25 całkowicie obcych dla mnie twarzy.
- Panno Coletti. – odchrząknęła jeszcze
raz pani Galante.
- Słucham? – podniosłam na nią swoje
przerażone oczy, które zacisnęłam, gdy po klasie przeszła trochę głośniejsza
salwa śmiechu. Nauczycielka spojrzała na nich z wściekłością, po czym zacmokała
z niezadowoleniem w moim kierunku.
- Proszę powiedzieć o sobie kilka słów.
Drgnęłam, prostując się.
- A, tak, tak… - wymamrotałam pod nosem,
przeczesując palcami jedno pasmo włosów. – Nazywam się Blanca Coletti, mam 10
lat, przyjechałam tutaj z San Giminiano… - zaczynało brakować mi słów, a
kontrolne spojrzenie na nauczycielkę przekonało mnie, czy może zmusiło, bym
napomknęła o swoim zainteresowaniach. – Interesuję się um… astronomią i… jeżdżę
na deskorolce…
Po klasie przeszła salwa zduszonego
chichotu.
- Dobrze, tyle wystarczy. – powiedziała
nauczycielka, przestając się mną interesować. – Usiądź na miejsce.
Podreptałam do swojej ławki, która stała
na końcu klasy, najwyraźniej pozostawiona pusta dla takich jak ja. Wszystkie
lekcje minęły podobnie: nikt specjalnie nie chciał się do mnie odezwać, a moje
nieśmiałe uśmiechy odbierane były miną pełnej odrazy.
Ostatni dzwonek był dla mnie wtedy
zbawieniem, nawet nabazgrałam go na marginesie pamiętniczka. Wyszłam z klasy
jako ostatnia, chcąc pośledzić resztę szkoły, by nie zgubić drogi do szatni.
Zmieniłam buty i wyszłam na parking. Większość dzieciaków, które mieszkała
trochę dalej od szkoły miała rowery. Moja deskorolka zjechała trochę ze stojaka
i gdy po nią szłam, jakiś chłopak wziął ją do rąk i już chciał odłożyć, gdy
dostrzegł mój wzrok i odrzucił ją.
- Ej! – zawołałam z oburzeniem, ale
minęłam go, szturchając lekko.
Jego koledzy zaśmiali się, a ja poszłam
po deskorolkę. Najwyraźniej nie mogli dać mi tak łatwo spokoju i przejeżdżając
rowerami potrącali moją deskorolkę i praktycznie mnie. Tylko ten pierwszy,
który nią rzucił w miarę mnie ominął.
- No dawaj, Sergio! – zawołał do niego
jeden z grupki, na co chłopak trochę przyśpieszył. Spojrzałam za nim – wyglądał
jak typowy Włoch – miał czekoladowe włosy i czarne oczy.
Zakręciłam palcem kółeczko od
deskorolki, tak na wszelki wypadek, by sprawdzić, czy nic się nie zepsuło.
Uśmiechnęłam się z zadowoleniem, gdy moje baczne dziecięce oczko nic nie
wykryło i ruszyłam przed siebie. I dopiero teraz zaczęły się schody.
Zacznę może od tego, że choć w bardzo
młodym wieku polubiłam naukę i książki, to nie oznaczało, że nie robiłam nic
poza tym. Uwielbiałam być na świeżym powietrzu, ale wędrowanie na nogach było
dla takiego małego knypka zbyt nudne. Dlatego rodzice kupili mi deskorolkę. I
tu wracamy do sedna. Szkoła stała na pagórku, więc nie musiałam się męczyć –
zjeżdżałam szybko krętymi, włoskimi uliczkami, zwinnie wymijając te wszystkie
żmije z podstawówki. Nim się obejrzałam, wysunęłam się na sam przód, oddalając
się od rówieśników.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy bryza
uderzyła mnie w twarz, rozwiewając włosy i otulając rześką mgiełką. Manarola
była nadmorskim miasteczkiem, uznanym za jedno z najbardziej malowniczych we
Włoszech. Zapatrzyłam się na migające mi przed oczami fragmenty wybrzeża. Może
nie będzie tutaj tak źle.
Jednak będzie.
Zeskoczyłam z deskorolki, gdy piąty raz
minęłam ten sam skręt. Jeździłam już od kwadransa, a nawet nie zanosiło się na
to, że trafię na dobrą drogę do domu. Prawdopodobnie skręciłam całkowicie w
inną stronę przy głównym skrzyżowaniu. Spojrzałam po okolicy – choć w trakcie
wolnego byłam w miasteczku kilka razy, to każde miejsce wciąż wyglądało dla
mnie obco.
- Świetnie. – mruknęłam. – Po prostu
cudownie.
Kopnęłam jakiś kamyk i usiadłam na
chodniku. Ludzie mijali mnie, ale nie zaczepiali na mnie wzroku na więcej niż
kilka sekund. Co ich będzie obchodzić jakiś dzieciak z podstawówki. Tak samo,
minęło mnie prawdopodobnie parę osób z nowej klasy, ale dzieciaki takie już są
– nawet nie przyjdzie im do głowy, by zatrzymać się i zagadnąć. No cóż, ja
także nie byłam wtedy lepsza, mogłam przełknąć dumę i spróbować chociaż kogoś
zatrzymać. Ale jak już wspomniałam – dzieciaki takie już są.
Po kilkunastu minutach, gdy taktyka
„siedź w miejscu i czekaj aż cię znajdą” przestała przedstawiać się
optymistycznie jak z początku, stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz. I jeszcze
raz. I jeszcze raz.
Gdy po godzinie trafiłam w totalnie
odludne miejsce, moje dziecięce serce ścisnął strach. Zacisnęłam mocniej palce
na deskorolce, jakby to jakkolwiek miało mi pomóc. Rozejrzałam się z uwagą po
otoczeniu, usiłując sobie przypomnieć czy nikt nie wspominał jak odnaleźć się w
takiej sytuacji. Akurat to mogli przewidzieć w programie nauczania. Gdyby nie
fakt, że byłam totalnie zagubiona, pewnie od samego początku doceniłabym
malowniczość tego miejsca – polna droga, całkowicie za miastem i ogromne pola
pachnące skoszonymi zbożami, a w oddali zarysowywał się las. W krajobraz Włoch
wpisane były również pagórki, które otaczały mnie ze wszystkich stron.
Z początku nawet nie ogarnęłam, gdy
niewielka postać wypadła spomiędzy krzewów. Podniosłam zdziwiony wzrok nad
siebie, a dziewczyna spojrzała na mnie przez ułamek sekundy, po czym runęła na
ziemię kilka metrów dalej. Nie ośmieliłam się drgnąć, nawet gdy jej deskorolka
podjechała pod moje nogi. Zamrugałam kilkakrotnie, nadal nie będąc pewna czy to
co widzę jest prawdą.
- Ej, żyjesz tam? – zawołała dziewczyna,
leżąc na ziemi, prawdopodobnie w rowie.
To lekko mnie ocuciło, ale nim
wyciągnęłam do niej pomocną dłoń, sama się podniosła i zaczęła otrzepywać z
kurzu. A ja stałam tam jak wryta i ograniczyłam się do schylenia po jej
deskorolkę. Nie spuszczałam z niej oczu. Wyglądała na moją rówieśniczkę.
Dziewczyna była ode mnie trochę niższa, a długie blond włosy rozwiane były we
wszystkich kierunkach, ledwo przypominając pierwotnego warkocza. Była ubrana w
szorty i koszulkę, a odkryte części ciała pokryte były siniakami i
zadrapaniami. Po chwili spojrzała na mnie czujnymi, czekoladowymi oczami.
Wzdrygnęłam się nieznacznie, ale ona tylko wyszczerzyła się w uśmiechu.
- O, tutaj jest! – zaśmiała się,
wyciągając dłoń po deskorolkę. – Też jeździsz? – spytała, nadal się uśmiechając
i wskazała podbródkiem na moją deskorolkę.
- No tak, ale… trochę mniej wyczynowo. –
widząc nieznikający wyszczerz dziewczynki, przekonałam się do zażartowania.
- Ta, daj spokój, ze mnie żaden
wyczynowiec! O rety, ale się cieszę! W życiu nie widziałam tu nikogo na desce!
A tak w ogóle… co tutaj robisz? – spytała neutralnym tonem.
- Zgubiłam się. – odparłam prosto z
mostu, stwierdzając, że póki co mogę jej zaufać.
Dziewczynka spojrzała na mnie lekko
zbita z tropu, po czym dopadło ją gwałtowne olśnienie i pstryknęła palcami w
geście zwycięstwa.
- To ty jesteś tą nową z mojej klasy! –
pokiwała głową ze zrozumieniem. – Dobra, jedź za mną. – machnęła na mnie
zachęcająco dłonią, biorąc rozbieg. – Blanca Coletti, co nie? – upewniła się,
wskakując na deskorolkę. – Ja jestem Constanza Di Carlo!
Spojrzałam za nią oszołomionym wzrokiem,
ale po chwili wzruszyłam ramionami.
A co mi tam.
Wzięłam z wprawą rozbieg i w kilka sekund
dogoniłam Constanzę.
***
Wchodząc następnego dnia do klasy,
oczywiście nie spodziewałam się nawet, że cokolwiek wyniknie z tego spotkania.
To mógł być każdy. W końcu i tak musiałabym się spytać o drogę.
Nawet nic nie wskazywało na to –
Constanza jechała przodem i z każdą mijającą sekundą byłam coraz mniej pewna,
czy na serio nie jest wyczynowcem. Co jakiś czas zerkała za siebie i mogłabym
przysiąc, że uśmiechała się do mnie z
dumą. Jakbym miała nie dać rady dotrzymać jej tempa. Nie rozmawiałyśmy ze sobą,
czasem wymieniałyśmy ukradkowe spojrzenia, gdy ledwo co wyminęłyśmy
przechodniów. Gdy skręciłyśmy w odpowiednią uliczkę, kamień spadł mi z serca.
Mój dom, choć wciąż wyglądał obco, wciąż tutaj stał.
Odetchnęłam z ulgą, zwalniając.
Zeskoczyłam z deskorolki tuż przy bramce i oglądnęłam się na Constanzę, która
jedynie przemknęła tuż obok mnie i pojechała dalej. Zawahałam się z
pożegnaniem, ale gdy rówieśniczka podniosła dłoń do góry i zamachała,
krzyknęłam coś i zniknęłam w głębi swojego ogrodu.
Dlatego też aż mnie cofnęło, gdy
dostrzegłam Constanzę w swojej ławce następnego dnia. Blondyneczka zobaczyła
moją niepewną minę i na powitanie zamachała. Zauważyłam, że ma na to stały tik
– unosi energicznie lewą dłoń i macha nią cztery razy dość flegmatycznie.
Wczoraj zrobiła tak samo.
- Hejka, Blanca. – uśmiechnęła się do
mnie, gdy postawiłam teczkę obok niej. – Nie przeszkadzam ci tutaj?
- Jasne, że nie. – zaśmiałam się, kątem
oka szukając jej poprzedniego miejsca. Jakoś nie pocieszał mnie fakt, że
Constanza zostawiła jakąś koleżankę dla mnie. Dziewczynki z czwartej klasy są
dosyć mściwe.
- Jeśli chodzi o miejsce, to luzik – i
tak siedziałam sama, tak wypadło w losowaniu. – odparła, widząc, że wodzę
wzrokiem po klasie.
- No to z dwojga złego nawet lepiej. –
zaśmiałam się, a Constanza odpowiedziała szerokim wyszczerzem.
Zaczęła nadawać o deskorolce, a ja z
wielką chęcią dołączyłam do rozmowy. W moim rodzinnym mieście wszystkie
dzieciaki oszczędzały na rowery i najwyraźniej tutaj też wszystko inne było
wyjątkiem wśród nas. Constanza cały czas powtarzała, że pierwszy raz widzi inną
dziewczynę na desce i pierwszy raz, ktokolwiek dotrzymał jej tempa. Po tych
słowach zaczęłam wątpić w to, że wcale nie jest wyczynowcem. Liczne siniaki i
zadrapania wręcz krzyczały: „Hej, patrzcie! Jeżdżę na desce!”.
Jeszcze nim zaczęła się lekcja, zdążyłam
spoglądnąć niezauważalnie na resztę klasy – chłopcy mało co mnie obchodzili,
przyglądnęłam się dziewczynom. Zbite kilka grupek, szeptały między sobą,
rzucając na nas (głównie mnie) ciekawskie spojrzenia.
A potem stało się coś bardzo dziwnego.
Na pierwszej przerwie kilka osób
podeszło do mnie się przywitać.
- Cześć, jestem Blanca Coletti. Fajnie
was poznać. – uśmiechnęłam się i rozszerzyłam uśmiech, gdy Constanza tućknęła
mnie przyjacielsko ramieniem.
Może nawet pójdzie łatwiej niż myślałam.
***
Miesiące mijały dość szybko i nim się
obejrzałam, przerzucałam kartkę w kalendarzu na czerwiec. Zbliżało się
zakończenie roku szkolnego i mordka cieszyła mi się już tylko na samą myśl.
W szkole było… w porządku. Constanza
siedziała ze mną na każdym przedmiocie i dość dużo gadała, a że miała pogodną
osobowość inni zwrócili uwagę szybko na mnie. Bardzo dużo osób z początku
próbowało się ze mną zakolegować, po kilku tygodniach nawet chłopcy, ale czas
mijał i choć nie miałam wrogów, to przyjaciół też nie.
Cała klasa po jakiś 2 miesiącach
znudziła się mną i znajomości oklapły. To byli po prostu moi koledzy i
koleżanki, którzy przejmowali się mną mniej czy bardziej. Jedyną w miarę stałą
osobą była właśnie Constanza, która od samego początku traktowała mnie
niezmiennie.
Ale kilka miesięcy nie wystarczy na
zawiązanie przyjaźni.
Wtedy to byłoby zbyt proste.
Ja i Constanza lubiłyśmy się, ale
brakowało jakiegoś wiążącego elementu. Czegoś, co oplotłoby naszą historię i w
trudniejszych chwilach zatrzymało przy sobie. Siedziałyśmy ze sobą w klasie i
praktycznie na każdej wycieczce, wracałyśmy ze szkoły i czasem jeździłyśmy na
deskorolce.
Lecz nic poza tym. To mogłabym robić
praktycznie z każdym.
Ale coś jednak pchało mnie w stronę
Constanzy, szepcząc, że to właśnie z nią chcę się przyjaźnić, a nie z kimś
innym.
Wykiełkowanie kwiatu naszej przyjaźni
było długie, mozolne, a patrząc przez pryzmat dzieciństwa, trwało w
nieskończoność. Gdybym się zastanowiła, wymieniłabym wiele, naprawdę wiele
drobnych elementów, ale powspominam tylko trzy, które w mojej pamięci wciąż
płoną jasnym światłem.
Constanza Di Carlo jest… w sumie jej się
nie da określić. Jeśli kogoś lubi jest sympatyczna, jeśli nie to nie. Ma wiele
nawyków, szczególnie odruchy dość chłopięce. Zawsze musi być pierwsza. Z
podkreśleniem na pierwsza – nie najlepsza, tylko pierwsza. Chyba wiecie o co mi
chodzi. Wykazuje się odwagą, choć wspierana jest przez głupotę.
Ale najgorsze jest to, że uwielbia się
kłócić.
Mamy kilka osób w klasie, które są po
prostu… niereformowalne. To nie tak, że nie lubię ich przez Constanzę. Ja ich
nie cierpię całym swoim jestestwem, chcąc nie chcąc. Niektórych się nie da lubić
i basta.
I do takich właśnie należy nasza „święta
trójca”: Enrica, Felicia i moja najukochańsza Giovanna. Czemu takie wredne
dziewczyny zawsze muszą trzymać się w trójkach?
Nie ważne. Wracając do nich, tak jakby rządziły klasą. Chociaż Constanzą
nie da się pokierować, bo wszczyna bunty, a ja i tak zrobię jak mi się podoba.
Swoją drogą to też nas do siebie zbliżyło.
Constanza ma urodziny 7 czerwca, a będąc
w naszym wieku, gdy robisz urodziny zapraszasz wszystkie dziewczyny z klasy.
Zwłaszcza, że było nas raptem 10 w grupie. Dzięki Bogu, że pozostała piątka
była ugodowa. Oprócz kilku incydentów, w tym tego który zaraz opowiem, nadal
bardzo je lubię.
Na początku wszystko było dobrze –
Constanza wręczyła mi zaproszenie, szczerząc mordkę jak zwykle. Uśmiechnęłam
się, obracając kartkę w dłoniach. Mogłabym powiedzieć, że nie pasowała do jej
porywczego charakteru: różowa tekturka, okraszona czerwoną wstążką i toną
brokatu. Urodziny wypadały w sobotę, więc z datą też nie było problemu.
Ten pojawił się, gdy dowiedziałam się,
że Giovanna ma urodziny 9 czerwca. Niby zaczęło się niewinnie – wręczyła mi
ładne, schludne zaproszenie, ale wewnętrzny instynkt kazał mi spojrzeć na datę.
7 czerwca. Coś zaczęło mi tu bardzo nie pasować.
- Ej, Giovanna! – zawołałam, spoglądając
jeszcze raz na treść zaproszenia.
Jej dwie ukochane koleżaneczki – Enrica
i Felicia – obróciły się razem z nią, wlepiając we mnie swe oczy. Odczuwałam to
jakbym patrzyła na stadko hien, czekających na jakiś fałszywy ruch.
Wyprostowałam się pewnie, starając uśmiechać się naturalnie.
- Co tam? – Giovanna uśmiechnęła się
fałszywie, choć większość osób się na to nabierało. Ja przejrzałam ją od razu,
wystarczyło spojrzeć na nią, gdy rozmawiała z Constanzą. Wszyscy inni
zachowywali się tak, jakby jedli jakieś ciastko, które w całości jest bardzo
słodkie, ale orzeszek w środku jest piekielnie gorzki. Większość z nich albo
skupiła się na słodkości, nie szukając czegoś więcej, inni nawet nie chcieli go
poczuć, a tacy jak ja usta mieli przesiąknięte goryczą.
Giovanna spojrzała kątem oka na
zaproszenie.
Właśnie o tym mówię. Byłam zbyt szczwana
na takie tanie zagrywki.
- Bo taka sprawa jest… Wiesz, że Constanza
robi urodziny w ten sam dzień?
- No i co z tego? – Felicia zmierzyła
mnie kpiącym wzrokiem. Ja zmusiłam się jeszcze do szerszego uśmiechu,
powstrzymując się od wyjechania z tekstem, że to nie z nią gadam.
- O jejku, serio? – Giovanna zrobiła
skonsternowaną minę. – Dziękuję, Blanco. Pogadam z nią o tym, może zdążymy coś
jeszcze zmienić.
- Spoko, nie ma sprawy. – wydusiłam,
patrząc się na nią niepewnie. Enrica i Felicia również wymieniły zdumione
spojrzenia, jakby nie były pewne, czy koleżanka obok nich to ta sama Giovanna
co zwykle.
Nasza urywkowa rozmowa na tym się
skończyła, ale mnie cały czas coś nie pasowało. Był czwartek, ostatnia lekcja,
a impreza jest w sobotę. Kiedy one zdążą to uzgodnić skoro Constanza planowała
to od początku tygodnia, a dzisiaj jest na jakiś zawodach? Stwierdziłam, że
pogadam z nią o tym jutro.
Tylko, że następnego dnia Constanza
również się nie pojawiła. Spojrzałam na puste siedzenie obok siebie, pytając
się w duchu, jakim cudem akurat teraz jej nie ma. Oczywiście wszystko musiało
się ze sobą zgrać – korki na trasie, przeciągnięcie się zawodów i kontuzja
nadgarstka (oczywiście niezbyt poważna i głównie oszukana, ale tego domyśliłam
się od razu). Jedna z moich koleżanek Cristina, akurat też siedziała sama i
przysiadła się do mnie.
- A tak w ogóle, Blanca… - zaczęła
niepewnie na długiej przerwie, gdy wyciągnęłam swój opasły notatnik.
Spojrzałam na niego z przestrachem.
Dotychczas tylko Constanza pobieżnie go widziała, ale nigdy nie dawałam go jej
do przeczytania. W sumie dlatego, że dla niej byłby to niezrozumiały,
astronomiczny bełkot. A dla mnie działał jak amulet.
- Nie, nie, nie chodzi o ten… zeszyt?
Mniejsza. – machnęła dłonią, odkładając kanapkę do pudełka śniadaniowego. –
Wiesz w końcu co robimy w sobotę?
- To znaczy? – zmarszczyłam brwi. –
Constanza ma urodziny.
- No tak, ale Giovanna też robi wtedy
urodziny. I nie wiem gdzie iść.
Przygryzłam dolną wargę i zamknęłam
efektownie notatnik.
- Poczekaj chwilkę, Cristina. –
rzuciłam, wstając. Koleżanka chciała coś rzucić, ale gdy zobaczyła, że idę w
stronę paszczy lwa, odwróciła wzrok i wróciła do jedzenia kanapki.
Tak wyglądały relacje w naszej klasie.
Giovanna i jej niewolnice – Enrica i Felicia zdetronizowały wszystkich i stały
się grupą dowodzącą nami. Przynajmniej jeśli chodzi o dziewczyny. Chłopaki
zawsze robili co chcieli i trzymali się od nas z daleka, choć również mieli
cień respektu do Giovanny. Nie to co ja. Mnie mało co obchodziły takie osoby,
przyzwyczaiłam się do nich już w rodzinnym mieście. A jak to było z Constanzą…
Cóż, łatwo się domyślić.
- Cześć, Giovanna. – powiedziałam
neutralnym głosem, jakby było to naturalne. Dziewczynka podniosła swoje
wyniosłe spojrzenie na mnie, krzyczące wręcz coś w stylu „jak ty śmiesz…”, ale
nie pozwoliłam jej dojść do głosu i uśmiechnęłam się przymilnie. – Ja z taką
drobnostką tylko przychodzę.
Enrica prychnęła, a ja automatycznie
zmrużyłam oczy. Do teraz żałuję, że gdy miałam 11 lat, nie umiałam mordować
wzrokiem tak dobrze jak w doroślejszym życiu.
- No co chcesz? – Giovanna przechyliła
głowę, a jej zapleciony francuz opadł na ramię. Spojrzałam na niego przelotnie
– typowa fryzurka bogatej, zadufanej dziewczynki – miała różową opaskę i
wplecione sztuczne kwiatuszki we włosy, tak dla „szpanu”. Ubranie też typowe –
różowa sukienka. Czemu wtedy wszystkie dziewczyny tak bardzo uwielbiały ten
kolor?
- Tak się tylko zastanawiałam, czy
dogadałaś się z Constanzą z tymi urodzinami. – rzuciłam neutralnie, nawet się
na nią nie patrząc. – Bo akurat Cristina się spytała. – dodałam, gdy odpowiedź
nie nadchodziła.
Felicia i Enrica wybuchły szyderczym
śmiechem.
- A co, Cristina nie umie mówić? –
spytała ta pierwsza, pokrzywiając się koleżance, która przypatrywała się nam
kątem oka. Dziewczynka zasmuciła się i skubała powoli swoją kanapkę.
- Pulpet to jednak jest tchórzem. –
roześmiała się Enrica.
Dzieci bardzo łatwo okazują emocje,
nawet jeśli sądzą, że umieją świetnie oszukiwać. A ja szczególnie nie nadawałam
się na aktorkę. Ścięło mnie totalnie, zwłaszcza, że od dłuższego czasu czekałam
tylko na odpowiednią zaczepkę.
Spojrzałam z niewiarygodną zjadliwością
na Enricę, mając ochotę wyśmiać ją i zmieszać z błotem. Jeśli Giovanna była na
serio ładną dziewczynką, o jasnobrązowych włosach, podobnym odcieniu oczu i
szczupłą budową ciała, tak samo jak Felicia, która była trochę niższą i
„ciemniejszą” jej kopią, to Enrica była po prostu paskudna – ciemne loki
sterczące jak słup, zbieżne zielone oczka i sam fakt, że była po prostu
grubasem. I nie przesadzam. Ona po prostu żarła cały czas, a nie tak jak
Cristina, która owszem była przy kości, ale nie z własnej winy. Zrozumiałabym,
że mogła to rzucić Giovanna albo Felicia, chude dziewczyny to jeszcze
„normalne”, ale gdy ktoś jeszcze paskudniejszy doprowadza innych do płaczu, to
jest to po prostu żałosne.
Ale oczywiście nie powiedziałam jej tego
w twarz.
- Jesteście śmieszni, Enrica. Ty i twój
tłuszcz.
Zapadła cisza, a rówieśniczka
zapowietrzyła się, lecz nim ktokolwiek rzucił jakąś uwagę, Giovanna położyła
przyjaciółce dłoń na ramieniu i
uśmiechnęła się do mnie z podobną zjadliwością.
- Nie musisz się martwić, Blanca. –
powiedziała. – Myślałam, że Constanza już ci przekazała, ale już trudno, ja to
zrobię. To moje urodziny odbywają się w tę sobotę, a Consta ma je przełożyć na
trochę później.
- Serio? – uniosłam brwi, przyglądając
się jej z uwagą. – No jak tak, to spoko. Czyli na pewno ty robisz przyjęcie?
- Na pewno. – zapewniła. Odchodziłam od
jej biurka, unikając specjalnie wzroku poczerwieniałej ze złości Enrici, gdy
Giovanna dodała. – Zapraszam cię serdecznie.
- Dzięki. Na stówę będę! – uśmiechnęłam
się do niej z większą łatwością i usiadłam obok Cristiny.
Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie z
wdzięcznością i nieśmiałym ruchem przybiła mi piąteczkę. Wyglądała jakby nie
była pewna czy może. Tak jakby te zamaszysty ruch należał tylko do mnie i
Constanzy.
***
- Mamuś, spóźnię się przez ciebie! –
jęczałam, gdy rodzicielka po raz setny usiłowała uczesać moje włosy w coś
innego niż „pelerynkę” jak to orzekła kiedyś Constanza. Roześmiałam się na to
porównanie, rzucając w jej stronę coś w rodzaju „a ty masz hełm”.
- Spóźnisz to ty się przez siebie. –
westchnęła Martina Coletti, walcząc z kokiem na czubku mojej głowy. – Nie
trzeba było zasypiać na balkonie z teleskopem w ręce.
- No, ale już ci mówiłam, że było
bezchmurne niebo, a chciałam dokończyć mapkę zodiakalną… - zaczęłam, krzywiąc
się, gdy mama ciągnęła mnie za włosy.
W końcu syknęła coś pod nosem i płynnym,
fryzjerskim ruchem rozpuściła je, przywracając do naturalnego stanu.
Uśmiechnęłam się do lustra, zeskakując z fotela i pobiegłam założyć trampki. Mama
pokręciła głową, wręczając mi torebkę z prezentem dla Giovanny.
- Niech już ci będzie, idź w końcu.
- Dzięki mamuś! – zawołałam, upewniłam
się, że to odpowiedni prezent i wypadłam z domu.
Deskorolka jak zwykle stała oparta o
garaż, w idealnym punkcie do wzięcia rozbiegu i zjechania z pochyłego podjazdu.
Wyćwiczonym ruchem wskoczyłam na deskę, wyjechałam z posesji i zaczęłam
nabierać prędkości. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czerwiec był zdecydowanie moim
ulubionym miesiącem. Wiosna kończyła się, a cieplutkie promienie słoneczne
zaczynały nadawać wszystkiemu jaśniejsze barwy. Koniec szkoły był blisko, więc
zamiast nauki, przychodziło się tam dla kolegów i koleżanek, a całe życie
wydawało się być takie beztroskie.
Giovanna mieszkała w naprawdę ogromnym
domu z potężnym ogrodem. Wszystko zaczynając od architektury na wystroju
kończąc bardzo mnie tłamsiło, przypominając, że jestem tylko dziewczynką z
normalnej, szarej rodziny. Wręcz odetchnęłam z ulgą, gdy to jubilatka otworzyła
mi drzwi.
Impreza zaczęła się trochę wcześniej.
Praktycznie wszystkie dziewczyny już były – stanęłam obok Cristini i reszty tej
„normalniejszej” grupki, gdy mama Giovanny wniosła tort. Zdziwiłam się.
Constanza jeszcze się nie pojawiła. Dziwne. Nie chciałam przerywać tej
doniosłej chwili, więc z głównym pytaniem, które z każdą sekundą dręczyło mnie
coraz bardziej musiałam poczekać. Po torcie nastała kolejna ważna rzecz –
prezenty i życzenia. Tutaj też nie wypadało przerywać.
Minęły praktycznie dwie godziny nim
miałam okazję wtrącić jedno, niewinne pytanie, gdy Giovanna odkładała ostatni
prezent.
- A tak w ogóle to czemu nie ma
Constanzy?
- Nie mam pojęcia. – ucięła krótko.
Zmarszczyłam brwi. Było mi lekko przykro
z powodu jej tonu, ale nie pokazałam tego po sobie. Zmysł detektywa był od tego
silniejszy. Przekrzywiłam głowę w podobnym geście co zwykle Giovanna, patrząc
się bagatelnie na nią.
- A tak na serio? Przecież na pewno nie
jest chora. – rzuciłam, niby się zastanawiając.
Giovanna wzięła głęboki oddech i stanęła
nade mną, nadymając policzki.
- Słuchaj, nowa. – podkreśliła to słowo.
Doskonale wiedziała, że akurat poczucie przynależności bardzo łatwo zburzyć. –
To są moje urodziny i będą na nich ci, których chcę by byli.
- Z tego co wiem, to Constanza dostała
zaproszenie.
Giovanna tupnęła nogą.
- Mało mnie ona obchodzi. – warknęła. –
Nie cierpię tego błazna.
Teraz ja się podniosłam.
Kątem oka dostrzegłam wzrok Enrici i
Felicii. Coś w stylu oho, dziewczyny będą się kłócić. No świetnie. Tylko
awantury brakowało.
- A ja mam gdzieś, że masz urodziny. –
powiedziałam, nabierając pewności siebie. – Nie mam zamiaru słuchać jak
obrażasz Constanzę.
- O jejku, jak przykro. – przedrzeźniła
mnie Giovanna. Nikt więcej nie wtrącał się do naszej rozmowy. – Blanca, ja
ciebie zaprosiłam z litości, bo jesteś nowa. Nie potrzebujemy ciebie ani tutaj,
ani w szkole. A jak masz z tym problem, to swój beznadziejny prezent też weź ze
sobą. – na jej twarzy igrał diaboliczny uśmieszek, najgorszy jaki mogą przybrać
11-letnie dziewczynki.
Wzięłam urywany oddech. Owszem byłam
cwana. Ale byłam też tylko małą dziewczynką, która czuła się teraz wyjątkowo
samotna. Wyprostowałam się dumnie, odsuwając te przesączone nienawiścią słowa w
głąb umysłu i zamrugałam kilkakrotnie, by odgonić łzy.
- Tam są drzwi. – Giovanna z wielką
uciechą wskazała na drzwi wejściowe.
Zignorowałam ją i zaczęłam ubierać buty.
Nie miałam zamiaru siedzieć tutaj ani sekundy dłużej. Czułam wlepione w siebie
zdziwione spojrzenia innych dziewczyn, ale nawet nie zaszczyciłam ich wzrokiem.
Wzięłam pod pachę deskorolkę i w ostatniej chwili przypomniałam sobie o czymś
jeszcze. Stanęłam obok jubilatki i wyrwałam jej prezent ode mnie.
- Chyba mówiłaś, że tego nie
potrzebujesz, prawda? – uśmiechnęłam się do niej, czując satysfakcję na widok
jej miny i jednocześnie byłam pewna, że Cristina prawie parsknęła śmiechem.
- Jesteś żałosna! – krzyknęła Giovanna
oburzonym tonem. – Masz rację, wynoś się. Sprawdź co u twojej przyjaciółeczki!
– po tych słowach roześmiała się szyderczo, ale zagłuszyłam ją w połowie
trzaskiem drzwi.
Tak oto, w bardzo prosty sposób zyskałam
arcywroga.
Mało mnie to obeszło.
Wskoczyłam na deskorolkę i oddaliłam się
od tego domu jak najdalej i jak najszybciej. Trzymałam w dłoniach świeżo
rozpakowany prezent, ale nie myślałam o tych przykrych słowach, które do mnie
powiedziała (w sumie dlatego, że jakoś milsza nie byłam), ale ogólnie o całym
tym podejrzanym zachowaniu. Mając bardzo złe przeczucia, przyśpieszyłam.
Minęła 18, a ja miałam do domu jakieś
3km, które musiałam pokonać na deskorolce. Nieważne jak bardzo bym się starała,
nie zmniejszyłam czasu do mniej niż 20 cennych minut. Wpadłam tylnym wejściem
do domu, rodzice najwyraźniej gdzieś wyszli i chwyciłam prezent dla Constanzy.
Przynajmniej ona mieszkała raptem na końcu drugiej ulicy. Zziajana, wskoczyłam
ponownie na deskorolkę i pozwoliłam sobie na złapanie tchu dopiero pod jej
drzwiami.
Zapukałam. Nic. Zapukałam mocniej.
Też cisza.
Przypomniało mi się, że rodziców
Constanzy często nie ma przez większość dnia na weekendach, bo jeżdżą na jakieś
szkolenia dla kupców, czy coś w ten deseń. Teoretycznie powinna być tu tylko
Constanza z wolną chatą na imprezę urodzinową. Zapukałam jeszcze mocniej, ale
po kolejnej chwili, gdy nawet uspokoiłam oddech, nacisnęłam klamkę.
Zamek ustąpił.
Przez mój jedenastoletni umysł
przepłynęły naprawdę czarne myśli, choć okraszone zasłoną dziecięcej niewiedzy.
Może to nawet i lepiej.
Zaczęłam wykrzykiwać jej imię, ale
ucichłam gwałtownie, gdy usłyszałam pociąganie nosem. Skierowałam kroki do salonu,
w którym było stosunkowo ciemno. Odsłoniłam od razu okno, rzucając przenośne
spojrzenie na pokój. Wystrojony typowo na urodziny. Prawda uderzyła we mnie
obuchem, gdy zobaczyłam Constanzę pod stołem, a z jej oczu leciały duże łzy,
choć z całych sił powstrzymywała szlochanie.
- Constanza? – kucnęłam przy niej, a
blondyneczka naciągnęła urodzinową czapeczkę na twarz. – Ej, Constanza… -
mruknęłam cicho, potrząsając ją za ramię.
Dziewczynka schowała twarz w kolanach,
kręcąc głową.
- No bo nikt nie przyszedł… - wyłkała
cichutko, podnosząc po chwili na mnie swoje ciemnobrązowe oczka, zapuchnięte od
płaczu. – I było mi tak strasznie smutno, że nikt mnie nie lubi i jestem taka
beznadziejna…
- Cicho bądź. – ucięłam krótko,
przytulając ją mocno. Sięgnęłam przy okazji po chusteczkę i podałam ją
koleżance.
Constazna wyraczkowała spod stołu, ale
obie nadal siedziałyśmy na podłodze. Dziewczynka cały czas przecierała oczy
wierzchem dłoni i unikała mojego wzroku, jakby wstydząc się ich. Spuściłam
wzrok.
- Przepraszam za spóźnienie. –
szepnęłam, zaciskając pięści. – Kurde, wiedziałam, że powinnam dopytać się
ciebie.
Constazna spojrzała na mnie pytająco,
więc zaczęłam wszystko wyjaśniać po kolei. I z każdym następnym słowem w
jubilatkę wracały stare przebłyski życia, a już po słowach, że to Giovanna
wszystkim rozpowiedziała, że rzekomo się tak z tobą umówiła, to zobaczyłam w
niej starą, dobrą Constanzę. Niestety ta „dobra Constanza” przemieniła się w
„wściekłą”, gdy doszłam do urodzin. Nie przerywała mi aż do początku naszej
kłótni.
- Co za skończona wiedźma! –
wykrzyknęła, zrywając się na obie nogi. – Jak ja ją dorwę to już nie będzie
miała doniczki na głowie!
- Ej, spokojnie. To i tak nic nam nie
da. – machnęłam ręką. Przynajmniej teraz ja lekko ochłonęłam. – Może to
wynagrodzi ci chociaż część tego. – uśmiechnęłam się, rzucając w jej ręce
prezent Giovanny.
- Czy to…?
- Dokładnie. – przytaknęłam i streściłam
jej dokładnie moje ostatnie chwile na tym przeklętym przyjęciu. Constanza
wybuchła niepochamowanym śmiechem, gdy zakończyłam opowieść.
- Nie wierzę! – wydusiła po chwili. – Ty
to masz jaja, Blanca! – znów zaczęła dusić się ze śmiechu. – Boże, gdybym tylko
widziała jej twarz w tamtym momencie, zemsta nie byłaby potrzebna! – padła na
podłogę i chwyciła się za brzuch, usiłując opanować śmiech.
Gdy zaczęłam naśladować minę Giovanny,
zaczęła śmiać się jeszcze głośniej, a po chwili ja również nie wytrzymałam w tej
powadze i obie zanosiłyśmy się chichotem, tarzając się po podłodze ze śmiechu
przez długie minuty. Oczy wręcz zaszły mi łzami.
W końcu sięgnęłam za siebie, po właściwy
prezent dla Constanzy.
- No to… Wszystkiego najlepszego! –
uśmiechnęłam się do niej.
Dziewczyna przyjęła go bez słów,
uśmiechnęła się ciepło i bardzo mocno przytuliła. Spojrzała do środka,
rozpoznała co ma i posłała mi porozumiewawcze spojrzenie z chytrą minką, po
czym wskazała na prezent dla Giovanny.
- A z tym co zrobimy?
- Nie wiem, ale wiem jedno – do Giovanny
nie wróci. – prychnęłam.
Constanza uśmiechnęła się pewnie.
- No to czemu ma się niby marnować?
Przybrałam podobną minę i przybiłyśmy
sobie z Constanzą zamaszystą piąteczkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz