Rozdział 1
Kiedy spoglądał
na światło
Początek zawsze jest najtrudniejszy. Ciężko o nim
myśleć bez strachu, jeszcze ciężej nawet określić, kiedy się zaczyna. W tej
historii pojawia się ten sam problem – więc zacznie się ona od punktu
zwrotnego.
Azawa była dobrą osobą – może czasem zbyt
emocjonalną, zbyt naiwną, może trochę zagubioną, ale w ogólnym rozrachunku nie
można było nazwać ją okrutną. W przeciwieństwie do jej męża. Obietnice Akino o
cudownej zmianie duchowej jaka miała niby nadejść po ślubie rozmyły się z
czasem, a Azawa została uwikłana w nieszczęśliwy związek przez wcześniej
wypomnianą naiwność, bez żadnego wsparcia ze strony rodziców, czy rzekomych
przyjaciół. I tak trafili razem do niszczejącego domku w niewielkim,
podupadającym miasteczku na południu kraju. Trafili tam razem i oboje musieli
udawać szczęśliwą rodzinkę noszącą nazwisko Sotomura.
Oboje znaleźli pracę i jakoś im się wiodło, a
wybuchy złości i szowinizm Akino dawało się zazwyczaj znieść. Przez pierwsze
lata małżeństwa Azawa była dość samotna, zbyt przerażona by nawet wspomnieć o
dziecku. W końcu widziała jak jej mąż spoglądał na dzieci sąsiadów. Jak na…
śmiecie. Wolałaby być sama do końca życia, męcząc się z okropnym mężem, niż
pozwolić dziecku dorastać z takim ojcem.
Ale to życzenie nigdy się nie spełniło. Zaledwie rok
po tym na świat przyszedł ich syn. Akino nawet nie kwapił się o dobór imienia,
więc Azawa sama je wybrała. Kartkując książeczkę z imionami, natknęła się na
jedno, w którym dostrzegła swoje ulubione kanji, oznaczające historię. Z
uśmiechem pomyślała, że może jej syn stworzy własną dziedzinę historii i nie
zniknie wśród szarych mas. I z takim zamysłem od tamtej pory po świecie chodzi
Fumiya Sotomura.
Był zwyczajnym dzieckiem. Może trochę bardziej
wysportowanym niż reszta, może trochę bardziej przerażonym, dzięki swojemu
ojcu, ale mimo wszystko nie odstawał od reszty. Obawy Azawy nie sprawdziły się
tak jak oczekiwała – ojciec nie stronił miłością do syna, ale też nie wyżywał
się na nim. Po prostu go tolerował.
I kobieta pozwoliła sobie pomyśleć, że może bez
przygód uda jej się wychować ukochanego syna. Może nie w bogactwie, ale
beznadziejnie liczyła, że przynajmniej nauczy go kochać tak mocno, jak ona
kochała jego i nie pozwoli popełnić mu tych samych błędów. Marzenia te okazały
się tak śmiesznie kruche, gdy dwa wydarzenia zwaliły się na dom rodzinny
Sotomurów.
Pierwsze, niby weselsze – 5-letni Fumiya dostał w
ramiona swoją nową siostrzyczkę, to drugie dolało oliwy do ognia. Akino,
szczerze nienawidzący dzieci, nie mógł znieść, że jego córka urodziła się w ten
sam dzień, w którym wyrzucono go z pracy. Był też to pierwszy dzień, kiedy
podniósł rękę na swoją żonę.
Pierwszy dzień wieloletniego piekła.
Młody Fumiya ukrywał się w pokoju wraz z Sue,
przeklinając się w myślach, wiedząc, że nie może nic zrobić, gdy słyszał krzyki
i płacz mamy. Ale był tylko bezsilnym dzieciakiem. Znów oberwałby. A mama
prosiła go, by uspokajał Sue. Więc robił to – zamknięty w małym, ciemnym pokoju
pod kluczem, modląc się o pomoc.
Bóg, o którym uczyła go mama najwyraźniej był zbyt
zajęty, by go usłyszeć.
I tak mijały lata. Z każdym rokiem był coraz
silniejszy, ale wciąż zbyt słaby by móc bronić zarówno Sue i mamy. Obiecywał
sobie, że musi poczekać i dopiero wtedy będzie mógł walczyć. Powtarzał to
mamie, gdy kładła ich spać i głaskała ich po głowie drżącą spuchniętą dłonią.
Uśmiechała się wtedy ciepło, jakby patrzyła na cały swój świat. Czasami, kiedy
Sue jeszcze nie spała i mama była mniej zmęczona po całym dniu pracy i po
kłótniach z mężem, siadała przy dzieciach na łóżku i zaczynała śpiewać im
kołysankę.
Najsłodszą piosenkę, śpiewaną przez najcudowniejszy
głos.
You are my
sunshine, my only sunshine
You make me
happy when skies are gray
Fumiya uwielbiał zasypiać przy dźwięku głosu mamy,
który koił i dodawał mu siły. Pozwalał myśleć, że za niedługo będzie
wystarczająco silny, by je obie obronić.
You'll never
know dear, how much I love you
Tak bardzo kochał te krótkie cudowne chwile, że
zasypiał nim zdołał usłyszeć jak mama drżącym, płaczliwym głosem dośpiewuje Please don't take my sunshine away.
Niestety jego matka nigdy nie doczekała momentu, gdy
jej syn dorośnie i będzie w stanie ją obronić przed mężem. Fumiya kiedyś
przeczytał, że Większość ludzi umiera w
wieku 25 lat, ale czekają z pochówkiem aż do siedemdziesiątki. – są to
słowa Benjamina Franklina. Nie mógł ich zrozumieć, dopóki nie zobaczył tego na
własne oczy. Dopóki nie poczuł okrutnego ciosu w sam żołądek, gdy zdał sobie
sprawę, że nawet nie zauważył momentu, w którym matka od nich odeszła. W którym
pustka tak bardzo ją pochłonęła, że wstanie z łóżka była okropną codzienną
bitwą.
Nieważne jak się starał, nie mógł znaleźć sposobu by
ją z niej wyciągnąć, czując się jednocześnie winny i nie czując ponownie nic,
gdy widział nieruchomą skorupę, wyglądającą przez okno szarymi oczami.
I tak właśnie można określić początek historii
Fumiyi Sotomury, który w wieku raptem 14 lat poczuł się całkowicie sam wraz z
despotycznym alkoholikiem w roli „ojca”, cienia dawnej kochającej matki i
drobnej siostrzyczki, która nie mogła znaleźć swojego miejsca. Ale żył z dnia
na dzień, robiąc to o co poprosiła go wiele lat temu mama – bronił Sue.
***
Fumiya siedział na lekcji matematyki wpatrując się w
liczby jak zaklęty, chcąc dostrzec w tym tyle logiki i sensu ile nauczyciel. W
pewnym momencie dostał papierową kulką w głowę. Obrócił się ofuczały, szukając
wzrokiem sprawcy, ale przewrócił oczami, gdy dostrzegł zachęcający gest dłonią
swojego dobrego kumpla. Nachylił się do niego konspiracyjnie, nie odrywając
wzroku od nauczyciela.
- Co chcesz znowu, Satoshi? – szepnął.
- Idziemy z chłopakami po matmie na miasto, idziesz
z nami? – wyszczerzył się do niego szeroko.
Fumiya, choć nie ważne jak bardzo by chciał, poczuł
jak puste kieszenie obciążają jego plecy i doskonale wiedział, że jeśli
pójdzie, nikt nie odbierze Sue ze szkoły i nikt nie dopilnuje, by ojciec choć
na trochę wyszedł na zewnątrz, zostawiając udręczony dom w spokoju.
- Dzisiaj spasuję. – odpowiedział tylko z najlepszym
fałszywym uśmiechem jaki był w stanie z
siebie wykrzesać na matematyce.
- Weź, zawsze pasujesz! – jęknął jeszcze inny
kolega.
- Fumiya, sztywniaku! – zaśmiał się Satoshi, ale
machnął dłonią. – A rób co chcesz.
Fumiya zdążył tylko pokręcić głową z dezaprobatą, by
napotkać karcący wzrok nauczyciela. Postarał się uśmiechnąć przepraszająco, ale
matematyk i tak spojrzał na niego gniewnie.
- Sotomura, zostań chwilę po lekcji.
Czarnowłosy przeklął w myślach, ale potulnie
przytaknął.
***
- Czy moje lekcje cię nudzą?
- Oczywiście, że nie profesorze. – unikał wzroku
nauczyciela, wyprostowany jak struna. Spojrzał z przestrachem na zegar.
Cholera, Sue już skończyła lekcje.
- Uważasz, że matematyka ci się nie przyda w dalszym
życiu?
- Oczywiście, że nie profesorze. – przytaknął
ponownie.
- Więc w takim razie dlaczego rozmawiasz na moich
lekcjach? Lekceważysz mnie?
Chłopak zacisnął pięści.
- Oczywiście, że nie profesorze.
Doskonale wiedział, że nie tylko on zawinił. Ale
życie z takim a nie innym ojcem pokazało mu, że nie liczy się czy masz rację,
tylko czy masz władzę. Wystarczy się pokajać i potem pójść.
- Sotomura, masz już 15 lat. Co ty zamierzasz robić
potem?
- Iść do liceum? – spytał niepewnie chłopak.
- Oczywiście. A potem? – nauczyciel spojrzał na
niego chłodno. – Nie masz zbyt dobrych ocen, nie dostaniesz się na dobre
studia. I co? Skończysz jak swój ojciec?
- Mam nadzieję, że nie, panie profesorze. – wycedził
czarnowłosy.
Nauczyciel posłał mu jeszcze jedno wyniosłe
spojrzenie, po czym kazał wyjść.
Fumiya wybiegł ze szkoły i skierował się szybko w
stronę podstawówki. Sue już dawno skończyła lekcje. Cholera. Ach ci kochani
dorośli. Od przedszkola powtarzają dziecku by mówić im o problemach, ale nawet
gdy wiedzą, nie robią absolutnie nic.
***
Sue garbiła się jak najmocniej, prosząc w myślach,
by mogła być tak samo niezauważona jak przez resztę dnia. Wiązała buty w kącie
– przynajmniej próbowała – cała zgraja dzieciaków z podstawówki hucznie i ze
śmiechem przetaczała się przez korytarze, a ona trzęsła się ze strachu.
Od zawsze nienawidziła tłocznych, ciasnych miejsc.
Nienawidziła ludzi – nie wszystkich, ale każdą nowo spotkaną osobę. Byli
podejrzani. Zawsze coś chcieli. Niczego nie dawali w zamian. Nie ufała im. Nie
ufała nikomu. No, może z wyjątkiem bratu.
Dziewczynka podniosła swoje czarne oczy na zegar
wiszący na ścianie w szatni. Fumiya się spóźniał. Naciągnęła szalik na nos,
licząc, że uda jej się ukryć choć jeszcze na troszkę. Wskoczyła na ławeczkę i
kurczowo ściskała swój plecak, zaczynając się kiwotać w przód i w tył.
Zaszczękały jej zęby, ale powtórzyła sobie, że musi być silna.
Musi nie panikować.
Inaczej znowu braciszek będzie smutny.
A ona najbardziej na świecie nie chciała, żeby
Fumiya smucił się jeszcze bardziej.
- Haha, jaka sierota! – nie zdołała zareagować, gdy
któryś z chłopaków z jej klasy wyrwał jej plecak z rąk i pobiegł przed siebie,
otoczony po chwilę grupką kolegów.
Sue nawet nie dała rady krzyknąć. Zeskoczyła z ławki
i dużymi, przestraszonymi oczami powiodła wzrokiem po otoczeniu – jej koleżanki
z klasy zachichotały pod nosem, ignorując to nieme błaganie po pomoc.
Dziewczynka rozejrzała się z paniką po szatni, czując uścisk w płucach, a po
kilku nieudanych zrywach wybiegła na dwór.
- Od… Oddawajcie to! – wykrzyknęła niepewnie,
widząc, że chłopcy wysypują po kolei zawartość jej torby. – To moje!
Napotkała się jedynie z rozbawionym rykiem, gdy
prawie poślizgnęła się na śniegu. Nie cierpiała zimna i zimy, a w tym roku była
dość sroga, nawet jeśli było to południe kraju.
- Oddawaj to! – krzyknęła cicho, próbując złapać
torbę. – Oddawaj!
Bezskutecznie sięgała rękoma do góry. Nawet gdy
skakała, w całkowitej desperacji była od nich niższa. Zawsze była najniższa.
Może to była dopiero 4 klasa, ale nadal wszyscy zaczynali przerastać ją o
głowę. Sue, bliska płaczu, pociągnęła nosem i drżącą ręką sięgnęła po jeden z
zeszytów, zamakających w śniegu. Któryś z chłopców kopnął go gdzieś dalej.
- Ej! – obruszyła się, ale nim się odwróciła
dostrzegła uniesione ramię i jaskrawe wspomnienia, nawet z wczoraj przemknęły
jej przed oczami, przywołując ból na policzku. Zasłoniła się od razu rękami,
czując łzy w oczach.
- Fajtłapa! – roześmiał się ktoś, inny ją popchnął.
- Sierota! – krzyknął chłopak. – Sierota Sue!
Zaczęli zasypywać ją śniegiem, gdy nieudolnie
próbowała wstać. Była na granicy histerii – okrutne wspomnienia z każdego dnia,
wieczora lawirowały jej w głowie, odnajdując podobieństwa w gestach
wykonywanych przez jej kolegów. Właśnie dlatego tak nienawidziła ludzi.
Wszyscy byli tacy sami.
- Wy bachory!
Oprócz jej
brata.
Sue nie odsłaniała nadal oczu, choć wygrzebała się
ze śniegu i stanęła na nogi o własnych siłach. Słyszała gniew jakim ciskał w
nich Fumiya – chłopak powstrzymywał się od szarpania się z nimi, ale sam jego
głos przyprawiał chłopców o zawał. Nim Sue się obejrzała, jej oprawcy zbierali
jej rzeczy prawie płacząc. Gdy Fumiya uznał, że to już koniec, pozwolił im
odejść. Dzieci rozbiegły się w panice.
Sue nadal nie odkrywała oczu.
Jej brat kucnął przy niej i odsunął czule czapkę z
jej oczu.
- Co tam księżniczko? – uśmiechnął się do niej
promiennie. – Przepraszam za spóźnienie.
Nie mówiąc nic zarzuciła mu ramiona na szyję i
czekała aż brat pogłaska ją po plecach i powie że wszystko będzie dobrze. Nie
odrywała się od jego ramienia przez dłuższą chwilę, dopiero gdy uspokoiła
oddech spojrzała na łagodną twarz czarnookiego i spróbowała się uśmiechnąć.
- Tak trzymaj. – rzucił pociesznie brat, widząc jej
starania. Zarzucił fioletową torbę na jej plecy i kiwnął zachęcająco głową. – A
teraz chodź. W domu jest niespodzianka!
- Niespodzianka? – spytała, wychylając się trochę
bardziej zza ciepłej warstwy szalika. – Jaka?
- Jak ci powiem to już to nie będzie niespodzianka.
- Fumiyaaaaa…
- No nie jęcz mi tutaj, księżniczko, albo nigdy nie
dojdziemy do domu! – zaśmiał się wesoło, zaczynając truchtać, a ona podążyła za
nim na swoich krótkich nóżkach.
Zwolniła dopiero, gdy usłyszała szepty i szydercze
okrzyki.
- Beksa!
- Sierota Sue!
- Sadako! (japońska zjawa, zresztą sami sobie
zobaczcie)
Poczuła, że znów zaczyna panikować.
Fumiya jedynie naciągnął jej czapkę na oczy, tym
swoim czułym, braterskim gestem i powiedział.
- Nie słuchaj ich.
A ona przytaknęła i przestała ich słyszeć. Chwyciła
jego dużą, ciepłą dłoń i ścisnęła ją słabo.
- Po niespodziance pobawimy się trochę, co ty na to?
Uśmiechnęła się pod nosem, mrużąc oczy.
- Uhm. –
przytaknęła, czując ciepełko w środku.
Jej brat szedł z podniesioną głową, trzymając ją za
rękę i uśmiechając się.
***
Było raptem po południe a on już nie miał siły
udawać. Jednak wiedział, że musi. Zbyt dużo obiecał Sue by teraz zapaść się pod
ziemię i szukać sposobu na zregenerowanie sił.
Trochę ich przybyło, gdy Sue roześmiała się głośno,
wbiegając w głąb domu.
- Mamo, mamo! – jego siostra najwyraźniej też nie
wierzyła własnym oczom. – Mamo, mamusiu, ty gotujesz!
I choć beznamiętność i pustka w oczach rodzicielki
przerażała Fumiyę do granic, to jednak Sue zarzuciła mamie ręce na szyję i
wyściskała ją z całej siły. Czarnowłosy uważnie obserwował ruchy matki, jakby
bojąc się, że coś zrobi albo sobie, albo Sue. Napięcie lekko z niego zeszło,
gdy Azawa pogłaskała córkę mechanicznie po głowie i wróciła do gotowania.
I tak była to największa ekspresja od miesiąca.
Fumiya bał się, że trzeba będzie zaoszczędzić na lepsze leki „na uśmiech”, jak
to nazywał lekarz. Nikt nie wiedział co dokładnie może jej pomóc. Wszyscy jednogłośnie
stwierdzili, że to załamanie psychiczne, zobojętnienie i dodali jeszcze kilka
innych specyficznych terminów, które w niczym nie pomagały. Chłopak robił co
mógł, by matka dostawała leki regularnie choć w najmniejszej dawce, ale i tak
Azawa rzadko kiedy z własnej woli wychodziła z łóżka, a nawet jeśli musiał
wmuszać w nią jedzenie. Przytakiwała mu, gdy wychodził do szkoły i prosił by
spróbowała coś zrobić, ale i tak znajdywał ją siedzącą na krześle i patrzącą
przez okno.
Sue pociągnęła nosem.
- Mamo, mamusiu, czy to naleśniki!? – wykrzyknęła
zdumiona, po czym gwałtownie zakryła usta, kuląc się. Fumiya, który zdążył za
ten czas poodwieszać zimowe kurtki, spojrzał na siostrę z przestrachem, ale
szybko zdał sobie sprawę z powodu jej paniki.
- Spokojnie, ojciec wyszedł.
- Ojca nie ma? – spytała Sue podejrzliwie. – I nie
wróci?
- Wrócić wróci. – syknął Fumiya, nie mogąc
zneutralizować nienawiści. – Ale póki co mamy calutki dom dla siebie! – dodał
szczerząc się.
- Calutki? – powtórzyła siostra, a jej oczy
zaświeciły się.
- Calusieńki! – wykrzyknął, biorąc dziewczynkę pod
ramiona i kręcąc się z nią w powietrzu. Sue roześmiała się perlistym, niewinnym
śmiechem.
Fumiya uśmiechnął się z bólem. Warto było się męczyć
dla jej śmiechu.
- Proszę… kochanie… - wydukała słabo matka,
stawiając przed córką talerz naleśników. – Twoje ulubione… - dodała szeptem, po
czym zaniosła się kaszlem. Fumiya doskoczył do niej od razu, ale kobieta
pogłaskała go tylko po ramieniu, pokazując, że będzie w porządku.
Czarnowłosy jednak delikatnie posadził matkę przy
stole, a sam przysunął sobie stołek. Słuchał opowieści Sue, o jakiś wróżkach z
którymi ostatnio się zaprzyjaźniła, a w międzyczasie ścisnął dłoń matki pod
stołem, starając się jej pokazać jak bardzo szczęśliwy jest, że zrobiła
cokolwiek. Że odezwała się. Praktycznie rozpłakał się, gdy mama delikatnie
odwzajemniła uścisk.
Musisz być pełnoletni, Fumiya, powtórzył sobie w
duchu, potem znajdziesz jakąkolwiek robotę i zabierzesz je od tego potwora.
***
Popołudnie
mijało nadzwyczajnie przyjemnie i pogodnie. Słońce delikatnie wdzierało się do
odrapanej kuchni, w której siedziała cała rodzina. On, Sue i jego matka.
„Ojca”, a raczej jego marnej karykatury nigdy do niej nie zaliczał. Matka
usiłowała coś posprzątać, zaszyć jakąś starą koszulkę – mimo wszystko nadal nie
ocknęła się z letargu i czasami zaczynała mamrotać tylko do siebie
niezrozumiałe słowa. Ale i tak jest lepiej, powtarzał sobie Fumiya.
I tak jest lepiej.
Przewrócił stronę w podręczniku od fizyki i spojrzał
kątem oka na rysuneczek rysowany przez Sue. Na chwilę oderwał się od nauki i
zapatrzył się ze smutkiem na przybory dziewczynki – pisaki ledwie zostawiały
jakieś kolory na kartce, a kredki zaczynały być krótsze nawet od palców
siostry. Nie odrywał wzroku od wprawnych, dziecięcych pociągnięć na kartce. Nie
był w stanie nawet zaoszczędzić na najtańsze kredki dla siostry.
- Nie podoba ci się? – spytała się Sue z
przestrachem, przestając rysować w pewnym momencie. Fumiya ocknął się z
zamyślenia, patrząc się ze zdziwieniem na siostrę i mrugając kilkakrotnie. –
Posmutniałeś.
- Ja? Smutny? Gdzie tam! – roześmiał się. – Ślicznie
rysujesz, Sue.
Siostra popatrzyła się na niego lekko spode łba,
jakby do końca nie kupiła kłamstwa. Nie był tylko pewny w którą część nie
uwierzyła – w tą o rysunku, czy o szczęściu. Gdy dziewczynka powróciła do
tworzenia, pstryknął ją w głowę, na co nadęła policzki, a on zaśmiał się cicho.
Jego cichy, teraz niczym niewymuszony śmiech
przerwał drżący głos matki.
- Fumiya…
Chłopak zerwał się z krzesła jak oparzony i podbiegł
do Azawy. Kobieta tylko pokręciła głową, gdy chciał ją podtrzymać, jakoś pomóc
i skinęła lekko głową przez okno. Chłopak zaklął bezgłośnie pod nosem, widząc
ojca daleko na ścieżce wiodącej do domu.
Mężczyzna wyglądał na mocno zdenerwowanego (czyli
jak zawsze), ale czasami coś wykrzykiwał, czasami tracił równowagę i zataczał
się.
Fumiya syknął jeszcze raz, po czym obrócił się do
siostry i uśmiechnął się ciepło.
- No to co, Sue? – kucnął przed nią i położył swoje
dłonie na jej ramionach. – Robimy sobie przerwę i idziemy się pobawić? –
siostra delikatnie przytaknęła głową, patrząc się z narastającym strachem w
stronę okna. – Zuch dziewczynka. Pójdziesz teraz z mamusią do naszego pokoju i
jestem pewien, że mamusia z chęcią pobawi się z tobą w zamek. Prawda, mamo?
Kobieta patrzyła się z na niego z uporem.
- Zostanę i pogadam z mężem.
- Mamo, proszę… - Fumiya nadal silił się na spokojny
głos, widząc oczyma wyobraźni jak ojciec wchodzi do domu i zastaje ich w trójkę
nic nie robiących.
- Jestem twoją matką, Fumiya. – odchrząknęła Azawa.
– Więc dam sobie z nim radę. A poza tym… - przejechała czule po jego głowie. –
Chyba ty obiecałeś Sue, że się z nią pobawisz?
- Mamo… - Fumiya obrócił się jeszcze z prośbą w
oczach, ale Sue pociągnęła go za rękaw, posłała mu spojrzenie jej dużych,
czarnych jak węgiel oczu i musiał się zgodzić. – No dobrze. Ale jakby co wołaj
mnie od razu.
Matka już nic więcej nie powiedziała, a on zaciągnął
siostrę do ich wspólnego pokoju. Jego koledzy od zawsze wyśmiewali go, że musi
dzielić go z młodszą siostrą, ale dla niego było to błogosławieństwo.
Zwariowałby, gdyby podczas bezsennych nocy nie miał słyszeć kogoś innego w
pokoju.
Gdyby podczas leżenia w ciemności był kompletnie
sam.
Uśmiechnął się, kiedy Sue wyciągnęła spod łóżka swój
plastikowy diadem. Klęknął przed nią dostojnie i ukłonił się.
- Czy księżniczka pozwoli? – spytał i włożył jej we
włosy koronę.
Siostra już zaczynała się uśmiechać, gdy nagle
spochmurniała, zastanawiając się nad czymś.
- Dlaczego skoro ja zawsze jestem księżniczką, ty
jesteś rycerzem? Nie powinieneś być księciem jako mój brat? – przekrzywiła
głowę.
Fumiya zaśmiał się.
- A na co takiej małej, uroczej księżniczce
brat-książę? – poczochrał ją po włosach. – Nie lepiej mieć takiego
przystojnego, dostojnego rycerza, który zawsze cię będzie bronił? – spytał
teatralnym głosem.
- Nie jesteś przystojny.
- Uch, godzisz proste w serce me, księżniczko. –
jęknął z bólu, osuwając się na ziemię.
Siostra zaczęła nim szturchać, ale uparcie udawał
martwego, dopóki nie zaczęła go łaskotać. Po kilku sekundach walki, roześmiał
się.
- Dobra, Sue, już, przestań. Sue… Przestań! –
roześmiał się w glos, wraz z siostrą-sadystką, która ani myślała, by się nad
nim zlitować.
Urwała swój wesoły śmiech dopiero, gdy drzwi od domu
trzasnęły i rozległ się donośny baryton ojca. Skuliła się od razu, ale Fumiya
poderwał się i usiłował oderwać jej uwagę od obelg jakimi zaczął raczyć matkę
na powitanie. Jednak nie ważne jak bardzo wczuwał się w rolę, głos mężczyzny
był zbyt głośny by go nie słyszeć, a oni zbyt bali się, by roześmiać choć
trochę głośniej.
- Widzę, że wstałaś w końcu z tego popierdolonego
krzesła, leniwa kurwo!
Sue skuliła się po raz kolejny, tym razem na trochę
dłużej. Fumiya spojrzał na nią z troską, ale nim zdążył ją dźgnąć, by
rozluźniła się ponownie, ojciec znów zaczął wrzeszczeć.
- Jesteś chodzącą porażką! Powinnaś płaszczyć się
przede mną jak przed panem, że w ogóle chciałem za ciebie wyjść, suko! Ty
pasożycie!
Oboje zamknęli oczy, gdy usłyszeli tępy huk ciała
upadającego na podłogę. Sue nie zdusiła szlochu i zakryła się rękoma. Fumiya
nasłuchiwał czy ojciec skończy na tym, czy będzie musiał spróbować
interweniować. Przez lata nauczył się, że im więcej osób napatoczy się ojcu pod
nogi, tym gorzej ich wszystkich zleje na koniec.
- Cicho tam być, wy małe gówniarze! – ryknął w
stronę schodów, na co Sue zakryła usta pięścią, byleby tylko nie płakać w głos.
Fumiya momentalnie zamknął ją w klatce swoich ramion i zaczął kołysać w przód i
w tył.
- Boję się… - wyszeptała zduszonym głosem.
- Jestem tu, jestem tu… - powtórzył, trzymając jej
głowę pod brodą.
- Tak bardzo się boję… - przez jej drobne ciało
przeszła kolejna fala szlochu, a on wciąż nie był w stanie zrobić nic, poza
zapewnieniem jej, że tu jest.
- Dlaczego tata zawsze krzyczy na mamę? To nie jej
wina… - mamrotała dalej pod nosem. – To nie jej wina… - powtórzyła cicho.
- Już cicho… Już spokojnie…
- Co to chore gówno!? Rysunki!? Co za strata czasu!
CHOLERA JASNA!
Fumiya sam musiał zamknąć oczy, gdy usłyszał dźwięk
dartego papieru. Przeklinał własną głupotę. Jak mógł zostawić to w tak
widocznym miejscu. Idealnie, by ojciec znalazł kolejny powód, by wyładować się
na nich wszystkich. Kiedy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła, zerwał się na równe
nogi.
- Fumiya… - wymamrotała błagalnie Sue, a brat
chwycił ją jeszcze za ramiona, spoglądając w jej duże, przestraszone oczy.
- Wiem, Sue, wiem. Nic mi nie będzie.
- Ale Fumiya…
- Schowaj się tam gdzie zawsze dobra? Bawimy się w
chowanego. Znajdę cię jak będzie po wszystkim, dobra? Albo lepiej – mama cię
znajdzie.
- Ale…
- No już. Zaczynam liczyć! – uśmiechnął się do
siostry i jeszcze zdążył mruknąć pod nosem „dobra dziewczynka”, gdy Sue
zaczynała się wdrapywać na górę szafy.
Wybiegł cicho z pokoju, niesiony niepokojem i
adrenaliną. Znów przestał myśleć o tym, że był chudym piętnastolatkiem, a jego
ojciec potężnym, byłym zawodowym bokserem. Przełknął ślinę, czując, że tym
razem nie uda im się umknąć wszystkim przed ojcem i przeczekać jego agresji.
Podziękował niebiosom, gdy zobaczył matkę,
podkulającą nogi w bardzo odległym kącie. Była przytomna, choć od razu
dostrzegł, że pustka powróciła do jej oczu. Nawet na niego nie spojrzała, gdy
chwycił ją zdecydowanym gestem za ramię.
Przez całe jego ciało przebiegł niepochamowany
dreszcz nienawiści płynącej w stronę ojca, ale zdobył się na delikatny, kojący
głos.
- Mamo, błagam idź do Sue. Po prostu tam idź i nie
wychodźcie z pokoju, dobra?
Poderwał matkę do góry. Azawa była od niego od dawna
niższa i lżejsza, więc bez problemu postawił ją na nogi. Usłyszał jakieś
przekleństwa w sąsiednim pokoju i popchał matkę na schody. Kobieta zatrzymała
się i nie ruszyła ani kroku dalej, będąc pochłonięta całkowicie szokiem.
- Błagam cię, nie rób tego dla mnie albo dla siebie.
Dla Sue.
Odetchnął z ulgą, gdy matka weszła powoli po
schodach, znikając za drzwiami pokoju w tym samym momencie, w którym ojciec
wyszedł z salonu. Fumiya wstrzymał oddech, ale mężczyzna od razu zrozumiał co
on zrobił.
- Ty mały, przebrzydły… - podnosił głos z każdym
momentem, a chłopak automatycznie cofał się w stronę kuchni. – Zakłamany
pasożycie! – ojciec huknął w niego, powalając go od razu na ziemię.
Fumiya był przyzwyczajony do tych ciosów. Mógł w
każdej sekundzie podnieść się, uciec albo próbować walczyć. Ale nie miał
wyboru. Za każdym razem, gdy tego próbował ojciec albo prawie łamał mu kości, doprowadzając
do nieprzytomności i szedł spożytkować energię na matkę i Sue. Jeśli nie będzie
robił nic poza jęczeniem, skupi się tylko na nim.
- Jak śmiesz się tak zachowywać, gówniarzu! – uderzył
go jeszcze raz. – Skurwysyństwo z ciebie wyrasta! – od ciosu w twarz Fumiya
stracił na chwilę kontakt ze światem. – Nie patrz się tak na mnie! – zdążył
tylko zamrugać kilkakrotnie, nim znowu oberwał.
I znowu.
I znowu.
Przestał liczyć sekundy katorgi, gdy ojciec zaczął
go okładać pięściami bez przerwy, przygważdżając do ziemi. Uśmiechał się w
duchu, wiedząc, że facet za chwilę zmęczy się dostatecznie i albo wyjdzie z
domu, albo znów zacznie chlać. Za każdym uderzeniem cieszył się coraz bardziej.
Zostawi matkę i Sue w spokoju.
Zawył z bólu, na co ojciec roześmiał się
histerycznie.
Nienawidził siebie za to, że nie walczy.
Sue będzie bezpieczna.
Tak bardzo chciał go zranić.
Mama jest bezpieczna.
Tak bardzo, że byłby w stanie go zabić.
Ale póki co był zbyt słaby.
Mama i Sue były bezpieczne.
Zacisnął zęby mocniej. Jeśli leżenie na ziemi i
pozwalanie się katować, miało je na ten czas ochronić – był w stanie to jeszcze
znosić. Zawył ponownie, ale powtórzył w myślach. Zostawi matkę i Sue w spokoju.
Zostawi matkę i Sue w spokoju.
Zostawi je w spokoju.
Stracił kontakt z rzeczywistością.
***
Fumiya
podniósł się na drżących ramionach, rozglądając niewidzącym wzrokiem. Leżał na
podłodze w kuchni. Zakasłał, podnosząc się chwiejnie i nasłuchiwał. W domu
panowała cisza. Ojciec najwyraźniej wyszedł.
Podziękował w myślach, że przynajmniej dzisiaj nie
tknął Sue.
Przeszył go dreszcz na wspomnienie ostatniego razu.
Wtedy po raz kolejny puściły mu nerwy i zamiast udawać nieprzytomnego, rzucił
się na ojca, wiedziony przez brawurę i adrenalinę. Skończyło się tylko na dwa
razy gorszych siniakach, skręconej kostce i bezsilnym patrzeniu jak ten potwór
znęca się nad jego matką i siostrą.
Nie było żadnego sposobu by z nim wygrać. Na razie.
Wtoczył się po schodach do łazienki i ledwo
powstrzymał się od przekleństwa. Nie spoglądając dłużej na siebie w lustrze,
odkręcił lodowatą wodę i wstawił głowę pod kran, choć trochę usiłując zahamować
rozrastanie się siniaków.
Znowu nie będzie mógł się pokazać w szkole.
Fumiya zrezygnował nawet z frustracji.
***
Tygodnie mijały, a nie zmieniało się kompletnie nic.
Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym dniem Fumiya miał wrażenie, że jest coraz
gorzej. Ojciec znalazł sobie „przyjaciół” i teraz albo przesiadywali całe dnie
w jakimś tanim barze, albo u nich w domu. Z jednego potwora, zrobiło się kilka.
Chłopak przewrócił kolejną stronę w podręczniku,
choć tak naprawdę słowa zawarte w nim wydawały mu się być obojętne.
Ojciec kilka dni wcześniej wyrzucił ostatnie leki
matki, a nie miał pieniędzy by kupić ich więcej. Ołówek, który trzymał w dłoni
złamał się na pół. Nie miał pojęcia jak matka poradzi sobie przez co najmniej 3
tygodnie bez czegokolwiek. Raptem po dwóch dniach zaczęła tracić siły i
pogrążać się w bezdennym chaosie, w jakim zamknęła swój umysł. Spojrzał na
kalendarz, klnąc w myślach. Termin wizyty u psychiatry minął już dawno.
„Skończysz jak swój ojciec”.
Ponownie przeszył go dreszcz, na wspomnienie tych
słów. Nie pamiętał nawet kiedy i w jakiej sytuacji nauczyciel do niego to
powiedział. Jedyne co utkwiło w jego pamięci to ta odraza na twarzy mężczyzny.
Uniósł powoli swoje dłonie, patrząc się na nie beznamiętnie.
Czy będę taki jak ojciec?
Spojrzał kątem oka na Sue, która już spała. Robiło
mu się niedobrze na samą myśl o tym, że byłby w stanie zrobić krzywdę
komukolwiek, ale jednak dzień w dzień chciał zabić ojca. Powtarzał sobie, że to
co innego, ale okłamywał sam siebie. Wiedział, że prawdopodobnie zdobyłby się
na gorsze rzeczy niż obecnie ojciec. Nie skrzywdziłby by Sue, ani matki, ale…
innych tak. Inni nie obchodzili go.
Jedyne czego pragnął, to wyciągnąć te dwie niewinne
osoby z tego piekła.
W pewnym momencie usłyszał przeraźliwy wrzask.
Zerwał się jak oparzony z krzesła i wypadł z pokoju. Podświadomie wiedział, gdzie
pobiec. Wpadł do pokoju matki, przypadł do łóżka i starał się ją uspokoić.
- On tutaj idzie!!! – wrzeszczała.
- Zostaw mnie!!!
- Puść mnie!
- Zabijcie mnie, błagam, błagam, błagam…
Te napady paniki, strachu, obłędu przerażały go to
szpiku kości. W końcu nadal, przez cały ten czas był dzieckiem, które widzi
swoją matkę u kresu szaleństwa. Jednak musiał coś zrobić. Chwycił mamę za
ramiona i zaczął nią potrząsać.
- Mamo, mamuś, mamusiu…
Kobieta patrzyła przez niego w jakiś odległy punkt,
szepcząc coś niezrozumiałego.
- Mamo to tylko zły sen.
- Błagam, błagam, błagam…
- Mamo, proszę, posłuchaj…
- ZABIJ MNIE!!!
- Mamo! Mamo, proszę!
Jej wrzaski przeszły w kolejne fazy bezładnego,
nieopanowanego wrzasku. Tym razem nie ważne jak długo siedział przy matce,
kobieta nawet na chwilę nie odzyskała świadomości. Jej wrzaski przedzierały się
przez każdy zakamarek domu. Fumiya dziękował w myślach, że ojciec wyszedł
gdzieś wieczorem. Przynajmniej obędzie się bez batów.
- Nienawidzę cię! Nienawidzę was wszystkich!
Wszystkich! WSZYSTKICH!!! Aaaaaaaaaa…. – jej wrzaski w pewnym momencie przeszły
w charkot, a kobieta ucichła i opadła z sił. Najwyraźniej tym razem jej gardło
nie wytrzymało. Zasnęła błyskawicznie.
Fumiya z ulgą wypuścił jej nadgarstki z uchwytu i
delikatnie położył ją z powrotem do łóżka. Otarł z czoła kropelki potu. Kiedyś,
nim psychiatra przypisał matce te tabletki, ten koszmar powtarzał się co noc.
Fumiya był młodszy i słabszy, a przytrzymywanie jej rąk było jedną wielką
szarpaniną. Teraz przynajmniej miał sił na tyle, by kobieta nie zrobiła sobie
krzywdy sama sobie.
Chłopak zamknął za sobą drzwi do sypialni, opierając
się ze zmęczeniem o ścianę. Nie miał pojęcia jak matka wytrzyma do momentu, aż
znajdzie jakieś pieniądze na leki. Nie miał nawet pojęcia, czy tabletki
zadziałają znowu, jeśli raptem kilkudniowa przerwa cofnęła matkę do czasów
sprzed kuracji. Wszedł po drodze do łazienki, by przemyć twarz zimną wodą.
Sue leżała cała nakryta kołdrą, trzęsąc się, gdy
Fumiya wrócił do ich pokoju. Rozejrzał się beznamiętnie po pokoju, choć serce
pękało mu na kawałki. Zapalił lampkę na biurku i usiadł obok siostry.
- Sue, Sue… - potarmosił nią lekko. Siostra nakryła
się jeszcze bardziej pociągając nosem. Brat chwycił ją delikatnie za ramię. –
Sue, słoneczko, posłuchaj… Obiecuję ci… Jeszcze nie wiem kiedy, ale obiecuję
ci… - zniżył glos do szeptu. – Że was stąd wyciągnę. Was obie. I ciebie, i
mamę. Wyjedziemy gdzieś daleko, bardzo daleko…
- Nie kłam.
Dwa niewyraźnie słowa, które wydobyły się spod
kołdry zamroziły go zupełnie. Sue przełknęła łzy i dodała jeszcze jedno zdanie,
które sprawiło, że zabrakło mu tchu.
- Mamy już nie ma.
Puścił siostrę, nie wiedząc nawet jak zareagować na
falę płaczu, która nadeszła po tym. I patrząc się przed siebie, szeroko
otwartymi oczami, prosto w pustkę, zdał sobie sprawę z ich sytuacji.
Nie wiedział nawet, kiedy zaczął nucić ulubioną
kołysankę ich mamy, ale przestał, gdy Sue ponownie zasnęła.
***
Sue siedziała w szkolnej ławce, spoglądając gdzieś
daleko poza okno. W pewnym momencie odruchowo naciągnęła rękawy koszulki, by
przykryć blaknące już siniaki. Weszło jej to w nawyk i nawet nie szukała
luźniejszych koszulek.
- Nie jest ci w tym za gorąco? – pytali czasem
koledzy z klasy, gdy akurat nie mieli zamiaru jej wyśmiewać, czy szydzić.
- W porządku. – rzucała tylko, uśmiechając się.
Nauczyła się tego od brata.
Nawet jeśli Fumiya był dobrym aktorem, udając przez
całe życie, że wszystko w porządku, to nadal był jej bratem i doskonale
wiedziała, że okłamuje ją.
Mogła być sobie małą dziewczynką, ale nie musiała
być głupia.
Wyłączyła się z dalszej części godziny wychowawczej.
Nauczycielka i tak rozprawiała o zakończeniu roku i tym podobnych sprawach,
więc nie musiała się martwić. I tak pójdzie tutaj do kolejnej, piątej już
klasy. Zastanawiała się co zrobi jej brat, który powinien myśleć nad wyborem
liceum, a od paru miesięcy notorycznie opuszczał lekcje, nie mogąc pokazywać
się z tymi wszystkimi siniakami, z jakimi kończył po codziennych spotkaniach z
ojcem.
Ostatnio robiło się to coraz gorsze. Nie ważne nawet
czy Fumiya oponował, czy nie, ojciec zawsze resztki sił wyładowywał na niej.
Sue wzdrygnęła się, zamykając oczy.
Wszystko szło jeszcze gorzej. Szczególnie jeśli
chodziło o mamę. Fumiya nie wiadomo skąd wytrzasnął odpowiednią sumę pieniędzy
na leki dla matki, ale nawet po kilku tygodniach ze zwiększoną dawką oraz
wizytami u psychiatry, nic nie dawało. Sue nie do końca rozumiała co dzieje się
z Azawą. Po prostu kuliła się w kącie za każdym razem, gdy mama zaczynała
wrzeszczeć.
- Jeśli chodzi o wycieczkę, to tak jak wspomniałam,
nasz projekt wygrał, więc cała klasa ma wszystko opłacone, wystarczy tylko
złożyć się na autokar. Przekażcie rodzicom, żeby do końca tego tygodnia dali
wam po 950¥ (ok. 35zł).
Sue ocknęła się gwałtownie słysząc sumę. Zerknęła
kątem oka na kalendarz i lekko posmutniała, zdając sobie sprawę, że nie ma
szans na jakiekolwiek drobne pod koniec maja. Hardo postanowiła nawet o tym nie
wspominać. Podrobi jak zwykle zwolnienie z wycieczki i zaszyje się gdzieś w
parku na cały dzień. Może Fumiya znowu nie zorientuje się przedwcześnie.
- Jeśli macie starsze rodzeństwo dajcie znać, mamy
kilka wolnych miejsc.
Dziewczynka od razu pomyślała o bracie, choć to była
tylko przejściowa myśl. Nie wyłuskaliby odpowiedniej ilości pieniędzy na nią
samą, co dopiero na dwójkę osób. Spojrzała jeszcze na tablicę. Wycieczka na dwa
dni do Kioto. Westchnęła ciężko.
Mimo wszystko chciałaby pojechać. Zobaczyć coś
więcej niż to ciasne miasteczko. Coś, co chociaż powierzchownie dałoby
nadzieję.
Nawet nie wiedziała, kiedy zdecydowanie podniosła
rękę do góry. Wychowawczyni wpisała na listę ją i jej brata.
***
Fumiya podniósł się ociężale z łóżka około 16, po
kolejnej drzemce. Słyszał jak matka znowu miała atak, ale nogi odmawiały mu
posłuszeństwa. Ojciec doskonale wiedział, w które miejsca uderzać, by odczuł to
jak najdotkliwiej, a jednocześnie sińce będą łatwe do ukrycia pod warstwą
ubrań.
Gdy w końcu stanął chwiejnie na nogach, a mroczki
zaczęły mu przechodzić, opętańcze wrzaski Azawy ucichły pod wpływem głośnego
trzasku. Chłopak zmusił się do zrywu i o resztach szybko uchodzących sił wpadł
do pokoju matki. Fala obrzydzenia i bólu przepłynęła przez niego, gdy zobaczył
kobietę płaczącą panicznie na ziemi, a nad nią bezlitosnego potwora. Fumiya
dopadł do matki, obejmując ją ramionami i delikatnie kołysząc, powtarzając
jedyne zdanie jakie miało sens w tej chwili.
Jestem tutaj, jestem tutaj.
Nienawidził faktu, że nie jest w stanie zrobić nic
więcej niż być.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy… - warknął ojciec,
spluwając na ziemię obok niego. Fumiya zastygł na chwilę, czujnie słuchając
mężczyzny. Akino jakoś inaczej formułował zdania. Chłopak zastygł w bezruchu. –
I co sterczysz jak ten idiota!? – warknął ponownie mężczyzna, podrywając go za
kar do góry.
Fumiya rozszerzył oczy, gdy nie wyczuł od niego
alkoholu. Nie mógł w to uwierzyć. Ojciec przyszedł do domu trzeźwy.
- Nie zachowuj się jak niedojebane dziecko! –
mruknął na niego, ciskając nim o ścianę. Chłopak ugryzł się w język i wydał
tylko zduszone westchnienie. Nim nawet zdążył odzyskać równowagę, ojciec znów
chwycił go i zamknął jego szyję w uścisku.
- A-akino… - wydukała matka, spoglądając na niego z
przerażeniem.
- Mamo… - Fumiya spróbował coś powiedzieć, ale
uścisk na jego szyi tylko się zwiększył.
- Akino, proszę… cię… - Azawa dukała słowa po kolei,
ale widać było, że choć na chwilę odzyskała świadomość tego kim jest i gdzie
jest.
- STUL PYSK, STARA KURWO! – jej mąż kopnął ją
ponownie, podnosząc głos. Gdy kobieta ponownie skuliła się ze strachu,
zawodząc, kopnął ją drugi raz i już zamierzał się do trzeciego, gdy Fumiya z
całej siły wbił mu piętę w stopę.
- TY MAŁY KURWIU…. – zaczął tubalnym głosem, ale po
chwili uśmiechnął się złośliwie. – A no tak… Prawie bym zapomniał z tobą
porozmawiać, gówniarzu.
Akino najzwyczajniej świecie odwrócił się od
znieważonej kobiety, która zakrywała się rękoma, drżąc w nieokreślonych drgawkach
i odciągnął od niej syna, jak szmacianą lalkę.
Fumiya ledwo złapał oddech, gdy ojciec ponownie
cisnął go na ziemię, tym razem w salonie. Nabrał łapczywie powietrza, podczas
gdy ojciec zaczął wyciągać alkohol. Chłopak nie podnosił się z ziemi, śledząc bacznie
ruchy ojca, jak upolowana zwierzyna, która nie miała szans na ucieczkę. Akino
roześmiał się szyderczo, siadając ciężko na rozwalającą się kanapę.
Fumiya od razu zerwał się na nogi, ignorując
wszystkie bóle, które rozeszły się ze zdwojoną siłą, przy gwałtownym ruchu, i
zmierzył ojca nienawistnym pogardliwym spojrzeniem.
- Chciałeś gadać. – warknął.
- Kurwa, będę z tobą rozmawiać, kiedy mi będzie
pasowało, dotarło, kurwiu? – ojciec splunął w jego kierunku, po czym odkorkował
wino i wziął duży łyk. Wino ściekało mu kątem ust. – Słuchaj mnie, gnoju.
Jestem twoim zasranym ojcem, więc przychodzę do ciebie z interesem.
- Pierdol się.
Fumiya ledwo uchylił się od kieliszka lecącego w
jego stronę. Szkło rozbryzgnęło się na wszystkie strony, roztrzaskując o
ścianę.
- Zachowuj się. – wycedził ojciec. – Znalazłem ci
robotę.
- Czy nie ty powinieneś być żywicielem rodziny? –
spytał ironicznie Fumiya, jednak z większą dozą ostrożności. Pijany ojciec był
straszny, ale trzeźwy jeszcze gorszy. Człowiek o zdrowych zmysłach jest
najbardziej niebezpieczny.
- Kurwa mać! – Akino trzasnął pięścią o stół, tak że
Fumiya się wzdrygnął. Mężczyzna uśmiechnął się władczo, widząc strach w oczach
syna, po czym rzucił zmiętą kartkę na stół.
- Co to jest?
- Twoja robota.
Fumiya przeczytał pobieżnie informacje na kartce, po
czym przeniósł wzrok na ojca. Nawet nie wiedział co czuł. Strach,
niedowierzanie, obrzydzenie, nienawiść. Wszystko zlało się w jedno uczucie,
które powstrzymywał resztką sił. Gdyby ich brakło, nie byłby pewien, czy nie
rzuciłby się na ojca z czymś ostrym w dłoni.
- Chyba popierdoliło cię do reszty!
Ojciec nie odpowiadał, pijąc wino jak zachłanne
prosię. Czarnowłosy obserwował go. Jego czarne, tłuste włosy, brodę i
przekrwione oczy.
Robiło mu się nie dobrze.
- Idź po to. Teraz.
- A kasę z niby skąd na to masz?
- KURWA, powiedziałem, że masz iść!
- Matka nie ma pieniędzy na leki, a ja mam…
Ojciec zerwał się gwałtownie, uderzając go pięścią w
brzuch.
- Spróbuj coś przekręcić, a obedrę twoją matkę ze
skóry. – wysyczał.
- Spróbowałbyś. – wydusił z równą nienawiścią,
podnosząc się. Ojciec uderzył go znów, choć tym razem chłopak zablokował cios
na tyle, by nie upaść.
Akino posłał mu wyniosłe spojrzenie i jedyne co mógł
zrobić chłopak to wziąć pieniądze od ojca i wyjść. Doskonale wiedział, że
mężczyzna zrobiłby to. To i o wiele gorsze rzeczy. Fumiya trzasnął drzwiami.
Jego bezsilność go porażała. Jego strach go
brzydził, za każdym razem, gdy nie wiedział co zrobić, gdy widział jak ojciec
znęca się nad matką. Brzydził się sobą, gdy w środku nocy dochodził do wniosku,
że lepiej byłoby wyciągnąć stąd tylko Sue.
Zacisnął zęby, biegnąc przed siebie.
Nienawidził siebie tak bardzo, gdy zdawał sobie
sprawę, że matka dokłada mu tylko kolejne ciężary. Leki, zerwane noce, kolejne
powody, by ojciec ich tłukł. Obłęd jaki panował w tym domu wykańczał go.
W pewnym momencie zahamował, zwolnił bieg. Przejazd
kolejowy przed nim był zamknięty, a pociąg spokojnie przetaczał się po szynach,
mknąc gdzieś daleko stąd, Fumiya mógł myśleć tylko o sumie pieniędzy ciążących
mu w kieszeni i o ucieczce gdzieś daleko.
Ale to były tylko myśli.
***
Zastanawiał się, czy tak teraz będzie wyglądać jego
życie.
Starał się nie rozglądać, choć nie mógł powstrzymać
się od rzucania ukradkowych spojrzeń, każdemu, kto go mijał. Nie spodziewał
się, że w ich małej mieścinie czarny handel będzie kwitł tak samo dobrze jak w
stolicy. Fumiya miał ochotę splunąć na to wszystko, ale zacisnął zęby i sprawdził
jeszcze raz adres.
Cała zacieniona uliczka cuchnęła alkoholem,
szczynami i krwią, chłopak ledwo powstrzymywał się od zwymiotowania.
Gdzieniegdzie leżeli upici, może martwi ludzie, przemycony towar przechodził błyskawicznie z rąk do rąk.
Fumiya miał wrażenie, że pewna grupka młodych, nabitych mężczyzn ma dłonie
ubrudzone krwią, a przy boku przyczepione miecze.
Serce zabiło mu mocniej.
Oczywiście, że zdawał sobie sprawę, że płatni
zabójcy stają się tak samo popularni jak jeszcze przed wojną, wszyscy
plotkowali o tym w szkole, jakby temat nie obracał się wśród czystej rzeźni
tylko nowej kolekcji ciuchów, ale nie przypuszczał, że natknie się na nich
nawet tutaj.
Nagle poczuł się strasznie słaby, ze swoją cherlawą
budową, zapadniętymi oczami i przydługimi włosami, które wpadały mu do oczu.
Ułamek sekundy później, ktoś wciągnął go do klatki
schodowej pobliskiego domku. Chłopak automatycznie wyrwał się, ale najwyraźniej
facet, którego szukał znalazł go sam.
- Masz hajs? – wycharczał, ściskając czarnowłosego
za przedramię. Chłopak warknął wyrywając rękę.
- Najpierw towar.
Facet roześmiał się i cisnął mu w twarz foliową
saszetkę z kilkoma gramami zioła. Fumiya spojrzał na to z odrazą i wcisnął w
najgłębszą kieszeń, po czym rzucił facetowi zmięty banknot.
- Widzę, że nie jesteś w ciemię bity, Sotomura.
Chłopak zignorował go i zaczął wycofywać się w
uliczkę, ciągle jeszcze zwrócony ku dilerze, cały czas gotowy do bronienia się.
Facet najwyraźniej dostrzegł jego napięte mięśnie i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Po co te nerwy, młody. – roześmiał się tubalnym
basem. – Ojczulek wysłał cię tu pierwszy raz, co?
- Proszę nie nazywać tego gnoja moim ojcem. –
wysyczał. – A teraz wynoszę się stąd. Nie spędzę tu ani jednej sekundy więcej
niż trzeba. – już stawiał pierwszy krok na ziemię, ale facet znów wciągnął go
do klatki schodowej ponownie, jednak nie zdążył się nawet odezwać.
Fumiya wyprowadził cios nim w ogóle pomyślał, a jego
pięść chybiła tylko dlatego, że zorientował się, że mężczyzna mu nie zagraża.
Wyprostował się, korzystając ze swojego jedynego atutu – wzrostu – i odepchnął
faceta ramieniem.
- Czego jeszcze chcesz. Kasa się zgadza. – splunął
na ziemię, przybierając morderczy wzrok.
- Widzę, że umiesz się bić. Szkoła tatusia, co? –
znów roześmiał się, ale ucichł pod nienawistnym spojrzeniem czarnych oczu
chłopaka. – Nie miałbyś ochotę wykonać dla mnie jednej roboty? Mojego starego
„pomocnika” przymknęli ostatnio.
- Daruj pan sobie. – warknął Fumiya, wychodząc.
- Zapłacę ci za to 5000¥ ( ok. 185zł.)
Chłopak zatrzymał się gwałtownie. To nawet więcej
niż potrzebował na leki matki. Już miał się odwrócić, gdy dotarło do niego, że
da się jedynie zmanipulować. Nie miał zamiaru dać wciągnąć się w takie życie.
Łatwo do niego wpaść, ale nie sposób wydostać.
Czarne pieniądze nie uratują nikogo.
- Za takie marne pieniądze się nie sprzedam. –
wycedził przez zęby, posyłając dilerowi mordercze spojrzenie. Ten jedynie
roześmiał się któryś raz z kolei.
- Przypominasz ojca, młody. I jeszcze tu wrócisz. –
zawołał za nim, ale czarnowłosy przyśpieszył, ignorując go.
Brzydził się sobą, gdy niewielka suma pieniędzy
nadal mamiła go słodkimi kłamstwami w myślach.
***
Fumiya wracając, zaszedł do parku. Sue ostatnimi
czasu lubiła spędzać tam czas do wieczora, usiłując zaszyć się z dala od domu
tak długo jak mogła. Chłopak widział, że dziewczynka zaczęła dojrzewać
psychicznie szybciej niż oczekiwał i w jej oczach pojawiało się zrozumienie,
gdy matka znów popadała w obłęd.
Bał się tylko, że w końcu żadne z nich nie da rady
sobie z tym ciężarem.
Znalazł dziewczynkę przy jednej z ławek, skrobała
coś na skrawku papieru, choć jej oczy były gdzieś daleko poza rysunkiem,
skupione na przyszłości, którą chciała widzieć.
- Chodź Sue. – powiedział cicho, stając za nią. –
Wracajmy do domu.
- Nie chcę. – odparła dziewczynka cicho. – To nie
jest dom.
Fumiya usiadł obok niej na ławce.
- Póki co jeszcze jest. Ale uciekniemy z niego już
niedługo.
- Kiedy? – spytała, podnosząc na niego duże, czarne
oczy.
- Kiedy stuknie mi 18-stka. Braciszek będzie dorosły
i coś wymyśli. – uśmiechnął się do niej, głaskając siostrę po włosach.
Dziewczynka nadęła policzki, po czym wcisnęła
rysunek do tornistra i wstała. Chłopak również podniósł się ociężale i
rodzeństwo zaczęło powoli iść naprzód. Zawsze naprzód.
Fumiya nigdy nie umiał docenić piękna ich
miasteczka. Czasem docierało to do niego, gdy zachodzące słońce zostawiało
żarzącą się czerwień na ciemniejącym niebie, oświetlając reszkami sił
malownicze uliczki, ale zazwyczaj podziwianie jego malowniczości wydawało mu
się niewłaściwe. Myślenie o tym jak „ładnie jest” było nie w porządku, gdy
zaraz po powrocie do domu, wszyscy znów byli pogrążani w strachu przez ojca.
Ostatnimi czasy też przez matkę.
- Fumiya! – Sue pociągnęła brata ze
zniecierpliwieniem za rękaw koszulki.
- Słucham, księżniczko. – uśmiechnął się do niej
przepraszająco, gdy pokazała mu język. – Wybacz, zamyśliłem się.
Dziewczynka spoglądała na niego bacznie przez
chwilę, ale potem puściła jego nadgarstek, wpatrując się w brukową kostkę.
- Organizują u mnie wycieczkę klasową. – odparła
cicho, nie wierząc, że to mówi.
Fumiya poczuł jak kolejny odłamek szkła wbija się w
jego serce. Kalkulował wydatki jak mógł, czując jak czas na danie odpowiedzi
kurczy się, ale nie mógł znaleźć sił by przytaknąć. Spojrzał na siostrzyczkę z
bólem w oczach – dziewczynka na całe szczęście nadal wpatrywała się w chodnik.
- Sue, posłuchaj… - zaczął załamującym się głosem.
- Ja wiem. Wiem! – przytaknęła ze złością, kopiąc
kamyk. – Nie mamy na to pieniędzy. Nigdy nie ma pieniędzy… - dodała ze
smutkiem. – Ale powiedzieli, że można zapisać starsze rodzeństwo… I to tylko
raptem 950¥…
Fumiya poczuł smutek, gdy przypomniał sobie pustki w
lodówce. Nie mieli nawet czasem możliwości zrobić śniadania do szkoły czy zjeść
3 konkretnych posiłków dziennie, a wycieczki… Jednak nie mógł znaleźć słów jak
odmówić siostrze.
Tak bardzo chciał zapewnić siostrze dobrobyt,
sprawić by mogła chodzić cały czas roześmiana. Tak bardzo pragnął kupić jej te
durne kredki, że prawie płakał nad swoją bezsilnością.
- Pomyślałam, że przyda ci się chociaż jeden dzień
odpoczynku… - wymamrotała jeszcze, chowając brodę w kołnierzu.
Chłopak zatrzymał się gwałtownie, jakby uderzony
obuchem i milczał. Jego siostra po kilku krokach odwróciła się, spoglądając z
troską na starszego brata. Jej niepewność przeszła w dziecięce zdumienie, gdy
zobaczyła, że Fumiya się uśmiecha. Uśmiecha się szczerze i pewnie.
- Braciszku..?
- Jedziemy na tę wycieczkę, Sue. – odparł krótko. –
Masz rację. Zasługujemy na dzień wolnego od rzeczywistości. – roześmiał się.
Dziewczynka zamrugała gwałtownie oczami,
przekrzywiając głowę.
Fumiya jednak roześmiał się jeszcze głośniej
podrywając wątłą dziewczynkę do góry, okręcając się z nią o 360 stopni, po czym
posadził ją sobie na ramiona. Sue od razu chwyciła go w panice za czoło.
- Braciszku?
- You are my
sunshine, my only sunshine… - chłopak wydawał się jej nie słyszeć,
ogarnięty nagłą radością. Chwycił siostrę na nogi, upewniając się, że nie
spadnie.
- Coś się stało? Jesteś pewien?
- You make me
happy when skies are gray… - chłopak przytaknął, nie przerywanie nucąc
ulubioną piosenkę ich matki.
Sue w końcu uwierzyła mu, uśmiechając się ciepłym,
dziecięcym uśmiechem, gdy po pustoszejących ulicach poniosły się kolejne wersy
piosenki.
You'll never know dear, how
much I love you
Please don't take my
sunshine away.
***
Dochodziła północ i stary diler odprawił ostatniego
klienta na dzisiaj. Musiał szybko się zwijać. Doskonale zdawał sobie, że po
ilości przekrętów jakie wykonał w całym swoim życiu, grupka morderców, która
przybyła do miasta, z chęcią załatwiłaby go za dogodną sumkę.
Przeliczał akurat zwitek pieniędzy, gdy zza zakrętu
wyszedł jakiś młody chłopak. Szedł pewnym krokiem jakby chodził po takich
miejscach przez całe swoje życie, ale gdy na jego twarz padło światło latarni,
diler zdał sobie sprawę, że 15-latek jest tu dopiero drugi raz.
Nie mylił się. Chłopak pasował tu czy tego chciał
czy nie.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy. – uśmiechnął się
szyderczo.
Czarnowłosy stanął przed nim wyprostowany, śledząc
go uważnie wzrokiem.
- Ta robota za 5000¥…
- w oczach Fumiyi pojawiła się czysta rezygnacja ze wszystkiego. – Biorę ją.
Jak ja czekałam na jakieś opowiadanie z rzeczywistości krwawej truskawki *-* Normalnie skakałam z radości jak zobaczyłam, że dodałaś notkę :) Nie dziwię się, że Azawa nie wytrzymała psychicznie. Ja ledwo wytrzymuje krzyki mojego ojca. Jestem już ciekawa jak Fumiya zostanie płatnym zabójcą. I czy zabije Akine. Zrobiłabym to z chęcią. Podziw dla Fumiyi, że to wszystko wytrzymuje. Mam nadzieję, że diler go nie oszuka. Czekam na kolejne rozdziały i życzę weny *-*
OdpowiedzUsuńradca prawny prawo pracy rzeszow
OdpowiedzUsuń