16 marca 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 2

Rozdział 2

Słowa Miyako podziałały na mnie trzeźwiąco i cofnęłam się błyskawicznie do pokoju, na oślep chwyciłam kaburę z mieczem i ruszyłam z powrotem w jej stronę. Nim jednak zdążyłam przekroczyć drzwi, Ayako złapała mnie za ramię.
- Ayako, puszczaj i zbieraj się. Mamy mało czasu. – syknęłam, wyrywając się jej. Brązowowłosa wbiła we mnie poważne spojrzenie.
- Jesteś pewna, że akurat ty musisz iść? – zapytała, patrząc mi w oczy.
Odpowiedziałam jej zdziwionym spojrzeniem, takim jak zwykle. Jednak ona spuściła wzrok, jakby nie będąc w stanie znieść widoku moich granatowych oczu. Wyczuwając jej ponury nastrój, uśmiechnęłam się krzywo.
- Wiesz, nikogo nie ma i wybór jest dość ograniczony. – rzuciłam, odwracając się. – Ale jak nie chcesz, to zostań. Na tyle mamy ludzi.
- Powinnaś zostać. – powiedziała jeszcze cicho, nie ruszając się z miejsca. Ton jej głosu zaniepokoił mnie, ale obiecałam sobie, że jak to wszystko się rozwiąże porozmawiam z nią o tym. Zamykając drzwi dosłyszałam jeszcze jej szept: - Chociaż raz zostań.
Popędziłam korytarzem w stronę wyjścia.
Dostrzegłam Miyako, która ubierała się pośpiesznie w czarny softshell, a nad nią stał Tsuneari zajadając bułkę z masłem. Kiedy mnie usłyszał, obrócił się z zniecierpliwieniem wymalowanym na twarzy i rzucił krótkie spojrzenie Miyako.
- Widzę, że ty też wybywasz w tempie ekspresowym. – stwierdził na powitanie. – Czy któraś z was powie mi dlaczego tak się śpieszycie?
- Misja Miyoko była blefem. – powiedziałam krótko, przesznurowując buty.
Tsuneari zastygł na moment, po czym wepchnął do ust resztę bułki i popędził w głąb budynku. Miyako spojrzała na mnie pobieżnie, gotowa do wyjścia, i ruszyła w stronę schodów.
- Mówiłaś komuś, że wychodzimy? – spytałam, choć teoretycznie było na to trochę za późno.
- Nie. – odparła krótko. – Miyoko zadzwoniła do mnie raptem kilka minut temu. Więcej opowiem ci po drodze, teraz lecimy na stację. Jak dobrze pamiętam rozkład, zdążymy złapać jakiś pośpieszny.
Usłyszałam za sobą kroki i spojrzałam przez ramię. Po kilku sekundach dogonił nas Tsuneari, dopinając kurtkę i przewieszając sobie kaburę z mieczem przez ramię. Uśmiechnął się do nas zawadiacko.
- Czy wy serio myślałyście, że taki dżentelmen jak ja, pozwoli takim delikatnym kobietom, jak wy iść samemu rozprawić się ze złem? – roześmiał się, ale po chwili spoważniał. – A tak na serio, nadal uważam, że powinnaś wziąć kogoś jeszcze z nami Miyako. – powiedział, równając się krokiem z kobietą.
- Trochę nie było czasu. – prychnęła. – A wy byliście pod ręką.
- Nie wiesz ilu ich tam jest. W trójkę możemy nie dać rady.
- Akurat o siebie nie powinieneś się martwić. Poradzisz sobie, panie Zjawo. – rzuciła, unosząc jeden kącik ust do góry.
Tsuneari przewrócił oczami.
- Akurat nie martwię się o siebie. – mruknął ledwo dosłyszalnie.
Dalej biegliśmy w milczeniu, aż w oddali zamigały nam reflektory pociągu. Miyako przyśpieszyła i wskoczyła do środka wagonu w sam środek tłumu. Tsuneari wyprzedził mnie z łatwością i również wepchnął się do środka, rozpychając ludzi i robiąc mi miejsce. Zdążyłam w ostatniej sekundzie, czując jak końcówki włosy zostały przytrzaśnięte przez automatyczne drzwi.
Ludzie oglądali się na nas, ale Miyako niewzruszenie zaciągnęła nas w kąt wagonu, gdzie pasażerowie albo słuchali muzyki na słuchawkach, albo byli pijani. Nastawiliśmy uszu i zniżyliśmy głosy.
- A teraz zdradź nam coś więcej. – poprosiłam cicho, wpatrując się w kobietę uważnie.
- Dobra. – przytaknęła, rozglądając się jeszcze nieufnie wokół. – Wiecie, że Miyoko miała eskortować jakiegoś typka, nie? On miał jej wskazywać drogę czy jakoś tak, ale wywiódł ją w ogóle w złym kierunku i czekali na nią już tam jego kumple. – streściła pobieżnie, upewniając się, że nikt nas nie podsłuchuje.
- I wszystko jasne. – szepnął Tsu z ironią. – A mniej szczegółowo się nie dało? – prychnął jeszcze z sarkazmem, uśmiechając się pod nosem.
- No wybacz, to wszystko co mi powiedziała przez 30 sekund naszej rozmowy. – syknęła Miyoko, a chłopak pokazał jej język.
Machnęłam na nich dłonią.
- Ale wiesz gdzie teraz jest? – spytałam.
- Na pewno na obrębie dzielnicy Odai. Zakładam też, że w tym wąskim odcinku między rzeką Arakawa, a Sumida. – odpowiedziała.
- Od jakiego miejsca zaczynamy szukać? – rzucił Tsuneari, poważniejąc już całkowicie.
- Od stacji. Ale zaryzykowałabym skierowanie się w stronę tego parku…
- Parku Otakebashi? – zdziwiłam się. – Jesteś pewna, że akurat tam?
- Zaufaj mi. – Miyako lekko się rozluźniła i na jej twarz znów wstąpiła pewność siebie. – Telepatia bliźniaków.
***
Wyskoczyliśmy jako pierwsi z pociągu, a za nami posypały się wiązanki cichych przekleństw. Prychnęłam pod nosem. To była ta jedna z zabawniejszych części tego życia.
Spojrzałam na niebo. Dzisiaj zrobiło się wyjątkowo szybko ciemno, jakby znów szła zima. Zachodzące słońce zakryły chmury, a ja przewróciłam oczami. Jakby chociaż raz nie mogło słońce sobie poświecić.
Dzielnica była jakby wymarła, a nasza trójka nie musiała obawiać się odkrycia i spokojnie poruszaliśmy się po ulicach. Teraz odczułam zmęczenie tymi tłocznymi ulicami, na które nigdy nie można było wyjść bez krycia się ze wszystkim. Jednak ta opustoszała okolica nie świadczyła o niczym dobrym. Wskazywała jedynie na to, że gdzieś niedaleko jest niebezpiecznie, a prości ludzie ukryli się w zaciszu swoich domów.
Na ulicy sąsiadującej z parkiem Tsuneari nas zatrzymał i krótkim gestem nakazał poczekanie na niego tutaj. Po czym ukrył się w wydłużających się cieniach i jego niknąca sylwetka pomknęła w kierunku parku. Obie stałyśmy w milczeniu przez kilka minut, dopóki chłopak nie stanął między nami. Oczywiście pojawił się tak samo jak zniknął.
- Moje wątpliwości co do twojej „ksywki” zostały rozwiane… - mruknęła ironicznie Miyako, ale Tsuneari przyłożył palec do ust.
- Cicho. – ściszył głos do minimum. – Są tam, w parku. Miyoko wygląda na całą, ale rozmowa wyglądała na dość… napiętą. Nie wiem o czym gadali, nie chciałem ryzykować zbliżenia się jeszcze bardziej. – wytłumaczył szybko. – I mówiłem, że nas jest za mało. Ich jest pięciu. Trzech facetów, dwie kobiety.
- Z Miyoko jest nas czwórka. – mruknęłam.
- Przypominam ci, że w misji ratunkowej, osoby ratowanej zazwyczaj nie zalicza się do ekipy walczącej. – uśmiechnął się krzywo.
– To co robimy? Usiłujemy zrobić to taktycznie, czy wbijamy na środek parku? – spytała kobieta.
- Wbijamy. – powiedzieliśmy synchronicznie z Tsunearim, a Miyako pokręciła tylko głową.
- Niech będzie. – przytaknęła. – Odłączę się od was na chwilę. Mam zarys planu, ale nie sugerujcie się tym. Jak sytuacja pozwoli to spróbuję coś wykorzystać.
Skinęliśmy potakująco głowami. Tsuneari wstał i skierował się w cień, znowu praktycznie rozmywając się w nim. Starałam się naśladować jego sposób poruszania się, ale po kilku chwilach sama opracowywałam taktykę skradania.
W jego ruchach było coś… dziwnego. Jakby całe życie krył się w mroku. Jakby ciemność do niego przylegała.
Wzdrygnęłam się na tę myśl i potrząsnęłam głową. Zbędne myśli nie powinny mi teraz zaprzątać głowy.
- Wiesz co, Ichi… - szepnął Tsuneari, gdy zza drzew dało się dostrzec kształty wrogów. – Pomyślałem sobie coś strasznie wrednego… Że może to bliźniaczki są zdrajczyniami. To już przeobraża się w paranoję, prawda?
- Może jeszcze nie. – odszepnęłam. – Też przeszło mi to przez myśl.
- A może oboje jesteśmy paranoikami… - prychnął pod nosem.
W dalszym milczeniu zbliżyliśmy się do parku, kryjąc się za niskim żywopłotem. Wystawiłam ostrożnie głowę zza gałązek, mrużąc oczy ze zdenerwowania. Cała piątka otoczyła teraz Miyoko i zadawała jej jakieś pytania. Kobieta wyprostowała się, postąpiła krok naprzód, odpowiadając coś z zaciętym wyrazem twarzy. Facet popchnął ją mocno do tyłu, a jedna z zabójczyń, podcięła ją i Miyoko upadła.
Drgnęłam, napinając mięśnie, ale Tsuneari ścisnął moje ramię. Spojrzałam na niego kątem oka, a on nie oderwawszy od nich wzroku, pokręcił głową. Mimo to, dłonie miał zwinięte w pięści. Zacisnęłam zęby, czując przepełniającą mnie wściekłość.
Ciekawe, czy będą tacy pewni siebie, gdy stracą przewagę liczebną.
Moje usta rozciągnęły się w demonicznym uśmiechu.
Miyoko podniosła się sprawnie, mordując ich wzrokiem. Już stąd dostrzegłam chłodny błysk w jej brązowych oczach. Facet roześmiał się szyderczo i popchnął ją ponownie. Kobieta zatoczyła się do tyłu, a ja prawie zerwałam się na równe nogi. Tsuneari okazywał zdecydowanie większe samozaparcie.
Ale tym razem Miyoko straciła kontrolę nad sobą i przyrżnęła w jego gębę z całej siły.
A ułamek sekundy później rozległ się szczęk wyciąganej broni.
Przeskoczyliśmy żywopłot w tym samym momencie, a ja zaśmiałam się w duchu. Jesteś tak samo w gorącej wodzie kąpany jak ja, Tsu. Przeniosłam wzrok na stojącą między nimi Miyoko, która uniknęła płynnie większości cięć. Spojrzała na chwilę na nas, ale nie pokazała po sobie niczego, by nie powiadomić o tym przeciwników.
Wyciągnęłam miecz z kabury, a gdy złowróżbny świst przecinanego powietrza wypełnił okolicę, żądza krwi popłynęła w moich żyłach.
Trzy osoby, włączając w to powalonego wcześniej faceta, obróciło się w naszym kierunku, pozostała dwójka okazała wystarczająco dużo inteligencji, by nie odwracać się do Miyoko tyłem.
W ostatnim momencie Tsuneari zabiegł mi drogę, tak że trójka przygotowała się na jego atak. Po czym odbił błyskawicznie w bok, wyskakując wysoko i spadając z cięciem na faceta przy Miyoko. Wzrok trójki odbiegł za nim, a ja zderzyłam się ze szczękiem z facetem. Krwawił z kącika ust.
- Szkoda, że nie przywaliła ci mocniej. – mruknęłam pod nosem, widząc, że uderzony zbytnio się tym nie przejął.
- Nie pozwalaj sobie na za dużo. – warknął, odskakując ode mnie.
Przewróciłam oczami, obracając się błyskawicznie, jednocześnie tnąc poziomo. Wytrąciłam miecz z dłoni kobiety, która zachodziła mnie od tyłu. Nie zahamowałam, wykonując pełny obrót i zamierzyłam się z góry na faceta.
Najwyraźniej ich przeceniłam. Zabójca nawet nie próbował mnie ponownie zaatakować. Trzymał opuszczoną gardę, a moje ostrze przeszyło go wzdłuż tułowia. Krew zbryzgała mi twarz.
Wyprowadziło mnie to na sekundę z rytmu, ale szybko do niego wróciłam. Przeniosłam ciężar ciała na lewą nogę, a z prawej wyprowadziłam kopnięcie. Uśmiechnęłam się lekko, gdy usłyszałam jęk kobiety. Upadła na ziemię ze stęknięciem.
Obróciłam miecz kilka razy w dłoni, by dobrze go trzymać i zaatakowałam z całym impetem ostatniego z atakującej mnie trójki. Ten najwyraźniej był najbardziej pociumany z nich wszystkich i przygotował się na moje ataki.
- Ty tu dowodzisz? – warknęłam, cedząc słowa przy każdym uderzeniu.
- A i owszem, mała. – burknął w odpowiedzi, atakując trochę mocniej.
Nasze ataki lekko zwolniły, jakbyśmy oboje przygotowywali się do rozmowy i objęcia przewagi. Zmierzyłam go wzrokiem.
- Zgaduję, że tak łatwo mi nie powiesz, kto zdradził Kaminari, prawda? – posłał mi pełen politowania uśmiech słysząc to. – Tak myślałam. – mruknęłam jeszcze, a w jego szarych oczach błysnął cień zwycięstwa.
Znów przewróciłam oczami, gdy zamierzył się na mnie z góry. Są zbyt przewidywalni. Upadłam zwinnie na ziemię, przetaczając się tuż obok nadbiegającej od tyłu kobiety. Facet nie zdążył zahamować swojego ciosu, a towarzyszka na niego wpadła. Po chwili wydarła się z bólu, gdy jego miecz zatopił się w jej ciele.
Odwróciłam od nich wzrok, kierując się w stronę gościa, którego zraniłam na początku. Wstawał powoli, ale przycisnęłam go stopą do ziemi i nad gardło nastawiłam mu czubek ostrza, trzymając go jako zakładnika.
- Co za potworne dzieciaki… - wydusił szef bandy, przytrzymując ranną kobietę. Najwyraźniej Tsuneari też dawał sobie radę. – Albo czymkolwiek jesteście. – splunął na ziemię, a w jego szarych oczach zabłysnął gniew.
Za mną rozległo się stęknięcie. Obróciłam się gwałtownie, a u stóp chłopaka upadała właśnie przeszyta mieczem kobieta. Miyoko zniknęła z punktu naszego widzenia. Najwyraźniej Tsuneari kazał się zmyć się i poszukać jakiejś broni.
- Ty skurwysynie! – wrzasnęła ranna, wyrywając się szefowi.
- Wybaczcie, chciałem tego uniknąć. – powiedział chłopak nadzwyczaj delikatnie, ale w jego ciepłych brązowych oczach kryła się bezwzględność. – Ale taki nawyk.
Przeszyły mnie ciarki, na widok takiego Tsu.
Ranny wykorzystał moje rozkojarzenie i reszką sił zepchnął mnie z siebie. Odzyskałam z łatwością równowagę, ale spojrzałam na niego z nienawiścią. Facet odbiegał w zupełnie innym kierunku, a ja automatycznie ruszyłam za nim. Zniknęłam w zacieniu parku, doganiając go po kilku sekundach. Adrenalina przepełniała każdy centymetr mojego ciała.
Najpierw przecięłam mu plecy, a on stracił siły do biegu i runął jak długi, sycząc z bólu, gdy upadł na rozciętą pierś. Przebiegłam jeszcze kilka kroków, hamując ze ślizgiem. Facet podniósł na mnie wzrok. Jego oczy były już pogodzone z przeznaczeniem.
- Naprawdę jesteś potworem, nie dzieciakiem. – wystękał ledwo.
- Na serio wystarczy samo Ichigo. – odparłam chłodno. – A teraz gadaj co wiesz. – nakazałam kierując nad jego kark miecz.
Facet prychnął, choć wcale nie wyglądało jakby był typem, który będzie śmiał się w ostatnich chwilach ze swojego mordercy.
- A co, oszczędzisz mnie wtedy?
- Nie bądź głupi. – mruknęłam, biorąc zamach. – Ale możesz się do czegoś przydać. – dodałam jeszcze z nadzieją.
A potem on splunął na ziemię.
Dźwięk rozpruwanego ciała, łamanych kości usłyszałam już tylko ja. Facet miał tyle szczęścia, że nie cierpię męczyć ludzi przed ich śmiercią.
Przed oczami pojawiły mi się czarne plamy, a duszący ścisk w sercu powrócił w delikatnym nawrocie. Zawahałam się na chwilę, zaciskając oczy. Nie ważne ile razy zabijałam, ile razy okazywałam bezwzględność… ile razy była spowita krwią… To uczucie zawsze po tym wracało.
Spojrzałam na swoje czerwone od krwi ręce, w momencie, gdy usłyszałam bojowy wrzask i szczęk metalu. Zwinęłam dłonie w pięści i pomknęłam w stronę walczących towarzyszy.
Zatrzymałam się rozglądając co się dzieje. Na ziemi nadal leżała ta kobieta. Tsuneari zaciekle usiłował zabić ich szefa, ale mężczyzna odzyskał straconą werwę i nie dawał się tak łatwo zabić. Pozostałej przy życiu dwójki nie zobaczyłam.
- Jak już mówiłem, nie lubię zabijać bez potrzeby, gościu. – warknął Tsuneari. – Ale teraz to już mnie wkurwiłeś.
- Masahiro. – burknął tamten, wycofując się, gdy zbliżyłam się do nich z mordem w oczach.
- Tsuneari, gdzie reszta? – spytałam, błyskając ostrzem w stronę wroga.
- Powinniście sobie zapamiętać to imię. – splunął, odbiegając. Chciałam ruszyć za nim, ale chłopak powstrzymał mnie. – Widzę, że dobrze główkujesz, Nakade. Masahiro, zastępca dowódcy Fubuki. Nie do usług.
Spojrzałam ze złością na chłopaka, nie wiedząc czemu nie reaguje.
Facet jeszcze zawołał kobietę, która wypadła z przeciwnego zakrętu. Spostrzegłam, że jest w krwi, a Masahiro też był zdziwiony, ale bez zbędnych pytań wycofał się błyskawicznie.
Gdy zniknęli z pola widzenia, Tsuneari spojrzał na mnie poważnie, nim zdążyłam się na niego zdenerwować.
- Musimy znaleźć Miyako. I to szybko. – oznajmił tylko, ruszając instynktownie naprzód.
- Czemu ich nie zaatakowałeś? – spytałam spokojnie, widząc jego powagę.
- Spieprzyliśmy. Miyoko ich zaatakowała tego drugiego gościa, ogłuszył ją, a mnie zatrzymał ten Masahiro. – powiedział szybko. – A teraz mają zakładnika. Cholera by to!
- A ta babka? Gdzie ona była? – spytałam, czując, że napięcie narasta.
Tsuneari już miał odpowiedzieć, że chciałby to wiedzieć, gdy do moich uszu dobiegł głos jednej z bliźniaczek. Był delikatniejszy niż powinien być. Przeszyło mnie nagłe uczucie niepokoju.
- Ta kobieta… była ze mną. – powiedziała Miyoko, ocierając z rozciętej twarzy krew.
Zbladłam widząc ją.
Jasny gwint.
Tsuneari wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.
- Nigdy więcej nie zaufam planom Miyako. – wydusił po chwili.
- Porwali nie tą co trzeba. – mruknęłam tylko.
Miyoko uśmiechnęła się lekko.
- To jedna z naszych lepszych zmyłek.
Spojrzeliśmy po sobie z Tsuneari, nie mogąc się nie uśmiechnąć. Skwitowaliśmy to krótko.
- Co za idioci.
***
Po chwili tego czarnego humoru, nie było już nam do śmiechu. Wynieśliśmy się czym prędzej z tego cholernego parku, by nie ściągać na siebie uwagi. Współczuję tym, którzy znajdą ciała tych zabójców.
Uśmiechnęłam się zwycięsko, widząc świeże ślady opon na ulicy. Najwyraźniej śpieszyło im się na tyle, żeby spalić gumę i zostawić wyraźny kierunek swojej jazdy. Tsuneari nie wyglądał na zbytnio przekonanego. Zacmokał z niezadowoleniem, gdy zaczęłyśmy z Miyoko rozglądać się za środkiem transportu.
- No co jest? – spytałam, gdy nadal wpatrywał się w te ślady.
- Po prostu to mi się nie podoba.
- Za bardzo nie mamy na to czasu. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. – zawołała z oddali Miyoko, patrząc przez okna do środka jakiegoś auta.
- Czy tylko mi się wydaje to podejrzane? – mruknął, pocierając kark. – Sądzisz, że byliby tak głupi, by wskazywać nam drogę śladami opon? Dla mnie wygląda to tak, jakby chcieli byśmy za nimi pojechali. – westchnął.
- A ja po stylu ich walki sądzę, że to amatorzy. – odparłam. – A poza tym po to bierze się zakładników, by reszta za nimi podążyła.
- Nadal mi się to nie podoba. – mruknął jeszcze, ale dołączył do szukania auta.
Nie chcieliśmy brać pierwszego lepszego, nie chcąc ryzykować uruchomienia alarmu, czy naprzykrzeniu się komuś ze służb mundurowych. W trakcie szukania samochodu zdążyliśmy wymienić się informacjami.
Misja Miyoko przebiegała schematycznie: spotkała się z jednym z facetów, tym najmniejszym i niepozornym, który sprawiał wrażenie osoby nieumiejącej posługiwać się bronią. Prowadził ją prostą drogą, wyglądającą bardzo realistycznie. Z początku przez myśl przeszło jej, że to blef, ale on na serio szedł prostą drogą do celu.
I tu był haczyk. Zbyt prostą.
Śledzący ich oddział zabójców wkroczył do akcji zbyt szybko, gdy wspomniane miejsce było zbyt blisko, a ona mogła zwinnie zniknąć im z oczu z ważnymi informacjami. W planach był atak w podziemiu na nią, ale wyszło jak wyszło. A Miyoko, uciekając, zdążyła wybrać na kilkanaście sekund numer swojej siostry.
- Szczerze, nie domyśliłam się, gdzie jest ten bar, czy jak on to nazwał. Ale punkt dla nas – wiemy w jakim obrębie tego szukać. – zakończyła.
- Ja bym bardziej martwiła się o to, że już ich zgubiliśmy. – westchnęłam. – Mogli pojechać wszędzie. – dodałam, wpatrując się w plecy brązowowłosego, który rozpracowywał zamek w drzwiach auta.
Rozległo się ciche kliknięcie, a Tsu otworzył drzwi do starej Hondy.
- Voilà – ukłonił się nam komicznie nisko.
- Świetnie. Teraz trzeba tylko namierzyć Miyako. – stwierdziłam sarkastycznie.
- Da się zrobić. W końcu nie sądzę, że pozbyli się jej telefonu. Mogli jej zabrać, by coś sprawdzić, ale mam nadzieję, że nie. – mruknęła Miyoko, wsiadając na tylne siedzenia. – Uwierzcie mi, znam moją siostrę bliźniaczkę. Ona napisze sms’a z zamkniętymi oczami, będąc związana.
- A telefon da się namierzyć i bez tego. – dokończyłam, zastanawiając się gdzie zająć miejsce w aucie.
- W ogóle, kto ma zamiar prowadzić? – spytał Tsuneari.
Spojrzałyśmy na niego z Miyoko wyczekująco.
- Mnie wykluczcie od razu. – powiedziała z pełną powagą po chwili. – Przypominam, że nie jesteśmy ubezpieczeni.
- Ja w życiu nie siedziałam za kółkiem. – mruknęłam, wbijając spojrzenie w Tsuneariego.
Chłopak jęknął.
- Nie chcesz tego, Ichi. Zaufaj mi.
- Daj spokój, ostatnim razem nie było tak źle. – zaśmiała się Miyoko, sprawdzając coś w telefonie.
Korzystając z okazji, zajęłam miejsce pasażera, by Tsu nie mógł się już wycofać. Poza tym śpieszyło się nam. Instynkt wyszeptał, że może jest tak źle z jego jazdą, że nawet uciekający czas nie pomaga. Chłopak spojrzał na mnie z resztką nadziei, ale po chwili tylko głęboko westchnął i siadł za kółkiem.
- Miyoko, liczymy na twój instynkt póki co. – powiedział, odpalając silnik. – Tylko nie mówcie mi, że nie ostrzegałem.
***
 Po dłuższym czasie, gdy zapadł już zmrok, a wszystkie ulice opustoszały, Tsuneari zahamował gwałtownie, zatrzymując się na czerwonym świetle. Zarzuciło mnie do przodu, ale z przyzwyczajenia miałam zapięte pasy. Miyoko natomiast prawie rozpłaszczyła się na szybie.
- Czyś ty… - fuknęła, urywając w połowie.
Tsuneari przywalił pięścią w klakson, wkładając w cios całą siłę.
- To nie ma sensu! – warknął. – W ten sposób w życiu jej nie znajdziemy.
- Jak nie będziesz, kurna, jechać to na pewno jej nie znajdziemy! – odparła Miyoko, zachowując typowe dla siebie opanowanie.
Tsuneari zacisnął zęby, ale nie podniósł głosu. Obrócił się przez ramię i spojrzał z niedowierzaniem na kobietę, która cały czas próbowała rozgryźć program w telefonie.
- Miyako może być już martwa, a ty cały czas wszystko olewasz. – wycedził. – Jasna cholera, nie rozumiesz, że potrzebujemy lepszego sprzętu niż komórka do namierzenia kogokolwiek!?
- To moja siostra, Tsu! – Miyoko podniosła głos. – A panika jej nie uratuje!
- Ale do jasnej cholery, nie widzisz, że nie wyśle żadnej wiadomości…!?
Ich kłótnię przerwał dzwonek mojego telefonu. Po sekundzie wrócili do wydzierania się na siebie, jakby to cokolwiek miało zmienić. Miyoko w końcu dawała upust nerwom o bliźniaczkę, a Tsu usiłował znaleźć jak najlepsze wyjście z tej sytuacji.
Nie widząc niczego mądrzejszego, wyjęłam telefon i odebrałam, nawet nie spoglądając na wyświetlacz.
- Halo, jesteś tam, Ichi? – głos Jun’a był zdecydowanie najmniej oczekiwanym.
- No jestem, ale to na serio nie jest dobry… - zaczęłam ze znużeniem, starając się mówić głośno, by „dyskusja” moich towarzyszy nie przeszkodziła w naszej rozmowie.
Jednak Jun ucieszył się, gdy usłyszał więcej głosów.
- Bogom dzięki, tak myślałem, że będziesz z nimi… - odetchnął z ulgą, a ja zmarszczyłam brwi i bardziej skupiłam się na rozmowie.
- Jun, o co chodzi?
- Długa historia, ale na sam początek powiem, że jesteśmy już w dro… Koichi, stul się w końcu i daj spokój Meijiemu… no więc jesteśmy już w drodze…
- Zamknijcie się w końcu! – wrzasnęłam na kłócących się obok towarzyszy.
Tsu i Miyoko spojrzeli po sobie krótko i gniewnie, ale po kilku oddechach wbili we mnie oczekujące spojrzenia.
- Dobra, Jun więcej szczegółów poproszę.
- Nie wiem jakim cudem, ale Miyako zaczęła wysyłać do Koichiego jakieś dziwne smsy. Dopiero po chwili Meiji ogarnął, że opisuje mijane punktu i wytycza trasę. Siedzieliśmy już w metrze i byliśmy w drodze powrotnej, ale przesiedliśmy się i kierujemy się we wskazane miejsce.
- Nie wierzę… - wydusiłam po chwili.
- Co jest? – spytał Tsu, a Miyoko chwyciła się za oparcie fotela, chcąc jak najwięcej usłyszeć z naszej rozmowy.
W słuchawce usłyszałam, że Meiji wyrywa telefon z dłoń Juna.
- Jesteście tam? Ichigo? – odchrząknął. – Dobra, nie mogłem wytrzymać tej jego gadaniny. Mamy koordynaty na Miyako. Nie mam pojęcia w coście się wpakowali, ale macie posiłki. Ostatnia wiadomość to „parking przy Arakawie, boisko do siatki”. Przekaż to Tsu, on będzie wiedzieć gdzie to jest. Spotykamy się z w barze kilka budynków dalej.
- Przyjęłam.
- Pośpieszcie się tylko. Bez odbioru.
Mężczyzna rozłączył się, a ja spojrzałam po towarzyszach wpatrujących się we mnie z narastającą ciekawością. Spojrzałam na wyświetlacz jeszcze raz, powtarzając w myślach adresy.
- No powiedz żesz w końcu o co chodzi. – jęknął Tsuneari, kładąc dłonie na kierownicy.
Uśmiechnęłam się tylko chytrze.
- Odpalaj silnik. Bar w Odai, niedaleko parkingu przy Arakawie.
Chłopak spojrzał na mnie jak na wariatkę przez sekundę, ale posłusznie odpalił auto i ruszył przed siebie. Miyoko tym razem zapięła pasy, uśmiechając się pod nosem.

- A nie mówiłam, że ona wszędzie napisze sms’y? – prychnęła rozbawiona pod nosem, ale w lusterku dostrzegłam, że jej brązowe oczy  zabłysły żądzą mordu. – Mamy ich. 

9 marca 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 1

Kiedy ujrzałam budynek Kaminari jednocześnie odetchnęłam z ulgą, a po plecach przebiegły mi dreszcze. Przystanęłam i zmierzyłam magazyn krytycznym spojrzeniem.
Mako spojrzała na mnie krótko, po czym wzruszyła ramionami.
- Dobra, rób co chcesz. Idę z tym od razu do Fumiyi, jakby co to poślę kogoś po ciebie. – rzuciła beznamiętnie i w przeciągu sekundy zniknęła mi z oczu. Uśmiechnęłam się, kręcąc głową. Ruszyłam powoli w stronę budynku.
Od kiedy zmieniliśmy siedzibę, nikt nie mógł przyzwyczaić się do niczego. Jeśli nasz stary biurowiec, z zaciekami na ścianach, odpryskującą i spaloną tapetą, wybitymi oknami i zepsutymi instalacjami wszelkiego typu był na swój sposób przytulny, tak to ‘’coś’’ było jego całkowitym przeciwieństwem.
Ukyo Inaba załatwił nam dostęp do jednego ze jego starych magazynów, którego już nikt nie używał. Wszystko cudownie, w końcu to magazyn. Magazyny są duże. A i owszem. Gorzej jak zabronili nam przebywać w większej części. Pan Inaba tłumaczył to tym, że urzędując na parterze zwracalibyśmy zbyt dużą uwagę i że są tam wszystkie rzeczy… Tak więc na powierzchni mieliśmy dostęp do zaledwie dwóch pomieszczeń – jednego, o ironio,  na magazyn, drugie ze względu na miarową sterylność zostało „odziałem medycznym”.
Reszta Kaminari została przeniesiona do piwnic. Nie były to może piwnice w samym tego słowa znaczeniu, ale określenie przylgnęło podczas pierwszego buntu, który wszczęto widząc rozkład pomieszczeń. Schodząc pod ziemię trzeba było zejść rozwalającymi się schodami, przejść przez ogromne, metalowe drzwi i jeszcze trafić na włącznik światła.
Oświetlenie składało się z pojedynczych żarówek wystających z sufitu w losowych miejscach. Dziwne, że w ogóle to świeci. Rozejrzałam się beznamiętnie po naszym głównym pomieszczeniu, imitującym podziemny magazyn. Sprawowało to teraz formę pokoju dziennego: porozstawiano tutaj jakieś stęchłe kanapy i dywany, w jednym z kątów stały rozkładane, plastikowe krzesła i stoły, a mniej-więcej na środku przy ścianie stało prowizoryczne palenisko, które stało zgaszone od wielu dni.
W pomieszczeniu siedział jedynie Kotaro, poczytując jakąś okurzoną książkę. Oderwał na chwilę od niej wzrok i pomachał mi. Odpowiedziałam krótkim uśmiechem.
Następnie skręciłam i spojrzałam krzywo w stronę „organu dowodzenia” – czyli trzech niewiele większych od przeciętności pomieszczeń, które zagospodarowano jako biuro, archiwum i salę ćwiczeń. Westchnęłam, czując ciarki. Wszystko było takie… puste. A te szare, popękane ściany dopełniały nastroju przygnębienia. Fumiya cały czas powtarzał, że z takimi obsuwami z kasą cud, że cokolwiek stoi w tych pomieszczeniach. No i, że stary budynek meblowali przez jakieś 2 lata. Cudownie.
Ruszyłam długim, wąskim korytarzem, który oświetlany był raptem trzema migającymi żarówkami. Wzdrygnęłam się, gdy po stąpnięciu w kałużę rozległo się echo. O tej porze Kaminari było wymarłe, a większość osób znajdowało się w terenie albo po prostu się włóczyło po mieście. Doszłam do swojego pokoju, wzdychając. Było tu raptem 18 małych klitek, a nas 33. Pomieszczeń i tak było więcej niż z początku, bo po długich namowach podzielono je jeszcze prowizorycznymi ściankami, by nie mieszkać większymi grupami.
I tak właśnie wylądowałam w niewielkiej klitce z Ayako. Weszłam do pokoju z westchnieniem. Pokój wcale mnie nie uspokajał. Stały tu dwa tanie łóżka, kanapa przypominająca stertę worków i regał na wszystko. Nawet mieszkając we dwójkę miałam wrażenie, że jest tu przeraźliwie pusto.
- Ayako? – zawołałam, ale odpowiedziała mi cisza.
Spojrzałam na jej posłane łóżko. Czyli nie wróciła na noc.
- Co ty do cholery odwalasz, Ayako? – mruknęłam pod nosem, szukając jakiejś czystej bluzy. Przyjaciółka pojechała wczoraj po południu w odwiedziny do rodziny, ale sądziłam, że wróci około północy.
Podniosłam jej poduszkę i zamknęłam oczy, walcząc z falą uczuć. Cały czas trzymała te zniszczone oprawki Takiego. Odłożyłam poduszkę na miejsce i przebrałam się. Potem rozejrzałam się po pokoju, nie wiedząc co ze sobą począć. W końcu rzuciłam się na łóżko, oddając się rozmyślaniom, od których tak bardzo usiłowałam uciec.
Zdrada.
Na samą myśl o tym przechodziły mnie dreszcze. Walka z wrogami to jedno. Ale posiadanie zdrajcy między sobą to jak wojna z samym sobą. A w takiej sytuacji przegramy wszyscy.
A wszystko powoli się uspokajało. Szlag by to.
Wzięłam głęboki oddech, usiłując pomyśleć o tym spokojnie. Ale wtedy do mnie dotarło to, co tak bardzo przeraziło Mako. Od kilku miesięcy nikt nie dołączył do nas na dłużej niż tydzień, a wszyscy członkowie byli tutaj co najmniej od roku. Czyli ktoś jest informatorem od bardzo długiego czasu.
Rozległ się huk. Zerwałam się gwałtownie, rozglądając się wokół z zdezorientowaniem. Widząc co się stało, wybuchłam śmiechem.
- NO ŻESZ BY TO! – wrzasnęła Miyako, stojąc za ‘’prowizoryczną” ścianką.
Jedna z postawionych blach spadła i zawalała jej połowę pokoju.
– Ja chciałam tylko podsunąć biurko pod to cholerstwo!
- To nigdy nie przestanie być zabawne. – zdusiłam śmiech i wyszczerzyłam się do dziewczyny. Miyako rozluźniła się lekko. – Dobra, pomogę ci to postawić.
Siłowałyśmy się z tym przez kilka minut, a ja odetchnęłam z ulgą, gdy kawał metalu stał na swoim prawowitym miejscu. Przeszłam do pokoju obok, zaglądając czy Miyako jest w całości.
- Nie ma Miyoko? – zdziwiłam się, opierając się o framugę.
- Nie, znalazła coś z eskortą, ale chcieli tylko jedną osobę. – westchnęła, podsuwając ostrożnie biurko pod blachę.
Uśmiechnęłam się z rozbawieniem. Czasem to bardzo bliskie sąsiadowanie ze wszystkimi było po prostu irytujące, ale bliźniaczki okazały się wyjątkowo zabawnymi pół-współlokatorkami. Gorzej, gdy nasza ścianka przedziałowa w środku nocy waliła się w gruzy.
- Mam nadzieję, że szybko skombinujemy jakąś kasę na przebudowę chociaż sypialni. – rzuciłam, rozglądając się po ich pokoju, który wyglądał równie ponuro co cała reszta.
- Przebudowa jak przebudowa, ważne by nam coś zrobili z tą blachą. Wszyscy mają jakoś mądrzej to zrobione, a my co? – prychnęła z udawanym oburzeniem. – Kiedyś się spikniemy i zwalimy tą blachę kilka razy w środku nocy. – uśmiechnęła się do mnie niecnie.
- Umowa stoi. – roześmiałam się i już wychodziłam, gdy zatrzymało mnie jeszcze pytanie Miyako.
Nie było ono dziwne, niepokojące, tylko najzwyklejsze jakie mogła zadać towarzyszka broni z tej samej organizacji. Ale i tak zastygłam w bezruchu, niewytłumaczalnie zmrożona przez instynkt.
- W ogóle Ichigo, nie miałaś być z Mako na jakieś misji?
Umysł wrzeszczał jakieś ostrzeżenia, ale z trudem zachowując pozory uśmiechnęłam się naturalnie.
- Przed chwilą wróciłyśmy. Właśnie idę się rozliczyć z Mako – odpowiedziałam i zniknęłam za drzwiami.
Serce mi waliło, a mnie coraz bardziej ogarniała groza całej sytuacji. To Miyako mogła być zdrajczynią. To mógł być Kotaro, który spokojnie poczytywał sobie książkę w salonie. To mógł być każdy.
Przyśpieszyłam, czując, że jest źle. Bardzo źle.
Zaczęło się. Ta cała paranoja z szukaniem zdrajcy. Zaczęło się.
***
Mako opierała się o ścianę obok drzwi do biura. Wpatrywała się beznamiętnym wzrokiem w sufit, ale gdy tylko usłyszała moje kroki, posłała mi krótkie spojrzenie i skinięciem głowy nakazała mi wejść do środka.
Pomieszczenie do złudzenia przypominało stare biuro – jedna ściana była obstawiona regałami, w odległym kącie stała zapadnięta kanapa, a przez środek ciągnął się długi stół z niepasującymi do siebie fotelami obrotowymi. Jedyną zmianą był wolny lewy kąt – na razie stało tu tylko biurko należące do stratega. Szef obiecał jeszcze jakiś lepszy sprzęt, ale czy się go doczekamy to inna historia.
- Ichi? – spojrzałam ze zdziwieniem na Tsuneariego, który siedział wraz z Tokajim na komodzie. Chłopak wpatrywał się we mnie z równym oszołomieniem co ja w nich.
- Nie wiedziałam, że już wróciliście. – rzuciłam neutralnie na powitanie.
- Ktoś mi wytłumaczy co akurat ona tu robi? – mruknął Tokaji, posyłając mi krótkie spojrzenie. Burknęłam coś pod nosem i rozejrzałam się po reszcie pokoju.
Obok mnie stała Mako, ignorując całkowicie naszą rozmowę. Na honorowym miejscu siedział Fumiya, przeglądając ze znudzeniem jakieś segregatory, a Omitsu spoglądała mu przez ramię.
I tyle.
Woląc się nie odzywać, podeszłam do chłopaków i siadłam obok nich na komodzie. Mako nadal stała przy wejściu i obserwowała obecną część dowództwa. Fumiya nadal milczał, dopisał coś do kartoteki i zamknął z hukiem segregator.
- Dobra. – mruknął, obracając się do nas połowicznie na fotelu obrotowym. – Mako, nikt więcej się nie kręcił po korytarzu.
- Nie. – odpowiedziała krótko i przysiadła na workowatej kanapie.
- No to trzeba w końcu to zacząć… - rozpoczął z gniewną nutą.
- Ej, chwila. Nas jest tu szóstka, Sotomura. Szóstka. – podkreśliła z naciskiem, krzyżując ręce na piersi. – A co zrobisz z pozostałą 27 ludzi z organizacji?
Tokaji przywrócił oczami i mruknął coś o „zamiłowania do utajania informacji”, a Tsuneari uniósł dłoń do góry, jakby był w szkole. Odchrząknął.
- Pragnę zauważyć, że my z Tokajim dopiero tu wróciliśmy i nie mamy zielonego pojęcia co się dzieje. – powiedział, uśmiechając się niepewnie.
Omitsu prychnęła, ale raczej na szefa niż na chłopaka.
- A rób co chcesz. – jęknęła i opadła na kanapę obok rudowłosej.
Fumiya podparł czoło na dłoni i myślał o czymś przez chwilę. Na jego twarzy malowała się konsternacja, jakby naprawdę nie wiedział od czego zacząć. Tsu posłał mi pytające spojrzenie, ale potrząsnęłam krótko przecząco głową. Atmosfera robiła się coraz gęstsza i nawet Tokaji rozejrzał się po zebranych, nie odzywając się ani słowem.
Szef w końcu westchnął.
- Dobra… Cała ta sytuacja naprawdę mnie martwi i mam nadzieję, że jak najszybciej się to wyjaśni… - przejechał dłonią po włosach, po czym jego czarne oczy spoważniały. – Najprawdopodobniej mamy szpiega. – oznajmił z dozą chłodnego gniewu. – A ci, którzy są tutaj, to jedyne zaufane osoby. – dodał, nim ktokolwiek zdążył coś wtrącić.
Zagwizdałam, widząc wokół siebie raptem pięć osób. Czyli jest jeszcze gorzej niż przypuszczałam.
- Że co. – wydusili Tsu i Tokaji w jednym momencie. Od razu też obrzucili się zirytowanym wzrokiem. W końcu Tsuneari tylko przewrócił oczami i odezwał się niepewnie: - To nie jest jakiś przekręt? Nikt nie dołączył do nas od czasu ostatniej walki, a nie chce mi się wierzyć, że ktokolwiek ośmieliłby się zdradzić.
- Ja też. – przytaknął mu Fumiya. – Ja też. – powtórzył ze zmęczeniem.
- Mamy jakieś rzeczowe dowody? – spytał Tokaji z swoją naturalną dozą ignorancji i nonszalancji. – Czy po prostu potrzeba wam jakieś nowej paranoi?
- Wzięłam misję na obrzeżach Saitamy. – odparła spokojnie Mako. – Wzięłam ze sobą Ichigo, w sumie tylko do towarzystwa. Zwykła misja, by wyeliminować jakiegoś pomniejszego inwestora. Tylko, że Fubuki doskonale wiedziało, o której będziemy i gdzie. – wytłumaczyła pobieżnie.
- Plus wspominali coś, że ich „kontakt nie okazał się blefem”. – rzuciłam.
Fumiya splótł palce i zamyślił się na chwilę. Omitsu obrzuciła krótkim spojrzeniem wszystkich zebranych i uniosła oczy ku niebu.
- Tokaji ma rację, popadamy w paranoję. – mruknęła z irytacją. – Przecież na to może być dużo innych logicznych rozwiązań. Na przykład ten facet wiedział, że ma wrogów i sobie ich wynajął. Albo pomyliłyście budynki. Albo oni też mieli go zabić. Albo, jako już najczarniejszy scenariusz, przyjmijmy, że włamali się nam do systemu.
- Tyle, że my nie mamy systemu. – zauważył Tsuneari, patrząc się na zakurzone pudło, które miało być komputerem. – Przynajmniej na razie.
Omitsu obrzuciła go groźnym spojrzeniem, a chłopak uniósł dłonie w obronie, wzruszając ramionami. Oparła się o biurko, czekając na reakcję szefa.
- Omitsu, nie ważne jak na to spojrzysz, nie pasuje żadne inne wytłumaczenie. – powiedział z napięciem w głosie Fumiya. – Zwłaszcza, że ci faceci powiedzieli nam w twarz, że Fubuki ma do nas wtyczkę.
- Jak jesteś taki mądry to się ich szefa zapytaj. – prychnęła, nie chcąc dać za wygraną. Po chwili złagodniała i spojrzała po zebranych z ciekawością. – A tak w ogóle ktoś wie, kto teraz nimi dowodzi?
Dostrzegłam kątem oka jak Mako drgnęła i od razu domyśliłam się, że jeszcze nie przekazała informacji o Katherine. Na samo wspomnienie tej kobiety przechodziły mnie ciarki. Rudowłosa odchrząknęła i spojrzała przeciągle na szefa, za bardzo nie wiedząc jak to wytłumaczyć. Z każdą sekundą oczy Fumiyi rozszerzały się coraz bardziej.
- Co do tego… To mamy mały problem. – oznajmiła, zachowując spokój.
- A przez problem co mamy rozumieć? – spytała z naciskiem Omitsu, świdrując zabójczynię wzrokiem. Mako uciekła od kontaktu wzrokowego, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie.
Westchnęłam, woląc nigdy tego nie mówić.
- No, bo tak jakby… Katherine Zayan żyje.
Zapadła martwa cisza. A po sekundzie Omitsu zerwała się na równe nogi.
- Niemożliwe, przecież Tsuneari ją zabił! – wykrzyknęła z oburzeniem. – TSU! – wydarła się na niego, oczekując wyjaśnień.
Chłopak również stanął na równych nogach, zeskakując z komody.
- No, bo ją zabiłem! – krzyknął z oburzeniem. – Raczej.
- Raczej? – powtórzył za nim Tokaji, również ożywiając się na tę wieść.
- Zawaliłem jej tak w skroń, że powinna zejść od razu, a po za tym krwawiła. Normalny człowiek powinien się już dawno wykrwawić. – wytłumaczył szybko. – A ja miałem rannego cywila!
Fumiya nie włączał się do rozmowy i analizował coś z konsternacją na twarzy. Przyglądałam się mu kątem oka, ale większą część mojej uwagi przyciągały wzajemne wrzaski Omitsu i Tsuneariego. Kobieta opierniczała go z góry na dół, ale chłopak się dzielnie wybraniał.
- Przypomnę ci jeszcze, że posłaliście mnie samego. Do Ikkebukuro. Na czwórkę uzbrojonych zabójców. W tym szefową. SZEFOWĄ, Omitsu. – podkreślił ze złością cud. – Ja bardziej martwiłem się o to, czy wrócę niż o to w ile ona się będzie wykrwawiać!
- Ale Katherine nie umie walczyć, tylko dowodzi! – rzuciła ze złością zastępczyni.
- Nie byłabym tego taka pewna. – wtrąciłam, przypominając sobie jak kobieta wbiła sztylet idealnie w głowę tamtego faceta i to celując między mną i Mako.
Tsuneari wykonał krótki gest zwycięstwa, a ja przygotowałam się na kolejną część kłótni. Bo szczerze, też wściekłabym się na miejscu Omitsu. Tokaji obserwował ich, siedząc obok i z trudem powstrzymując się od złośliwych komentarzy.
- No już, uspokójcie się. – zawołał szef, a my mimowolnie umilkliśmy. – Dlaczego blondynki zawsze sprawiają tyle problemów… - westchnął, ale spoważniał szybko, a na jego twarzy malowała się teraz zimna wściekłość. – Pojawienie się w tym wszystkim Katherine niczego nie ułatwia, a jedynie komplikuje. Ciekawi mnie tylko kogo trzeba będzie ukatrupić za współpracę.
- Łatwiej byłoby prowadzić śledztwo z strategiczką i księgowym. – mruknął Tsuneari. – Dlaczego nie uwzględniłeś w tym wszystkim Mikuru i Hirokiego? W ogóle z jakiej racji jesteśmy tu z Tokajim?
- No dzięki. – mruknął czarnowłosy.
- Oj, doskonale wiesz o co mi chodzi.
- Z tej racji. – powiedziała Omitsu, nakazując nam podejść do biurka.
Fumiya otworzył zamaszyście segregator, a naszym oczom ukazała się dokładna rozpiska wykonywanych czynności wszystkich członków Kaminari z ostatnich dwóch dni. Zagwizdałam z podziwem.
- Zacznę od początku: ja jestem dowódcą, więc siłą rzeczy nie mogę zdradzić własnej organizacji. Omitsu znam od ponad 14 lat i niestety spędzam z nią jakieś 19 godzin na dobę. – na słowo niestety kobieta wbiła mu łokieć między żebra. – Idąc dalej, Mako wzięła tą misję i narażała siebie na niebezpieczeństwo, co wyklucza szpiegostwo. To samo tyczy się Ichigo – bezsensowne dla szpiega byłoby się tak szybko ujawniać. A jeśli chodzi o ciebie i Tokajiego, Tsu… Sprawdziłem wasze kartoteki. Wyjechaliście do Kobe ze zleceniem trzy dni temu, a sama sprawa z tym inwestorem wpłynęła wczoraj. – urwał na moment i otworzył na stronie z Mikuru i Hirokim. – Jeśli chodzi o Mikuru, jest strategiem i ma 24-godzinny dostęp do wszystkich informacji i byłaby najlepiej usytuowanym szpiegiem jakiego Fubuki mogłoby mieć. A Katherine jest wygodna. Z kolei Hiroki kręcił się po Saitamie jakieś 2 godziny po zgłoszeniu tego zlecenia. Muszę to jeszcze zweryfikować.
W pokoju zapanowała cisza, a wszyscy wpatrywali się ze zdumieniem to w segregator, to w szefa, a Fumiya w końcu obrzucił nas zbulwersowanym wzrokiem.
- Ja wiem, że nie wierzyliście w moją inteligencję, ale nie zostałem szefem dlatego, że przyjaźniłem się z Aratą. A poza tym co wy myślicie, że robię przesiadując całe dnie w tym zatęchłym biurze? Piję na umór?
- I tak cuchnie od ciebie alkoholem. – stwierdziła spokojnie Mako, a Tsuneari zabrzęczał opustoszałą butelką po whisky.
Omitsu machnęła na nich dłonią, nachylając się przez ramię mężczyźnie.
- Czyli najbardziej podejrzanymi są ci, którzy przebywali w tych godzinach poza organizacją i w nieokreślonych miejscach? – powiedziała pod nosem, zastanawiając się nad czymś.
- Teoretycznie. Większość osób szybko wykreślę z listy podejrzanych. Przynajmniej mam taką nadzieję. – westchnął dowódca. – Ale tak na razie, nie wiecie czy ktoś zachowywał się podejrzanie, czy po prostu zniknął od tamtego czasu. Wolę tego nie przeoczyć i na wszelki wypadek zweryfikować.
Oblał mnie zimny pot, kiedy zdałam sobie sprawę z jednego faktu. Ayako.
Przyjaciółka wybyła z organizacji dość nagle, teoretycznie wystarczająco dużo czasu po wpłynięciu zgłoszenia, by dowiedzieć się o nim czegokolwiek. I nie wróciła do tej pory. Ichigo, stop. Przecież Ayako pojechała do rodziny.
W końcu się nie odezwałam i zgrywałam obojętną. Reszta osób też pokręciła głową. Fumiya w końcu mruknął coś pod nosem i napisał coś w dzienniku. Skinął w stronę Mako, a kobieta podeszła bezszelestnie do drzwi i odtworzyła je gwałtownie. Korytarz świecił pustkami. Rudowłosa zamknęła je i oparła się o nie.
- Czysto, nikt nie podsłuchiwał. – oznajmiła.
- Świetnie. – przytaknął Fumiya. – Dobra, dzieciaki nie zatrzymuję was dłużej. Idźcie i zajmijcie się sobą, my jeszcze coś posprawdzamy. Ale jedna prośba – nie zapuszczajcie się sami w jakieś podejrzane miejsca – wolałbym nie zawężać jeszcze bardziej kręgu zaufanych ludzi.
***
Po krótkiej dyskusji uznaliśmy, że ściany w naszych pokojach są zbyt cienkie, by rozmawiać o utajnionych sprawach, nawet szeptem, więc wyszliśmy na zewnątrz. Obszar za magazynem był bardzo zapuszczony, ale jedno z drzew nadawało się idealnie na wspinaczkę. Stara rozłożysta wierzba ukryta w cieniu wyższych drzew.
Tokaji wskoczył na drzewo jako pierwszy, nawet się na nas nie oglądając i zajął najwyższą gałąź. Tsuneari wskoczył na rozgałęzienie i wyciągnął do mnie dłoń. Spojrzałam na niego z godnym politowania uśmieszkiem, ale przyjęłam pomoc. Chwilę później siedziałam na tej samej gałęzi co Tokaji, tylko trochę niżej, a Tsuneari balansował na przeciwległej stronie.
- To wszystko jest jakieś dziwne. – rzucił z przekąsem, rozkładając ramiona i idąc cały czas do przodu. – Nie chce mi się wierzyć, że ktoś z naszych zdradził.
- Będzie zabawnie jak okaże się, że ktoś szpieguje, dajmy na to od trzech lat. – prychnął lekceważąco Tokaji, jakby cała ta sytuacja była dla niego formą rozrywki.
- Nie chciałbym być w skórze tej osoby jak nasi się do niego dorwą. – mruknął Tsu, siadając w końcu na gałęzi.
- Skończy się podobnie jak z tym gościem z okolic listopada? – spytałam, przywołując w pamięci obraz faceta, który dość długo u nas nie bawił.
- Gorzej. – powiedzieli w tym samym momencie, kiwając ze zrozumieniem głowami. Przewróciłam oczami.
- W ogóle, Ichi… - mruknął Tokaji, wbijając we mnie wzrok. – Czemu nie powiedziałaś, że Ayako nie ma od wczoraj? – spytał, wpatrując się we mnie bacznie.
- Skąd ty w ogóle o tym wiesz, co? Nie było was od trzech dni. – mruknęłam podejrzliwie, czując, że zanosi się na sprzeczkę.
- Zauważyłem. – burknął w odpowiedzi, prostując się. – I nie uciekaj od mojego pytania. – dodał groźnie, napinając mięśnie.
Zmrużyłam w odpowiedzi oczy, licząc, że sobie odpuści.
- Oj, Tokaji daj spokój. – jęknął Tsuneari siadając idealnie między nami, jakby to miało powstrzymać nas od skoczenia sobie do gardeł. – To tak jakby Ichigo zależało na zesłaniu podejrzeń na Ayako. A tak się po prostu nie robi.
- Co nadal nie wyjaśnia ukrycia jej nieobecności. – powiedział Tokaji, coraz bardziej cięty. – Chyba, że jest coś do ukrycia.
Poczułam jak moje dłonie mimowolnie zwinęły się w pięści i nim Tsuneari znów spróbował przemówić nam do rozsądku, syknęłam ze złością:
- Czy ty mi coś insynuujesz?
- Może? – wykrzywił usta w kpiącym uśmiechu.
- Ja pitole, czy wy nie możecie przeżyć chociaż godziny bez tych ciągłych kłótni? – jęknął Tsuneari, rozciągając się ze znudzeniem. – Po kilku miesiącach zrobiło się to przewidywalne, ale nadal męczące. Dla mnie.
- To już nie moja wina, że ona tak reaguje na zwykłe przypuszczenia…
Stanęłam na równe nogi, gotowa zrzucić go na zbity pysk z tej wierzby, ale Tsuneari powstrzymał mnie ramieniem, wbijając już podirytowany wzrok w przyjaciela.
- Tyle, że to nie brzmi jak przypuszczenia tylko oszczerstwa. Przynajmniej w twoim ustach, Tokaji. – mruknął niskim głosem, mierząc się wzrokiem z czarnowłosym. Tokaji zmarszczył czoło i w końcu przerwał bitwę na spojrzenia.
- Mniejsza z tym. – rzuciłam na pojednanie. – Mnie jeszcze tylko zastanawia dlaczego nie było Ryutaro.
- Jest końcówka miesiąca. – odpowiedział mi Tsu, wracając do swojej naturalnej, spokojnej postaci. – Pewnie znowu pojechał po zapasy lekarstw i tak dalej…
- Cholera. – syknął Tokaji, sięgając do kieszeni. Wyciągnął z niej nieduży pojemniczek, typowo lekarski i spojrzał do niego krytycznie. – Jasna cholera. – powtórzył ze złością, wysypując ostatnie trzy tabletki na dłoń. – Nie powiedziałem Ryutaro, że mi się to kończy.
Przyjrzałam się podejrzliwie rzekomym lekarstwom, ale nim zdążyłam zapytać ubiegł mnie Tsuneari, który chwycił przyjaciela za nadgarstek z malującym się gniewem w ciemnobrązowych oczach.
- Czy to ci nie miało wystarczyć do końca kwietnia? – spytał z naciskiem.
Tokaji na chwilę uciekł od niego wzrokiem, po czym zacisnął palce wokół tabletek i wyrwał się z uchwytu przyjaciela. Tsuneari nadal czekał na jego odpowiedź, teraz skrzyżował ramiona na piersi. Czarnowłosy posłał nam krótkie spojrzenie i połknął tabletki na raz. Tsu groźnie zmrużył oczy.
- Czy ty już trochę nie przeszkadzasz? – warknął. – Już dzisiaj to brałeś.
- Zamknij się. – odburknął Tokaji. – To mi pomaga.
Przez myśl mi przemknęło, że chłopak dostawał po jednej tabletce dziennie od Ryutaro w styczniu, by mógł w miarę uśmierzyć ból od ran. Poczułam ukłucie niepokoju, widząc, że nadal bierze te podejrzane leki.
- Dobra, idę poszukać pana lekarza. – mruknął po chwili napiętej ciszy i zeskoczył z drzewa. Odwrócił się jeszcze by się pożegnać, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie o przesądzie i opuścił uniesioną dłoń, odwracając się od nas.
Tsuneari patrzył się za nim dopóki nie zniknął z pola widzenia, po czym z głośnym westchnieniem opadł na gałąź, wplatając palce we włosy. Przyjrzałam się mu, po czym powędrowałam wzrokiem za czarnowłosym. Zimna dłoń zacisnęła się na moim gardle.
- Tsuneari…
Chłopak podniósł na mnie zdenerwowane spojrzenie, ale widząc mój zmartwiony wzrok, uśmiechnął się ciepło, prostując się z powrotem.
- Ichi, naprawdę nie ma się czym jeszcze zamartwiać. – powiedział czule. – Zaufaj mi, jak nie da sobie z tym spokoju, wybiję mu to z głowy do końca miesiąca. – obiecał dumnie, kładąc pięść na sercu.
Uśmiechnęłam się, trochę rozluźniając.
- Na serio nic sobie nie zrobi? – spytałam jeszcze, marszcząc czoło.
- Masz moje słowo. – przytaknął Tsuneari. – Ale za Ryutaro nie ręczę. Znowu zrobi mu Armagedon z tymi tabletkami. – zaśmiał się, lecz szybko ucichł.
Zapadła cisza, przerywana szumem liści poruszanych przez wiatr. Westchnęliśmy prawie w tym samym momencie i spojrzeliśmy na siebie ze zrozumieniem.
- Martwi mnie to wszystko. – powiedziałam cicho. – Zaczynało się powoli uspokajać.
- Czasem mam wrażenie, że im bardziej technologia pójdzie do przodu, tym mniej będzie oczekiwanego spokoju. Trochę to ironiczne. – dodał z przekąsem. – Najbardziej mi szkoda Fumiyi.
Spojrzałam na niego pytająco, dając znak by kontynuował.
- No bo spójrz na to z tej strony, Ichigo… On daje nam największy kredyt zaufania, a tu proszę, prawdopodobnie ktoś wbił nam nóż w plecy. Pewnie zamęcza się, że nie zauważył tego szybciej. – mruknął. – Wiesz… Kiedy Arata nami dowodził przez te 7 lat nie przepuścił przez nasze bramy żadnego szpiega. Często powtarzali mu, że jest zbyt pobłażliwy, praktycznie dołączał do nas każdego kto tu przychodził, ale nigdy nie popełnił błędu. Miał przerażający zmysł do ludzi. Między innymi dlatego tu jestem. Fumiya z kolei był dużo bardziej podejrzliwy i zawistny, ale jako dowódca takiej małej organizacji nie mógł sobie pozwolić na pozbywanie się ludzi…
- Rozumiem. Też czułabym się podle, jakby się okazało, że ktoś komu pozwoliłam dołączyć jest zdrajcą. – przerwałam mu cicho i zeskoczyłam z drzewa.
Tsuneari wylądował po chwili obok mnie.
- Szczerze mam nadzieję, że to nie będzie nikt kogo jakoś bardzo lubię. – zakończył jeszcze i ruszył w stronę magazynu. Powoli się ściemniało.  
- Idziesz sprawdzić co z Tokajim? – spytałam, gdy skręcił w stronę gabinetu Ryutaro.
- Nie, idę sprawdzić, czy Ryu go nie rozszarpał. – zaśmiał się. – Miałem wrażenie, że Ayako mi mignęła. – rzucił jeszcze przez ramię, a ja skinęłam z podziękowaniem głową.
***
I chłopak się nie mylił. Ayako kręciła się po naszym pokoju na oko dopiero od kilku minut. Stanęłam w progu z założonymi rękoma, czekając na jakieś wyjaśnienia. Dziewczyna jednak nie zwróciła na mnie uwagi i rozpakowywała torbę. Po chwili spojrzała na mnie pytająco.
- No co tak sterczysz?
Westchnęłam i usiadłam naprzeciw niej na swoim łóżku.
- Czyś ty oszalała?
- Szaleństwo to pojęcie względne. – odparła z zawadiackim uśmieszkiem. – Ale tak na serio przepraszam, że tak nagle pojechałam do rodziców. I za to, że nie odbierałam telefonów. Wiesz, że nie chcę ryzykować, że rodzeństwo się czegoś dowie.
- Mogłaś chociaż wysłać SMS’a, że zostajesz tam na noc. – mruknęłam.
- Nie przesadzaj. – przewróciła oczami. – A co niby takiego się stało, że miałabym się meldować? – zaśmiała się.
Nie odpowiadałam przez dłuższy moment ani nie uśmiechnęłam się do niej, więc dziewczyna spoważniała po chwili i przekrzywiła głowę.
- No dooobra. – przeciągnęła. – Co jest?
- Ayako, musimy pogadać. – powiedziałam spokojnie. – Ale ostrzegam, że to dość długa histo…
Nie dokończyłam, bo drzwi do naszego pokoju otworzyły się z hukiem, a do środka wpadła Miyako. Po sekundzie nasza blaszana ścianka działowa runęła z hukiem. Znowu.
- Ichigo! – wysapała. – O, cześć Ayako. – rzuciła spokojnie w stronę brązowowłosej. – Mamy problem! – wykrzyknęła ponownie w moją stronę.
- Jezu, zawału można…
- Nie gadaj, tylko chodźcie za mną. – powiedziała szybko i zniknęła w korytarzu.
Spojrzałyśmy po sobie z Ayako i synchronicznie wzruszyłyśmy ramionami. Wychyliłam się za drzwi, rozglądając z ciekawością po wąskim korytarzu, który wydał się jeszcze mroczniejszy z malującą się w ciemnościach sylwetką Miyako.
- Ale co jest grane?
- Chodzi o tą eskortę, którą wzięła Miyoko. 

1 marca 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Prolog

Prolog

~ Koniec marca 2004r.
To była jedna z tych szablonowych misji. Zwyczajne zlecenie, by kogoś „usunąć”. Odbywało się dość daleko od organizacji, ale po kilku miesiącach wyjazdy powoli wracały do łask, a widmo rzezi zacierało się w naszej powierzchownej pamięci. Tak więc, gdy Mako spytała  mnie czy jej nie potowarzyszę, nawet przez myśl mi nie przemknęło, że stanie się coś złego.
Byłyśmy kilkadziesiąt kilometrów od Tokio, na samych obrzeżach Saitamy. Miałyśmy się pozbyć jakiegoś inwestora o nazwisku Honjou, nawet nie zapamiętałam jego imienia. Szczerze, ledwo rzuciłam okiem na zdjęcie, wiedząc, że i tak to Mako się nim zajmie, a ja na wszelki wypadek kryję tyły.
Zamek od drzwi cicho kliknął, roztaczając paskudnie głośne echo po opustoszałym biurze. Rudowłosa skinęła na mnie głową, porozumiewając się krótkim spojrzeniem. Zaczęłyśmy się skradać, nadal pamiętając o dozie ostrożności. Za jednymi z drzwi dosłyszałam skrzypnięcie i obie zastygłyśmy w bezruchu. Mako wyprostowała się, a ja położyłam dłoń na rękojeści miecza. Kobieta otworzyła drzwi z łoskotem.
Wbiegła do środka i zawahała się, a ja na nią wpadłam z głośnym syknięciem.
- Co jest, do…?
- To nie on. – oznajmiła beznamiętnie, stwierdzając fakt.
Wzdrygnęłam się i obrzuciłam faceta spojrzeniem. Był ubrany w wygodne, czarne ubranie, a przy boku połyskiwał miecz. Zdecydowanie nie wyglądał na faceta, który jest zdziwiony naszym przybyciem. Ani tym bardziej na inwestora.
- Co jest grane? – syknęłam, wyciągając miecz i kierując go w stronę faceta. Chwilę później usłyszałam kroki za nami. W drzwiach pojawiło się jeszcze dwóch mężczyzn. – Noż cholera.
- Mamy przeciek? – mruknęła rudowłosa pod nosem, również przybierając bojową pozycję.
Zabójcy okrążyli nas w tym wąskim pomieszczeniu, a stal na ich ostrzach połyskiwała groźnie. Skrzywiłam się. To nie są najlepsze warunki do walki.
- Czyli nasz kontakt nie jest tylko blefem. – stwierdził ten, który czekał na nas w pokoju.
Drgnęłam z niepokojem. Kontakt? Jaki kontakt?
Gdy pozostali rozciągnęli usta w kpiącym uśmiechu i prychnęli krótko, Mako odchrząknęła i obrzuciła ich lodowatym spojrzeniem.
- Panowie wybaczą, ale najwyraźniej nastąpiła jakaś pomyłka. – powiedziała, patrząc się przeciągle na prawdopodobnego dowódcę. – Szukałyśmy innego celu, więc jeśli to nie będzie kłopotem, pójdziemy szukać go dalej, bez zbędnych kłopotów. – spojrzała na nich wyczekująco, ale tylko się roześmiali.
- A szanowne panie wybaczą, ale nasz klient miał być zabity przez najemników z Kaminari. – przedrzeźnił kobietę jeden z zabójców. – Więc bez rozlewu krwi się nie obejdzie.
- Głupcy. – mruknęłam pod nosem, gdy Mako jak zwykle bez zbędnych emocji wyciągnęła miecz z pochwy i przecięła nim ze świstem powietrze.
- No to zaczynamy.
Ruszyłyśmy na przeciwników. Obróciłam się płynnie w stronę drzwi, biorąc szeroki zamach na dwóch, stojących tam facetów. Kątem oka dostrzegłam jak Mako atakuje ostatniego. Było tu tak mało miejsca, że mogłam z łatwością dosłyszeć ich rozmowę.
- Skąd jesteście? – ton głosu kobiety był przeszywający.
Zaatakowałam tego bardziej po prawej. Nie wyglądał na wiele starszego ode mnie… Stop. Przestań zapamiętywać ludzi, których masz zabić. Cios spadł na niego niespodziewanie z góry, a chłopak ugiął się pod jego siłą i upadł na ziemię. Walka byłaby przesądzona jeśli byłby sam. Niestety pozostał jeszcze jeden. Obróciłam się, gotowa do zadania ciosu, ale w ostatniej chwili uchyliłam się, a ostrze przemknęło obok mnie.
- A nie rozpoznajesz nas, Anzai? – wypowiedział jej nazwisko z drwiną, której nie mogłam zrozumieć.
- Stul pysk, ty cholerna szujo z Fubuki. – rzuciła chłodno i natarła ponownie.
Mnie atakowano z dwóch stron, ale parowałam ataki z coraz to większą łatwością. Mężczyźni nie wyglądali na spokojnych, co działało na moją korzyść. Im mniej się skupiają na walce, tym łatwiej znajdę błąd w ich ciosach.
- Jesteś pewna, że chcesz zostawić dziewczynkę samą na dwóch facetów? – spytał z ironią, a ja syknęłam ze złością.
Nie cierpiałam tej powierzchowności na temat oceny moich zdolności po wieku, mimo iż w wielu wypadkach działało to na element zaskoczenia. Teraz jednak rozwścieczyło mnie i kiedy jeden z morderców ciął płasko, skrzyżowałam z nim ostrze i szybko wytrąciłam mu broń z ręki. Następnie odbiłam mocno cios spadający na mnie z góry. Młodszy przestraszył się tej gwałtownej reakcji, zwłaszcza, że nic oprócz mojego ramienia prawie nie drgnęło. Z cieniem wyrzutów sumienia dostrzegłam, że z trudem usiłuje odnaleźć pozycję do walki. A potem przeszyłam go mieczem.
- Jesteś pewien, że chcesz zostawić dwóch facetów z tą dziewczynką? – mruknęła Mako z ironią, coraz bardziej przypierając go do ściany. Zostało mu raptem kilka kroków. – A teraz łaskawie mnie oświeć, o jakim kontakcie mówiłeś przed chwilą?
- Ty suko! – uwagę od ich rozmowy odwrócił pozostały mężczyzna, który chwycił broń za późno dla jego koleżki. Znów brał na mnie to samo płaskie cięcie.
A ja tak samo sparowałam je i płynnym ruchem przejechałam mieczem przez całą długość jego ciała. Krew splamiła moje dłonie i bluzę, a ja zaklęłam pod nosem. Przez tyle miesięcy nadal nie mogłam nauczyć się jak wyprowadzać cięcia, by nie spływać po walce krwią.
- Posłuchaj mnie, jakkolwiek się nazywasz. – powiedziała Mako chłodno. Obejrzałam się na nich. Zabójczyni trzymała go na czubku ostrza, podetkniętego pod same gardło. Mężczyzna nie był ranny, ale dyszał ciężko. – Jak widzisz twoi kumple nie żyją. A ja chciałam tego uniknąć.
Mężczyzna rzucił mi nienawistne spojrzenie, gdy stanęłam obok rudowłosej.
- Ale nadal mogę cię oszczędzić.
- Już to widzę. – warknął kpiąco.
Mako wzruszyła ramionami, przepełniona spokoju.
- Wystarczy, że powiesz nam od kogo macie informację o naszej misji. Tylko nazwisko i jesteś wolny. – mruknęłam, domyślając się o co chodzi mojej towarzyszce.
Mężczyzna roześmiał się ponuro.
- Nie ważne co zrobię i tak jestem już martwy. Jeśli wam tego nie powiem, zabijecie mnie. Jeśli to zrobię, ona mnie zabije.
- Kto? – spytała kobieta, przytykając mu ostrze do gardła. Po szyi spłynęła strużka krwi.
Facet jedynie prychnął, patrząc się w jej oczy chytrze. Miałam wrażenie, że kobieta drgnęła, zdawszy sobie z czegoś sprawę.
- Szefowa Fubuki. Rzekomo martwa Katherine Zayan, Anzai – I znów tak samo szyderczo zaakcentował jej nazwisko, ale teraz nie zwróciło to mojej ciekawości. Zbladłam, słysząc imię kobiety. Kobiety, która pomyliła mnie tą pamiętną, sierpniową noc z Tsunearim.
Kobiety, przez którą prawdopodobnie tkwię w tym wszystkim.
Groźnej kobiety, która powinna być martwa.
- A teraz odpowiedz na moje pierwsze pytanie. – powtórzyła Mako, zachowując kamienną twarz.
- A myślałem, że ucieszysz się słysząc, że żyje two… - zaczął, ale urwał gwałtownie, gdy dostrzegł coś w oddali. Krew odpłynęła mu z twarzy, a on uśmiechnął się krzywo. – Zdrajca jest bliżej niż… - zdążył jeszcze zacząć.
Po czym w jego czoło wbił się sztylet, a zwłoki mężczyzny osunęły się na ziemię. Tkwiłyśmy w niedowierzaniu przez moment, po czym obróciłyśmy się powoli, przeczuwając najgorszy możliwy widok. Nie wiem, która z nas zrobiła się bledsza – ja czy Mako.
- Tak myślałam, że powie za dużo. – prychnęła z irytacją Katherine, opierając się o framugę w drzwiach.
Kobieta wyglądała tak samo jak ją zapamiętałam. Była niedużo po 40-stce, a jej blond włosy opadały falami na ramiona. Wpatrywała się w nas jasnozielonymi oczami, które do złudzenia przypominały oczy Mako. Katherine nie była ubrana jak zabójca, a najwyraźniej jej jedyną bronią był ten sztylet.
Położyłam dłoń na rękojeści, ale Mako powstrzymała mnie ruchem ręki.
- Gadaj kto nas zdradził. – rozkazała beznamiętnie rudowłosa.
- Ehh… - Katherine teatralnie zakryła oczy dłonią na kilka sekund. – Ja myślałam, że choć trochę emocji okażesz na fakt, że żyję, kochanie.
- Jedyne co ci mogę okazać, to moje ostrze splamione twoją krwią. – wycedziła chłodno, wpatrując się w kobietę. – Masz zamiar gadać?
- Eh, oczywiście, że nie. – westchnęła kobieta, zapalając papierosa. – Tak samo, jak wy nie zamierzacie walczyć.
Postąpiłam jeden krok do przodu, gotowa by wypruć jej wszystkie flaki.
- O, widzę, że młoda jest wyrywna. – zaśmiała się szyderczo. – Posłuchaj mała, to mój teren. I jeśli spadnie mi choć włos z głowy, moi ludzie zgotują wam i całemu Kaminari istne piekło… - zmrużyła oczy, przypatrując mi się.
Po czym zamrugała ze zdziwieniem i rozciągnęła usta w nienawistnym uśmiechu.
- Nie wierzę, że to akurat ty, Kanegawa. Szczerze to cię nie poznałam, w tej całej krwi i z tym całym… wzrokiem. – powiedziała szyderczo.
- Jeśli nie powiesz kto jest tym pieprzonym zdrajcą, wynoszę się stąd. – mruknęła Mako.
Katherine wzruszyła ramionami, a rudowłosa, ciągnąc mnie za sobą, wyminęła ją i skierowała się do wyjścia. Cała ta sytuacja była bardzo absurdalna. Blondynka jeszcze za nami pomachała i zawołała:
- Zdrajca będzie bardziej zaskakujący niż zdołacie sobie to wyobrazić!
Mako zaczęła kląć pod nosem jak szewc.
- Mako, gdzie my idziemy? – spytałam po kilku minutach, skołowana tym wszystkim.
- Wracamy do Kaminari. – odparła krótko.
- Ale co z…

- Pierdolę to. – rzuciła beznamiętnie, choć widziałam, że powieki jej drgają ze zdenerwowania. – Zdrajca nie będzie czekał wiecznie.