4 listopada 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 16 ~ Czarna dziura

Rozdział 16

Czarna dziura
Wracałam do domu pociągiem. Nawet nie zastanowiłam się, gdy dostrzegłam go na stacji i wskoczyłam do losowego wagonu na chwilę przed odjazdem. Nie miałam biletu, nie miałam pewności, czy jadę w dobrym kierunku, nie miałam nawet pojęcia gdzie jest mój dom. Miałam wszystko gdzieś.
Jesteś moim najgorszym wyborem.
Nabrałam z trudem powietrza i stanęłam przy otwartym oknie. Oparłam czoło o szybę i skrzywiłam się lekko. Szkło nagrzało się przez cały słoneczny dzień, więc nie przyniosło mi upragnionego ochłodzenia. Jednak mimo to, nie zmieniłam pozycji i spróbowałam skupić wzrok za oknem. Po chwili zamknęłam oczy, chcąc pogrążyć się w ciemności.  
Zachowujesz się jak pieprzona egoistka.
Zagryzłam dolną wargę, z całych sił usiłując powstrzymać drżenie brody. Uspokój się, uspokój się, uspokój się, uspokój się, uspokój się, uspokój się. 
Jesteś tylko kobietą.
Otworzyłam oczy, czując jak przepełniają się łzami. W ustach miałam smak krwi, a metaliczny posmak sprawił tylko, że byłam coraz bliższa zwrócenia wszystkiego co miałam w żołądku. Spojrzałam za okno, wysoko, wysoko w niebo.
Słońce zbliżało się ku zachodowi, a gwiazd nadal nie było. Nie znalazłam tam nic w czym choć na sekundę znalazłabym ukojenie. Z każdą sekundą czułam jak coraz bardziej się rozpadam. Jakby moje płuca zapadały się, jakbym nagle oślepła, jakbym była głęboko pod wodą i nie mogła usłyszeć nic. Jakbym była samiutka w tym wielkim, bezkresnym świecie.
Świecie, który właśnie zwalił się w jednej chwili,  wszystkie jego filary zaczęły pękać, poddając w zwątpienie swoją prawdziwość, a ja miałam tylko dwie ręce by to wszystko utrzymać.
Sergio wiedział co powiedzieć, by zranić mnie jak najgłębiej.
Boli.
Tak bardzo boli.
Zakryłam twarz ramieniem, licząc że ludzie siedzący w tym samym wagonie w końcu odwrócą ode mnie swoje zaciekawione spojrzenia. Poczułam jak rękaw zaczął nasiąkać łzami. Cholera. Zaczerpnęłam łapczywie powietrza. Boli tak bardzo, że nie mogę oddychać.
Kocham go tak bardzo, że nie mogę znieść myśli, że to już koniec.
Kocham go mimo wszystko.
Kocham go mimo, że tak bardzo się za to nienawidzę.
Może wszystkie moje decyzje to jedno wielkie nieporozumienie. Gdybym tylko inaczej postąpiła, może… może z Sergiem poszłoby inaczej, może dostrzegłabym to co czuje Ricc, może Nico nie byłaby sama ze swoim problemem, może… może Constanza nie byłaby przykuta do wózka.
Może jestem tylko porażką.
Pociąg zatrzymał się ze zgrzytem na jakiejś stacji, a gdy zamglonymi oczami dostrzegłam znajome otoczenie, oderwałam się gwałtownie od szyby, zmierzając w stronę wyjścia. Ludzie spojrzeli po mnie, jakby widzieli wariatkę. Jakaś kobieta odsunęła ode mnie swojego syna. Ktoś inny zaproponował mi chusteczkę.
Przetarłam oczy, wzięłam głęboki oddech, mimo, że odłamki szkła wbijały mi się w zapadnięte płuca i poszłam przed siebie. Po prostu przed siebie.
Jakbym wcale nie była złamana.
Podniosłam głowę. Pozostałe mi godziny tutaj można zliczyć na palcach. Zostało zbyt mało czasu, by coś jeszcze zostało zmiecione w pył. Muszę… Muszę dać radę. Dam sobie radę.
Jednak życie chciało mi pokazać, że droga nigdy nie jest prosta. Że nigdy nie będzie łatwo. Że zawsze wszystko zostanie zniszczone, gdy będę tak blisko końca. Że nawet gdy pomyślę, że jestem zniszczona, ono zgniecie mnie, zdusi i rozmiecie w pył, pozwalając by wiatr poniósł mnie w nieznanym kierunku.
Nie wiedziałam, czy to zrządzenie od losu, czy zaplanowana akcja, ale wychodząc zza zakrętu, z pustką wymalowaną na twarzy, obojętnością, która miała mi pomóc po prostu dotrwać i dotrzeć do jakiegoś odludnego miejsca, wpadłam na ostatnią osobę, którą chciałabym teraz widzieć.
Giovanna zaklęła pod nosem, gdy zderzyłyśmy się ze sobą ramionami.
Sam jej widok sprawił, że poczułam się przytłumiona jeszcze bardziej. Wcale nie musiała się odzywać.
- Proszę, proszę. – posłała mi swoje najbardziej jadowite spojrzenie, uśmiechając się przebiegle. – A kogo my tu mamy?  - skrzyżowała ręce na piersi przyglądając mi się z rozbawieniem i obrzydzeniem równocześnie.
- Nie brzmisz na zdziwioną, suko. Nie mam czasu na rozmowę z tobą. – warknęłam, choć mój głos był beznamiętny i bezbrzeżnie zmęczony. Zaklęłam w głębi duszy, gdy wyminęłam ją. Uśmiechnęła się jak drapieżnik, który znalazł idealną ofiarę.
- Ależ, Blanca, Blanca, Blanca. – zacmokała z niezadowoleniem, doganiając mnie. – Jak to nie masz czasu dla swojej starej, dobrej przyjaciółki Giovanny? – zastąpiła mi drogę, rozkładając ramiona. – Wyglądasz na przybitą. Czy coś się stało? – spytała wyćwiczonym, słodziutkim głosem.
Obdarzyłam ją najbardziej nienawistnym spojrzeniem jakie mogło ukryć się z podpuchniętych, czerwonych oczach przepełnionych bezbrzeżnym bólem i błaganiem, by zostawić mnie w spokoju.
- Pokłóciliście się z Sergiem? – w jej głosie radość poniosła się echem, gdy położyła mi dłoń na ramieniu, jak dobra koleżanka.
Strąciłam ją gwałtownym szarpnięciem.
- Już ci powiedziałam, że nie mam zamiaru z tobą gadać.
- Ale ja sądzę, że powinnaś. – zarzuciła mi ramię na szyję i przyciągnęła do siebie jak siostrę. – Zwłaszcza, że mam ci do powiedzenia coś baaardzo ważnego. – zniżyła złowrogo głos.
- Puszczaj mnie.
Odsunęła się ode mnie z podłym uśmieszkiem, a w jej oczach błysnęły iskierki, gdy dostrzegła, że mimo wszystko zostałam.
- Mam dla ciebie bardzo dobrą radę. – zaczęła, wzruszając nonszalancko ramionami. Przewróciłam oczami i ruszyłam przed siebie. – Nie masz zamiaru mnie posłuchać?
- A ty miałabyś zamiar słuchać osoby, która obiecała zrujnować ci życie, nawet jeśli wychodziło jej to z marnym skutkiem? – prychnęłam szyderczo, nawet się nie odwracając.
Ale to co Giovanna powiedziała potem, zatrzymało mnie w pół kroku.
- Dobre plany są długoterminowe.
Odwróciłam się powoli, choć powinnam iść cały czas naprzód.
- Co masz przez to na myśli? – spytałam cicho, nie spuszczając z niej wzroku.
Giovanna uśmiechnęła się podle, widząc że ma moje zainteresowanie.
- Wiele spraw. – rzuciła na sam początek. – Oj Blanca, Blanca. Zepsułaś trochę mój finał, ale tak chyba jest jeszcze lepiej, patrząc jakim chaosem emocjonalnym teraz jesteś. Chociaż patrzenie jak po powiedzeniu finalnego tak, dowiadujesz się, że…
- Skąd wiesz, że Sergio mi się oświadczył? – przerwałam jej gwałtownie, postępując krok w jej stronę, choć znów zabrakło mi powietrza. – Skąd wiesz, że się nie zgodziłam? – podniosłam lekko głos.
- Oj, kochana. Ja wiem wszystko. – zaśmiała się, gdy dostrzegła przerażenie wpełzające na moją twarz. - Faceci są tacy prości. Wystarczy podejść do nich w odpowiednim momencie i już są owinięci wokół twojego palca. Zwłaszcza Sergio. – oblizała usta, a w jej oczach był tylko i wyłącznie jad.
- Sergio nigdy by nie… - zaczęłam słabo, gdy dotarło do mnie to co mówiła żmija. Dziewczyna wybuchła śmiechem w głos.
- Nigdy by cię nie zdradził? Zabawne! – otarła łzy śmiechu. – Kochana, wystarczyło poczekać do waszej kłótni. Z początku miałam zamiar tylko go pocieszyć, ale poszło łatwiej niż sądziłam. – rozszerzyła uśmiech widząc ból malujący się na mojej twarzy. – Zważywszy na to jaka „cnotliwa” jesteś, pewnie pieprzyłam się z nim dużo częściej niż ty.
- Od kiedy… - zaczęłam zduszonym głosem, ale ta chwila i każda kolejna należała tylko i wyłącznie do Giovanny.
- Od waszej kłótni na tym ognisku. Biedaczek, był tak załamany, że nawet nie pomyślał, żeby cię przeprosić. Gdy do niego przyszłam, po prostu się na mnie rzucił. – udała, że przecina uwodząco powietrze paznokciami. – Jednak zawsze potem wybudzał się z tego snu i wracał do ciebie. Szkoda tylko, że faceci to takie proste stworzenia. Wiesz, że pisał do mnie za każdym razem, gdy się pokłóciliście lub gdy po prostu nie chciałaś się z nim przespać?
Roześmiała się, gdy przez moją twarz przemknęła kolejna fala bólu.
- Widzę, że obie wiemy, że tego było dużo. – jej śmiech ucichł po chwili, a w oczach błysnęła nienawiść. – Jednak zawsze było w tobie coś, czego nie miałam ja. Zawsze chciał do ciebie wrócić. Chociaż teraz… Po tym jak mu odmówiłaś, będzie tylko i wyłącznie mój. W sumie i tak byłby mój, gdybyś wyjechała…
- Nie wierzę ci. – powiedziałam cicho, w ostatnim geście obrony. Obie wiedziałyśmy, że każde wypowiedziane przez nią słowo było prawdą.
- Mam pokazać ci zdjęcia? – zaszydziła, wyciągając telefon z kieszeni. Wzdrygnęłam się, gdy komórka zabrzęczała, oznajmiając, że przyszła wiadomość. Giovanna uśmiechnęła się chytrze. – Czy może SMS’y?
Zamachała mi ekranem przed nosem, ale mimo tego, że z całych sił chciałam nie dostrzec nic, pojedyncze słowa mi wystarczyły.
Słońce zbliżało się ku zachodowi, a po centrum naszego miasteczka spacerowali miejscowi i turyści, żyjąc własnym, spokojnym życiem, niezdający sobie sprawy, że właśnie kilka kroków od nich, jakaś młoda dziewczyna została zniszczona do cna, nie mogąca oddychać, nie mogąca myśleć, nie chcąca istnieć.
Pobiegłam przed siebie, nie zważając na nic i na nikogo.
***
Rodzice nadal byli w pracy, gdy wpadłam do domu. Przywitała mnie cisza, której potrzebowałam tak bardzo jeszcze jadąc w pociągu. Teraz roznoszący mnie chaos, potrzebował ujścia. Cisnęłam torebką o ziemię, odłożyłam telefon  na jakąś półkę i wbiłam stopy w adidasy.
Wszystkiemu towarzyszyła cisza w domu, nierównomierne bicie serca i niespokojny oddech. Tykanie zegara nadawało wszystkiemu rytm. Ciskałam się po domu, nie wiedząc co ze sobą począć.
Wiedziałam, że muszę gdzieś iść.
Nie wiedziałam gdzie.
Ważne żeby było daleko.
Bardzo, bardzo daleko.
Związałam niedbale włosy, idąc przez dom, zahaczając łokciami o kanty ścian, ale nie czułam bólu fizycznego. Ból psychiczny przepełniał mnie po koniuszki palców. Nie wiedziałam czemu poszłam do garażu. Jednak od razu dostrzegłam odpowiedź na wszystko.
Podniosłam lekko bramę, tak bym mogła się pod nią przecisnąć, po czym wzięłam rozbieg, nawet nie oglądając się, czy brama zaczęła już sama opadać. Wskoczyłam niezgrabnym ruchem na małą, zniszczoną deskorolkę i wypadłam na chodnik, praktycznie rozbijając się o niedomkniętą bramkę.
Przez te lata wyszłam z wprawy, więc zjechałam z chodnika, wpadając na jezdnię. Zadrobiłam trochę, ale odbiłam się kilka razy mocniej, nabierając prędkości. Skręciłam w boczną uliczkę, prowadzącą  w dół, za miasto i zamknęłam oczy, pozwalając by wiatr i pęd powietrza rozwiał moje łzy. 
Zostawiałam wszystko za sobą, tak jak bardzo tego chciałam. Ruszyłam przed siebie bez niczego. Bez telefonu. Bez kluczy. Bez pieniędzy. Bez jakichkolwiek dokumentów. Zostawiając za sobą jedynie otwartą na oścież bramkę.
Przyśpieszyłam jeszcze bardziej, nie zważając na kierowców, usiłujących mnie wyminąć na wąskiej drodze.
Ledwo trzymałam się deski, czując jakby moje stopy miały się odkleić od w pewnym momencie przez coraz bardziej zwiększającą się prędkość. Kółeczka skrzypiały złowróżbnie, ale lata praktyki sprawiły swoje. Moja równowaga była idealnie zachowana, nawet jeśli nie chodziło o moje wnętrze. Nie jeździłam na desce od kiedy Constanza zaczęła jeździć na motorze.
Nabrałam powietrza w płuca, usiłując dostrzec coś przez załzawione oczy.
Mój żołądek ścisnął się, gdy deskorolka podskoczyła pod koniec górki, tracąc na chwilę stabilizacje. Kierowca przyhamował za mną gwałtownie, a ludzie idący boczną uliczką obejrzeli się za mną. Uśmiechnęłam się, mimo wszystko. Brakowało mi tego. Brakowało mi w tym wszystkim wolności.
Nawet jeśli jestem porażką.
Nawet jeśli jestem tylko kobietą.
Nawet jeśli jestem jego najgorszym błędem.
Załkałam, przeklinając wszystko w myślach. Nienawidzę go. Nadal go kocham. Nienawidzę, że go kocham.
Gdybym tylko była inna, wszystko byłoby prostsze. Gdybym tylko wiedziała co powiedzieć w odpowiedniej chwili, może byłoby by dobrze. Wszystko to moja wina. Wszystko, wszystko, wszystko.
Spróbowałam przyśpieszyć jeszcze bardziej.
Constanza nie wylądowałaby na wózku. Dostrzegłabym co czuje Riccardo. Jak czuje się Nicola. Jak bardzo Cristina potrzebuje wsparcia. Jak Sergio jest zagubiony. Miałabym szansę im pomóc. Sergio ma rację. Jestem tylko pieprzoną egoistką. Oczekiwałam pomocy od moich przyjaciół i dostałam ją, nawet nie zauważając ich problemów. Czy ja kiedykolwiek cokolwiek dla nich zrobiłam? Czy ja naprawdę zasługuję na to wszystko?
Cholera. Cholera. Cholera.
Skręciłam gwałtownie, nawet nie patrząc się, czy jedzie jakieś auto. Nie zareagowałam na pisk opon, klakson, na światła reflektorów skierowanych prosto w moje oczy. Przechodnie zaczęli krzyczeć, gdy przejechałam między nimi, niewzruszona tym, że prawie spowodowałam wypadek.
- Blanca? – usłyszałam zdziwiony, racjonalny głos. – Blanca! – rozpoznałam w tym krzyku Nicolę. – Blanca, czekaj!
Jedynie przyśpieszyłam, jadąc coraz szybciej ku pustce, a stukot butów przyjaciółki szybko zniknął za moimi plecami.
 ***
Skręciłam w jedną z bocznych uliczek, jednej z tych, które prowadzą daleko poza miasteczka. Jedną z tych, które są ściśle związane z przygodami z dzieciństwa. Tą ścieżkę, na której znalazłam się pierwszego dnia szkoły, zagubiona. Ta sama, na której pierwszy raz spotkałam Constanzę.
Nabrałam głęboko powietrza w płuca, ale wydałam z siebie tylko urywany świst, przeplatający się z dławieniem się od łez. Serce waliło mi boleśnie w piersi, uderzając arytmicznie o żebra. W środku mnie szalała burza, której nikt nie mógł zobaczyć, usłyszeć. Nikt nie widział ciskających się grzmotów myśli, niszczących mnie z każdą sekundą.
Asfalt skończył się gwałtownie, a kółka zaskrzypiały na szutrówce. Średniowieczna, malownicza Manarola przeobraziła się raptem w sekundzie w zbiorowisko upraw, pól i wzgórz, z drogą prowadzącą do jednego z urwistych zboczy. Jednego z tych miejsc, w których jako dzieciaki mieliśmy bazę. Jednego z tych, z którego najlepiej było patrzeć w niebo. Jednego z tych, do którego ucieka się za każdym razem przed wszystkimi, choć wypełnione jest wspomnieniami. 
Wspomnienia.
Przeklinałam Manarolę za jej niewielkość. Nieważne jak bardzo usiłowałabym nie spoglądać wokół siebie, nawet każdy występ, wybój na drodze, był zdolny przywrócić ulotne chwile. Błahe momenty, rozmowy, które wydawałyby się nic nie znaczyć. Ale tak samo jak kropla wody wydaje się być niepotrzebna w oceanie, to jednak ocean potrzebuje każdej kropli. Tak samo jest z nami. Małoznaczące, beztroskie rozmowy stawały się niczym przy fundamentach więzi, tak w rzeczywistości były ich ścianami.
Bolało tak bardzo, że byłam pewna, że umrę.
Widziałam cienie. Wszędzie były cienie. Widziałam siebie z Constanzą, jadące na desce. Widziałam jak całą szóstką idziemy do bazy. Widziałam cienie każdego z nas. Drobne, nic nieznaczące. Będące tylko ulotnym kwiatem w ogrodzie pamięci, a jednak teraz przyprawiały mnie o kłucie w sercu.
Wznosiłam się coraz wyżej i wyżej, nawet nie zdając sobie sprawy, w którym miejscu droga stała się nieprzejezdna, a ja zeskoczyłam z deskorolki i pozwoliłam by nogi niosły mnie dalej przed siebie. Daleko, daleko, daleko.
Te wszystkie czasy nie wrócą. Constanza nigdy więcej nie stanie na nogach. Sergio nigdy nie wróci do mojego życia, a Riccardo dalej będzie tkwił w miejscu, nie mogąc ruszyć do przodu. Nicola na zawsze utknie w swoim aktorstwie, a Cristina nigdy nie przestanie patrzeć na siebie krytycznie, mimo, że przez tyle czasu tryskała dobrocią i czułością. Nigdy.
Dlaczego dostrzegłam wszystko, gdy muszę odejść? Gdy nie mam już czasu? Powinnam dostrzec to szybciej. Rzucić wszystko i im pomóc. Cały czas oczekiwałam od nich wsparcia. Dostałam je. Dostałam go więcej niż potrzebowałam. Więcej, niż zasługiwałam. Dali mi coś o wiele cenniejszego niż prosiłam. Miłość. Po prostu miłość. W tej najczystszej postaci.
Dostałam to wszystko, a nie dałam nic w zamian.
Czy ja kiedykolwiek im pomogłam…? Czy kiedykolwiek nawet dostrzegłam czyjeś problemy, nim było za późno…?
Czy kiedykolwiek nie zepsułam czegoś ważnego…?
Sergio ma racje. Wszystko co powiedział to prawda.
Jestem żałosną istotą, nic nieznaczącą w tym świecie. Nie zasłużyłam by znaleźć tylu cennych, cudownych ludzi. Nie zasłużyłam nawet na jedną osobę.
Przepraszam Sergio, za to że nie byłam w stanie poświęcić ci tyle czasu i uwagi, na ile potrzebowałeś. Przepraszam Riccardo, że wykorzystywałam cię przez te wszystkie lata. Przepraszam Cristina, za każdą przemilczaną drobną sugestię. Przepraszam Nicola, za odsuwanie od siebie prawdy, za unikanie rozmowy, której tak bardzo potrzebowałaś. Przepraszam, Consta, za to, że nie potrafiłam cię powstrzymać. Przepraszam, mamo, tato, że zostawiam was samych, gnając jak ślepa za marzeniami.
Przepraszam.
Słońce tonęło w odmętach morza, malującego się w jego zachodzących barwach. Bezkresna toń kreśliła horyzont, który wydawał się być coraz większy i większy, z czasem do którego się do niego zbliżałam, gnając przed siebie.
Tak bardzo was przepraszam.
Woda błyszczała w tysiącu miejscach. Niczym jakby odbijała w swojej tafli nocne niebo z tysiącem gwiazd. Poczułam jak wszystko usuwa mi się spod nóg, jakby chciało doprowadzić mnie do mojego wiecznego przyjaciela.
Leciałam bezwładnie w dół, zduszona przez własne emocje.
Póki czyjeś dłonie nie chwyciły mnie mocno za ramiona, ciągnąć w przeciwnym kierunku, ku sobie z całej siły, bym mogła wpaść na czyjąś ciepłą pierś, zamknięta w drżącym uścisku.
Przez kilka bolesnych uderzeń serca nie poruszyłam się, z początku ogarnięta wewnętrznym bólem, po chwili zdezorientowana, aż w końcu zrobiło mi się słabo na myśl, jak mogłabym skończyć, gdyby nie… gdyby nie…
- Ricc? – wyszeptałam cicho, zachrypniętym głosem, gdy chłopak nie wypuszczał mnie z objęć, drżąc coraz bardziej. Nie miałam nawet siły zastanowić się skąd się tutaj wziął. – Ricc? – powtórzyłam jego imię słabym głosem.
Chłopak przyciągnął mnie tylko bardziej do siebie, jakby bał się, że nie będzie w stanie mnie utrzymać, i zagłębił głowę w moim ramieniu. Jego nieustające dreszcze spływały na mnie.
- Myślałem… - zaczął, ale głos mu się załamał. – Myślałem, że nie zdążę. – powiedział cicho, a ja poczułam jak moja koszulka staje się mokra od jego łez. – Byłem pewien, że nie zdążę… Nawet nie wiesz co poczułem, gdy zobaczyłem jak ślepo biegniesz przed siebie, nie słysząc mojego głosu… Myślałem, że… że…
Przycisnęłam się do niego, zduszając jego kościste żebra ramionami i zaczęłam płakać. Riccardo nadal trzymał mnie w objęciach, płacząc ze mną, ale po pewnym czasie zaczął kołysać mną w ramionach, usiłując znaleźć cokolwiek co mogłoby mnie uspokoić.
Ale ja nie przestawałam płakać, a on nie przestawał być tuż obok mnie.
Nie przestawał po prostu być.
- Skąd ty tu się wziąłeś? – spytałam drżącym głosem, nadal mając twarz schowaną w jego ramieniu, po czym spróbowałam wziąć kilka głębokich wdechów, by choć trochę uspokoić spazmatyczny oddech.
- Nicola do mnie zadzwoniła, że zwariowałaś. – odparł cicho, a ja mimowolnie prychnęłam. – Powiedziała, że wyglądałaś na roztrzęsioną, a nie odbierałaś, więc kazała mi pobiec cię szukać.
- I tak po prostu ją posłuchałeś? – uśmiechnęłam się blado, nadal nie zwracając się do niego twarzą. – Zazwyczaj nie odnosisz się tak zgodnie do jej próśb.
- Coś w tonie jej głosu sprawiło, że po prostu zacząłem biec tam gdzie stałem. I całe szczęście. – wyszeptał cicho. Przytuliłam się do niego mocniej, a on pogładził moje włosy delikatnie. – Spojrzysz na mnie? – spytał cicho, delikatnie.
Pokręciłam głową.
- Wyglądam gorzej niż siedem nieszczęść. – powiedziałam cicho.
- Nikt komu życie zwaliło się głowę nie wygląda po prostu dobrze. – powiedział cicho, chwytając roztrzęsionymi dłońmi mój podbródek i zwrócił moją w twarz w jego stronę. Spojrzałam na niego smutno, a on tylko uśmiechnął się lekko, rozjaśniając twarz.
Spróbowałam również odwdzięczyć się tym samym, ale skończyło się na przygryzieniu dolnej wargi i napływowi kolejnych łez do oczu. W oczach Riccardo błysnęła troska i chłopak pokręcił głową szybko.
- Ciiii, ciii… - przyciągnął mnie do siebie, znów chowając przed światem w swoich ramionach. – No już, spokojnie, Blanca… - znów zaczął mnie kołysać, uspokajając jak dziecko. Jak małą, kruchą istotkę.
- Skąd wiesz, że życie mi się zwaliło? – spytałam, pociągając nosem.
- Nie zachowywałaś się racjonalnie. Zazwyczaj nie dajesz góry emocjom i kalkulujesz na chłodno. – odsunął mnie od siebie za ramiona, by spojrzeć w moje oczy. – Już ci to mówiłem, gwiazdo, zapomniałaś? Mogę czytać w tobie jak w otwartej księdze.
Uśmiechnęłam się do niego przez łzy, czując w końcu powietrze w płucach.
- Powiesz mi, co się stało? – spytał cicho, drżącym głosem od zmartwienia, jakby sam miał z powrotem wrócić do płakania. Zwilżyłam językiem wargi i pokiwałam delikatnie głową.
I opowiedziałam wszystko.
Każdą najmniejszą rzecz, która mnie dzisiaj zraniła. Przy każdym słowie płakałam coraz bardziej, moja historia stała się bełkotliwa i ledwo zrozumiana, przerywana co chwila na szloch, ale Riccardo słuchał. Siedział na trawie, blisko mnie, tak że nasze kolana stykały się lekko, a on trzymał mnie za dłoń, gładząc co jakiś czas moje kłykcie, zupełnie jakby chciał powiedzieć jestem tu cały czas.
I to wystarczało, by dodać mi siły do powiedzenia kolejnego słowa i kolejnego.
Riccardo słuchał mnie. Zapamiętywał każde słowo, jakby mógł tym odebrać mi choć trochę tego przeszywającego bólu, ale nie reagował na żadną część historii. W jego ciemnych oczach błysnęło tylko coś groźnego, gdy przeszłam do spotkania z Giovanną.
Musiałam przełknąć gorycz, gdy już skończyłam opowiadać i nim się obejrzałam, wszystkie moje myśli  
- To wszystko moja wina… - powiedziałam cicho. – I nie mówię tylko o dzisiejszym dniu. Gdybym tylko dostrzegła to wszystko szybciej, gdybym zareagowała, gdybym powiedziała choć jedno, właściwe słowo… Gdybym tylko…
- Blanca. – wypowiedział moje imię z taką miłością, że w moich zapuchniętych oczach pojawiły się kolejne łzy.
- Gdybym tylko… Gdybym tylko… - zagubiłam się jeszcze bardziej, bojąc się że znów popadnę w histerię. – Gdybym…
- Blanca. – powtórzył w ten sam sposób, a jego palce ścisnęły moją dłoń. – Błagam cię, przestań, bo pęknie mi serce. – jego słowa były zduszone, jakby nie mógł nabrać powietrza. – Nie obwiniaj się tak. Nie rozumiem… Nie rozumiem, czemu czujesz tak wiele. I czemu wszyscy tak bardzo chcą cię przez to zranić, tylko dlatego, że… że oddajesz wszystkiemu i wszystkim swoje serce i duszę.
- Ricc… - poczułam jak łzy spływają po moich policzkach. – Ricc, ja przepraszam…
- Nie przepraszaj mnie za to, że cię pokochałem. – spojrzał na mnie zamglonymi oczami. – Nie przepraszaj, że wybrałem najlepszą kobietę jaką mogłem wybrać, by umieścić ją w swoim sercu.
- Ricc, ja…
- Nic nie mów. Nie musisz. Nie mogę cię zmusić do tego, ani wykorzystać, że twoje serce jest w kawałkach. – powiedział, przytulając mnie do siebie ponownie, a ja zatopiłam się w jego ramionach. – Po prostu chcę być dla ciebie wsparciem. Chcę, żebyś wiedziała, że kiedy słońce jest za chmurami, ja zawsze będę by odsłonić niebo. Chcę… Chcę po prostu być blisko ciebie. Być twoim wsparciem, podporą. Iść z tobą ramię w ramię, patrzeć w przyszłość. Jakby nic się nie zmieniło. Nic nie musi się zmieniać, bo nie ważne co będzie, i tak będę…
- Ricc, proszę… Proszę… - szepnęłam. – Proszę, nie mów jakbyś nic dla mnie nie znaczył… Proszę… Ja… Ja nie wiem. Nie wiem. Nie wiem… - pokręciłam głową w roztrzęsieniu. Dolna warga mi drżała. – Wylatuję na drugi koniec świata zupełnie sama i zostawiam was wszystkich. Wszystkich. Nie będzie mnie tutaj by pomóc wam, a gdy będę miała paskudny dzień, żadne z was mnie nie przytuli. Ja… Ja nie wiem… Ja nie wiem jak ja mogę zostawić ciebie i Constanzę…
- Blanca. – chłopak odetchnął głęboko. – Blanca, posłuchaj mnie. – podniosłam na niego spojrzenie. – Czy choć przez chwilę pomyślałaś o tym, żeby podrzeć ten bilet i zostać tutaj? Czy myślałaś tylko o tych, których nie możesz wziąć ze sobą? – wpatrywałam się w niego swoimi zielonymi oczami z zaufaniem. – Wiem, że dobrą odpowiedzią jest ta druga. A wiesz czemu? – nachylił się do mnie. – Bo w twoich oczach są wszystkie odpowiedzi. – wyszeptał. – Po prostu wszyscy musimy ruszyć do przodu. Bo czas płynie, a nikt z nas nie jest w stanie go zatrzymać.
- Obiecasz, że jeszcze kiedyś się spotkamy? – wyszeptałam drżącym głosem.
- Blanca, gdybyś miała nie wrócić, poszedłbym na drugi koniec świata cię szukać.
Znów wybuchłam płaczem, zarzucając mu ramiona na szyję.
- Świat nie jest aż tak wielki, by nasze ścieżki nie miały skrzyżować się znowu.
W oddali zamajaczyła mi się jasnowłosa postać, wykrzykująca moje imię. Napięłam mięśnie, a Ricc wysunął mnie ze swoich objęć, wyczuwając zmianę mojego nastroju. Odsunęliśmy się od siebie, widząc kolejne postacie. Constanza zamachała do mnie energicznie i rzuciła coś przez ramię do Nicoli, która niestrudzenie pchała jej wózek przez chaszcze. Dziewczyny, w sumie już kobiety, wyglądały na wycieńczone, ale gdy podniosły na mnie swój wzrok dostrzegłam tylko troskę.
Wypuściłam ze świstem powietrze ze swoich płuc, tylko po to, by sekundę później wybuchnąć płaczem ponownie, biorąc przyjaciółki w ramiona. Dziewczyny, nie pytając o nic wzięły mnie w swoje ramiona, przyciskając do siebie. Riccardo stanął obok mnie i położył kojąco dłoń na moim ramieniu.
- To koniec… - wymamrotałam tylko, jakby to wszystko miało wyjaśnić.
Może i wyjaśniło. Może i zrozumiały.
Odsunęłam się od nich powoli, czując, że niewielka cząstka ich siły spłynęła na mnie. Zmusiłam się, by nabrać powietrze do płuc. Constanza trzymała moje dłonie, ściskając je. Miała strwożoną minę, unikała moje wzroku, a jej oczy były utkwione gdzieś nisko, patrząc się przez szkło. Zagryzła dolną wargę, szukając słów, ale zacisnęła oczy i ścisnęła moje dłonie trochę mocniej.
- Tak strasznie mi przykro.
Spuściłam głowę, próbując się do nich uśmiechnąć.
- Przepraszam was tak bardzo. – powiedziałam cicho, oddychając ciężko. Przez moje ciało przeszły dreszcze. – Za wszystko. Za wszystkie błędy. – Constanza spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, przepełnionymi po prostu emocjami. – Za to, że byłam taka ślepa…
- Blanca… - szepnął Riccardo, zaciskając dłoń na moim ramieniu. Ale ja posłałam mu tylko ponury, przegrany uśmiech i spojrzałam na Nicolę.
Od razu dostrzegłam, że zrozumiała o co mi chodzi. Przez jej oblicze przemknęła panika, ale szybko skryła ją za spokojną maską.
- Blanca, nie…
- Przepraszam, że tak długo nie reagowałam. – uśmiechnęłam się do niej. – Widziałam to tak długo, a jednak cały czas, cały czas… Cały czas odrzucałam to od siebie. Przepraszam…
- Blanca, przestań. – głos Nicoli był spokojny, ale ja wiedziałam, że ten mur, utrzymywany ostatkiem sił pęka. – Po prostu przestań.
- Nic nie pomoże duszenie tego. – powiedziałam ostrzej. Nicola zwinęła dłonie w pięści, krzywiąc się. – Przynajmniej przed samą sobą się przyznaj.
Spojrzała na mnie gwałtownie, jakby coś się w niej zawaliło. Jakby jakiś wielki huk przetoczył się przez jej myśli i serce. A w tych szarych oczach dostrzegłam bezbrzeżną rozpacz.
- Ej, wszyscy!!! – usłyszałam w oddali krzyk Cristiny. Biegła w naszą stronę. Za nią dostrzegłam jeszcze Amerigo, który spoglądał na nas z konsternacją i zmartwieniem.
Nicola obróciła się tylko na krótką sekundę, by upewnić się, że to ona, a nasze spojrzenia spotkały się tylko na jedną krótką chwilę. Rozłożyłam ramiona, a szarooka wybuchła płaczem, przytulając się do mnie. Constanza spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja zagryzłam wargi kręcąc głową. Czułam na sobie pytające spojrzenia.
- Przepraszam, że tak późno… - mruknęłam, zaczynając znowu płakać. Nicola wbiła paznokcie w moje plecy, płacząc rzewnymi łzami.
Kiedy Cristina praktycznie dobiegła do nas, ogarnięta zdezorientowaniem i paniką, przyjaciółka wyszeptała mi do ucha jedno zdanie.
- Nie waż się nawet odezwać.
Odsunęła się ode mnie, z trudem przyjmując tę chłodną maskę, którą miała przez całe życie i uśmiechnęła się szaro. Skrzywiłam się, płacząc, ale nie mogłam powstrzymać się od rozdzierającego uśmiechu, gdy Cristina wpadła na blondynkę z całym impetem. Spojrzały na siebie, a z ich oczu pociekły łzy.
Amerigo został z tyłu, jakby wiedział, że ta chwila należy tylko do nas.
Constanza podjechała do mnie i chwyciła mnie za rękę. Kątem oka dostrzegłam, jak zagryza wargę do krwi, próbując nie płakać. Riccardo cicho stanął obok mnie, chwytając mnie za wolną dłoń.
- Już mi lepiej. – powiedziałam cicho, nawet w to nie wierząc. – Naprawdę.
- Kłamca. – powiedziała cicho Constanza.
- Wszystko będzie dobrze. – powtórzyłam cicho.
Tym razem powiedzieli oboje w tym samym momencie, równie cicho.
„Kłamca”.  
Cristina spojrzała na mnie swoimi zapłakanymi czarnymi oczami i podeszła do mnie, przyciągając mnie do siebie. Sięgała mi raptem pod brodę.
- Wszystko będzie dobrze. – zgodziła się ze mną gardłowym głosem.
Przyjaciele zamknęli mnie w uścisku, oddychając ciężko i powtórzyli ostatni raz, niektórzy wierząc, a niektórzy kłamiąc sobie w żywe oczy.
- Wszystko będzie dobrze.
Ja byłam bardzo daleko za obiema granicami.
***
Kiedy przyjaciele w końcu zabrali mnie do domu, zaczynało się ściemniać.
Moi rodzice otworzyli uśmiechnięci drzwi, ale mina im szybko zrzedła, gdy przetoczyłam się przez próg jak pijana i bez słowa wyjaśnienia powlokłam się po schodach do swojego pokoju. Wyczułam, jak moja mama patrzy się z konsternacją i matczyną troską na wszystko i zachęca ich wszystkich do wejścia. Wręcz czuję jak tato podejrzliwym wzrokiem nie wychwytuje tego, który powinien wejść jako pierwszy.
Padłam na łóżko jak martwa i czekałam.
Nie wiem na co, na kogo.
Po prostu chciałam czekać.
Liczyć upływające sekundy.
Liczyć czas, pozwolić by mój umysł zanurzył się w tej parszywej agonii upływających minut, pozwolić sobie na pustą, nic nie znaczącą świadomość, że nic się nie zmieni.
Że i tak za kilka godzin będę gdzieś bardzo, bardzo daleko.
Sama.
- Blanca? – pierwsza do pokoju weszła Nicola, za nią zaraz weszła Cristina, wychylając się zza ramienia przyjaciółki. – Możemy wejść.
Nie drgnęłam. Dziewczyny po prostu siadły obok mnie na łóżku i podkuliły nogi. Zamknęłam oczy. Chcę spać.
Chcę ominąć tą spiralę czucia wszystkiego, rozdzierania siebie od środka oraz wszechogarniającej pustki. Chcę wykreślić ten dzień z życia.
Gdy znów ogarnia mnie nicość, słyszę jak Constanza przyciszonym głosem nakreśla sytuację moim rodzicom. Słowa, których używa są delikatne, czasem jedynie stają się ostrzejsze, gdy Riccardo mruknie coś pod nosem. Słyszę oburzony głos mojej mamy, gniewny krzyk mojego ojca.
A potem nie słyszę nic.
Chyba zasnęłam.
Moja mama wchodzi cicho do pokoju, ale zdradza ją zgrzyt kółek od wózka Constanzy, który roztacza się po całym domu jak impuls. Czuję jak Nicola i Cristina drgają, patrząc się na moją mamę.
- Blanca, gwiazdko… - zaczyna ta ciepła kobieta. – Wejdź pod prysznic, dobrze ci zrobi. – mówi tylko, a ten matczyny głos hipnotyzuje mnie na tyle, że wlokę się do łazienki.
Znów nie słyszę nic.
Stoję pod prysznicem, pozwalając by wrząca woda zostawiała mokre smugi na moim ciele. Patrzę się w przestrzeń. Patrzę się i usiłuję dostrzec cokolwiek.
Ale straciłam wzrok.
Reaguję na wrzącą wodę dopiero, gdy moja skóra zaczyna robić się czerwona.
Wracam mechanicznie do pokoju, ignorując wszystkich i kładę się do łóżka. Zalewa mnie ciemność. Chyba zaczynam coś mówić. Znowu płaczę. Mama wpycha mi kubek z ciepłą kawą do dłoni. Wszyscy przysiadają się bliżej. Constanza, Nicola, Cristina i przede wszystkim moja mama. Mówię coś cały czas.
Nie wiem co.
Chyba wyrzucam z siebie wszystko to, czego nie chcę pamiętać.
Nie słyszę co do mnie mówią, ale odpowiadam.
Trwam w tej nicości bez jakkolwiek emocji, zagrzebując w pamięci obraz. Jego obraz. Zagrzebując nas.
Na dole rozlega się dzwonek do drzwi. Słyszę jak mój tato mówi coś podniesionym głosem, słyszę Amerigo. A potem słyszę jego. Słyszę go bardzo wyraźnie. Zrzucam nogi na podłogę, ale mama kładzie mi dłoń na ramieniu, czułym gestem powstrzymując mnie. Constanza nie odzywa się ani słowem, ale z jej oczu wyczytuję tylko dwa słowa. Nie idź.
Więc nie idę.
Ale słyszę.
- Proszę mnie przepuścić. Muszę z nią porozmawiać!
- Synu, ty najpierw porozmawiasz sobie ze mną.
- Pan nie zrozumie, proszę mnie…
- Ty mała cholero, jak ja bym cię…
- Panie Coletti, proszę! – głos Amerigo wcina się między nich.
Nie słyszę Riccardo.
- Jak śmiesz się w ogóle pokazywać w tym domu!? Jak śmiesz, ty niewychowana gnido!? – głos mojego ojca rozlega się w całym domu. Moja mama zasłania usta, uciekając gdzieś wzrokiem, rozmyślając nad czymś. Gdy oszczerstwa nie milkną, wstaje powoli i idzie w kierunku drzwi. Chcę pójść za nią, ale ktoś znów ciągnie mnie na łóżko.
Więc słucham dalej.
- Muszę to jeszcze naprawić! – jego głos dudni echem w mojej głowie.
Uśmiecham się pusto.
Nie ma co naprawiać. Co najwyżej stworzyć coś nowego.
Ale ludzie tego nie umieją.
Potrafią tylko niszczyć.
Tylko niszczyć.
- Już wystarczająco zrobiłeś. – jad w głosie Riccardo dociera aż tutaj.
- Odsuń się, idioto. Stoisz mi na drodze.
- Będziesz musiał przejść po moim martwym ciele. – warczy nienawistnie.
- Z wielką chęcią. – słyszę głuche zderzenie. – Odsuń się, do cholery! Co tobie do naszych spraw, co!?
- Wypierdalaj. Po prostu spierniczaj mi z oczu.
- Słuchaj…
- Zejdź mi z oczu, albo cię zabiję.
Zapada martwa cisza, w której on mówi coś jeszcze, a nim Riccardo zdąży mu coś odpowiedzieć, słyszę szarpaninę. Mój tato coś krzyczy, Amerigo też.
Nim zdążają mnie zatrzymać, wychodzę gwałtownie za drzwi i staję na szczycie schodów. Oboje mężczyzn, teraz zaciskających sobie dłonie na gardłach, spogląda na mnie, a ich chwyty powoli stają się lżejsze.
- Nie waż się go tknąć.
Mój głos jest mocny.
Ocieka gniewem. On, choć z początku się uśmiechał, teraz odsunął się od Riccardo dalej. Nie spuszczałam z niego wzroku.
- Zejdź mi z oczu.
- Bla…
- Nie waż się tutaj wracać. – nie spuszczam z niego wzroku, wiedząc, że nie dam rady wypowiedzieć jego imienia. Że moje gardło spłonie, nim to jedno słowo zabrzmi w moich ustach. – To koniec.
Mężczyzna spogląda na mnie nie określonym wzrokiem, po czym odwraca się zamaszyście i wychodzi.
Wyszedł, zabierając ze sobą cały mój świat.
***
Po tym przypływie emocji, pustka na razie schowała się gdzieś na samym dnie, czekając na lepszy moment. Teraz przepełniał mnie gniew.
Gniew, ponieważ on odwraca uwagę od wszechogarniającego smutku.
Przyjaciele nie zostali długo.
Nie był to ani dobry moment, by ze mną być, ani też by mnie zostawić.
Pamiętałam jak przez mgłę, że powiedziałam, że muszę się spakować. Że potrzebuję się wyspać. Że zobaczymy się jutro rano.
Pierwsza wyszła Cristina, a Amerigo uścisnął mi mocno dłoń, po czym skłonił się nisko i mrużąc swoje skośne oczy, życzył mi powodzenia. Przyjechaliśmy jego furgonetką, więc wziął ze sobą także Riccardo. Chłopak po prostu odgarnął moje włosy z czoła i złożył na nim długi pocałunek. Nie powiedział nic, oprócz To nie jest jeszcze pożegnanie.
Przytaknęłam.
Constanza powiedziała, że jeszcze chwilę zostanie.
Nicolę poprosiłam ja.
Wraz z zamknięciem drzwi, Constanza stwierdziła, że musi coś sprawdzić i zniknęła w moim pokoju. Pociągnęłam Nicolę za rękaw i obie poszłyśmy bez słowa na taras.
Gwiazdy iskrzyły nad nami, a nim jakkolwiek udało mi się zacząć rozmowę, po policzkach Nicoli już ściekały łzy. Spojrzałam na nią przeciągle, starając zawrzeć w tym spojrzeniu tyle empatii ile chciałam od siebie dać. Dziewczyna spojrzała na mnie i wystarała się o cień uśmiechu, po czym obróciła się do barierki, przewieszając przez nią ramiona. Wbiła wzrok w gwiazdy.
Cichym krokiem usiadłam na kanapie w rogu tarasu, czekając na jakąś reakcję ze strony przyjaciółki.
Po dłuższej chwili westchnęła, odsuwając się od balustrady na długość ramion.
- Jestem chorym człowiekiem… - powiedziała cicho.
- Nicola… - przerwałam jej ostro, wiedząc do czego zaraz zacznie to zmierzać. Sama urwałam, gdy posłała mi spokojne spojrzenie.
- Nie ważne jak na to nie spojrzysz, to nie jest normalne. I nie próbuj mówić mi, że tak nie jest. – nie zdążyłam nawet otworzyć ust. Nicola dostrzegła moje zdziwienie, uśmiechnęła się pod nosem, po czym znów zwróciła twarz, ku nocnemu niebu.
- Dzisiaj nie ma ani jednej chmurki. Dobre niebo do obserwacji. – powiedziałam cicho, stając obok niej.
- Chyba wiem, dlaczego tak bardzo to lubisz. – powiedziała cicho dziewczyna. – W jakiś sposób… to kojący widok. – blondynka znów uśmiechnęła się ponuro pod nosem. – Wiesz, do teraz usiłuję cię rozgryźć.
- Słucham?
- Nigdy nie przypuszczałabym, że pozbierasz się tak szybko, by ze mną porozmawiać, zwłaszcza… teraz. – uciekła wzrokiem gdzieś daleko, tylko po to by poprawić jedną sprawę ze smutkiem. – Chociaż nie. „Pozbierać się” to złe stwierdzenie. Może nie jesteś w kawałeczkach, ale jesteś pęknięta. W wielu, wielu miejscach.
Zgarbiłam się lekko, ale mój głos nie zadrżał.
- To jeszcze nigdy nikomu nie przeszkodziło w wysłuchaniu drugiej osoby.
Nicola prychnęła cicho pod nosem, pozwalając, by zapadła cisza. Stałyśmy na zewnątrz we dwie, a przed naszymi oczami rozciągał się widok na koniec wzgórz Manaroli oraz na gwiazdy iskrzące się w morskiej toni. Przyjaciółka zamknęła oczy, wsłuchując się w świerszcze.
- Rozmawiałaś o tym z…? – zaczęłam, ale dziewczyna od razu otworzyła oczy, prostując się jak struna.
- Jeśli chodzi ci o moją matkę, to sama się domyśliła. – zabębniła palcami o barierkę, a w jej oczach błysnęła pogarda. – Wzięła mnie na kilkanaście sesji do psychologa i psychiatry, a ja sądziłam, że zdurnieję, więc zaczęłam udawać… że mi przeszło. Pamiętasz te dziwne konkursy pianistyczne? Wtedy brała mnie na te durne „sesje”.
- Ale czemu niby…
- Powiedziałam to już. Jestem chora.
Spojrzałam na nią smutno, czując uścisk w sercu, gdy ta chuda, wysoka dziewczyna wydawała się dużo niższa i bardziej przeźroczysta niż nigdy dotąd. Jakby dopiero teraz pozwoliła sobie odkryć tę stronę siebie.
- Najgorsze w tym wszystkim było to, że matka zabrała mi pianino. Po tym wszystkim powiedziała, że pozwoli mi wrócić do gry, ale… wiesz jaka ona jest. Nigdy nie zaufała tej diagnozie, że znów ze mną wszystko w porządku, a w pewnym momencie… kazała mi wybrać.
Jej palce zacisnęły się mocno na barierce, a zęby wtopiły w dolną wargę, walcząc z nieprzyjaznymi wspomnieniami.
- Ale wracając, jeśli chodzi o Cristinę, to nie, do niej nie odezwałam się o tym słowem. I niech tak pozostanie. – odetchnęła głęboko.
Nie odrywałam wzroku od gwiazd, licząc, że gdzieś tam odnajdę właściwe słowa.
- To nie jest najlepsze rozwiązanie, Nico.
- Wiem.
- Więc czemu to robisz? – spytałam cicho, krzywiąc się.
Unikała odpowiedzi przez pewien czas.
- Przynajmniej nikogo nie ranię. Nic nie psuję…
- Siebie psujesz do cholery! – podniosłam głos. Jasnowłosa obrzuciła mnie ostrym spojrzeniem.
- A jak ty to sobie wyobrażasz, Blanca!? Że niby co? Cześć wam wszystkim, jestem lesbijką!? – uderzyła pięścią o balustradę. – To tak nie działa! – krzyknęła. – To tak nie działa… - powtórzyła, jakby była u kresu sił, po czym przełknęła szloch, ukrywając dłonie we włosach.
- Pamiętasz, kiedyś na jednej lekcji WOS-u, wysunął się temat „postępu społeczeństwa”. Ta durna nauczycielka kazała nam wymieniać plusy. Wszyscy tyle mówili, widzieli same pozytywy… - prychnęła kpiąco pod nosem. – Wolne sobie. Jaka tolerancja? Jaki pokój? Jaka miłość, jakie bezpieczeństwo? – uderzała zaciśniętą pięścią w balustradę z każdym słowem. Miała mocno zaciśnięte zęby, walcząc z emocjami. Jej głos, zwykle spokojny i chłodny, przepełniony był gniewem i falami załamywany przez gorycz. – Jaka wolność? - urwała na moment, jakby tracąc głos. Brała urywane oddechy.
Wspomnienie tego dnia nadeszło do mnie niewyraźnie, jak promienie słońca, usiłujące przebić się przez poranną szarówkę mgły. Siedzieliśmy w najdalszym rogu klasy, ja od okna, Constanza zaraz obok mnie, a przed nami Nico i Cristina. Riccardo siedział trochę dalej. Staraliśmy się pisać coś, przynajmniej udając, że nie jesteśmy ospali. Wypisywałam skrótami plusy, widząc pewien brak. Pani zapomniała o drugiej stronie medalu, popełniając tym samym bardzo ludzki błąd.
Każde z nas chce zapomnieć o tych ciemnych stronach. I działa to, dopóki te jasne przeważają. A zwykle, nie dzieje się tak dość długo.
Padały heroiczne słowa, których młodzież, którą ówcześnie byliśmy nie mogła w pełni pojąć. Pokój, bezpieczeństwo, sprawiedliwość, równość, tolerancja.
Nicola roześmiała się wtedy pod nosem, gdy padło słowo „wolność”. Widziałam już tylko zamazany obraz, jak Cristina pyta się z troską, czy coś się stało, a blondynka w odpowiedzi kręci głową, uśmiechając się trochę bez życia.
- Co to za wolność, gdzie nawet nie pozwalają mi być tym, kim chcę. Co to za wolność, gdzie muszę kochać kogoś innego, bo tak wypada. Bo co pomyślą inni. Bo „zniszczę sobie życie”. Co to za wolność, gdzie ludzie nadali miłości ostre, czarne granice. – w zdaniach wypowiadanych przez Nicolę nie było wydźwięku pytania. Mówiła po prostu suche fakty, których same we dwie nie zmienimy.
Położyłam jej dłoń na ramieniu, gładząc ją czule.
- Przepraszam, że nie zorientowałam się szybciej… - szepnęłam tylko, prawie bezgłośnie. Nicola nawet nie drgnęła.
- Tak miało być. Mieliście nie wiedzieć.
- Oszukując siebie, niczego nie osiągniesz. Jedynie co zrobisz to wyniszczysz siebie. Długo i powoli, w ciemnocie i zakłamaniu. – mruknęłam. – W zupełnym przeciwieństwie „wolności”.
- Blanca, ty nie rozumiesz… To nie jest tak samo jak… jak z chłopakiem. To nie jest do zaakceptowania. Nie zniosłabym tych spojrzeń…. Tych spojrzeń obrzydzenia, pogardy… Nie zniosłabym myśli, że zepsułam całą naszą znajomość…
- Nico. – zacisnęłam palce na jej ramieniu. – Spójrz na mnie. Czy ty widzisz cokolwiek, co można byłoby nazwać pogardą albo obrzydzeniem?
Podniosła na mnie zaczerwienione oczy.
- Blanca, ja…
- I jeśli chodzi ci o coś innego, to zapewniam cię – nie boję się, że rzucisz się na mnie z łapami. – powiedziałam z pewnością siebie.
Nicola parsknęła w głos.
- Nie uważam, że to zła… sprawa. – ciągnęłam dalej, ostrożnie dobierając słowa. – Uderzyło to mnie jak obuchem, gdy się zorientowałam, ale… raptem tyle. To twój wybór, twoja dusza, twoje serce. Masz prawo kochać kogo chcesz. Ale też nie umartwiać się przy tym. Nie w tym droga.  
Przekrzywiła głowę, pozwalając by jasne pasma przykryły jej twarz.
- Nawet gdyby… - zachłystnęła się powietrzem, nie mogąc znaleźć w sobie odpowiedniej siły. – Nawet gdyby… I tak wiem, że mnie nie wybierze. Mogę ją kochać do śmierci, a i tak będę wiedzieć, że będzie szczęśliwsza z kimś innym. – zamknęła oczy, przełykając łzy, uśmiechając się przez nie. – Cieszę się, że Cristina znalazła kogoś takiego jak Amerigo. Wbrew pozorom… Naprawdę się cieszę.
Dotknęłam niepewnie jej dłoni, a ona od razu odwzajemniła gest, zaciskając ją mocno, szukając w niej oparcia. Stałyśmy tak przez chwilę, ale nie musiałam długo czekać na kolejne pęknięcie na moim sercu, gdy jej łzy zaczęły skapywać z brody. Krzywiąc się z powstrzymywanych emocji, przyciągnęłam ją do siebie. Dziewczyna odwzajemniła uścisk bez słów, chowając twarz w moim ramieniu.
Nadal przytulałam ją jak przyjaciółka przyjaciółkę.
Siostra siostrę.
Musiałam zagryźć wargę, gdy koszulka przesiąkła mi jej łzami.
Tak bardzo chciałam jej pomóc.
Tak bardzo.
Znaleźć rozwiązanie. Dobrą drogę.
Ale obie świetnie zdawałyśmy sobie sprawę, że takiej nie ma. 
Nicola szybko zebrała się w garść, odsuwając się ode mnie i ocierając oczy wierzchem dłoni. Zawsze zazdrościłam jej tego w jaki sposób płakała – cicho, wręcz bezgłośnie, bez zbędnych szlochów i łkania, umiała wylać z siebie niepotrzebne, ciążące emocje tylko w dwóch strumykach łez, przecinających jej policzki.
Przy niej zawsze wyglądałam jak półtora nieszczęścia, z zapuchniętymi oczami, czerwonym nosem i potokiem łez, za każdym razem.
Widziałam, że Nicola chce zbierać się do wyjścia. Robiło się naprawdę późno, a nawet gdyby – to nie jest rozmowa na jeden raz. Dziewczyna już kładła dłoń na klamce, gdy zwróciła się jeszcze do mnie ostatni raz.
- Naprawdę sądzisz, że jestem zdrowa? – spytała cicho, z nutką desperacji.
Zamknęłam oczy.
- Nie. Jesteś przeraźliwie chora. – powiedziałam trochę pusto, wiedząc jak bardzo to co mam zamiar powiedzieć, odnosi się do mnie. – Miłość to jedna z najgorszych chorób na jakie można zapaść. – dostrzegłam cień uśmiechu na jej ustach. – Spójrz ty na mnie. Czy ja ci wyglądam na zdrową osobę?
Nicola parsknęła, a ja sama uśmiechnęłam się, opierając dłoń na biodrze. Fizycznie nie wyglądałam najgorzej, ale przyjaciółka nie patrzyła się na ubiór. Spojrzała tylko w moje zmęczone, puste oczy. Postarałam uśmiechnąć się szerzej. Dziewczyna rzucała spojrzenia przez chwilę na taras, po czym przytuliła mnie mocno, wręcz dusząc.
Teraz uśmiechnęłam się jak najbardziej zgodnie ze swoją wolą.
- Dziękuję.
- Jakby co to dzwoń. – powiedziałam, odprowadzając ją do drzwi. – Mam do ciebie jeszcze wiele pytań.
- Jak na przykład? – spytała, wiążąc buty.
- Dlaczego Cristina?
Nicola spojrzała na mnie swoimi dużymi, szarymi oczami, ale nim zdobyła się na jakąkolwiek odpowiedź, w kieszeni jej kurtki rozbrzmiała krótka muzyka. SMS. Dziewczyna szybko go przeczytała, uśmiechając się do siebie pokrzepiająco.
- Dlatego. – powiedziała tylko, pokazując mi treść wiadomości.
Również się uśmiechnęłam, nie zatrzymując ją dłużej.
Wszystko w porządku, Nico? Nie pali się u ciebie światło. Na pewno wróciłaś bezpiecznie? Daj znać jak coś.
Wchodziłam po schodach, gdy akurat moja mama wyszły z Constanzą z mojego pokoju. Constanza trzymała na kolanach tackę z kubkami. Moja rodzicielka podeszła do mnie, czułym gestem głaszcząc moje włosy i uśmiechnęła się pokrzepiająco.
- Co powiecie na dorobienie ciepłej herbatki?
***
Swój pokój lubiłam za wiele rzeczy. Był ważną częścią mnie, elementem, który dopełniał mnie w trudnych momentach. Tworzony przez lata, zmieniał się wraz z tym jak dorastałam i jak dorastali inni. Patrząc się po rzeczach, nie byłam nawet w stanie powiedzieć, że wszystko jest tutaj tylko z mojej woli. Każdy najmniejszy przedmiot wydawał się mieć swoją własną historię, a teraz jakby emanował wspomnieniami. Westchnęłam głęboko, wskakując na łóżko i podciągając nogi pod brodę.
Było tu tyle rzeczy, które kochałam, ale nic nie mogło równać się z oknami dachowymi. Nic nie mogło się równać z otwartymi drzwiami na świat, który poznałam jako bardzo mała dziewczynka, a widziałam go tak samo jako osoba wkraczająca w dorosłość. I tak teraz spojrzałam do góry, pozwalając by nikła poświata księżyca rozlała się po mojej twarzy, a we mnie znów zapanował nikły spokój.
Przytłaczający ogrom wszechświata rozpościerający się nad głowami nic nieświadomych ludzi był kojącym widokiem.
- Przyniosłam herbatę. – Constanza wjechała do mojego pokoju, trzymając na kolanach tackę z czterema kubkami ciepłego napoju. Uśmiechnęłam się do niej słabo, gdy przyjaciółka podjechała obok mnie, wręczając mi bez zbędnych słów herbatę.
Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, taki, który przechodzi,  gdy ciało po dłuższym okresie chłodu zazna ciepła. Mój uśmiech rozszerzył się.
- Wyglądasz na weselszą niż przypuszczałam. – mruknęła Constanza, dmuchając nosem na wrzątek. – Jesteś pewna, że…
- Wiesz, Consta… Jestem wszystkim niezmiernie wdzięczna, że bez żadnych słów przyjęli moje załamanie. Że pozwoliłam sobie na chwilę słabości, że wy też mi na to pozwoliliście. – spojrzałam na nią kątem oka, posyłając jej jeden z tych znaczących uśmiechów, które są niczym ważnym dla mijających nas na co dzień ludzi, a są tak wielkim gestem dla nas. – Ale to była tylko chwila. Może nadal jest. Ale teraz pozwolę sobie być sobie silna.
Constanza nie opuszczała kubka od ust, jednak nie piła herbaty. Po chwili namysłu, oparła herbatę o kolano i uśmiechnęła się kpiąco do siebie.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobił.
- Ludzie też nie wierzyli, że Ziemia jest okrągła. A jednak.
Blondynka spojrzała na mnie z sarkastycznym uśmieszkiem, a ja odpowiedziałam pewnym siebie spojrzeniem. Jak za dawnych czasów. Dopiero po jakimś czasie znów spochmurniałyśmy, pozwalając by ten promyczek został pochłonięty przez chmury.
- Szczerze to czuję się teraz prawie tak samo okropnie jak ty. – prychnęła kpiąco Constanza, przeczesując gwałtownym ruchem włosy. – Mam wyrzuty sumienia, że pozwoliłam ci być z takim gnojem.
- Cóż, najwyraźniej obie mamy okropny gust do facetów. – zaśmiałam się ponuro, po czym odchyliłam głowę do tyłu, pozwalając zalać się falą wspomnień. – Wiesz, już od pierwszego dnia dotarło do mnie, że nie zawsze będziemy razem. Myśl o rozstaniu dręczyła mnie od początku, zabawne co? Nie powinno tak być. – westchnęłam. – Wiedziałam, że to się stanie. Wiedziałam od początku. Jednak nie liczyłam, że skończy się tak.
- Nawet nie dawałam mu zerowego prawdopodobieństwa, że odstawi taki numer. Wydaje się być taki… - przyjaciółka urwała gwałtownie, popijając herbatkę. – Nie, wydawał się być. Byłyśmy zaślepione przez zdurniałą miłostkę. Riccardo nigdy się co do niego nie mylił. – jęknęła. – Trzeba było się go słuchać, a nie.
- Chciałabym coś powiedzieć, ale… - nie dokończyłam. – Wiesz, może jestem aż nieludzko spokojna, a tak naprawdę roznosi mnie od środka. Gniew, pogarda i niedowierzanie. – pokręciłam głową. – Jak głupim trzeba być, by nie zauważyć, że chłopak cię zdradza przez dwa lata? 
Constanza pogłaskała mnie czule po ramieniu.
- Nie jesteś głupia. Ludzie chcą po prostu wierzyć. A to jest zgubne.
- Marny ze mnie Sherlock, Watsonie. Mogłam coś podejrzewać, po tym jak Giovanna oznajmiła, że mnie zniszczy, a potem cudownie wszystkie zgrzyty ucichły. – zacisnęłam zęby, przypominając sobie jej triumfalny uśmieszek.
– Wredna zdzira, czekała do ostatniego momentu.
- Nie rozumiem tylko, dlaczego zrobił to wszystko akurat dzisiaj? – przejechałam dłonią po włosach. – Było tyle różnych okazji. Byłoby jeszcze więcej. Nie mógł wybrać mniej stresującego terminu?
- Pamiętaj, że on chce przejąć biznes po ojcu. Doskonale wie, kiedy manipulować ludzi. – odparła Consta rzeczowo, krzywiąc się jednocześnie. – Chociaż, powinnaś się po części cieszyć. Pomyśl co by było, gdybyś tego nie wiedziała. Zgodziłabyś się, prawdopodobnie rzuciła wszystko, a potem dowiedziała. I co wtedy?
- Wtedy to bym siedziała w kryminale.
Constanza parsknęła.
- Szkoda, że nie walisz taką ironią w bardziej kluczowych momentach.
- Wiem, wiem… - westchnęłam ciężko. – Wszyscy wiemy, że lubię płakać… Zbyt daję się ponieść emocjom. Będę musiała popracować nad tym i stłamsić.
- Nie tłamś ich, Blanca, tylko naucz się kontrolować. – powiedziała spokojnie dziewczyna, odstawiając herbatę na tackę. – Emocje są dobre. Dzięki nim ludzie są w stanie się dogadać. Szkoda tylko, że tak mało osób to rozumie.
Spojrzałam na nią kątem oka, uśmiechając się i zapisując sobie to zdanie w pamięci. Zamknęłam oczy i bez słowa chwyciłam jej dłoń. Przyjaciółka odwzajemniła ten prosty gest.  Siostry na zawsze.  
Telefon Constanzy rozbłysnął, informując, że pani Maria DiCarlo przyjechała już po córkę. Westchnęłyśmy równocześnie, a sekundę potem posłałyśmy sobie znaczący uśmiech. Przynajmniej to jedno się nigdy nie zmieni.
Constanza wyjeżdżając z mojego pokoju, prawdopodobnie po raz ostatni przez najbliższy czas, spojrzała przelotnie na wielką antyramę z tysiącem zdjęć, kronikujących naszą historię. Moją historię. Uśmiechnęła się melancholijnie.
- Będzie tu pusto bez ciebie. Bez was wszystkich. – powiedziała spokojnie. – Manarola wyda się jeszcze mniejsza niż teraz.
Nie spojrzałam na nią, szukając jakichkolwiek odpowiednich słów, ale milczałam, mając wrażenie, że to pożegnanie. Constanza zagwizdała cicho, przykuwając moją uwagę swoim głupawym uśmieszkiem.
- Dobrej nocy, Blanca.
- Jakbym miała spać. – odparłam chytrze, po chwili posyłając przyjaciółce ciepły uśmiech. – Ty też śpij dobrze.
Wraz z zamkniętymi drzwiami, musiałam też zamknąć wszystkie emocje. Wiedziałam, że będę wahać się do ostatnich chwil. Ale wiedziałam też, że nie zmienię decyzji.
Z zadumy wyrwał mnie niepewny głos mojego taty. Nachylił się nade mną z talerzem słodyczy.
- Upiekliśmy z mamą ciasteczka. – rzekł tylko. Spojrzałam na niego, mrugając oczami, po czym roześmiałam się, pozwalając by namiar łez spłynął po moich policzkach.
- Przecież one są jeszcze w pudełku, tato. – powiedziałam, śmiejąc się przez łzy. Tatuś tylko spojrzał na mnie jak na najcenniejszy skarb na ziemi i rozłożył ramiona, a ja, jakbym nadal była małą dziewczynką przytuliłam się do niego, szukając ostoi. Mama pojawiła się jak zwykle znikąd, głaszcząc mnie czule po głowie.
Czułam, że mimo wszystko, żadne z nas nie zaśnie, bo za niedługo będę musiała wyjeżdżać na lotnisko. Że za niedługo wzejdzie słońce.
A czas wciąż mijał.   


 ***
Powrót po dłuższym czasie. Jeśli ktokolwiek czekał, to przepraszam. Nie jest to bynajmniej spowodowane nauką. Raczej genezą powstawania tej historii. Przez ostatnie miesiące traciłam kogoś, coś co znaczyło dla mnie niesamowicie wiele, i nie miałam siły by zabrać się do czegokolwiek, gdy ostatni płomyk nadziei zniknął, zabierając ze sobą pewien barwny okres mojego życia. 
Było mi po prostu zbyt ciężko, by napisać tę historię, w której tak wiele jest zaczerpnięte z tego przemijającego okresu. Ale teraz powoli stawiam nowe fundamenty - akurat tutaj to się zgrało z książką. 
Jakoś jest to zabawne. 
Do przeczytania ponownie, mam nadzieję niedługo, moi wyimaginowani czytelnicy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz