Rozdział 37
-
Tsuneari…? – zawołałam po chwili, ale mimowolnie nadałam jego imieniu pytanie.
W tym całym zamieszaniu naprawdę nie spodziewałam się nikogo zobaczyć. A raczej
nie powinnam.
Chłopak
drgnął słysząc swoje imię i od razu spojrzał w moim kierunku. Jego
ciemnobrązowe oczy błyszczały złowrogo, ale na mój widok rozjaśniły się w
sekundzie, mimo iż mina Tsu świadczyła, że jest tak samo skołowany, jak
otaczający nas zabójcy. Najwyraźniej nie spodziewał się mnie tutaj.
-
Ichi…? – wydusił część mojego imienia, ale urwał gwałtownie, gdy inne krzyki mu
przerwały.
Jako
pierwsza z oszołomienia otrząsnęła się Suzuko, która spojrzawszy na
nieruszającego się na ziemi brata w kałuży krwi, zbladła, po chwili przybierając
nienawistny wyraz twarzy. Nim Matsuki zdążył ją powtrzymać, rzuciła się na
brązowowłosego, wyciągając katanę z kabury.
-
Satoru! – wykrzyknęła imię brata, biorąc zamach na Tsuneariego.
-
TSU! – krzyknęłam ostrzegawczo. Nie chodziło mi tylko o dziewczynę, ale również
i sytuację – najwyraźniej wstępne oszołomienie minęło, a Jishin powoli i
złowróżbnie kierował ostrza w naszą stronę.
Tsuneari
spojrzał przez ramię, zdziwiony reakcją dziewczyny. Nie wyciągnął nawet miecza,
po prostu odskoczył od leżącego zabójcy. Miecz Suzuko minął go z dość dużej
odległości, a cios pod koniec stracił impet. Dziewczyna rzuciła się w stronę
brata, podnosząc go lekko. Satoru spojrzał po nas, wiele nie rozumiejąc.
Spojrzałam
na Tsuneariego znacząco, oczekując jakieś reakcji. Czułam jak Ryuji przygląda
się mi uważnie, jakby czekał na coś. Wiele mnie to teraz nie obchodziło,
wiedziałam że mam szansę bezpiecznie się zmyć. Tsuneari pochwycił moje
spojrzenie, na powrót odzyskując opanowanie. Nie widziałam jak Jishin rusza
biegiem w naszym kierunku, ale szczęk metalu wystarczył, by po moich plecach
przebiegł dreszcz. Nim utraciliśmy kontakt wzrokowy, Tsu kiwnął porozumiewawczo
głową.
Wszystko
zaczęło toczyć się bardzo szybko.
Tsu
chciał ruszyć w moim kierunku, ale został zmuszony do zablokowania ciosu
Matsukiego. Odparował bez większego trudu, choć spojrzał zirytowany na zabójcę.
-
Naprawdę uważasz, że akurat mnie
trzeba teraz atakować!? – wykrzyknął, przewracając oczami. Matsuki mruknął coś,
postawił Satoru na nogi gwałtownym ruchem i skierował ostrze ku Jishinowi. –
Ichigo! – krzyknął jeszcze przez ramię do mnie, kiwając głową w stronę jakieś
uliczki. Aluzja była zrozumiała.
Nie
miałam najmniejszych nadziei, że zdążymy uniknąć czołowego ataku Jishinu, ale
sekundę przed starciem Ryuji zrobił coś bardzo nieoczekiwanego – poczułam jak
chwycił mnie za nadgarstek i przytrzymał w pasie. Zabójca odciągnął mnie
brutalnie w boczną ulicę, gdy Camilo zaatakował pozostawioną czwórkę.
-
Puszczaj mnie! – wrzasnęłam, ale zatkał mi usta dłonią.
Nim
skręciliśmy, dojrzałam jeszcze gniewne spojrzenie Tsuneariego. Brązowowłosy
prawie rzucił się w naszą stronę, ale zmasowany atak wrogów skutecznie go
zatrzymał.
Co
z tego, że Tsu wydawał się nimi nie przejmować.
Ryuji
po kilku sekundach mnie puścił, ale mocno pchnął o ścianę. Otrząsnęłam się od
razu, posyłając mu nienawistne spojrzenie.
-
Co ty robisz, do cholery!? – wrzasnęłam, chwytając za rękojeść i starając się
go wyminąć. Nie miałam czasu na jego gierki, musieliśmy się stąd zwinąć nim
wywiąże się z tego rzeź.
Czarnowłosy
bez zbędnych słów wykręcił mi nadgarstek i przyszpilił do ściany. Szykowałam
się już do solidnego kopniaka, ale jego złote oczy kazały mi na razie odpuścić.
Moje granatowe oczy pozostały jednak wściekłe.
-
Ichigo… - powiedział cicho. – Radziłbym ci się zastanowić czy chcesz się od nas
odłączyć. Doskonale wiesz, że to co robimy jest najlepszą drogą do zakończenia
tej wojny z najmniejszą liczbą ofiar.
- A
ty świetnie wiesz, że jestem tu przez szantaż. – syknęłam w odpowiedzi. – A
teraz mnie puszczaj. – warknęłam jeszcze, wyrywając dłoń. Pozwolił mi na to.
-
Tracisz okazję do zemsty - zauważył chłodno, mrużąc oczy.
Posłałam
mu szyderczy uśmieszek, odsuwając się trochę.
-
Skoro jestem taka ‘’interesująca’,’ to nie będzie to nasza ostatnia współpraca.
Mogę poczekać z tym do odpowiedniego momentu. – spojrzałam na niego wyzywająco.
– A gwarantuję ci, że to nie jest ostatni raz, gdy się spotykamy.
Nastała
cisza, a po cennej sekundzie stwierdziłam, że nic więcej nie powie, więc
wyminęłam go bez słowa. Przed rzuceniem się w ponowny wir walki, zatrzymał mnie
tylko ten ostrzegawczy ton.
-
Ostrzegam, nie chcesz mnie mieć za wroga.
Zatrzymałam
się jeszcze na chwilę, nie odwracając się.
-
Ale nie chcę też mieć cię za przyjaciela. – odparłam pewnie, wybiegając z
zaułku, choć wcale pewnie się nie czułam.
Ta jedyna obietnica, którą złożył dała mi
nadzieję. Złudną nadzieję, Ichigo, dopowiedziałam sobie w myślach, rozwiewając
na chwilę niepewność. Po chwili usłyszałam jeszcze jedno słowo, które brzmiało
już jak szept, ale zasiało ziarenko wahania.
-
Ostrzegałem.
Zatrzymałam
się z mieczem w ręce, zastanawiając co się dzieje. Matsuki, Satoru i Suzuko
tworzyli trójkąt, z trudem odpierając ataki. Natomiast zabójcy trzymali dość
duży dystans od Tsuneariego, który obracał z luzem ostrze przed sobą. Przy jego
nogach leżało kilka ciał.
Jakim
cudem tak szybko…?
Pokręciłam
głową i wbiegłam między zabójców, którzy nawet nie zwrócili na mnie uwagi.
Wbiłam łokieć w brzuch jednego, drugi oberwał kopniakiem, a ostatni, który
dzielił mnie od towarzysza dostał rękojeścią w klatkę piersiową. Dźwięk
łamanego żebra nie zrobił na mnie wrażenia.
Poczułam
jak instynkt zabójcy się we mnie budzi, a adrenalina przyśpiesza. Tsuneari na
początku również znajdował się w stanie tego upojenia, jednak gdy popatrzył na
mnie kilka sekund dłużej, jego szaleńczy wzrok się przejaśnił. Chwycił mnie za
nadgarstek i pociągnął w przeciwną stronę. Jednym wprawnym ruchem wytrącił broń
z dłoni wroga i powalił go prawym sierpowym na ziemię, torując drogę.
-
Szybko! – zawołał tylko, wyciągając mnie z tłumu.
-
BRAĆ ICH! – usłyszałam jeszcze wściekłe wrzaski Camilo, ale Tsuneari nadał
naszej ucieczce takie tempo, że nim zdążyli pomyśleć o ponowieniu ataku,
znaleźliśmy się przy pozostawionym motorze.
Bez
zbędnych słów zajęliśmy miejsca i wciągu kilku sekund odjeżdżaliśmy gdzieś
daleko. W ostatniej chwili zobaczyłam jeszcze wzrok morderców z Harikenu. Było
w nim dużo obojętności i zrozumienia, ale miałam wrażenie, że dostrzegłam
również zawiedzenie.
Tylko,
że to już mnie nie musiało obchodzić.
Jakby
na dowód dla samej siebie, rozwiązałam jedną ręką szalik Suzuko, który zsunął
się z mojej szyi i dał porwać się wiatrowi.
Po
kilku minutach silnik wydał z siebie ostatnie tchnienie i motor zaczął
gwałtownie zwalniać. Zatrzymaliśmy się po środku ulicy, nie mogąc uwierzyć w
naszego pecha. Tsuneari z westchnieniem zsiadł.
-
Nie dziwię, że podczas ewakuacji go zostawili. – mruknął.
Zaśmiałam
się ponuro, również schodząc z pojazdu.
-
Czyli teraz trzeba iść na piechtaka… - rzuciłam ze śmiechem, ale nim zdążyłam
coś dodać, Tsuneari mnie przytulił.
Był
ode mnie wyższy, ale nie jakoś dużo. Schował głowę w moim ramieniu,
przyciągając do siebie mocno drżącymi, zmarzniętymi dłońmi, gładząc delikatnie
moje włosy. Otworzyłam szeroko oczy, nie rozumiejąc na początku co się dzieje.
-
Tak się cieszę… - wyszeptał drżącym głosem. – Myślałem, że nie żyjesz.
Nabrałam
powietrza, by coś odpowiedzieć, ale tylko uśmiechnęłam się przygryzając dolną
wargę. Poczułam łzy, więc zamknęłam oczy. Odwzajemniłam uścisk, zaciskając
pięści na jego kurtce. Trwaliśmy tak długo, długo, choć i tak zbyt krótko.
W
końcu mnie puścił i przejechał dłonią po moim policzku mokrym od łez. Nawet nie
wiedziałam, kiedy zaczęłam płakać. Nakryłam jego rękę swoją, uśmiechając się
delikatnie przez łzy.
- A
czy wyglądam na martwą? – wyszeptałam w odpowiedzi, po długiej chwili.
Jego ciemnobrązowe oczy pociemniały jeszcze
bardziej, gdy starł mi łzę z policzka i zetknął swoje czoło z moim. Parsknął
śmiechem na moje słowa, choć wyczułam w tym niewyobrażalną ulgę.
Odsunął
się ode mnie niechętnie po chwili, poważniejąc.
-
Ichigo… - zaczął zachrypniętym głosem. – Wiem, że twoja obecność z nimi ma
jakieś logiczne wyjaśnienie, ale chciałbym usłyszeć wszystko od początku. –
stwierdził rzeczowo.
Westchnęłam,
na co chwycił moją dłoń. Pozwoliłam się poprowadzić, szybkim miarowym tempem w
stronę organizacji. W trakcie drogi opowiedziałam mu wszystko – zaczynając od
pojawienia się Ryujiego, przez wizytę po plany, atak w podziemiach aż po wcześniejszą
sytuację.
-
Wiesz, tylko jednego nie rozumiem… - zaczął, gdy skończyłam. – Co musiało być
tym warunkiem, że jednak się zgodziłaś? Miałem już do czynienia z Kuno i on
naprawdę nie zmuszałby kogoś do współpracy… - urwał, gdy posmutniałam.
-
Owszem nie zmusiłby mnie… Ale jego manipulacja jest świetna. – stwierdziłam,
opuszczając wzrok. – Przekonał mnie pięcioma słowami… Wiem kto zabił twoich rodziców.
Tsuneari
zatrzymał się i spojrzał na mnie smutno. Odwzajemniłam spojrzenie, przybierając
pusty wyraz twarzy, choć na widok jego zmartwienia, coś we mnie pękało.
- Proszę cię, Ichigo… - powiedział tylko, nie mogąc
znaleźć odpowiednich słów. Wiedziałam jednak co chciał powiedzieć, więc tylko
odwróciłam wzrok i ruszyłam znowu przed siebie.
- Chodź, Tsu. Już nie daleko. – mruknęłam.
Przytaknął i zrównał krok ze mną.
Przed organizacją gromadziło się coraz więcej osób,
a gwar z każdą chwilą się powiększał. Fumiya patrzył przez okno na schodzących
się ludzi – część kierowała się od razu w stronę Daikiego, który czekał z
racjami żywnościowymi, inni zazwyczaj z pomocą towarzyszy szli po pierwszą
pomoc do Ryutaro.
- Chodź, my też się tam przydamy. – rzucił w stronę
Mikuru.
Taktyczka nie odpowiedziała od razu, pisząc coś
szybko na klawiaturze. Wstała po chwili, zakreśliła coś na mapie i chwyciła
puszkę po energetyku. Stała z nią przy ustach, przeglądała jakieś papiery, aż w
końcu cisnęła ją z irytacją o ziemię.
- Skończyło się… - mruknęła sennie.
- No chodź. Sama wiesz, że mamy co najmniej pół
godziny luzu, a przepracowanie nie pomoże przy lepszej strategii. – dodał
przekonująco dowódca, ale brązowowłosa machnęła na niego ręką.
- Ty idź. Ja coś zrobię i za chwilę do was dołączę.
– odparła, znów szukając czegoś na komputerze. – Z łaski swojej wypytaj się
dowodzących o szczegóły.
- Jasne. Tylko wyjdź w końcu się przewietrzyć. –
westchnął Fumiya i opuścił biuro, zostawiając w nim pochłoniętą pracą Mikuru.
Gdy zimowy wiatr osmagał mu twarz, przeciągnął się
mocno. Nabrał chłodnego powietrza w płuca, rozkoszując się chwilą przerwy.
Jednak po chwili zobaczył liderów oddziałów i wiedział, że musi nadal
zachowywać się jak dowódca.
Czasem chciałbym być z powrotem zwykłym
człowiekiem…, pomyślał sennie.
- Szefie. – zasalutowali we trójkę, gdy do nich
podszedł.
- Dobrze was widzieć. – odparł na przywitanie. – Jak
sytuacja? – spytał od razu, przybierając racjonalną minę.
- Na razie straciliśmy siedmioro. – oznajmiła pusto
rudowłosa. – I co najgorsze czwórka jest z oddziału strzelniczego. Pozostała
trójka to ode mnie.
Z ust Fumiya padło siarczyste przekleństwo. Po tylu
latach spędzonych w podziemiu umiał zdusić w sobie smutek i tęsknotę po
nieżyjących towarzyszach. Śmierć wręcz nie robiła na nim wrażenia, póki nie był
to nikt z Kaminari. Choć jako szef musiał często podejmować okrutne decyzje,
kierując się dobrem większości, a nie jednostki.
- Szefie, wszystko w porządku? – spytał po chwili
Jun. – Jakoś szef tak niewyraźnie wygląda.
- Nie, to nic, Jun. – Fumiya machnął rękę. – Trudno
być pogodnym w takiej sytuacji. – prychnął ponuro i rozejrzał się. – Meiji
jeszcze nie wrócił?
- Nie, ale będzie za jakieś 5 minut – odparł Koichi.
– Jeśli chodzi o Tokajiego to nie ruszył się z miejsca, a Tsuneari nie daje
znaku życia. Z tego co wiem.
Czarnowłosy przewrócił oczami.
- Z nimi to same problemy… Dobra, muszę znaleźć
Omitsu. Koichi, gdzie ona jest? – rzucił jeszcze do brązowowłosego luźno.
- Słucham, szefie? – wydusił po chwili ze
zdziwieniem.
- Przydzieliłem ją z Hirokim jako wsparcie… -
wytłumaczył, marszcząc brwi. Po chwili zakrył twarz dłonią. – A niech ją.
- A tak w ogóle, Tsu… - przerwałam ciszę, gdy
budynki organizacji zaczęły majaczyć się za rogiem. – Co ty robiłeś akurat tam?
Jakoś nie sądzę, że bitwa sięgała aż tak daleko…
Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale uśmiechnął
się po chwili.
- Szukałem cię. – odparł po prostu.
- Szukałeś? – zdziwiłam się.
Kiwnął tylko w odpowiedzi głową, a ja nie miałam
siły by ciągnąc tą dyskusję dalej. Wyciągnął nieduży komunikator z kieszeni i
podrzucił go w dłoni.
- Miałem ich powiadomić kiedy cię znajdę, ale tak
jakoś nie było czasu. Zrobimy im niespodziankę? – błysnął do mnie zębami.
- A oni nie powinni teraz walczyć?
- Słyszysz, Ichigo? – spytał tylko w odpowiedzi,
przymykając oczy i pozwalając by chłodne powietrze osmagało mu twarz. – Jest
cicho. Za cicho na wojnę. Założę się, że mają chwilowe zawieszenie broni.
Dotarliśmy w końcu przed bramy Kaminari. Tsuneari
miał rację – obecnie przed organizacją kręciło się dużo osób.
Westchnęłam z
ulgą widząc, że nadal jest nas dużo, jednocześnie czując ucisk w sercu, gdy
zdałam sobie sprawę, że jednak mniej niż powinno.
Większość osób nie zwróciła uwagi na nasz powrót,
najzwyczajniej nie zdając sobie sprawy, że teoretycznie byłam zaginiona. W sumie
to oczywiste – gdy Tsu i reszta jechali do organizacji, oni prawdopodobnie
zajmowali pozycje bojowe.
Rozejrzałam się wokół – w jednym miejscu stał
Ryutaro wraz z podstawowym zakresem medycyny. Opatrywał właśnie rozcięcie na
ramieniu Kotaro. Trochę dalej był
‘’punkt żywnościowy’’ jak określił go Tsu, gdzie Daiki wydawał pozostałe porcje
jedzenia. Doradca dyskutował teraz z Fumiyą.
- Chodźmy tam. – Tsuneari skierował się w stronę
zabójców. – Zameldujemy się od razu. A po za tym jestem piekielnie głodny.
Zaśmiałam się cicho, kręcąc głową. Mężczyźni z
początku nie przerywali zażartej dyskusji, ale brązowowłosy stanął przy nich,
patrząc wyczekująco. Daiki w końcu odwrócił wzrok, a gdy nas rozpoznał,
wzdrygnął się.
- Młody! – zawołał krzepko, waląc mocno Tsuneariego
w plecy na powitanie. – Ichigo-san! – przywitał się ze mną, przybijając
żółwika.
Tsuneari, usiłując złapać oddech, spojrzał na niego
z udawaną złością.
- Widzę, że jesteście cali. To świetnie. – rzucił
rzeczowo Fumiya. Jego głos ociekał zmęczeniem, a pod czarnymi oczami znów
zarysowywały się wory. – Nie chcę wyjść na gbura, ale masz ten komunikator po
to by się przez niego komunikować, Tsu.
- Oj, szefie… - jęknął chłopak. – Niespodzianka!
Mężczyzna pokręcił głową i napił się kawy z bidonu. Przyjrzał
się mi uważniej, a jego wzrok spoczął na oparzeniu na policzku i bandażu na
ręce. Zmarszczył czoło.
- Cieszę się, że nie masz rozległych obrażeń,
Ichigo, ale wytłumacz mi kto cię opatrzył. – powiedział podejrzliwie Fumiya.
Westchnęłam i pobieżnie opowiedziałam swoją
historię. Mężczyzna słuchał mnie uważnie i choć kilka razy miał wyraźną ochotę
mi przerwać, to okazał cierpliwość. Gdy skończyłam mówić, zapadła na chwilę
cisza. Dowódca przyglądał mi się uważnie spod półprzymkniętych powiek, ale w końcu
tylko westchnął i dopił kawę.
- No cóż… Teoretycznie powinienem powiedzieć bardzo
dużo na ten temat… - przerwał na moment, by ziewnąć - Najważniejsze, że mamy
cię już z powrotem, a droga podziemna jest całkowicie odcięta. Najwyraźniej ta
mała, wredna fretka ma jakiś interes w naszej wygranej. Powinniśmy się cieszyć.
- Czy ja tam wiem… - mruknęłam, a gdy wszystkie
spojrzenia spoczęły na mnie, zdusiłam przekleństwo. Trzeba było siedzieć cicho.
– Chodziło mi o to ‘’nasze zwycięstwo’’. On jakoś nigdy nie wyraził się o tym
dokładnie. Powiedział raczej, że chce ‘’uniknąć masowej rzezi’’…
- Ha! – prychnął głośno Tsu, a Daiki mu zawtórował.
Fumiya uniósł pytająco brwi, spoglądając na starego druha.
- Uniknąć mordów? To chyba znamy innego Kuno. –
pokręcił z dezaprobatą głową. – Fumiya, pamiętasz jedną z moich ostatnich
misji? Tą w Hokkaido. – gdy czarnowłosy skinął głową, Daiki kontynuował
opowieść. – A pamiętasz tą sprawę z urzędnikami z Nemuro? Tych, których
znaleźliśmy bez paznokci, zębów i oczu? No. To sprawka tej ‘’wrednej fretki’’,
jak to pięknie ująłeś.
Dowódca zagwizdał i spojrzał smutno na pusty bidon.
- Nie powiem, niepokojące… - westchnął w końcu.
- Wredna, mała fretka? – mruknął po chwili Tsu, a
Daiki spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Dlaczego akurat, tak?
- Przecież on wygląda jak gryzoń. Takie małe,
zbieżne oczka – rzucił Daiki, rozciągając sobie kąciki oczu. Tsu i ja
parsknęliśmy widząc minę mężczyzny, a nawet Fumiya się uśmiechnął, starając się
zamaskować śmiech kaszlem.
- No wiesz, Tsuneari… - powiedział zduszonym od
śmiechu głosem. – Ty jesteś Gen’ei, Tokajiego w niektórych kręgach nazywają
Kuro no Karasu, ja byłem swego czasu w Kaminari no Buntai… A niektórzy zostają
małą, wredną fretką. – wybuchliśmy śmiechem ponownie. – Dobra, zmywajcie się
dzieciaki. Mamy wojnę do wygrania.
Zasalutowaliśmy krótko i odeszliśmy od nich,
dostając przy okazji racje żywieniowe. Tsu zajrzał od razu do pudełka i
westchnął głęboko.
- Czemu nie dziwi mnie, że Omitsu znowu wybrała
curry? – pokręcił głową.
- Nie narzekaj. Przecież Omitsu dobrze gotuje. –
zauważyłam, przyglądając się krytycznie daniu. Pachniało zachęcająco.
- Omitsu owszem. A jej tania siła robocza, czyli Ryu
i Daiki już nie.
Kąciki ust mi drgnęły, ale powstrzymałam uśmiech.
Spojrzałam na niego poważniej. Chłopak przełknął pierwszy kęs curry (jakoś nie
narzekał więcej) i spojrzał na mnie pytająco.
- Widziałeś gdzieś może Ayako albo Takiego? – spytałam.
- Pewnie gdzieś się kręcą. – wzruszył ramionami.
Przyjrzał mi się uważnie i posłał jeden z tych swoich ciepłych uśmiechów. –
Zapewniam cię, że nie masz się czym martwić. Poczekaj spokojnie, oni prędzej
nas znajdą niż my ich.
Chciałam rzucić mu jeszcze jakąś uwagę dotyczącą
tego niepoprawnego optymizmu, ale dostrzegłam, że skierował wzrok gdzieś daleko
za mnie. Obróciłam się od razu i pokręciłam głową z dezaprobatą. Od początku
widział Ayako i Takiego biegnących w naszą stronę.
- ICHIGO! TSU! – krzyknęła wesoło dziewczyna, widząc
że jesteśmy w całości. Wyrwała się od razu do przodu, pozostawiając Takiego z
tyłu. Wpadła na nas z całym impetem, zarzuciła nam ramiona na szyję i
przytuliła mocno.
- Dobrze cię widzieć w całości, Ayako. – zaśmiałam
się.
- IDIOTKA! – warknęła na nas. – Co to miało być do
jasnej cholery!? A ty Tsu się nie śmiej! TEŻ JESTEŚ IDIOTĄ!! – krzyczała na
nas, choć nie mogła zdusić śmiechu.
- No już, już. – rzucił uspokajająco Taki, wpadając
na nas.
- Co już? CO JUŻ? – brązowowłosa nadal się
bulwersowała, choć nie widać było po niej złości. – No spójrz na niego! Tylko
się teraz chichra, palant jeden. A ta jeszcze lepsza! – jęknęła, machając na
mnie dłonią ze zrezygnowaniem. Odpuściła gdy wyszczerzyłam się do niej i również zaniosła się śmiechem.
Wtedy, gdy staliśmy razem we czwórkę poczułam
spokój. Spłynął na mnie nagle, w całym tym otaczającym zgiełku, gdzie każdy się
kręcił, wydzierał i śmiał. Może i to nie była zbytnio sytuacja do radości, bo
nie byliśmy ani trochę bliżej wygranej, ale to jest nasz żywioł. Uśmiechnęłam
się pewnie, spoglądając się po przyjaciołach. Ayako właśnie dusiła Tsu, a Taki
usiłował ją zdjąć z przyjaciela. Może wszystko się ułoży i wróci do
normalności.
O ile to jest normalnością.
- A właśnie. – powiedział w końcu Tsu. Ayako
przestała go na chwilę dusić. – Gdzie jest Tokaji? Ja wiem, że on nie należy do
zbytnio uczuciowych osób, ale mógł przynajmniej przyjść się przywitać.
Zauważyłam to szybciej niż on. Te krótkie
porozumiewawcze spojrzenie między Ayako a Takim. Poczułam jak krew odpływa mi z
twarzy. Niemożliwe.
- Nie ma go. – powiedziała po chwili dziewczyna.
Teraz Tsuneari również zbladł.
- Jak to go nie ma? On chyba nie…
- Nie, nie, nie! – Taki od razu pomachał
uspokajająco rękami. – Żyje, tylko wpakował się w niezłe bagno. Powstrzymuje
tych z Tateyamy. Bidonem.
- Bidonem?
- Bidonem.
Tsuneari zaniósł się śmiechem, a ja spojrzałam na
niego pytająco.
- A mówił, że to nigdy nie przejdzie. Sakiko jednak
ma genialne gadżety! – wydusił przez łzy śmiechu.
Spojrzałam po przyjaciołach, ale oni najwyraźniej
też nie wiedzieli o co mu chodzi. Wzruszyliśmy ramionami i siedliśmy na
schodkach przed wejściem.
Minęło kilka minut, a bramy organizacji przekroczyły
ostatnie 3 osoby – Meiji, Miyako i Miyoko. Czarnowłosy od razu podbiegł do
dowódcy z totalnie pokerową miną, choć widać było, że Fumiya jest wściekły.
- Co to miało być. – powiedział na powitanie,
krzyżując ramiona.
- Ekhem… - Meiji niepewnie odkaszlnął. – Wyruszyłem
z siostrami Shirayuki w celu odnalezienia strategów wroga. Uznałem, że
informowanie o tym może skomplikować niepotrzebnie pracę Uetake-san…
- Meiji. – przerwał mu tylko Fumiya, a mężczyzna przeczesał
z zakłopotaniem włosy.
- No wiem. – mruknął. – Ale, ale, ale! Szef nie
zgadnie. Mamy ich!
Na całym placu zapadła cisza, a po chwili wszyscy
zerwali się na równe nogi, krzycząc coś bez sensu albo klaszcząc.
Przyłączyliśmy się do tej grupowej radości, ale będąc dość blisko dowódcy
usłyszeliśmy wiązankę przekleństw. Meiji natomiast był z siebie bardzo
zadowolony.
- Dobra, dobra! Wystarczy! – zawołał Sotomura,
unosząc jedynie dłoń. Wiwaty ucichły i zabójcy wrócili do rozkoszowania się
krótką przerwą. – Meiji, ja mam szczerą
nadzieję, że nie blefujesz. – zwrócił się do mężczyzny, który nadal się
szczerzył.
- Akurat on w takich sprawach nie blefuje. – rzuciła
Mako, podchodząc do mężczyzn wraz z Junem i Koichim, którzy od razu przybili
żółwika z Meijim.
- Nie wiem dokładnie gdzie są, ale wiem jak się
poruszają. Włamują się do wieżowców i obserwują wszystko z góry, przez co też
byli w stanie namierzyć nas z odpowiednim wyprzedzeniem. Teraz wystarczy, że
skombinuję auto i ich namierzę.
- Brzmi mądrze, ale to miasto jest duże. Jak
zamierzasz ich znaleźć? – spytał Fumiya, pocierając zmęczone oczy.
- Mnie tam ciekawi jakim cudem oni przechodzą tak
szybko między wieżowcami… - westchnął Jun. Koichi popatrzył się z rozpaczą po
przyjaciołach, wiedząc że akurat teraz się nie wykaże.
- To oczywiste. Przeskakują. – odparł Meiji, patrząc
się na nich ze zdziwieniem. – No co? Przecież ulice są tutaj wąskie. Wystarczy
odpowiednia siła ciągnika i w miarę długa lina.
- W sumie to ma sens. – stwierdziła Mikuru, stając w
drzwiach wejściowych. – Biorąc pod uwagę to, że Sotomura skoczył z 16 piętra i
nadal jest tu z nami, a ich oddział dowodzący to zapewne Kijuro Harada i
Toshiyuki Karube, co mówi samo za siebie…
- Wszystko ładnie piękne, ale jak zamierzacie ich
namierzyć? – Fumiya powtórzył pytanie. – W ogóle to witaj wśród żywych, Mikuru.
- Widziałem ferrari niedaleko. Akurat od tego auta
nie będą szybsi. – Meiji uśmiechnął się chytrze. – A ich miejsca nie mogą się
oddalać dalej niż na 500m od pola walki, bo muszą coś widzieć.
- Może się udać. – stwierdziła Mikuru, wyciągając
jakiś notes z kieszeni. Przekartkowała go szybko. – Jak będę mieć chwilę
spróbuję zhakować ich systemy. W ogóle to naprawiłam te kamery, jakby co.
- A w ogóle to ty jesteś człowiekiem, Mikuru? –
zaśmiał się Fumiya. – Szczerze, przystałbym na to gdyby nie kwestia naszej
liczebności. Będąc w ich sytuacji uderzyłbym wszystkimi siłami w rdzeń. A jak
znam Igarashiego, po tak długim czekaniu, nie będzie chciał się dłużej cackać.
Nie mogę pozwolić sobie na kolejne zmniejszenie naszej liczebności o 3 osoby.
Wystarczy, że Tokaji, Omitsu i Hiroki są poza zasięgiem.
- Więc pojadę sam. – powiedział od razu Meiji.
- Wykluczone. – odparła chłodno Mako, która wraz z
Koichim i Junem, tylko przyglądali się planowaniu. – Atakowanie ich w pojedynkę
to szaleństwo. Zginiesz.
- Ale mam szansę. Nie raz walczyłem z kilkoma
przeciwnikami na raz. I zauważ jeszcze, że umiem myśleć. A mózg bywa silniejszy
od mięśni. – spojrzał na nią ze spokojem.
- Nie ma mowy. – powtórzyła kobieta, nie zmieniając
obojętnego wyrazu twarzy. Jun i Koichi jej zawtórowali, ale z ich entuzjazm
ucichł pod wpływem spojrzenia Meijiego.
- Nie ty tu dowodzisz. – warknął czarnowłosy i
spojrzał na dowódców. Mikuru spojrzała krótko na Fumiyę i skinęła głową.
- Nie mam zamiaru posyłać nikogo na pewną śmierć,
Meiji. – odparł tylko.
Czarnowłosy westchnął z rezygnacją i zasalutował.
- Tak jest.
Jun i Koichi zaczerpnęli powietrza, nawet nie zdając
sobie sprawy, że ze zdenerwowania wstrzymywali oddech. Woleli mieć przyjaciela
bliżej siebie. Koichi trzepnął Meijiego pięścią w ramię, a w odpowiedzi oberwał
w łeb. Jun pokręcił tylko głową, mając wrażenie, że cofają się do dzieciństwa.
Mako ruszyła bez słowa za nimi.
- Czasem zastanawiam się, czy rozumieją powagę
sytuacji. – mruknął Daiki, podchodząc do dowódców z skrzynką napełnionych
ciepłą herbatą bidonów. Mikuru uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Rozumieją. – powiedziała tylko. Po chwili
spojrzała z chytrym zaciekawieniem na Fumiyę. – A swoją drogą… Nie uważasz, że
wszyscy trochę zbytnio się rozluźniają? Czuję w kościach, że zaraz stanie się
coś… - kobieta urwała, nasłuchując.
- Weź przestań, bo… Mikuru?
- Cicho… - machnęła na niego dłonią. Do ich uszu
dotarł przeciągły, wysoki dźwięk. Mikuru rozszerzyła oczy. – Jasna cholera.
Wiedziałam.
- Co to jest? – mruknął Daiki, przytykając jedno
ucho.
- Miał włączyć się alarm jak znajdą się na widoku
kamer 5 ulic dalej. Ten dźwięk jest z 2 punktu. Najwyraźniej ominęli 3 kamery. Są jakieś dwie przecznice
dalej. – wyjaśniła, mówiąc bardzo szybko. – Cholera, nie patrz się tak na mnie,
tylko ich rusz! – krzyknęła na dowódcę i pobiegła do środka.
- Cholera! – syknął Fumiya, zrozumiawszy sytuację.
Zerwał się do biegu i wpadł na jedną z ławek. – UWAGA! WSZYSCY NA MIEJSCA!
JISHIN ZNÓW ATAKUJE! – wykrzyknął.
Na początku nie uwierzyłam w to co krzyczy dowódca.
Dopiero, po chwili dotarło do mnie, że to prawda. Zerwaliśmy prawie w tym samym
momencie i ustawiliśmy się z resztą w szeregu, spoglądając z niepokojem na
dowódcę.
- Dobra, nie mamy czasu na wyjaśnienia, ale
zhakowali nam system. – powiedział na początku. – Walczymy we wcześniej
ustanowionych grupach cztero-pięcioosobowych, w razie tragicznych strat
przyłączacie się do najbliższej drużyny. Meiji, Mako, macie informować na
bieżąco o sytuacji i w najczarniejszym scenariuszu przejmujecie dowodzenie. To
tyle. RUSZAĆ!
Wszyscy wokół mnie ruszyli, a ja nadal nie mogłam
się otrząsnąć. Czułam, że mętlik w głowie całkowicie zamglił mi umysł, więc
ruszyłam się dopiero gdy Tsuneari pociągnął mnie za rękę. Spojrzałam na niego
pusto i potrząsnęłam mocno głową, wyrywając się mu.
Muszę się skupić.
Płynnym ruchem wyciągnęłam miecz z kabury i przyśpieszyłam,
by zrównać się z Takim i Ayako. Miałam wrażenie, że usłyszałam za sobą
uspokojone westchnienie. Pokręciłam głową, gdy Tsuneari wyminął mnie, cały
uchachany i wyszczerzony. Ja bym taka spokojna na jego miejscu nie była.
Wybiegliśmy prawie jako ostatni, ale i tak gdy
zobaczyłam na końcu ulicy zabójców z Jishinu, na moim gardle zacisnęła się
lodowata dłoń. Nie trzeba było słów by zobaczyć jakie mamy szanse. Czy raczej
jakich nie mamy.
- Tsuneari, tutaj! – zawołała Ayako, skręcając do
jakiegoś bloku. Spojrzeliśmy na nią jak na wariatkę, gdy wychyliła się na
półpiętrze. – Nie gapcie się, tylko przygotujcie. Nie został prawie nikt z
oddziału strzeleckiego, więc zrobię co mogę! Kryjcie mnie! – krzyknęła i
zniknęła z głębi budynku.
Rozejrzałam się szybko. Dostrzegłam kilka metrów
dalej, że inna drużyna również zatrzymała się blisko jakiegoś domu. Suzuki
uniósł dłoń w geście pozdrowienia i wskazał ku górze. W jednym z okien mignęła
mi stal.
- Czyli Natsu strzela stamtąd. – stwierdził
Tsuneari. – Dobra. Taki kryjesz tyły, jakby co wspomagasz Suzukiego, który jak
widzę też stoi z tyłu. Ichigo i ja będziemy odpierać ataki z frontu. –
powiedział krótko. – Nie wyrywajcie się jak głupi i nie zgińcie, proszę was. –
zaśmiał się ponuro, wyciągając miecz.
- Nadawałbyś się na szefa, wiesz? – rzuciłam
sarkastycznie, uśmiechając się pod nosem.
- Poprzemy twoją kandydaturę jak chcesz. – dorzucił Taki,
chichocząc pod nosem. Tsuneari obrócił się z wyrzutem wymalowanym na twarzy.
- I ty, Brutusie? – parsknął śmiechem. – Skupcie
się. – spoważniał w końcu, gdy przez ciszę opustoszałego miasta przedarł się
szczęk metalu. – Wszyscy przyjąć pozycje bojowe. Na gadanie będzie czas
później.
Podeszłam do
niego, napinając wszystkie mięśnie i poprawiając chwyt miecza. Skierowałam ostrze
przed siebie, uśmiechając się szyderczo. Czułam jak krew zaczyna szybciej
krążyć, domagając się walki. Walki, krwi i śmierci. Moje usta rozszerzyły w
okrutnym uśmiechu, wbrew mojej woli.
- Mamy wojnę do wygrania.
- Ryuji, wytłumacz mi, proszę, po co szukamy teraz
Igarashiego? – spytał Matsuki, siląc się na grzeczny ton. Zmrużył oczy i
uśmiechnął się sztucznie, gdy nie otrzymał odpowiedzi, a czarnowłosy nadal
czytał jakiś obszerny dziennik.
Satoru stał za nimi, podpierając się o siostrę,
która stała się teraz trochę bardziej czuła. Chłopak zastanawiał się, czy musi
mieć rozbity, krwawiący łeb by Suzuko okazała mu choć trochę siostrzanej
miłości. Nie za bardzo wiedział co się stało i dlaczego akurat teraz szukają szefa
Jishinu.
Nim stracił przytomność zdążył zobaczyć jak Tsuneari
zeskakuje z budynku, ale nie dał rady zatrzymać ciosu. Gdy ocknął się po chwili,
leżał w ramionach siostry, wokół nich wszyscy z Jishin usiłowali ich zabić, a
Ichigo odjeżdżała w dal z Tsunearim. Czy coś w ten deseń.
- Siostra, ogarniasz co się dzieje? – szepnął do
Suzuko.
Dziewczyna przygryzła dolną wargę, kręcąc głową.
Nerwy Matsukiego były na wyczerpaniu – chłopak nadal uśmiechał się sztucznie,
ale jego dłoń spoczywała na rękojeści. Suzuko jakoś nie odczuwała powodu
powstrzymywania przyjaciela.
- Wiem tylko, że Ichigo nas olała. Chociaż w sumie
zrobiłabym to samo na jej miejscu. – wzruszyła ramionami.
- Kuno-saaaan… - Matsuki wyciągnął miecz i teraz był
bardzo blisko odcięcia głowy ich towarzyszowi, który nadal w skupieniu
studiował dziennik.
- Nie sądzisz, że trzeba powstrzymać Mattsuna? –
szepnął Satoru, przechylając głowę w stronę siostry.
- Nie chcę. Ale raczej trzeba. – westchnęła i
puściła ramię brata. – Faceci.
Satoru oparł się ramieniem o ścianę i patrzył
niewidomym wzrokiem za Suzuko. Nadal kręciło mu się w głowie, ale czuł
niewielką poprawę. Dziewczyna tymczasem jak gdyby nigdy nic położyła dłoń na
ramieniu Matsukiego, delikatnie ale zarazem pewnie, po czym trzepnęła pięścią w
głowę Ryujiego.
- AUUA! – wrzasnął chłopak zrywając się na równe
nogi. – Czyś ty zdurniała!?
- Możliwe. – wzruszyła ramionami, po czym zmroziła
go swoimi bursztynowymi oczami. – A teraz łaskawie wyjaśnij, co do jasnej
cholery planujesz zrobić. Ostrzegam cię, że jeśli nie zagwarantujesz
anonimowości to musisz sobie radzić sam…
- Oj, Suzuko, Suzuko, Suzuko… - rozpoczął teatralnym
głosem. – Nie zdajesz sobie sprawy, że Jishin już skapnął się, że Hariken macza
w tym palce? Mam minimalną szansę, że mnie nie rozpoznali. I raczej nie, bo to
Igarashi jeszcze nas nie znalazł. – widząc ich pytające miny, uśmiechnął się
chytrze. – Nadal nie czaicie? Teraz jedynym sposobem byście nadal hasali
szczęśliwie jako członkowie Harikenu to zabicie Igarashiego.
- Odchodzimy. – rzekł Matsuki od razu.
- Co? – teatralna mina Ryujiego zachwiała się,
odsłaniając totalne osłupienie.
- Co? – powtórzyło za nim rodzeństwo.
- To. – uciął Matsuki. – Nie jesteśmy szaleńcami,
Kuno i wbrew pozorom cenimy swoje życie. Wolę uciec na drugi koniec kraju niż
walczyć z Żywą Śmiercią. Nie mamy szans. Nawet we czwórkę, choć jakoś nie
wierzę, że byś pomógł…
- Spokojnie, przyjacielu. Ja nie mam zamiaru z nim
walczyć, a co ważniejsze zabijać. – po tych słowach wziął dziennik do rąk i
uśmiechnął się szelmowsko. – Aczkolwiek chcę, by był martwy. A to bardzo mi w
tym pomoże.
- Czy tam jest jakaś cudowna trucizna, czy jak? –
Suzuko spojrzała na niego krytycznie, krzyżując ramiona na piersi.
- Nie, nie, nie… - uśmiechnął się jeszcze szerzej. –
Coś, co sprawi, że Kaminari samo przyjdzie go zabić. A szkoda, szkoda… Chciałem
im pomóc. Głupia dziewczyna. – pokręcił głową z politowaniem. Matsuki i Suzuko
spoglądnęli po sobie. – Jeśli myślisz, że tańczysz inaczej do mojej muzyki, to
grubo się mylisz.
- Jesteś dziwny! – rzucił Satoru, idąc chwiejnym
krokiem w ich stronę. – Ale chyba wiem, co chcesz zrobić. Podsuniesz mu… no,
ten plan czy co tam to jest, jako bardzo dobry podwładny, a Kaminari pomyśli,
że to Igarashi.
- Nie wierzę. Ty myślisz, Satoru. – Ryuji uniósł
brwi.
Satoru puścił to mimo uszu, choć jego siostra
zwinęła dłonie w pięści, gotowa pomóc bratu w zemście. Matsuki położył
uspokajająco dłoń na jej plecach.
- Zgaduję, że mamy trzymać się z dala i być w
pogotowiu?
- Hai! – Ryuji zaklaskał.
- Więc co jest tym świetnym planem? – spytała
Suzuko.
- A nie, nie, nie! Nie byłoby wtedy niespodzianki. A
mówię wam to będzie bombowe! – zaśmiał się szyderczo i przełożył pochwę z
mieczem przez ramię.
Zapadła cisza, a gdzieś daleko w oddali słychać było
krzyki i zgrzytanie mieczy. Spojrzeli po sobie ze zrozumieniem – walka
rozgorzała na nowo. Ryuji kiwnął na nich głową i ruszył przed siebie. Zabójcy z
Harikenu poprawili kabury z mieczami i ruszyli bezszelestnie za złotookim
chłopakiem, znikając w cieniu ulic.
Walka rozgorzała w najlepsze.
Jishin miał teraz nad nami przewagę, choć nie
twierdzę, że nie było szans na naszą wygraną. Ich najsłabsze ogniwa zostały
wybite przy pierwszym starciu, a teraz z każdym kolejnym mordercą poziom walki
wzrastał. Nie wspominając o przewadze liczebnej – od Kaminari było jakieś 37
osób, a od Jishin posłał na nas co najmniej 60 osób. Dołączył do nich również
oddział Camilo – rozpoznałam z twarzy kilka osób, a donośny krzyk chłopaka
niósł się ponad hukiem bitwy.
- Ichigo, na jedenastej! – krzyknął Tsuneari,
siłując się z jakimś mężczyzną.
Nawet nie spojrzałam w tamtą stronę nim rzuciłam się
do biegu. Mężczyzna i kobieta. Kątem oka dostrzegłam, że Taki wspomaga
Suzukiego, ale pochwycił moje spojrzenie i skinął głową.
Dobra, przynajmniej mnie kryje.
Przygotowałam miecz od razu do cięcia, nie
zwalniając kroku. Nic dobiegłam do wrogów, koło ucha świsnęła mi strzała, która
wbiła się w ramię kobiety. Mężczyzna wypadł na sekundę z rytmu, ale zdołał
sparować mój atak. Obejrzał się na kobietę.
- Twój przeciwnik jest tutaj. – powiedziałam cicho,
tnąc z lewej.
Mężczyzna odskoczył i wyprowadził cios z góry.
Sparowałam go tuż nad głową, przytrzymując swoje ostrze obiema dłońmi. Zabójca
nie odpuścił i zaczął pchać mocniej. Kolana lekko się pode mną ugięły. Syknęłam
z niezadowolenia, na co on się uśmiechnął.
Dlaczego wszyscy myślą, że kobiety nie umieją walki
wręcz?
Przerwałam gwałtownie nasze starcie, zabierając
ostrze i odsuwając się szybko na lewo. Mężczyzna rozszerzył oczy ze zdziwienia,
nie zdążając zwolnić siły wkładanej w cios. Miecz pociągnął go za sobą. Tym
razem to ja się uśmiechnęłam.
Trafiłam go kolanem w brzuch, a gdy zgiął się
jeszcze bardziej uderzyłam łokciem w jego rdzeń kręgowy. Facet wydał zduszony
dźwięk i upadł na ziemię jak długi. Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem. Akurat
teraz trafił się wyjątkowo słaby przeciwnik.
Uniosłam miecz, celując dokładnie w serce. Chwilę
przed ostatecznym ciosem drgnęłam. Zgięłam nadgarstek, zmieniając tym samym
położenie ostrza. Wyprowadziłam proste pchnięcie, wkładając w to siłę całego
ciała.
- Jak… - wydusiła ranna kobieta, spoglądając z
niedowierzaniem na mnie.
Krew rozchodziła się szybko wokół ranny – miecz przebił
ją na wylot. Kobieta nadal trzymała w drżącej dłoni sztylet, którym zamierzała
się na mnie. Nadal nie wiem jak ją wyczułam – po prostu wiedziałam.
Sztylet opadł z brzękiem na ziemię, a oczy
morderczyni zaszły mgłą.
Chwyciłam ją za ramię i mocno odepchnęłam.
Skrzywiłam się, gdy przy wyciąganiu broni z jej ciała obryzgała mnie krew.
Ciało huknęło głucho o ziemię, a ja na chwilę straciłam kontakt z otoczeniem. Przestały
do mnie dochodzić dźwięki, krzyki.
Była młoda, pomyślałam, patrząc na jej twarz.
- Ichigo! –
krzyk Tsuneariego wyrwał mnie z rozmyślań.
Obróciłam się gwałtownie – mężczyzna podniósł się z
ziemi i trzymał ostrze wysoko nade mną. Poprawiłam chwyt na rękojeści, choć
wiedziałam, że nie zdążę sparować ciosu – stal błysnęła złowrogo.
Rozległ się szczęk stali – Tsuneari pojawił się
przede mną znikąd. Odbił cios i skierował czubek ostrza w kierunku faceta. Obejrzałam się za siebie – wcześniejszy przeciwnik Tsu odbiegał właśnie w innym
kierunku, wołając do swoich towarzyszy.
Mężczyzna syknął z irytacją.
- Gen’ei, co?
Wręcz wyczułam jak Tsu się uśmiecha. Zaatakował
błyskawicznie mężczyznę, który uśmiechnął się ze zrezygnowaniem. Odparował
kilka ciosów po czym skapitulował i spróbował uciec. Nim Tsuneari ruszył za nim
w pościg, Suzuki go dostrzegł i rzucił się na niego.
Chłopak pokręcił głową.
- Cały Suzuki. – zaśmiał się i spojrzał na mnie
poważnie. – Jesteś silna, Ichigo, ale nie na tyle, by pozwalać sobie na
rozmyślanie w środku walki. Tak robi tylko Tokaji. – powiedział tylko i
odwrócił się, rozglądając się czujnie. Dostrzegł coś i drgnął. – Gdzie Taki?
Prześledziłam wzrokiem najbliżej otoczenie, a serce
zabiło mi jeszcze szybciej gdy nigdzie nie zobaczyłam czterookiego przyjaciela.
Spojrzałam na budynek, z którego strzelała Ayako – nie wiem czy coś usłyszałam
czy to znowu odezwał się mój szósty zmysł, ale pobiegłam w tamtym kierunku.
Tsuneari o nic nie zapytał – zrozumiał o co mi
chodzi i podążył za mną. Wbiegłam po schodach jako pierwsza i zatrzymałam się. Ściana i dywan splamione były krwią, a z pobliskiego pokoju rozlegał się szczęk
metalu. Tsu spojrzał na mnie pytająco, rozejrzał się szybko i pacnął w ramię.
- Rusz się. – nakazał spokojnie.
Wyminął mnie, trzymając miecz w gotowości do
natychmiastowego ataku. Ścisnęłam rękojeści i wbiegłam za nim do pokoju.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to klęcząca Ayako.
Rzuciłam się w jej kierunku, kątem oka rejestrując, że chłopaki przypierają do
muru kogoś z Jishin. Przygryzłam wargę, powtarzając sobie, że dadzą radę we
dwóch.
- Ayako, jesteś cała? – spytałam, chwytając
przyjaciółkę za ramię.
Spojrzała na mnie, uśmiechając się krzywo.
- Prawie. – powiedziała, przenosząc wzrok na
zaciśniętą na ramieniu rękę. – Rozciął mi rękę nim zdążyłam chwycić nóż.
- Pokaż. – nakazałam, odsuwając jej zakrwawioną dłoń
od rany. Widząc strumień krwi syknęłam. Nie musiałam być lekarzem, by wiedzieć,
że rana jest głęboka.
Spojrzałam na przyjaciółkę – lekko zbladła, ale spowodowane
to było utratą krwi niż strachem. W jej zielonych oczach tańczyły ogniki. V Przyglądnęłam się jej uważnie – miała rozcięcie na ustach i płytką ranę na
prawej skroni. Z rany ciekła strużka krwi zlepiająca włosy.
- Nie rób takiej miny, od tego się nie umiera –
Ayako pacnęła mnie w ramię. – Poza tym to ty jesteś w większym
niebezpieczeństwie. Takie zwiechy na polu bitwy to zła rzecz. I fakt, że pchasz
się pod moje strzały!
- Czyli to fart, że nie jestem podziurawiony, a nie
twa zabójcza celność? – zaśmiał się Tsuneari.
Chłopak stał nad ciałem faceta i strzepywał krew z
ostrza. Taki wyglądał na zmęczonego i przeczesał ze znużeniem włosy. Spojrzał
smutno na dziewczynę.
- Ayako, twoja ręka… - powiedział tylko.
- Nie jęcz. Jak mi to przewiążecie to dam radę
strzelać! – rzuciła bojowo.
- Chyba jednak nie dasz rady. – stwierdził Tsuneari,
schylając się po coś.
- Ej, Tsune… - zaczęła groźnie dziewczyna, ale kiedy
spostrzegła co chłopak trzyma w dłoniach, uderzyła pięścią o ścianę. – Cholera.
Brązowowłosy tylko cisnął o ziemię zniszczony łuk i
kołczan z połamanymi strzałami. Syknęłam z niezadowolenia, przypominając sobie
misję w Setagayi. Łucznicy okazują się zazwyczaj niezawodni, ale są
ograniczeni.
Ayako podniosła się chwiejnie na nogi, nadal
ściskając krwawiące ramię.
- No nic. Do organizacji nie daleko, pobiegnę po
jeszcze jeden. – stwierdziła.
- Nie ma mowy. – rzuciliśmy we trójkę.
- Nie pozwolę ci iść. Jesteś nieuzbrojona, a nawet
jak dam ci sztylet to nie umiesz za dobrze się nim posługiwać. – Tsuneari spojrzał
twardo na dziewczynę. – Nie. Ma. Mowy. – powtórzył z naciskiem, mordując się z
nią wzrokiem.
- Więc co mam robić, co? – syknęła w odpowiedzi. –
Czas leci Tsu, a każdy poza polem walki nas osłabia. – rzuciła, spoglądając
przez okno.
- Ja pójdę. – blondyn przerwał ich bezsensowną
sprzeczkę. Kiedy nasze spojrzenia na nim spoczęły, poprawił okulary. – Jestem uzbrojony
i niezbyt zmęczony. Dam radę się przedrzeć. – spojrzał na chłopaka z
wyczekiwaniem.
Tsuneari spuścił wzrok, zaciskając dłonie w pięści.
W końcu wyrzucił ramiona do góry z wściekłością i spiorunował przyjaciela
wzrokiem.
- Dobra. Ale szybko.
- Widzimy się za kilka minut! – zawołał Taki, prawie
od razu wybiegając z pokoju.
Zobaczyłam jak Ayako patrzy się na mnie z
przerażeniem, nie dowierzając, że nie protestuję. Zdążyła chwycić okularnika za
rękaw, ale nie odezwała się ani słowem. Taki wyrwał się delikatnie z jej
uchwytu i poklepał po głowie.
- Nie panikuj. Nic mi nie będzie. – zaśmiał się
tylko i podniósł wzrok na nas.
Skinęliśmy krótko głową, a chłopak wybiegł z pokoju,
znikając za rogiem.
- Jasny gwint. – skomentował Tsuneari, wyciągając
miecz z pochwy. – Ichi opatrz Ayako, a potem do mnie dołącz. Idę do naszych. W
końcu. – rzucił przez ramię i również wybiegł.
- A więc, szefie… - zaczął Ryuji, kłaniając się
przed Igarashim.
- A więc, Kuno. – powtórzył za nim zabójca,
krzyżując ramiona. – Widzę, że jednak żyjesz. Nie powiem, że się cieszę. Ale
wytłumacz mi co ty robisz tutaj, a nie wśród towarzyszy w Toshimie?
Zabójcy z Harikenu odetchnęli z wielką ulgą.
Upewnili się teraz, że Igarashi jeszcze nie wie o dziwnym planie Ryujiego.
Matsuki machnął uciszająco ręką na rodzeństwo i przyłożył głośniczek do ucha. Ryuji
miał przyczepiony mikrofon dość dobrej jakości, a z powodu odległości kilkuset
metrów dźwięk trochę się ciął.
Ryuji wzruszył ramionami ze swoją teatralną miną.
- A szef mi powie czemu szef nie kręci się po
tamtejszej okolicy, a jest w bazie? – posłał mu sztuczny uśmieszek. Widząc
zdenerwowanie w czarnych, bezdennych tęczówkach, chłopak się wzdrygnął.
- Ta upierdliwa kobieta deptała mi cały czas po
piętach. – westchnął Igarashi, obracając się na krześle. Po chwili zatrzymał
się i spojrzał poważnie na chłopaka. – A więc?
- Więc? – Ryuji powtórzył pytanie szyderczym tonem.
Niebiesko-włosy zmrużył groźnie oczy, uśmiechając
się pusto.
- Nie zgrywaj idioty. To że tu jesteś świadczy o
tym, że masz sprawę. I żywię szczerą nadzieję, że będzie ona bardzo
interesująca.
- A i owszem.
Czarnowłosy wyciągnął z kurtki czarny dziennik i
pokazał go szefowi w zwycięskim geście. Zabójca tylko uniósł wyżej brwi w
geście rozbawienia, lecz po chwili rozpoznał zeszyt i rozszerzył oczy ze
zdziwienia. Uśmiechnął się z zainteresowaniem.
- Oho ho. – zagwizdał z uznaniem. – Jestem ciekawy
dlaczego masz przy sobie dziennik Kijuro.
- To skąd go mam jest zupełnie nieistotne. – rzucił od
razu chłopak. – Ważne jest to co zawiera. – uśmiechnął się szelmowsko.
- Fascynujące. Ale jeśli nie jest to nic co zmieni
biegi tej bitwy, to muszę w końcu iść zabić Shigeo. Ten idiota nie potrafi nic
zrobić sam…
- A jeśli powiedziałbym, że Kijuro złamał kod jednej
z bomb?
Zabójca zastygł w bezruchu.
- Niemożliwe. Kijuro powiadomiłby o tym. –
powiedział bez przekonania. – Poza tym Arata był geniuszem kodowania i
hakowania. – dodał i jakby wbrew sobie wyciągnął rękę po dziennik.
Ryuji podał go szefowi z uśmiechem zadowolenia.
Kiedy Igarashi czytał obliczenia i przypisy, spojrzał na niego uważnie i rzucił
niewinnie:
- Wie szef, to tylko jedna bomba. A rozgryzał to od
3 lat. Sądzę, że może się udać. Nie zaszkodzi spróbować.
Niebiesko-włosy spojrzał na niego podejrzliwie, ale
przesiadł się do głównego panelu. Wstukał szybko kilka sekwencji i pokazała mu
się zahakowana mapa organizacji Kaminari. Kliknął na jeden z wygaszonych
punktów i cały ekran się pokrył się sekwencjami liczb i liter, które źle zmodyfikowane
zmieniały się i rozsiewały wirusy.
- Mam nadzieję, że to nie blef. Łaskawie nadzoruj
czy nie mieszam tych… wzorów, czy co tam stworzył Kijuro. – rzucił przez ramię
do Ryujiego.
- Oczywiście, szefie.
Gdy wcisnęłam Ayako wszystkie sztylety, które miałam
przy sobie, a bandaż na jej ramieniu przestał przesiąkać krwią, wyszłyśmy na
zewnątrz. Mimo iż minęło raptem 6 minut, odczuwałam to jako całą wieczność.
Tsuneari znajdował się kilkanaście metrów dalej –
całe to trzymanie formacji spaliło na panewce i jedyne co się teraz liczyło to
pozabijanie jak największej ilości wrogów. Bitwa z taktyką przerodziła się w
rzeź.
- Pomóż przenosić rannych. – rzuciłam do przyjaciółki,
wskazując głową na Miyako, która odciągała kogoś nieprzytomnego z dala od wiru
walki.
- Niech ci będzie. – Ayako zgodziła się po chwili
wahania i ruszyła w ich kierunku. Ja zaś pobiegłam by wesprzeć Tsuneariego.
I wtedy dopadło mnie bardzo, bardzo złe przeczucie.
Czas zwolnił, a w mojej głowie rozbrzmiało ostrzeżenie
Ryujiego, nie wiedzieć czemu dopiero teraz. Zrozumiałam, że coś ominęłam. A
raczej on coś przede mną zataił.
Zdołałam przebiec ledwo dwa metry, targana
przypływem adrenaliny i nagłym niepokojem, gdy coś mnie ogłuszyło.
Niemożliwe.
Zastygłam w bezruchu. Nie zdobyłam się na to by się
odwrócić.
Doskonale znałam ten dźwięk.
Dostrzegłam jak wszyscy przestają walczyć i
spoglądają w niebo.
Zmusiłam ciało do obrotu. Nim podniosłam wzrok
zobaczyłam Ayako, której sztylet powoli wysuwał się z dłoni. Tkwiła raptem
kilka kroków dalej.
Ogarnij się.
Spojrzałam na niebo zabrudzone potężną chmarą dymu.
Snuł się smętnie nad budynkami naszej organizacji. Coś wybuchło.
- Cholera. – syknęłam wściekle. Usłyszałam gniewne
przekleństwo Tsuneariego.
Ale coś mnie zaniepokoiło.
Gdy całe Kaminari wokół mnie ogarniała wściekłość,
tak Ayako tkwiła w bezruchu, wpatrując się z coraz większym przerażeniem w dym.
Wyciągnęłam bezwiednie rękę w jej stronę.
- Ayako, co się… - usłyszałam jak Tsuneari podbiega
w naszym kierunku, również zaniepokojony paniką dziewczyny.
- Nie widzicie? – szepnęła, a jej głos zagubił się
pośród rozgorzałej walki. – Dym. – powiedziała jeszcze i zerwała się do biegu.
Wyciągnęłam ponownie rękę by ją złapać, lecz
poczułam dłoń Tsu na swoim ramieniu. Wydawało mi się, że drży. Nachylił się i
szepnął mi do ucha.
- Dym, Ichigo. Zobacz, z którego miejsca się
wydobywa. – jego głos stracił pod koniec barwę, a dłoń ześlizgnęła się bezwiednie
z mojego ramienia.
Serce zabiło mi szybciej. Po czym się zatrzymało.
A ja zaczęłam biec.
Szybko, potykałam się. Przed siebie, szybciej i
szybciej.
Organizacja. Coś wybuchło. Magazyn. Coś wybuchło w
magazynie.
O nie. Nie, nie, nie.
Taki.
Błagam, nie.________________________________________________________________________________
Witam w nowym roku. Szczęścia, spełnienia marzeń itd.
Szczerze planowałam to skończyć przed końcem 2015, ale niestety zawirusowało mi laptopa i nie mogłam dostać się do Worda. Teraz już wszystko gra i jak dobrze pójdzie 1 tom skończy się za jakieś 3 rozdziały. Nie wierzę, że to już finał pierwszej mojej książki.
Ach, te emocje.
A miał być to tylko krótki one-shot, na jakieś 5 kartek.
Najwyraźniej takie historie powstają w trakcie.
Pozdrawiam, autorka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz