Rozdział
38
Nie pamiętałam praktycznie
niczego z tego szaleńczego biegu. Stawiałam tylko nogę za nogą, krok za krok,
cały czas przed siebie, coraz szybciej i szybciej.
Czułam, że wpatruję się w
plecy Ayako, która biegła daleko przede mną.
Ona zawsze była taka szybka?
– moje myśli ledwo przebiły się przez szum krwi. Krążyła we mnie przenikliwie,
choć byłam pewna, że moje serce stanęło.
Pustka.
Przerażenie.
A potem ból.
Osunęłam się na kolana, zostając
w bramach organizacji. Zaczerpnęłam gwałtownie powietrze, ale nie poczułam go w
płucach.
Boli. Tak bardzo boli.
Dotknęłam dłonią swojej
szyi, nie mogąc zrozumieć skąd wydobywa się źródło cierpienia. Smagnięcie moich
palców było niczym dotyk kostki lodu. Wydusiłam stłumione westchnienie, a moja
dłoń spoczęła w miejscu serca, zaciskając się powoli i mocno w pięść, mnąc
nadaremno kurtkę. Jakby miało to coś zmienić.
Kiedy Tsuneari mnie dogonił,
nadal wpatrywałam się w biegnącą daleko przede mną Ayako.
Jeśli ktoś zapytałby się
mnie o najboleśniejszą rozpacz jaką widziałam, przywołałabym w pamięci obraz
biegnącej Ayako.
Z lewego skrzydła budynku
nie zostało praktycznie nic, oprócz wielkiej wyrwy i sterty gruzu
przykrywającej dwa zawalone piętra. Oraz dym i przygasający ogień.
- Taki!!! – wrzasnął chłopak
i popędził w nagłym zrywie za Ayako.
Czemu krzyczysz, Tsu?
Przecież to nic nie da.
Podniosłam się chwiejnie na
nogi, nadal patrząc się tępo przed siebie. Postawiłam jeden krok. Potem jeszcze
jeden. Szłam bezsensownie w stronę gruzów, a z każdą kolejną sekundą coraz
bardziej pragnęłam, by to wszystko okazało się jedynie koszmarem.
Zobaczyłam Tsuneariego
stojącego w połowie urwanego korytarza. Jego ręce zwisały bezładnie, a on po
prostu wpatrywał się z szczątki budynku. Stanęłam obok niego, również się tylko
przyglądając.
- No ruszcie się! –
wrzasnęła dziewczyna, odwracając się do nas. Odrzuciła jedną z cegieł. –
Szybciej! Musimy ich wyciągnąć! – jej wrzask przeszedł w piskliwy szept, a w
kącikach oczy pojawiły się łzy. – Tsuneari! Ichigo! – spojrzała na nas
rozpaczliwie.
A myśmy po prostu tam stali.
Nie widząc żadnej reakcji po twarzy Ayako przepłynęła panika. Dziewczyna
odwróciła się i odrzuciła kolejną cegłę. A potem kolejną i kolejną. Jej ramiona
drżały, nie mogąc wytrzymać ciężaru, ale cały czas przekopywała się dalej,
jakby to była jedyna rzecz utrzymująca ją przy życiu.
- Ayako… - głos Tsuneariego
drżał. Spojrzałam na niego pusto. Widać było, że powstrzymuje płacz, a dłonie
zacisnął w pięści. – Przestań… Błagam… Przestań…
Dziewczyna jakby go nie
słyszała, pogrążona w rozpaczy. Spojrzałam na nią pusto, chciałam coś do niej
powiedzieć, ale z moich ust nie wydobyły się żadne słowa. Może do mnie też nie
docierała prawda. Może chciałam by wydarzył się cud.
- Taki! – wykrzyknęła
piskliwie, z niedowierzaniem. Odgarnęła resztką sił ogromny kawał ściany i
upadła na kolana, cała drżąc. – Taki! – wyciągnęła rękę przed siebie, wpatrując
się z radością w punkt przed siebie.
Nie zrozumiałam od razu.
Tsuneari zareagował
szybciej. Rzucił się na dziewczynę i mocno przytrzymując w pasie, odciągnął jak
najdalej. Ayako po chwili osłupienia, zaczęła się mu wyrywać, okładając jego
ramiona pięściami i kopiąc go z całych sił. A on jej nie puszczał,
przygarniając ją bliżej siebie.
- Puszczaj mnie! Puszczaj
mnie!!! – wrzeszczała w kółko, wyciągając z paniką rękę przed siebie. –
Puszczaj mnie!
Dostrzegłam dłoń między
gruzami.
Otoczyła mnie ciemność i
pustka. Tak bardzo bolesna ciemność i pustka.
Spojrzałam z błaganiem na
Tsuneariego. Nie puść jej. Nie ważne co się stanie, nie pozwól jej tam podejść.
- Ayako… Ayako… - powtarzał
cicho, a w jego głosie była już tylko panika i strach, choć twarz wykrzywiał
smutek. – Już dość. Już wystarczy. – zacisnął mocno oczy, ale i tak po jego
policzkach ściekły łzy. – Wystarczy. -
powtórzył rozpaczliwie, tracąc siły.
Dziewczyna się wyszarpnęła i
ponownie rzuciła na stertę gruzów. Chwyciła wystającą dłoń i pociągnęła z całej
siły, jakby liczyła, że wydostanie przyjaciela całego i zdrowego.
Chwilę później rozległ się
rozdzierający i bolesny krzyk, który nie ustawał nawet po chwili. Dziewczyna
odsunęła się gwałtownie i upadła, potykając się. Krzyczała nadal i odsuwała się
rozpaczliwie coraz dalej i dalej, aż dotknęła plecami ściany. Wtedy zalała się łzami
i zasłoniła uszy dłońmi, histerycznie łkając.
Tsuneari spojrzał na mnie,
ale kompletnie nie reagowałam. Patrzyłam się bez wyrazu na oderwaną dłoń,
leżącą bezwiednie niedaleko gruzów.
Taki. Ten dobry, życzliwy
Taki. Taki, który jeszcze kilka minut temu żartował za nami. Który jeszcze
przed chwilą żył.
Słyszałam głos Tsuneariego
jak zza ściany. Potrząsał mocno dziewczyną za ramiona, ale to nic nie dawało.
Nie wiem po jakim czasie usłyszałam nadbiegające kroki.
- JASNA CHOLERA! – wrzasnął
Fumiya, zatrzymując się obok mnie. – DAIKI! – wpatrywał się szeroko rozwartymi
oczami w pozostałości magazynu. – Jasna cholera! Jasna cholera. Jasna cholera…
- zacisnął dłonie w pięści.
Mikuru posmutniała,
powstrzymując wybuch emocji, choć na jej twarzy było przerażenie.
- Przecież to niemożliwe… -
wyszeptała. – Przecież Arata… On wszystko… Nie… On nie mógł zginąć na marne…
- Zabiję go. – powiedział
Fumiya. – Igarashi będzie umierał powolną i bolesną śmiercią. Za Aratę, za
Shuuko, za Daikiego… Za wszystkich. – w jego głosie słychać było chłód, a
mężczyzna spoglądał morderczo w dal.
Spojrzałam z nagłym
zrozumieniem na dowódcę, choć strategiczka chwyciła go rozpaczliwie za rękaw.
- Fumiya, nie możesz! –
krzyknęła. – To szaleństwo. Przecież wiesz, że to nic nie da. – powiedziała z
naciskiem.
Mężczyzna odepchnął jej
dłoń, głuchy na prośby.
- Trzeba było go posłuchać
na samym początku… - szepnęła cicho.
Fumiya odwrócił się i wbił w
kobietę wściekły wzrok. Poczułam jak po plecach przebiegają mi dreszcze.
Jeszcze nigdy nie widziałam go tak rozwścieczonego.
- Trzeba było go zastrzelić
3 lata temu, a wszyscy by żyli, ty tchórzu! – wrzasnął na Mikuru.
Teraz nawet Tsuneari się
odwrócił i wbił niedowierzające spojrzenie w dowódcę, tak samo jak Mikuru.
Kobieta zamrugała kilkakrotnie, po czym zalała się łzami.
A ja zdałam sobie sprawę,
jak niewiele wiem o nich wszystkich. Wręcz cała przeszłość owiana była dla mnie
tajemnicą, której nie powinno wyciągać się na światło dzienne ponownie.
Ale jednego byłam pewna.
Ten, który musi zginąć to
Igarashi Yasuaki.
- Przepraszam, Mikuru. –
Fumiya spuścił wzrok, kładąc dłoń na ramieniu kobiety. – Przepraszam, poniosło
mnie.
Podeszłam do przyjaciółki.
Siedziała teraz cicho, wpatrując się bezdennymi oczami w przestrzeń, całkowicie
otępiała.
- Nie jest w stanie dalej
walczyć. – stwierdziłam tylko, patrząc się bez wyrazu na Tsuneariego. – Musimy
zostawić ją u Ryutaro.
Chłopak spojrzał na mnie
zdziwiony, ale w końcu tylko kiwnął głową i wziął dziewczynę na ręce.
Spojrzałam jeszcze na niego ostatni raz, po czym skręciłam w innym kierunku.
Tsuneari zatrzymał się.
- Gdzie idziesz? – spytał
cicho.
- Walczyć. – odpowiedziałam
tylko. – Spotkamy się później.
Zawahał się przez moment po
czym skinął głową i pozwolił mi odejść.
Tokaji nadal stał w tym
samym miejscu co kilka godzin wcześniej, gdy z oddali usłyszał wybuch. Z
początku się niepokoił, ale widząc skołowaną twarz Shigeo nie miał pewności,
która ze stron użyła ładunku wybuchowego.
Choć miejsce wybuchu było
bardzo blisko organizacji.
- Taichi, radzę ci się
opanować. – rzucił szorstko, gdy zabójca zaczął się dyskutować coraz bardziej
zawzięcie. – Przypominam, że z tego miejsca też może pójść taki sam dym. –
dodał, uśmiechając się szyderczo.
Rozmowy gwałtownie ucichły,
a pacjenci szpitalu psychiatrycznego w Tateyamie wbili w niego wściekłe,
obłąkane spojrzenia. Mimo, że nie myśleli jak normalni ludzie i byli
nieobliczalni, dość łatwo pojęli zagrożenie.
Jak przychodzi co do czego,
każdy ratuje tylko swoją skórę, pomyślał z obrzydzeniem Tokaji. Aż dziw, że
jeszcze się stąd nie zmyłem.
- Wiesz Taichi… - rzucił do
mężczyzny. – Myślałem, że będziesz trochę ciekawszym przeciwnikiem.
Shigeo spiorunował go
wzrokiem.
- Trochę trudno, bym walczył
z granatem. – syknął w odpowiedzi.
- Oj daj spokój. – zaśmiał
się Tokaji, podrzucając bidon. – Nie zginiecie od tego wszyscy. – w sumie nikt
nie zginie, dodał ironicznie w myślach. – Obiecuję, że w ciebie nie wyceluję. –
dodał prowokująco.
- Posłuchaj, ty… -
błękitnooki przełknął przekleństwo, ale jego wzrok wyrażał dużo więcej niż
czystą nienawiść. – Wiem doskonale jak odnosisz się do tego wszystkiego. –
powiedział przymilnie, uśmiechając się pewnie. – Z dość dużą łapówką
przeszedłbyś na naszą stronę.
Tokaji uniósł wysoko brwi i
zagwizdał.
- Serio masz mnie za
zdrajcę? – rzucił chłodno. – Owszem, sam nazwę siebie bezlitosnym mordercą,
złodziejem, oszustem, ojcobójcą, chamem, prostakiem… - wyliczał ze znudzeniem
na palcach, po czym spojrzał morderczo na mężczyznę. – Mniejsza z tym. Może i jestem
najgorszą gnidą, ale nie zdrajcą.
Shigeo wbił w niego swoje
błękitne oczy, starając się zawrzeć w tym spojrzeniu wszystkie przekleństwa
świata. Tokaji przyjął spojrzenie z satysfakcją, odpowiadając tym samym, choć z
cieniem szyderczego uśmiechu na ustach.
Po chwili jednak Shigeo
gwałtownie zbladł. Czarnowłosy zmrużył lekko oczy, nie widząc przyczyny takiej
reakcji, po czym gwałtownie odwrócił się. Zdążył jedynie dostrzec pięść nim
oberwał w szczękę. Siła ciosu odepchnęła go kilka metrów dalej, gdzie upadł na
ziemię, mając mroczki przed oczami.
- I czemu ja się nie dziwię, że akurat ty tu jesteś,
Kosai. – prychnął z irytacją Igarashi, schylając się po upuszczony bidon. – I
czemu nie dziwię się, że ty, Shigeo, jesteś po prostu głupi.
- Sz… Szefie! – zawołał
niepewnie, acz z udawaną radością zabójca.
- Nie denerwuj mnie bardziej
niż jestem. – odparł chłodno Igarashi. Przyjrzał się ‘granatowi’ i wzruszył
ramionami. – Łap. – rzucił bidonem w podwładnego, odrywając zawleczkę.
Shigeo mechanicznie złapał granat
i już po sekundzie wydarł się z przerażenia, ale jego krzyk został przerwany
przez wybuch dymu. Błękitnooki zaczął krztusić się dymem i upuścił bidon na
ziemię.
- Oooooo, czyli to drugie
dno było tym wypełnione. – Igarashi pokiwał głową ze zrozumieniem. Spojrzał na
podnoszącego się chłopaka. – To kolejny mądry gadżecik Sakiko? – spytał jak
gdyby nigdy nic.
Tokaji zerwał się na równe
nogi, wyciągając oba miecze.
- Ty… - syknął, wpatrując
się w zabójcę bezdennymi, czarnymi oczami.
Chłopak analizował wszystko
bardzo szybko. Mężczyzna po prostu się za nim pojawił. Jasna cholera, niech on
nie robi tak jak Tsu, pomyślał sarkastycznie i rzucił się na przeciwnika.
Igarashi owszem rozszerzył
oczy ze zdziwienia, ale w ułamku sekundy wyciągnął broń i wręcz od niechcenia zablokował cios. Stal szczęknęła, a niebiesko-włosy zrobił krok do tyłu.
- Nieźle, nawet poczułem ten
cios. – pochwalił ironicznie, a Tokaji syknął z niezadowoleniem.
Igarashi bez zbędnym słów
wyprowadził kolejny cios, biorąc błyskawiczny zamach z prawej. Tokaji sparował
atak, gotowy to kontrataku, ale Igarashi zdążył już wymierzyć kolejne
pchnięcie. Czarnowłosy tylko zobaczył błysk stali i niewiele myśląc odskoczył
do tyłu, a czubek miecza rozdarł mu powierzchownie kurtkę.
Dobra, Tokaji, ten gościu
jest na innym poziomie. Trzeba iść na całość.
Poprawił błyskawicznie
chwyt, gotowy ponownie uderzyć, ale Igarashi ziewnął ze znudzenia i opuścił
broń. Spojrzał czarnymi oczami na chłopaka jak na zabawkę.
- Wiesz, Kosai myślałem, że
chociaż ty zmądrzejesz i do nas dołączysz. – rzucił beznamiętnie. – Pasujesz do
Jishin. Ale skoro nie, to nie chce mi się z tobą walczyć. Od tego ma się
podwładnych. – dodał, odwracając się do błękitnookiego. – Prawda, Shigeo?
- Tak jest.
Zabójca położył dłoń na
rękojeści miecza i dał znak swojemu oddziałowi. Powietrze przeszył dźwięk
wyciąganej broni. Tokaji spojrzał kątem oka na wrogów i westchnął głęboko. Było
źle. Bardzo źle.
- Tak więc żegnam na zawsze,
Kosai. – pomachał na odchodnym. – Idę zobaczyć kogo od ciebie wysadziłem w
powietrze. – zachichotał.
Tokaji poczuł jak ogarnia go
chłód. Zerknął w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał szef Jishinu, ale
zabójca zniknął w cieniu miejskich uliczek. Nie zdążył zrobić nic więcej nim
mordercy rzucili się w jego kierunku.
Nigdy nie myślał, że duma
pozwoli mu uciec z pola walki, ale widok rozwścieczonej 30-stki psychopatów nie
zachęcał do pozostania między nimi samemu.
Pognał przed siebie, nawet
nie myśląc dokąd biegnie.
Wybuch w siedzibie Kaminari
zatrzymał na chwilę walkę.
Meiji korzystając z okazji
zaprzedał lewego sierpowego jakiemuś facetowi, a kilka metrów dalej dostrzegł
Mako przebijającą kogoś mieczem. Kobieta nie robiła sobie nic z wybuchu.
- Jun! Koichi! – zawołał na
przyjaciół, którzy wpatrywali się w dym jak zaklęci.
Koichi otrząsnął się jako
pierwszy i płynnie się obrócił, zatrzymując cios. Jun stojący obok uderzył z
wykopu stojącą w pobliżu kobietę i stając ponownie na dwóch nogach wbił szybko
miecz w bok faceta. Zabójca osunął się na kolana, a Koichi uderzył go mocno
rękojeścią w skroń.
Meiji kątem oka dostrzegł,
że uderzony przed chwilą facet usiłuje się podnieść, więc przydepnął go i
spojrzał mu w oczy z politowaniem.
- Lepiej było dla ciebie,
byś udawał nieprzytomnego. – rzucił krótko i wbił mu miecz w serce.
W takich punktach zwrotnych
wygrywali ci, którzy jako pierwszy otrząsnęli się z szoku. Jishin na nowo
odzyskał werwę i szybko zebraną grupą ruszyli na Sanmittai. Meiji machnął
krótko na przyjaciół – znali ten gest już od dawna. Stanęli do siebie plecami,
kryjąc siebie nawzajem.
- Koichi celuj w ich stopy,
Jun w głowy. – rzucił szeptem przez ramię.
Zaatakowało ich jakieś 10
osób na raz. Odpierali ataki z łatwością, a gdy pierwsze ciała opadły na
ziemię, formacja Jishin się przełamała.
- Rozproszyć się! – krzyknął
Meiji, wybiegając na stojącą przed nim kobietę.
Ciął od dołu, ale
morderczyni sparowała atak. Wyprowadził cios z lewej, zbyt późno dostrzegając
jeszcze jednego przeciwnika. Miecz smagnął w ramie kobietę, a Meiji gwałtownie
zahamował i zwijając lewą dłoń w pięść wycelował w nos mężczyzny. Głowa
bezwładnie odskoczyła, a facet upadł z hukiem na ziemię z głęboką raną w
plecach.
- Dzięki, Mako, ale dałbym
radę. – uśmiechnął się do rudowłosej, która patrzyła beznamiętnie wokół w
poszukiwaniu kolejnego przeciwnika.
- Wiem, że dałbyś radę. –
odparła tylko i wyminęła go.
Meiji odwrócił się za nią –
wokół nich zrobiło się pusto. Jun i Koichi podbiegli do nich, a kobieta zatrzymała
się z westchnieniem. Pod ich stopami leżało jakieś 6 ciał – pozostała czwórka
skorzystała z okazji i uciekła. Zabójcy spojrzeli na niebo, złowrogo zabrudzone
dymem.
- I tak się kończy, gdy mnie
nie słuchają. – syknął po chwili Meiji. – Jadę zabić ich strategów. –
powiedział.
- Nie bądź głupi. Jesteśmy
potrzebni tutaj. – powiedział z naciskiem Koichi, wbijając wściekły wzrok w
przyjaciela.
- Właśnie. Wy jesteście. –
odparł tylko czarnowłosy i skierował się w stronę najbliższego auta.
Koichi przeklął i chwycił
przyjaciela za ramię. Nim Jun zdążył go powstrzymać brązowowłosy uderzył go w
twarz. Meiji spojrzał na niego pusto swoimi piwnymi oczami i westchnął. Mako
obserwowała tą scenę ze spokojem.
- Też wolę byś został.
Meiji tylko odrzucił dłoń
Koichiego i wybił szybę w oknie auta. Otworzył drzwi od środka i siadł za
kierownicą. Brązowowłosy był gotowy ponownie go uderzyć, ale Jun powstrzymał
go. Gdy zobaczył zirytowane spojrzenie Koichiego, jedynie pokręcił głową.
- Gdy on się na coś uprze to
go nie przekonasz. – westchnął ponuro. – A jakby nie patrzeć to ma dużo sensu.
- Atakowanie tej dwójki w
pojedynkę nie ma sensu, nawet biorąc pod uwagę naszą wykruszającą się
liczebność. – powiedziała spokojnie Mako, szarpiąc delikatnie za klamkę. –
Meiji, otwieraj. Jadę z tobą.
- Czy wy musicie tak
wszystko komplikować? Nie mam zamiaru dać się zabić. – warknął mężczyzna. –
Walka Jishin posypie się, gdy nikt nie będzie im podpowiadał co mają zrobić. Ja
załatwię strategów, ale ktoś musi chronić naszą słabszą część. Na przykład
dzieciaki. Albo bliźniaczki.
Zapadła napięta cisza. Meiji
odwrócił wzrok od przyjaciół, wpatrując się twardo przed siebie. Mimo własnych
słów, wiedział że to co planuje to czysta misja samobójcza. Przerwał ciszę odpalając
silnik.
- Meiji. – Mako
wypowiedziała jego imię z delikatnym naciskiem.
Czarnowłosy jakby się
zawahał przed odjazdem. Spojrzał smutno w jej zielone oczy i uśmiechnął się
lekko.
- Kocham cię, Mako. –
powiedział cicho i odjechał.
Rudowłosa patrzyła się za
odjeżdżającym samochodem dopóki nie zniknął.
- Przecież wiem… - szepnęła
do siebie z cieniem smutku i ścisnęła rękojeść miecza. – Jun, Koichi. –
podniosła wzrok na towarzyszy, którzy piorunowali się wzrokiem. – Słyszeliście
go. Musimy chronić naszych.
- Omitsu, ten wybuch… - wydusił po pewnym czasie
Hiroki, ledwo mogąc złapać oddech od biegu.
Kobieta go zignorowała, rozglądając się wściekle
wokół i cały czas mamrocząc, że ‘on gdzieś tu był’. Mężczyzna obejrzał się
przez ramię na rozrzedzony dym. Nie chciał nawet myśleć o tym, że kod Araty
został złamany.
Omitsu gwałtownie się zatrzymała, nasłuchując.
- Jeez, kobieto! – mruknął Hiroki. – Co tym razem…
- Cicho. – syknęła tylko, przymykając oczy.
Blondyn przewrócił oczami, ale umilkł. Po chwili
usłyszał równe miarowe dudnienie i szczęk broni. Spojrzał z nagłym zrozumieniem
na Omitsu, która mrużąc groźnie oczy skinęła potakująco głową.
- Za mną. – zawołała cicho, kierując się w stronę
odgłosów.
Hiroki przewrócił oczami, biegnąc za Omitsu. Tak zazwyczaj
kończyły się akcje z zabójczynią – pchała się w najgorsze kłopoty. Czy raczej
to one ciągnęły do niej. Mężczyzna westchnął, dotykając swojej blizny ciągnącej
się przez lewe oko. Akurat on nie powinien tego komentować.
Gdy wybiegli na jedną z głównych ulic całkowicie
osłupiał. Zobaczył tylko kątem oka sporą grupę ludzi i doskonale wiedział, że
to Jishin. Schował się od razu za zakrętem, patrząc się z niezrozumieniem na
Omitsu, która patrzyła się z niedowierzaniem przed siebie, mrużąc oczy. Nim zdążył
ją zaciągnąć do cienia uliczki, przez twarz kobiety przemknęło nagłe
zrozumienie.
- Tokaji!? – wykrzyknęła imię chłopaka biegnącego
kilkanaście metrów przed Jishinem.
Hiroki pomyślał, że już nic więcej go dzisiaj nie
zdziwi.
Czarnowłosy spojrzał na nich z konsternacją. Skręcił
w ich uliczkę i szarpnął mocno, zmuszając do biegu. Omitsu od razu załapała
tempo i zrównała się Tokajim, posyłając mu pytające spojrzenia.
- Młody, radzę ci to wytłumaczyć. – burknął blondyn,
oglądając się przez ramię. – O świetnie, widzę Shigeo. – mruknął jeszcze.
- Kłopoty. – sapnął czarnowłosy. – Skapnęli się, że
ich oszukałem i są trochę wściekli. A Yasuaki jak się pojawił tak zniknął.
- To nie ma sensu! – jęknęła Omitsu, patrząc się z
irytacją na chłopaka.
- Tokaji Kosai, perfekcyjny opis sytuacji. – rzucił
czarnowłosy sarkastycznie.
- To nie czas na żarty! Sami psychopaci może nie
stanowią wielkiego problemu…
- Dla kogo nie stanowią, to nie stanowią… - syknęli
obaj zabójcy.
- Co zrobimy z Shigeo? Akurat z nim nie da się walczyć,
będąc otoczonym przez hordę innych ludzi! – spytał po chwili Hiroki, oglądając
się przez ramię. – Cholera, doganiają nas.
Tokaji zamyślił się przez chwilę po czym spojrzał na
Omitsu poważnie. Kobieta zmrużyła oczy, a po chwili zrozumiała co chce zrobić
chłopak. Westchnęła z rezygnacją i skinęła głową.
Tokaji gwałtownie się zatrzymał i ruszył na Shigeo.
Błękitnooki, nieprzygotowany na taki zwrot akcji, sparował ze zdziwieniem cios,
ale ostrze ześlizgnęło się na jego ramię. Czarnowłosy korzystając z okazji
czmychnął w jedną z uliczek, a rozwścieczony zabójca ruszył za nim, wołając
jeszcze kilku zabójców.
A pozostali ruszyli na Omitsu i Hirokiego.
- O nie. – westchnął blondyn, kładąc dłoń na
rękojeści. Spojrzał morderczo na zabójców zdrowym, prawym okiem.
- Powodzenia, Tokaji! – zawołała za czarnowłosym z
cieniem niepokoju w głosie. Mimo wszystko posyłanie nastoletniego chłopaka na
walkę z Shigeo to prawie wyrok śmierci. Sekundę później przeniosła wzrok na
zbliżający się tłum i rozciągnęła usta w okrutnym uśmiechu. – Witam państwa z
Tateyamy! Stęskniliście się za mną!? – zawołała, rzucając się w wir bitwy.
~Tokaji~
Usłyszałem jeszcze tylko bojowe zawołanie Omitsu nim
odbiegłem wystarczająco daleko. Szczerze nie myślałem, że umiem tak szybko
biegać.
- Ucieczka nic ci nie da, Kosai! – krzyknął za mną
wściekle Shigeo.
Zerknąłem krótko przez ramię. Udało mi się fartem go
zranić, ale rana na lewym ramieniu była tylko płytkim nacięciem. Teraz będzie
gorzej. Zwłaszcza, że za nim podążały jeszcze jakieś cztery osoby.
Biegłem jakimiś spokojnymi, ośnieżonymi uliczkami,
coraz bardziej denerwując się brakiem strategicznego miejsca do walki. A wąska
uliczka z szeregiem jednorodzinnych domków nie należała do takich. Jasna
cholera, czy nie mogliśmy się znajdować w jakieś ciekawszej dzielnicy?
Dobra, Tokaji, uspokój się i pomyśl.
Biegnie za mną 5 osób. Z psychopatami dam sobie
radę, ale nie ze wszystkimi na raz. Muszę ich rozdzielić i pozałatwiać każdego
z osobna, a Shigeo po prostu omijać.
Tak. Mikuru zdecydowanie zabiłaby mnie za taką
strategię.
Byłem ledwie kilka metrów przed nimi, więc nie
miałem szans na dalsze obmyślanie planów. Uspokoiłem oddech i skręciłem
gwałtownie w boczną alejkę. Zahamowałem gwałtownie i wskoczyłem na pokrywę
kontenera na śmieci, licząc, że jako pierwszy nie wybiegnie Shigeo.
Uśmiechnąłem się szyderczo, gdy pierwsza kobieta
wpadła w uliczkę z obłędem w oczach, który po kilku krokach przerodził się w
zmieszanie. Zatrzymała się, zastanawiając się gdzie jest cel.
Wybiłem się wysoko, wyciągając w locie miecze i
biorąc szeroki zamach zza pleców opadłem na niczego nieświadomą kobietę. Na
ułamek sekundy spojrzała na mnie z przerażeniem, ale chwilę później jej oczy
zaszły mgłą, a jej ciało upadło na ziemię.
Minęła sekunda nim zdążyłem odwrócić się i spróbować
dalszej ucieczki, ale tyle wystarczyło by pozostała czwórka otrząsnęła się z
szoku. Jakiś facet rzucił się na mnie, biorąc wprawny zamach. Syknąłem z
niezadowolenia, obracając się bokiem i blokując cios jedną ręką. Drugi facet
spojrzał na mnie z niedowierzaniem, gdy skierowałem drugie ostrze przeciwko
niemu.
Uśmiechnąłem się chytrze, choć wcale nie było mi do
śmiechu.
Usłyszałem za sobą kroki. Odchyliłem drugie ostrze
lekko do tyłu, a prawą ręką odepchnąłem pierwszego faceta. Biorąc zamach
smagnąłem ostrzem nadgarstek drugiego zabójcy, po czym szybko zmieniłem kąt
trzymania miecza i z całym impetem wbiłem go w szyję pierwszego przeciwnika.
Nie zdążyłem wyciągnąć broni, wiedząc że pozostała
kobieta zaatakuje. Obróciłem się w jej stronę, odchylając się instynktownie
lekko do tyłu, a jej stopa śmignęła kilka milimetrów od mojej twarzy. Chwyciłem
pozostały miecz drugą dłonią. Po takich wykopach potrzeba było kilku cennych
sekund by powrócić do odpowiedniej pozycji.
Kiedy jednak już wyprowadzałem cios, kobieta
błyskawicznie się obróciła, a w jej dłoni błysnęła stal.
Cholera.
Moje ostrze sięgnęło jej, rozcinając paskudnie lewą
rękę, ale ona sama mnie zraniła. Syknąłem, odskakując choć wiedziałem, że nie
mam czasu na odpoczynek. Spojrzałem kątem oka na ranę – miała jakiś centymetr
głębokości i przecinała paskudnie prawą pierś.
Nim nawet zaczęła krwawić rzucili się na mnie we
dwójkę. Klnąc w myślach na brak drugiego miecza, skoczyłem w stronę kobiety,
odpychając ją silnym ruchem, mając nadzieję, że ma przy sobie tylko jeden
scyzoryk. Zachwiała się, a ja obróciłem się gwałtownie, zwijając lewą dłoń w
pięść. Ból od trafnego uderzenia przeszył z satysfakcją kości. Facet wypuścił z
szoku miecz, ale ostrze smagnęło lekko moje ramię.
Błyskawicznie ciąłem z dołu prawą ręką, ale zabójca
ochronił się przed raną, zasłaniając się ramieniem. Wrzasnął gdy miecz przeciął
mu je do kości. Nie ruszały mnie jego krzyki – podskoczyłem i wycelowałem na
ślepo kopniaka w kobietę.
Zdążyła zablokować cios obiema rękoma tuż przy
skroni, ale i tak się uśmiechnąłem – rozległ się dźwięk łamanej kości, a z jej
nadgarstka wysunął scyzoryk.
Odsunąłem się szybko, ale kobieta wbiła we mnie
szaleńcze spojrzenie i po prostu rzuciła się w moim kierunku. Zdziwiony
chwyciłem w dłoń jej pięść, ale nie dałem rady uchronić się od kolejnego ciosu.
Jej kolano wbiło się w mój brzuch, boleśnie wyduszając powietrze z płuc.
Cholera.
Opadłem na kolana, a gdy próbowałem zerwać się
ponownie na nogi, dostrzegłem, że kobieta się nie rusza. Czyli teraz zaatakuje
facet.
Padłem na ziemię i przetoczyłem, a zabójca wbił
nieporadnie, ale z całej siły miecz w miejsce, w którym byłem przed sekundą.
Czyli był praworęczny. Spróbowałem się podnieść ponownie, ale kobieta już do
mnie dobiegła, usiłując trafić z zamachu w głowę. Kucnąłem szybko i
przekładając ciężar na ręce, odhaczyłem ją i stanąłem płynnie.
Chwyciłem rękojeść oburącz, unosząc ostrze wysoko
nad głowę. Miałem ten ruch wyćwiczony do perfekcji. Kobieta spojrzała jeszcze z
przerażeniem w moje bezlitosne, czarne oczy po czym wrzasnęła. Krzyk przeszył
okolicę, a do lotu poderwały się okoliczne kruki. Wrzask ustał gwałtownie, a
zabójczyni znieruchomiała, brudząc śnieg krwią.
Całkowicie nieporuszony obróciłem się w stronę
nadbiegającego faceta. Przygotowałem się na jakiś cios lewą, sprawniejszą
obecnie ręką, ale zabójca uderzył mnie niespodziewanie prawym sierpowym,
wrzeszcząc po chwili z bólu. Huknąłem o ziemię, wywracając oczami.
Nim zdążyłem się podnieść kopnął mnie z bok, a siła
ciosu potoczyła mną bezwładnie kilka metrów dalej, pewny, że mam co najmniej
jedno żebro złamane. Ściskałem uparcie rękojeść, gdy zerwałem się ponownie do
walki. Mężczyzna znów runął na mnie, ale odskoczyłem w bok, do ciała drugiego
faceta i wyciągnąłem z niego ostrze.
Biorąc podwójny zamach na przeciwnika, przeszyło
mnie nagłe, złe przeczucie, które nazywało się Shigeo.
Nie skończyłem nawet wyprowadzać ciosu na ostatniego
faceta, gdy obróciłem się gwałtownie. No chyba tak głupio nie skończę,
pomyślałem, widząc nad sobą ostrze i bezlitosne, błękitne oczy.
I wtedy stało się coś bardzo dziwnego.
W głowę Shigeo uderzył kamień, a sam mężczyzna
odsunął się gwałtownie, patrząc się w stronę, z której nadleciał kamień. Z
przestrogą poprawiłem chwyt na rękojeściach, ale nie zdołałem go zaatakować,
dostrzegając kto stoi kilka metrów dalej.
Ichigo.
- Podziękujesz mi później! – krzyknęła do mnie
złośliwie. Możliwe, że chciała coś jeszcze dodać nim odbiegnie, ale Shigeo w
sekundzie się przy niej znalazł, atakując z góry.
- Zabiję cię! – warknął nienawistnie błękitnooki. –
Za mojego ojca! – krzyknął, wyprowadzając serię szybkich ciosów. Czarnowłosa
odparowywała ataki.
Poczułem nagły przypływ żądzy mordu.
Rzuciłem się z morderczym wzrokiem w stronę faceta,
dostrzegając tym samym, że dziewczyna nawet sobie radzi. Załapała sekwencję
ruchów i odbiła ostrze z zamachem. Uśmiechnęła się krzywo, wbijając chłodny
wzrok w Shigeo.
Przewróciłem oczami, widząc że tylko blefuje z tą
pewnością siebie.
No w sumie ja też.
Nim Shigeo zdążył wyprowadzić cios z góry, wpadłem
między nich, blokując atak z góry. Mężczyzna naparł na mnie mocniej, ale
spojrzałem wściekle na dziewczynę kątem oka.
- Co ty tu robisz? – syknąłem, odparowując cios i
tnąc z dołu. – Nie mów, że walka aż tak się rozprzestrzeniła.
Dziewczyna mnie zignorowała i zaatakowała Shigeo z
boku. Cios przeszedłby, gdyby nie jego cel – facet zbyt dobrze znał takie
sztuczki. Obrócił się z wściekłością w stronę dziewczyny, atakując ją ponownie.
Ale ona jest nierozważna. Irytujące.
Uderzyłem w niego ramieniem, odpychając z dala od
Ichigo. Shigeo chwiał się jedynie przez jakieś dwa kroki, potem natychmiast
odzyskał równowagę, gotowy, do następnego ataku.
- Jestem tu sama. – odparła po chwili, stając po
mojej lewej.
Odsunąłem ją od siebie ręką, a drugim mieczem
odparłem cios mężczyzny. Spojrzała na mnie z oburzeniem, a ja odpowiedziałem
jej groźnym spojrzeniem. Shigeo wykorzystał to i jego ostrze ześlizgnęło się po
moim. W ostatniej sekundzie odskoczyłem. Jasna cholera, nie mogę się przy nim
zapominać.
- Posłuchaj, idiotko. To nie jest zabawa. –
warknąłem na nią. – Więc jeśli zamierzasz nic nie robić, to łaskawie zejdź mi z
drogi!
Wyprowadziłem
serię błyskawicznych cięć, ale zabójca parował się z łatwością, jakby odbywał
po prostu regularne ćwiczenia. Moja irytacja wzrosła, gdy poczułem na sobie
nienawistne spojrzenie dziewczyny.
Szlag by to. Przed tą cholerną kłótnią wszystko było
w porządku.
- Muszę kogoś znaleźć. – powiedziała powoli,
odwracając się. – I zabić.
Nie mogłem się powstrzymać i wbiłem w nią
sarkastyczne spojrzenie.
- No co ty? – rzuciłem, blokując cios Shigeo. – A
kto niby dostąpi tego zaszczytu? – dodałem kpiąco, widząc kątem oka, że
mężczyzna również zaczął się przysłuchiwać, powoli gubiąc rytm walki.
- Igarashi. – odpowiedziała. Jej głos był poważny i
spokojny, ale przepełniony zimną nienawiścią. – On musi dzisiaj zginąć. –
szepnęła cicho i pobiegła przed siebie.
Razem z Shigeo zastygliśmy w bezruchu w całkowitym
osłupieniu. Kiedy facet wybuchnął śmiechem, mnie oblał zimny pot. Przecież ona
zginie.
- Przestań, idiotko! Zginiesz!!! – wrzasnąłem,
zaczynając biec, ale Shigeo zastąpił mi drogę. – Ichigo! – wydarłem się
jeszcze, ale dziewczyna nie zatrzymała się, odbiegając bez słowa więcej.
~Ichigo~
Tokaji tylko potwierdził to co mówił mi umysł, a
krzyczał rozsądek.
Mimo tej całej pewności siebie, zimnej krwi i
treningu byłam nikim w tym świecie. Drobna dziewczynka z przeciętnymi
umiejętnościami. A jednak coś cały czas pchało mnie naprzód i naprzód. W stronę
najgroźniejszego mężczyzny wśród płatnych morderców – Igarashi Yasuaki.
Nie jestem głupia. Wiem, że nie zwyciężę. Nawet nie
przegram, zginę. Dobrze, może jestem idiotką. Tokaji się wiele nie mylił.
Gdy zobaczyłam ruinę organizacji, wiedząc, że gdzieś
między gruzami znajdę swojego przyjaciela pękło mi serce. Nie mogłam o niczym
innym myśleć. Czułam taką przepełniającą rozpacz, że gdybym nie pozwoliła
przebić się na wierzch nienawiści rozpadłabym się na kawałki.
To co pchało mnie do walki z Igarashim to zemsta.
Niektóre rzeczy można było odpuścić z pamięci tylko
czyjąś krwią.
‘’Z mordercą swojego przyjaciela nie będziesz żył
pod jednym niebem’’. Przywołałam w pamięci stare chińskie przysłowie, choć
trochę zmienione. Uśmiechnęłam się smutno. Przed oczami pojawiła się moja stara
nauczycielka, która akurat wspomniała to przy jakieś lekturze. Z koleżankami
zaśmiałyśmy się beztrosko, zupełnie tego nie rozumiejąc. Byłam głupia.
Nadal jestem.
Cholera jasna, miałam powiedzieć Tokajiemu, że cofam
te słowa z kłótni. Mam nadzieję, że
zginiesz na tej wojnie, Tokaji. Wcale nie chciałam aż tak mu źle życzyć,
ale… On sam się prosi o chłodne uczucia. Zwłaszcza, że teraz też był wściekły,
jakby nie mógł znieść myśli, że ratuję mu skórę.
Mniejsza z tym.
Muszę teraz tylko znaleźć szefa Jishinu. Jestem
prawie pewna, że gdzieś się tutaj kręci. Wnioskując ze strzępków informacji,
które posiadam o nim prawie pewne jest, że kręci się w okolicy.
Jeśli jest podobny do Ryujiego nie przepuściłby
okazji do obserwacji wszystkiego z niewielkiej odległości, w tak oczywistym
miejscu, że gdy ktoś go znajdzie będzie mógł odczuć satysfakcję z irytacji
drugiej osoby. Skąd obserwowałabym walkę jeśli byłabym Igarashim? Jakieś
dramatyczne miejsce jak z książki pasowałoby do Ryujiego, ale do kogoś
kto ma pseudonim Żywa Śmierć wybrałby…
Zatrzymałam się gwałtownie. Serce zabiło mi mocniej,
gdy zerwałam się do biegu, skręcając w uliczkę. Przecież to takie banalne i
oczywiste. I jest zdecydowanie zbyt blisko.
Zgliszcza świątyni Teitou.
Minuty biegu upływały jak wieczność. Stanęłam w
cieniu budynków, wpatrując się w ruinę niegdyś pięknego wzgórza z historyczną
świątynię. Poczułam jednocześnie zadowolenie i niepewność, gdy dostrzegłam
delikatnie rysującą się postać stojącą w ruinach budowli.
Ścisnęłam rękojeść miecza, ogarnięta nagłym
strachem.
Zacisnęłam mocno oczy, widząc przepływające
wspomnienia. Zawsze delikatny i uprzejmy ton głosu, nawyk poprawiania okularów,
niepewny uśmieszek oraz te szare oczy, w których ukrywał emocje.
Spojrzałam z czystą nienawiścią na rysującą się w
oddali sylwetkę mężczyzny, czując że wątpliwości czy strach zniknęły.
Muszę go zabić.
Za wszelką cenę.
Sama.
Przemknęłam niezauważenie do zrujnowanych schodów i
zaczęłam się skradać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz