26 lipca 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 2 ~ Gwiazdy świecą na czystym niebie

Rozdział 2

Gwiazdy świecą na czystym niebie
Od tamtego czasu znalazłyśmy się z Constanzą między młotem i kowadłem. Klasa, po urodzinach Giovanny, strasznie się podzieliła – oczywiście ta jędza, Enrica, Felicia i ich niewolnicy, przeciwko kilku osobom, które miały na tyle rozumu, żeby nie czepiać się nas. Taka na przykład Cristina i jej koleżanka, Nicola trzymały się z nami, a większość chłopaków pozostała neutralna.
No i z takimi nastrojami, pod koniec czerwca pojechaliśmy na dwudniową wycieczkę w Apeniny.
Przynajmniej te idiotyczne zaczepki ustały na chwilę, bo pani Galante bardzo pilnowała, by panowała „wzajemna zgoda i szacunek”. Albo przynajmniej przepisy jej tak nakazywały. Nawet przypilnowała, byśmy siedziały w autokarze w zupełnie innej części niż „święta trójca” – oczywiście oni mieli przewagę liczebną i siedli na tyłach, a my na przodzie. Co w sumie, mimo ogólnie przyjętych norm, było nawet zabawniejsze niż siedzenie na tyle. Przed nami siedziały Nicola z Cristiną, a obok ci neutralni chłopacy, w tym Riccardo – chyba druga i ostatnia osoba w klasie, która rozumiała cokolwiek z zagadnień ścisłych.
Ale nie w tym rzecz.
Pierwszy dzień wycieczki przebiegał bardzo spokojnie – wszyscy trzymali się od siebie z daleka, więc sporów nie było. Podczas obiadu – inne stoliki. Noc - inne pokoje. Wszystko załatwione perfekcyjnie. Problemy pojawiły się dopiero na drugi dzień, gdy przewodnicy organizowali nam konkursy na orientację w terenie.
Coś w stylu, że były wyznaczone różne trasy, z różnymi elementami zaznaczonymi na mapie i do znalezienia jako „dowody”. Wszyscy dostali mapki, a przewodnicy dawali nas na 3 najłatwiejsze, najkrótsze trasy. Ja również z wielką chęcią przystąpiłam do konkursu. Nastrój trochę opadł, gdy okazało się, że Giovanna, Sergio i Carlos, moi główni „prześladowcy” są w tej samej grupie co ja, ale duch walki we mnie rozgorzał.
- Skop im tyłki, Coletti! – wrzasnęła na sam koniec Constanza, która oczywiście zajęła pierwsze miejsce i to z wyraźną nadwyżką. 
Z początku nawet nie spojrzałam na mapę, szłam wytyczoną przez wielu poprzedników wydeptaną ścieżką. Nie musiałam się martwić – od małego umiem czytać mapy (nieba bo nieba, ale wszędzie jest ten sam klucz), ale gdy rozłożyłam akurat tę, trochę się zaniepokoiłam. Zaznaczona trasa była bardzo długa, pokrętna i na pierwszy rzut oka niebezpieczna.
Wzruszyłam tylko ramionami, gdy wyczaiłam punkt, w którym się znajduję. A co mi tam. Ruszyłam raźnym krokiem przed siebie.
Niepokój pojawił się po dwóch godzinach, gdy nie mogłam znaleźć przejścia dalej. Wpatrywałam się i wpatrywałam w mapkę, ale zaznaczone było tylko jedno przejście i zdecydowanie nie było na moje siły. Rozciągała się przede mną wysoka na trzy metry, prawie gładka skała. Nie wątpiłam, że we dwoje bardzo łatwo było to przekroczyć, ale na pewno nie pojedynczo. A ja miałam 11 lat i byłam sama gdzieś w środku Apenin. Świetnie.
Nie panikowałam. Wiedziałam, że w końcu albo mnie znajdą, albo ja znajdę ich. Starałam się wrócić tą samą drogą, ale cały czas trafiałam w poprzednie miejsce, aż w końcu wróciłam do półki skalnej. Westchnęłam i rozejrzałam się, jakby cokolwiek miało mi pomóc. Nie wzięłam ze sobą nic przydatnego, co wskazywało by godzinę – telefon i zegarek zostawiłam, by nic się im nie stało.
Spojrzałam na słońce. Krążyłam najwyżej 3 godziny. Tylko 3 godziny. Po prostu cudownie.
Zrzuciłam plecak z ramion, ciskając nim o ziemię z irytacją i usiadłam na spróchniałym pieńku. Jedyne co mi zostało to czekać aż się o mnie zmartwią. Nie ma sensu zagubiać się bardziej. Cały czas powtarzałam sobie te logiczne wnioski, by choć trochę uspokoić rozszalałe serce. Palpitacji zaczęłam dostawać, gdy minęło 5 godzin, a ja ciągle siedziałam w tym samym miejscu.
- Blanca! – usłyszałam w końcu w oddali. – Blanca!
- Tutaj! – wrzasnęłam, wybiegając ekipie ratunkowej na spotkanie.
Tylko moją ekipą ratunkową okazała się Constanza.
- Wiedziałam, kurde, wiedziałam! – wykrzyknęła, patrząc się na skałę za mną. – Co za skończona wiedźma!
Przekrzywiłam głowę, nie rozumiejąc wiele z jej bełkotu.
- Może tak od początku? – westchnęłam, uspokajając się. – Co ty w ogóle tu robisz? Sama.
- Wiesz ty co, Blanca… Giovanna to wiedźma, ale żeby aż tak. – Constanza zrobiła wielkie oczy i wyciągnęła z kieszeni podartą kartkę, która okazała się moją prawidłową mapą. – Podmieniła ci mapkę na tę najtrudniejszą.
- Co za…! – zerwałam się, ale opanowałam się równie szybko. – Dobra, mniejsza z tymi tępakami. Co było dalej?
- Jak to dalej?
- Nie mów mi, że…
- Poszłam sama? – Constanza uśmiechnęła się głupkowato. – Za późno. Wybacz, Blanca, ale to nie ja jestem od myślenia.
- Czy ktokolwiek w ogóle wie, gdzie jesteś? – spytałam rzeczowo.
- Nie, raczej nie.
Opadły mi ręce.
- No dobra, pani ekipo ratunkowa. – rzuciłam po chwili sarkastycznie. – Co teraz jest w planie? Pamiętasz drogę powrotną? Wzięłaś dokładniejszą mapę? A może kończymy tę trasę? W ogóle to wzięłaś lepszy sprzęt pewnie?
- Dobra, już dobra… - Constanza machnęła ręką. – Wiem, nie myślę. Ale spójrz na to z lepszej strony – nie siedzisz tutaj sama.
Westchnęłam głęboko i podeszłam do tej półki skalnej.
- Co robisz? – spytała, patrząc jak się wspinam nieporadnie po niewielkich występach skalnych.
- Nie mam zamiaru spędzić tu kolejnej godziny. Wynosimy się stąd. – odparłam i machnęłam na nią ręką. – Chodź tu, podsadzisz mnie.
Najgorszy element trasy był za nami – ja z pomocą Constanzy wdrapałam się na szczyt, po czym wciągnęłam za ręce przyjaciółkę. Wszystko ładnie pięknie, ale byłyśmy tak zestresowane i zmęczone, że nawet nie przyszło nam do głowy, by pooglądać widoki. Szłyśmy cały czas przed siebie, coraz bardziej zmęczone, zestresowane i przede wszystkim głodne i spocone.
Mimo, że rozmowa się nie kleiła cały czas coś mówiłyśmy, by tylko nie zapadła między nami cisza. Każda z nas doskonale wiedziała, co dzieje się, gdy jest cicho. Ilość horrorów w lesie, które pooglądałam do tamtej pory mówiła sama za siebie.
Opowiadając w wielkim skrócie naszą podróż powrotną, wyglądała ona strasznie rutynowo, dopóki nie wyszłyśmy spośród krzewów na polanę startową. Wtedy wybuchł szał – przypadli do nas ratownicy i wychowawczyni. Z początku wszyscy nas głaskali i badali, dopiero później dostałyśmy poważną burę.
Okazało się, że przez cały ten czas wszyscy byli przekonani, że na tę turę poszły 3, a nie 4 osoby, więc gdy trójka wróciła, zaczęli posyłać inne grupki. Zaczęły mijać godziny, reszta osób miała czas wolny na terenie ośrodka i nikt nie zawracał sobie głowy przeliczaniem. Dopiero Constanza, która od dłuższego czasu nie mogła mnie znaleźć, zaczęła węszyć podstęp. Nie zagłębiała się w szczegóły jak znalazła moją podartą mapkę i skąd ma pewność, że to akurat Giovanna (choć do tego jakoś nie potrzebuję dowodów), kontynuowała poszukiwania na własną rękę.
- Wiesz, wolałam nie rozpętać paniki, inni też chcieli pozwiedzać. – wzruszyła w pewnym momencie ramionami. – Podwinęłam ze stolika trudniejsze mapki i powiedziałam Riccardo, że idę do łazienki. Potem wystarczyło tylko przemknąć w odpowiednim momencie znowu na trasę.
- Jesteś niemożliwa. – westchnęłam, kręcąc głową. – Nawet nie miałaś pewności, na której ścieżce jestem. Że w ogóle na którejś jestem.
- A co niby miałam zrobić? – wytrzeszczyła na mnie oczy. – Zostawić cię na pastwę losu? Biedną, małą kujonkę w środku dziczy?
Przewróciłam oczami.
- Po pierwsze nie jestem kujonem – proszę mi tu nie obrażać mojego IQ. Po drugie to nie dzicz, tylko specjalnie przygotowane do tego ścieżki. – zaczynałyśmy przedrzeźniać siebie nawzajem, jeśli chodzi o sposób mówienia. – I po ostatnie… dzięki.
Constanza aż się zatrzymała.
- „Dzięki”?
- No dobra. Dziękuję. – pokręciłam głową, wiedząc, że podziękowania wyszły dość sztucznie.
- Nie o to mi chodziło. – Constanza machnęła ręką. – Czemu mi dziękujesz?
- Ale ty czasem jesteś głupia. – jęknęłam, lecz nim dziewczynka zdążyła powiedzieć cokolwiek kontynuowałam. – Dziękuję, że mnie nie zostawiłaś.
Constanza roześmiała się.
- Ty też jesteś głupia. – wyszczerzyła się do mnie. – Niby ja miałabym cię zostawić? Wolne sobie.
W sumie to cała ta historia zakończyła się szczęśliwie. Mogło być niebezpiecznie, ale wróciłyśmy w całości. A na widok miny Giovanny, od razu stwierdziłam, że było warto. I jeśli miałaby dostać jeszcze raz taki opiernicz, to z chęcią zgubiłabym się tam jeszcze raz, nawet w środku nocy.
***
Następnie nastały wakacje, podczas których byłyśmy nierozłączne. Wspólne wypady na plażę, wspólna jazda na desce, wspólne wędrówki, wspólne zarwane nocki na obserwowaniu nieba. Jej dom stał się moim, a mój – Constanzy. Nici naszej przyjaźni coraz ciaśniej się oplatały, tworząc mocniejszy węzeł z dnia na dzień.
Ale to nie podczas wakacji, lecz dopiero na początku roku szkolnego zrozumiałam, że mam prawdziwą przyjaciółkę. To właśnie będzie to ostatnie spoiwo, które utworzyło niezniszczalny łańcuch.
Poszłyśmy do piątej klasy – wszystko ładnie, pięknie. Te same znajome twarze, ci sami nauczyciele – nic nowego. Siadłyśmy na każdych zajęciach razem i to bez większego bicia się o ławki. Wszystko się układało, a coraz to jawniej istniejący podział klasowy nie wydawał się przeszkadzać aż tak bardzo. Nauczyłam się szybko ignorować kolegów Giovanny – Sergia, Marco, Carlosa i Gulia. W sumie musiałam, by mieć czas na ogarnięcie Constanzy, która była mniej przyjaźnie nastawiona do takich sytuacji.
Dla niej istniało tylko prawo pięści.
Wszystko przebiegało wzorowo – nawet zostałam klasowym skarbnikiem. I choć ja na to strasznie narzekałam, to o dziwo Constanza też. Co było naprawdę niezwykłe. Dziewczynka zawsze usiłowała wypychać mnie przed szereg, ponieważ mam do tego predyspozycje, choć zazwyczaj starałam się unikać takich akcji.
- Ja nie mogę, czemu zawsze najbardziej upierdliwe rzeczy przypadają właśnie mnie? – jęknęłam, wypakowując książki.
Constanza bawiła się długopisem.
- No to po prostu zrezygnuj. – westchnęła.
- A co, ty chcesz być w samorządzie? – spytałam neutralnym tonem, ale z uwagą przypatrywałam się jej twarzy. Przemknęło po niej szczere zdziwienie.
- Zdurniałaś? Mam ci przypomnieć co mam z matematyki? – zaśmiała się, ale po chwili zmarszczyła czoło, wydymając usta. – Tylko to mi trochę nie pasuje.
- Tobie nie pasuje? To ja będę odwalać całą robotę. – prychnęłam.
- Nie uważasz, że to podejrzane? – spytała poważnym tonem. – Że dostałaś taką ważną rolę, szczególnie gdy połowa klasy nas nie cierpi?
Wzruszyłam ramionami i zbyłam temat machnięciem dłoni.
Ale powrócił on bardzo dobitnie, gdy z kasy klasowej zniknęło 300 euro. Przeraziłam się nie na żarty, gdy przeliczałam pod koniec miesiąca pieniądze, które w większości miały iść na jakąś wycieczkę. Stwierdziłam na początku, że skonsultuję to z Constanzą i nie powiem, że zniknęło 300euro. I tak powiedzieliby, że to ja to zgubiłam.
- Ej, Constanza! – dogoniłam ją, chwytając pod ramię.
- Co ciebie dzisiaj napadło? – spytała zdziwiona, ale gdy przyłożyłam palec do ust, umilkła od razu.
- Mamy problem. – szepnęłam i streściłam jej na ucho całą, krótką historię.
- ILE? – wydusiła na samym końcu, a ja przytkałam jej usta dłonią, by osoby postronne nic nie usłyszały. Blondynka szybko się ogarnęła i zaczęła trochę bardziej myśleć. – Dobra. Po szkole „udamy się do domu”, a potem wemkniemy się znowu i poszukamy tego. Może jak przyniesiesz te dobre ciastka, to woźny posprawdza kamery.
Plan był rzeczywisty i wszedł bez problemu w życie. W sumie odetchnęłam z ulgą, że Constanza nie zaproponowała najlogiczniejszego rozwiązania i nie kazała iść z tym do nauczycieli. Weszłyśmy późnym popołudniem znowu do szkoły, z banalną wymówką, że zostawiłyśmy coś w klasie.
- Dobra. – Constanza położyła pięści na biodrach. – Ty przelicz kasę jeszcze raz, a ja obejrzę całą salę.
Nasz zapał opadł, gdy po dziesiątym przeliczeniu nadal nie było 300euro. Tak samo jak nie znalazłyśmy złamanego centa pod ławkami, w ławkach, pod szafkami, w szafkach… Sprawdziłyśmy jeszcze kilkakrotnie wszystkie dostępne dokumenty, ale nigdzie nawet nie było śladu.
- No i co ja teraz zrobię? – wyjęczałam, gdy już wyszłyśmy ze szkoły.
Zjeżdżałyśmy powoli z naszej ulubionej górki na desce i mogłam wmawiać sobie, że łzy pojawiające się w kącikach oczu spowodowane są wiatrem. Constanza milczała, mocno się zastanawiając co zrobić, co doradzić.
- No nic. Mówi się trudno. – westchnęła po dłuższym czasie. – Pójdziemy jutro do pani Galante i powiemy, że brakuje…
- Przecież ona mnie zabije!
- Właśnie dlatego pójdziemy do niej razem.
Tylko na naszej drodze stanęła właśnie pani Galante. Czy raczej jej nieobecność. Akurat musiała rozchorować się w piątek. Siedziałam cały czas jak na szpilkach, totalnie nie wiedząc co robić. Constanza przywracała mnie myślami na ziemię i kazała się uspokoić. Istniała mała szansa, że ktokolwiek będzie chciał sprawdzać akurat teraz czy dane się zgadzają.
Dzień mijał niezwykle przyjemnie. Liście na drzewach powoli brązowiały i cała okolica nabierała złotych kolorów jesieni, a słońce jeszcze ogrzewało wszystko swoimi promieniami. Bardzo polubiłam tutejszy wrzesień – sezon turystyczny się kończył, więc miasteczko trochę pustoszało, ale dla mnie było to idealne. Podczas lata nie mogłam zaczerpnąć tchu.
Ostatnią lekcję był w-f. Wszyscy zdążyli już wybiec do szatni i tylko ja musiałam zostać i pozbierać piłki jako dyżurna. Spakowałam je jak najszybciej do kartonowego pudełka i pobiegłam do reszty. Musiałam iść jeszcze z piłkami do kantorka, ale mogłam w między czasie się przebrać i być gotową do wyjścia.
- O, Blanca. – Constanza uśmiechnęła się na mój widok. – Daj mi sekundę, to pomogę ci nieść… Kurde.
- Co się stało? – spytałam, zmieniając koszulkę.
- Zostawiłam piórnik w klasie. – wywróciła oczami. – Znowu.
- No już trudno. To ty po niego idź, a ja z tymi piłkami dam sobie radę.
- No to czekaj na mnie przy głównej bramie! – rzuciła, wypadając z szatni.
Ja spokojnie skończyłam się przebierać, spakowałam się i poszłam zanieść piłki w odpowiednie miejsce. Przeszłam po podwórku szkolnym, by od razu pójść po deskorolkę. Rzuciłam pobieżne spojrzenie chłopakom z mojej klasy – moja „ulubiona” grupka stała zbita koło stojaków na rowery.
Odstawiłam z hukiem karton i zamknęłam szusem kantorek. Westchnęłam. Wolałam nie kończyć tygodnia akurat z konfrontacją z nimi. Podeszłam naturalnie do nich i przepchałam się do swojej deskorolki.
- Sorki. – mruknęłam, usiłując przecisnąć się między chłopakami.
Ani drgnęli.
- No ej, Marco, rusz się trochę. – przewróciłam oczami.
Nawet nie zamierzali poruszyć się o centymetr. Upuściłam delikatnie deskorolkę na ziemię i spojrzałam po całej czwórce trochę podirytowanym wzrokiem. Chłopaki i ich durne pomysły. Marco, Gulio i Carlos odwzajemniali moje spojrzenia, jedynie Sergio unikał mojego wzroku.
- O co wam znowu chodzi? Chcę wracać już do domu…
Nie dokończyłam, bo Marco mocno mnie popchnął. Nieprzygotowana na taki zwrot akcji, zatoczyłam się do tyłu i walnęłam plecami o ścianę. Nim zdążyłam się obruszyć, zacieśnili krąg.
- Słuchaj, Blanca. – warknął Gulio. – Doskonale wiemy co zrobiłaś.
- O to świetnie. – uśmiechnęłam się sztucznie. – Bo tak się składa, że ja nie wiem. – zmrużyłam groźnie oczy.
Carlos popchnął mnie jeszcze raz, a Marco kopnął. Syknęłam z bólu, ale wyprostowałam się dumnie, gotując się od środka ze złości.
- Ej, to bolało. – warknęłam groźnie.
- I miało. – prychnął Marco. – Nie myśl, że pozwolimy ci na takie akcje tylko dlatego, że jesteś dziewczyną.
- Chwila, mieliście mnie oświecić. – mruknęłam jeszcze, zachowując resztki pewności siebie, która uleciała, gdy Carlos uderzył pięścią tuż obok mojej głowy. Zastraszanie szło im coraz lepiej.
- Zwinęłaś 300euro z naszej składki klasowej. – oskarżył Gulio.
- Giovanna, Felicia i Enrica słyszały jak o tym gadałaś z Constanzą. – dodał Marco, świdrując mnie wzrokiem.
- Poza tym cały dzień chodzisz zestresowana. – wtrącił Carlos.
Oskarżenia sypały się cały czas, a ja stałam tam jak słup soli. Byłam przestraszona, że w ogóle 4 chłopców stoi nade mną i że ktoś się do wiedział o zaginionych pieniądzach. Nawet nie zdążyłam wścieknąć się na brzmienie imion moich ukochanych koleżanek. Mój instynkt kazał zwrócić się w stronę najbliższej deski ratunku.
- Chyba nie jesteście poważni? – spytałam wszystkich, ale zielone oczy wlepiłam w Sergia, który od samego początku nie wyglądał na zadowolonego z obranego planu. – Serio sądzicie, że to ja?
- Tylko ty masz dostęp do pieniędzy. – mruknął Sergio, zobowiązany do powiedzenia czegokolwiek.
- I to od razu czyni mnie winną? Nawet nie macie dowodów! – podniosłam głos, a gdy dostrzegłam zawahanie na ich twarzach, stwierdziłam, że pociągnę to dalej. – Nie macie najmniejszego prawa mnie oskarżać. I to jeszcze tak heroicznie, nachodząc całą bandą!
- Zamknij się! – Gulio wrzasnął na mnie, biorąc zamach.
Zacisnęłam oczy, niezdolna do jakiejś reakcji.
Ale cios do mnie nie dotarł. Oberwała Constanza, która zawsze pojawia się w odpowiednim momencie. Dosłownie wpadła między mnie i Gulia, a jego pięść dowaliła jej w ramię. Chłopaki zamrugali kilkakrotnie. Poczułam zastrzyk adrenaliny. Teraz, gdy nie jestem sama, też mogę pocwaniakować.
- Co wy tu odstawiacie, barany!? – wrzasnęła Constanza, mordując ich wzrokiem. – Myślicie, że to takie zabawne!?
- Nie wtrącaj się, Carlo! – syknął Marco, odpychając ją mocno.
Ciemnobrązowe oczy Constanzy zapłonęły żywym ogniem. Dziewczyna chwyciła Marco za koszulę i mocnym szarpnięciem odciągnęła do tyłu, aż chłopak się zachwiał.
- Jestem Di Carlo! – poprawiła, prostując się dumnie. – I jeśli jeszcze raz tkniecie Blancę, to skopiemy wam dupska!
No i zaczęła się bójka. Niestety byłyśmy na przegranej pozycji. Chłopaki zawsze są silniejsi, a my dwie na dodatek byłyśmy dość kościste, więc walka masą odpadała. Constanza mogła krzyczeć co chciała – ja byłam typem mola książkowego, a ona, nieważne jak bardzo lubiła wyczynowe akcje, bić się nie umiała.
Nie byłam pewna jak się zachować, dopóki Gulio nie trafił Constanzy pięścią prosto w szczękę, że aż się przewróciła. Zwinęłam dłonie w piąstki i rzuciłam się na niego z krzykiem.
- Ty skończony idioto! – zaczęłam go okładać z całych sił, choć widać było, że nic mu to nie robi.
Po chwili poczułam jak ktoś szarpie mnie za koszulkę i podrywa do góry. Na ślepo wyprowadziłam kopniaka i usłyszałam syk Marco. Szarpanina rozpętała się na nowo. Trzymałyśmy się blisko z Constanzą, niczym na filmach – stykałyśmy się wręcz plecami, ale nie z własnego wyboru. Chłopacy nie pozostawiali żadnej luki, nie pozwalając się nam wydostać.
Jedynie Sergio stał trochę na uboczu i robił tylko za mur. Zauważyłam to, gdy akurat gryzłam ramię Marco, a Constanza przytrzymywana przez Carlosa szaleńczo usiłowała trafić w Gulio. Lecz nawet Sergio w końcu musiał zareagować. Ale w trochę dziwny sposób.
- Ała, idioto, przestań! – wrzasnęła Constanza, gdy Carlos zaczął coraz niebezpieczniej wykręcać jej rękę do tyłu.
- Puszczaj ją, złamiesz jej rękę! – krzyknęłam do niego, usiłując wyszarpać się spomiędzy Gulia i Marco.
I wtedy zareagował Sergio, który podbiegł do nich i z całego impetu trzasnął Carlosa w twarz. Ten, zszokowany, wypuścił dziewczynkę, która wykorzystała w całości daną przez los szansę: przepchnęła się do mnie, siłą rozpędu wyciągnęła nas z środka walki i szybkim ruchem wskoczyła na deskorolkę. Zrobiłam to samo, tylko z lekkim opóźnieniem. Jeszcze nigdy nie jechałam na niej aż tak szybko.
***
- Oni są jacyś głupi!
Constanza nadal nie mogła wyrwać się z amoku. Cały czas ciskała piorunami we wszystkich kierunkach, wyładowując nadmiar adrenaliny na całym swoim domu. Po raz pierwszy cieszyłam się, że jej rodziców zazwyczaj nie ma, bo skończyłoby się na jakiejś aferze.
A tak skryłyśmy się w domu Constanzy i podczas, gdy ona obmyślała najgorsze rodzaje tortur dla naszych kolegów, tak ja szukałam plastrów i wody utlenionej. Nie wyglądałyśmy jakoś wyjątkowo źle, po całym weekendzie nie będzie nic widać, ale jednak pamięć zostaje.
- Jak ja ich dorwę…
- Tak, tak… - westchnęłam, przyklejając jej plasterek. – Już widziałam jak ich dzisiaj dorwałaś. – Constanza już miała na mnie nakrzyczeć, ale tylko syknęła, bo polałam rozcięcie wodą utlenioną.
- No to co masz zamiar z tym zrobić? Teraz obie mamy duży problem.
- My ich dorwiemy, o to się nie martw. Tylko wykorzystamy coś czego oni nie mają. – uśmiechnęłam się chytrze.
- Cycki? A nie, tego też nie mamy.
- Rozum. – wzniosłam oczy ku niebu. – Chociaż w twoim przypadku z tym też może być problem.
- No dzięki. – prychnęła. – Ale podoba mi się twój tok rozumowania, chociaż nie chodziło mi akurat o to… Co robimy z tą zgubioną kasą?
- To jest pikuś. Pójdziemy do pani Galante i wszystko wytłumaczymy.
Constanza przewróciła oczami.
- Serio dopiero teraz chcesz grać zgodnie z zasadami? Przecież można było to powiedzieć w pierwszy dzień i nikt nie robiłby na nas ustawek, czy czegoś jeszcze durniejszego…
- Dziękuję, Constanza.
- Ha? – jej krótkie blond włosy opadły, gdy w końcu choć na chwilę przestała zawzięcie gestykulować. Przekrzywiła głowę, przypatrując się mi uważnie.
- Dzięki, że przybiegłaś mnie ratować. – uśmiechnęłam się. – Znowu.
- Nadal nie rozumiem, czemu mi za to dziękujesz.
- Wszystkie osoby jakie znałam przedtem, na pewno by stchórzyły.
- Tylko, że ja nie jestem już tymi wszystkimi. Jestem twoją przyjaciółką. – poklepała mnie po ramieniu i wyciągnęła małego paluszka w moją stronę.
Uśmiechnęłam się szerzej, czując rozchodzące się ciepło po całym wnętrzu. Zahaczyłam swojego palca o jej i na dopełnienie mocno nimi potrząsnęłyśmy, składając sobie niemą obietnicę, której po prostu nie dało wyrazić się słowami. Ale ten jeden gest wystarczył.
Nasza przyjaźń została przypieczętowana.
***
- Boże, jest środek nocy, a ja nadal umieram z gorąca… - Constanza jęczała od kilkunastu dobrych minut.
Pokręciłam głową z dezaprobatą, nawet na nią nie spoglądając.
- Jęcz ciszej, bo obudzisz moich rodziców. – mruknęłam, uśmiechając się.
Blondynka przeturlała się, rozgarniając wokół mapy i prowizoryczne przyrządy. Siedziałyśmy na moim tarasie (znaczy Constanza leżała), z idealnym widokiem na niebo. Manarola, jak wspominałam, leżała centralnie nad Morzem Liguryjskim, a mój dom znajdował się jakieś 100 metrów przed linią brzegową. Nic nie przysłaniało widoków.
Westchnęłam głęboko, wdychając nocne, wakacyjne powietrze. Rozszerzyłam uśmiech, czując narastające podekscytowanie. Constanza leżała na brzuchu, podpierając brodę dłonią i przypatrywała się mi z uwagą i podziwem. Uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze tak robiła, gdy wyciągałam ją na obserwacje nieba.
- Kiedy to się w końcu zacznie? – zajęczała ponownie, puszczając tamtą wyrozumiałą Constanzę w niepamięć. – Siedzimy tu jakieś 5 godzin!
Oderwałam się na chwilę od teleskopu i podświetliłam telefon.
- Zaczęłyśmy o 21, więc niecałe 4 godziny – uściśliłam.
- Blancaaa… - westchnęła Constanza, przewracając się na plecy. – Ja wiem, że ty masz wprawę w zarywaniu na tym nocek, ale ja na serio zaraz padnę…
- Nie padniesz. – zaśmiałam się. – Powinno się zacząć za jakąś godzinkę… - urwałam na chwilę, gdy przyjaciółka opadła z hukiem na ziemię, wyrażając swoje wycieńczenie. – No wstawaj, raz w życiu pewnie będziesz to widzieć.
- Przypomnij mi jeszcze raz, co to ma w ogóle być? – spytała, przeciągając się. Po chwili do mnie podeszła i rzuciła podejrzliwe spojrzenie teleskopowi.
- Noc spadających gwiazd.
Zagwizdała cicho, jakby dopiero teraz zrozumiała, że to na serio coś ciekawego. Pokręciłam znowu głową i schyliłam się po jedną z lepszych map. Constanza przyglądała się uważnie jak rozścielam ją na ogrodowym stoliku i postawiała cięższe przedmioty na rogi. Noc była naprawdę piękna, jasna i co najważniejsze – bezchmurna. Miałyśmy zapaloną tylko jedną świeczkę, by nie ściągać nadmiaru owadów.
Machnęłam na nią zachęcająco dłonią i wskazałam wprawnym ruchem jedną z konstelacji. Dziewczyna patrzyła się i kiwała głową, gdy tłumaczyłam jej jak ją odnaleźć. Ja jednak doskonale widziałam, że jest w tym totalnym laikiem, więc gdy doszło do momentu, w którym Constanza ma rozpocząć swoją misję, stanęłam obok i tylko obserwowałam. Dziewczyna podeszła do teleskopu niepewnie i lekko skrzywiona.
Nie zdołałam powstrzymać zduszonego śmiechu, gdy zamiast w okular, próbowała patrzeć przez lunetę celowniczą.
- No co? – prychnęła na mnie. – To nie działa! Nic nie widać.
Podeszłam bez słowa i wskazałam odpowiednie miejsce. Constanza schyliła się, nadal z podejrzliwością tasując urządzenie wzrokiem i spojrzała. Od razu się wzdrygnęła, ale uśmiechnęła się do mnie z rozbawieniem równym mojemu.
- A, teraz wszystko pasuje. – wyszczerzyła się. – Ale jakby się kto pytał, wszystko było zaplanowane.
- Jasne, jasne. – przytaknęłam. – A teraz, pani astronom, proszę znaleźć Perseusza.
- Co? – wyjrzała jeszcze zza teleskopu. – A nie miałam szukać gwiazd?
- Gwiazdozbiór się tak nazywa…
Zapadła chwilowa cisza.
- No bo ty jakaś dziwna jesteś. – stwierdziła, broniąc honoru.
- Tak, tak. – westchnęłam. – Przekręć go trochę bardziej w lewo.
Po kilku minutach nieudolnego sterowania teleskopem, podeszłam do przyjaciółki i patrząc się ukradkowo na niebo, naprowadziłam ją w miarę dokładnie na najbardziej znaną gwiazdę tego układu – Algol. Constanza po chwili się uśmiechnęła i wyprostowała się dumnie.
- Znalazłam to. – wyszczerzyła się. – Raczej.
Zaśmiałam się i spojrzałam. Aż mnie zatkało.
- Nie wierzę. – rzuciłam jej zdziwione spojrzenie. – To na serio to.
Constanza zawiwatowała krótko, po czym wskoczyła na barierkę. Wpatrywała się cały czas w niebo, prawdopodobnie w jeden z wielu nieznanych jej gwiazdozbiorów. Westchnęłam i usiadłam obok niej.
- Widzisz ty w ogóle tego „Perseusza” tutaj? – spytałam.
- Oczywiście, że… nie. – przyznała.
Przewróciłam oczami i wzięłam jej rękę. Nakierowałam wskazującego palca i starałam wycelować w odpowiednią gwiazdę.
- Widzisz ją? To Algol. – powiedziałam.
- No.
- Tu troszkę dalej masz Algenib…
- Czekaj, czekaj…
Gdy po kilku minutach Constanza w miarę zapamiętała odpowiednie gwiazdy, zaczęłam pokazywać jej na niebie prawidłowe linie i tłumaczyć co jest czym. Uśmiechnęłam się szeroko, gdy dostrzegłam zrozumienie na jej twarzy. Bałam się, że trzeba będzie sięgnąć po mapę z narysowanymi gwiazdozbiorami i odebrać temu cały urok.
Siedziałyśmy w milczeniu kolejne minuty, a ja znów zatraciłam się w nocnym niebie, które tak bardzo pokochałam. Byłam pewna, że w moich zielonych oczach mienią się setki jak nie tysiące punkcików. Wpatrywałam się jak zaklęta. W tle grały cykady, a ciepłe, letnie powietrze otulało mnie, nie zmuszając do szczękania zębami, jak w zimie. Lato to zdecydowanie moja ulubiona pora.
- Czasem zastanawiam się, o ile więcej tu widzisz, niż ja.
Spojrzałam pytająco na Constanzę.
- Ja widzę teraz tylko Prometeusza i Alge… Alog… Algol. No właśnie. Widzę tylko tyle. – nie odrywała wzroku od nieba. – A ty widzisz każdą konstelacją, znasz ich imiona, czasem nawet historię. Twoje mapy są dla mnie obce.
- Gdybyś się tym interesowała, znikłyby niejasności. – odpowiedziałam tylko.
- W ogóle, zawsze mnie to ciekawiło… Czemu akurat astrologia?
- Jak już, to astronomia, astrologia to zupełnie inna bajka… - zaśmiałam się i spojrzałam ponownie w niebo. – Sama nie wiem. W moim rodzimym mieście byłam dość samotna. Wszyscy widzieli mnie wśród ludzi, a tak naprawdę byłam setki mil od nich. Podobnie jest z gwiazdami. Wszystkim wydaje się, że są blisko, choć w rzeczywistości dzielą je dziesiątki lat świetlnych… - nabrałam w płuca zapach skoszonej trawy. – Sama nie wiem, gadam od rzeczy.
Constanza milczała, dając się pochłonąć melancholii. Wyraźnie zastanawiała się nad odpowiedzią, ale nim cokolwiek wymyśliła, dostrzegłam w jej oczach powolny błysk. Moje źrenice rozszerzyły się i od razu spojrzałam na niebo. Constanza również ujrzała to co ja.
- Zaczęło się. – szepnęła tylko, bojąc się, że wszystko urwie się przy hałasie.
Ale gwiazdy nadal spadały z nieba, zostawiając za sobą tylko długie, złote smugi i niknąc na zawsze z nieboskłonu. Na moje usta wpełzał powoli błogi uśmiech, a klatka piersiowa zacisnęła się lekko nieznośnie, nie mogąc ogarnąć rozumem piękna i jednocześnie potęgi kosmosu.
- Łaa… - wydusiła tylko Constanza, gdy meteoryty spadały coraz rzadziej. – Blanca, to było… niesamowite. Blanca, ty jesteś genialna!
- No wiem. – zaśmiałam się, widząc zachwyt malujący się na jej twarzy. Następnie zeskoczyłam z barierki i obrzuciłam wzrokiem taras. – A teraz rusz się. Musimy ogarnąć to wszystko i iść spać.
- Chyba oszalałaś, ja już nie idę spać! – zdążyłam się tylko obrócić w jej stronę, by zobaczyć, że stoi na barierce, po czym wybija się z jednej nogi i spada w noc.
- Ty jesteś jakaś durna! – syknęłam, dopadając barierki. Jej jasne włosy mignęły mi w ciemności. Wychyliłam się trochę bardziej, gdy zaczęła krążyć po ogrodzie.
- Przecież przed chwilą powiedziałam, ci kto oszalał. – byłam pewna, że pokazała mi język.
- Tu jest jakieś 2 i pół metra! – rzuciłam jeszcze z niedowierzaniem, ale Constanza machnęła na mnie ręką i oddaliła się trochę bardziej.
Spojrzałam za siebie, jakbym miała dostrzec rodziców, którzy wiele lat temu nauczyli się głęboko spać, ignorując moje tłuczenie się z teleskopami i innymi metalowymi sprzętami w środku nocy. Westchnęłam i sprawnym ruchem przeskoczyłam przez barierkę.
Spadanie trwało raptem sekundę, ale i tak poczułam jak żołądek związuje się w supeł, a adrenalina zaczyna krążyć w moich żyłach. Po czym dotknęłam ziemi, przykucając.
- Jeszcze będą z ciebie ludzie. – rzuciła Constazna, stojąca kilka metrów dalej, nieopodal „skalniaczka” – zbiorowiska krzewów i drzewek owocowych obok oczka wodnego (moja mama była projektantką ogrodów).
- A z ciebie nie. – mruknęłam złowrogo, idąc w jej stronę.
Nim jednak zdążyłam się do niej dobrać, rozłożyła ręce i opadła bezszelestnie, lecz całym ciężarem na trawę. Podeszłam do przyjaciółki, ale gdy spostrzegłam, że wpatruje się z respektem w niebo, poszłam za jej przykładem, kładąc się w trawie i spoglądając na nocny nieboskłon. Leżałyśmy tak i milczałyśmy, pogrążając się w melancholii.
- Ej… - westchnęła w końcu Constanza, krzyżując ramiona za karkiem. – Myślisz, że jak pójdziemy do gimnazjum to się coś zmieni?
- Weź ty mi nie gadaj o szkole, wakacje dopiero się zaczęły… - westchnęłam i przeturlałam się bardziej w jej stronę. – Zależy w jakim sensie.
- Wiem, że klasa pozostanie taka sama, nauczyciele pewnie też. – mruknęła.
- Uroki małego miasteczka. Całe życie z tymi samymi dzidami.
- No, ale wiesz… wszyscy podobno się tak strasznie zmieniają przez te wakacje po 6 klasie…
- Jeśli liczysz, że Giovanna i spółka się zmieni, to może ja już zadzwonię do lekarza. – prychnęłam ironicznie.
Constanza milczała, przymykając oczy.
- Myślisz, że my też takie będziemy?
- Takimi sukami? Mam nadzieję, że nie. – zaśmiałam się. Constanza prychnęła rozbawiona.
- Chodziło mi bardziej, że no wiesz… zdziewczęciejemy?
Podniosłam się na łokciu i spojrzałam na nią jak na idiotę.
- Ale ty masz problemy… - westchnęłam.
Constanza wyszczerzyła się chytrze pod nosem.
- W ogóle, kminisz, że przeprowadziłaś się już ponad 3 lata temu?
- Weź przestań tak gadać. Brzmisz jakbyś miała z osiemdziesiątkę.
Constanza nie przestawała się uśmiechać.
- Cieszę się, że zostałyśmy przyjaciółkami. – przeciągnęła się na trawie. – Blanca! – zawołała w pewnej chwili.
- Słucham! – odkrzyknęłam, przedrzeźniając ją.
Blondynka przewróciła oczami i spojrzała na mnie przez sekundę z dezaprobatą. Pokazałam jej język.
- Spróbujmy czegoś nowego i szalonego.
- Widzę, że mogę zacząć się martwić. – zaśmiałam się.
- No nie, przestań! – oburzyła się, gdy dalej się śmiałam. – Jeszcze zobaczysz, wymyślę coś ekstra i w ogóle!
- Nie wątpię. Tylko, że ja wolę pozostać w całości. – zażartowałam.

Constanza wywróciła oczami i walnęła mnie pięścią w ramię, mamrocząc coś o tym, że jeszcze mnie zaskoczy, że jeszcze zobaczę. I owszem – już na początku września zobaczyłam, a moje zaskoczenie można było spokojnie podciągnąć pod totalne osłupienie.

24 lipca 2016

Pospolita przyjaźń ~ Rozdział 1 ~ Każda historia ma swój początek

Rozdział 1

Każda historia ma swój początek

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.
Moja mama zawsze powtarzała mi te słowa wieczorami, gdy zaszywałam się w pokoju i zaczynałam płakać. Po kilkunastu razach w końcu zrozumiała – to, że spędzałam całe dnie wśród ludzi śmiejąc się i wygłupiając jak każdy dzieciak, nie oznaczało, że mam kogoś choć trochę bliższego niż znajomego z podwórka. Zawsze przychodziła do mnie, gdy gasiłam światło i mocno przytulała mnie, mówiąc, że w odpowiednim czasie spotkam odpowiednią osobę. A ja powtarzałam te słowa w głowie, gdy moje rzekome przyjaciółki znów wystawiały mnie do wiatru.
Oczywiście, nie chcę się wymądrzać. Znalazła się cwana, myśli, że o przyjaźń tak prosto. Tylko, że byłam wtedy sześcioletnią dziewczynką z dzieciństwem z wzorowego podręcznika, której do pełni szczęśliwych wspomnień brakowało jakiejś towarzyszki. Czas mijał, a ta lojalna, dziewczęca przyjaźń wymykała i się między palcami, zostawiając puste miejsce w wspomnieniach.
Imprezy urodzinowe, spotkania, wycieczki szkolne… To nie tak, że klasa odstawiała mnie na bok, nie byłam wyrzutkiem. Dzieciaki lubiły mnie, wygłupialiśmy się razem i bawiliśmy, ale raptem na chwilę. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczynało być źle. Pojawiały się takie momenty w życiu małej dziewczynki, gdy po prostu musi mieć bliższą przyjaciółkę, której powierzy sekrety.
A ja zawsze zostawałam wtedy sama.
Jak zaczynałam dorastać i zdmuchnęłam już 7 i 8 świeczek na torcie, w mojej głowie pojawiły się trochę pochmurniejsze myśli. Że może to ze mną jest coś nie tak, może powinnam najpierw spojrzeć na swoje wady, a dopiero później zmieniać innych. Tylko, że z każdym rozczarowaniem obwiniałam swoje koleżanki coraz bardziej. Oczywiście nie pokazując tego zewnętrznie.
Dlatego znalazłam sobie hobby. Nadal, gdy wyciągam mój pierwszy, malutki teleskop z kartonowego pudełka odczuwam tę samą radość co wtedy. Zatonęłam bardzo szybko w morzu atlasów kosmosu i nocnym niebie, a brak bliższych przyjaciół tak bardzo mi nie doskwierał. Koledzy i koleżanki coraz bardziej zacieśniali swoje więzy, a ja coraz bardziej oddalałam się od nich. Zewnętrznie nie, ale… psychicznie.
Więc gdy, będąc w 3 klasie, rodzice oznajmili mi, że przeprowadzamy się do Manaroli zbytnio mnie to nie obeszło. W końcu tam też będzie niebo.
Ale z kolei moi przyjaciele się tym przejęli.
Doskonale pamiętam łzy, uściski, prezenty pożegnalne. Zapewnienia, że nasza przyjaźń przetrwa wszystko. Patrzyłam się wtedy na nich z coraz większym zmieszaniem, a w środku bardzo, bardzo mocno próbowałam przypomnieć sobie choć jedną ważniejszą sytuację, w której byli przy mnie. Tak naprawdę nic nie przychodziło mi na myśl. Słowa zaczęły się powtarzać, a ja tak stojąc przy gotowym do odjazdu aucie, trzymając w ramionach czekoladki, misia i kwiatki patrzyłam się na obce dla mnie dzieciaki. Kolejna przyjaciółka podeszła do mnie z jakimś dziecięcym zapewnieniem, a ja spojrzałam, już nie tylko na nią, ale ogółem na wszystkich i spytałam:
- Jaka przyjaźń?
Zbiło ich to z tropu, kilka osób nawet powstrzymało łzy przez krótką chwilę. Patrzyłam się po nich z coraz większym zmieszaniem, aż w końcu spuściłam wzrok i schowałam się w aucie. Nim odjechaliśmy, słyszałam jak moja mama mówi coś do nich wszystkich. Coś w stylu Blanca jest w szoku i nie myśli trzeźwo lub Pewnie nie chce byście po niej tęsknili.
To drugie było największym kłamstwem jakim ludzie raczą siebie wzajemnie przez całe życie. Tak naprawdę każdy chce, by po odjeździe po nim tęskniono. Ma się wtedy poczucie, że zrobiłeś coś tam wystarczająco dobrego, że ludzie chcą byś nadal był z nimi. Że nie zmarnowałeś czasu, żyjąc tam.
W niezrozumiałym dla mnie znaczeniu, wyrobiłam sobie nowy nawyk w Manaroli – wpatrywanie się codziennie wieczorem w telefon, jakby ktokolwiek z nich miał do mnie zadzwonić. Nigdy nie odebrałam od nich żadnego telefonu, więc w końcu przestałam na nie czekać. A nowa biblioteka z rozbudowanym działem astrologii bardzo w tym pomogła.
Ale tak naprawdę nie jest to historia o Blance Coletti - dziewczynie, która przez całe życie była samotna, ale o Blance Coletti – dziewczynie, która znalazła prawdziwą, najszerszą przyjaźń. Cała ta, może nawet pospolita, historia zaczyna się właśnie w Manaroli, podczas pierwszego dnia w czwartej klasie, gdy wywołano mnie przed całą grupę.
- Od tego roku do naszej klasy będzie chodzić nowa dziewczynka – Blanca Coletti. – oznajmiła nauczycielka neutralnym głosem.
Spojrzała na mnie zachęcająco, ale gdy nie ruszyłam się z miejsca jej wzrok stał się naglący. Zacisnęłam dłonie na rąbku koszulki i stanęłam na baczność. Pani Galante odchrząknęła, wskazując na miejsce obok siebie, a gdy ruszyłam tam dopiero po chwili, wśród ławek poniósł się wesoły szmer. Patrzyłam się swoimi dużymi oczami po wszystkich, a oni cichli, jakby nie spodziewali się, że na nich spojrzę. Stanęłam w wyznaczonym miejscu i wpatrywałam się w 25 całkowicie obcych dla mnie twarzy.
- Panno Coletti. – odchrząknęła jeszcze raz pani Galante.
- Słucham? – podniosłam na nią swoje przerażone oczy, które zacisnęłam, gdy po klasie przeszła trochę głośniejsza salwa śmiechu. Nauczycielka spojrzała na nich z wściekłością, po czym zacmokała z niezadowoleniem w moim kierunku.
- Proszę powiedzieć o sobie kilka słów.
Drgnęłam, prostując się.
- A, tak, tak… - wymamrotałam pod nosem, przeczesując palcami jedno pasmo włosów. – Nazywam się Blanca Coletti, mam 10 lat, przyjechałam tutaj z San Giminiano… - zaczynało brakować mi słów, a kontrolne spojrzenie na nauczycielkę przekonało mnie, czy może zmusiło, bym napomknęła o swoim zainteresowaniach. – Interesuję się um… astronomią i… jeżdżę na deskorolce…
Po klasie przeszła salwa zduszonego chichotu.
- Dobrze, tyle wystarczy. – powiedziała nauczycielka, przestając się mną interesować. – Usiądź na miejsce.
Podreptałam do swojej ławki, która stała na końcu klasy, najwyraźniej pozostawiona pusta dla takich jak ja. Wszystkie lekcje minęły podobnie: nikt specjalnie nie chciał się do mnie odezwać, a moje nieśmiałe uśmiechy odbierane były miną pełnej odrazy.
Ostatni dzwonek był dla mnie wtedy zbawieniem, nawet nabazgrałam go na marginesie pamiętniczka. Wyszłam z klasy jako ostatnia, chcąc pośledzić resztę szkoły, by nie zgubić drogi do szatni. Zmieniłam buty i wyszłam na parking. Większość dzieciaków, które mieszkała trochę dalej od szkoły miała rowery. Moja deskorolka zjechała trochę ze stojaka i gdy po nią szłam, jakiś chłopak wziął ją do rąk i już chciał odłożyć, gdy dostrzegł mój wzrok i odrzucił ją.
- Ej! – zawołałam z oburzeniem, ale minęłam go, szturchając lekko.
Jego koledzy zaśmiali się, a ja poszłam po deskorolkę. Najwyraźniej nie mogli dać mi tak łatwo spokoju i przejeżdżając rowerami potrącali moją deskorolkę i praktycznie mnie. Tylko ten pierwszy, który nią rzucił w miarę mnie ominął.
- No dawaj, Sergio! – zawołał do niego jeden z grupki, na co chłopak trochę przyśpieszył. Spojrzałam za nim – wyglądał jak typowy Włoch – miał czekoladowe włosy i czarne oczy.
Zakręciłam palcem kółeczko od deskorolki, tak na wszelki wypadek, by sprawdzić, czy nic się nie zepsuło. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem, gdy moje baczne dziecięce oczko nic nie wykryło i ruszyłam przed siebie. I dopiero teraz zaczęły się schody. 
Zacznę może od tego, że choć w bardzo młodym wieku polubiłam naukę i książki, to nie oznaczało, że nie robiłam nic poza tym. Uwielbiałam być na świeżym powietrzu, ale wędrowanie na nogach było dla takiego małego knypka zbyt nudne. Dlatego rodzice kupili mi deskorolkę. I tu wracamy do sedna. Szkoła stała na pagórku, więc nie musiałam się męczyć – zjeżdżałam szybko krętymi, włoskimi uliczkami, zwinnie wymijając te wszystkie żmije z podstawówki. Nim się obejrzałam, wysunęłam się na sam przód, oddalając się od rówieśników.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy bryza uderzyła mnie w twarz, rozwiewając włosy i otulając rześką mgiełką. Manarola była nadmorskim miasteczkiem, uznanym za jedno z najbardziej malowniczych we Włoszech. Zapatrzyłam się na migające mi przed oczami fragmenty wybrzeża. Może nie będzie tutaj tak źle.
Jednak będzie.
Zeskoczyłam z deskorolki, gdy piąty raz minęłam ten sam skręt. Jeździłam już od kwadransa, a nawet nie zanosiło się na to, że trafię na dobrą drogę do domu. Prawdopodobnie skręciłam całkowicie w inną stronę przy głównym skrzyżowaniu. Spojrzałam po okolicy – choć w trakcie wolnego byłam w miasteczku kilka razy, to każde miejsce wciąż wyglądało dla mnie obco.
- Świetnie. – mruknęłam. – Po prostu cudownie.
Kopnęłam jakiś kamyk i usiadłam na chodniku. Ludzie mijali mnie, ale nie zaczepiali na mnie wzroku na więcej niż kilka sekund. Co ich będzie obchodzić jakiś dzieciak z podstawówki. Tak samo, minęło mnie prawdopodobnie parę osób z nowej klasy, ale dzieciaki takie już są – nawet nie przyjdzie im do głowy, by zatrzymać się i zagadnąć. No cóż, ja także nie byłam wtedy lepsza, mogłam przełknąć dumę i spróbować chociaż kogoś zatrzymać. Ale jak już wspomniałam – dzieciaki takie już są.
Po kilkunastu minutach, gdy taktyka „siedź w miejscu i czekaj aż cię znajdą” przestała przedstawiać się optymistycznie jak z początku, stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Gdy po godzinie trafiłam w totalnie odludne miejsce, moje dziecięce serce ścisnął strach. Zacisnęłam mocniej palce na deskorolce, jakby to jakkolwiek miało mi pomóc. Rozejrzałam się z uwagą po otoczeniu, usiłując sobie przypomnieć czy nikt nie wspominał jak odnaleźć się w takiej sytuacji. Akurat to mogli przewidzieć w programie nauczania. Gdyby nie fakt, że byłam totalnie zagubiona, pewnie od samego początku doceniłabym malowniczość tego miejsca – polna droga, całkowicie za miastem i ogromne pola pachnące skoszonymi zbożami, a w oddali zarysowywał się las. W krajobraz Włoch wpisane były również pagórki, które otaczały mnie ze wszystkich stron.
Z początku nawet nie ogarnęłam, gdy niewielka postać wypadła spomiędzy krzewów. Podniosłam zdziwiony wzrok nad siebie, a dziewczyna spojrzała na mnie przez ułamek sekundy, po czym runęła na ziemię kilka metrów dalej. Nie ośmieliłam się drgnąć, nawet gdy jej deskorolka podjechała pod moje nogi. Zamrugałam kilkakrotnie, nadal nie będąc pewna czy to co widzę jest prawdą.
- Ej, żyjesz tam? – zawołała dziewczyna, leżąc na ziemi, prawdopodobnie w rowie.
To lekko mnie ocuciło, ale nim wyciągnęłam do niej pomocną dłoń, sama się podniosła i zaczęła otrzepywać z kurzu. A ja stałam tam jak wryta i ograniczyłam się do schylenia po jej deskorolkę. Nie spuszczałam z niej oczu. Wyglądała na moją rówieśniczkę. Dziewczyna była ode mnie trochę niższa, a długie blond włosy rozwiane były we wszystkich kierunkach, ledwo przypominając pierwotnego warkocza. Była ubrana w szorty i koszulkę, a odkryte części ciała pokryte były siniakami i zadrapaniami. Po chwili spojrzała na mnie czujnymi, czekoladowymi oczami. Wzdrygnęłam się nieznacznie, ale ona tylko wyszczerzyła się w uśmiechu.
- O, tutaj jest! – zaśmiała się, wyciągając dłoń po deskorolkę. – Też jeździsz? – spytała, nadal się uśmiechając i wskazała podbródkiem na moją deskorolkę.
- No tak, ale… trochę mniej wyczynowo. – widząc nieznikający wyszczerz dziewczynki, przekonałam się do zażartowania.
- Ta, daj spokój, ze mnie żaden wyczynowiec! O rety, ale się cieszę! W życiu nie widziałam tu nikogo na desce! A tak w ogóle… co tutaj robisz? – spytała neutralnym tonem.
- Zgubiłam się. – odparłam prosto z mostu, stwierdzając, że póki co mogę jej zaufać.
Dziewczynka spojrzała na mnie lekko zbita z tropu, po czym dopadło ją gwałtowne olśnienie i pstryknęła palcami w geście zwycięstwa.
- To ty jesteś tą nową z mojej klasy! – pokiwała głową ze zrozumieniem. – Dobra, jedź za mną. – machnęła na mnie zachęcająco dłonią, biorąc rozbieg. – Blanca Coletti, co nie? – upewniła się, wskakując na deskorolkę. – Ja jestem Constanza Di Carlo!
Spojrzałam za nią oszołomionym wzrokiem, ale po chwili wzruszyłam ramionami.
A co mi tam.
Wzięłam z wprawą rozbieg i w kilka sekund dogoniłam Constanzę.
***
Wchodząc następnego dnia do klasy, oczywiście nie spodziewałam się nawet, że cokolwiek wyniknie z tego spotkania. To mógł być każdy. W końcu i tak musiałabym się spytać o drogę.
Nawet nic nie wskazywało na to – Constanza jechała przodem i z każdą mijającą sekundą byłam coraz mniej pewna, czy na serio nie jest wyczynowcem. Co jakiś czas zerkała za siebie i mogłabym przysiąc, że uśmiechała się do  mnie z dumą. Jakbym miała nie dać rady dotrzymać jej tempa. Nie rozmawiałyśmy ze sobą, czasem wymieniałyśmy ukradkowe spojrzenia, gdy ledwo co wyminęłyśmy przechodniów. Gdy skręciłyśmy w odpowiednią uliczkę, kamień spadł mi z serca. Mój dom, choć wciąż wyglądał obco, wciąż tutaj stał.
Odetchnęłam z ulgą, zwalniając. Zeskoczyłam z deskorolki tuż przy bramce i oglądnęłam się na Constanzę, która jedynie przemknęła tuż obok mnie i pojechała dalej. Zawahałam się z pożegnaniem, ale gdy rówieśniczka podniosła dłoń do góry i zamachała, krzyknęłam coś i zniknęłam w głębi swojego ogrodu.
Dlatego też aż mnie cofnęło, gdy dostrzegłam Constanzę w swojej ławce następnego dnia. Blondyneczka zobaczyła moją niepewną minę i na powitanie zamachała. Zauważyłam, że ma na to stały tik – unosi energicznie lewą dłoń i macha nią cztery razy dość flegmatycznie. Wczoraj zrobiła tak samo.
- Hejka, Blanca. – uśmiechnęła się do mnie, gdy postawiłam teczkę obok niej. – Nie przeszkadzam ci tutaj?
- Jasne, że nie. – zaśmiałam się, kątem oka szukając jej poprzedniego miejsca. Jakoś nie pocieszał mnie fakt, że Constanza zostawiła jakąś koleżankę dla mnie. Dziewczynki z czwartej klasy są dosyć mściwe.
- Jeśli chodzi o miejsce, to luzik – i tak siedziałam sama, tak wypadło w losowaniu. – odparła, widząc, że wodzę wzrokiem po klasie.
- No to z dwojga złego nawet lepiej. – zaśmiałam się, a Constanza odpowiedziała szerokim wyszczerzem.
Zaczęła nadawać o deskorolce, a ja z wielką chęcią dołączyłam do rozmowy. W moim rodzinnym mieście wszystkie dzieciaki oszczędzały na rowery i najwyraźniej tutaj też wszystko inne było wyjątkiem wśród nas. Constanza cały czas powtarzała, że pierwszy raz widzi inną dziewczynę na desce i pierwszy raz, ktokolwiek dotrzymał jej tempa. Po tych słowach zaczęłam wątpić w to, że wcale nie jest wyczynowcem. Liczne siniaki i zadrapania wręcz krzyczały: „Hej, patrzcie! Jeżdżę na desce!”.
Jeszcze nim zaczęła się lekcja, zdążyłam spoglądnąć niezauważalnie na resztę klasy – chłopcy mało co mnie obchodzili, przyglądnęłam się dziewczynom. Zbite kilka grupek, szeptały między sobą, rzucając na nas (głównie mnie) ciekawskie spojrzenia.
A potem stało się coś bardzo dziwnego.
Na pierwszej przerwie kilka osób podeszło do mnie się przywitać.
- Cześć, jestem Blanca Coletti. Fajnie was poznać. – uśmiechnęłam się i rozszerzyłam uśmiech, gdy Constanza tućknęła mnie przyjacielsko ramieniem.
Może nawet pójdzie łatwiej niż myślałam.
***
Miesiące mijały dość szybko i nim się obejrzałam, przerzucałam kartkę w kalendarzu na czerwiec. Zbliżało się zakończenie roku szkolnego i mordka cieszyła mi się już tylko na samą myśl.
W szkole było… w porządku. Constanza siedziała ze mną na każdym przedmiocie i dość dużo gadała, a że miała pogodną osobowość inni zwrócili uwagę szybko na mnie. Bardzo dużo osób z początku próbowało się ze mną zakolegować, po kilku tygodniach nawet chłopcy, ale czas mijał i choć nie miałam wrogów, to przyjaciół też nie.
Cała klasa po jakiś 2 miesiącach znudziła się mną i znajomości oklapły. To byli po prostu moi koledzy i koleżanki, którzy przejmowali się mną mniej czy bardziej. Jedyną w miarę stałą osobą była właśnie Constanza, która od samego początku traktowała mnie niezmiennie.
Ale kilka miesięcy nie wystarczy na zawiązanie przyjaźni.
Wtedy to byłoby zbyt proste.
Ja i Constanza lubiłyśmy się, ale brakowało jakiegoś wiążącego elementu. Czegoś, co oplotłoby naszą historię i w trudniejszych chwilach zatrzymało przy sobie. Siedziałyśmy ze sobą w klasie i praktycznie na każdej wycieczce, wracałyśmy ze szkoły i czasem jeździłyśmy na deskorolce.
Lecz nic poza tym. To mogłabym robić praktycznie z każdym.
Ale coś jednak pchało mnie w stronę Constanzy, szepcząc, że to właśnie z nią chcę się przyjaźnić, a nie z kimś innym.
Wykiełkowanie kwiatu naszej przyjaźni było długie, mozolne, a patrząc przez pryzmat dzieciństwa, trwało w nieskończoność. Gdybym się zastanowiła, wymieniłabym wiele, naprawdę wiele drobnych elementów, ale powspominam tylko trzy, które w mojej pamięci wciąż płoną jasnym światłem.
Constanza Di Carlo jest… w sumie jej się nie da określić. Jeśli kogoś lubi jest sympatyczna, jeśli nie to nie. Ma wiele nawyków, szczególnie odruchy dość chłopięce. Zawsze musi być pierwsza. Z podkreśleniem na pierwsza – nie najlepsza, tylko pierwsza. Chyba wiecie o co mi chodzi. Wykazuje się odwagą, choć wspierana jest przez głupotę.
Ale najgorsze jest to, że uwielbia się kłócić.
Mamy kilka osób w klasie, które są po prostu… niereformowalne. To nie tak, że nie lubię ich przez Constanzę. Ja ich nie cierpię całym swoim jestestwem, chcąc nie chcąc. Niektórych się nie da lubić i basta.
I do takich właśnie należy nasza „święta trójca”: Enrica, Felicia i moja najukochańsza Giovanna. Czemu takie wredne dziewczyny zawsze muszą trzymać się w trójkach?  Nie ważne. Wracając do nich, tak jakby rządziły klasą. Chociaż Constanzą nie da się pokierować, bo wszczyna bunty, a ja i tak zrobię jak mi się podoba. Swoją drogą to też nas do siebie zbliżyło.
Constanza ma urodziny 7 czerwca, a będąc w naszym wieku, gdy robisz urodziny zapraszasz wszystkie dziewczyny z klasy. Zwłaszcza, że było nas raptem 10 w grupie. Dzięki Bogu, że pozostała piątka była ugodowa. Oprócz kilku incydentów, w tym tego który zaraz opowiem, nadal bardzo je lubię.
Na początku wszystko było dobrze – Constanza wręczyła mi zaproszenie, szczerząc mordkę jak zwykle. Uśmiechnęłam się, obracając kartkę w dłoniach. Mogłabym powiedzieć, że nie pasowała do jej porywczego charakteru: różowa tekturka, okraszona czerwoną wstążką i toną brokatu. Urodziny wypadały w sobotę, więc z datą też nie było problemu.
Ten pojawił się, gdy dowiedziałam się, że Giovanna ma urodziny 9 czerwca. Niby zaczęło się niewinnie – wręczyła mi ładne, schludne zaproszenie, ale wewnętrzny instynkt kazał mi spojrzeć na datę. 7 czerwca. Coś zaczęło mi tu bardzo nie pasować.
- Ej, Giovanna! – zawołałam, spoglądając jeszcze raz na treść zaproszenia.
Jej dwie ukochane koleżaneczki – Enrica i Felicia – obróciły się razem z nią, wlepiając we mnie swe oczy. Odczuwałam to jakbym patrzyła na stadko hien, czekających na jakiś fałszywy ruch. Wyprostowałam się pewnie, starając uśmiechać się naturalnie.
- Co tam? – Giovanna uśmiechnęła się fałszywie, choć większość osób się na to nabierało. Ja przejrzałam ją od razu, wystarczyło spojrzeć na nią, gdy rozmawiała z Constanzą. Wszyscy inni zachowywali się tak, jakby jedli jakieś ciastko, które w całości jest bardzo słodkie, ale orzeszek w środku jest piekielnie gorzki. Większość z nich albo skupiła się na słodkości, nie szukając czegoś więcej, inni nawet nie chcieli go poczuć, a tacy jak ja usta mieli przesiąknięte goryczą.
Giovanna spojrzała kątem oka na zaproszenie.
Właśnie o tym mówię. Byłam zbyt szczwana na takie tanie zagrywki.
- Bo taka sprawa jest… Wiesz, że Constanza robi urodziny w ten sam dzień?
- No i co z tego? – Felicia zmierzyła mnie kpiącym wzrokiem. Ja zmusiłam się jeszcze do szerszego uśmiechu, powstrzymując się od wyjechania z tekstem, że to nie z nią gadam.
- O jejku, serio? – Giovanna zrobiła skonsternowaną minę. – Dziękuję, Blanco. Pogadam z nią o tym, może zdążymy coś jeszcze zmienić.
- Spoko, nie ma sprawy. – wydusiłam, patrząc się na nią niepewnie. Enrica i Felicia również wymieniły zdumione spojrzenia, jakby nie były pewne, czy koleżanka obok nich to ta sama Giovanna co zwykle.
Nasza urywkowa rozmowa na tym się skończyła, ale mnie cały czas coś nie pasowało. Był czwartek, ostatnia lekcja, a impreza jest w sobotę. Kiedy one zdążą to uzgodnić skoro Constanza planowała to od początku tygodnia, a dzisiaj jest na jakiś zawodach? Stwierdziłam, że pogadam z nią o tym jutro.
Tylko, że następnego dnia Constanza również się nie pojawiła. Spojrzałam na puste siedzenie obok siebie, pytając się w duchu, jakim cudem akurat teraz jej nie ma. Oczywiście wszystko musiało się ze sobą zgrać – korki na trasie, przeciągnięcie się zawodów i kontuzja nadgarstka (oczywiście niezbyt poważna i głównie oszukana, ale tego domyśliłam się od razu). Jedna z moich koleżanek Cristina, akurat też siedziała sama i przysiadła się do mnie.
- A tak w ogóle, Blanca… - zaczęła niepewnie na długiej przerwie, gdy wyciągnęłam swój opasły notatnik.
Spojrzałam na niego z przestrachem. Dotychczas tylko Constanza pobieżnie go widziała, ale nigdy nie dawałam go jej do przeczytania. W sumie dlatego, że dla niej byłby to niezrozumiały, astronomiczny bełkot. A dla mnie działał jak amulet.
- Nie, nie, nie chodzi o ten… zeszyt? Mniejsza. – machnęła dłonią, odkładając kanapkę do pudełka śniadaniowego. – Wiesz w końcu co robimy w sobotę?
- To znaczy? – zmarszczyłam brwi. – Constanza ma urodziny.
- No tak, ale Giovanna też robi wtedy urodziny. I nie wiem gdzie iść.
Przygryzłam dolną wargę i zamknęłam efektownie notatnik.
- Poczekaj chwilkę, Cristina. – rzuciłam, wstając. Koleżanka chciała coś rzucić, ale gdy zobaczyła, że idę w stronę paszczy lwa, odwróciła wzrok i wróciła do jedzenia kanapki.
Tak wyglądały relacje w naszej klasie. Giovanna i jej niewolnice – Enrica i Felicia zdetronizowały wszystkich i stały się grupą dowodzącą nami. Przynajmniej jeśli chodzi o dziewczyny. Chłopaki zawsze robili co chcieli i trzymali się od nas z daleka, choć również mieli cień respektu do Giovanny. Nie to co ja. Mnie mało co obchodziły takie osoby, przyzwyczaiłam się do nich już w rodzinnym mieście. A jak to było z Constanzą… Cóż, łatwo się domyślić.
- Cześć, Giovanna. – powiedziałam neutralnym głosem, jakby było to naturalne. Dziewczynka podniosła swoje wyniosłe spojrzenie na mnie, krzyczące wręcz coś w stylu „jak ty śmiesz…”, ale nie pozwoliłam jej dojść do głosu i uśmiechnęłam się przymilnie. – Ja z taką drobnostką tylko przychodzę.
Enrica prychnęła, a ja automatycznie zmrużyłam oczy. Do teraz żałuję, że gdy miałam 11 lat, nie umiałam mordować wzrokiem tak dobrze jak w doroślejszym życiu.
- No co chcesz? – Giovanna przechyliła głowę, a jej zapleciony francuz opadł na ramię. Spojrzałam na niego przelotnie – typowa fryzurka bogatej, zadufanej dziewczynki – miała różową opaskę i wplecione sztuczne kwiatuszki we włosy, tak dla „szpanu”. Ubranie też typowe – różowa sukienka. Czemu wtedy wszystkie dziewczyny tak bardzo uwielbiały ten kolor?
- Tak się tylko zastanawiałam, czy dogadałaś się z Constanzą z tymi urodzinami. – rzuciłam neutralnie, nawet się na nią nie patrząc. – Bo akurat Cristina się spytała. – dodałam, gdy odpowiedź nie nadchodziła.
Felicia i Enrica wybuchły szyderczym śmiechem.
- A co, Cristina nie umie mówić? – spytała ta pierwsza, pokrzywiając się koleżance, która przypatrywała się nam kątem oka. Dziewczynka zasmuciła się i skubała powoli swoją kanapkę.
- Pulpet to jednak jest tchórzem. – roześmiała się Enrica.
Dzieci bardzo łatwo okazują emocje, nawet jeśli sądzą, że umieją świetnie oszukiwać. A ja szczególnie nie nadawałam się na aktorkę. Ścięło mnie totalnie, zwłaszcza, że od dłuższego czasu czekałam tylko na odpowiednią zaczepkę.
Spojrzałam z niewiarygodną zjadliwością na Enricę, mając ochotę wyśmiać ją i zmieszać z błotem. Jeśli Giovanna była na serio ładną dziewczynką, o jasnobrązowych włosach, podobnym odcieniu oczu i szczupłą budową ciała, tak samo jak Felicia, która była trochę niższą i „ciemniejszą” jej kopią, to Enrica była po prostu paskudna – ciemne loki sterczące jak słup, zbieżne zielone oczka i sam fakt, że była po prostu grubasem. I nie przesadzam. Ona po prostu żarła cały czas, a nie tak jak Cristina, która owszem była przy kości, ale nie z własnej winy. Zrozumiałabym, że mogła to rzucić Giovanna albo Felicia, chude dziewczyny to jeszcze „normalne”, ale gdy ktoś jeszcze paskudniejszy doprowadza innych do płaczu, to jest to po prostu żałosne.
Ale oczywiście nie powiedziałam jej tego w twarz.
- Jesteście śmieszni, Enrica. Ty i twój tłuszcz.
Zapadła cisza, a rówieśniczka zapowietrzyła się, lecz nim ktokolwiek rzucił jakąś uwagę, Giovanna położyła przyjaciółce dłoń  na ramieniu i uśmiechnęła się do mnie z podobną zjadliwością.
- Nie musisz się martwić, Blanca. – powiedziała. – Myślałam, że Constanza już ci przekazała, ale już trudno, ja to zrobię. To moje urodziny odbywają się w tę sobotę, a Consta ma je przełożyć na trochę później.
- Serio? – uniosłam brwi, przyglądając się jej z uwagą. – No jak tak, to spoko. Czyli na pewno ty robisz przyjęcie?
- Na pewno. – zapewniła. Odchodziłam od jej biurka, unikając specjalnie wzroku poczerwieniałej ze złości Enrici, gdy Giovanna dodała. – Zapraszam cię serdecznie.
- Dzięki. Na stówę będę! – uśmiechnęłam się do niej z większą łatwością i usiadłam obok Cristiny.
Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością i nieśmiałym ruchem przybiła mi piąteczkę. Wyglądała jakby nie była pewna czy może. Tak jakby te zamaszysty ruch należał tylko do mnie i Constanzy.  
***
- Mamuś, spóźnię się przez ciebie! – jęczałam, gdy rodzicielka po raz setny usiłowała uczesać moje włosy w coś innego niż „pelerynkę” jak to orzekła kiedyś Constanza. Roześmiałam się na to porównanie, rzucając w jej stronę coś w rodzaju „a ty masz hełm”.
- Spóźnisz to ty się przez siebie. – westchnęła Martina Coletti, walcząc z kokiem na czubku mojej głowy. – Nie trzeba było zasypiać na balkonie z teleskopem w ręce.
- No, ale już ci mówiłam, że było bezchmurne niebo, a chciałam dokończyć mapkę zodiakalną… - zaczęłam, krzywiąc się, gdy mama ciągnęła mnie za włosy.
W końcu syknęła coś pod nosem i płynnym, fryzjerskim ruchem rozpuściła je, przywracając do naturalnego stanu. Uśmiechnęłam się do lustra, zeskakując z fotela i pobiegłam założyć trampki. Mama pokręciła głową, wręczając mi torebkę z prezentem dla Giovanny.
- Niech już ci będzie, idź w końcu.
- Dzięki mamuś! – zawołałam, upewniłam się, że to odpowiedni prezent i wypadłam z domu.
Deskorolka jak zwykle stała oparta o garaż, w idealnym punkcie do wzięcia rozbiegu i zjechania z pochyłego podjazdu. Wyćwiczonym ruchem wskoczyłam na deskę, wyjechałam z posesji i zaczęłam nabierać prędkości. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czerwiec był zdecydowanie moim ulubionym miesiącem. Wiosna kończyła się, a cieplutkie promienie słoneczne zaczynały nadawać wszystkiemu jaśniejsze barwy. Koniec szkoły był blisko, więc zamiast nauki, przychodziło się tam dla kolegów i koleżanek, a całe życie wydawało się być takie beztroskie.
Giovanna mieszkała w naprawdę ogromnym domu z potężnym ogrodem. Wszystko zaczynając od architektury na wystroju kończąc bardzo mnie tłamsiło, przypominając, że jestem tylko dziewczynką z normalnej, szarej rodziny. Wręcz odetchnęłam z ulgą, gdy to jubilatka otworzyła mi drzwi.
Impreza zaczęła się trochę wcześniej. Praktycznie wszystkie dziewczyny już były – stanęłam obok Cristini i reszty tej „normalniejszej” grupki, gdy mama Giovanny wniosła tort. Zdziwiłam się. Constanza jeszcze się nie pojawiła. Dziwne. Nie chciałam przerywać tej doniosłej chwili, więc z głównym pytaniem, które z każdą sekundą dręczyło mnie coraz bardziej musiałam poczekać. Po torcie nastała kolejna ważna rzecz – prezenty i życzenia. Tutaj też nie wypadało przerywać.
Minęły praktycznie dwie godziny nim miałam okazję wtrącić jedno, niewinne pytanie, gdy Giovanna odkładała ostatni prezent.
- A tak w ogóle to czemu nie ma Constanzy?
- Nie mam pojęcia. – ucięła krótko.
Zmarszczyłam brwi. Było mi lekko przykro z powodu jej tonu, ale nie pokazałam tego po sobie. Zmysł detektywa był od tego silniejszy. Przekrzywiłam głowę w podobnym geście co zwykle Giovanna, patrząc się bagatelnie na nią.
- A tak na serio? Przecież na pewno nie jest chora. – rzuciłam, niby się zastanawiając.
Giovanna wzięła głęboki oddech i stanęła nade mną, nadymając policzki.
- Słuchaj, nowa. – podkreśliła to słowo. Doskonale wiedziała, że akurat poczucie przynależności bardzo łatwo zburzyć. – To są moje urodziny i będą na nich ci, których chcę by byli.
- Z tego co wiem, to Constanza dostała zaproszenie.
Giovanna tupnęła nogą.
- Mało mnie ona obchodzi. – warknęła. – Nie cierpię tego błazna.
Teraz ja się podniosłam.
Kątem oka dostrzegłam wzrok Enrici i Felicii. Coś w stylu oho, dziewczyny będą się kłócić. No świetnie. Tylko awantury brakowało.
- A ja mam gdzieś, że masz urodziny. – powiedziałam, nabierając pewności siebie. – Nie mam zamiaru słuchać jak obrażasz Constanzę.
- O jejku, jak przykro. – przedrzeźniła mnie Giovanna. Nikt więcej nie wtrącał się do naszej rozmowy. – Blanca, ja ciebie zaprosiłam z litości, bo jesteś nowa. Nie potrzebujemy ciebie ani tutaj, ani w szkole. A jak masz z tym problem, to swój beznadziejny prezent też weź ze sobą. – na jej twarzy igrał diaboliczny uśmieszek, najgorszy jaki mogą przybrać 11-letnie dziewczynki.
Wzięłam urywany oddech. Owszem byłam cwana. Ale byłam też tylko małą dziewczynką, która czuła się teraz wyjątkowo samotna. Wyprostowałam się dumnie, odsuwając te przesączone nienawiścią słowa w głąb umysłu i zamrugałam kilkakrotnie, by odgonić łzy.
- Tam są drzwi. – Giovanna z wielką uciechą wskazała na drzwi wejściowe.
Zignorowałam ją i zaczęłam ubierać buty. Nie miałam zamiaru siedzieć tutaj ani sekundy dłużej. Czułam wlepione w siebie zdziwione spojrzenia innych dziewczyn, ale nawet nie zaszczyciłam ich wzrokiem. Wzięłam pod pachę deskorolkę i w ostatniej chwili przypomniałam sobie o czymś jeszcze. Stanęłam obok jubilatki i wyrwałam jej prezent ode mnie.
- Chyba mówiłaś, że tego nie potrzebujesz, prawda? – uśmiechnęłam się do niej, czując satysfakcję na widok jej miny i jednocześnie byłam pewna, że Cristina prawie parsknęła śmiechem.
- Jesteś żałosna! – krzyknęła Giovanna oburzonym tonem. – Masz rację, wynoś się. Sprawdź co u twojej przyjaciółeczki! – po tych słowach roześmiała się szyderczo, ale zagłuszyłam ją w połowie trzaskiem drzwi.
Tak oto, w bardzo prosty sposób zyskałam arcywroga.
Mało mnie to obeszło.
Wskoczyłam na deskorolkę i oddaliłam się od tego domu jak najdalej i jak najszybciej. Trzymałam w dłoniach świeżo rozpakowany prezent, ale nie myślałam o tych przykrych słowach, które do mnie powiedziała (w sumie dlatego, że jakoś milsza nie byłam), ale ogólnie o całym tym podejrzanym zachowaniu. Mając bardzo złe przeczucia, przyśpieszyłam.
Minęła 18, a ja miałam do domu jakieś 3km, które musiałam pokonać na deskorolce. Nieważne jak bardzo bym się starała, nie zmniejszyłam czasu do mniej niż 20 cennych minut. Wpadłam tylnym wejściem do domu, rodzice najwyraźniej gdzieś wyszli i chwyciłam prezent dla Constanzy. Przynajmniej ona mieszkała raptem na końcu drugiej ulicy. Zziajana, wskoczyłam ponownie na deskorolkę i pozwoliłam sobie na złapanie tchu dopiero pod jej drzwiami.
Zapukałam. Nic. Zapukałam mocniej.
Też cisza.
Przypomniało mi się, że rodziców Constanzy często nie ma przez większość dnia na weekendach, bo jeżdżą na jakieś szkolenia dla kupców, czy coś w ten deseń. Teoretycznie powinna być tu tylko Constanza z wolną chatą na imprezę urodzinową. Zapukałam jeszcze mocniej, ale po kolejnej chwili, gdy nawet uspokoiłam oddech, nacisnęłam klamkę.
Zamek ustąpił.
Przez mój jedenastoletni umysł przepłynęły naprawdę czarne myśli, choć okraszone zasłoną dziecięcej niewiedzy. Może to nawet i lepiej.
Zaczęłam wykrzykiwać jej imię, ale ucichłam gwałtownie, gdy usłyszałam pociąganie nosem. Skierowałam kroki do salonu, w którym było stosunkowo ciemno. Odsłoniłam od razu okno, rzucając przenośne spojrzenie na pokój. Wystrojony typowo na urodziny. Prawda uderzyła we mnie obuchem, gdy zobaczyłam Constanzę pod stołem, a z jej oczu leciały duże łzy, choć z całych sił powstrzymywała szlochanie.
- Constanza? – kucnęłam przy niej, a blondyneczka naciągnęła urodzinową czapeczkę na twarz. – Ej, Constanza… - mruknęłam cicho, potrząsając ją za ramię.
Dziewczynka schowała twarz w kolanach, kręcąc głową.
- No bo nikt nie przyszedł… - wyłkała cichutko, podnosząc po chwili na mnie swoje ciemnobrązowe oczka, zapuchnięte od płaczu. – I było mi tak strasznie smutno, że nikt mnie nie lubi i jestem taka beznadziejna…
- Cicho bądź. – ucięłam krótko, przytulając ją mocno. Sięgnęłam przy okazji po chusteczkę i podałam ją koleżance.
Constazna wyraczkowała spod stołu, ale obie nadal siedziałyśmy na podłodze. Dziewczynka cały czas przecierała oczy wierzchem dłoni i unikała mojego wzroku, jakby wstydząc się ich. Spuściłam wzrok.
- Przepraszam za spóźnienie. – szepnęłam, zaciskając pięści. – Kurde, wiedziałam, że powinnam dopytać się ciebie.
Constazna spojrzała na mnie pytająco, więc zaczęłam wszystko wyjaśniać po kolei. I z każdym następnym słowem w jubilatkę wracały stare przebłyski życia, a już po słowach, że to Giovanna wszystkim rozpowiedziała, że rzekomo się tak z tobą umówiła, to zobaczyłam w niej starą, dobrą Constanzę. Niestety ta „dobra Constanza” przemieniła się w „wściekłą”, gdy doszłam do urodzin. Nie przerywała mi aż do początku naszej kłótni.
- Co za skończona wiedźma! – wykrzyknęła, zrywając się na obie nogi. – Jak ja ją dorwę to już nie będzie miała doniczki na głowie!
- Ej, spokojnie. To i tak nic nam nie da. – machnęłam ręką. Przynajmniej teraz ja lekko ochłonęłam. – Może to wynagrodzi ci chociaż część tego. – uśmiechnęłam się, rzucając w jej ręce prezent Giovanny.
- Czy to…?
- Dokładnie. – przytaknęłam i streściłam jej dokładnie moje ostatnie chwile na tym przeklętym przyjęciu. Constanza wybuchła niepochamowanym śmiechem, gdy zakończyłam opowieść.
- Nie wierzę! – wydusiła po chwili. – Ty to masz jaja, Blanca! – znów zaczęła dusić się ze śmiechu. – Boże, gdybym tylko widziała jej twarz w tamtym momencie, zemsta nie byłaby potrzebna! – padła na podłogę i chwyciła się za brzuch, usiłując opanować śmiech.
Gdy zaczęłam naśladować minę Giovanny, zaczęła śmiać się jeszcze głośniej, a po chwili ja również nie wytrzymałam w tej powadze i obie zanosiłyśmy się chichotem, tarzając się po podłodze ze śmiechu przez długie minuty. Oczy wręcz zaszły mi łzami.
W końcu sięgnęłam za siebie, po właściwy prezent dla Constanzy.
- No to… Wszystkiego najlepszego! – uśmiechnęłam się do niej.
Dziewczyna przyjęła go bez słów, uśmiechnęła się ciepło i bardzo mocno przytuliła. Spojrzała do środka, rozpoznała co ma i posłała mi porozumiewawcze spojrzenie z chytrą minką, po czym wskazała na prezent dla Giovanny.
- A z tym co zrobimy?
- Nie wiem, ale wiem jedno – do Giovanny nie wróci. – prychnęłam.
Constanza uśmiechnęła się pewnie.
- No to czemu ma się niby marnować?

Przybrałam podobną minę i przybiłyśmy sobie z Constanzą zamaszystą piąteczkę.