Rozdział 2
Kiedy
dostrzegł cień
- Myślałam, że nie masz choroby lokomotywnej.
- Lokomocyjnej. – Fumiya poprawił siostrę słabym
głosem, cały czas wpatrując się w sufit wagonu, wzdychając z wdzięcznością, gdy
powiewy wiatru wdzierały się do środka, ochładzając go. – I nie, nie mam
choroby lokomocyjnej.
Siostra zmarszczyła czoło, przyglądając mu się z
niedowierzaniem, ale podciągnęła kolana pod brodę i wlepiła wzrok za okno.
Kilka czarnych kosmyków wysunęło się z nieszczęsnie zaplecionego warkocza Sue,
ale dziewczynka nie zwracała na to uwagi. Kiwała się co jakiś czas, gdy pociąg,
mknąc po torach, napotykał na jakąś nierówność.
Zmierzali właśnie razem na wycieczkę w stronę Kioto.
Sue wciąż nie dowierzała bratu, gdy oznajmił, że ma pieniądze, a tym bardziej,
gdy stwierdził, że to jego kieszonkowe na czarną godzinę. Co z tego, że żadne z
nich nie miało kieszonkowego. Cały przedział został zarezerwowany dla nich,
również ze względu, że pojechała znaczna część rodzeństwa jej kolegów z klasy.
Siedzieli na początku wagonu, w kącie, odcięci od reszty jak najbardziej się
dało. Dziewczynka czuła się trochę winna, widząc wcześniej jak Fumiya witał się
ze swoimi kumplami, ale patrząc się na wesoło śpiewającą gromadkę rówieśników
na tyle czuła niepokój. Czasem zastanawiała się, czy ta niechęć do ludzi
pozostanie z nią już na zawsze.
Spojrzała kątem oka na brata, który zrobił się
praktycznie zielony i było wiadomo, że mu nie dobrze.
- Włosy ci urosły. – stwierdziła cicho. Chłopak
uniósł brwi wysoko, marszcząc czoło, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.
Przy tym drobnym ruchu część czarnych kosmyków znów opadła mu na czoło. Włosy
sięgały mu już prawie do brody. – Nie chcesz ich ściąć?
Pokręcił głową, wzruszając jednocześnie nonszalancko
ramionami.
- Za dużo z tym roboty. – uśmiechnął się tylko w
odpowiedzi.
- Ładnie ci. – mruknęła jeszcze, przerzucając
spojrzenie z jednego dzieciaka na drugiego, ani razu nie uśmiechając się na
widok ich roześmianych twarzy. Dla nich i tak była niewidzialna.
Brat spojrzał ponad jej głową, zastanawiając się
czemu tak przygląda się siostra. Konsternacja na ich twarzy była uderzająco
podobna, że aż wychowawczyni posłała mu ciepły, wręcz matczyny uśmiech. Fumiya
poczuł jak sumienie napiera na jego barki.
Pacnął siostrę zaczepnie w ramię, jednak uczynił to
z wrodzoną delikatnością.
- Ej, co jest? – uśmiechnął się do niej. – Gdzie
podziała się cała twoja ekscytacja, co? – roześmiał się cicho, gdy podniosła na
niego niepewnie swoje czarne jak węgiel oczy.
- Sama nie wiem. – burknęła, spuszczając jedno
kolano na ziemię, drugie podciągnęła pod samą brodę. Jej wzrok znów powędrował
do kolegów z klasy. – Jakoś nie myślałam, że inni też pojadą…
Fumiya roześmiał się w głos, czochrając siostrę po
włosach.
- Głuptas z ciebie.
- To już nie moja wina, że nie lubię ludzi. –
burknęła siostra, chowając twarz przed wszystkimi, a włosy, które w
międzyczasie uwolniły się z warkocza, opadły jej na policzki.
Brat westchnął krótko, patrząc się przez chwilę za
okno, na zmieniające krajobrazy, po czym uśmiechnął lekko.
- Hej, w końcu wyrwaliśmy się gdzieś poza to małe
miasteczko. Skupmy się na wycieczce. – wyszczerzył się do dziewczynki. – No i w
końcu, twój silny, starszy brat pojechał z tobą. – Sue również lekko uniosła
kąciki do góry. – A poza tym… Ludzi nie ma sensu aż tak źle oceniać. To że mamy
takiego pecha i otaczają nas sami niemili, nie oznacza, że gdzieś indziej nie
ma tych dobrych…
- Takich jak ty i mama? – Sue przekrzywiła głowę
pytająco.
Fumiya zagryzł na chwilę wargę, mrużąc oczy w
przypływie fali bólu, ale w końcu uśmiechnął się swoim najszczerszym,
najcieplejszym uśmiechem, jakim ostatnio umiał obdarzyć tylko siostrę.
- Tak, a nawet lepszych. – przytaknął cicho.
***
Fumiya musiał przyznać, że choć nie spodziewał się
dużo od wycieczki dla dzieciaków, to i tak chłonął wzrokiem każdy centymetr
mijającego go terenu. Z ich niewielkiego miasteczka, które nie liczyło się w
ogóle w kraju nie wyjeżdżał praktycznie nigdy – może raptem 2 czy 3 razy gdy
któryś z kumpli zaproponował wyjazd nad wodę.
Jego siostra patrzyła się na byłą stolicę z ogromnym
strachem, ale zarówno respektem. Zostali podzieleni na różne grupy – ci młodsi
szli z przodu z przewodnikiem, a starsi, wzięci na doczepkę, wedle uznania
mogli chodzić z nimi, albo samemu wyskoczyć na miasto. Czarnowłosy z trudem
namówił kumpli z klasy, by zostali pozwiedzać, a potem przejdą się po mieście.
Reszta chłopaków i dziewczyn zwinęła się kilka sekund po usłyszeniu planu.
Do południa zdążyli zwiedzić już dwie wizytówki
Kioto – Złoty Pawilon oraz świątynię Kiyomizu-dera. Obecnie szli żwawym krokiem
w stronę Fushimi Inari i choć na mapie odległość wydawała się być niewielka,
dzieciaki dążyły się zmęczyć zwiedzaniem i łażeniem. Jego siostra posyłała mu
niepewne spojrzenia, trzymając się na uboczu swojej grupki, jakby wycieczka
okazała się dla niej bardziej udręką niż przyjemnością. Fumiya uśmiechał się do
niej pokrzepiająco, przeczuwając, że mieszane emocje Sue opierają się jedynie
na niewielkiej świadomości jak duży jest ten świat. Dziewczynka, wiecznie
zamknięta w niewielkiej miejscowości znała świat tylko z map.
- Łał, ty serio lubisz swoją siostrę. – rzucił
Satoshi, rozglądając się ze znudzeniem po otoczeniu.
Fumiya podniósł na niego wzrok, unosząc jedną brew
do góry, nie będąc pewien czy kumpel szydzi z niego, czy po prostu go zagaił.
- Ja tam na przykład nie mam aż tak dobrych
kontaktów z rodzeństwem. – mruknął Kai, który przestał na chwilę podjadać coś z
plecaka. Był dalekim kuzynem Satoshiego i chcąc nie chcąc, kumplując się z
Satoshim, Fumiya skazany był także na Kai’a. Ale nie narzekał. Choć chłopak był
często zwyczajnie przymulony i nieobecny, czarnowłosy wiedział, że mógł spotkać
dużo gorsze osoby.
- Ty nie masz dobrych kontaktów? Masz siostrę,
stary. Ja tłukę się z tamtym kurduplem codziennie! – Satoshi wskazał palcem na
jakiegoś dzieciaka, który słysząc głos brata, obrócił się i pokrzywił się mu. –
Dowalę ci jak wrócimy!
- Sądzę, że to kwestia podejścia. – Fumiya wzruszył
tylko ramionami, zaciskając mocno szczęki. Mimo wszystko nie mógł wyobrazić
sobie innej relacji między nim, a Sue. Nie chciał nawet dopuścić myśli, że
miałby się z nią wykłócać o każdą błahostkę.
A może byłoby to dla niego normalne, jeśli mieliby
normalną rodzinę. Jeśli dom, nie byłby dla niego tylko budynkiem.
- Ej, chłopie nie łam się! – Fumiya zakrztusił się
śliną, gdy Kai klepnął go w plecy, chcąc dodać mu otuchy. – W końcu jesteśmy w
Kioto! A jutro mamy dzień wolny!
***
Fumiya nie czuł nóg. Przeszli całe Kioto do świątyni
Inari i szli dodatkową trasą, prowadzącą przez stoki góry Inari,
kilkukilometrowym szlakiem wiodącym na szczyt, gęsto otoczony setkami
czerwonych bram torii tworzących korytarz. Później na całe szczęście zawieźli
ich do Świątyni Mnichów, co również było dużym zdziwieniem – rzadko kiedy
puszczają tam dzieciaki, w obawie przez zniszczeniem parku.
Satoshi padł na futon wyłożony w ich pokoju. Spali
we trójkę w jednym małym pokoiku – dzieciakom, nauczycielom i dziewczynom
przypadły te większe.
- Jestem umierający. – jęknął chłopak, rozkładając
ramiona.
- Jestem głodny. – dodał Kai, opadając na materac.
Fumiya pokręcił głową z dezaprobatą, nie odzywając
się. Kumple nadal mieli mu za złe, że jako jedyny nie uskarżał się na stan
motelu, w którym mieli przenocować. Czarnowłosy był przyzwyczajony do dużo
gorszych warunków, o ile te można było nazwać „złymi”. Nawet jeśli Kai i
Satoshi byli „przyjaciółmi” Fumiyi, albo raczej osobami z którymi najlepiej się
dogadywał, nie znały całej prawdy o jego sytuacji. Nie byli jednak nieświadomi
– wiedzieli, że ma problemy w domu, podejrzewali dlaczego nigdy nikogo nie
zapraszał, ale nigdy nie pytali. A Fumiya nigdy nie mówił.
A koło domykało się samo.
Martwił się też trochę o Sue. W ciągu dnia może nie
gadali ze sobą za dużo, ale miał dziewczynkę cały czas na oku, a widząc, że
nikt jej nie dokucza, a kilka dziewczynek od czasu do czasu rzuciło coś do
niej, uspokajał się. Teraz jednak pozostawił siostrzyczkę na pastwę 10-latek z
jej klasy.
- Wrzuć na luz, Sotomura. – mruknął Kai, wyciągając
paczkę chrupek, które od razu porwał Satoshi. – Twoja siostra to przeżyje, nie
uduszą jej przez sen.
- Wcale tak nie myślałem. – burknął tylko, siadając
przy kolegach.
- Ale serio stary, ty masz z tym jakiś problem. –
westchnął Satoshi. – Kompleks młodszej siostry, czy jakoś tak to nazywali…
- Daruj sobie, Satoshi. To, że ty się nie dogadujesz
z bratem, nie znaczy, że ja nie dogaduję się z Sue.
- Dla mnie nadal jesteś przewrażliwiony. To nie
twoje dziecko, tylko siostra.
- Olej ją w końcu. Może bez ciebie w końcu
przestanie być tak autystyczna.
Fumiya posłał mu mordercze spojrzenie, że Kai aż
przestał jeść, wiercąc się i rozglądając, jakby poczuł się mniej komfortowo.
Jakby poczuł się osaczony.
- Ej, stary…
- Ona nie ma autyzmu.
- Okej, ale i tak zachowuje się jak…
- Odpierdol. Się. Od. Mojej. Siostry. – warknął czarnowłosy
groźnie, a kumple posłali sobie krótkie spojrzenia i temat po cichu zniknął,
choć napięta atmosfera utrzymała się dopóki nie zaspali.
Fumiya długo leżał w futonie. Doskonale rozumiał
dlaczego Sue nie lubiła być wśród ludzi. To wcale nie dlatego, że była
autystyczna. Niektóre objawy mogły się zgadzać, nie interesuje się otoczeniem,
nie lubi zmian, jest lekko aspołeczna i poza nim nie zawiązała z nikim głębszej
relacji, ale to nadal nie był powód.
Wszystko sprowadzało się do domu w jakim się wychowywała.
„Domu”.
Chłopaka denerwowało w ludziach to, że tak rzadko
starali się zrozumieć. Ocieniają innych po raptem kilku rozmowach, decyzjach,
twierdząc, że są głupi, nic niewarci. Nie próbują nawet dowiedzieć się,
dlaczego tak bardzo chroni Sue. Nie chcą nawet zdać sobie sprawy jakie
szczęście mają, że mogą beztrosko drzeć koty z rodzeństwem.
Łatwo być ignorantem.
Fumiya prychnął pod nosem, gdy zapach narkotyków
ojca znów uderzył mu do nozdrzy, jak za każdym razem, kiedy przypominał sobie o
tym jak bardzo bezsilny jest wobec tego tyrana.
On sam był ignorantem.
Chłopak przewracał się akurat na drugi bok, gdy na
ulicy rozległy się krzyki i ogólny rumor. Bezszelestnie przywarł do okna,
wiedziony jedynie ciekawością. Byli na wysokości pierwszego piętra, więc widział dobrze postacie przemykające wśród
neonowych lamp bocznej uliczki z budkami z jedzeniem i kolorowymi szyldami.
Tuż pod jego
oknem przemknęła niewysoka blada postać o długich, białych włosach w
szkarłatnej koszulce. Fumiya uniósł brew w zaciekawieniu. Co te dziewczyny
robią po nocach. Już miał odejść od okna, gdy z tego samego zakrętu wypadło dwóch
napakowanych facetów, trzymających… Chłopak odskoczył od okna.
Trzymających krótkie miecze.
Jedna rzecz dotarła do niego obuchem, gdy założył na
siebie jeansy i sznurował buty.
Koszulka tej białowłosej dziewczyny nie była
szkarłatna.
To była krew.
Fumiya wypadł jak oparzony z pokoju, lecz nadal
każdy jego ruch, nie ważne jak gwałtownie by nie wyglądał – był bezszelestny.
***
Wypadł z motelu jak oparzony, rozglądając się szybko
w obie strony. Ludzie, którzy jeszcze późną porą spacerowali po uliczce,
obrzucili go zdziwionym spojrzeniem, ale nie zatarł się w ich pamięci na dłużej
niż do chwili, gdy pomknął przed siebie jak wariat, wyczuwając drogę
podświadomie.
Fumiya zorientował się, że dobrze podąża, dopiero
gdy po skręceniu w jeszcze ciemniejszą uliczkę, dostrzegł plamy czegoś
szkarłatnego na ziemi, odbijające nikłe światło księżyca. Skrzywił się, gdy
kałuża krwi rozbryzgnęła się pod jego butem, ale nie zwolnił, pędząc przed
siebie.
Nie miał nawet czasu by zastanowić się po kiego w
ogóle pobiegł za nimi. Zdecydowanie nie była to pierwsza rzecz, o której
pomyślałby w takim momencie. Jego pierwszą myślą powinno być „A, walić to”. Po
kilku minutach przedzierania się po uliczkach, zaczął wątpić czy jest sens
dalszego pościgu za wyimaginowanymi złoczyńcami, ale obraz okrwawionej
białowłosej dziewczyny wciąż nie znikał mu sprzed oczu.
Prychnął pod nosem. Najwyraźniej faceci bardzo łatwo
dają się złapać na motyw „damy w opałach”.
Przed kolejnym zakrętem, przyhamował gwałtownie,
słysząc niski męski głos. Przyparł do muru, modląc się by nikt go nie usłyszał,
albo co gorsza zobaczył. Serce zaczęło mu walić mocniej. I co teraz, cwaniaku?
Pognał jak wariat za nimi, bez planu i teraz nie miał pojęcia co zrobić. Nie
umiał walczyć, nie widział nawet w jakiej odległości od niego są. Jedyne co
mógł teraz określić to fakt, że skoro dziewczyna jest we krwi, a oni mają noże,
to niewątpliwie posługują się nimi aż za dobrze, w porównaniu do niego. Fumiya
umiał tylko pokroić rozgotowaną marchewkę.
- Świetnie, kurwa. – syknął bezgłośnie, czując jak
jego mięśnie się napinają przez nagły skok adrenaliny. – Świetnie.
Nawet jeśli teoretycznie by ją stamtąd wyciągnie to
co dalej? Jest ranna, nie pobiegnie daleko, dogonią ich, bo on sam nie jest
przypakowany na tyle by ją ponieść i biec jednocześnie. A nawet jeśli, to gdzie
pobiegną? Fumiya wiedział tylko, że jest w Kioto. Gdzieś w Kioto.
Usłyszał świst metalu, czarne oczy rozbłysły, a krew
w jego żyłach zamarzła.
Chwilę później znalazła się tam sama adrenalina.
Wybiegł bezszelestnie zza zakrętu, analizując
otoczenie w ułamku sekundy. Wziął wdech. Świetnie, obaj byli obróceni plecami.
Wydech. Dziewczyna była oparta o mur, a z jej brudnej, zakrwawionej twarzy
odczytał jedynie szczere zdumienie w błękitnych oczach. Wdech. Jeden z facetów
zaczął się obracać. Fumiya wbiegł na kontener po ich prawej, akurat w momencie,
gdy drugi coś zakrzyknął. Chłopak odbił się od ściany, używając siły rozpędu, by
zadać jak najskuteczniejszy cios. Jeden z osiłków padł nieprzytomny na ziemie,
gdy łokieć czarnowłosego wbił mu się w szczękę.
Kolejny wdech.
Fumiya wyrwał mu sztylet, kucając przy lądowaniu i
błyskawicznie rzucił się na drugiego faceta. Ten odsunął się ze zdziwieniem,
gdy nóż przemknął mu koło ucha, a chłopak od razu zdał sobie sprawę, że ma
przed sobą kogoś zbyt doświadczonego.
Kolejną myślą było „Co ja do kurwy nędzy tu robię?”.
Jego plan skończył się na momencie, gdy osiłek
podnosił rękę ze sztyletem na niego, a on wgapiał się w niego przerażonymi
czarnymi oczami, sparaliżowany.
Wydech.
Dziewczyna błyskawicznie wbiła się w biodro faceta,
wbijając mu obie stopy z wyskoku pod żebra. Facet zasyczał, a Fumiya ocknął
się, gdy białowłosa zachwiała się, stanąwszy na nogach.
Ja pierdole.
- Chodź. – mruknął tylko na bezdechu, chwytając ją i
biorąc na ręce.
- Ej, chwila…
Nie dokończyła, bo Fumiya zaczął biec, wykorzystując
resztki adrenaliny, by uciec od osiłków jak najdalej.
***
- Nie ścigają nas już, koleżko. – mruknęła
białowłosa. – Odstaw mnie lepiej, bo dostaniesz przepukliny.
Fumiya z wielką ulgą zahamował gwałtownie,
puszczając dziewczynę, która o dziwo gładko wylądowała w kuckach. Postanowił
jej zaufać, przeczuwając, że zna się na takich sytuacjach bardziej niż on. A
poza tym nie wiedział co zrobić dalej.
Oparł się o ścianę, dysząc ciężko i usiłował złapać
oddech. Dziewczyna założyła ręce za plecy i przekrzywiła głowę pytająco, choć
sama też ciężko dyszała. W końcu uśmiechnęła się szeroko, mrużąc oczy.
- Z nieba mi spadłeś, serio! – zaśmiała się.
Fumiya ocknął się gwałtownie, patrząc się na nią z
przerażeniem. Białowłosa odsunęła się trochę do tyłu, mrugając niepewnie
błękitnymi oczami.
- Czekaj, przecież jesteś ranna… - wysapał, nadal
nie mogąc złapać oddechu i wyciągnął w jej stronę dłoń.
Machnęła ręką.
- Aaa, ta koszulka? Faktycznie, kiedyś była biała,
ale spokojnie, spokojnie, jestem profesjonalistą i to nie moja krew. W głównej
mierze nie… - zaczęła radośnie, jakby było się z czego śmiać, po czym
gwałtownie wyjęła dłoń zza głowy, patrząc się na Fumiyę z nagłym szokiem
realizacji. – Chwila, ranna? Ranna!? – wykrzyknęła, podkreślając ostatnią
sylabę.
Fumiya wzruszył ramionami, patrząc się na nią z
brakiem zrozumienia, po czym jego czarne oczy rozszerzyły się, gdy załapał.
- O ja ciebie! – niedoszła dziewczyna wybuchła
śmiechem. – Serio wziąłeś mnie za babę! O ja ciebie nie mogę… Ahahaha! – jego
śmiech poniósł się śmiechem po całej pustej uliczce.
Fumiya patrzył się na niego z mniejszym entuzjazmem
i rozbawieniem.
- Wiedziałeś o tym, przez cały czas jak wypluwałem
sobie płuca, niosąc cię?
- No wiesz… Chciałem powiedzieć, że sam pobiegnę,
ale tak namiętnie porwałeś mnie w te ramiona, że nie mogłem nie skorzystać. –
uśmiechnął się do niego zalotnie, po czym znowu roześmiał się, na widok
zniesmaczonej miny chłopaka. – Bez agresji, koleżko. Nie jestem jednym z
tych-tych, chociaż nie wiem nic o tobie. W mojej profesji spotyka się różnych
osobników, więc nigdy niczego nie wykluczam.
- Dla twojej wiadomości wolę dziewczyny.
- To świetnie, bo ja też! – białowłosy klepnął go
mocno po ramieniu. – Widać wiele nas łączy. Świetny początek długoletniej
przyjaźni. – objął go i zatoczył przed nim łuk, chcąc ukazać jakiś
wyimaginowany obraz.
Fumiya strącił jego dłoń ze swojego ramienia,
posyłając mu sceptyczne spojrzenie.
- Nie wiem, czy wzięcie cię za dziewczynę to dobry
początek.
Białowłosy podetknął mu wyciągniętą dłoń pod nos.
- Arata jestem.
Czarnowłosy spojrzał na niego bacznie, unosząc jedną
brew do góry. Wszystko w tamtym chłopaku było złudnie kobiece. Długie, białe
jak śnieg włosy sięgały lędźwi, błękitne oczy okolone białymi rzęsami i
brwiami, niewielka chuda postura i sam fakt, że był od niego niższy o pół
głowy. Jednak postanowił zaryzykować.
- Fumiya. – uścisnął jego dłoń, a chłopak pochylił
głowę, a jego błękitne oczy pociemniały złowieszczo. Czarnowłosy ledwo co nie
wyrwał dłoni, ale sam również postarał się przybrać morderczy wyraz twarzy.
- Pewnie teraz myślisz, że nadal wyglądam jak wątła
kobietka, co nie? – Arata uśmiechnął się, unosząc jeden kącik ust do góry. – Mogę
być sobie albinosem i mogę być niższy od ciebie, ale jestem o wiele, wiele razy
silniejszy niż ty, Fumiya. – przyciągnął go bliżej, nie odrywając wzroku od
jego oczu, niczym drapieżnik. – I zakładam, że jestem starszy.
- Jak dla mnie wyglądasz na 14. – prychnął Fumiya,
choć serce lekko ścisnął niepokój. Arata roześmiał się cicho.
- A mam 17. Będę wiecznie młody. – obserwował go
jeszcze przez chwilę, po czym odsunął się rozpogadzając oblicze. – I po twoim
wyrazie twarzy, obstawiam, że co do wieku miałem rację. – wyszczerzył się
szelmowsko.
Fumiya odetchnął z ulgą, czując, że zagrożenie
minęło, po czym postarał się o równie chytry uśmiech i odparł:
- Może wyglądałbyś na więcej, jakbyś nie stylizował
się na babę. Na cholerę ci takie długie włosy?
- Włosy? – Arata chwycił białe kosmyki po bokach,
układając je na dwa sterczące kucyki. – Bo w długich mi zajebiście! – zarzucił
nimi jak w reklamie szamponu. – A poza tym sam nie masz takich krótkich. Na
fryzjera cię nie stać?
- Żebyś wiedział… - syknął sceptycznie Fumiya.
Arata został lekko zbity z tropu.
- Ej, poważnie… - urwał gwałtownie, dławiąc się
kaszlem. Fumiya mimowolnie chwycił go w pół, podtrzymując. Gdy białowłosy
odsunął dłoń od ust, widniała na niej świeża plama krwi.
Czarnowłosy stał się bledszy niż jego nowopoznany
koleżka.
- Luzik… - powiedział tamten słabym głosem. –
Najwyraźniej… oberwałem bardziej… Ekhm… niż obstawiałem… - Arata znów
rozkaszlał się na dobre.
- Cholera, trzeba cię zabrać do jakiegoś lekarza. I
to szybko. – Fumiya poderwał go na równe nogi, przekładając jego ramię przez
szyję. – Znasz kogoś w podziemiu? Bo obstawiam, że do zwykłego nie dasz się
wziąć.
Arata splunął krwią, po czym drżącą dłonią otarł
usta.
- Dwie przecznice dalej jest zjazd chirurgów z
całego kraju. Taki jeden… bodajże Ishimura… Wisi mi przysługę… - urwał na
chwilę, biorąc urywany oddech. – To w tej uliczce, gdzie jest salon fryzjerski
i Klinika Medyczna Nakagawa… Hotelik jest obok…
Fumiya zrobił kilka kroków, podtrzymując chłopaka w
miarę możliwości, a Arata zaśmiał się po chwili.
- Zawsze wszystko cię tak bawi? – syknął z irytacją.
- Teraz już mnie nie poniesiesz, co? – spytał z
rozbawieniem, kasłając cicho.
- Zapomnij. Znajdź sobie innego rycerza na białym
koniu. – przewrócił oczami, gdy Arata roześmiał się ponownie. – I tak w ogóle…
Nie jestem z Kioto.
- Do końca prosto i potem w lewo… - odparł od razu
białowłosy, wspomagając się na ramieniu Fumiyi. Po kilku krokach, westchnął
głęboko. – Nie chciałbyś mnie ponieść?
- Zamknij się.
***
Kiedy po
kilkunastu minutach dotarli pod drzwi wcześniej wspomnianego lekarza, Fumiya
zdał sobie sprawę, że Arata prawdopodobnie blefował z tym, że lekarz wisi mu
przysługę. Podtrzymywał nowo zdobytego „przyjaciela” ostatkiem sił i coraz
bardziej zaczynał panikować, zdając sobie sprawę, że nie ważne jak bardzo
białowłosy stara się zgrywać spokojnego, zaczyna się słaniać na nogach.
Wpierw usłyszeli ciche przekleństwa pod nosem, gdy
zbudzony lekarz szperał przy zamku. Fumiya jeszcze kilkakrotnie rozejrzał się
po korytarzu, choć Arata zapewniał go, że monitoring mają tylko przy recepcji.
Pan Ishimura otworzył drzwi, nawet się nie witając, obrzucił ich szybkim
wzrokiem po czym zatrzasnął im drzwi przed nosem.
Fumiya zamrugał kilkakrotnie i spojrzał pytająco na
towarzysza.
- Spokojnie, mam to pod kontrolą. – zapewnił mimo
wszystko, mrużąc błękitne oczy w uśmiechu, w którym blaknęła zadziorność.
Chłopak tracił siły. Arata zacisnął zęby, wsparł się na obu nogach i opierając
się nonszalancko o framugę i zapukał ponownie.
Fumiya założył ręce, patrząc się sceptycznie na
coraz to głośniejsze serie pukania, które nie przynosiły skutku. Arata spojrzał
na niego krótko, tracąc na chwilę werwę, ale ponownie uśmiechnął się zawadiacko
i zawołał cicho.
- Halo, halo, panie Ishimura? – posłał konspiracyjne
spojrzenie do Fumiyi, na co ten przewrócił oczami. – Nie wiem, czy pan pamięta,
ale wisi mi pan przysługę. Wie pan, temu przystojnemu, silnemu albinosikowi,
który…
- Nie mam żadnych pieniędzy! – warknął lekarz zza
drzwi. – Wynoś się albo wezwę policję.
- Obstawiam, że jednak pan tego nie zrobi, bo znajdą
więcej na pana niż na mnie. – Arata odchrząknął. – Aczkolwiek nie chcę
pieniędzy. Nie miałby pan ochotę mnie pozszywać, bo tak się trochę wykrwawiam?
- Tym bardziej nie, do cholery!
- Panie Ishimura, proszę nie robić scen. Choremu pan
nie pomoże? On serio jest umierający! – Fumiya nawet nie silił się na
przejmujący ton głosu. Arata posłał mu skonsternowane spojrzenie, z lekkim
wyrzutem, jakby liczył na trochę więcej empatii w jego stronę. Czarnowłosy
wzruszył ramionami. – Nie wiąże pana przysięga lekarska?
Ishimura ucichł na krótką chwilę, po czym zamek
ponownie szczęknął. W ciemności błysnęły jego brązowe tęczówki.
- Wchodzicie, ale bez broni. – mruknął ostrzegawczo.
Fumiya uniósł brwi lekko zdziwiony.
- Czy pan serio myśli, że jakbym miał broń, to
byłbym ranny? – westchnął Arata, pokazując mu puste dłonie. – Spokojnie on też
jest czysty. – wskazał luźno na czarnowłosego stojącego w cieniu korytarza.
Ishimura otworzył drzwi tylko trochę szerzej, a
Arata przeszedł przez próg o własnych siłach i dopiero w środku stracił
równowagę, padając bezwładnie na lekarza. Barczysty mężczyzna złapał go bez
trudu.
- Oddaję się w pana ręce, doktorku.
Fumiya zamknął za sobą drzwi na dwa zamki. Tak na
wszelki wypadek. Poszedł w głąb ciemnego hotelowego pokoju, tylko po to, by
zobaczyć jak lekarz kładzie chłopaka na stole z głośnym hukiem. Arata jęknął
cicho.
- Milusi pan jest.
- Zamknij się i leż. – mruknął lekarz, zasłaniając
okna wszystkimi dostępnymi żaluzjami, po czym zapalił lampkę nocną i skinął
głową na czarnowłosego. – Przytrzymaj mi to, młody, albo przez przypadek wytnę
twojemu przyjacielowi śledzionę, a nie wątrobę.
- Nie potrzebuję przeszczepu.
- Ja zadecyduję, czego ty potrzebujesz. Leż
spokojnie. – ton głosu lekarza zmienił się z wrogiego na typowo naukowy. –
Gdzie jesteś ranny?
- Trafili mnie w nogę. Prawą. Nad kolanem
dokładniej. – mruknął chłopak, zasysając powietrze, gdy Ishimura podwinął
nogawkę jego spodni, odklejając materiał od rany. – I kaszlę trochę krwią.
Obstawiam, że znów złamałem żebro.
- Po kiego przyszedłeś do lekarza, skoro wiesz
lepiej ode mnie co ci jest? – mruknął Ishimura, sięgając po dużą teczkę i wyciągnął
z niej kilka przyborów lekarskich. Fumiya widząc skalpel, igłę, nić i
strzykawkę z nieokreślonym płynem, poczuł, że robi mu się niedobrze.
- A reszta krwi to co? – spytał Ishimura pobieżnie
oczyszczając ranę.
- To już inna historia. – zaśmiał się Arata,
krzywiąc się po chwili, gdy lekarz wstrzyknął mu w kolano znieczulenie. – Długo
będzie działać?
- Krótko i prawie wcale. Może cię trochę łaskotać w
okolicach kolana. – mruknął lekarz, po czym od razu przystąpił do zszywania mu
paskudnego, głębokiego na kilka centymetrów rozcięcia. Fumiya zacisnął zęby.
Widział dzisiaj tyle krwi, ale proste zabiegi medyczne go przerastały. – Ten
twój koleżka, to kiepski jest, Biały.
Fumiya zmarszczył brwi.
- To nie mój koleżka. Znamy się od jakiejś… godziny
bodajże? – Arata leżał całkowicie rozluźniony jakby nie pierwszy raz zszywali
go praktycznie na żywca. – Mówiłem, że on czyściutki. Całkowicie.
- Dla mnie to śmierdzisz ziołem, młody. – mruknął
lekarz.
- To przez ojca. – odparł krótko Fumiya. Ishimura
się zaśmiał.
- Cóż, w każdym razie lepsze to, niżby bawienie się
w zabójcę. Ile to zdjąłeś on naszego ostatniego spotkania, co, Biały? Pięciu?
Sześciu?
Fumiya wypuścił z rąk lampkę nocną, czując, że zaraz
naprawdę spanikuje. Chwila co. Jaki zabójca. Nie był w stanie nawet nad tym
logicznie pomyśleć. Lekarz spojrzał tylko na niego ze zdziwieniem, po czym
spojrzał karcąco na białowłosego.
- Nie sądzisz, że twoja… profesja, to dość ważna
sprawa do wspomnienia?
- Jakoś mi to umknęło. – zaśmiał się Arata, jakby co
najmniej roznosił ulotki. – I prostując twoje wcześniejsze pytanie, to nie rób
ze mnie psychopatycznego seryjnego mordercy. Zrobiłem sobie wolne.
Fumiya opadł na łóżko i czekał w milczeniu, aż
lekarz skończy zszywać białowłosego chłopaka. Założył ręce na kark. Poczeka na
niego, tylko dlatego, że nie ma pojęcia, gdzie do cholery jest. A potem zniknie
z jego życia. Westchnął ciężko. W co on się wpakował, do cholery? Od kiedy
ojciec zatrudnił go do kupowania mu narkotyków, trafiał w coraz to ciemniejsze
miejsca w wąskich uliczkach rodzinnego miasta, bynajmniej z własnej woli.
Ishimura jeszcze ostukał kilka razy klatkę piersiową
chłopaka i westchnął głęboko.
- Nie masz nic nowego złamanego. To stale to samo
żebro co ostatnio. Po prostu oberwałeś na tyle, że znów się ruszyło. Jak
poodpoczywasz kilka dni, to krwawienie ustanie. – zdiagnozował szybko lekarz i
wręczył mu kilka tabletek uśmierzających ból.
Arata uśmiechnął się szelmowsko, chowając pigułki do
kieszeni. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, lekarz machnął na niego dłonią.
- Nawet nic nie mów. Mam dość twojej gadaniny,
Biały. – warknął, zgarniając przyrządy do teczki. – A teraz wynoście się stąd i
nie pokazujcie mi się więcej na oczy.
- Ciebie też było miło widzieć, doktorku.
***
Fumiya milczał, idąc powoli obok białowłosego
chłopaka. Arata z każdą minutą wracał niepokojąco szybko do siebie i Fumiya nie
był pewny, czy to przez ten zapas tabletek, które zjadł prawie w całości nim
wyszli na zewnątrz, czy po prostu przez przyzwyczajenie organizmu do takiego
wysiłku.
- Już mnie nie lubisz, co nie? – westchnął Arata,
zatrzymując się, by spojrzeć w lekko jaśniejące niebo. Zbliżała się trzecia
rano.
Fumiya nie spuścił ani na sekundę wzroku z
towarzysza, słuchając się instynktu, który racjonalnie wykrzykiwał jedną
maksymę do znudzenia. „On jest niebezpieczny”. Zdusił ziewnięcie. Ok kilku
tygodni był przyzwyczajony, że ojciec wyrzucał go z łóżka o różnych porach, gdy
kończył mu się towar i prędzej, czy później (zazwyczaj z podbitym okiem)
wychodził na miasto, jednak obecna sytuacja znacznie mu się dłużyła. Rozejrzał
się szybko i czujnie, ignorując Aratę.
- I widzisz? Zawsze tak jest. – białowłosy wyglądał
na lekko zrezygnowanego. – Spotykasz kogoś w porządku, a gdy ten dowiaduje się
o twojej pracy to zaczyna się totalne ignorowanie.
- Nie nazywaj tego pracą. To zwykły mord. – wycedził
Fumiya.
- Ale i tak pieniądze są z tego nieziemskie. –
zaśmiał się Arata, ale ucichł, gdy wyczuł nienawistne spojrzenie chłopaka na
sobie. Zmrużył błękitne oczy połyskujące w świetle latarni. – Daruj sobie tą
wrogość. Nie masz oczu kogoś, kto nigdy nie chciał nikogo zabić.
Fumiya splunął.
- Nawet nie próbuj… - zaczął groźnie, ale Arata zbył
go machnięciem dłoni, mijając go luźnym krokiem.
- Nie miałem nawet zamiaru ci tego proponować.
Stary, za kogo ty mnie masz? – obrócił się na pięcie, wyczuwając, że Fumiya
wbrew sobie podążył za nim, obrzucając go wściekłym spojrzeniem. – No już nie
bocz się tak na mnie. Nie zabiłem nikogo przy tobie, ani nikogo kogo lubisz. To
nic takiego. A nawet gdybyś chciał mnie powstrzymać, to obaj zdajemy sobie sprawę,
że zabiję cię po minucie walki. – widząc coraz to bardziej zirytowany wzrok
Fumiyi uniósł dłonie w pojednawczym geście. Urwał na chwilę wesołą gadkę,
pozwalając myślom na sekundę odpłynąć gdzieś daleko. - Nie mam zamiaru wciągać
kumpla w czarne interesy. Nie życzę nikomu skończeniu na dnie, w którym ja
obecnie się babram. Nikomu. – dodał spokojnie, patrząc się gdzieś w przestrzeń.
Fumiya skrzyżował ramiona, unosząc brwi do góry.
- Od kiedy jesteśmy kumplami? – spytał sceptycznie,
ale nie mógł powstrzymać rozbawionego parsknięcia, gdy Arata posłał mu
spojrzenie z serii „Na serio, teraz?”. Położył białowłosemu dłoń na ramieniu. –
Moja matka mówiła, że bycie na dnie jest pierwszym krokiem do bycia na szczycie.
– dodał niepewnie, jakby nie wiedząc, czy słowa zdziałają to, co miał w
powierzchownym zamiarze.
Arata zasmucił się lekko, spoglądając na niego z
dołu, zaszklonymi oczami.
- „Mówiła”?
- Co, nie! – Fumiya od razu podłapał o czym pomyślał
jego towarzysz. – Żyje, tylko… No właśnie… Tylko… - przeczesał dłonią włosy
opadające na twarz i westchnął. – W każdym bądź razie mówiła tak do ojca, gdy
jeszcze miała nadzieję, że da sobie spokój z alkoholizmem. – roześmiał się
pusto na samą myśl o tym. W obecnej sytuacji, gdy ojciec biegł raźnie ku dnie,
ciągnąc za sobą całą rodzinę, Fumiya nie miał wątpliwości, że sam skończy
podobnie. Pozostało mu ratowanie tylko jednej osoby, która miała jeszcze
szansę. Sue.
Arata również spróbował się roześmiać, choć nie
widział w tym nic wesołego, smutniejąc jeszcze bardziej. Również westchnął,
wiążąc długie białe włosy rzemykiem.
- Niegłupiś, Fumiya. – mruknął tylko.
Czarnowłosy uśmiechnął się bez cienia wesołości.
- Ty też, Białogłowa.
Arata przewrócił błękitnymi oczami, po czy
uśmiechnął się przebiegle, przeciągając się jak kot, ponownie przybierając
nonszalancką pozę. Fumiya nie miał pojęcia jakim cudem młodociany zabójca
wyglądał na tak wyluzowanego. Z tego co wiedział jakiś dwóch facetów nadal
będzie chciało go zabić, miał koszulkę całą we krwi i był ranny. Idealna pora
na drzemkę.
- Dobra. – białowłosy klasnął, ogarniając tok
myślenia. – Nie jesteś z Kioto, co nie? Muszę ci wskazać drogę powrotną. –
machnął na niego dłonią, zaczynając gwałtownie iść w odpowiednim kierunku.
Fumiya podbiegł za nim, zdziwiony nagłą zmianą
zachowania.
- Stąd już trafisz, co nie? – spytał Arata,
wyprowadzając ich na główną ulicę. Czarnowłosy ze zdziwieniem zdał sobie
sprawę, że znajdowali się bliżej niż myślał. – W takim razie, do zobaczenia
Fumiya.
- Chwila, co? – Fumiya obrócił się za towarzyszem. –
Do zobaczenia?
- No tak. Stary, nie wezwałeś glin, niepotrzebnie,
bo niepotrzebnie, ale uratowałeś mi dupę i jeszcze zabrałeś do doktorka i
sądzisz, że nie wiszę ci przysługi?
- Nawet nie wiesz jak mam na nazwisko. – zauważył sceptycznie
Fumiya.
- Świat jest mały. – zaśmiał się białowłosy,
wkładając dłonie do kieszeni. – Najlepiej będzie jak zdasz sobie sprawę z mojej
przysługi po czasie. Coś wymyślę. – odwrócił się w przeciwną stronę, unosząc
dłoń w geście pożegnania. – Może nie spotkamy się twarzą w twarz. Znajomość ze
mną przynosi jedynie nieszczęście. – dodał dość mrocznie.
Fumiya przewrócił oczami.
- Arata, co cię wzięło na takie dramatyczne… -
zaczął luźno, ale chłopak zdążył rozpłynąć się w powietrzu. – …pożegnania, i
już go nie ma. – mruknął do siebie, rozglądając się.
Po chwili wzruszył ramionami i ruszył ulicą ku
hotelowi, jakby wszystko to, co stało się tamtej nocy się nie wydarzyło.
Ja też chce na taką wycieczkę *-* Opisujesz wszystko tak jakbyś już tam była :) Jebłam na podłogę jak dowiedziałam się, że ta białowłosa to facet xd I moje zmysły yaoistki się obudziły ;-; Fumiya mógłby go ponieść xd Polubiłam strasznie Arate, jest zabawny i wyluzowany. Kurde, teraz to naprawdę nam ochotę zabić jego zabójcę -.- Mam nadzieję, że Fumiya z Aratą szybko się spotkają, chociaż to może zwiastować kłopoty dla jednego z nich, tak wiem,jestem zua xd Czekam na kolejny rozdział *-* Jak zwykle, życzę weny i nowych super pomysłów na to opowiadanie ^^
OdpowiedzUsuńHej, Jezu nawet nie wiem od czego zacząć. Z początku przeproszę, że nie odpisywałam, ale nigdy nie sprawdzałam komentarzy, bo blog miał być takim wszechobecną książką online. Brakuje mi teraz słów by opisać jak jestem szczęśliwa że przeczytałaś to co napisałam. I co nnajważniejsze - że choć raz przyniosło co to emocje jakie chciałam przekazać. Nawet nie wiesz jak bardzo potrzebowałam takiego pozytywnego kopa energii do tworzenia, zwłaszcza że straciłam całe wsparcie które chciało czytać te dyrdymały. Kurde, nadal brakuje mi słów, ale mam nadzieję że (jeśli mogę być na tyle zrozumiała) może kiedyś zerkniesz na resztę historii i też ci się spodobają. Bardzo, bardzo dziękuję za miłe słowa i ściskam mocno :D
UsuńCieszę się, że mi odpisałaś:) Jeśli chodzi o inne serie, to przeczytałam kiedyś Najpiękniejsze Chwile. Bardzo mi się spodobało a na końcu płakałam jak bóbr. Kocham opowiadania związane z Japonią, więc nie ukrywam, że najbardziej czekam na Krwawą Truskawkę i dalsze części tej historii, bo lubię takie klimaty *-* Ale postaram się przeczytać też inne serie :) I nie przestawaj pisać, bo jesteś w tym świetna :) Obiecuje komentować :D To do następnego wpisu, również mocno ściskam :)
Usuń