9 marca 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 1

Kiedy ujrzałam budynek Kaminari jednocześnie odetchnęłam z ulgą, a po plecach przebiegły mi dreszcze. Przystanęłam i zmierzyłam magazyn krytycznym spojrzeniem.
Mako spojrzała na mnie krótko, po czym wzruszyła ramionami.
- Dobra, rób co chcesz. Idę z tym od razu do Fumiyi, jakby co to poślę kogoś po ciebie. – rzuciła beznamiętnie i w przeciągu sekundy zniknęła mi z oczu. Uśmiechnęłam się, kręcąc głową. Ruszyłam powoli w stronę budynku.
Od kiedy zmieniliśmy siedzibę, nikt nie mógł przyzwyczaić się do niczego. Jeśli nasz stary biurowiec, z zaciekami na ścianach, odpryskującą i spaloną tapetą, wybitymi oknami i zepsutymi instalacjami wszelkiego typu był na swój sposób przytulny, tak to ‘’coś’’ było jego całkowitym przeciwieństwem.
Ukyo Inaba załatwił nam dostęp do jednego ze jego starych magazynów, którego już nikt nie używał. Wszystko cudownie, w końcu to magazyn. Magazyny są duże. A i owszem. Gorzej jak zabronili nam przebywać w większej części. Pan Inaba tłumaczył to tym, że urzędując na parterze zwracalibyśmy zbyt dużą uwagę i że są tam wszystkie rzeczy… Tak więc na powierzchni mieliśmy dostęp do zaledwie dwóch pomieszczeń – jednego, o ironio,  na magazyn, drugie ze względu na miarową sterylność zostało „odziałem medycznym”.
Reszta Kaminari została przeniesiona do piwnic. Nie były to może piwnice w samym tego słowa znaczeniu, ale określenie przylgnęło podczas pierwszego buntu, który wszczęto widząc rozkład pomieszczeń. Schodząc pod ziemię trzeba było zejść rozwalającymi się schodami, przejść przez ogromne, metalowe drzwi i jeszcze trafić na włącznik światła.
Oświetlenie składało się z pojedynczych żarówek wystających z sufitu w losowych miejscach. Dziwne, że w ogóle to świeci. Rozejrzałam się beznamiętnie po naszym głównym pomieszczeniu, imitującym podziemny magazyn. Sprawowało to teraz formę pokoju dziennego: porozstawiano tutaj jakieś stęchłe kanapy i dywany, w jednym z kątów stały rozkładane, plastikowe krzesła i stoły, a mniej-więcej na środku przy ścianie stało prowizoryczne palenisko, które stało zgaszone od wielu dni.
W pomieszczeniu siedział jedynie Kotaro, poczytując jakąś okurzoną książkę. Oderwał na chwilę od niej wzrok i pomachał mi. Odpowiedziałam krótkim uśmiechem.
Następnie skręciłam i spojrzałam krzywo w stronę „organu dowodzenia” – czyli trzech niewiele większych od przeciętności pomieszczeń, które zagospodarowano jako biuro, archiwum i salę ćwiczeń. Westchnęłam, czując ciarki. Wszystko było takie… puste. A te szare, popękane ściany dopełniały nastroju przygnębienia. Fumiya cały czas powtarzał, że z takimi obsuwami z kasą cud, że cokolwiek stoi w tych pomieszczeniach. No i, że stary budynek meblowali przez jakieś 2 lata. Cudownie.
Ruszyłam długim, wąskim korytarzem, który oświetlany był raptem trzema migającymi żarówkami. Wzdrygnęłam się, gdy po stąpnięciu w kałużę rozległo się echo. O tej porze Kaminari było wymarłe, a większość osób znajdowało się w terenie albo po prostu się włóczyło po mieście. Doszłam do swojego pokoju, wzdychając. Było tu raptem 18 małych klitek, a nas 33. Pomieszczeń i tak było więcej niż z początku, bo po długich namowach podzielono je jeszcze prowizorycznymi ściankami, by nie mieszkać większymi grupami.
I tak właśnie wylądowałam w niewielkiej klitce z Ayako. Weszłam do pokoju z westchnieniem. Pokój wcale mnie nie uspokajał. Stały tu dwa tanie łóżka, kanapa przypominająca stertę worków i regał na wszystko. Nawet mieszkając we dwójkę miałam wrażenie, że jest tu przeraźliwie pusto.
- Ayako? – zawołałam, ale odpowiedziała mi cisza.
Spojrzałam na jej posłane łóżko. Czyli nie wróciła na noc.
- Co ty do cholery odwalasz, Ayako? – mruknęłam pod nosem, szukając jakiejś czystej bluzy. Przyjaciółka pojechała wczoraj po południu w odwiedziny do rodziny, ale sądziłam, że wróci około północy.
Podniosłam jej poduszkę i zamknęłam oczy, walcząc z falą uczuć. Cały czas trzymała te zniszczone oprawki Takiego. Odłożyłam poduszkę na miejsce i przebrałam się. Potem rozejrzałam się po pokoju, nie wiedząc co ze sobą począć. W końcu rzuciłam się na łóżko, oddając się rozmyślaniom, od których tak bardzo usiłowałam uciec.
Zdrada.
Na samą myśl o tym przechodziły mnie dreszcze. Walka z wrogami to jedno. Ale posiadanie zdrajcy między sobą to jak wojna z samym sobą. A w takiej sytuacji przegramy wszyscy.
A wszystko powoli się uspokajało. Szlag by to.
Wzięłam głęboki oddech, usiłując pomyśleć o tym spokojnie. Ale wtedy do mnie dotarło to, co tak bardzo przeraziło Mako. Od kilku miesięcy nikt nie dołączył do nas na dłużej niż tydzień, a wszyscy członkowie byli tutaj co najmniej od roku. Czyli ktoś jest informatorem od bardzo długiego czasu.
Rozległ się huk. Zerwałam się gwałtownie, rozglądając się wokół z zdezorientowaniem. Widząc co się stało, wybuchłam śmiechem.
- NO ŻESZ BY TO! – wrzasnęła Miyako, stojąc za ‘’prowizoryczną” ścianką.
Jedna z postawionych blach spadła i zawalała jej połowę pokoju.
– Ja chciałam tylko podsunąć biurko pod to cholerstwo!
- To nigdy nie przestanie być zabawne. – zdusiłam śmiech i wyszczerzyłam się do dziewczyny. Miyako rozluźniła się lekko. – Dobra, pomogę ci to postawić.
Siłowałyśmy się z tym przez kilka minut, a ja odetchnęłam z ulgą, gdy kawał metalu stał na swoim prawowitym miejscu. Przeszłam do pokoju obok, zaglądając czy Miyako jest w całości.
- Nie ma Miyoko? – zdziwiłam się, opierając się o framugę.
- Nie, znalazła coś z eskortą, ale chcieli tylko jedną osobę. – westchnęła, podsuwając ostrożnie biurko pod blachę.
Uśmiechnęłam się z rozbawieniem. Czasem to bardzo bliskie sąsiadowanie ze wszystkimi było po prostu irytujące, ale bliźniaczki okazały się wyjątkowo zabawnymi pół-współlokatorkami. Gorzej, gdy nasza ścianka przedziałowa w środku nocy waliła się w gruzy.
- Mam nadzieję, że szybko skombinujemy jakąś kasę na przebudowę chociaż sypialni. – rzuciłam, rozglądając się po ich pokoju, który wyglądał równie ponuro co cała reszta.
- Przebudowa jak przebudowa, ważne by nam coś zrobili z tą blachą. Wszyscy mają jakoś mądrzej to zrobione, a my co? – prychnęła z udawanym oburzeniem. – Kiedyś się spikniemy i zwalimy tą blachę kilka razy w środku nocy. – uśmiechnęła się do mnie niecnie.
- Umowa stoi. – roześmiałam się i już wychodziłam, gdy zatrzymało mnie jeszcze pytanie Miyako.
Nie było ono dziwne, niepokojące, tylko najzwyklejsze jakie mogła zadać towarzyszka broni z tej samej organizacji. Ale i tak zastygłam w bezruchu, niewytłumaczalnie zmrożona przez instynkt.
- W ogóle Ichigo, nie miałaś być z Mako na jakieś misji?
Umysł wrzeszczał jakieś ostrzeżenia, ale z trudem zachowując pozory uśmiechnęłam się naturalnie.
- Przed chwilą wróciłyśmy. Właśnie idę się rozliczyć z Mako – odpowiedziałam i zniknęłam za drzwiami.
Serce mi waliło, a mnie coraz bardziej ogarniała groza całej sytuacji. To Miyako mogła być zdrajczynią. To mógł być Kotaro, który spokojnie poczytywał sobie książkę w salonie. To mógł być każdy.
Przyśpieszyłam, czując, że jest źle. Bardzo źle.
Zaczęło się. Ta cała paranoja z szukaniem zdrajcy. Zaczęło się.
***
Mako opierała się o ścianę obok drzwi do biura. Wpatrywała się beznamiętnym wzrokiem w sufit, ale gdy tylko usłyszała moje kroki, posłała mi krótkie spojrzenie i skinięciem głowy nakazała mi wejść do środka.
Pomieszczenie do złudzenia przypominało stare biuro – jedna ściana była obstawiona regałami, w odległym kącie stała zapadnięta kanapa, a przez środek ciągnął się długi stół z niepasującymi do siebie fotelami obrotowymi. Jedyną zmianą był wolny lewy kąt – na razie stało tu tylko biurko należące do stratega. Szef obiecał jeszcze jakiś lepszy sprzęt, ale czy się go doczekamy to inna historia.
- Ichi? – spojrzałam ze zdziwieniem na Tsuneariego, który siedział wraz z Tokajim na komodzie. Chłopak wpatrywał się we mnie z równym oszołomieniem co ja w nich.
- Nie wiedziałam, że już wróciliście. – rzuciłam neutralnie na powitanie.
- Ktoś mi wytłumaczy co akurat ona tu robi? – mruknął Tokaji, posyłając mi krótkie spojrzenie. Burknęłam coś pod nosem i rozejrzałam się po reszcie pokoju.
Obok mnie stała Mako, ignorując całkowicie naszą rozmowę. Na honorowym miejscu siedział Fumiya, przeglądając ze znudzeniem jakieś segregatory, a Omitsu spoglądała mu przez ramię.
I tyle.
Woląc się nie odzywać, podeszłam do chłopaków i siadłam obok nich na komodzie. Mako nadal stała przy wejściu i obserwowała obecną część dowództwa. Fumiya nadal milczał, dopisał coś do kartoteki i zamknął z hukiem segregator.
- Dobra. – mruknął, obracając się do nas połowicznie na fotelu obrotowym. – Mako, nikt więcej się nie kręcił po korytarzu.
- Nie. – odpowiedziała krótko i przysiadła na workowatej kanapie.
- No to trzeba w końcu to zacząć… - rozpoczął z gniewną nutą.
- Ej, chwila. Nas jest tu szóstka, Sotomura. Szóstka. – podkreśliła z naciskiem, krzyżując ręce na piersi. – A co zrobisz z pozostałą 27 ludzi z organizacji?
Tokaji przywrócił oczami i mruknął coś o „zamiłowania do utajania informacji”, a Tsuneari uniósł dłoń do góry, jakby był w szkole. Odchrząknął.
- Pragnę zauważyć, że my z Tokajim dopiero tu wróciliśmy i nie mamy zielonego pojęcia co się dzieje. – powiedział, uśmiechając się niepewnie.
Omitsu prychnęła, ale raczej na szefa niż na chłopaka.
- A rób co chcesz. – jęknęła i opadła na kanapę obok rudowłosej.
Fumiya podparł czoło na dłoni i myślał o czymś przez chwilę. Na jego twarzy malowała się konsternacja, jakby naprawdę nie wiedział od czego zacząć. Tsu posłał mi pytające spojrzenie, ale potrząsnęłam krótko przecząco głową. Atmosfera robiła się coraz gęstsza i nawet Tokaji rozejrzał się po zebranych, nie odzywając się ani słowem.
Szef w końcu westchnął.
- Dobra… Cała ta sytuacja naprawdę mnie martwi i mam nadzieję, że jak najszybciej się to wyjaśni… - przejechał dłonią po włosach, po czym jego czarne oczy spoważniały. – Najprawdopodobniej mamy szpiega. – oznajmił z dozą chłodnego gniewu. – A ci, którzy są tutaj, to jedyne zaufane osoby. – dodał, nim ktokolwiek zdążył coś wtrącić.
Zagwizdałam, widząc wokół siebie raptem pięć osób. Czyli jest jeszcze gorzej niż przypuszczałam.
- Że co. – wydusili Tsu i Tokaji w jednym momencie. Od razu też obrzucili się zirytowanym wzrokiem. W końcu Tsuneari tylko przewrócił oczami i odezwał się niepewnie: - To nie jest jakiś przekręt? Nikt nie dołączył do nas od czasu ostatniej walki, a nie chce mi się wierzyć, że ktokolwiek ośmieliłby się zdradzić.
- Ja też. – przytaknął mu Fumiya. – Ja też. – powtórzył ze zmęczeniem.
- Mamy jakieś rzeczowe dowody? – spytał Tokaji z swoją naturalną dozą ignorancji i nonszalancji. – Czy po prostu potrzeba wam jakieś nowej paranoi?
- Wzięłam misję na obrzeżach Saitamy. – odparła spokojnie Mako. – Wzięłam ze sobą Ichigo, w sumie tylko do towarzystwa. Zwykła misja, by wyeliminować jakiegoś pomniejszego inwestora. Tylko, że Fubuki doskonale wiedziało, o której będziemy i gdzie. – wytłumaczyła pobieżnie.
- Plus wspominali coś, że ich „kontakt nie okazał się blefem”. – rzuciłam.
Fumiya splótł palce i zamyślił się na chwilę. Omitsu obrzuciła krótkim spojrzeniem wszystkich zebranych i uniosła oczy ku niebu.
- Tokaji ma rację, popadamy w paranoję. – mruknęła z irytacją. – Przecież na to może być dużo innych logicznych rozwiązań. Na przykład ten facet wiedział, że ma wrogów i sobie ich wynajął. Albo pomyliłyście budynki. Albo oni też mieli go zabić. Albo, jako już najczarniejszy scenariusz, przyjmijmy, że włamali się nam do systemu.
- Tyle, że my nie mamy systemu. – zauważył Tsuneari, patrząc się na zakurzone pudło, które miało być komputerem. – Przynajmniej na razie.
Omitsu obrzuciła go groźnym spojrzeniem, a chłopak uniósł dłonie w obronie, wzruszając ramionami. Oparła się o biurko, czekając na reakcję szefa.
- Omitsu, nie ważne jak na to spojrzysz, nie pasuje żadne inne wytłumaczenie. – powiedział z napięciem w głosie Fumiya. – Zwłaszcza, że ci faceci powiedzieli nam w twarz, że Fubuki ma do nas wtyczkę.
- Jak jesteś taki mądry to się ich szefa zapytaj. – prychnęła, nie chcąc dać za wygraną. Po chwili złagodniała i spojrzała po zebranych z ciekawością. – A tak w ogóle ktoś wie, kto teraz nimi dowodzi?
Dostrzegłam kątem oka jak Mako drgnęła i od razu domyśliłam się, że jeszcze nie przekazała informacji o Katherine. Na samo wspomnienie tej kobiety przechodziły mnie ciarki. Rudowłosa odchrząknęła i spojrzała przeciągle na szefa, za bardzo nie wiedząc jak to wytłumaczyć. Z każdą sekundą oczy Fumiyi rozszerzały się coraz bardziej.
- Co do tego… To mamy mały problem. – oznajmiła, zachowując spokój.
- A przez problem co mamy rozumieć? – spytała z naciskiem Omitsu, świdrując zabójczynię wzrokiem. Mako uciekła od kontaktu wzrokowego, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie.
Westchnęłam, woląc nigdy tego nie mówić.
- No, bo tak jakby… Katherine Zayan żyje.
Zapadła martwa cisza. A po sekundzie Omitsu zerwała się na równe nogi.
- Niemożliwe, przecież Tsuneari ją zabił! – wykrzyknęła z oburzeniem. – TSU! – wydarła się na niego, oczekując wyjaśnień.
Chłopak również stanął na równych nogach, zeskakując z komody.
- No, bo ją zabiłem! – krzyknął z oburzeniem. – Raczej.
- Raczej? – powtórzył za nim Tokaji, również ożywiając się na tę wieść.
- Zawaliłem jej tak w skroń, że powinna zejść od razu, a po za tym krwawiła. Normalny człowiek powinien się już dawno wykrwawić. – wytłumaczył szybko. – A ja miałem rannego cywila!
Fumiya nie włączał się do rozmowy i analizował coś z konsternacją na twarzy. Przyglądałam się mu kątem oka, ale większą część mojej uwagi przyciągały wzajemne wrzaski Omitsu i Tsuneariego. Kobieta opierniczała go z góry na dół, ale chłopak się dzielnie wybraniał.
- Przypomnę ci jeszcze, że posłaliście mnie samego. Do Ikkebukuro. Na czwórkę uzbrojonych zabójców. W tym szefową. SZEFOWĄ, Omitsu. – podkreślił ze złością cud. – Ja bardziej martwiłem się o to, czy wrócę niż o to w ile ona się będzie wykrwawiać!
- Ale Katherine nie umie walczyć, tylko dowodzi! – rzuciła ze złością zastępczyni.
- Nie byłabym tego taka pewna. – wtrąciłam, przypominając sobie jak kobieta wbiła sztylet idealnie w głowę tamtego faceta i to celując między mną i Mako.
Tsuneari wykonał krótki gest zwycięstwa, a ja przygotowałam się na kolejną część kłótni. Bo szczerze, też wściekłabym się na miejscu Omitsu. Tokaji obserwował ich, siedząc obok i z trudem powstrzymując się od złośliwych komentarzy.
- No już, uspokójcie się. – zawołał szef, a my mimowolnie umilkliśmy. – Dlaczego blondynki zawsze sprawiają tyle problemów… - westchnął, ale spoważniał szybko, a na jego twarzy malowała się teraz zimna wściekłość. – Pojawienie się w tym wszystkim Katherine niczego nie ułatwia, a jedynie komplikuje. Ciekawi mnie tylko kogo trzeba będzie ukatrupić za współpracę.
- Łatwiej byłoby prowadzić śledztwo z strategiczką i księgowym. – mruknął Tsuneari. – Dlaczego nie uwzględniłeś w tym wszystkim Mikuru i Hirokiego? W ogóle z jakiej racji jesteśmy tu z Tokajim?
- No dzięki. – mruknął czarnowłosy.
- Oj, doskonale wiesz o co mi chodzi.
- Z tej racji. – powiedziała Omitsu, nakazując nam podejść do biurka.
Fumiya otworzył zamaszyście segregator, a naszym oczom ukazała się dokładna rozpiska wykonywanych czynności wszystkich członków Kaminari z ostatnich dwóch dni. Zagwizdałam z podziwem.
- Zacznę od początku: ja jestem dowódcą, więc siłą rzeczy nie mogę zdradzić własnej organizacji. Omitsu znam od ponad 14 lat i niestety spędzam z nią jakieś 19 godzin na dobę. – na słowo niestety kobieta wbiła mu łokieć między żebra. – Idąc dalej, Mako wzięła tą misję i narażała siebie na niebezpieczeństwo, co wyklucza szpiegostwo. To samo tyczy się Ichigo – bezsensowne dla szpiega byłoby się tak szybko ujawniać. A jeśli chodzi o ciebie i Tokajiego, Tsu… Sprawdziłem wasze kartoteki. Wyjechaliście do Kobe ze zleceniem trzy dni temu, a sama sprawa z tym inwestorem wpłynęła wczoraj. – urwał na moment i otworzył na stronie z Mikuru i Hirokim. – Jeśli chodzi o Mikuru, jest strategiem i ma 24-godzinny dostęp do wszystkich informacji i byłaby najlepiej usytuowanym szpiegiem jakiego Fubuki mogłoby mieć. A Katherine jest wygodna. Z kolei Hiroki kręcił się po Saitamie jakieś 2 godziny po zgłoszeniu tego zlecenia. Muszę to jeszcze zweryfikować.
W pokoju zapanowała cisza, a wszyscy wpatrywali się ze zdumieniem to w segregator, to w szefa, a Fumiya w końcu obrzucił nas zbulwersowanym wzrokiem.
- Ja wiem, że nie wierzyliście w moją inteligencję, ale nie zostałem szefem dlatego, że przyjaźniłem się z Aratą. A poza tym co wy myślicie, że robię przesiadując całe dnie w tym zatęchłym biurze? Piję na umór?
- I tak cuchnie od ciebie alkoholem. – stwierdziła spokojnie Mako, a Tsuneari zabrzęczał opustoszałą butelką po whisky.
Omitsu machnęła na nich dłonią, nachylając się przez ramię mężczyźnie.
- Czyli najbardziej podejrzanymi są ci, którzy przebywali w tych godzinach poza organizacją i w nieokreślonych miejscach? – powiedziała pod nosem, zastanawiając się nad czymś.
- Teoretycznie. Większość osób szybko wykreślę z listy podejrzanych. Przynajmniej mam taką nadzieję. – westchnął dowódca. – Ale tak na razie, nie wiecie czy ktoś zachowywał się podejrzanie, czy po prostu zniknął od tamtego czasu. Wolę tego nie przeoczyć i na wszelki wypadek zweryfikować.
Oblał mnie zimny pot, kiedy zdałam sobie sprawę z jednego faktu. Ayako.
Przyjaciółka wybyła z organizacji dość nagle, teoretycznie wystarczająco dużo czasu po wpłynięciu zgłoszenia, by dowiedzieć się o nim czegokolwiek. I nie wróciła do tej pory. Ichigo, stop. Przecież Ayako pojechała do rodziny.
W końcu się nie odezwałam i zgrywałam obojętną. Reszta osób też pokręciła głową. Fumiya w końcu mruknął coś pod nosem i napisał coś w dzienniku. Skinął w stronę Mako, a kobieta podeszła bezszelestnie do drzwi i odtworzyła je gwałtownie. Korytarz świecił pustkami. Rudowłosa zamknęła je i oparła się o nie.
- Czysto, nikt nie podsłuchiwał. – oznajmiła.
- Świetnie. – przytaknął Fumiya. – Dobra, dzieciaki nie zatrzymuję was dłużej. Idźcie i zajmijcie się sobą, my jeszcze coś posprawdzamy. Ale jedna prośba – nie zapuszczajcie się sami w jakieś podejrzane miejsca – wolałbym nie zawężać jeszcze bardziej kręgu zaufanych ludzi.
***
Po krótkiej dyskusji uznaliśmy, że ściany w naszych pokojach są zbyt cienkie, by rozmawiać o utajnionych sprawach, nawet szeptem, więc wyszliśmy na zewnątrz. Obszar za magazynem był bardzo zapuszczony, ale jedno z drzew nadawało się idealnie na wspinaczkę. Stara rozłożysta wierzba ukryta w cieniu wyższych drzew.
Tokaji wskoczył na drzewo jako pierwszy, nawet się na nas nie oglądając i zajął najwyższą gałąź. Tsuneari wskoczył na rozgałęzienie i wyciągnął do mnie dłoń. Spojrzałam na niego z godnym politowania uśmieszkiem, ale przyjęłam pomoc. Chwilę później siedziałam na tej samej gałęzi co Tokaji, tylko trochę niżej, a Tsuneari balansował na przeciwległej stronie.
- To wszystko jest jakieś dziwne. – rzucił z przekąsem, rozkładając ramiona i idąc cały czas do przodu. – Nie chce mi się wierzyć, że ktoś z naszych zdradził.
- Będzie zabawnie jak okaże się, że ktoś szpieguje, dajmy na to od trzech lat. – prychnął lekceważąco Tokaji, jakby cała ta sytuacja była dla niego formą rozrywki.
- Nie chciałbym być w skórze tej osoby jak nasi się do niego dorwą. – mruknął Tsu, siadając w końcu na gałęzi.
- Skończy się podobnie jak z tym gościem z okolic listopada? – spytałam, przywołując w pamięci obraz faceta, który dość długo u nas nie bawił.
- Gorzej. – powiedzieli w tym samym momencie, kiwając ze zrozumieniem głowami. Przewróciłam oczami.
- W ogóle, Ichi… - mruknął Tokaji, wbijając we mnie wzrok. – Czemu nie powiedziałaś, że Ayako nie ma od wczoraj? – spytał, wpatrując się we mnie bacznie.
- Skąd ty w ogóle o tym wiesz, co? Nie było was od trzech dni. – mruknęłam podejrzliwie, czując, że zanosi się na sprzeczkę.
- Zauważyłem. – burknął w odpowiedzi, prostując się. – I nie uciekaj od mojego pytania. – dodał groźnie, napinając mięśnie.
Zmrużyłam w odpowiedzi oczy, licząc, że sobie odpuści.
- Oj, Tokaji daj spokój. – jęknął Tsuneari siadając idealnie między nami, jakby to miało powstrzymać nas od skoczenia sobie do gardeł. – To tak jakby Ichigo zależało na zesłaniu podejrzeń na Ayako. A tak się po prostu nie robi.
- Co nadal nie wyjaśnia ukrycia jej nieobecności. – powiedział Tokaji, coraz bardziej cięty. – Chyba, że jest coś do ukrycia.
Poczułam jak moje dłonie mimowolnie zwinęły się w pięści i nim Tsuneari znów spróbował przemówić nam do rozsądku, syknęłam ze złością:
- Czy ty mi coś insynuujesz?
- Może? – wykrzywił usta w kpiącym uśmiechu.
- Ja pitole, czy wy nie możecie przeżyć chociaż godziny bez tych ciągłych kłótni? – jęknął Tsuneari, rozciągając się ze znudzeniem. – Po kilku miesiącach zrobiło się to przewidywalne, ale nadal męczące. Dla mnie.
- To już nie moja wina, że ona tak reaguje na zwykłe przypuszczenia…
Stanęłam na równe nogi, gotowa zrzucić go na zbity pysk z tej wierzby, ale Tsuneari powstrzymał mnie ramieniem, wbijając już podirytowany wzrok w przyjaciela.
- Tyle, że to nie brzmi jak przypuszczenia tylko oszczerstwa. Przynajmniej w twoim ustach, Tokaji. – mruknął niskim głosem, mierząc się wzrokiem z czarnowłosym. Tokaji zmarszczył czoło i w końcu przerwał bitwę na spojrzenia.
- Mniejsza z tym. – rzuciłam na pojednanie. – Mnie jeszcze tylko zastanawia dlaczego nie było Ryutaro.
- Jest końcówka miesiąca. – odpowiedział mi Tsu, wracając do swojej naturalnej, spokojnej postaci. – Pewnie znowu pojechał po zapasy lekarstw i tak dalej…
- Cholera. – syknął Tokaji, sięgając do kieszeni. Wyciągnął z niej nieduży pojemniczek, typowo lekarski i spojrzał do niego krytycznie. – Jasna cholera. – powtórzył ze złością, wysypując ostatnie trzy tabletki na dłoń. – Nie powiedziałem Ryutaro, że mi się to kończy.
Przyjrzałam się podejrzliwie rzekomym lekarstwom, ale nim zdążyłam zapytać ubiegł mnie Tsuneari, który chwycił przyjaciela za nadgarstek z malującym się gniewem w ciemnobrązowych oczach.
- Czy to ci nie miało wystarczyć do końca kwietnia? – spytał z naciskiem.
Tokaji na chwilę uciekł od niego wzrokiem, po czym zacisnął palce wokół tabletek i wyrwał się z uchwytu przyjaciela. Tsuneari nadal czekał na jego odpowiedź, teraz skrzyżował ramiona na piersi. Czarnowłosy posłał nam krótkie spojrzenie i połknął tabletki na raz. Tsu groźnie zmrużył oczy.
- Czy ty już trochę nie przeszkadzasz? – warknął. – Już dzisiaj to brałeś.
- Zamknij się. – odburknął Tokaji. – To mi pomaga.
Przez myśl mi przemknęło, że chłopak dostawał po jednej tabletce dziennie od Ryutaro w styczniu, by mógł w miarę uśmierzyć ból od ran. Poczułam ukłucie niepokoju, widząc, że nadal bierze te podejrzane leki.
- Dobra, idę poszukać pana lekarza. – mruknął po chwili napiętej ciszy i zeskoczył z drzewa. Odwrócił się jeszcze by się pożegnać, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie o przesądzie i opuścił uniesioną dłoń, odwracając się od nas.
Tsuneari patrzył się za nim dopóki nie zniknął z pola widzenia, po czym z głośnym westchnieniem opadł na gałąź, wplatając palce we włosy. Przyjrzałam się mu, po czym powędrowałam wzrokiem za czarnowłosym. Zimna dłoń zacisnęła się na moim gardle.
- Tsuneari…
Chłopak podniósł na mnie zdenerwowane spojrzenie, ale widząc mój zmartwiony wzrok, uśmiechnął się ciepło, prostując się z powrotem.
- Ichi, naprawdę nie ma się czym jeszcze zamartwiać. – powiedział czule. – Zaufaj mi, jak nie da sobie z tym spokoju, wybiję mu to z głowy do końca miesiąca. – obiecał dumnie, kładąc pięść na sercu.
Uśmiechnęłam się, trochę rozluźniając.
- Na serio nic sobie nie zrobi? – spytałam jeszcze, marszcząc czoło.
- Masz moje słowo. – przytaknął Tsuneari. – Ale za Ryutaro nie ręczę. Znowu zrobi mu Armagedon z tymi tabletkami. – zaśmiał się, lecz szybko ucichł.
Zapadła cisza, przerywana szumem liści poruszanych przez wiatr. Westchnęliśmy prawie w tym samym momencie i spojrzeliśmy na siebie ze zrozumieniem.
- Martwi mnie to wszystko. – powiedziałam cicho. – Zaczynało się powoli uspokajać.
- Czasem mam wrażenie, że im bardziej technologia pójdzie do przodu, tym mniej będzie oczekiwanego spokoju. Trochę to ironiczne. – dodał z przekąsem. – Najbardziej mi szkoda Fumiyi.
Spojrzałam na niego pytająco, dając znak by kontynuował.
- No bo spójrz na to z tej strony, Ichigo… On daje nam największy kredyt zaufania, a tu proszę, prawdopodobnie ktoś wbił nam nóż w plecy. Pewnie zamęcza się, że nie zauważył tego szybciej. – mruknął. – Wiesz… Kiedy Arata nami dowodził przez te 7 lat nie przepuścił przez nasze bramy żadnego szpiega. Często powtarzali mu, że jest zbyt pobłażliwy, praktycznie dołączał do nas każdego kto tu przychodził, ale nigdy nie popełnił błędu. Miał przerażający zmysł do ludzi. Między innymi dlatego tu jestem. Fumiya z kolei był dużo bardziej podejrzliwy i zawistny, ale jako dowódca takiej małej organizacji nie mógł sobie pozwolić na pozbywanie się ludzi…
- Rozumiem. Też czułabym się podle, jakby się okazało, że ktoś komu pozwoliłam dołączyć jest zdrajcą. – przerwałam mu cicho i zeskoczyłam z drzewa.
Tsuneari wylądował po chwili obok mnie.
- Szczerze mam nadzieję, że to nie będzie nikt kogo jakoś bardzo lubię. – zakończył jeszcze i ruszył w stronę magazynu. Powoli się ściemniało.  
- Idziesz sprawdzić co z Tokajim? – spytałam, gdy skręcił w stronę gabinetu Ryutaro.
- Nie, idę sprawdzić, czy Ryu go nie rozszarpał. – zaśmiał się. – Miałem wrażenie, że Ayako mi mignęła. – rzucił jeszcze przez ramię, a ja skinęłam z podziękowaniem głową.
***
I chłopak się nie mylił. Ayako kręciła się po naszym pokoju na oko dopiero od kilku minut. Stanęłam w progu z założonymi rękoma, czekając na jakieś wyjaśnienia. Dziewczyna jednak nie zwróciła na mnie uwagi i rozpakowywała torbę. Po chwili spojrzała na mnie pytająco.
- No co tak sterczysz?
Westchnęłam i usiadłam naprzeciw niej na swoim łóżku.
- Czyś ty oszalała?
- Szaleństwo to pojęcie względne. – odparła z zawadiackim uśmieszkiem. – Ale tak na serio przepraszam, że tak nagle pojechałam do rodziców. I za to, że nie odbierałam telefonów. Wiesz, że nie chcę ryzykować, że rodzeństwo się czegoś dowie.
- Mogłaś chociaż wysłać SMS’a, że zostajesz tam na noc. – mruknęłam.
- Nie przesadzaj. – przewróciła oczami. – A co niby takiego się stało, że miałabym się meldować? – zaśmiała się.
Nie odpowiadałam przez dłuższy moment ani nie uśmiechnęłam się do niej, więc dziewczyna spoważniała po chwili i przekrzywiła głowę.
- No dooobra. – przeciągnęła. – Co jest?
- Ayako, musimy pogadać. – powiedziałam spokojnie. – Ale ostrzegam, że to dość długa histo…
Nie dokończyłam, bo drzwi do naszego pokoju otworzyły się z hukiem, a do środka wpadła Miyako. Po sekundzie nasza blaszana ścianka działowa runęła z hukiem. Znowu.
- Ichigo! – wysapała. – O, cześć Ayako. – rzuciła spokojnie w stronę brązowowłosej. – Mamy problem! – wykrzyknęła ponownie w moją stronę.
- Jezu, zawału można…
- Nie gadaj, tylko chodźcie za mną. – powiedziała szybko i zniknęła w korytarzu.
Spojrzałyśmy po sobie z Ayako i synchronicznie wzruszyłyśmy ramionami. Wychyliłam się za drzwi, rozglądając z ciekawością po wąskim korytarzu, który wydał się jeszcze mroczniejszy z malującą się w ciemnościach sylwetką Miyako.
- Ale co jest grane?
- Chodzi o tą eskortę, którą wzięła Miyoko. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz