5 stycznia 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 38

Rozdział 38


Nie pamiętałam praktycznie niczego z tego szaleńczego biegu. Stawiałam tylko nogę za nogą, krok za krok, cały czas przed siebie, coraz szybciej i szybciej.
Czułam, że wpatruję się w plecy Ayako, która biegła daleko przede mną.
Ona zawsze była taka szybka? – moje myśli ledwo przebiły się przez szum krwi. Krążyła we mnie przenikliwie, choć byłam pewna, że moje serce stanęło.
Pustka.
Przerażenie.
A potem ból.
Osunęłam się na kolana, zostając w bramach organizacji. Zaczerpnęłam gwałtownie powietrze, ale nie poczułam go w płucach.
Boli. Tak bardzo boli.
Dotknęłam dłonią swojej szyi, nie mogąc zrozumieć skąd wydobywa się źródło cierpienia. Smagnięcie moich palców było niczym dotyk kostki lodu. Wydusiłam stłumione westchnienie, a moja dłoń spoczęła w miejscu serca, zaciskając się powoli i mocno w pięść, mnąc nadaremno kurtkę. Jakby miało to coś zmienić.
Kiedy Tsuneari mnie dogonił, nadal wpatrywałam się w biegnącą daleko przede mną Ayako.
Jeśli ktoś zapytałby się mnie o najboleśniejszą rozpacz jaką widziałam, przywołałabym w pamięci obraz biegnącej Ayako.
Z lewego skrzydła budynku nie zostało praktycznie nic, oprócz wielkiej wyrwy i sterty gruzu przykrywającej dwa zawalone piętra. Oraz dym i przygasający ogień.
- Taki!!! – wrzasnął chłopak i popędził w nagłym zrywie za Ayako.
Czemu krzyczysz, Tsu? Przecież to nic nie da.
Podniosłam się chwiejnie na nogi, nadal patrząc się tępo przed siebie. Postawiłam jeden krok. Potem jeszcze jeden. Szłam bezsensownie w stronę gruzów, a z każdą kolejną sekundą coraz bardziej pragnęłam, by to wszystko okazało się jedynie koszmarem.
Zobaczyłam Tsuneariego stojącego w połowie urwanego korytarza. Jego ręce zwisały bezładnie, a on po prostu wpatrywał się z szczątki budynku. Stanęłam obok niego, również się tylko przyglądając.
- No ruszcie się! – wrzasnęła dziewczyna, odwracając się do nas. Odrzuciła jedną z cegieł. – Szybciej! Musimy ich wyciągnąć! – jej wrzask przeszedł w piskliwy szept, a w kącikach oczy pojawiły się łzy. – Tsuneari! Ichigo! – spojrzała na nas rozpaczliwie.
A myśmy po prostu tam stali. Nie widząc żadnej reakcji po twarzy Ayako przepłynęła panika. Dziewczyna odwróciła się i odrzuciła kolejną cegłę. A potem kolejną i kolejną. Jej ramiona drżały, nie mogąc wytrzymać ciężaru, ale cały czas przekopywała się dalej, jakby to była jedyna rzecz utrzymująca ją przy życiu.
- Ayako… - głos Tsuneariego drżał. Spojrzałam na niego pusto. Widać było, że powstrzymuje płacz, a dłonie zacisnął w pięści. – Przestań… Błagam… Przestań…
Dziewczyna jakby go nie słyszała, pogrążona w rozpaczy. Spojrzałam na nią pusto, chciałam coś do niej powiedzieć, ale z moich ust nie wydobyły się żadne słowa. Może do mnie też nie docierała prawda. Może chciałam by wydarzył się cud.
- Taki! – wykrzyknęła piskliwie, z niedowierzaniem. Odgarnęła resztką sił ogromny kawał ściany i upadła na kolana, cała drżąc. – Taki! – wyciągnęła rękę przed siebie, wpatrując się z radością w punkt przed siebie.
Nie zrozumiałam od razu.
Tsuneari zareagował szybciej. Rzucił się na dziewczynę i mocno przytrzymując w pasie, odciągnął jak najdalej. Ayako po chwili osłupienia, zaczęła się mu wyrywać, okładając jego ramiona pięściami i kopiąc go z całych sił. A on jej nie puszczał, przygarniając ją bliżej siebie.
- Puszczaj mnie! Puszczaj mnie!!! – wrzeszczała w kółko, wyciągając z paniką rękę przed siebie. – Puszczaj mnie!
Dostrzegłam dłoń między gruzami.
Otoczyła mnie ciemność i pustka. Tak bardzo bolesna ciemność i pustka.
Spojrzałam z błaganiem na Tsuneariego. Nie puść jej. Nie ważne co się stanie, nie pozwól jej tam podejść.
- Ayako… Ayako… - powtarzał cicho, a w jego głosie była już tylko panika i strach, choć twarz wykrzywiał smutek. – Już dość. Już wystarczy. – zacisnął mocno oczy, ale i tak po jego policzkach ściekły łzy. – Wystarczy. -  powtórzył rozpaczliwie, tracąc siły.
Dziewczyna się wyszarpnęła i ponownie rzuciła na stertę gruzów. Chwyciła wystającą dłoń i pociągnęła z całej siły, jakby liczyła, że wydostanie przyjaciela całego i zdrowego.
Chwilę później rozległ się rozdzierający i bolesny krzyk, który nie ustawał nawet po chwili. Dziewczyna odsunęła się gwałtownie i upadła, potykając się. Krzyczała nadal i odsuwała się rozpaczliwie coraz dalej i dalej, aż dotknęła plecami ściany. Wtedy zalała się łzami i zasłoniła uszy dłońmi, histerycznie łkając.
Tsuneari spojrzał na mnie, ale kompletnie nie reagowałam. Patrzyłam się bez wyrazu na oderwaną dłoń, leżącą bezwiednie niedaleko gruzów.
Taki. Ten dobry, życzliwy Taki. Taki, który jeszcze kilka minut temu żartował za nami. Który jeszcze przed chwilą żył.
Słyszałam głos Tsuneariego jak zza ściany. Potrząsał mocno dziewczyną za ramiona, ale to nic nie dawało. Nie wiem po jakim czasie usłyszałam nadbiegające kroki.
- JASNA CHOLERA! – wrzasnął Fumiya, zatrzymując się obok mnie. – DAIKI! – wpatrywał się szeroko rozwartymi oczami w pozostałości magazynu. – Jasna cholera! Jasna cholera. Jasna cholera… - zacisnął dłonie w pięści.
Mikuru posmutniała, powstrzymując wybuch emocji, choć na jej twarzy było przerażenie.
- Przecież to niemożliwe… - wyszeptała. – Przecież Arata… On wszystko… Nie… On nie mógł zginąć na marne…
- Zabiję go. – powiedział Fumiya. – Igarashi będzie umierał powolną i bolesną śmiercią. Za Aratę, za Shuuko, za Daikiego… Za wszystkich. – w jego głosie słychać było chłód, a mężczyzna spoglądał morderczo w dal.
Spojrzałam z nagłym zrozumieniem na dowódcę, choć strategiczka chwyciła go rozpaczliwie za rękaw.
- Fumiya, nie możesz! – krzyknęła. – To szaleństwo. Przecież wiesz, że to nic nie da. – powiedziała z naciskiem.
Mężczyzna odepchnął jej dłoń, głuchy na prośby.
- Trzeba było go posłuchać na samym początku… - szepnęła cicho.
Fumiya odwrócił się i wbił w kobietę wściekły wzrok. Poczułam jak po plecach przebiegają mi dreszcze. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak rozwścieczonego.
- Trzeba było go zastrzelić 3 lata temu, a wszyscy by żyli, ty tchórzu! – wrzasnął na Mikuru.
Teraz nawet Tsuneari się odwrócił i wbił niedowierzające spojrzenie w dowódcę, tak samo jak Mikuru. Kobieta zamrugała kilkakrotnie, po czym zalała się łzami.
A ja zdałam sobie sprawę, jak niewiele wiem o nich wszystkich. Wręcz cała przeszłość owiana była dla mnie tajemnicą, której nie powinno wyciągać się na światło dzienne ponownie.
Ale jednego byłam pewna.
Ten, który musi zginąć to Igarashi Yasuaki.
- Przepraszam, Mikuru. – Fumiya spuścił wzrok, kładąc dłoń na ramieniu kobiety. – Przepraszam, poniosło mnie.
Podeszłam do przyjaciółki. Siedziała teraz cicho, wpatrując się bezdennymi oczami w przestrzeń, całkowicie otępiała.
- Nie jest w stanie dalej walczyć. – stwierdziłam tylko, patrząc się bez wyrazu na Tsuneariego. – Musimy zostawić ją u Ryutaro.
Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale w końcu tylko kiwnął głową i wziął dziewczynę na ręce. Spojrzałam jeszcze na niego ostatni raz, po czym skręciłam w innym kierunku. Tsuneari zatrzymał się.
- Gdzie idziesz? – spytał cicho.
- Walczyć. – odpowiedziałam tylko. – Spotkamy się później.
Zawahał się przez moment po czym skinął głową i pozwolił mi odejść.

Tokaji nadal stał w tym samym miejscu co kilka godzin wcześniej, gdy z oddali usłyszał wybuch. Z początku się niepokoił, ale widząc skołowaną twarz Shigeo nie miał pewności, która ze stron użyła ładunku wybuchowego.
Choć miejsce wybuchu było bardzo blisko organizacji.
- Taichi, radzę ci się opanować. – rzucił szorstko, gdy zabójca zaczął się dyskutować coraz bardziej zawzięcie. – Przypominam, że z tego miejsca też może pójść taki sam dym. – dodał, uśmiechając się szyderczo.
Rozmowy gwałtownie ucichły, a pacjenci szpitalu psychiatrycznego w Tateyamie wbili w niego wściekłe, obłąkane spojrzenia. Mimo, że nie myśleli jak normalni ludzie i byli nieobliczalni, dość łatwo pojęli zagrożenie.
Jak przychodzi co do czego, każdy ratuje tylko swoją skórę, pomyślał z obrzydzeniem Tokaji. Aż dziw, że jeszcze się stąd nie zmyłem.
- Wiesz Taichi… - rzucił do mężczyzny. – Myślałem, że będziesz trochę ciekawszym przeciwnikiem.
Shigeo spiorunował go wzrokiem.
- Trochę trudno, bym walczył z granatem. – syknął w odpowiedzi.
- Oj daj spokój. – zaśmiał się Tokaji, podrzucając bidon. – Nie zginiecie od tego wszyscy. – w sumie nikt nie zginie, dodał ironicznie w myślach. – Obiecuję, że w ciebie nie wyceluję. – dodał prowokująco.
- Posłuchaj, ty… - błękitnooki przełknął przekleństwo, ale jego wzrok wyrażał dużo więcej niż czystą nienawiść. – Wiem doskonale jak odnosisz się do tego wszystkiego. – powiedział przymilnie, uśmiechając się pewnie. – Z dość dużą łapówką przeszedłbyś na naszą stronę.
Tokaji uniósł wysoko brwi i zagwizdał.
- Serio masz mnie za zdrajcę? – rzucił chłodno. – Owszem, sam nazwę siebie bezlitosnym mordercą, złodziejem, oszustem, ojcobójcą, chamem, prostakiem… - wyliczał ze znudzeniem na palcach, po czym spojrzał morderczo na mężczyznę. – Mniejsza z tym. Może i jestem najgorszą gnidą, ale nie zdrajcą.
Shigeo wbił w niego swoje błękitne oczy, starając się zawrzeć w tym spojrzeniu wszystkie przekleństwa świata. Tokaji przyjął spojrzenie z satysfakcją, odpowiadając tym samym, choć z cieniem szyderczego uśmiechu na ustach.
Po chwili jednak Shigeo gwałtownie zbladł. Czarnowłosy zmrużył lekko oczy, nie widząc przyczyny takiej reakcji, po czym gwałtownie odwrócił się. Zdążył jedynie dostrzec pięść nim oberwał w szczękę. Siła ciosu odepchnęła go kilka metrów dalej, gdzie upadł na ziemię, mając mroczki przed oczami.
- I czemu  ja się nie dziwię, że akurat ty tu jesteś, Kosai. – prychnął z irytacją Igarashi, schylając się po upuszczony bidon. – I czemu nie dziwię się, że ty, Shigeo, jesteś po prostu głupi.  
- Sz… Szefie! – zawołał niepewnie, acz z udawaną radością zabójca.
- Nie denerwuj mnie bardziej niż jestem. – odparł chłodno Igarashi. Przyjrzał się ‘granatowi’ i wzruszył ramionami. – Łap. – rzucił bidonem w podwładnego, odrywając zawleczkę.
Shigeo mechanicznie złapał granat i już po sekundzie wydarł się z przerażenia, ale jego krzyk został przerwany przez wybuch dymu. Błękitnooki zaczął krztusić się dymem i upuścił bidon na ziemię.
- Oooooo, czyli to drugie dno było tym wypełnione. – Igarashi pokiwał głową ze zrozumieniem. Spojrzał na podnoszącego się chłopaka. – To kolejny mądry gadżecik Sakiko? – spytał jak gdyby nigdy nic.
Tokaji zerwał się na równe nogi, wyciągając oba miecze.
- Ty… - syknął, wpatrując się w zabójcę bezdennymi, czarnymi oczami.
Chłopak analizował wszystko bardzo szybko. Mężczyzna po prostu się za nim pojawił. Jasna cholera, niech on nie robi tak jak Tsu, pomyślał sarkastycznie i rzucił się na przeciwnika.
Igarashi owszem rozszerzył oczy ze zdziwienia, ale w ułamku sekundy wyciągnął broń i wręcz od niechcenia zablokował cios. Stal szczęknęła, a niebiesko-włosy zrobił krok do tyłu.
- Nieźle, nawet poczułem ten cios. – pochwalił ironicznie, a Tokaji syknął z niezadowoleniem.
Igarashi bez zbędnym słów wyprowadził kolejny cios, biorąc błyskawiczny zamach z prawej. Tokaji sparował atak, gotowy to kontrataku, ale Igarashi zdążył już wymierzyć kolejne pchnięcie. Czarnowłosy tylko zobaczył błysk stali i niewiele myśląc odskoczył do tyłu, a czubek miecza rozdarł mu powierzchownie kurtkę.
Dobra, Tokaji, ten gościu jest na innym poziomie. Trzeba iść na całość.
Poprawił błyskawicznie chwyt, gotowy ponownie uderzyć, ale Igarashi ziewnął ze znudzenia i opuścił broń. Spojrzał czarnymi oczami na chłopaka jak na zabawkę.
- Wiesz, Kosai myślałem, że chociaż ty zmądrzejesz i do nas dołączysz. – rzucił beznamiętnie. – Pasujesz do Jishin. Ale skoro nie, to nie chce mi się z tobą walczyć. Od tego ma się podwładnych. – dodał, odwracając się do błękitnookiego. – Prawda, Shigeo?
- Tak jest.
Zabójca położył dłoń na rękojeści miecza i dał znak swojemu oddziałowi. Powietrze przeszył dźwięk wyciąganej broni. Tokaji spojrzał kątem oka na wrogów i westchnął głęboko. Było źle. Bardzo źle.
- Tak więc żegnam na zawsze, Kosai. – pomachał na odchodnym. – Idę zobaczyć kogo od ciebie wysadziłem w powietrze. – zachichotał.
Tokaji poczuł jak ogarnia go chłód. Zerknął w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał szef Jishinu, ale zabójca zniknął w cieniu miejskich uliczek. Nie zdążył zrobić nic więcej nim mordercy rzucili się w jego kierunku.
Nigdy nie myślał, że duma pozwoli mu uciec z pola walki, ale widok rozwścieczonej 30-stki psychopatów nie zachęcał do pozostania między nimi samemu.
Pognał przed siebie, nawet nie myśląc dokąd biegnie.

Wybuch w siedzibie Kaminari zatrzymał na chwilę walkę.
Meiji korzystając z okazji zaprzedał lewego sierpowego jakiemuś facetowi, a kilka metrów dalej dostrzegł Mako przebijającą kogoś mieczem. Kobieta nie robiła sobie nic z wybuchu.
- Jun! Koichi! – zawołał na przyjaciół, którzy wpatrywali się w dym jak zaklęci.
Koichi otrząsnął się jako pierwszy i płynnie się obrócił, zatrzymując cios. Jun stojący obok uderzył z wykopu stojącą w pobliżu kobietę i stając ponownie na dwóch nogach wbił szybko miecz w bok faceta. Zabójca osunął się na kolana, a Koichi uderzył go mocno rękojeścią w skroń.
Meiji kątem oka dostrzegł, że uderzony przed chwilą facet usiłuje się podnieść, więc przydepnął go i spojrzał mu w oczy z politowaniem.
- Lepiej było dla ciebie, byś udawał nieprzytomnego. – rzucił krótko i wbił mu miecz w serce.
W takich punktach zwrotnych wygrywali ci, którzy jako pierwszy otrząsnęli się z szoku. Jishin na nowo odzyskał werwę i szybko zebraną grupą ruszyli na Sanmittai. Meiji machnął krótko na przyjaciół – znali ten gest już od dawna. Stanęli do siebie plecami, kryjąc siebie nawzajem.
- Koichi celuj w ich stopy, Jun w głowy. – rzucił szeptem przez ramię.
Zaatakowało ich jakieś 10 osób na raz. Odpierali ataki z łatwością, a gdy pierwsze ciała opadły na ziemię, formacja Jishin się przełamała.
- Rozproszyć się! – krzyknął Meiji, wybiegając na stojącą przed nim kobietę.
Ciął od dołu, ale morderczyni sparowała atak. Wyprowadził cios z lewej, zbyt późno dostrzegając jeszcze jednego przeciwnika. Miecz smagnął w ramie kobietę, a Meiji gwałtownie zahamował i zwijając lewą dłoń w pięść wycelował w nos mężczyzny. Głowa bezwładnie odskoczyła, a facet upadł z hukiem na ziemię z głęboką raną w plecach.
- Dzięki, Mako, ale dałbym radę. – uśmiechnął się do rudowłosej, która patrzyła beznamiętnie wokół w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika.
- Wiem, że dałbyś radę. – odparła tylko i wyminęła go.
Meiji odwrócił się za nią – wokół nich zrobiło się pusto. Jun i Koichi podbiegli do nich, a kobieta zatrzymała się z westchnieniem. Pod ich stopami leżało jakieś 6 ciał – pozostała czwórka skorzystała z okazji i uciekła. Zabójcy spojrzeli na niebo, złowrogo zabrudzone dymem.
- I tak się kończy, gdy mnie nie słuchają. – syknął po chwili Meiji. – Jadę zabić ich strategów. – powiedział.
- Nie bądź głupi. Jesteśmy potrzebni tutaj. – powiedział z naciskiem Koichi, wbijając wściekły wzrok w przyjaciela.
- Właśnie. Wy jesteście. – odparł tylko czarnowłosy i skierował się w stronę najbliższego auta.
Koichi przeklął i chwycił przyjaciela za ramię. Nim Jun zdążył go powstrzymać brązowowłosy uderzył go w twarz. Meiji spojrzał na niego pusto swoimi piwnymi oczami i westchnął. Mako obserwowała tą scenę ze spokojem.
- Też wolę byś został.
Meiji tylko odrzucił dłoń Koichiego i wybił szybę w oknie auta. Otworzył drzwi od środka i siadł za kierownicą. Brązowowłosy był gotowy ponownie go uderzyć, ale Jun powstrzymał go. Gdy zobaczył zirytowane spojrzenie Koichiego, jedynie pokręcił głową.
- Gdy on się na coś uprze to go nie przekonasz. – westchnął ponuro. – A jakby nie patrzeć to ma dużo sensu.
- Atakowanie tej dwójki w pojedynkę nie ma sensu, nawet biorąc pod uwagę naszą wykruszającą się liczebność. – powiedziała spokojnie Mako, szarpiąc delikatnie za klamkę. – Meiji, otwieraj. Jadę z tobą.
- Czy wy musicie tak wszystko komplikować? Nie mam zamiaru dać się zabić. – warknął mężczyzna. – Walka Jishin posypie się, gdy nikt nie będzie im podpowiadał co mają zrobić. Ja załatwię strategów, ale ktoś musi chronić naszą słabszą część. Na przykład dzieciaki. Albo bliźniaczki.
Zapadła napięta cisza. Meiji odwrócił wzrok od przyjaciół, wpatrując się twardo przed siebie. Mimo własnych słów, wiedział że to co planuje to czysta misja samobójcza. Przerwał ciszę odpalając silnik.
- Meiji. – Mako wypowiedziała jego imię z delikatnym naciskiem.
Czarnowłosy jakby się zawahał przed odjazdem. Spojrzał smutno w jej zielone oczy i uśmiechnął się lekko.
- Kocham cię, Mako. – powiedział cicho i odjechał.
Rudowłosa patrzyła się za odjeżdżającym samochodem dopóki nie zniknął.
- Przecież wiem… - szepnęła do siebie z cieniem smutku i ścisnęła rękojeść miecza. – Jun, Koichi. – podniosła wzrok na towarzyszy, którzy piorunowali się wzrokiem. – Słyszeliście go. Musimy chronić naszych.

- Omitsu, ten wybuch… - wydusił po pewnym czasie Hiroki, ledwo mogąc złapać oddech od biegu.
Kobieta go zignorowała, rozglądając się wściekle wokół i cały czas mamrocząc, że ‘on gdzieś tu był’. Mężczyzna obejrzał się przez ramię na rozrzedzony dym. Nie chciał nawet myśleć o tym, że kod Araty został złamany.
Omitsu gwałtownie się zatrzymała, nasłuchując.
- Jeez, kobieto! – mruknął Hiroki. – Co tym razem…
- Cicho. – syknęła tylko, przymykając oczy.
Blondyn przewrócił oczami, ale umilkł. Po chwili usłyszał równe miarowe dudnienie i szczęk broni. Spojrzał z nagłym zrozumieniem na Omitsu, która mrużąc groźnie oczy skinęła potakująco głową.
- Za mną. – zawołała cicho, kierując się w stronę odgłosów.
Hiroki przewrócił oczami, biegnąc za Omitsu. Tak zazwyczaj kończyły się akcje z zabójczynią – pchała się w najgorsze kłopoty. Czy raczej to one ciągnęły do niej. Mężczyzna westchnął, dotykając swojej blizny ciągnącej się przez lewe oko. Akurat on nie powinien tego komentować.
Gdy wybiegli na jedną z głównych ulic całkowicie osłupiał. Zobaczył tylko kątem oka sporą grupę ludzi i doskonale wiedział, że to Jishin. Schował się od razu za zakrętem, patrząc się z niezrozumieniem na Omitsu, która patrzyła się z niedowierzaniem przed siebie, mrużąc oczy. Nim zdążył ją zaciągnąć do cienia uliczki, przez twarz kobiety przemknęło nagłe zrozumienie.
- Tokaji!? – wykrzyknęła imię chłopaka biegnącego kilkanaście metrów przed Jishinem.
Hiroki pomyślał, że już nic więcej go dzisiaj nie zdziwi.
Czarnowłosy spojrzał na nich z konsternacją. Skręcił w ich uliczkę i szarpnął mocno, zmuszając do biegu. Omitsu od razu załapała tempo i zrównała się Tokajim, posyłając mu pytające spojrzenia.
- Młody, radzę ci to wytłumaczyć. – burknął blondyn, oglądając się przez ramię. – O świetnie, widzę Shigeo. – mruknął jeszcze.
- Kłopoty. – sapnął czarnowłosy. – Skapnęli się, że ich oszukałem i są trochę wściekli. A Yasuaki jak się pojawił tak zniknął.
- To nie ma sensu! – jęknęła Omitsu, patrząc się z irytacją na chłopaka.
- Tokaji Kosai, perfekcyjny opis sytuacji. – rzucił czarnowłosy sarkastycznie.
- To nie czas na żarty! Sami psychopaci może nie stanowią wielkiego problemu…
- Dla kogo nie stanowią, to nie stanowią… - syknęli obaj zabójcy.
- Co zrobimy z Shigeo? Akurat z nim nie da się walczyć, będąc otoczonym przez hordę innych ludzi! – spytał po chwili Hiroki, oglądając się przez ramię. – Cholera, doganiają nas.
Tokaji zamyślił się przez chwilę po czym spojrzał na Omitsu poważnie. Kobieta zmrużyła oczy, a po chwili zrozumiała co chce zrobić chłopak. Westchnęła z rezygnacją i skinęła głową.
Tokaji gwałtownie się zatrzymał i ruszył na Shigeo. Błękitnooki, nieprzygotowany na taki zwrot akcji, sparował ze zdziwieniem cios, ale ostrze ześlizgnęło się na jego ramię. Czarnowłosy korzystając z okazji czmychnął w jedną z uliczek, a rozwścieczony zabójca ruszył za nim, wołając jeszcze kilku zabójców.
A pozostali ruszyli na Omitsu i Hirokiego.
- O nie. – westchnął blondyn, kładąc dłoń na rękojeści. Spojrzał morderczo na zabójców zdrowym, prawym okiem.
- Powodzenia, Tokaji! – zawołała za czarnowłosym z cieniem niepokoju w głosie. Mimo wszystko posyłanie nastoletniego chłopaka na walkę z Shigeo to prawie wyrok śmierci. Sekundę później przeniosła wzrok na zbliżający się tłum i rozciągnęła usta w okrutnym uśmiechu. – Witam państwa z Tateyamy! Stęskniliście się za mną!? – zawołała, rzucając się w wir bitwy.

~Tokaji~
Usłyszałem jeszcze tylko bojowe zawołanie Omitsu nim odbiegłem wystarczająco daleko. Szczerze nie myślałem, że umiem tak szybko biegać.
- Ucieczka nic ci nie da, Kosai! – krzyknął za mną wściekle Shigeo.
Zerknąłem krótko przez ramię. Udało mi się fartem go zranić, ale rana na lewym ramieniu była tylko płytkim nacięciem. Teraz będzie gorzej. Zwłaszcza, że za nim podążały jeszcze jakieś cztery osoby.
Biegłem jakimiś spokojnymi, ośnieżonymi uliczkami, coraz bardziej denerwując się brakiem strategicznego miejsca do walki. A wąska uliczka z szeregiem jednorodzinnych domków nie należała do takich. Jasna cholera, czy nie mogliśmy się znajdować w jakieś ciekawszej dzielnicy?
Dobra, Tokaji, uspokój się i pomyśl.
Biegnie za mną 5 osób. Z psychopatami dam sobie radę, ale nie ze wszystkimi na raz. Muszę ich rozdzielić i pozałatwiać każdego z osobna, a Shigeo po prostu omijać.
Tak. Mikuru zdecydowanie zabiłaby mnie za taką strategię.
Byłem ledwie kilka metrów przed nimi, więc nie miałem szans na dalsze obmyślanie planów. Uspokoiłem oddech i skręciłem gwałtownie w boczną alejkę. Zahamowałem gwałtownie i wskoczyłem na pokrywę kontenera na śmieci, licząc, że jako pierwszy nie wybiegnie Shigeo.
Uśmiechnąłem się szyderczo, gdy pierwsza kobieta wpadła w uliczkę z obłędem w oczach, który po kilku krokach przerodził się w zmieszanie. Zatrzymała się, zastanawiając się gdzie jest cel.
Wybiłem się wysoko, wyciągając w locie miecze i biorąc szeroki zamach zza pleców opadłem na niczego nieświadomą kobietę. Na ułamek sekundy spojrzała na mnie z przerażeniem, ale chwilę później jej oczy zaszły mgłą, a jej ciało upadło na ziemię.
Minęła sekunda nim zdążyłem odwrócić się i spróbować dalszej ucieczki, ale tyle wystarczyło by pozostała czwórka otrząsnęła się z szoku. Jakiś facet rzucił się na mnie, biorąc wprawny zamach. Syknąłem z niezadowolenia, obracając się bokiem i blokując cios jedną ręką. Drugi facet spojrzał na mnie z niedowierzaniem, gdy skierowałem drugie ostrze przeciwko niemu.
Uśmiechnąłem się chytrze, choć wcale nie było mi do śmiechu.
Usłyszałem za sobą kroki. Odchyliłem drugie ostrze lekko do tyłu, a prawą ręką odepchnąłem pierwszego faceta. Biorąc zamach smagnąłem ostrzem nadgarstek drugiego zabójcy, po czym szybko zmieniłem kąt trzymania miecza i z całym impetem wbiłem go w szyję pierwszego przeciwnika.
Nie zdążyłem wyciągnąć broni, wiedząc że pozostała kobieta zaatakuje. Obróciłem się w jej stronę, odchylając się instynktownie lekko do tyłu, a jej stopa śmignęła kilka milimetrów od mojej twarzy. Chwyciłem pozostały miecz drugą dłonią. Po takich wykopach potrzeba było kilku cennych sekund by powrócić do odpowiedniej pozycji.
Kiedy jednak już wyprowadzałem cios, kobieta błyskawicznie się obróciła, a w jej dłoni błysnęła stal.
Cholera.
Moje ostrze sięgnęło jej, rozcinając paskudnie lewą rękę, ale ona sama mnie zraniła. Syknąłem, odskakując choć wiedziałem, że nie mam czasu na odpoczynek. Spojrzałem kątem oka na ranę – miała jakiś centymetr głębokości i przecinała paskudnie prawą pierś.
Nim nawet zaczęła krwawić rzucili się na mnie we dwójkę. Klnąc w myślach na brak drugiego miecza, skoczyłem w stronę kobiety, odpychając ją silnym ruchem, mając nadzieję, że ma przy sobie tylko jeden scyzoryk. Zachwiała się, a ja obróciłem się gwałtownie, zwijając lewą dłoń w pięść. Ból od trafnego uderzenia przeszył z satysfakcją kości. Facet wypuścił z szoku miecz, ale ostrze smagnęło lekko moje ramię.
Błyskawicznie ciąłem z dołu prawą ręką, ale zabójca ochronił się przed raną, zasłaniając się ramieniem. Wrzasnął gdy miecz przeciął mu je do kości. Nie ruszały mnie jego krzyki – podskoczyłem i wycelowałem na ślepo kopniaka w kobietę.
Zdążyła zablokować cios obiema rękoma tuż przy skroni, ale i tak się uśmiechnąłem – rozległ się dźwięk łamanej kości, a z jej nadgarstka wysunął scyzoryk.
Odsunąłem się szybko, ale kobieta wbiła we mnie szaleńcze spojrzenie i po prostu rzuciła się w moim kierunku. Zdziwiony chwyciłem w dłoń jej pięść, ale nie dałem rady uchronić się od kolejnego ciosu. Jej kolano wbiło się w mój brzuch, boleśnie wyduszając powietrze z płuc.
Cholera.
Opadłem na kolana, a gdy próbowałem zerwać się ponownie na nogi, dostrzegłem, że kobieta się nie rusza. Czyli teraz zaatakuje facet.
Padłem na ziemię i przetoczyłem, a zabójca wbił nieporadnie, ale z całej siły miecz w miejsce, w którym byłem przed sekundą. Czyli był praworęczny. Spróbowałem się podnieść ponownie, ale kobieta już do mnie dobiegła, usiłując trafić z zamachu w głowę. Kucnąłem szybko i przekładając ciężar na ręce, odhaczyłem ją i stanąłem płynnie.
Chwyciłem rękojeść oburącz, unosząc ostrze wysoko nad głowę. Miałem ten ruch wyćwiczony do perfekcji. Kobieta spojrzała jeszcze z przerażeniem w moje bezlitosne, czarne oczy po czym wrzasnęła. Krzyk przeszył okolicę, a do lotu poderwały się okoliczne kruki. Wrzask ustał gwałtownie, a zabójczyni znieruchomiała, brudząc śnieg krwią.
Całkowicie nieporuszony obróciłem się w stronę nadbiegającego faceta. Przygotowałem się na jakiś cios lewą, sprawniejszą obecnie ręką, ale zabójca uderzył mnie niespodziewanie prawym sierpowym, wrzeszcząc po chwili z bólu. Huknąłem o ziemię, wywracając oczami.
Nim zdążyłem się podnieść kopnął mnie z bok, a siła ciosu potoczyła mną bezwładnie kilka metrów dalej, pewny, że mam co najmniej jedno żebro złamane. Ściskałem uparcie rękojeść, gdy zerwałem się ponownie do walki. Mężczyzna znów runął na mnie, ale odskoczyłem w bok, do ciała drugiego faceta i wyciągnąłem z niego ostrze.
Biorąc podwójny zamach na przeciwnika, przeszyło mnie nagłe, złe przeczucie, które nazywało się Shigeo.
Nie skończyłem nawet wyprowadzać ciosu na ostatniego faceta, gdy obróciłem się gwałtownie. No chyba tak głupio nie skończę, pomyślałem, widząc nad sobą ostrze i bezlitosne, błękitne oczy.
I wtedy stało się coś bardzo dziwnego.
W głowę Shigeo uderzył kamień, a sam mężczyzna odsunął się gwałtownie, patrząc się w stronę, z której nadleciał kamień. Z przestrogą poprawiłem chwyt na rękojeściach, ale nie zdołałem go zaatakować, dostrzegając kto stoi kilka metrów dalej.
Ichigo.
- Podziękujesz mi później! – krzyknęła do mnie złośliwie. Możliwe, że chciała coś jeszcze dodać nim odbiegnie, ale Shigeo w sekundzie się przy niej znalazł, atakując z góry.
- Zabiję cię! – warknął nienawistnie błękitnooki. – Za mojego ojca! – krzyknął, wyprowadzając serię szybkich ciosów. Czarnowłosa odparowywała ataki.
Poczułem nagły przypływ żądzy mordu.
Rzuciłem się z morderczym wzrokiem w stronę faceta, dostrzegając tym samym, że dziewczyna nawet sobie radzi. Załapała sekwencję ruchów i odbiła ostrze z zamachem. Uśmiechnęła się krzywo, wbijając chłodny wzrok w Shigeo.
Przewróciłem oczami, widząc że tylko blefuje z tą pewnością siebie.
No w sumie ja też.
Nim Shigeo zdążył wyprowadzić cios z góry, wpadłem między nich, blokując atak z góry. Mężczyzna naparł na mnie mocniej, ale spojrzałem wściekle na dziewczynę kątem oka.
- Co ty tu robisz? – syknąłem, odparowując cios i tnąc z dołu. – Nie mów, że walka aż tak się rozprzestrzeniła.
Dziewczyna mnie zignorowała i zaatakowała Shigeo z boku. Cios przeszedłby, gdyby nie jego cel – facet zbyt dobrze znał takie sztuczki. Obrócił się z wściekłością w stronę dziewczyny, atakując ją ponownie.
Ale ona jest nierozważna. Irytujące.
Uderzyłem w niego ramieniem, odpychając z dala od Ichigo. Shigeo chwiał się jedynie przez jakieś dwa kroki, potem natychmiast odzyskał równowagę, gotowy, do następnego ataku.
- Jestem tu sama. – odparła po chwili, stając po mojej lewej.
Odsunąłem ją od siebie ręką, a drugim mieczem odparłem cios mężczyzny. Spojrzała na mnie z oburzeniem, a ja odpowiedziałem jej groźnym spojrzeniem. Shigeo wykorzystał to i jego ostrze ześlizgnęło się po moim. W ostatniej sekundzie odskoczyłem. Jasna cholera, nie mogę się przy nim zapominać.
- Posłuchaj, idiotko. To nie jest zabawa. – warknąłem na nią. – Więc jeśli zamierzasz nic nie robić, to łaskawie zejdź mi z drogi!
 Wyprowadziłem serię błyskawicznych cięć, ale zabójca parował się z łatwością, jakby odbywał po prostu regularne ćwiczenia. Moja irytacja wzrosła, gdy poczułem na sobie nienawistne spojrzenie dziewczyny.
Szlag by to. Przed tą cholerną kłótnią wszystko było w porządku.
- Muszę kogoś znaleźć. – powiedziała powoli, odwracając się. – I zabić.
Nie mogłem się powstrzymać i wbiłem w nią sarkastyczne spojrzenie.
- No co ty? – rzuciłem, blokując cios Shigeo. – A kto niby dostąpi tego zaszczytu? – dodałem kpiąco, widząc kątem oka, że mężczyzna również zaczął się przysłuchiwać, powoli gubiąc rytm walki.
- Igarashi. – odpowiedziała. Jej głos był poważny i spokojny, ale przepełniony zimną nienawiścią. – On musi dzisiaj zginąć. – szepnęła cicho i pobiegła przed siebie.
Razem z Shigeo zastygliśmy w bezruchu w całkowitym osłupieniu. Kiedy facet wybuchnął śmiechem, mnie oblał zimny pot. Przecież ona zginie.
- Przestań, idiotko! Zginiesz!!! – wrzasnąłem, zaczynając biec, ale Shigeo zastąpił mi drogę. – Ichigo! – wydarłem się jeszcze, ale dziewczyna nie zatrzymała się, odbiegając bez słowa więcej.

~Ichigo~
Tokaji tylko potwierdził to co mówił mi umysł, a krzyczał rozsądek.
Mimo tej całej pewności siebie, zimnej krwi i treningu byłam nikim w tym świecie. Drobna dziewczynka z przeciętnymi umiejętnościami. A jednak coś cały czas pchało mnie naprzód i naprzód. W stronę najgroźniejszego mężczyzny wśród płatnych morderców – Igarashi Yasuaki.
Nie jestem głupia. Wiem, że nie zwyciężę. Nawet nie przegram, zginę. Dobrze, może jestem idiotką. Tokaji się wiele nie mylił.
Gdy zobaczyłam ruinę organizacji, wiedząc, że gdzieś między gruzami znajdę swojego przyjaciela pękło mi serce. Nie mogłam o niczym innym myśleć. Czułam taką przepełniającą rozpacz, że gdybym nie pozwoliła przebić się na wierzch nienawiści rozpadłabym się na kawałki.
To co pchało mnie do walki z Igarashim to zemsta.
Niektóre rzeczy można było odpuścić z pamięci tylko czyjąś krwią.
‘’Z mordercą swojego przyjaciela nie będziesz żył pod jednym niebem’’. Przywołałam w pamięci stare chińskie przysłowie, choć trochę zmienione. Uśmiechnęłam się smutno. Przed oczami pojawiła się moja stara nauczycielka, która akurat wspomniała to przy jakieś lekturze. Z koleżankami zaśmiałyśmy się beztrosko, zupełnie tego nie rozumiejąc. Byłam głupia.
Nadal jestem.
Cholera jasna, miałam powiedzieć Tokajiemu, że cofam te słowa z kłótni. Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie, Tokaji. Wcale nie chciałam aż tak mu źle życzyć, ale… On sam się prosi o chłodne uczucia. Zwłaszcza, że teraz też był wściekły, jakby nie mógł znieść myśli, że ratuję mu skórę.
Mniejsza z tym.
Muszę teraz tylko znaleźć szefa Jishinu. Jestem prawie pewna, że gdzieś się tutaj kręci. Wnioskując ze strzępków informacji, które posiadam o nim prawie pewne jest, że kręci się w okolicy.
Jeśli jest podobny do Ryujiego nie przepuściłby okazji do obserwacji wszystkiego z niewielkiej odległości, w tak oczywistym miejscu, że gdy ktoś go znajdzie będzie mógł odczuć satysfakcję z irytacji drugiej osoby. Skąd obserwowałabym walkę jeśli byłabym Igarashim? Jakieś dramatyczne miejsce jak z książki pasowałoby do Ryujiego, ale do kogoś kto ma pseudonim Żywa Śmierć wybrałby…
Zatrzymałam się gwałtownie. Serce zabiło mi mocniej, gdy zerwałam się do biegu, skręcając w uliczkę. Przecież to takie banalne i oczywiste. I jest zdecydowanie zbyt blisko.
Zgliszcza świątyni Teitou.
Minuty biegu upływały jak wieczność. Stanęłam w cieniu budynków, wpatrując się w ruinę niegdyś pięknego wzgórza z historyczną świątynię. Poczułam jednocześnie zadowolenie i niepewność, gdy dostrzegłam delikatnie rysującą się postać stojącą w ruinach budowli.
Ścisnęłam rękojeść miecza, ogarnięta nagłym strachem.
Zacisnęłam mocno oczy, widząc przepływające wspomnienia. Zawsze delikatny i uprzejmy ton głosu, nawyk poprawiania okularów, niepewny uśmieszek oraz te szare oczy, w których ukrywał emocje.
Spojrzałam z czystą nienawiścią na rysującą się w oddali sylwetkę mężczyzny, czując że wątpliwości czy strach zniknęły.
Muszę go zabić.
Za wszelką cenę.
Sama.

Przemknęłam niezauważenie do zrujnowanych schodów i zaczęłam się skradać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz