Rozdział 2
Gwiazdy świecą na
czystym niebie
Od tamtego czasu znalazłyśmy się z
Constanzą między młotem i kowadłem. Klasa, po urodzinach Giovanny, strasznie
się podzieliła – oczywiście ta jędza, Enrica, Felicia i ich niewolnicy,
przeciwko kilku osobom, które miały na tyle rozumu, żeby nie czepiać się nas.
Taka na przykład Cristina i jej koleżanka, Nicola trzymały się z nami, a
większość chłopaków pozostała neutralna.
No i z takimi nastrojami, pod koniec
czerwca pojechaliśmy na dwudniową wycieczkę w Apeniny.
Przynajmniej te idiotyczne zaczepki
ustały na chwilę, bo pani Galante bardzo pilnowała, by panowała „wzajemna zgoda
i szacunek”. Albo przynajmniej przepisy jej tak nakazywały. Nawet
przypilnowała, byśmy siedziały w autokarze w zupełnie innej części niż „święta
trójca” – oczywiście oni mieli przewagę liczebną i siedli na tyłach, a my na przodzie.
Co w sumie, mimo ogólnie przyjętych norm, było nawet zabawniejsze niż siedzenie
na tyle. Przed nami siedziały Nicola z Cristiną, a obok ci neutralni chłopacy,
w tym Riccardo – chyba druga i ostatnia osoba w klasie, która rozumiała
cokolwiek z zagadnień ścisłych.
Ale nie w tym rzecz.
Pierwszy dzień wycieczki przebiegał
bardzo spokojnie – wszyscy trzymali się od siebie z daleka, więc sporów nie
było. Podczas obiadu – inne stoliki. Noc - inne pokoje. Wszystko załatwione
perfekcyjnie. Problemy pojawiły się dopiero na drugi dzień, gdy przewodnicy
organizowali nam konkursy na orientację w terenie.
Coś w stylu, że były wyznaczone różne
trasy, z różnymi elementami zaznaczonymi na mapie i do znalezienia jako
„dowody”. Wszyscy dostali mapki, a przewodnicy dawali nas na 3 najłatwiejsze,
najkrótsze trasy. Ja również z wielką chęcią przystąpiłam do konkursu. Nastrój
trochę opadł, gdy okazało się, że Giovanna, Sergio i Carlos, moi główni
„prześladowcy” są w tej samej grupie co ja, ale duch walki we mnie rozgorzał.
- Skop im tyłki, Coletti! – wrzasnęła na
sam koniec Constanza, która oczywiście zajęła pierwsze miejsce i to z wyraźną
nadwyżką.
Z początku nawet nie spojrzałam na mapę,
szłam wytyczoną przez wielu poprzedników wydeptaną ścieżką. Nie musiałam się
martwić – od małego umiem czytać mapy (nieba bo nieba, ale wszędzie jest ten
sam klucz), ale gdy rozłożyłam akurat tę, trochę się zaniepokoiłam. Zaznaczona
trasa była bardzo długa, pokrętna i na pierwszy rzut oka niebezpieczna.
Wzruszyłam tylko ramionami, gdy wyczaiłam
punkt, w którym się znajduję. A co mi tam. Ruszyłam raźnym krokiem przed
siebie.
Niepokój pojawił się po dwóch godzinach,
gdy nie mogłam znaleźć przejścia dalej. Wpatrywałam się i wpatrywałam w mapkę,
ale zaznaczone było tylko jedno przejście i zdecydowanie nie było na moje siły.
Rozciągała się przede mną wysoka na trzy metry, prawie gładka skała. Nie
wątpiłam, że we dwoje bardzo łatwo było to przekroczyć, ale na pewno nie
pojedynczo. A ja miałam 11 lat i byłam sama gdzieś w środku Apenin. Świetnie.
Nie panikowałam. Wiedziałam, że w końcu
albo mnie znajdą, albo ja znajdę ich. Starałam się wrócić tą samą drogą, ale
cały czas trafiałam w poprzednie miejsce, aż w końcu wróciłam do półki skalnej.
Westchnęłam i rozejrzałam się, jakby cokolwiek miało mi pomóc. Nie wzięłam ze
sobą nic przydatnego, co wskazywało by godzinę – telefon i zegarek zostawiłam,
by nic się im nie stało.
Spojrzałam na słońce. Krążyłam najwyżej
3 godziny. Tylko 3 godziny. Po prostu cudownie.
Zrzuciłam plecak z ramion, ciskając nim
o ziemię z irytacją i usiadłam na spróchniałym pieńku. Jedyne co mi zostało to
czekać aż się o mnie zmartwią. Nie ma sensu zagubiać się bardziej. Cały czas
powtarzałam sobie te logiczne wnioski, by choć trochę uspokoić rozszalałe
serce. Palpitacji zaczęłam dostawać, gdy minęło 5 godzin, a ja ciągle
siedziałam w tym samym miejscu.
- Blanca! – usłyszałam w końcu w oddali.
– Blanca!
- Tutaj! – wrzasnęłam, wybiegając ekipie
ratunkowej na spotkanie.
Tylko moją ekipą ratunkową okazała się
Constanza.
- Wiedziałam, kurde, wiedziałam! –
wykrzyknęła, patrząc się na skałę za mną. – Co za skończona wiedźma!
Przekrzywiłam głowę, nie rozumiejąc
wiele z jej bełkotu.
- Może tak od początku? – westchnęłam,
uspokajając się. – Co ty w ogóle tu robisz? Sama.
- Wiesz ty co, Blanca… Giovanna to
wiedźma, ale żeby aż tak. – Constanza zrobiła wielkie oczy i wyciągnęła z
kieszeni podartą kartkę, która okazała się moją prawidłową mapą. – Podmieniła
ci mapkę na tę najtrudniejszą.
- Co za…! – zerwałam się, ale opanowałam
się równie szybko. – Dobra, mniejsza z tymi tępakami. Co było dalej?
- Jak to dalej?
- Nie mów mi, że…
- Poszłam sama? – Constanza uśmiechnęła
się głupkowato. – Za późno. Wybacz, Blanca, ale to nie ja jestem od myślenia.
- Czy ktokolwiek w ogóle wie, gdzie
jesteś? – spytałam rzeczowo.
- Nie, raczej nie.
Opadły mi ręce.
- No dobra, pani ekipo ratunkowa. –
rzuciłam po chwili sarkastycznie. – Co teraz jest w planie? Pamiętasz drogę
powrotną? Wzięłaś dokładniejszą mapę? A może kończymy tę trasę? W ogóle to
wzięłaś lepszy sprzęt pewnie?
- Dobra, już dobra… - Constanza machnęła
ręką. – Wiem, nie myślę. Ale spójrz na to z lepszej strony – nie siedzisz tutaj
sama.
Westchnęłam głęboko i podeszłam do tej
półki skalnej.
- Co robisz? – spytała, patrząc jak się
wspinam nieporadnie po niewielkich występach skalnych.
- Nie mam zamiaru spędzić tu kolejnej
godziny. Wynosimy się stąd. – odparłam i machnęłam na nią ręką. – Chodź tu,
podsadzisz mnie.
Najgorszy element trasy był za nami – ja
z pomocą Constanzy wdrapałam się na szczyt, po czym wciągnęłam za ręce
przyjaciółkę. Wszystko ładnie pięknie, ale byłyśmy tak zestresowane i zmęczone,
że nawet nie przyszło nam do głowy, by pooglądać widoki. Szłyśmy cały czas
przed siebie, coraz bardziej zmęczone, zestresowane i przede wszystkim głodne i
spocone.
Mimo, że rozmowa się nie kleiła cały
czas coś mówiłyśmy, by tylko nie zapadła między nami cisza. Każda z nas
doskonale wiedziała, co dzieje się, gdy jest cicho. Ilość horrorów w lesie,
które pooglądałam do tamtej pory mówiła sama za siebie.
Opowiadając w wielkim skrócie naszą
podróż powrotną, wyglądała ona strasznie rutynowo, dopóki nie wyszłyśmy spośród
krzewów na polanę startową. Wtedy wybuchł szał – przypadli do nas ratownicy i
wychowawczyni. Z początku wszyscy nas głaskali i badali, dopiero później
dostałyśmy poważną burę.
Okazało się, że przez cały ten czas
wszyscy byli przekonani, że na tę turę poszły 3, a nie 4 osoby, więc gdy trójka
wróciła, zaczęli posyłać inne grupki. Zaczęły mijać godziny, reszta osób miała
czas wolny na terenie ośrodka i nikt nie zawracał sobie głowy przeliczaniem.
Dopiero Constanza, która od dłuższego czasu nie mogła mnie znaleźć, zaczęła
węszyć podstęp. Nie zagłębiała się w szczegóły jak znalazła moją podartą mapkę
i skąd ma pewność, że to akurat Giovanna (choć do tego jakoś nie potrzebuję
dowodów), kontynuowała poszukiwania na własną rękę.
- Wiesz, wolałam nie rozpętać paniki,
inni też chcieli pozwiedzać. – wzruszyła w pewnym momencie ramionami. –
Podwinęłam ze stolika trudniejsze mapki i powiedziałam Riccardo, że idę do
łazienki. Potem wystarczyło tylko przemknąć w odpowiednim momencie znowu na
trasę.
- Jesteś niemożliwa. – westchnęłam,
kręcąc głową. – Nawet nie miałaś pewności, na której ścieżce jestem. Że w ogóle
na którejś jestem.
- A co niby miałam zrobić? –
wytrzeszczyła na mnie oczy. – Zostawić cię na pastwę losu? Biedną, małą kujonkę
w środku dziczy?
Przewróciłam oczami.
- Po pierwsze nie jestem kujonem –
proszę mi tu nie obrażać mojego IQ. Po drugie to nie dzicz, tylko specjalnie
przygotowane do tego ścieżki. – zaczynałyśmy przedrzeźniać siebie nawzajem,
jeśli chodzi o sposób mówienia. – I po ostatnie… dzięki.
Constanza aż się zatrzymała.
- „Dzięki”?
- No dobra. Dziękuję. – pokręciłam
głową, wiedząc, że podziękowania wyszły dość sztucznie.
- Nie o to mi chodziło. – Constanza
machnęła ręką. – Czemu mi dziękujesz?
- Ale ty czasem jesteś głupia. –
jęknęłam, lecz nim dziewczynka zdążyła powiedzieć cokolwiek kontynuowałam. –
Dziękuję, że mnie nie zostawiłaś.
Constanza roześmiała się.
- Ty też jesteś głupia. – wyszczerzyła
się do mnie. – Niby ja miałabym cię zostawić? Wolne sobie.
W sumie to cała ta historia zakończyła
się szczęśliwie. Mogło być niebezpiecznie, ale wróciłyśmy w całości. A na widok
miny Giovanny, od razu stwierdziłam, że było warto. I jeśli miałaby dostać
jeszcze raz taki opiernicz, to z chęcią zgubiłabym się tam jeszcze raz, nawet w
środku nocy.
***
Następnie nastały wakacje, podczas
których byłyśmy nierozłączne. Wspólne wypady na plażę, wspólna jazda na desce,
wspólne wędrówki, wspólne zarwane nocki na obserwowaniu nieba. Jej dom stał się
moim, a mój – Constanzy. Nici naszej przyjaźni coraz ciaśniej się oplatały,
tworząc mocniejszy węzeł z dnia na dzień.
Ale to nie podczas wakacji, lecz dopiero
na początku roku szkolnego zrozumiałam, że mam prawdziwą przyjaciółkę. To
właśnie będzie to ostatnie spoiwo, które utworzyło niezniszczalny łańcuch.
Poszłyśmy do piątej klasy – wszystko
ładnie, pięknie. Te same znajome twarze, ci sami nauczyciele – nic nowego.
Siadłyśmy na każdych zajęciach razem i to bez większego bicia się o ławki.
Wszystko się układało, a coraz to jawniej istniejący podział klasowy nie
wydawał się przeszkadzać aż tak bardzo. Nauczyłam się szybko ignorować kolegów
Giovanny – Sergia, Marco, Carlosa i Gulia. W sumie musiałam, by mieć czas na
ogarnięcie Constanzy, która była mniej przyjaźnie nastawiona do takich
sytuacji.
Dla niej istniało tylko prawo pięści.
Wszystko przebiegało wzorowo – nawet
zostałam klasowym skarbnikiem. I choć ja na to strasznie narzekałam, to o dziwo
Constanza też. Co było naprawdę niezwykłe. Dziewczynka zawsze usiłowała
wypychać mnie przed szereg, ponieważ mam do tego predyspozycje, choć zazwyczaj
starałam się unikać takich akcji.
- Ja nie mogę, czemu zawsze najbardziej
upierdliwe rzeczy przypadają właśnie mnie? – jęknęłam, wypakowując książki.
Constanza bawiła się długopisem.
- No to po prostu zrezygnuj. – westchnęła.
- A co, ty chcesz być w samorządzie? –
spytałam neutralnym tonem, ale z uwagą przypatrywałam się jej twarzy.
Przemknęło po niej szczere zdziwienie.
- Zdurniałaś? Mam ci przypomnieć co mam
z matematyki? – zaśmiała się, ale po chwili zmarszczyła czoło, wydymając usta.
– Tylko to mi trochę nie pasuje.
- Tobie nie pasuje? To ja będę odwalać
całą robotę. – prychnęłam.
- Nie uważasz, że to podejrzane? –
spytała poważnym tonem. – Że dostałaś taką ważną rolę, szczególnie gdy połowa
klasy nas nie cierpi?
Wzruszyłam ramionami i zbyłam temat
machnięciem dłoni.
Ale powrócił on bardzo dobitnie, gdy z
kasy klasowej zniknęło 300 euro. Przeraziłam się nie na żarty, gdy przeliczałam
pod koniec miesiąca pieniądze, które w większości miały iść na jakąś wycieczkę.
Stwierdziłam na początku, że skonsultuję to z Constanzą i nie powiem, że
zniknęło 300euro. I tak powiedzieliby, że to ja to zgubiłam.
- Ej, Constanza! – dogoniłam ją,
chwytając pod ramię.
- Co ciebie dzisiaj napadło? – spytała
zdziwiona, ale gdy przyłożyłam palec do ust, umilkła od razu.
- Mamy problem. – szepnęłam i streściłam
jej na ucho całą, krótką historię.
- ILE? – wydusiła na samym końcu, a ja
przytkałam jej usta dłonią, by osoby postronne nic nie usłyszały. Blondynka
szybko się ogarnęła i zaczęła trochę bardziej myśleć. – Dobra. Po szkole „udamy
się do domu”, a potem wemkniemy się znowu i poszukamy tego. Może jak
przyniesiesz te dobre ciastka, to woźny posprawdza kamery.
Plan był rzeczywisty i wszedł bez
problemu w życie. W sumie odetchnęłam z ulgą, że Constanza nie zaproponowała
najlogiczniejszego rozwiązania i nie kazała iść z tym do nauczycieli. Weszłyśmy
późnym popołudniem znowu do szkoły, z banalną wymówką, że zostawiłyśmy coś w
klasie.
- Dobra. – Constanza położyła pięści na
biodrach. – Ty przelicz kasę jeszcze raz, a ja obejrzę całą salę.
Nasz zapał opadł, gdy po dziesiątym
przeliczeniu nadal nie było 300euro. Tak samo jak nie znalazłyśmy złamanego
centa pod ławkami, w ławkach, pod szafkami, w szafkach… Sprawdziłyśmy jeszcze
kilkakrotnie wszystkie dostępne dokumenty, ale nigdzie nawet nie było śladu.
- No i co ja teraz zrobię? – wyjęczałam,
gdy już wyszłyśmy ze szkoły.
Zjeżdżałyśmy powoli z naszej ulubionej
górki na desce i mogłam wmawiać sobie, że łzy pojawiające się w kącikach oczu
spowodowane są wiatrem. Constanza milczała, mocno się zastanawiając co zrobić,
co doradzić.
- No nic. Mówi się trudno. – westchnęła
po dłuższym czasie. – Pójdziemy jutro do pani Galante i powiemy, że brakuje…
- Przecież ona mnie zabije!
- Właśnie dlatego pójdziemy do niej
razem.
Tylko na naszej drodze stanęła właśnie
pani Galante. Czy raczej jej nieobecność. Akurat musiała rozchorować się w
piątek. Siedziałam cały czas jak na szpilkach, totalnie nie wiedząc co robić.
Constanza przywracała mnie myślami na ziemię i kazała się uspokoić. Istniała
mała szansa, że ktokolwiek będzie chciał sprawdzać akurat teraz czy dane się
zgadzają.
Dzień mijał niezwykle przyjemnie. Liście
na drzewach powoli brązowiały i cała okolica nabierała złotych kolorów jesieni,
a słońce jeszcze ogrzewało wszystko swoimi promieniami. Bardzo polubiłam
tutejszy wrzesień – sezon turystyczny się kończył, więc miasteczko trochę
pustoszało, ale dla mnie było to idealne. Podczas lata nie mogłam zaczerpnąć
tchu.
Ostatnią lekcję był w-f. Wszyscy zdążyli
już wybiec do szatni i tylko ja musiałam zostać i pozbierać piłki jako dyżurna.
Spakowałam je jak najszybciej do kartonowego pudełka i pobiegłam do reszty.
Musiałam iść jeszcze z piłkami do kantorka, ale mogłam w między czasie się
przebrać i być gotową do wyjścia.
- O, Blanca. – Constanza uśmiechnęła się
na mój widok. – Daj mi sekundę, to pomogę ci nieść… Kurde.
- Co się stało? – spytałam, zmieniając
koszulkę.
- Zostawiłam piórnik w klasie. –
wywróciła oczami. – Znowu.
- No już trudno. To ty po niego idź, a
ja z tymi piłkami dam sobie radę.
- No to czekaj na mnie przy głównej
bramie! – rzuciła, wypadając z szatni.
Ja spokojnie skończyłam się przebierać,
spakowałam się i poszłam zanieść piłki w odpowiednie miejsce. Przeszłam po
podwórku szkolnym, by od razu pójść po deskorolkę. Rzuciłam pobieżne spojrzenie
chłopakom z mojej klasy – moja „ulubiona” grupka stała zbita koło stojaków na
rowery.
Odstawiłam z hukiem karton i zamknęłam
szusem kantorek. Westchnęłam. Wolałam nie kończyć tygodnia akurat z
konfrontacją z nimi. Podeszłam naturalnie do nich i przepchałam się do swojej
deskorolki.
- Sorki. – mruknęłam, usiłując
przecisnąć się między chłopakami.
Ani drgnęli.
- No ej, Marco, rusz się trochę. –
przewróciłam oczami.
Nawet nie zamierzali poruszyć się o
centymetr. Upuściłam delikatnie deskorolkę na ziemię i spojrzałam po całej
czwórce trochę podirytowanym wzrokiem. Chłopaki i ich durne pomysły. Marco,
Gulio i Carlos odwzajemniali moje spojrzenia, jedynie Sergio unikał mojego
wzroku.
- O co wam znowu chodzi? Chcę wracać już
do domu…
Nie dokończyłam, bo Marco mocno mnie
popchnął. Nieprzygotowana na taki zwrot akcji, zatoczyłam się do tyłu i
walnęłam plecami o ścianę. Nim zdążyłam się obruszyć, zacieśnili krąg.
- Słuchaj, Blanca. – warknął Gulio. –
Doskonale wiemy co zrobiłaś.
- O to świetnie. – uśmiechnęłam się
sztucznie. – Bo tak się składa, że ja nie wiem. – zmrużyłam groźnie oczy.
Carlos popchnął mnie jeszcze raz, a
Marco kopnął. Syknęłam z bólu, ale wyprostowałam się dumnie, gotując się od
środka ze złości.
- Ej, to bolało. – warknęłam groźnie.
- I miało. – prychnął Marco. – Nie myśl,
że pozwolimy ci na takie akcje tylko dlatego, że jesteś dziewczyną.
- Chwila, mieliście mnie oświecić. –
mruknęłam jeszcze, zachowując resztki pewności siebie, która uleciała, gdy
Carlos uderzył pięścią tuż obok mojej głowy. Zastraszanie szło im coraz lepiej.
- Zwinęłaś 300euro z naszej składki
klasowej. – oskarżył Gulio.
- Giovanna, Felicia i Enrica słyszały
jak o tym gadałaś z Constanzą. – dodał Marco, świdrując mnie wzrokiem.
- Poza tym cały dzień chodzisz
zestresowana. – wtrącił Carlos.
Oskarżenia sypały się cały czas, a ja
stałam tam jak słup soli. Byłam przestraszona, że w ogóle 4 chłopców stoi nade
mną i że ktoś się do wiedział o zaginionych pieniądzach. Nawet nie zdążyłam
wścieknąć się na brzmienie imion moich ukochanych koleżanek. Mój instynkt kazał
zwrócić się w stronę najbliższej deski ratunku.
- Chyba nie jesteście poważni? –
spytałam wszystkich, ale zielone oczy wlepiłam w Sergia, który od samego
początku nie wyglądał na zadowolonego z obranego planu. – Serio sądzicie, że to
ja?
- Tylko ty masz dostęp do pieniędzy. –
mruknął Sergio, zobowiązany do powiedzenia czegokolwiek.
- I to od razu czyni mnie winną? Nawet
nie macie dowodów! – podniosłam głos, a gdy dostrzegłam zawahanie na ich
twarzach, stwierdziłam, że pociągnę to dalej. – Nie macie najmniejszego prawa
mnie oskarżać. I to jeszcze tak heroicznie, nachodząc całą bandą!
- Zamknij się! – Gulio wrzasnął na mnie,
biorąc zamach.
Zacisnęłam oczy, niezdolna do jakiejś
reakcji.
Ale cios do mnie nie dotarł. Oberwała
Constanza, która zawsze pojawia się w odpowiednim momencie. Dosłownie wpadła
między mnie i Gulia, a jego pięść dowaliła jej w ramię. Chłopaki zamrugali
kilkakrotnie. Poczułam zastrzyk adrenaliny. Teraz, gdy nie jestem sama, też
mogę pocwaniakować.
- Co wy tu odstawiacie, barany!? –
wrzasnęła Constanza, mordując ich wzrokiem. – Myślicie, że to takie zabawne!?
- Nie wtrącaj się, Carlo! – syknął
Marco, odpychając ją mocno.
Ciemnobrązowe oczy Constanzy zapłonęły
żywym ogniem. Dziewczyna chwyciła Marco za koszulę i mocnym szarpnięciem
odciągnęła do tyłu, aż chłopak się zachwiał.
- Jestem Di Carlo! – poprawiła, prostując
się dumnie. – I jeśli jeszcze raz tkniecie Blancę, to skopiemy wam dupska!
No i zaczęła się bójka. Niestety byłyśmy
na przegranej pozycji. Chłopaki zawsze są silniejsi, a my dwie na dodatek
byłyśmy dość kościste, więc walka masą odpadała. Constanza mogła krzyczeć co
chciała – ja byłam typem mola książkowego, a ona, nieważne jak bardzo lubiła
wyczynowe akcje, bić się nie umiała.
Nie byłam pewna jak się zachować, dopóki
Gulio nie trafił Constanzy pięścią prosto w szczękę, że aż się przewróciła.
Zwinęłam dłonie w piąstki i rzuciłam się na niego z krzykiem.
- Ty skończony idioto! – zaczęłam go
okładać z całych sił, choć widać było, że nic mu to nie robi.
Po chwili poczułam jak ktoś szarpie mnie
za koszulkę i podrywa do góry. Na ślepo wyprowadziłam kopniaka i usłyszałam syk
Marco. Szarpanina rozpętała się na nowo. Trzymałyśmy się blisko z Constanzą,
niczym na filmach – stykałyśmy się wręcz plecami, ale nie z własnego wyboru.
Chłopacy nie pozostawiali żadnej luki, nie pozwalając się nam wydostać.
Jedynie Sergio stał trochę na uboczu i
robił tylko za mur. Zauważyłam to, gdy akurat gryzłam ramię Marco, a Constanza
przytrzymywana przez Carlosa szaleńczo usiłowała trafić w Gulio. Lecz nawet
Sergio w końcu musiał zareagować. Ale w trochę dziwny sposób.
- Ała, idioto, przestań! – wrzasnęła
Constanza, gdy Carlos zaczął coraz niebezpieczniej wykręcać jej rękę do tyłu.
- Puszczaj ją, złamiesz jej rękę! –
krzyknęłam do niego, usiłując wyszarpać się spomiędzy Gulia i Marco.
I wtedy zareagował Sergio, który podbiegł
do nich i z całego impetu trzasnął Carlosa w twarz. Ten, zszokowany, wypuścił
dziewczynkę, która wykorzystała w całości daną przez los szansę: przepchnęła
się do mnie, siłą rozpędu wyciągnęła nas z środka walki i szybkim ruchem
wskoczyła na deskorolkę. Zrobiłam to samo, tylko z lekkim opóźnieniem. Jeszcze
nigdy nie jechałam na niej aż tak szybko.
***
- Oni są jacyś głupi!
Constanza nadal nie mogła wyrwać się z
amoku. Cały czas ciskała piorunami we wszystkich kierunkach, wyładowując
nadmiar adrenaliny na całym swoim domu. Po raz pierwszy cieszyłam się, że jej
rodziców zazwyczaj nie ma, bo skończyłoby się na jakiejś aferze.
A tak skryłyśmy się w domu Constanzy i
podczas, gdy ona obmyślała najgorsze rodzaje tortur dla naszych kolegów, tak ja
szukałam plastrów i wody utlenionej. Nie wyglądałyśmy jakoś wyjątkowo źle, po
całym weekendzie nie będzie nic widać, ale jednak pamięć zostaje.
- Jak ja ich dorwę…
- Tak, tak… - westchnęłam, przyklejając
jej plasterek. – Już widziałam jak ich dzisiaj dorwałaś. – Constanza już miała
na mnie nakrzyczeć, ale tylko syknęła, bo polałam rozcięcie wodą utlenioną.
- No to co masz zamiar z tym zrobić?
Teraz obie mamy duży problem.
- My ich dorwiemy, o to się nie martw.
Tylko wykorzystamy coś czego oni nie mają. – uśmiechnęłam się chytrze.
- Cycki? A nie, tego też nie mamy.
- Rozum. – wzniosłam oczy ku niebu. –
Chociaż w twoim przypadku z tym też może być problem.
- No dzięki. – prychnęła. – Ale podoba
mi się twój tok rozumowania, chociaż nie chodziło mi akurat o to… Co robimy z
tą zgubioną kasą?
- To jest pikuś. Pójdziemy do pani
Galante i wszystko wytłumaczymy.
Constanza przewróciła oczami.
- Serio dopiero teraz chcesz grać
zgodnie z zasadami? Przecież można było to powiedzieć w pierwszy dzień i nikt
nie robiłby na nas ustawek, czy czegoś jeszcze durniejszego…
- Dziękuję, Constanza.
- Ha? – jej krótkie blond włosy opadły,
gdy w końcu choć na chwilę przestała zawzięcie gestykulować. Przekrzywiła
głowę, przypatrując się mi uważnie.
- Dzięki, że przybiegłaś mnie ratować. –
uśmiechnęłam się. – Znowu.
- Nadal nie rozumiem, czemu mi za to
dziękujesz.
- Wszystkie osoby jakie znałam przedtem,
na pewno by stchórzyły.
- Tylko, że ja nie jestem już tymi
wszystkimi. Jestem twoją przyjaciółką. – poklepała mnie po ramieniu i
wyciągnęła małego paluszka w moją stronę.
Uśmiechnęłam się szerzej, czując
rozchodzące się ciepło po całym wnętrzu. Zahaczyłam swojego palca o jej i na
dopełnienie mocno nimi potrząsnęłyśmy, składając sobie niemą obietnicę, której
po prostu nie dało wyrazić się słowami. Ale ten jeden gest wystarczył.
Nasza przyjaźń została przypieczętowana.
***
- Boże, jest środek nocy, a ja nadal
umieram z gorąca… - Constanza jęczała od kilkunastu dobrych minut.
Pokręciłam głową z dezaprobatą, nawet na
nią nie spoglądając.
- Jęcz ciszej, bo obudzisz moich
rodziców. – mruknęłam, uśmiechając się.
Blondynka przeturlała się, rozgarniając
wokół mapy i prowizoryczne przyrządy. Siedziałyśmy na moim tarasie (znaczy
Constanza leżała), z idealnym widokiem na niebo. Manarola, jak wspominałam,
leżała centralnie nad Morzem Liguryjskim, a mój dom znajdował się jakieś 100
metrów przed linią brzegową. Nic nie przysłaniało widoków.
Westchnęłam głęboko, wdychając nocne,
wakacyjne powietrze. Rozszerzyłam uśmiech, czując narastające podekscytowanie.
Constanza leżała na brzuchu, podpierając brodę dłonią i przypatrywała się mi z
uwagą i podziwem. Uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze tak robiła, gdy wyciągałam
ją na obserwacje nieba.
- Kiedy to się w końcu zacznie? –
zajęczała ponownie, puszczając tamtą wyrozumiałą Constanzę w niepamięć. –
Siedzimy tu jakieś 5 godzin!
Oderwałam się na chwilę od teleskopu i
podświetliłam telefon.
- Zaczęłyśmy o 21, więc niecałe 4
godziny – uściśliłam.
- Blancaaa… - westchnęła Constanza,
przewracając się na plecy. – Ja wiem, że ty masz wprawę w zarywaniu na tym
nocek, ale ja na serio zaraz padnę…
- Nie padniesz. – zaśmiałam się. –
Powinno się zacząć za jakąś godzinkę… - urwałam na chwilę, gdy przyjaciółka
opadła z hukiem na ziemię, wyrażając swoje wycieńczenie. – No wstawaj, raz w
życiu pewnie będziesz to widzieć.
- Przypomnij mi jeszcze raz, co to ma w
ogóle być? – spytała, przeciągając się. Po chwili do mnie podeszła i rzuciła
podejrzliwe spojrzenie teleskopowi.
- Noc spadających gwiazd.
Zagwizdała cicho, jakby dopiero teraz
zrozumiała, że to na serio coś ciekawego. Pokręciłam znowu głową i schyliłam
się po jedną z lepszych map. Constanza przyglądała się uważnie jak rozścielam
ją na ogrodowym stoliku i postawiała cięższe przedmioty na rogi. Noc była
naprawdę piękna, jasna i co najważniejsze – bezchmurna. Miałyśmy zapaloną tylko
jedną świeczkę, by nie ściągać nadmiaru owadów.
Machnęłam na nią zachęcająco dłonią i
wskazałam wprawnym ruchem jedną z konstelacji. Dziewczyna patrzyła się i kiwała
głową, gdy tłumaczyłam jej jak ją odnaleźć. Ja jednak doskonale widziałam, że
jest w tym totalnym laikiem, więc gdy doszło do momentu, w którym Constanza ma
rozpocząć swoją misję, stanęłam obok i tylko obserwowałam. Dziewczyna podeszła
do teleskopu niepewnie i lekko skrzywiona.
Nie zdołałam powstrzymać zduszonego
śmiechu, gdy zamiast w okular, próbowała patrzeć przez lunetę celowniczą.
- No co? – prychnęła na mnie. – To nie
działa! Nic nie widać.
Podeszłam bez słowa i wskazałam
odpowiednie miejsce. Constanza schyliła się, nadal z podejrzliwością tasując
urządzenie wzrokiem i spojrzała. Od razu się wzdrygnęła, ale uśmiechnęła się do
mnie z rozbawieniem równym mojemu.
- A, teraz wszystko pasuje. –
wyszczerzyła się. – Ale jakby się kto pytał, wszystko było zaplanowane.
- Jasne, jasne. – przytaknęłam. – A
teraz, pani astronom, proszę znaleźć Perseusza.
- Co? – wyjrzała jeszcze zza teleskopu.
– A nie miałam szukać gwiazd?
- Gwiazdozbiór się tak nazywa…
Zapadła chwilowa cisza.
- No bo ty jakaś dziwna jesteś. –
stwierdziła, broniąc honoru.
- Tak, tak. – westchnęłam. – Przekręć go
trochę bardziej w lewo.
Po kilku minutach nieudolnego sterowania
teleskopem, podeszłam do przyjaciółki i patrząc się ukradkowo na niebo,
naprowadziłam ją w miarę dokładnie na najbardziej znaną gwiazdę tego układu –
Algol. Constanza po chwili się uśmiechnęła i wyprostowała się dumnie.
- Znalazłam to. – wyszczerzyła się. –
Raczej.
Zaśmiałam się i spojrzałam. Aż mnie
zatkało.
- Nie wierzę. – rzuciłam jej zdziwione
spojrzenie. – To na serio to.
Constanza zawiwatowała krótko, po czym
wskoczyła na barierkę. Wpatrywała się cały czas w niebo, prawdopodobnie w jeden
z wielu nieznanych jej gwiazdozbiorów. Westchnęłam i usiadłam obok niej.
- Widzisz ty w ogóle tego „Perseusza”
tutaj? – spytałam.
- Oczywiście, że… nie. – przyznała.
Przewróciłam oczami i wzięłam jej rękę.
Nakierowałam wskazującego palca i starałam wycelować w odpowiednią gwiazdę.
- Widzisz ją? To Algol. – powiedziałam.
- No.
- Tu troszkę dalej masz Algenib…
- Czekaj, czekaj…
Gdy po kilku minutach Constanza w miarę
zapamiętała odpowiednie gwiazdy, zaczęłam pokazywać jej na niebie prawidłowe
linie i tłumaczyć co jest czym. Uśmiechnęłam się szeroko, gdy dostrzegłam
zrozumienie na jej twarzy. Bałam się, że trzeba będzie sięgnąć po mapę z
narysowanymi gwiazdozbiorami i odebrać temu cały urok.
Siedziałyśmy w milczeniu kolejne minuty,
a ja znów zatraciłam się w nocnym niebie, które tak bardzo pokochałam. Byłam
pewna, że w moich zielonych oczach mienią się setki jak nie tysiące punkcików.
Wpatrywałam się jak zaklęta. W tle grały cykady, a ciepłe, letnie powietrze
otulało mnie, nie zmuszając do szczękania zębami, jak w zimie. Lato to
zdecydowanie moja ulubiona pora.
- Czasem zastanawiam się, o ile więcej
tu widzisz, niż ja.
Spojrzałam pytająco na Constanzę.
- Ja widzę teraz tylko Prometeusza i
Alge… Alog… Algol. No właśnie. Widzę tylko tyle. – nie odrywała wzroku od
nieba. – A ty widzisz każdą konstelacją, znasz ich imiona, czasem nawet
historię. Twoje mapy są dla mnie obce.
- Gdybyś się tym interesowała, znikłyby
niejasności. – odpowiedziałam tylko.
- W ogóle, zawsze mnie to ciekawiło…
Czemu akurat astrologia?
- Jak już, to astronomia, astrologia to
zupełnie inna bajka… - zaśmiałam się i spojrzałam ponownie w niebo. – Sama nie
wiem. W moim rodzimym mieście byłam dość samotna. Wszyscy widzieli mnie wśród
ludzi, a tak naprawdę byłam setki mil od nich. Podobnie jest z gwiazdami.
Wszystkim wydaje się, że są blisko, choć w rzeczywistości dzielą je dziesiątki
lat świetlnych… - nabrałam w płuca zapach skoszonej trawy. – Sama nie wiem,
gadam od rzeczy.
Constanza milczała, dając się pochłonąć
melancholii. Wyraźnie zastanawiała się nad odpowiedzią, ale nim cokolwiek
wymyśliła, dostrzegłam w jej oczach powolny błysk. Moje źrenice rozszerzyły się
i od razu spojrzałam na niebo. Constanza również ujrzała to co ja.
- Zaczęło się. – szepnęła tylko, bojąc
się, że wszystko urwie się przy hałasie.
Ale gwiazdy nadal spadały z nieba,
zostawiając za sobą tylko długie, złote smugi i niknąc na zawsze z nieboskłonu.
Na moje usta wpełzał powoli błogi uśmiech, a klatka piersiowa zacisnęła się
lekko nieznośnie, nie mogąc ogarnąć rozumem piękna i jednocześnie potęgi
kosmosu.
- Łaa… - wydusiła tylko Constanza, gdy
meteoryty spadały coraz rzadziej. – Blanca, to było… niesamowite. Blanca, ty
jesteś genialna!
- No wiem. – zaśmiałam się, widząc
zachwyt malujący się na jej twarzy. Następnie zeskoczyłam z barierki i
obrzuciłam wzrokiem taras. – A teraz rusz się. Musimy ogarnąć to wszystko i iść
spać.
- Chyba oszalałaś, ja już nie idę spać!
– zdążyłam się tylko obrócić w jej stronę, by zobaczyć, że stoi na barierce, po
czym wybija się z jednej nogi i spada w noc.
- Ty jesteś jakaś durna! – syknęłam,
dopadając barierki. Jej jasne włosy mignęły mi w ciemności. Wychyliłam się
trochę bardziej, gdy zaczęła krążyć po ogrodzie.
- Przecież przed chwilą powiedziałam, ci
kto oszalał. – byłam pewna, że pokazała mi język.
- Tu jest jakieś 2 i pół metra! –
rzuciłam jeszcze z niedowierzaniem, ale Constanza machnęła na mnie ręką i
oddaliła się trochę bardziej.
Spojrzałam za siebie, jakbym miała
dostrzec rodziców, którzy wiele lat temu nauczyli się głęboko spać, ignorując
moje tłuczenie się z teleskopami i innymi metalowymi sprzętami w środku nocy.
Westchnęłam i sprawnym ruchem przeskoczyłam przez barierkę.
Spadanie trwało raptem sekundę, ale i
tak poczułam jak żołądek związuje się w supeł, a adrenalina zaczyna krążyć w
moich żyłach. Po czym dotknęłam ziemi, przykucając.
- Jeszcze będą z ciebie ludzie. –
rzuciła Constazna, stojąca kilka metrów dalej, nieopodal „skalniaczka” –
zbiorowiska krzewów i drzewek owocowych obok oczka wodnego (moja mama była
projektantką ogrodów).
- A z ciebie nie. – mruknęłam złowrogo,
idąc w jej stronę.
Nim jednak zdążyłam się do niej dobrać,
rozłożyła ręce i opadła bezszelestnie, lecz całym ciężarem na trawę. Podeszłam
do przyjaciółki, ale gdy spostrzegłam, że wpatruje się z respektem w niebo,
poszłam za jej przykładem, kładąc się w trawie i spoglądając na nocny
nieboskłon. Leżałyśmy tak i milczałyśmy, pogrążając się w melancholii.
- Ej… - westchnęła w końcu Constanza,
krzyżując ramiona za karkiem. – Myślisz, że jak pójdziemy do gimnazjum to się
coś zmieni?
- Weź ty mi nie gadaj o szkole, wakacje
dopiero się zaczęły… - westchnęłam i przeturlałam się bardziej w jej stronę. –
Zależy w jakim sensie.
- Wiem, że klasa pozostanie taka sama,
nauczyciele pewnie też. – mruknęła.
- Uroki małego miasteczka. Całe życie z
tymi samymi dzidami.
- No, ale wiesz… wszyscy podobno się tak
strasznie zmieniają przez te wakacje po 6 klasie…
- Jeśli liczysz, że Giovanna i spółka
się zmieni, to może ja już zadzwonię do lekarza. – prychnęłam ironicznie.
Constanza milczała, przymykając oczy.
- Myślisz, że my też takie będziemy?
- Takimi sukami? Mam nadzieję, że nie. –
zaśmiałam się. Constanza prychnęła rozbawiona.
- Chodziło mi bardziej, że no wiesz…
zdziewczęciejemy?
Podniosłam się na łokciu i spojrzałam na
nią jak na idiotę.
- Ale ty masz problemy… - westchnęłam.
Constanza wyszczerzyła się chytrze pod
nosem.
- W ogóle, kminisz, że przeprowadziłaś
się już ponad 3 lata temu?
- Weź przestań tak gadać. Brzmisz jakbyś
miała z osiemdziesiątkę.
Constanza nie przestawała się uśmiechać.
- Cieszę się, że zostałyśmy
przyjaciółkami. – przeciągnęła się na trawie. – Blanca! – zawołała w pewnej
chwili.
- Słucham! – odkrzyknęłam,
przedrzeźniając ją.
Blondynka przewróciła oczami i spojrzała
na mnie przez sekundę z dezaprobatą. Pokazałam jej język.
- Spróbujmy czegoś nowego i szalonego.
- Widzę, że mogę zacząć się martwić. –
zaśmiałam się.
- No nie, przestań! – oburzyła się, gdy
dalej się śmiałam. – Jeszcze zobaczysz, wymyślę coś ekstra i w ogóle!
- Nie wątpię. Tylko, że ja wolę pozostać
w całości. – zażartowałam.
Constanza wywróciła oczami i walnęła
mnie pięścią w ramię, mamrocząc coś o tym, że jeszcze mnie zaskoczy, że jeszcze
zobaczę. I owszem – już na początku września zobaczyłam, a moje zaskoczenie
można było spokojnie podciągnąć pod totalne osłupienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz