5 stycznia 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 38

Rozdział 38


Nie pamiętałam praktycznie niczego z tego szaleńczego biegu. Stawiałam tylko nogę za nogą, krok za krok, cały czas przed siebie, coraz szybciej i szybciej.
Czułam, że wpatruję się w plecy Ayako, która biegła daleko przede mną.
Ona zawsze była taka szybka? – moje myśli ledwo przebiły się przez szum krwi. Krążyła we mnie przenikliwie, choć byłam pewna, że moje serce stanęło.
Pustka.
Przerażenie.
A potem ból.
Osunęłam się na kolana, zostając w bramach organizacji. Zaczerpnęłam gwałtownie powietrze, ale nie poczułam go w płucach.
Boli. Tak bardzo boli.
Dotknęłam dłonią swojej szyi, nie mogąc zrozumieć skąd wydobywa się źródło cierpienia. Smagnięcie moich palców było niczym dotyk kostki lodu. Wydusiłam stłumione westchnienie, a moja dłoń spoczęła w miejscu serca, zaciskając się powoli i mocno w pięść, mnąc nadaremno kurtkę. Jakby miało to coś zmienić.
Kiedy Tsuneari mnie dogonił, nadal wpatrywałam się w biegnącą daleko przede mną Ayako.
Jeśli ktoś zapytałby się mnie o najboleśniejszą rozpacz jaką widziałam, przywołałabym w pamięci obraz biegnącej Ayako.
Z lewego skrzydła budynku nie zostało praktycznie nic, oprócz wielkiej wyrwy i sterty gruzu przykrywającej dwa zawalone piętra. Oraz dym i przygasający ogień.
- Taki!!! – wrzasnął chłopak i popędził w nagłym zrywie za Ayako.
Czemu krzyczysz, Tsu? Przecież to nic nie da.
Podniosłam się chwiejnie na nogi, nadal patrząc się tępo przed siebie. Postawiłam jeden krok. Potem jeszcze jeden. Szłam bezsensownie w stronę gruzów, a z każdą kolejną sekundą coraz bardziej pragnęłam, by to wszystko okazało się jedynie koszmarem.
Zobaczyłam Tsuneariego stojącego w połowie urwanego korytarza. Jego ręce zwisały bezładnie, a on po prostu wpatrywał się z szczątki budynku. Stanęłam obok niego, również się tylko przyglądając.
- No ruszcie się! – wrzasnęła dziewczyna, odwracając się do nas. Odrzuciła jedną z cegieł. – Szybciej! Musimy ich wyciągnąć! – jej wrzask przeszedł w piskliwy szept, a w kącikach oczy pojawiły się łzy. – Tsuneari! Ichigo! – spojrzała na nas rozpaczliwie.
A myśmy po prostu tam stali. Nie widząc żadnej reakcji po twarzy Ayako przepłynęła panika. Dziewczyna odwróciła się i odrzuciła kolejną cegłę. A potem kolejną i kolejną. Jej ramiona drżały, nie mogąc wytrzymać ciężaru, ale cały czas przekopywała się dalej, jakby to była jedyna rzecz utrzymująca ją przy życiu.
- Ayako… - głos Tsuneariego drżał. Spojrzałam na niego pusto. Widać było, że powstrzymuje płacz, a dłonie zacisnął w pięści. – Przestań… Błagam… Przestań…
Dziewczyna jakby go nie słyszała, pogrążona w rozpaczy. Spojrzałam na nią pusto, chciałam coś do niej powiedzieć, ale z moich ust nie wydobyły się żadne słowa. Może do mnie też nie docierała prawda. Może chciałam by wydarzył się cud.
- Taki! – wykrzyknęła piskliwie, z niedowierzaniem. Odgarnęła resztką sił ogromny kawał ściany i upadła na kolana, cała drżąc. – Taki! – wyciągnęła rękę przed siebie, wpatrując się z radością w punkt przed siebie.
Nie zrozumiałam od razu.
Tsuneari zareagował szybciej. Rzucił się na dziewczynę i mocno przytrzymując w pasie, odciągnął jak najdalej. Ayako po chwili osłupienia, zaczęła się mu wyrywać, okładając jego ramiona pięściami i kopiąc go z całych sił. A on jej nie puszczał, przygarniając ją bliżej siebie.
- Puszczaj mnie! Puszczaj mnie!!! – wrzeszczała w kółko, wyciągając z paniką rękę przed siebie. – Puszczaj mnie!
Dostrzegłam dłoń między gruzami.
Otoczyła mnie ciemność i pustka. Tak bardzo bolesna ciemność i pustka.
Spojrzałam z błaganiem na Tsuneariego. Nie puść jej. Nie ważne co się stanie, nie pozwól jej tam podejść.
- Ayako… Ayako… - powtarzał cicho, a w jego głosie była już tylko panika i strach, choć twarz wykrzywiał smutek. – Już dość. Już wystarczy. – zacisnął mocno oczy, ale i tak po jego policzkach ściekły łzy. – Wystarczy. -  powtórzył rozpaczliwie, tracąc siły.
Dziewczyna się wyszarpnęła i ponownie rzuciła na stertę gruzów. Chwyciła wystającą dłoń i pociągnęła z całej siły, jakby liczyła, że wydostanie przyjaciela całego i zdrowego.
Chwilę później rozległ się rozdzierający i bolesny krzyk, który nie ustawał nawet po chwili. Dziewczyna odsunęła się gwałtownie i upadła, potykając się. Krzyczała nadal i odsuwała się rozpaczliwie coraz dalej i dalej, aż dotknęła plecami ściany. Wtedy zalała się łzami i zasłoniła uszy dłońmi, histerycznie łkając.
Tsuneari spojrzał na mnie, ale kompletnie nie reagowałam. Patrzyłam się bez wyrazu na oderwaną dłoń, leżącą bezwiednie niedaleko gruzów.
Taki. Ten dobry, życzliwy Taki. Taki, który jeszcze kilka minut temu żartował za nami. Który jeszcze przed chwilą żył.
Słyszałam głos Tsuneariego jak zza ściany. Potrząsał mocno dziewczyną za ramiona, ale to nic nie dawało. Nie wiem po jakim czasie usłyszałam nadbiegające kroki.
- JASNA CHOLERA! – wrzasnął Fumiya, zatrzymując się obok mnie. – DAIKI! – wpatrywał się szeroko rozwartymi oczami w pozostałości magazynu. – Jasna cholera! Jasna cholera. Jasna cholera… - zacisnął dłonie w pięści.
Mikuru posmutniała, powstrzymując wybuch emocji, choć na jej twarzy było przerażenie.
- Przecież to niemożliwe… - wyszeptała. – Przecież Arata… On wszystko… Nie… On nie mógł zginąć na marne…
- Zabiję go. – powiedział Fumiya. – Igarashi będzie umierał powolną i bolesną śmiercią. Za Aratę, za Shuuko, za Daikiego… Za wszystkich. – w jego głosie słychać było chłód, a mężczyzna spoglądał morderczo w dal.
Spojrzałam z nagłym zrozumieniem na dowódcę, choć strategiczka chwyciła go rozpaczliwie za rękaw.
- Fumiya, nie możesz! – krzyknęła. – To szaleństwo. Przecież wiesz, że to nic nie da. – powiedziała z naciskiem.
Mężczyzna odepchnął jej dłoń, głuchy na prośby.
- Trzeba było go posłuchać na samym początku… - szepnęła cicho.
Fumiya odwrócił się i wbił w kobietę wściekły wzrok. Poczułam jak po plecach przebiegają mi dreszcze. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak rozwścieczonego.
- Trzeba było go zastrzelić 3 lata temu, a wszyscy by żyli, ty tchórzu! – wrzasnął na Mikuru.
Teraz nawet Tsuneari się odwrócił i wbił niedowierzające spojrzenie w dowódcę, tak samo jak Mikuru. Kobieta zamrugała kilkakrotnie, po czym zalała się łzami.
A ja zdałam sobie sprawę, jak niewiele wiem o nich wszystkich. Wręcz cała przeszłość owiana była dla mnie tajemnicą, której nie powinno wyciągać się na światło dzienne ponownie.
Ale jednego byłam pewna.
Ten, który musi zginąć to Igarashi Yasuaki.
- Przepraszam, Mikuru. – Fumiya spuścił wzrok, kładąc dłoń na ramieniu kobiety. – Przepraszam, poniosło mnie.
Podeszłam do przyjaciółki. Siedziała teraz cicho, wpatrując się bezdennymi oczami w przestrzeń, całkowicie otępiała.
- Nie jest w stanie dalej walczyć. – stwierdziłam tylko, patrząc się bez wyrazu na Tsuneariego. – Musimy zostawić ją u Ryutaro.
Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale w końcu tylko kiwnął głową i wziął dziewczynę na ręce. Spojrzałam jeszcze na niego ostatni raz, po czym skręciłam w innym kierunku. Tsuneari zatrzymał się.
- Gdzie idziesz? – spytał cicho.
- Walczyć. – odpowiedziałam tylko. – Spotkamy się później.
Zawahał się przez moment po czym skinął głową i pozwolił mi odejść.

Tokaji nadal stał w tym samym miejscu co kilka godzin wcześniej, gdy z oddali usłyszał wybuch. Z początku się niepokoił, ale widząc skołowaną twarz Shigeo nie miał pewności, która ze stron użyła ładunku wybuchowego.
Choć miejsce wybuchu było bardzo blisko organizacji.
- Taichi, radzę ci się opanować. – rzucił szorstko, gdy zabójca zaczął się dyskutować coraz bardziej zawzięcie. – Przypominam, że z tego miejsca też może pójść taki sam dym. – dodał, uśmiechając się szyderczo.
Rozmowy gwałtownie ucichły, a pacjenci szpitalu psychiatrycznego w Tateyamie wbili w niego wściekłe, obłąkane spojrzenia. Mimo, że nie myśleli jak normalni ludzie i byli nieobliczalni, dość łatwo pojęli zagrożenie.
Jak przychodzi co do czego, każdy ratuje tylko swoją skórę, pomyślał z obrzydzeniem Tokaji. Aż dziw, że jeszcze się stąd nie zmyłem.
- Wiesz Taichi… - rzucił do mężczyzny. – Myślałem, że będziesz trochę ciekawszym przeciwnikiem.
Shigeo spiorunował go wzrokiem.
- Trochę trudno, bym walczył z granatem. – syknął w odpowiedzi.
- Oj daj spokój. – zaśmiał się Tokaji, podrzucając bidon. – Nie zginiecie od tego wszyscy. – w sumie nikt nie zginie, dodał ironicznie w myślach. – Obiecuję, że w ciebie nie wyceluję. – dodał prowokująco.
- Posłuchaj, ty… - błękitnooki przełknął przekleństwo, ale jego wzrok wyrażał dużo więcej niż czystą nienawiść. – Wiem doskonale jak odnosisz się do tego wszystkiego. – powiedział przymilnie, uśmiechając się pewnie. – Z dość dużą łapówką przeszedłbyś na naszą stronę.
Tokaji uniósł wysoko brwi i zagwizdał.
- Serio masz mnie za zdrajcę? – rzucił chłodno. – Owszem, sam nazwę siebie bezlitosnym mordercą, złodziejem, oszustem, ojcobójcą, chamem, prostakiem… - wyliczał ze znudzeniem na palcach, po czym spojrzał morderczo na mężczyznę. – Mniejsza z tym. Może i jestem najgorszą gnidą, ale nie zdrajcą.
Shigeo wbił w niego swoje błękitne oczy, starając się zawrzeć w tym spojrzeniu wszystkie przekleństwa świata. Tokaji przyjął spojrzenie z satysfakcją, odpowiadając tym samym, choć z cieniem szyderczego uśmiechu na ustach.
Po chwili jednak Shigeo gwałtownie zbladł. Czarnowłosy zmrużył lekko oczy, nie widząc przyczyny takiej reakcji, po czym gwałtownie odwrócił się. Zdążył jedynie dostrzec pięść nim oberwał w szczękę. Siła ciosu odepchnęła go kilka metrów dalej, gdzie upadł na ziemię, mając mroczki przed oczami.
- I czemu  ja się nie dziwię, że akurat ty tu jesteś, Kosai. – prychnął z irytacją Igarashi, schylając się po upuszczony bidon. – I czemu nie dziwię się, że ty, Shigeo, jesteś po prostu głupi.  
- Sz… Szefie! – zawołał niepewnie, acz z udawaną radością zabójca.
- Nie denerwuj mnie bardziej niż jestem. – odparł chłodno Igarashi. Przyjrzał się ‘granatowi’ i wzruszył ramionami. – Łap. – rzucił bidonem w podwładnego, odrywając zawleczkę.
Shigeo mechanicznie złapał granat i już po sekundzie wydarł się z przerażenia, ale jego krzyk został przerwany przez wybuch dymu. Błękitnooki zaczął krztusić się dymem i upuścił bidon na ziemię.
- Oooooo, czyli to drugie dno było tym wypełnione. – Igarashi pokiwał głową ze zrozumieniem. Spojrzał na podnoszącego się chłopaka. – To kolejny mądry gadżecik Sakiko? – spytał jak gdyby nigdy nic.
Tokaji zerwał się na równe nogi, wyciągając oba miecze.
- Ty… - syknął, wpatrując się w zabójcę bezdennymi, czarnymi oczami.
Chłopak analizował wszystko bardzo szybko. Mężczyzna po prostu się za nim pojawił. Jasna cholera, niech on nie robi tak jak Tsu, pomyślał sarkastycznie i rzucił się na przeciwnika.
Igarashi owszem rozszerzył oczy ze zdziwienia, ale w ułamku sekundy wyciągnął broń i wręcz od niechcenia zablokował cios. Stal szczęknęła, a niebiesko-włosy zrobił krok do tyłu.
- Nieźle, nawet poczułem ten cios. – pochwalił ironicznie, a Tokaji syknął z niezadowoleniem.
Igarashi bez zbędnym słów wyprowadził kolejny cios, biorąc błyskawiczny zamach z prawej. Tokaji sparował atak, gotowy to kontrataku, ale Igarashi zdążył już wymierzyć kolejne pchnięcie. Czarnowłosy tylko zobaczył błysk stali i niewiele myśląc odskoczył do tyłu, a czubek miecza rozdarł mu powierzchownie kurtkę.
Dobra, Tokaji, ten gościu jest na innym poziomie. Trzeba iść na całość.
Poprawił błyskawicznie chwyt, gotowy ponownie uderzyć, ale Igarashi ziewnął ze znudzenia i opuścił broń. Spojrzał czarnymi oczami na chłopaka jak na zabawkę.
- Wiesz, Kosai myślałem, że chociaż ty zmądrzejesz i do nas dołączysz. – rzucił beznamiętnie. – Pasujesz do Jishin. Ale skoro nie, to nie chce mi się z tobą walczyć. Od tego ma się podwładnych. – dodał, odwracając się do błękitnookiego. – Prawda, Shigeo?
- Tak jest.
Zabójca położył dłoń na rękojeści miecza i dał znak swojemu oddziałowi. Powietrze przeszył dźwięk wyciąganej broni. Tokaji spojrzał kątem oka na wrogów i westchnął głęboko. Było źle. Bardzo źle.
- Tak więc żegnam na zawsze, Kosai. – pomachał na odchodnym. – Idę zobaczyć kogo od ciebie wysadziłem w powietrze. – zachichotał.
Tokaji poczuł jak ogarnia go chłód. Zerknął w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał szef Jishinu, ale zabójca zniknął w cieniu miejskich uliczek. Nie zdążył zrobić nic więcej nim mordercy rzucili się w jego kierunku.
Nigdy nie myślał, że duma pozwoli mu uciec z pola walki, ale widok rozwścieczonej 30-stki psychopatów nie zachęcał do pozostania między nimi samemu.
Pognał przed siebie, nawet nie myśląc dokąd biegnie.

Wybuch w siedzibie Kaminari zatrzymał na chwilę walkę.
Meiji korzystając z okazji zaprzedał lewego sierpowego jakiemuś facetowi, a kilka metrów dalej dostrzegł Mako przebijającą kogoś mieczem. Kobieta nie robiła sobie nic z wybuchu.
- Jun! Koichi! – zawołał na przyjaciół, którzy wpatrywali się w dym jak zaklęci.
Koichi otrząsnął się jako pierwszy i płynnie się obrócił, zatrzymując cios. Jun stojący obok uderzył z wykopu stojącą w pobliżu kobietę i stając ponownie na dwóch nogach wbił szybko miecz w bok faceta. Zabójca osunął się na kolana, a Koichi uderzył go mocno rękojeścią w skroń.
Meiji kątem oka dostrzegł, że uderzony przed chwilą facet usiłuje się podnieść, więc przydepnął go i spojrzał mu w oczy z politowaniem.
- Lepiej było dla ciebie, byś udawał nieprzytomnego. – rzucił krótko i wbił mu miecz w serce.
W takich punktach zwrotnych wygrywali ci, którzy jako pierwszy otrząsnęli się z szoku. Jishin na nowo odzyskał werwę i szybko zebraną grupą ruszyli na Sanmittai. Meiji machnął krótko na przyjaciół – znali ten gest już od dawna. Stanęli do siebie plecami, kryjąc siebie nawzajem.
- Koichi celuj w ich stopy, Jun w głowy. – rzucił szeptem przez ramię.
Zaatakowało ich jakieś 10 osób na raz. Odpierali ataki z łatwością, a gdy pierwsze ciała opadły na ziemię, formacja Jishin się przełamała.
- Rozproszyć się! – krzyknął Meiji, wybiegając na stojącą przed nim kobietę.
Ciął od dołu, ale morderczyni sparowała atak. Wyprowadził cios z lewej, zbyt późno dostrzegając jeszcze jednego przeciwnika. Miecz smagnął w ramie kobietę, a Meiji gwałtownie zahamował i zwijając lewą dłoń w pięść wycelował w nos mężczyzny. Głowa bezwładnie odskoczyła, a facet upadł z hukiem na ziemię z głęboką raną w plecach.
- Dzięki, Mako, ale dałbym radę. – uśmiechnął się do rudowłosej, która patrzyła beznamiętnie wokół w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika.
- Wiem, że dałbyś radę. – odparła tylko i wyminęła go.
Meiji odwrócił się za nią – wokół nich zrobiło się pusto. Jun i Koichi podbiegli do nich, a kobieta zatrzymała się z westchnieniem. Pod ich stopami leżało jakieś 6 ciał – pozostała czwórka skorzystała z okazji i uciekła. Zabójcy spojrzeli na niebo, złowrogo zabrudzone dymem.
- I tak się kończy, gdy mnie nie słuchają. – syknął po chwili Meiji. – Jadę zabić ich strategów. – powiedział.
- Nie bądź głupi. Jesteśmy potrzebni tutaj. – powiedział z naciskiem Koichi, wbijając wściekły wzrok w przyjaciela.
- Właśnie. Wy jesteście. – odparł tylko czarnowłosy i skierował się w stronę najbliższego auta.
Koichi przeklął i chwycił przyjaciela za ramię. Nim Jun zdążył go powstrzymać brązowowłosy uderzył go w twarz. Meiji spojrzał na niego pusto swoimi piwnymi oczami i westchnął. Mako obserwowała tą scenę ze spokojem.
- Też wolę byś został.
Meiji tylko odrzucił dłoń Koichiego i wybił szybę w oknie auta. Otworzył drzwi od środka i siadł za kierownicą. Brązowowłosy był gotowy ponownie go uderzyć, ale Jun powstrzymał go. Gdy zobaczył zirytowane spojrzenie Koichiego, jedynie pokręcił głową.
- Gdy on się na coś uprze to go nie przekonasz. – westchnął ponuro. – A jakby nie patrzeć to ma dużo sensu.
- Atakowanie tej dwójki w pojedynkę nie ma sensu, nawet biorąc pod uwagę naszą wykruszającą się liczebność. – powiedziała spokojnie Mako, szarpiąc delikatnie za klamkę. – Meiji, otwieraj. Jadę z tobą.
- Czy wy musicie tak wszystko komplikować? Nie mam zamiaru dać się zabić. – warknął mężczyzna. – Walka Jishin posypie się, gdy nikt nie będzie im podpowiadał co mają zrobić. Ja załatwię strategów, ale ktoś musi chronić naszą słabszą część. Na przykład dzieciaki. Albo bliźniaczki.
Zapadła napięta cisza. Meiji odwrócił wzrok od przyjaciół, wpatrując się twardo przed siebie. Mimo własnych słów, wiedział że to co planuje to czysta misja samobójcza. Przerwał ciszę odpalając silnik.
- Meiji. – Mako wypowiedziała jego imię z delikatnym naciskiem.
Czarnowłosy jakby się zawahał przed odjazdem. Spojrzał smutno w jej zielone oczy i uśmiechnął się lekko.
- Kocham cię, Mako. – powiedział cicho i odjechał.
Rudowłosa patrzyła się za odjeżdżającym samochodem dopóki nie zniknął.
- Przecież wiem… - szepnęła do siebie z cieniem smutku i ścisnęła rękojeść miecza. – Jun, Koichi. – podniosła wzrok na towarzyszy, którzy piorunowali się wzrokiem. – Słyszeliście go. Musimy chronić naszych.

- Omitsu, ten wybuch… - wydusił po pewnym czasie Hiroki, ledwo mogąc złapać oddech od biegu.
Kobieta go zignorowała, rozglądając się wściekle wokół i cały czas mamrocząc, że ‘on gdzieś tu był’. Mężczyzna obejrzał się przez ramię na rozrzedzony dym. Nie chciał nawet myśleć o tym, że kod Araty został złamany.
Omitsu gwałtownie się zatrzymała, nasłuchując.
- Jeez, kobieto! – mruknął Hiroki. – Co tym razem…
- Cicho. – syknęła tylko, przymykając oczy.
Blondyn przewrócił oczami, ale umilkł. Po chwili usłyszał równe miarowe dudnienie i szczęk broni. Spojrzał z nagłym zrozumieniem na Omitsu, która mrużąc groźnie oczy skinęła potakująco głową.
- Za mną. – zawołała cicho, kierując się w stronę odgłosów.
Hiroki przewrócił oczami, biegnąc za Omitsu. Tak zazwyczaj kończyły się akcje z zabójczynią – pchała się w najgorsze kłopoty. Czy raczej to one ciągnęły do niej. Mężczyzna westchnął, dotykając swojej blizny ciągnącej się przez lewe oko. Akurat on nie powinien tego komentować.
Gdy wybiegli na jedną z głównych ulic całkowicie osłupiał. Zobaczył tylko kątem oka sporą grupę ludzi i doskonale wiedział, że to Jishin. Schował się od razu za zakrętem, patrząc się z niezrozumieniem na Omitsu, która patrzyła się z niedowierzaniem przed siebie, mrużąc oczy. Nim zdążył ją zaciągnąć do cienia uliczki, przez twarz kobiety przemknęło nagłe zrozumienie.
- Tokaji!? – wykrzyknęła imię chłopaka biegnącego kilkanaście metrów przed Jishinem.
Hiroki pomyślał, że już nic więcej go dzisiaj nie zdziwi.
Czarnowłosy spojrzał na nich z konsternacją. Skręcił w ich uliczkę i szarpnął mocno, zmuszając do biegu. Omitsu od razu załapała tempo i zrównała się Tokajim, posyłając mu pytające spojrzenia.
- Młody, radzę ci to wytłumaczyć. – burknął blondyn, oglądając się przez ramię. – O świetnie, widzę Shigeo. – mruknął jeszcze.
- Kłopoty. – sapnął czarnowłosy. – Skapnęli się, że ich oszukałem i są trochę wściekli. A Yasuaki jak się pojawił tak zniknął.
- To nie ma sensu! – jęknęła Omitsu, patrząc się z irytacją na chłopaka.
- Tokaji Kosai, perfekcyjny opis sytuacji. – rzucił czarnowłosy sarkastycznie.
- To nie czas na żarty! Sami psychopaci może nie stanowią wielkiego problemu…
- Dla kogo nie stanowią, to nie stanowią… - syknęli obaj zabójcy.
- Co zrobimy z Shigeo? Akurat z nim nie da się walczyć, będąc otoczonym przez hordę innych ludzi! – spytał po chwili Hiroki, oglądając się przez ramię. – Cholera, doganiają nas.
Tokaji zamyślił się przez chwilę po czym spojrzał na Omitsu poważnie. Kobieta zmrużyła oczy, a po chwili zrozumiała co chce zrobić chłopak. Westchnęła z rezygnacją i skinęła głową.
Tokaji gwałtownie się zatrzymał i ruszył na Shigeo. Błękitnooki, nieprzygotowany na taki zwrot akcji, sparował ze zdziwieniem cios, ale ostrze ześlizgnęło się na jego ramię. Czarnowłosy korzystając z okazji czmychnął w jedną z uliczek, a rozwścieczony zabójca ruszył za nim, wołając jeszcze kilku zabójców.
A pozostali ruszyli na Omitsu i Hirokiego.
- O nie. – westchnął blondyn, kładąc dłoń na rękojeści. Spojrzał morderczo na zabójców zdrowym, prawym okiem.
- Powodzenia, Tokaji! – zawołała za czarnowłosym z cieniem niepokoju w głosie. Mimo wszystko posyłanie nastoletniego chłopaka na walkę z Shigeo to prawie wyrok śmierci. Sekundę później przeniosła wzrok na zbliżający się tłum i rozciągnęła usta w okrutnym uśmiechu. – Witam państwa z Tateyamy! Stęskniliście się za mną!? – zawołała, rzucając się w wir bitwy.

~Tokaji~
Usłyszałem jeszcze tylko bojowe zawołanie Omitsu nim odbiegłem wystarczająco daleko. Szczerze nie myślałem, że umiem tak szybko biegać.
- Ucieczka nic ci nie da, Kosai! – krzyknął za mną wściekle Shigeo.
Zerknąłem krótko przez ramię. Udało mi się fartem go zranić, ale rana na lewym ramieniu była tylko płytkim nacięciem. Teraz będzie gorzej. Zwłaszcza, że za nim podążały jeszcze jakieś cztery osoby.
Biegłem jakimiś spokojnymi, ośnieżonymi uliczkami, coraz bardziej denerwując się brakiem strategicznego miejsca do walki. A wąska uliczka z szeregiem jednorodzinnych domków nie należała do takich. Jasna cholera, czy nie mogliśmy się znajdować w jakieś ciekawszej dzielnicy?
Dobra, Tokaji, uspokój się i pomyśl.
Biegnie za mną 5 osób. Z psychopatami dam sobie radę, ale nie ze wszystkimi na raz. Muszę ich rozdzielić i pozałatwiać każdego z osobna, a Shigeo po prostu omijać.
Tak. Mikuru zdecydowanie zabiłaby mnie za taką strategię.
Byłem ledwie kilka metrów przed nimi, więc nie miałem szans na dalsze obmyślanie planów. Uspokoiłem oddech i skręciłem gwałtownie w boczną alejkę. Zahamowałem gwałtownie i wskoczyłem na pokrywę kontenera na śmieci, licząc, że jako pierwszy nie wybiegnie Shigeo.
Uśmiechnąłem się szyderczo, gdy pierwsza kobieta wpadła w uliczkę z obłędem w oczach, który po kilku krokach przerodził się w zmieszanie. Zatrzymała się, zastanawiając się gdzie jest cel.
Wybiłem się wysoko, wyciągając w locie miecze i biorąc szeroki zamach zza pleców opadłem na niczego nieświadomą kobietę. Na ułamek sekundy spojrzała na mnie z przerażeniem, ale chwilę później jej oczy zaszły mgłą, a jej ciało upadło na ziemię.
Minęła sekunda nim zdążyłem odwrócić się i spróbować dalszej ucieczki, ale tyle wystarczyło by pozostała czwórka otrząsnęła się z szoku. Jakiś facet rzucił się na mnie, biorąc wprawny zamach. Syknąłem z niezadowolenia, obracając się bokiem i blokując cios jedną ręką. Drugi facet spojrzał na mnie z niedowierzaniem, gdy skierowałem drugie ostrze przeciwko niemu.
Uśmiechnąłem się chytrze, choć wcale nie było mi do śmiechu.
Usłyszałem za sobą kroki. Odchyliłem drugie ostrze lekko do tyłu, a prawą ręką odepchnąłem pierwszego faceta. Biorąc zamach smagnąłem ostrzem nadgarstek drugiego zabójcy, po czym szybko zmieniłem kąt trzymania miecza i z całym impetem wbiłem go w szyję pierwszego przeciwnika.
Nie zdążyłem wyciągnąć broni, wiedząc że pozostała kobieta zaatakuje. Obróciłem się w jej stronę, odchylając się instynktownie lekko do tyłu, a jej stopa śmignęła kilka milimetrów od mojej twarzy. Chwyciłem pozostały miecz drugą dłonią. Po takich wykopach potrzeba było kilku cennych sekund by powrócić do odpowiedniej pozycji.
Kiedy jednak już wyprowadzałem cios, kobieta błyskawicznie się obróciła, a w jej dłoni błysnęła stal.
Cholera.
Moje ostrze sięgnęło jej, rozcinając paskudnie lewą rękę, ale ona sama mnie zraniła. Syknąłem, odskakując choć wiedziałem, że nie mam czasu na odpoczynek. Spojrzałem kątem oka na ranę – miała jakiś centymetr głębokości i przecinała paskudnie prawą pierś.
Nim nawet zaczęła krwawić rzucili się na mnie we dwójkę. Klnąc w myślach na brak drugiego miecza, skoczyłem w stronę kobiety, odpychając ją silnym ruchem, mając nadzieję, że ma przy sobie tylko jeden scyzoryk. Zachwiała się, a ja obróciłem się gwałtownie, zwijając lewą dłoń w pięść. Ból od trafnego uderzenia przeszył z satysfakcją kości. Facet wypuścił z szoku miecz, ale ostrze smagnęło lekko moje ramię.
Błyskawicznie ciąłem z dołu prawą ręką, ale zabójca ochronił się przed raną, zasłaniając się ramieniem. Wrzasnął gdy miecz przeciął mu je do kości. Nie ruszały mnie jego krzyki – podskoczyłem i wycelowałem na ślepo kopniaka w kobietę.
Zdążyła zablokować cios obiema rękoma tuż przy skroni, ale i tak się uśmiechnąłem – rozległ się dźwięk łamanej kości, a z jej nadgarstka wysunął scyzoryk.
Odsunąłem się szybko, ale kobieta wbiła we mnie szaleńcze spojrzenie i po prostu rzuciła się w moim kierunku. Zdziwiony chwyciłem w dłoń jej pięść, ale nie dałem rady uchronić się od kolejnego ciosu. Jej kolano wbiło się w mój brzuch, boleśnie wyduszając powietrze z płuc.
Cholera.
Opadłem na kolana, a gdy próbowałem zerwać się ponownie na nogi, dostrzegłem, że kobieta się nie rusza. Czyli teraz zaatakuje facet.
Padłem na ziemię i przetoczyłem, a zabójca wbił nieporadnie, ale z całej siły miecz w miejsce, w którym byłem przed sekundą. Czyli był praworęczny. Spróbowałem się podnieść ponownie, ale kobieta już do mnie dobiegła, usiłując trafić z zamachu w głowę. Kucnąłem szybko i przekładając ciężar na ręce, odhaczyłem ją i stanąłem płynnie.
Chwyciłem rękojeść oburącz, unosząc ostrze wysoko nad głowę. Miałem ten ruch wyćwiczony do perfekcji. Kobieta spojrzała jeszcze z przerażeniem w moje bezlitosne, czarne oczy po czym wrzasnęła. Krzyk przeszył okolicę, a do lotu poderwały się okoliczne kruki. Wrzask ustał gwałtownie, a zabójczyni znieruchomiała, brudząc śnieg krwią.
Całkowicie nieporuszony obróciłem się w stronę nadbiegającego faceta. Przygotowałem się na jakiś cios lewą, sprawniejszą obecnie ręką, ale zabójca uderzył mnie niespodziewanie prawym sierpowym, wrzeszcząc po chwili z bólu. Huknąłem o ziemię, wywracając oczami.
Nim zdążyłem się podnieść kopnął mnie z bok, a siła ciosu potoczyła mną bezwładnie kilka metrów dalej, pewny, że mam co najmniej jedno żebro złamane. Ściskałem uparcie rękojeść, gdy zerwałem się ponownie do walki. Mężczyzna znów runął na mnie, ale odskoczyłem w bok, do ciała drugiego faceta i wyciągnąłem z niego ostrze.
Biorąc podwójny zamach na przeciwnika, przeszyło mnie nagłe, złe przeczucie, które nazywało się Shigeo.
Nie skończyłem nawet wyprowadzać ciosu na ostatniego faceta, gdy obróciłem się gwałtownie. No chyba tak głupio nie skończę, pomyślałem, widząc nad sobą ostrze i bezlitosne, błękitne oczy.
I wtedy stało się coś bardzo dziwnego.
W głowę Shigeo uderzył kamień, a sam mężczyzna odsunął się gwałtownie, patrząc się w stronę, z której nadleciał kamień. Z przestrogą poprawiłem chwyt na rękojeściach, ale nie zdołałem go zaatakować, dostrzegając kto stoi kilka metrów dalej.
Ichigo.
- Podziękujesz mi później! – krzyknęła do mnie złośliwie. Możliwe, że chciała coś jeszcze dodać nim odbiegnie, ale Shigeo w sekundzie się przy niej znalazł, atakując z góry.
- Zabiję cię! – warknął nienawistnie błękitnooki. – Za mojego ojca! – krzyknął, wyprowadzając serię szybkich ciosów. Czarnowłosa odparowywała ataki.
Poczułem nagły przypływ żądzy mordu.
Rzuciłem się z morderczym wzrokiem w stronę faceta, dostrzegając tym samym, że dziewczyna nawet sobie radzi. Załapała sekwencję ruchów i odbiła ostrze z zamachem. Uśmiechnęła się krzywo, wbijając chłodny wzrok w Shigeo.
Przewróciłem oczami, widząc że tylko blefuje z tą pewnością siebie.
No w sumie ja też.
Nim Shigeo zdążył wyprowadzić cios z góry, wpadłem między nich, blokując atak z góry. Mężczyzna naparł na mnie mocniej, ale spojrzałem wściekle na dziewczynę kątem oka.
- Co ty tu robisz? – syknąłem, odparowując cios i tnąc z dołu. – Nie mów, że walka aż tak się rozprzestrzeniła.
Dziewczyna mnie zignorowała i zaatakowała Shigeo z boku. Cios przeszedłby, gdyby nie jego cel – facet zbyt dobrze znał takie sztuczki. Obrócił się z wściekłością w stronę dziewczyny, atakując ją ponownie.
Ale ona jest nierozważna. Irytujące.
Uderzyłem w niego ramieniem, odpychając z dala od Ichigo. Shigeo chwiał się jedynie przez jakieś dwa kroki, potem natychmiast odzyskał równowagę, gotowy, do następnego ataku.
- Jestem tu sama. – odparła po chwili, stając po mojej lewej.
Odsunąłem ją od siebie ręką, a drugim mieczem odparłem cios mężczyzny. Spojrzała na mnie z oburzeniem, a ja odpowiedziałem jej groźnym spojrzeniem. Shigeo wykorzystał to i jego ostrze ześlizgnęło się po moim. W ostatniej sekundzie odskoczyłem. Jasna cholera, nie mogę się przy nim zapominać.
- Posłuchaj, idiotko. To nie jest zabawa. – warknąłem na nią. – Więc jeśli zamierzasz nic nie robić, to łaskawie zejdź mi z drogi!
 Wyprowadziłem serię błyskawicznych cięć, ale zabójca parował się z łatwością, jakby odbywał po prostu regularne ćwiczenia. Moja irytacja wzrosła, gdy poczułem na sobie nienawistne spojrzenie dziewczyny.
Szlag by to. Przed tą cholerną kłótnią wszystko było w porządku.
- Muszę kogoś znaleźć. – powiedziała powoli, odwracając się. – I zabić.
Nie mogłem się powstrzymać i wbiłem w nią sarkastyczne spojrzenie.
- No co ty? – rzuciłem, blokując cios Shigeo. – A kto niby dostąpi tego zaszczytu? – dodałem kpiąco, widząc kątem oka, że mężczyzna również zaczął się przysłuchiwać, powoli gubiąc rytm walki.
- Igarashi. – odpowiedziała. Jej głos był poważny i spokojny, ale przepełniony zimną nienawiścią. – On musi dzisiaj zginąć. – szepnęła cicho i pobiegła przed siebie.
Razem z Shigeo zastygliśmy w bezruchu w całkowitym osłupieniu. Kiedy facet wybuchnął śmiechem, mnie oblał zimny pot. Przecież ona zginie.
- Przestań, idiotko! Zginiesz!!! – wrzasnąłem, zaczynając biec, ale Shigeo zastąpił mi drogę. – Ichigo! – wydarłem się jeszcze, ale dziewczyna nie zatrzymała się, odbiegając bez słowa więcej.

~Ichigo~
Tokaji tylko potwierdził to co mówił mi umysł, a krzyczał rozsądek.
Mimo tej całej pewności siebie, zimnej krwi i treningu byłam nikim w tym świecie. Drobna dziewczynka z przeciętnymi umiejętnościami. A jednak coś cały czas pchało mnie naprzód i naprzód. W stronę najgroźniejszego mężczyzny wśród płatnych morderców – Igarashi Yasuaki.
Nie jestem głupia. Wiem, że nie zwyciężę. Nawet nie przegram, zginę. Dobrze, może jestem idiotką. Tokaji się wiele nie mylił.
Gdy zobaczyłam ruinę organizacji, wiedząc, że gdzieś między gruzami znajdę swojego przyjaciela pękło mi serce. Nie mogłam o niczym innym myśleć. Czułam taką przepełniającą rozpacz, że gdybym nie pozwoliła przebić się na wierzch nienawiści rozpadłabym się na kawałki.
To co pchało mnie do walki z Igarashim to zemsta.
Niektóre rzeczy można było odpuścić z pamięci tylko czyjąś krwią.
‘’Z mordercą swojego przyjaciela nie będziesz żył pod jednym niebem’’. Przywołałam w pamięci stare chińskie przysłowie, choć trochę zmienione. Uśmiechnęłam się smutno. Przed oczami pojawiła się moja stara nauczycielka, która akurat wspomniała to przy jakieś lekturze. Z koleżankami zaśmiałyśmy się beztrosko, zupełnie tego nie rozumiejąc. Byłam głupia.
Nadal jestem.
Cholera jasna, miałam powiedzieć Tokajiemu, że cofam te słowa z kłótni. Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie, Tokaji. Wcale nie chciałam aż tak mu źle życzyć, ale… On sam się prosi o chłodne uczucia. Zwłaszcza, że teraz też był wściekły, jakby nie mógł znieść myśli, że ratuję mu skórę.
Mniejsza z tym.
Muszę teraz tylko znaleźć szefa Jishinu. Jestem prawie pewna, że gdzieś się tutaj kręci. Wnioskując ze strzępków informacji, które posiadam o nim prawie pewne jest, że kręci się w okolicy.
Jeśli jest podobny do Ryujiego nie przepuściłby okazji do obserwacji wszystkiego z niewielkiej odległości, w tak oczywistym miejscu, że gdy ktoś go znajdzie będzie mógł odczuć satysfakcję z irytacji drugiej osoby. Skąd obserwowałabym walkę jeśli byłabym Igarashim? Jakieś dramatyczne miejsce jak z książki pasowałoby do Ryujiego, ale do kogoś kto ma pseudonim Żywa Śmierć wybrałby…
Zatrzymałam się gwałtownie. Serce zabiło mi mocniej, gdy zerwałam się do biegu, skręcając w uliczkę. Przecież to takie banalne i oczywiste. I jest zdecydowanie zbyt blisko.
Zgliszcza świątyni Teitou.
Minuty biegu upływały jak wieczność. Stanęłam w cieniu budynków, wpatrując się w ruinę niegdyś pięknego wzgórza z historyczną świątynię. Poczułam jednocześnie zadowolenie i niepewność, gdy dostrzegłam delikatnie rysującą się postać stojącą w ruinach budowli.
Ścisnęłam rękojeść miecza, ogarnięta nagłym strachem.
Zacisnęłam mocno oczy, widząc przepływające wspomnienia. Zawsze delikatny i uprzejmy ton głosu, nawyk poprawiania okularów, niepewny uśmieszek oraz te szare oczy, w których ukrywał emocje.
Spojrzałam z czystą nienawiścią na rysującą się w oddali sylwetkę mężczyzny, czując że wątpliwości czy strach zniknęły.
Muszę go zabić.
Za wszelką cenę.
Sama.

Przemknęłam niezauważenie do zrujnowanych schodów i zaczęłam się skradać. 

2 stycznia 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 37

Rozdział 37 

       - Tsuneari…? – zawołałam po chwili, ale mimowolnie nadałam jego imieniu pytanie. W tym całym zamieszaniu naprawdę nie spodziewałam się nikogo zobaczyć. A raczej nie powinnam.
        Chłopak drgnął słysząc swoje imię i od razu spojrzał w moim kierunku. Jego ciemnobrązowe oczy błyszczały złowrogo, ale na mój widok rozjaśniły się w sekundzie, mimo iż mina Tsu świadczyła, że jest tak samo skołowany, jak otaczający nas zabójcy. Najwyraźniej nie spodziewał się mnie tutaj.
        - Ichi…? – wydusił część mojego imienia, ale urwał gwałtownie, gdy inne krzyki mu przerwały.
        Jako pierwsza z oszołomienia otrząsnęła się Suzuko, która spojrzawszy na nieruszającego się na ziemi brata w kałuży krwi, zbladła, po chwili przybierając nienawistny wyraz twarzy. Nim Matsuki zdążył ją powtrzymać, rzuciła się na brązowowłosego, wyciągając katanę z kabury.
      - Satoru! – wykrzyknęła imię brata, biorąc zamach na Tsuneariego.
      - TSU! – krzyknęłam ostrzegawczo. Nie chodziło mi tylko o dziewczynę, ale również i sytuację – najwyraźniej wstępne oszołomienie minęło, a Jishin powoli i złowróżbnie kierował ostrza w naszą stronę.
      Tsuneari spojrzał przez ramię, zdziwiony reakcją dziewczyny. Nie wyciągnął nawet miecza, po prostu odskoczył od leżącego zabójcy. Miecz Suzuko minął go z dość dużej odległości, a cios pod koniec stracił impet. Dziewczyna rzuciła się w stronę brata, podnosząc go lekko. Satoru spojrzał po nas, wiele nie rozumiejąc.
     Spojrzałam na Tsuneariego znacząco, oczekując jakieś reakcji. Czułam jak Ryuji przygląda się mi uważnie, jakby czekał na coś. Wiele mnie to teraz nie obchodziło, wiedziałam że mam szansę bezpiecznie się zmyć. Tsuneari pochwycił moje spojrzenie, na powrót odzyskując opanowanie.   Nie widziałam jak Jishin rusza biegiem w naszym kierunku, ale szczęk metalu wystarczył, by po moich plecach przebiegł dreszcz.   Nim utraciliśmy kontakt wzrokowy, Tsu kiwnął porozumiewawczo głową.
      Wszystko zaczęło toczyć się bardzo szybko.
      Tsu chciał ruszyć w moim kierunku, ale został zmuszony do zablokowania ciosu Matsukiego. Odparował bez większego trudu, choć spojrzał zirytowany na zabójcę.
        - Naprawdę uważasz, że akurat mnie trzeba teraz atakować!? – wykrzyknął, przewracając oczami.   Matsuki mruknął coś, postawił Satoru na nogi gwałtownym ruchem i skierował ostrze ku Jishinowi. – Ichigo! – krzyknął jeszcze przez ramię do mnie, kiwając głową w stronę jakieś uliczki. Aluzja była zrozumiała.
       Nie miałam najmniejszych nadziei, że zdążymy uniknąć czołowego ataku Jishinu, ale sekundę przed starciem Ryuji zrobił coś bardzo nieoczekiwanego – poczułam jak chwycił mnie za nadgarstek i przytrzymał w pasie.   Zabójca odciągnął mnie brutalnie w boczną ulicę, gdy Camilo zaatakował pozostawioną czwórkę.
       - Puszczaj mnie! – wrzasnęłam, ale zatkał mi usta dłonią.
        Nim skręciliśmy, dojrzałam jeszcze gniewne spojrzenie Tsuneariego. Brązowowłosy prawie rzucił się w naszą stronę, ale zmasowany atak wrogów skutecznie go zatrzymał.
        Co z tego, że Tsu wydawał się nimi nie przejmować.
        Ryuji po kilku sekundach mnie puścił, ale mocno pchnął o ścianę. Otrząsnęłam się od razu, posyłając mu nienawistne spojrzenie.
         - Co ty robisz, do cholery!? – wrzasnęłam, chwytając za rękojeść i starając się go wyminąć. Nie miałam czasu na jego gierki, musieliśmy się stąd zwinąć nim wywiąże się z tego rzeź.
         Czarnowłosy bez zbędnych słów wykręcił mi nadgarstek i przyszpilił do ściany. Szykowałam się już do solidnego kopniaka, ale jego złote oczy kazały mi na razie odpuścić. Moje granatowe oczy pozostały jednak wściekłe.
          - Ichigo… - powiedział cicho. – Radziłbym ci się zastanowić czy chcesz się od nas odłączyć. Doskonale wiesz, że to co robimy jest najlepszą drogą do zakończenia tej wojny z najmniejszą liczbą ofiar.
         - A ty świetnie wiesz, że jestem tu przez szantaż. – syknęłam w odpowiedzi. – A teraz mnie puszczaj. – warknęłam jeszcze, wyrywając dłoń. Pozwolił mi na to.
       - Tracisz okazję do zemsty - zauważył chłodno, mrużąc oczy.
       Posłałam mu szyderczy uśmieszek, odsuwając się trochę.
         - Skoro jestem taka ‘’interesująca’,’ to nie będzie to nasza ostatnia współpraca. Mogę poczekać z tym do odpowiedniego momentu. – spojrzałam na niego wyzywająco. – A gwarantuję ci, że to nie jest ostatni raz, gdy się spotykamy.
        Nastała cisza, a po cennej sekundzie stwierdziłam, że nic więcej nie powie, więc wyminęłam go bez słowa. Przed rzuceniem się w ponowny wir walki, zatrzymał mnie tylko ten ostrzegawczy ton.
        - Ostrzegam, nie chcesz mnie mieć za wroga.
      Zatrzymałam się jeszcze na chwilę, nie odwracając się.
      - Ale nie chcę też mieć cię za przyjaciela. – odparłam pewnie, wybiegając z zaułku, choć wcale pewnie się nie czułam.
        Ta jedyna obietnica, którą złożył dała mi nadzieję. Złudną nadzieję, Ichigo, dopowiedziałam sobie w myślach, rozwiewając na chwilę niepewność. Po chwili usłyszałam jeszcze jedno słowo, które brzmiało już jak szept, ale zasiało ziarenko wahania.
       - Ostrzegałem.
     Zatrzymałam się z mieczem w ręce, zastanawiając co się dzieje. Matsuki, Satoru i Suzuko tworzyli trójkąt, z trudem odpierając ataki. Natomiast zabójcy trzymali dość duży dystans od Tsuneariego, który obracał z luzem ostrze przed sobą. Przy jego nogach leżało kilka ciał.
      Jakim cudem tak szybko…?
       Pokręciłam głową i wbiegłam między zabójców, którzy nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Wbiłam łokieć w brzuch jednego, drugi oberwał kopniakiem, a ostatni, który dzielił mnie od towarzysza dostał rękojeścią w klatkę piersiową. Dźwięk łamanego żebra nie zrobił na mnie wrażenia.
       Poczułam jak instynkt zabójcy się we mnie budzi, a adrenalina przyśpiesza. Tsuneari na początku również znajdował się w stanie tego upojenia, jednak gdy popatrzył na mnie kilka sekund dłużej, jego szaleńczy wzrok się przejaśnił.   Chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął w przeciwną stronę.   Jednym wprawnym ruchem wytrącił broń z dłoni wroga i powalił go prawym sierpowym na ziemię, torując drogę.
        - Szybko! – zawołał tylko, wyciągając mnie z tłumu.
        - BRAĆ ICH! – usłyszałam jeszcze wściekłe wrzaski Camilo, ale Tsuneari nadał naszej ucieczce takie tempo, że nim zdążyli pomyśleć o ponowieniu ataku, znaleźliśmy się przy pozostawionym motorze.
      Bez zbędnych słów zajęliśmy miejsca i wciągu kilku sekund odjeżdżaliśmy gdzieś daleko. W ostatniej chwili zobaczyłam jeszcze wzrok morderców z Harikenu. Było w nim dużo obojętności i zrozumienia, ale miałam wrażenie, że dostrzegłam również zawiedzenie.
       Tylko, że to już mnie nie musiało obchodzić.
        Jakby na dowód dla samej siebie, rozwiązałam jedną ręką szalik Suzuko, który zsunął się z mojej szyi i dał porwać się wiatrowi.

     Po kilku minutach silnik wydał z siebie ostatnie tchnienie i motor zaczął gwałtownie zwalniać.   Zatrzymaliśmy się po środku ulicy, nie mogąc uwierzyć w naszego pecha. Tsuneari z westchnieniem zsiadł.
       - Nie dziwię, że podczas ewakuacji go zostawili. – mruknął.
      Zaśmiałam się ponuro, również schodząc z pojazdu.
       - Czyli teraz trzeba iść na piechtaka… - rzuciłam ze śmiechem, ale nim zdążyłam coś dodać, Tsuneari mnie przytulił.
      Był ode mnie wyższy, ale nie jakoś dużo. Schował głowę w moim ramieniu, przyciągając do siebie mocno drżącymi, zmarzniętymi dłońmi, gładząc delikatnie moje włosy. Otworzyłam szeroko oczy, nie rozumiejąc na początku co się dzieje.
        - Tak się cieszę… - wyszeptał drżącym głosem. – Myślałem, że nie żyjesz.
        Nabrałam powietrza, by coś odpowiedzieć, ale tylko uśmiechnęłam się przygryzając dolną wargę. Poczułam łzy, więc zamknęłam oczy. Odwzajemniłam uścisk, zaciskając pięści na jego kurtce. Trwaliśmy tak długo, długo, choć i tak zbyt krótko.
      W końcu mnie puścił i przejechał dłonią po moim policzku mokrym od łez. Nawet nie wiedziałam, kiedy zaczęłam płakać. Nakryłam jego rękę swoją, uśmiechając się delikatnie przez łzy.
        - A czy wyglądam na martwą? – wyszeptałam w odpowiedzi, po długiej chwili.
        Jego ciemnobrązowe oczy pociemniały jeszcze bardziej, gdy starł mi łzę z policzka i zetknął swoje czoło z moim. Parsknął śmiechem na moje słowa, choć wyczułam w tym niewyobrażalną ulgę.
      Odsunął się ode mnie niechętnie po chwili, poważniejąc.
       - Ichigo… - zaczął zachrypniętym głosem. – Wiem, że twoja obecność z nimi ma jakieś logiczne wyjaśnienie, ale chciałbym usłyszeć wszystko od początku. – stwierdził rzeczowo.
         Westchnęłam, na co chwycił moją dłoń. Pozwoliłam się poprowadzić, szybkim miarowym tempem w stronę organizacji. W trakcie drogi opowiedziałam mu wszystko – zaczynając od pojawienia się Ryujiego, przez wizytę po plany, atak w podziemiach aż po wcześniejszą sytuację.
        - Wiesz, tylko jednego nie rozumiem… - zaczął, gdy skończyłam. – Co musiało być tym warunkiem, że jednak się zgodziłaś? Miałem już do czynienia z Kuno i on naprawdę nie zmuszałby kogoś do współpracy… - urwał, gdy posmutniałam.
        - Owszem nie zmusiłby mnie… Ale jego manipulacja jest świetna. – stwierdziłam, opuszczając wzrok. – Przekonał mnie pięcioma słowami… Wiem kto zabił twoich rodziców.
       Tsuneari zatrzymał się i spojrzał na mnie smutno. Odwzajemniłam spojrzenie, przybierając pusty wyraz twarzy, choć na widok jego zmartwienia, coś we mnie pękało.
       - Proszę cię, Ichigo… - powiedział tylko, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Wiedziałam jednak co chciał powiedzieć, więc tylko odwróciłam wzrok i ruszyłam znowu przed siebie.
       - Chodź, Tsu. Już nie daleko. – mruknęłam.
       Przytaknął i zrównał krok ze mną.

       Przed organizacją gromadziło się coraz więcej osób, a gwar z każdą chwilą się powiększał. Fumiya patrzył przez okno na schodzących się ludzi – część kierowała się od razu w stronę Daikiego, który czekał z racjami żywnościowymi, inni zazwyczaj z pomocą towarzyszy szli po pierwszą pomoc do Ryutaro.
      - Chodź, my też się tam przydamy. – rzucił w stronę Mikuru.
       Taktyczka nie odpowiedziała od razu, pisząc coś szybko na klawiaturze. Wstała po chwili, zakreśliła coś na mapie i chwyciła puszkę po energetyku. Stała z nią przy ustach, przeglądała jakieś papiery, aż w końcu cisnęła ją z irytacją o ziemię.
        - Skończyło się… - mruknęła sennie.
       - No chodź. Sama wiesz, że mamy co najmniej pół godziny luzu, a przepracowanie nie pomoże przy lepszej strategii. – dodał przekonująco dowódca, ale brązowowłosa machnęła na niego ręką.
       - Ty idź. Ja coś zrobię i za chwilę do was dołączę. – odparła, znów szukając czegoś na komputerze. – Z łaski swojej wypytaj się dowodzących o szczegóły.
       - Jasne. Tylko wyjdź w końcu się przewietrzyć. – westchnął Fumiya i opuścił biuro, zostawiając w nim pochłoniętą pracą Mikuru.
        Gdy zimowy wiatr osmagał mu twarz, przeciągnął się mocno. Nabrał chłodnego powietrza w płuca, rozkoszując się chwilą przerwy. Jednak po chwili zobaczył liderów oddziałów i wiedział, że musi nadal zachowywać się jak dowódca.
        Czasem chciałbym być z powrotem zwykłym człowiekiem…, pomyślał sennie.
         - Szefie. – zasalutowali we trójkę, gdy do nich podszedł.
        - Dobrze was widzieć. – odparł na przywitanie. – Jak sytuacja? – spytał od razu, przybierając racjonalną minę.
        - Na razie straciliśmy siedmioro. – oznajmiła pusto rudowłosa. – I co najgorsze czwórka jest z oddziału strzelniczego. Pozostała trójka to ode mnie.
        Z ust Fumiya padło siarczyste przekleństwo. Po tylu latach spędzonych w podziemiu umiał zdusić w sobie smutek i tęsknotę po nieżyjących towarzyszach. Śmierć wręcz nie robiła na nim wrażenia, póki nie był to nikt z Kaminari. Choć jako szef musiał często podejmować okrutne decyzje, kierując się dobrem większości, a nie jednostki.
        - Szefie, wszystko w porządku? – spytał po chwili Jun. – Jakoś szef tak niewyraźnie wygląda.
       - Nie, to nic, Jun. – Fumiya machnął rękę. – Trudno być pogodnym w takiej sytuacji. – prychnął ponuro i rozejrzał się. – Meiji jeszcze nie wrócił?
       - Nie, ale będzie za jakieś 5 minut – odparł Koichi. – Jeśli chodzi o Tokajiego to nie ruszył się z miejsca, a Tsuneari nie daje znaku życia. Z tego co wiem.
       Czarnowłosy przewrócił oczami.
       - Z nimi to same problemy… Dobra, muszę znaleźć Omitsu. Koichi, gdzie ona jest? – rzucił jeszcze do brązowowłosego luźno.
       - Słucham, szefie? – wydusił po chwili ze zdziwieniem.
       - Przydzieliłem ją z Hirokim jako wsparcie… - wytłumaczył, marszcząc brwi. Po chwili zakrył twarz dłonią. – A niech ją.

     - A tak w ogóle, Tsu… - przerwałam ciszę, gdy budynki organizacji zaczęły majaczyć się za rogiem. – Co ty robiłeś akurat tam? Jakoś nie sądzę, że bitwa sięgała aż tak daleko…
     Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale uśmiechnął się po chwili.
     - Szukałem cię. – odparł po prostu.
      - Szukałeś? – zdziwiłam się.
     Kiwnął tylko w odpowiedzi głową, a ja nie miałam siły by ciągnąc tą dyskusję dalej.   Wyciągnął nieduży komunikator z kieszeni i podrzucił go w dłoni.
      - Miałem ich powiadomić kiedy cię znajdę, ale tak jakoś nie było czasu. Zrobimy im niespodziankę? – błysnął do mnie zębami.
      - A oni nie powinni teraz walczyć?
       - Słyszysz, Ichigo? – spytał tylko w odpowiedzi, przymykając oczy i pozwalając by chłodne powietrze osmagało mu twarz. – Jest cicho. Za cicho na wojnę. Założę się, że mają chwilowe zawieszenie broni.
       Dotarliśmy w końcu przed bramy Kaminari. Tsuneari miał rację – obecnie przed organizacją kręciło się dużo osób.      
Westchnęłam z ulgą widząc, że nadal jest nas dużo, jednocześnie czując ucisk w sercu, gdy zdałam sobie sprawę, że jednak mniej niż powinno.
      Większość osób nie zwróciła uwagi na nasz powrót, najzwyczajniej nie zdając sobie sprawy, że teoretycznie byłam zaginiona. W sumie to oczywiste – gdy Tsu i reszta jechali do organizacji, oni prawdopodobnie zajmowali pozycje bojowe.
      Rozejrzałam się wokół – w jednym miejscu stał Ryutaro wraz z podstawowym zakresem medycyny. Opatrywał właśnie rozcięcie na ramieniu Kotaro.  Trochę dalej był ‘’punkt żywnościowy’’ jak określił go Tsu, gdzie Daiki wydawał pozostałe porcje jedzenia. Doradca dyskutował teraz z Fumiyą.
       - Chodźmy tam. – Tsuneari skierował się w stronę zabójców. – Zameldujemy się od razu. A po za tym jestem piekielnie głodny.
       Zaśmiałam się cicho, kręcąc głową. Mężczyźni z początku nie przerywali zażartej dyskusji, ale brązowowłosy stanął przy nich, patrząc wyczekująco. Daiki w końcu odwrócił wzrok, a gdy nas rozpoznał, wzdrygnął się.
      - Młody! – zawołał krzepko, waląc mocno Tsuneariego w plecy na powitanie. – Ichigo-san! – przywitał się ze mną, przybijając żółwika.
       Tsuneari, usiłując złapać oddech, spojrzał na niego z udawaną złością.
       - Widzę, że jesteście cali. To świetnie. – rzucił rzeczowo Fumiya. Jego głos ociekał zmęczeniem, a pod czarnymi oczami znów zarysowywały się wory. – Nie chcę wyjść na gbura, ale masz ten komunikator po to by się przez niego komunikować, Tsu.
      - Oj, szefie… - jęknął chłopak. – Niespodzianka!
      Mężczyzna pokręcił głową i napił się kawy z bidonu. Przyjrzał się mi uważniej, a jego wzrok spoczął na oparzeniu na policzku i bandażu na ręce. Zmarszczył czoło.
       - Cieszę się, że nie masz rozległych obrażeń, Ichigo, ale wytłumacz mi kto cię opatrzył. – powiedział podejrzliwie Fumiya.
      Westchnęłam i pobieżnie opowiedziałam swoją historię. Mężczyzna słuchał mnie uważnie i choć kilka razy miał wyraźną ochotę mi przerwać, to okazał cierpliwość. Gdy skończyłam mówić, zapadła na chwilę cisza. Dowódca przyglądał mi się uważnie spod półprzymkniętych powiek, ale w końcu tylko westchnął i dopił kawę.
        - No cóż… Teoretycznie powinienem powiedzieć bardzo dużo na ten temat… - przerwał na moment, by ziewnąć - Najważniejsze, że mamy cię już z powrotem, a droga podziemna jest całkowicie odcięta. Najwyraźniej ta mała, wredna fretka ma jakiś interes w naszej wygranej. Powinniśmy się cieszyć.
        - Czy ja tam wiem… - mruknęłam, a gdy wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie, zdusiłam przekleństwo. Trzeba było siedzieć cicho. – Chodziło mi o to ‘’nasze zwycięstwo’’. On jakoś nigdy nie wyraził się o tym dokładnie. Powiedział raczej, że chce ‘’uniknąć masowej rzezi’’…
        - Ha! – prychnął głośno Tsu, a Daiki mu zawtórował. Fumiya uniósł pytająco brwi, spoglądając na starego druha.
      - Uniknąć mordów? To chyba znamy innego Kuno. – pokręcił z dezaprobatą głową. – Fumiya, pamiętasz jedną z moich ostatnich misji? Tą w Hokkaido. – gdy czarnowłosy skinął głową, Daiki kontynuował opowieść. – A pamiętasz tą sprawę z urzędnikami z Nemuro? Tych, których znaleźliśmy bez paznokci, zębów i oczu? No. To sprawka tej ‘’wrednej fretki’’, jak to pięknie ująłeś.
       Dowódca zagwizdał i spojrzał smutno na pusty bidon.
       - Nie powiem, niepokojące… - westchnął w końcu.
      - Wredna, mała fretka? – mruknął po chwili Tsu, a Daiki spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Dlaczego akurat, tak?
     - Przecież on wygląda jak gryzoń. Takie małe, zbieżne oczka – rzucił Daiki, rozciągając sobie kąciki oczu.       Tsu i ja parsknęliśmy widząc minę mężczyzny, a nawet Fumiya się uśmiechnął, starając się zamaskować śmiech kaszlem.
       - No wiesz, Tsuneari… - powiedział zduszonym od śmiechu głosem. – Ty jesteś Gen’ei, Tokajiego w niektórych kręgach nazywają Kuro no Karasu, ja byłem swego czasu w Kaminari no Buntai… A niektórzy zostają małą, wredną fretką. – wybuchliśmy śmiechem ponownie. – Dobra, zmywajcie się dzieciaki. Mamy wojnę do wygrania.
       Zasalutowaliśmy krótko i odeszliśmy od nich, dostając przy okazji racje żywieniowe. Tsu zajrzał od razu do pudełka i westchnął głęboko.
      - Czemu nie dziwi mnie, że Omitsu znowu wybrała curry? – pokręcił głową.
       - Nie narzekaj. Przecież Omitsu dobrze gotuje. – zauważyłam, przyglądając się krytycznie daniu. Pachniało zachęcająco.
       - Omitsu owszem. A jej tania siła robocza, czyli Ryu i Daiki już nie.
      Kąciki ust mi drgnęły, ale powstrzymałam uśmiech. Spojrzałam na niego poważniej. Chłopak przełknął pierwszy kęs curry (jakoś nie narzekał więcej) i spojrzał na mnie pytająco.
      - Widziałeś gdzieś może Ayako albo Takiego? – spytałam.
      - Pewnie gdzieś się kręcą. – wzruszył ramionami. Przyjrzał mi się uważnie i posłał jeden z tych swoich ciepłych uśmiechów. – Zapewniam cię, że nie masz się czym martwić. Poczekaj spokojnie, oni prędzej nas znajdą niż my ich.
         Chciałam rzucić mu jeszcze jakąś uwagę dotyczącą tego niepoprawnego optymizmu, ale dostrzegłam, że skierował wzrok gdzieś daleko za mnie. Obróciłam się od razu i pokręciłam głową z dezaprobatą. Od początku widział Ayako i Takiego biegnących w naszą stronę.
       - ICHIGO! TSU! – krzyknęła wesoło dziewczyna, widząc że jesteśmy w całości. Wyrwała się od razu do przodu, pozostawiając Takiego z tyłu. Wpadła na nas z całym impetem, zarzuciła nam ramiona na szyję i przytuliła mocno.
      - Dobrze cię widzieć w całości, Ayako. – zaśmiałam się.
      - IDIOTKA! – warknęła na nas. – Co to miało być do jasnej cholery!? A ty Tsu się nie śmiej! TEŻ JESTEŚ IDIOTĄ!! – krzyczała na nas, choć nie mogła zdusić śmiechu.
        - No już, już. – rzucił uspokajająco Taki, wpadając na nas.
       - Co już? CO JUŻ? – brązowowłosa nadal się bulwersowała, choć nie widać było po niej złości. – No spójrz na niego! Tylko się teraz chichra, palant jeden. A ta jeszcze lepsza! – jęknęła, machając na mnie dłonią ze zrezygnowaniem. Odpuściła gdy wyszczerzyłam się do niej  i również zaniosła się śmiechem.
       Wtedy, gdy staliśmy razem we czwórkę poczułam spokój. Spłynął na mnie nagle, w całym tym otaczającym zgiełku, gdzie każdy się kręcił, wydzierał i śmiał. Może i to nie była zbytnio sytuacja do radości, bo nie byliśmy ani trochę bliżej wygranej, ale to jest nasz żywioł. Uśmiechnęłam się pewnie, spoglądając się po przyjaciołach. Ayako właśnie dusiła Tsu, a Taki usiłował ją zdjąć z przyjaciela. Może wszystko się ułoży i wróci do normalności.
      O ile to jest normalnością.
      - A właśnie. – powiedział w końcu Tsu. Ayako przestała go na chwilę dusić. – Gdzie jest Tokaji? Ja wiem, że on nie należy do zbytnio uczuciowych osób, ale mógł przynajmniej przyjść się przywitać.
       Zauważyłam to szybciej niż on. Te krótkie porozumiewawcze spojrzenie między Ayako a Takim. Poczułam jak krew odpływa mi z twarzy. Niemożliwe.
       - Nie ma go. – powiedziała po chwili dziewczyna.
      Teraz Tsuneari również zbladł.
       - Jak to go nie ma? On chyba nie…
      - Nie, nie, nie! – Taki od razu pomachał uspokajająco rękami. – Żyje, tylko wpakował się w niezłe bagno. Powstrzymuje tych z Tateyamy. Bidonem.
      - Bidonem?
      - Bidonem.
      Tsuneari zaniósł się śmiechem, a ja spojrzałam na niego pytająco.
       - A mówił, że to nigdy nie przejdzie. Sakiko jednak ma genialne gadżety! – wydusił przez łzy śmiechu.
      Spojrzałam po przyjaciołach, ale oni najwyraźniej też nie wiedzieli o co mu chodzi. Wzruszyliśmy ramionami i siedliśmy na schodkach przed wejściem.

      Minęło kilka minut, a bramy organizacji przekroczyły ostatnie 3 osoby – Meiji, Miyako i Miyoko. Czarnowłosy od razu podbiegł do dowódcy z totalnie pokerową miną, choć widać było, że Fumiya jest wściekły.
     - Co to miało być. – powiedział na powitanie, krzyżując ramiona.
      - Ekhem… - Meiji niepewnie odkaszlnął. – Wyruszyłem z siostrami Shirayuki w celu odnalezienia strategów wroga. Uznałem, że informowanie o tym może skomplikować niepotrzebnie pracę Uetake-san…
       - Meiji. – przerwał mu tylko Fumiya, a mężczyzna przeczesał z zakłopotaniem włosy.
     - No wiem. – mruknął. – Ale, ale, ale! Szef nie zgadnie. Mamy ich!
     Na całym placu zapadła cisza, a po chwili wszyscy zerwali się na równe nogi, krzycząc coś bez sensu albo klaszcząc. Przyłączyliśmy się do tej grupowej radości, ale będąc dość blisko dowódcy usłyszeliśmy wiązankę przekleństw. Meiji natomiast był z siebie bardzo zadowolony.
       - Dobra, dobra! Wystarczy! – zawołał Sotomura, unosząc jedynie dłoń. Wiwaty ucichły i zabójcy wrócili do rozkoszowania się krótką przerwą. – Meiji, ja mam szczerą  nadzieję, że nie blefujesz. – zwrócił się do mężczyzny, który nadal się szczerzył.
       - Akurat on w takich sprawach nie blefuje. – rzuciła Mako, podchodząc do mężczyzn wraz z Junem i Koichim, którzy od razu przybili żółwika z Meijim.
       - Nie wiem dokładnie gdzie są, ale wiem jak się poruszają. Włamują się do wieżowców i obserwują wszystko z góry, przez co też byli w stanie namierzyć nas z odpowiednim wyprzedzeniem. Teraz wystarczy, że skombinuję auto i ich namierzę.
       - Brzmi mądrze, ale to miasto jest duże. Jak zamierzasz ich znaleźć? – spytał Fumiya, pocierając zmęczone oczy.
        - Mnie tam ciekawi jakim cudem oni przechodzą tak szybko między wieżowcami… - westchnął Jun. Koichi popatrzył się z rozpaczą po przyjaciołach, wiedząc że akurat teraz się nie wykaże.
        - To oczywiste. Przeskakują. – odparł Meiji, patrząc się na nich ze zdziwieniem. – No co? Przecież ulice są tutaj wąskie. Wystarczy odpowiednia siła ciągnika i w miarę długa lina.
      - W sumie to ma sens. – stwierdziła Mikuru, stając w drzwiach wejściowych. – Biorąc pod uwagę to, że Sotomura skoczył z 16 piętra i nadal jest tu z nami, a ich oddział dowodzący to zapewne Kijuro Harada i Toshiyuki Karube, co mówi samo za siebie… 
       - Wszystko ładnie piękne, ale jak zamierzacie ich namierzyć? – Fumiya powtórzył pytanie. – W ogóle to witaj wśród żywych, Mikuru.
       - Widziałem ferrari niedaleko. Akurat od tego auta nie będą szybsi. – Meiji uśmiechnął się chytrze. – A ich miejsca nie mogą się oddalać dalej niż na 500m od pola walki, bo muszą coś widzieć.
      - Może się udać. – stwierdziła Mikuru, wyciągając jakiś notes z kieszeni. Przekartkowała go szybko. – Jak będę mieć chwilę spróbuję zhakować ich systemy. W ogóle to naprawiłam te kamery, jakby co.
       - A w ogóle to ty jesteś człowiekiem, Mikuru? – zaśmiał się Fumiya. – Szczerze, przystałbym na to gdyby nie kwestia naszej liczebności. Będąc w ich sytuacji uderzyłbym wszystkimi siłami w rdzeń. A jak znam Igarashiego, po tak długim czekaniu, nie będzie chciał się dłużej cackać. Nie mogę pozwolić sobie na kolejne zmniejszenie naszej liczebności o 3 osoby. Wystarczy, że Tokaji, Omitsu i Hiroki są poza zasięgiem.
      - Więc pojadę sam. – powiedział od razu Meiji.
     - Wykluczone. – odparła chłodno Mako, która wraz z Koichim i Junem, tylko przyglądali się planowaniu. – Atakowanie ich w pojedynkę to szaleństwo. Zginiesz.
      - Ale mam szansę. Nie raz walczyłem z kilkoma przeciwnikami na raz. I zauważ jeszcze, że umiem myśleć. A mózg bywa silniejszy od mięśni. – spojrzał na nią ze spokojem.
      - Nie ma mowy. – powtórzyła kobieta, nie zmieniając obojętnego wyrazu twarzy. Jun i Koichi jej zawtórowali, ale z ich entuzjazm ucichł pod wpływem spojrzenia Meijiego.
      - Nie ty tu dowodzisz. – warknął czarnowłosy i spojrzał na dowódców. Mikuru spojrzała krótko na Fumiyę i skinęła głową.
       - Nie mam zamiaru posyłać nikogo na pewną śmierć, Meiji. – odparł tylko.
      Czarnowłosy westchnął z rezygnacją i zasalutował.
      - Tak jest.
     Jun i Koichi zaczerpnęli powietrza, nawet nie zdając sobie sprawy, że ze zdenerwowania wstrzymywali oddech. Woleli mieć przyjaciela bliżej siebie. Koichi trzepnął Meijiego pięścią w ramię, a w odpowiedzi oberwał w łeb. Jun pokręcił tylko głową, mając wrażenie, że cofają się do dzieciństwa. Mako ruszyła bez słowa za nimi.
      - Czasem zastanawiam się, czy rozumieją powagę sytuacji. – mruknął Daiki, podchodząc do dowódców z skrzynką napełnionych ciepłą herbatą bidonów. Mikuru uśmiechnęła się z wdzięcznością.
      - Rozumieją. – powiedziała tylko. Po chwili spojrzała z chytrym zaciekawieniem na Fumiyę. – A swoją drogą… Nie uważasz, że wszyscy trochę zbytnio się rozluźniają? Czuję w kościach, że zaraz stanie się coś… - kobieta urwała, nasłuchując.
      - Weź przestań, bo… Mikuru?
      - Cicho… - machnęła na niego dłonią. Do ich uszu dotarł przeciągły, wysoki dźwięk. Mikuru rozszerzyła oczy. – Jasna cholera. Wiedziałam.
       - Co to jest? – mruknął Daiki, przytykając jedno ucho.
      - Miał włączyć się alarm jak znajdą się na widoku kamer 5 ulic dalej. Ten dźwięk jest z 2 punktu. Najwyraźniej ominęli 3 kamery. Są jakieś dwie przecznice dalej. – wyjaśniła, mówiąc bardzo szybko. – Cholera, nie patrz się tak na mnie, tylko ich rusz! – krzyknęła na dowódcę i pobiegła do środka.
      - Cholera! – syknął Fumiya, zrozumiawszy sytuację. Zerwał się do biegu i wpadł na jedną z ławek. – UWAGA! WSZYSCY NA MIEJSCA! JISHIN ZNÓW ATAKUJE! – wykrzyknął.

      Na początku nie uwierzyłam w to co krzyczy dowódca. Dopiero, po chwili dotarło do mnie, że to prawda. Zerwaliśmy prawie w tym samym momencie i ustawiliśmy się z resztą w szeregu, spoglądając z niepokojem na dowódcę.
      - Dobra, nie mamy czasu na wyjaśnienia, ale zhakowali nam system. – powiedział na początku. – Walczymy we wcześniej ustanowionych grupach cztero-pięcioosobowych, w razie tragicznych strat przyłączacie się do najbliższej drużyny. Meiji, Mako, macie informować na bieżąco o sytuacji i w najczarniejszym scenariuszu przejmujecie dowodzenie. To tyle. RUSZAĆ! 
       Wszyscy wokół mnie ruszyli, a ja nadal nie mogłam się otrząsnąć. Czułam, że mętlik w głowie całkowicie zamglił mi umysł, więc ruszyłam się dopiero gdy Tsuneari pociągnął mnie za rękę. Spojrzałam na niego pusto i potrząsnęłam mocno głową, wyrywając się mu.
     Muszę się skupić.
     Płynnym ruchem wyciągnęłam miecz z kabury i przyśpieszyłam, by zrównać się z Takim i Ayako.     Miałam wrażenie, że usłyszałam za sobą uspokojone westchnienie.   Pokręciłam głową, gdy Tsuneari wyminął mnie, cały uchachany i wyszczerzony. Ja bym taka spokojna na jego miejscu nie była.
       Wybiegliśmy prawie jako ostatni, ale i tak gdy zobaczyłam na końcu ulicy zabójców z Jishinu, na moim gardle zacisnęła się lodowata dłoń. Nie trzeba było słów by zobaczyć jakie mamy szanse.   Czy raczej jakich nie mamy.
       - Tsuneari, tutaj! – zawołała Ayako, skręcając do jakiegoś bloku. Spojrzeliśmy na nią jak na wariatkę, gdy wychyliła się na półpiętrze. – Nie gapcie się, tylko przygotujcie. Nie został prawie nikt z oddziału strzeleckiego, więc zrobię co mogę! Kryjcie mnie! – krzyknęła i zniknęła z głębi budynku.
      Rozejrzałam się szybko.   Dostrzegłam kilka metrów dalej, że inna drużyna również zatrzymała się blisko jakiegoś domu. Suzuki uniósł dłoń w geście pozdrowienia i wskazał ku górze. W jednym z okien mignęła mi stal.
       - Czyli Natsu strzela stamtąd. – stwierdził Tsuneari. – Dobra. Taki kryjesz tyły, jakby co wspomagasz Suzukiego, który jak widzę też stoi z tyłu. Ichigo i ja będziemy odpierać ataki z frontu. – powiedział krótko. – Nie wyrywajcie się jak głupi i nie zgińcie, proszę was. – zaśmiał się ponuro, wyciągając miecz.
      - Nadawałbyś się na szefa, wiesz? – rzuciłam sarkastycznie, uśmiechając się pod nosem.
     - Poprzemy twoją kandydaturę jak chcesz. – dorzucił Taki, chichocząc pod nosem. Tsuneari obrócił się z wyrzutem wymalowanym na twarzy.
      - I ty, Brutusie? – parsknął śmiechem. – Skupcie się. – spoważniał w końcu, gdy przez ciszę opustoszałego miasta przedarł się szczęk metalu. – Wszyscy przyjąć pozycje bojowe. Na gadanie będzie czas później.
      Podeszłam do niego, napinając wszystkie mięśnie i poprawiając chwyt miecza. Skierowałam ostrze przed siebie, uśmiechając się szyderczo. Czułam jak krew zaczyna szybciej krążyć, domagając się walki. Walki, krwi i śmierci. Moje usta rozszerzyły w okrutnym uśmiechu, wbrew mojej woli.
      - Mamy wojnę do wygrania.

     - Ryuji, wytłumacz mi, proszę, po co szukamy teraz Igarashiego? – spytał Matsuki, siląc się na grzeczny ton. Zmrużył oczy i uśmiechnął się sztucznie, gdy nie otrzymał odpowiedzi, a czarnowłosy nadal czytał jakiś obszerny dziennik.
      Satoru stał za nimi, podpierając się o siostrę, która stała się teraz trochę bardziej czuła. Chłopak zastanawiał się, czy musi mieć rozbity, krwawiący łeb by Suzuko okazała mu choć trochę siostrzanej miłości. Nie za bardzo wiedział co się stało i dlaczego akurat teraz szukają szefa Jishinu.
      Nim stracił przytomność zdążył zobaczyć jak Tsuneari zeskakuje z budynku, ale nie dał rady zatrzymać ciosu. Gdy ocknął się po chwili, leżał w ramionach siostry, wokół nich wszyscy z Jishin usiłowali ich zabić, a Ichigo odjeżdżała w dal z Tsunearim. Czy coś w ten deseń.
      - Siostra, ogarniasz co się dzieje? – szepnął do Suzuko.
      Dziewczyna przygryzła dolną wargę, kręcąc głową. Nerwy Matsukiego były na wyczerpaniu – chłopak nadal uśmiechał się sztucznie, ale jego dłoń spoczywała na rękojeści. Suzuko jakoś nie odczuwała powodu powstrzymywania przyjaciela.
       - Wiem tylko, że Ichigo nas olała. Chociaż w sumie zrobiłabym to samo na jej miejscu. – wzruszyła ramionami.
       - Kuno-saaaan… - Matsuki wyciągnął miecz i teraz był bardzo blisko odcięcia głowy ich towarzyszowi, który nadal w skupieniu studiował dziennik.
       - Nie sądzisz, że trzeba powstrzymać Mattsuna? – szepnął Satoru, przechylając głowę w stronę siostry.
        - Nie chcę. Ale raczej trzeba. – westchnęła i puściła ramię brata. – Faceci.
       Satoru oparł się ramieniem o ścianę i patrzył niewidomym wzrokiem za Suzuko. Nadal kręciło mu się w głowie, ale czuł niewielką poprawę. Dziewczyna tymczasem jak gdyby nigdy nic położyła dłoń na ramieniu Matsukiego, delikatnie ale zarazem pewnie, po czym trzepnęła pięścią w głowę Ryujiego.
        - AUUA! – wrzasnął chłopak zrywając się na równe nogi. – Czyś ty zdurniała!?
      - Możliwe. – wzruszyła ramionami, po czym zmroziła go swoimi bursztynowymi oczami. – A teraz łaskawie wyjaśnij, co do jasnej cholery planujesz zrobić. Ostrzegam cię, że jeśli nie zagwarantujesz anonimowości to musisz sobie radzić sam…
       - Oj, Suzuko, Suzuko, Suzuko… - rozpoczął teatralnym głosem. – Nie zdajesz sobie sprawy, że Jishin już skapnął się, że Hariken macza w tym palce? Mam minimalną szansę, że mnie nie rozpoznali. I raczej nie, bo to Igarashi jeszcze nas nie znalazł. – widząc ich pytające miny, uśmiechnął się chytrze. – Nadal nie czaicie? Teraz jedynym sposobem byście nadal hasali szczęśliwie jako członkowie Harikenu to zabicie Igarashiego.
     - Odchodzimy. – rzekł Matsuki od razu.
     - Co? – teatralna mina Ryujiego zachwiała się, odsłaniając totalne osłupienie.
     - Co? – powtórzyło za nim rodzeństwo.
      - To. – uciął Matsuki. – Nie jesteśmy szaleńcami, Kuno i wbrew pozorom cenimy swoje życie. Wolę uciec na drugi koniec kraju niż walczyć z Żywą Śmiercią. Nie mamy szans. Nawet we czwórkę, choć jakoś nie wierzę, że byś pomógł…
      - Spokojnie, przyjacielu. Ja nie mam zamiaru z nim walczyć, a co ważniejsze zabijać. – po tych słowach wziął dziennik do rąk i uśmiechnął się szelmowsko. – Aczkolwiek chcę, by był martwy. A to bardzo mi w tym pomoże.
       - Czy tam jest jakaś cudowna trucizna, czy jak? – Suzuko spojrzała na niego krytycznie, krzyżując ramiona na piersi.
       - Nie, nie, nie… - uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Coś, co sprawi, że Kaminari samo przyjdzie go zabić. A szkoda, szkoda… Chciałem im pomóc. Głupia dziewczyna. – pokręcił głową z politowaniem. Matsuki i Suzuko spoglądnęli po sobie. – Jeśli myślisz, że tańczysz inaczej do mojej muzyki, to grubo się mylisz.
       - Jesteś dziwny! – rzucił Satoru, idąc chwiejnym krokiem w ich stronę. – Ale chyba wiem, co chcesz zrobić. Podsuniesz mu… no, ten plan czy co tam to jest, jako bardzo dobry podwładny, a Kaminari pomyśli, że to Igarashi.
       - Nie wierzę. Ty myślisz, Satoru. – Ryuji uniósł brwi.
      Satoru puścił to mimo uszu, choć jego siostra zwinęła dłonie w pięści, gotowa pomóc bratu w zemście. Matsuki położył uspokajająco dłoń na jej plecach.
      - Zgaduję, że mamy trzymać się z dala i być w pogotowiu?
      - Hai! – Ryuji zaklaskał.
      - Więc co jest tym świetnym planem? – spytała Suzuko.
      - A nie, nie, nie! Nie byłoby wtedy niespodzianki. A mówię wam to będzie bombowe! – zaśmiał się szyderczo i przełożył pochwę z mieczem przez ramię.
       Zapadła cisza, a gdzieś daleko w oddali słychać było krzyki i zgrzytanie mieczy. Spojrzeli po sobie ze zrozumieniem – walka rozgorzała na nowo. Ryuji kiwnął na nich głową i ruszył przed siebie.   Zabójcy z Harikenu poprawili kabury z mieczami i ruszyli bezszelestnie za złotookim chłopakiem, znikając w cieniu ulic.

      Walka rozgorzała w najlepsze.
      Jishin miał teraz nad nami przewagę, choć nie twierdzę, że nie było szans na naszą wygraną. Ich najsłabsze ogniwa zostały wybite przy pierwszym starciu, a teraz z każdym kolejnym mordercą poziom walki wzrastał. Nie wspominając o przewadze liczebnej – od Kaminari było jakieś 37 osób, a od Jishin posłał na nas co najmniej 60 osób. Dołączył do nich również oddział Camilo – rozpoznałam z twarzy kilka osób, a donośny krzyk chłopaka niósł się ponad hukiem bitwy.
       - Ichigo, na jedenastej! – krzyknął Tsuneari, siłując się z jakimś mężczyzną.
       Nawet nie spojrzałam w tamtą stronę nim rzuciłam się do biegu. Mężczyzna i kobieta. Kątem oka dostrzegłam, że Taki wspomaga Suzukiego, ale pochwycił moje spojrzenie i skinął głową.
     Dobra, przynajmniej mnie kryje.
     Przygotowałam miecz od razu do cięcia, nie zwalniając kroku. Nic dobiegłam do wrogów, koło ucha świsnęła mi strzała, która wbiła się w ramię kobiety. Mężczyzna wypadł na sekundę z rytmu, ale zdołał sparować mój atak. Obejrzał się na kobietę.
       - Twój przeciwnik jest tutaj. – powiedziałam cicho, tnąc z lewej.
       Mężczyzna odskoczył i wyprowadził cios z góry. Sparowałam go tuż nad głową, przytrzymując swoje ostrze obiema dłońmi. Zabójca nie odpuścił i zaczął pchać mocniej. Kolana lekko się pode mną ugięły. Syknęłam z niezadowolenia, na co on się uśmiechnął.
       Dlaczego wszyscy myślą, że kobiety nie umieją walki wręcz?
      Przerwałam gwałtownie nasze starcie, zabierając ostrze i odsuwając się szybko na lewo. Mężczyzna rozszerzył oczy ze zdziwienia, nie zdążając zwolnić siły wkładanej w cios. Miecz pociągnął go za sobą. Tym razem to ja się uśmiechnęłam.
        Trafiłam go kolanem w brzuch, a gdy zgiął się jeszcze bardziej uderzyłam łokciem w jego rdzeń kręgowy. Facet wydał zduszony dźwięk i upadł na ziemię jak długi. Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem. Akurat teraz trafił się wyjątkowo słaby przeciwnik.
      Uniosłam miecz, celując dokładnie w serce. Chwilę przed ostatecznym ciosem drgnęłam. Zgięłam nadgarstek, zmieniając tym samym położenie ostrza. Wyprowadziłam proste pchnięcie, wkładając w to siłę całego ciała.
       - Jak… - wydusiła ranna kobieta, spoglądając z niedowierzaniem na mnie.
Krew rozchodziła się szybko wokół ranny – miecz przebił ją na wylot. Kobieta nadal trzymała w drżącej dłoni sztylet, którym zamierzała się na mnie. Nadal nie wiem jak ją wyczułam – po prostu wiedziałam.
        Sztylet opadł z brzękiem na ziemię, a oczy morderczyni zaszły mgłą.
       Chwyciłam ją za ramię i mocno odepchnęłam. Skrzywiłam się, gdy przy wyciąganiu broni z jej ciała obryzgała mnie krew. Ciało huknęło głucho o ziemię, a ja na chwilę straciłam kontakt z otoczeniem.   Przestały do mnie dochodzić dźwięki, krzyki.
      Była młoda, pomyślałam, patrząc na jej twarz.
      - Ichigo! – krzyk Tsuneariego wyrwał mnie z rozmyślań.
Obróciłam się gwałtownie – mężczyzna podniósł się z ziemi i trzymał ostrze wysoko nade mną. Poprawiłam chwyt na rękojeści, choć wiedziałam, że nie zdążę sparować ciosu – stal błysnęła złowrogo.
       Rozległ się szczęk stali – Tsuneari pojawił się przede mną znikąd. Odbił cios i skierował czubek ostrza w kierunku faceta.   Obejrzałam się za siebie – wcześniejszy przeciwnik Tsu odbiegał właśnie w innym kierunku, wołając do swoich towarzyszy.
Mężczyzna syknął z irytacją.
      - Gen’ei, co?
     Wręcz wyczułam jak Tsu się uśmiecha. Zaatakował błyskawicznie mężczyznę, który uśmiechnął się ze zrezygnowaniem. Odparował kilka ciosów po czym skapitulował i spróbował uciec. Nim Tsuneari ruszył za nim w pościg, Suzuki go dostrzegł i rzucił się na niego.
      Chłopak pokręcił głową.
       - Cały Suzuki. – zaśmiał się i spojrzał na mnie poważnie. – Jesteś silna, Ichigo, ale nie na tyle, by pozwalać sobie na rozmyślanie w środku walki. Tak robi tylko Tokaji. – powiedział tylko i odwrócił się, rozglądając się czujnie. Dostrzegł coś i drgnął. – Gdzie Taki?
      Prześledziłam wzrokiem najbliżej otoczenie, a serce zabiło mi jeszcze szybciej gdy nigdzie nie zobaczyłam czterookiego przyjaciela. Spojrzałam na budynek, z którego strzelała Ayako – nie wiem czy coś usłyszałam czy to znowu odezwał się mój szósty zmysł, ale pobiegłam w tamtym kierunku.
       Tsuneari o nic nie zapytał – zrozumiał o co mi chodzi i podążył za mną. Wbiegłam po schodach jako pierwsza i zatrzymałam się.   Ściana i dywan splamione były krwią, a z pobliskiego pokoju rozlegał się szczęk metalu. Tsu spojrzał na mnie pytająco, rozejrzał się szybko i pacnął w ramię.
       - Rusz się. – nakazał spokojnie.
Wyminął mnie, trzymając miecz w gotowości do natychmiastowego ataku. Ścisnęłam rękojeści i wbiegłam za nim do pokoju.
       Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to klęcząca Ayako. Rzuciłam się w jej kierunku, kątem oka rejestrując, że chłopaki przypierają do muru kogoś z Jishin.     Przygryzłam wargę, powtarzając sobie, że dadzą radę we dwóch.
      - Ayako, jesteś cała? – spytałam, chwytając przyjaciółkę za ramię.
     Spojrzała na mnie, uśmiechając się krzywo.
      - Prawie. – powiedziała, przenosząc wzrok na zaciśniętą na ramieniu rękę. – Rozciął mi rękę nim zdążyłam chwycić nóż.
      - Pokaż. – nakazałam, odsuwając jej zakrwawioną dłoń od rany. Widząc strumień krwi syknęłam. Nie musiałam być lekarzem, by wiedzieć, że rana jest głęboka.
      Spojrzałam na przyjaciółkę – lekko zbladła, ale spowodowane to było utratą krwi niż strachem. W jej zielonych oczach tańczyły ogniki. V       Przyglądnęłam się jej uważnie – miała rozcięcie na ustach i płytką ranę na prawej skroni. Z rany ciekła strużka krwi zlepiająca włosy.
       - Nie rób takiej miny, od tego się nie umiera – Ayako pacnęła mnie w ramię. – Poza tym to ty jesteś w większym niebezpieczeństwie.         Takie zwiechy na polu bitwy to zła rzecz. I fakt, że pchasz się pod moje strzały!
       - Czyli to fart, że nie jestem podziurawiony, a nie twa zabójcza celność? – zaśmiał się Tsuneari.
       Chłopak stał nad ciałem faceta i strzepywał krew z ostrza. Taki wyglądał na zmęczonego i przeczesał ze znużeniem włosy. Spojrzał smutno na dziewczynę.
       - Ayako, twoja ręka… - powiedział tylko.
       - Nie jęcz. Jak mi to przewiążecie to dam radę strzelać! – rzuciła bojowo.
       - Chyba jednak nie dasz rady. – stwierdził Tsuneari, schylając się po coś.
      - Ej, Tsune… - zaczęła groźnie dziewczyna, ale kiedy spostrzegła co chłopak trzyma w dłoniach, uderzyła pięścią o ścianę. – Cholera.
       Brązowowłosy tylko cisnął o ziemię zniszczony łuk i kołczan z połamanymi strzałami. Syknęłam z niezadowolenia, przypominając sobie misję w Setagayi. Łucznicy okazują się zazwyczaj niezawodni, ale są ograniczeni.
      Ayako podniosła się chwiejnie na nogi, nadal ściskając krwawiące ramię.
       - No nic. Do organizacji nie daleko, pobiegnę po jeszcze jeden. – stwierdziła.
       - Nie ma mowy. – rzuciliśmy we trójkę.
      - Nie pozwolę ci iść. Jesteś nieuzbrojona, a nawet jak dam ci sztylet to nie umiesz za dobrze się nim posługiwać. – Tsuneari spojrzał twardo na dziewczynę. – Nie. Ma. Mowy. – powtórzył z naciskiem, mordując się z nią wzrokiem.
       - Więc co mam robić, co? – syknęła w odpowiedzi. – Czas leci Tsu, a każdy poza polem walki nas osłabia. – rzuciła, spoglądając przez okno.
       - Ja pójdę. – blondyn przerwał ich bezsensowną sprzeczkę. Kiedy nasze spojrzenia na nim spoczęły, poprawił okulary. – Jestem uzbrojony i niezbyt zmęczony. Dam radę się przedrzeć. – spojrzał na chłopaka z wyczekiwaniem.
       Tsuneari spuścił wzrok, zaciskając dłonie w pięści. W końcu wyrzucił ramiona do góry z wściekłością i spiorunował przyjaciela wzrokiem.
      - Dobra. Ale szybko.
      - Widzimy się za kilka minut! – zawołał Taki, prawie od razu wybiegając z pokoju.
       Zobaczyłam jak Ayako patrzy się na mnie z przerażeniem, nie dowierzając, że nie protestuję. Zdążyła chwycić okularnika za rękaw, ale nie odezwała się ani słowem. Taki wyrwał się delikatnie z jej uchwytu i poklepał po głowie.
      - Nie panikuj. Nic mi nie będzie. – zaśmiał się tylko i podniósł wzrok na nas.
      Skinęliśmy krótko głową, a chłopak wybiegł z pokoju, znikając za rogiem.
      - Jasny gwint. – skomentował Tsuneari, wyciągając miecz z pochwy. – Ichi opatrz Ayako, a potem do mnie dołącz. Idę do naszych. W końcu. – rzucił przez ramię i również wybiegł.

       - A więc, szefie… - zaczął Ryuji, kłaniając się przed Igarashim.
      - A więc, Kuno. – powtórzył za nim zabójca, krzyżując ramiona. – Widzę, że jednak żyjesz. Nie powiem, że się cieszę. Ale wytłumacz mi co ty robisz tutaj, a nie wśród towarzyszy w Toshimie?
       Zabójcy z Harikenu odetchnęli z wielką ulgą. Upewnili się teraz, że Igarashi jeszcze nie wie o dziwnym planie Ryujiego. Matsuki machnął uciszająco ręką na rodzeństwo i przyłożył głośniczek do ucha. Ryuji miał przyczepiony mikrofon dość dobrej jakości, a z powodu odległości kilkuset metrów dźwięk trochę się ciął.
      Ryuji wzruszył ramionami ze swoją teatralną miną.
      - A szef mi powie czemu szef nie kręci się po tamtejszej okolicy, a jest w bazie? – posłał mu sztuczny uśmieszek. Widząc zdenerwowanie w czarnych, bezdennych tęczówkach, chłopak się wzdrygnął.
      - Ta upierdliwa kobieta deptała mi cały czas po piętach. – westchnął Igarashi, obracając się na krześle. Po chwili zatrzymał się i spojrzał poważnie na chłopaka. – A więc?
     - Więc? – Ryuji powtórzył pytanie szyderczym tonem.
      Niebiesko-włosy zmrużył groźnie oczy, uśmiechając się pusto.
      - Nie zgrywaj idioty. To że tu jesteś świadczy o tym, że masz sprawę. I żywię szczerą nadzieję, że będzie ona bardzo interesująca.
      - A i owszem.
      Czarnowłosy wyciągnął z kurtki czarny dziennik i pokazał go szefowi w zwycięskim geście. Zabójca tylko uniósł wyżej brwi w geście rozbawienia, lecz po chwili rozpoznał zeszyt i rozszerzył oczy ze zdziwienia. Uśmiechnął się z zainteresowaniem.
      - Oho ho. – zagwizdał z uznaniem. – Jestem ciekawy dlaczego masz przy sobie dziennik Kijuro.
      - To skąd go mam jest zupełnie nieistotne. – rzucił od razu chłopak. – Ważne jest to co zawiera. – uśmiechnął się szelmowsko.
       - Fascynujące. Ale jeśli nie jest to nic co zmieni biegi tej bitwy, to muszę w końcu iść zabić Shigeo. Ten idiota nie potrafi nic zrobić sam…
       - A jeśli powiedziałbym, że Kijuro złamał kod jednej z bomb?
      Zabójca zastygł w bezruchu.
      - Niemożliwe. Kijuro powiadomiłby o tym. – powiedział bez przekonania. – Poza tym Arata był geniuszem kodowania i hakowania. – dodał i jakby wbrew sobie wyciągnął rękę po dziennik.
       Ryuji podał go szefowi z uśmiechem zadowolenia. Kiedy Igarashi czytał obliczenia i przypisy, spojrzał na niego uważnie i rzucił niewinnie:
        - Wie szef, to tylko jedna bomba. A rozgryzał to od 3 lat. Sądzę, że może się udać. Nie zaszkodzi spróbować.
       Niebiesko-włosy spojrzał na niego podejrzliwie, ale przesiadł się do głównego panelu. Wstukał szybko kilka sekwencji i pokazała mu się zahakowana mapa organizacji Kaminari. Kliknął na jeden z wygaszonych punktów i cały ekran się pokrył się sekwencjami liczb i liter, które źle zmodyfikowane zmieniały się i rozsiewały wirusy.
       - Mam nadzieję, że to nie blef. Łaskawie nadzoruj czy nie mieszam tych… wzorów, czy co tam stworzył Kijuro. – rzucił przez ramię do Ryujiego.
       - Oczywiście, szefie.

      Gdy wcisnęłam Ayako wszystkie sztylety, które miałam przy sobie, a bandaż na jej ramieniu przestał przesiąkać krwią, wyszłyśmy na zewnątrz. Mimo iż minęło raptem 6 minut, odczuwałam to jako całą wieczność.
       Tsuneari znajdował się kilkanaście metrów dalej – całe to trzymanie formacji spaliło na panewce i jedyne co się teraz liczyło to pozabijanie jak największej ilości wrogów. Bitwa z taktyką przerodziła się w rzeź.
       - Pomóż przenosić rannych. – rzuciłam do przyjaciółki, wskazując głową na Miyako, która odciągała kogoś nieprzytomnego z dala od wiru walki.
       - Niech ci będzie. – Ayako zgodziła się po chwili wahania i ruszyła w ich kierunku. Ja zaś pobiegłam by wesprzeć Tsuneariego.
        I wtedy dopadło mnie bardzo, bardzo złe przeczucie.
      Czas zwolnił, a w mojej głowie rozbrzmiało ostrzeżenie Ryujiego, nie wiedzieć czemu dopiero teraz. Zrozumiałam, że coś ominęłam. A raczej on coś przede mną zataił.
     Zdołałam przebiec ledwo dwa metry, targana przypływem adrenaliny i nagłym niepokojem, gdy coś mnie ogłuszyło.
     Niemożliwe.
     Zastygłam w bezruchu. Nie zdobyłam się na to by się odwrócić.
      Doskonale znałam ten dźwięk.
      Dostrzegłam jak wszyscy przestają walczyć i spoglądają w niebo.
     Zmusiłam ciało do obrotu. Nim podniosłam wzrok zobaczyłam Ayako, której sztylet powoli wysuwał się z dłoni. Tkwiła raptem kilka kroków dalej.
      Ogarnij się.
      Spojrzałam na niebo zabrudzone potężną chmarą dymu. Snuł się smętnie nad budynkami naszej organizacji. Coś wybuchło.
       - Cholera. – syknęłam wściekle.        Usłyszałam gniewne przekleństwo Tsuneariego.
       Ale coś mnie zaniepokoiło.
       Gdy całe Kaminari wokół mnie ogarniała wściekłość, tak Ayako tkwiła w bezruchu, wpatrując się z coraz większym przerażeniem w dym. Wyciągnęłam bezwiednie rękę w jej stronę.
       - Ayako, co się… - usłyszałam jak Tsuneari podbiega w naszym kierunku, również zaniepokojony paniką dziewczyny.
        - Nie widzicie? – szepnęła, a jej głos zagubił się pośród rozgorzałej walki. – Dym. – powiedziała jeszcze i zerwała się do biegu.
        Wyciągnęłam ponownie rękę by ją złapać, lecz poczułam dłoń Tsu na swoim ramieniu. Wydawało mi się, że drży. Nachylił się i szepnął mi do ucha.
       - Dym, Ichigo. Zobacz, z którego miejsca się wydobywa. – jego głos stracił pod koniec barwę, a dłoń ześlizgnęła się bezwiednie z mojego ramienia.
      Serce zabiło mi szybciej. Po czym się zatrzymało.
     A ja zaczęłam biec.
     Szybko, potykałam się. Przed siebie, szybciej i szybciej.
      Organizacja. Coś wybuchło. Magazyn. Coś wybuchło w magazynie.
     O nie. Nie, nie, nie.
     Taki.
      Błagam, nie.
________________________________________________________________________________
  
    Witam w nowym roku. Szczęścia, spełnienia marzeń itd.
      Szczerze planowałam to skończyć przed końcem 2015, ale niestety zawirusowało mi laptopa i nie mogłam dostać się do Worda. Teraz już wszystko gra i jak dobrze pójdzie 1 tom skończy się za jakieś 3 rozdziały. Nie wierzę, że to już finał pierwszej mojej książki.
    Ach, te emocje.
     A miał być to tylko krótki one-shot, na jakieś 5 kartek.
     Najwyraźniej takie historie powstają w trakcie.
     Pozdrawiam, autorka.