Kiedy ujrzałam budynek Kaminari jednocześnie
odetchnęłam z ulgą, a po plecach przebiegły mi dreszcze. Przystanęłam i
zmierzyłam magazyn krytycznym spojrzeniem.
Mako spojrzała na mnie krótko, po czym wzruszyła
ramionami.
- Dobra, rób co chcesz. Idę z tym od razu do Fumiyi,
jakby co to poślę kogoś po ciebie. – rzuciła beznamiętnie i w przeciągu sekundy
zniknęła mi z oczu. Uśmiechnęłam się, kręcąc głową. Ruszyłam powoli w stronę
budynku.
Od kiedy zmieniliśmy siedzibę, nikt nie mógł
przyzwyczaić się do niczego. Jeśli nasz stary biurowiec, z zaciekami na
ścianach, odpryskującą i spaloną tapetą, wybitymi oknami i zepsutymi
instalacjami wszelkiego typu był na swój sposób przytulny, tak to ‘’coś’’ było
jego całkowitym przeciwieństwem.
Ukyo Inaba załatwił nam dostęp do jednego ze jego
starych magazynów, którego już nikt nie używał. Wszystko cudownie, w końcu to
magazyn. Magazyny są duże. A i owszem. Gorzej jak zabronili nam przebywać w
większej części. Pan Inaba tłumaczył to tym, że urzędując na parterze
zwracalibyśmy zbyt dużą uwagę i że są tam wszystkie rzeczy… Tak więc na
powierzchni mieliśmy dostęp do zaledwie dwóch pomieszczeń – jednego, o
ironio, na magazyn, drugie ze względu na
miarową sterylność zostało „odziałem medycznym”.
Reszta Kaminari została przeniesiona do piwnic. Nie
były to może piwnice w samym tego słowa znaczeniu, ale określenie przylgnęło
podczas pierwszego buntu, który wszczęto widząc rozkład pomieszczeń. Schodząc
pod ziemię trzeba było zejść rozwalającymi się schodami, przejść przez ogromne,
metalowe drzwi i jeszcze trafić na włącznik światła.
Oświetlenie składało się z pojedynczych żarówek
wystających z sufitu w losowych miejscach. Dziwne, że w ogóle to świeci.
Rozejrzałam się beznamiętnie po naszym głównym pomieszczeniu, imitującym
podziemny magazyn. Sprawowało to teraz formę pokoju dziennego: porozstawiano
tutaj jakieś stęchłe kanapy i dywany, w jednym z kątów stały rozkładane,
plastikowe krzesła i stoły, a mniej-więcej na środku przy ścianie stało prowizoryczne
palenisko, które stało zgaszone od wielu dni.
W pomieszczeniu siedział jedynie Kotaro, poczytując
jakąś okurzoną książkę. Oderwał na chwilę od niej wzrok i pomachał mi.
Odpowiedziałam krótkim uśmiechem.
Następnie skręciłam i spojrzałam krzywo w stronę
„organu dowodzenia” – czyli trzech niewiele większych od przeciętności
pomieszczeń, które zagospodarowano jako biuro, archiwum i salę ćwiczeń.
Westchnęłam, czując ciarki. Wszystko było takie… puste. A te szare, popękane
ściany dopełniały nastroju przygnębienia. Fumiya cały czas powtarzał, że z
takimi obsuwami z kasą cud, że cokolwiek stoi w tych pomieszczeniach. No i, że
stary budynek meblowali przez jakieś 2 lata. Cudownie.
Ruszyłam długim, wąskim korytarzem, który oświetlany
był raptem trzema migającymi żarówkami. Wzdrygnęłam się, gdy po stąpnięciu w
kałużę rozległo się echo. O tej porze Kaminari było wymarłe, a większość osób
znajdowało się w terenie albo po prostu się włóczyło po mieście. Doszłam do
swojego pokoju, wzdychając. Było tu raptem 18 małych klitek, a nas 33.
Pomieszczeń i tak było więcej niż z początku, bo po długich namowach podzielono
je jeszcze prowizorycznymi ściankami, by nie mieszkać większymi grupami.
I tak właśnie wylądowałam w niewielkiej klitce z
Ayako. Weszłam do pokoju z westchnieniem. Pokój wcale mnie nie uspokajał. Stały
tu dwa tanie łóżka, kanapa przypominająca stertę worków i regał na wszystko.
Nawet mieszkając we dwójkę miałam wrażenie, że jest tu przeraźliwie pusto.
- Ayako? – zawołałam, ale odpowiedziała mi cisza.
Spojrzałam na jej posłane łóżko. Czyli nie wróciła
na noc.
- Co ty do cholery odwalasz, Ayako? – mruknęłam pod
nosem, szukając jakiejś czystej bluzy. Przyjaciółka pojechała wczoraj po
południu w odwiedziny do rodziny, ale sądziłam, że wróci około północy.
Podniosłam jej poduszkę i zamknęłam oczy, walcząc z
falą uczuć. Cały czas trzymała te zniszczone oprawki Takiego. Odłożyłam
poduszkę na miejsce i przebrałam się. Potem rozejrzałam się po pokoju, nie
wiedząc co ze sobą począć. W końcu rzuciłam się na łóżko, oddając się
rozmyślaniom, od których tak bardzo usiłowałam uciec.
Zdrada.
Na samą myśl o tym przechodziły mnie dreszcze. Walka
z wrogami to jedno. Ale posiadanie zdrajcy między sobą to jak wojna z samym
sobą. A w takiej sytuacji przegramy wszyscy.
A wszystko powoli się uspokajało. Szlag by to.
Wzięłam głęboki oddech, usiłując pomyśleć o tym
spokojnie. Ale wtedy do mnie dotarło to, co tak bardzo przeraziło Mako. Od
kilku miesięcy nikt nie dołączył do nas na dłużej niż tydzień, a wszyscy
członkowie byli tutaj co najmniej od roku. Czyli ktoś jest informatorem od
bardzo długiego czasu.
Rozległ się huk. Zerwałam się gwałtownie,
rozglądając się wokół z zdezorientowaniem. Widząc co się stało, wybuchłam
śmiechem.
- NO ŻESZ BY TO! – wrzasnęła Miyako, stojąc za ‘’prowizoryczną”
ścianką.
Jedna z postawionych blach spadła i zawalała jej
połowę pokoju.
– Ja chciałam tylko podsunąć biurko pod to
cholerstwo!
- To nigdy nie przestanie być zabawne. – zdusiłam
śmiech i wyszczerzyłam się do dziewczyny. Miyako rozluźniła się lekko. – Dobra,
pomogę ci to postawić.
Siłowałyśmy się z tym przez kilka minut, a ja
odetchnęłam z ulgą, gdy kawał metalu stał na swoim prawowitym miejscu.
Przeszłam do pokoju obok, zaglądając czy Miyako jest w całości.
- Nie ma Miyoko? – zdziwiłam się, opierając się o
framugę.
- Nie, znalazła coś z eskortą, ale chcieli tylko
jedną osobę. – westchnęła, podsuwając ostrożnie biurko pod blachę.
Uśmiechnęłam się z rozbawieniem. Czasem to bardzo
bliskie sąsiadowanie ze wszystkimi było po prostu irytujące, ale bliźniaczki
okazały się wyjątkowo zabawnymi pół-współlokatorkami. Gorzej, gdy nasza ścianka
przedziałowa w środku nocy waliła się w gruzy.
- Mam nadzieję, że szybko skombinujemy jakąś kasę na
przebudowę chociaż sypialni. – rzuciłam, rozglądając się po ich pokoju, który
wyglądał równie ponuro co cała reszta.
- Przebudowa jak przebudowa, ważne by nam coś
zrobili z tą blachą. Wszyscy mają jakoś mądrzej to zrobione, a my co? –
prychnęła z udawanym oburzeniem. – Kiedyś się spikniemy i zwalimy tą blachę
kilka razy w środku nocy. – uśmiechnęła się do mnie niecnie.
- Umowa stoi. – roześmiałam się i już wychodziłam,
gdy zatrzymało mnie jeszcze pytanie Miyako.
Nie było ono dziwne, niepokojące, tylko
najzwyklejsze jakie mogła zadać towarzyszka broni z tej samej organizacji. Ale
i tak zastygłam w bezruchu, niewytłumaczalnie zmrożona przez instynkt.
- W ogóle Ichigo, nie miałaś być z Mako na jakieś
misji?
Umysł wrzeszczał jakieś ostrzeżenia, ale z trudem
zachowując pozory uśmiechnęłam się naturalnie.
- Przed chwilą wróciłyśmy. Właśnie idę się rozliczyć
z Mako – odpowiedziałam i zniknęłam za drzwiami.
Serce mi waliło, a mnie coraz bardziej ogarniała
groza całej sytuacji. To Miyako mogła być zdrajczynią. To mógł być Kotaro,
który spokojnie poczytywał sobie książkę w salonie. To mógł być każdy.
Przyśpieszyłam, czując, że jest źle. Bardzo źle.
Zaczęło się. Ta cała paranoja z szukaniem zdrajcy.
Zaczęło się.
***
Mako opierała się o ścianę obok drzwi do biura.
Wpatrywała się beznamiętnym wzrokiem w sufit, ale gdy tylko usłyszała moje
kroki, posłała mi krótkie spojrzenie i skinięciem głowy nakazała mi wejść do
środka.
Pomieszczenie do złudzenia przypominało stare biuro
– jedna ściana była obstawiona regałami, w odległym kącie stała zapadnięta
kanapa, a przez środek ciągnął się długi stół z niepasującymi do siebie
fotelami obrotowymi. Jedyną zmianą był wolny lewy kąt – na razie stało tu tylko
biurko należące do stratega. Szef obiecał jeszcze jakiś lepszy sprzęt, ale czy
się go doczekamy to inna historia.
- Ichi? – spojrzałam ze zdziwieniem na Tsuneariego,
który siedział wraz z Tokajim na komodzie. Chłopak wpatrywał się we mnie z
równym oszołomieniem co ja w nich.
- Nie wiedziałam, że już wróciliście. – rzuciłam
neutralnie na powitanie.
- Ktoś mi wytłumaczy co akurat ona tu robi? –
mruknął Tokaji, posyłając mi krótkie spojrzenie. Burknęłam coś pod nosem i
rozejrzałam się po reszcie pokoju.
Obok mnie stała Mako, ignorując całkowicie naszą
rozmowę. Na honorowym miejscu siedział Fumiya, przeglądając ze znudzeniem
jakieś segregatory, a Omitsu spoglądała mu przez ramię.
I tyle.
Woląc się nie odzywać, podeszłam do chłopaków i
siadłam obok nich na komodzie. Mako nadal stała przy wejściu i obserwowała
obecną część dowództwa. Fumiya nadal milczał, dopisał coś do kartoteki i
zamknął z hukiem segregator.
- Dobra. – mruknął, obracając się do nas połowicznie
na fotelu obrotowym. – Mako, nikt więcej się nie kręcił po korytarzu.
- Nie. – odpowiedziała krótko i przysiadła na
workowatej kanapie.
- No to trzeba w końcu to zacząć… - rozpoczął z
gniewną nutą.
- Ej, chwila. Nas jest tu szóstka, Sotomura.
Szóstka. – podkreśliła z naciskiem, krzyżując ręce na piersi. – A co zrobisz z
pozostałą 27 ludzi z organizacji?
Tokaji przywrócił oczami i mruknął coś o
„zamiłowania do utajania informacji”, a Tsuneari uniósł dłoń do góry, jakby był
w szkole. Odchrząknął.
- Pragnę zauważyć, że my z Tokajim dopiero tu
wróciliśmy i nie mamy zielonego pojęcia co się dzieje. – powiedział, uśmiechając
się niepewnie.
Omitsu prychnęła, ale raczej na szefa niż na
chłopaka.
- A rób co chcesz. – jęknęła i opadła na kanapę obok
rudowłosej.
Fumiya podparł czoło na dłoni i myślał o czymś przez
chwilę. Na jego twarzy malowała się konsternacja, jakby naprawdę nie wiedział
od czego zacząć. Tsu posłał mi pytające spojrzenie, ale potrząsnęłam krótko
przecząco głową. Atmosfera robiła się coraz gęstsza i nawet Tokaji rozejrzał
się po zebranych, nie odzywając się ani słowem.
Szef w końcu westchnął.
- Dobra… Cała ta sytuacja naprawdę mnie martwi i mam
nadzieję, że jak najszybciej się to wyjaśni… - przejechał dłonią po włosach, po
czym jego czarne oczy spoważniały. – Najprawdopodobniej mamy szpiega. –
oznajmił z dozą chłodnego gniewu. – A ci, którzy są tutaj, to jedyne zaufane
osoby. – dodał, nim ktokolwiek zdążył coś wtrącić.
Zagwizdałam, widząc wokół siebie raptem pięć osób.
Czyli jest jeszcze gorzej niż przypuszczałam.
- Że co. – wydusili Tsu i Tokaji w jednym momencie.
Od razu też obrzucili się zirytowanym wzrokiem. W końcu Tsuneari tylko
przewrócił oczami i odezwał się niepewnie: - To nie jest jakiś przekręt? Nikt
nie dołączył do nas od czasu ostatniej walki, a nie chce mi się wierzyć, że
ktokolwiek ośmieliłby się zdradzić.
- Ja też. – przytaknął mu Fumiya. – Ja też. –
powtórzył ze zmęczeniem.
- Mamy jakieś rzeczowe dowody? – spytał Tokaji z
swoją naturalną dozą ignorancji i nonszalancji. – Czy po prostu potrzeba wam
jakieś nowej paranoi?
- Wzięłam misję na obrzeżach Saitamy. – odparła
spokojnie Mako. – Wzięłam ze sobą Ichigo, w sumie tylko do towarzystwa. Zwykła
misja, by wyeliminować jakiegoś pomniejszego inwestora. Tylko, że Fubuki
doskonale wiedziało, o której będziemy i gdzie. – wytłumaczyła pobieżnie.
- Plus wspominali coś, że ich „kontakt nie okazał
się blefem”. – rzuciłam.
Fumiya splótł palce i zamyślił się na chwilę. Omitsu
obrzuciła krótkim spojrzeniem wszystkich zebranych i uniosła oczy ku niebu.
- Tokaji ma rację, popadamy w paranoję. – mruknęła z
irytacją. – Przecież na to może być dużo innych logicznych rozwiązań. Na
przykład ten facet wiedział, że ma wrogów i sobie ich wynajął. Albo
pomyliłyście budynki. Albo oni też mieli go zabić. Albo, jako już
najczarniejszy scenariusz, przyjmijmy, że włamali się nam do systemu.
- Tyle, że my nie mamy systemu. – zauważył Tsuneari,
patrząc się na zakurzone pudło, które miało być komputerem. – Przynajmniej na
razie.
Omitsu obrzuciła go groźnym spojrzeniem, a chłopak
uniósł dłonie w obronie, wzruszając ramionami. Oparła się o biurko, czekając na
reakcję szefa.
- Omitsu, nie ważne jak na to spojrzysz, nie pasuje
żadne inne wytłumaczenie. – powiedział z napięciem w głosie Fumiya. –
Zwłaszcza, że ci faceci powiedzieli nam w twarz, że Fubuki ma do nas wtyczkę.
- Jak jesteś taki mądry to się ich szefa zapytaj. –
prychnęła, nie chcąc dać za wygraną. Po chwili złagodniała i spojrzała po
zebranych z ciekawością. – A tak w ogóle ktoś wie, kto teraz nimi dowodzi?
Dostrzegłam kątem oka jak Mako drgnęła i od razu
domyśliłam się, że jeszcze nie przekazała informacji o Katherine. Na samo
wspomnienie tej kobiety przechodziły mnie ciarki. Rudowłosa odchrząknęła i
spojrzała przeciągle na szefa, za bardzo nie wiedząc jak to wytłumaczyć. Z
każdą sekundą oczy Fumiyi rozszerzały się coraz bardziej.
- Co do tego… To mamy mały problem. – oznajmiła,
zachowując spokój.
- A przez problem co mamy rozumieć? – spytała z
naciskiem Omitsu, świdrując zabójczynię wzrokiem. Mako uciekła od kontaktu
wzrokowego, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie.
Westchnęłam, woląc nigdy tego nie mówić.
- No, bo tak jakby… Katherine Zayan żyje.
Zapadła martwa cisza. A po sekundzie Omitsu zerwała
się na równe nogi.
- Niemożliwe, przecież Tsuneari ją zabił! –
wykrzyknęła z oburzeniem. – TSU! – wydarła się na niego, oczekując wyjaśnień.
Chłopak również stanął na równych nogach, zeskakując
z komody.
- No, bo ją zabiłem! – krzyknął z oburzeniem. –
Raczej.
- Raczej? – powtórzył za nim Tokaji, również
ożywiając się na tę wieść.
- Zawaliłem jej tak w skroń, że powinna zejść od
razu, a po za tym krwawiła. Normalny człowiek powinien się już dawno wykrwawić.
– wytłumaczył szybko. – A ja miałem rannego cywila!
Fumiya nie włączał się do rozmowy i analizował coś z
konsternacją na twarzy. Przyglądałam się mu kątem oka, ale większą część mojej
uwagi przyciągały wzajemne wrzaski Omitsu i Tsuneariego. Kobieta opierniczała
go z góry na dół, ale chłopak się dzielnie wybraniał.
- Przypomnę ci jeszcze, że posłaliście mnie samego.
Do Ikkebukuro. Na czwórkę uzbrojonych zabójców. W tym szefową. SZEFOWĄ, Omitsu.
– podkreślił ze złością cud. – Ja bardziej martwiłem się o to, czy wrócę niż o
to w ile ona się będzie wykrwawiać!
- Ale Katherine nie umie walczyć, tylko dowodzi! –
rzuciła ze złością zastępczyni.
- Nie byłabym tego taka pewna. – wtrąciłam,
przypominając sobie jak kobieta wbiła sztylet idealnie w głowę tamtego faceta i
to celując między mną i Mako.
Tsuneari wykonał krótki gest zwycięstwa, a ja
przygotowałam się na kolejną część kłótni. Bo szczerze, też wściekłabym się na
miejscu Omitsu. Tokaji obserwował ich, siedząc obok i z trudem powstrzymując
się od złośliwych komentarzy.
- No już, uspokójcie się. – zawołał szef, a my
mimowolnie umilkliśmy. – Dlaczego blondynki zawsze sprawiają tyle problemów… -
westchnął, ale spoważniał szybko, a na jego twarzy malowała się teraz zimna
wściekłość. – Pojawienie się w tym wszystkim Katherine niczego nie ułatwia, a
jedynie komplikuje. Ciekawi mnie tylko kogo trzeba będzie ukatrupić za
współpracę.
- Łatwiej byłoby prowadzić śledztwo z strategiczką i
księgowym. – mruknął Tsuneari. – Dlaczego nie uwzględniłeś w tym wszystkim
Mikuru i Hirokiego? W ogóle z jakiej racji jesteśmy tu z Tokajim?
- No dzięki. – mruknął czarnowłosy.
- Oj, doskonale wiesz o co mi chodzi.
- Z tej racji. – powiedziała Omitsu, nakazując nam
podejść do biurka.
Fumiya otworzył zamaszyście segregator, a naszym
oczom ukazała się dokładna rozpiska wykonywanych czynności wszystkich członków
Kaminari z ostatnich dwóch dni. Zagwizdałam z podziwem.
- Zacznę od początku: ja jestem dowódcą, więc siłą
rzeczy nie mogę zdradzić własnej organizacji. Omitsu znam od ponad 14 lat i
niestety spędzam z nią jakieś 19 godzin na dobę. – na słowo niestety kobieta
wbiła mu łokieć między żebra. – Idąc dalej, Mako wzięła tą misję i narażała
siebie na niebezpieczeństwo, co wyklucza szpiegostwo. To samo tyczy się Ichigo
– bezsensowne dla szpiega byłoby się tak szybko ujawniać. A jeśli chodzi o
ciebie i Tokajiego, Tsu… Sprawdziłem wasze kartoteki. Wyjechaliście do Kobe ze
zleceniem trzy dni temu, a sama sprawa z tym inwestorem wpłynęła wczoraj. –
urwał na moment i otworzył na stronie z Mikuru i Hirokim. – Jeśli chodzi o
Mikuru, jest strategiem i ma 24-godzinny dostęp do wszystkich informacji i
byłaby najlepiej usytuowanym szpiegiem jakiego Fubuki mogłoby mieć. A Katherine
jest wygodna. Z kolei Hiroki kręcił się po Saitamie jakieś 2 godziny po
zgłoszeniu tego zlecenia. Muszę to jeszcze zweryfikować.
W pokoju zapanowała cisza, a wszyscy wpatrywali się
ze zdumieniem to w segregator, to w szefa, a Fumiya w końcu obrzucił nas
zbulwersowanym wzrokiem.
- Ja wiem, że nie wierzyliście w moją inteligencję,
ale nie zostałem szefem dlatego, że przyjaźniłem się z Aratą. A poza tym co wy
myślicie, że robię przesiadując całe dnie w tym zatęchłym biurze? Piję na umór?
- I tak cuchnie od ciebie alkoholem. – stwierdziła
spokojnie Mako, a Tsuneari zabrzęczał opustoszałą butelką po whisky.
Omitsu machnęła na nich dłonią, nachylając się przez
ramię mężczyźnie.
- Czyli najbardziej podejrzanymi są ci, którzy
przebywali w tych godzinach poza organizacją i w nieokreślonych miejscach? –
powiedziała pod nosem, zastanawiając się nad czymś.
- Teoretycznie. Większość osób szybko wykreślę z
listy podejrzanych. Przynajmniej mam taką nadzieję. – westchnął dowódca. – Ale
tak na razie, nie wiecie czy ktoś zachowywał się podejrzanie, czy po prostu
zniknął od tamtego czasu. Wolę tego nie przeoczyć i na wszelki wypadek
zweryfikować.
Oblał mnie zimny pot, kiedy zdałam sobie sprawę z
jednego faktu. Ayako.
Przyjaciółka wybyła z organizacji dość nagle,
teoretycznie wystarczająco dużo czasu po wpłynięciu zgłoszenia, by dowiedzieć
się o nim czegokolwiek. I nie wróciła do tej pory. Ichigo, stop. Przecież Ayako
pojechała do rodziny.
W końcu się nie odezwałam i zgrywałam obojętną.
Reszta osób też pokręciła głową. Fumiya w końcu mruknął coś pod nosem i napisał
coś w dzienniku. Skinął w stronę Mako, a kobieta podeszła bezszelestnie do
drzwi i odtworzyła je gwałtownie. Korytarz świecił pustkami. Rudowłosa zamknęła
je i oparła się o nie.
- Czysto, nikt nie podsłuchiwał. – oznajmiła.
- Świetnie. – przytaknął Fumiya. – Dobra, dzieciaki
nie zatrzymuję was dłużej. Idźcie i zajmijcie się sobą, my jeszcze coś
posprawdzamy. Ale jedna prośba – nie zapuszczajcie się sami w jakieś podejrzane
miejsca – wolałbym nie zawężać jeszcze bardziej kręgu zaufanych ludzi.
***
Po krótkiej dyskusji uznaliśmy, że ściany w naszych
pokojach są zbyt cienkie, by rozmawiać o utajnionych sprawach, nawet szeptem,
więc wyszliśmy na zewnątrz. Obszar za magazynem był bardzo zapuszczony, ale
jedno z drzew nadawało się idealnie na wspinaczkę. Stara rozłożysta wierzba
ukryta w cieniu wyższych drzew.
Tokaji wskoczył na drzewo jako pierwszy, nawet się
na nas nie oglądając i zajął najwyższą gałąź. Tsuneari wskoczył na
rozgałęzienie i wyciągnął do mnie dłoń. Spojrzałam na niego z godnym
politowania uśmieszkiem, ale przyjęłam pomoc. Chwilę później siedziałam na tej
samej gałęzi co Tokaji, tylko trochę niżej, a Tsuneari balansował na
przeciwległej stronie.
- To wszystko jest jakieś dziwne. – rzucił z
przekąsem, rozkładając ramiona i idąc cały czas do przodu. – Nie chce mi się
wierzyć, że ktoś z naszych zdradził.
- Będzie zabawnie jak okaże się, że ktoś szpieguje,
dajmy na to od trzech lat. – prychnął lekceważąco Tokaji, jakby cała ta
sytuacja była dla niego formą rozrywki.
- Nie chciałbym być w skórze tej osoby jak nasi się
do niego dorwą. – mruknął Tsu, siadając w końcu na gałęzi.
- Skończy się podobnie jak z tym gościem z okolic
listopada? – spytałam, przywołując w pamięci obraz faceta, który dość długo u
nas nie bawił.
- Gorzej. – powiedzieli w tym samym momencie,
kiwając ze zrozumieniem głowami. Przewróciłam oczami.
- W ogóle, Ichi… - mruknął Tokaji, wbijając we mnie
wzrok. – Czemu nie powiedziałaś, że Ayako nie ma od wczoraj? – spytał,
wpatrując się we mnie bacznie.
- Skąd ty w ogóle o tym wiesz, co? Nie było was od
trzech dni. – mruknęłam podejrzliwie, czując, że zanosi się na sprzeczkę.
- Zauważyłem. – burknął w odpowiedzi, prostując się.
– I nie uciekaj od mojego pytania. – dodał groźnie, napinając mięśnie.
Zmrużyłam w odpowiedzi oczy, licząc, że sobie
odpuści.
- Oj, Tokaji daj spokój. – jęknął Tsuneari siadając
idealnie między nami, jakby to miało powstrzymać nas od skoczenia sobie do
gardeł. – To tak jakby Ichigo zależało na zesłaniu podejrzeń na Ayako. A tak
się po prostu nie robi.
- Co nadal nie wyjaśnia ukrycia jej nieobecności. –
powiedział Tokaji, coraz bardziej cięty. – Chyba, że jest coś do ukrycia.
Poczułam jak moje dłonie mimowolnie zwinęły się w
pięści i nim Tsuneari znów spróbował przemówić nam do rozsądku, syknęłam ze
złością:
- Czy ty mi coś insynuujesz?
- Może? – wykrzywił usta w kpiącym uśmiechu.
- Ja pitole, czy wy nie możecie przeżyć chociaż
godziny bez tych ciągłych kłótni? – jęknął Tsuneari, rozciągając się ze
znudzeniem. – Po kilku miesiącach zrobiło się to przewidywalne, ale nadal
męczące. Dla mnie.
- To już nie moja wina, że ona tak reaguje na zwykłe
przypuszczenia…
Stanęłam na równe nogi, gotowa zrzucić go na zbity
pysk z tej wierzby, ale Tsuneari powstrzymał mnie ramieniem, wbijając już
podirytowany wzrok w przyjaciela.
- Tyle, że to nie brzmi jak przypuszczenia tylko
oszczerstwa. Przynajmniej w twoim ustach, Tokaji. – mruknął niskim głosem,
mierząc się wzrokiem z czarnowłosym. Tokaji zmarszczył czoło i w końcu przerwał
bitwę na spojrzenia.
- Mniejsza z tym. – rzuciłam na pojednanie. – Mnie jeszcze
tylko zastanawia dlaczego nie było Ryutaro.
- Jest końcówka miesiąca. – odpowiedział mi Tsu,
wracając do swojej naturalnej, spokojnej postaci. – Pewnie znowu pojechał po
zapasy lekarstw i tak dalej…
- Cholera. – syknął Tokaji, sięgając do kieszeni. Wyciągnął
z niej nieduży pojemniczek, typowo lekarski i spojrzał do niego krytycznie. –
Jasna cholera. – powtórzył ze złością, wysypując ostatnie trzy tabletki na
dłoń. – Nie powiedziałem Ryutaro, że mi się to kończy.
Przyjrzałam się podejrzliwie rzekomym lekarstwom,
ale nim zdążyłam zapytać ubiegł mnie Tsuneari, który chwycił przyjaciela za
nadgarstek z malującym się gniewem w ciemnobrązowych oczach.
- Czy to ci nie miało wystarczyć do końca kwietnia? –
spytał z naciskiem.
Tokaji na chwilę uciekł od niego wzrokiem, po czym
zacisnął palce wokół tabletek i wyrwał się z uchwytu przyjaciela. Tsuneari
nadal czekał na jego odpowiedź, teraz skrzyżował ramiona na piersi. Czarnowłosy
posłał nam krótkie spojrzenie i połknął tabletki na raz. Tsu groźnie zmrużył
oczy.
- Czy ty już trochę nie przeszkadzasz? – warknął. –
Już dzisiaj to brałeś.
- Zamknij się. – odburknął Tokaji. – To mi pomaga.
Przez myśl mi przemknęło, że chłopak dostawał po
jednej tabletce dziennie od Ryutaro w styczniu, by mógł w miarę uśmierzyć ból
od ran. Poczułam ukłucie niepokoju, widząc, że nadal bierze te podejrzane leki.
- Dobra, idę poszukać pana lekarza. – mruknął po
chwili napiętej ciszy i zeskoczył z drzewa. Odwrócił się jeszcze by się
pożegnać, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie o przesądzie i opuścił
uniesioną dłoń, odwracając się od nas.
Tsuneari patrzył się za nim dopóki nie zniknął z pola
widzenia, po czym z głośnym westchnieniem opadł na gałąź, wplatając palce we
włosy. Przyjrzałam się mu, po czym powędrowałam wzrokiem za czarnowłosym. Zimna
dłoń zacisnęła się na moim gardle.
- Tsuneari…
Chłopak podniósł na mnie zdenerwowane spojrzenie,
ale widząc mój zmartwiony wzrok, uśmiechnął się ciepło, prostując się z powrotem.
- Ichi, naprawdę nie ma się czym jeszcze zamartwiać.
– powiedział czule. – Zaufaj mi, jak nie da sobie z tym spokoju, wybiję mu to z
głowy do końca miesiąca. – obiecał dumnie, kładąc pięść na sercu.
Uśmiechnęłam się, trochę rozluźniając.
- Na serio nic sobie nie zrobi? – spytałam jeszcze,
marszcząc czoło.
- Masz moje słowo. – przytaknął Tsuneari. – Ale za Ryutaro
nie ręczę. Znowu zrobi mu Armagedon z tymi tabletkami. – zaśmiał się, lecz
szybko ucichł.
Zapadła cisza, przerywana szumem liści poruszanych
przez wiatr. Westchnęliśmy prawie w tym samym momencie i spojrzeliśmy na siebie
ze zrozumieniem.
- Martwi mnie to wszystko. – powiedziałam cicho. –
Zaczynało się powoli uspokajać.
- Czasem mam wrażenie, że im bardziej technologia
pójdzie do przodu, tym mniej będzie oczekiwanego spokoju. Trochę to ironiczne. –
dodał z przekąsem. – Najbardziej mi szkoda Fumiyi.
Spojrzałam na niego pytająco, dając znak by
kontynuował.
- No bo spójrz na to z tej strony, Ichigo… On daje
nam największy kredyt zaufania, a tu proszę, prawdopodobnie ktoś wbił nam nóż w
plecy. Pewnie zamęcza się, że nie zauważył tego szybciej. – mruknął. – Wiesz… Kiedy
Arata nami dowodził przez te 7 lat nie przepuścił przez nasze bramy żadnego
szpiega. Często powtarzali mu, że jest zbyt pobłażliwy, praktycznie dołączał do
nas każdego kto tu przychodził, ale nigdy nie popełnił błędu. Miał przerażający
zmysł do ludzi. Między innymi dlatego tu jestem. Fumiya z kolei był dużo
bardziej podejrzliwy i zawistny, ale jako dowódca takiej małej organizacji nie
mógł sobie pozwolić na pozbywanie się ludzi…
- Rozumiem. Też czułabym się podle, jakby się
okazało, że ktoś komu pozwoliłam dołączyć jest zdrajcą. – przerwałam mu cicho i
zeskoczyłam z drzewa.
Tsuneari wylądował po chwili obok mnie.
- Szczerze mam nadzieję, że to nie będzie nikt kogo
jakoś bardzo lubię. – zakończył jeszcze i ruszył w stronę magazynu. Powoli się
ściemniało.
- Idziesz sprawdzić co z Tokajim? – spytałam, gdy
skręcił w stronę gabinetu Ryutaro.
- Nie, idę sprawdzić, czy Ryu go nie rozszarpał. –
zaśmiał się. – Miałem wrażenie, że Ayako mi mignęła. – rzucił jeszcze przez
ramię, a ja skinęłam z podziękowaniem głową.
***
I chłopak się nie mylił. Ayako kręciła się po naszym
pokoju na oko dopiero od kilku minut. Stanęłam w progu z założonymi rękoma,
czekając na jakieś wyjaśnienia. Dziewczyna jednak nie zwróciła na mnie uwagi i
rozpakowywała torbę. Po chwili spojrzała na mnie pytająco.
- No co tak sterczysz?
Westchnęłam i usiadłam naprzeciw niej na swoim
łóżku.
- Czyś ty oszalała?
- Szaleństwo to pojęcie względne. – odparła z
zawadiackim uśmieszkiem. – Ale tak na serio przepraszam, że tak nagle
pojechałam do rodziców. I za to, że nie odbierałam telefonów. Wiesz, że nie
chcę ryzykować, że rodzeństwo się czegoś dowie.
- Mogłaś chociaż wysłać SMS’a, że zostajesz tam na
noc. – mruknęłam.
- Nie przesadzaj. – przewróciła oczami. – A co niby
takiego się stało, że miałabym się meldować? – zaśmiała się.
Nie odpowiadałam przez dłuższy moment ani nie
uśmiechnęłam się do niej, więc dziewczyna spoważniała po chwili i przekrzywiła
głowę.
- No dooobra. – przeciągnęła. – Co jest?
- Ayako, musimy pogadać. – powiedziałam spokojnie. –
Ale ostrzegam, że to dość długa histo…
Nie dokończyłam, bo drzwi do naszego pokoju
otworzyły się z hukiem, a do środka wpadła Miyako. Po sekundzie nasza blaszana
ścianka działowa runęła z hukiem. Znowu.
- Ichigo! – wysapała. – O, cześć Ayako. – rzuciła spokojnie
w stronę brązowowłosej. – Mamy problem! – wykrzyknęła ponownie w moją stronę.
- Jezu, zawału można…
- Nie gadaj, tylko chodźcie za mną. – powiedziała szybko
i zniknęła w korytarzu.
Spojrzałyśmy po sobie z Ayako i synchronicznie
wzruszyłyśmy ramionami. Wychyliłam się za drzwi, rozglądając z ciekawością po
wąskim korytarzu, który wydał się jeszcze mroczniejszy z malującą się w
ciemnościach sylwetką Miyako.
- Ale co jest grane?
-
Chodzi o tą eskortę, którą wzięła Miyoko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz