Rozdział 7
Kiedy los zdecydował za wszystkich
Minęły dwa
dni od kiedy Sue zgadała się z Takedą, a Fumiya rozmawiał z dilerem. Mimo
wszystko chłopak poczuł respekt do słów szefa. Nawet jeśli facet był kawałem
drania, który zmieniał imię i paszport średnio co miesiąc, to miał
doświadczenie i informacje, którymi wcale nie musiał się dzielić. Czarnowłosy
zdawał sobie sprawę, że miał szczęście odnośnie pracodawcy. Ilu było mu
podobnych, którzy zostaliby sprzedani bez zawahania.
Jego większym problemem stały się teraz pieniądze.
Ze wszystkich oszczędności opłacił zaległe rachunki i z kilku miesięcznego
odkładania zostały żałosne grosze, które ich ojczym przepił, posyłając
wcześniej syna do piachu. Chociaż tym razem, Akino wyszedł z bójki z podbitym
okiem.
Przyłożył lód do obitego ramienia, wspominając z uśmiechem
swój pięknie wyprowadzony prawy prosty. Jego monotonne powtarzanie podstawowych
ciosów zaczynało przynosić efekty. Chłopak starał się nie myśleć, że na
długotrwały efekt przyzwyczajenia się do takiego życia, może przekreślić
wszystkie plany. Wyciągnął szluga z kieszeni i zapalił go wyczerpującą się już
zapalniczką. Po chwili prychnął, wypuszczając dym przez nos. Nabawił się tego
nałogu przez dilera.
- Od kiedy ty palisz? – spytała Sue, pojawiając się
w drzwiach od kuchni.
Fumiya obrócił się spokojnie, jakby zupełnie nie
obchodziło go to, że w zębach trzyma papierosa. Uniósł wysoko brwi.
- A od kiedy ty umiesz się skradać, co? –
wyszczerzył się, zaciągając dymem.
Siostra spoglądała na niego z narastającą irytacją.
Po chwili zerwała się i jednym ruchem wytrąciła szluga z jego dłoni,
przydeptując go ostentacyjnie piętą. Fumiya spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Ej, co się dzieje? – spytał, siląc się na spokój.
W jego oczach pojawiło się zatroskanie, gdy położył czule swoją odrapaną dłoń
na wątłym ramieniu Sue.
Dziewczynka poczuła wyrzuty sumienia, czując
namacalny dowód ciężkiej harówki brata, ale zmarszczyła groźnie brwi i strąciła
jego dłoń. Brat spojrzał na nią z dozą zaskoczenia.
- Masz nie palić. Nie zgadzam się! – mruknęła,
mierząc się z nim wzrokiem. – To nie zdrowe. – dodała jeszcze, trochę ciszej,
tracąc animusz. Podniosła przestraszone oczy na brata, ale ten tylko kopnął
resztkę cygara pod szafki kuchenne i pogłaskał siostrę z czułością po głowie.
- Dobra. Trzeba było tak mówić od razu. – uśmiechnął
się smutno.
- Tylko tyle? – czarnowłosa wytrzeszczyła oczy na
brata.
- Słucham?
- Nie nic, nic. – mruknęła, zakładając tornister na
plecy i spostrzegła, że plecak Fumiyi również leży nieopodal. – Idziesz do
szkoły? Nie masz roboty, ani nic?
- Nawet czasem taki skończony drań jak ja musi iść
do szkoły. – chłopak wzruszył ramionami, wciąż się uśmiechając. – Ostatnio
jakoś nic nie ma.
- Nie jesteś skończonym draniem… - szepnęła
dziewczynka, pochylając głowę i cicho zakładając buty.
Brat prychnął rozczulająco.
- Sue… - zaczął niepewnie. – Jak masz jakieś
problemy w szkole, to wiesz… Jestem dzisiaj wolny, mogę cię… no wiesz, odebrać…
- Nie! – zaprzeczyła szybko dziewczynka. – Znaczy…
Dzisiaj jestem zajęta po szkole. – speszyła się jeszcze bardziej, widząc
wytrzeszczone oczy brata. – Bo ja… Ja… idę na rolki z przyjacielem. – wypaliła
szybko i wypadła z domu.
Fumiya zakrztusił się śliną.
- Od kiedy ty masz przyjaciela? – spytał cicho,
mrugając oczami. – Przyjaciela? Czy to jest chłopak? – wykrzyczał za siostrą,
wypadając przez drzwi.
Sue zatrzymała się gwałtownie i posłała bratu
spojrzenie pełnie dezaprobaty.
- Już tak nie histeryzuj. – pokazała mu język i
poszła w stronę szkoły sprężystym krokiem.
Fumiya patrzył się za nią, nie mogąc uwierzyć w to
co usłyszał i widział. W końcu jednak uśmiechnął się z ulgą, wracając do
środka. Podszedł do zdjęcia matki, dziękując jej w myślach, mając wrażenie, że
to dzięki niej Sue znalazła przyjaciela. W końcu.
Wzrok chłopaka rozmył się, a on przestał spoglądać
na fotografię, tylko gdzieś w przestrzeń. W domu panowała cisza – ojciec
zniknął wczoraj i na razie się nie pojawił. Przynajmniej tyle. Fumiya wyciągnął
paczkę tanich cygarów z kieszeni i chwycił jednego w zęby. Chwilę przed
zapaleniem zawahał się, pokręcił głową i schował papierosa z powrotem do
pudełka, wzdychając.
Zarzucił plecak na plecy i wychodząc do szkoły,
cisnął szlugi do najbliższego śmietnika.
***
Klasa ucichła
momentalnie, gdy chłopak przekroczył próg. Fumiya zatrzymał się w progu,
unosząc do góry jedną brew w geście zapytania i obrzucił wzorkiem kolegów.
Wtedy wszyscy z powrotem rozmawiać, ale czarnowłosy nie mógł pozbyć się
wrażenia, że szepty dotyczą jego. Nie mając zbyt wyboru, odetchnął głęboko i
usiadł w swojej ławce.
Nie było jeszcze wszystkich – przez wszystkich, miał
na myśli tylko Satoshiego i Kai’a. Oni jedyni mogliby z nim pogadać, chociaż
zaczynał mieć wątpliwości. Rozumiał, że od początku tego semestru więcej go nie
było, niż był, rozumiał też, że przez jego ojca i teraz też przez niego samego
potworzyły się jakieś niezrozumiałe plotki, nie mające pokrycia. W większości.
Zastanawiał się tylko, czy ci ludzie serio myślą, że zmienił się tak szybko
przez ostatni miesiąc nieobecności.
Podparł czoło na dłoni, nawet nie zastanawiając jaki
materiał teraz jest przerabiany. I tak zawali ten rok szkolny, więc równie
dobrze może się po prostu nie pokazywać wcale.
Może faktycznie się zmienił. Na ramiona opadły mu
jego długie, skołtunione, czarne włosy. Był ubrany bardziej niechlujnie niż
zwykle, któryś dzień z rzędu nie zmienił koszulki i obstawiał, że jego
zapadnięte oczy oraz ciągnący się zapach dymu i alkoholu tylko utwierdzał te
plotki.
- Fumiya, to ty? – Satoshi zachłystnął się napojem z
puszki, widząc go. Czarnowłosy uniósł dłoń na powitanie, ale kumpel wraz z
Kai’em, który przyszedł z nim, nie wyglądali na wesołych. Rozejrzeli się po
klasie i nie mając większego wyboru, podeszli do niego.
- Co ty tu robisz? – spytał sceptycznie Kai,
wyciągając książki.
- Z tego co wiem, to jeszcze chodzę tu do klasy. –
Fumiya uśmiechnął się, nie zważając na to, że Satoshi, który siedział z nim od
podstawówki w jednej ławce i ratował mu skórę na wszystkich sprawdzianach,
przesiadł się do Kai’a.
- Myślałem, że już cię zdegradowali do
repetytowania.
Fumiya zignorował przytyk, chociaż spojrzał na nich
z niemym pytaniem. Dlaczego mnie
nienawidzicie?
Może kumple dostrzegliby to spojrzenie, gdyby
raczyli chociażby na niego spojrzeć. Kuzyni zaczęli ze sobą o czymś dyskutować,
odwracając się do niego plecami, nim zdążył jeszcze coś powiedzieć. Więc
zignorował ich, rozpierając się nonszalancko o oparcie krzesła i począł
bezsensownie bawić się długopisem.
Mógł równie dobrze nie wracać. Zarobiłby trochę
kasy, a nie marnował czasu z ludźmi, którzy i tak nie chcieli go widzieć.
Westchnął głęboko. Nie miał pojęcia ile czasu zajmie mu jeszcze zebranie
odpowiedniej kwoty. Jego plan już okroił się tylko do wyniesienia stąd siostry.
Myślał o jakiejś szkole z internatem – to byłby w stanie na bieżąco opłacać.
Bolało go, że nawet tego nie był w stanie jej
zapewnić. A nawet gdyby – Sue nie cierpiała ludzi. Prawdopodobnie
znienawidziłaby go, jeśli wysłałby ją gdzieś daleko, do obcych. Fumiya nawet
nie sądził, że cieszyłaby się z pobytu tam chociaż trochę. Ale nic innego nie
mógł wymyślić. Myślał godzinami i nic. Dochodził zawsze do jednego wniosku – że
tam byłaby bezpieczniejsza, że miałaby potem lepszy start w dorosłe życie.
Prychnął sam do siebie, próbując odciąć się od
wszechobecnych szeptów. Znalazł się w ślepym zaułku, bez nikogo, kto mógłby mu
pomóc. Westchnął dużo ciężej, niż ludzie w jego wieku powinni wzdychać.
- Dzień dobry, klaso, dzisiaj kontynuujemy… -
nauczyciel wparował szybko do środka, na początku nawet nie spoglądając na
uczniów. Dopiero po chwili podniósł wzrok, by sprawdzić obecność, ale zastygł w
bezruchu. – O. Pan Sotomura. Jakże miło, że zaszczycił nas Pan swoją jakże
bezcenną obecnością. – wysyczał zjadliwie.
Fumiya był zmęczony i bolało go. Nie wiedział
konkretnie co, ale po prostu czuł ból.
***
- Ej! –
Fumiya nie chciał przyśpieszać, ale zaczął tracić kumpli z zasięgu wzroku w
tłumie reszty uczniów, którzy tak samo jak on zmierzali w nieokreślonym kierunku.
Początkowe zainteresowanie jego osobą ucichło po raptem dwóch lekcjach, więc
teraz musiał ryć się łokciami, przybierając groźny wyraz twarzy, by ktokolwiek
go przepuścił. – Ej!
Satoshi i Kai byli niemi i głusi za każdym razem,
gdy usiłował z nimi dzisiaj pogadać. Nie naciskał za bardzo, szczerze po paru
razach irytował się i siedział cicho sam, czując pełen obrzydzenia wzrok
kolegów i koleżanek, gdy wpatrywał się w jakiś odległy punkt ze wściekłością.
Świerzbiły go ręce. O dziwo brakowało mu tej swobody jaka panowała w podziemiu
– tam nikogo nie obchodziło, czy ktoś się tłukł czy nie.
Fumiya wypadł w końcu na dziedziniec, od razu
zauważając kumpli, którzy kierowali się do spożywczego naprzeciwko szkoły.
Poczuł jak poziom jego irytacji zwiększa się jeszcze bardziej i przyśpieszył,
prawie biegnąc. Miał ochotę prychnąć. Jeśli myśleli, że ich nie dogoni to kpili
sobie z niego.
- Darujcie to już sobie, do kurwy nędzy. –
powiedział, starając się, by ton głosu nie zdradził agresji, która kotłowała
się w jego wnętrzu.
Położył ciężko dłoń na ramieniu Satoshiego, który
gwałtownie ją strącił, obracając się z mordem w oczach i odsuwając się od
niego. Kai patrzył na niego ostrzegawczo, spode łba.
- Ty sobie daruj, palancie. – warknął Satoshi,
poprawiając wzruszeniem ramion kurtkę. Kuzyni zwrócili się z powrotem w stronę
sklepu, ale Fumiya wszedł między nich, rozpychając się ramionami i zatrzymując
ich.
- Odbiło wam do reszty? – warknął z dozą
niedowierzania, patrząc się po ich twarzach, ale nie mógł wyczytać nic, co
wskazałoby na to, że kiedykolwiek mógł nazywać ich swoimi przyjaciółmi.
- Chyba tobie odbiło, Sotomura. Trzymaj się od nas z daleka. – mruknął Kai,
trzymając się na bezpieczną odległość. – Nie chcemy wpakować się w to gówno, w
którym ostatnio się babrasz.
Fumiya szybko ocenił ich dystans i nie mógł dłużej
kryć wściekłości, uśmiechnął się szyderczo. Roznosiła go energia.
- A, rozumiem. Po prostu zbyt długo truli was tymi
durnymi plotkami, które porozpowiadały te tapeciary, co? A może pomogliście im
je rozgłaszać, hę!?
- Odpierdol się od nich.
- A, teraz to się przyjaźnicie. A to przepraszam. –
splunął na ziemię, wywołując u kumpli falę nienawiści. – Widzę, że laski nie
poleciały na… jak to ujmowaliście? A, no tak. Tajemniczego, złego chłopca. – zaśmiał się szyderczo, spoglądając
na nich morderczo.
- Jesteś żałosny, Sotomura. – Satoshi przewrócił
oczami.
- Teraz żałosny, co? – wzruszył z niedowierzania
ramionami. – Kumplujemy się od podstawówki, a teraz nie było mnie w szkole
raptem miesiąc i co? Myślicie, że przejdzie ze mną udawanie, że mnie nie
znacie? – zrobił krok w ich stronę, a oni cofnęli się, uznając ten gest za
ostrzeżenie.
- Kurwa, czego nie rozumiesz w słowach trzymaj się z
daleka!? – Kai go odepchnął, a Fumiya zatoczył się kilka kroków w tył, łapiąc z
łatwością równowagę. Zastygł na moment w bezruchu, po czym wpakował ręce w
kieszenie, powoli podnosząc wzrok na kumpla. Zaczął kierować się w jego stronę
z coraz większym mordem wypisanym na twarzy.
Zatrzymał się dopiero, gdy Satoshi wpił mu dłoń w
ramię, posyłając ostrzegawcze spojrzenie. Czarnowłosy rozejrzał się szybko po
placu – zbliżały się coraz chłodniejsze dni, więc coraz mniej osób z ich
niewielkiego technikum w ogóle wychodziło na zewnątrz. Nie było żadnych
świadków. Przynajmniej tyle.
- Dobra, Sotomura, posłuchaj mnie. – westchnął
chłopak. – Może tego nie widzisz, ale stary. Nie jesteś już tym samym
człowiekiem. Przysporzysz tylko wszystkim kłopotów, jeśli będziesz się z nami
trzymał.
Fumiya przewrócił oczami, prychając.
- Właśnie o tym mówię, do cholery. – Satoshi
popchnął go, stając obok Kai’a. – Zawsze byłeś ignorantem i sztywniakiem, ale
teraz… Spójrz na siebie – obdarte, brudne ciuchy cuchnące petami, alkoholem i
cholera go wie jeszcze czym.
- Daj spokój. – Kai przybrał szyderczy wyraz twarzy.
– Akurat ciuchy ma w takim samym stanie co wcześniej. – roześmiał się, a
Satoshi prychnął z nim krótko.
Fumiyi opadły ramiona, patrząc się po nich z czystym
niedowierzaniem. Jego agresja ucichła na moment, pozostawiając tylko to dziwne
uczucie, jakby świadomość przywaliła mu w potylicę.
Moi
przyjaciele.
- Jakbyście nie wiedzieli, do cholery, że… - zaczął
już spokojnie, czując jak smutek, który wstrzymywał powoli rozlewał się po jego
wnętrzu.
- Już sobie daruj, Sotomura. Nie pogrążaj się
bardziej. – zaśmiał się Kai.
- Spierdalaj do swojego ojczulka, załatwiać te
czarne interesy. – Satoshi splunął mu pod stopy.
Wzrok Fumiyi zaszedł czernią, a przez dłonie
przebiegł mu impuls, pozostawiający nieprzyjemne mrowienie. Spojrzał na plecy przyjaciół, pozwalając by w jego
czarnych tęczówkach zabłysnęła chęć mordu i ruszył szybkim, niespokojnym
krokiem w ich kierunku. Nawet nie wiedział, kiedy jego dłonie zwinęły się w
pięści.
Satoshi i Kai, kiedy tylko usłyszeli jego kroki,
odskoczyli na boki, spodziewając się ciosu. Ale chłopak po prostu ich minął,
patrząc się wściekle przed siebie.
Minął ich, minął szkolną bramę, minął nawet
nauczyciela. Minął wszystkich i szedł przed siebie.
Po chwili wbił dłonie w kieszenie, spuszczając
trochę wzrok, ale nie zwalniając ani trochę.
W głębi duszy, chciał do nich podejść i przywalić
obojgu z nich. Chciał rozwalić im te krzywe ryje, poczuć krew między palcami.
Zetrzeć szydercze uśmiechy, które ukrywali przed nim tak długo. Chciał też po
prostu podejść do kumpli, klepnąć ich w plecy, odpowiedzieć kawał i roześmiać
się jak kiedyś. Chciał potrząsnąć nimi i wywrzeszczeć tyle rzeczy. Że nie robi
tego, bo chce, tylko dlatego, że nie widzi innego wyjścia. Że nie ma innego
wyjścia. Że jego życie to koszmar. Że jego jedyna siostra też żyje w tym
koszmarze, a on za cholerę nie ma pojęcia jak ją z niego wyciągnąć. Chciał po
prostu opaść przed kimś na kolana i choć raz rozsypać się na tysiąc kawałków. Pokazać,
że nie jest niezniszczalny, że nie daje rady i czuć, że ktokolwiek położy mu
dłoń na ramieniu i go nie zostawi.
Kopnął z całej siły mur obok, którego akurat
przechodził i zaklął siarczyście pod nosem, gdy ból przeszył jego stopę, a z
cegieł wydobyła się chmura tynku. Wziął kilka gwałtownych oddechu, robiąc
ostatnio to, co ku ironii najlepiej go uspokajało. Wkurwiał się.
W końcu zastygł w bezruchu, patrząc się urywanie na
mieszkańców tego przeklętego miasteczka, który omijali go, odwracali wzrok i
zaczynali szeptać. Stoczył się tak samo
jak ojciec.
Fumiya rozejrzał się po uliczce. Wszystkie starsze
domki, auta, a nawet rośliny rosnące w ogrodach wydawały mu się znane i
irytowało go to. Chciał się stąd wyrwać. Nie obchodziło go w tamtym momencie,
że zostawi siostrę, że nie ma pieniędzy, że i tak nie ucieknie. Nie mógł już
tutaj normalnie odetchnąć.
Nie mógł się oszukiwać, że ma tu kogokolwiek, oprócz
siostry.
Wymacał w kieszeni kilka monet i nie wiele myśląc
skierował się do budki telefonicznej, wybierając numer do dilera. Chłopak oparł
się plecami o szklaną ścianę, wpatrując się pusto w sufit.
- Dzień dobry, tutaj zakład pogrzebowy…
- Nie pierdol, szefie. – syknął krótko Fumiya,
przewracając oczami.
- Sotomura? A to niespodzianka. Masz chłopie
wyczucie, bo właśnie miałem się z tobą kontaktować…
- Masz coś? Muszę się czymś zająć. Szybko i za jakąś
sumkę. – warknął.
- Ej, nie pali się. Mamy ważniejsze sprawy na
głowie.
- Nie. TY masz ważniejsze sprawy. Ja muszę zaszyć
się gdzieś daleko, na jakiejś
bezsensownej misji za konkretne pieniądze. Znajdź mi coś, dobra?
- Aczkolwiek, nadal uważam, że to nasza sprawa.
Słuchaj młody. Mam potwierdzoną wiadomość – Szczury wzięły tą misję. – diler
zniżył głos odruchowo.
Fumiya zmarszczył brwi, stukając palcem w aparat
telefoniczny, po czym cmoknął z niezadowoleniem.
- Dobra, łapię. Będę za kwadrans.
Trzasnął słuchawką i westchnął głęboko. Obrócił w
palcach sztylet przyczepiony prowizorycznie do paska, schowany pod koszulą i
wypadł na ulicę, kierując się w stronę ciemnych uliczek, rozkoszując się aurą
otaczającą tamte miejsca.
***
- Chyba mamy
problem, młody… - westchnął słabo diler, wpatrując się w oszołomieniu na sklep
z bronią. – Młody? – wychylił głowę z pomieszczenia, by dostrzec jak
czarnowłosy przyciska pięść do czoła, usiłując się uspokoić. – Heh, czasem
zapominam, że nie przywykłeś do czegoś takiego.
- A do tego da się w ogóle przywyknąć? – mruknął
Fumiya, czując jak śniadanie wraca mu do gardła.
- Cóż, nie mamy na razie czasu na takie pogaduszki.
Musimy zastanowić się co dalej i znaleźć kogoś, kto szybko i tanio sprzeda nam
informacje. – diler zapalił papierosa, spoglądając jeszcze raz na sklep i
pokręcił głową. – Szkoda starego. Prowadził ten sklep jakieś 10 lat.
Fumiya spojrzał na szefa niewidzącym wzrokiem i
usiadł na czystszym skrawku ziemi, oddychając głęboko.
Kiedy przyszedł do dilera, nic nie wskazywało, że
będzie aż tak źle. Mężczyzna z początku podzielił się wszystkimi informacjami o
handlu ludźmi, jakie udało mu się zdobyć – potem obaj skierowali się do sklepu
z bronią, licząc, że stary sprzedawca wie cokolwiek więcej. I zastali to.
Obłożone deskami ściany w kiczowatym odcieniu,
czerwone, babcine dywany i wyposażenie, które wyglądało na kradzione z okolicznych
spelunek. Wszystko to pokrywała krew, albo było zniszczone doszczętnie. Fumiya
od razu zdał sobie sprawę, że rozegrała się tutaj konkretna walka, nim jeszcze
zobaczył ciało przegranego. Na widok zwłok starego cofnęło go i nie był w
stanie dostrzec nic więcej.
Usiłował się uspokoić, ale był… spokojny. Handlarz
nie obchodził go aż tak bardzo, dużo mocniejsze wrażenie wywierał… stan jego
ciała. Jedno było pewne – Szczury, nawet jeśli umiały, wolały pozostawiać za
sobą wszędzie metaliczny zapach świeżej krwi.
- Chcesz coś, Sotomura? – spytał spokojnie diler,
przechodząc nad ciałem jakby mijał jakieś pudełka.
Czarnowłosy spojrzał za nim z konsternacją,
zaglądając do pokoju, ale unikając patrzenia na zwłoki. Diler stał w drzwiach
od magazynu.
- Słucham?
- No wiesz. Gościu miał sklep z bronią. – mężczyzna
przewrócił oczami. – Możemy zaopatrzyć się w coś lepszego. Cóż martwy i tak nie
zrobi z tego pożytku, nieprawdaż? – uśmiechnął się sarkastycznie, wchodząc do
magazynu.
Fumiya przełknął ślinę, wstrzymał oddech, by nie
czuć krwi i poszedł za dilerem. W składzie broni był wcześniej tylko raz –
kiedy Arata go tutaj posłał. Ale dostrzegł, że wyglądał trochę inaczej. Jakby
ktoś nachalny szukał tutaj czegoś ważnego.
- Nie masz wrażenia, że…
- Tak. Szczury też zaopatrzyły się w coś lepszego.
Ale nie sądzę, że to było głównym motywem. – diler nawet nie spoglądał na
chłopaka, ważąc w dłoni ostrze. – Bo pomyśl logicznie. Jeśli chcieliby go
załatwić dla broni za darmo, nie byłoby sensu składania tutaj zamówień.
- Czyli stary coś wiedział.
- Zapewne. – diler westchnął, upychając bronie po
kieszeniach. – Nie dowiemy się czego, ale obstawiam, że dostał listę celów lub
coś takiego. Szczury nie chciały, by służby się w to wtrącały, więc ściągnęły
go nim cokolwiek wygadał. – mężczyzna zatrzymał wzrok na większym, zaokrąglonym
sztylecie, po czym rzucił go Fumiyi. – Trzymaj młody, przyda się. Tym twoim to
se możesz co najwyżej w zębach podłubać.
- Była tu kiedyś taka sytuacja, czy szef po prostu
przeczytał za dużo kryminałów? – prychnął szelmowsko czarnowłosy, oglądając
okiem amatora pokaźny asortyment broni.
- Może życie to kryminał. A nawet gdyby… To
najbardziej oklepany scenariusz jaki można było stworzyć. Ale Szczury też są
oklepane. – Diler zaśmiał się pod nosem, kończąc pakować dostateczny zapas
broni. – A teraz wynosimy się stąd, dopóki nikt nas nie zauważył.
- Czyli co – nas też chcą się pozbyć? – Fumiya
zastygł w bezruchu na chwilę.
- Nie pierdol. Mój kontakt jest spoza miasta, a ze
starym nawet nie zdążyłem się skontaktować. Poza tym, co ich obchodzi jakiś
podrzędny diler i smarkacz, który dla niego pracuje? – uderzył chłopaka w
ramię, ale tamten zignorował to.
Obaj mężczyźni zaczęli powoli wychodzić na górę po
schodach, ale Fumiya zatrzymał się gwałtownie w drzwiach, wbijając w kogoś
wzrok i zastygając w totalnym osłupieniu. Diler spojrzał mu przez ramię, po
czym zacmokał z niezadowolenia i pokręcił głową.
- Młody, mówiłem że nic na nas nie mają. – prychnął.
– No… Oprócz broni oczywiście. Ale…
Fumiya nakazał mu ciszę machnięciem dłoni, a diler
umilkł głównie z zaskoczenia. Coś w ekspresji na twarzy chłopaka kazało mu
milczeć. Zmrużył oczy i dostrzegł pomiędzy Szczurami jakiegoś faceta.
- To mój ojciec. – mruknął bezgłośnie Fumiya. – Co
on od nich chce do kurwy nędzy? – syknął, nie spuszczając Akino z oczu.
Ojciec zaśmiał się razem z zabójcami, a następnie
odebrał zwitek banknotów do ręki. Przeliczył je szybko. Najwyraźniej cos się nie
zgadzało, bo uśmiech szybko spełzł z jego twarzy. Po chwili rozmowy Akino
ponownie się uśmiechnął, pożegnał ze Szczurami i odszedł.
Diler i chłopak kryli się w cieniu dopóki mordercy
również nie odeszli. Fumiya spoglądał z nienawiścią w stronę, w którą odszedł
jego rodzic.
- Zrozumiałeś coś z tego, oprócz faktu, że mamy
problem?
- „Zaliczka”. Powiedzieli, że to zaliczka. – mruknął
Fumiya. – Tylko za co?
Czarnowłosy pokręcił głową i wyszedł bez pożegnania.
Miał złe przeczucia, nie wiedział tylko co instynkt usiłuje mu podpowiedzieć.
***
- Ty chodzisz do tej drugiej podstawówki, prawda? –
spytała Sue z uśmiechem, odbijając piłkę do Takedy.
- Teoretycznie. – zaśmiał się chłopak, podskakując,
by dosięgnąć piłki. – Jestem typem wagarowicza.
Dziewczynka złapała piłkę w dłonie, kręcąc z
dezaprobatą głową.
- No co? – kolega podszedł do niej, pstrykając ją w
bok głowy.
- Nie, nic… - Sue machnęła dłonią. – Po prostu mam
już dość… wagarowiczów.
- Chodzi ci o brata? Spokojnie, faceci tak mają.
- Jeszcze facetem nie jesteś. – czarnowłosa uśmiechnęła
się szelmowsko do kolegi, a tamten teatralnie chwycił się za serce. Roześmiali
się oboje.
- Jedziemy gdzieś dalej? – spytał po chwili chłopak,
wskazując głową na rozwalający się rower. Sue przytaknęła.
Po kilku minutach jechali wzdłuż rzeki – Takeda pedałował,
a Sue siedziała na bagażniku i wpatrywała się w spokojnie płynącą wodę w rzece,
która iskrzyła popołudniowym słońcem. Od czasu do czasu rozmawiali o wszystkim
i niczym, głównie wtedy, gdy zjeżdżali z górki, a Takeda odzyskiwał oddech i
tak nie sapał.
- Może się zmienimy, co? – pytała parokrotnie, ale
odpowiedź zawsze była taka sama.
- Nie jestem zmęczony, po prostu lubię głośno
oddychać.
Dziewczynka zamyśliła się, pozwalając by wiatr
rozwiewał jej włosy. Czuła się taka spokojna, taka zrelaksowana. Jakby te
wszystkie troski z szarej codzienności zostały zapomniane, oddalone, a ona
mogła po prostu cieszyć się wolnymi popołudniami z przyjacielem.
Uśmiechnęła się, czując jak jej oczy zachodzą łzami.
Miała poczucie, że może nie było z nią coś nie tak.
Po prostu nie mogła trafić na kogoś odpowiedniego. Spojrzała na plecy Takedy –
chłopak dyszał ciężko, nie usiłując nawet zachować pozorów tego, że nie jest
zmęczony. Może nie mogła tego nazwać przyjaźnią, bo znali się raptem kilka dni,
ale Sue w głębi serca wiedziała, że nawet nie wie co to jest przyjaźń. Że tak
naprawdę Takeda jest pierwszą osobą, która zechciała z nią przebywać, bo
chciała.
Może było to myślenie krzywdzące jej brata, ale Sue
zdawała sobie sprawę, że rodzina to co innego. Trzymali się blisko z Fumiyą
właśnie dlatego, że byli rodzeństwem. I choć to była najtrwalsza więź, to nie
dawała takiej satysfakcji.
Posiadanie przyjaciela to błogosławieństwo.
Pociągnęła nosem, uśmiechając się do siebie szerzej.
- Coś się stało? – spytał chłopak, obracając trochę
głowę w jej stronę, znajdując przy tym doskonały pretekst do zwolnienia.
- Nie, nic. – Sue poklepała go po plecach. – Po prostu
cieszę się, że cię spotkałam. – dodała ciszej, nie mogąc pohamować emocji.
- Daj spokój, to przecież nic takiego. – Takeda zaśmiał
się. – Idziemy jeszcze gdzieś, czy odwieźć się pod dom?
Sue spochmurniała słysząc słowo dom, ale musiała
pokierować się zdrowym rozsądkiem. Zaczynał zbliżać się wieczór i choć naprawdę
nie liczyła, że brat będzie w domu, wracanie później było bardzo dobrym
pretekstem dla ojca.
- Muszę już wracać. – powiedziała, a chłopak skinął
głową i wyszczerzył się.
- Okej! – stanął na pedałach, wykorzystując resztki
sił, by pocisnąć jak najszybciej. Sue zaśmiała się.
Podróż minęła jej zdecydowanie za szybko, a widząc
szary domek spochmurniała. Takeda zatrzymał się w pewnej odległości, starając
się uśmiechać pocieszająco do koleżanki, gdy ta zeskakiwała z roweru. Sue
czasami zastanawiała się na ile chłopak zdaje sobie sprawę z jej sytuacji z
ojcem, a czasem sama głowiła się kim tak naprawdę jest Takeda.
- Sue, głowa do góry! – czarnowłosy tradycyjnie
pstryknął ją w czoło, śmiejąc się. Jednak dziewczynka tym razem nie posłała mu
morderczego spojrzenia, tylko też się uśmiechnęła. Coś w barwie głosu
przyjaciela dodało jej sił.
- Do jutra! – pomachała mu, kierując się w stronę
domu.
Takeda przytaknął z uśmiechem.
- Do jutra!
Chłopak zaczekał, dopóki Sue nie przekroczyła progu.
Jego błękitne oczy spowiła mgła, jakby myśli, które dławił, gdy przebywał z nią
zaczęły powoli wypływać. Poczuł jak ogarnia go poczucie winy, nawet nie
wiedział dlaczego. Może był kim był, ale już tego nie zmienił. A oni oboje
potrzebowali kogoś, komu mogliby zaufać.
Sue była dobrą osobą. Niekoniecznie tak jak on.
Chłopak westchnął i odepchnął się mocno. Uśmiechnął
się ulgą, gdy rower ruszył jak burza, bez dodatkowego obciążenia na bagażniku.
Takeda lubił jeździć, nawet jeśli jego rower należał to najtańszych, żeliwnych
gruchotów, gdzie jedynie kierownica była funkcjonalna.
Podniósł się na pedałach, gdy skręcił w ciemną
uliczkę, czując nieprzyjemne drżenie podczas przejeżdżania przez brukową
kostkę. Koła wystukiwały tutaj jeden monotonny rytm, który pogarszał aurę tego
paskudnego miejsca.
Takeda rozglądał się uważnie, dopóki nie dostrzegł
nieznacznego ruchu dłoni w jednym z okien. Zatrzymał się naturalnie przy
wejściu do kamienicy, wprowadzając rower do klatki i wbiegł szybko po schodach.
Drzwi otworzył mu Chang – przerośnięty w barach Koreańczyk.
W ustach mężczyzny znajdował się dogasający papieros. Zabójca uśmiechnął się na
widok chłopaka, na co Takeda cofnął się mimowolnie. Ostatnio znalazł stare akta
Changa i to co tam znalazł na zawsze pozostanie w jego pamięci. Niestety nie
umknął umięśnionemu, wydziaranemu ramieniu – Chang zagarnął go jednym ruchem,
podrywając do góry. Takeda zaczął się dusić.
- Serizawa, już myśleliśmy, że cię zgarnęli! –
zaśmiał się tęgim basem, wnosząc biednego chłopaka do środka.
Yoo Joon zerwał się z krzesła, gwałtownie kończąc pojedynek
na picie z gwintu pomiędzy Antonem, a Rizvanem. Mężczyźni zerwali się z
oburzeniem, ale zachwiali się od nadmiaru alkoholu. Koreańczyk nawet na nich
nie spojrzał, zaczynając wykonywać szybkie ruchy rękoma.
- Chwila, chwila Joo Yoon, bo zrozumiałem na tylko,
że mam puścić Takedę. – zaśmiał się, rozluźniając uścisk na szyi chłopaka.
Takeda zaczerpnął powietrza, spoglądając kątem oka, jak Koreańczyk posyła
mordercze spojrzenie Changowi. Przeliterował bardzo dokładnie swoje imię kilka
razy. – O co ci chodzi? Przecież wiem, że nazywasz się Yoo Joon.
Zabójca zastygł w bezruchu, po czym wpakował w twarz
towarzysza lewego sierpowego. Takeda westchnął. Yoo Joon od samego początku był
niemy, ale wszyscy jakoś nie mieli problemów z porozumiewaniem się z
nadopiekuńczym kolegą z drużyny. No oprócz Changa, który po kilku latach nadal
był beznadziejny w migowym.
- Dobra, Takeda, przechodząc do rzeczy… - westchnął
Anton, spoglądając z utęsknieniem za alkoholem. – Będziesz miał udział w naszym
nowym zleceniu, młody.
- Czyli jednak podrzucimy im kilkoro dzieciaków?
- A no. – przytaknął jedynie Rizvan.
Takeda spojrzał po towarzyszach z nieukrywaną
podejrzliwością.
- Ostrzegam, jeśli macie zamiar mnie sprzedać, to
poderżnę wam gardła podczas snu. – warknął chłopiec.
Chang przestał się na chwilę bić z Yoo Joonem i
roześmiał się donośnie.
- Zwariowałeś, Serizawa? Jesteś naszą tajną bronią!
- Nie jest tajną bronią. Po prostu jest mały i nie
wygląda podejrzanie.
- Jeszcze. – wtrącił Rizvan, nalewając sobie
alkoholu.
Takeda śledził ich podejrzliwym wzrokiem, dopóki
niemy zabójca nie położył mu dłoni na ramieniu. Koreańczyk zmroził mężczyzn
wzrokiem i wyciągnął plik pomiętych dokumentów z kieszeni, podając go
czarnowłosemu. Chłopiec wziął go niepewnie, patrząc się na spokojne ruchy dłoni
Yoo Joona.
‘Zgarniamy
stąd te trzy dzieciaki’
Takeda wyciągnął zdjęcia z koperty, rejestrując w
pamięci rysy twarzy. Jednak przy ostatnim poczuł jak ziemia usuwa mu się spod
nóg. Nim jednak ktokolwiek dostrzegł zmianę w jego postawie, Takeda przełknął
ślinę, schował zdjęcia do koperty i stwierdził, że idzie coś zjeść.
Chłopak skierował swoje kroki w stronę dworca. W
jego głowie kreślił się bardzo ryzykowny plan, ale jeśli zdąży podać informację
wystarczająco szybko, będzie miał szansę.
Jeśli nie, po prostu wykona zlecenie.
______________________
Zaszalałam, prawda? Napisałam to w raptem 10 dni. Ostatnimi czasy to rekord, ale w końcu doszłam do tego fragmentu, który od początku kreślił się w mojej głowie i nie był dodawany po prostu podczas pisania. Taa... Wspominałam kiedyś, że Krwawa Truskawka miała być 5 stronicowym opowiadaniem, gdzie Ichigo nikogo nie spotyka i jedynie postanawia się zemścić? XD
Nie jestem pewna, czy będzie to aż tak odczuwalne, ale bardzo denerwowałam się pisząc sceny, gdzie Fumiya rozmawia, czy raczej kłóci się z 'przyjaciółmi' oraz gdzie Sue w końcu się z kimś zaprzyjaźnia. Po prostu ostatnio jedynie tracę swoich przyjaciół, jednych przez to, że nasze zdania są zbyt rozbieżne, albo po prostu dlatego, że relacja nawet nie była prawdziwa. Jakoś tak... Stwierdziłam, że to tu napiszę jako przypis.
Jak zwykle dziękuję za przeczytanie.
I teraz tradycyjnie Yume (serio nie mam pojęcia, czy mogę się zwracać tak czy jakoś inaczej, ale jak coś to pisz) dziękuję za link do twojego opowiadania. Przeczytałam całość i cały czas czatuję na więcej. Chciał zagwiazdkować wszystko ale mam zbugowane konto z e-mailem i mnie blokuje. Więc oficjalnie uznaj to za gwiazdki xD Pisz dalej i rozwijaj się z każdym kolejnym napisanym słowem!
Tak teraz widzę, że rozpisałam się w pizdu xD
Chciałabym mieć takiego brata jak Fumiya. Nawet palenie jest w stanie rzucić dla siostry :') Krew mnie zalała, nienawidzę takich fałszywych przyjaciół. Sama z chęcią bym im przywaliła. Niech się Serizawa przyzwyczaja do widoku zmasakrowanych ciał:/ A jednak Takeda jest dobry o.O I podejrzewam, że na ostatnim zdjęciu była Sue... Ciekawa jestem jaki ma plan. Zaszalałaś, praktycznie zaczęłam tańczyć na łóżku jak zobaczyłam, że dodałaś rozdział xd To powiedz komu mam spuścić manto, ode chce się im ranić ludzi. Heh, zwracaj się do mnie jak chcesz ;) Dziękuję za miłe słowa ^^ Postaram się rozwijać, bo wiem, że u mnie leżą opisy zwykłych czynności lub akcji. Również czatuje na twoje nowe rozdziały *-*
OdpowiedzUsuń