24 lipca 2016

Pospolita przyjaźń ~ Rozdział 1 ~ Każda historia ma swój początek

Rozdział 1

Każda historia ma swój początek

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.
Moja mama zawsze powtarzała mi te słowa wieczorami, gdy zaszywałam się w pokoju i zaczynałam płakać. Po kilkunastu razach w końcu zrozumiała – to, że spędzałam całe dnie wśród ludzi śmiejąc się i wygłupiając jak każdy dzieciak, nie oznaczało, że mam kogoś choć trochę bliższego niż znajomego z podwórka. Zawsze przychodziła do mnie, gdy gasiłam światło i mocno przytulała mnie, mówiąc, że w odpowiednim czasie spotkam odpowiednią osobę. A ja powtarzałam te słowa w głowie, gdy moje rzekome przyjaciółki znów wystawiały mnie do wiatru.
Oczywiście, nie chcę się wymądrzać. Znalazła się cwana, myśli, że o przyjaźń tak prosto. Tylko, że byłam wtedy sześcioletnią dziewczynką z dzieciństwem z wzorowego podręcznika, której do pełni szczęśliwych wspomnień brakowało jakiejś towarzyszki. Czas mijał, a ta lojalna, dziewczęca przyjaźń wymykała i się między palcami, zostawiając puste miejsce w wspomnieniach.
Imprezy urodzinowe, spotkania, wycieczki szkolne… To nie tak, że klasa odstawiała mnie na bok, nie byłam wyrzutkiem. Dzieciaki lubiły mnie, wygłupialiśmy się razem i bawiliśmy, ale raptem na chwilę. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczynało być źle. Pojawiały się takie momenty w życiu małej dziewczynki, gdy po prostu musi mieć bliższą przyjaciółkę, której powierzy sekrety.
A ja zawsze zostawałam wtedy sama.
Jak zaczynałam dorastać i zdmuchnęłam już 7 i 8 świeczek na torcie, w mojej głowie pojawiły się trochę pochmurniejsze myśli. Że może to ze mną jest coś nie tak, może powinnam najpierw spojrzeć na swoje wady, a dopiero później zmieniać innych. Tylko, że z każdym rozczarowaniem obwiniałam swoje koleżanki coraz bardziej. Oczywiście nie pokazując tego zewnętrznie.
Dlatego znalazłam sobie hobby. Nadal, gdy wyciągam mój pierwszy, malutki teleskop z kartonowego pudełka odczuwam tę samą radość co wtedy. Zatonęłam bardzo szybko w morzu atlasów kosmosu i nocnym niebie, a brak bliższych przyjaciół tak bardzo mi nie doskwierał. Koledzy i koleżanki coraz bardziej zacieśniali swoje więzy, a ja coraz bardziej oddalałam się od nich. Zewnętrznie nie, ale… psychicznie.
Więc gdy, będąc w 3 klasie, rodzice oznajmili mi, że przeprowadzamy się do Manaroli zbytnio mnie to nie obeszło. W końcu tam też będzie niebo.
Ale z kolei moi przyjaciele się tym przejęli.
Doskonale pamiętam łzy, uściski, prezenty pożegnalne. Zapewnienia, że nasza przyjaźń przetrwa wszystko. Patrzyłam się wtedy na nich z coraz większym zmieszaniem, a w środku bardzo, bardzo mocno próbowałam przypomnieć sobie choć jedną ważniejszą sytuację, w której byli przy mnie. Tak naprawdę nic nie przychodziło mi na myśl. Słowa zaczęły się powtarzać, a ja tak stojąc przy gotowym do odjazdu aucie, trzymając w ramionach czekoladki, misia i kwiatki patrzyłam się na obce dla mnie dzieciaki. Kolejna przyjaciółka podeszła do mnie z jakimś dziecięcym zapewnieniem, a ja spojrzałam, już nie tylko na nią, ale ogółem na wszystkich i spytałam:
- Jaka przyjaźń?
Zbiło ich to z tropu, kilka osób nawet powstrzymało łzy przez krótką chwilę. Patrzyłam się po nich z coraz większym zmieszaniem, aż w końcu spuściłam wzrok i schowałam się w aucie. Nim odjechaliśmy, słyszałam jak moja mama mówi coś do nich wszystkich. Coś w stylu Blanca jest w szoku i nie myśli trzeźwo lub Pewnie nie chce byście po niej tęsknili.
To drugie było największym kłamstwem jakim ludzie raczą siebie wzajemnie przez całe życie. Tak naprawdę każdy chce, by po odjeździe po nim tęskniono. Ma się wtedy poczucie, że zrobiłeś coś tam wystarczająco dobrego, że ludzie chcą byś nadal był z nimi. Że nie zmarnowałeś czasu, żyjąc tam.
W niezrozumiałym dla mnie znaczeniu, wyrobiłam sobie nowy nawyk w Manaroli – wpatrywanie się codziennie wieczorem w telefon, jakby ktokolwiek z nich miał do mnie zadzwonić. Nigdy nie odebrałam od nich żadnego telefonu, więc w końcu przestałam na nie czekać. A nowa biblioteka z rozbudowanym działem astrologii bardzo w tym pomogła.
Ale tak naprawdę nie jest to historia o Blance Coletti - dziewczynie, która przez całe życie była samotna, ale o Blance Coletti – dziewczynie, która znalazła prawdziwą, najszerszą przyjaźń. Cała ta, może nawet pospolita, historia zaczyna się właśnie w Manaroli, podczas pierwszego dnia w czwartej klasie, gdy wywołano mnie przed całą grupę.
- Od tego roku do naszej klasy będzie chodzić nowa dziewczynka – Blanca Coletti. – oznajmiła nauczycielka neutralnym głosem.
Spojrzała na mnie zachęcająco, ale gdy nie ruszyłam się z miejsca jej wzrok stał się naglący. Zacisnęłam dłonie na rąbku koszulki i stanęłam na baczność. Pani Galante odchrząknęła, wskazując na miejsce obok siebie, a gdy ruszyłam tam dopiero po chwili, wśród ławek poniósł się wesoły szmer. Patrzyłam się swoimi dużymi oczami po wszystkich, a oni cichli, jakby nie spodziewali się, że na nich spojrzę. Stanęłam w wyznaczonym miejscu i wpatrywałam się w 25 całkowicie obcych dla mnie twarzy.
- Panno Coletti. – odchrząknęła jeszcze raz pani Galante.
- Słucham? – podniosłam na nią swoje przerażone oczy, które zacisnęłam, gdy po klasie przeszła trochę głośniejsza salwa śmiechu. Nauczycielka spojrzała na nich z wściekłością, po czym zacmokała z niezadowoleniem w moim kierunku.
- Proszę powiedzieć o sobie kilka słów.
Drgnęłam, prostując się.
- A, tak, tak… - wymamrotałam pod nosem, przeczesując palcami jedno pasmo włosów. – Nazywam się Blanca Coletti, mam 10 lat, przyjechałam tutaj z San Giminiano… - zaczynało brakować mi słów, a kontrolne spojrzenie na nauczycielkę przekonało mnie, czy może zmusiło, bym napomknęła o swoim zainteresowaniach. – Interesuję się um… astronomią i… jeżdżę na deskorolce…
Po klasie przeszła salwa zduszonego chichotu.
- Dobrze, tyle wystarczy. – powiedziała nauczycielka, przestając się mną interesować. – Usiądź na miejsce.
Podreptałam do swojej ławki, która stała na końcu klasy, najwyraźniej pozostawiona pusta dla takich jak ja. Wszystkie lekcje minęły podobnie: nikt specjalnie nie chciał się do mnie odezwać, a moje nieśmiałe uśmiechy odbierane były miną pełnej odrazy.
Ostatni dzwonek był dla mnie wtedy zbawieniem, nawet nabazgrałam go na marginesie pamiętniczka. Wyszłam z klasy jako ostatnia, chcąc pośledzić resztę szkoły, by nie zgubić drogi do szatni. Zmieniłam buty i wyszłam na parking. Większość dzieciaków, które mieszkała trochę dalej od szkoły miała rowery. Moja deskorolka zjechała trochę ze stojaka i gdy po nią szłam, jakiś chłopak wziął ją do rąk i już chciał odłożyć, gdy dostrzegł mój wzrok i odrzucił ją.
- Ej! – zawołałam z oburzeniem, ale minęłam go, szturchając lekko.
Jego koledzy zaśmiali się, a ja poszłam po deskorolkę. Najwyraźniej nie mogli dać mi tak łatwo spokoju i przejeżdżając rowerami potrącali moją deskorolkę i praktycznie mnie. Tylko ten pierwszy, który nią rzucił w miarę mnie ominął.
- No dawaj, Sergio! – zawołał do niego jeden z grupki, na co chłopak trochę przyśpieszył. Spojrzałam za nim – wyglądał jak typowy Włoch – miał czekoladowe włosy i czarne oczy.
Zakręciłam palcem kółeczko od deskorolki, tak na wszelki wypadek, by sprawdzić, czy nic się nie zepsuło. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem, gdy moje baczne dziecięce oczko nic nie wykryło i ruszyłam przed siebie. I dopiero teraz zaczęły się schody. 
Zacznę może od tego, że choć w bardzo młodym wieku polubiłam naukę i książki, to nie oznaczało, że nie robiłam nic poza tym. Uwielbiałam być na świeżym powietrzu, ale wędrowanie na nogach było dla takiego małego knypka zbyt nudne. Dlatego rodzice kupili mi deskorolkę. I tu wracamy do sedna. Szkoła stała na pagórku, więc nie musiałam się męczyć – zjeżdżałam szybko krętymi, włoskimi uliczkami, zwinnie wymijając te wszystkie żmije z podstawówki. Nim się obejrzałam, wysunęłam się na sam przód, oddalając się od rówieśników.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy bryza uderzyła mnie w twarz, rozwiewając włosy i otulając rześką mgiełką. Manarola była nadmorskim miasteczkiem, uznanym za jedno z najbardziej malowniczych we Włoszech. Zapatrzyłam się na migające mi przed oczami fragmenty wybrzeża. Może nie będzie tutaj tak źle.
Jednak będzie.
Zeskoczyłam z deskorolki, gdy piąty raz minęłam ten sam skręt. Jeździłam już od kwadransa, a nawet nie zanosiło się na to, że trafię na dobrą drogę do domu. Prawdopodobnie skręciłam całkowicie w inną stronę przy głównym skrzyżowaniu. Spojrzałam po okolicy – choć w trakcie wolnego byłam w miasteczku kilka razy, to każde miejsce wciąż wyglądało dla mnie obco.
- Świetnie. – mruknęłam. – Po prostu cudownie.
Kopnęłam jakiś kamyk i usiadłam na chodniku. Ludzie mijali mnie, ale nie zaczepiali na mnie wzroku na więcej niż kilka sekund. Co ich będzie obchodzić jakiś dzieciak z podstawówki. Tak samo, minęło mnie prawdopodobnie parę osób z nowej klasy, ale dzieciaki takie już są – nawet nie przyjdzie im do głowy, by zatrzymać się i zagadnąć. No cóż, ja także nie byłam wtedy lepsza, mogłam przełknąć dumę i spróbować chociaż kogoś zatrzymać. Ale jak już wspomniałam – dzieciaki takie już są.
Po kilkunastu minutach, gdy taktyka „siedź w miejscu i czekaj aż cię znajdą” przestała przedstawiać się optymistycznie jak z początku, stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Gdy po godzinie trafiłam w totalnie odludne miejsce, moje dziecięce serce ścisnął strach. Zacisnęłam mocniej palce na deskorolce, jakby to jakkolwiek miało mi pomóc. Rozejrzałam się z uwagą po otoczeniu, usiłując sobie przypomnieć czy nikt nie wspominał jak odnaleźć się w takiej sytuacji. Akurat to mogli przewidzieć w programie nauczania. Gdyby nie fakt, że byłam totalnie zagubiona, pewnie od samego początku doceniłabym malowniczość tego miejsca – polna droga, całkowicie za miastem i ogromne pola pachnące skoszonymi zbożami, a w oddali zarysowywał się las. W krajobraz Włoch wpisane były również pagórki, które otaczały mnie ze wszystkich stron.
Z początku nawet nie ogarnęłam, gdy niewielka postać wypadła spomiędzy krzewów. Podniosłam zdziwiony wzrok nad siebie, a dziewczyna spojrzała na mnie przez ułamek sekundy, po czym runęła na ziemię kilka metrów dalej. Nie ośmieliłam się drgnąć, nawet gdy jej deskorolka podjechała pod moje nogi. Zamrugałam kilkakrotnie, nadal nie będąc pewna czy to co widzę jest prawdą.
- Ej, żyjesz tam? – zawołała dziewczyna, leżąc na ziemi, prawdopodobnie w rowie.
To lekko mnie ocuciło, ale nim wyciągnęłam do niej pomocną dłoń, sama się podniosła i zaczęła otrzepywać z kurzu. A ja stałam tam jak wryta i ograniczyłam się do schylenia po jej deskorolkę. Nie spuszczałam z niej oczu. Wyglądała na moją rówieśniczkę. Dziewczyna była ode mnie trochę niższa, a długie blond włosy rozwiane były we wszystkich kierunkach, ledwo przypominając pierwotnego warkocza. Była ubrana w szorty i koszulkę, a odkryte części ciała pokryte były siniakami i zadrapaniami. Po chwili spojrzała na mnie czujnymi, czekoladowymi oczami. Wzdrygnęłam się nieznacznie, ale ona tylko wyszczerzyła się w uśmiechu.
- O, tutaj jest! – zaśmiała się, wyciągając dłoń po deskorolkę. – Też jeździsz? – spytała, nadal się uśmiechając i wskazała podbródkiem na moją deskorolkę.
- No tak, ale… trochę mniej wyczynowo. – widząc nieznikający wyszczerz dziewczynki, przekonałam się do zażartowania.
- Ta, daj spokój, ze mnie żaden wyczynowiec! O rety, ale się cieszę! W życiu nie widziałam tu nikogo na desce! A tak w ogóle… co tutaj robisz? – spytała neutralnym tonem.
- Zgubiłam się. – odparłam prosto z mostu, stwierdzając, że póki co mogę jej zaufać.
Dziewczynka spojrzała na mnie lekko zbita z tropu, po czym dopadło ją gwałtowne olśnienie i pstryknęła palcami w geście zwycięstwa.
- To ty jesteś tą nową z mojej klasy! – pokiwała głową ze zrozumieniem. – Dobra, jedź za mną. – machnęła na mnie zachęcająco dłonią, biorąc rozbieg. – Blanca Coletti, co nie? – upewniła się, wskakując na deskorolkę. – Ja jestem Constanza Di Carlo!
Spojrzałam za nią oszołomionym wzrokiem, ale po chwili wzruszyłam ramionami.
A co mi tam.
Wzięłam z wprawą rozbieg i w kilka sekund dogoniłam Constanzę.
***
Wchodząc następnego dnia do klasy, oczywiście nie spodziewałam się nawet, że cokolwiek wyniknie z tego spotkania. To mógł być każdy. W końcu i tak musiałabym się spytać o drogę.
Nawet nic nie wskazywało na to – Constanza jechała przodem i z każdą mijającą sekundą byłam coraz mniej pewna, czy na serio nie jest wyczynowcem. Co jakiś czas zerkała za siebie i mogłabym przysiąc, że uśmiechała się do  mnie z dumą. Jakbym miała nie dać rady dotrzymać jej tempa. Nie rozmawiałyśmy ze sobą, czasem wymieniałyśmy ukradkowe spojrzenia, gdy ledwo co wyminęłyśmy przechodniów. Gdy skręciłyśmy w odpowiednią uliczkę, kamień spadł mi z serca. Mój dom, choć wciąż wyglądał obco, wciąż tutaj stał.
Odetchnęłam z ulgą, zwalniając. Zeskoczyłam z deskorolki tuż przy bramce i oglądnęłam się na Constanzę, która jedynie przemknęła tuż obok mnie i pojechała dalej. Zawahałam się z pożegnaniem, ale gdy rówieśniczka podniosła dłoń do góry i zamachała, krzyknęłam coś i zniknęłam w głębi swojego ogrodu.
Dlatego też aż mnie cofnęło, gdy dostrzegłam Constanzę w swojej ławce następnego dnia. Blondyneczka zobaczyła moją niepewną minę i na powitanie zamachała. Zauważyłam, że ma na to stały tik – unosi energicznie lewą dłoń i macha nią cztery razy dość flegmatycznie. Wczoraj zrobiła tak samo.
- Hejka, Blanca. – uśmiechnęła się do mnie, gdy postawiłam teczkę obok niej. – Nie przeszkadzam ci tutaj?
- Jasne, że nie. – zaśmiałam się, kątem oka szukając jej poprzedniego miejsca. Jakoś nie pocieszał mnie fakt, że Constanza zostawiła jakąś koleżankę dla mnie. Dziewczynki z czwartej klasy są dosyć mściwe.
- Jeśli chodzi o miejsce, to luzik – i tak siedziałam sama, tak wypadło w losowaniu. – odparła, widząc, że wodzę wzrokiem po klasie.
- No to z dwojga złego nawet lepiej. – zaśmiałam się, a Constanza odpowiedziała szerokim wyszczerzem.
Zaczęła nadawać o deskorolce, a ja z wielką chęcią dołączyłam do rozmowy. W moim rodzinnym mieście wszystkie dzieciaki oszczędzały na rowery i najwyraźniej tutaj też wszystko inne było wyjątkiem wśród nas. Constanza cały czas powtarzała, że pierwszy raz widzi inną dziewczynę na desce i pierwszy raz, ktokolwiek dotrzymał jej tempa. Po tych słowach zaczęłam wątpić w to, że wcale nie jest wyczynowcem. Liczne siniaki i zadrapania wręcz krzyczały: „Hej, patrzcie! Jeżdżę na desce!”.
Jeszcze nim zaczęła się lekcja, zdążyłam spoglądnąć niezauważalnie na resztę klasy – chłopcy mało co mnie obchodzili, przyglądnęłam się dziewczynom. Zbite kilka grupek, szeptały między sobą, rzucając na nas (głównie mnie) ciekawskie spojrzenia.
A potem stało się coś bardzo dziwnego.
Na pierwszej przerwie kilka osób podeszło do mnie się przywitać.
- Cześć, jestem Blanca Coletti. Fajnie was poznać. – uśmiechnęłam się i rozszerzyłam uśmiech, gdy Constanza tućknęła mnie przyjacielsko ramieniem.
Może nawet pójdzie łatwiej niż myślałam.
***
Miesiące mijały dość szybko i nim się obejrzałam, przerzucałam kartkę w kalendarzu na czerwiec. Zbliżało się zakończenie roku szkolnego i mordka cieszyła mi się już tylko na samą myśl.
W szkole było… w porządku. Constanza siedziała ze mną na każdym przedmiocie i dość dużo gadała, a że miała pogodną osobowość inni zwrócili uwagę szybko na mnie. Bardzo dużo osób z początku próbowało się ze mną zakolegować, po kilku tygodniach nawet chłopcy, ale czas mijał i choć nie miałam wrogów, to przyjaciół też nie.
Cała klasa po jakiś 2 miesiącach znudziła się mną i znajomości oklapły. To byli po prostu moi koledzy i koleżanki, którzy przejmowali się mną mniej czy bardziej. Jedyną w miarę stałą osobą była właśnie Constanza, która od samego początku traktowała mnie niezmiennie.
Ale kilka miesięcy nie wystarczy na zawiązanie przyjaźni.
Wtedy to byłoby zbyt proste.
Ja i Constanza lubiłyśmy się, ale brakowało jakiegoś wiążącego elementu. Czegoś, co oplotłoby naszą historię i w trudniejszych chwilach zatrzymało przy sobie. Siedziałyśmy ze sobą w klasie i praktycznie na każdej wycieczce, wracałyśmy ze szkoły i czasem jeździłyśmy na deskorolce.
Lecz nic poza tym. To mogłabym robić praktycznie z każdym.
Ale coś jednak pchało mnie w stronę Constanzy, szepcząc, że to właśnie z nią chcę się przyjaźnić, a nie z kimś innym.
Wykiełkowanie kwiatu naszej przyjaźni było długie, mozolne, a patrząc przez pryzmat dzieciństwa, trwało w nieskończoność. Gdybym się zastanowiła, wymieniłabym wiele, naprawdę wiele drobnych elementów, ale powspominam tylko trzy, które w mojej pamięci wciąż płoną jasnym światłem.
Constanza Di Carlo jest… w sumie jej się nie da określić. Jeśli kogoś lubi jest sympatyczna, jeśli nie to nie. Ma wiele nawyków, szczególnie odruchy dość chłopięce. Zawsze musi być pierwsza. Z podkreśleniem na pierwsza – nie najlepsza, tylko pierwsza. Chyba wiecie o co mi chodzi. Wykazuje się odwagą, choć wspierana jest przez głupotę.
Ale najgorsze jest to, że uwielbia się kłócić.
Mamy kilka osób w klasie, które są po prostu… niereformowalne. To nie tak, że nie lubię ich przez Constanzę. Ja ich nie cierpię całym swoim jestestwem, chcąc nie chcąc. Niektórych się nie da lubić i basta.
I do takich właśnie należy nasza „święta trójca”: Enrica, Felicia i moja najukochańsza Giovanna. Czemu takie wredne dziewczyny zawsze muszą trzymać się w trójkach?  Nie ważne. Wracając do nich, tak jakby rządziły klasą. Chociaż Constanzą nie da się pokierować, bo wszczyna bunty, a ja i tak zrobię jak mi się podoba. Swoją drogą to też nas do siebie zbliżyło.
Constanza ma urodziny 7 czerwca, a będąc w naszym wieku, gdy robisz urodziny zapraszasz wszystkie dziewczyny z klasy. Zwłaszcza, że było nas raptem 10 w grupie. Dzięki Bogu, że pozostała piątka była ugodowa. Oprócz kilku incydentów, w tym tego który zaraz opowiem, nadal bardzo je lubię.
Na początku wszystko było dobrze – Constanza wręczyła mi zaproszenie, szczerząc mordkę jak zwykle. Uśmiechnęłam się, obracając kartkę w dłoniach. Mogłabym powiedzieć, że nie pasowała do jej porywczego charakteru: różowa tekturka, okraszona czerwoną wstążką i toną brokatu. Urodziny wypadały w sobotę, więc z datą też nie było problemu.
Ten pojawił się, gdy dowiedziałam się, że Giovanna ma urodziny 9 czerwca. Niby zaczęło się niewinnie – wręczyła mi ładne, schludne zaproszenie, ale wewnętrzny instynkt kazał mi spojrzeć na datę. 7 czerwca. Coś zaczęło mi tu bardzo nie pasować.
- Ej, Giovanna! – zawołałam, spoglądając jeszcze raz na treść zaproszenia.
Jej dwie ukochane koleżaneczki – Enrica i Felicia – obróciły się razem z nią, wlepiając we mnie swe oczy. Odczuwałam to jakbym patrzyła na stadko hien, czekających na jakiś fałszywy ruch. Wyprostowałam się pewnie, starając uśmiechać się naturalnie.
- Co tam? – Giovanna uśmiechnęła się fałszywie, choć większość osób się na to nabierało. Ja przejrzałam ją od razu, wystarczyło spojrzeć na nią, gdy rozmawiała z Constanzą. Wszyscy inni zachowywali się tak, jakby jedli jakieś ciastko, które w całości jest bardzo słodkie, ale orzeszek w środku jest piekielnie gorzki. Większość z nich albo skupiła się na słodkości, nie szukając czegoś więcej, inni nawet nie chcieli go poczuć, a tacy jak ja usta mieli przesiąknięte goryczą.
Giovanna spojrzała kątem oka na zaproszenie.
Właśnie o tym mówię. Byłam zbyt szczwana na takie tanie zagrywki.
- Bo taka sprawa jest… Wiesz, że Constanza robi urodziny w ten sam dzień?
- No i co z tego? – Felicia zmierzyła mnie kpiącym wzrokiem. Ja zmusiłam się jeszcze do szerszego uśmiechu, powstrzymując się od wyjechania z tekstem, że to nie z nią gadam.
- O jejku, serio? – Giovanna zrobiła skonsternowaną minę. – Dziękuję, Blanco. Pogadam z nią o tym, może zdążymy coś jeszcze zmienić.
- Spoko, nie ma sprawy. – wydusiłam, patrząc się na nią niepewnie. Enrica i Felicia również wymieniły zdumione spojrzenia, jakby nie były pewne, czy koleżanka obok nich to ta sama Giovanna co zwykle.
Nasza urywkowa rozmowa na tym się skończyła, ale mnie cały czas coś nie pasowało. Był czwartek, ostatnia lekcja, a impreza jest w sobotę. Kiedy one zdążą to uzgodnić skoro Constanza planowała to od początku tygodnia, a dzisiaj jest na jakiś zawodach? Stwierdziłam, że pogadam z nią o tym jutro.
Tylko, że następnego dnia Constanza również się nie pojawiła. Spojrzałam na puste siedzenie obok siebie, pytając się w duchu, jakim cudem akurat teraz jej nie ma. Oczywiście wszystko musiało się ze sobą zgrać – korki na trasie, przeciągnięcie się zawodów i kontuzja nadgarstka (oczywiście niezbyt poważna i głównie oszukana, ale tego domyśliłam się od razu). Jedna z moich koleżanek Cristina, akurat też siedziała sama i przysiadła się do mnie.
- A tak w ogóle, Blanca… - zaczęła niepewnie na długiej przerwie, gdy wyciągnęłam swój opasły notatnik.
Spojrzałam na niego z przestrachem. Dotychczas tylko Constanza pobieżnie go widziała, ale nigdy nie dawałam go jej do przeczytania. W sumie dlatego, że dla niej byłby to niezrozumiały, astronomiczny bełkot. A dla mnie działał jak amulet.
- Nie, nie, nie chodzi o ten… zeszyt? Mniejsza. – machnęła dłonią, odkładając kanapkę do pudełka śniadaniowego. – Wiesz w końcu co robimy w sobotę?
- To znaczy? – zmarszczyłam brwi. – Constanza ma urodziny.
- No tak, ale Giovanna też robi wtedy urodziny. I nie wiem gdzie iść.
Przygryzłam dolną wargę i zamknęłam efektownie notatnik.
- Poczekaj chwilkę, Cristina. – rzuciłam, wstając. Koleżanka chciała coś rzucić, ale gdy zobaczyła, że idę w stronę paszczy lwa, odwróciła wzrok i wróciła do jedzenia kanapki.
Tak wyglądały relacje w naszej klasie. Giovanna i jej niewolnice – Enrica i Felicia zdetronizowały wszystkich i stały się grupą dowodzącą nami. Przynajmniej jeśli chodzi o dziewczyny. Chłopaki zawsze robili co chcieli i trzymali się od nas z daleka, choć również mieli cień respektu do Giovanny. Nie to co ja. Mnie mało co obchodziły takie osoby, przyzwyczaiłam się do nich już w rodzinnym mieście. A jak to było z Constanzą… Cóż, łatwo się domyślić.
- Cześć, Giovanna. – powiedziałam neutralnym głosem, jakby było to naturalne. Dziewczynka podniosła swoje wyniosłe spojrzenie na mnie, krzyczące wręcz coś w stylu „jak ty śmiesz…”, ale nie pozwoliłam jej dojść do głosu i uśmiechnęłam się przymilnie. – Ja z taką drobnostką tylko przychodzę.
Enrica prychnęła, a ja automatycznie zmrużyłam oczy. Do teraz żałuję, że gdy miałam 11 lat, nie umiałam mordować wzrokiem tak dobrze jak w doroślejszym życiu.
- No co chcesz? – Giovanna przechyliła głowę, a jej zapleciony francuz opadł na ramię. Spojrzałam na niego przelotnie – typowa fryzurka bogatej, zadufanej dziewczynki – miała różową opaskę i wplecione sztuczne kwiatuszki we włosy, tak dla „szpanu”. Ubranie też typowe – różowa sukienka. Czemu wtedy wszystkie dziewczyny tak bardzo uwielbiały ten kolor?
- Tak się tylko zastanawiałam, czy dogadałaś się z Constanzą z tymi urodzinami. – rzuciłam neutralnie, nawet się na nią nie patrząc. – Bo akurat Cristina się spytała. – dodałam, gdy odpowiedź nie nadchodziła.
Felicia i Enrica wybuchły szyderczym śmiechem.
- A co, Cristina nie umie mówić? – spytała ta pierwsza, pokrzywiając się koleżance, która przypatrywała się nam kątem oka. Dziewczynka zasmuciła się i skubała powoli swoją kanapkę.
- Pulpet to jednak jest tchórzem. – roześmiała się Enrica.
Dzieci bardzo łatwo okazują emocje, nawet jeśli sądzą, że umieją świetnie oszukiwać. A ja szczególnie nie nadawałam się na aktorkę. Ścięło mnie totalnie, zwłaszcza, że od dłuższego czasu czekałam tylko na odpowiednią zaczepkę.
Spojrzałam z niewiarygodną zjadliwością na Enricę, mając ochotę wyśmiać ją i zmieszać z błotem. Jeśli Giovanna była na serio ładną dziewczynką, o jasnobrązowych włosach, podobnym odcieniu oczu i szczupłą budową ciała, tak samo jak Felicia, która była trochę niższą i „ciemniejszą” jej kopią, to Enrica była po prostu paskudna – ciemne loki sterczące jak słup, zbieżne zielone oczka i sam fakt, że była po prostu grubasem. I nie przesadzam. Ona po prostu żarła cały czas, a nie tak jak Cristina, która owszem była przy kości, ale nie z własnej winy. Zrozumiałabym, że mogła to rzucić Giovanna albo Felicia, chude dziewczyny to jeszcze „normalne”, ale gdy ktoś jeszcze paskudniejszy doprowadza innych do płaczu, to jest to po prostu żałosne.
Ale oczywiście nie powiedziałam jej tego w twarz.
- Jesteście śmieszni, Enrica. Ty i twój tłuszcz.
Zapadła cisza, a rówieśniczka zapowietrzyła się, lecz nim ktokolwiek rzucił jakąś uwagę, Giovanna położyła przyjaciółce dłoń  na ramieniu i uśmiechnęła się do mnie z podobną zjadliwością.
- Nie musisz się martwić, Blanca. – powiedziała. – Myślałam, że Constanza już ci przekazała, ale już trudno, ja to zrobię. To moje urodziny odbywają się w tę sobotę, a Consta ma je przełożyć na trochę później.
- Serio? – uniosłam brwi, przyglądając się jej z uwagą. – No jak tak, to spoko. Czyli na pewno ty robisz przyjęcie?
- Na pewno. – zapewniła. Odchodziłam od jej biurka, unikając specjalnie wzroku poczerwieniałej ze złości Enrici, gdy Giovanna dodała. – Zapraszam cię serdecznie.
- Dzięki. Na stówę będę! – uśmiechnęłam się do niej z większą łatwością i usiadłam obok Cristiny.
Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością i nieśmiałym ruchem przybiła mi piąteczkę. Wyglądała jakby nie była pewna czy może. Tak jakby te zamaszysty ruch należał tylko do mnie i Constanzy.  
***
- Mamuś, spóźnię się przez ciebie! – jęczałam, gdy rodzicielka po raz setny usiłowała uczesać moje włosy w coś innego niż „pelerynkę” jak to orzekła kiedyś Constanza. Roześmiałam się na to porównanie, rzucając w jej stronę coś w rodzaju „a ty masz hełm”.
- Spóźnisz to ty się przez siebie. – westchnęła Martina Coletti, walcząc z kokiem na czubku mojej głowy. – Nie trzeba było zasypiać na balkonie z teleskopem w ręce.
- No, ale już ci mówiłam, że było bezchmurne niebo, a chciałam dokończyć mapkę zodiakalną… - zaczęłam, krzywiąc się, gdy mama ciągnęła mnie za włosy.
W końcu syknęła coś pod nosem i płynnym, fryzjerskim ruchem rozpuściła je, przywracając do naturalnego stanu. Uśmiechnęłam się do lustra, zeskakując z fotela i pobiegłam założyć trampki. Mama pokręciła głową, wręczając mi torebkę z prezentem dla Giovanny.
- Niech już ci będzie, idź w końcu.
- Dzięki mamuś! – zawołałam, upewniłam się, że to odpowiedni prezent i wypadłam z domu.
Deskorolka jak zwykle stała oparta o garaż, w idealnym punkcie do wzięcia rozbiegu i zjechania z pochyłego podjazdu. Wyćwiczonym ruchem wskoczyłam na deskę, wyjechałam z posesji i zaczęłam nabierać prędkości. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czerwiec był zdecydowanie moim ulubionym miesiącem. Wiosna kończyła się, a cieplutkie promienie słoneczne zaczynały nadawać wszystkiemu jaśniejsze barwy. Koniec szkoły był blisko, więc zamiast nauki, przychodziło się tam dla kolegów i koleżanek, a całe życie wydawało się być takie beztroskie.
Giovanna mieszkała w naprawdę ogromnym domu z potężnym ogrodem. Wszystko zaczynając od architektury na wystroju kończąc bardzo mnie tłamsiło, przypominając, że jestem tylko dziewczynką z normalnej, szarej rodziny. Wręcz odetchnęłam z ulgą, gdy to jubilatka otworzyła mi drzwi.
Impreza zaczęła się trochę wcześniej. Praktycznie wszystkie dziewczyny już były – stanęłam obok Cristini i reszty tej „normalniejszej” grupki, gdy mama Giovanny wniosła tort. Zdziwiłam się. Constanza jeszcze się nie pojawiła. Dziwne. Nie chciałam przerywać tej doniosłej chwili, więc z głównym pytaniem, które z każdą sekundą dręczyło mnie coraz bardziej musiałam poczekać. Po torcie nastała kolejna ważna rzecz – prezenty i życzenia. Tutaj też nie wypadało przerywać.
Minęły praktycznie dwie godziny nim miałam okazję wtrącić jedno, niewinne pytanie, gdy Giovanna odkładała ostatni prezent.
- A tak w ogóle to czemu nie ma Constanzy?
- Nie mam pojęcia. – ucięła krótko.
Zmarszczyłam brwi. Było mi lekko przykro z powodu jej tonu, ale nie pokazałam tego po sobie. Zmysł detektywa był od tego silniejszy. Przekrzywiłam głowę w podobnym geście co zwykle Giovanna, patrząc się bagatelnie na nią.
- A tak na serio? Przecież na pewno nie jest chora. – rzuciłam, niby się zastanawiając.
Giovanna wzięła głęboki oddech i stanęła nade mną, nadymając policzki.
- Słuchaj, nowa. – podkreśliła to słowo. Doskonale wiedziała, że akurat poczucie przynależności bardzo łatwo zburzyć. – To są moje urodziny i będą na nich ci, których chcę by byli.
- Z tego co wiem, to Constanza dostała zaproszenie.
Giovanna tupnęła nogą.
- Mało mnie ona obchodzi. – warknęła. – Nie cierpię tego błazna.
Teraz ja się podniosłam.
Kątem oka dostrzegłam wzrok Enrici i Felicii. Coś w stylu oho, dziewczyny będą się kłócić. No świetnie. Tylko awantury brakowało.
- A ja mam gdzieś, że masz urodziny. – powiedziałam, nabierając pewności siebie. – Nie mam zamiaru słuchać jak obrażasz Constanzę.
- O jejku, jak przykro. – przedrzeźniła mnie Giovanna. Nikt więcej nie wtrącał się do naszej rozmowy. – Blanca, ja ciebie zaprosiłam z litości, bo jesteś nowa. Nie potrzebujemy ciebie ani tutaj, ani w szkole. A jak masz z tym problem, to swój beznadziejny prezent też weź ze sobą. – na jej twarzy igrał diaboliczny uśmieszek, najgorszy jaki mogą przybrać 11-letnie dziewczynki.
Wzięłam urywany oddech. Owszem byłam cwana. Ale byłam też tylko małą dziewczynką, która czuła się teraz wyjątkowo samotna. Wyprostowałam się dumnie, odsuwając te przesączone nienawiścią słowa w głąb umysłu i zamrugałam kilkakrotnie, by odgonić łzy.
- Tam są drzwi. – Giovanna z wielką uciechą wskazała na drzwi wejściowe.
Zignorowałam ją i zaczęłam ubierać buty. Nie miałam zamiaru siedzieć tutaj ani sekundy dłużej. Czułam wlepione w siebie zdziwione spojrzenia innych dziewczyn, ale nawet nie zaszczyciłam ich wzrokiem. Wzięłam pod pachę deskorolkę i w ostatniej chwili przypomniałam sobie o czymś jeszcze. Stanęłam obok jubilatki i wyrwałam jej prezent ode mnie.
- Chyba mówiłaś, że tego nie potrzebujesz, prawda? – uśmiechnęłam się do niej, czując satysfakcję na widok jej miny i jednocześnie byłam pewna, że Cristina prawie parsknęła śmiechem.
- Jesteś żałosna! – krzyknęła Giovanna oburzonym tonem. – Masz rację, wynoś się. Sprawdź co u twojej przyjaciółeczki! – po tych słowach roześmiała się szyderczo, ale zagłuszyłam ją w połowie trzaskiem drzwi.
Tak oto, w bardzo prosty sposób zyskałam arcywroga.
Mało mnie to obeszło.
Wskoczyłam na deskorolkę i oddaliłam się od tego domu jak najdalej i jak najszybciej. Trzymałam w dłoniach świeżo rozpakowany prezent, ale nie myślałam o tych przykrych słowach, które do mnie powiedziała (w sumie dlatego, że jakoś milsza nie byłam), ale ogólnie o całym tym podejrzanym zachowaniu. Mając bardzo złe przeczucia, przyśpieszyłam.
Minęła 18, a ja miałam do domu jakieś 3km, które musiałam pokonać na deskorolce. Nieważne jak bardzo bym się starała, nie zmniejszyłam czasu do mniej niż 20 cennych minut. Wpadłam tylnym wejściem do domu, rodzice najwyraźniej gdzieś wyszli i chwyciłam prezent dla Constanzy. Przynajmniej ona mieszkała raptem na końcu drugiej ulicy. Zziajana, wskoczyłam ponownie na deskorolkę i pozwoliłam sobie na złapanie tchu dopiero pod jej drzwiami.
Zapukałam. Nic. Zapukałam mocniej.
Też cisza.
Przypomniało mi się, że rodziców Constanzy często nie ma przez większość dnia na weekendach, bo jeżdżą na jakieś szkolenia dla kupców, czy coś w ten deseń. Teoretycznie powinna być tu tylko Constanza z wolną chatą na imprezę urodzinową. Zapukałam jeszcze mocniej, ale po kolejnej chwili, gdy nawet uspokoiłam oddech, nacisnęłam klamkę.
Zamek ustąpił.
Przez mój jedenastoletni umysł przepłynęły naprawdę czarne myśli, choć okraszone zasłoną dziecięcej niewiedzy. Może to nawet i lepiej.
Zaczęłam wykrzykiwać jej imię, ale ucichłam gwałtownie, gdy usłyszałam pociąganie nosem. Skierowałam kroki do salonu, w którym było stosunkowo ciemno. Odsłoniłam od razu okno, rzucając przenośne spojrzenie na pokój. Wystrojony typowo na urodziny. Prawda uderzyła we mnie obuchem, gdy zobaczyłam Constanzę pod stołem, a z jej oczu leciały duże łzy, choć z całych sił powstrzymywała szlochanie.
- Constanza? – kucnęłam przy niej, a blondyneczka naciągnęła urodzinową czapeczkę na twarz. – Ej, Constanza… - mruknęłam cicho, potrząsając ją za ramię.
Dziewczynka schowała twarz w kolanach, kręcąc głową.
- No bo nikt nie przyszedł… - wyłkała cichutko, podnosząc po chwili na mnie swoje ciemnobrązowe oczka, zapuchnięte od płaczu. – I było mi tak strasznie smutno, że nikt mnie nie lubi i jestem taka beznadziejna…
- Cicho bądź. – ucięłam krótko, przytulając ją mocno. Sięgnęłam przy okazji po chusteczkę i podałam ją koleżance.
Constazna wyraczkowała spod stołu, ale obie nadal siedziałyśmy na podłodze. Dziewczynka cały czas przecierała oczy wierzchem dłoni i unikała mojego wzroku, jakby wstydząc się ich. Spuściłam wzrok.
- Przepraszam za spóźnienie. – szepnęłam, zaciskając pięści. – Kurde, wiedziałam, że powinnam dopytać się ciebie.
Constazna spojrzała na mnie pytająco, więc zaczęłam wszystko wyjaśniać po kolei. I z każdym następnym słowem w jubilatkę wracały stare przebłyski życia, a już po słowach, że to Giovanna wszystkim rozpowiedziała, że rzekomo się tak z tobą umówiła, to zobaczyłam w niej starą, dobrą Constanzę. Niestety ta „dobra Constanza” przemieniła się w „wściekłą”, gdy doszłam do urodzin. Nie przerywała mi aż do początku naszej kłótni.
- Co za skończona wiedźma! – wykrzyknęła, zrywając się na obie nogi. – Jak ja ją dorwę to już nie będzie miała doniczki na głowie!
- Ej, spokojnie. To i tak nic nam nie da. – machnęłam ręką. Przynajmniej teraz ja lekko ochłonęłam. – Może to wynagrodzi ci chociaż część tego. – uśmiechnęłam się, rzucając w jej ręce prezent Giovanny.
- Czy to…?
- Dokładnie. – przytaknęłam i streściłam jej dokładnie moje ostatnie chwile na tym przeklętym przyjęciu. Constanza wybuchła niepochamowanym śmiechem, gdy zakończyłam opowieść.
- Nie wierzę! – wydusiła po chwili. – Ty to masz jaja, Blanca! – znów zaczęła dusić się ze śmiechu. – Boże, gdybym tylko widziała jej twarz w tamtym momencie, zemsta nie byłaby potrzebna! – padła na podłogę i chwyciła się za brzuch, usiłując opanować śmiech.
Gdy zaczęłam naśladować minę Giovanny, zaczęła śmiać się jeszcze głośniej, a po chwili ja również nie wytrzymałam w tej powadze i obie zanosiłyśmy się chichotem, tarzając się po podłodze ze śmiechu przez długie minuty. Oczy wręcz zaszły mi łzami.
W końcu sięgnęłam za siebie, po właściwy prezent dla Constanzy.
- No to… Wszystkiego najlepszego! – uśmiechnęłam się do niej.
Dziewczyna przyjęła go bez słów, uśmiechnęła się ciepło i bardzo mocno przytuliła. Spojrzała do środka, rozpoznała co ma i posłała mi porozumiewawcze spojrzenie z chytrą minką, po czym wskazała na prezent dla Giovanny.
- A z tym co zrobimy?
- Nie wiem, ale wiem jedno – do Giovanny nie wróci. – prychnęłam.
Constanza uśmiechnęła się pewnie.
- No to czemu ma się niby marnować?

Przybrałam podobną minę i przybiłyśmy sobie z Constanzą zamaszystą piąteczkę.

2 maja 2016

Splamiona krwią ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 7

Rozdział 7


- Nadal radziłbym się głęboko zastanowić, czy szukanie porady akurat u tej wiedźmy jest dobry rozwiązaniem sytuacji, w której się obecnie znajdujemy… - wymamrotał Tsuneari pod nosem, gdy w końcu zbliżaliśmy się celu.
- Na serio masz zamiar dalej to ciągnąć? – spytał Tokaji ze znużeniem. – Nie rozumiem o co ci chodzi.
- Wiesz o co? O to, że ona ciebie nie cierpi i to ja będę musiał z nią cały czas gadać!
Wywróciłam oczami, spoglądając przez okno.
Złapaliśmy pierwszy lepszy pociąg w odpowiednim kierunku. Sakiko Hashimoto mieszkała pod Tokio, można by rzec, że na odludziu. Nieduże miasteczko, bardziej przypominało z oddali wioskę ze stacją kolejową. Zbliżało się już południe, a kwietniowe słońce oświetlało wszystko pogodnym blaskiem. Uśmiechnęłam się smutno. Miło byłoby choć raz mieć jeszcze okazję do nacieszenia się takimi drobiazgami.
- Nie chcę, by paranoja ze zdrajcami również mi się udzieliła, ale po części zgodzę się z Tsunearim. – rzuciła Ayako. Spojrzeliśmy na nią z ciekawością. Od kiedy zapadła decyzja co do następnego celu misji, zamilkła, a w przedziale, położyła się na przedramieniu i wgapiała za okno. – Sakiko zawsze chciała pozostać neutralna. Ona albo pomaga wszystkim, albo nikomu.
- I właśnie dlatego może mieć informacje. – odparł Tokaji.
- Chyba nie rozumiesz o co mi chodzi. – fuknęła. – Jeśli ona załatwiła im tę truciznę, to równie dobrze może stwierdzić, że nam tego nie powie.
- Na jej miejscu nie próbowałabym robić sobie wrogów. – stwierdziłam.
- Nawet gdyby – i tak nikt nie odważy się jej tknąć. – powiedział Tsuneari, krzyżując ramiona. – Mimo tego całego jej… wariactwa, jest jedyną „złotą rączką” działającą na tak dużą skalę. Załatwia leki, narkotyki, trucizny, broń, fałszywe dokumenty… Plus bawi się w wynalazcę.
- O właśnie. Może zrobi mi jeszcze jeden taki bidon. – Tokaji uśmiechnął się szelmowsko.
- Phi. A tak narzekałeś, gdy ci go dałem trzy lata temu na święta. – prychnął Tsuneari.
- Tym razem rzucę go w ciebie.
Pociąg zatrzymał się z okropnym piskiem na stacji. Skrzywiłam się, ale wyszłam pierwsza z wagonu. Liczyłam, że wtopimy się w tłum. Pudło. Jedynie nasza czwórka wysiadała na tym zadupiu, a do pociągu wsiadała jakaś studentka.
Spojrzałam przelotnie na peron. Widać było na nim upływ czasu – budynek był pokryty zaciekami, drewniany szyld opadał, a farba z okolicznych ławek poodpryskiwała paskudnie. Zawiał wiatr, a przed moimi stopami przetoczyła się kartka z jakiejś gazety.
Tokaji, który najwyraźniej znał drogę, wyminął nas i poszedł przodem. Jedyny obecny pracownik nawet nie zaszczycił nas spojrzeniem, tylko dalej przeglądał coś w kolorowym magazynie. Wyszliśmy bez problemu na drogę. Asfalt był pofałdowany i popękany, a wokół jedynym znakiem cywilizacji był sklepik spożywczy i kilka ładniejszych domków wokół. Wokół roztaczały się pola uprawne, na których majaczyły nieduże gospodarstwa. Był środek dnia, na dodatek w środku tygodnia, więc taka miasteczkowa wieś była wymarła.
- Czasem aż wierzyć się nie chce, że to Japonia. – westchnął Tsuneari, zrzucając z siebie skórzaną kurtkę. – Wystarczy odjechać niecałe 30 kilometrów od stolicy i proszę. Czas zatrzymał się w miejscu.
Uśmiechnęłam się, wciągając świeże powietrze głęboko w płuca.
- Słoneczko świeci, kwiatuszki kwitną. Jak miło czasem nie słyszeć tego całego zgiełku miasta. – Ayako przeciągnęła się.
Tokaji, którego w ogóle nie ruszały spokój i harmonia spojrzał na nas jak na idiotów. Rozejrzał się kilkakrotnie we wszystkie strony, przypominając sobie z trudem drogę. Wskazał palcem na zachód, jakby samego siebie upewniając. Ruszyliśmy za nim.
- Jak byłam mała, zawsze chodziłam do parku i robiłam bukieciki z chwastów. – zaśmiała się po kilku minutach Ayako, męcząc się z pleceniem wianuszka.
Wzięłam to od niej i wprawnym ruchem związałam łodyżki.
- Ja z kolei robiłam wianuszki. – rzuciłam, a przyjaciółka pokazała mi język. Wrzuciłam jej na głowę wiązankę.
Tokaji zaklaskał ze znudzeniem.
- Brawo, brawo, niech żyje wesołe dzieciństwo. – burknął sarkastycznie. – Może mi też taki wianuszek upleciecie? Morderca z kwiatuszkami we włosach, trzeba będzie to opatentować.
Zmrużyłam oczy, ograniczając się do pokręcenia głową.
- To nie taki głupi pomysł, Tokaji. – rzucił Tsu, trzymając między zębami źdźbło trawy. – W takich na przykład żółciutkich mleczykach byłoby ci ładnie. Podkreśliłyby twoje czarne włosy.
- Ty też? – mruknął Tokaji, wsadzając ręce do kieszeni.
- Daj spokój, Tsu. – rzuciłam wesoło. – Na nim od razu wszystko by zwiędło.
Zanieśliśmy się beztroskim śmiechem.
Czarnowłosy zatrzymał się, mordując nas wzrokiem. Powoli się uspokoiliśmy.
- Widzę, że muszę wam przypomnieć po co tu jesteśmy. – warknął. – Do jasnej cholery, idziemy do największej dilerki w okolicy po jakąś odtrutkę, a w drodze powrotnej pewnie z 10 osób będzie chciało nas zabić. A wiecie dlaczego? Bo jesteśmy zabójcami. Gdybyśmy dostali odpowiednią działkę, wymordowalibyśmy tą całą wieś bez żadnego oporu. – machnął lekceważąco dłonią na otoczenie. – Więc, łaskawie, nie pieprzcie mi tutaj o jakiś wianuszkach, kwiatuszkach tylko skupcie się, bo nas wybiją.
Ruszył ponownie przed siebie, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź.
Ayako westchnęła głęboko, pochmurniejąc. Zdarła wianuszek z głowy i bez większych ceregieli wyrzuciła do rowu. Spojrzała po mnie i Tsunearim już racjonalniejszym wzrokiem.
- On ma trochę racji. Czas to pieniądz. – stwierdziła tylko, poprawiając kaburę z mieczem. Skierowała się za Tokajim.
Tsuneari popatrzył się za nimi nierozumiejącymi oczami.  Wypluł trawę z ust i przeczesał dłonią włosy. Spojrzałam na niego krótko, obracając kwiatka w palcach. Westchnęłam.
Chciałam pozwolić sobie na jeszcze kilka minut takiej młodzieńczej beztroski, ale realia zbyt dawały o sobie znać. Zlecenia, pieniądze, zlecenia, zyski, pieniądze. I tak w kółko. Tylko po co to wszystko? Mi i tak kasa nie jest potrzebna. Do szczęścia muszę tylko dopełnić zemsty.
Spojrzałam na oddalających się przyjaciół.
Ayako wpadła w ten krąg, by ratować swoją rodzinę, a Tokaji… jego po prostu przesiąkło to do szpiku kości. Spojrzałam kątem oka na Tsu. Tak naprawdę nigdy nic nie mówił o przeszłości, o motywach. Po prostu tu był, trwał w tym wszystkim i próbował dożyć jutra.
Trochę tak jak ja.
Równie dobrze mogłam dalej wieść ‘normalne’ życie. Mogłam poczekać wtedy na policję, na pomoc. Odesłaliby mnie pewnie do ciotki, zmieniłabym szkołę, ale raptem to tylko tyle. Mogłam się uczyć, zostać detektywem, wyśledzić tych morderców… Wszystko zgodnie z prawem. Zgodnie z założeniami porządnego życia.
Ale jednak stałam się tym, czym jestem teraz.
Westchnęłam jeszcze raz.
- Chodź. – mruknął Tsuneari, chwytając mnie za nadgarstek. – Tak jak oni to stwierdzili – nie mamy czasu na jakieś dziecinne rozterki.
Nie wyczułam w tej wypowiedzi ani trochę wiary w te słowa.
Uśmiechnęłam się jednak i wyrzuciłam kwiatka przez ramię.
***
 - O rajuśku, mam gości! – wykrzyknęła Sakiko, wychylając się z niepewnością zza drzwi. Jej okrągłe oprawki zjechały jej z nosa. – O rajuśku! – powtórzyła, po czym zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
Tsuneari, który podjął się tego szlachetnego zadania, uśmiechał się najszczerzej jak tylko umiał, ale teraz mina gwałtownie mu zrzedła, a on sam zabębnił z zniecierpliwieniem palcami o udo.
- Spokojnie, ona za chwilę otworzy… - wycedził przez zęby, zmuszając się do uśmiechu.
Razem z Ayako pękałyśmy ze śmiechu.
Rozejrzałam się po „posiadłości”. Wcześniej stwierdziłam, że cała ta mieścina jest totalnym bezludziem, to teraz muszę powiedzieć, że znaleźliśmy bezludzie bezludzia. Dosłownie.
Sakiko mieszkała kilka kilometrów od centrum czegokolwiek. Miała potężną działkę, niestety zarośniętą wysokimi chwastami i nieogrodzoną. Granice wyznaczały wysokie krzewy, które kiedyś na pewno tylko dodawały uroku temu miejscu. Teraz rozrosły się tragicznie, razem z bluszczem, który oplótł zamszoną fontannę. W głębi „ogrodu” dostrzegłam wrak czegoś, co przypominało garbusa.
Sam domek nie wydawał się duży, choć może to przez wszechobecne chwasty pnące się po ścianach, mech i… mniejsza z tym. Wszystko ogólnie sprawiało wrażenie niemożliwego do zamieszkania, ale miało swój wyjątkowy klimat.
Sakiko otworzyła ponownie. Wyglądała teraz na trochę bardziej ogarniętą.
- A więc, a wię,c moi mili… - ukłoniła się teatralnie, wpuszczając nas do środka. Jej elegancja nie potrwała zbyt długo – wchodząc usłyszeliśmy gwizd czajnika. – Jasna anielka, przypalę herbatę!
Rzuciła się w stronę bliżej niezlokalizowanej kuchni.
- Czy herbatę w ogóle da się przypalić? – mruknął Tokaji pod nosem.
- Zostawcie buty w przedpokoju, by nie nanieść piasku! – usłyszeliśmy z głębi domu. Spojrzałam krytycznie na wnętrze domu, zastanawiając się co da zdjęcie butów w tym całym grajdole.
Wchodziło się do okrągłego przedpokoju, który dzielił się na cztery ściany – od kuchni, salonu, sypialni i łazienki. A graty piętrzyły się w każdym najmniejszym zakątku domu.
Czasem w bajkach, książkach są opisy domów takich pozytywnie walniętych ludzi, co uwielbiają stare czasy i chomikowanie wszystkiego co wpadnie w dłonie. A teraz wyobraźcie sobie takie wnętrze, tylko odpowiednie do naszych realiów  - szkice przestawiające broń, prawdziwa broń, butelki, naboje. Wszystko.
- Czy tylko ja mam wrażenie, jakby ten dom miał pęknąć od środka? – rzuciła Ayako, spoglądając na zastawione ściany.
- Witamy w rodzinnej posesji Hashimoto zrujnowanej przez jedyną dziedziczkę! – zawołał z udawanym entuzjazmem Tsuneari.
- Oj, no weź, Tsuś! – zaśmiała się Sakiko, stając w jednej z framug. Trzymała blachę z piekarnika, na której stały gliniane naczynka z gorącą herbatą. – Chodźcie do salonu, zaparzyłam herbatkę. Nawet mam swoją najnowszą zastawę! – zawołała z dumą, wchodząc do innego pomieszczenia.
- To będzie ciężkie. – szepnęłam pod nosem.
- Bardzo ciężkie. – przytaknęła mi przyjaciółka.
Tokaji machnął na nas pośpieszająco. Przewróciłam oczami i weszłam do salonu. Widząc jego stan zrobiło mi się słabo.
- Przepraszam za bałagan. – zachichotała Sakiko. – Ale i tak trafiliście na dobry moment właśnie sprzątałam. – westchnęła, pocierając czoło wierzchem dłoni. Zostawiła długi, czarny ślad sadzy.
Staliśmy blisko siebie, jakby wszystko miało na nas spaść. Kobieta podskoczyła gwałtownie, stawiając blachę na stoliku, nawet nie robiąc miejsca (wszystko tutaj łamało prawa fizyki). Z wariackim uśmiechem zaczęła rozrzucać papiery, aż dało się rozpoznać kanapę.
- Siadajcie, siadajcie! – rzuciła, idąc w głąb pomieszczenia.
- Wszyscy zginiemy. – jęknął Tsuneari.
- Zamknij się. – syknął czarnowłosy, zapadając się w kanapie.
Sakiko, zanosząc się śmiechem, dojechała do nas na fotelu obrotowym. Wyglądał na najnowocześniejszy przedmiot w całym domu. Spojrzała po nas, strzyknęła palcami, uspokajając się lekko.
- No więc, cóż was sprowadza w moje skromne progi, oprócz pysznej herbatki? – uśmiechnęła się ciepło, poprawiając oprawki.
Zauważyłam, że teraz miała jedynie druty owinięte wokół szkieł. Jej brązowe, krótkie włosy dalej sterczały, a ubiór pozostał ekscentryczny – była boso, w poplamionych leginsach, bufiastej koszulce, a przez szyję miała przewieszone pilotki.
Tsuneari spojrzał po nas kontrolnie, a widząc nasze zachęcające spojrzenia, podjął rozmowę.
- Sakiko! Jak się cieszę, że cię widzę! Wszyscy się cieszymy – zaśmiał się. – Tyle dla nas robisz, że aż ciepło na sercu.
- Ooo, Tsuś, jakiś ty kochany. Wszyscy jesteście taaacy kochani! – w jej ton zakradła się dziecięca nutka. – W ogóle nie rozumiem czemu ci wredni panowie na was polują.
- Wredni panowie? – Tokaji lekko się wyprostował, słysząc ciekawy termin.
- Policja.
- Kurde. – mruknął, zapadając się w kanapie.
- Właśnie, policja. – przytaknął Tsuneari. – Z nimi to same problemy. Są jak trucizna. A jak przy tym jesteśmy… Nie słyszałaś może o jakimś nowym rodzaju trucizny?
- Daj spokój, Tsuś. Cały czas jest coś nowego. – machnęła ręką.
- Ale, chwilka, chwilka. – dołączyłam, szczerząc się jak głupia. – Może wiesz coś o takiej, której odtrutka jest trudno dostępna.
- Ichigoś, ale ty wyrosłaś! – splotła palce ze sobą. – Chciałabym być taka ładna jak ty! Kiedyś nawet…
- Błagam, panią, to naprawdę ważne…
- Jeśli o to chodzi, mogę zastopować przysyłanie jakiejkolwiek odtrutki, jeśli potrzebujecie tego. Oczywiście nie na długo i potrzebowałabym kilku dni na przygotowania oraz trochę pieniędzy by na to poszło…
- Nie, nie, nie, nie… - przerwał jej Tsuneari, podnosząc się z kanapy – Tokaji zapadł się jeszcze bardziej – i podszedł do niej, kładąc przyjacielsko dłoń na ramieniu. – Nie moglibyśmy cię prosić o coś tak absurdalnego…
- Absurd absurdem. – prychnęła, popijając herbatkę. – Już taki jeden o zbieżnych oczkach, prosił mnie o coś takiego.
Spojrzeliśmy po sobie z nową nadzieją.
- A pamięta pani może kto to był i jaką truciznę mu chodziło, pani Hashimoto? – spytała ostrożnie Ayako.
- Oczywiście, że pamiętam. – przytaknęła. – Poza tym nie jestem taka stara, by nazywać mnie panią. Kiedyś nawet to…
Tokaji zmroził Ayako wzrokiem. Sakiko nakręciła się i nie zwracała uwagi, czy ktokolwiek ją słucha. Tsuneari wziął kilka głębokich wdechów, powtarzając jakąś mantrę pod nosem – osobiście chciało mi się od tego śmiać. Kobieta przypominała trochę nieporadne dziecko o ogromnym serduchu. Może rozmowa z nią przynosiła marne efekty, nie rozumiała powagi sytuacji albo nie chciała jej rozumieć, to mimo wszystko nie chciała nas zabić od razu po zobaczeniu. A to już coś.
- Sakiko, stary druhu. – Tsuneari poderwał ją do góry, przyduszając przyjacielsko ramieniem za szyję. – A dałabyś radę załatwić nam odtrutkę do tej „przyblokowanej” trucizny? – wyszczerzył się.
Sakiko zdjęła z szyi jego ramię, kręcąc ze znużeniem głowę.
- O rajuśku, już mówiłam waszym, że po tak absurdalnej prośbie, nawet mi nie podeślą tego antidotum przez najbliższy miesiąc. – westchnęła, ale z pozytywną miną. – Moglibyście mi choć raz zaufać, moje projekty tylko w 45% ulegają samo-destrukcji, a substytut odtrutki tego nie zrobi…
- Chwila. – przerwał jej poważnie Tokaji. – Jaki substytut?
- Jak to jaki? – obruszyła się, kładąc pięści na biodrach. – Przecież mówiłam Omitsu, że opracowałam go! Oczywiście myślałam, że przyjedzie osobiście, bo w sumie tak mówiła, ale skoro woli się posługiwać młodymi, to proszę bardzo…
- Chwila. – Ayako wstała, lekko blednąc. – Omitsu miała przyjechać?
- Skoro wy o tym nie wiecie, powiedziałabym to w czasie teraźniejszym. – rzuciła kobieta, dopijając herbatkę. – Uhuhu, robi się coraz ciekawiej.
Spojrzeliśmy po sobie z niepokojem.
- Jesteśmy w dupie. – rzucił Tsuneari, wyciągając Tokajiego z kanapy.
Czarnowłosy strzepnął z siebie kurz.
- Musimy stąd spierniczać. Mamy niewielką szansę, że wyminiemy się z Omitsu. – machnął na nas pośpieszająco dłonią.
- Musimy wykonać jakieś zlecenie, inaczej nie wciśniemy im kitu i nas opierniczą z góry na dół. – przypomniałam, gdy zbieraliśmy się do wyjścia.
Sakiko śledziła nasze ruchy z zaciekawieniem. Nie zdziwiłabym się, gdyby poszła po popcorn. Spojrzałam na nią przez ramię z niepokojem, ale ona uniosła kciuk do góry, po chwili zaczynając się śmiać. Była jak dziecko, które usiłuje dotrzymać sekretu, ale jest zbyt rozentuzjazmowane.
- Ruchy, ruchy, ruchy. – syknął Tsuneari. – Musimy spierniczać.
Usiłowaliśmy właśnie wyminąć wszystkie przedmioty walające się po przedpokoju, gdy drzwi wejściowe otworzyły się na oścież.
- Sakiko, jak coś to tylko ja! – wydarła się Omitsu, z uśmiechem na ustach. Spojrzała na nas, nadal się uśmiechając. Po czym, gwałtownie na jej twarz wpełzło osłupienie, przemieszane ze złością. – CO WY TU ROBICIE.
***
Omitsu wzięła głęboki oddech, któryś raz z rzędu, ale w końcu pokręciła głową z dezaprobatą i dopiła trzecią kawę. Rzuciliśmy sobie krótkie spojrzenia, gnieżdżąc się na kanapie. Zastępczyni siedziała na fotelu obrotowym, a Sakiko składała coś przy biurku, jednak byłam pewna, że uważnie nas słucha.
Omitsu wzięła jeszcze jeden wdech i w końcu zacmokała.
- Czy wy czasem myślicie, co odwalacie, do jasnej cholery? – warknęła, zatapiając palce we włosach.
Przełknęłam ślinę.
- Omitsu, możemy to… - zaczął Tsuneari, ale kobieta zmroziła go wzrokiem.
- Nic nie możecie wytłumaczyć. – ucięła krótko i odstawiła z hukiem kubek. – Czy do was nie dociera, gdy każemy wam zostać w organizacji? Którego z tych słów nie rozumiecie? – spytała sarkastycznie, tasując nas spojrzeniem czekoladowych oczu pociemniałych z gniewu.
- „Każemy” – odparł Tokaji, nim Ayako zdążyła wepchać mu pięść do gęby.
Kobieta wstała i stanęła naprzeciwko nas. Miała niewiele ponad 170cm i była wyższa tylko ode mnie i Ayako, a jednak coś w jej postawie sprawiało, że wydawała się być wyższa od nas wszystkich razem wziętych.
- Na serio myślisz, że teraz jest okazja do pyskowania, Kosai? – rzuciła chłodno. – Bo, uważaj oświecę cię – nie jest. – przeniosła spojrzenie z czarnowłosego na nas wszystkich. – Czy wy w ogóle rozumiecie kim jesteście? Zniżacie się do poziomu śmieci za marne grosze. Żyjecie praktycznie na ulicy. Rozkazy od nas powinny być dla was świętością. – zmrużyła oczy. – Gdyby to nie było Kaminari, dawno kazalibyśmy się was pozbyć.
- Ale to jest Kaminari. – powiedział Tsuneari, nawet nie podnosząc na nią wzroku.
- Nie zaczynaj tego znowu, Tsu. – syknęła Omitsu. – Dostaliście jasny rozkaz nie ingerowania w te sprawy i zostania w organizacji, a wy co? Wyszliście przed świtem, biorąc jakąś podejrzaną starą misję – co teoretycznie mogło nas zwieść, gdyby nie szła akurat wasza czwórka – i znajduję was tu.
- Ale mamy ważne informacje o Kuno… - wtrąciłam delikatnie.
- Cholera, trzeba było go wtedy dogonić… - mruknęła Ayako pod nosem.
- TA ROZRÓBA W NAGANO TO WY? – Omitsu pobladła z gniewu. – Czy was pojebało do końca? Przecież to Ryuji – wszystko co mówi ma drugie dno! A ten rozwalony bar, który widziałam to pewnie też wy?
Przytaknęliśmy beznamiętnie.
Omitsu jęknęła i opadła bez sił na fotel.
- Ja kiedyś tutaj zwariuję. – mruknęła. – Słuchajcie, gówniarze. Spróbuję wam to wytłumaczyć. Mamy zdrajcę w szeregach, tak? Więc takie zagrania są nie na miejscu. Nawet jeśli szukaliście odtrutki. Za takie podejrzane akcje, czy niesubordynację powinniśmy was się pozbyć…
- Więc czemu tego nie zrobisz? – wtrącił chłodno Tokaji.
Omitsu posłała mu szelmowski uśmiech.
- Nawet ja nie jestem na tyle głupia, by walczyć z waszą czwórką w pojedynkę. – odparła.
- Dałabyś radę zabić co najmniej połowę z nas. – westchnął Tsu.
- A co mi po połowie, jak byłabym martwa? – wywróciła oczami. – A po za tym mamy niedobór ludzi. 30 osób to nie jest powalająca liczba. I… - prześlizgnęła się po nas spojrzeniem, w którym dostrzegłam zmiękczenie. – I wiem, że to żadne z was. – zatrzymała wzrok na Ayako. – Chociaż sądziłam, że akurat ty będziesz wolała się w to nie mieszać.
- Czasem trzeba. – brązowowłosa wzruszyła ramionami.
- Ja wam daruję, ale nie wstawię się przed szefem. To od niego zależy co z wami zrobi. – rzuciła Omitsu. – Musi do was dotrzeć, że w zawodzie, w którym liczą się tylko brudne pieniądze i zyski, nie istnieje coś takiego jak moralność.
Zapadła cisza.
Wyłamałam sobie palce, rozmyślając. Natłok przemyśleń kłębił się w mojej głowie, jak chmury w burzowy dzień. Ta cała nagonka ze zdrajcą stawała się coraz poważniejsza. Jakby nie patrzeć, wiedzą nawet o naszych pomniejszych misjach. Omitsu ma rację. Kaminari może się próbować wyłamywać, ale i tak wszystkie nasze zlecenia polegają na tym samym – załatwić za wszelką cenę i zarobić. Nikogo nie obchodzą „sprzymierzeńcy”. Znajdziemy sobie kilku w organizacji, dla których rozważymy możliwość zaryzykowania. Ale gdybym miała wybierać między ogromnym zyskiem, a życiem na przykład Gou albo Takashiego…
Wzdrygnęłam się, brzydząc się sobą.
Jednak szybko mi to przeszło.
Ryuji miał rację. Mam głęboko zakorzeniony instynkt zabójcy.
- MAM! – wesoły wrzask przetoczył się po pokoju.
Sakiko rzuciła się w naszym kierunku, hamując gwałtownie przed Omitsu. Przygładziła nieskutecznie włosy, uśmiechając się jak dziecko. Zabójczyni lekko się rozpogodziła, jakby ciesząc się na widok takiego podejścia do życia. Sakiko wręczyła jej uroczyście niewielką buteleczkę z prowizorycznym substytutem odtrutki, a Omitsu w odpowiedzi uśmiechnęła się szerzej i objęła przyjacielsko drobną kobietę.
- Dziękuje, Hashimoto. – westchnęła. – Bez ciebie bylibyśmy martwi.
- Ależ nie ma za co, Omitsu! – roześmiała się w głos. – Zdecydowanie wolę pomagać wam, a nie tej całej reszcie bufonów. Oni to tylko: „Damy ci tyle i tyle, a ty zrobisz dla nas to i to” i nic więcej! Wyobrażasz sobie takie ponure życie? Bo ja nie! Dobrze, że wy się czasem szczerze z czegoś pośmiejecie, chociaż nie dziwię się, że tak rzadko to robicie, też nie byłoby mi do śmiechu w takiej…
- Naprawdę dziękuję. – powtórzyła Omitsu, wciskając jej plik banknotów. – Ale nie możemy dalej tracić czasu, zwłaszcza po naszej przydługiej pogawędce.
Sakiko posmutniała przez chwilę, nawet gdy przeliczała na szybko pieniądze, jakby wcale nie o to jej chodziło. Gdy oprowadziła nas do drzwi, trajkotała o czymś bez sensu, a ja rozejrzałam się po jej domu. Kobieta wydawała się taka mała w tej posiadłości i dość… samotna.
Chociaż tacy jak my, nawet w tłumie są samotni.
- Do widzenia, towarzysze! – zaśmiała się. – Moje drzwi stoją przed wami otworem! – dokrzyknęła, gdy oddalaliśmy się już.
Poczułam wewnętrzną potrzebę, by odwrócić się i jej pomachać. Uśmiechnęłam się szczerze – to był jeden z tych momentów, w których moje uczucia działały poprawnie. Jeden z niewielu, ostatnimi czasy. Emocje zatrzymywały się tylko na trzech miejscach: nienawiść, rządza krwi i strach.
Spojrzałam na samochód, do którego wsiadła Omitsu i zatrzymałam się w prawie tym samym momencie co moi towarzysze. Kobieta wychyliła się przez okno i spojrzała na nas ze znużeniem.
- Co znowu?
- Ty masz samochód. – wydukał Tsu.
- Pożyczony. – uściśliła, przekręcając kluczyk. – Taki jeden gościu wisiał mi trochę kasy, więc darowałam mu za wypożyczenie. – wskazała kciukiem na drzwi. – Wsiadajcie.
- Czy ona też kieruje tak jak reszta? – szepnęłam do przyjaciół.
- Nie, oczywiście, że nie. – Tokaji posłał mi uśmieszek, otwierając drzwi z przodu. – Gorzej.
***
Czasem przez myśl mi przechodzi pytanie, dlaczego przez tyle lat nadal wszyscy kierują jak wariaci? Ale gdy wyjdę w całości z auta, zapominam o tym.
Omitsu wyszła bez słowa z samochodu i skierowała się w stronę organizacji, dając nam do zrozumienia swoim wymownym milczeniem, że kategorycznie powinniśmy iść za nią. Wzięłam w płuca wiosenne powietrze i wyczułam nadciągającą ulewę.
Przemknęliśmy do magazynu, zachowując najwyższą czujność. Najwyraźniej przez ostatnie 3 miesiące nikt jeszcze nie rozgryzł gdzie mamy bazę, albo wolą na razie trzymać się od nas z daleka. Nie wiem co lepsze. Lub gorsze.
Organizacja była wręcz niepokojąco pusta, a nierzeczywista cisza przeszywała mój umysł zmuszając do wytężenia zmysłów, jakby gdzieś w środku czyhało niebezpieczeństwo (w każdym bądź razie inne niż Sotomura). Spojrzałam po towarzyszach, nie pokazując po sobie zaniepokojenia ciszą. Tokaji szedł ze znużoną miną z dłońmi w kieszeniach i szeptał coś z Tsunearim, który rozglądał się ze zdziwieniem za kimkolwiek. Obaj wyglądali jakby przywykli do takich sytuacji. Ayako wlokła się obok mnie, a jej przygasłe, poszarzałe oczy wodziły wzrokiem po podłodze.
Poczułam do niej współczucie. Wyglądała jakby życie, przez które szła z ogniem w duszy, zaczynało ją powoli przygniatać, a sam płomień lekko przygasł, zbyt zmęczony zamkniętym kręgiem pieniędzy, niebezpieczeństwa i śmierci. Jakby ta rozwrzeszczana, chamska dziewczyna, która odezwała się do mnie pierwsza miała dość powtarzanej codziennie mantry. „Jutro będzie lepiej”.
Coś ścisnęło mnie za gardło. Brakowało mi Takiego. Mojego drogiego, ciepłego przyjaciela, który emanował nierealną empatią. W takich chwilach umiał drobnym gestem i jednym zdaniem wlać w nas nadzieję. Zamrugałam trochę szybciej, gdy mój umysł tchnął w wspomnienia nowe życie, a w uszach rozbrzmiał rozdzierający wrzask Ayako.
Do bani ze mnie przyjaciółka.
Uderzyłam ją pięścią lekko w ramię, nie wiedząc co powiedzieć.
Spojrzała na mnie, i bez zbędnych słów uśmiechnęła się ponuro.
- A i jeszcze jedno. – Omitsu zawahała się przed drzwiami biura, jakby nad jej wściekłością pojawiła się troska. – Na serio nie radzę wam pyskować.
- Tak, tak… - Tokaji machnął lekceważąco dłonią. – Chodźmy już, im szybciej się zacznie tym szybciej się skończy.
- Mówiłam głównie do ciebie. – zastępczyni zmrużyła karcąco oczy, ale nie mówiąc nic więcej otworzyła drzwi bez pukania.
Uśmiechnęłam się w duchu. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
- Siemka, Fumiya. – zawołała, rzucając odruchowo swoją broń na zapadniętą kanapę i wchodząc jak do własnego pokoju. 
Dostrzegłam zza pleców kobiety szefa, który przełknął szybciej swoją kawę, krzywiąc się na widok starej towarzyszki. Odrzucił papiery, krzyżując ramiona spojrzał na Omitsu. Mogłabym przysiąc, że za tym jego grymasem, kryje się coś dużo bardziej głębszego niż krzywy uśmieszek.
- Od szesnastu lat powtarzam ci, że… - zaczął z udawanym oburzeniem, ale urwał, gdy nasza czwórka również weszła do środka. Jego mina gwałtownie zlodowaciała, a on sam wziął głęboki oddech. – Proszę, proszę. Kto nas łaskawie zaszczycił swoją obecnością.
Nawet Tokaji nie ośmielił się rzucić jakąś sarkastyczną odzywką.
Staliśmy i czekaliśmy.
Fumiya wziął jakieś dokumenty do rąk i zaczął je segregować. Do niektórych doczepione były zdjęcia, więc założyłam, że to zlecenia do zabójstw. Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając czemu szef nic nie mówi. Po upływie kilku minut, gdy odnalazł odpowiednią kartę, wyprostował się i spojrzał na chłopaków.
- W sumie, to nawet dobrze, że jesteście. Mamy zlecenie na zabójstwo waszego starego kolegi i akurat się przydacie. – rzekł, wyciągając w ich stronę kartkę z danymi i fotografią.
Tsuneari przyjął ją z ostrożnością, jakby bał się, że gdzieś tutaj jest haczyk. Przejrzeli na szybko z Tokajim kartę, szukając niezgodności, trudności, ale wszystko najwyraźniej było w porządku. Przyjaciele spojrzeli po sobie. Czarnowłosy odchrząknął.
- Em… Szefie…
- Tokaji, chcesz wiedzieć dlaczego tak mało dzieciaków podejmuje się akurat naszego fachu? – spytał neutralnym tonem.
Wszyscy byliśmy zbici z tropu. Nawet Omitsu przestała się krzątać i obejrzała się na nas. Czarnowłosy spojrzał po nas, oczekując wsparcia, ale żadnemu z nas nie przychodziła sensowna odpowiedź. Chociaż, gdy teraz o tym myślę, każda byłaby lepsza niż odzywki Tokajiego.
- Ponieważ są zbyt słabe by przeżyć…? – jego pewny siebie głos przerodził się w pytanie, gdy nie zobaczył potwierdzenia na twarzy szefa.
- Ponieważ myślą, że są nieśmiertelni i ich pojedyncze działania nie zmienią wiele w ogólnych stosunkach. – powiedział Fumiya, nie odrywając wzroku od dokumentów. – Myślicie, że jesteście mądrzy, że przechytrzycie najlepszych strategów i jak zrobicie po swojemu - wszystko będzie w porządku. Tylko, że nic nie jest aż tak proste. Szczególnie tutaj. – spojrzał po nas poważnie.
- Ale niech szef posłucha… - wtrąciłam cicho, ale urwałam, gdy Fumiya wlepił we mnie spojrzenie. 
- Kanegawa, słyszałaś może o czymś takim jak ‘efekt motyla’? Według niego trzepot skrzydeł motyla na jednym kontynencie może spowodować tornado na innym. – w jego matowych oczach dostrzegłam śmiertelną powagę. – Każde z waszych nieprzemyślanych działań już mogło wyznaczyć nam drogę do pewnej śmierci.
- Ale zdobyliśmy informacje o truciźnie. Ryuji Kuno… - podjęła Ayako, a jej głos z każdym słowem odzyskiwał moc.
- Właśnie. Towarzysz Kuno. – wycedził z obrzydzeniem Fumiya. – On zawsze ma zaplanowane kilka rozwiązań każdej sytuacji, a i tak korzysta tylko z pierwszego planu. A wiecie dlaczego? Bo jako jeden z niewielu gówniarzy rozumie jak działa ten świat. Doskonale zdaje sobie sprawę, że bycie najemnikiem nie jest tak chaotyczne jak przedstawiają to filmy akcji. Wygrywają nie ci, którzy mają największe mięśnie, ale ci, którzy myślą. – wyrównał wprawnym ruchem stosik wyroków śmierci na nieznanych mi ludzi. – A jeśli chodzi o truciznę, nie mam najmniejszego zamiaru wierzyć w żadne słowo Ryujiego. Wolałbym skazać moich ludzi na pewną śmierć niż wchodzić w nim w układy. – prychnął. – Ale na szczęście, jeszcze nie muszę. Omitsu, dałaś tą odtrutkę Ryu?
- Tak, powiedział, że najpierw ją przebada.
- Odtrutkę?
- Miyako. – odparła. – Jej organizm jest silniejszy niż przypuszczaliśmy. Jest w stanie racjonalnie myśleć, ale zmęczenie przykuwa ją do łóżka. Powinna być nadal przytomna, jak chcesz z nią pogadać, Sotomura.
Szef tylko machnął dłonią.
- Więc na razie nie ma problemu. – prychnął, po czym przeniósł wzrok na chłopaków. – Kosai, Nakade, bierzecie tą misję, czy będziecie tak sterczeć?
- A szef nie ma zamiaru… no nie wiem… - spytał powoli Tsuneari.
- Nawrzeszczeć na was? A co mi to da? – Fumiya zmierzył nas chłodnym spojrzeniem. – Możecie potraktować bycie w Kaminari za największe szczęście w życiu. Gdyby nie Arata, już dawno kazałbym się was pozbyć. – gdy padło imię poprzedniego szefa chłopcy spuścili wzrok, a ja nie wiedziałam jak zareagować. Nadal nic nie wiedziałam. – Ale patrząc się na naszą sytuację, wliczając w to niezidentyfikowanych szpiegów - akurat wy nie pasujecie.
Ayako wzdrygnęła się ze zdziwienia, jakby nie mogła uwierzyć, że użyli tego słowa w jej obecności. W sumie faktycznie nie była ‘wtajemniczona’, a o szpiegu dowiedziała się od… w trakcie misji? Nie wygląda teraz na zaskoczoną. Spróbowałam sobie przypomnieć jej zdziwienie, ale nic takiego nie wyryło się w mojej pamięci. Wyraźne natomiast było imię czterookiego wykrzyczane przez Ayako w rozdzierającym smutku.
- Kasahara, nie rób takiej zdziwionej miny. – prychnęła Omitsu. – I tak wszyscy wiemy, że wiesz, że mamy szpiega.
- Mogliście udawać, że nie macie. – odparła krytycznie.
- To na nic, by nam się nie zdało. – Mako jak zwykle zjawiła się bezszelestnie. – Na razie nie jesteś nawet podejrzana.
Spojrzałam ze zdziwieniem na rudowłosą zabójczynię, która weszła do gabinetu z notatnikiem. Przekartkowała go szybko, odczytując pobieżnie dane.
- Na razie nic, szefie.
- Cholender. – przeklął pod nosem. – Rozgryźli nas?
- Mogę wiedzieć co się dzieje? – spytał Tsuneari, machając kartką w powietrzu. – Przed chwilą szef mówił, że tu nie ma miejsca na chaotyczność, a dawno nie było takiego zamieszania.
- A właśnie. Nakade, Kosai, wy macie misję. – mruknął szef, wyganiając ich z biura. – Idźcie się przespać do wieczora, a potem ruszajcie. Jak wyjedziecie z Tokio o 21, powinniście być na miejscu przed północą.
- Świetnie. – Tsuneari przewrócił oczami i wyszedł bez słowa.
- Po prostu zajebiście. – zawtórował mu Tokaji, trochę ciszej, nawet się na nas nie oglądając.
Podświadomie trzymali się zasady, by nie żegnać się przed misją. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
- A wracając do sprawy twojej „niewinności”, że tak to ujmę, to przydzieliłem banalne misje praktycznie wszystkim, którzy nic nie robili. Mako, Mikuru, Meiji i Hiroki ich obserwują. Najwyraźniej nikt nie próbuje nic zdziałać. – westchnął ze znużeniem. – Poza tym twoi rodzice dają ci 100% alibi, więc nawet tego nie mogę się czepić.
- Moi rodzice? – wydusiła z niedowierzaniem.
Szef przytaknął, a po chwili wahania rzucił w jej kierunku zwitek banknotów. Przyjaciółka rzuciła się w jego kierunku, chwytając łapczywym gestem. Od razu zaczęła przeliczać, a w moim umyśle odezwała się ostatnia myśl. Zmęczona zamkniętym kręgiem pieniędzy. Gdy przeliczyła pobieżnie kasę, jej oczy jak szybko się zaświeciły tak zgasły.
- A gdzie jest haczyk? – mruknęła z podejrzliwością.
- Nie ma haczyka.
- Więc czemu tak po prostu dajesz mi pieniądze? Przecież doskonale wiesz, że nigdy nie mam grosza przy duszy i ot tak ci tego nie zwrócę. – skrzyżowała ramiona, mordując dowództwo wzrokiem.
Przypominała mi bite zwierzę, które nie wierzy, że są ludzie, którzy mu pomogą. Omitsu spojrzała na nią ze swoim chytrym uśmieszkiem.
- Ty już się nie martw, coś ci znajdę do roboty.
Ayako podrzuciła jeszcze zwitek pieniędzy w dłoni, po czym zamknęła oczy. Dostrzegłam, że jej szczęka drży, ale nie z płaczu tylko złości. Zaciskała mocno zęby, aż w końcu wycedziła przez nie jedno słowo.
- Wychodzę.
Trzasnęła za sobą drzwiami, a ja czułam, że powinnam jakoś zareagować. Jestem do bani.
W pokoju zapanowało milczenie, a ja kątem oka spojrzałam na drzwi, niepewna czy powinnam teraz wychodzić. Fumiya dostrzegł ten ledwo zauważalny ruch i pokręcił głową.
- Siadaj, Kanegawa. – wskazał na jedno z krzeseł. – Z tobą muszę pogadać trochę dłużej.
Spojrzałam na nie, jakby nie rozumiejąc polecenia. Atmosfera była przytłaczająca i z trudem powlekłam się do niego. Opadłam ze zduszonym westchnieniem, krzyżując ramiona i zakładając nogę na nogę. Na więcej się nie ośmieliłam, niepewna czy aby pokazywanie po sobie zawziętości będzie teraz dobre.
Gdy Fumiya nachylił się nad biurko i splótł palce przy ustach, wyprostowałam się bardziej, mając wrażenie, że teraz oberwę najbardziej.
- Uspokój się, nikt nie ma zamiaru cię zabijać. – mruknęła Mako beznamiętnie. – Nawet jeśli powinniśmy nie możemy. Mamy niedobór ludności.
- Mam do ciebie kilka spraw, Kanegawa. I szczerze, gdybyś miała oberwać za głupotę, oberwałabyś w towarzystwie. – prychnął Fumiya. – W ogóle, wasze wymykanie się na misje było niezłe taktycznie, ale Mikuru jest mądrzejsza.
- Co nas zdradziło? – spytałam z czystej ciekawości.
- Jak zobaczyliśmy waszą karteczkę, machnęliśmy na nią ręką. – zaśmiała się Omistu, siadając na stole. – Dopiero Mikuru przeczytała to uważnie kilka razy i zaczęła łączyć fakty: prosta misja, w nieznacznej odległości od tego nieszczęsnego parkingu, no i na zlecenie na góra dwie osoby poszła was czwórka.
- Kurde. – syknęłam pod nosem. – No i co w końcu z tym parkingiem?
- Pustka. – Mako wywróciła oczami.
- Wszystko wyczyszczone. Najwyraźniej Ryuji myśli o wszystkim. – westchnął Fumiya, a po chwili zmierzył mnie zdenerwowanym spojrzeniem. – Młoda, nie zagaduj mnie tutaj. Wracając do sedna… Ryuji.
- Ryuji? – jęknęłam z niedowierzaniem. – A co ja mam z nim w ogóle wspólnego?
- Aż za dużo. – prychnęła Omitsu. – Jest tobą zaintrygowany i zazwyczaj „wpadacie” na siebie.
- Dlatego wolałbym usłyszeć relację wydarzeń z punktu widzenia osoby, która przeprowadzała najistotniejsze akcje. – powiedział szef, wpatrując się we mnie wyczekująco.
Odchrząknęłam i zaczęłam od samego początku. Mówiłam o tym, że Ryuji najwyraźniej nadal tworzy nową organizację i szuka do niej „interesujących” osób, o późniejszym wbiciu Jishinu, pościgu na motorach, masakrze w barze i wpadnięciu na pomysł pojechania do Sakiko. Jedyne co ominęłam to spotkanie młodszego brata Takiego.
Fumiya słuchał z uwagą historii, a w pewnym momencie podszedł do białej tablicy i zaczął rozrysowywać mapę myśli, dodając kolejne punkty tej historii w miarę jak ją opowiadałam. Gdy skończyłam, Omitsu podeszła do mężczyzny, położyła mu dłoń na ramieniu i przekrzywiła głowę.
- Czyli wynikają z tego trzy rzeczy: szpieg bardzo szybko rozsyła dane, skoro Jishin już was dopadł, Ryuji nadal wie wszystko o wszystkim, a ty zrobiłaś sobie wroga z Igarashiego.
- Czemu akurat ja? – westchnęłam, również do nich podchodząc.
- Mam ci przypomnieć co odstawiłaś 3 miesiące temu? – mruknął Fumiya, patrząc się krytycznie na tablicę, jakby jeszcze szukał jakiegoś spójnego elementu. Zmazał pewną część i zaczął pisać coś od początku.
- Myślałam, że chcecie się go pozbyć. – rzuciłam luźno, ale szef urwał pisanie na dłuższą chwilę.
Omitsu spoglądała na niego z niepokojem, gdy odłożył pisak i powoli odwrócił się moim kierunku. W jej ciemnoczekoladowych oczach dostrzegłam długo wstrzymywaną mieszankę uczuć. Mako jak zwykle zachowywała idealną, chłodną obojętność jakby już nic nie było w stanie ją ruszyć.
Fumiya podszedł do mnie z przerażającym wyrazem twarzy. Spojrzałam na niego wyzywająco, nie chcąc zadzierać głowy. Mężczyzna był dużo wyższy i górował nade mną zarówno wzrostem jak i siłą. Wbił we mnie miażdżące spojrzenie.  
- Słuchaj uważnie to, co teraz powiem, Kanegawa. – zaczął niskim głosem. – Owszem, chcę się go pozbyć. Pragnę by zginął tak bardzo jak nikt inny. Nie mogę nazwać go już nawet wrogiem, ponieważ dopóki nie ja nie będę miał jego krwi na dłoniach, nie będę w stanie normalnie funkcjonować. – wymawiał każde słowo precyzyjnie i przepełniał je drzemiącą głęboko nienawiścią. – Dlatego, to ja będę tym kto go zabije. Moja bezlitosna twarz będzie tą, którą zobaczy jako ostatnią. Odebrał mi zbyt wiele. – zamknął na chwilę oczy, krzywiąc się z wewnętrznego bólu. – Dlatego, nawet jeśli on pragnie cię zabić równie mocno jak ja jego, nie masz prawa zadać mu ostatniego ciosu. Dotarło to do ciebie? – spytał lodowatym tonem.
Zamknęłam na chwilę oczy, trawiąc powoli gniew, który z nich wypływał, po czym otworzyłam je, spoglądając na szefa prowokująco.
- Może by dotarło, gdybym w końcu cokolwiek wiedziała.
Oczy Omitsu rozszerzyły się gwałtownie, gdy usłyszała moje słowa. Miałam wrażenie, że nawet Mako drgnęła, niedowierzając, że postanowiłam oponować. Sama nie byłam pewna, czy to na pewno ja podejmuję teraz działanie.
- Od samego początku pcham się w najgorsze bagno, ponieważ nic nie wiem o przeszłości. Każde z was, każda organizacja usiłuje odrzucić od siebie przeszłość, zakopać ją głęboko pod ziemią i liczyć, że nikt jej nie odkopie. Ale wiecie co? – moje oczy w kolorze nocnego nieba pociemniały jeszcze bardziej. – Nie dacie rady wyrwać się przeszłości. To co teraz robicie idealnie tego dowodzi. Walczycie ze sobą, kłuci przez stare blizny i niezdolni do ostrzegania nowych przed trafianiem prosto w stare rany, czyż nie?
- Zważaj na słowa. – wycedził szef. – Wcześniej mówiłem, że dzieciaki nie są wstanie przetrwać, ponieważ nie rozumieją swojej „kruchości”. Owszem, to jeden z czynników. Ale wiesz jaki jest ten ważniejszy? – mierzyliśmy się teraz wojowniczo spojrzeniami, a zastępczyni machnęła dłonią na Mako, która wymknęła się bezszelestnie z pokoju. – Tacy jak my, jak ja, nie chcą kłopotów. Gdyby nie Arata, kazałbym cię zabić od razu jak Tsuneari cię przytaszczył.
- Więc mnie zabij! – podniosłam głos instynktownie. - Nie widzisz tego. Znów zaczynasz o jakiś bardzo ważnych więzach z przeszłości, które najwyraźniej trzymają mnie w złudnym bezpieczeństwie! A ja nie wiem nic.
- A co da ci wiedza? – Fumiya tasował mnie wzrokiem.
- Może pozwoli uniknąć mi sytuacji takich ja ta?
- Dość. – głos Omitsu przeszył mój umysł jak sztylet. – Dość. Nie mam zamiaru tego dłużej słuchać.
- Omitsu… - mężczyzna spojrzał na nią z irytacją, ale kobieta odpowiedziała lodowatym spojrzeniem.
- Sotomura. – wycedziła. – Nie mów o tym całej zemście jakby należała tylko do ciebie. Arata brzydził się tym wszystkim. Brzydził się całym tym światem, ale musiał w nim trwać, ponieważ ci dobrzy ludzie go odrzucili. Trwał w swoich przekonaniach do samego końca. Tak samo moja siostra. Co powiedziałaby, gdyby ujrzała cię takiego…?
- Nadal nic nie rozumiesz… - warknął Fumiya. Obserwowałam ich, wycofując się trochę do tyłu. Odczuwałam, że ta rozmowa jest czymś bardzo osobistym, ale również istotnym dla obecnych spraw.
- Nie pierdol, że nie rozumiem! – krzyknęła Omitsu, uderzając pięścią w ścianę. Tynk opadał powoli na ziemię. – Rozumiem lepiej niż ktokolwiek, idioto! Shuuko była moją jedyną siostrą, jedyną rodziną, a Arata był… był… - opuściła ramię, a z jej jednego oka spłynęła łza.
Oblicze czarnowłosego gwałtownie się zmieniło. Z zatwardziałej, nienawistnej miny, przeszedł do rozczarowania samym sobą. Przeniósł wzrok na ziemię, jakby nie mógł znieść widoku jej łez. Zwinął dłonie w pięści, podszedł do stołu i oparł się o niego tyłem.
- Ona ma rację, Fumiya. – westchnęła Omitsu. – Wplątała się w to wszystko tak bardzo, że musi wiedzieć. Już nie tylko dla jej bezpieczeństwa, ale również naszego.
Mężczyzna melancholijnym gestem rozwiązał kucyka i jego długie, czarne włosy opadły w nieładzie. Zamknął oczy, westchnął i spojrzał na nas swoim typowym, racjonalnym wzrokiem.
- Jeśli masz siłę na tę historię, to proszę bardzo. Z moich ust nie wyjdzie ona dopóki nie będę miał krwi Igarashiego na dłoniach. – spojrzał pustymi, matowymi oczami na swoje ręce.
Omitsu wzięła głęboki oddech, ale w końcu tylko pokręciła głową i wyszła bez słowa z biura. Obejrzałam się za nią, gotowa również wyjść, ale instynkt kazał mi zapytać się o jeszcze jedną rzecz.
- Kiedy szef mówił o ‘efekcie motyla’, szef celowo patrzył na mnie, prawda? – praktycznie wyszeptałam to pytanie, choć w zapadłej ciszy zabrzmiało nienaturalnie głośno.
- Heh… - zaśmiał się ponuro. – Mimo wszystko jesteś bystra.
- Chodziło o to, że walczyłam wtedy z Igarashim?
Uśmiechnął się protekcjonalnie, jakby rozbawiony.
- Raczej o moment, w którym zabiłaś James’a. Gdyby nie to, wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej. – potarł ze zmęczeniem oczy. – Nie dziwię się, że Ryuji chce cię w swojej organizacji.
Zmrużyłam oczy.
- Co szef przez to rozumie?
- Nie zdajesz sobie sprawy z cech, które posiadasz. – rzucił zagadkowo. – Teraz jesteś już bardzo silna, ale gdy zrozumiesz o czym mówię… Cóż, sam nie chciałbym wtedy być twoim wrogiem.
Czekałam aż powie coś więcej, coś co uspokoi moje przyśpieszone tętno. Jednak krew nadal dudniła mi w uszach, a mężczyzna tylko sięgnął po swoją niedopitą kawę. Otworzyłam usta, ale po chwili wahania zamknęłam je, skłoniłam się i wyszłam bez słowa.
- Ruszaj się, Kanegawa. – drgnęłam, gdy usłyszałam Omitsu. Kobieta stała z założonymi rękami, opierając się o ścianę tuż przy drzwiach. – Póki jeszcze mam wystarczająco natchnienia, by opowiedzieć ci tę historię.
***
Ryutaro wszedł ponownie do swojego gabinetu i zacmokał z niezadowoleniem, gdy dostrzegł podnoszącą się Miyako. Otruta bliźniaczka trzymała się stojaka od kroplówki i usiłowała skierować się w stronę drzwi.
- Albo kładziesz się sama, albo tym razem to ja cię uśpię. – mruknął złowieszczo.
Jednak gdy kobieta zachwiała się, dopadł do niej, chwytając delikatnie na rękaw. Na twarzy Miyako pojawił się ponury cień uśmiechu.
- Nie jesteś sadystą, doktorku. – wydusiła, gdy Ryutaro wpychał ją do łóżka.
- Jak już wspominałem, ruszanie się wspomaga rozprzestrzenianie się trucizny.
- Wspominałeś również, że mój organizm ją zwalczył.
- Zwalcza. – podkreślił. – A teraz zamknij się i śpij. Podam ci tę odtrutkę co dostaliśmy od Sakiko. Na pierwszy rzut oka nie składa się ze żrących kwasów, więc można zaryzykować.
- Gadanie nie zrobi mi krzywdy. Muszę gadać. Jestem gadatliwa. – wydusiła, zanosząc się po chwili kaszlem. Ryutaro zacmokał z niezadowoleniem i podpiął rzekome antidotum do kroplówki. – Czy to aby na pewno konieczne?
- Spokojnie, jestem lekarzem.
- Nie o to mi chodzi. – spróbowała się zaśmiać, ale jej głos był zbyt słaby. – Oni na pewno mają więcej tej trucizny. Skoro ja sobie z nią radzę, to nie lepiej zostawić ją na czarną godzinę?
- Ty tutaj nie zgrywaj bohatera. – mruknął Ryutaro, siadając do papierkowej roboty. – Jesteś płatnym mordercą, do jasnej cholery, więc takie heroiczne zagrania nie powinny mieć w ogóle miejsca, tumanie. – po chwili drgnął i spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Miałaś spać.
Miyako spojrzała na niego przymglonymi oczami, które po chwili zamknęła. W pokoju dało się słyszeć jedynie skrobanie długopisu o papier, gdy lekarz spisywał kolejne to informacje. Bliźniaczka długo nie wytrzymała i znów otworzyła oczy.
- Strasznie dzisiaj cicho. – rzuciła.
- Sotomura wysłał wszystkich na misje. Sprawdzają coś.
- Miyoki i Koichi też poszli? – spytała.
- Tak, ale nie musisz się martwić. Jun i Meiji pewnie są z nimi.
- Ja tam nie wiem, czy akurat to nie jest dobrym powodem do zmartwień.
Ryutaro spojrzał na nią wymownie.
- Idź ty spać, co?
Kobieta jeszcze prychnęła, ale posłusznie zamknęła oczy. Zasnęła po kilku minutach i nawet krzątanina na zewnątrz jej nie obudziła. Lekarz wyjrzał z ciekawością przez okno, ale gdy dostrzegł Omitsu wspinającą się po ścianie magazynu z Ichigo westchnął tylko i postanowił się skupić na pożyteczniejszych sprawach.
***
Omitsu wdrapała się zwinnie na sam dach i rozejrzała z ciekawością. Ja stanęłam na szczycie kilka sekund później. Przez ostatnie miesiące nie miałam okazji tutaj wchodzić, zazwyczaj siedzieliśmy w chaszczach za magazynem, szczególnie na rozłożystej wierzbie.
Sam magazyn był dość niski, nie licząc oczywiście podziemnych pięter. Dach był płaski i praktycznie pusty – stał tu tylko stary, niedziałający klimatyzator, zajmujący znaczną część powierzchni. 
Omitsu machnęła na mnie dłonią, kierując się w jego stronę. Przeszła kilka metrów po samym gzymsie, rozkładając szeroko ramiona. Wybrała odpowiednie miejsce i usiadła na samym skraju. Jej nogi dyndały kilka dobrych metrów nad ziemią. Spojrzała na mnie wyczekująco.
- Dlaczego akurat dach? – spytałam neutralnie, przyklapując obok niej.
- Sama nie wiem. Jak byłam w twoim wieku, lubiłam być na wysokościach. – wzruszyła ramionami, po czym sięgnęła za siebie i wyciągnęła z tylnej kieszeni małą buteleczkę z trunkiem. – No co? Chyba nie myślałaś, że będę opowiadać to całkowicie na trzeźwo, co? – roześmiała się.
- Omitsu, słyszałaś…?
- To co gadał Fumiya? Owszem. – wzięła solidnego łyka. – Chce się bawić w jakieś mądre sentencje, palant jeden. W jakim świecie on żyje? – westchnęła, po czym spojrzała na mnie kątem oka. – Chodziło mu o to, że jesteś silna i prędzej czy później nauczysz się wykorzystywać pewne elementy.
- Po co on w ogóle to mówił?
- Pewnie nie chciał powiedzieć wprost, że cieszy się, że mamy tak mocnego zawodnika po swojej stronie. – palnęła mnie otwartą dłonią w plecy. – Jak przeżyjesz jeszcze kilka miesięcy to sama zrozumiesz!
Przewróciłam oczami.
- Jeśli Igarashi na serio się na mnie uwziął i nie będę mogła go zabić, to raczej długo nie pożyję. – prychnęłam sarkastycznie.
Omitsu znów spoważniała.
- Nie słuchaj go całkowicie, Ichi. On czasem tak ma. – wbiła wzrok w do połowy opróżnioną butelkę, a ja patrzyłam się na nią, lekko zbita z tropu.  Kobieta po dłuższej chwili wyprostowała się, szybko odzyskując dawną werwę. – Znów robię to samo. Ja rzucam aluzję, a ty nic nie wiesz. – wzięła głęboki oddech.
- Nie musisz mówić wszystkiego. – zaznaczyłam. – Tylko te najważniejsze fakty.
Potrząsnęła butelką z alkoholem, oglądając przez nią świat.
- Tak szczerze, Ichi? – westchnęła. – Sądzę, że zrozumiesz to dobrze, tylko jak usłyszysz wszystko od samego początku. Historie nie mają sensu, gdy znasz jedynie kilka fragmentów, prawda?
- A gdzie jest jej początek? – spytałam cicho.
- Sądzę, że będzie dobrze, jak zacznę od Fumiyi. – mruknęła, przygotowując się do zaczęcia, ale gdy zamknęła oczy, wzięła jeszcze jeden głęboki wdech. – Wiesz, opowiadam ci to w całości również dlatego, że podświadomie liczę, że to nas choć trochę usprawiedliwi.

I nim zdążyłam jeszcze coś powiedzieć, zaczęła opowiadać i tłumaczyć, wpadając w trans wspomnień.