24 lipca 2016

Pospolita przyjaźń ~ Rozdział 1 ~ Każda historia ma swój początek

Rozdział 1

Każda historia ma swój początek

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.
Moja mama zawsze powtarzała mi te słowa wieczorami, gdy zaszywałam się w pokoju i zaczynałam płakać. Po kilkunastu razach w końcu zrozumiała – to, że spędzałam całe dnie wśród ludzi śmiejąc się i wygłupiając jak każdy dzieciak, nie oznaczało, że mam kogoś choć trochę bliższego niż znajomego z podwórka. Zawsze przychodziła do mnie, gdy gasiłam światło i mocno przytulała mnie, mówiąc, że w odpowiednim czasie spotkam odpowiednią osobę. A ja powtarzałam te słowa w głowie, gdy moje rzekome przyjaciółki znów wystawiały mnie do wiatru.
Oczywiście, nie chcę się wymądrzać. Znalazła się cwana, myśli, że o przyjaźń tak prosto. Tylko, że byłam wtedy sześcioletnią dziewczynką z dzieciństwem z wzorowego podręcznika, której do pełni szczęśliwych wspomnień brakowało jakiejś towarzyszki. Czas mijał, a ta lojalna, dziewczęca przyjaźń wymykała i się między palcami, zostawiając puste miejsce w wspomnieniach.
Imprezy urodzinowe, spotkania, wycieczki szkolne… To nie tak, że klasa odstawiała mnie na bok, nie byłam wyrzutkiem. Dzieciaki lubiły mnie, wygłupialiśmy się razem i bawiliśmy, ale raptem na chwilę. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczynało być źle. Pojawiały się takie momenty w życiu małej dziewczynki, gdy po prostu musi mieć bliższą przyjaciółkę, której powierzy sekrety.
A ja zawsze zostawałam wtedy sama.
Jak zaczynałam dorastać i zdmuchnęłam już 7 i 8 świeczek na torcie, w mojej głowie pojawiły się trochę pochmurniejsze myśli. Że może to ze mną jest coś nie tak, może powinnam najpierw spojrzeć na swoje wady, a dopiero później zmieniać innych. Tylko, że z każdym rozczarowaniem obwiniałam swoje koleżanki coraz bardziej. Oczywiście nie pokazując tego zewnętrznie.
Dlatego znalazłam sobie hobby. Nadal, gdy wyciągam mój pierwszy, malutki teleskop z kartonowego pudełka odczuwam tę samą radość co wtedy. Zatonęłam bardzo szybko w morzu atlasów kosmosu i nocnym niebie, a brak bliższych przyjaciół tak bardzo mi nie doskwierał. Koledzy i koleżanki coraz bardziej zacieśniali swoje więzy, a ja coraz bardziej oddalałam się od nich. Zewnętrznie nie, ale… psychicznie.
Więc gdy, będąc w 3 klasie, rodzice oznajmili mi, że przeprowadzamy się do Manaroli zbytnio mnie to nie obeszło. W końcu tam też będzie niebo.
Ale z kolei moi przyjaciele się tym przejęli.
Doskonale pamiętam łzy, uściski, prezenty pożegnalne. Zapewnienia, że nasza przyjaźń przetrwa wszystko. Patrzyłam się wtedy na nich z coraz większym zmieszaniem, a w środku bardzo, bardzo mocno próbowałam przypomnieć sobie choć jedną ważniejszą sytuację, w której byli przy mnie. Tak naprawdę nic nie przychodziło mi na myśl. Słowa zaczęły się powtarzać, a ja tak stojąc przy gotowym do odjazdu aucie, trzymając w ramionach czekoladki, misia i kwiatki patrzyłam się na obce dla mnie dzieciaki. Kolejna przyjaciółka podeszła do mnie z jakimś dziecięcym zapewnieniem, a ja spojrzałam, już nie tylko na nią, ale ogółem na wszystkich i spytałam:
- Jaka przyjaźń?
Zbiło ich to z tropu, kilka osób nawet powstrzymało łzy przez krótką chwilę. Patrzyłam się po nich z coraz większym zmieszaniem, aż w końcu spuściłam wzrok i schowałam się w aucie. Nim odjechaliśmy, słyszałam jak moja mama mówi coś do nich wszystkich. Coś w stylu Blanca jest w szoku i nie myśli trzeźwo lub Pewnie nie chce byście po niej tęsknili.
To drugie było największym kłamstwem jakim ludzie raczą siebie wzajemnie przez całe życie. Tak naprawdę każdy chce, by po odjeździe po nim tęskniono. Ma się wtedy poczucie, że zrobiłeś coś tam wystarczająco dobrego, że ludzie chcą byś nadal był z nimi. Że nie zmarnowałeś czasu, żyjąc tam.
W niezrozumiałym dla mnie znaczeniu, wyrobiłam sobie nowy nawyk w Manaroli – wpatrywanie się codziennie wieczorem w telefon, jakby ktokolwiek z nich miał do mnie zadzwonić. Nigdy nie odebrałam od nich żadnego telefonu, więc w końcu przestałam na nie czekać. A nowa biblioteka z rozbudowanym działem astrologii bardzo w tym pomogła.
Ale tak naprawdę nie jest to historia o Blance Coletti - dziewczynie, która przez całe życie była samotna, ale o Blance Coletti – dziewczynie, która znalazła prawdziwą, najszerszą przyjaźń. Cała ta, może nawet pospolita, historia zaczyna się właśnie w Manaroli, podczas pierwszego dnia w czwartej klasie, gdy wywołano mnie przed całą grupę.
- Od tego roku do naszej klasy będzie chodzić nowa dziewczynka – Blanca Coletti. – oznajmiła nauczycielka neutralnym głosem.
Spojrzała na mnie zachęcająco, ale gdy nie ruszyłam się z miejsca jej wzrok stał się naglący. Zacisnęłam dłonie na rąbku koszulki i stanęłam na baczność. Pani Galante odchrząknęła, wskazując na miejsce obok siebie, a gdy ruszyłam tam dopiero po chwili, wśród ławek poniósł się wesoły szmer. Patrzyłam się swoimi dużymi oczami po wszystkich, a oni cichli, jakby nie spodziewali się, że na nich spojrzę. Stanęłam w wyznaczonym miejscu i wpatrywałam się w 25 całkowicie obcych dla mnie twarzy.
- Panno Coletti. – odchrząknęła jeszcze raz pani Galante.
- Słucham? – podniosłam na nią swoje przerażone oczy, które zacisnęłam, gdy po klasie przeszła trochę głośniejsza salwa śmiechu. Nauczycielka spojrzała na nich z wściekłością, po czym zacmokała z niezadowoleniem w moim kierunku.
- Proszę powiedzieć o sobie kilka słów.
Drgnęłam, prostując się.
- A, tak, tak… - wymamrotałam pod nosem, przeczesując palcami jedno pasmo włosów. – Nazywam się Blanca Coletti, mam 10 lat, przyjechałam tutaj z San Giminiano… - zaczynało brakować mi słów, a kontrolne spojrzenie na nauczycielkę przekonało mnie, czy może zmusiło, bym napomknęła o swoim zainteresowaniach. – Interesuję się um… astronomią i… jeżdżę na deskorolce…
Po klasie przeszła salwa zduszonego chichotu.
- Dobrze, tyle wystarczy. – powiedziała nauczycielka, przestając się mną interesować. – Usiądź na miejsce.
Podreptałam do swojej ławki, która stała na końcu klasy, najwyraźniej pozostawiona pusta dla takich jak ja. Wszystkie lekcje minęły podobnie: nikt specjalnie nie chciał się do mnie odezwać, a moje nieśmiałe uśmiechy odbierane były miną pełnej odrazy.
Ostatni dzwonek był dla mnie wtedy zbawieniem, nawet nabazgrałam go na marginesie pamiętniczka. Wyszłam z klasy jako ostatnia, chcąc pośledzić resztę szkoły, by nie zgubić drogi do szatni. Zmieniłam buty i wyszłam na parking. Większość dzieciaków, które mieszkała trochę dalej od szkoły miała rowery. Moja deskorolka zjechała trochę ze stojaka i gdy po nią szłam, jakiś chłopak wziął ją do rąk i już chciał odłożyć, gdy dostrzegł mój wzrok i odrzucił ją.
- Ej! – zawołałam z oburzeniem, ale minęłam go, szturchając lekko.
Jego koledzy zaśmiali się, a ja poszłam po deskorolkę. Najwyraźniej nie mogli dać mi tak łatwo spokoju i przejeżdżając rowerami potrącali moją deskorolkę i praktycznie mnie. Tylko ten pierwszy, który nią rzucił w miarę mnie ominął.
- No dawaj, Sergio! – zawołał do niego jeden z grupki, na co chłopak trochę przyśpieszył. Spojrzałam za nim – wyglądał jak typowy Włoch – miał czekoladowe włosy i czarne oczy.
Zakręciłam palcem kółeczko od deskorolki, tak na wszelki wypadek, by sprawdzić, czy nic się nie zepsuło. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem, gdy moje baczne dziecięce oczko nic nie wykryło i ruszyłam przed siebie. I dopiero teraz zaczęły się schody. 
Zacznę może od tego, że choć w bardzo młodym wieku polubiłam naukę i książki, to nie oznaczało, że nie robiłam nic poza tym. Uwielbiałam być na świeżym powietrzu, ale wędrowanie na nogach było dla takiego małego knypka zbyt nudne. Dlatego rodzice kupili mi deskorolkę. I tu wracamy do sedna. Szkoła stała na pagórku, więc nie musiałam się męczyć – zjeżdżałam szybko krętymi, włoskimi uliczkami, zwinnie wymijając te wszystkie żmije z podstawówki. Nim się obejrzałam, wysunęłam się na sam przód, oddalając się od rówieśników.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy bryza uderzyła mnie w twarz, rozwiewając włosy i otulając rześką mgiełką. Manarola była nadmorskim miasteczkiem, uznanym za jedno z najbardziej malowniczych we Włoszech. Zapatrzyłam się na migające mi przed oczami fragmenty wybrzeża. Może nie będzie tutaj tak źle.
Jednak będzie.
Zeskoczyłam z deskorolki, gdy piąty raz minęłam ten sam skręt. Jeździłam już od kwadransa, a nawet nie zanosiło się na to, że trafię na dobrą drogę do domu. Prawdopodobnie skręciłam całkowicie w inną stronę przy głównym skrzyżowaniu. Spojrzałam po okolicy – choć w trakcie wolnego byłam w miasteczku kilka razy, to każde miejsce wciąż wyglądało dla mnie obco.
- Świetnie. – mruknęłam. – Po prostu cudownie.
Kopnęłam jakiś kamyk i usiadłam na chodniku. Ludzie mijali mnie, ale nie zaczepiali na mnie wzroku na więcej niż kilka sekund. Co ich będzie obchodzić jakiś dzieciak z podstawówki. Tak samo, minęło mnie prawdopodobnie parę osób z nowej klasy, ale dzieciaki takie już są – nawet nie przyjdzie im do głowy, by zatrzymać się i zagadnąć. No cóż, ja także nie byłam wtedy lepsza, mogłam przełknąć dumę i spróbować chociaż kogoś zatrzymać. Ale jak już wspomniałam – dzieciaki takie już są.
Po kilkunastu minutach, gdy taktyka „siedź w miejscu i czekaj aż cię znajdą” przestała przedstawiać się optymistycznie jak z początku, stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Gdy po godzinie trafiłam w totalnie odludne miejsce, moje dziecięce serce ścisnął strach. Zacisnęłam mocniej palce na deskorolce, jakby to jakkolwiek miało mi pomóc. Rozejrzałam się z uwagą po otoczeniu, usiłując sobie przypomnieć czy nikt nie wspominał jak odnaleźć się w takiej sytuacji. Akurat to mogli przewidzieć w programie nauczania. Gdyby nie fakt, że byłam totalnie zagubiona, pewnie od samego początku doceniłabym malowniczość tego miejsca – polna droga, całkowicie za miastem i ogromne pola pachnące skoszonymi zbożami, a w oddali zarysowywał się las. W krajobraz Włoch wpisane były również pagórki, które otaczały mnie ze wszystkich stron.
Z początku nawet nie ogarnęłam, gdy niewielka postać wypadła spomiędzy krzewów. Podniosłam zdziwiony wzrok nad siebie, a dziewczyna spojrzała na mnie przez ułamek sekundy, po czym runęła na ziemię kilka metrów dalej. Nie ośmieliłam się drgnąć, nawet gdy jej deskorolka podjechała pod moje nogi. Zamrugałam kilkakrotnie, nadal nie będąc pewna czy to co widzę jest prawdą.
- Ej, żyjesz tam? – zawołała dziewczyna, leżąc na ziemi, prawdopodobnie w rowie.
To lekko mnie ocuciło, ale nim wyciągnęłam do niej pomocną dłoń, sama się podniosła i zaczęła otrzepywać z kurzu. A ja stałam tam jak wryta i ograniczyłam się do schylenia po jej deskorolkę. Nie spuszczałam z niej oczu. Wyglądała na moją rówieśniczkę. Dziewczyna była ode mnie trochę niższa, a długie blond włosy rozwiane były we wszystkich kierunkach, ledwo przypominając pierwotnego warkocza. Była ubrana w szorty i koszulkę, a odkryte części ciała pokryte były siniakami i zadrapaniami. Po chwili spojrzała na mnie czujnymi, czekoladowymi oczami. Wzdrygnęłam się nieznacznie, ale ona tylko wyszczerzyła się w uśmiechu.
- O, tutaj jest! – zaśmiała się, wyciągając dłoń po deskorolkę. – Też jeździsz? – spytała, nadal się uśmiechając i wskazała podbródkiem na moją deskorolkę.
- No tak, ale… trochę mniej wyczynowo. – widząc nieznikający wyszczerz dziewczynki, przekonałam się do zażartowania.
- Ta, daj spokój, ze mnie żaden wyczynowiec! O rety, ale się cieszę! W życiu nie widziałam tu nikogo na desce! A tak w ogóle… co tutaj robisz? – spytała neutralnym tonem.
- Zgubiłam się. – odparłam prosto z mostu, stwierdzając, że póki co mogę jej zaufać.
Dziewczynka spojrzała na mnie lekko zbita z tropu, po czym dopadło ją gwałtowne olśnienie i pstryknęła palcami w geście zwycięstwa.
- To ty jesteś tą nową z mojej klasy! – pokiwała głową ze zrozumieniem. – Dobra, jedź za mną. – machnęła na mnie zachęcająco dłonią, biorąc rozbieg. – Blanca Coletti, co nie? – upewniła się, wskakując na deskorolkę. – Ja jestem Constanza Di Carlo!
Spojrzałam za nią oszołomionym wzrokiem, ale po chwili wzruszyłam ramionami.
A co mi tam.
Wzięłam z wprawą rozbieg i w kilka sekund dogoniłam Constanzę.
***
Wchodząc następnego dnia do klasy, oczywiście nie spodziewałam się nawet, że cokolwiek wyniknie z tego spotkania. To mógł być każdy. W końcu i tak musiałabym się spytać o drogę.
Nawet nic nie wskazywało na to – Constanza jechała przodem i z każdą mijającą sekundą byłam coraz mniej pewna, czy na serio nie jest wyczynowcem. Co jakiś czas zerkała za siebie i mogłabym przysiąc, że uśmiechała się do  mnie z dumą. Jakbym miała nie dać rady dotrzymać jej tempa. Nie rozmawiałyśmy ze sobą, czasem wymieniałyśmy ukradkowe spojrzenia, gdy ledwo co wyminęłyśmy przechodniów. Gdy skręciłyśmy w odpowiednią uliczkę, kamień spadł mi z serca. Mój dom, choć wciąż wyglądał obco, wciąż tutaj stał.
Odetchnęłam z ulgą, zwalniając. Zeskoczyłam z deskorolki tuż przy bramce i oglądnęłam się na Constanzę, która jedynie przemknęła tuż obok mnie i pojechała dalej. Zawahałam się z pożegnaniem, ale gdy rówieśniczka podniosła dłoń do góry i zamachała, krzyknęłam coś i zniknęłam w głębi swojego ogrodu.
Dlatego też aż mnie cofnęło, gdy dostrzegłam Constanzę w swojej ławce następnego dnia. Blondyneczka zobaczyła moją niepewną minę i na powitanie zamachała. Zauważyłam, że ma na to stały tik – unosi energicznie lewą dłoń i macha nią cztery razy dość flegmatycznie. Wczoraj zrobiła tak samo.
- Hejka, Blanca. – uśmiechnęła się do mnie, gdy postawiłam teczkę obok niej. – Nie przeszkadzam ci tutaj?
- Jasne, że nie. – zaśmiałam się, kątem oka szukając jej poprzedniego miejsca. Jakoś nie pocieszał mnie fakt, że Constanza zostawiła jakąś koleżankę dla mnie. Dziewczynki z czwartej klasy są dosyć mściwe.
- Jeśli chodzi o miejsce, to luzik – i tak siedziałam sama, tak wypadło w losowaniu. – odparła, widząc, że wodzę wzrokiem po klasie.
- No to z dwojga złego nawet lepiej. – zaśmiałam się, a Constanza odpowiedziała szerokim wyszczerzem.
Zaczęła nadawać o deskorolce, a ja z wielką chęcią dołączyłam do rozmowy. W moim rodzinnym mieście wszystkie dzieciaki oszczędzały na rowery i najwyraźniej tutaj też wszystko inne było wyjątkiem wśród nas. Constanza cały czas powtarzała, że pierwszy raz widzi inną dziewczynę na desce i pierwszy raz, ktokolwiek dotrzymał jej tempa. Po tych słowach zaczęłam wątpić w to, że wcale nie jest wyczynowcem. Liczne siniaki i zadrapania wręcz krzyczały: „Hej, patrzcie! Jeżdżę na desce!”.
Jeszcze nim zaczęła się lekcja, zdążyłam spoglądnąć niezauważalnie na resztę klasy – chłopcy mało co mnie obchodzili, przyglądnęłam się dziewczynom. Zbite kilka grupek, szeptały między sobą, rzucając na nas (głównie mnie) ciekawskie spojrzenia.
A potem stało się coś bardzo dziwnego.
Na pierwszej przerwie kilka osób podeszło do mnie się przywitać.
- Cześć, jestem Blanca Coletti. Fajnie was poznać. – uśmiechnęłam się i rozszerzyłam uśmiech, gdy Constanza tućknęła mnie przyjacielsko ramieniem.
Może nawet pójdzie łatwiej niż myślałam.
***
Miesiące mijały dość szybko i nim się obejrzałam, przerzucałam kartkę w kalendarzu na czerwiec. Zbliżało się zakończenie roku szkolnego i mordka cieszyła mi się już tylko na samą myśl.
W szkole było… w porządku. Constanza siedziała ze mną na każdym przedmiocie i dość dużo gadała, a że miała pogodną osobowość inni zwrócili uwagę szybko na mnie. Bardzo dużo osób z początku próbowało się ze mną zakolegować, po kilku tygodniach nawet chłopcy, ale czas mijał i choć nie miałam wrogów, to przyjaciół też nie.
Cała klasa po jakiś 2 miesiącach znudziła się mną i znajomości oklapły. To byli po prostu moi koledzy i koleżanki, którzy przejmowali się mną mniej czy bardziej. Jedyną w miarę stałą osobą była właśnie Constanza, która od samego początku traktowała mnie niezmiennie.
Ale kilka miesięcy nie wystarczy na zawiązanie przyjaźni.
Wtedy to byłoby zbyt proste.
Ja i Constanza lubiłyśmy się, ale brakowało jakiegoś wiążącego elementu. Czegoś, co oplotłoby naszą historię i w trudniejszych chwilach zatrzymało przy sobie. Siedziałyśmy ze sobą w klasie i praktycznie na każdej wycieczce, wracałyśmy ze szkoły i czasem jeździłyśmy na deskorolce.
Lecz nic poza tym. To mogłabym robić praktycznie z każdym.
Ale coś jednak pchało mnie w stronę Constanzy, szepcząc, że to właśnie z nią chcę się przyjaźnić, a nie z kimś innym.
Wykiełkowanie kwiatu naszej przyjaźni było długie, mozolne, a patrząc przez pryzmat dzieciństwa, trwało w nieskończoność. Gdybym się zastanowiła, wymieniłabym wiele, naprawdę wiele drobnych elementów, ale powspominam tylko trzy, które w mojej pamięci wciąż płoną jasnym światłem.
Constanza Di Carlo jest… w sumie jej się nie da określić. Jeśli kogoś lubi jest sympatyczna, jeśli nie to nie. Ma wiele nawyków, szczególnie odruchy dość chłopięce. Zawsze musi być pierwsza. Z podkreśleniem na pierwsza – nie najlepsza, tylko pierwsza. Chyba wiecie o co mi chodzi. Wykazuje się odwagą, choć wspierana jest przez głupotę.
Ale najgorsze jest to, że uwielbia się kłócić.
Mamy kilka osób w klasie, które są po prostu… niereformowalne. To nie tak, że nie lubię ich przez Constanzę. Ja ich nie cierpię całym swoim jestestwem, chcąc nie chcąc. Niektórych się nie da lubić i basta.
I do takich właśnie należy nasza „święta trójca”: Enrica, Felicia i moja najukochańsza Giovanna. Czemu takie wredne dziewczyny zawsze muszą trzymać się w trójkach?  Nie ważne. Wracając do nich, tak jakby rządziły klasą. Chociaż Constanzą nie da się pokierować, bo wszczyna bunty, a ja i tak zrobię jak mi się podoba. Swoją drogą to też nas do siebie zbliżyło.
Constanza ma urodziny 7 czerwca, a będąc w naszym wieku, gdy robisz urodziny zapraszasz wszystkie dziewczyny z klasy. Zwłaszcza, że było nas raptem 10 w grupie. Dzięki Bogu, że pozostała piątka była ugodowa. Oprócz kilku incydentów, w tym tego który zaraz opowiem, nadal bardzo je lubię.
Na początku wszystko było dobrze – Constanza wręczyła mi zaproszenie, szczerząc mordkę jak zwykle. Uśmiechnęłam się, obracając kartkę w dłoniach. Mogłabym powiedzieć, że nie pasowała do jej porywczego charakteru: różowa tekturka, okraszona czerwoną wstążką i toną brokatu. Urodziny wypadały w sobotę, więc z datą też nie było problemu.
Ten pojawił się, gdy dowiedziałam się, że Giovanna ma urodziny 9 czerwca. Niby zaczęło się niewinnie – wręczyła mi ładne, schludne zaproszenie, ale wewnętrzny instynkt kazał mi spojrzeć na datę. 7 czerwca. Coś zaczęło mi tu bardzo nie pasować.
- Ej, Giovanna! – zawołałam, spoglądając jeszcze raz na treść zaproszenia.
Jej dwie ukochane koleżaneczki – Enrica i Felicia – obróciły się razem z nią, wlepiając we mnie swe oczy. Odczuwałam to jakbym patrzyła na stadko hien, czekających na jakiś fałszywy ruch. Wyprostowałam się pewnie, starając uśmiechać się naturalnie.
- Co tam? – Giovanna uśmiechnęła się fałszywie, choć większość osób się na to nabierało. Ja przejrzałam ją od razu, wystarczyło spojrzeć na nią, gdy rozmawiała z Constanzą. Wszyscy inni zachowywali się tak, jakby jedli jakieś ciastko, które w całości jest bardzo słodkie, ale orzeszek w środku jest piekielnie gorzki. Większość z nich albo skupiła się na słodkości, nie szukając czegoś więcej, inni nawet nie chcieli go poczuć, a tacy jak ja usta mieli przesiąknięte goryczą.
Giovanna spojrzała kątem oka na zaproszenie.
Właśnie o tym mówię. Byłam zbyt szczwana na takie tanie zagrywki.
- Bo taka sprawa jest… Wiesz, że Constanza robi urodziny w ten sam dzień?
- No i co z tego? – Felicia zmierzyła mnie kpiącym wzrokiem. Ja zmusiłam się jeszcze do szerszego uśmiechu, powstrzymując się od wyjechania z tekstem, że to nie z nią gadam.
- O jejku, serio? – Giovanna zrobiła skonsternowaną minę. – Dziękuję, Blanco. Pogadam z nią o tym, może zdążymy coś jeszcze zmienić.
- Spoko, nie ma sprawy. – wydusiłam, patrząc się na nią niepewnie. Enrica i Felicia również wymieniły zdumione spojrzenia, jakby nie były pewne, czy koleżanka obok nich to ta sama Giovanna co zwykle.
Nasza urywkowa rozmowa na tym się skończyła, ale mnie cały czas coś nie pasowało. Był czwartek, ostatnia lekcja, a impreza jest w sobotę. Kiedy one zdążą to uzgodnić skoro Constanza planowała to od początku tygodnia, a dzisiaj jest na jakiś zawodach? Stwierdziłam, że pogadam z nią o tym jutro.
Tylko, że następnego dnia Constanza również się nie pojawiła. Spojrzałam na puste siedzenie obok siebie, pytając się w duchu, jakim cudem akurat teraz jej nie ma. Oczywiście wszystko musiało się ze sobą zgrać – korki na trasie, przeciągnięcie się zawodów i kontuzja nadgarstka (oczywiście niezbyt poważna i głównie oszukana, ale tego domyśliłam się od razu). Jedna z moich koleżanek Cristina, akurat też siedziała sama i przysiadła się do mnie.
- A tak w ogóle, Blanca… - zaczęła niepewnie na długiej przerwie, gdy wyciągnęłam swój opasły notatnik.
Spojrzałam na niego z przestrachem. Dotychczas tylko Constanza pobieżnie go widziała, ale nigdy nie dawałam go jej do przeczytania. W sumie dlatego, że dla niej byłby to niezrozumiały, astronomiczny bełkot. A dla mnie działał jak amulet.
- Nie, nie, nie chodzi o ten… zeszyt? Mniejsza. – machnęła dłonią, odkładając kanapkę do pudełka śniadaniowego. – Wiesz w końcu co robimy w sobotę?
- To znaczy? – zmarszczyłam brwi. – Constanza ma urodziny.
- No tak, ale Giovanna też robi wtedy urodziny. I nie wiem gdzie iść.
Przygryzłam dolną wargę i zamknęłam efektownie notatnik.
- Poczekaj chwilkę, Cristina. – rzuciłam, wstając. Koleżanka chciała coś rzucić, ale gdy zobaczyła, że idę w stronę paszczy lwa, odwróciła wzrok i wróciła do jedzenia kanapki.
Tak wyglądały relacje w naszej klasie. Giovanna i jej niewolnice – Enrica i Felicia zdetronizowały wszystkich i stały się grupą dowodzącą nami. Przynajmniej jeśli chodzi o dziewczyny. Chłopaki zawsze robili co chcieli i trzymali się od nas z daleka, choć również mieli cień respektu do Giovanny. Nie to co ja. Mnie mało co obchodziły takie osoby, przyzwyczaiłam się do nich już w rodzinnym mieście. A jak to było z Constanzą… Cóż, łatwo się domyślić.
- Cześć, Giovanna. – powiedziałam neutralnym głosem, jakby było to naturalne. Dziewczynka podniosła swoje wyniosłe spojrzenie na mnie, krzyczące wręcz coś w stylu „jak ty śmiesz…”, ale nie pozwoliłam jej dojść do głosu i uśmiechnęłam się przymilnie. – Ja z taką drobnostką tylko przychodzę.
Enrica prychnęła, a ja automatycznie zmrużyłam oczy. Do teraz żałuję, że gdy miałam 11 lat, nie umiałam mordować wzrokiem tak dobrze jak w doroślejszym życiu.
- No co chcesz? – Giovanna przechyliła głowę, a jej zapleciony francuz opadł na ramię. Spojrzałam na niego przelotnie – typowa fryzurka bogatej, zadufanej dziewczynki – miała różową opaskę i wplecione sztuczne kwiatuszki we włosy, tak dla „szpanu”. Ubranie też typowe – różowa sukienka. Czemu wtedy wszystkie dziewczyny tak bardzo uwielbiały ten kolor?
- Tak się tylko zastanawiałam, czy dogadałaś się z Constanzą z tymi urodzinami. – rzuciłam neutralnie, nawet się na nią nie patrząc. – Bo akurat Cristina się spytała. – dodałam, gdy odpowiedź nie nadchodziła.
Felicia i Enrica wybuchły szyderczym śmiechem.
- A co, Cristina nie umie mówić? – spytała ta pierwsza, pokrzywiając się koleżance, która przypatrywała się nam kątem oka. Dziewczynka zasmuciła się i skubała powoli swoją kanapkę.
- Pulpet to jednak jest tchórzem. – roześmiała się Enrica.
Dzieci bardzo łatwo okazują emocje, nawet jeśli sądzą, że umieją świetnie oszukiwać. A ja szczególnie nie nadawałam się na aktorkę. Ścięło mnie totalnie, zwłaszcza, że od dłuższego czasu czekałam tylko na odpowiednią zaczepkę.
Spojrzałam z niewiarygodną zjadliwością na Enricę, mając ochotę wyśmiać ją i zmieszać z błotem. Jeśli Giovanna była na serio ładną dziewczynką, o jasnobrązowych włosach, podobnym odcieniu oczu i szczupłą budową ciała, tak samo jak Felicia, która była trochę niższą i „ciemniejszą” jej kopią, to Enrica była po prostu paskudna – ciemne loki sterczące jak słup, zbieżne zielone oczka i sam fakt, że była po prostu grubasem. I nie przesadzam. Ona po prostu żarła cały czas, a nie tak jak Cristina, która owszem była przy kości, ale nie z własnej winy. Zrozumiałabym, że mogła to rzucić Giovanna albo Felicia, chude dziewczyny to jeszcze „normalne”, ale gdy ktoś jeszcze paskudniejszy doprowadza innych do płaczu, to jest to po prostu żałosne.
Ale oczywiście nie powiedziałam jej tego w twarz.
- Jesteście śmieszni, Enrica. Ty i twój tłuszcz.
Zapadła cisza, a rówieśniczka zapowietrzyła się, lecz nim ktokolwiek rzucił jakąś uwagę, Giovanna położyła przyjaciółce dłoń  na ramieniu i uśmiechnęła się do mnie z podobną zjadliwością.
- Nie musisz się martwić, Blanca. – powiedziała. – Myślałam, że Constanza już ci przekazała, ale już trudno, ja to zrobię. To moje urodziny odbywają się w tę sobotę, a Consta ma je przełożyć na trochę później.
- Serio? – uniosłam brwi, przyglądając się jej z uwagą. – No jak tak, to spoko. Czyli na pewno ty robisz przyjęcie?
- Na pewno. – zapewniła. Odchodziłam od jej biurka, unikając specjalnie wzroku poczerwieniałej ze złości Enrici, gdy Giovanna dodała. – Zapraszam cię serdecznie.
- Dzięki. Na stówę będę! – uśmiechnęłam się do niej z większą łatwością i usiadłam obok Cristiny.
Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością i nieśmiałym ruchem przybiła mi piąteczkę. Wyglądała jakby nie była pewna czy może. Tak jakby te zamaszysty ruch należał tylko do mnie i Constanzy.  
***
- Mamuś, spóźnię się przez ciebie! – jęczałam, gdy rodzicielka po raz setny usiłowała uczesać moje włosy w coś innego niż „pelerynkę” jak to orzekła kiedyś Constanza. Roześmiałam się na to porównanie, rzucając w jej stronę coś w rodzaju „a ty masz hełm”.
- Spóźnisz to ty się przez siebie. – westchnęła Martina Coletti, walcząc z kokiem na czubku mojej głowy. – Nie trzeba było zasypiać na balkonie z teleskopem w ręce.
- No, ale już ci mówiłam, że było bezchmurne niebo, a chciałam dokończyć mapkę zodiakalną… - zaczęłam, krzywiąc się, gdy mama ciągnęła mnie za włosy.
W końcu syknęła coś pod nosem i płynnym, fryzjerskim ruchem rozpuściła je, przywracając do naturalnego stanu. Uśmiechnęłam się do lustra, zeskakując z fotela i pobiegłam założyć trampki. Mama pokręciła głową, wręczając mi torebkę z prezentem dla Giovanny.
- Niech już ci będzie, idź w końcu.
- Dzięki mamuś! – zawołałam, upewniłam się, że to odpowiedni prezent i wypadłam z domu.
Deskorolka jak zwykle stała oparta o garaż, w idealnym punkcie do wzięcia rozbiegu i zjechania z pochyłego podjazdu. Wyćwiczonym ruchem wskoczyłam na deskę, wyjechałam z posesji i zaczęłam nabierać prędkości. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czerwiec był zdecydowanie moim ulubionym miesiącem. Wiosna kończyła się, a cieplutkie promienie słoneczne zaczynały nadawać wszystkiemu jaśniejsze barwy. Koniec szkoły był blisko, więc zamiast nauki, przychodziło się tam dla kolegów i koleżanek, a całe życie wydawało się być takie beztroskie.
Giovanna mieszkała w naprawdę ogromnym domu z potężnym ogrodem. Wszystko zaczynając od architektury na wystroju kończąc bardzo mnie tłamsiło, przypominając, że jestem tylko dziewczynką z normalnej, szarej rodziny. Wręcz odetchnęłam z ulgą, gdy to jubilatka otworzyła mi drzwi.
Impreza zaczęła się trochę wcześniej. Praktycznie wszystkie dziewczyny już były – stanęłam obok Cristini i reszty tej „normalniejszej” grupki, gdy mama Giovanny wniosła tort. Zdziwiłam się. Constanza jeszcze się nie pojawiła. Dziwne. Nie chciałam przerywać tej doniosłej chwili, więc z głównym pytaniem, które z każdą sekundą dręczyło mnie coraz bardziej musiałam poczekać. Po torcie nastała kolejna ważna rzecz – prezenty i życzenia. Tutaj też nie wypadało przerywać.
Minęły praktycznie dwie godziny nim miałam okazję wtrącić jedno, niewinne pytanie, gdy Giovanna odkładała ostatni prezent.
- A tak w ogóle to czemu nie ma Constanzy?
- Nie mam pojęcia. – ucięła krótko.
Zmarszczyłam brwi. Było mi lekko przykro z powodu jej tonu, ale nie pokazałam tego po sobie. Zmysł detektywa był od tego silniejszy. Przekrzywiłam głowę w podobnym geście co zwykle Giovanna, patrząc się bagatelnie na nią.
- A tak na serio? Przecież na pewno nie jest chora. – rzuciłam, niby się zastanawiając.
Giovanna wzięła głęboki oddech i stanęła nade mną, nadymając policzki.
- Słuchaj, nowa. – podkreśliła to słowo. Doskonale wiedziała, że akurat poczucie przynależności bardzo łatwo zburzyć. – To są moje urodziny i będą na nich ci, których chcę by byli.
- Z tego co wiem, to Constanza dostała zaproszenie.
Giovanna tupnęła nogą.
- Mało mnie ona obchodzi. – warknęła. – Nie cierpię tego błazna.
Teraz ja się podniosłam.
Kątem oka dostrzegłam wzrok Enrici i Felicii. Coś w stylu oho, dziewczyny będą się kłócić. No świetnie. Tylko awantury brakowało.
- A ja mam gdzieś, że masz urodziny. – powiedziałam, nabierając pewności siebie. – Nie mam zamiaru słuchać jak obrażasz Constanzę.
- O jejku, jak przykro. – przedrzeźniła mnie Giovanna. Nikt więcej nie wtrącał się do naszej rozmowy. – Blanca, ja ciebie zaprosiłam z litości, bo jesteś nowa. Nie potrzebujemy ciebie ani tutaj, ani w szkole. A jak masz z tym problem, to swój beznadziejny prezent też weź ze sobą. – na jej twarzy igrał diaboliczny uśmieszek, najgorszy jaki mogą przybrać 11-letnie dziewczynki.
Wzięłam urywany oddech. Owszem byłam cwana. Ale byłam też tylko małą dziewczynką, która czuła się teraz wyjątkowo samotna. Wyprostowałam się dumnie, odsuwając te przesączone nienawiścią słowa w głąb umysłu i zamrugałam kilkakrotnie, by odgonić łzy.
- Tam są drzwi. – Giovanna z wielką uciechą wskazała na drzwi wejściowe.
Zignorowałam ją i zaczęłam ubierać buty. Nie miałam zamiaru siedzieć tutaj ani sekundy dłużej. Czułam wlepione w siebie zdziwione spojrzenia innych dziewczyn, ale nawet nie zaszczyciłam ich wzrokiem. Wzięłam pod pachę deskorolkę i w ostatniej chwili przypomniałam sobie o czymś jeszcze. Stanęłam obok jubilatki i wyrwałam jej prezent ode mnie.
- Chyba mówiłaś, że tego nie potrzebujesz, prawda? – uśmiechnęłam się do niej, czując satysfakcję na widok jej miny i jednocześnie byłam pewna, że Cristina prawie parsknęła śmiechem.
- Jesteś żałosna! – krzyknęła Giovanna oburzonym tonem. – Masz rację, wynoś się. Sprawdź co u twojej przyjaciółeczki! – po tych słowach roześmiała się szyderczo, ale zagłuszyłam ją w połowie trzaskiem drzwi.
Tak oto, w bardzo prosty sposób zyskałam arcywroga.
Mało mnie to obeszło.
Wskoczyłam na deskorolkę i oddaliłam się od tego domu jak najdalej i jak najszybciej. Trzymałam w dłoniach świeżo rozpakowany prezent, ale nie myślałam o tych przykrych słowach, które do mnie powiedziała (w sumie dlatego, że jakoś milsza nie byłam), ale ogólnie o całym tym podejrzanym zachowaniu. Mając bardzo złe przeczucia, przyśpieszyłam.
Minęła 18, a ja miałam do domu jakieś 3km, które musiałam pokonać na deskorolce. Nieważne jak bardzo bym się starała, nie zmniejszyłam czasu do mniej niż 20 cennych minut. Wpadłam tylnym wejściem do domu, rodzice najwyraźniej gdzieś wyszli i chwyciłam prezent dla Constanzy. Przynajmniej ona mieszkała raptem na końcu drugiej ulicy. Zziajana, wskoczyłam ponownie na deskorolkę i pozwoliłam sobie na złapanie tchu dopiero pod jej drzwiami.
Zapukałam. Nic. Zapukałam mocniej.
Też cisza.
Przypomniało mi się, że rodziców Constanzy często nie ma przez większość dnia na weekendach, bo jeżdżą na jakieś szkolenia dla kupców, czy coś w ten deseń. Teoretycznie powinna być tu tylko Constanza z wolną chatą na imprezę urodzinową. Zapukałam jeszcze mocniej, ale po kolejnej chwili, gdy nawet uspokoiłam oddech, nacisnęłam klamkę.
Zamek ustąpił.
Przez mój jedenastoletni umysł przepłynęły naprawdę czarne myśli, choć okraszone zasłoną dziecięcej niewiedzy. Może to nawet i lepiej.
Zaczęłam wykrzykiwać jej imię, ale ucichłam gwałtownie, gdy usłyszałam pociąganie nosem. Skierowałam kroki do salonu, w którym było stosunkowo ciemno. Odsłoniłam od razu okno, rzucając przenośne spojrzenie na pokój. Wystrojony typowo na urodziny. Prawda uderzyła we mnie obuchem, gdy zobaczyłam Constanzę pod stołem, a z jej oczu leciały duże łzy, choć z całych sił powstrzymywała szlochanie.
- Constanza? – kucnęłam przy niej, a blondyneczka naciągnęła urodzinową czapeczkę na twarz. – Ej, Constanza… - mruknęłam cicho, potrząsając ją za ramię.
Dziewczynka schowała twarz w kolanach, kręcąc głową.
- No bo nikt nie przyszedł… - wyłkała cichutko, podnosząc po chwili na mnie swoje ciemnobrązowe oczka, zapuchnięte od płaczu. – I było mi tak strasznie smutno, że nikt mnie nie lubi i jestem taka beznadziejna…
- Cicho bądź. – ucięłam krótko, przytulając ją mocno. Sięgnęłam przy okazji po chusteczkę i podałam ją koleżance.
Constazna wyraczkowała spod stołu, ale obie nadal siedziałyśmy na podłodze. Dziewczynka cały czas przecierała oczy wierzchem dłoni i unikała mojego wzroku, jakby wstydząc się ich. Spuściłam wzrok.
- Przepraszam za spóźnienie. – szepnęłam, zaciskając pięści. – Kurde, wiedziałam, że powinnam dopytać się ciebie.
Constazna spojrzała na mnie pytająco, więc zaczęłam wszystko wyjaśniać po kolei. I z każdym następnym słowem w jubilatkę wracały stare przebłyski życia, a już po słowach, że to Giovanna wszystkim rozpowiedziała, że rzekomo się tak z tobą umówiła, to zobaczyłam w niej starą, dobrą Constanzę. Niestety ta „dobra Constanza” przemieniła się w „wściekłą”, gdy doszłam do urodzin. Nie przerywała mi aż do początku naszej kłótni.
- Co za skończona wiedźma! – wykrzyknęła, zrywając się na obie nogi. – Jak ja ją dorwę to już nie będzie miała doniczki na głowie!
- Ej, spokojnie. To i tak nic nam nie da. – machnęłam ręką. Przynajmniej teraz ja lekko ochłonęłam. – Może to wynagrodzi ci chociaż część tego. – uśmiechnęłam się, rzucając w jej ręce prezent Giovanny.
- Czy to…?
- Dokładnie. – przytaknęłam i streściłam jej dokładnie moje ostatnie chwile na tym przeklętym przyjęciu. Constanza wybuchła niepochamowanym śmiechem, gdy zakończyłam opowieść.
- Nie wierzę! – wydusiła po chwili. – Ty to masz jaja, Blanca! – znów zaczęła dusić się ze śmiechu. – Boże, gdybym tylko widziała jej twarz w tamtym momencie, zemsta nie byłaby potrzebna! – padła na podłogę i chwyciła się za brzuch, usiłując opanować śmiech.
Gdy zaczęłam naśladować minę Giovanny, zaczęła śmiać się jeszcze głośniej, a po chwili ja również nie wytrzymałam w tej powadze i obie zanosiłyśmy się chichotem, tarzając się po podłodze ze śmiechu przez długie minuty. Oczy wręcz zaszły mi łzami.
W końcu sięgnęłam za siebie, po właściwy prezent dla Constanzy.
- No to… Wszystkiego najlepszego! – uśmiechnęłam się do niej.
Dziewczyna przyjęła go bez słów, uśmiechnęła się ciepło i bardzo mocno przytuliła. Spojrzała do środka, rozpoznała co ma i posłała mi porozumiewawcze spojrzenie z chytrą minką, po czym wskazała na prezent dla Giovanny.
- A z tym co zrobimy?
- Nie wiem, ale wiem jedno – do Giovanny nie wróci. – prychnęłam.
Constanza uśmiechnęła się pewnie.
- No to czemu ma się niby marnować?

Przybrałam podobną minę i przybiłyśmy sobie z Constanzą zamaszystą piąteczkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz